Sulejman i Roksolana

Od pewnego czasu polska telewizja emituje intrugujący serial historyczny pt. „Wspaniałe stulecie”. Okazał się on hitem eksportowym Turcji, podbijając serca wielu widzów nie tylko w naszym kraju. Piękna opowieść o wielkiej miłości, połączona z intrygami, egzotyką haremowej egzystencji XVI wieku oraz polityką Imperium Osmańskiego zachwyca i przyciąga zaskakująco duże ilości fanów i fanek. Wpływa to pozytywnie na jakość samego serialu, który w miarę upływu czasu staje się coraz barwniejszy i lepiej dopracowany. Wprawne oko dostrzeże wyraźne różnice pomiędzy pierwszym sezonem, a kolejnymi – różnice zarówno w scenografii, kostiumach, makijażu, jak i w dopracowaniu niektórych scen.

Nie ukrywam – serial naprawdę może się podobać, nie tylko ze względu na ekscytującą fabułę, która sprawia, że kolejne odcinki ogląda się z wypiekami na twarzy i niegasnącą ciekawością, kto zginie, a kto przetrwa… Jest też dla nas Europejczyków oderwaniem od codzienności, przenosi nas bowiem w zupełnie inne czasy i miejsca, a piękne kostiumy pozwalają zanurzyć się w śliczną bajkę. Specjaliści od historii twierdzą, że cała opowieść niewiele ma wspólnego z faktami. Wiele dodano, wiele zmieniono – do tego stopnia, że widzowie tureccy pisali pełne oburzenia listy do telewizji, bo nie chcieli zaakceptować zmyślonego scenariusza, który podobno nieco uwłacza najsłynniejszemu władcy Imperium Osmańskiego..

Serial jest zrealizowany w wersji „soft”, choć w rzeczywistości trup ścielił się wówczas gęsto i krew lała prawdziwymi strumieniami. Więcej się tutaj mówi o zabijaniu, niż je pokazuje. Nie jest to rzecz jasna żaden zarzut. Moim zdaniem wszyscy jesteśmy przesyceni wszechobecną w filmach fabularnych przemocą. Serial turecki nie epatuje seksem i nie uderza brutalnymi scenami. Pozwala po prostu się odprężyć. Pod tym względem jest naprawdę dużo łagodniejszy niż Gra o Tron lub Spartakus.

Warto tutaj podkreślić, że Imperium Osmańskie nie było zwykłym krajem, lecz państwem dynastycznym, co oznacza, że wszyscy jego mieszkańcy byli niewolnikami pozostającymi na usługach dynastii Osmanów, na której czele stał „władca wschodu i zachodu” – sułtan. Dla nas, przywykłych do demokracji i domagających się na okrągło wolności, to wprost niebywałe warunki. I przyznaję, że wręcz kuriozalne wydaje mi się – wyraźnie w filmie pokazane – chodzenie tyłem w obecności władcy, aby przypadkiem nie obrazić go pokazaniem pleców. Zastanawiałam się wielokrotnie, jak wielkim wdziękiem cechowali się ówcześni ludzie, że w tej absurdalnej rejteradzie nie potykali się o własne szaty.

Dodam też, że chociaż serial został zrobiony bardzo dobrze, to trudno polubić prawdę historyczną, nawet jeśli pokazana jest tylko bardzo ogólnie. Nie sposób podziwiać kraju, w którym despotyczna władza absolutna jednego człowieka wpływa na losy wszystkich innych – co gorsza: zależnie od kaprysu i humoru, a nie rzeczywistych sytuacji. Codzienność haremu to okrutna walka o przetrwanie – trucizna, sztylet, sznur do duszenia są wszechobecne każdego dnia. Jeśli ktoś się komuś nie podoba, to po prostu ginie utopiony w wodach Bosforu.  A ponad tym wszystkim toczy się bezwzględna walka o tron. Walka, w której ojciec zabija własnego syna, brat braci, a syn ojca. Z poziomu ludzkiego nie widać tu człowieka, lecz dzikie zwierzęta, wyszarpujące sobie zdobycz. W tym kontekście Sulejman Wspaniały czy jego wielki wezyr Pargali Ibrahim, nazywani przez historyków mecenasami sztuki, są nimi w takim samym stopniu, jak osławiony Neron… Trudno zresztą wyczuć, kto ma na sumieniu więcej ofiar…

I w tych skomplikowanych warunkach to właśnie Roksolana jest jedyną kobietą, która nie należąc do dynastii, staje się dzięki uczuciu Sulejmana wolnym człowiekiem. Nic dziwnego, że miłość tej niezwykłej pary stała się inspiracją dla wielu artystów, tworząc także fascynujący wątek przewodni Wspaniałego Stulecia. Sama Hurrem (inaczej Roksolana) jest ogromnie ciekawą osobowością i budzi mnóstwo emocji. Jedni ją uwielbiają, inni jej nie cierpią. Polki chętnie się z nią utożsamiają, ponieważ miasteczko Rohatyń, w którym przyszła na świat, leżało w granicach  Rzeczypospolitej, w tym sensie choć Rusinka, była także poddaną króla polskiego. Co w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia, bo gruntownie przeszkolona w haremie, po przejściu na islam i spędzeniu całego niemal życia w sułtańskim seraju, była bardziej sułtanką niż Słowianką.

O Roksolanie pozornie nie wiemy wiele, jednak wystarczy spojrzeć w horoskop Sulejmana Wspaniałego, którego datę urodzenia znamy, by wiedzieć, jakiego rodzaju kobieta miała w sobie taką moc, by owinąć sobie wokół palca potężnego człowieka. Sułtan urodził się 6 listopada, był więc Skorpionem, a numerologicznie patronowała mu oprócz Szóstki także liczba Osiem. Moc, władza, potęga! Wspaniała kreacja Halita Ergenca trafia idealnie w postać silnego władcy, który jednym uniesieniem brwi decyduje o ludzkich losach. Piękny, głęboki głos aktora intensywnie podkreśla moc i siłę sułtana. Natomiast ukochana władcy w rzeczywistości była zupełnie inną osobą, niż chcą nam to pokazać twórcy „Wspaniałego Stulecia”.

Absolutnie nie krytykuję pięknej skądinąd aktorki, tym bardziej, że wg przekazów Hurrem pięknością podobno wcale nie była. Jednak ta interesująca postać była przede wszystkim pełną wdzięku i delikatności roześmianą kobietą, a nie rozwrzeszczaną prostaczką, która wygląda, jakby właśnie wróciła z dojenia krów. I nie ma tu zupełnie znaczenia pochodzenie dziewczyny, ponieważ zanim trafiła do komnaty sułtana przeszła intensywne szkolenie – manier, etykiety, kultury, dobrego smaku. To, co wiemy na pewno na podstawie historycznych przekazów to dwie rzeczy: po pierwsze wg posłów weneckich Roksolana była miła i skromna; po drugie – imię Hurrem nadane jej przez Sulejmana oznacza „radosną i roześmianą”, taka więc była prawdziwa natura ukochanej sułtana. Niezależnie od sprytu, mądrości politycznej czy wręcz okrucieństwa z jakim pozbywała się swoich wrogów, na zewnątrz Roksolana była uroczą, miłą i zawsze roześmianą osobą, a nie skrzywioną i złośliwą babą, jak chcą twórcy filmu.

W dalszej części serialu pojawia się postać jednej z sióstr Sulejmana – Fatmy. Zawsze uśmiechnięta i pogodna, ma stale w oczach rozbawione chochliki. Podobnie jak inne sułtanki, bywa złośliwa, okrutna i bezwzględna, co nie zmienia faktu, że na zewnątrz promieniuje wesołością i pozytywnym nastawieniem do życia. Oto właściwa Roksolana – taka właśnie była ukochana sułtana. Oczywiście wiemy doskonale, że Hurrem miała jasne włosy, nie chodzi mi zatem o wygląd zewnętrzny, lecz głównie o osobowość. Chociaż w moim odczuciu ukochana Sulejmana była też bardziej filigranowa niż aktorka, która wcieliła się w jej rolę. W momencie, kiedy Fatma pojawiła się w serialu, rozpoznałam w niej właściwą energię Roksolany. Wystarczyłoby zmienić jej włosy na jasne…

Oczywiście każdy z nas ma swoją wizję postaci, o której czyta lub którą widzi na ekranie. Ja bazuję w dużej mierze na astrologii. Jako specjalistka od słonecznych Skorpionów wiem doskonale, jakie kobiety wybierają tacy mężczyźni. Skorpion chce być przede wszystkim dumny ze swojej partnerki, więc zazwyczaj wybiera sobie kobietę inteligentną i pełną wdzięku. Unika jak ognia kobiet „prymitywnych” w zachowaniu czy wyglądzie, stąd też absolutnie nieodpowiednia jest wizja Roksolany przestawiona w serialu. Nawiasem mówiąc, żaden mężczyzna nie wytrzymałby długo z wiecznie skrzywioną i nadąsaną babą, która próbuje zadrzeć nos wyżej czubka własnej głowy, a na służbę wydziera się, jak ordynarna przekupa. A tym bardziej „władca świata”, który w swoim haremie ma kilkaset kobiet do wyboru.

