Samopoczucie

Jesteśmy tutaj na Ziemi dla radości. Po to przychodzimy na świat i chyba nie ma nic ważniejszego niż pozytywne nastawienie i dobry humor. W istocie ani pracowitość, ani mądrość, ani zapobiegliwość nie ma takiego znaczenia jak nasze myśli i emocje, ponieważ to właśnie one tworzą rzeczywistość i przyciągają do naszego życia różne sytuacje. Wielu nauczycieli prosperity powtarza, że myśli znaczą o wiele więcej niż czyny.

Patrząc z takiej perspektywy najważniejszym tematem naszego rozwoju powinno być zatem samopoczucie. Dbanie o to, aby było zawsze dobre. Im więcej miłych i przyjemnych dni, im więcej radosnych chwil, im więcej pozytywnego nastawienia – tym więcej w efekcie dobra tworzymy w sobie i wokół siebie. W pewien sposób potwierdza to oczywiście psychosomatyka, która wyraźnie udowadnia, że zdrowie wynika z dobrych emocji, a choroby z negatywnych. Jest to także podstawa Prawa Przyciągania, więc nie wymaga chyba żadnego dodatkowego wyjaśniania.

Pomimo oczywistości tego stwierdzenia wcale nie jest łatwo utrzymać w sobie dobre nastawienie do świata i ludzi. Jakby w nas wewnątrz był taki specjalny czujnik, który wyłapuje problemy i je akcentuje. Albo czujnik reagujący na niewłaściwe zachowania innych osób. To jeden z ulubionych tematów na portalach społecznościowych – głównie rozprawia się o tym, że ktoś kogoś obraził albo niewłaściwie się zachował. Uwielbiamy plotkować.

A do tego wymyślamy często jakieś bezsensowne hipotezy, aby odwrócić kota ogonem. W temacie, o którym piszę przejawia się to pisaniem „mądrości”, które krytykują pozytywne myślenie. Ich autorzy próbują przekonać czytelników, że smutek jest dobry, że gniew jest twórczy, a prawdziwa świadomość nie ma nic wspólnego z radością. Bezmyślni czytacze ochoczo przytakują: „o właśnie, zawsze tak myślałem, przecież być radosnym to takie trudne”.

Wystarczy odrobina inteligencji, by zobaczyć jaką bzdurą są tego typu odkrycia. Radość uzdrawia, a smutki i inne negatywne emocje wywołują w naszym ciele choroby. Pozytywne myśli przyciągają miłość, szczęście, pieniądze i zadowolenie, a te negatywne coś wręcz przeciwnego. I jeśli ktoś nie wierzy, to ma oczywiście do tego prawo, ale lepiej dla takiej osoby, aby zastanowiła się nad swoim podejściem do życia. Moim zdaniem odrzucanie Prawa Przyciągania wynika właśnie z usprawiedliwiania samego siebie, a to, że ktoś zaprzeczy istnieniu takiego prawa nie oznacza, że ono działać nie będzie. Podobnie jak w przypadku grawitacji: nieznajomość fizyki nie uchroni nas przed uderzeniem przez kamień, jeśli łudzić się będziemy, że możemy bezkarnie podrzucić go nad swoją głową i on sobie zawiśnie w powietrzu.

Skąd się bierze to usprawiedliwianie? Otóż moim zdaniem całą historię zaprzeczania Prawu Przyciągania tworzą ludzie, którzy nie umieją cieszyć się życiem. Jest ich wbrew pozorom bardzo dużo. Nawet wśród nauczycieli duchowych widać pełno krytyki i negatywnego podejścia… choćby do konkurencji. Są też zwolennicy teorii, że aby cokolwiek osiągnąć, trzeba się najpierw nacierpieć. Dlaczego? Tego już nie umieją logicznie wyjaśnić, więc być może teoria ta jest tylko racjonalizacją osobistych niepowodzeń autorów, którzy chcą uchodzić za tych, którzy wiedzą, ale niewiele im w życiu wychodzi. Nawyki zrzędzenia, narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich są w nich tak silne, że nie umieją się z tego wyzwolić w żaden sposób. Ogłaszają więc, że pozytywne myślenie i tak nie działa, więc po co się męczyć, skoro tak przyjemnie jest opluwać innych, oceniać negatywnie zdarzenia, a potem można nazwać siebie osobą rozsądną i świadomą.

Brzmi to może paradoksalnie dla inteligentnego człowieka, ale zauważam wielokrotnie, że niektórzy czerpią mnóstwo przyjemności z wchodzenia w negatywne emocje. Adrenalina, która wytwarza się podczas ostrej kłótni z oponentem, potrafi niesamowicie nakręcić. I już nie wiem, czy na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, która umieją świadomie wyjść ponad to… Nie wiem doprawdy. Tym bardziej, że czas w naszym kraju specyficzny i większość ludzi przedkłada rację nad spokój i akceptację.

A radość wymaga starań. Należy ją w sobie pielęgnować jak piękny kwiat. Zaczynamy od dokonania wyboru, że we wszystkich sytuacjach szukać będziemy dobrej strony. Potem uczymy się najmniejszej bodaj akceptacji tego, co niekoniecznie nam się podoba. A wreszcie zaczynamy konsekwentnie tworzyć nowe ścieżki neuronowe w naszym umyśle. Do tego potrzeba czasu – około miesiąca. I przez 30 dni warto reagować na świat z radością i miłością. Choćby na siłę. Potem już będzie łatwiej. Ale te pierwsze tygodnie są najtrudniejsze. W tym okresie ludzie się poddają, aby potem pocieszać się fałszywym: „prawdziwy rozwój nie ma nic wspólnego z pozytywnym myśleniem”. Otóż ma. I nic tego nie zmieni. Nie istnieje rozwój bez radości, miłości i pozytywnego postrzegania Wszystkiego Co Jest.

Chociaż codzienne życie jest praktycznie niemożliwe bez spadku nastroju, to zawsze my wybieramy, jak potem zareagujemy. Smutek, złość i rozdrażnienie dotykają każdego – są przecież naturalną konsekwencją obniżenia energii. Ale właśnie dlatego nie można szukać wymówek, tylko warto zadbać o własne samopoczucie. Bo to kluczowe dla wszystkiego, co chcemy tworzyć i czego chcemy doświadczać. Kiedy ogarniają nas negatywne emocje, wówczas podświadomie tworzymy w sobie opór, który blokuje miłość, szczęście, czy pieniądze. Najmądrzejszą reakcją jest ucieczka od takich rzeczy w stronę jak najlepszego nastroju. Lepiej obejrzeć głupią, ale śmieszną komedię, niż spędzić godzinę na poważnych i pełnych rozpaczy rozmyślaniach.

Dlatego właśnie robię wszystko, aby jak najszybciej poprawić sobie samopoczucie, bo tylko w ten sposób mogę sobie pomóc. Racjonalizowanie i powtarzanie, że smutek jest Ok to pułapka. I co z tego, że sobie pochwalę taki smuteczek, kiedy jest on podstępnym sabotażystą, zabierającym mi w najbliższym czasie zarobki lub miłe chwile z ukochanym. Po co mi taka emocja? Traktuję ją wyłącznie jako drogowskaz – jeśli pojawia się nie sama z siebie, lecz jako odpowiedź na sytuację. Smutek czy złość bywają wskazówkami, że należy w sobie uzdrowić jakiś wzorzec. Ale wystarczy, że je zauważę i zapamiętam konieczność pracy z wzorcami. Niech potem jak najszybciej znikają z mojej rzeczywistości.

Dobrym porównaniem byłby tu drobny deszcz. Czasem wystawiamy rękę i sprawdzamy czy pada. Kiedy na dłoń spadną krople, już mamy odpowiedź. Zostajemy w pomieszczeniu lub rozkładamy parasol. Nikt z nas nie trzyma ręki na zewnątrz i nie czeka, aż będzie cała mokra, aż przemoczymy rękawy, a zimne strużki popłyną pod ubranie. Ta ręka jest jak negatywna emocja – pokazuje siłę deszczu. Kiedy spełni swoją rolę, zabieramy ją z deszczu. Podobnie z emocjami – kiedy pokażą, co maja pokazać – uwalniamy je, a nie kisimy się w złości, smutku czy rozpaczy. Nie miałoby to żadnego sensu.

