Złe lektury

Duchowe nauki powtarzają często: mów tylko dobre słowa, przebywaj z dobrymi ludźmi, czytaj tylko dobre książki. Jeśli pilnujemy, by czerpać wyłącznie z czystego źródła, pełnego Światła i miłości, wówczas otaczamy się najlepszą energią. Wzrastamy. Rozwijamy się wewnętrznie w najlepszy dla siebie sposób. Niektóre książki i strony są pisane właśnie po to, by wspierać człowieka. Działają jak wspaniałe pozytywne akumulatory.

Nie ukrywam, że staram się tak właśnie tworzyć. Pilnuję energii i nawet wtedy, kiedy wypowiadam się krytycznie, próbuję odnaleźć też w sobie dobro, miłość i zrozumienie, aby napełnić słowa dobrą energią. Tak też maluję obrazy. Tak też piszę poradniki, aby napełnić je mocą uzdrawiania. Ale dzisiaj nie o reklamie mojej twórczości. Dzisiaj kilka słów przestrogi z nadzieją, że być może ktoś zwróci na nie uwagę.

Wczoraj dostałam maila od mojej przyjaciółki – mądrej osoby o dobrym sercu, która od wielu lat interesuje się rozwojem i kiedyś prowadziła terapię dla innych ludzi. List rozpaczliwie smutny. List pełen bełkotliwych cytatów o bezsensie życia. Nie pierwszy taki list od niej. Co jakiś czas moja przyjaciółka rzuca się na wydawane w setkach egzemplarzy modne książki napisane przez autorów-frustratów i podważające całą radość życia. Potem dzieli się ze mną tym, co wyczytała i niemal zawsze konkluduje: „widzisz, ten zły świat jest pułapką, jesteśmy tylko skafandrami (niewolnikami, cieniami, ofiarami, przegranymi, sobowtórami pozbawionymi mocy….itp.). To całe prawo przyciągania to bzdury i manipulacje”.

Niezmiennie budzi to mój gniew. Nie na przyjaciółkę, tylko na moją własną bezsilność. Czasem też trochę na ludzi, którzy piszą takie straszne książki! Oczywiście nikt nikogo nie zmusza do czytania tego paskudztwa, ale to tak samo jak z paleniem papierosów. Nikt nikogo nie zmusza do palenia, jednak gdyby nie hodowano tytoniu i nie produkowano papierosów, problem by nie istniał, prawda? Oczywiście rozumiem, że żyjemy w świecie wyboru i obok piękna, staje brzydota. Obok życzliwych ludzi – cyniczni dranie. Obok dobrych, wartościowych książek –paskudne zżerające energię lektury. Wszystko po to, byśmy nauczyli się wybierać właściwie, pokazując, Kim W Istocie jesteśmy. Rozumiem i gniew opada.

Moja przyjaciółka ma wolną wolę. Nie chce czytać o radości i miłości, woli szukać dla siebie potwierdzeń negatywnych. Ma smutne nieudane życie i nie chce tego zmienić. Z jakiegoś powodu nie chce i już. A ja nie mogę jej zmusić. W tym smutnym życiu próbuje samą siebie przekonać, że jest jej źle nie dlatego, że czegoś zaniedbała, nie zrobiła, nie zmieniła, tylko dlatego, że tak musi być. W kolejnych listach cytuje mi różnych autorów – takich, których ja nie czytam, bo ich książki mnie odrzucają. Mam ten dar, że czuję energię i nie czytam pozycji nawet najmodniejszej, kiedy wylewa się z niej szary dym. Czytam tylko to, z czego płynie Białe Światło. Moja przyjaciółka nie słucha mnie w tym względzie i czyta głównie to, co smutne, szare i złe. W takich lekturach znajduje potwierdzenie, że życie jest bez sensu. Że jej cierpienie jest winą obcych (złego boga, demonów, jaszczurów, obcych). Ostatnio napisała, że wszystko jest z góry przesądzone, na nic nie mamy wpływu, a wolna wola to iluzja. Zapewne daje jej to poczucie pewnej ulgi…

Z wielką satysfakcją cytuje mi fragmenty, które zaprzeczają Światłu, Dobru i Mocy. I nie robi tego z zazdrości czy braku szacunku do mnie. Nie czyta przecież mojej strony, podobnie jak inne moje przyjaciółki. Nigdy nie jesteśmy prorokiem dla najbliższych i ja nigdy nie będę dla niej autorytetem. Z pobłażliwym uśmiechem słucha, kiedy mówię jej o kolejnych uzdrowionych osobach, o nowych skutecznych metodach, o tym, że jestem szczęśliwa. Ożywia się dopiero wtedy, kiedy w moim życiu pojawia się jakiś kłopot. „O widzisz – mówi do mnie ze współczuciem –”życie jest złe, ludzie okropni… Och, pomyśl, jak by się z tego piekła wywinąć wreszcie”.

Czytane przez nią niewłaściwe lektury zasilają w niej to, co jej nie służy. Pomimo że zmienia poglądy i nie przywiązuje się do jednej hipotezy czy teorii spiskowej, to w gruncie rzeczy wymienia jeden smutek na inny i jednego frustrata na innego. Frustrat to autor, który nie odnalazł w życiu szczęścia. To ktoś, kto nie umie lub nie chce pracować nad sobą i uzdrawiać tego, co można uzdrowić, by być szczęśliwym. Wymyśla wówczas teorię, która uzasadnia jego porażkę i przerzuca odpowiedzialność na kogoś lub coś innego. To może być rząd, to może być mafia albo zły bóg, albo brak boga, albo kosmici… Takie wymyślanie dziwacznych hipotez to naturalny proces psychologiczny nazywany fachowo racjonalizacją.

W ten sposób powstają złe lektury. Bardzo złe! To okropne książki, które zabierają nam energię, pozbawiają siły, wysysają resztki radości. A na dodatek – co najbardziej przerażające – utwierdzają czytelnika w przekonaniu, że nic nie zależy od niego. Że jest tylko nieszczęśliwym liściem niesionym przez wiatr od cierpienia do cierpienia. I jedyne, o co powinien zabiegać, to szybka śmierć. Nie powinniśmy ich czytać pod żadnym pozorem! Są szkodliwe. Moja przyjaciółka jest – na własne życzenie oczywiście – ofiarą takich książek. I nie ona jedna. Ludzie łykają takie negatywne treści jak żabę, bo to uwalnia ich od odpowiedzialności za własne życie.

Opisuję to zjawisko, bo wiele osób postępuje tak samo. Widzę na portalach społecznościowych, jak moi znajomi chwalą się nowo zakupionym modnym tytułem, z którego wypływa szara maź złej energii. A przecież nie mogę pod takim zdjęciem napisać: „nie czytaj tego! To Ci zabierze radość życia, to zje Twoją energię”. Nie mogę i wszyscy wiemy dlaczego. Bo nikt mi nie uwierzy. „Jakim prawem oceniasz?” – zapytają – „Mnie się ta książka podoba”. Moja przyjaciółka twierdzi, że mi wierzy i tłumaczy się, że chce czytać także ksiązki o złej energii, bo chce wiedzieć, jak świat wygląda z drugiej strony. Zgrabny argument, który wszakże nie uwzględnia wpływu takiej lektury na nas.  A ten wpływ jest i to niestety dość silny. Po to właśnie ze szczegółami opisałam tu konkretny przykład, by pokazać, co się dzieje, kiedy czytamy złe słowa, a spomiędzy kartek wypływa zła energia i owija nasze serca i umysly.

Ludzie bardzo chcą mieć rację. Przyznanie się, że kupuje się na ślepo, bo „koleżanka taką ma”, nie wchodzi w grę. To jak przyznanie się, że ktoś się nie zna. Nikt nie pozwoli sobie zwrócić uwagi na to, że kupił niewłaściwą książkę. „Przecież jest modna, przecież sprzedano tyle milionów egzemplarzy…” Jakby to był argument! Autor-frustrat może być zamożny i może wydać książkę w dużym nakładzie, a jej popularność potwierdza tylko, jak wiele jest na świecie nieszczęśliwych ludzi, u których „Prawo Przyciągania nie chce działać…” Czy fakt, że tysiące ludzi lubi chipsy i one stale się doskonale sprzedają oznacza, że chipsy są zdrowe? A czy popyt na alkohol jest dowodem wysokiej wartości tego produktu?

Powiedzmy sobie wprost – istnieją złe, bardzo szkodliwe książki, których czytanie działa na nas paskudnie. I podobnie, jak nie jemy trucizny czy nie wypijamy płynu do mycia naczyń, tak też nie powinniśmy czytać złych lektur. To nie jest tak, że wydawcy wydają tylko pozytywne rzeczy. Oni wydają to, co się dobrze sprzedaje. A przykład mojej przyjaciółki pokazuje, że smutni ludzie chętnie czytają smutne książki, by pogłębić swój stan i wejść w depresję. To im daje satysfakcję płynąca z tego, że mają rację. Mieć rację jest ważniejsze, niż być szczęśliwym – to niestety powszechne podejście. Dlatego negatywne książki, negatywne filmy i negatywne obrazy sprzedają się równie dobrze – nie chcę myśleć, że lepiej – niż pozytywne.

Ponadto ludzie wybierają to, co harmonizuje z ich wibracją. Z ich aktualnym poziomem. Niedawno ktoś wstawił na FB pewien demoniczny koszmar, na widok którego przeszły mnie ciarki. I zdziwiłam się niezmiernie, że kilka znanych mi osób podlajkowało to i nawet napisało: „ładne”. Przyznaję, że rozdziawiłam ze zdziwienia buzię. Bo to tak, jakby na psią kupę powiedzieć: „ciasteczko”. Ale uświadomiłam sobie, że jeśli ktoś ma nisko energię, to w istocie zobaczy lukrowaną babeczkę w psich odchodach. Tak działa wszechświat. Nie jesteśmy ślepi, lecz nasz aktualny poziom określa to, z czym harmonizujemy.

Właśnie dlatego trzeba koniecznie dbać o podnoszenie energii, by harmonizować ze Światłem. By zawsze wybierać Światło, a nie ciemność. Także w lekturach. To takie trochę koło energetyczne. Jeśli mam wysoko energię, to wybieramy pozytywne rzeczy i bez wahania odrzucamy te, które są szkodliwe. A potem wzmacniamy Światło w sobie czytając piękną książkę czy oglądając piękny film lub obraz. Ale w drugą stronę dzieje się tak samo – niska energia powoduje wybieranie smutnej lektury, która dodatkowo obniża energię jeszcze bardziej… Taki to proces.