To oczywiste, że Hurrem musiała mieć mocno zaakcentowany znak Wagi, który oprócz wdzięku, daje też kobiecie talent psychologiczny, pozwalający rozpoznać oczekiwania innej osoby. Waga pozwala być miłą i skromną, a też bardzo sympatyczną. Działa nie wrzaskiem, lecz dyplomacją. Waga nie podnosi głosu na służbę, bo jest na to zbyt kulturalna, wystarczy jej jedno spojrzenie… Oprócz tego obdarza dobrym gustem i sprawia, że zawsze pięknie wyglądamy – czyli tworzy kobietę taką, jaką kocha każdy mężczyzna. W horoskopie Sulejmana Wenus – planeta wewnętrznego ideału kobiety leży oczywiście właśnie w tym znaku. Razem z Jowiszem zasila ponadto artystyczne zdolności sułtana. Oto wyznacznik, który pokazuje, jaka kobieta mogła rozkochać w sobie tego mężczyznę.

Skorpion, jak wspomniałam, oczekuje także od swojej partnerki inteligencji. W biografii Hurrem widać wyraźnie mocne Bliźnięta, podkreślające spryt, intelekt i zdolności do manipulacji każdym, kogo potrzebowała. Ponadto to właśnie Bliźnięta dają umiejętność dwoistości – z jednej strony delikatna, filigranowa i roześmiana kobieta, której czarowi nie sposób się oprzeć, a z drugiej bezwzględny i okrutny polityk, który rozgrywa ludźmi genialne partie szachów, wygrywając niemal każda rozgrywkę. Słońce Roksolany  leżało prawdopodobnie na osi Strzelec – Bliźnięta, dając jej oprócz inteligencji także autentyczne poczucie humoru. Moim zdaniem Miała Słońce w Wadze w IX domu (Strzelec), tworzące koniunkcję do Wenus Sulejmana i Ascendent w Bliźniętach, a do tego mocnego Skorpiona z leżącym tam np. Marsem i Księżycem…

Ewentualnie: Słońce w Wadze z Ascendentem w Wodniku… Wodnik nie posiada co prawda wdzięku charakterystycznego dla Bliźniąt, jest bardziej oschły i okrutny, co zastąpiłoby wpływy Skorpiona i dałoby nam kobietę podobną nieco do tej przedstawionej w serialu, ale jest także bardzo inteligentny. W horoskopie Sulejmana Księżyc znajduje się właśnie w znaku Wodnika, byłoby to więc też możliwe, szczególnie jeśli Ascendent sułtana znajdowałby się w Lwie, a Descendent w Wodniku. Nie znam godziny urodzenia Sulejmana Wspaniałego, ale taki układ jest bardzo prawdopodobny… Wyjątkowe okrucieństwo Hurrem mogłoby wskazywać rzeczywiście zimnego Wodnika, który  dzięki mocnej obsadzie np. Lwa (talent aktorski) potrafił świetnie udawać wrażliwą i łagodną kobietę.

Jednak mam osobiście trochę wątpliwości, czy Wodnik umiałby tak  rozkochać  w sobie Skorpiona, jest na to zbyt dumny i zbyt pyskaty… Nie umie ugiąć karku i spuścić wzroku. Skorpiony nie lubią tak mało kobiecych kobiet. Wodnik ponadto kłóciłby się ustawicznie z sułtanem, co szybko doprowadziłoby go do utraty głowy. A moim zdaniem Hurrem działała poprzez kobiecą delikatność i umiejętność ukrywania swojej siły przed władcą. Była mistrzem manipulacji, co jest domeną właśnie Bliźniąt.

Warto tutaj dopowiedzieć jeszcze, że położenie Plutona i Merkurego w horoskopie władcy świadczy o wyjątkowej przenikliwości. To ktoś, kim bardzo trudno byłoby manipulować, ponieważ był to człowiek, o którym się dzisiaj mówi, „że ma rentgen w oczach”. Jego ukochana musiała zatem mieć bardzo wysoki iloraz inteligencji, by móc wpływać na niego w jakikolwiek sposób. Z jednej strony mogła to osiągnąć dzięki mocnym Bliźniętom, a zapewne miała też silnie zaznaczony znak Skorpiona, który umożliwił jej przetrwanie w haremie. Z drugiej jednak – zakładam, że wygrywała wiele, wchodząc w rolę delikatnej, bezbronnej istoty, domagającej się opieki. Pięknie pokazuje to scena, w której Mahidevran masakruje Hurrem, rozdrapując jej twarz. Biorąc pod uwagę gabaryty aktorek nie mam wątpliwości, że Hurrem mogła się obronić z łatwością. Jednak mądrzej było pozwolić się pobić… Wejść w rolę bezbronnej, skrzywdzonej kobietki…

I tu element numerologii – Sulejman jest nie tylko Ósemką (odpowiednik władczego, silnego i okrutnego Skorpiona), ale także Szóstką: ciepłą, opiekuńczą, nade wszystko kochającą rodzinę i dzieci. Szóstka lubi się troszczyć o innych, ale i Skorpion lubi kobiety, które choć mądre i piękne, potrzebują jego opieki i siły. Przy takiej kobiecie mężczyzna czuje się jeszcze bardziej męski. Wiedzą o tym te panie, które ukrywają własną moc, by ich wybranek mógł poczuć się jeszcze silniejszy i bardziej potrzebny. Dlatego też moim zdaniem Hurrem była na zewnątrz zawsze krucha i cicha. Urzekła swojego skorpioniego Sulejmana inteligencją i mądrością, które pięknie współgrały ze skromną i delikatną, dziewczęca niemal powierzchownością. Dlatego właśnie uważam, że postać rozwrzeszczanej i nieco ordynarnej Roksolany przedstawiona przez twórców serialu, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Nie dziwi mnie za to zupełnie tak wielka miłość, która przetrwała tyle lat w totalnie niesprzyjających warunkach. Słoneczny Skorpion to najpiękniej kochający mężczyzna z całego zodiaku. Krąży wiele mitów o wiarołomności tego znaku. To prawda – Skorpiony kochają seks i będą zdradzać, skakać z kwiatka na kwiatek próbując miodu tu i tam tak długo, dopóki nie spotkają prawdziwej miłości. A przyznajmy – nie każde młodzieńcze zauroczenie jest prawdziwym uczuciem, dlatego wiele skorpionich związków się rozpada, a one zmieniają partnerki jak rękawiczki. Jeśli jednak spotkają miłość – pokochają tę wymarzoną kobietę całym sercem i każdą komórką swojego ciała. Wówczas stają się wielkimi strażnikami miłości i nie ma drugiego tak silnie uwielbiającego swoją kobietę znaku.

Sulejman zapewne korzystał wiele razy z wdzięków pięknych mieszkanek haremu. Jako Skorpion był tu w swoim żywiole. Sądzę jednak, że odkąd pokochał swoją Hurrem, wszystkie inne kobiety przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Nawet jeśli podsuwano mu nałożnicę, korzystał z niej, jak z przedmiotu. Wątek z Firuze jest kolejnym nietrafionym elementem serialu, wymyślonym wyłącznie po to, by wprowadzić do filmu napięcie. Nikt i nic nie mogło zniszczyć uczucia do Roksolany, ponieważ Skorpion kocha raz na całe życie i kocha całym sobą. Potwierdza to w pełni pozostała z tamtych czasów bogata  kolekcja listów erotycznych oraz piękna poezja wielkiego tureckiego władcy.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Mądre odchudzanie

Nadwaga jest często spotykanym kłopotem. Większość z nas miewa z tym problem okresowo, a okresy te są dłuższe lub krótsze. Zazwyczaj wydaje nam się, ze jest to kwestia jedzenia. Zastanawiamy się nad dietą, głodówką, czasem nad uprawianiem jakiegoś sportu. Likwidacja tkanki tłuszczowej jest zwykle trudna, uciążliwa. Diety okazują się nieskuteczne, do systematycznych ćwiczeń brakuje czasu i cierpliwości – temat wraca jak bumerang, a my pocieszamy się, ze mamy genetyczną tendencję do tycia. 

Klucz do rozwikłania tematu leży jak zwykle w psychice. To naczelny komputer naszego organizmu wydaje polecenie, aby chronić nas, czy tez nasze ciało, obudowując je dodatkową warstwą tkanki tłuszczowej. Im większe zagrożenie, im bardziej długotrwałe, im mocniej zakodowane – tym większa nadwaga. Zapasy tłuszczu jak wał przeciwpowodziowy oddzielają nas od otaczającego świata.

Powodem nadwagi jest także niskie poczucie własnej wartości i krytykowanie siebie. Niska samoocena powoduje, ze boimy się – choćby podświadomie – innych ludzi, boimy się krytyki, odkrycia naszych słabych stron, ośmieszenia. Jest to także wystarczający powód, by zabezpieczać ciało dodatkowymi centymetrami. Szczególnie na poziomie talii, gdzie symbolicznie znajduje się sfera relacji z innymi.