Kiedy pojawia się negatywna emocja, można zadać sobie pytanie o to, co ona pokazuje. Jednak zaraz potem warto skierować całą swoją uwagę na to, czego pragniemy. Jeśli na przykład poczuję złość, że mam za mało czasu na robienie tego, co kocham, jak tylko zidentyfikuję ów wzorzec, przestaję skupiać się na tej emocji. Zamiast tego, zaczynam sobie wyobrażać, że mam dużo czasu na wszystko, co chciałabym robić. Myślę o tym przez dłuższy czas, odczuwam płynącą z tego radość, planuję to wszystko i podnoszę energię tak długo, aż poczuję się z tym marzeniem szczęśliwa. W ten sposób zatrzymuję negatywne tworzenie swojej rzeczywistości, zastępując je pozytywnym.

Bogusława M. Andrzejewska

Asertywność

Z definicji asertywność to umiejętność chronienia własnej przestrzeni i samego siebie przed wykorzystaniem. Większość z nas pojmuje tę cechę jako zdecydowane odmawianie wtedy, kiedy czegoś nie chcemy zrobić. W gruncie rzeczy to wystarczy do zrozumienia, że jest to działanie nie tylko w obronie własnej, ale też wzmacnianie własnej indywidualności. To trochę chronienie swojego prawa do własnych wyborów: robię to, co ja chcę, a nie to, czego życzy sobie ode mnie ktoś inny.

Do tematu warto podchodzić elastycznie. Nie jest bowiem asertywnością lenistwo, chamstwo czy egoizm. Takiej wymówki można oczywiście wygodnie używać, kiedy nam się czegoś nie chce. Jednak asertywność to raczej działanie zgodne z harmonią serca – czyli wybieranie tego, co ważne dla nas, o ile nikomu nie robimy w ten sposób krzywdy. To moim zdaniem jedyny warunek ograniczający robienie dokładnie tego, na co mamy ochotę – dobro drugiego człowieka, ale i własne dobro.

Asertywność nie jest agresywna. Polega na spokojnej rozmowie lub pozbawionym emocji wyjaśnieniu naszego punktu widzenia. Możemy spokojnie odmówić komuś, kto nas o coś prosi, jeśli tak właśnie chcemy. Szczególnie wtedy, kiedy ktoś próbuje nas wykorzystać. Nie ma znaczenia, czy nasza odpowiedź się komuś podoba czy nie. Jeśli ustępujemy „dla świętego spokoju”, aby nie zrobić komuś przykrości, wówczas nadużywamy siebie. A miłość do siebie wyklucza takie zachowanie. Wysokie poczucie wartości wymaga przede wszystkim szacunku dla siebie.

Jednak ów szacunek należy wyrażać spokojnie. Jeśli nas ktoś obraża, możemy łagodnie lecz stanowczo zwrócić uwagę lub zignorować tę osobę, wg uznania. Natomiast rzucanie się z pięściami, obrażanie drugiej osoby i pełna złośliwości kłótnia nie ma nic wspólnego z asertywnością. Warto o tym pamiętać. Niektórym się wydaje, że odpowiadanie atakiem na atak jest asertywnym bronieniem swojej godności. Nic podobnego. Tam, gdzie w grę wchodzą negatywne emocje i nieetyczne zachowania, tam nie ma już mowy o żadnej godności. Dojrzała osoba potrafi spokojnie wyrazić swoje zdanie i to jest jej największą obroną. Zignorowanie napastnika i zaniechanie sprzeczki nie jest ucieczką. Jest pokazaniem prawdziwej klasy. Dodam też, że jeśli skutecznie podniesiemy poczucie własnej wartości, nikt nas nie będzie zaczepiał i atakował.

Otwartość na rozmowę i szukanie kompromisu jest ogromnie ważne, ponieważ inni ludzie mają swoje priorytety, swoje plany i odmienne podejście. Nie każdy myśli tak, jak my i nikt nie przyszedł na świat po to, by nam służyć i tańczyć tak, jak my mu zagramy. Każdy ma prawo do własnych wyborów, dlatego szacunek dla innego człowieka wymaga zrozumienia, że możemy prosić, negocjować, lecz nie wolno nam manipulować ani wywierać presji. Oczywiście szacunek dla innych powstaje wtedy, kiedy mamy szacunek dla samych siebie. Poziom samooceny wyznacza sposób zachowania i traktowania drugiego człowieka.

Niedawno zwróciłam uwagę na pewną mniej lub bardziej świadomą manipulację w dyskusji na FB. Ktoś wyraźnie zapowiedział, że nie życzy sobie na swojej osi krytyki znanej publicznie osoby, ponieważ ją ceni. Nie zastosowanie się do tego życzenia miało skutkować wyrzuceniem ze znajomych. I tutaj pojawiła się pani manipulantka, która natychmiast przewrotnie próbowała zdyskredytować człowieka pisząc, że należy szanować odmienne poglądy, bo przecież ludzie są ważniejsi od przekonań. Pozornie piękne i mądre hasło, w istocie jest wyzwaniem właśnie dla bycia asertywnym. Na mojej osi, podobnie jak we własnym domu, mam prawo przyjmować wyłącznie tych, którzy stosują się do moich życzeń. I podobnie jak mogę zażądać, by gość zdjął buty, mam prawo oczekiwać, że nie będzie ze mną rozmawiał o polityce, a z całą pewnością nie będzie obrażał tych, których szanuję. Jeśli ktoś nie chce ściągać butów, nie musi przecież do mnie przychodzić. A jeśli chce krytycznie wyśmiewać tych, którzy są mi bliscy, może to robić w innym towarzystwie, a nie w mojej obecności. Proste.

Zdumiewa mnie często bezczelne szafowanie górnolotnymi hasłami, które w ostatnim czasie staje się nawet trochę modne. Bo czymś zupełnie innym jest prawo do posiadania własnych poglądów, a czym innym wygłaszanie ich wobec tych, którzy sobie tego nie życzą słuchać. Ta druga opcja jest moim zdaniem celowym atakiem na inną osobę. Nie bez powodu od lat mówi się, że dżentelmeni nie rozmawiają o polityce. Właśnie dlatego, że kulturalni ludzie nie zaczepiają i nie prowokują innych. A tym przecież jest ostentacyjne wygłaszanie swoich poglądów wobec osoby, która ma inne zdanie – a my doskonale o tym wiemy – werbalnym atakiem, zaczepką, złośliwością.

Żyjemy w trudnych czasach. Nasz kraj jest podzielony na dwa obozy, ludzie stale się kłócą, a o kulturze trudno nawet marzyć. Ale tu właśnie wkracza asertywność. Tu mamy okazję, by zdecydowanie wyprosić kogoś, kto narusza święte prawo gościnności, zaczepiając mnie i atakując. Rzecz jasna nie namawiam do kłótni czy agresji. Agresywna reakcja na złośliwość stawia nas na równi z zaczepiającym. Wystarczy spokojnie zwrócić uwagę. A jeśli nie zadziała, zignorować napastliwego człowieka lub usunąć ze swojej przestrzeni.

To wszystko przy tym jest tylko metaforą – nie zwykłam zrzucać ludzi ze schodów. Jednak przyznaję się, że bez złości wyłączam ze znajomych osoby, których zachowanie i wypowiedzi mi nie odpowiadają. Mam do tego prawo, skoro nie po drodze mi z nimi. To ja wybieram sobie znajomych i wybieram osoby o podobnych poglądach i zainteresowaniach. O czym mam rozmawiać z kimś, kto na przykład popiera faszyzm lub propaguje antysemityzm? Nie znajdę z takim człowiekiem wspólnego zdania. Szkoda naszego czasu. Drażnić mnie będą wypowiedzi takiej osoby, a ją zdenerwują zapewne moje poglądy. Lepiej, jeśli każde z nas spotykać się będzie w gronie znajomych, z którymi dzieli przekonania. To właśnie asertywność. Świadome dokonywanie wyboru z kim chcę się spotykać, a dla kogo wolę nie mieć czasu.

