Sen o samochodzie

Pracując ze snami, odkrywamy swoje pragnienia, możliwości, ale i lęki lub wątpliwości. Im bardziej są irracjonalne, tym więcej mamy w sobie lęku. Absurdalność sennych wydarzeń nie umniejsza ich sensu. Dramatyczne historie są sposobem na wyrażenie silnych emocji. Sny pokazują nam wiele ukrytych w podświadomości przekonań. Czasem to może wskazać temat, z którym warto pracować. Jedna z moich klientek – dajmy jej na imię Marta – miała właśnie tego typu sen…

W tym śnie Marta idzie do pracy (lub szkoły). Musi być punktualnie, więc jedzie samochodem. To piękny nowy model autka, co ciekawe – świeżo kupiony. Marta wysiada i zmierza do budynku w poczuciu satysfakcji i zadowolenia. Wygląda bardzo elegancko, ma piękna fryzurę i cieszy się nowym pojazdem. Podchodząc do drzwi ogląda się przez ramie na zaparkowany samochód i wtedy ze zdziwieniem zauważa, że auto samo odjeżdża z parkingu.

– Chyba zapomniałam zaciągnąć hamulec – myśli Marta z przerażeniem i biegnie do samochodu, który zatrzymuje się kilkanaście metrów dalej. Niestety on znowu rusza i jedzie kolejne kilkanaście metrów, jakby bawił się z właścicielką w wyścigi. Wtedy Marta odkrywa, że to nie kwestia hamulca, bo samochód nie stacza się na skutek nierówności. On jedzie samodzielnie w sobie tylko wiadomym kierunku.

Marta biegnie za samochodem, ale on niestety jest dużo szybszy i znika jej z pola widzenia, pomiędzy budynkami. Chciałaby zadzwonić do kogoś po pomoc, ale telefon został w aucie. Zaczepia więc stojących na chodniku ludzi i pyta, czy widzieli takie auto. Ktoś wskazuje kierunek, w którym pojechał jej samochód. Marta martwi się, czy niekontrolowany pojazd nie zrobi komuś krzywdy i podąża we wskazanym kierunku.

Dociera do budynku osiedlowego przedszkola, które znajduje się pomiędzy blokami. Nie widzi nigdzie auta, ale znowu kogoś o nie pyta. Zapytany mężczyzna zachęca ją, by weszła razem z nim do przedszkola. Tam spotykają dyrektorkę obiektu, która w pierwszej chwili nie chce z nią rozmawiać, ale potem wskazuje na stojący w kącie sali przedmiot. Marta odkrywa, że pomiędzy zabawkami stoi jej auto, przykryte jakimś materiałem, jak plandeką.

– Schowaliśmy je tutaj, żeby nikogo nie przejechało – mówi dyrektorka.

Tu kończy się sen. Nie ukrywam, rozbawił mnie, ponieważ jest dość jednoznaczny i może służyć za przykład intuicyjnej interpretacji. Pojazd, którym kierujemy, przedstawia we śnie najczęściej nasze własne życie. Pociąg i tramwaj także odnoszą się do naszej życiowej drogi. W tym konkretnym śnie samochód jadący samopas bez kierowcy oznacza lęk przed brakiem wpływu na własne życie. To tak, jakby wszystko, co nas spotyka, wyrwało się spod naszej kontroli. Lekiem na poczucie bezradności może okazać się praca z wewnętrznym dzieckiem, na co wskazuje odnalezienie auta w… przedszkolu.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Sen o Matrixie

Do jednych z najciekawszych snów należą te, które dotyczą ezoteryki i struktury wszechświata. Często zastanawiam się, czy to, co pojawia się w sennych marzeniach jest tylko pozbawioną sensu projekcją czy też składanką książek i filmów, które oglądamy? A może to rzeczywiście uchylenie kawałka zasłony skrywającej tajemnice istnienia? Jak jest w tym przypadku? Oto niezwykły sen, który wyśniła Beata.

Beata idzie z mężem i dwójką dzieci w wieku szkolnym. Idą kupić dom. Wychodzą z lasu, jakby wracali właśnie z wycieczki i widzą ładny dwupiętrowy domek w żółtym kolorze. Wpadają w zachwyt i wiedzą, że to ten dom jest na sprzedaż.

(Domek był zwykły, taka piętrowa kostka, ale Beata uświadamia to sobie po obudzeniu, we śnie wszyscy pieją wręcz z zachwytu).

Kiedy podchodzą do wejścia, Beata widzi obok drugi, jeszcze ładniejszy. Też żółty, ale z pięknymi balkonikami z ozdobnymi balustradami. Beata myśli, że tamten bardziej jej się podoba, ale wchodzą do tego pierwszego. 

Właściciele są na samej górze, bardzo sympatyczni, przyjaźnie nastawieni, gościnni. Dzieci biegną się bawić z innymi. Beata się zastanawia tylko, jak ma kupić dom, w którym ktoś jeszcze mieszka i na dodatek dopiero kończą kłaść kafelki. Trwają tam jakieś prace w łazience. 

Na wersalce leżą trzy piękne koty, w różnych kolorach. Beata je głaszcze. Jeden z kotów ma koci katar – siorbie nosem, jak człowiek. Koci katar to jedna z cięższych kocich chorób, a w tym śnie właścicielka mówi, że ten katar mu zaraz przejdzie i wszystko jest w porządku, nie ma się czym martwić. 

Właścicielka oprowadza Beatę po tym domu. Otwiera drzwi, za którymi jest szkoła dla dzieci. Potem prowadzi na dół do szpitala w piwnicy i mówi jej, że tu może pracować, jeśli zechce. Szpital normalny, jak szpital – łóżka, ludzie pod kroplówkami, a Beata może być pielęgniarką.

Potem są jeszcze inne pomieszczenia. Mnóstwo! Niemal kilka hektarów pokoi i sal – w tym jednym domku! I oczywiście jest w tym domu także mieszkanie dla Beaty i jej rodziny. Co istotne, okazuje się, że jeśli Beata tylko czegoś zapragnie, wystarczy otworzyć drzwi do odpowiedniego miejsca. Jest tu wszystko. Dokładnie wszystko.

Beata domyśla się, że coś tu nie gra, że to zbyt piękne i zbyt niezwykłe. Ukradkiem, kiedy nikt nie widzi, bierze jedną z córek za rękę i wymyka się z tego magicznego domu. Idzie do tego z balkonikami. Tamten jest normalnie urządzony. Jest w nim jakaś ładna kobieta, która wszystko wie i wyjaśnia, że ten magiczny dom, to budynek, w którym ludzie są hipnotyzowani jakimś środkiem i mają wszystko, czego pragną. Ale to iluzja. I zajmują się tym jakieś nieciekawe energie. Ta kobieta jest kimś w rodzaju Anioła. Beata jej wierzy.

