Po rozwodzie

Przez kilka lat byłam ławnikiem w sądzie. Napatrzyłam się na rozwody i rozwodzących się ludzi. Z pewnością niełatwe to sytuacje dla nikogo, a według badań naukowców znajdują się one w grupie najbardziej stresogennych, zaraz po żałobie. Biorąc pod uwagę własne doświadczenie, rozumiem doskonale, czym jest taki moment i staram się także odnaleźć w sobie spokojną akceptację dla rozmaitych ludzkich emocji, które się z tym wiążą. Przyznaję jednak, że trudno mi pojąć tak ogromne pokłady nienawiści, jakie temu procesowi towarzyszą.

Przez ten czas spotkałam zaledwie kilka par, które rozstawały się w zgodzie, spokojnie potwierdzając własne słowa i przedstawiając wspólnie uzgodnione warunki opieki nad dziećmi oraz kwestie finansowe. Przyznaję, że takie przypadki były dla nas miłym zaskoczeniem, które chciało się uhonorować wyrazami podziwu i nagrodą, a przecież to właśnie powinno być normą. Bez względu na przyczynę, warto rozstawać się w zgodzie.

Po pierwsze robimy to dla siebie. Dla własnego psychicznego komfortu. Jeśli decydujemy się na rozwód, to kończymy jakiś etap w życiu. Najlepiej jest zakończyć go ze spokojną akceptacją i postawić mocną granicę, nie wracając myślami do trudnych doświadczeń. Rozgrzebywanie przeszłości niczemu nie służy. Jeśli odchodzimy od toksycznego partnera warto odkorkować szampana i cieszyć się z wolności i zakończenia skomplikowanej lekcji. Aby więcej do takiej żmudnej nauki nie wracać, można spokojnie przepracować swoje wzorce, zwracając szczególną uwagę na wysokie poczucie wartości oraz wybaczenie byłemu partnerowi, że bez litości nas szkolił.

Warto pamiętać, że karmienie się nienawiścią zabiera nam energię. Zabiera nam także zdrowie. Zgodnie z psychosomatyką trzymanie w sobie żalu i uporczywe rozpamiętywanie win drugiej osoby jest przyczyną chorób nowotworowych. Nie znajduję najmniejszego powodu, dla którego warto byłoby rozmyślać o zemście i traktować byłego męża lub żonę z pogardą i gniewem. Rzecz jasna czasem są to osoby, z którymi nie chcemy mieć więcej do czynienia (np. alkoholik lub sadysta), więc wcale nie musimy ich widywać. Jednak nasze uczucia należą do nas samych. Działają w obrębie naszego ciała, dlatego wpływają na nas i nasze zdrowie. Wybaczenie nie oznacza ponownego wejścia w minione cierpienie, lecz zakończenie procesu. Wybaczamy zawsze dla siebie, by więcej nie wypełniać się piekącą rzeką jadu i niszczącymi energiami gniewu i nienawiści.

Dodam jeszcze, że to samo dotyczy innych osób zamieszanych w nasze życie. Jeśli partner odchodzi do innej kobiety (partnerka do innego mężczyzny), warto poświęcić czas samemu sobie, by tę trudną lekcję zrozumieć i uwolnić się od cierpienia. Nie warto wypełniać się złością i żalem do rywalki (rywala). Tu też korzystnie jest wejść w proces wybaczenia. Życie pokazuje, że jeśli ktoś nas zostawia, to na jego miejsce przychodzi ktoś o wiele lepszy, pod warunkiem, że zaakceptujemy to doświadczenie, podniesiemy poczucie wartości i otworzymy się na nowe, lepsze życie. Wysoka samoocena bywa kluczowa, chociaż czasem przyczyną zdrady jest i to, że sami wobec siebie nie byliśmy lojalni. Nad tym też warto popracować.

Mam koleżankę, która utrzymuje dobre kontakty z byłym mężem, a on pomaga jej w różnych życiowych sprawach, jeśli ona tego akurat potrzebuje. Powiedziała mi wprost, że są przyjaciółmi. Czy to nie jest wygodne i przyjemne? A warto wiedzieć, że małżeństwo to należało do bardzo burzliwych, na granicy rękoczynów niemalże. Rozwód sprawił, że tych dwoje ludzi przestało wzbudzać w sobie nawzajem skrajne emocje. Bardzo podobają mi się ich zgodne i sympatyczne relacje.

Po drugie: robimy to dla dzieci. Dla nich to bardzo ważne, aby mieć kontakt z obojgiem rodziców. Rzeczą oczywistą jest, że nie wolno pod żadnym pozorem oczerniać rodzica, wyzywać i lżyć w obecności dziecka. Nasze kłótnie i zdrady to nasza sprawa dorosłych. Dzieci do tego nie mieszajmy. Dziecko ma prawo kochać oboje rodziców, także tego tatę, który znalazł sobie “inną panią” czy mamę, która odeszła do “innego pana”. Niewierność dorosłego nie ma nic wspólnego z byciem ojcem czy matką. I absolutnie nie jest dla mnie żadnym argumentem stwierdzenie, że dla dobra dziecka nie odchodzi się od żony (czy męża). To kompletna bzdura, która nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Praktyka wskazuje, że dla dziecka lepsze są dwa domy i patchworkowa zgodna, pełna miłości rodzina, niż mieszkanie pod jednym dachem z dwojgiem nienawidzących się rodziców, którzy zaciskając zęby czekają, kiedy dziecko dorośnie i wyprowadzi się na swoje, by mogli wreszcie wziąć rozwód.

Dla dobra dzieci przede wszystkim powinniśmy traktować siebie wzajemnie z szacunkiem. Należy wówczas schować wszystkie żale do kieszeni, by móc spokojnie powiedzieć do pociechy: “mama nie może porozumieć się z tatą, więc nie będą razem mieszkać, ale oboje bardzo cię kochają i nadal jesteś dla nich tak samo ważny“.  W obecności dziecka nie ma miejsca na gniewy i pretensje. Warto wybaczyć i zamknąć za sobą jakiś rozdział życia. Jest to zresztą o wiele łatwiejsze, kiedy nie mieszkamy razem.

Pomijam tutaj sytuacje skrajne, kiedy ojciec czy matka są jednostkami na tyle patologicznymi, że lepiej odsunąć ich od dziecka. W pozostałych wariantach człowiek spontanicznie kieruje się rozsądkiem. Panowie dzielą się na takich, którzy bez względu na to, jaka jest matka, kochają swoje dziecko ponad wszystko oraz na takich, którzy nie czują swojego ojcostwa, nie są odpowiedzialni i nie chcą mieć z dziećmi nic wspólnego. To nieliczne grupy. Najwięcej jest takich, którzy traktują swoje dzieci trochę tak, jak są traktowani przez byłe żony. Jeśli kobieta ma klasę i zachowuje się mądrze, wówczas płacą alimenty bez dyskusji i chętnie widują się z dzieckiem. Jeśli są traktowani ze złośliwością i podłością, unikają płacenia i zaniedbują dzieci.

Znam bardzo ciekawy przypadek pana, który z wielkim zaangażowaniem i miłością wychował jedno swoje dziecko oraz pasierbicę córkę swojej żony, natomiast nie chce mieć nic wspólnego ze swoimi biologicznymi dziećmi urodzonymi przez inną kobietę. Kiedy poprosiłam o wyjaśnienie, dlaczego jest wobec jednych dzieci tak dobrym i czułym ojcem, a wobec innych tak nieodpowiedzialnym, usłyszałam, że tamta kobieta jest podła i chciwa, więc jej dzieci są takie same. Ciekawa filozofia, która bez względu na jej sensowność powinna być cenną informacją dla rozwiedzionych kobiet. Wielu mężczyzn tak podchodzi do tematu: mniej lub bardziej świadomie przenoszą uczucia do matki na dzieci. Złośliwość, chciwość i chęć zemsty absolutnie nie popłacają. A wystarczy odrobina szacunku i uprzejmości, by nasze dzieci miały obok siebie upragnionego ojca, za którym często bardzo tęsknią.