W pseudoduchowych tekstach pisze się dużo o miłości, wybaczaniu i tolerancji. Czasem autorzy sugerują, że człowiek na wysokim poziomie akceptuje osobnika o odmiennych poglądach, milutko się uśmiechając. Dopóki to drobiazgi, a dyskusja dotyczy wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem, można się uśmiechać. Jeśli jednak uznam, że nie chcę słuchać historii o tym, jak bardzo obrzydliwi są obcokrajowcy – mam prawo nie słuchać. Mam prawo wyjść ze spotkania lub usunąć z niego taką osobę, jeśli to mój dom. To właśnie asertywność – prawo do decydowania o tym, w jakiej energii przebywam. Rozwój nie polega na kuleniu się w sobie i rozpaczliwej walce z chmurą negatywnych wibracji. Rozwój polega na dbałości o siebie, o swoich bliskich i swoją przestrzeń.

Jednak znowu powiem, że warto być w tej kwestii elastycznym. Czasem lepiej udawać, że się czegoś nie słyszy. To nie oznacza braku asertywności, tylko właśnie kulturę. Czasem puszczenie mimo uszu złośliwości jest lepszym wyborem, niż zrzucenie kogoś ze schodów. Wszystko zależy od sytuacji. Jeśli to incydent, bo ktoś jest nie w humorze – lepiej odpuścić. Jeśli jednak z kimś nam nie po drodze – można dać temu wyraz odcinając się od takiej osoby.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Mądre odchudzanie

Nadwaga jest często spotykanym kłopotem. Większość z nas miewa z tym problem okresowo, a okresy te są dłuższe lub krótsze. Zazwyczaj wydaje nam się, ze jest to kwestia jedzenia. Zastanawiamy się nad dietą, głodówką, czasem nad uprawianiem jakiegoś sportu. Likwidacja tkanki tłuszczowej jest zwykle trudna, uciążliwa. Diety okazują się nieskuteczne, do systematycznych ćwiczeń brakuje czasu i cierpliwości – temat wraca jak bumerang, a my pocieszamy się, ze mamy genetyczną tendencję do tycia. 

Klucz do rozwikłania tematu leży jak zwykle w psychice. To naczelny komputer naszego organizmu wydaje polecenie, aby chronić nas, czy tez nasze ciało, obudowując je dodatkową warstwą tkanki tłuszczowej. Im większe zagrożenie, im bardziej długotrwałe, im mocniej zakodowane – tym większa nadwaga. Zapasy tłuszczu jak wał przeciwpowodziowy oddzielają nas od otaczającego świata.

Powodem nadwagi jest także niskie poczucie własnej wartości i krytykowanie siebie. Niska samoocena powoduje, ze boimy się – choćby podświadomie – innych ludzi, boimy się krytyki, odkrycia naszych słabych stron, ośmieszenia. Jest to także wystarczający powód, by zabezpieczać ciało dodatkowymi centymetrami. Szczególnie na poziomie talii, gdzie symbolicznie znajduje się sfera relacji z innymi.

Jeśli skupimy się na symbolice, to warto podkreślić, że otyłość w sferze seksualnej, będzie tworzeniem tarczy ochronnej dotyczącej naszego życia intymnego. Oznacza to, że niepewność i kompleksy lokują się  w tej właśnie dziedzinie życia. Podobnie najbardziej obfita tkanka tłuszczowa na poziomie ramion będzie odpowiadała za lęki i słabości w sferze działania. W ten sposób dostajemy niejako pewne potwierdzenie, że tam gdzie jest w nas najmniej pewności i siły, tam pojawia się tkanka tłuszczowa jako tarcza ochronna, mająca na celu zabezpieczyć nas przez niebezpieczeństwem z zewnątrz. To „tylko” symbolika, ale jeśli nauczymy się ją odczytywać, świat odkryje przed nami swoje tajemnice.

Aby uzupełnić wszystkie możliwe przyczyny otyłości, trzeba jeszcze wspomnieć o braku spełnienia i tęsknocie za oparciem. Czyli innymi słowy o lęku przed samotnością, bezsilnością, koniecznością radzenia sobie samotnie z najtrudniejszymi sprawami. Ponadto psychicznym powodem zabezpieczania się naszego organizmu za pośrednictwem nadprodukcji tkanki tłuszczowej jest też lęk przed uczuciami. To mógłby być temat rzeka, więc ograniczę się tylko do wymienienia tej przyczyny.

Jeśli przyjmiemy wyżej wymienione czynniki, jasnym się staje, że żadne diety ani inne „cudowne sposoby” nie mogą okazać się skuteczne. Dieta może zadziałać na krótki czas, najwyżej na parę tygodni, potem jednak główną siłą kształtującą nasze ciało będzie podstawowy wzorzec tkwiący w psychice. Jeśli wzorcem tym są nasze silne lęki i kompleksy, to organizm w celach ochronnych zostanie obudowany warstwą tkanki tłuszczowej bez względu na stosowane diety i głodówki.

Ponadto uprzedzam, że stosowanie głodówek grozi jeszcze jednym uwarunkowaniem: mianowicie organizm, który przeżył okres głodu może wytworzyć w sobie tendencje do zabezpieczenia się na przyszłość przed głodem. A w jaki sposób? Oczywiście tworząc zapasy… w formie nadwagi.

Wynika z tego w sposób oczywisty, że by zlikwidować otyłość, należy odnaleźć i usunąć przyczynę, czyli zastanowić się, co jest źródłem lęku, a następnie pozbyć się tego za pomocą psychoterapii czy jakiejkolwiek innej metody. Nie musze chyba nikogo przekonywać, że należy przede wszystkim likwidować przyczynę, a nie skutek. Zatem same diety i ćwiczenia fizyczne nie spełnią tego zadania, choć na pewno uprawianie sportów i odpowiednia gimnastyka przyniosą inne korzyści. Aktywny tryb życia przyda się też na pewno, aby utrzymać zdobytą zgrabną sylwetkę i sprawność fizyczną.

Kompleksowe odchudzanie powinno zawierać metody kodujące pozytywnie nasz umysł i podświadomość. W nowym wzorcu powinny pojawić się nie tylko elementy dotyczące naszego szczupłego wyglądu, ale również afirmacje i wizualizacje związane z rozwijaniem bezpieczeństwa w konkretnej dotyczącej nas dziedzinie. Warto też ustawić na bieżąco sposób swojego myślenia zgodnie z zasadą: „myśl kreuje rzeczywistość”. Jeśli zjadając ciastko będziemy odczuwać wyrzuty sumienia i w duchu liczyć, ileż to przytyjemy, to bez wątpienia… przytyjemy. Nasze ciało wykonuje bez wahania większość naszych poleceń przekazywanych w formie lęku…

Na koniec ostatnia uwaga… Nasz organizm jest mądry i wie, czego potrzebuje. Warto zacząć go słuchać. Słuchanie organizmu oznacza, ze powinniśmy jeść to, na co akurat mamy smak. Oczywiście mam tu na myśli pewien smak, który przychodzi sam z siebie – nie wtedy, kiedy jesteśmy strasznie głodni lub buszujemy po cukierni i patrzymy na wspaniale wyglądające ciasta i torty.

Pojawiający się sam z siebie apetyt na jakąś potrawę jest informacją, czego chce nasze ciało. Jeśli np. mamy smak na rybę, to najwidoczniej organizm potrzebuje fosforu czy innych zawartych w rybie składników. Niestety własnego ciała słuchają tylko kobiety w ciąży. Reszta ludzkości bawi się wymyślaniem różnych dziwnych i nikomu niepotrzebnych diet. Dla mnie logicznym wydaje się fakt, że słuchanie swoich smaków i apetytów pozostaje w o wiele większej harmonii z naszym organizmem niż wynalazki typu „dieta zgodna z grupa krwi”.

Podam przykład z życia wzięty. Otóż pewna pani miesiąc przed planowaną operacją nabrała apetytu na barszcz czerwony, za którym nigdy nie przepadała. Smak pojawił się nagle i nie znikał, pomimo że często jadła ową potrawę. Towarzyszył jej do terminu zgłoszenia się do szpitala oraz przez dwa miesiące po operacji, potem zniknął bezpowrotnie i obecnie Pani ta znowu nie lubi barszczu. Dodam tylko, że w szpitalu przez krótki okres miała anemię pooperacyjną, dostawała krew – a przecież każdy z nas wie, że barszczyk czerwony posiada działanie krwiotwórcze. A przynajmniej tak głosi plotka.