Napisałam tu wiele krytycznych słów. Tylko po to, byście nauczyli się odróżniać ziarno od plew. Bardzo łatwo zobaczyć, czy książka ma dobrą wibrację. Jeśli jest wspierająca, jeśli utwierdza Was w Mocy, jeśli przy czytaniu rośnie Wam energia, jeśli popiera miłość bezwarunkową i Dobro, jeśli zachęca do radości, piękna, cieszenia się życiem – to pochodzi ze Światła. Jeśli natomiast podważa miłość i radość, snuje wątki bezsensowności życia, bezradności i przedstawia nasze istnienie jako koszmar na padole łez – to warto jak najszybciej wrzucić ją do kominka. Papier dobrze się pali, a ciepło ognia będzie największą wartością takiej lektury.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Reklamy

O dzieleniu się wiedzą

Należę do osób, które od zawsze dzielą się tym, co posiadają. Także wiedzą. Moja strona jest dostępna za darmo. Elektroniczny magazyn Medium także zawsze był bezpłatny, a pisaliśmy w nim na wiele ciekawych tematów. Swoim klientom chętnie rozdaję gratisy w postaci książek i płyt z wykładami. Osoby korzystające z moich konsultacji dostają w cenie wykładu rozmaite materiały. Piszę o tym, by pokazać, że mam pełne prawo wypowiadać się na temat dzielenia się wiedzą. Uważam, że jestem bardziej Dawcą niż Biorcą i ciągle uczę się podciągnąć tę nierównowagę w stronę przyjmowania.

Nie tak dawno pewna osoba przywłaszczyła sobie przekaz innej osoby. Nie książkę. Nie artykuł. Nie obraz. Nic, co można zastrzec prawami autorskimi, lecz bardzo osobisty i głęboki przekaz, którego nie można opatentować. Coś, co można nazwać Pieśnią Duszy. Nie jest to moja sprawa i nie moja lekcja. Pominęłabym milczeniem – niech każdy sobie sam uzdrawia swoje wzorce. Ale osoba ta, aby usprawiedliwić tę kradzież, opublikowała pozornie bardzo ładny tekst o udostępnianiu wiedzy ezoterycznej. Pozornie. Wypowiedź ta wprowadza czytających w błąd, a stado bezmyślnych owiec podążyło z radosnym tupotem za tym tekstem. I zrobiło mi się bardzo smutno, że tak łatwo ludźmi manipulować. Chociaż Ziemia podnosi energię, to ludzie nadal nie umieją odczuwać energii na poziomie serca. A może po prostu im się nie chce.

Rzecz nie w dzieleniu się wiedzą w ogóle. W dobie internetu ten problem nie istnieje. Wystarczy chcieć i mieć jakąkolwiek przeglądarkę. I nie żyjemy w czasach faraonów. Dzisiaj nikt nikogo na zaćmienie słońca nie nabierze. Wiedza jest ogólnie dostępna. Za darmo. Mamy szkoły i setki kursów, także on-line. Kto chce, ten nie ruszając się z wygodnego fotela może nauczyć się wszystkiego.

Tekst tej osoby przekonuje, że wiedza mistyczna powinna być dostępna dla wszystkich, bo wszyscy są gotowi. Przecież poczują. Przecież mają świadomość. Przecież jeśli coś zobaczą, to znaczy że ich wibracje są odpowiednie. A to niestety tak nie działa. Piszę ten artykuł, aby zwrócić uwagę na rzecz niezmiernej wagi. Dzielenie się wiedzą ezoteryczną jest czymś zupełnie innym, niż nauka matematyki czy biologii. Czy ktoś jeszcze pamięta znaczenie słowa „ezoteryka”? Pochodzi od greckiego słowa „esotericos” – wewnętrzny i oznacza wiedzę hermetyczną. Powtórzę raz jeszcze dużymi literami: HERMETYCZNĄ. Zamkniętą jak Puszka Pandory dla bezpieczeństwa, a nie po to, by manipulować kimś.

Poznawanie niektórych elementów wiedzy hermetycznej, jest jak umiejętność korzystania z ognia. Jeśli ktoś pozna ogień, to pierwsze co zrobi, włoży weń palec. Podobnie z mistyczną wiedzą. Można nie tylko się poparzyć. W ciągu trzydziestu lat pracy z ezoteryką widziałam ludzi, którzy po samodzielnych zaawansowanych medytacjach trafili do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Mój dobry znajomy, który zdecydował, że nie chce nauczycieli i samodzielnie będzie się rozwijał – rzucił się z wieżowca. Wspaniały, roześmiany człowiek, w ciągu kilku miesięcy samodzielnych medytacji w miejscach mocy, zamienił się w opętaną istotę, która nie pozwoliła sobie pomóc. Nie miałam wtedy dzisiejszej wiedzy. Nie miałam też na niego wpływu. Ale zapamiętałam tę lekcję.

Dotykanie płaszczyzn z innych wymiarów jest niebezpieczne, uwierzcie.  Dlatego od lat uczą tej wiedzy osoby odpowiednio przygotowane. I bez nauczyciela nie warto ryzykować wchodzenia w niektóre obszary. Dlatego kiedy ktoś nawołuje do dzielenia się mistyczną wiedzą i próbuje powiedzieć, że wyłącznie dla władzy trzymamy pewne metody i praktyki duchowe dla siebie, to nie wie zupełnie o czym mówi. Jak długo ludzkość istnieje – zawsze byli duchowi nauczyciele. Wśród Druidów, wśród Kahunów, wśród buddystów – wszędzie, w każdym zakątku świata. I zawsze trzymano w ukryciu pewną mistyczną wiedzę, bo gdyby ją oddano nieprzygotowanym do tego ludziom, spłonęliby. To mądrość i miłość powoduje, że matka nie daje dwulatkowi do rąk zapalonej świecy.

Nawet wiedza psychologiczna może zadać mnóstwo bólu. Ucząc grafologii czy metod NAO kładę bardzo duży nacisk na etykę pracy. A jednak trafił mi się raz student, który zdobyte na zajęciach informacje wykorzystywał, aby manipulować kobietą. Ponieważ nie chciała z nim być, zastraszał ją opowiadając niestworzone historie rzekomo wyczytane w jej charakterze pisma. Doprowadził ją do rozpaczy. To potwierdza, że wiedza w niewłaściwych rękach może być niebezpieczna. Jak zatem można twierdzić, że miłość każe się wszystkim dzielić? Chlebem – tak. Tabliczką mnożenia – tak. Ale nie wiedzą psychologiczną czy ezoteryczną!

W krytykowanym tekście autorka wspomina o paleniu na stosach – podobno za to, że czarownice były buntowniczkami, które chciały, by wiedza mistyczna dostępna była dla każdego. A przecież jest wręcz przeciwnie! Wiedzące palono za to, że posiadając wiedzę hermetyczną, nie chciały jej powszechnie udostępniać. Szkoliły następczynie, ale nie pospólstwo. Wiedziały to, czego inni im zazdrościli. Palono je głównie przez zawiść i strach. Czyli dokładnie z tego powodu, z którego ta osoba napisała ów tekst. Nie mam wątpliwości, że kieruje nią zawiść… I dziwi mnie, że nikt nie dostrzega niespójności w jej słowach i argumentach wywleczonych z sufitu.

Wiem i rozumiem, że wśród tych, co mianują siebie nauczycielami duchowym jest wielu oszołomów, naciągaczy i oszustów. Jest tak w każdym zawodzie. Właśnie dlatego warto rozwijać moc serca, aby umieć odróżnić ziarno od plew. I powiem to, co zawsze powtarzam – jeśli ja mogę zobaczyć w „śliczniutkim” tekście błoto, to każdy może. Można zadać pytanie kwantowe. Można powierzyć się Wyższej energii i poprosić o przekaz. Jeśli spojrzycie z poziomu Pola Serca – to zobaczycie tylko prawdę.

Wiem, że będę nudna, ale znając analizę wypowiedzi z łatwością umiem rozszyfrować taki manipulacyjny tekst i rozpoznać, co leży u podstaw takiej zawiści. Jak zwykle niskie poczucie wartości. Tylko człowiek zakompleksiony nie uznaje autorytetów. Każdy psycholog to Wam potwierdzi, że prawdziwa dojrzałość pojawia się wtedy, kiedy doceniamy mających więcej jakiejś wiedzy. Każdy z nas jest w czymś dobry. Bycie autorytetem w jakiejś dziedzinie nie oznacza zadzierania nosa i byciem guru wszechświata. Oznacza tylko gotowość, by kogoś swojego fachu nauczyć.

Ktoś, kto nie umie z pokorą poprosić o wiedzę, ale mówi: „oddaj te nauki, należą mi się, bo wszystko jest wspólne”, ma samoocenę na poziomie podłogi. Chce pozować na mesjasza, który zjadł wszystkie rozumy i dorabia do tego filozofię, za którą idą tłumy. Bo któż nie przyklaśnie, kiedy mu się powie: „Zasługujemy, jesteśmy mądrzy i gotowi, oni nas okłamują i traktują jak kogoś gorszego od siebie”?

A kto pamięta legendę O Ewie i jabłku z Drzewa Dobra i Zła? Takie legendy powstały właśnie po to, by pokazywać ponadczasowe, uniwersalne informacje. Metafora jest tu oczywista – Ewa to zakompleksiona babka, która daje się skusić wężowi, bo… nikt nie będzie jej mówił, że czegoś jej nie wolno. Nikt nie będzie jej odbierał mistycznej wiedzy, skoro ona wie lepiej niż Bóg, że jest gotowa. Jaki jest efekt? Raj zamienia się w padół łez.

I ta opowieść uczy, aby zaufać tym, którzy chcą nas uczyć i prowadzić. Powierzać siebie, a nie buntować się na oślep. Najpierw wzrastać, a wiedza przyjdzie sama. Nie wyrywajmy przed czasem czegoś, do czego gotowi nie jesteśmy. Role też są tu jednoznaczne. Komu wolicie zaufać: Bogu (Najwyższemu Źródłu, Aniołowi Stróżowi, Archaniołom…) czy wężowi? Autorka krytykowanego tekstu jest jak wąż, który namawia do buntu i reklamuje ów bunt, jako wyrwanie się z jarzma tych, którzy wiedzą więcej. Jeśli nałożyć ten tekst na legendę o raju, to wszystkie klocki wskakują na swoje miejsce.

