Zadowolenie

Co to znaczy być zadowolonym? To nie marudzić, nie narzekać, nie krytykować, lecz cieszyć się chwilą, radować każdym dniem i doceniać swoje życie. To szukać w każdym momencie powodów do radości. To umieć poczuć się szczęśliwym tylko dlatego, że świeci słońce lub śpiewają ptaki. To nie zamartwiać się problemami, lecz je rozwiązywać i akceptować wielobarwność życia. To nie skupiać się na trudnościach, ale wierzyć, że na wszystko jest dobry sposób. Tak w wielkim skrócie wygląda świadomość prosperująca. Po tym możemy poznać osobę, która naprawdę myśli pozytywnie.

Szczęście jest w nas. Wcale nie trzeba go szukać gdzieś bardzo głęboko. Wystarczy zdecydować, że skupimy się na tym, co dobre i spróbujemy się nie martwić. Przecież zmartwienie w niczym nie pomaga. To, że musimy mierzyć się z wyzwaniami jest częścią naszej rzeczywistości. Spokojne podejmowanie kolejnych wyzwań jest mądrością, która pomaga być szczęśliwym.

Świat przynosi nam różne sprawy i nie za każdym razem są one przyjemne, ale zawsze gdzieś obok jest coś, co może podnieść nam nastrój i sprawić, że poczujemy się lżej. Obok złośliwych ludzi, stoją życzliwi przyjaciele, trzeba ich tylko zauważyć. Obok głupich polityków – profesjonalni lekarze. Obok niesympatycznych znajomych – serdeczni sąsiedzi. Istnienie jest wielobarwne. Nie warto skupiać się wyłącznie na tym, co złe. Nauczyły nas tego media, które pokazują głównie trudne sytuacje, aby silnie uruchomić nasze emocje. A wszechświat daje nam wszystkie możliwości. To my decydujemy, co wybrać.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, w której zabrakło nam pieniędzy na ważne rachunki. Zamiast się martwić i tracić tym samym zdrowie, pomyślmy, skąd je wziąć. Na pewno znajdzie się na to jakiś sposób. Zamiast nakręcać się smutkiem i wstydem, że tak się dzieje, poszukajmy czegoś dobrego w swoim życiu. Poczujmy wdzięczność za zdrowe oczy, piękne dzieci, ciepło słońca na policzku. Podnieśmy sobie energię dobrymi myślami i pięknymi elementami życia. Warto. Nie tylko po to, by poczuć się lepiej. Ale także dlatego, że kiedy poprawi nam się humor i nakręcimy się pozytywnymi myślami, mamy duża szansę na przyciągnięcie tego, czego potrzebujemy.

Wdzięczność to fenomenalny multiplikator. Im bardziej umiemy dziękować w sercu za wszystko, co mamy i czego doświadczamy, im mocniej doceniamy każde dobro w swoim życiu, tym więcej szczęśliwych zdarzeń przyciągamy. Takie uczucie przynosi niezwykłe efekty. Warto wyrobić sobie nawyk codziennego dziękowania za każdy pomyślny drobiazg, za każdy ciepły uśmiech, za każdy promień słońca. To najprostszy i zarazem bardzo energetyczny sposób na poprawę jakości życia – być wdzięcznym.

Zauważyłam, pracując z Dzienniczkiem Wdzięczności, że codzienne pisanie o tym, za co dziękuję, rozwija niesamowicie pozytywne myślenie. Im więcej wyrazów wdzięczności piszę, tym więcej dobra spostrzegam wokół siebie. Skupiając się na pomyślnych doświadczeniach, zaczynam doceniać swoje życie i spontanicznie wybieram optymizm. Wdzięczność jest zatem jakością nierozerwalnie związaną z miłością do siebie i świata, z Prawem Przyciągania, szczęściem i dobrobytem. Pomaga poczuć zadowolenie z tego, co jest – tu i teraz.

Doskonałym sposobem na podniesienie energii jest bycie w kontakcie z tym, co dobre i piękne. Można sprawić, aby mieć takie cuda zawsze pod ręką, nawet wtedy, kiedy pada deszcz lub przyjaciele nie mają dla nas czasu. Ja mam pewien magiczny folder w komputerze, w którym przechowuję swoją ulubioną muzykę, taką, która niesamowicie poprawia mi nastrój. Obok muzyki, mam w nim pozytywne filmy, które także pełnią swoja rolę wtedy, kiedy potrzebuję dawki optymizmu i radości. A wreszcie mam tam najpiękniejsze obrazy i zdjęcia. Kiedy je oglądam, buzia natychmiast mi się uśmiecha. Proponuję takie właśnie narzędzie, by moc pilnować swojego dobrego nastroju.