Wraca do tego magicznego domu po męża i drugie dziecko. Pilnuje, żeby nie dać się omamić jakimś środkiem. Wchodząc po schodach, widzi przez okno morze i plażę. Dziwi się, a jedna z właścicielek (jest tych “opiekunek” więcej) mówi:

– Ty juz wiesz, na czym to polega. Na wyższym etapie współpracy z nami, na wyższych piętrach, jest dostęp do morza. Można spokojnie wyjść z domu na plażę i pływać.

Beata w międzyczasie “gubi” gdzieś córkę, która wymykała się z nią. Kiedy ją znajduje, zabiera ją i uciekają do tamtego domu z ozdobnymi balkonikami. Te kilka metrów, które dzieli te dwa domy, staje się odległością trudną do pokonania. Nagle obie biegną po śniegu (!), a za nimi biegną dwa demony… uciekają… W pewnym momencie Beata uświadamia sobie, że nie musi uciekać. Zatrzymuje się, odwraca i po prostu je przegania, krzycząc do nich “precz”. To skutkuje. 

Docierają do drugiego domu. Ale tam nie znajdują już Anielicy. Dom jest pusty – żadnych mebli i gołe ściany. Wchodzą na samą górę i przez okno patrzą na ten magiczny dom, w którym został mąż i drugie dziecko. Widzą setki pięter eterycznych i kolorowe energie wokół tego domu. Na samym szczycie na ostatnim piętrze formują się Anioły. Beata widzi, jak z tych kolorowych energii powstaje przepiękny Anioł z wielkimi skrzydłami, po czym frunie w kierunku tego domu, do którego uciekła. Uświadamia sobie, że także Anioły powstają w tym demonicznym (magicznym) domu i Anielica, którą wcześniej spotkała, także tam powstała.

Tu kończy się sen. Totalna magia. Tym razem bez mojej interpretacji, bo uważam, że każdy powinien sam go zrozumieć i wyciągnąć z tego swoje wnioski. Niektóre sny są prorocze, inne bardzo jednoznaczne i oczywiste. Są też sny, w czasie których wysypuje się śmietnik naszego umysłu. Bywają oczywiście też wizyty z zaświatów. Ale najważniejsze są takie sny, kiedy dostajemy dawkę duchowej wiedzy o sensie naszego istnienia. Czy to taki właśnie sen, każdy musi sam ocenić.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Samopoczucie

Jesteśmy tutaj na Ziemi dla radości. Po to przychodzimy na świat i chyba nie ma nic ważniejszego niż pozytywne nastawienie i dobry humor. W istocie ani pracowitość, ani mądrość, ani zapobiegliwość nie ma takiego znaczenia jak nasze myśli i emocje, ponieważ to właśnie one tworzą rzeczywistość i przyciągają do naszego życia różne sytuacje. Wielu nauczycieli prosperity powtarza, że myśli znaczą o wiele więcej niż czyny.

Patrząc z takiej perspektywy najważniejszym tematem naszego rozwoju powinno być zatem samopoczucie. Dbanie o to, aby było zawsze dobre. Im więcej miłych i przyjemnych dni, im więcej radosnych chwil, im więcej pozytywnego nastawienia – tym więcej w efekcie dobra tworzymy w sobie i wokół siebie. W pewien sposób potwierdza to oczywiście psychosomatyka, która wyraźnie udowadnia, że zdrowie wynika z dobrych emocji, a choroby z negatywnych. Jest to także podstawa Prawa Przyciągania, więc nie wymaga chyba żadnego dodatkowego wyjaśniania.

Pomimo oczywistości tego stwierdzenia wcale nie jest łatwo utrzymać w sobie dobre nastawienie do świata i ludzi. Jakby w nas wewnątrz był taki specjalny czujnik, który wyłapuje problemy i je akcentuje. Albo czujnik reagujący na niewłaściwe zachowania innych osób. To jeden z ulubionych tematów na portalach społecznościowych – głównie rozprawia się o tym, że ktoś kogoś obraził albo niewłaściwie się zachował. Uwielbiamy plotkować.

A do tego wymyślamy często jakieś bezsensowne hipotezy, aby odwrócić kota ogonem. W temacie, o którym piszę przejawia się to pisaniem „mądrości”, które krytykują pozytywne myślenie. Ich autorzy próbują przekonać czytelników, że smutek jest dobry, że gniew jest twórczy, a prawdziwa świadomość nie ma nic wspólnego z radością. Bezmyślni czytacze ochoczo przytakują: „o właśnie, zawsze tak myślałem, przecież być radosnym to takie trudne”.

Wystarczy odrobina inteligencji, by zobaczyć jaką bzdurą są tego typu odkrycia. Radość uzdrawia, a smutki i inne negatywne emocje wywołują w naszym ciele choroby. Pozytywne myśli przyciągają miłość, szczęście, pieniądze i zadowolenie, a te negatywne coś wręcz przeciwnego. I jeśli ktoś nie wierzy, to ma oczywiście do tego prawo, ale lepiej dla takiej osoby, aby zastanowiła się nad swoim podejściem do życia. Moim zdaniem odrzucanie Prawa Przyciągania wynika właśnie z usprawiedliwiania samego siebie, a to, że ktoś zaprzeczy istnieniu takiego prawa nie oznacza, że ono działać nie będzie. Podobnie jak w przypadku grawitacji: nieznajomość fizyki nie uchroni nas przed uderzeniem przez kamień, jeśli łudzić się będziemy, że możemy bezkarnie podrzucić go nad swoją głową i on sobie zawiśnie w powietrzu.

Skąd się bierze to usprawiedliwianie? Otóż moim zdaniem całą historię zaprzeczania Prawu Przyciągania tworzą ludzie, którzy nie umieją cieszyć się życiem. Jest ich wbrew pozorom bardzo dużo. Nawet wśród nauczycieli duchowych widać pełno krytyki i negatywnego podejścia… choćby do konkurencji. Są też zwolennicy teorii, że aby cokolwiek osiągnąć, trzeba się najpierw nacierpieć. Dlaczego? Tego już nie umieją logicznie wyjaśnić, więc być może teoria ta jest tylko racjonalizacją osobistych niepowodzeń autorów, którzy chcą uchodzić za tych, którzy wiedzą, ale niewiele im w życiu wychodzi. Nawyki zrzędzenia, narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich są w nich tak silne, że nie umieją się z tego wyzwolić w żaden sposób. Ogłaszają więc, że pozytywne myślenie i tak nie działa, więc po co się męczyć, skoro tak przyjemnie jest opluwać innych, oceniać negatywnie zdarzenia, a potem można nazwać siebie osobą rozsądną i świadomą.