Jeśli skupimy się na symbolice, to warto podkreślić, że otyłość w sferze seksualnej, będzie tworzeniem tarczy ochronnej dotyczącej naszego życia intymnego. Oznacza to, że niepewność i kompleksy lokują się  w tej właśnie dziedzinie życia. Podobnie najbardziej obfita tkanka tłuszczowa na poziomie ramion będzie odpowiadała za lęki i słabości w sferze działania. W ten sposób dostajemy niejako pewne potwierdzenie, że tam gdzie jest w nas najmniej pewności i siły, tam pojawia się tkanka tłuszczowa jako tarcza ochronna, mająca na celu zabezpieczyć nas przez niebezpieczeństwem z zewnątrz. To „tylko” symbolika, ale jeśli nauczymy się ją odczytywać, świat odkryje przed nami swoje tajemnice.

Aby uzupełnić wszystkie możliwe przyczyny otyłości, trzeba jeszcze wspomnieć o braku spełnienia i tęsknocie za oparciem. Czyli innymi słowy o lęku przed samotnością, bezsilnością, koniecznością radzenia sobie samotnie z najtrudniejszymi sprawami. Ponadto psychicznym powodem zabezpieczania się naszego organizmu za pośrednictwem nadprodukcji tkanki tłuszczowej jest też lęk przed uczuciami. To mógłby być temat rzeka, więc ograniczę się tylko do wymienienia tej przyczyny.

Jeśli przyjmiemy wyżej wymienione czynniki, jasnym się staje, że żadne diety ani inne „cudowne sposoby” nie mogą okazać się skuteczne. Dieta może zadziałać na krótki czas, najwyżej na parę tygodni, potem jednak główną siłą kształtującą nasze ciało będzie podstawowy wzorzec tkwiący w psychice. Jeśli wzorcem tym są nasze silne lęki i kompleksy, to organizm w celach ochronnych zostanie obudowany warstwą tkanki tłuszczowej bez względu na stosowane diety i głodówki.

Ponadto uprzedzam, że stosowanie głodówek grozi jeszcze jednym uwarunkowaniem: mianowicie organizm, który przeżył okres głodu może wytworzyć w sobie tendencje do zabezpieczenia się na przyszłość przed głodem. A w jaki sposób? Oczywiście tworząc zapasy… w formie nadwagi.

Wynika z tego w sposób oczywisty, że by zlikwidować otyłość, należy odnaleźć i usunąć przyczynę, czyli zastanowić się, co jest źródłem lęku, a następnie pozbyć się tego za pomocą psychoterapii czy jakiejkolwiek innej metody. Nie musze chyba nikogo przekonywać, że należy przede wszystkim likwidować przyczynę, a nie skutek. Zatem same diety i ćwiczenia fizyczne nie spełnią tego zadania, choć na pewno uprawianie sportów i odpowiednia gimnastyka przyniosą inne korzyści. Aktywny tryb życia przyda się też na pewno, aby utrzymać zdobytą zgrabną sylwetkę i sprawność fizyczną.

Kompleksowe odchudzanie powinno zawierać metody kodujące pozytywnie nasz umysł i podświadomość. W nowym wzorcu powinny pojawić się nie tylko elementy dotyczące naszego szczupłego wyglądu, ale również afirmacje i wizualizacje związane z rozwijaniem bezpieczeństwa w konkretnej dotyczącej nas dziedzinie. Warto też ustawić na bieżąco sposób swojego myślenia zgodnie z zasadą: „myśl kreuje rzeczywistość”. Jeśli zjadając ciastko będziemy odczuwać wyrzuty sumienia i w duchu liczyć, ileż to przytyjemy, to bez wątpienia… przytyjemy. Nasze ciało wykonuje bez wahania większość naszych poleceń przekazywanych w formie lęku…

Na koniec ostatnia uwaga… Nasz organizm jest mądry i wie, czego potrzebuje. Warto zacząć go słuchać. Słuchanie organizmu oznacza, ze powinniśmy jeść to, na co akurat mamy smak. Oczywiście mam tu na myśli pewien smak, który przychodzi sam z siebie – nie wtedy, kiedy jesteśmy strasznie głodni lub buszujemy po cukierni i patrzymy na wspaniale wyglądające ciasta i torty.

Pojawiający się sam z siebie apetyt na jakąś potrawę jest informacją, czego chce nasze ciało. Jeśli np. mamy smak na rybę, to najwidoczniej organizm potrzebuje fosforu czy innych zawartych w rybie składników. Niestety własnego ciała słuchają tylko kobiety w ciąży. Reszta ludzkości bawi się wymyślaniem różnych dziwnych i nikomu niepotrzebnych diet. Dla mnie logicznym wydaje się fakt, że słuchanie swoich smaków i apetytów pozostaje w o wiele większej harmonii z naszym organizmem niż wynalazki typu „dieta zgodna z grupa krwi”.

Podam przykład z życia wzięty. Otóż pewna pani miesiąc przed planowaną operacją nabrała apetytu na barszcz czerwony, za którym nigdy nie przepadała. Smak pojawił się nagle i nie znikał, pomimo że często jadła ową potrawę. Towarzyszył jej do terminu zgłoszenia się do szpitala oraz przez dwa miesiące po operacji, potem zniknął bezpowrotnie i obecnie Pani ta znowu nie lubi barszczu. Dodam tylko, że w szpitalu przez krótki okres miała anemię pooperacyjną, dostawała krew – a przecież każdy z nas wie, że barszczyk czerwony posiada działanie krwiotwórcze. A przynajmniej tak głosi plotka.

Organizm ludzki jest genialny. Wie lepiej od najlepszego dietetyka, co jest nam potrzebne. I jak wskazuje podany przykład – wie z wyprzedzeniem…

Bogusława M. Andrzejewska

Potęga słowa

„Na początku było słowo” – ten biblijny cytat zna każdy, nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, ile magii ów zwrot odsłania. Słowo ma niezwykłą moc, moc niejednokrotnie sprawczą. Na pewno zdarzyło nam się w życiu doświadczyć jego negatywnej siły. Chyba nikt nie ma wątpliwości, jak bardzo słowo złe lub powiedziane w niewłaściwym momencie może człowieka zranić i skrzywdzić. Przysłowia, będące wszak mądrością narodów, stwierdzają, że „słowo wylatuje jaskółką a powraca wołem”, że „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Wiele kłótni zaczyna się od jakiegoś nieprzemyślanego słowa, żartu, powiedzenia. Kiedy rozmawiamy z kimś, na kim bardzo nam zależy starannie dobieramy wszystkie wyrazy, uważnie kształtujemy wypowiedź, aby wypaść jak najlepiej, aby nie urazić tej osoby lub się nie ośmieszyć. Mniej wymowni zazdroszczą elokwentnym zasobu słów i łatwości komponowania wypowiedzi.

Kiedy sięgniemy do historii, musimy prędzej czy później spotkać najbardziej chyba jaskrawy przykład potęgi wypowiadanych wyrazów, czyli klątwy. Klątwa z reguły ma okropny skutek. Poddany jej działaniu człowiek rzeczywiście ubożeje, choruje, ślepnie… zależnie od treści wypowiedzianych słów. Na przykład francuski pianista Dupois przeklęty przez celtyckiego kapłana stracił władzę w palcach dłoni w czasie koncertu. Lekarze nie mogli zdiagnozować żadnego schorzenia, gdyż ręce pianisty były całkowicie zdrowe i sprawne, dopóki nie siadał on do fortepianu i nie próbował grać.

Dzisiaj wiemy już, że ma to związek z reakcją podświadomości, dla której klątwa jest równoznaczna z wydaniem wyroku. Słowa klątwy stają się kodem, który zaczyna się realizować. Dzisiaj klątwom łatwiej się oprzeć, bo znając białą magię, możemy wykonać rytuał ochronny i oczyścić podświadomość z negatywnych przekonań, zanim zaczną one realizować się w materii.

Jako przykład niech posłuży historia opowiedziana przez nieżyjącego już dzisiaj twórcę metody doskonalenia umysłu Jose Silvę. Zwiedzał on kiedyś wyspy leżące u wybrzeży Ameryki. Żyjący tam ludzie zachowali tradycje plemienne i szacunek oraz głęboka wiarę w moc czarowników. Przypadek sprawił, ze Jose Silva trafił do wioski, gdzie umierał człowiek przeklęty przez szamana. Mężczyzna ten po usłyszeniu klątwy, po prostu położył się do łóżka i zaczął umierać. Jego ciało w ślad za psychiką wykonywało posłusznie „rozkaz” wydany za pośrednictwem przekleństwa. Ponieważ Jose Silva był już w owym czasie znany na obu półkulach, postanowił wykorzystać swoją popularność. Wszedł do chaty, w której umierał ów człowiek i powiedział mniej więcej takie słowa: „Jestem Wielkim Szamanem, największym na świecie. Moja potęga jest o wiele większa niż siła twojego czarownika. Zdejmuję z ciebie klątwę i nakazuję ci wrócić do zdrowia.” Wypowiedź ta sprawiła, że ów bliski już śmierci człowiek zaczął zdrowieć i w przeciągu kilku dni wstał z łóżka i wrócił do swoich normalnych zajęć. Nikt nie ma wątpliwości – i nie miał ich również sam mądry Jose Silva – że nie zadziałała tu żadna inna magia, poza magią słów.