Zamiast folderu, może być specjalna „szczęśliwa półka” w domu. Niech znajda się na niej dobre, wartościowe książki, takie jak „Siła” Rhondy Byrne – pełna mocy i dobrej energii pozycja. Można do niej wracać wiele razy, by naładować mocą swój wewnętrzny akumulator. Obok książek możemy położyć tam pudełko ze zdjęciami, które utrwaliły chwile naszego największego szczęścia i buzie tych, których kochamy. Mogą się tam znaleźć płyty z dobrą muzyką, słonie z podniesiona trąbą i figurki Aniołów. Możemy tam umieścić drobiazgi, które dobrze nam się kojarzą i przynoszą pozytywne wspomnienia – nawet kamyczki podniesione z ziemi w czasie romantycznej wycieczki z ukochaną osobą. A wreszcie proponuję ułożyć tam wybrane specjalnie dla siebie minerały i olejki zapachowe lub preparaty Aura-Soma. Warto pamiętać, że mają one moc uzdrawiania naszych emocji. Są to więc nie tylko „pocieszajki”, ale konkretne narzędzia, które pomagają nam zachować dobry humor i pozytywne nastawienie do świata.

Dobrze jest położyć na takiej półce Karty Aniołów, które cudownie pomagają w czasie, kiedy spada nam energia. Pisałam o tym w innym miejscu, że rozmowa z Aniołami połączona z rozkładem dobrej energetycznie talii, świetnie działa na nasz nastrój i odradza nadzieję wtedy, kiedy najbardziej potrzebujemy wsparcia. Taka półka wówczas sama w sobie promieniuje pięknym światłem i korzystanie z niej ogólnie pomaga utrzymać w sobie radość życia.

A co przeszkadza? Przede wszystkim nieustanne porównywanie się z innymi. Mamy taki niedobry zwyczaj, że zamiast skupiać się na swoim życiu i jego zaletach, stale zaglądamy innym przez ramię, co też oni dostali. A bywają ludzie bogatsi od nas, którzy spędzają życie na podróżach lub imprezach czy twórczym działaniu. Patrzymy na nich i od razu chcemy mieć to samo lub tak samo, bo przecież nam też się należy. Natychmiast wchodzimy z niskie energie i zaczynamy pożądać tego, co ma ktoś inny. Zazdrość, to jedna z tych najpaskudniejszych emocji – największy bodaj wróg prosperującej świadomości.

Rzadko kiedy doświadczenie drugiej osoby nas inspiruje. A powinno. Bo po to powstała różnorodność. Jeśli oglądamy podróżnika, pomyślmy, jak zrealizować swoje marzenie o wędrówkach po świecie. Nie zawsze potrzebne są do tego nasze własne pieniądze, bo jest sporo zawodów, które wiążą się z podróżowaniem po świecie. Warto nauczyć się języków, skończyć odpowiednie szkolenia i realizować swoje pragnienie. Jeśli widzimy kobietę w pięknej sukni, warto pomyśleć, czy można taką uszyć. Jeśli widzimy kochająca się parę, postarajmy się nauczyć tego, co zapewni nam szczęśliwy związek.

Zazdrość popycha nas w ślepe uliczki, bo niejednokrotnie widząc u znajomych coś ładnego, chcemy to samo, ale jeszcze lepsze. Chcemy zabłysnąć i podnieść sztucznie poczucie wartości, popisując się tym, że zdobyliśmy coś większego – niech nam zazdroszczą! A po co? Czy rzeczywiście warto ponosić trud i tracić energię na wywołanie zawiści u drugiego człowieka? Aby być szczęśliwym trzeba dokonywać wyborów tylko dla siebie. Zdobywać tylko to, co nam przynosi szczęście, a nie to, czym możemy się popisać przed kimś innym. Jesteśmy doskonali tu i teraz – tacy, jacy jesteśmy. Nie potrzebujemy niczego, dokładnie niczego, by tę doskonałość naprawiać.

Każdy z nas dostaje w życiu swój kawałek tortu. Każdy inny, ale zawsze idealnie dopasowany do potrzeb duszy i planu naszego rozwoju. Kluczem do zadowolenia jest umiejętność cieszenia się tym, co mamy i twórcze wykorzystanie swoich zdolności i możliwości. Nie potrzebujemy niczego więcej ponad to, z czym przyszliśmy na świat. Jesteśmy w stanie nauczyć się tego, co nam pomoże w realizacji marzeń. Jesteśmy w stanie zarobić i zdobyć tyle majątku, by żyć dostatnio. Jesteśmy w stanie przyciągnąć do siebie ukochaną osobę i cieszyć się miłością. A to w zupełności wystarcza, by być szczęśliwym człowiekiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Dobrostan

Każdy z nas chce być szczęśliwy, ale często wydaje nam się, że drogi do tego cudownego stanu są trudne. Ponieważ mamy różne priorytety i szukamy swojego spełnienia na tysiąc sposobów – każdy z nas inaczej chce widzieć sposób na szczęście. Tymczasem nawet naukowe badania potwierdzają, że jesteśmy w tym względzie bardzo do siebie podobni. Wszyscy. Co oznacza, że recepta na dobrostan jest dla wszystkich taka sama.   