Organizm ludzki jest genialny. Wie lepiej od najlepszego dietetyka, co jest nam potrzebne. I jak wskazuje podany przykład – wie z wyprzedzeniem…

Bogusława M. Andrzejewska

Ludzie

Nikt z nas nie jest samotną wyspą. Żyjemy w społeczeństwie, przeglądając się w oczach innych i określając samych siebie poprzez pryzmat budowanych relacji. To właśnie relacje są jednym z najważniejszych czynników naszego rozwoju, ponieważ określają emocje, inteligencję i umiejętności interpersonalne. Każdy, kogo spotykamy na swojej drodze, zostawia w nas trwały ślad, nawet jeśli jest to całkiem przelotny kontakt.

Pisząc o relacjach, wspomniałam o tym, jak ludzkie postawy pomagają nam odkryć w sobie wzorce wymagające uzdrowienia. Tym razem chciałabym zwrócić uwagę na trochę inny aspekt – na Prawo Przyciągania obecne wszędzie, także w tym, co łączy i dzieli różnych ludzi. Zazwyczaj przejawia się ono w ten sposób, że manifestuje się przed nami to, na czym skupiamy myśli. Jeśli w innych ludziach widzimy głównie dobro, to są oni dla nas co najmniej uprzejmi. Jeśli wiecznie innych krytykujemy, to nie bądźmy zdziwieni, że spotykamy na swojej drodze osoby niemiłe i konfliktowe.

Dostrzeganie w ludziach ich wewnętrznego piękna ma i tę zaletę, że rozwija w nas to, co podziwiamy. Zgodnie z zasadą, która mówi o tym, że zasilamy to, na czym skupiamy uwagę, działa to w obrębie naszych cech osobistych. Kiedy w dobrych emocjach myślimy o kimś, że jest inteligentny, mądry, życzliwy, interesujący, błyskotliwy – to w nas wzrastają takie właśnie cechy. Łatwo się domyślić, jaki proces uruchamiamy, kiedy ze złością oceniamy kogoś jako debila czy idiotę…

Nasze spojrzenie na innych bywa subiektywne – to jasne. Ale można się postarać, by ów subiektywizm wypływał z naszych najlepszych wartości. Kiedy jesteśmy w przepływie, kiedy łączymy się z Najwyższym Źródłem, wówczas patrzymy na siebie i innych oczami naszego Wyższego Ja – lub jak kto woli z poziomu czystej świadomości, spoza ego – poprzez pryzmat bezwarunkowej miłości. Dlatego też osoby, które systematycznie medytują lub praktykują tę miłość, umieją bez problemu zobaczyć w drugim człowieku prawdziwe Światło. To bardzo pomaga.

Sami też powinniśmy być niezależni od opinii innych. Właśnie dlatego, że kiedy ktoś nas krytycznie ocenia czy poniża, najczęściej sam jest bardzo daleko od Źródła. Jest w dysharmonii, a więc sam potrzebuje pomocy. Wiele osób zna tę zasadę i spontanicznie reaguje na atak słowami: „mówisz o sobie”. Tak jest w istocie. W emocjach wyrażamy najczęściej własny ból i kiedy kogoś rugamy to właśnie po to, by odwrócić uwagę od swojego cierpienia. Szczera krytyka, która przecież czasem jest potrzebna, zostaje wyrażona na zupełnie innej energii. Mówimy wówczas z sympatią: „lubię cię (kocham), ale wolę, kiedy robisz to inaczej, a ta opcja mi się nie podoba”. Człowiek, który nie przenosi swoich problemów na innego, podkreśla swoją akceptację dla takiej osoby, a skupia się na przedmiocie, czynności, sposobie załatwienia czegoś. To nie powoduje konfliktów, jest tylko spokojną dyskusją o danej sytuacji.

Prawdę mówiąc nie warto uzależniać się od żadnej oceny – ani dobrej ani złej. Żyjemy tu dla siebie, a nie po to, by innych zadowalać. Najważniejsze jest szukanie własnej unikalnej drogi i samorealizacja. Dobrze jest, kiedy działamy w harmonii z własnym sercem. Inni ludzie powinni szukać swojego szczęścia w sobie, a nie w nas. Dostrojenie do Najwyższego Źródła jest dostępne dla wszystkich, nie tylko dla wybranych. Każdy ma wszystko wewnątrz siebie, nie jesteśmy niezbędni dla nikogo. Każdy ma też swój własny program.

Nawet wtedy, kiedy staramy się komuś nieść pomoc, trzeba to robić w oparciu o nasze najlepsze aspekty i zgodnie z zasadami, o których tu mówimy. To oznacza, że podając rękę komuś, należy widzieć w nim Światło, moc i wartość. Pomagajmy z radością i entuzjazmem, że oto możemy twórczo wzbogacić czyjeś doświadczenie. Kiedy kierujemy się litością, samą myślą zaniżamy tej osobie energię. Kiedy wrzucając grosz żebrakowi do kapelusza, myślimy o tym, jakiż to nędzny i biedny człowiek, nasze myśli zasilają jego stan. Dlatego każdy gest wsparcia powinien wypływać z miłości bezwarunkowej, a nie z pozycji przewagi nad kimś.

Podobnie współczucie, polegające na ubolewaniu nad czyimś nieszczęściem, nie pomaga energetycznie. Lepiej jest pomyśleć, że ten człowiek jest mądry, silny i doskonale sobie poradzi. To działa. Doświadczam tego, kiedy zamiast się zamartwiać trudnymi sprawami, na które nie mam wpływu – ufam mocy Najwyższego Źródła. W każdym drzemie cząstka boskości – nazywana Wyższym Ja, Indywidualną Mocą, Wewnętrznym Źródłem. Odwołuję się do tej mocy i powtarzam spokojnie: „on/ona da sobie radę, przecież jest częścią Źródła”. To lepsze niż litowanie się nad kimś i obawianie, że dojdzie do dramatu. I wtedy właśnie Wszechświat udowadnia mi, że mam rację i ta osoba pokonuje wszystkie przeszkody. Życie jest piękne.

Najtrudniej nam poradzić sobie z akceptacją negatywnego zachowania innych. Czasem to rzeczy tak oczywiste, że nie podlegają żadnej dyskusji – np. przemoc wszelkiego rodzaju. Warto sobie uświadomić, że takie doświadczenie jest nam potrzebne, skoro się pojawia. Jeśli dotyka nas, to głównie po to, byśmy uzdrowili w sobie błędny wzorzec. Ale pozwala też określić nam Kim w Istocie Jesteśmy. Gdybyśmy żyli w raju, nie byłoby mowy o rozwoju, bo nie byłoby żadnego wyboru. Ciemna strona istnieje po to, by dawać nam prawo podejmowania decyzji. Najprostszym przykładem może być surowy ojciec, który bezlitośnie leje swoje dzieci pasem za najdrobniejsze przewinienie. Wierzy, że w ten sposób wychowuje je na porządnych ludzi. Takie dziecko, gdy dorasta może podjąć decyzję, że będzie tak samo postępować wobec swoich potomków. Ale może też obiecać sobie, że nigdy nie podniesie na nikogo ręki, bo jest to skrajnie złe. Może wychowywać swoje dzieci w miłości. Może założyć stowarzyszenie przeciwko przemocy lub współorganizować międzynarodowy ruch na rzecz pokoju. Może stać się psychologiem lub duchowym nauczycielem. Możliwości ma tysiące, lecz za każdym razem punktem wyjścia będzie trauma płynąca z bycia bitym w dzieciństwie. Domniemywam, że bez tej traumy strefa komfortu poprowadziłaby takie osoby do spędzenia nudnego życia na działkowym grillowaniu. To z najtrudniejszych doświadczeń często wyrastają najpiękniejsi ludzie, bo mocny szlif wydobywa z diamentu najwspanialszy blask.