Wracając znów do czasów zamierzchłych, znany jest przypadek celtyckiej czarownicy, która w odpowiedzi na wyrządzona jej krzywdę, przeklęła jednego z możnych panów, życząc mu wygaśnięcia jego męskiej linii. Klątwa dosięgła oprawcę. Przez kilka pokoleń w tym rodzie przychodziły na świat wyłącznie dziewczynki, a kiedy po latach urodził się chłopiec – zmarł jako niemowlę. Inna celtycka klątwa rzucona na szkockiego regenta sprawiła, że spłonęła mu bogata rezydencja, a na świat przychodziły wyłącznie niewidome dzieci. Ten ród także szybko wygasł. Pojawia się pytanie o tajemniczy mechanizm, który sprawia, że klątwa działa także na kolejne pokolenia oraz na przedmioty. Tu już trudno podejrzewać działanie wyłącznie podświadomości. Badacze zjawisk paranormalnych wiele lat spędzili dociekając, jak to się dzieje. Doszli do wniosku, że istotę stanowią tzw. „myślokształty”. Ich zdaniem myśl zasilona energią ogromnego cierpienia wchodzi w strukturę atomową domów, murów, a także w bioenergię ofiary. Potem najprawdopodobniej zostaje przekazana potomstwu i zagnieżdża się na stałe w ich genach, opanowując w ten sposób losy całej rodziny i kolejnych pokoleń. Klątwa zanika, gdy wyczerpie się ta energia pierwotnego „myślokształtu”. Warto jednak przy tym wziąć pod uwagę, ze głęboka wiara w przekleństwo i związany z nim lęk są pożywką wzmacniającą ów „myślokształt” i na bieżąco zasilają go energią, nie pozwalając mu na zniknięcie.

W Laboratorium Zjawisk Paranormalnych we Lwowie przeprowadzono pewne doświadczenie z nasionami rzeżuchy. Przez kilka minut dwie osoby wykrzykiwały pod adresem ziarenek najgorsze przekleństwa. Kiedy potem poddano nasiona badaniu, okazało się, ze otrzymały one dawkę promieniowania o mocy 40 tysięcy rentgenów! Większość nasion obumarła, pozostałe stały się mutantami. Warto przypomnieć sobie ten eksperyment, kiedy mamy ochotę w gniewie miotać na kogokolwiek przekleństwa. Co prawda człowiek jest dużo większym i silniejszym organizmem niż ziarenko rzeżuchy, niemniej „kropla drąży skałę”. Poza tym wszystkie żywe organizmy funkcjonują według takiego samego programu, a kod genetyczny człowieka jest równie podatny na uszkodzenie jak kod roślin, na których przeprowadzano doświadczenia. Nic zatem dziwnego, że ludzie przebywający w nieprzychylnym dla nich towarzystwie, znoszący ciągłe poniżanie, krzyki i złośliwości są nie tylko zamknięci w sobie i nieszczęśliwi, ale także chorują na poważne dolegliwości fizyczne.

Badania przeprowadzone w Laboratorium wykazały, że słowa są w stanie zmienić budowę wody, a przecież ciało ludzkie w 90% złożone jest z tego właśnie składnika. Energia przekleństwa może zamienić poczciwe H2O w trujący napój, a z kolei błogosławieństwo i modlitwa czyni z niej lekarstwo. I w ten sposób przechodzimy do bardziej pozytywnego aspektu magicznego oddziaływania słowa. Skoro energia zawarta w słowach może zmienić kod genetyczny człowieka na negatywny, to może także zmienić go w sposób przez nas pożądany. Nasuwa się myśl, że słowo może naprawiać i uzdrawiać…

Podstawowymi technikami wykorzystującymi słowo jako nośnik dobrej energii są modlitwa, afirmacja i mantra. Pełne wiary odmawianie modlitwy jest równoznaczne z napełnianiem całego pomieszczenia dobrą energią. Badania przeprowadzone w Laboratorium nad chorymi nasionami pszenicy, nad którymi przez długi czas odmawiano litanie i inne pacierze, pokazały, ze nasiona wzmocniły się i wykiełkowały jakby były zupełnie zdrowe. Zatem słowo jako nośnik energii nie odbiega w tym wypadku od efektu jaki osiągnęlibyśmy, poddając nasiona działaniu bioenergii czy Reiki.

Afirmacja, czyli twierdzenie o pożądanym przez nas stanie czy sytuacji, koduje w podświadomości to, czego pragniemy. Podparta głęboką wiarą pomaga przekształcić negatywy w pozytywy. Zbudowana jest ze zwykłych codziennie używanych słów. Jej znaczenie opiera się na pozytywnym sensie wypowiedzi. Warto nie tylko myśleć pogodnie, ale i swoje wypowiedzi kształtować tak, aby przyciągały do nas tylko dobro.

 Mantra natomiast związana jest z magią dźwięku, z którego zbudowane są słowa. Powtarzanie lub śpiewanie określonych wyrazów powoduje, że umysł przechodzi w specyficzny stan wyciszenia i odprężenia. Badania przeprowadzone na ludziach odmawiających mantry wykazały, że w tym czasie zmienia się elektryczna oporność skóry, następuje spowolnienie akcji serca, wzrasta przepływ krwi przez mięśnie. EEG wykazuje, że w ciągu kilkunastu sekund wymawiania mantr zmieniają się całkowicie funkcje mózgu. Nic zatem dziwnego, ze są one najpopularniejszym środkiem wykorzystywanym w praktykach prowadzących do osiągnięcia oświecenia.

Naukowcy uważają, że cywilizacje, które bazują na sanskrycie są w stanie osiągać inne stany świadomości, korzystając ze specyfiki tego języka. Podobno teksty duchowych praktyk napisane w sanskrycie samą melodycznością, kolejnością następowania samogłosek i innych poszczególnych dźwięków poszerzają zdolności ludzkiego umysłu. Najpopularniejsza mantra „OM” jest podobno dźwiękiem towarzyszącym początkom istnienia wszechświata. Jej uzdrawiający, uspokajający wpływ jest powszechnie znany. Wystarczy śpiewać ją przez kilka minut w stanie rozluźnienia i pozwalać, by głoska „m” wibrowała w każdej komórce, a na pewno poczujemy, jak ta wibracja odświeża i wzmacnia całe nasze ciało.

Sylaba „OM” wchodzi w skład wielu mantr stosowanych w religiach Wschodu. Praca z mantrą współczucia „OM MANI PEME HUNG” chroni przed wszelkimi negatywnymi wpływami oraz przed chorobami. Buddyści wierzą, ze każda z sylab ma wielką moc przeobrażania różnych aspektów naszej istoty, transformując dumę, zazdrość, pożądanie, chciwość, głupotę i gniew w najwyższą mądrość. Mantra Buddy Padmasambhawy „OM AH HUNG BENDZA GURU PEMA SIDDHI HUNG” w swoich dwunastu potężnych sylabach niesie błogosławieństwo dwunastu rodzajów nauk Buddy, będących istotą 84 000 pism – wyrecytowanie jednej mantry jest zatem równoważne błogosławieństwu, jakie przynosi praktyka wszystkich nauk Buddy. Dla buddystów mantra ta jest emanacją samego Padmasambhawy, który pojawia się w formie dźwięku i w swoim niezmierzonym współczuciu otacza opieką wzywające jego pomocy istoty.

Zarówno antropolodzy, jak i neurolodzy czy psycholodzy są zgodni, że struktura mózgu odpowiadająca za wypowiadany dźwięk jest jednakowa u wszystkich ludzi na świecie niezależnie od rasy czy kultury. Zatem magiczne działanie słów może być stosowane przez każdego człowieka i mieszkańcy Zachodu z powodzeniem mogą wypowiadać buddyjskie mantry, osiągając dzięki temu stan wyciszenia i koncentracji.

Ezoterycy, korzystając z tej informacji, opracowali własne „słowa mocy”, które maja pomagać ludziom w osiąganiu różnych stanów psychicznych i fizycznych. Jednym z takich magicznych słów jest „LOTOS” – w sanskrycie „padma” lub „pema”, który wchodzi w skład podanych powyżej buddyjskich mantr. Systematyczne i częste powtarzanie słowa „LOTOS” połączone z wyobrażaniem sobie ukochanej osoby lub upragnionej sytuacji, zapewnia człowiekowi połączenie z tą osobą lub pojawienie się wymarzonej rzeczy. Kolejnym słowem zapewniającym powodzenie i osiągnięcie sukcesu jest słowo „SZCZYT”. Sugerowana wizualizacja to opromieniony słońcem szczyt pięknej góry. To słowo ma moc potęgowania wiary w siebie i gromadzenia siły do osiągnięcia sukcesu. Słowem sprzyjającym sprawom finansowym jest słowo „DOBROBYT”, które często powtarzane razem z wizją pełnego portfela zapewnia przypływ gotówki.

Słowa są nośnikiem energii, jakie staramy się w nie włożyć. Na to nakłada się niewątpliwie energia dźwięku. Jeśli uwierzymy, jak wielką siłę zawierają w sobie wypowiadane przez nas wyrazy, okaże się, że mamy przy sobie kolejne znakomite narzędzie, dzięki któremu przyciągamy do siebie wszystko, czego pragniemy. Zacznijmy zatem zwracać uwagę na to, co mówimy. Zamiast skarżyć się codziennie: „taka jestem zmęczona, tak źle się czuję, takie to wszystko drogie”, proponuję powtarzać od rana do wieczora: „opływam w dobrobyt, mam fart na każdym kroku, świetnie się czuję, świat jest piękny”. Po paru tygodniach będziemy zaskoczeni korzystnymi zmianami, jakie pojawią się w naszym życiu.