Brzmi to może paradoksalnie dla inteligentnego człowieka, ale zauważam wielokrotnie, że niektórzy czerpią mnóstwo przyjemności z wchodzenia w negatywne emocje. Adrenalina, która wytwarza się podczas ostrej kłótni z oponentem, potrafi niesamowicie nakręcić. I już nie wiem, czy na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, która umieją świadomie wyjść ponad to… Nie wiem doprawdy. Tym bardziej, że czas w naszym kraju specyficzny i większość ludzi przedkłada rację nad spokój i akceptację.

A radość wymaga starań. Należy ją w sobie pielęgnować jak piękny kwiat. Zaczynamy od dokonania wyboru, że we wszystkich sytuacjach szukać będziemy dobrej strony. Potem uczymy się najmniejszej bodaj akceptacji tego, co niekoniecznie nam się podoba. A wreszcie zaczynamy konsekwentnie tworzyć nowe ścieżki neuronowe w naszym umyśle. Do tego potrzeba czasu – około miesiąca. I przez 30 dni warto reagować na świat z radością i miłością. Choćby na siłę. Potem już będzie łatwiej. Ale te pierwsze tygodnie są najtrudniejsze. W tym okresie ludzie się poddają, aby potem pocieszać się fałszywym: „prawdziwy rozwój nie ma nic wspólnego z pozytywnym myśleniem”. Otóż ma. I nic tego nie zmieni. Nie istnieje rozwój bez radości, miłości i pozytywnego postrzegania Wszystkiego Co Jest.

Chociaż codzienne życie jest praktycznie niemożliwe bez spadku nastroju, to zawsze my wybieramy, jak potem zareagujemy. Smutek, złość i rozdrażnienie dotykają każdego – są przecież naturalną konsekwencją obniżenia energii. Ale właśnie dlatego nie można szukać wymówek, tylko warto zadbać o własne samopoczucie. Bo to kluczowe dla wszystkiego, co chcemy tworzyć i czego chcemy doświadczać. Kiedy ogarniają nas negatywne emocje, wówczas podświadomie tworzymy w sobie opór, który blokuje miłość, szczęście, czy pieniądze. Najmądrzejszą reakcją jest ucieczka od takich rzeczy w stronę jak najlepszego nastroju. Lepiej obejrzeć głupią, ale śmieszną komedię, niż spędzić godzinę na poważnych i pełnych rozpaczy rozmyślaniach.

Dlatego właśnie robię wszystko, aby jak najszybciej poprawić sobie samopoczucie, bo tylko w ten sposób mogę sobie pomóc. Racjonalizowanie i powtarzanie, że smutek jest Ok to pułapka. I co z tego, że sobie pochwalę taki smuteczek, kiedy jest on podstępnym sabotażystą, zabierającym mi w najbliższym czasie zarobki lub miłe chwile z ukochanym. Po co mi taka emocja? Traktuję ją wyłącznie jako drogowskaz – jeśli pojawia się nie sama z siebie, lecz jako odpowiedź na sytuację. Smutek czy złość bywają wskazówkami, że należy w sobie uzdrowić jakiś wzorzec. Ale wystarczy, że je zauważę i zapamiętam konieczność pracy z wzorcami. Niech potem jak najszybciej znikają z mojej rzeczywistości.

Dobrym porównaniem byłby tu drobny deszcz. Czasem wystawiamy rękę i sprawdzamy czy pada. Kiedy na dłoń spadną krople, już mamy odpowiedź. Zostajemy w pomieszczeniu lub rozkładamy parasol. Nikt z nas nie trzyma ręki na zewnątrz i nie czeka, aż będzie cała mokra, aż przemoczymy rękawy, a zimne strużki popłyną pod ubranie. Ta ręka jest jak negatywna emocja – pokazuje siłę deszczu. Kiedy spełni swoją rolę, zabieramy ją z deszczu. Podobnie z emocjami – kiedy pokażą, co maja pokazać – uwalniamy je, a nie kisimy się w złości, smutku czy rozpaczy. Nie miałoby to żadnego sensu.

Kiedy pojawia się negatywna emocja, można zadać sobie pytanie o to, co ona pokazuje. Jednak zaraz potem warto skierować całą swoją uwagę na to, czego pragniemy. Jeśli na przykład poczuję złość, że mam za mało czasu na robienie tego, co kocham, jak tylko zidentyfikuję ów wzorzec, przestaję skupiać się na tej emocji. Zamiast tego, zaczynam sobie wyobrażać, że mam dużo czasu na wszystko, co chciałabym robić. Myślę o tym przez dłuższy czas, odczuwam płynącą z tego radość, planuję to wszystko i podnoszę energię tak długo, aż poczuję się z tym marzeniem szczęśliwa. W ten sposób zatrzymuję negatywne tworzenie swojej rzeczywistości, zastępując je pozytywnym.

Bogusława M. Andrzejewska

Asertywność

Z definicji asertywność to umiejętność chronienia własnej przestrzeni i samego siebie przed wykorzystaniem. Większość z nas pojmuje tę cechę jako zdecydowane odmawianie wtedy, kiedy czegoś nie chcemy zrobić. W gruncie rzeczy to wystarczy do zrozumienia, że jest to działanie nie tylko w obronie własnej, ale też wzmacnianie własnej indywidualności. To trochę chronienie swojego prawa do własnych wyborów: robię to, co ja chcę, a nie to, czego życzy sobie ode mnie ktoś inny.

Do tematu warto podchodzić elastycznie. Nie jest bowiem asertywnością lenistwo, chamstwo czy egoizm. Takiej wymówki można oczywiście wygodnie używać, kiedy nam się czegoś nie chce. Jednak asertywność to raczej działanie zgodne z harmonią serca – czyli wybieranie tego, co ważne dla nas, o ile nikomu nie robimy w ten sposób krzywdy. To moim zdaniem jedyny warunek ograniczający robienie dokładnie tego, na co mamy ochotę – dobro drugiego człowieka, ale i własne dobro.

Asertywność nie jest agresywna. Polega na spokojnej rozmowie lub pozbawionym emocji wyjaśnieniu naszego punktu widzenia. Możemy spokojnie odmówić komuś, kto nas o coś prosi, jeśli tak właśnie chcemy. Szczególnie wtedy, kiedy ktoś próbuje nas wykorzystać. Nie ma znaczenia, czy nasza odpowiedź się komuś podoba czy nie. Jeśli ustępujemy „dla świętego spokoju”, aby nie zrobić komuś przykrości, wówczas nadużywamy siebie. A miłość do siebie wyklucza takie zachowanie. Wysokie poczucie wartości wymaga przede wszystkim szacunku dla siebie.