Zauważyłam w swojej praktyce, że rozwiedzione panie często bez żadnych zahamowań plują jadem nienawiści na byłego małżonka i jednocześnie oczekują, że będzie widywał dziecko i płacił ogromne alimenty. Tymczasem zasada jest prosta: jeśli chcemy, by ojciec traktował z miłością swoje dziecko, a ta miłość wyrażała się zarówno zainteresowaniem, jak i hojnością, wówczas trzeba wybaczyć partnerowi i traktować go naturalnie. Każdy przychodzi tam, gdzie jest uprzejmie traktowany. Stamtąd, gdzie spotyka go wrogość i tylko chciwie wyciągnięte po pieniądze ręce, ucieka. To proste.

Kłania się tutaj zasada lustra. Jeśli jesteśmy pełni nienawiści, to doświadczamy niechęci i skąpstwa. To oczywiste, że ojciec chętnie płaci na dziecko, jeśli z byłą żoną ma dobre stosunki, a skąpi, jeśli wie, że dziecko jest nastawiane przeciwko niemu. Tymczasem większość pań zupełnie tego nie rozumie, wychodząc z założenia, że skoro je zdradził, czy skrzywdził, to musi zostać ukarany i ma dosłownie za wszystko zapłacić. Taka polityka obraca się przeciwko samotnym matkom, które swoim działaniem odpychają ojca od dziecka.

Jest też bardzo krzywdząca dla dzieci, które w ten sposób tracą kontakt z ojcem. Negatywne efekty wyjdą w wieku późniejszym, kiedy dziecko dorośnie i będzie miało problemy w relacjach. Zadziwia mnie fakt, że chociaż wielokrotnie tłumaczyliśmy rozwodzącym się paniom, jak powinny postępować dla dobra swoich pociech, to po pełnych nienawiści oczach widać było, że przedłożą zemstę ponad komfort swój i dziecka. I zastanawiałam się wówczas: co łączyło tych dwoje? Czy prawdziwa miłość może zamienić się w tyle złych uczuć?

Stąd sporo smutnych refleksji. Bo warto czasem posłuchać mądrzejszych od siebie dla własnego dobra i dla dobra swoich dzieci.  To my kształtujemy swoje życie. Każdego dnia. Także wtedy, kiedy wychodzimy z sali sądowej po rozwodzie. To od nas zależy, czy będziemy jeszcze w życiu szczęśliwi, czy też zarówno my, jak i nasze dzieci płacić będziemy karne odsetki od emocji, nad którymi nie umiemy zapanować. Warto rozumieć drugiego człowieka. Warto wybaczać. A nade wszystko warto żyć pogodnie, bez gniewu i bez nienawiści.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Kiedy mama jedno kocha bardziej…

Milena była wrażliwą i niezwykle bystrą dziewczynką. Już mając  5 lat, zauważyła, że mama ewidentnie wyróżnia jej starszego brata. Dziecko nie rozumiało, dlaczego tak się dzieje, ale wyartykułowało swoje poczucie krzywdy na głos:

– Mamusia zawsze Wojtkowi na wszystko pozwala. Wojtek to król, a ja to nikt.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić?! – oburzyła się mama – natychmiast mnie przeproś! A potem marsz do kąta!

Być może inna mama zachowałaby się inaczej. Mama Mileny jednak miała monopol na jedynie słuszną rację. Dzieci wychowywała surowo, zgodnie z zasadą absolutnego szacunku dla matki, włącznie z całowaniem codziennym po rękach i mówieniem do siebie w trzeciej osobie. Wojtek i Milena nigdy nie byli chwaleni, ponieważ to mogłoby spowodować, że staną się nieposłuszni i zarozumiali. Dzieci nie miały prawa nie pytane zabierać głosu i podważać matczynego autorytetu. Nie wolno im było używać słowa „nieprawda” w stosunku do starszych, nawet jeśli mówiliby oni, że śnieg ma kolor czerwony. Dzieci miały natomiast obowiązek dobrze się uczyć i wyrosnąć na chwałę rodziców.

Z tym ostatnim problemu nie było, ponieważ oboje byli bardzo inteligentni i bez wysiłku przynosili ze szkoły świadectwa z czerwonym paskiem oraz różne zdobywane w konkursach nagrody. Jednak Milena, bardziej niesforna i przekorna niż jej grzeczny brat, potrafiła uciec z lekcji w dzień wagarowicza. Oczywiście razem z innymi uczniami. Chociaż któż wie, kto tak naprawdę podsunął całej grupie uciekinierów taki pomysł? Potrafiła też zapomnieć odrobić zadanie albo wylać atrament na nowy dywan.

– Bierz przykład z Wojtka, zobacz jaki on jest grzeczny! Zobacz jaki on ma porządek w rzeczach, ty bałaganiaro! Zmień się! Popraw! – nieustannie łajała ją matka.

Myliłby się ten, kto by podejrzewał, że tak rugana Milena znienawidzi brata. Wręcz przeciwnie. Ponieważ chodzili do tej samej szkoły, na przerwie dziewczynka biegła pod klasę Wojtka, by tam na oczach wszystkich przytulić się do brata.

– To jest on, to jest ona, to jest jego narzeczona – śmiały się inne dzieci. Ale bez złośliwości. Zarówno Wojtek, jak i Milena byli bardzo lubiani przez wszystkich. Pomimo najlepszych w klasie ocen, zawsze dawali ściągnąć na klasówce i absolutnie nie byli kujonami. Prawdę mówiąc w ogóle się nie uczyli. Wiedza sama wchodziła im do głowy. Życzliwi dla wszystkich, roześmiani, oboje należeli do harcerstwa, pracowali społecznie. Idealiści. Utopiści.

Mama miała jednak wymagania, które czasem przerastały dzieci. Zdarzyło się im dostać czwórkę, zamiast piątki. Wówczas po powrocie z wywiadówki dom trząsł się od awantury. Wojtek obrywał burę mniejszą od siostry, ledwo podniesionym głosem zwracano mu uwagę, że czwórka to wstyd i hańba, że ma ją natychmiast poprawić, bo jak to wygląda w dzienniku! Milena była surowo karana. Zakaz wyjścia na podwórko, zero kieszonkowego, często klęczenie w kącie na worku z grochem… Miała brać przykład z Wojtka, który jest bardzo dobrym piątkowym uczniem i któremu wstydu przynosić nie wolno.

Któregoś dnia Milena dostała list z urzędową pieczątką. Zanim go otworzyła, matka wyrwała jej z rąk kopertę:

– Pokaż natychmiast! Na pewno jakaś kara za przetrzymanie książki z biblioteki! Wiecznie z tobą same kłopoty. Jesteś okropna!

W liście było podziękowanie dla Mileny i pochwała z Komendy Hufca za wzorowe pełnienie obowiązków instruktorskich. Dziewczyna spojrzała z satysfakcją na mamę, ale nie doczekała się uznania ani tym bardziej przeprosin. Matka w milczeniu oddała jej kopertę i odwróciwszy się na pięcie, poszła do swoich spraw. W tym domu dorośli nigdy nie przepraszali dzieci. Dorośli byli przecież nieomylni.

Milena uwielbiała brata, jakby podświadomie czując, że nie ponosi on winy za to, że matka jego kocha bardziej. Z rodzicielką stosunki miała chłodne. „Nie chcesz mnie kochać, to nie, obejdzie się”, mówiły zielone oczy Mileny do matki. Nie przejmowała się też ciągłą krytyką i niedocenianiem. Osiągała kolejne sukcesy w szkole, zbierała dyplomy, zajmowała punktowane miejsca w konkursach literackich. Pracowała nad sobą, starała się zmieniać na lepsze, wyrosła na piękną i świadomą swojej wartości osobę. Wyszła za mąż, urodziła dziecko, a brat nadal był jej największym oparciem przyjacielem na dobre i złe.