Pamiętajmy o tym, że spokojna akceptacja drugiego człowieka z jego odmiennością poglądów i świadomością ubóstwa jest oparta na rozumieniu jego zagubienia i oderwania od wewnętrznej harmonii i nie ma nic wspólnego z popieraniem negatywnego zachowania czy jakichś destrukcyjnych poglądów. W takim momencie nie potępiamy nikogo, nie użalamy się nad nikim, tylko skupiamy na połączeniu z Najwyższym Źródłem. Według duchowych nauczycieli spotkanie człowieka, który niewłaściwie postępuje jest dla nas pytaniem: “Kim w Istocie Jesteś”. Odpowiedź znajduje się we wnętrzu naszych serc i odkrywamy ją, jeśli tylko pozwolimy sobie wejść w tę przestrzeń i zanurzyć w bezwarunkowej miłości. Jest to też automatyczne budowanie energetycznej przeciwwagi dla niewłaściwych uczynków czy słów, które padają ze strony takiej osoby.

Warto tutaj podkreślić, że szczęście nosimy w sobie. Możemy być więc całkowicie niezależni od zewnętrznych czynników. W tym także od ludzkich zachowań i cudzej akceptacji. Nie można być uwarunkowanym od czegoś na zewnątrz nas. Jeśli nie będziemy umieli być zadowoleni bez słodkich pochwał i wyrazów podziwu dla nas, to będziemy także emocjonalnie reagować na negatywną ocenę innych. A nie musimy. Wystarczy sobie uświadomić, że dobre słowa płyną do nas od ludzi harmonijnych, którzy jak lustra odbijają naszą więź z Najwyższym Źródłem. Natomiast atakowani jesteśmy przez takie osoby, które nie mają kontaktu ze swoją wewnętrzną boskością, są nieszczęśliwi i zagubieni. W relacjach z nimi dostrajamy się do bezwarunkowej miłości wewnątrz nas. Co absolutnie nie oznacza nadstawiania drugiego policzka, a jedynie spokój i umiejętność odszukania swoich najwyższych wartości.

Często powtarzam, że droga do materialnego spełnienia jest zależna od umiejętności poczucia tego spełnienia w sobie. Kiedy ktoś ma poczucie bogactwa, zdrowia i bycia kochanym, to przyciąga to wszystko do siebie. Podobnie z ludźmi: wierząc w ich dobro, przyciągamy do swojego życia miłe i serdeczne osoby. Krytykując wszystkich dookoła – otwieramy się na najazd agresorów i stałe konflikty. To takie proste. Można mieć nad tym kontrolę.

Bogusława M. Andrzejewska

Tolerancja

Tolerancja to dla mnie umiejętność spojrzenia na sytuację oczami innej osoby, a szczególnie takiej osoby, której ogląd świata znacznie różni się od mojego. To świadomość różnic pomiędzy ludźmi i dawanie sobie wzajemnie prawa do własnych decyzji. To zakreślanie własnej przestrzeni w taki sposób, by nie krzywdzić innych i tworzyć wzajemnie harmonijne współistnienie. To wreszcie szacunek dla tego, co odmienne i niekoniecznie zgodne z moimi oczekiwaniami.

Każdy doskonale zna definicję tego słowa i wydawałoby się, że to najprostszy temat pod słońcem. Tymczasem bycie tolerancyjnym okazuje się trudniejsze niż myślimy. Rozsądek podpowiada, że każdy ma prawo funkcjonować tak, jak chce, o ile nikomu nie czyni krzywdy. Nawykowe reakcje popychają nas w stronę nawracania, krytykowania, wyśmiewania i pogardy. Potykamy się na drobiazgach i w tych właśnie drobiazgach tkwi największa pułapka nieumiejętności zaakceptowania odmienności.

Wystarczy odrobina inteligencji, aby umieć spokojnie potraktować fakt, że ktoś znajomy jest innego wyznania. Mieszanka ciekawości i zdziwienia zastępuje niechęć i z prawdziwym zainteresowaniem poznajemy inne spojrzenie na świat. Obserwuję często, jak katolicy dyskutują z buddystami, nie po to, by kogokolwiek nawracać, ale by poznać inny światopogląd. Ludzie zaczynają rozumieć, że wszystkie ścieżki prowadzą do tego samego celu. Możemy spokojnie akceptować inne tradycje czy inną kulturę, zachowując własny unikalny ogląd świata całkowicie nienaruszony. Tylko fanatycy religijni stawiają wszystko na głowie, jednak nie chcę tu pisać o patologii, lecz o naszej naturalnej codzienności.

W tej właśnie codzienności zaczyna czasem brakować dystansu do świata. Oto banalna historyjka. Ewa i Adam pracują w tej samej firmie. Ewa jest punktualna, odpowiedzialna i pracowita. Adam, inteligentny i kreatywny, ale roztrzepany, wiecznie się spóźnia. Kiedy po raz kolejny wpada zdyszany do biura 20 minut po czasie, Ewa złośliwie mu dogaduje.

– Jak zwykle spóźniony! Korona z głowy by ci spadła, gdybyś chociaż raz był na czas. Jesteś okropny! Nie wiem, jak twoja żona z tobą wytrzymuje. Ja bym takiego zachowania nie tolerowała.

Ewa cierpi z powodu trudnych emocji, a tolerować owszem potrafi, ale uzasadnione zachowania i tylko w wielkiej sprawie:

– Dlaczego mam tolerować niedbalstwo i lenistwo? Jeśli ja mogę wstać wcześniej, by zdążyć na czas, to Adam też może się wysilić.

Otóż Ewa racji nie ma. Osoby, które zawsze się spóźniają, noszą w sobie wzorzec, który wymaga rozsądnej terapii. Nie wystarczy wstać wcześniej. Matryca podświadomości działa niezawodnie i postawi Adamowi na drodze tyle przeszkód, że nawet jeśli wyjdzie z domu pół godziny wcześniej niż zwykle i tak się spóźni. Nie wystarczą zatem same szczere chęci. Oczywiście Adam może popracować nad zmianą wzorca i zacząć przychodzić punktualnie, ale przyczyną awantury nie jest jego spóźnienie. W tym samym biurze pracuje Anna. Widzi wbiegającego po czasie Adama i tylko się uśmiecha. Jej to wcale nie przeszkadza. Anna jest tolerancyjna. Mówi:

– Widać inaczej nie potrafi. Biedny Adaś, stale w pośpiechu…

Dlaczego Ewa nie potrafi w ten sposób spojrzeć na kolegę? Powodów może być wiele. Poczynając od trudnego dzieciństwa, kiedy to karcono ją za całkiem drobne przewinienia, przez poczucie winy  lub niskie poczucie wartości i próbę odwrócenia uwagi od siebie, a na zwykłej zazdrości kończąc. Zazdrość owa bierze się z postrzegania swojego działania jako lepszego i niezupełnie docenianego. Bo Ewa codziennie jest przed czasem i wszyscy traktują to normalnie, nikt jej za to brawa nie bije. A Adam się spóźnia i jest traktowany tak samo przyjaźnie – to przecież niesprawiedliwe.

Często nie umiemy być tolerancyjni właśnie wtedy, kiedy sami czujemy się niedoceniani i niekochani. Tak bardzo staramy się być w porządku, pracujemy ciężko, wstajemy wcześnie, rezygnujemy z przyjemności, by tylko zasłużyć na pochwałę i… nie dostajemy jej. Stawia się nas w jednym rzędzie z leniwymi spóźnialskimi. Jak w wielu podobnych przypadkach projektujemy nasze rozczarowanie na tych, którzy mniej się starają od nas. Ustalamy też moralne prawa i zasady: to jest złe, a to dobre. Tak należy, tak nie wolno. I z góry zakładamy, że proponowane przez nas warunki są sprawiedliwie, bo to przecież oczywiste – spóźnianie się jest złe! To my jesteśmy tymi dobrymi.

A co by było, gdyby odwrócić sytuację i założyć Klub Tylko Dla Spóźnialskich z wielkim napisem: Punktualnym wstęp wzbroniony? Jak byśmy się poczuli, ze świadomością, że nasze cechy czy działanie, czy nawyki dyskryminują nas w oczach innych ludzi i jesteśmy przez nich postrzegani jak gorszy gatunek? To tylko metafora, ale potępiając innych pamiętajmy, że my też każdego dnia oczekujemy akceptacji i chcemy czasem, by ktoś przymknął oko na nasze słabości. Nawet, jeśli uważamy, że jesteśmy bardzo porządni i uczciwi, to nasz sposób życia, bycia, a nawet nasz śmiech czy głos może być dla innych nieładny i nieciekawy. Wówczas to inni tolerują naszą obecność. Myślę, że tego typu spojrzenie na sytuację pomaga w zrozumieniu, czym naprawdę jest tolerancja.