Bez wątpienia różnimy się od siebie. Jeśli ktoś lubi elektroniczne gadżety, to na pewno spełnienie znajdzie w innej formie niż osoba, która nade wszystko kocha naturę i chciałaby jak najwięcej czasu spędzać na spacerach po lesie. Jednak rozumienie swojego prawa do szczęścia nie ma nic wspólnego z tymi różnicami. Pewne podstawowe cechy są dla nas wspólne. Podobnie jak fakt, że to nasza myśl kreuje zewnętrzną rzeczywistość.

Dobrostan rodzi się w naszym wnętrzu. Jest w gruncie rzeczy odczuwaniem bezwarunkowej miłości do siebie, do życia, do innych ludzi, do zjawisk. Człowiek, który kocha, jest szczęśliwy. Rzeczą drugorzędną w tym cudownym odczuwaniu jest to, co jadł na śniadanie, gdzie pojedzie na wakacje lub ile pieniędzy ma na koncie. Kiedy umiemy kochać prawdziwie, wszystkie inne rzeczy są bez większego znaczenia. Dlatego właśnie duchowi nauczyciele tak często powtarzają, że wszystko mamy w sobie. Szczęście też.

Pięknym paradoksem jest w tym zjawisku fakt, że człowiek szczęśliwy ma większą siłę kreacji niż ten, który narzeka, martwi się lub złości. Oznacza to, że chociaż do poczucia dobrostanu nie potrzebujemy niczego zewnętrznego, to dzięki szczęściu przyciągamy do siebie wszystko, czego pragniemy. Inaczej mówiąc, można być zadowolonym w jednej tylko koszuli i z jedną miseczką ryżu można przeżywać ekstazę. Ale jeśli opanujemy umiejętność wchodzenia w stan owej ekstazy na zawołanie, to możemy mieć wszystko.

Kochanie stwarza rzeczy, miejsca i stany, których pragniemy. Prawdę mówiąc niektóre inne emocje też mają taką magiczną siłę, na przykład lęk, który potrafi przyciągnąć do nas to, czego się obawiamy. Pozostając jednak przy pozytywnej stronie Mocy, warto podkreślić, że miłość bezwarunkowa ma największą chyba siłę kreacji. Całe Prawo Przyciągania opiera się ma tej mocy. Początkowo mówiono (i pisano) wyłącznie o skupianiu myśli na wybranym celu. Później zachęcano nas do wprowadzania dobrych emocji, które miały przyspieszyć materializację. By wreszcie odkryć, że kochanie ma w sobie wystarczająco dużo siły do stwarzania nowych rzeczywistości.

Człowiek, który kocha siebie, nie ma wrogów. Śpi spokojnie, bo nikt go nie zaatakuje, nie oczerni, nie skrzywdzi, nie obrazi. Tak to działa – jest to najprostsza recepta na dobre relacje z innymi. Każdy człowiek, którego spotykamy jest naszym lustrem. Jeśli nosimy w sobie tylko miłość – bez wątpliwości – w oczach drugiej osoby odbije się tylko to piękne uczucie. Jest to też uproszczona recepta na dobry związek intymny, który często dla wielu z nas jest bardzo ważny, byśmy odczuwali zadowolenie z życia.

Kiedy nauczymy się wypełniać miłością bezwarunkową wszystkie komórki swojego ciała, będziemy doświadczać zdrowia. Warto, by kochanie siebie obejmowało także naszą fizyczność i to bardzo dosłownie. To piękne uczucie uzdrawia. Wprowadza wspaniałe wibracje do najmniejszych cząsteczek naszej skóry, mięśni, narządów i powoduje, że nie ma tam przestrzeni na choroby. Jest to takie łatwe do wyobrażenia, odkąd znamy budowę atomu i wiemy, że przestrzeń pomiędzy jądrem, a elektronami jest miejscem, które może zająć dowolna energia, jaką zechcemy tam wstawić. Każda część naszego ciała, nawet ta, która boli, składa się z takiej przestrzeni w atomach. Jeśli choruje, to znaczy, że wibracje i drgania, które ją wypełniają, wypadły z harmonii. Jeśli wprowadzimy tam najsilniejszą pozytywną wibrację, jaką jest miłość, równowaga zostaje przywrócona. To oznacza zdrowienie. Nic prostszego – jeśli tylko uwierzymy i pozwolimy, by moc naszych myśli i uczuć popłynęła zasilona głębokim wewnętrznym przekonaniem.

W ten oto sposób zarządzamy zdrowiem, relacjami i bogactwem materialnym. Mamy wszystko, co może warunkować zewnętrzne poczucie dobrostanu. A to wewnętrzne? Jest. Wyrasta z kochania, z samej rozkoszy odczuwania tego uczucia i odnalezienia siebie oraz swojego miejsca we wszechświecie. Miłość bezwarunkowa pozwala nam harmonijnie osadzić się w centrum Wszystkiego Co Jest, w stanie poza wszelkimi pragnieniami i poczuciu jedności z Najwyższym Źródłem. To właśnie jest najwyższy poziom dobrostanu.