Jednak ów szacunek należy wyrażać spokojnie. Jeśli nas ktoś obraża, możemy łagodnie lecz stanowczo zwrócić uwagę lub zignorować tę osobę, wg uznania. Natomiast rzucanie się z pięściami, obrażanie drugiej osoby i pełna złośliwości kłótnia nie ma nic wspólnego z asertywnością. Warto o tym pamiętać. Niektórym się wydaje, że odpowiadanie atakiem na atak jest asertywnym bronieniem swojej godności. Nic podobnego. Tam, gdzie w grę wchodzą negatywne emocje i nieetyczne zachowania, tam nie ma już mowy o żadnej godności. Dojrzała osoba potrafi spokojnie wyrazić swoje zdanie i to jest jej największą obroną. Zignorowanie napastnika i zaniechanie sprzeczki nie jest ucieczką. Jest pokazaniem prawdziwej klasy. Dodam też, że jeśli skutecznie podniesiemy poczucie własnej wartości, nikt nas nie będzie zaczepiał i atakował.

Otwartość na rozmowę i szukanie kompromisu jest ogromnie ważne, ponieważ inni ludzie mają swoje priorytety, swoje plany i odmienne podejście. Nie każdy myśli tak, jak my i nikt nie przyszedł na świat po to, by nam służyć i tańczyć tak, jak my mu zagramy. Każdy ma prawo do własnych wyborów, dlatego szacunek dla innego człowieka wymaga zrozumienia, że możemy prosić, negocjować, lecz nie wolno nam manipulować ani wywierać presji. Oczywiście szacunek dla innych powstaje wtedy, kiedy mamy szacunek dla samych siebie. Poziom samooceny wyznacza sposób zachowania i traktowania drugiego człowieka.

Niedawno zwróciłam uwagę na pewną mniej lub bardziej świadomą manipulację w dyskusji na FB. Ktoś wyraźnie zapowiedział, że nie życzy sobie na swojej osi krytyki znanej publicznie osoby, ponieważ ją ceni. Nie zastosowanie się do tego życzenia miało skutkować wyrzuceniem ze znajomych. I tutaj pojawiła się pani manipulantka, która natychmiast przewrotnie próbowała zdyskredytować człowieka pisząc, że należy szanować odmienne poglądy, bo przecież ludzie są ważniejsi od przekonań. Pozornie piękne i mądre hasło, w istocie jest wyzwaniem właśnie dla bycia asertywnym. Na mojej osi, podobnie jak we własnym domu, mam prawo przyjmować wyłącznie tych, którzy stosują się do moich życzeń. I podobnie jak mogę zażądać, by gość zdjął buty, mam prawo oczekiwać, że nie będzie ze mną rozmawiał o polityce, a z całą pewnością nie będzie obrażał tych, których szanuję. Jeśli ktoś nie chce ściągać butów, nie musi przecież do mnie przychodzić. A jeśli chce krytycznie wyśmiewać tych, którzy są mi bliscy, może to robić w innym towarzystwie, a nie w mojej obecności. Proste.

Zdumiewa mnie często bezczelne szafowanie górnolotnymi hasłami, które w ostatnim czasie staje się nawet trochę modne. Bo czymś zupełnie innym jest prawo do posiadania własnych poglądów, a czym innym wygłaszanie ich wobec tych, którzy sobie tego nie życzą słuchać. Ta druga opcja jest moim zdaniem celowym atakiem na inną osobę. Nie bez powodu od lat mówi się, że dżentelmeni nie rozmawiają o polityce. Właśnie dlatego, że kulturalni ludzie nie zaczepiają i nie prowokują innych. A tym przecież jest ostentacyjne wygłaszanie swoich poglądów wobec osoby, która ma inne zdanie – a my doskonale o tym wiemy – werbalnym atakiem, zaczepką, złośliwością.

Żyjemy w trudnych czasach. Nasz kraj jest podzielony na dwa obozy, ludzie stale się kłócą, a o kulturze trudno nawet marzyć. Ale tu właśnie wkracza asertywność. Tu mamy okazję, by zdecydowanie wyprosić kogoś, kto narusza święte prawo gościnności, zaczepiając mnie i atakując. Rzecz jasna nie namawiam do kłótni czy agresji. Agresywna reakcja na złośliwość stawia nas na równi z zaczepiającym. Wystarczy spokojnie zwrócić uwagę. A jeśli nie zadziała, zignorować napastliwego człowieka lub usunąć ze swojej przestrzeni.

To wszystko przy tym jest tylko metaforą – nie zwykłam zrzucać ludzi ze schodów. Jednak przyznaję się, że bez złości wyłączam ze znajomych osoby, których zachowanie i wypowiedzi mi nie odpowiadają. Mam do tego prawo, skoro nie po drodze mi z nimi. To ja wybieram sobie znajomych i wybieram osoby o podobnych poglądach i zainteresowaniach. O czym mam rozmawiać z kimś, kto na przykład popiera faszyzm lub propaguje antysemityzm? Nie znajdę z takim człowiekiem wspólnego zdania. Szkoda naszego czasu. Drażnić mnie będą wypowiedzi takiej osoby, a ją zdenerwują zapewne moje poglądy. Lepiej, jeśli każde z nas spotykać się będzie w gronie znajomych, z którymi dzieli przekonania. To właśnie asertywność. Świadome dokonywanie wyboru z kim chcę się spotykać, a dla kogo wolę nie mieć czasu.

W pseudoduchowych tekstach pisze się dużo o miłości, wybaczaniu i tolerancji. Czasem autorzy sugerują, że człowiek na wysokim poziomie akceptuje osobnika o odmiennych poglądach, milutko się uśmiechając. Dopóki to drobiazgi, a dyskusja dotyczy wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem, można się uśmiechać. Jeśli jednak uznam, że nie chcę słuchać historii o tym, jak bardzo obrzydliwi są obcokrajowcy – mam prawo nie słuchać. Mam prawo wyjść ze spotkania lub usunąć z niego taką osobę, jeśli to mój dom. To właśnie asertywność – prawo do decydowania o tym, w jakiej energii przebywam. Rozwój nie polega na kuleniu się w sobie i rozpaczliwej walce z chmurą negatywnych wibracji. Rozwój polega na dbałości o siebie, o swoich bliskich i swoją przestrzeń.