Przeraża mnie, jak bardzo niska samoocena sprowadza ludzi z właściwej ścieżki. Wystarczy, że diabeł szepnie do ucha: „on ci nie chce dać tej wiedzy, bo myśli, że jest kimś lepszym, wywyższa się. Nie pozwól, pokaż mu, że jesteś mądrzejszy!” – i stado lemingów szturmuje. Na próżno im tłumaczyć, że to dla ich bezpieczeństwa… Trochę mnie przeraża stan ludzkiej inteligencji, która całkowicie znika, kiedy w grę wchodzą kompleksy. Dlatego nauczyciele duchowi mówią, by zapomnieć o ego. Kiedy rozpatrujemy zjawisko z poziomu serca jesteśmy wolni od zawiści i z podziwem patrzymy na różnych nauczycieli. Ja tak mam Kochani Moi – z szacunkiem i wdzięcznością uczę się od innych i wcale nie czuję się od nich gorsza. Dlatego zawiść jest mi całkiem obca.

Człowiek chciwy i leniwy, który sam niczego nie osiągnął, krzyczy jeszcze: „wszystko jest wspólne! Oddajcie nam swoje księgi i sekrety! Oddajcie nam owoce swoich medytacji i ćwiczeń. Wszyscy jesteśmy Jednością, więc Wasze odkrycia są naszymi i jestem gotowa”. Paradoksem jest tutaj fakt, że to wszystko rzeczywiście jest wspólne. Tak, wspólne. Jeśli ja wymedytuję coś ważnego, to nawet jeśli będę milczeć, moje doświadczenie przejdzie Polem Serca do wszystkich ludzi. Kto będzie naprawdę gotowy energetycznie, odbierze moje odkrycie, jak telegram. Wszechświat jest idealnie skonstruowany – to gotowość jest bramą do mistycznej wiedzy. Osoba, która na siłę domaga się dzielenia ezoteryką, wyważa naturalne bramy i bez wewnętrznej gotowości wyciąga chciwe dłonie po coś, do czego nie dorosła. To obróci się przeciwko niej, bo zasad wszechświata łamać nie należy. Nie podążajcie za takimi ludźmi – taka moja rada. Ale jak zawsze – nikogo nie przekonuję – możecie robić wszystko, cokolwiek chcecie.

W tekście, który uznałam za niewłaściwy i niebezpieczny, znalazły się jeszcze odwołania do Atlantydy, z którą mam głęboki kontakt od lat. Jest wśród nas wiele dusz z tego mistycznego kontynentu. I nie mam wątpliwości, że ci z Was, którzy odnaleźli więź ze swoim starożytnym rodowodem, zgodzą się ze mną. Otóż zupełnie odwrotnie niż w krytykowanym przeze mnie tekście – na Atlantydzie eksperymentowano z dostępnością wiedzy. W każdym domu był kryształ, coś na kształt dzisiejszego komputera z dostępem do sieci. Nie wchodząc w szczegóły, bo to byłaby długa historia, powiem tylko, że upadek Atlantydy nastąpił w wyniku niewłaściwego wykorzystania zaawansowanej wiedzy przez istoty zupełnie do tego nie przygotowane.

Dlatego zawsze będę przed tym przestrzegać i odcinać się od ludzi, którzy próbują zniweczyć wysiłki wielu pięknych energii i zniszczyć Ziemię, zawłaszczając sobie to, do czego nie dorośli i ciągnąc za sobą stado naiwnych owiec. Mogę milczeć, ponieważ ta sprawa mnie nie dotyka. Jest poza mną. Ale czasem milczenie, kiedy ktoś propaguje zło jest współuczestniczeniem w zbrodni. A wątki rozwoju duchowego są mi szczególnie bliskie, ponieważ od lat usuwam ludziom zawadzające kamienie z drogi wewnętrznego wzrastania. Ten tekst, o którym tu opowiadam tak krytycznie, jest kamieniem, o który potknęło się już ponad sto osób. Tyle istnień ludzkich bezmyślnie zgodziło się z jego treścią. Smutne.

Bogusława M. Andrzejewska

Energia obrazów

Nie tak dawno ktoś na facebooku oburzał się i próbował  nie przebierając w ordynarnych słowach przekonać publiczność, że żadne obrazy i rzeczy nie działają, że tylko my sami możemy dla siebie coś zrobić. Do tego wylał wiadro pomyj na wygórowane ceny i zarabianie na naiwnych. Jak zwykle pod takim postem podpisało się kilkoro bezmyślnych „kiwaczków”, którzy potakiwali prawdopodobnie zmotywowani tymi samymi kompleksami i odnaleźli w tej wypowiedzi sens dla siebie. Obiektywnie rzecz biorąc wypowiedź merytorycznie była nieprawdą. I chociaż wyraźnie tutaj powtórzę, że każdy ma prawo do własnych poglądów,  to ja mam też ogromną potrzebę wypowiedzenia się na ten temat i wyprostowania pewnych błędnych założeń.

Odkąd na Ziemi pojawił się człowiek, istnieją akumulatory energii. Takim akumulatorem może być zwykły kamień znaleziony na polu. Jeśli go naładujemy odpowiednio, w innej sytuacji odda nam zgromadzoną energię. Świetnie w tej roli sprawdzają się minerały i kryształy, które ładnie gromadzą energię i dodatkowo wzmacniają ją swoimi osobistymi jakościami. Idąc dalej tym tropem, dochodzimy do kształtów, które nas szczególnie intrygują. A dalej do rozmaitych talizmanów i amuletów, które przecież działają. Miliony ludzkich istnień na przestrzeni wieków nie może się mylić…

Akumulatorami energii mogą być gadżety Feng Shui, które rozmieszczamy w pokoju. Ładujemy je głównie wiarą w ich działanie i to przynosi efekty, ponieważ energia płynie za myślą. To ważne. Ale działa też symbol. Jeśli moja podświadomość mocno łączy „złotą rybkę” ze szczęściem i powodzeniem, to ilekroć mój wzrok padnie na akwarium, w którym ona sobie pływa, tyle razy uruchamiam neuronową ścieżkę wiodąca do bogactwa. Podobnie rzecz ma się z kokosem, żabą trzymającą pieniążek czy bryłką złota albo wachlarzem banknotów. Jeśli przez setki lat ludzie patrząc na krzyż, widzą w nim cierpienie, to choćbyśmy go wyłożyli diamentami, zawsze będzie symbolem bólu. Jeśli natomiast róg obfitości budzi w nas myśl o bogactwie, to znaczy, że uruchamia dokładnie taką energię.

W ten sam sposób budujemy Mapę Marzeń wyklejając ją tym, co budzi w nas odpowiednie skojarzenia. Jeśli ktoś twierdzi, że energetyczne obrazy nie działają, to nie powinien stosować także tej popularnej techniki. A tutaj znowu znajdziemy wiele potwierdzeń od osób, które systematycznie robią sobie Mapę Marzeń. Działanie na podświadomość z pomocą różnych metod nazywamy uzdrawianiem albo przekodowaniem. Zajmuję się tym od wielu lat. Jest to fakt. Jestem też specjalistką od symboliki, pracuję z nią od ponad 20 lat i jeśli ktoś chciałby zaprzeczyć działaniu symboli, to w oczywisty sposób chcę zaprotestować.

Podobną funkcję spełniają obrazy nazywane energetycznymi. Są akumulatorami energii, jeśli ktoś  tak jak ja to robię  pracuje z energią w trakcie malowania, wkładając do obrazu np. mantry lub Reiki. Moim zdaniem obraz powinien też wywoływać pozytywne skojarzenia, dlatego sama chętniej maluję symbole, a nie abstrakcyjne kształty. Jestem pewna, że u wszystkich działają malowane Anioły, Smoki, kwiaty, gwiazdy, ptaki, pejzaże i inne wzory. Jeśli obraz przedstawia coś, co odwołuje się do symboliki i jest to połączone z odpowiednim kolorem, jego działanie jest bezsprzeczne. Barwy także działają i także uruchamiają podświadomość, dlatego trzeba wiedzieć nie tyko co namalować, ale jakim kolorem. Większość uzdolnionych malarzy, którzy pracują z energią, intuicyjnie dobiera paletę i robi to doskonale. A jeśli ktoś nie wierzy, jak może działać obraz, niech postudiuje przez pół godziny jakąkolwiek pracę Beksińskiego. To mocne doświadczenie, wyłącznie dla silnych osób.

Ogromnie intrygującą sztuką jest Pure Art, której niedawno się nauczyłam. Integralną częścią metody jest malowanie tego, co przynosi energia. Doświadczam cudu za każdym razem, kiedy wykonuję taki proces. I za każdym razem zdumiewa mnie to, co się pojawia. Jeśli mogę czegoś naprawdę dotknąć, to jak mam w to nie wierzyć i nie reagować na pokrzykiwania ludzi, którzy piszą: „nie wierzcie oszustom, niczego nie zrobią, żadne obrazy nie działają”? Przypomina mi się wówczas sytuacja z pewnym przemiłym panem, który będąc u mnie, powiedział, że nie wierzy w Anioły. Stojący nad nim jego Anioł Stróż westchnął głęboko, po czym pomaszerował za nim do łazienki. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu…

Nie ulega kwestii, że obraz uzdrawiający czy energetyczny wspiera nasze działania, a nie załatwia ich za nas. Warto też na to zwrócić uwagę. Podobnie jak w przypadku Feng Shui, nasza energia będzie zawsze silniejsza niż energia otoczenia, obrazów czy gadżetów. Ale wtedy, kiedy nam energia spada, to właśnie te wszystkie zewnętrzne rzeczy nas wspierają, oddając skumulowaną energię. Znam setki pięknych historii o tym, jak ochronnie działają pierścionki po babci czy właśnie obrazy namalowane przez kogoś pozytywnego. Jednak od lat obserwuję też, że określone symbole oddziałują na podświadomość, a ta z kolei uruchamia cały proces, którego pragniemy. Mam na to sporo dowodów z własnego życia, dlatego tak chętnie otaczam się obrazami tego, czego pragnę.

A czy słyszeliście o negatywnych przedmiotach? O klątwach miejsca? Obrazu? Mebla? Naszyjnika? To także udowadnia, że przedmioty są akumulatorami energii. Gromadzą tę energię niezależnie od jakości, nie wybierają. To my możemy wybierać, kierując się tym, co czujemy  jeśli umiemy odróżnić pozytywną energię od negatywnej. Jeśli nie umiemy, wybierajmy pozytywne osoby, do których mamy zaufanie  z ich rak przyjdą wyłącznie dobre rzeczy. Szczególnie jeśli jest to osoba, która celowo robi ochronną biżuterię czy tworzy energetyczne obrazy. Najczęściej wie, jak to zrobić, tym bardziej, że energia płynie za myślą, wystarczą więc często pozytywne życzenia dla przyszłego właściciela, modlitwa lub odrobina Reiki. A przy obrazach czy biżuterii warto też wybierać pozytywne symbole i kolory.

Nie w każdym dziele jest ta piękna moc, o której mówi twórca. Widzę w sieci wiele bohomazów, które dla mnie są puste, a autorzy nazywają je „energetycznymi”, ponieważ dali mu własną energię, kiedy go malowali. Wcale zatem nie kłamią, chociaż to inna energia niż ta, której poszukujemy. Nie przeszkadza mi to. Bo „pusty” obraz może być ładny i pięknie dekorować ścianę. Jeśli się podoba, to budzi dobre emocje, taka jest więc jego wartość  jak każdej ładnej rzeczy. Przecież kupujemy ładne buty, torebki, narzuty i koce, chociaż nie są one energetyczne. Warto więc kupić obraz czy bransoletkę albo medalion, jeśli nam się podoba, niech cieszy oczy. A jeśli nam się nie podoba  to nie kupujemy. I tyle. Nikt nas nie zmusza. To my decydujemy.

Na koniec chcę pokazać jeszcze jeden ważny wzorzec, któremu warto się przyjrzeć. Jeśli ktoś widzi wygórowaną cenę jakiegoś prostego obrazka, mandali czy medalionu, a sam nie zarabia tyle, ile by chciał, to czuje gniew. Oznacza on tylko nieprzerobione wzorce finansowe. Każdy rzemieślnik i każdy artysta ma prawo wyceniać swoje prace tak, jak chce. Czy nie widzimy w sklepach butów i torebek po 2000 zł? Czy budzą nasz gniew? Nie, po prostu kupujemy podobne rzeczy w rozsądnej kwocie. Wygórowana cena nie jest naciąganiem. Jest testerem naszego poziomu finansowego. Na taki widok możemy wzruszyć ramionami i poszukać czegoś tańszego albo właśnie ustanowić sobie taki cel: uzbieram na te buty (obraz, wisior, bransoletkę), bo to akurat chcę mieć. Przyznaję, że ja sama mając w ręce przykładowe 2000 zł, nie chciałabym wydać ich na torebkę, skoro taka za 150 zł jest równie ładna i spełnia swoją rolę. Taki mój rozsadek… Ale i otwartość na wiele innych rzeczy, bo w tej kwocie zmieściłabym kilkanaście książek, pięknych kamieni i mojej ulubionej biżuterii. I jest to rzecz indywidualna, bo dla odmiany w dobrze zaopatrzonej księgarni zostawiłabym 2000 bez wahania. Na torebkę …jednak nie. Torebki mnie nie kręcą. Co oznacza, że kogoś jednak kręcić mogą i nic w tym złego.

Konkludując  nie słuchajcie ludzi, którzy nazywają energetyczne rękodzieła naciąganiem. Nie u wszystkich działa wyrachowany marketing. Raczej popatrzcie na to, co takie osoby mają do zaoferowania. Ostatnio usłyszałam o pani jasnowidz, która wzięła za usługę 2000 zł i podobno nie było żadnych efektów. Oszustka czy nie? Jak to zweryfikować, jeśli ktoś nie ma odpowiedniego wglądu? Natomiast w przypadku obrazu czy bransoletki zawsze mamy w ręce przedmiot, za który zdecydowaliśmy się zapłacić. Działa czy nie  ważne, by się podobał. Wówczas będzie nam przynosił radość. A stąd już naprawdę bliska droga do szczęścia.

Bogusława M. Andrzejewska

Sulejman i Roksolana

Od pewnego czasu polska telewizja emituje intrugujący serial historyczny pt. „Wspaniałe stulecie”. Okazał się on hitem eksportowym Turcji, podbijając serca wielu widzów nie tylko w naszym kraju. Piękna opowieść o wielkiej miłości, połączona z intrygami, egzotyką haremowej egzystencji XVI wieku oraz polityką Imperium Osmańskiego zachwyca i przyciąga zaskakująco duże ilości fanów i fanek. Wpływa to pozytywnie na jakość samego serialu, który w miarę upływu czasu staje się coraz barwniejszy i lepiej dopracowany. Wprawne oko dostrzeże wyraźne różnice pomiędzy pierwszym sezonem, a kolejnymi – różnice zarówno w scenografii, kostiumach, makijażu, jak i w dopracowaniu niektórych scen.

Nie ukrywam – serial naprawdę może się podobać, nie tylko ze względu na ekscytującą fabułę, która sprawia, że kolejne odcinki ogląda się z wypiekami na twarzy i niegasnącą ciekawością, kto zginie, a kto przetrwa… Jest też dla nas Europejczyków oderwaniem od codzienności, przenosi nas bowiem w zupełnie inne czasy i miejsca, a piękne kostiumy pozwalają zanurzyć się w śliczną bajkę. Specjaliści od historii twierdzą, że cała opowieść niewiele ma wspólnego z faktami. Wiele dodano, wiele zmieniono – do tego stopnia, że widzowie tureccy pisali pełne oburzenia listy do telewizji, bo nie chcieli zaakceptować zmyślonego scenariusza, który podobno nieco uwłacza najsłynniejszemu władcy Imperium Osmańskiego..

Serial jest zrealizowany w wersji „soft”, choć w rzeczywistości trup ścielił się wówczas gęsto i krew lała prawdziwymi strumieniami. Więcej się tutaj mówi o zabijaniu, niż je pokazuje. Nie jest to rzecz jasna żaden zarzut. Moim zdaniem wszyscy jesteśmy przesyceni wszechobecną w filmach fabularnych przemocą. Serial turecki nie epatuje seksem i nie uderza brutalnymi scenami. Pozwala po prostu się odprężyć. Pod tym względem jest naprawdę dużo łagodniejszy niż Gra o Tron lub Spartakus.

Warto tutaj podkreślić, że Imperium Osmańskie nie było zwykłym krajem, lecz państwem dynastycznym, co oznacza, że wszyscy jego mieszkańcy byli niewolnikami pozostającymi na usługach dynastii Osmanów, na której czele stał „władca wschodu i zachodu” – sułtan. Dla nas, przywykłych do demokracji i domagających się na okrągło wolności, to wprost niebywałe warunki. I przyznaję, że wręcz kuriozalne wydaje mi się – wyraźnie w filmie pokazane – chodzenie tyłem w obecności władcy, aby przypadkiem nie obrazić go pokazaniem pleców. Zastanawiałam się wielokrotnie, jak wielkim wdziękiem cechowali się ówcześni ludzie, że w tej absurdalnej rejteradzie nie potykali się o własne szaty.

Dodam też, że chociaż serial został zrobiony bardzo dobrze, to trudno polubić prawdę historyczną, nawet jeśli pokazana jest tylko bardzo ogólnie. Nie sposób podziwiać kraju, w którym despotyczna władza absolutna jednego człowieka wpływa na losy wszystkich innych – co gorsza: zależnie od kaprysu i humoru, a nie rzeczywistych sytuacji. Codzienność haremu to okrutna walka o przetrwanie – trucizna, sztylet, sznur do duszenia są wszechobecne każdego dnia. Jeśli ktoś się komuś nie podoba, to po prostu ginie utopiony w wodach Bosforu.  A ponad tym wszystkim toczy się bezwzględna walka o tron. Walka, w której ojciec zabija własnego syna, brat braci, a syn ojca. Z poziomu ludzkiego nie widać tu człowieka, lecz dzikie zwierzęta, wyszarpujące sobie zdobycz. W tym kontekście Sulejman Wspaniały czy jego wielki wezyr Pargali Ibrahim, nazywani przez historyków mecenasami sztuki, są nimi w takim samym stopniu, jak osławiony Neron… Trudno zresztą wyczuć, kto ma na sumieniu więcej ofiar…

I w tych skomplikowanych warunkach to właśnie Roksolana jest jedyną kobietą, która nie należąc do dynastii, staje się dzięki uczuciu Sulejmana wolnym człowiekiem. Nic dziwnego, że miłość tej niezwykłej pary stała się inspiracją dla wielu artystów, tworząc także fascynujący wątek przewodni Wspaniałego Stulecia. Sama Hurrem (inaczej Roksolana) jest ogromnie ciekawą osobowością i budzi mnóstwo emocji. Jedni ją uwielbiają, inni jej nie cierpią. Polki chętnie się z nią utożsamiają, ponieważ miasteczko Rohatyń, w którym przyszła na świat, leżało w granicach  Rzeczypospolitej, w tym sensie choć Rusinka, była także poddaną króla polskiego. Co w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia, bo gruntownie przeszkolona w haremie, po przejściu na islam i spędzeniu całego niemal życia w sułtańskim seraju, była bardziej sułtanką niż Słowianką.

O Roksolanie pozornie nie wiemy wiele, jednak wystarczy spojrzeć w horoskop Sulejmana Wspaniałego, którego datę urodzenia znamy, by wiedzieć, jakiego rodzaju kobieta miała w sobie taką moc, by owinąć sobie wokół palca potężnego człowieka. Sułtan urodził się 6 listopada, był więc Skorpionem, a numerologicznie patronowała mu oprócz Szóstki także liczba Osiem. Moc, władza, potęga! Wspaniała kreacja Halita Ergenca trafia idealnie w postać silnego władcy, który jednym uniesieniem brwi decyduje o ludzkich losach. Piękny, głęboki głos aktora intensywnie podkreśla moc i siłę sułtana. Natomiast ukochana władcy w rzeczywistości była zupełnie inną osobą, niż chcą nam to pokazać twórcy „Wspaniałego Stulecia”.

Absolutnie nie krytykuję pięknej skądinąd aktorki, tym bardziej, że wg przekazów Hurrem pięknością podobno wcale nie była. Jednak ta interesująca postać była przede wszystkim pełną wdzięku i delikatności roześmianą kobietą, a nie rozwrzeszczaną prostaczką, która wygląda, jakby właśnie wróciła z dojenia krów. I nie ma tu zupełnie znaczenia pochodzenie dziewczyny, ponieważ zanim trafiła do komnaty sułtana przeszła intensywne szkolenie – manier, etykiety, kultury, dobrego smaku. To, co wiemy na pewno na podstawie historycznych przekazów to dwie rzeczy: po pierwsze wg posłów weneckich Roksolana była miła i skromna; po drugie – imię Hurrem nadane jej przez Sulejmana oznacza „radosną i roześmianą”, taka więc była prawdziwa natura ukochanej sułtana. Niezależnie od sprytu, mądrości politycznej czy wręcz okrucieństwa z jakim pozbywała się swoich wrogów, na zewnątrz Roksolana była uroczą, miłą i zawsze roześmianą osobą, a nie skrzywioną i złośliwą babą, jak chcą twórcy filmu.

W dalszej części serialu pojawia się postać jednej z sióstr Sulejmana – Fatmy. Zawsze uśmiechnięta i pogodna, ma stale w oczach rozbawione chochliki. Podobnie jak inne sułtanki, bywa złośliwa, okrutna i bezwzględna, co nie zmienia faktu, że na zewnątrz promieniuje wesołością i pozytywnym nastawieniem do życia. Oto właściwa Roksolana – taka właśnie była ukochana sułtana. Oczywiście wiemy doskonale, że Hurrem miała jasne włosy, nie chodzi mi zatem o wygląd zewnętrzny, lecz głównie o osobowość. Chociaż w moim odczuciu ukochana Sulejmana była też bardziej filigranowa niż aktorka, która wcieliła się w jej rolę. W momencie, kiedy Fatma pojawiła się w serialu, rozpoznałam w niej właściwą energię Roksolany. Wystarczyłoby zmienić jej włosy na jasne…

Oczywiście każdy z nas ma swoją wizję postaci, o której czyta lub którą widzi na ekranie. Ja bazuję w dużej mierze na astrologii. Jako specjalistka od słonecznych Skorpionów wiem doskonale, jakie kobiety wybierają tacy mężczyźni. Skorpion chce być przede wszystkim dumny ze swojej partnerki, więc zazwyczaj wybiera sobie kobietę inteligentną i pełną wdzięku. Unika jak ognia kobiet „prymitywnych” w zachowaniu czy wyglądzie, stąd też absolutnie nieodpowiednia jest wizja Roksolany przestawiona w serialu. Nawiasem mówiąc, żaden mężczyzna nie wytrzymałby długo z wiecznie skrzywioną i nadąsaną babą, która próbuje zadrzeć nos wyżej czubka własnej głowy, a na służbę wydziera się, jak ordynarna przekupa. A tym bardziej „władca świata”, który w swoim haremie ma kilkaset kobiet do wyboru.

To oczywiste, że Hurrem musiała mieć mocno zaakcentowany znak Wagi, który oprócz wdzięku, daje też kobiecie talent psychologiczny, pozwalający rozpoznać oczekiwania innej osoby. Waga pozwala być miłą i skromną, a też bardzo sympatyczną. Działa nie wrzaskiem, lecz dyplomacją. Waga nie podnosi głosu na służbę, bo jest na to zbyt kulturalna, wystarczy jej jedno spojrzenie… Oprócz tego obdarza dobrym gustem i sprawia, że zawsze pięknie wyglądamy – czyli tworzy kobietę taką, jaką kocha każdy mężczyzna. W horoskopie Sulejmana Wenus – planeta wewnętrznego ideału kobiety leży oczywiście właśnie w tym znaku. Razem z Jowiszem zasila ponadto artystyczne zdolności sułtana. Oto wyznacznik, który pokazuje, jaka kobieta mogła rozkochać w sobie tego mężczyznę.

Skorpion, jak wspomniałam, oczekuje także od swojej partnerki inteligencji. W biografii Hurrem widać wyraźnie mocne Bliźnięta, podkreślające spryt, intelekt i zdolności do manipulacji każdym, kogo potrzebowała. Ponadto to właśnie Bliźnięta dają umiejętność dwoistości – z jednej strony delikatna, filigranowa i roześmiana kobieta, której czarowi nie sposób się oprzeć, a z drugiej bezwzględny i okrutny polityk, który rozgrywa ludźmi genialne partie szachów, wygrywając niemal każda rozgrywkę. Słońce Roksolany  leżało prawdopodobnie na osi Strzelec – Bliźnięta, dając jej oprócz inteligencji także autentyczne poczucie humoru. Moim zdaniem Miała Słońce w Wadze w IX domu (Strzelec), tworzące koniunkcję do Wenus Sulejmana i Ascendent w Bliźniętach, a do tego mocnego Skorpiona z leżącym tam np. Marsem i Księżycem…

Ewentualnie: Słońce w Wadze z Ascendentem w Wodniku… Wodnik nie posiada co prawda wdzięku charakterystycznego dla Bliźniąt, jest bardziej oschły i okrutny, co zastąpiłoby wpływy Skorpiona i dałoby nam kobietę podobną nieco do tej przedstawionej w serialu, ale jest także bardzo inteligentny. W horoskopie Sulejmana Księżyc znajduje się właśnie w znaku Wodnika, byłoby to więc też możliwe, szczególnie jeśli Ascendent sułtana znajdowałby się w Lwie, a Descendent w Wodniku. Nie znam godziny urodzenia Sulejmana Wspaniałego, ale taki układ jest bardzo prawdopodobny… Wyjątkowe okrucieństwo Hurrem mogłoby wskazywać rzeczywiście zimnego Wodnika, który  dzięki mocnej obsadzie np. Lwa (talent aktorski) potrafił świetnie udawać wrażliwą i łagodną kobietę.

Jednak mam osobiście trochę wątpliwości, czy Wodnik umiałby tak  rozkochać  w sobie Skorpiona, jest na to zbyt dumny i zbyt pyskaty… Nie umie ugiąć karku i spuścić wzroku. Skorpiony nie lubią tak mało kobiecych kobiet. Wodnik ponadto kłóciłby się ustawicznie z sułtanem, co szybko doprowadziłoby go do utraty głowy. A moim zdaniem Hurrem działała poprzez kobiecą delikatność i umiejętność ukrywania swojej siły przed władcą. Była mistrzem manipulacji, co jest domeną właśnie Bliźniąt.

Warto tutaj dopowiedzieć jeszcze, że położenie Plutona i Merkurego w horoskopie władcy świadczy o wyjątkowej przenikliwości. To ktoś, kim bardzo trudno byłoby manipulować, ponieważ był to człowiek, o którym się dzisiaj mówi, „że ma rentgen w oczach”. Jego ukochana musiała zatem mieć bardzo wysoki iloraz inteligencji, by móc wpływać na niego w jakikolwiek sposób. Z jednej strony mogła to osiągnąć dzięki mocnym Bliźniętom, a zapewne miała też silnie zaznaczony znak Skorpiona, który umożliwił jej przetrwanie w haremie. Z drugiej jednak – zakładam, że wygrywała wiele, wchodząc w rolę delikatnej, bezbronnej istoty, domagającej się opieki. Pięknie pokazuje to scena, w której Mahidevran masakruje Hurrem, rozdrapując jej twarz. Biorąc pod uwagę gabaryty aktorek nie mam wątpliwości, że Hurrem mogła się obronić z łatwością. Jednak mądrzej było pozwolić się pobić… Wejść w rolę bezbronnej, skrzywdzonej kobietki…

I tu element numerologii – Sulejman jest nie tylko Ósemką (odpowiednik władczego, silnego i okrutnego Skorpiona), ale także Szóstką: ciepłą, opiekuńczą, nade wszystko kochającą rodzinę i dzieci. Szóstka lubi się troszczyć o innych, ale i Skorpion lubi kobiety, które choć mądre i piękne, potrzebują jego opieki i siły. Przy takiej kobiecie mężczyzna czuje się jeszcze bardziej męski. Wiedzą o tym te panie, które ukrywają własną moc, by ich wybranek mógł poczuć się jeszcze silniejszy i bardziej potrzebny. Dlatego też moim zdaniem Hurrem była na zewnątrz zawsze krucha i cicha. Urzekła swojego skorpioniego Sulejmana inteligencją i mądrością, które pięknie współgrały ze skromną i delikatną, dziewczęca niemal powierzchownością. Dlatego właśnie uważam, że postać rozwrzeszczanej i nieco ordynarnej Roksolany przedstawiona przez twórców serialu, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Nie dziwi mnie za to zupełnie tak wielka miłość, która przetrwała tyle lat w totalnie niesprzyjających warunkach. Słoneczny Skorpion to najpiękniej kochający mężczyzna z całego zodiaku. Krąży wiele mitów o wiarołomności tego znaku. To prawda – Skorpiony kochają seks i będą zdradzać, skakać z kwiatka na kwiatek próbując miodu tu i tam tak długo, dopóki nie spotkają prawdziwej miłości. A przyznajmy – nie każde młodzieńcze zauroczenie jest prawdziwym uczuciem, dlatego wiele skorpionich związków się rozpada, a one zmieniają partnerki jak rękawiczki. Jeśli jednak spotkają miłość – pokochają tę wymarzoną kobietę całym sercem i każdą komórką swojego ciała. Wówczas stają się wielkimi strażnikami miłości i nie ma drugiego tak silnie uwielbiającego swoją kobietę znaku.

Sulejman zapewne korzystał wiele razy z wdzięków pięknych mieszkanek haremu. Jako Skorpion był tu w swoim żywiole. Sądzę jednak, że odkąd pokochał swoją Hurrem, wszystkie inne kobiety przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Nawet jeśli podsuwano mu nałożnicę, korzystał z niej, jak z przedmiotu. Wątek z Firuze jest kolejnym nietrafionym elementem serialu, wymyślonym wyłącznie po to, by wprowadzić do filmu napięcie. Nikt i nic nie mogło zniszczyć uczucia do Roksolany, ponieważ Skorpion kocha raz na całe życie i kocha całym sobą. Potwierdza to w pełni pozostała z tamtych czasów bogata  kolekcja listów erotycznych oraz piękna poezja wielkiego tureckiego władcy.

Bogusława M. Andrzejewska

Mądre odchudzanie

Nadwaga jest często spotykanym kłopotem. Większość z nas miewa z tym problem okresowo, a okresy te są dłuższe lub krótsze. Zazwyczaj wydaje nam się, ze jest to kwestia jedzenia. Zastanawiamy się nad dietą, głodówką, czasem nad uprawianiem jakiegoś sportu. Likwidacja tkanki tłuszczowej jest zwykle trudna, uciążliwa. Diety okazują się nieskuteczne, do systematycznych ćwiczeń brakuje czasu i cierpliwości – temat wraca jak bumerang, a my pocieszamy się, ze mamy genetyczną tendencję do tycia. 

Klucz do rozwikłania tematu leży jak zwykle w psychice. To naczelny komputer naszego organizmu wydaje polecenie, aby chronić nas, czy tez nasze ciało, obudowując je dodatkową warstwą tkanki tłuszczowej. Im większe zagrożenie, im bardziej długotrwałe, im mocniej zakodowane – tym większa nadwaga. Zapasy tłuszczu jak wał przeciwpowodziowy oddzielają nas od otaczającego świata.

Powodem nadwagi jest także niskie poczucie własnej wartości i krytykowanie siebie. Niska samoocena powoduje, ze boimy się – choćby podświadomie – innych ludzi, boimy się krytyki, odkrycia naszych słabych stron, ośmieszenia. Jest to także wystarczający powód, by zabezpieczać ciało dodatkowymi centymetrami. Szczególnie na poziomie talii, gdzie symbolicznie znajduje się sfera relacji z innymi.

Jeśli skupimy się na symbolice, to warto podkreślić, że otyłość w sferze seksualnej, będzie tworzeniem tarczy ochronnej dotyczącej naszego życia intymnego. Oznacza to, że niepewność i kompleksy lokują się  w tej właśnie dziedzinie życia. Podobnie najbardziej obfita tkanka tłuszczowa na poziomie ramion będzie odpowiadała za lęki i słabości w sferze działania. W ten sposób dostajemy niejako pewne potwierdzenie, że tam gdzie jest w nas najmniej pewności i siły, tam pojawia się tkanka tłuszczowa jako tarcza ochronna, mająca na celu zabezpieczyć nas przez niebezpieczeństwem z zewnątrz. To „tylko” symbolika, ale jeśli nauczymy się ją odczytywać, świat odkryje przed nami swoje tajemnice.

Aby uzupełnić wszystkie możliwe przyczyny otyłości, trzeba jeszcze wspomnieć o braku spełnienia i tęsknocie za oparciem. Czyli innymi słowy o lęku przed samotnością, bezsilnością, koniecznością radzenia sobie samotnie z najtrudniejszymi sprawami. Ponadto psychicznym powodem zabezpieczania się naszego organizmu za pośrednictwem nadprodukcji tkanki tłuszczowej jest też lęk przed uczuciami. To mógłby być temat rzeka, więc ograniczę się tylko do wymienienia tej przyczyny.

Jeśli przyjmiemy wyżej wymienione czynniki, jasnym się staje, że żadne diety ani inne „cudowne sposoby” nie mogą okazać się skuteczne. Dieta może zadziałać na krótki czas, najwyżej na parę tygodni, potem jednak główną siłą kształtującą nasze ciało będzie podstawowy wzorzec tkwiący w psychice. Jeśli wzorcem tym są nasze silne lęki i kompleksy, to organizm w celach ochronnych zostanie obudowany warstwą tkanki tłuszczowej bez względu na stosowane diety i głodówki.

Ponadto uprzedzam, że stosowanie głodówek grozi jeszcze jednym uwarunkowaniem: mianowicie organizm, który przeżył okres głodu może wytworzyć w sobie tendencje do zabezpieczenia się na przyszłość przed głodem. A w jaki sposób? Oczywiście tworząc zapasy… w formie nadwagi.

Wynika z tego w sposób oczywisty, że by zlikwidować otyłość, należy odnaleźć i usunąć przyczynę, czyli zastanowić się, co jest źródłem lęku, a następnie pozbyć się tego za pomocą psychoterapii czy jakiejkolwiek innej metody. Nie musze chyba nikogo przekonywać, że należy przede wszystkim likwidować przyczynę, a nie skutek. Zatem same diety i ćwiczenia fizyczne nie spełnią tego zadania, choć na pewno uprawianie sportów i odpowiednia gimnastyka przyniosą inne korzyści. Aktywny tryb życia przyda się też na pewno, aby utrzymać zdobytą zgrabną sylwetkę i sprawność fizyczną.

Kompleksowe odchudzanie powinno zawierać metody kodujące pozytywnie nasz umysł i podświadomość. W nowym wzorcu powinny pojawić się nie tylko elementy dotyczące naszego szczupłego wyglądu, ale również afirmacje i wizualizacje związane z rozwijaniem bezpieczeństwa w konkretnej dotyczącej nas dziedzinie. Warto też ustawić na bieżąco sposób swojego myślenia zgodnie z zasadą: „myśl kreuje rzeczywistość”. Jeśli zjadając ciastko będziemy odczuwać wyrzuty sumienia i w duchu liczyć, ileż to przytyjemy, to bez wątpienia… przytyjemy. Nasze ciało wykonuje bez wahania większość naszych poleceń przekazywanych w formie lęku…

Na koniec ostatnia uwaga… Nasz organizm jest mądry i wie, czego potrzebuje. Warto zacząć go słuchać. Słuchanie organizmu oznacza, ze powinniśmy jeść to, na co akurat mamy smak. Oczywiście mam tu na myśli pewien smak, który przychodzi sam z siebie – nie wtedy, kiedy jesteśmy strasznie głodni lub buszujemy po cukierni i patrzymy na wspaniale wyglądające ciasta i torty.

Pojawiający się sam z siebie apetyt na jakąś potrawę jest informacją, czego chce nasze ciało. Jeśli np. mamy smak na rybę, to najwidoczniej organizm potrzebuje fosforu czy innych zawartych w rybie składników. Niestety własnego ciała słuchają tylko kobiety w ciąży. Reszta ludzkości bawi się wymyślaniem różnych dziwnych i nikomu niepotrzebnych diet. Dla mnie logicznym wydaje się fakt, że słuchanie swoich smaków i apetytów pozostaje w o wiele większej harmonii z naszym organizmem niż wynalazki typu „dieta zgodna z grupa krwi”.

Podam przykład z życia wzięty. Otóż pewna pani miesiąc przed planowaną operacją nabrała apetytu na barszcz czerwony, za którym nigdy nie przepadała. Smak pojawił się nagle i nie znikał, pomimo że często jadła ową potrawę. Towarzyszył jej do terminu zgłoszenia się do szpitala oraz przez dwa miesiące po operacji, potem zniknął bezpowrotnie i obecnie Pani ta znowu nie lubi barszczu. Dodam tylko, że w szpitalu przez krótki okres miała anemię pooperacyjną, dostawała krew – a przecież każdy z nas wie, że barszczyk czerwony posiada działanie krwiotwórcze. A przynajmniej tak głosi plotka.

Organizm ludzki jest genialny. Wie lepiej od najlepszego dietetyka, co jest nam potrzebne. I jak wskazuje podany przykład – wie z wyprzedzeniem…

Bogusława M. Andrzejewska

Potęga słowa

„Na początku było słowo” – ten biblijny cytat zna każdy, nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, ile magii ów zwrot odsłania. Słowo ma niezwykłą moc, moc niejednokrotnie sprawczą. Na pewno zdarzyło nam się w życiu doświadczyć jego negatywnej siły. Chyba nikt nie ma wątpliwości, jak bardzo słowo złe lub powiedziane w niewłaściwym momencie może człowieka zranić i skrzywdzić. Przysłowia, będące wszak mądrością narodów, stwierdzają, że „słowo wylatuje jaskółką a powraca wołem”, że „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Wiele kłótni zaczyna się od jakiegoś nieprzemyślanego słowa, żartu, powiedzenia. Kiedy rozmawiamy z kimś, na kim bardzo nam zależy starannie dobieramy wszystkie wyrazy, uważnie kształtujemy wypowiedź, aby wypaść jak najlepiej, aby nie urazić tej osoby lub się nie ośmieszyć. Mniej wymowni zazdroszczą elokwentnym zasobu słów i łatwości komponowania wypowiedzi.

Kiedy sięgniemy do historii, musimy prędzej czy później spotkać najbardziej chyba jaskrawy przykład potęgi wypowiadanych wyrazów, czyli klątwy. Klątwa z reguły ma okropny skutek. Poddany jej działaniu człowiek rzeczywiście ubożeje, choruje, ślepnie… zależnie od treści wypowiedzianych słów. Na przykład francuski pianista Dupois przeklęty przez celtyckiego kapłana stracił władzę w palcach dłoni w czasie koncertu. Lekarze nie mogli zdiagnozować żadnego schorzenia, gdyż ręce pianisty były całkowicie zdrowe i sprawne, dopóki nie siadał on do fortepianu i nie próbował grać.

Dzisiaj wiemy już, że ma to związek z reakcją podświadomości, dla której klątwa jest równoznaczna z wydaniem wyroku. Słowa klątwy stają się kodem, który zaczyna się realizować. Dzisiaj klątwom łatwiej się oprzeć, bo znając białą magię, możemy wykonać rytuał ochronny i oczyścić podświadomość z negatywnych przekonań, zanim zaczną one realizować się w materii.

Jako przykład niech posłuży historia opowiedziana przez nieżyjącego już dzisiaj twórcę metody doskonalenia umysłu Jose Silvę. Zwiedzał on kiedyś wyspy leżące u wybrzeży Ameryki. Żyjący tam ludzie zachowali tradycje plemienne i szacunek oraz głęboka wiarę w moc czarowników. Przypadek sprawił, ze Jose Silva trafił do wioski, gdzie umierał człowiek przeklęty przez szamana. Mężczyzna ten po usłyszeniu klątwy, po prostu położył się do łóżka i zaczął umierać. Jego ciało w ślad za psychiką wykonywało posłusznie „rozkaz” wydany za pośrednictwem przekleństwa. Ponieważ Jose Silva był już w owym czasie znany na obu półkulach, postanowił wykorzystać swoją popularność. Wszedł do chaty, w której umierał ów człowiek i powiedział mniej więcej takie słowa: „Jestem Wielkim Szamanem, największym na świecie. Moja potęga jest o wiele większa niż siła twojego czarownika. Zdejmuję z ciebie klątwę i nakazuję ci wrócić do zdrowia.” Wypowiedź ta sprawiła, że ów bliski już śmierci człowiek zaczął zdrowieć i w przeciągu kilku dni wstał z łóżka i wrócił do swoich normalnych zajęć. Nikt nie ma wątpliwości – i nie miał ich również sam mądry Jose Silva – że nie zadziałała tu żadna inna magia, poza magią słów.

Wracając znów do czasów zamierzchłych, znany jest przypadek celtyckiej czarownicy, która w odpowiedzi na wyrządzona jej krzywdę, przeklęła jednego z możnych panów, życząc mu wygaśnięcia jego męskiej linii. Klątwa dosięgła oprawcę. Przez kilka pokoleń w tym rodzie przychodziły na świat wyłącznie dziewczynki, a kiedy po latach urodził się chłopiec – zmarł jako niemowlę. Inna celtycka klątwa rzucona na szkockiego regenta sprawiła, że spłonęła mu bogata rezydencja, a na świat przychodziły wyłącznie niewidome dzieci. Ten ród także szybko wygasł. Pojawia się pytanie o tajemniczy mechanizm, który sprawia, że klątwa działa także na kolejne pokolenia oraz na przedmioty. Tu już trudno podejrzewać działanie wyłącznie podświadomości. Badacze zjawisk paranormalnych wiele lat spędzili dociekając, jak to się dzieje. Doszli do wniosku, że istotę stanowią tzw. „myślokształty”. Ich zdaniem myśl zasilona energią ogromnego cierpienia wchodzi w strukturę atomową domów, murów, a także w bioenergię ofiary. Potem najprawdopodobniej zostaje przekazana potomstwu i zagnieżdża się na stałe w ich genach, opanowując w ten sposób losy całej rodziny i kolejnych pokoleń. Klątwa zanika, gdy wyczerpie się ta energia pierwotnego „myślokształtu”. Warto jednak przy tym wziąć pod uwagę, ze głęboka wiara w przekleństwo i związany z nim lęk są pożywką wzmacniającą ów „myślokształt” i na bieżąco zasilają go energią, nie pozwalając mu na zniknięcie.

W Laboratorium Zjawisk Paranormalnych we Lwowie przeprowadzono pewne doświadczenie z nasionami rzeżuchy. Przez kilka minut dwie osoby wykrzykiwały pod adresem ziarenek najgorsze przekleństwa. Kiedy potem poddano nasiona badaniu, okazało się, ze otrzymały one dawkę promieniowania o mocy 40 tysięcy rentgenów! Większość nasion obumarła, pozostałe stały się mutantami. Warto przypomnieć sobie ten eksperyment, kiedy mamy ochotę w gniewie miotać na kogokolwiek przekleństwa. Co prawda człowiek jest dużo większym i silniejszym organizmem niż ziarenko rzeżuchy, niemniej „kropla drąży skałę”. Poza tym wszystkie żywe organizmy funkcjonują według takiego samego programu, a kod genetyczny człowieka jest równie podatny na uszkodzenie jak kod roślin, na których przeprowadzano doświadczenia. Nic zatem dziwnego, że ludzie przebywający w nieprzychylnym dla nich towarzystwie, znoszący ciągłe poniżanie, krzyki i złośliwości są nie tylko zamknięci w sobie i nieszczęśliwi, ale także chorują na poważne dolegliwości fizyczne.

Badania przeprowadzone w Laboratorium wykazały, że słowa są w stanie zmienić budowę wody, a przecież ciało ludzkie w 90% złożone jest z tego właśnie składnika. Energia przekleństwa może zamienić poczciwe H2O w trujący napój, a z kolei błogosławieństwo i modlitwa czyni z niej lekarstwo. I w ten sposób przechodzimy do bardziej pozytywnego aspektu magicznego oddziaływania słowa. Skoro energia zawarta w słowach może zmienić kod genetyczny człowieka na negatywny, to może także zmienić go w sposób przez nas pożądany. Nasuwa się myśl, że słowo może naprawiać i uzdrawiać…

Podstawowymi technikami wykorzystującymi słowo jako nośnik dobrej energii są modlitwa, afirmacja i mantra. Pełne wiary odmawianie modlitwy jest równoznaczne z napełnianiem całego pomieszczenia dobrą energią. Badania przeprowadzone w Laboratorium nad chorymi nasionami pszenicy, nad którymi przez długi czas odmawiano litanie i inne pacierze, pokazały, ze nasiona wzmocniły się i wykiełkowały jakby były zupełnie zdrowe. Zatem słowo jako nośnik energii nie odbiega w tym wypadku od efektu jaki osiągnęlibyśmy, poddając nasiona działaniu bioenergii czy Reiki.

Afirmacja, czyli twierdzenie o pożądanym przez nas stanie czy sytuacji, koduje w podświadomości to, czego pragniemy. Podparta głęboką wiarą pomaga przekształcić negatywy w pozytywy. Zbudowana jest ze zwykłych codziennie używanych słów. Jej znaczenie opiera się na pozytywnym sensie wypowiedzi. Warto nie tylko myśleć pogodnie, ale i swoje wypowiedzi kształtować tak, aby przyciągały do nas tylko dobro.

 Mantra natomiast związana jest z magią dźwięku, z którego zbudowane są słowa. Powtarzanie lub śpiewanie określonych wyrazów powoduje, że umysł przechodzi w specyficzny stan wyciszenia i odprężenia. Badania przeprowadzone na ludziach odmawiających mantry wykazały, że w tym czasie zmienia się elektryczna oporność skóry, następuje spowolnienie akcji serca, wzrasta przepływ krwi przez mięśnie. EEG wykazuje, że w ciągu kilkunastu sekund wymawiania mantr zmieniają się całkowicie funkcje mózgu. Nic zatem dziwnego, ze są one najpopularniejszym środkiem wykorzystywanym w praktykach prowadzących do osiągnięcia oświecenia.

Naukowcy uważają, że cywilizacje, które bazują na sanskrycie są w stanie osiągać inne stany świadomości, korzystając ze specyfiki tego języka. Podobno teksty duchowych praktyk napisane w sanskrycie samą melodycznością, kolejnością następowania samogłosek i innych poszczególnych dźwięków poszerzają zdolności ludzkiego umysłu. Najpopularniejsza mantra „OM” jest podobno dźwiękiem towarzyszącym początkom istnienia wszechświata. Jej uzdrawiający, uspokajający wpływ jest powszechnie znany. Wystarczy śpiewać ją przez kilka minut w stanie rozluźnienia i pozwalać, by głoska „m” wibrowała w każdej komórce, a na pewno poczujemy, jak ta wibracja odświeża i wzmacnia całe nasze ciało.

Sylaba „OM” wchodzi w skład wielu mantr stosowanych w religiach Wschodu. Praca z mantrą współczucia „OM MANI PEME HUNG” chroni przed wszelkimi negatywnymi wpływami oraz przed chorobami. Buddyści wierzą, ze każda z sylab ma wielką moc przeobrażania różnych aspektów naszej istoty, transformując dumę, zazdrość, pożądanie, chciwość, głupotę i gniew w najwyższą mądrość. Mantra Buddy Padmasambhawy „OM AH HUNG BENDZA GURU PEMA SIDDHI HUNG” w swoich dwunastu potężnych sylabach niesie błogosławieństwo dwunastu rodzajów nauk Buddy, będących istotą 84 000 pism – wyrecytowanie jednej mantry jest zatem równoważne błogosławieństwu, jakie przynosi praktyka wszystkich nauk Buddy. Dla buddystów mantra ta jest emanacją samego Padmasambhawy, który pojawia się w formie dźwięku i w swoim niezmierzonym współczuciu otacza opieką wzywające jego pomocy istoty.

Zarówno antropolodzy, jak i neurolodzy czy psycholodzy są zgodni, że struktura mózgu odpowiadająca za wypowiadany dźwięk jest jednakowa u wszystkich ludzi na świecie niezależnie od rasy czy kultury. Zatem magiczne działanie słów może być stosowane przez każdego człowieka i mieszkańcy Zachodu z powodzeniem mogą wypowiadać buddyjskie mantry, osiągając dzięki temu stan wyciszenia i koncentracji.

Ezoterycy, korzystając z tej informacji, opracowali własne „słowa mocy”, które maja pomagać ludziom w osiąganiu różnych stanów psychicznych i fizycznych. Jednym z takich magicznych słów jest „LOTOS” – w sanskrycie „padma” lub „pema”, który wchodzi w skład podanych powyżej buddyjskich mantr. Systematyczne i częste powtarzanie słowa „LOTOS” połączone z wyobrażaniem sobie ukochanej osoby lub upragnionej sytuacji, zapewnia człowiekowi połączenie z tą osobą lub pojawienie się wymarzonej rzeczy. Kolejnym słowem zapewniającym powodzenie i osiągnięcie sukcesu jest słowo „SZCZYT”. Sugerowana wizualizacja to opromieniony słońcem szczyt pięknej góry. To słowo ma moc potęgowania wiary w siebie i gromadzenia siły do osiągnięcia sukcesu. Słowem sprzyjającym sprawom finansowym jest słowo „DOBROBYT”, które często powtarzane razem z wizją pełnego portfela zapewnia przypływ gotówki.

Słowa są nośnikiem energii, jakie staramy się w nie włożyć. Na to nakłada się niewątpliwie energia dźwięku. Jeśli uwierzymy, jak wielką siłę zawierają w sobie wypowiadane przez nas wyrazy, okaże się, że mamy przy sobie kolejne znakomite narzędzie, dzięki któremu przyciągamy do siebie wszystko, czego pragniemy. Zacznijmy zatem zwracać uwagę na to, co mówimy. Zamiast skarżyć się codziennie: „taka jestem zmęczona, tak źle się czuję, takie to wszystko drogie”, proponuję powtarzać od rana do wieczora: „opływam w dobrobyt, mam fart na każdym kroku, świetnie się czuję, świat jest piękny”. Po paru tygodniach będziemy zaskoczeni korzystnymi zmianami, jakie pojawią się w naszym życiu.