Milena przeczytała mnóstwo książek o psychologii, skończyła studia, zaliczyła dobre kursy rozwoju osobistego. Wiedziała, że musi uzdrowić w sobie to wszystko, co wlecze się za nią z przeszłości. Dzisiaj Milena jest psychologiem i doradcą. Cenionym, szanowanym i podziwianym. Uczy kolejne pokolenia, jak pomagać innym ludziom. Wydała kilka doskonałych poradników. Jest kobietą pełną pasji i miłości do życia. Jej dni są wypełnione mnóstwem nowych pomysłów, które z radością realizuje. Od 30 lat trwa w szczęśliwym związku i nadal kocha swojego brata. Ma udanego syna, dla którego jest największym przyjacielem i powierniczką.

Przyszedł wreszcie czas, że zbudowała także pełną ciepła więź ze swoją mamą. Odkąd Milena pokochała siebie taką, jaką jest, jej rodzicielka zaczęła dostrzegać dobro i piękno swojej córki. Stosunki między kobietami zmieniły się na lepsze. Milena powiedziała mi, że kropla drąży skałę i ona właśnie cierpliwie wydrążyła piękną matczyną miłość. Jest szczęśliwa i spełniona.

***

Czytałam ostatnio artykuł o faworyzowaniu przez rodziców jednego z rodzeństwa. Wynika z niego, że te gorzej traktowane dzieci, przez całe dorosłe życie trwają w koszmarnej nienawiści i zazdrości. Wydało mi się to wręcz niemożliwe, bo znając Milenę, wiedziałam, że można inaczej. Dlaczego zatem ludzie niepotrzebnie cierpią? A dlaczego Milena jest szczęśliwa, pomimo takiego dzieciństwa, jakie jej przypadło w udziale?

Przyczyna tkwi w samym człowieku. Odpowiedź jest tutaj banalnie prosta. Milena pracowała nad sobą i włożyła nieco wysiłku, by zmienić swoje ułomne podświadome wzorce. Zrozumiała, że jeśli chce być szczęśliwa, musi coś w sobie uzdrowić. Znalazła to „coś” i uzdrowiła. Wymagało to od niej pracy nad sobą i cierpliwości. Wymagało to też świadomości: to mój problem, to jest we mnie, tylko ja mogę to zmienić.

Piszę o tym, abyście zrozumieli, że jesteście w pełni odpowiedzialni za wszystkie swoje wybory i również za to, jacy jesteście. Obecnie nastała moda psychologicznego tłumaczenia podłości, zawiści, egoizmu. Mówi się powszechnie: ona jest taka, bo miała trudne dzieciństwo, bo nie była kochana i wspierana. Pokazałam wam los kobiety, która miała dość trudną przeszłość, a pomimo tego jest wspaniałą i szlachetną osobą. To nieprawda, że niedobry, popełniający błędy rodzic piętnuje nas psychicznie na całe życie. Wszystko można uzdrowić, trzeba tylko chcieć. Jeśli rzetelnie nad sobą pracujemy, wówczas uzdrawiamy siebie na wszystkich poziomach. Można uporać się z brakiem wsparcia, ale również z zazdrością.

Zastanawiam się raczej, jak można kierować się w życiu takimi paskudnymi odczuciami? Jakie to daje korzyści, poza nakręcaniem negatywnych emocji? Nie wytrzymałabym w energii zawiści ani jednego dnia! Taki stan należy w sobie natychmiast rozpoznawać i uzdrawiać, zanim pochłonie nas szkodliwa adrenalina!

Jeden z moich przyjaciół uważa, że poziom  rozwoju widoczny jest po naszym stosunku do rodziców. Wysoko rozwinięta osoba kocha i akceptuje rodziców, rozumiejąc, że wszystkie błędy które popełnili, były ich sposobem na dobre w ich mniemaniu wychowanie dziecka. Jeśli nawet ich czyny wykraczały poza zasady moralne i etyczne (o czym tutaj nie mówimy), to pozostaje wybaczenie, od którego nie powinno się w żaden sposób uciekać.

Moim zdaniem nie może mówić o rozwoju duchowym nikt, kto babrze się bez końca w zazdrości czy nienawiści i przez całe życie odsuwa się od bliskich, nie umiejąc zapomnieć, że ośmielili się nie spełniać oczekiwań lub kochać kogoś innego, niż my. Jeśli Milena może kochać swoje rodzeństwo, może wybaczyć matce brak wsparcia, to każdy może to zrobić. Stawiajmy sobie wyżej poprzeczkę w tym względzie. Jesteśmy tu na Ziemi dla miłości, a nie dla nienawiści. Dopóki nie nauczymy się wybaczać i kochać, jesteśmy tu na darmo…

Bogusława M. Andrzejewska

Duchowo o wybaczaniu

Z duchowego punktu widzenia, warto zwrócić uwagę na kwestię wybaczenia – w takim pojęciu, jak rozumiemy to na głębszym poziomie. Na chwilę pomińmy zatem psychologiczne aspekty tematu i spójrzmy oczami pełnymi bezwarunkowej miłości i wzrastania. Nieprzypadkowo nie istnieje żadna duchowa droga, która akceptowałaby żal i pretensje oraz propagowała zemstę i odwet. Rozumienie, że nie istnieje wina i kara wydaje się być podstawą wewnętrznego wzrastania. W takiej optyce w pewien sposób nie ma nic do wybaczania.

Nasza myśl i nasze wewnętrzne wzorce kreują wszystko, co wydarza się w naszym życiu. Zatem, jeśli spotykamy kogoś, kto robi nam przykrość, czy wręcz nas krzywdzi, bez wątpienia został przez nas wykreowany wewnętrznym kodem. Innymi słowy, został zaproszony do naszego życia. Mówimy najczęściej, że jest naszym „nauczycielem”, ponieważ uczy nas tego, co musimy wiedzieć o sobie. Patrząc w ten sposób, nie zobaczymy najmniejszego powodu do obrażania się na tę osobę, do gniewu czy też w ogóle do kwestii wybaczania. Jeśli zapraszamy do domu gościa, aby nauczył nas matematyki, to nie możemy mieć do niego pretensji, że nas uczy, nawet jeśli sam proces nauki jest męczący i nieprzyjemny. Zdecydowanie powinniśmy mu za lekcje podziękować.

Dlaczego zatem czujemy gniew, żal i obrażamy się na ludzi? Ponieważ jesteśmy krnąbrni i nie chcemy się uczyć. Chcemy leżeć wygodnie i bawić się, nie wkładając najmniejszego wysiłku w swój rozwój. I wcale nie dlatego, że jesteśmy leniwi, lecz dlatego, że przestaliśmy siebie kochać. Człowiek, który nie kocha siebie, czuje złość do całego świata i na zewnątrz szuka winnych wszystkich swoich problemów. Nie chce wierzyć, że ma w sobie jakiś odpowiedzialny za trudności wzorzec. Nie chce nawet słyszeć, że może coś zmienić. Nie umie spokojnie przyjąć, że ktoś zwraca mu uwagę, ponieważ człowiek, któremu brak miłości do siebie nie toleruje najmniejszej krytyki, a informacja, że jest odpowiedzialny za jakieś negatywne wydarzenia, będzie dla niego nie do przyjęcia. A ta odpowiedzialność nie oznacza przecież winy, a jedynie możliwość naprawienia wzorca.

Zobaczmy, jak to wygląda w praktyce. Wyobraźmy sobie sytuację, w której rabuś napada wieczorem idącą samotnie kobietę, dotkliwie ją bije i kradnie torebkę z pieniędzmi. Na poziomie duchowym należy zrozumieć, że te dwie dusze – bandyty i ofiary umówiły się przed zejściem na Ziemię, a wydarzenie to zostało zaplanowane. To kontrakt dwóch dusz, jakie zatem mamy prawo do emocjonalnego oceniania sytuacji? Trudno mieć pretensje do rabusia, że realizuje program duszy kobiety. Ważne jest tylko pytanie, jaka to lekcja dla pobitej dziewczyny, ponieważ zdarzenie to ma swój wazony cel: naukę. Cała ta sytuacja nie jest przypadkowa, zatem coś istotnego nam pokazuje. Jest lustrem, w którym odbija się podświadomość kobiety i wzorce, jakie się tam rozgościły.