Jak sobie pomóc tu i teraz, kiedy kochanie ciągle wymyka się nam z rąk? Poprzez wszystko, co bliskie miłości. Zaczynamy od radości i czynimy sobie nawyk z pozytywnego myślenia. Stajemy się optymistami, którzy każdego dnia odnajdują w każdym drobiazgu powód do uśmiechu. To już doskonały podkład do rozwijania szczęścia, ponieważ właśnie optymizm kieruje nasze myśli w stronę piękna, dobra i przyjemności.

Kolejny most do dobrostanu to wizualizacja. Im częściej pozwalamy sobie na wspaniałe marzenia o tym, czego pragniemy, tym szybciej je zmaterializujemy w swojej rzeczywistości. Czas spędzony na wyobrażaniu sobie cudownych sytuacji, ślicznych miejsc, ładnych rzeczy, komfortowego mieszkania czy idealnego samochodu – nigdy nie jest zmarnowany. Nasza podświadomość nie odróżnia marzeń od rzeczywistości. Przebywanie w doskonałym świecie wypełnionym naszymi spełnionymi pragnieniami, to tworzenie pozytywnej energii i odpowiednich dla zdrowia emocji. Nasz mózg uczy się szczęśliwości i tworzy nowe ścieżki neuronowe, które będą realizować się w realnym istnieniu. A my jesteśmy bardziej spełnieni i zadowoleni niż wtedy, kiedy się wszystkim martwimy.

W relacjach z ludźmi wybierajmy życzliwość, serdeczność i wielkoduszność. To sprzyja dobrym stosunkom z innymi. Jesteśmy istotami społecznymi, a nasze samopoczucie w dużej mierze bywa sterowane akceptacją i sympatią otoczenia. Warto pamiętać, że ludzie zgryźliwi i krytyczni są omijani szeroki łukiem i przyciągają niemiłe spotkania. Osoby pogodne, uśmiechnięte i życzliwe innym są lubiane i wszędzie witane szeroko otwartymi ramionami. To wie każdy, tylko nie każdy w praktyce korzysta z takiej wiedzy. Akcja przyciąga reakcję. Obdarzanie ludzi sympatią, przyciąga dobre samopoczucie.

Na koniec jeszcze jedna piękna jakość: wdzięczność.  Uczy nas ona pozytywnego myślenia i doceniania tego, co mamy, bez względu na to, ile posiadamy. Ma w sobie ponadto moc materializacji i przyciągania do nas dobra od wszechświata. Choćby dlatego warto nauczyć się ją rozwijać i stosować na co dzień. Naukowo udowodniono, że ludzie, którzy praktykują odczuwanie wdzięczności, czują się szczęśliwi. Ma ona zatem w sobie jeszcze i taką siłę. Z pewnością warto ją wypróbować, na przykład pisząc codziennie kilka zdań o tym, za co jesteśmy wdzięczni życiu. (Dzienniczek Wdzięczności).

Dodam jeszcze z własnej obserwacji, że jednym z ciekawych kluczy do dobrostanu jest także spełnienie w tej dziedzinie, która jest dla nas ważna. Ja osobiście odczuwam mnóstwo błogości zawsze wtedy, kiedy robię to, co kocham. Pojawia się ona spontanicznie podczas pisania kolejnych książek, tekstów, artykułów, tworzenia dla rozrywki grafik. Myślę, że samorealizacja nadaje naszemu  życiu cudowną barwę oraz poczucie sensu. Zwiększa tym samym naszą samoocenę i postrzeganie własnej wartości. To wszystko wpływa na miłość do samego siebie, do swojego bycia tu i teraz. Dlatego uważam, że dobrze jest mieć w życiu cel i umieć nazwać to, co kochamy robić. Człowiek, który ma pasję lub nawet pasje, zawsze odnajdzie swoje szczęście w tym, co go nakręca. Myślę, że bycie pozytywnie nakręconym i zakręconym to także kawałek dobrostanu.

Bogusława M. Andrzejewska

Piękno po czterdziestce

Kiedy mija ta magiczna granica, stajemy przed lustrem, liczymy zmarszczki i zastanawiamy się, na ile jeszcze możemy sobie pozwolić. Nieuchronny upływ czasu zgina do ziemi, jakby chciał powiedzieć, że wszystko co ważne, mamy już za sobą. Gdzieś w głębi duszy surowy krytyk szepcze do ucha, że czas przebrać się w ciemne dostojne kolory i spoważnieć. Może zrezygnować z ulubionych cieni do powiek, bo postarzają, akcentując drobniutkie kurze łapki wokół oczu? Może zdecydować się na lifting?