Jednak znowu powiem, że warto być w tej kwestii elastycznym. Czasem lepiej udawać, że się czegoś nie słyszy. To nie oznacza braku asertywności, tylko właśnie kulturę. Czasem puszczenie mimo uszu złośliwości jest lepszym wyborem, niż zrzucenie kogoś ze schodów. Wszystko zależy od sytuacji. Jeśli to incydent, bo ktoś jest nie w humorze – lepiej odpuścić. Jeśli jednak z kimś nam nie po drodze – można dać temu wyraz odcinając się od takiej osoby.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Mądre odchudzanie

Nadwaga jest często spotykanym kłopotem. Większość z nas miewa z tym problem okresowo, a okresy te są dłuższe lub krótsze. Zazwyczaj wydaje nam się, ze jest to kwestia jedzenia. Zastanawiamy się nad dietą, głodówką, czasem nad uprawianiem jakiegoś sportu. Likwidacja tkanki tłuszczowej jest zwykle trudna, uciążliwa. Diety okazują się nieskuteczne, do systematycznych ćwiczeń brakuje czasu i cierpliwości – temat wraca jak bumerang, a my pocieszamy się, ze mamy genetyczną tendencję do tycia. 

Klucz do rozwikłania tematu leży jak zwykle w psychice. To naczelny komputer naszego organizmu wydaje polecenie, aby chronić nas, czy tez nasze ciało, obudowując je dodatkową warstwą tkanki tłuszczowej. Im większe zagrożenie, im bardziej długotrwałe, im mocniej zakodowane – tym większa nadwaga. Zapasy tłuszczu jak wał przeciwpowodziowy oddzielają nas od otaczającego świata.

Powodem nadwagi jest także niskie poczucie własnej wartości i krytykowanie siebie. Niska samoocena powoduje, ze boimy się – choćby podświadomie – innych ludzi, boimy się krytyki, odkrycia naszych słabych stron, ośmieszenia. Jest to także wystarczający powód, by zabezpieczać ciało dodatkowymi centymetrami. Szczególnie na poziomie talii, gdzie symbolicznie znajduje się sfera relacji z innymi.

Jeśli skupimy się na symbolice, to warto podkreślić, że otyłość w sferze seksualnej, będzie tworzeniem tarczy ochronnej dotyczącej naszego życia intymnego. Oznacza to, że niepewność i kompleksy lokują się  w tej właśnie dziedzinie życia. Podobnie najbardziej obfita tkanka tłuszczowa na poziomie ramion będzie odpowiadała za lęki i słabości w sferze działania. W ten sposób dostajemy niejako pewne potwierdzenie, że tam gdzie jest w nas najmniej pewności i siły, tam pojawia się tkanka tłuszczowa jako tarcza ochronna, mająca na celu zabezpieczyć nas przez niebezpieczeństwem z zewnątrz. To „tylko” symbolika, ale jeśli nauczymy się ją odczytywać, świat odkryje przed nami swoje tajemnice.

Aby uzupełnić wszystkie możliwe przyczyny otyłości, trzeba jeszcze wspomnieć o braku spełnienia i tęsknocie za oparciem. Czyli innymi słowy o lęku przed samotnością, bezsilnością, koniecznością radzenia sobie samotnie z najtrudniejszymi sprawami. Ponadto psychicznym powodem zabezpieczania się naszego organizmu za pośrednictwem nadprodukcji tkanki tłuszczowej jest też lęk przed uczuciami. To mógłby być temat rzeka, więc ograniczę się tylko do wymienienia tej przyczyny.

Jeśli przyjmiemy wyżej wymienione czynniki, jasnym się staje, że żadne diety ani inne „cudowne sposoby” nie mogą okazać się skuteczne. Dieta może zadziałać na krótki czas, najwyżej na parę tygodni, potem jednak główną siłą kształtującą nasze ciało będzie podstawowy wzorzec tkwiący w psychice. Jeśli wzorcem tym są nasze silne lęki i kompleksy, to organizm w celach ochronnych zostanie obudowany warstwą tkanki tłuszczowej bez względu na stosowane diety i głodówki.

Ponadto uprzedzam, że stosowanie głodówek grozi jeszcze jednym uwarunkowaniem: mianowicie organizm, który przeżył okres głodu może wytworzyć w sobie tendencje do zabezpieczenia się na przyszłość przed głodem. A w jaki sposób? Oczywiście tworząc zapasy… w formie nadwagi.

Wynika z tego w sposób oczywisty, że by zlikwidować otyłość, należy odnaleźć i usunąć przyczynę, czyli zastanowić się, co jest źródłem lęku, a następnie pozbyć się tego za pomocą psychoterapii czy jakiejkolwiek innej metody. Nie musze chyba nikogo przekonywać, że należy przede wszystkim likwidować przyczynę, a nie skutek. Zatem same diety i ćwiczenia fizyczne nie spełnią tego zadania, choć na pewno uprawianie sportów i odpowiednia gimnastyka przyniosą inne korzyści. Aktywny tryb życia przyda się też na pewno, aby utrzymać zdobytą zgrabną sylwetkę i sprawność fizyczną.

Kompleksowe odchudzanie powinno zawierać metody kodujące pozytywnie nasz umysł i podświadomość. W nowym wzorcu powinny pojawić się nie tylko elementy dotyczące naszego szczupłego wyglądu, ale również afirmacje i wizualizacje związane z rozwijaniem bezpieczeństwa w konkretnej dotyczącej nas dziedzinie. Warto też ustawić na bieżąco sposób swojego myślenia zgodnie z zasadą: „myśl kreuje rzeczywistość”. Jeśli zjadając ciastko będziemy odczuwać wyrzuty sumienia i w duchu liczyć, ileż to przytyjemy, to bez wątpienia… przytyjemy. Nasze ciało wykonuje bez wahania większość naszych poleceń przekazywanych w formie lęku…

Na koniec ostatnia uwaga… Nasz organizm jest mądry i wie, czego potrzebuje. Warto zacząć go słuchać. Słuchanie organizmu oznacza, ze powinniśmy jeść to, na co akurat mamy smak. Oczywiście mam tu na myśli pewien smak, który przychodzi sam z siebie – nie wtedy, kiedy jesteśmy strasznie głodni lub buszujemy po cukierni i patrzymy na wspaniale wyglądające ciasta i torty.

Pojawiający się sam z siebie apetyt na jakąś potrawę jest informacją, czego chce nasze ciało. Jeśli np. mamy smak na rybę, to najwidoczniej organizm potrzebuje fosforu czy innych zawartych w rybie składników. Niestety własnego ciała słuchają tylko kobiety w ciąży. Reszta ludzkości bawi się wymyślaniem różnych dziwnych i nikomu niepotrzebnych diet. Dla mnie logicznym wydaje się fakt, że słuchanie swoich smaków i apetytów pozostaje w o wiele większej harmonii z naszym organizmem niż wynalazki typu „dieta zgodna z grupa krwi”.

Podam przykład z życia wzięty. Otóż pewna pani miesiąc przed planowaną operacją nabrała apetytu na barszcz czerwony, za którym nigdy nie przepadała. Smak pojawił się nagle i nie znikał, pomimo że często jadła ową potrawę. Towarzyszył jej do terminu zgłoszenia się do szpitala oraz przez dwa miesiące po operacji, potem zniknął bezpowrotnie i obecnie Pani ta znowu nie lubi barszczu. Dodam tylko, że w szpitalu przez krótki okres miała anemię pooperacyjną, dostawała krew – a przecież każdy z nas wie, że barszczyk czerwony posiada działanie krwiotwórcze. A przynajmniej tak głosi plotka.

Organizm ludzki jest genialny. Wie lepiej od najlepszego dietetyka, co jest nam potrzebne. I jak wskazuje podany przykład – wie z wyprzedzeniem…

Bogusława M. Andrzejewska

Ludzie

Nikt z nas nie jest samotną wyspą. Żyjemy w społeczeństwie, przeglądając się w oczach innych i określając samych siebie poprzez pryzmat budowanych relacji. To właśnie relacje są jednym z najważniejszych czynników naszego rozwoju, ponieważ określają emocje, inteligencję i umiejętności interpersonalne. Każdy, kogo spotykamy na swojej drodze, zostawia w nas trwały ślad, nawet jeśli jest to całkiem przelotny kontakt.

Pisząc o relacjach, wspomniałam o tym, jak ludzkie postawy pomagają nam odkryć w sobie wzorce wymagające uzdrowienia. Tym razem chciałabym zwrócić uwagę na trochę inny aspekt – na Prawo Przyciągania obecne wszędzie, także w tym, co łączy i dzieli różnych ludzi. Zazwyczaj przejawia się ono w ten sposób, że manifestuje się przed nami to, na czym skupiamy myśli. Jeśli w innych ludziach widzimy głównie dobro, to są oni dla nas co najmniej uprzejmi. Jeśli wiecznie innych krytykujemy, to nie bądźmy zdziwieni, że spotykamy na swojej drodze osoby niemiłe i konfliktowe.

Dostrzeganie w ludziach ich wewnętrznego piękna ma i tę zaletę, że rozwija w nas to, co podziwiamy. Zgodnie z zasadą, która mówi o tym, że zasilamy to, na czym skupiamy uwagę, działa to w obrębie naszych cech osobistych. Kiedy w dobrych emocjach myślimy o kimś, że jest inteligentny, mądry, życzliwy, interesujący, błyskotliwy – to w nas wzrastają takie właśnie cechy. Łatwo się domyślić, jaki proces uruchamiamy, kiedy ze złością oceniamy kogoś jako debila czy idiotę…

Nasze spojrzenie na innych bywa subiektywne – to jasne. Ale można się postarać, by ów subiektywizm wypływał z naszych najlepszych wartości. Kiedy jesteśmy w przepływie, kiedy łączymy się z Najwyższym Źródłem, wówczas patrzymy na siebie i innych oczami naszego Wyższego Ja – lub jak kto woli z poziomu czystej świadomości, spoza ego – poprzez pryzmat bezwarunkowej miłości. Dlatego też osoby, które systematycznie medytują lub praktykują tę miłość, umieją bez problemu zobaczyć w drugim człowieku prawdziwe Światło. To bardzo pomaga.

Sami też powinniśmy być niezależni od opinii innych. Właśnie dlatego, że kiedy ktoś nas krytycznie ocenia czy poniża, najczęściej sam jest bardzo daleko od Źródła. Jest w dysharmonii, a więc sam potrzebuje pomocy. Wiele osób zna tę zasadę i spontanicznie reaguje na atak słowami: „mówisz o sobie”. Tak jest w istocie. W emocjach wyrażamy najczęściej własny ból i kiedy kogoś rugamy to właśnie po to, by odwrócić uwagę od swojego cierpienia. Szczera krytyka, która przecież czasem jest potrzebna, zostaje wyrażona na zupełnie innej energii. Mówimy wówczas z sympatią: „lubię cię (kocham), ale wolę, kiedy robisz to inaczej, a ta opcja mi się nie podoba”. Człowiek, który nie przenosi swoich problemów na innego, podkreśla swoją akceptację dla takiej osoby, a skupia się na przedmiocie, czynności, sposobie załatwienia czegoś. To nie powoduje konfliktów, jest tylko spokojną dyskusją o danej sytuacji.

Prawdę mówiąc nie warto uzależniać się od żadnej oceny – ani dobrej ani złej. Żyjemy tu dla siebie, a nie po to, by innych zadowalać. Najważniejsze jest szukanie własnej unikalnej drogi i samorealizacja. Dobrze jest, kiedy działamy w harmonii z własnym sercem. Inni ludzie powinni szukać swojego szczęścia w sobie, a nie w nas. Dostrojenie do Najwyższego Źródła jest dostępne dla wszystkich, nie tylko dla wybranych. Każdy ma wszystko wewnątrz siebie, nie jesteśmy niezbędni dla nikogo. Każdy ma też swój własny program.

Nawet wtedy, kiedy staramy się komuś nieść pomoc, trzeba to robić w oparciu o nasze najlepsze aspekty i zgodnie z zasadami, o których tu mówimy. To oznacza, że podając rękę komuś, należy widzieć w nim Światło, moc i wartość. Pomagajmy z radością i entuzjazmem, że oto możemy twórczo wzbogacić czyjeś doświadczenie. Kiedy kierujemy się litością, samą myślą zaniżamy tej osobie energię. Kiedy wrzucając grosz żebrakowi do kapelusza, myślimy o tym, jakiż to nędzny i biedny człowiek, nasze myśli zasilają jego stan. Dlatego każdy gest wsparcia powinien wypływać z miłości bezwarunkowej, a nie z pozycji przewagi nad kimś.

Podobnie współczucie, polegające na ubolewaniu nad czyimś nieszczęściem, nie pomaga energetycznie. Lepiej jest pomyśleć, że ten człowiek jest mądry, silny i doskonale sobie poradzi. To działa. Doświadczam tego, kiedy zamiast się zamartwiać trudnymi sprawami, na które nie mam wpływu – ufam mocy Najwyższego Źródła. W każdym drzemie cząstka boskości – nazywana Wyższym Ja, Indywidualną Mocą, Wewnętrznym Źródłem. Odwołuję się do tej mocy i powtarzam spokojnie: „on/ona da sobie radę, przecież jest częścią Źródła”. To lepsze niż litowanie się nad kimś i obawianie, że dojdzie do dramatu. I wtedy właśnie Wszechświat udowadnia mi, że mam rację i ta osoba pokonuje wszystkie przeszkody. Życie jest piękne.

Najtrudniej nam poradzić sobie z akceptacją negatywnego zachowania innych. Czasem to rzeczy tak oczywiste, że nie podlegają żadnej dyskusji – np. przemoc wszelkiego rodzaju. Warto sobie uświadomić, że takie doświadczenie jest nam potrzebne, skoro się pojawia. Jeśli dotyka nas, to głównie po to, byśmy uzdrowili w sobie błędny wzorzec. Ale pozwala też określić nam Kim w Istocie Jesteśmy. Gdybyśmy żyli w raju, nie byłoby mowy o rozwoju, bo nie byłoby żadnego wyboru. Ciemna strona istnieje po to, by dawać nam prawo podejmowania decyzji. Najprostszym przykładem może być surowy ojciec, który bezlitośnie leje swoje dzieci pasem za najdrobniejsze przewinienie. Wierzy, że w ten sposób wychowuje je na porządnych ludzi. Takie dziecko, gdy dorasta może podjąć decyzję, że będzie tak samo postępować wobec swoich potomków. Ale może też obiecać sobie, że nigdy nie podniesie na nikogo ręki, bo jest to skrajnie złe. Może wychowywać swoje dzieci w miłości. Może założyć stowarzyszenie przeciwko przemocy lub współorganizować międzynarodowy ruch na rzecz pokoju. Może stać się psychologiem lub duchowym nauczycielem. Możliwości ma tysiące, lecz za każdym razem punktem wyjścia będzie trauma płynąca z bycia bitym w dzieciństwie. Domniemywam, że bez tej traumy strefa komfortu poprowadziłaby takie osoby do spędzenia nudnego życia na działkowym grillowaniu. To z najtrudniejszych doświadczeń często wyrastają najpiękniejsi ludzie, bo mocny szlif wydobywa z diamentu najwspanialszy blask.

Pamiętajmy o tym, że spokojna akceptacja drugiego człowieka z jego odmiennością poglądów i świadomością ubóstwa jest oparta na rozumieniu jego zagubienia i oderwania od wewnętrznej harmonii i nie ma nic wspólnego z popieraniem negatywnego zachowania czy jakichś destrukcyjnych poglądów. W takim momencie nie potępiamy nikogo, nie użalamy się nad nikim, tylko skupiamy na połączeniu z Najwyższym Źródłem. Według duchowych nauczycieli spotkanie człowieka, który niewłaściwie postępuje jest dla nas pytaniem: “Kim w Istocie Jesteś”. Odpowiedź znajduje się we wnętrzu naszych serc i odkrywamy ją, jeśli tylko pozwolimy sobie wejść w tę przestrzeń i zanurzyć w bezwarunkowej miłości. Jest to też automatyczne budowanie energetycznej przeciwwagi dla niewłaściwych uczynków czy słów, które padają ze strony takiej osoby.

Warto tutaj podkreślić, że szczęście nosimy w sobie. Możemy być więc całkowicie niezależni od zewnętrznych czynników. W tym także od ludzkich zachowań i cudzej akceptacji. Nie można być uwarunkowanym od czegoś na zewnątrz nas. Jeśli nie będziemy umieli być zadowoleni bez słodkich pochwał i wyrazów podziwu dla nas, to będziemy także emocjonalnie reagować na negatywną ocenę innych. A nie musimy. Wystarczy sobie uświadomić, że dobre słowa płyną do nas od ludzi harmonijnych, którzy jak lustra odbijają naszą więź z Najwyższym Źródłem. Natomiast atakowani jesteśmy przez takie osoby, które nie mają kontaktu ze swoją wewnętrzną boskością, są nieszczęśliwi i zagubieni. W relacjach z nimi dostrajamy się do bezwarunkowej miłości wewnątrz nas. Co absolutnie nie oznacza nadstawiania drugiego policzka, a jedynie spokój i umiejętność odszukania swoich najwyższych wartości.

Często powtarzam, że droga do materialnego spełnienia jest zależna od umiejętności poczucia tego spełnienia w sobie. Kiedy ktoś ma poczucie bogactwa, zdrowia i bycia kochanym, to przyciąga to wszystko do siebie. Podobnie z ludźmi: wierząc w ich dobro, przyciągamy do swojego życia miłe i serdeczne osoby. Krytykując wszystkich dookoła – otwieramy się na najazd agresorów i stałe konflikty. To takie proste. Można mieć nad tym kontrolę.

Bogusława M. Andrzejewska

Tolerancja

Tolerancja to dla mnie umiejętność spojrzenia na sytuację oczami innej osoby, a szczególnie takiej osoby, której ogląd świata znacznie różni się od mojego. To świadomość różnic pomiędzy ludźmi i dawanie sobie wzajemnie prawa do własnych decyzji. To zakreślanie własnej przestrzeni w taki sposób, by nie krzywdzić innych i tworzyć wzajemnie harmonijne współistnienie. To wreszcie szacunek dla tego, co odmienne i niekoniecznie zgodne z moimi oczekiwaniami.

Każdy doskonale zna definicję tego słowa i wydawałoby się, że to najprostszy temat pod słońcem. Tymczasem bycie tolerancyjnym okazuje się trudniejsze niż myślimy. Rozsądek podpowiada, że każdy ma prawo funkcjonować tak, jak chce, o ile nikomu nie czyni krzywdy. Nawykowe reakcje popychają nas w stronę nawracania, krytykowania, wyśmiewania i pogardy. Potykamy się na drobiazgach i w tych właśnie drobiazgach tkwi największa pułapka nieumiejętności zaakceptowania odmienności.

Wystarczy odrobina inteligencji, aby umieć spokojnie potraktować fakt, że ktoś znajomy jest innego wyznania. Mieszanka ciekawości i zdziwienia zastępuje niechęć i z prawdziwym zainteresowaniem poznajemy inne spojrzenie na świat. Obserwuję często, jak katolicy dyskutują z buddystami, nie po to, by kogokolwiek nawracać, ale by poznać inny światopogląd. Ludzie zaczynają rozumieć, że wszystkie ścieżki prowadzą do tego samego celu. Możemy spokojnie akceptować inne tradycje czy inną kulturę, zachowując własny unikalny ogląd świata całkowicie nienaruszony. Tylko fanatycy religijni stawiają wszystko na głowie, jednak nie chcę tu pisać o patologii, lecz o naszej naturalnej codzienności.

W tej właśnie codzienności zaczyna czasem brakować dystansu do świata. Oto banalna historyjka. Ewa i Adam pracują w tej samej firmie. Ewa jest punktualna, odpowiedzialna i pracowita. Adam, inteligentny i kreatywny, ale roztrzepany, wiecznie się spóźnia. Kiedy po raz kolejny wpada zdyszany do biura 20 minut po czasie, Ewa złośliwie mu dogaduje.

– Jak zwykle spóźniony! Korona z głowy by ci spadła, gdybyś chociaż raz był na czas. Jesteś okropny! Nie wiem, jak twoja żona z tobą wytrzymuje. Ja bym takiego zachowania nie tolerowała.

Ewa cierpi z powodu trudnych emocji, a tolerować owszem potrafi, ale uzasadnione zachowania i tylko w wielkiej sprawie:

– Dlaczego mam tolerować niedbalstwo i lenistwo? Jeśli ja mogę wstać wcześniej, by zdążyć na czas, to Adam też może się wysilić.

Otóż Ewa racji nie ma. Osoby, które zawsze się spóźniają, noszą w sobie wzorzec, który wymaga rozsądnej terapii. Nie wystarczy wstać wcześniej. Matryca podświadomości działa niezawodnie i postawi Adamowi na drodze tyle przeszkód, że nawet jeśli wyjdzie z domu pół godziny wcześniej niż zwykle i tak się spóźni. Nie wystarczą zatem same szczere chęci. Oczywiście Adam może popracować nad zmianą wzorca i zacząć przychodzić punktualnie, ale przyczyną awantury nie jest jego spóźnienie. W tym samym biurze pracuje Anna. Widzi wbiegającego po czasie Adama i tylko się uśmiecha. Jej to wcale nie przeszkadza. Anna jest tolerancyjna. Mówi:

– Widać inaczej nie potrafi. Biedny Adaś, stale w pośpiechu…

Dlaczego Ewa nie potrafi w ten sposób spojrzeć na kolegę? Powodów może być wiele. Poczynając od trudnego dzieciństwa, kiedy to karcono ją za całkiem drobne przewinienia, przez poczucie winy  lub niskie poczucie wartości i próbę odwrócenia uwagi od siebie, a na zwykłej zazdrości kończąc. Zazdrość owa bierze się z postrzegania swojego działania jako lepszego i niezupełnie docenianego. Bo Ewa codziennie jest przed czasem i wszyscy traktują to normalnie, nikt jej za to brawa nie bije. A Adam się spóźnia i jest traktowany tak samo przyjaźnie – to przecież niesprawiedliwe.

Często nie umiemy być tolerancyjni właśnie wtedy, kiedy sami czujemy się niedoceniani i niekochani. Tak bardzo staramy się być w porządku, pracujemy ciężko, wstajemy wcześnie, rezygnujemy z przyjemności, by tylko zasłużyć na pochwałę i… nie dostajemy jej. Stawia się nas w jednym rzędzie z leniwymi spóźnialskimi. Jak w wielu podobnych przypadkach projektujemy nasze rozczarowanie na tych, którzy mniej się starają od nas. Ustalamy też moralne prawa i zasady: to jest złe, a to dobre. Tak należy, tak nie wolno. I z góry zakładamy, że proponowane przez nas warunki są sprawiedliwie, bo to przecież oczywiste – spóźnianie się jest złe! To my jesteśmy tymi dobrymi.

A co by było, gdyby odwrócić sytuację i założyć Klub Tylko Dla Spóźnialskich z wielkim napisem: Punktualnym wstęp wzbroniony? Jak byśmy się poczuli, ze świadomością, że nasze cechy czy działanie, czy nawyki dyskryminują nas w oczach innych ludzi i jesteśmy przez nich postrzegani jak gorszy gatunek? To tylko metafora, ale potępiając innych pamiętajmy, że my też każdego dnia oczekujemy akceptacji i chcemy czasem, by ktoś przymknął oko na nasze słabości. Nawet, jeśli uważamy, że jesteśmy bardzo porządni i uczciwi, to nasz sposób życia, bycia, a nawet nasz śmiech czy głos może być dla innych nieładny i nieciekawy. Wówczas to inni tolerują naszą obecność. Myślę, że tego typu spojrzenie na sytuację pomaga w zrozumieniu, czym naprawdę jest tolerancja.

Bardzo charakterystycznym przykładem może tu być też palenie papierosów. Palacze są najbardziej tępieni przez takie osoby, które wcześniej same paliły i udało im się pokonać nałóg. Nie mają litości dla palacza, rzucając mu na głowę koronny argument: ja paliłam i rzuciłam, to Ty też palić nie musisz. Tymczasem osoby niepalące, choć unikają dymu, umieją być bardziej tolerancyjne, jakby rozumiejąc, że osobie uzależnionej jest bardzo trudno wstrzymać się od przyswojenia codziennej porcji nikotyny.

Takich przykładów znajdziemy oczywiście więcej. Zawsze są to drobiazgi, pozornie niewarte wzmianki, a jednak mogące doprowadzić niektóre osoby do prawdziwej furii. Podpowiem, że w takim przypadku bardzo pomaga podniesienie poczucia wartości. Wysoka samoocena sprawia, że negatywne emocje znikają jak ręką odjął. Osoba, która kocha siebie i jest zadowolona z własnych osiągnięć, nie porównuje się ze spóźnialskim kolegą. Nie traci też energii na ocenianie go w jakikolwiek sposób. A jeśli kiedyś rzuciła palenie, to jest z siebie dumna, bo zrobiła to dla siebie, dla własnego dobra, a nie dla chwały. Na innych palaczy patrzy ze współczuciem, bo wie, co przeżywają i jest jej ich żal. Na złość i potępienie miejsca tu nie ma.

Tolerancja to piękna cecha. Pozwala nam patrzeć na drugiego człowieka oczami pełnymi akceptacji. Sprawia, że całym sobą odczuwamy fakt bycia Jednością w Wielości. Jest to też rzadki dar rozumienia, że to co inne, nie musi być złe. Jest to też zdecydowanie krok w stronę odejścia od dualizmu. Kiedy nie wartościujemy, nie musimy się zastanawiać, czy coś jest dobre czy niedobre. Nie musimy kombinować czy wolno nam to tolerować, czy należy tępić. Akceptujemy, skoro zaistniało. Po prostu jest. Jak deszcz. Jak słońce. Jak tęcza w deszczu.

Bogusława M. Andrzejewska