Po pierwsze: lęk przed byciem napadniętym. Jeśli myśli tej osoby często wypełniał strach przed przemocą, to tego typu energia musiała przyciągnąć określone doświadczenie. Po drugie: najprawdopodobniej mamy do czynienia z potrzebą bycia ukaraną, a zatem pokazuje się nam poczucie winy. Może to być nawet syndrom ofiary. Po trzecie: potrzeba poniesienia straty materialnej (skradziona torebka z pieniędzmi), wynikająca np. z przekonania o tym, że nie zasługuje na bogactwo lub tez musi zapłacić za coś. To tylko ogólniki, podane tak oględnie, jak sam przykład. Niemniej wierzę, że opis ten dość czytelnie pokazuje cały proces. Nie ma w nim nigdzie powodu do pretensji. Rabuś jest tylko „nauczycielem”, który pokazuje kobiecie te elementy jej podświadomości, które domagają się uzdrowienia.

Decyzja o odpuszczeniu winy komuś, kto nam zrobił krzywdę, wynika z logiki. Nie można być złym na kogoś, kto nam pokazuje, czego brak nam do pełni doskonałości. Trudno mieć pretensję do innej duszy, że pomaga nam w rozwoju, tym bardziej, że zapewne uczy nas z miłością, bo tak się umówiliśmy kiedyś tam, pomiędzy wcieleniami. Zatem tak naprawdę nic nikomu nie musimy wybaczać. Wystarczy, że zrozumiemy cały duchowy proces nauki i z miłością odniesiemy się do Wszystkiego Co Jest.

Wszechświat jest pełen harmonii, dlatego nawet takie przykre wydarzenie jak napad i pobicie jest tylko odzwierciedleniem tego, co nosimy w sobie. Trudne doświadczenia nie dzieją się same z siebie. Są odpowiedzią na zapotrzebowanie naszej duszy, która chce się uczyć i doskonalić. Jest to też dobra informacja, bo jeśli wypełnimy siebie miłością w miejsce strachu i kompleksów, wówczas świat dookoła także będzie pełen miłości, a nasza rzeczywistość rozświetli się najpiękniejszymi doświadczeniami.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Wybaczyć rodzicom

Wróciłam niedawno z ciekawego szkolenia, na którym tematem głównym były relacje z rodzicami. Jak to najczęściej bywa, to co stale przewijało się w każdym przypadku, to brak akceptacji dla zachowania rodziców, żal, pretensje, nieprzerobione sprawy. Jakoś tak układają się nasze związki z matką i ojcem, że zawsze znajdziemy tam coś do krytykowania. I chociaż od dawna jestem wolna od tego problemu, to przecież kiedyś również myślałam takimi kategoriami. Rozumiem więc doskonale, że temat ten jest wiecznie żywy i każdy na swój sposób powinien poukładać to w sobie.

Jak zatem wybaczyć rodzicom? Jak poczuć całym sobą, że starają się najlepiej jak potrafią i jeśli popełniają błędy, to dlatego, że inaczej nie umieją? Myślę, że nie ma na to jednolitej recepty dla wszystkich. Mi bardzo pomógł proces wewnętrznego dziecka, który dwadzieścia lat temu fachowo przeprowadziła ze mną koleżanka psycholożka. A potem wystarczyła już tylko praca duchowa i otwieranie serca na miłość, zrozumienie i współczucie. I chociaż sporo trudnych rzeczy uwalniałam, dzisiaj czuję głównie wdzięczność dla moich rodziców.

Jedna z ważnych refleksji, jaka do mnie przyszła niedawno, dotyczy próby wejścia w cudze buty. Postawmy się w sytuacji osoby, do której mamy pretensje. Tak łatwo oceniamy innych, przyklejając im etykietkę podłych, czy bezmyślnych. Tymczasem życie często pokazuje, że w podobnej sytuacji dokonujemy identycznego wyboru. Warto czasem bez hipokryzji przyjrzeć się drugiej osobie, poczuć tak, jak ona i pomyśleć, co na jej miejscu byśmy zrobili. Bardzo łatwo napełnić sobie usta frazesami o uczciwości czy sumieniu. Życie jednak nie zawsze pozwala nam wyrzekać się tego, co dla nas ważne.

Jedną z często spotykanych pretensji do rodzica jest żal o to, że zostało się porzuconym, że w dzieciństwie zabrakło kochającej obecności, zabawy, bliskości. Obiektywnie patrząc, łatwo ocenić, że obowiązkiem kogoś, kto dał życie, jest wychować i być obok. Jasne. Mamy nawet paragrafy na konieczność utrzymywania małoletnich. Ale wyobraźmy sobie siebie w sytuacji, w której bez naszej woli i zgody grozi nam zostanie ojcem. Nie czujemy się gotowi, nie ma w nas radości z tego powodu. Natomiast przeraża nas wrzeszczące, pomarszczone niemowlę… Jeden bierze to na klatę i próbuje podołać temu ciężkiemu obowiązkowi, a inny ucieka gdzie pieprz rośnie.

Jeśli ktoś w tym momencie zacznie pokrzykiwać, że trzeba wcześniej pomyśleć o konsekwencjach radosnego seksu z kim popadnie, to natychmiast zapytam: a jak to jest u ciebie? Ręka w górę ten, kto kocha się wyłącznie w celach prokreacji! I nie pytam szczęśliwie żonatych. Każdy z nas chce cieszyć się życiem. Czasem po prostu zawodzi antykoncepcja. A bywa też, że ktoś liczyć nie umie. Siłą rzeczy biologia sprawia, że kobieta chcąc nie chcąc dostaje dziecko w darze i uciec od niego nie może, a mężczyźnie czasem taka ucieczka się zdarza. I chociaż tego popierać nie można, można to spróbować zrozumieć.

Próba pojmowania drugiego człowieka i postawienia się na jego miejscu pomaga w wybaczeniu. Być może ja nigdy nie porzuciłabym swojego dziecka, ale rozumiem, że ktoś inny nie potrafi stawić temu czoła i podejmuje odmienną decyzję. Ma do tego prawo. Być może dla niego strach przed odpowiedzialnością, uwięzieniem w pieluchach, przed całymi latami kaszek, kupek i zabawek wydaje się nie do ogarnięcia. To nie tylko usprawiedliwienie dla kogoś, kto postąpił niewłaściwie. To także ogromnie ważne dla poczucia wartości. Wiele dzieci porzuconych przez ojców czuje się kimś gorszym, kogo ojciec nie chciał i nie kochał. A naprawdę to nic personalnego. Ten człowiek, który nie chciał podjąć ojcowskich obowiązków, nic nie miał przeciwko małej Biance czy Kubie. On bał się swoich własnych demonów. Dorosła Bianka i Kuba może to zrozumieć i przyznać: „wiem, że bardzo chciałeś mnie kochać, ale twoje lęki były silniejsze i dlatego uciekłeś”. To uwalnia nas od bycia gorszym, przegranym, niechcianym. Jest to naprawdę bardzo istotne dla naszego szczęścia – umieć zrozumieć cudze słabości i zaakceptować je, jako zwyczajny kawałek życia.

Czasem tą słabością nie jest ucieczka od rodzicielstwa, lecz działania, które zadają ból. Nadmierne ambicje, które każą bezustannie krytykować dziecko, a ono bezsilnie stara się być coraz lepsze i lepsze, by zasłużyć wreszcie na pochwałę. Surowość, która rzuca maluszka na ziemię, by czuł się marnych prochem wobec wszystkowiedzących i nieomylnych rodzicieli. Zaniedbanie, które ślepymi oczami nie dostrzega ewidentnego krzywdzenia małej istoty przez innych dorosłych. A nawet uzależnienia, które stwarzają piekło na Ziemi. Za tym wszystkim stoją ludzie, przepełnieni lękiem, fobiami, złymi emocjami, głupotą, naiwnością. Każdy z nich to tylko człowiek.