Czasy się zmieniają i dzisiaj czterdziestolatka nadal może być piękną, elegancką i atrakcyjną kobietą. Warto o tym pamiętać i spojrzeć z dystansem na metrykę. Kobiety są aktywne zawodowo bardzo długo, a skoro chodzą do pracy, to nie tylko mogą, ale i powinny nadal być intrygujące pod każdym względem. Być może wraz z pierwszą zmarszczką warto zmienić kosmetyk na bardziej zaawansowany. Być może trzeba poświęcić jedno niedzielne przedpołudnie na poeksperymentowanie z makijażem i fryzurką, by dopasować te, w których wyglądamy młodziej. Z pewnością można wyzłocić twarz delikatna opalenizną, która doda nam blasku. Zdecydowanie należy wybierać jasne kolory odzieży, takie w których dobrze się czujemy, ponieważ czernie i szarości postarzają i przygnębiają. Jednak to tylko techniczne drobiazgi.

Prawdziwa młodość jest w duszy kobiety. Nade wszystko to dziewczęca radość życia. Pozytywne spojrzenia na świat i codzienny optymizm sprawiają, że człowiek świeci wewnętrznym blaskiem. To wirtualne światło, które wydobywa się z pogodnego spojrzenia, rozjaśnia bardziej niż niejeden zaawansowanym kosmetyk na bazie sproszkowanego diamentu lub kawioru. Radosny uśmiech odmładza. Również w ten sposób, że działa jak najlepszy lifting, podciągając wiotczejąca skórę twarzy.

Optymizm, to nie tylko pozytywne myślenie. To także styl życia i pewien nawyk codziennego funkcjonowania. To umiejętność dostrzegania rzeczy dobrych i cieszenia się najmniejszym nawet drobiazgiem. To wręcz swoista filozofia, która nie pozwala na przygnębienie i poczucie przegranej. Włączmy w to nasze przekonania o tym, co rzeczywiście ważne i umiejętność nie zadręczania siebie i innych. To wszystko zabezpiecza nas przez ponura miną, zapuchniętymi od płaczu powiekami, szarą od stresu twarzą i mrocznym z niewyspania lub złości spojrzeniem.

Często, gdy przekroczymy magiczny próg czterdziestu lat, ogarnia nas przerażenie. Bo właśnie minęliśmy jakiś zakręt, poza którym droga prowadzi już z góry. Czy zatem zdążyłam ze wszystkim, co ważne? Czy nadałam mojemu życiu jakiś sens? I tu stajemy przed ciężarem odpowiedzialności za własne istnienie. Na ile zabarwiliśmy je odpowiednio starannie. Odpowiedzią na te trudne pytania jest uświadomienie sobie, że nasze życie ma dokładnie taki sens, jaki my go życiu nadamy. Nigdzie nie jest powiedziane, że każdy ma zostać sławnym celebrytą lub przejść do pamięci potomnych jako aktor, pisarz, odkrywca czy wynalazca.  Wystarczy żyć szczęśliwie. Żyć tak, by każdy dzień wypełniać radością i dzielić się dobrem z innymi. Doświadczać każdego dnia czegoś nowego, poznawać nowych ludzi i chłonąć wszystko, co świat ma nam do zaoferowania. Ważne by spełniać swoje marzenia, przynajmniej te, które mamy w zasięgu ręki. Być może nie uda się nam lot na Księżyc, ale już wyjazd na Borneo jest do zrealizowania.

To, co pozostawiamy po sobie, to miłość w sercach innych. Warto mieć przyjaciół, warto cieszyć się bliskością, kochać i być kochanym. Warto mieć czas dla ludzi i dzielić się z nimi tym, co najpiękniejsze. Szczęście dzielone między innych, powiela się w magiczny sposób i napełnia nas dużą dawką satysfakcji. Zatem najlepszą podpowiedzią niech będzie przysłowie: „żyj tak, by innym było nudno, gdy ciebie zabraknie”.

Dobrze jest mieć swoją pasję. Coś, co zabarwia nasze życie, intryguje, zachwyca i nakręca pozytywnie na cały dzień. Pasja jest antidotum na wszystkie smutki i depresje, ponieważ pozwala się wyłączyć z codziennych trosk i twórczo zaangażować . A to daje nam siłę i poczucie spełniania, ponieważ realizujemy coś niesłychanie ważnego. Każdy człowiek w swej istocie jest twórczy i możliwość takiej realizacji sprawia, że życie nabiera sensu. Dorosłe czy dorastające dzieci dają nam więcej swobody i czas potrzebny do realizowania własnych marzeń. Czy może być lepszy moment  dla kobiety?

Ideałem jest stan, w którym traktujemy naszą dojrzałość, jako podkładkę do autorytetu w dziedzinie, która jest dla nas ważna. Bo przecież czterdziestka na karku, to nie tylko inny wygląd, to także – a może przede wszystkim – doświadczenie i wiedza.  To czas, w którym możemy odważnie wypowiadać swoje zdanie, możemy publikować i realizować się twórczo, bo wiemy już, że mamy coś sensownego do przekazania innym. Również w sferze osobistej wiemy i umiemy więcej. Jesteśmy gotowe, by tworzyć piękne i mądre relacje. W tym wieku łatwiej jest podnieść samoocenę do punktu, w którym mamy szacunek do samych siebie, a to z kolei otwiera przed nami drzwi, które dotąd były zamknięte.  Zaczynamy cenić same siebie, tworząc pozytywna aurę, która pozwala innym odkrywać nasze rozmaite talenty.

Dojrzałość psychologiczna to także umiejętność radzenia sobie ze stresem. W tym obszarze także odnosimy sukcesy, bo coraz trudniej wyprowadzić nas z równowago, coraz trudniej zaskoczyć,  a na życie zaczynamy patrzeć z pewnym dystansem. Wiemy już z cała pewnością, że nie warto kruszyć kopii o drobiazgi. Jesteśmy świadome, że gniewne marszczenie brwi i złość rysują swoje piętno na naszych twarzach, więc rezygnujemy z tych uczuć, zastępując je pobłażliwym uśmiechem. Z dnia na dzień stajemy się piękniejsze i bardziej świadome siebie i swoich możliwości.

W pewnym momencie stajemy się na tyle dojrzałe, że nie potrzebujemy żadnych plastycznych operacji. Zaczynamy akceptować zmieniające się z wiekiem ciało i rozumiemy, że te zmiany niczego nam nie odbierają. Nadal jesteśmy sobą, młodą roześmianą dziewczyną, która kocha życie w każdym jego przejawie. Nadal zachwycamy otoczenie, choć okres bardzo krótkich spódniczek mamy już  za sobą. Jednak zachowałyśmy to, co najważniejsze: wdzięk, czar i kobiecość, a to są aspekty, które decydują o naszej atrakcyjności bardziej niż gładka skóra.

To sposób myślenia, który zapewnia nam wieczną młodość, niezależnie od wieku naszego ciała. Pogodne nastawienie do życia wpływa również na nasz organizm, sprawiając, że jest on zdrowszy i silniejszy. System immunologiczny osoby pełnej radości, wolnej od żalów, pretensji i kompleksów działa sprawniej i skuteczniej chroni przed wszelkimi chorobami. Zatem zgodnie z psychosomatyką i od tej strony – czysto fizycznej – pozytywne funkcjonowanie sprzyja młodości. A młodość w sercu wypromieniuje na zewnątrz, zasłaniając zmarszczki i rozjaśniając buzię.

Bogusława M. Andrzejewska

Rozwijamy się

Czytając jedną z książek na temat uzdrawiania wzorców, zauważyłam z radością, że wiele tematów, które były dla mnie problemem kilka lat temu, pomyślnie przepracowałam. Moje życie zmienia się na lepsze i z przyjemnością dostrzegam kolejne cudowne efekty naprawionych kodów. Z jednej strony cieszę się, że metody z którymi pracuję są wartościowe i skuteczne. To daje mi satysfakcję i poczucie, że jestem na właściwej drodze. Z drugiej tak po ludzku doceniam fakt, że moje życie dzień po dniu staje się coraz piękniejsze.

Jeszcze nie tak dawno myślałam, że tego typu rozwój to zupełnie naturalny proces, który jest dany wszystkim. To wydaje się tak oczywiste, jak fakt zbierania warzyw, które zasialiśmy i przez kilka tygodni pielęgnujemy w ogródku. Tymczasem obserwuję wiele zachowań i wypowiedzi, które zdają się wyraźnie temu przeczyć. To tak, jakby na grządce rosły same chwasty i zamiast pysznych owoców naszej pracy zbieramy jedynie perz.

Widać to wyraźnie na Fb, gdzie ci sami ludzie od lat niezmiennie wklejają sztuczne afirmacje o kochaniu samych siebie, akceptacji, otwieraniu na wewnętrzne piękno. Czasem aż w oczy kłuje sprzeczność pomiędzy obrazkiem a stanem faktycznym. Podkreślę, że czym innym jest cytat z mądrej książki, a czym innym ciągłe powtarzanie: „kocham siebie”, przy jednoczesnej starannej pielęgnacji kompleksów widocznych gołym okiem. Nie mam tu na myśli nikogo konkretnego, proszę nie brać personalnie do siebie tego tekstu. Zauważyłam tylko pewne zjawisko, nad którym warto się zastanowić. Z założenia, jeśli ktoś „pracuje nad sobą” powinien podlegać pozytywnym zmianom, które są celem owej pracy. Jeśli nie ma postępu, to moim zdaniem jest w tym wszystkim jakiś błąd.

W moim odczuciu są trzy przyczyny braku efektów rozwoju wewnętrznego. Pierwsza jest najbardziej naturalna – czasem nie radzimy sobie z tym, co jest naszym problemem. Spraw do uzdrowienia może być tak wiele, że trudno nam wszystko ogarnąć. Pomimo że dużo czytamy i posiadamy wiedzę teoretyczną, nie umiemy w praktyce poukładać sobie określonych działań. Boimy się. Wątpimy. Wycofujemy. W końcu stoimy w miejscu, drepcząc niecierpliwie. Znam takie osoby, niektóre z nich otwarcie mówią mi, że potrzebują pomocy, bo od lat nie umieją ruszyć ze swoimi sprawami. Trudno tu kogokolwiek winić. Tak po prostu się zdarza. Takie osoby potrzebują przewodnika i nauczyciela, który nie tylko ułoży im harmonogram pracy, ale też będzie systematycznie rozliczał z wykonanych zadań.