Bogusława M. Andrzejewska

Sześć kapeluszy

Każdy z nas któregoś dnia staje przed koniecznością podjęcia ważnej decyzji lub znalezienia twórczego rozwiązania trudnej sytuacji. Czasem wydaje nam się, ze umiejętność kreatywnego wychodzenia z problemów jest sztuką zależną od wrodzonych talentów. Tymczasem ogromne znaczenie ma nasze nastawienie do sprawy.

Edward De Bono, doktor medycyny, posiadacz stopni naukowych w dziedzinach filozofii i fizjologii, jest światowym autorytetem w bezpośrednim nauczaniu tzw. „twórczego myślenia” autorem popularnego określenia „lateral thinking” („myślenie równoległe”). Któregoś dnia wymyślił coś, co nazwał „Sześć kapeluszy”. Technika ta pozwala na twórcze podejście do rozwiązywania problemów, wskazuje także sześć różnych stron, z jakich można na dany problem postrzegać.

Metoda ta jest praktyczna i skuteczna, została zaakceptowana przez środowisko edukacyjne, korporacje i organizacje na całym świecie. Sześć kapeluszy zmienia dyskusje ze zwykłego argumentowania i bronienia swoich racji w konstruktywną dyskusję, cała idea polega na sztucznym przyjęciu określonego stanowiska w danej sprawie. Dzięki czemu nikt nie jest zbytnio emocjonalnie związany z bronieniem swoich racji, a jednocześnie może wyrażać swoje uczucia (w danym kapeluszu) bez potrzeby przejmowania się tym, co pomyślą inni. Umożliwia wygospodarowanie czasu na świadomy wysiłek twórczy w danym czasie, wprowadza pewien porządek tworzenia, przy jednoczesnym braku obaw pominięcia jakiegoś aspekt problemu.

Sens metody jest prosty. Wszystko polega na tym, że w każdym kapeluszu myślimy inaczej, a tym samym postrzegamy sytuację z zupełnie innej strony. Śledząc wpływ naszych uczuć i emocji, jesteśmy w stanie zobaczyć, jak wielkie one mają znaczenie dla jakości i efektywności rozwiązywania trudnej sytuacji.

 

Kapelusz Czerwony oznacza emocje.
Czerwony kapelusz silnie związany jest z wyrażaniem emocji, namiętności, impulsywności i uczuciowym przejaskrawianiem rzeczywistości. Czerwony kapelusz za najważniejszy aspekt problemu uznaje wrażenia, intuicje, przeczucia i uczucia.
Kolor ten sprawia, że pozbywamy się obiektywizmu, wszystko w tym momencie wyrażamy, subiektywnie, czyli albo coś się nam podoba albo nie. Przechodzimy na poziom naszego wewnętrznego dziecka i kierujemy się przede wszystkim uczuciami. Nie pytamy dlaczego coś lubimy bardziej lub mniej, to są nasze uczucia i w tym przebraniu mamy pełną swobodę ich wyrażania. Decyzje podejmowane w tym kolorze mogą być nawet irracjonalne, ponieważ przy emocjonalnym podejściu nie ma czasu na racjonalne myślenie. Decyzje mogą być szybkie i gwałtowne, bo emocja jest reakcją na pierwsze wrażenie.
Czerwony kapelusz nadaje myśleniu subiektywnego znaczenia. W pracy grupowej pozwala na otwarte wyrażanie uczuć, bez ich ukrywania.

 

Kapelusz Biały oznacza obiektywizm
Biały kapelusz jest całkowitym przeciwieństwem czerwonego, wskazuje na czystość, sterylność, neutralność i logikę. Biały kapelusz zajmuje się faktami i liczbami. Białą rolę można porównać do roli komputera, istnieje pewien obiektywny algorytm postępowania, do którego się stosujemy, nie ma tu miejsca na uczuci i emocje, jest tylko to, co da się racjonalnie przedstawić.
Kolor biały opiera się na faktach, a o faktach się nie dyskutuje, one po prostu istnieją. Posługuje się konkretnymi zestawami informacji, statystykami, dokumentami, analizami. Człowiek w białym nie ocenia zdarzeń, tylko wyjawia dane na konkretny temat i komentuje w granicach posiadanych informacji.
Należy pamiętać, o tym ze fakty nie zawsze muszą być faktami. Większość tak zwanych faktów to często osobiste uwagi, poczynione w dobrej wierze, lub coś, co uznajemy za fakt. Dlatego dobrze jest czasem zastosować podział na fakty sprawdzone, fakty oparte na wierze, fakty „na ogół”, czy też zastosować inną skalę prawdopodobieństwa.
Stosując się do zasad dobrego dialogu twórczego, możemy przyjąć, że wszystko to z czym przystępujemy do rozwiązania problemu, czyli nasza pierwotna wiedza na dany temat, znajduje się w białym kapeluszu.

Kapelusz Czarny oznacza pesymizm
Czarny kapelusz to podejście logiczno pesymistyczne, negatywne, ma oceniać i ostrzegać przed zagrożeniami. Człowiek w czarnym nakryciu głowy nadmiernie krytykuje rzeczywistość, widzi tylko złe jej aspekty. Czarny świat jest pełen zagrożeń, pełen negatywizmu i niepowodzeń.
Zadaniem zakładającego czarny kapelusz jest wykazanie wszystkich wad, niedociągnięć, braków i zagrożeń. Czarny kapelusz szuka dziury w całym, sprawdza czy wszystko do tej pory omawiane na pewno jest słuszne. Pokazuje wszystkie konsekwencje, które mogą wyniknąć z przyjętego rozwiązania. Za wszelką cenę próbuje wykazać, że ktoś może się mylić. Poszukując bezpieczeństwa czarny kapelusz wykazuje wszystkie niedociągnięcia, wszystkie luki, sprawdza czy wszystko jest zgodne z prawem. Kolejną cechą czarnego jest oszczędność, zarówno czasu jak i innych środków, sprawdza on czy rozwiązanie przyniesie odpowiednie korzyści, czy jesteśmy w stanie wprowadzić w życie rozwiązanie, ile czasu zajmie w porównaniu z innymi.

Kapelusz Żółty oznacza optymizm
Ubranie żółtego kapelusza, to przyjęcie pozytywnej postawy. Żółty świat jest radosny, widzi tylko pozytywne aspekty rozwiązania. Żółty kapelusz jest dokładnym przeciwieństwem czarnego. Żółte myślenie to ciekawość, przyjemność i poszukiwanie radości.
Założenie żółtego kapelusza to zamiana w przedsiębiorcę. Przedsiębiorca widzi te korzyści, których inni nie spostrzegają na pierwszy rzut oka. Człowiek w żółtym kapeluszu, ma za zadanie wskazać wszystkie, nie tylko te oczywiste korzyści. Może odwoływać się nie tylko do logiki, praktyki, ale także do marzeń i nadziei.
Żółty jest przepełniony wiarą w sukces i powodzenie, wszędzie dookoła znajdują się nagrody, które żółty ma za zadanie pokazać. Żółty wskazuje najlepsze wyniki w przyszłych statystykach i prognozach, koncentruje się tylko i wyłącznie na pozytywnych aspektach. Rozważa wszystkie możliwości i korzyści, nawet te, które wykraczają poza rozpatrywany problem.

Kapelusz Zielony oznacza możliwości
Zielony kapelusz jest pełen pomysłów i nowych możliwości. Człowiek w zielonym ma za zadanie pokazać nowe spojrzenie, nowe punkty widzenia rzeczywistości i nowe drogi. Zielony nie trzyma się reguł, ma za zadanie działać inaczej niż wskazują wzorce.
Stosując zielony kapelusz powinniśmy wystrzegać się myśli będących domeną innych kolorów, zielony nie widzi krytyki, nie widzi również obiektywizmu. Wiele szalonych pomysłów przekształcono na całkiem racjonalne, to przekształcenie jest zadaniem innych kapeluszy, zielonemu natomiast pozostaje odnajdywanie pomysłów.
Kolor ten pokazuje nowości, nie pozwala stać w miejscu, dla tego koloru wszystko jest w ruchu. Rzeczywistość jest ciągłą zmianą, zastana rzecz, prędzej czy później przybierze nowy kształt. To właśnie zielony sprawia, że możemy szukać przyszłości, szukać nowych rozwiązań, w tym co zdawałoby się już istnieć i „mocno stąpać po ziemi”.

Kapelusz Niebieski oznacza organizację
Człowiek w niebieskim kapeluszu to chłodny bezstronny obserwator. Jego naczelnym zadaniem jest kontrola toku myślenia, zazwyczaj ma plan i narzuca dyscyplinę.
Zakładając niebieski kapelusz, wyłączamy wszystkie problemy związane z zagadnieniem, nie myślimy o nich na chwilę. Zamiast tego myślimy o tym co teraz powinniśmy zrobić. Niebieski nie tylko kontroluje, niebieski porządkuje oraz określa priorytety i nie pozwala wychodzić poza wyznaczone granice.
W trakcie dyskusji zadaniem niebieskiego jest monitorowanie całego procesu, to niebieski kapelusz komentuje postęp dyskusji, to niebieski kapelusz sporządza opis. Do niego również należy sporządzenie wniosków.

Ta metoda jest szczególnie przydatna wtedy, kiedy prowadzimy dyskusję w grupie i wspólnie szukamy rozwiązania. Każdy z uczestników może wówczas ubrać inny kapelusz i pokazywać inna stronę tematu. Może to nawet przypominać teatr, ale zazwyczaj przynosi wymierne efekty. Pozwala to na całkowicie szczere rozmowy pod pretekstem zakładania rożnych kapeluszy.
Kiedy pracujemy samodzielnie możemy zakładać kolejno każdy z kapeluszy i oglądać dany problem ze wszystkich stron. Warto też zdawać sobie sprawę jaki kapelusz nieświadomie założyliśmy w obecnej chwili, aby mieć jasność, czym się kierujemy w podjęciu takiej a nie innej decyzji. Ponadto technika sześciu kapeluszy, pozwala na dowolne uporządkowanie pracy nad każdym zagadnieniem. Umożliwia skupienie się w danej chwili na tylko jednej rzeczy, do wyboru. Na przykład odrzucając emocje, możemy rozpatrywać wyłącznie idee, a w innym momencie poddajemy się tylko emocjom.
Technika ta broni nas również przed zbytnio monotonnym podejściem do zagadnień. Gdy widzimy że zbytnio drążymy jeden aspekt, wiemy że nadszedł czas na zmianę kapelusza, a więc zmianę postrzegania.

Bogusława M. Andrzejewska