Kiedy nauczymy się w rodzicach widzieć zwykłych, omylnych ludzi, kiedy damy im prawo do błędów, uwolnimy wreszcie swój ból i żal. Pozwolimy sobie na odpuszczenie matce lub ojcu tego, że bali się, nienawidzili, faworyzowali, uciekali, oczekiwali, żądali, wyobrażali sobie niestworzone rzeczy. Że widzieli świat swoimi oczami. Że nie domyślali się naszych potrzeb. Że nie reagowali tak, jak chcieliśmy. Że okazywali miłość po swojemu, a nie tak, jakby nam się najbardziej podobało. A przecież kochali. Tak, jak umieli.

Czasem dziwię się, o jakie rzeczy mają do rodziców pretensje moi klienci. O drobiazgi – o to, że mama wszystko wie najlepiej i ciągle poucza. Niech poucza, przecież chce dobrze, chce jak najlepiej, nawet jeśli racji nie ma. O to, że ojciec bardziej kocha siostrę lub brata niż mnie. A niech sobie kocha, wolno mu. Ja też jednych lubię bardziej, innych mniej. To mnie nie umniejsza, bo moją wartość kształtuję ja sama, a nie stosunek do mnie innych ludzi, nawet rodziców. Zastanówmy się też, dlaczego dorosłych tak bardzo denerwuje to, że ledwo chodząca staruszka, która nie wie, co to jest internet, próbuje im doradzać, co mają robić, a czasem nawet karci słowami za jakiś postępek. Przecież ona nadal jest matką i zawsze będzie swoje dziecko traktować przez pryzmat poczucia macierzyńskiego obowiązku. Nawet wtedy, kiedy to dziecko będzie miało pięćdziesiąt lat. Zauważenie tej prostej zależności otworzy nas na rozumienie i współczucie.

W wybaczeniu pomocna jest także świadomość odłączenia działania od samego człowieka. Zobaczmy w nim kogoś dobrego, jasnego, kto naprawdę chce dobrze, lecz ulega swoim słabościom, lękom, błędnym przekonaniom. Dotyczy to zresztą nie tylko rodziców, ale każdej osoby, której chcemy wybaczyć. Jeśli ktoś wyrządza nam to, co nazywamy krzywdą, to rzadko kiedy ma na celu świadome zadanie nam bólu. Najczęściej kieruje się lękiem bądź nawykiem wyniesionym z domu. Ojciec, który bezlitośnie bije pasem, zapewne też był bity jako dziecko. Tak go nauczono, powtarzając mu, że bez dyscypliny rosną tylko chwasty. Może i serce mu się kroi przy tym biciu, ale jest przekonany, że dla naszego dobra – musi. Znałam takich ojców. Dzisiaj już rzadko stosuje się kary cielesne, ale można tu wstawić każde inne działanie. Rodzice zazwyczaj robią to, czego ich nauczono w domu, w co wierzą i co – w ich przekonaniu – służy naszemu dobru. A przy tym mają i swoje trudne emocje lub cechuje ich egoizm, a czasem zabraknie im zwykłej ludzkiej mądrości. Bo mądrość – niestety – nie jest dawana każdemu. Nic na to nie poradzimy… Stąd też wiele działań nacechowanych jest brakiem rozsądku lub lękiem.

W krytycznej ocenie rodziców zauważyłam jeszcze jeden wątek – patrzenie oczami innych ludzi. Moją znajomą wychowywała babcia, która nie lubiła zięcia, czyli ojca tej mojej znajomej. Małe dziecko każdego dnia słyszało krytyczne uwagi pod adresem taty. Zakodowało sobie, że ma ojca lenia, brudasa i chama tak mocno, że nie zauważyło, jak ojciec rysuje jej obrazki, nosi na barana, opowiada bajki, zabiera na spacer i śpiewa piosenki. Kiedy dorosła, powtarzała, że miała złego ojca, lecz na pytanie, co było złego w nim odpowiadała cudzymi słowami: leń, brudas, cham, nogi mu śmierdzą. Kiedy zapytałam: „a co zrobił złego tobie?”, nie umiała odpowiedzieć. Okazało się, że nigdy jej nie skrzywdził, nie zaniedbał, pomagał w nauce i chętnie się z nią bawił.

Bardzo trudno jest oddzielić cudze wzorce zakodowane mocno w dzieciństwie, od naszych własnych uczuć. Podobnie jak z każdym negatywnym przekonaniem, to w nas działa niestety i nam przeszkadza. Jeśli nauczymy dziecko, że psy są złe i mogą ugryźć, dorosła osoba będzie bała się psów, chociaż być może nigdy z żadnym nie będzie miała kontaktu. Podobnie z kodami wszczepionymi przez niechętne teściowe – wypaczają prawdziwy obraz któregoś z rodziców. Dobrze byłoby, gdyby każda babcia wzięła to sobie do serca i nigdy nie krytykowała przy dziecku żadnego z rodziców.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Harmonia wybaczania

O wybaczaniu napisano całe tomy. Każdy, kto wszedł na drogę wewnętrznego rozwoju zna temat na wylot, wie i rozumie, dlaczego warto wybaczyć sobie i innym. Jest jednak coś o czym czasem zapominamy: pamięć, obciążająca minionymi doświadczeniami. Przeszłość zabarwia nam włosy na srebrny kolor, żłobi bruzdy zmarszczek na twarzy, rzeźbi w sercach kręte labirynty bólu. Jednak to nie czas nas rani najbardziej, lecz trudne emocjonalnie sytuacje. Zdrady. Rozczarowania. Odrzucenie. Straty. Zawiedzione nadzieje… Długo można wyliczać nazwy wszystkich życiowych nauczycieli, którzy dotknęli nas cierpieniem.

Każdy z nas ma na koncie przykre doświadczenia. Nie ma tutaj wyjątków ani ludzi wolnych od bolesnych lekcji. Jedni mają ich więcej, inni mniej. Wszyscy jednak muszą zmierzyć się z konsekwencjami traumatycznych przeżyć. Robimy to najczęściej poprzez pryzmat dojrzałości, powtarzając sobie, że czas leczy rany, a wszystko mija. Zapominamy…

Zapominamy tylko pozornie, ponieważ w głębi duszy pozostają niezatarte ślady doświadczeń, zabarwiających nasze obecne reakcje. Czasem jest to paniczny lęk, który skręca wnętrzności na dźwięk dzwonka u drzwi. Czasem furia, która ogarnia nas na wieść o czyimś zachowaniu. Czasem bezradny płacz, który wbija nas w poduszkę. Na poziomie komórkowym naszego fizycznego ciała drży pamięć minionego bólu.

Jest wiele mniej lub bardziej profesjonalnych sposobów uzdrawiania przeszłości, ponieważ na tym bazuje psychologia – na harmonizowaniu człowieka poprzez naprawianie wzorców. Tych wkodowanych w dobrej wierze przez naszych rodziców czy opiekunów i tych wyrytych w emocjach przez życie. Ilu nauczycieli duchowych – tyle metod. Ilu psychologów, tyle propozycji.

Chcę pokazać jedną z nich, najprostszą. Być może okaże się dla kogoś skuteczna. Nazwałam ją uzdrawianiem przez akceptację i rozumienie. Polega ona, najprościej mówiąc, na pogodzeniu się z przeszłością. Brzmi to nieco naiwnie, bo w pewien sposób nauczeni jesteśmy, aby szukać magicznych technik, które potrząsną nami potężnie i sprawią, że ból całkowicie zniknie z naszych tkanek, a serce zapomni o cierpieniu. Moje doświadczenie wskazuje jednak, że taki cud nie następuje, niezależnie od tego, co stosujemy.

Uczymy się wybaczać. Piszemy listy, robimy medytacje, tłumaczymy sobie: „on inaczej nie umiał”, „ona już taka jest, inna nie będzie” i radośnie wchodzimy w pozytywne myślenie, próbując zmniejszyć swój żal o to, co się wydarzyło gdzieś… kiedyś… To wszystko oczywiście ma sens. Emocje łagodnieją, żal się wycisza. Czasem nawet potrafimy się pojednać z byłym „wrogiem”. Zazwyczaj umiemy odłączyć osobę od zdarzenia i odpuścić jej zły czyn, którym zadała nam ból. W gruncie rzeczy jednak niczego nie zapominamy. Czasem myślę, że najlepszy byłby lek wywołujący amnezję, ponieważ dopóki pamiętamy negatywne zdarzenie, jesteśmy uwiązani do bolesnego śladu własnych myśli. Nie można uznać za dobre tego, co było podłe i odrażające… Pamięć cierpienia odradza się jak feniks z popiołów.

Tymczasem wystarczy zmiana perspektywy. Kiedy rozwijamy się duchowo i zaczynamy pojmować niedualność Wszechświata, dostrzegamy coś więcej niż przyjmują ludzkie standardy. Możemy nagle zauważyć, że dzięki zdradzie, odrzuceniu, byciu oszukanym i skrzywdzonym weszliśmy na niezwykle ważną ścieżkę rozwoju. Warto zadać sobie pytanie: gdzie byłbym teraz, gdyby nie ta krzywda, którą mi wyrządzono? Jeśli uczciwie sobie odpowiemy, zrozumiemy, że cierpienie sprzed wielu lat było nasza bramą do raju. Gdyby ta „okropna osoba” nie uczyniła tego, co nazywamy dziś zranieniem, tkwilibyśmy w czymś nudnym, smutnym i pozbawionym sensu. Ta rzekoma „krzywda” to cudowny zapakowany prezent, jaki dostaliśmy od losu.

W tym miejscu lubię jako przykład podać historię z książki (i filmu) pod tytułem „Nigdy w życiu”. Kiedy mąż głównej bohaterki informuje ją, że odchodzi do innej, ona cierpi i płacze, wierząc w to, że cały świat runął. Tymczasem ów rozwód jest początkiem jej drogi do raju: życia w pięknym domu, w wyśnionym zakątku świata, z prawdziwie kochającym mężczyzną u boku. Zadajmy sobie pytanie: gdzie byłaby dzisiaj, gdyby niewierny mąż nigdy nie zaproponował jej rozwodu? Jak wyglądałoby jej życie? Czy patrząc z perspektywy czasu chciałaby, aby to się nie wydarzyło, by mogła nadal gotować obiadki niechętnemu, złośliwemu partnerowi?

Każdy z nas ma własną historię, która zmienia jego życie na lepsze. Charakterystyczną cechą początku nowej drogi jest cierpienie, które ktoś nam wyrządza lub które sami do siebie przyciągamy własnym lękiem czy brakiem miłości. To tylko lekcja. To tylko drogowskaz. A może zamiast „tylko” poczujemy ogromną potęgę i moc transformacji tego, co nas spotkało? Spróbujmy docenić całe zdarzenie, wypiszmy na kartce wszystkie korzyści i wszystkie lekcje, jakie dzięki temu przerobiliśmy. Zobaczmy, jak wielką drogę w rozwoju pokonaliśmy właśnie dzięki takiemu doświadczeniu. Jeśli będziemy umieli spojrzeć na tę sytuację z wdzięcznością, wówczas dojdzie do głosu prawdziwe zrozumienie. W tym miejscu zaczyna się realne uwolnienie od przeszłości.

Uświadomienie sobie prostego faktu, że wszystko sami kreujemy, nie zawsze wystarczy. Bywa, że obwiniamy siebie za niewłaściwe myśli i emocje. A nie ma nic gorszego niż żal do samego siebie. Najważniejsze jest dostrzeżenie błogosławieństwa w tym, co dotąd uznawaliśmy za krzywdę. Wówczas bardzo szybko poczujemy pełną akceptację całego skomplikowanego wydarzenia. Akceptacja ta uwalnia całą traumę. Znikają lęki. Porażka zamienia się w sukces.

Pamiętajmy, że to nasze myśli i poglądy kształtują rzeczywistość. Także tę, która dotyczy naszego oglądu przeszłości. Jeśli zmienimy swój stosunek do minionych wydarzeń, to dokonamy cudu – jak podróż w czasie – który zmieni nasze obecne życie na lepsze. Ta podróż zaczyna się od zrozumienia głębokiego i pięknego sensu tego, co nas spotyka. Kolejnym krokiem jest poczucie wdzięczności za owo błogosławieństwo, które poprowadziło nas najpiękniejszą ścieżką do prawdziwej ziemi obiecanej. A potem pozostaje już tylko cieszyć się tym, że coś się zdarzyło. Czasem nie trzeba żadnych magicznych metod i ćwiczeń – wystarczy zmienić myślenie.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Niewdzięczność

Dobroć jest tak oczywistą rzeczą, że wydawałoby się nie trzeba niczego na ten temat pisać ani mówić. Każdy wie doskonale, że warto być dobrym. Nie tylko dla własnej satysfakcji i odpowiedniego wkładu w rozwój wszechświata. Także dlatego, że czynienie dobra uruchamia pozytywną spiralę pomyślnych wydarzeń, jako że podobne przyciąga podobne. A przede wszystkim podnosi nam poczucie wartości, bo kiedy robimy komuś przysługę, czujemy się lepsi, potrzebni i wspaniali. To jest po prostu przyjemne.

Tymczasem życie weryfikuje nasze poglądy, bo równie często jak z docenianiem, spotykamy się z niewdzięcznością. To boli bardziej niż konkretny atak nieprzyjaznej nam osoby i sprawia, że powstają nawet negatywne hasła o tym, że „każdy dobry czyn musi zostać ukarany”. Błędne to zdanie, ale przecież nie powstało przez przypadek. Wiele takich zdarzeń doświadczają ludzie, skoro zaczynają tworzyć na ten temat przysłowia. Warto zatem pokusić się o krótką analizę i znaleźć odpowiedź, jak sobie z tym radzić.

Moja znajoma miała nieco młodszą od siebie przyjaciółkę, którą wspierała w każdy możliwy sposób. Załatwiła jej pracę, pożyczała pieniądze, kosmetyki i sukienki na randki. Niemal każdego dnia gościła ją u siebie na kawie i częstowała ciastem. Kiedy owa przyjaciółka przespała się z mężem mojej znajomej, ta znienawidziła ją całą duszą. Przyznała mi się, że mogłaby ją zabić gołymi rękami. Proponowane przeze mnie techniki wybaczania nie przynosiły efektu. Powiedziała mi wyraźnie, że sam czyn nie ma tak wielkiego znaczenia, jak to, że dopuścił się go ktoś, komu dała z siebie tak dużo. I chociaż oczywiście do męża też miała wielki żal, był on niczym w porównaniu do ogromnego rozczarowania wobec dziewczyny, której wyświadczyła tyle dobra.

Z jednej strony to zdrada podwójna – jest to coś, co łamie serce i duszę. Przestajemy komukolwiek wierzyć, to jasne. Z drugiej jednak – kobiety chcą ufać innym kobietom, podczas kiedy facet to dla nich ktoś, kto prędzej czy później zrobi coś takiego. Jakoś to mężatek nie dziwi, jakby z góry zakładały, że mężczyzna zgrzeszyć musi. Badania psychologów dowodzą, że żony szybko wybaczają mężom niewierność, a cały impet nienawiści i pretensji kierują w stronę kochanki, jakby ta zrobiła wszystko sama, bez żadnej współpracy i chęci ze strony mężczyzny. Moja znajoma także szybko pogodziła się z mężem i każdą wolną chwilę zapełniała marzeniami o rozszarpywaniu „wrednego babska” na kawałki.

Ale jest w tym niewątpliwie element wielkiego zaprzeczenia wszystkiemu, w co wierzymy. Pojawiają się pytania: po co pomagać innym? Po co być dobrym? Czy nie lepiej zamiast się troszczyć i wspierać, kopnąć w tyłek z taką siłą, by ta osoba zapomniała naszego adresu? Dlaczego zamiast dobra, wraca do nas ból i cierpienie? Jak trudno wtedy znaleźć właściwy argument, który udowodniłby, że to, co robimy, określa nas samych, bez względu na wymierne efekty. Moja znajoma kiedyś głośno powiedziała: nie chcę już być dobra, tylko szczęśliwa.