Bardzo charakterystycznym przykładem może tu być też palenie papierosów. Palacze są najbardziej tępieni przez takie osoby, które wcześniej same paliły i udało im się pokonać nałóg. Nie mają litości dla palacza, rzucając mu na głowę koronny argument: ja paliłam i rzuciłam, to Ty też palić nie musisz. Tymczasem osoby niepalące, choć unikają dymu, umieją być bardziej tolerancyjne, jakby rozumiejąc, że osobie uzależnionej jest bardzo trudno wstrzymać się od przyswojenia codziennej porcji nikotyny.

Takich przykładów znajdziemy oczywiście więcej. Zawsze są to drobiazgi, pozornie niewarte wzmianki, a jednak mogące doprowadzić niektóre osoby do prawdziwej furii. Podpowiem, że w takim przypadku bardzo pomaga podniesienie poczucia wartości. Wysoka samoocena sprawia, że negatywne emocje znikają jak ręką odjął. Osoba, która kocha siebie i jest zadowolona z własnych osiągnięć, nie porównuje się ze spóźnialskim kolegą. Nie traci też energii na ocenianie go w jakikolwiek sposób. A jeśli kiedyś rzuciła palenie, to jest z siebie dumna, bo zrobiła to dla siebie, dla własnego dobra, a nie dla chwały. Na innych palaczy patrzy ze współczuciem, bo wie, co przeżywają i jest jej ich żal. Na złość i potępienie miejsca tu nie ma.

Tolerancja to piękna cecha. Pozwala nam patrzeć na drugiego człowieka oczami pełnymi akceptacji. Sprawia, że całym sobą odczuwamy fakt bycia Jednością w Wielości. Jest to też rzadki dar rozumienia, że to co inne, nie musi być złe. Jest to też zdecydowanie krok w stronę odejścia od dualizmu. Kiedy nie wartościujemy, nie musimy się zastanawiać, czy coś jest dobre czy niedobre. Nie musimy kombinować czy wolno nam to tolerować, czy należy tępić. Akceptujemy, skoro zaistniało. Po prostu jest. Jak deszcz. Jak słońce. Jak tęcza w deszczu.

Bogusława M. Andrzejewska

Chwila

Któregoś dnia przeczytałam informację, że według najnowszych badań pracy mózgu, czas trwania emocji od wywołującego ją bodźca, do wypłukania związanych z nią neurotransmiterów, nie przekracza 90 sekund. To oznacza, że sama emocja, jeśli nic z nią robić nie będziemy, wygaśnie po krótkiej chwili. Jest w istocie jak motyl, który przysiadł na rękawie płaszcza i sam odlatuje. Często porównuję emocje do takiego motyla.

Jest to też potwierdzenie, że emocje nie zostały nam dane za karę. Nie są dopustem, który zmusza nas do ciągłego cierpienia. Emocje to drogowskazy do uzdrowienia konkretnego wzorca. Jak widać 90 sekund wystarczy, by zwrócić naszą uwagę na ważny temat. Oczywiście, kiedy już zauważymy emocję, to warto zająć się w wolnej chwili odszukaniem właściwego kodu, który wymaga zmiany na inny taki, który będzie nam lepiej służył, przyciągając tylko dobre doświadczenia.

Ma to też znaczenie dla psychosomatyki. Choroby są wywoływane tymi emocjami, które w nas się rozgoszczą na dłużej. Jeśli przez moment poczujemy złość na coś i zaraz nam to mija, nie ma to wielkiego wpływu na zdrowie. Mamy prawo doświadczać całej gamy uczuć i określać samych siebie wobec świata i ludzi. Oczywiście negatywna emocja zaburza pracę komórek, co zostało już udowodnione ponad wszelką wątpliwość przez Bruce’a Liptona, ale jeśli trwa krótko, cząsteczki naszego ciała wracają do normy i nie pociąga to za sobą żadnych konsekwencji. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy emocja trwa długo lub wracamy do niej często. Wówczas nasze ciało fizyczne jest poddawane wyzwaniu, które polega na tym, że komórki funkcjonują często lub stale w ekstremalnie szkodliwych warunkach. Ulegają wówczas uszkodzeniu, co my postrzegamy jako chorobę.

Warto w tym miejscu podkreślić, że ta “chwila”, w której trwa emocja jest w istocie czysto naukową teorią, którą trudno wykorzystać w praktyce. Nasza natura jest tak skonstruowana, że emocja pozostaje w nas dłuższy czas. Nie znika wcale. Mówiąc obrazowo, najczęściej pozwalamy, by ten motyl siedział nam na rękawie, nie chcemy go w żaden sposób odgonić. Obserwuję, że trwanie w emocji jest czymś naturalnym dla większości z nas. Znam doprawdy niewiele osób, które machają ręką i mówią: “nie warto się przejmować”. Przejmowanie się jest obowiązującą powszechnie zasadą, jakże często myloną z odpowiedzialnością. Mamy XXI wiek, a ciągle jeszcze spotykam się z mitem, że dojrzałość to troska i martwienie się. Nie zgadzam się z tym, ale moje stanowisko nie należy do tych popularnych.

Na trwanie w emocjach na pewno wpływają też inne czynniki. Na przykład hormony. Kto doświadczył smaku adrenaliny, wie, o czym próbuję powiedzieć. Ludzie agresywni, którzy szybko wpadają w złość, zauważają, że gniew potrafi napędzać i dodawać siły. Osoby zdradzone i skrzywdzone wolą złość niż żal, ponieważ rozpacz zabiera energię, a gniew wzmacnia. To oczywiście w pewnej mierze iluzja, ponieważ w efekcie złość pozbawia nas zdrowia, a zastrzyk sił jest długiem zaciągniętym z zasobów, które wcale nie są nieograniczone. Złość nie czerpie z wszechświata, jak miłość, lecz z naszych własnych zapasów. Każdy organizm ma taki zbiornik schowany na wypadek niebezpieczeństwa czy zagrożenia życia. W sytuacji krytycznej, choćbyśmy padali na nos ze zmęczenia, adrenalina stawia nas na nogi i pozwala biec z dużą szybkością lub odepchnąć silniejszego napastnika. Silny gniew jest podbieraniem energii z takiego właśnie zasobu, dlatego często daje poczucie przyjemności i mocy. Kiedy jednak opadnie, czujemy się jeszcze bardziej wyczerpani.

Podobnie działają inne emocje. Każdy, kto kiedykolwiek płakał gorąco do utraty sił, doświadczył miłego działania endorfin, które dostajemy jako lekarstwo na smutek. Po płaczu czujemy się zazwyczaj lepiej, lżej, jakbyśmy byli na specyficznym “haju”. Nasza podświadomość to zapamiętuje, dlatego popycha nas w stronę silnych emocji, by doświadczyć błogiego działania adrenaliny czy endorfin.

Innym, często spotykanym powodem tkwienia w niekorzystnych dla nas emocjach jest taki specyficzny bezwład, czyli działanie wbrew rozsądkowi i poddawanie się temu, co w nas szaleje. Na trudnym przykładzie kobiety, która dajmy na to, zostaje porzucona z małym dzieckiem, możemy zobaczyć wyraźnie, jak emocje w niej eskalują. A przecież wiadomo, że złość czy rozpacz nie zapewnią dziecku jedzenia ani nie sprawią, że nieodpowiedzialny partner wróci do domu. Po co zatem ulegać takim emocjom? Czy nie lepiej posłuchać dobrej muzyki? Poszukać sobie ciekawego zajęcia? Pójść na randkę, by nie myśleć o samotności i nie odczuwać jej skutków? A jednak zamiast tego, widzimy cały ogromny wachlarz najtrudniejszych emocji, które niczemu nie służą.