Bogusława M. Andrzejewska

Sześć kapeluszy

Każdy z nas któregoś dnia staje przed koniecznością podjęcia ważnej decyzji lub znalezienia twórczego rozwiązania trudnej sytuacji. Czasem wydaje nam się, ze umiejętność kreatywnego wychodzenia z problemów jest sztuką zależną od wrodzonych talentów. Tymczasem ogromne znaczenie ma nasze nastawienie do sprawy.

Edward De Bono, doktor medycyny, posiadacz stopni naukowych w dziedzinach filozofii i fizjologii, jest światowym autorytetem w bezpośrednim nauczaniu tzw. “twórczego myślenia” autorem popularnego określenia “lateral thinking” (“myślenie równoległe”). Któregoś dnia wymyślił coś, co nazwał „Sześć kapeluszy”. Technika ta pozwala na twórcze podejście do rozwiązywania problemów, wskazuje także sześć różnych stron, z jakich można na dany problem postrzegać.

Metoda ta jest praktyczna i skuteczna, została zaakceptowana przez środowisko edukacyjne, korporacje i organizacje na całym świecie. Sześć kapeluszy zmienia dyskusje ze zwykłego argumentowania i bronienia swoich racji w konstruktywną dyskusję, cała idea polega na sztucznym przyjęciu określonego stanowiska w danej sprawie. Dzięki czemu nikt nie jest zbytnio emocjonalnie związany z bronieniem swoich racji, a jednocześnie może wyrażać swoje uczucia (w danym kapeluszu) bez potrzeby przejmowania się tym, co pomyślą inni. Umożliwia wygospodarowanie czasu na świadomy wysiłek twórczy w danym czasie, wprowadza pewien porządek tworzenia, przy jednoczesnym braku obaw pominięcia jakiegoś aspekt problemu.

Sens metody jest prosty. Wszystko polega na tym, że w każdym kapeluszu myślimy inaczej, a tym samym postrzegamy sytuację z zupełnie innej strony. Śledząc wpływ naszych uczuć i emocji, jesteśmy w stanie zobaczyć, jak wielkie one mają znaczenie dla jakości i efektywności rozwiązywania trudnej sytuacji.

 

Kapelusz Czerwony oznacza emocje.
Czerwony kapelusz silnie związany jest z wyrażaniem emocji, namiętności, impulsywności i uczuciowym przejaskrawianiem rzeczywistości. Czerwony kapelusz za najważniejszy aspekt problemu uznaje wrażenia, intuicje, przeczucia i uczucia.
Kolor ten sprawia, że pozbywamy się obiektywizmu, wszystko w tym momencie wyrażamy, subiektywnie, czyli albo coś się nam podoba albo nie. Przechodzimy na poziom naszego wewnętrznego dziecka i kierujemy się przede wszystkim uczuciami. Nie pytamy dlaczego coś lubimy bardziej lub mniej, to są nasze uczucia i w tym przebraniu mamy pełną swobodę ich wyrażania. Decyzje podejmowane w tym kolorze mogą być nawet irracjonalne, ponieważ przy emocjonalnym podejściu nie ma czasu na racjonalne myślenie. Decyzje mogą być szybkie i gwałtowne, bo emocja jest reakcją na pierwsze wrażenie.
Czerwony kapelusz nadaje myśleniu subiektywnego znaczenia. W pracy grupowej pozwala na otwarte wyrażanie uczuć, bez ich ukrywania.

 

Kapelusz Biały oznacza obiektywizm
Biały kapelusz jest całkowitym przeciwieństwem czerwonego, wskazuje na czystość, sterylność, neutralność i logikę. Biały kapelusz zajmuje się faktami i liczbami. Białą rolę można porównać do roli komputera, istnieje pewien obiektywny algorytm postępowania, do którego się stosujemy, nie ma tu miejsca na uczuci i emocje, jest tylko to, co da się racjonalnie przedstawić.
Kolor biały opiera się na faktach, a o faktach się nie dyskutuje, one po prostu istnieją. Posługuje się konkretnymi zestawami informacji, statystykami, dokumentami, analizami. Człowiek w białym nie ocenia zdarzeń, tylko wyjawia dane na konkretny temat i komentuje w granicach posiadanych informacji.
Należy pamiętać, o tym ze fakty nie zawsze muszą być faktami. Większość tak zwanych faktów to często osobiste uwagi, poczynione w dobrej wierze, lub coś, co uznajemy za fakt. Dlatego dobrze jest czasem zastosować podział na fakty sprawdzone, fakty oparte na wierze, fakty “na ogół”, czy też zastosować inną skalę prawdopodobieństwa.
Stosując się do zasad dobrego dialogu twórczego, możemy przyjąć, że wszystko to z czym przystępujemy do rozwiązania problemu, czyli nasza pierwotna wiedza na dany temat, znajduje się w białym kapeluszu.

Kapelusz Czarny oznacza pesymizm
Czarny kapelusz to podejście logiczno pesymistyczne, negatywne, ma oceniać i ostrzegać przed zagrożeniami. Człowiek w czarnym nakryciu głowy nadmiernie krytykuje rzeczywistość, widzi tylko złe jej aspekty. Czarny świat jest pełen zagrożeń, pełen negatywizmu i niepowodzeń.
Zadaniem zakładającego czarny kapelusz jest wykazanie wszystkich wad, niedociągnięć, braków i zagrożeń. Czarny kapelusz szuka dziury w całym, sprawdza czy wszystko do tej pory omawiane na pewno jest słuszne. Pokazuje wszystkie konsekwencje, które mogą wyniknąć z przyjętego rozwiązania. Za wszelką cenę próbuje wykazać, że ktoś może się mylić. Poszukując bezpieczeństwa czarny kapelusz wykazuje wszystkie niedociągnięcia, wszystkie luki, sprawdza czy wszystko jest zgodne z prawem. Kolejną cechą czarnego jest oszczędność, zarówno czasu jak i innych środków, sprawdza on czy rozwiązanie przyniesie odpowiednie korzyści, czy jesteśmy w stanie wprowadzić w życie rozwiązanie, ile czasu zajmie w porównaniu z innymi.

Kapelusz Żółty oznacza optymizm
Ubranie żółtego kapelusza, to przyjęcie pozytywnej postawy. Żółty świat jest radosny, widzi tylko pozytywne aspekty rozwiązania. Żółty kapelusz jest dokładnym przeciwieństwem czarnego. Żółte myślenie to ciekawość, przyjemność i poszukiwanie radości.
Założenie żółtego kapelusza to zamiana w przedsiębiorcę. Przedsiębiorca widzi te korzyści, których inni nie spostrzegają na pierwszy rzut oka. Człowiek w żółtym kapeluszu, ma za zadanie wskazać wszystkie, nie tylko te oczywiste korzyści. Może odwoływać się nie tylko do logiki, praktyki, ale także do marzeń i nadziei.
Żółty jest przepełniony wiarą w sukces i powodzenie, wszędzie dookoła znajdują się nagrody, które żółty ma za zadanie pokazać. Żółty wskazuje najlepsze wyniki w przyszłych statystykach i prognozach, koncentruje się tylko i wyłącznie na pozytywnych aspektach. Rozważa wszystkie możliwości i korzyści, nawet te, które wykraczają poza rozpatrywany problem.

Kapelusz Zielony oznacza możliwości
Zielony kapelusz jest pełen pomysłów i nowych możliwości. Człowiek w zielonym ma za zadanie pokazać nowe spojrzenie, nowe punkty widzenia rzeczywistości i nowe drogi. Zielony nie trzyma się reguł, ma za zadanie działać inaczej niż wskazują wzorce.
Stosując zielony kapelusz powinniśmy wystrzegać się myśli będących domeną innych kolorów, zielony nie widzi krytyki, nie widzi również obiektywizmu. Wiele szalonych pomysłów przekształcono na całkiem racjonalne, to przekształcenie jest zadaniem innych kapeluszy, zielonemu natomiast pozostaje odnajdywanie pomysłów.
Kolor ten pokazuje nowości, nie pozwala stać w miejscu, dla tego koloru wszystko jest w ruchu. Rzeczywistość jest ciągłą zmianą, zastana rzecz, prędzej czy później przybierze nowy kształt. To właśnie zielony sprawia, że możemy szukać przyszłości, szukać nowych rozwiązań, w tym co zdawałoby się już istnieć i “mocno stąpać po ziemi”.

Kapelusz Niebieski oznacza organizację
Człowiek w niebieskim kapeluszu to chłodny bezstronny obserwator. Jego naczelnym zadaniem jest kontrola toku myślenia, zazwyczaj ma plan i narzuca dyscyplinę.
Zakładając niebieski kapelusz, wyłączamy wszystkie problemy związane z zagadnieniem, nie myślimy o nich na chwilę. Zamiast tego myślimy o tym co teraz powinniśmy zrobić. Niebieski nie tylko kontroluje, niebieski porządkuje oraz określa priorytety i nie pozwala wychodzić poza wyznaczone granice.
W trakcie dyskusji zadaniem niebieskiego jest monitorowanie całego procesu, to niebieski kapelusz komentuje postęp dyskusji, to niebieski kapelusz sporządza opis. Do niego również należy sporządzenie wniosków.