Dostrzegam tu też inne rozczarowanie. Chociaż dobro wyświadczamy najczęściej spontanicznie i bez wyrachowania, jednak na poziomie podświadomym wierzymy, że dzięki temu jesteśmy lepsi. To niejako gwarantuje lepsze życie, bo przecież takie wspaniałe osoby powinny zostać przez wszechświat wynagradzane. Moja znajoma czuła żal nie tylko do tamtej kobiety, ale także i do Boga, i do losu. Proces wybaczania, który wreszcie podjęła, musiał zatem objąć nie tylko fałszywą przyjaciółkę, ale także inne aspekty. Jej zdaniem najwięcej bólu wywołało poczucie niesprawiedliwości czy tez nieadekwatności, ponieważ nigdy nie zrobiła nic złego osobie, która ją skrzywdziła.

W tym miejscu warto zauważyć, jakkolwiek to zabrzmi, że pojawiło się w niej nieświadome oczekiwanie wynagrodzenia w zamian za świadczone dobro. Gdyby rzeczywiście nie miało to znaczenia, nie byłoby rozczarowania. Ludzie bywają różni, a ich zachowania są czasem skrajnie podłe i egoistyczne – wie to każdy z nas. Jeśli komuś pomagamy, a ten ktoś zamiast podziękowania, robi nam coś złego, wystarczy wzruszenie ramion i konstatacja: widocznie inaczej nie potrafi. I tyle. Możemy tę osobę omijać z daleka. Możemy i powinniśmy nazwać i przerobić swoje lekcje, jeśli poruszyła nasze emocje. Ale nie warto tracić energii na niepotrzebny żal, który niczego nie zmieni. Dobro, które czynimy, czynimy dla siebie, dla wszechświata, a głównie po to, by określić Kim W Istocie Jesteśmy. Ono zawsze wróci do nas pomnożone, nawet jeśli podstawowy odbiorca nie raczył go docenić i odwrócił się plecami. Nie należy czynić dobra w oczekiwaniu na wynagrodzenie. To tak nie działa.

Kluczowe moim zdaniem jest tutaj znowu poczucie wartości. Kiedy jest na odpowiednim poziomie, nie musimy dowartościowywać siebie pomaganiem innym. Jeśli kogoś wspieramy, to tylko dlatego, że tak chcemy, czujemy i uważamy to za właściwe. Niczego w zamian nie oczekujemy. A trzeba też pamiętać, że wiara w siebie i traktowanie siebie z szacunkiem powoduje, że ludzie umieją okazywać nam wdzięczność. Działa tutaj zasada lustra. Kiedy odnoszę się do siebie z miłością, to także inni nie chcą mnie krzywdzić. Moja znajoma musiała zacząć od podnoszenia samooceny. Dopiero kiedy przerobiła tę lekcję, mogła rozpocząć medytacje wybaczające, ponieważ dopiero wtedy zrozumiała, że dziewczyna, która przespała się z jej mężem, nic jej nie jest winna.

Na koniec jeszcze jeden element, który pojawia się bardzo często w przyjacielskich i małżeńskich układach, a mianowicie – równowaga pomiędzy dawaniem i braniem. Kiedy zostaje zachwiana, niszczy układ. Nie jest wykluczone, że w omawianym przykładzie, owa fałszywa przyjaciółka weszła w poczucie winy, ponieważ stale była wspierana i obdarowywana, a sama nie mogła się za to zrewanżować. Być może poczuła się tak źle, że podświadomie szukała powodu do kłótni i znienawidzenia hojnej znajomej. Doszła do tego zazdrość, że przyjaciółka ma wszystko: pieniądze, udane małżeństwo, zdrowie, radość, pracę…  Zdecydowała się więc, by nieco tego dobra „uszczknąć” i poczuć się dzięki temu lepiej.

Bardzo to przewrotne myślenie – wiem. Wiele lat nie mogłam pojąć takiej postawy, ale jako psycholog chciałam zrozumieć także i tych, którzy wybierają najgorsze rozwiązania w swoim życiu. Rozmawiam też z ludźmi, którzy z premedytacją krzywdzą innych. Zawsze mają na to argument, który zaskoczyłby bardzo ich ofiary. Zakładam więc, że i tutaj oprócz oczywistego egoizmu, pojawiła się zazdrość i poczucie winy.

Dlatego zachęcam do pilnowania równowagi pomiędzy dawaniem i braniem. Jeśli kogoś wspieramy, domagajmy się od tej osoby czegoś ważnego dla siebie, bo dopiero to tworzy prawdziwą więź. Ludzie lubią obdarowywać, lubią być swoistymi energetycznymi wierzycielami. To im podnosi poczucie wartości, a z tego niechętnie się rezygnuje. Moje doświadczenie wskazuje, że gdyby to owa fałszywa przyjaciółka stale obdarzała różnymi dobrami moją znajomą, zdecydowanie zawahałaby się przed pozwoleniem sobie na intymność z jej mężem. Po pierwsze z przyzwyczajenia  do świadczenia dobra tej osobie, po drugie z podświadomej odpowiedzialności za człowieka, o którego się troszczy. A po trzecie – właśnie dlatego, by nie przestać czuć się dobrą i ważną, co daje mnóstwo siły i przyjemności.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zemsta i współczucie

„Najszlachetniejszą zemstą jest przebaczenie” – wszyscy znamy to piękne stwierdzenie. I chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że zemsta wcale nie smakuje tak, jak wygląda. Jest pułapką, która uruchamia odrobinę adrenaliny, stwarzając iluzję satysfakcji, a potem zostawia po sobie smak popiołu. Bo w istocie każdy z nas jest człowiekiem, który został stworzony do miłości i radości. Nie możemy cieszyć się cudzym nieszczęściem. Taka radość byłaby wbrew nam samym, wbrew harmonii i naturalnemu porządkowi życia.

Bywa czasem taki moment, kiedy niesieni emocjami odegramy się na kimś i rzeczywiście odczuwamy trochę zadowolenia. To oczywiste – wygraliśmy, odparliśmy wroga, zapewniliśmy sobie bezpieczeństwo. Atawizm, który jest dla mnie całkiem zrozumiały. W gruncie rzeczy widzę w tym momencie właśnie odzyskane poczucie spokoju. To jak skuteczne przepędzenie wroga od drzwi domu. Im mocniej go unieszkodliwimy, tym więcej tego bezpieczeństwa. Poczucie zadowolenia jest tu na miejscu.

Ale nie chciałabym tu widzieć radości z cudzego cierpienia, bo cudzy ból – czyjkolwiek ból – jest cierpieniem dla nas samych. Wszyscy jesteśmy Jednością. Jesteśmy połączeni, czy nam się to podoba, czy też nie. Dlatego cieszenie się z cudzej krzywdy jest patologią, bliską takiemu zjawisku jak masochizm. Jest sprzeczne z naturą, która dążyć będzie zawsze do szczęścia i radości. Dla wszystkich. Poprzez empatię dotykamy cudzego istnienia i stajemy się częścią każdej ludzkiej istoty.

Wszechświat jest także lustrem. To, co jest w nas, kreuje więcej podobnych uczuć i doświadczeń. Jeśli cudzy ból nas cieszy, to przyciągamy więcej tego bólu dla siebie samego. Działa to tak samo, jak złe życzenia wysłane do innej osoby. Takie pragnienia wracają do nas i uderzają w nas samych. Nie przez złośliwość wszechświata, nie za karę, ale zgodnie z zasadami, które działają niezależnie od wszystkiego. Jak grawitacja. Czy zatem warto?

Świadoma zemsta jest aktem zamachu na samego siebie. Uruchamia kołowrót wydarzeń, które prędzej czy później zaciskają pętlę na naszej szyi. Jeśli chcę wyrządzić komuś krzywdę tylko dlatego, że ten ktoś skrzywdził mnie, to zanurzam się w negatywne emocje. Nie można z radością i wdzięcznością  zadawać cierpienia – to tak nie zadziała. Zemsta wymaga niskich energii i wejścia w liczne pułapki zastawiane przez negatywne energie na takich właśnie wędrowców, którzy lekkomyślnie zapuszczają się w niskoenergetyczne ścieżki.

Czy pamiętamy piękne zdanie: kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem? Cudowne słowa, które od lat chronią mnie przed potępianiem innych. Czasem oceniam zjawiska, zdarzenia czy zachowania. Ludzi – nie. Ludzie są tacy, jak ja. Szukają dróg i sposobów doświadczania życia. Trudno tu nie błądzić, życie w swoim ogromnym pięknie jest skomplikowane, a ścieżki istnienia bardzo kręte. Wybieranie zemsty, jako odpowiedzi na cudzy błąd, jest jak wysłanie zamówienia dla siebie i negatywna ocena wystawiona samemu sobie. To wytyczna do własnego losu.

Dwadzieścia kilka lat temu padłam ofiarą zazdrości pewnej osoby, która przez wiele lat nękała mnie rozmaitymi atakami, próbując zniszczyć mi życie. Nie wahała się, by nawet grozić śmiercią moim małym wówczas córeczkom. Im więcej było we mnie łagodności i ugodowości, które są moja naturą od zawsze, tym gorsze były jej posunięcia. Chroniąc rodzinę, odważyłam się w końcu, by za każdy cios oddać cios – głównie po to, by pokazać, że nie pozwolę się skrzywdzić i by rozwinąć asertywność. Tej jakości brakowało wcześniej w moim życiu. Wiem, że wówczas musiałam nauczyć się odwagi chronienia własnej przestrzeni. Ale był w tym i element zemsty, trudno zaprzeczyć…

Nie trwało to długo, jedynie do czasu, dopóki nie urzeczywistniłam w sobie mocy wybaczania, dzięki której ta osoba zniknęła z mojego życia. Uczciwie i rzetelnie powtarzałam praktykę, świadoma, że to proces, którego nie można załatwić jedną medytacją. Efekty potwierdzały, że wszystko robię, jak należy. Po wielu latach ciszy, ta osoba pojawiła się znowu w mojej rzeczywistości. Na chwilę tylko… Strumienie bezwarunkowej miłości, spływające na nas w Nowej Erze, wymyły na powierzchnię resztki uczuć, aby poddać mnie testowi ostatecznego uzdrowienia. I wiecie, co mi pomogło najbardziej? Współczucie.

Dzisiaj widzimy siebie w sieci. Każdy może wstawić na społecznościowym portalu zdjęcie swojego śniadania, ubrania, samochodu oraz ulubione hasełka. Ta osoba też to robi, obnażając wszystkie swoje lęki i pożądania. Kiedy zobaczyłam zdjęcia z różnych miejsc, pozowane głównie w cudzych samochodach i na motocyklach, wszystkie w tej samej bluzeczce, zrobiło mi się jej bardzo żal. Dostrzegłam ogromny smutek na wszystkich ujęciach, doczytałam o wielkiej, porażającej samotności i zrozumiałam, jak bardzo biedna jest to osoba. Nie tylko finansowo – brak pieniędzy nie umniejsza człowieka. Ale skupianie się głównie na posiadaniu rzeczy materialnych – już tak. Ta osoba nadal tęskni za miłością, której nie umiała przyciągnąć do siebie przez czterdzieści kilka lat, bo zamiast na ludziach i życzliwym do nich podejściu, skupiała się wyłącznie na pragnieniu pieniędzy… więcej i więcej… Całkiem normalna, niebrzydka, pracowita – a jednocześnie siejąca wokół siebie tyle negatywnej energii, że żaden mężczyzna nie wytrzymał z nią dłużej niż parę miesięcy…

Niektórzy twierdzą, że „wszechświat nie jest rychliwy, lecz sprawiedliwy” i karma dogania ludzi, którzy szli przez życie, krzywdząc innych. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć: nie zemściłam się, ale i satysfakcji nie czuję. I nawet więcej: patrząc na te zdjęcia, czuję tylko niesmak, chociaż nie moja to wina, że ta pani wiedzie takie nieszczęsne życie. Jest mi przykro z powodu jej cierpienia, jej nędzy – głównie psychologicznej i emocjonalnej, chociaż i ubranie, i wnętrze skromnego mieszkanka na strychu wskazują, że bieda dotyka także sfery jej finansów. Odwiedzanie salonów samochodowych i robienie sobie zdjęć w BMW nie wypełni nam portfela, dopóki nie otworzymy się na miłość i dobro. Wklejanie obrazków małżeńskiego łoża nie zapewni szczęśliwego związku, jeśli nie szanujemy innych, lecz dążymy tylko do własnej korzyści. To przykre tak żyć w niewiedzy o tym, gdzie należy szukać swojego szczęścia. I ta przykrość sprawia, że nie mam tu nic do wybaczania.

Smutna to dla mnie myśl, że ludzie sami skazują siebie na taki los. Ta pani to książkowy przykład świadomości ubóstwa i podążania w życiu wyłącznie za niskimi energiami. „Karma dogania” nie dlatego, że jest okrutna, lecz dlatego, że pewne zasady po prostu działają, czy je rozumiemy, czy też nie chcemy ich wcale znać. Ta przysłowiowa „nierychliwość” to błogosławieństwo czasu, który zostaje nam dany, by zrozumieć, co jest właściwe i spójne z miłością. I nigdy nie jest za późno, by wybrać ścieżkę Światła i radości, kasując najbardziej niegodną przeszłość. Każdy „święty” był kiedyś „grzesznikiem”. Nie ma rozwoju bez błędów i pomyłek.

Dlaczego czuję smutek, zamiast satysfakcji, że karma wzięła za mnie odwet? Bo to wszystko rozumiem i z serca życzyłam tej osobie lepszego losu. Bo liczyłam, że ta znajoma mi pani obudzi się jeszcze w tym wcieleniu i zwróci w stronę miłości. Liczyłam, że nauczy się kochać samą siebie, innych ludzi i odejdzie od niskich szkodliwych wzorców, którymi wybrukowane jest jej życie. Miałam nawet piękny sen, że wspólnie pijemy herbatę, żartując i ciesząc się sobą, jak dwie dobre znajome, które nawzajem się wspierają… Jednak nie mamy wpływu na innych – możemy pracować tylko nad sobą. Moja praca duchowa uwolniła moją rzeczywistość od jej toksycznej obecności, ale nie ochroniła przed nią innych osób i jej samej. To jej wolna wola, by żyć w taki sposób, który przyciąga cierpienie.

Tu jednak chcę przede wszystkim zwrócić uwagę na współczucie. Nie trzeba być mistrzem duchowym, by odczuwać żal, kiedy patrzymy na ludzi biedniejszych od nas. I powtórzę, że braki finansowe są najmniejszym problemem, który najłatwiej zresztą rozwiązać. Najdotkliwsza jest nędza emocjonalna, która polega na nurzaniu się w niskich energiach – w zazdrości, złośliwości, chciwości, złych życzeniach, pożądaniu cudzych rzeczy… Z tego rodzi się cierpienie, ale też i samotność, bo ludzie odsuwają się od takich osób. Każdy z nas na swój sposób przechodzi w życiu przez ból, ale umiemy go uzdrowić i większość naszego życia upływa w promieniach miłości i Światła. Osoba, która nie chce, bądź nie umie wyjść poza własną złość, jest jak ktoś zamknięty w ciemnej piwnicy, bez dostępu powietrza… Ginie. A my patrzymy na to bezradnie, bo choć doskonale znamy wyjście z mroku, to nie jesteśmy słuchani. Możemy tylko odczuwać, że bardzo żal nam tej istoty. To właśnie często pomaga w uwolnieniu wszystkich pretensji. Współczucie sprawia, że nie ma już nic do wybaczania.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zapisz