Drugi powód może być związany mocno z karmą. Ale nie musi. Jest nim zejście z właściwej ścieżki i podążanie za fałszywymi guru. Nie ma przypadków. Kiedy ktoś nie bacząc na zdrowy rozsądek, realizuje programy, które nijak się mają do tego, co nazywamy miłością, dobrocią i akceptacją, to energetyczne więzi z nauczycielem muszą być dla niego mocno uzależniające. Są to też ważne i trudne lekcje, zarówno dla uzależnionego adepta, jak i dla nas – obserwatorów. Wymaga to dużej dozy tolerancji.

Najciekawszym przykładem wydaje mi się pewna pani, która napisała do mnie bardzo długiego maila. Opisała ze szczegółami swój nader intensywny rozwój, wymieniła wiele szkoleń i warsztatów oraz osobistych ćwiczeń, w czasie których spociła się jak mysz i cierpiała męki piekielne. Chociaż moje doświadczenia są inne, przyjęłam odmienność jej doświadczeń i pewnie dostrzegłabym sens jej rozwoju, gdyby nie dominujące w całym mailu narzekanie. Kiedy wzrastamy duchowo, zmieniająca się świadomość nabiera dystansu do materialnej rzeczywistości. Cokolwiek wyrażamy na takim etapie – z całą pewnością nie jest to zrzędzenie. (Polecam jakąkolwiek książkę E. Tolle – bardzo jednoznacznie tłumaczy jakość zmian pojawiających się w procesie rozwoju).

Kolejne maile nie były inne. Przesycone marudzeniem, jęczeniem, krytykowaniem wszystkich i wszystkiego, tworzyły ogromny kontrast z dumnym stwierdzeniem, że ich autorka jest jedną z kilku najwyżej rozwiniętych osób w Polsce. Tak – kilku, nie kilkunastu, czy kilkudziesięciu. Razem z przyjacielem opracowała metodę skutecznego oceniania duchowego poziomu człowieka i łaskawie także mnie zaklasyfikowała niewiele punktów (może kolorów?) poniżej siebie. Nie okazałam wdzięczności i zapewne poleciałam w owej klasyfikacji na łeb w dół, kiedy spokojnie stwierdziłam, że całkiem inaczej postrzegam rozwój – zaczynając od takich elementarnych założeń, jak miłość do samego siebie i akceptacja innych ludzi z ich różnorodnymi zachowaniami. Pani mnie nie zrozumiała i poczuła się urażona. Nie ukrywam, że przez sekundę poddałam się poczuciu bezradności. Bo cóż można zrobić, kiedy mamy przed sobą „oświeconego mędrca”, który z pogardą patrzy na tak marną i słabo rozwinięta istotę jak my … Nie mamy nawet szansy, by chociaż pokazać inną optykę. A przecież wiemy, że ta inna optyka – nawet gdyby nie była słuszna, a przecież wiemy, że jest – przynosi nam radość, zadowolenie i uśmiech w miejsce zrzędzenia i krytykowania.

Dawno temu miałam kontakt z osobą, która oceniała ludzi, ustawiając je na symbolicznej skali rozwoju i głośno o tym informowała wszystkich dookoła. To było niewłaściwe. Chociaż po pewnym czasie ten człowiek przestał to rozgłaszać, została mi po tym doświadczeniu bardzo ważna lekcja: nie oceniaj, nie klasyfikuj – wszyscy jesteśmy Jednością, a każdy jest w najlepszym dla siebie miejscu i czasie. Mądrość ta została wystawiona na wielką próbę, kiedy odbywałam praktyki w obecności prawdziwie oświeconej osoby. Odkryłam wtedy, że na poziomie serca odbieram ludzi różnie, w zależności od tego, jaki poziom duchowy reprezentują. Gryzłam się w język, by nie popełnić tego samego błędu i nie powiedzieć komuś, co czuję w związku z nim. A zasada jest prosta – każdy z nas rozwija się w swoim tempie, w najwłaściwszy dla siebie sposób i każdy jest na odpowiednim dla siebie poziomie. Ponadto – w gruncie rzeczy nie ma to żadnego znaczenia. Czy uczeń piątej klasy jest lepszy od ucznia klasy drugiej? Nie jest. Po prostu urodził się wcześniej. Nasze dusze też są w różnym wieku. Najgorsze, co można zrobić, to porównywać się z innymi. Jesteśmy tak unikalni, że nie znajdziemy identycznego odpowiednika, do którego można nas przyrównać.