Ta metoda jest szczególnie przydatna wtedy, kiedy prowadzimy dyskusję w grupie i wspólnie szukamy rozwiązania. Każdy z uczestników może wówczas ubrać inny kapelusz i pokazywać inna stronę tematu. Może to nawet przypominać teatr, ale zazwyczaj przynosi wymierne efekty. Pozwala to na całkowicie szczere rozmowy pod pretekstem zakładania rożnych kapeluszy.
Kiedy pracujemy samodzielnie możemy zakładać kolejno każdy z kapeluszy i oglądać dany problem ze wszystkich stron. Warto też zdawać sobie sprawę jaki kapelusz nieświadomie założyliśmy w obecnej chwili, aby mieć jasność, czym się kierujemy w podjęciu takiej a nie innej decyzji. Ponadto technika sześciu kapeluszy, pozwala na dowolne uporządkowanie pracy nad każdym zagadnieniem. Umożliwia skupienie się w danej chwili na tylko jednej rzeczy, do wyboru. Na przykład odrzucając emocje, możemy rozpatrywać wyłącznie idee, a w innym momencie poddajemy się tylko emocjom.
Technika ta broni nas również przed zbytnio monotonnym podejściem do zagadnień. Gdy widzimy że zbytnio drążymy jeden aspekt, wiemy że nadszedł czas na zmianę kapelusza, a więc zmianę postrzegania.

Bogusława M. Andrzejewska

Prosperita w biznesie

Prosperita to nie tylko Prawo Przyciągania i zasady pozytywnego myślenia. To sposób na życie, a nawet więcej – permanentne bycie w przepływie dobrych myśli i dobrych energii. W istocie najważniejsze jest, aby mieć w sobie pozytywne nastawienie do świata we wszelkich jego przejawach. To coś więcej niż tylko słowa. To odczuwanie wszechogarniającej akceptacji wszystkich zjawisk i ludzi. Bycie w miłości, w spokoju, w zgodzie ze sobą i światem. Nie wystarczy mówić miłych rzeczy, trzeba w nie wierzyć i odczuwać na poziomie każdej swojej komórki, że to właśnie twoja prawda, odzwierciedlająca twoją rzeczywistość.

Prosperita w biznesie proponuje stosowanie zasady Złotej Czwórki, która polega na szacunku i akceptacji otaczających nas ludzi: klientów, podwładnych, współpracowników i przełożonych. Dlaczego warto z sympatią odnosić się do klienta, wie każdy z nas. Zadowolony z mojej usługi czy towaru człowiek, wróci do mnie i ponadto pocztą pantoflową poleci mnie swoim znajomym. Nie ma lepszej reklamy.

Sympatia dla podwładnego, to już sprawa trudniejsza, szczególnie jeśli spóźnia się do pracy, źle rozlicza godziny i lubi w czasie obowiązków rozmawiać przez telefon. Tymczasem we Wszechświecie panuje wyjątkowa harmonia i każda sytuacja jest darem dla mnie. Jeśli jakaś cecha pracownika mnie denerwuje, to warto poszukać w sobie jej odpowiednika. Uzdrowienie mojego własnego problemu sprawi, że pracownik zmieni się korzystnie lub odejdzie, robiąc miejsce swojemu lepszemu następcy. Odnosząc się z autentyczną sympatią i wsparciem do człowieka, który dla mnie pracuje, motywując go godziwym wynagrodzeniem lub nawet premią, podnoszę jego poczucie własnej wartości. Sprawiam, że on stara się być coraz lepszy i coraz życzliwiej patrzy na świat, w tym także na mnie i na klientów, których w moim imieniu obsługuje. Same korzyści – zapewniam: także wymierne.

Jeśli pracuję na etacie i mam obok siebie kolegę na podobnym stanowisku, zasada jest podobna, choć bezpośrednie działanie wygląda inaczej. Mój życzliwy stosunek i sympatyczne traktowanie wpływa na tę osobę w pozytywny sposób. Każdy z nas oczekuje akceptacji i wsparcia, każdy zatem otwiera się na dobre traktowanie. W ten sposób możemy wzmacniać inną osobę, pomagając jej wspinać się po szczeblach rozwoju. Jeśli koleżanka awansuje, a ja zostaję w tyle, to jej osiągniecie mnie inspiruje do działania. Skoro ona mogła, to ja również mogę dążyć do wypracowania swojego sukcesu.

W prosperującej świadomości nie ma miejsca na zazdrość. Jeśli szef faworyzuje kogoś innego – to wskazówka, by uzdrowić w sobie niską samoocenę. Taka sytuacja nie jest kamieniem rzucanym nam na głowę przez wyimaginowany los, lecz logiczną konsekwencją tego, co nosimy w swojej podświadomości. Jeśli jestem profesjonalna i miła, a pomimo tego szef mnie nie docenia, to znaczy, że w mojej podświadomości tkwi zapomniany wzorzec niedowartościowania. Trudna sytuacja pojawiła się na moje zaproszenie, bym podniosła swoje poczucie własnej wartości, bo to właśnie ono jest trampoliną do prawdziwego sukcesu.

Wiara w siebie i przekonanie o swoim profesjonalizmie powinny wibrować mocno w każdej komórce naszego ciała. Wówczas wysyłamy do Wszechświata informację: „oto jestem gotowa na sukces! Oto zasługuję na bogactwo materialne i bardzo wysokie zarobki”. To nie tylko same pozytywne myśli, lecz raczej głębokie przekonanie, które ulokowało się w głębi naszej podświadomości. To stan wypracowany poprzez nawyk życzliwego oceniania siebie, tolerancji dla własnych słabości, nagradzania siebie za każde osiągnięcie i pogodnego stosunku do swojej osoby. Powtarzanie pięknych afirmacji jest zaledwie drogą do celu. Jeśli nawet myślę pozytywnie i twórczo działam, lecz w głębi duszy nie doceniam swoich możliwości i umiejętności, to Wszechświat jak lustro odbijać będzie moje wątpliwości i zsyłać niewypłacalnych klientów, reklamacje oraz rozmaite problemy.

Wysokie poczucie własnej wartości tworzy w nas poczucie, że zasługujemy na wszystko, co najlepsze: na sukces, na pieniądze, na nagrodę lub premię. Wzmacnia również efekty stosowania Złotej Czwórki, ponieważ jeśli naprawdę lubię siebie, to z łatwością dostrzegam dobre strony w drugim człowieku. Moja akceptacja innych jest wówczas autentyczna, a poprzez to ludzie reagują na mnie z sympatią, ponieważ czują we mnie pozytywne nastawienie. Jest to zatem i klucz do dobrych relacji w różnych okolicznościach. A ponadto najlepszy sposób na rozwijanie asertywności. Człowiek z wysoką samooceną nie poddaje się manipulacji i nie pozwala na to, by inni go wykorzystywali. To jedna z największych tajemnic każdego sukcesu: wysokie poczucie własnej wartości. Nie sposób go przecenić.

 Bogusława M. Andrzejewska

Kiedy mama jedno kocha bardziej…

Milena była wrażliwą i niezwykle bystrą dziewczynką. Już mając  5 lat, zauważyła, że mama ewidentnie wyróżnia jej starszego brata. Dziecko nie rozumiało, dlaczego tak się dzieje, ale wyartykułowało swoje poczucie krzywdy na głos:

– Mamusia zawsze Wojtkowi na wszystko pozwala. Wojtek to król, a ja to nikt.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić?! – oburzyła się mama – natychmiast mnie przeproś! A potem marsz do kąta!

Być może inna mama zachowałaby się inaczej. Mama Mileny jednak miała monopol na jedynie słuszną rację. Dzieci wychowywała surowo, zgodnie z zasadą absolutnego szacunku dla matki, włącznie z całowaniem codziennym po rękach i mówieniem do siebie w trzeciej osobie. Wojtek i Milena nigdy nie byli chwaleni, ponieważ to mogłoby spowodować, że staną się nieposłuszni i zarozumiali. Dzieci nie miały prawa nie pytane zabierać głosu i podważać matczynego autorytetu. Nie wolno im było używać słowa „nieprawda” w stosunku do starszych, nawet jeśli mówiliby oni, że śnieg ma kolor czerwony. Dzieci miały natomiast obowiązek dobrze się uczyć i wyrosnąć na chwałę rodziców.

Z tym ostatnim problemu nie było, ponieważ oboje byli bardzo inteligentni i bez wysiłku przynosili ze szkoły świadectwa z czerwonym paskiem oraz różne zdobywane w konkursach nagrody. Jednak Milena, bardziej niesforna i przekorna niż jej grzeczny brat, potrafiła uciec z lekcji w dzień wagarowicza. Oczywiście razem z innymi uczniami. Chociaż któż wie, kto tak naprawdę podsunął całej grupie uciekinierów taki pomysł? Potrafiła też zapomnieć odrobić zadanie albo wylać atrament na nowy dywan.

– Bierz przykład z Wojtka, zobacz jaki on jest grzeczny! Zobacz jaki on ma porządek w rzeczach, ty bałaganiaro! Zmień się! Popraw! – nieustannie łajała ją matka.

Myliłby się ten, kto by podejrzewał, że tak rugana Milena znienawidzi brata. Wręcz przeciwnie. Ponieważ chodzili do tej samej szkoły, na przerwie dziewczynka biegła pod klasę Wojtka, by tam na oczach wszystkich przytulić się do brata.

– To jest on, to jest ona, to jest jego narzeczona – śmiały się inne dzieci. Ale bez złośliwości. Zarówno Wojtek, jak i Milena byli bardzo lubiani przez wszystkich. Pomimo najlepszych w klasie ocen, zawsze dawali ściągnąć na klasówce i absolutnie nie byli kujonami. Prawdę mówiąc w ogóle się nie uczyli. Wiedza sama wchodziła im do głowy. Życzliwi dla wszystkich, roześmiani, oboje należeli do harcerstwa, pracowali społecznie. Idealiści. Utopiści.

Mama miała jednak wymagania, które czasem przerastały dzieci. Zdarzyło się im dostać czwórkę, zamiast piątki. Wówczas po powrocie z wywiadówki dom trząsł się od awantury. Wojtek obrywał burę mniejszą od siostry, ledwo podniesionym głosem zwracano mu uwagę, że czwórka to wstyd i hańba, że ma ją natychmiast poprawić, bo jak to wygląda w dzienniku! Milena była surowo karana. Zakaz wyjścia na podwórko, zero kieszonkowego, często klęczenie w kącie na worku z grochem… Miała brać przykład z Wojtka, który jest bardzo dobrym piątkowym uczniem i któremu wstydu przynosić nie wolno.

Któregoś dnia Milena dostała list z urzędową pieczątką. Zanim go otworzyła, matka wyrwała jej z rąk kopertę:

– Pokaż natychmiast! Na pewno jakaś kara za przetrzymanie książki z biblioteki! Wiecznie z tobą same kłopoty. Jesteś okropna!

W liście było podziękowanie dla Mileny i pochwała z Komendy Hufca za wzorowe pełnienie obowiązków instruktorskich. Dziewczyna spojrzała z satysfakcją na mamę, ale nie doczekała się uznania ani tym bardziej przeprosin. Matka w milczeniu oddała jej kopertę i odwróciwszy się na pięcie, poszła do swoich spraw. W tym domu dorośli nigdy nie przepraszali dzieci. Dorośli byli przecież nieomylni.

Milena uwielbiała brata, jakby podświadomie czując, że nie ponosi on winy za to, że matka jego kocha bardziej. Z rodzicielką stosunki miała chłodne. „Nie chcesz mnie kochać, to nie, obejdzie się”, mówiły zielone oczy Mileny do matki. Nie przejmowała się też ciągłą krytyką i niedocenianiem. Osiągała kolejne sukcesy w szkole, zbierała dyplomy, zajmowała punktowane miejsca w konkursach literackich. Pracowała nad sobą, starała się zmieniać na lepsze, wyrosła na piękną i świadomą swojej wartości osobę. Wyszła za mąż, urodziła dziecko, a brat nadal był jej największym oparciem przyjacielem na dobre i złe.

Milena przeczytała mnóstwo książek o psychologii, skończyła studia, zaliczyła dobre kursy rozwoju osobistego. Wiedziała, że musi uzdrowić w sobie to wszystko, co wlecze się za nią z przeszłości. Dzisiaj Milena jest psychologiem i doradcą. Cenionym, szanowanym i podziwianym. Uczy kolejne pokolenia, jak pomagać innym ludziom. Wydała kilka doskonałych poradników. Jest kobietą pełną pasji i miłości do życia. Jej dni są wypełnione mnóstwem nowych pomysłów, które z radością realizuje. Od 30 lat trwa w szczęśliwym związku i nadal kocha swojego brata. Ma udanego syna, dla którego jest największym przyjacielem i powierniczką.

Przyszedł wreszcie czas, że zbudowała także pełną ciepła więź ze swoją mamą. Odkąd Milena pokochała siebie taką, jaką jest, jej rodzicielka zaczęła dostrzegać dobro i piękno swojej córki. Stosunki między kobietami zmieniły się na lepsze. Milena powiedziała mi, że kropla drąży skałę i ona właśnie cierpliwie wydrążyła piękną matczyną miłość. Jest szczęśliwa i spełniona.

***

Czytałam ostatnio artykuł o faworyzowaniu przez rodziców jednego z rodzeństwa. Wynika z niego, że te gorzej traktowane dzieci, przez całe dorosłe życie trwają w koszmarnej nienawiści i zazdrości. Wydało mi się to wręcz niemożliwe, bo znając Milenę, wiedziałam, że można inaczej. Dlaczego zatem ludzie niepotrzebnie cierpią? A dlaczego Milena jest szczęśliwa, pomimo takiego dzieciństwa, jakie jej przypadło w udziale?

Przyczyna tkwi w samym człowieku. Odpowiedź jest tutaj banalnie prosta. Milena pracowała nad sobą i włożyła nieco wysiłku, by zmienić swoje ułomne podświadome wzorce. Zrozumiała, że jeśli chce być szczęśliwa, musi coś w sobie uzdrowić. Znalazła to „coś” i uzdrowiła. Wymagało to od niej pracy nad sobą i cierpliwości. Wymagało to też świadomości: to mój problem, to jest we mnie, tylko ja mogę to zmienić.

Piszę o tym, abyście zrozumieli, że jesteście w pełni odpowiedzialni za wszystkie swoje wybory i również za to, jacy jesteście. Obecnie nastała moda psychologicznego tłumaczenia podłości, zawiści, egoizmu. Mówi się powszechnie: ona jest taka, bo miała trudne dzieciństwo, bo nie była kochana i wspierana. Pokazałam wam los kobiety, która miała dość trudną przeszłość, a pomimo tego jest wspaniałą i szlachetną osobą. To nieprawda, że niedobry, popełniający błędy rodzic piętnuje nas psychicznie na całe życie. Wszystko można uzdrowić, trzeba tylko chcieć. Jeśli rzetelnie nad sobą pracujemy, wówczas uzdrawiamy siebie na wszystkich poziomach. Można uporać się z brakiem wsparcia, ale również z zazdrością.

Zastanawiam się raczej, jak można kierować się w życiu takimi paskudnymi odczuciami? Jakie to daje korzyści, poza nakręcaniem negatywnych emocji? Nie wytrzymałabym w energii zawiści ani jednego dnia! Taki stan należy w sobie natychmiast rozpoznawać i uzdrawiać, zanim pochłonie nas szkodliwa adrenalina!

Jeden z moich przyjaciół uważa, że poziom  rozwoju widoczny jest po naszym stosunku do rodziców. Wysoko rozwinięta osoba kocha i akceptuje rodziców, rozumiejąc, że wszystkie błędy które popełnili, były ich sposobem na dobre w ich mniemaniu wychowanie dziecka. Jeśli nawet ich czyny wykraczały poza zasady moralne i etyczne (o czym tutaj nie mówimy), to pozostaje wybaczenie, od którego nie powinno się w żaden sposób uciekać.

Moim zdaniem nie może mówić o rozwoju duchowym nikt, kto babrze się bez końca w zazdrości czy nienawiści i przez całe życie odsuwa się od bliskich, nie umiejąc zapomnieć, że ośmielili się nie spełniać oczekiwań lub kochać kogoś innego, niż my. Jeśli Milena może kochać swoje rodzeństwo, może wybaczyć matce brak wsparcia, to każdy może to zrobić. Stawiajmy sobie wyżej poprzeczkę w tym względzie. Jesteśmy tu na Ziemi dla miłości, a nie dla nienawiści. Dopóki nie nauczymy się wybaczać i kochać, jesteśmy tu na darmo…

Bogusława M. Andrzejewska

Terapia śmiechem

“W zdrowym ciele zdrowy duch” – mówimy często. Zdarza się nam jednak zapomnieć, że bywa też odwrotnie: kiedy dusza jest radosna i szczęśliwa, ciało wydaje się zdrowsze i odporniejsze. Ciało i duch wydaja się być jednym mocno zależnym wzajemnie układem, tzw.  jednością psychosomatyczną.  Niektórzy z nas być może zauważyli też, że kiedy w ich życiu wszystko się układa, kiedy przez szereg dni są w radosnym nastroju, omijają ich wszelkie dolegliwości. Chociaż cała rodzina kicha, chociaż w pracy wszyscy narzekają na grypę, nas się nic nie ima, a układ odpornościowy przechodzi sam siebie. Tu można wyraźnie dostrzec dobroczynny wpływ pozytywnego nastawienia.

Oczywiście to działa i w druga stronę. Wielokrotnie doświadczamy sytuacji, w których przeżyty stres owocuje przeziębieniem, bólem głowy, skokami ciśnienia. Przyznając spontanicznie: „zdenerwowałam się i teraz źle się czuję”, zauważamy wpływ nastroju na fizyczny stan naszego organizmu. Od tych spostrzeżeń już tylko krok do najweselszej terapii świata, do metody leczenia śmiechem. Od greckiego słowa „gelos” – śmiech powstała naukowo brzmiąca nazwa gelotologia.