One są i będą, bo ktoś, kto uznał, że został skrzywdzony, wchodzi świadomie w cykl doświadczania psychicznego bólu. W zależności od natury przeżywać będzie więcej żalu lub więcej złości, a najczęściej naprzemiennie obie te emocje. Pomimo całej wiedzy psychologicznej nie jesteśmy w stanie zatrzymać rozpędzonego raz pociągu uczuć, dopóki nie doświadczymy wszystkich barw cierpienia. Po co? Każdy odpowie: po nic, to się po prostu dzieje samo. Na tym polega człowieczeństwo. Gdyby kobieta w takiej sytuacji wzruszyła ramionami i zajęła się tym, co sprawia jej radość, gdyby się po prostu uśmiechała, jak radzi pozytywne myślenie  i postępowała tak, jakby nic się nie stało, zostałaby nazwana osobą niespełna rozumu. Jest tu zatem element dopasowania się do społecznych oczekiwań, ale jest i nawyk reagowania zgodnie z tym, co spontanicznie przychodzi.

Nie ma w tym nic złego. To jest ludzkie, by przeżywać emocje, także te trudne. Z całą pewnością zdrowsze jest doświadczanie ich, niż tłumienie, to też nie ulega wątpliwości. Reagujemy tak wszyscy od lat. Właśnie dlatego naukowe odkrycia, że po 90 sekundach możemy wyjść z emocji, nie są wiele warte w praktyce. Chcemy przeżywać nawet wtedy, kiedy posiadamy wiedzę o tym, że takie emocje niczemu nie służą. Bo one służą. Nam. Pozwalają doświadczać i przeglądać się w sobie i swoich uczuciach. Rozpoznawać siebie. Często bywają też inspiracją dla sztuki. Im więcej bólu, tym piękniejszy i głębszy wiersz, bardziej poruszająca muzyka. To wszystko ma sens. Potrzebujemy naszych emocji w pełni.

Jest jeszcze jeden element, który utrudnia odejście od emocji w minutę, a którego absolutnie nie popieram zaciekłość. Wiele osób świadomie nie chce odpuścić, lecz nakręca się negatywnymi emocjami, uzasadniając to bzdurnym zupełnie powodem: “przecież nie można na to pozwolić”. Argument bez sensu. Nasze emocje nie mają nic wspólnego z naszym światopoglądem, wyborami czy priorytetami. Możemy podejmować dowolne decyzje i wcale przy tym nie wchodzić w złość czy żal. Możemy wierzyć, w co chcemy i robić, co chcemy bez negatywnych emocji. Naprawdę. Szkoda, że nikt tego nie chce dostrzec i wykorzystać dla swojego dobra.

Najbardziej wyraźnie widać to wtedy, kiedy ktoś ma inne zdanie. Ileż to razy wchodzimy w gniew tylko dlatego, że ktoś ma inne poglądy, popiera innego polityka lub drwi z naszego ulubieńca? A przecież wiemy, że każdemu wolno myśleć po swojemu i mieć swoje upodobania. Nie mamy na to wpływu. A jednak często bywa, że nie chcemy odpuścić zaciekłej dyskusji tylko po to, by sobie pokrzyczeć i potupać wyłącznie dlatego, że ktoś się z nami nie zgadza. Wszystkim, którzy miewają taki problem, polecam przerobienie ważnej lekcji pod nazwą tolerancja. Warto nauczyć się dawać innym prawo do własnego zdania.

Podobnie bywa w przypadku konfliktów. Zdarza się, że ktoś nas oszuka, okradnie, porzuci lub w inny sposób wyrządzi nam przykrość. Ważne, by zrozumieć lekcję i odpowiedzieć sobie na pytanie, czym to przyciągnęliśmy i co możemy w sobie uzdrowić, by tego więcej nie doświadczać. Nie ma potrzeby przy tym zanurzać się po uszy w trudnych emocjach. A jednak robimy to i kiedy ktoś nam powie: “odpuść, zapomnij“, to krzyczymy: “nigdy, to niedopuszczalne“. Bardzo często odejście od niepotrzebnych emocji traktujemy, jak akceptację tego niegodnego zachowania. Uważamy, że skoro ktoś uczynił coś nieetycznego, to należy odczuwać gniew i koniec! W takim przypadku polecam wszystkim lekcję wybaczenia.

Może nas skutecznie zmotywuje wiedza o szkodliwości negatywnych emocji, właśnie tych, którym dajemy paliwo pełnymi złości i żalu myślami? Świadomość, że z takich uczuć biorą się rozmaite choroby, powinna nas wyhamować w zaciekłości, bierności i pozwalaniu na to, by lawina niekorzystnych odczuć przelewała się przez nasze ciało. Emocje są nakręcane myślami, a nad myślami powinniśmy mieć kontrolę. Przecież potrafimy. Zamiast rozkminiać stare krzywdy czy niewłaściwe poglądy innych, można skupić się na przyjemnej stronie życia. I to całkiem świadomie, wybierając najpiękniejsze aspekty naszego istnienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zawiść i zazdrość

Zawiść jest bliska zazdrości, jednak zdaniem psychologów o wiele gorsza. O ile zazdrość o to, że ktoś ma coś ładniejszego bywa motywacją do zdobywania podobnej rzeczy dla siebie, o tyle zawiść jest destrukcyjna i prowadzi do niszczenia tego, czego zazdrościmy innej osobie. Mamy tu najczęściej do czynienia z bezpodstawnym atakiem. Zwykle łączy się z głębokim przekonaniem, że obiekt naszych westchnień jest poza naszym zasięgiem. Jest też oporna w terapii, ponieważ zawistna osoba nie potrafi przyjąć dobra. Chce je odrzucić i zniszczyć. Podobnie jak odrzuca życzliwych sobie ludzi, tylko dlatego, że uważa ich za lepszych od siebie.

To emocja, która najbardziej mnie zadziwia. Głównie dlatego, że nigdy jej nie doświadczyłam, najczęściej przyglądam się innym i próbuję zrozumieć, dlaczego tak działa. Mój przywilej bierze się z dzieciństwa miałam cudownego, kochanego brata, a moi rodzice uczyli nas wzajemnego dzielenia się i starali się jednakowo traktować nas oboje. Mój brat był moim wielkim przyjacielem, nie mogłam więc czuć zazdrości, bo sama przychyliłabym mu nieba. Ponadto los sprawił, że życie ciężko go doświadczyło i to on mógłby mi pozazdrościć zdrowia, a nie ja jemu czegokolwiek.

Miałam też dobre doświadczenia w szkole byłam lubiana, świetnie się uczyłam i umiałam cieszyć się tym, co posiadam. A przecież byli wokół mnie lepsi ode mnie. Moja przyjaciółka z jednej ławki była wyjątkowo utalentowana plastycznie. Malowała i rysowała tak pięknie, że wszyscy nauczyciele stawali koło niej z zachwytem i zamawiali rozmaite dekoracje klasowe. Podziwiałam ją, przyjaźniłam się z nią i uważałam jej talent za niekwestionowany, ale i zupełnie oczywisty. Ktoś inny w klasie był znakomity z matematyki, ktoś jeszcze inny był prymusem i zbierał same najlepsze oceny, ktoś podróżował z rodzicami po świecie, ktoś miał cudnego psa, a ja…. pisałam ładne wypracowania. Miałam swój talent i nie zazdrościłam nikomu niczego, rozumiejąc, że każdy coś ma, każdy coś potrafi. Tak mnie nauczono i wychowano. To mój wielki dar od losu i od moich rodziców.

Opisuję tu swoje dzieciństwo, bo to jest czas, kiedy w ludziach kształtuje się tendencja do tej paskudnej emocji. Oczywiście jak każda emocja ta też może być pożytecznym drogowskazem do rozwoju. Zanim jednak ktokolwiek zajmie się tym rozwojem, najpierw sieje wokół siebie potworne spustoszenie. A my doświadczamy potem dziwnych rzeczy. Chociaż sama nie zazdrościłam nikomu, to jednak odsunęły się ode mnie bez powodu osoby, którym zawiść nie pozwoliła być ze mną w przyjaźni. To ich lekcja, nie moja, ponieważ we mnie nie wywołało to żadnych emocji, a co charakterystyczne te osoby po prostu zniknęły z mojej przestrzeni, nie atakując mnie w żaden sposób otwarcie. Zrozumienie tego zniknięcia przyszło z czasem, kiedy dotarły do mnie ich wypowiedzi i zachowania. Stąd też moje wielkie zainteresowanie tą dziwną dla mnie emocją.