Na tym można by zakończyć rozważania o rozwoju, ale została jeszcze jedna, bodaj najciekawsza przyczyna braku efektów w pracy nad sobą. Jest nią „praca pozorna”. Mam wrażenie, że takich osób widzę najwięcej. Charakteryzuje je uczęszczanie na wszelkie możliwe kursy i szkolenia oraz częste zamieszczanie rozmaitych afirmacji. Co rusz na fejsbukowej ścianie pojawiają się nowe zdjęcia z warsztatów i świeżo upieczony adept/adeptka wtulony/wtulona w prowadzącego „mistrza”. I na tuleniu się kończy, ponieważ dalej nie ma już żadnej kontynuacji, jest tylko smutna, zakompleksiona osoba, powracająca w stare koleiny nawyków, zahamowań i negatywnych emocji, z którymi w żaden sposób sobie nie radzi.

Ktoś mógłby powiedzieć, że widać trafia na kiepskich przewodników i dlatego stoi w miejscu, ale znam tych nauczycieli ze zdjęć, wiem, ile sobą reprezentują. Myślę, że to taka osoba wcale nad sobą nie pracuje, chociaż dzieje się to nie do końca świadomie. Niektórzy myślą, że wystarczy zaliczyć warsztat i odebrać dyplom, aby stare wzorce same się uzdrowiły, tymczasem na szkoleniu zazwyczaj ledwo muśniemy określony problem. Potem trzeba pracować w domu cierpliwie i wytrwale tak długo, aż dokonamy uzdrowienia. Ocena „czy to już” jest prosta, ponieważ lustro Wszechświata natychmiast pokaże wyniki. Jeśli osoba z niską samooceną rzetelnie popracuje nad podniesieniem poczucia własnej wartości to z jej przestrzeni znikną krytykanci, złośliwcy i nieżyczliwi. Jeśli cierpiała w związku, to jej relacja nabierze innej jakości, a partner zacznie wodzić za nią kochającym wzrokiem. To tak działa. Jeśli „pracujemy”, a ludzie nadal nam dokuczają, a mąż wyśmiewa, to znaczy, że coś robimy nie tak, jak powinniśmy.

Albo wcale nic nie robimy, czekając, aż energia warsztatów sama za nas wszystko zrobi. To możliwa przyczyna, która bierze się z iluzji, że skoro tak dobrze się czujemy, to znaczy, że problemy zostały rozwiązane. Tymczasem w większości przypadków energia szkolenia utrzymuje się przez parę dni, tworząc złudzenie błogostanu, a następnie opada. Wracamy do naszej codzienności i trudnych spraw, skomplikowanych emocji i musimy się z nimi zmierzyć. Jednak zapominamy, że jesteśmy wyposażeni w narzędzia z warsztatów. Nie korzystamy z nich. Wydaje nam się, że skoro znowu gorzej się czujemy, to chyba te metody i ten kurs nie działają… Bywa, że na drodze staje nam też zwykłe lenistwo i niechęć do samodzielnej pracy. Moje klientki czasem przyznają, że zupełnie inaczej pracuje się w grupie, na zajęciach, a w domu, to już nie to samo – dzieci, mąż, brak czasu. A przecież jeśli nie ma pracy, nie ma też efektów.

W psychologii przyjmujemy oczywiście, że sama świadomość i zrozumienie tematu pomaga przekodować niekorzystny wzorzec. Ale nie zawsze to wystarcza. Czasem trzeba wykonać trochę ćwiczeń , a przede wszystkim zmienić myślenie. Często spotykanym błędem jest praca z afirmacją. Afirmacja to tylko narzędzie, mające za zadanie zmienić przekonania. Aby zadziałało, należy postępować i myśleć zgodnie z afirmacjami, które wypowiadamy. Nie odniosą one skutku, jeśli w określonym czasie powtarzamy przez 15 minut: „jestem wspaniała”, a potem przez resztę dnia zachowujemy się, jakbyśmy nie byli godni oddychania i myślimy o sobie negatywnie. Przekonania to podstawa. Przekonania, a nie afirmacje. Afirmacje są tylko drogą do celu, a nie celem samym w sobie.

Wachlarz metod jest obecnie bardzo bogaty. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Warto wybrać taką technikę, która nas zachwyca i sprawia mnóstwo przyjemności. Pamiętajmy, że podświadomość lubi się bawić, zatem lepsze efekty przyniosą sposoby, w czasie których odczuwamy dobrą energię i radość, niż te, które wywołują cierpienie. Oczywiście można zakodować siebie i tak, że z każdym leczeniem kanałowym pozbywamy się negatywnego wzorca, ale po co, skoro mamy inny wybór? Ponadto metody, która nam się naprawdę podoba, możemy wytrwale się trzymać. Aż do skutku. I nie damy sobie pretekstu do rezygnowania z pracy nad sobą, bo technika okazała się nudna, męcząca albo wymagająca specjalnych warunków. Pamiętajmy, że podświadomość to manipulant, który wykorzysta każdą okazję, byśmy zaniechali pracy. A potem po 10 latach szkoleń i rozwoju budzimy się dokładnie w tym samym miejscu, w którym rozpoczynaliśmy naszą duchową wędrówkę. Szkoda czasu. Już wczoraj mogliśmy być kochani, szczęśliwi i spełnieni. Warto jak najszybciej nadrobić stracony czas.

Bogusława M. Andrzejewska