Platon powiedział: ,,Szaleństwem byłaby chęć leczenia tylko ciała bez leczenia ducha”.
Dawno temu dowiedziono, że radosny, spontaniczny śmiech pomaga odreagować wszelakie stresy, konflikty, frustracje, wywierając dobroczynny wpływ na kondycję nie tylko fizyczną, ale także psychiczną.

Przez długie stulecia śmiech jako środek leczniczy był propagowany jedynie przez medycynę niekonwencjonalną. Jednym z ojców tej niezwykłej terapii był Norman Cousins z USA, który zachorował na bardzo bolesne zapalenie stawów kręgosłupa. Szansę przeżycia lekarze określili na 1:500. Cousins szukając ratunku, sam wymyślił dla siebie metodę leczenia: oglądał filmy komediowe, pielęgniarka czytała mu wesołe książki, odwiedzali go przyjaciele, których zadaniem było rozśmieszanie go i utrzymywanie w dobrym nastroju. W krótkim czasie Cousins zaobserwował u siebie znaczną poprawę stanu zdrowia – trapiące go bóle zmniejszyły się, po około dziesięciu minutach “serdecznego” śmiechu mógł zasypiać na co najmniej godzinę. Subiektywnie odczuwane objawy powrotu do zdrowia zostały bezdyskusyjnie potwierdzone przez wyniki badań laboratoryjnych. Norman Cousins wyzdrowiał.

Za największego “śmiechologa” uważa się Patch’a Adams’a , który od dziecka marzył, aby być klaunem lub lekarzem. Udało mu się połączyć oba te zawody. Wcielając się w postać klauna przychodził do przebywających w klinice dzieci i je rozbawiał, odwracając ich uwagę od choroby, bólu i samotności. Dzięki swoim niekonwencjonalnym metodom pracy przekonał kolegów lekarzy, ze śmiech i radość są bardzo potrzebne chorym ludziom, a dzieciom w szczególności. Dzięki zabawom, czarom, sztuczkom choć na chwilę zapominają o tym, gdzie się znajdują. A to z kolei pomaga im w powrocie do zdrowia. Patch Adams założył w Arlington (stan Virginia) pierwszy szpital, który jest tak zorganizowany, by poddani leczeniu uznanymi metodami pacjenci mieli jak najwięcej okazji do radości. W Warszawie w podobny sposób gelotologię propaguje Fundacja “Dr Clown”.

W naukowym (N. Bevin) podejściu do tematu wyróżniamy cztery stopnie śmiechu:
1º ,, tchnienie radości” –  stwarza możliwość zachowania psychicznego odprężenia, może przejść w stan permanentny. Stanowi szczery wyraz głębokiego, duchowego, radosnego spokoju;
2º chichot – jest progiem do bezgłośnego śmiechu, gdy śmiech ten narasta, zmienia się mimika twarzy i dopiero wtedy można rejestrować wrażenia akustyczne;
3º śmiech z objawami akustycznymi – następuje bezstopniowe przejście od śmiechu cichego do głośnego – śmiech na całe gardło, któremu towarzyszą słabsze lub silniejsze konwulsyjne ruchy ciała, dobroczynnie wpływa na proces oddychania i poprawia krążenie krwi;
4º śmiech do łez – wrażenia akustyczne są mniej silne niż przy trzecim stopniu, ale przebiega z całą gamą ruchów kurczących się mięsni, które “masują” i poprawiają ukrwienie organów wewnętrznych.
Przy śmiechu leczniczym najważniejsze są stopnie jeden, trzy i cztery. Stopień pierwszy prowadzić może do stanu permanentnego, kiedy to człowiek staje się uśmiechnięty na co dzień, uśmiech towarzyszy mu w różnych sytuacjach życiowych. Stopień czwarty jest szczególny dla naszego zdrowia. Jedna minuta wstrząsającego śmiechu równoważy 45 minut rozluźniania się.

Oprócz poprawy nastroju , co jak już wiemy wpływa na zwiększenie wydajności systemu immunologicznego, śmiech działa także jak masaż tętnicy szyjnej, serca, śledziony, wątroby. Kiedy się śmiejemy pracuje przepona, mięśnie pleców i brzucha, a także mięśnie twarzy, mamy więc doskonała gimnastykę. Można też ten proces porównać do joggingu, ponieważ śmiejąc się, nabieramy w płuca dużo powietrza, jak przy bieganiu. Idąc dalej: śmiech działa jak kosmetyk, bo dotlenia organizm, dzięki czemu skóra staje się zaróżowiona i odżywiona. Przekonano się też, że osłabia wiele dolegliwości, łagodzi ból, ułatwia oddychanie.

Teoria wybitnego badacza śmiechu S. Feuerabendta głosi, iż w trakcie śmiechu do naszego krwiobiegu dostają się poprawiające właściwości krwi substancje, znacznego ożywienia działalności doznają gruczoły dokrewne, serce, wątroba, śledziona. Wzmagają się ruchy robaczkowe jelit, zmienia się charakterystyka naprężeń mięśni, a nade wszystko znacznej konsolidacji ulega psychiczne nastawienie śmiejącego się.
N. Bewin wykorzystuje i potwierdza powyższą teorię w swoich badaniach. Pisze on: ,,Śmiech pozytywnie wpływa na cały proces oddychania, to znaczy na wentylację, perfuzję (ukrwienie) i dyfuzję (wymianę gazów oddechowych). Poprzez to osiągamy zmniejszenie, a nawet całkowitą eliminację chronicznych syndromów stresowych, z których najpoważniejszym jest strach.”

Z psychologicznego punktu widzenia strach jest czynnikiem odpowiedzialnym za większość naszych negatywnych emocji. To strach powoduje, ze narasta w nas złość, zazdrość lub żal. Trwające nieprzerwanie stany smutku, żalu i lęku prowadzą do depresji. Znalezienie metody na całkowite zlikwidowanie strachu byłoby punktem przełomowym w uzdrawianiu trudnych emocji i wielu dolegliwości o psychosomatycznym podłożu. Tymczasem jednak znajdujemy śmiech i jego dobroczynne działanie.

Poprzez radość i zabawę wracamy do błogich czasów dzieciństwa. Odczuwanie bezpieczeństwa i rozluźnionego błogostanu kieruje nas w stronę zdrowia. To także kontakt z naszym wewnętrznym dzieckiem, który wpływa na wiele obszarów naszego życia. Rozluźnienie i spokojna pewność dzięki radości, to coś czego każdy z nas pragnie, bez względu na wiek i stan zdrowia. Śmiech wydaje się być najbardziej wymarzonym lekiem na wiele dolegliwości. Nie ma gorzkiego smaku, nic nie kosztuje i jest dostępny na zawołanie. Ponadto nie grozi nam żadnymi skutkami ubocznymi, możemy go stosować bez ograniczeń.

Warto tez zauważyć, ze śmiech ma ogromne dobroczynne działanie w zakresie relacji międzyludzkich. Już pierwszy miły uśmiech buduje pomiędzy ludźmi mosty sympatii. Każdy następny wzmacnia ów most. Najbardziej lubiane osoby to te, które często i chętnie się śmieją. Najmądrzejsze i najbardziej podziwiane postacie to te, które potrafią śmiać się z samych siebie. Ilekroć pojawi się konflikt najłatwiej go zażegnać obracając problem w żart. Nie każdy jednak wie, ze najskuteczniejszym sposobem rozproszenia agresji i gniewu jest rozśmieszenie przeciwnika. Jeśli to wydaje się komuś nieprawdopodobne, niech spróbuje jednocześnie śmiać się i ze złością na kogoś krzyczeć. To niemożliwe. Te dwie energie całkowicie się wykluczają. Zatem śmiech uzdrawia nie tylko naszą psychikę czy ciało, ale także nasze relacje. A wszystko jest całością, bo trudne relacje prowadza do negatywnych emocji i nieciekawych stanów psychicznych, a to z kolei prowokuje fizyczne niedomagania. Koło się zamyka i znowu znajdujemy się w pozycji osoby potrzebującej terapii.

Na koniec buddyjska opowieść.

Któregoś dnia uczniowie poprosili mistrza, aby im opowiedział, jak wyglądały kolejne etapy jego wędrówki ku oświeceniu.
– Na początku Budda poprowadził mnie za rękę w Kraj Działania i tam mieszkałem kilka lat. Potem Budda powrócił i zawiódł mnie do Krainy Smutku; żyłem tam, dopóki moje serce nie zostało oczyszczone z każdego nieumiarkowanego przywiązania. Właśnie wtedy znalazłem się w Ziemi Miłości, której płomienie pożarły, co tylko zostało we mnie z mojej jaźni. To prowadziło mnie do Kraju Ciszy, gdzie tajemnica życia i śmierci były zamknięte dla moich zdumionych oczu”.
– Czy to był koniec twoich poszukiwań?  – zapytali.

– Nie – rzekł mistrz  – Pewnego dnia Budda powiedział: ,,Dziś zabiorę cię do najgłębszego sanktuarium, do serca samego oświecenia. I zostałem poprowadzony do Krainy Śmiechu”. 

Bogusława M. Andrzejewska