Obserwuję często sytuacje, w których zawiść koduje się w ludziach właśnie wtedy, kiedy rodzice wyróżniają innego malucha. To ten pierwszy moment poczucia odrzucenia, który rozrasta się czasem w paskudne uczucie zawiści. Dziecko zawsze łaknie miłości i jeśli rodzic nie ma dla niego czasu, bo zajmuje się młodszym bratem lub siostrą, to utrwala się w nim silny ból, który potrafi trwać przez całe dorosłe życie.  Jednak oprócz bólu, rodzi się też potrzeba walki o stracone zainteresowanie, które przejawia się atakowaniem rodzeństwa. To “bardziej kochane” maleństwo staje się wrogiem, a nie przyjacielem, jakim być powinno. Jakie to przykre, nienawidzić własnego brata czy siostry.  Dodać tu warto, że w dorosłym życiu przenosi się tę agresję na dowolnych innych ludzi w pracy, w rodzinie, wśród znajomych.

Ale przyczyną może być też porównywanie z innymi, czasem nawet z obcymi dziećmi. Jedna z moich znajomych ma rodziców, którzy nie umieli jej pochwalić za całkiem niezłe oceny, lecz zawsze podnosili poprzeczkę i stale dopytywali, jakie oceny dostały najlepsze dzieci w klasie. Jakie to było bolesne dla tej dziewczynki, która miała takie zdolności, jakie miała i nie była w stanie dorównać prymusom, mówić nie muszę. Rozwijała po cichu i cierpliwie nienawiść do każdej osoby, która była od niej w czymś zdolniejsza. Dziś nosi w sobie ułomny wzorzec, który niszczy każdą relację, bo w każdej porównuje się do innych i w każdej czegoś zazdrości. Nie umie zaakceptować siebie i zainspirować się sukcesem drugiego człowieka, ponieważ nauczono ją zawiści. Kiedy spotka osobę, która w czymś jest dobra, natychmiast krytykuje ją i poniża.

Emocje te są bardzo powszechne. Widać je stale w rozmaitych sytuacjach wokół nas, dominują w filmach i powieściach obyczajowych. Z zazdrości ludzie mogą nienawidzić, a nawet mieć mordercze myśli. I nie mam tu na myśli klasycznego Otello, lecz codzienne złośliwe ataki przy każdej okazji. Według moich obserwacji zawiść jest drugim co do częstotliwości występowania powodem niechęci i agresji słownej pierwszym są odmienne poglądy polityczne. I niestety, zgodnie z zasadą lustra przyciąga to do nas bardzo charakterystyczne odzwierciedlenie. Ludzie, którzy zazdroszczą innym sami są zdradzani, by jeszcze bardziej zazdrościć.

Dla klarowności wyjaśnię, że pisząc o zdradzie nie mam na myśli tylko spraw wierności małżeńskiej. Zdradą jest przecież zachowanie rodzica, który coś obiecuje i nie dotrzyma. Zdradzają nas niesłowni przyjaciele, oszuści wszelkiej maści, a nawet nasza rodzina. Jeśli zatem ktoś bliski nam emocjonalnie rodzic, siostra, przyjaciel, małżonek wybiera kogoś innego, zamiast być lojalnym wobec nas, u podstaw leży schowana głęboko w sercu zazdrość.

Jak sobie pomóc i jak wyleczyć się z tendencji do zazdrości? Przede wszystkim warto zrozumieć, że nie czujemy zawiści o coś lub o kogoś. Osoba, przedmiot czy sukces, które powodują, że zieleniejemy, to tylko zewnętrzne objawy. Prawdziwa trucizna jest w środku nas. To ten ból z dzieciństwa, to przemożne poczucie odrzucenia, bycia gorszym i niepotrzebnym, to przekonanie, że nikt nas nie chce i nie kocha.

Jedna z moich klientek zapytana, co naprawdę czuje, kiedy mówi, że jest zazdrosna o męża, który flirtuje z inną, opisała mi ciekawy obrazek. Powiedziała, że jest jak mały, głodny szczeniaczek, który leży wyrzucony w błocie i na deszczu, z daleka od jakiejkolwiek pomocy. Dookoła tylko błoto i woda i bardzo zimny wiatr. Ta przejmująca wizja pokazuje prawdziwe podłoże zazdrości, ponieważ odwołuje się do naszego wewnętrznego dziecka. To metafora jakiegoś zdarzenia z dzieciństwa, kiedy ta kobieta poczuła się porzucona i odepchnięta przez rodziców. Mały piesek na deszczu to ktoś bezradny, kochający, kto liczył na miłość i wsparcie, a dostał wielkiego kopniaka. Jest to wyraźnie układ: malutkie i bezbronne dziecko – rodzic. A nie żona i mąż, bo dlaczego żona miałaby być wobec swojego partnera malutka i bezbronna? Warto dodać, że trafiłam na wyjątkowo wrażliwą i szczera osobę. Większość z nas ukrywa takie uczucia pod agresją i w chwili zazdrości ujawnia jedynie gniew.

Jak zatem sprawić, by zagubiony w deszczu szczeniaczek stał się na powrót silnym, dużym i szczęśliwym psem? Odnaleźć w sobie swoją moc. To, czego zazdrościmy innym, jest naszym potencjałem. Ludzie sukcesu nas inspirują do tego, byśmy odkrywali własne możliwości. To, co widzimy u innych, możemy rozwijać w sobie, zamiast tracić energię na atakowanie tamtych osób. Zobaczmy w osiągnięciach drugiego człowieka piękno, zachwyćmy się nim. To, co kochamy i podziwiamy, przyciągamy do siebie.

Ważne, by poczuć się doskonałą istotą, która nikomu niczego zazdrościć nie musi, bo ma w sobie wszystko, czego pragnie i potrzebuje. Przychodzimy na świat wyposażeni idealnie we wszystko, co może sprawić, że będziemy szczęśliwi i spełnieni. Nie musimy z nikim się porównywać. Jesteśmy absolutnie doskonali. Wystarczy podnieść poczucie wartości i nauczyć się doceniać swoje piękno. A jeśli ktoś ma problem z rozwijaniem samooceny polecam dobry podręcznik z odpowiednimi, skutecznymi ćwiczeniami.

Odczuwanie zazdrości przenosi nas w czasie w przeszłość do tej chwili, kiedy rodzice nas odrzucili, zdradzili i zawiedli. Warto jednak pamiętać, że to oni popełnili błąd, nie umiejąc pochwalić własnego dziecka, porównując je z kimś obcym lub faworyzując jedną z pociech, kosztem drugiej. W tym pierwszym przypadku rodzice bez wątpienia sami padli ofiarą kompleksów, skoro zamiast miłości i starań we własnym potomku, szukali ideału zawyżając wymagania. Swoim córkom zawsze powtarzałam, że mają być szczęśliwe i nie obchodziły mnie ich oceny w szkole. Owszem, chwaliłam za każdy sukces, ale gdy sukcesów nie było, chwaliłam za to, że są dobre i mądre. Wymagający rodzice to zakompleksione nieudaczniki, które chcą sobie podnieść poczucie wartości kosztem własnego dziecka. Przepraszam musiałam to napisać. Dziecko ma być szczęśliwe i dobre dla innych, a nie najlepsze w klasie, by się nim chwalić sąsiadkom. 

Na koniec jeszcze słów parę na temat zazdrości w związku. Nie warto tracić na nią czasu. Nie mamy wpływu na to, co, gdzie i z kim robi nasz partner. Nie upilnujemy nikogo. A im bardziej będziemy prześladować i kontrolować, tym szybciej partner od nas ucieknie. Możemy natomiast pracować nad sobą i to jest moim zdaniem najskuteczniejszy sposób. Podniesienie poczucia wartości sprawi, że poczujemy się najpiękniejsze/najlepsi. Nie znajdzie się na świecie żaden rywal/rywalka, która mogłaby zagrozić naszej miłości. W rozwijaniu poczucia wartości istotne jest prawdziwe kochanie siebie. Jeśli kocham siebie to mój partner mnie kocha, ponieważ jak lustro odbija moje przekonania. Jeśli jestem wierna sobie, to i mój partner odzwierciedli takie podejście. Może zatem spędzać czas w pracy z kim chce, a ja nie muszę się martwić o nasz związek. 

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz