Emanacja

Nauczyciele duchowi często opowiadają o oczyszczaniu. Ci mniej duchowi lubią nawet postraszyć oczyszczaniem, aby pokazać wagę i trud wewnętrznej ścieżki, co może zniechęcić tych mniej wytrwałych do różnych duchowych praktyk. Tymczasem oczyszczanie dotyka nas niezależnie od wszystkiego za każdym razem, kiedy pokonujemy kolejny energetyczny stopień. Nie trzeba kończyć kolejnego poziomu Reiki ani wchodzić w skomplikowany proces, by go doświadczyć. To prosty kawałek życia. Taki sam jak deszcz i słońce po deszczu. Po prostu się dzieje.

Po pierwszym burzliwym okresie, w którym dopadają nas trudne emocje albo nawet gorączka czy rozwolnienie, przychodzi etap asymilacji. Kończą się trudne doświadczenia, a zaczyna życie według nowego wzorca. Lubię ten czas. Czuję się wtedy jak dziecko, które poznaje świat na nowo. Postrzegam życie wielowymiarowo, wielobarwnie. Dostrzegam nieznane wcześniej kolory, a w tle wydarzeń widzę przeszłość i przyszłość. To magiczny czas, kiedy moja intuicja wydaje się być absolutnie niezawodna, a wszechświat staje się przejrzysty jak kryształ.

Wydaje mi się, że wiele osób zatrzymuje się na tym etapie, zapominając, że nie on jest celem podróży. Jest tylko wskaźnikiem, jak słupek milowy na drodze do oświecenia. Prawdziwy adept rozwoju podąża z pokorą dalej. Bo jeśli oczyszczanie nie przebiegło prawidłowo, jeśli zaplątaliśmy się w starych emocjach i zwątpieniu, wówczas postrzeganie jest przekrzywione. Stąd tyle pomyłek i błędów u ludzi, którzy uważają się za jasnowidzów.

Potem przychodzi trzeci etap – etap emanacji. Prawidłowo przepracowane oczyszczanie i spokojnie przyjęta asymilacja pozwala wzrosnąć energii serca i otworzyć mocniej czwartą czakrę. Miłość bezwarunkowa wylewa się przez ten najpiękniejszy ze wszystkich portali i wypełnia człowieka na wszystkich poziomach. Wszechświat jak lustro odpowiada miłością, pięknem, harmonią i poukładaniem. Oto cel, ten najważniejszy – pokonanie kolejnego stopnia na drodze do Światła.

Z poziomu ludzkiego największe znaczenie może mieć końcowy efekt lustra. Oczyszczanie prowadzi do manifestacji nowego wzorca w praktyce. To może być dobrobyt, nowa praca, wspaniali przyjaciele, spotkanie miłości, rozwiązanie problemów, wyzdrowienie. Zasady wszechświata działają niezawodnie. Emanacja przyciąga pomyślną zmianę w życiu. Doświadczałam i doświadczam tego setki razy. To się dzieje. To działa.

Z poziomu duchowego jednak to coś o wiele więcej. To kolejna „randka” z Najwyższym Źródłem. Tak to postrzegam, kiedy płynnie przechodzę z etapu asymilacji do emanacji. Moje wewnętrzne Światło osiąga takie ziemskie maksimum, w którym się rozpuszczam. Wszystko, cokolwiek robię, jest rozświetlone. Moje dłonie i oczy lśnią. A to, co jest w zasięgu mroku znika zupełnie z pola widzenia. To jak patrzenie na świat poprzez oczy Boga. Poprzez oczy pełne miłości bezwarunkowej do Wszystkiego Co Jest.

Emanacja. Stan urzeczywistnienia na chwilę tego, czym jest każdy z nas: Miłości i Światła. Stan, który pozwala zrozumieć, po co to wszystko robimy. Stan, który pomaga uwierzyć, że Moc mamy w sobie i zarządzamy nią każdego dnia. Stan, który przypomina nam nasz Boski rodowód. Na chwilę łapiemy w płuca wiatr oświecenia i zachłystujemy się jego miękkością. Nic już nie jest potem takie samo. Pozostaje tylko ogromna tęsknota za tym, co jest naszą prawdziwą istotą.

Paradoksalnie – ten cud bywa niemal niezauważany. Większość ludzi skupia się na pierwszej trudnej fazie oczyszczania. W zależności od rozmiaru niedogodności, ludzie narzekają lub zaciskają zęby i niecierpliwie czekają na koniec. Kiedy wreszcie nastąpi, pojawia się ogromna ulga, która przesłania wszystko inne. Moja praktyka wskazuje, że ludzie w ogóle nie zauważają podziału na trzy etapy – jest „trudne oczyszczanie” i wreszcie koniec, można w spokoju iść dalej.

Energetyczne procesy wykonuje się zwykle w określonym celu – poprawienia finansów, znalezienia partnera, uzdrowienia ciała. To jest ważne, aby zrobione ćwiczenie (zabieg) okazało się skuteczne. Efekt zaprząta niemal całkowicie uwagę człowieka, który testuje, czy już zaczął zarabiać? Czy już mniej boli? Czy wyniki są lepsze? Czy dzisiaj spotkam swoją miłość na ulicy? Zupełnie nie zauważa, że jego dłonie zaczęły lśnić mocnym blaskiem.

Jeszcze inna grupa osób – jak wspomniałam – fascynuje się wyostrzoną częściowo intuicją i zmienioną percepcją, która wydaje się nadawać niemal boskie cechy. Zaplątani w iluzję „wszystkowidzenia i wszystkowiedzenia” także nie zauważają tego, co najważniejsze. Jedni potrzebują tej iluzorycznej mocy, by napełnić sobie jak najszybciej konto. Inni – spełniają swoje marzenie o wielkości. Marzenie wyrosłe na górze kompleksów i braku wiary w siebie. Jak wspaniale jest dla nich spojrzeć z góry na innych i poczuć się „wielkim magiem” lub „jasnowidzącą uzdrowicielką”.

Pilne przestrzeganie zasad rozwoju chroni przed takimi błędami. Doskonałym przykładem jest mój ulubiony buddyzm, w którym bardzo wyraźnie powtarza się, że wszystkie „magiczne” zdolności to tylko potwierdzenia na ścieżce. Co drugi lama z łatwością unosi się w powietrzu, zatrzymuje deszcz, teleportuje przedmioty, a nawet znika z oczu rozmodlonych mnichów. I cóż z tego? Każdy z nich wie, że nie to jest celem wewnętrznej wędrówki. Celem jest najpierw emanacja – przedsionek oświecenia, a potem oświecenie samo w sobie.

Warto wspomnieć, że z definicji emanacja może być niezależna od rozwoju i etapów oczyszczania. To swoiste promieniowanie tym, czym jesteśmy. Jak kwiat wydziela zapach, tak człowiek emanuje sobą. Takim prawdziwym bez żadnych masek i nakładek. W pewien sposób jest to coś harmonijnego z nami, część nas, której w żaden sposób nie można zmienić, przekłamać, czy ukryć. I podobnie jak róża schowana głęboko do kieszeni będzie pachnieć na cały pokój, tak i człowiek będzie emanował sobą, bez względu na wszystkie próby ukrycia tego, kim jest w istocie.

Można emanować mrokiem, nie tylko Światłem. Można emanować agresją, niechęcią, lękiem i bólem. To, co jest w nas najsilniejsze, tym promieniujemy. I znowu porównanie do zapachu będzie tu trafne. Nie tylko kwiat wydziela charakterystyczną woń, wydziela ją także kupka nawozu lub paląca się opona. Wszechświat jest klarowny i czytelny. Wyraźnie pokazuje, co jest czym. I przechytrzył człowieka, który emanuje sobą niezależnie od tego, ile flakonów perfum wyleje na siebie. Emanacja jest obnażeniem prawdy. Na to nikt nie ma wpływu.

Przypomnę w tym miejscu, że każdy jest we właściwym dla siebie punkcie czasoprzestrzeni. Nie ma ludzi złych i dobrych, jednak są tacy, z którymi nam nie po drodze. Być może ktoś, kto oszukuje, kradnie czy znęca się nad słabszymi nadaje na innej częstotliwości niż ja. Ale łatwo go rozpoznać po tym, czym promieniuje. Tak też wybieramy sobie przyjaciół i nauczycieli. Trzeba tylko wyjść poza zamęt umysłu i poczuć na poziomie serca, czy to, czym dana osoba emanuje jest spójne z nami. Jesteśmy różni. Dlatego nasze wybory są rozmaite.

To jednak tylko dygresja, ponieważ najważniejszym zjawiskiem jest dla mnie ta właśnie emanacja – o której pisałam na początku artykułu – będąca trzecim etapem procesu oczyszczania. Warto zwrócić na nią uwagę i poczuć ją mocno w sobie. Nie przegapić tej boskiej chwili zjednoczenia z Najwyższym Źródłem. To ważne i piękne doświadczenie. Powtarza się ono raz po raz w kolejnych stopniach pracy nad sobą i za każdym razem wznosi nas mocniej i wyżej. Pozwala nam dotknąć Wszystkiego Co Jest poprzez uruchomienie bezwarunkowej miłości.

Z duchowego poziomu celem i sensem całego procesu jest właśnie stanie się Prawdziwym Sobą. Boską Pełną Miłości Istotą. Taka jest nasza prawdziwa natura. Dane jest nam tego doświadczać i dotykać. Nie musimy wierzyć „w ciemno”, nie musimy kupować kota w worku. Możemy poczuć Kim W Istocie Jesteśmy po to, by wiedzieć, dokąd zdążamy. Życie ma głęboki sens. Nie jest turlaniem się na oślep po pachnącej trawie. Nie jest też patrzeniem z górskiego szczytu na to, co migocze w dolinie. Jest lśnieniem. Coraz mocniejszym. Każdego dnia z nową siłą wydobywaną z głębi serca. Jest kruszeniem murów i ścian, które blokują dostęp do własnej Mocy. Jest emanacją tym, Czym W Istocie jesteśmy.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Migdałowo

Zdarzyło się w moim życiu całkiem niedawno, że bardzo silnie owładnęły mną trudne emocje. Poszło o jakiś drobiazg, o jakieś zignorowanie czegoś, o co bardzo prosiłam. Wypełnił mnie żal zupełnie nieadekwatny do sytuacji, bo niemal się rozpłakałam. Co istotne rzecz nie była warta łez ani nawet stresu. Piszę o tym, bo wielokrotnie zachęcam na tej stronie do zdroworozsądkowego wyjścia poza emocje, zatem ja też świadomie przywoływałam słowo „dystans” i „przecież to bez znaczenia”. Dół w jaki wpadłam, pochłonął mnie  kretesem na parę godzin. Pomogła mi niezawodna energia Reiki oraz odmawianie mantr.

To, co najbardziej nas w takim zdarzeniu zadziwia, to absurdalność naszych emocji. Jeśli doskonale wiemy, dlaczego coś się wydarza, a czasem nawet widzimy z pozycji rozsądku, że nic złego się nie stało, to jak mamy przyjąć ów dziwny stan? Skąd on i po co? I dlaczego nie poddaje się logice? Setki razy rozmawiałam z zapłakanymi osobami, które na wszystkie moje spokojne argumenty odpowiadały: „tak, wiem, oczywiście to prawda, ale nie mogę przestać płakać”. Albo: „Rozumiem go i wiem, o co chodzi, ale … serce i tak boli i jest mi tak strasznie przykro”.

Myślę, że doświadczył tego każdy z nas. Bywa, że wcale nie chcemy czuć tego, co czujemy i najchętniej wyrwalibyśmy z siebie takie emocje. Nie potrzebujemy ich i nie widzimy w nich sensu. Tym bardziej, kiedy rozsądek zaprzecza emocjom. Bo oczywiście bywa i tak, że czujemy oburzenie lub złość czy żal, a na poziomie umysłu nie ma żadnego argumentu, który by mógł te uczucia załagodzić. Wtedy cały proces jest bardziej oczywisty. Najtrudniej jednak jest wtedy, kiedy mamy poczucie utracenia władzy nad sobą, bo wiemy doskonale, że nic wielkiego się nie stało, a łzy ciekną po twarzy, gardło się zaciska i toniemy w poczuciu bezradności.

Wyjaśnienie podają tutaj badania naukowe, które dowodzą, że za nieopanowane emocje odpowiada tzw. „ciało migdałowate”, część układu limbicznego w kształcie migdała stąd nazwa i tytuł artykułu. Kiedy przejmuje ono władzę nad nami, wówczas żadne racjonalne przesłanki nie mają na nas wpływu. To właśnie dlatego można zapłakanej czy rozwścieczonej osobie tłumaczyć cierpliwie godzinami bezsens jej zachowania, a ona  w ogóle na to może nie reagować. Podobny proces zachodzi w nas samych. Odczuwamy złość lub rozpacz, tłumaczymy sobie, że nie ma do tego powodu, a emocje w ogóle nie słabną, jak były tak są.

Ciało migdałowate zapobiega aktywności racjonalnej części mózgu, co oznacza, że logiczne myślenie jest w pewien sposób zablokowane. Nie mamy dostępu do własnego rozsądku. To atawizm, pochodzący z czasów, kiedy musieliśmy szybko reagować na zagrożenie. Jak wiadomo w momencie zauważenia niebezpieczeństwa najważniejsze jest szybkie wydzielenie adrenaliny, która dodaje nam szybkości i siły do ucieczki lub walki. Nie ma tam miejsca na zastanawianie się nad strategią. I chociaż dzisiaj rzadko kiedy znajdujemy się w tak skrajnej sytuacji, to pojawiający się lęk czy złość uruchamia ten sam proces. Wyłącza się kora mózgowa, która odpowiada za zdrowy rozsądek. Nasze ciało natomiast wypełnia się kortyzolem i stan stresu przejmuje nas we władanie na co najmniej cztery godziny. A potem przez długi czas źle się czujemy, ponieważ hormony stresu krążą w nas, zabierając nam radość życia.

Skutecznym sposobem jest uruchomienie logiki, czyli zajęcie się czymś, co przenosi energię z układu limbicznego do kory mózgowej i pomaga jej odzyskać władzę. To powinno wymagać wysiłku umysłowego jak szarada, aczkolwiek specjaliści twierdzą, że pomaga nawet proste liczenie. Ja w takich sytuacjach zwykle odmawiam mantry i potwierdzam, że jeśli zacznę je odmawiać chwilę po tym, jak emocja się pojawia – uspokajam się bardzo szybko i mój rozsądek nie gaśnie. Wówczas ciało limbiczne w ogóle nie przejmuje władzy nade mną.

Inną dobrą i też polecaną przeze mnie opcją jest głębokie oddychanie. Pisałam już, że oddech przeponowy odcina od emocji. Tutaj można dodać, że wyłącza ciało limbiczne i oddaje władzę z powrotem do kory. Specjaliści potwierdzają, że skupienie na oddechu pomaga połączyć się z chwila obecną, włącza układ parasympatyczny i wyłącza układ emocjonalny. I w ten sposób – niezależnie od tego, czy analizujemy temat od strony energetycznej czy biologicznej – dochodzimy do tych samych wniosków.

Wzorzec odpowiedzialny za cierpienie bywa czasem oczywisty, ale to nie ma najmniejszego znaczenia na ten moment, bowiem mówimy tu o tym, jak sobie szybko i skutecznie pomóc, a nie dlaczego coś się dzieje. Świadomość wzorców i próba ich ogarnięcia na tym etapie mija się z celem. Jeśli odkryjemy, że za doświadczeniem stoi brak wiary w siebie, czy też jakiś kompleks, to w stanie żalu i tak nic z tym nie zrobimy. Trzeba podnieść energię i dopiero wtedy możemy pracować z afirmacją, programem, kodowaniem czy czymkolwiek innym. Bywa, że energia spada nam na kilka dni. Im dłużej jesteśmy w stresie, tym dłużej trwa wychodzenie z dołka.

Osobom, które od dawna pracują nad sobą jest w takiej chwili zwykle o wiele trudniej niż innym, ponieważ pierwsze, co się pojawia, to bunt i gniew: „ale jak to? Przecież uzdrawiam to już 10 lat!”. Albo rozczarowanie: „Daję sobie tyle miłości i uwagi, jak mogę przyciągać takie lekceważenie od wszechświata?!”. W efekcie grozi nam zwątpienie w zasadę lustra i w ogóle w sens pracy nad sobą. Bardzo przed tym przestrzegam. Nie można się nakręcać, trzeba za wszelką cenę zapalić sobie wielkie czerwone światło i powiedzieć: „STOP!”.

Zatem pierwsze, na co chcę zwrócić tutaj uwagę, to zatrzymanie rozżalonych czy rozgniewanych myśli, które rozpędzone jak stado bawołów tratują wszystko po drodze. Dajmy sobie prawo do cierpienia, które się pojawiło i przyjmijmy, że nawet tuż przed oświeceniem może pojawić się taka emocjonalna lekcja. To jest w porządku. Czas na analizę i zrozumienie, dlaczego nas to dotyka, przyjdzie później, kiedy się uspokoimy. Dla jednych będzie to nowy wzorzec, dla innych domknięcie starego w większości przepracowanego tematu. A może być jeszcze coś całkiem innego, na co sami nigdy byśmy nie wpadli.

Druga ważna rzecz przy takim doświadczeniu, to wybranie skutecznego sposobu zatrzymanie stada rozpędzonych bawołów. Warto go sobie wypracować i wyjąć z rękawa, jak tylko dopadnie nas emocjonalna tragedia. I tutaj zalecam przede wszystkim takie metody, które przenoszą uwagę na poziom umysłu. Często powtarzam, że w sytuacji emocjonalnego dołka należy zająć się czymś mocno absorbującym mózg, ale zupełnie nie połączonym z krytyczną sprawą, np. rozwiązywaniem zadań matematycznych czy wypełnianiem kratek Sudoku. To zawsze działa.

W moim przypadku błędem było rozważanie teoretyczne samego problemu. Założyłam, że mam wystarczającą wiedzę, by uspokoić się z poziomu racjonalnego umysłu. Długi czas poświęciłam na tłumaczenie samej sobie, że przecież nikt mi nie zrobił krzywdy, że to nie było wymierzone we mnie, więc problem nie istnieje, jest wydumany. Wewnętrzny głos kłapał mi nad uchem: „to twoje lustro, ha!” i złośliwie drwił: „I gdzie jest twoje poczucie wartości, no gdzie?!”. Miałam też świadomość, że znam tyle skutecznych metod, więc zaraz sobie poradzę. Poradziłam oczywiście, ale mogłam to zrobić dużo wcześniej. Zamiast skupiać się na problemie i go zasilać, mogłam po prostu od razu odmawiać swoje mantry albo… właśnie, zająć się rozwiązywaniem krzyżówki czy matematycznego zadania.

To, co przeżywają niemal wszyscy wrażliwi ludzie w takim stanie, to niechęć do jakiegokolwiek działania. Jedyne, czego pragniemy, to zakopać się pod kołdrę i szlochać do świtu. To też nieco biologiczne, ponieważ spadek energii niesie ze sobą osłabienie, a z kolei płacz uruchamia wydzielanie prolaktyny hormonu, który przynosi ulgę. Chcemy ją poczuć, więc chcemy sobie poszlochać. Podejrzewam oczywiście, że mężczyźni zamiast kołderki i szlochania wybierają szybkie upicie się czymś wysokoprocentowym, aby jak najszybciej zapomnieć.

Tak czy owak warto zmusić się do wysiłku umysłowego, ponieważ to jest najlepsze wyjście z sytuacji. Również na poziomie biologicznym zostaje zatrzymane wydzielanie kortyzolu i dość szybko poczujemy się lepiej. Zasada zresztą jest taka: im dłużej tkwimy we władzy ciała migdałowatego, tym silniejszy stres i tym gorsze, cięższe skutki z chorobą włącznie. Im szybciej uwolnimy się od niepotrzebnych emocji, tym mniej obciążone będzie ciało – na wszystkich poziomach.

Przypomnę też, że emocje nazywane negatywnymi są tak nazywane celowo, choć oczywiście umownie. Wszystkie emocje warto przyjąć i zaakceptować, z niczym nie walczymy. Wszystkie coś wnoszą do naszego życia te negatywne pokazują nasze wzorce i lekcje do odrobienia. Ale na tym kończy się słodka teoria. Negatywne emocje niosą negatywne następstwa dlatego tak właśnie się nazywają. Należy je minimalizować. Można sobie pozwolić na chwilę płaczu czy potupanie ze złości, ale poza tym warto jak najszybciej znaleźć sposób, by się od nich uwolnić.

Bogusława M. Andrzejewska

Wyrównanie krzywd

Kiedy ktoś nas zrani szczególnie mocno, życzliwi pocieszają nas starymi przysłowiami typu: „nie martw się, przyjdzie kryska na matyska” albo „Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy”. Tęsknota za sprawiedliwością rozumianą jako wyrównanie krzywd jest głęboko zakorzeniona w społeczeństwie ludzkim i stanowi coś tak naturalnego jak powietrze. Warto o tym pamiętać w nowej epoce, w której zamiast szukać zemsty, uczymy się wybaczać.

Z założenia oczekiwanie, że coś paskudnego stanie się krzywdzicielowi jest sprzeczne z ideą wybaczenia. Prawdziwe odpuszczenie ma miejsce tylko wówczas, kiedy pozbywamy się wszelkich pretensji i wręcz błogosławimy osobie, która dopuściła się wobec nas czegoś złego. Dlatego najlepsza znana mi metoda wybaczania (medytacja na Światło) zawiera w sobie taki właśnie element, w którym życzymy drugiej osobie tego, co dla niej najlepsze. Dzięki temu jest pełna. Szczere życzenia wszelkiego dobra są dowodem na to, że proces się dokonał. Dopóki bowiem nosimy w sobie jeszcze żal, takie dobre słowa nie przejdą nam przez gardło.

Czasem ludziom wydaje się, że rezygnacja z zemsty i ze złorzeczenia jest równoznaczna z wybaczeniem i możemy zamknąć się w cichym żalu. Tymczasem to tak nie działa. W procesie wybaczania rzecz polega na energetyce. Wprowadzając z serca szczere uczucie odpuszczenia, rozumienia lub jeszcze lepiej: świadomość, że nic złego się nie stało, niwelujemy toksyczne energie pretensji i złości. Oczyszczamy swoje wibracje i robimy to przede wszystkim dla siebie, dla własnego zdrowia i dobrobytu. Wszelkie zaniechania słów i czynów, które jednak nie eliminują negatywnych emocji, nie mają znaczenia i w niczym nam nie pomagają. Innymi słowy: skrzywdzona osoba, która siedzi w kącie i płacze nad swoją krzywdą zabija siebie w powolnym procesie zatruwania swojego ciała i duszy. Okrutna śmierć. Od zemsty różni się tym tylko, że zamiast ranić i krzywdzić w odwecie kogoś innego, krzywdzimy samych siebie.

Najbardziej sensowne dla mnie jest poczucie, że to, co zaszło, nic nie znaczy dla nas. Podobnie, kiedy ktoś nas niechcący leciutko potrąci i przeprasza, a my zupełnie szczerze uśmiechamy się mówiąc, że nic się nie stało. Nie ma w nas żadnych emocji, żadnych toksyn. Nie ma więc potrzeby oczyszczania siebie z czegokolwiek szkodliwego. Wielką i niezwykle cenną sztuką jest wejście na taki poziom rozumienia harmonii wszechświata, który pozwala nam identycznie potraktować kradzież, zdradę, odrzucenie…

Z duchowego poziomu to jest oczywiście możliwe. Wystarczy, że zobaczymy analogię. Ktoś kto nas niechcący trącił, nie chciał nas skrzywdzić. Skupił się na sobie, na pospiesznym dążeniu przed siebie w sprawie ważnej dla niego. Złodziej, który nas okrada, także nie chce nas skrzywdzić, chce tylko zapełnić swój pusty portfel i skupiony na celu nie myśli o tym, że kogoś tym rani. Bliski nam człowiek, który nas zdradza także nie chce nas skrzywdzić, chce tylko zaspokoić swoje potrzeby i gna przed siebie trącając nas boleśnie swoimi wyborami. Naciągane? Nie. Z poziomu energetycznego to jest to samo, jedynie skala czyni różnicę. Warto zrozumieć, że rzadko kiedy ludzie robią rzeczy celowo przeciwko nam. Zwykle myślą o sobie i nie dostrzegają, że dogadzając sobie ranią innych. Nasz ból nie jest niczyim celem, jest skutkiem ubocznym. Choć bywają oczywiście wyjątki.

Wracając do potrzeby doświadczenia sprawiedliwości, to jest wielka pułapka. Bywa, że głośno mówimy: „wybaczam mu”, a w głębi duszy oczekujemy, że świat wyrówna za nas rachunki. To taka zemsta w „białych rękawiczkach”, która zakłada maskę odpuszczenia, a w głębi modli się o wyrównanie krzywd. Nie różni się niczym od postawy: „nie uderzę go za to, bo nie chcę sobie brudzić rąk jego gębą”. Głęboka pogarda, którą maskujemy poczucie bezsilności i świadomość, że pewnych sytuacji i ludzi nie sposób zmienić. Udajemy odpuszczenie, a w środku nakręcamy się jeszcze bardziej. To często uderza w nasze zdrowie, ponieważ jest tylko stłumieniem złości i żalu.

Wybaczenie następuje tylko wtedy, kiedy odpuszczamy wszystkie bez wyjątku negatywne emocje. Kiedy poprzez rozumienie lub współczucie patrzymy na taką osobę, jak na zwykłego człowieka. Takiego, który miał po prostu ciężki dzień. Albo takiego, który nie umie inaczej. Albo takiego, którego trudne doświadczenie zmusiło do zrobienia czegoś złego. Albo takiego, który jest totalnie zagubiony lub zmanipulowany. Każda droga do tego, by w człowieku zobaczyć Człowieka jest ze wszech miar godna polecenia. 

Oczekiwanie wyrównania krzywd bywa częstym zjawiskiem. Niektórzy od dziecka uczeni są pewnej równowagi, która zakłada, że dobry zostanie nagrodzony, a zły ukarany, ponieważ każda bajka i każda baśń pokazuje jak dobro zwycięża zło. Głupi Jaś zostaje królem, a biedna sierotka żoną księcia. Negatywna postać najczęściej zły brat lub córka macochy zostaje srogo ukarana i pluje żabami albo zjada ją smok. W naszym doświadczeniu to my jesteśmy „ten dobry” i czekamy, kiedy nas koronują, a krzywdziciel zostanie pożarty przez smoka. A tu zonk. Nic takiego się nie dzieje.

W istocie czasem nasz punkt widzenia jest bardzo subiektywny i to, co bierzemy za zło, wcale złem nie jest, a więc nie prowadzi do wykreowania niekorzystnego losu. Czasem rzeczywiście po drugiej stronie staje okrutny nauczyciel, który karmi się negatywnymi emocjami, a one po pewnym czasie go zjadają jak smok zgodnie z zasadami psychosomatyki. Czasem człowieka pożera jego sumienie, a czasem wcale nie, ponieważ uważa, że postępuje słusznie. Pamiętajmy, że najczęściej zła dopuszczają się ludzie, którzy nie zaznali dobra i miłości. Jak mają mieć wyrzuty sumienia, skoro nie znają innej drogi niż ta, którą idą? Czasem więc oczekiwanie na wyrównanie krzywd nigdy się nie kończy.

Bywa i tak, że ktoś używa pojęć z duchowego obszaru i mówi z pozornym spokojem: „to jego karma, zapłaci za to”. Nic w tym duchowego. W takim zdaniu pobrzmiewa brzydka nadzieja zemsty, którą ktoś za nas wymierzy. Jest w tym fałszywe wybaczanie w stylu: „ja umywam ręce, ja się nie mszczę, bo wiem, że świat (Bóg, karma) zrobi to za mnie”. I jest tam głęboko schowane oczekiwanie na moment, kiedy to nastąpi. A nawet jeśli taka osoba nie skupia się na niecierpliwym odmierzaniu czasu do karmicznej spłaty, to i tak działa energetycznie tak samo, jak człowiek, który oddał swojego krzywdziciela katu i zaciera ręce: „to już nie moja sprawa, kat zrobi swoje”.

Wiele lat temu doświadczyłam zła z rąk pewnej osoby. Od razu weszłam w proces wybaczania i czułam całą sobą, że wcale nie chcę, by w jakikolwiek sposób cierpiała. Miałam jednak jedno marzenie: by doświadczyła tego, co mi wyrządziła. By ktoś uczynił jej to samo. Niech sobie będzie zdrowa i bogata i niech jej będzie dobrze, tylko to jedno niech do niej przyjdzie, to jedno, co mi zrobiła. „Chcę, by zrozumiała, by się nauczyła, tylko o to mi chodzi” okłamywałam siebie. Moje zranione ego kombinowało jak koń pod górę, aby tylko móc kopnąć w kostkę tę osobę. Chociaż troszeczkę. Pokrętne, prawda? Warto zauważyć tę pułapkę, ponieważ uniemożliwia ona prawdziwe wybaczenie.

To zawsze jest ślepą uliczką. Jesteśmy w punkcie wyjścia, bez względu na wszystkie wypowiadane w tej intencji afirmacje i bez względu na to, ile razy zagramy w Satori. Dopóki czekamy, aż krzywdziciel swoje odcierpi za nasz ból, dopóty nie ma mowy o odpuszczeniu. W swej prawdziwej naturze zdrowy psychicznie człowiek nie życzy nikomu cierpienia. Współczuje nawet obcej osobie, którą dotknie nieszczęście. Wybaczenie następuje wtedy, kiedy nie życzymy niczego złego także krzywdzicielowi i całym sercem pragniemy, by nigdy nie musiał zapłacić za naszą krzywdę. Czyli dokładnie odwrotnie niż wtedy, kiedy mniej lub bardziej świadomie czekamy na wyrównanie rachunków.

Prawdziwe odpuszczenie zakłada, że ta osoba, która coś nam wyrządziła jest dla nas takim samym człowiekiem, jak każdy inny. Jak nasze dziecko, nasz rodzic, nasz partner, sąsiad, znajoma ekspedientka. Człowiek jest w swej istocie dobry i z ochotą pomaga każdemu, kto tuż obok wyciąga rękę po pomoc. Jeśli podajemy ją bez wahania także temu, kto nas zranił wówczas wiemy, że szczerze wybaczyliśmy.

Bogusława M. Andrzejewska

Dystans

Niedawno byłam z mężem na romantycznej wycieczce w Kotlinie Kłodzkiej. Romantyzm mamy między sobą na co dzień, więc taki wyjazd to nie tylko masa czułości, ale przede wszystkim zmiana klimatu i kontakt z naturą, którą oboje uwielbiamy. Wracając do domu, przejeżdżałam przez miasteczko, w którym 30 lat temu spędziliśmy wolny weekend. To, co utkwiło mi w pamięci z tamtej wycieczki, to kłótnia. Zupełnie nie kojarzę, o co poszło, ale o jakiś drobiazg, słowo, krytykę… Nic ważnego. Pamiętam tylko, że przez pół dnia nie odzywaliśmy się do siebie. Ponieważ w tamtym czasie kochaliśmy się i nie było między nami istotnych sporów, to naprawdę musiała być jakaś błahostka.

Przypomniałam to sobie i zadałam w duszy pytanie, dlaczego dzisiaj jest między nami tak spokojnie i miłośnie, przecież ciągle jesteśmy tymi samymi osobami? A za nami trudne doświadczenia, o których w młodości nawet nie mieliśmy pojęcia. To dzisiaj moglibyśmy warczeć na siebie, a nie wtedy, kiedy byliśmy tacy w sobie zakochani. A jednak od tamtego momentu dzieli nas nie tylko 30 lat czasoprzestrzeni, ale przede wszystkim coś, co nazwałabym mądrością dystansu.

Przyznaję, że dzisiaj nie przejmuję się drobiazgami. Nie histeryzuję i nie robię afery wokół różnych drobnych spraw. Dość dawno zrozumiałam, że radość życia wymaga, by umieć spokojnie traktować rozmaite niedogodności czy nawet nieprzyjemności. Lubię cieszyć się chwilą i świadomie nie chcę wchodzić w kłótnie o cokolwiek. Nauczyłam się bezkonfliktowości dla własnej wygody i własnego zadowolenia. Jeśli muszę czasem o coś „zawalczyć” robię to ze spokojem i bardziej z pomocą dobrej energii, niż przez agresywne szarpanie z kimkolwiek i czymkolwiek. Tak jest po prostu lepiej i lżej żyć.

Dystans jest wspaniałą jakością, która pomaga nam odnaleźć spokój w sobie. Dla większości ludzi teoria pod hasłem „nie przejmuj się” jest czymś praktycznie niemożliwym do zrealizowania. Bo jak się nie przejmować, kiedy przecież… Czujemy się zobowiązani do tego, by się denerwować, martwić, zabiegać, starać… Najczęściej dlatego, że to ciągłe zamartwianie się jest dla nas tożsame z odpowiedzialnością i troską. A to tak nie działa. Odpowiedzialność i staranie nie musi być powiązane ze stresem i ciągłym napięciem. Można i warto zastąpić je pasją, radością i ekscytacją związaną z robieniem czegoś, co jest ważne.

Na marginesie dodam, że to także kwestia prosperity. Jeśli robimy coś z radosnym zaangażowaniem, to osiągamy lepsze wyniki. Taką energią przyciągamy też więcej klientów. Ekscytacja działaniem jest siłą napędową sukcesu, podczas kiedy przejmowanie się wszystkim jest blokadą. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jeśli nasze starania przepełnia zmartwienie i stres, to nic dobrego nam z tego nie wyjdzie. Silna potrzeba osiągnięcia celu wymieszana z ukrytym lękiem, że może się nie udać sabotuje to, co robimy. Presja jest najsilniejszym blokerem. Nic tak nie zabija energii jak wewnętrzne napięcie, które przecież często nam towarzyszy, kiedy przyjmiemy, że coś musimy.

Wracając do relacji – bardzo często kłócimy się i obrażamy „o nic”. Przyczyną stają się mało znaczące drobiazgi. Jakieś rzucone w niewłaściwym miejscu skarpety, jakiś bałagan… Ktoś o czymś zapomni albo zrobi inaczej. Jasne, że chcielibyśmy, aby świat był idealny i wszystko zawsze było idealne, w idealnym czasie. Czy to jednak nie byłoby nudne? Niech się czasem zadzieje inaczej niż wymyśliliśmy. W tym miejscu warto nauczyć się jednej z najmądrzejszych życiowych refleksji: ważne, że jesteś cały i zdrowy.

Najczęściej mówią tak starsi ludzie, którzy wiele doświadczyli. Być może podobnie, jak ja w tej chwili, zastanawiają się, co w życiu jest najważniejsze? Być może odkrywają, że niepotrzebnie denerwowali się i złościli, kłócili o błahostki i tracili zdrowie, tracili energię? Po co? Uwierzcie, lepiej machnąć ręką na zabłocony dywan i zachować spokój. To machnięcie to dawka zdrowia, bo każda złość, każde rozczarowanie, każdy żal i pretensja zabierają nam siły witalne i kładą cegiełkę pod jakąś chorobę. Zapytam raz jeszcze: po co nam to? Warto nauczyć się dystansu i odpuszczania drobiazgów. Tak, piękny drogi dywan jest drobiazgiem. Nie jest nim natomiast nasze ciało, nasze zdrowie i samopoczucie. Co jest w istocie ważniejsze, chyba nikt nie ma wątpliwości.

Nie upraszczam. Drobiazgi to codzienne sprawy, które nie rujnują nam życia. Np fakt, że ktoś zapomniał kupić chleb albo naniósł błota na świeżo wymytą podłogę. Nie jest drobiazgiem poważna choroba, śmierć, rozwód, zdrada, strata pracy i parę innych trudnych lekcji. Nie unikniemy przykrych emocji, kiedy doświadczamy pewnych dramatycznych wydarzeń. Świadomość prosperująca zna sposoby, by sobie w takiej sytuacji pomóc, ale też nikt nie może stosować wówczas zasady dystansu. To po prostu nie jest możliwe. Natomiast w codziennych niedogodnościach – nie tylko warto, ale nawet można wykształcić w sobie nawyk spojrzenia z innego poziomu.

Dystans jest umiejętnością obserwowania życia tak, jakby rozgrywało się na scenie, obok nas. Jakoś tam oceniamy i podejmujemy decyzje, ale nie angażujemy się emocjonalnie w zdarzenia. Np. w to, że na drodze przed nami korek. Nasza złość i cała masa przekleństw nie rozpuści tego korka. Jeśli chcemy sobie pomóc – zróbmy spokojnie Reiki na sytuację. To lepsze niż bezsilne miotanie się za kierownicą i przeklinanie wszystkich dookoła. Warto spokojnie szukać rozwiązań. Z naciskiem na „spokojnie”, ponieważ z poziomu spokoju widzimy o wiele więcej i nasze możliwości energetyczne są większe, niż z poziomu stresu i nerwów.

Dystans pozwala podejmować właściwe decyzje także w relacjach. Jeśli partner po powrocie z pracy krzyczy na nas trochę bezzasadnie, a my nie czujemy się winni, to dystans jest najlepszym rozwiązaniem. Pozwala dostrzec, że coś złego się zadziało i ten krzyk nie jest atakiem na nas, tylko wyrażaniem napięcia i bezradności tamtej strony. Tak czy owak w takiej sytuacji mamy co najmniej trzy możliwości. Pierwsza to podjęcie walki „o swoją rację” i krzyk głośniejszy z silniejszą jeszcze agresją a nawet z rękoczynami, bo… „niech sobie nie myśli, że może mnie obrażać krzykiem”. Nie stosuję, bo takie coś przeradza się w piekło i jest przejawem emocjonalnej niedojrzałości rodem z piaskownicy.

Druga opcja to obrażenie się. Foch utrze krzykaczowi nosa i pokaże mu, jak głupio postąpił. Albo nie, bo on nic nie zrozumie. Także nie stosuję, bo taki ruch energetyczny jest atakiem na energię serca. Ilekroć się obrażamy, zabieramy naszemu sercu energię i kładziemy podwaliny pod rozwój choroby. Stąd biorą się później zawały, omdlenia, rozmaite sercowe niewydolności. Kiedyś byłam w tym specjalistką. Ilekroć mój mąż powiedział mi coś przykrego, zwijałam energię i atakowałam własne serce, siadając w cichym żalu i rozkminiając: „jak on mógł?!”. To w mojej rodzinie karmiczny wzorzec użalania się nad sobą i brania do siebie cudzych nastrojów, pomysłów, ocen, czy wręcz głupiego gadania. Pisałam o tym wzorcu. Dzisiaj mam to już za sobą i od lat nie strzelam też focha. Nie widzę w tym sensu. Wolę porozmawiać.

Najlepiej wybrać trzecią opcję – dystans. Kiedy ktoś z naszych bliskich miota się i krzyczy, nie bierzemy tego do siebie. Czekamy, aż się uspokoi. Najczęściej taka osoba przeprasza, kiedy emocje opadną i sama wyjaśnia, co ją tak zdenerwowało. I okazuje się, że faktycznie nie było najmniejszego powodu do tego, abyśmy mieli czuć się dotknięci. Cały problem był poza nami – coś złego w pracy, zmęczenie, ból głowy. Dystans pozwala opaść emocjom. Daje przestrzeń na zrozumienie samego siebie i spojrzenie z poziomu dorosłej osoby, a nie rozwrzeszczanego dziecka. Umożliwia też zrozumienie, że ta druga osoba ma prawo do słabości i wyrażania swoich emocji. Nikt nie jest manekinem ze sztucznym uśmiechem na plastikowej twarzy. Miewamy gorsze dni. Wszyscy.

Dystans pozwala na wyciszenie i spokojne spojrzenie na problem także wtedy, kiedy ktoś faktycznie ma pretensję do nas. Czasem wystarczy, że druga strona powie niewłaściwe słowo, że krzywo popatrzy, zaśmieje się w nieodpowiednim momencie i już czujmy potrzebę obrony. Najczęściej rozpoczynamy spór, a nawet wręcz awanturę, by udowodnić, że partner się myli lub jest niesprawiedliwy. Po co? Zadajmy sobie pytanie: po co udowadniać komuś, że nie ma racji? Niech sobie mówi, co chce. Nawet jeśli mówi bezsensowne rzeczy o nas, przypomnijmy sobie, że jesteśmy poza oceną i nikt nie może tego zmienić.

Jednak potrzebujemy do tego wysokiej samooceny. Potrzebujemy świadomości, że tacy jacy jesteśmy, jesteśmy naprawdę dobrzy. Tylko wtedy umiemy machnąć ręką na czyjąś krzywdzącą opinię czy złośliwe słowa. Tylko wtedy nie czujemy się zranieni. Nasza ludzka natura jest taka, że bardzo mocno reagujemy na ocenianie. Im niższa samoocena, tym bardziej jesteśmy drażliwi i tym szybciej się obrażamy, przejmujemy, złościmy. Im więcej samoakceptacji, tym większy dystans do samego siebie i większa świadomość, że nie obchodzi nas, co inni mówią.

Wysokie poczucie własnej wartości pomaga także wtedy, kiedy popełnimy błąd i doskonale wiemy, co zrobiliśmy źle. W długotrwałym związku nikt nie cedzi słów. Kiedy na jakiejś wycieczce dwa razy pod rząd źle pokazałam kierunek, w którym chcę jechać i wyprowadziłam męża w ślepe uliczki, w których trudno było zawrócić, mój skorpion rozzłościł się. I cóż z tego? Przeprosiłam. Rozbawiłam go i po minucie rozmawialiśmy ze śmiechem na zupełnie inny temat. Po prostu nie przejęłam się tym zdarzeniem. Moja wysoka samoocena nie poczuła się zagrożona słuszną skądinąd krytyką i nie traciłam czasu na rozważania o tym, jakaż to ja jestem nieuważna. Każdemu się zdarzy i tyle. Minęło. Po co się tym zajmować?

Tymczasem niska samoocena nie pozwala przejść nad taką sytuacją do porządku dziennego. Uświadomiłam sobie wówczas, że 30 lat temu siedziałabym nadąsana w poczuciu winy i poczuciu żalu co najmniej godzinę. Z powodu błahostki. Tak wyglądałby brak dystansu do drobnej sprawy, o której w istocie po pięciu minutach nikt nie pamięta. Całe nasze życie składa się z setek takich spraw. A my sterowani określonym stosunkiem do samych siebie przejmujemy się lub nie. Co w istocie przekłada się na: cierpimy lub cieszymy się życiem. Wysokie poczucie wartości pomaga nam złapać dystans. A dystans w tym kontekście jawi się jako klucz do radosnego i szczęśliwego bycia sobą.

Bogusława M. Andrzejewska

Poza oceną

Nadwrażliwość jest dość ciekawą cechą, aczkolwiek nie ma wcale dobrej prasy. Niektórzy uduchowieni ludzie próbują podnieść wrażliwcom samoocenę, wypisując im błogosławieństwa i zapewniając, że ta jakość nie jest niczym złym. Bo pewnie nie jest, ale moim zdaniem bardzo utrudnia życie. Ze wszech miar warto podnieść poczucie własnej wartości i nauczyć się zarządzać emocjami w taki sposób, by móc normalnie funkcjonować. Z całą pewnością żaden nadwrażliwiec nie nabierze znieczulicy ani nie stanie się cynikiem, ale może odnaleźć wewnętrzny spokój. Głównie poprzez nauczenie się bycia poza cudzą oceną. O tym właśnie chcę napisać.

Wczoraj minęła kolejna rocznica śmierci mojego Dziadka, który zmarł kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką. Zapamiętałam go, ponieważ był cudownym, bardzo kochającym człowiekiem. Uwielbiali go wszyscy, a w kondukcie za jego trumną poszło całe miasteczko. Wspominam go stale z miłością i uśmiechem, ponieważ to on nauczył mnie czytać i pisać. Ba, nauczył mnie też podstaw języka rosyjskiego i wielu innych wartościowych rzeczy. Jednak wczoraj przyszła do mnie zupełnie inna ważna refleksja, którą chciałam się tutaj podzielić.

Mój Dziadek zmarł na zawał serca. Dostał go wkrótce po tym, jak pewna sąsiadka przyłapana na kłamstwie, powiedziała o moim Dziadku kilka złych słów. On po prostu nie przeżył tego, że padł ofiarą pomówienia. Chwilę przed śmiercią powiedział do pana, który dzielił z nim szpitalny pokój: umieram przez tę osobę. Ta nadwrażliwość na krzywdzące i niesprawiedliwe opinie jest w naszej rodzinie genetyczna. Obserwowałam to u innych i u siebie oczywiście też. I to co chciałabym dzisiaj wykrzyczeć na cały głos, aby wszyscy dobrze usłyszeli, to: przestańmy przejmować się słowami innych!

Mogłabym przytoczyć tu kilka opowieści z własnego życia i życia mojej rodziny, ale nie chcę pokazywać tych wszystkich dramatycznych scen. Chciałabym raczej odwrócić się od tego wzorca i powiedzieć głośno  z całym szacunkiem dla mojego Dziadka  że nie warto umierać za czyjeś słowa. Sądzę, że owa kobieta broniła się tak, jak umiała i nie zapanowała nad emocjami. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Zdarza się to każdemu z nas. Czy to oznacza, że mamy poddawać się ludzkim niesprawiedliwym osądom i cierpieć w imię słuszności? Czy nie byłoby lepiej machnąć ręką: gadaj sobie, co chcesz, ja wiem, jaka jestem i ile jestem warta.

Jak zwykle to jest taka sztuka, której warto się nauczyć. Pomoże w tym poczucie wartości i spojrzenie na siebie z miłością. Tak, takie proste spojrzenie i uznanie, że te wszystkie kalumnie nie mają sensu. Warto wtedy nabrać głęboko powietrza i powiedzieć sobie stanowczo i z mocą: jestem poza oceną, bo jestem doskonała taka, jaka jestem. Można też otulić siebie najlepszą energią i powtarzać sobie: jestem wspaniałym wartościowym człowiekiem, ale nie dla wszystkich moje Światło jest widoczne. Te osoby, które pracowały kiedykolwiek z poczuciem wartości i wypisywały sobie listę swoich najlepszych cech, mogą wykorzystać tę listę, by w takim właśnie momencie się do niej odwołać. Przeczytać lub na nowo napisać i zobaczyć, kim są i ile w nich dobra.

Nauczmy się wszyscy nie przejmować tym, co mówią inni. Kiedy spadają na nas niesprawiedliwe osądy, krzywdzące oceny i złe słowa  odciąć się od nich. Zatkać uszy i zamknąć serce. Otoczyć to serce wielkim murem i głośno powtarzać: „to bzdury, to mnie nie dotyczy”. Można. Zapewniam, że można, chociaż na początku możemy poczuć się dziwnie, kiedy nie pójdziemy jak przysłowiowy baranek na rzeź. Przywykliśmy, że kiedy ktoś nas oczernia, wchodzimy natychmiast w rolę ofiary i spuszczamy w cierpieniu głowę. To nawyk. To niekorzystny wzorzec, który warto zastąpić miłością do siebie.

Najtrudniejszym elementem w tym procesie jest poczucie niesprawiedliwości. Kiedy moja córka wstawiła się za kimś i wywalczyła dla tej osoby u szefa podwyżkę, pewna zazdrosna osoba przypisała sobie tę zasługę, oskarżając moją córkę o inne brzydkie działanie, które nie miało w ogóle miejsca. Kiedy próbowałam jej tłumaczyć: „zostaw tę osobę z jej energią, ty znasz prawdę”, odpowiadała mi: „ale wszyscy myślą, że ja to zrobiłam, a to nieprawda, źle mi z tym, jak na mnie patrzą”. Warto umieć wyjść poza ocenę innych. Żyjemy tu dla siebie i bez względu na wszystko, mamy być w porządku wobec siebie. Jeśli wiemy, że postąpiliśmy słusznie, powtarzajmy to jak mantrę. Nośmy wysoko głowę i promieniujmy na ludzi godnością i szacunkiem do siebie.

Mi w tym pomaga czasem odrobina wyższości. Wiem, że krowy nie umieją latać i nie nauczę żadnej rogacizny szybowania nad chmurami. Przyjmuję to. Jeśli ktoś mnie niesłusznie oskarża, a inni dobrzy ludzie to kupują, to przestają być dla mnie dobrzy. Bo dobry człowiek nie słucha pomówień. Dobry człowiek patrzy sercem i widzi jaka jestem. I nie potrzebuję obok siebie fałszywych przyjaciół, którzy nie umieją mnie docenić, a wierzą w plotki. Często powtarzam, że w istocie na poziomie serca wszystko wyczujemy. Ileż to razy popatrzymy tylko na czyjeś zdjęcie i już czujmy, czy ta osoba rezonuje z nami, czy też funkcjonuje na innych wibracjach.

Myślę zatem, że takie doświadczenie, jakie miała moja córka było dla niej prezentem od wszechświata i odsunęło ją od osób, które bez uprzedzeń polubiła, a które zawiodłyby ją na pierwszym zakręcie. Czas to zweryfikował i te osoby, które zawierzyły złym plotkom, popisały się wkrótce rażącym brakiem uczciwości. To tak działa – wszystko jest w harmonii. I dobry człowiek stoi za nami murem. A co mówi ten niedobry… to jego problem. Nie nasz. Nie uzależniajmy się od słów ludzi, którzy nie kierują się dobrem i miłością.

Powtórzę jednak, że takie doświadczenie wyraźnie pokazuje wzorce do uzdrowienia, a nierzadko dług karmiczny. Bycie niesłusznie oskarżanym zawsze pokazuje coś, co ciągnie się z pokolenia na pokolenie. Można się temu przyjrzeć i spróbować oczyścić karmiczne linie. Są na to metody. Ale przede wszystkim w takim czasie trzeba dać sobie bardzo dużo miłości i wzmacniać poczucie wartości. Pomoże podniesienie energii, np. z Reiki, ponieważ kiedy patrzymy z wyższego pułapu, przestajemy się rozczulać nad sobą i wchodzić w rolę ofiary. Dostrzegamy, że słowa nie muszą ranić, mogą ulecieć z wiatrem. To my i tylko my decydujemy o tym, czy poczujemy się zranieni. Nikt nie może nas skrzywdzić żadnym pomówieniem, jeśli my nie otworzymy się na krzywdę. Możemy nie dać na to przyzwolenia, wychodząc poza cudze oceny i przyjmując, że bzdury wylatują z ust ludzi częściej niż słowa miłości. Taki to świat, więc trzeba brać poprawkę na ludzkie słabości.

Często powtarzam, że wolę być szczęśliwa niż mieć rację. Nie wykłócam się z tymi, którzy heroicznie bronią swojego zdania. Nauczyłam się ustępować mojemu mężowi, bo uwielbiam, kiedy się uśmiecha. W rzeczach niewielkiej wagi nie walczę o prawdę. Pozwalam, by każdy miał swoją. W rzeczach większej wagi zamykam dyskusję, mówiąc, że pozostanę przy swoim. Kłócić się nie chcę i nie lubię.

Każdy z nas doświadczył w życiu niesprawiedliwości i sytuacji, kiedy zrobiono z niego potwora, chociaż w istocie nie uczynił niczego złego. Zawsze można obrócić kota ogonem, a dla wielu ludzi nie ma żadnej świętości. Bywa, że z logiką im też nie po drodze. Nie tak dawno pewna osoba całkiem opacznie zrozumiała moje życzliwe słowa. Kiedy przeprosiłam i wytłumaczyłam, co miałam na myśli, zachowała się jak niespełna rozumu, odwracając znaczenie tego, co napisałam. Każde moje słowo „dobra” zamieniła na „zła” i wykorzystała przeciwko mnie wszystko cokolwiek napisałam i powiedziałam. Przez całe swoje życie nie usłyszałam tylu inwektyw, ile wyczytałam w jednym jej liście, ale i nigdy też nie spotkałam się z takim brakiem logiki. Sądzę, że jest po prostu chorą osobą i nie czuję żadnej złości w związku z tym wydarzeniem.

Kiedy minął pierwszy szok, zapragnęłam odnaleźć swój wzorzec. A intuicyjnie zobaczyłam niespójny bełkot. Nie czułam się winna, czułam się zdziwiona, że ktoś nazywa czarne białym… Nasza rodzinna nadwrażliwość przyciąga takich ludzi do naszego życia właśnie po to, by pokazać karmiczną linię cierpienia i nakłonić do oczyszczenia rodowego wzorca. Bardzo szybko zrozumiałam, że w moim przypadku niewiele ma to wspólnego z poczuciem wartości.

Warto jednak pamiętać, że bardzo często tu może być klucz  oczywiście każdy może zweryfikować, jak jest u niego. Jeśli ktoś nas rani, obraża i opluwa, to właśnie samoocena jest tą przestrzenią, która domaga się uzdrowienia. Jak to sprawdzić? Najlepiej wejść w pole serca i zadać sobie pytania o wszystkie inwektywy, które spadły na naszą głowę. Spokojnie przeczytałam każdy zarzut i zadałam sobie pytanie: czy taka jestem? czy taka się czuję? Ponieważ nie znalazłam w sobie winy, mogłam tylko wyjść poza to. I uświadomić sobie, że nikt na całym świecie nie ma prawa mnie oceniać. Nikt! Dotyczy to każdego z nas. Cokolwiek druga osoba mówi o nas, mówi w gruncie rzeczy o sobie. Wykrzykuje swoje problemy, swój wstyd, swoją bezradność, a jeszcze częściej swój ból. Siłą nawyku bierzemy to do siebie. A to błąd. Bo to nie jest nasze.

I to, do czego z serca zachęcam, to zrozumienie, że nikt nie zna ani nas ani naszej prawdy i prawdziwej wartości. Ludzie zawsze wygłaszają swoje własne przekonania, które powstają na bazie ich własnych przeżyć. Patrzą poprzez filtr własnych słabości i poczucia winy, nie mając zupełnie pojęcia o nas, o naszych motywach, o naszych poglądach i priorytetach. Nawet osoby będące blisko ze sobą, nie wiedzą, co czuje ten drugi człowiek. Nawet małżeństwa z wieloletnim stażem, które wiele czasu spędziły w swojej energetyce, zupełnie nie rozumieją swoich potrzeb i oczekiwań. Rozstają się, kłócą, walczą ze sobą, bo nie znają kogoś, z kim przespali w jednym łóżku tysiące nocy. Ile zatem wie o nas obcy człowiek? Dlatego nikt, powtarzam nikt nie ma prawa nas oceniać.

Emocjonalna, pełna złości ocena ma się nijak do stanu faktycznego. Jest psychologiczną projekcją tego, co nosi w sobie zdenerwowany człowiek i co próbuje przerzucić na innych. Warto to wiedzieć. Warto wyjść poza taką ocenę i nie cierpieć cudzego bólu. Tysiące ludzi na całym świecie zwija się z rozpaczy: jak ona mogła powiedzieć, że jestem taka? A przecież ta osoba stojąc przed nami krzyczy wyłącznie o sobie. Nie ma innej wiedzy, bo mieć nie może. Ma jedynie własne zjawy, które nie dają jej spać. I własne bolesne doświadczenia, które chce przypisać innym. Dlaczego zatem ciągle bierzemy to za dobra monetę i szukamy w sobie cudzych grzechów? Można się od trudnych wzorców uwolnić, jest tyle dobrych metod. Wcale nie trzeba cierpieć w nieskończoność. Ale nie można też przerzucać swoich nie odrobionych zadań na innych ludzi.

Oczywiście istnieje zasada lustra. Jeśli wchodzimy w emocje, to warto zapytać siebie, na ile tak właśnie siebie oceniam. W gruncie rzeczy jednak, kiedy weźmiemy pod uwagę zasadę lustra, to dostrzeżemy tam harmonię. Lustro pokazuje tylko to, co mamy w sobie. Wszyscy popełniamy błędy. Czasem z pośpiechu, czasem z emocji. Jeśli lustro karci nas za coś, co zrobiliśmy nie tak, niezależnie od wszystkich wzorców jest to coś oczywistego. Akcja i reakcja. Jak kamień podrzucony nad głową, spada na nas pod wpływem grawitacji. Trzeba to przyjąć i iść spokojnie dalej, nie obwiniając siebie, lecz ze świadomością, że kamieniami się nie rzuca.

Czasem jednak, jak w opisanej sytuacji, ktoś na nas projektuje coś swojego. Jeśli zachowamy spokój i uczciwie zajrzymy w siebie, jeśli nasze intencje i czyny są dyktowane miłością, to o żadnym lustrze mowy być nie może. Może być natomiast wzorzec nadwrażliwości albo wzorzec wiecznego Dawcy, który każdemu chce pomagać i musi wreszcie dostać kopniaka w kostkę, aby odwrócił energię i zaczął przyjmować. Są też ludzie, którzy mają wzorzec brania na siebie cudzych grzechów. Tak, są, jakkolwiek dziwnie to brzmi. To tacy zbawiciele całego świata, którzy chcą nieść cudzą karmę albo cudzy krzyż. I oni spontanicznie otwierają się na złość, okrucieństwo i bezradność, których nie może unieść inna osoba. Rozkładają ramiona i pozwalają się ukrzyżować za cudze grzechy, przyjmując je jak swoje.

Uważam jednak, że nie na tym polega program ludzkiej duszy. Każdy z nas schodzi na Ziemię dla siebie i własnego rozwoju. Czym innym jest pomaganie ludziom, wspieranie ich, dzielenie się chlebem, pocieszanie, podnoszenie, kiedy się przewrócą, a czym innym poświęcanie lub branie na plecy nie swojej energii. To moje zdanie. Możecie mieć inne. Jednak obserwuję, że branie cudzej energii rzadko kończy się dobrze. A wzorzec tego typu wraca tak długo, dopóki w tym, czy w kolejnym wcieleniu nie zrozumiemy, że nic za nikogo nie przerobimy. Każdy ma swoją drogę i swoje lekcje.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Sen o samochodzie

Pracując ze snami, odkrywamy swoje pragnienia, możliwości, ale i lęki lub wątpliwości. Im bardziej są irracjonalne, tym więcej mamy w sobie lęku. Absurdalność sennych wydarzeń nie umniejsza ich sensu. Dramatyczne historie są sposobem na wyrażenie silnych emocji. Sny pokazują nam wiele ukrytych w podświadomości przekonań. Czasem to może wskazać temat, z którym warto pracować. Jedna z moich klientek – dajmy jej na imię Marta – miała właśnie tego typu sen…

W tym śnie Marta idzie do pracy (lub szkoły). Musi być punktualnie, więc jedzie samochodem. To piękny nowy model autka, co ciekawe – świeżo kupiony. Marta wysiada i zmierza do budynku w poczuciu satysfakcji i zadowolenia. Wygląda bardzo elegancko, ma piękna fryzurę i cieszy się nowym pojazdem. Podchodząc do drzwi ogląda się przez ramie na zaparkowany samochód i wtedy ze zdziwieniem zauważa, że auto samo odjeżdża z parkingu.

– Chyba zapomniałam zaciągnąć hamulec – myśli Marta z przerażeniem i biegnie do samochodu, który zatrzymuje się kilkanaście metrów dalej. Niestety on znowu rusza i jedzie kolejne kilkanaście metrów, jakby bawił się z właścicielką w wyścigi. Wtedy Marta odkrywa, że to nie kwestia hamulca, bo samochód nie stacza się na skutek nierówności. On jedzie samodzielnie w sobie tylko wiadomym kierunku.

Marta biegnie za samochodem, ale on niestety jest dużo szybszy i znika jej z pola widzenia, pomiędzy budynkami. Chciałaby zadzwonić do kogoś po pomoc, ale telefon został w aucie. Zaczepia więc stojących na chodniku ludzi i pyta, czy widzieli takie auto. Ktoś wskazuje kierunek, w którym pojechał jej samochód. Marta martwi się, czy niekontrolowany pojazd nie zrobi komuś krzywdy i podąża we wskazanym kierunku.

Dociera do budynku osiedlowego przedszkola, które znajduje się pomiędzy blokami. Nie widzi nigdzie auta, ale znowu kogoś o nie pyta. Zapytany mężczyzna zachęca ją, by weszła razem z nim do przedszkola. Tam spotykają dyrektorkę obiektu, która w pierwszej chwili nie chce z nią rozmawiać, ale potem wskazuje na stojący w kącie sali przedmiot. Marta odkrywa, że pomiędzy zabawkami stoi jej auto, przykryte jakimś materiałem, jak plandeką.

– Schowaliśmy je tutaj, żeby nikogo nie przejechało – mówi dyrektorka.

Tu kończy się sen. Nie ukrywam, rozbawił mnie, ponieważ jest dość jednoznaczny i może służyć za przykład intuicyjnej interpretacji. Pojazd, którym kierujemy, przedstawia we śnie najczęściej nasze własne życie. Pociąg i tramwaj także odnoszą się do naszej życiowej drogi. W tym konkretnym śnie samochód jadący samopas bez kierowcy oznacza lęk przed brakiem wpływu na własne życie. To tak, jakby wszystko, co nas spotyka, wyrwało się spod naszej kontroli. Lekiem na poczucie bezradności może okazać się praca z wewnętrznym dzieckiem, na co wskazuje odnalezienie auta w… przedszkolu.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Matrixie

Do jednych z najciekawszych snów należą te, które dotyczą ezoteryki i struktury wszechświata. Często zastanawiam się, czy to, co pojawia się w sennych marzeniach jest tylko pozbawioną sensu projekcją czy też składanką książek i filmów, które oglądamy? A może to rzeczywiście uchylenie kawałka zasłony skrywającej tajemnice istnienia? Jak jest w tym przypadku? Oto niezwykły sen, który wyśniła Beata.

Beata idzie z mężem i dwójką dzieci w wieku szkolnym. Idą kupić dom. Wychodzą z lasu, jakby wracali właśnie z wycieczki i widzą ładny dwupiętrowy domek w żółtym kolorze. Wpadają w zachwyt i wiedzą, że to ten dom jest na sprzedaż.

(Domek był zwykły, taka piętrowa kostka, ale Beata uświadamia to sobie po obudzeniu, we śnie wszyscy pieją wręcz z zachwytu).

Kiedy podchodzą do wejścia, Beata widzi obok drugi, jeszcze ładniejszy. Też żółty, ale z pięknymi balkonikami z ozdobnymi balustradami. Beata myśli, że tamten bardziej jej się podoba, ale wchodzą do tego pierwszego. 

Właściciele są na samej górze, bardzo sympatyczni, przyjaźnie nastawieni, gościnni. Dzieci biegną się bawić z innymi. Beata się zastanawia tylko, jak ma kupić dom, w którym ktoś jeszcze mieszka i na dodatek dopiero kończą kłaść kafelki. Trwają tam jakieś prace w łazience. 

Na wersalce leżą trzy piękne koty, w różnych kolorach. Beata je głaszcze. Jeden z kotów ma koci katar – siorbie nosem, jak człowiek. Koci katar to jedna z cięższych kocich chorób, a w tym śnie właścicielka mówi, że ten katar mu zaraz przejdzie i wszystko jest w porządku, nie ma się czym martwić. 

Właścicielka oprowadza Beatę po tym domu. Otwiera drzwi, za którymi jest szkoła dla dzieci. Potem prowadzi na dół do szpitala w piwnicy i mówi jej, że tu może pracować, jeśli zechce. Szpital normalny, jak szpital – łóżka, ludzie pod kroplówkami, a Beata może być pielęgniarką.

Potem są jeszcze inne pomieszczenia. Mnóstwo! Niemal kilka hektarów pokoi i sal – w tym jednym domku! I oczywiście jest w tym domu także mieszkanie dla Beaty i jej rodziny. Co istotne, okazuje się, że jeśli Beata tylko czegoś zapragnie, wystarczy otworzyć drzwi do odpowiedniego miejsca. Jest tu wszystko. Dokładnie wszystko.

Beata domyśla się, że coś tu nie gra, że to zbyt piękne i zbyt niezwykłe. Ukradkiem, kiedy nikt nie widzi, bierze jedną z córek za rękę i wymyka się z tego magicznego domu. Idzie do tego z balkonikami. Tamten jest normalnie urządzony. Jest w nim jakaś ładna kobieta, która wszystko wie i wyjaśnia, że ten magiczny dom, to budynek, w którym ludzie są hipnotyzowani jakimś środkiem i mają wszystko, czego pragną. Ale to iluzja. I zajmują się tym jakieś nieciekawe energie. Ta kobieta jest kimś w rodzaju Anioła. Beata jej wierzy.

Wraca do tego magicznego domu po męża i drugie dziecko. Pilnuje, żeby nie dać się omamić jakimś środkiem. Wchodząc po schodach, widzi przez okno morze i plażę. Dziwi się, a jedna z właścicielek (jest tych „opiekunek” więcej) mówi:

– Ty juz wiesz, na czym to polega. Na wyższym etapie współpracy z nami, na wyższych piętrach, jest dostęp do morza. Można spokojnie wyjść z domu na plażę i pływać.

Beata w międzyczasie „gubi” gdzieś córkę, która wymykała się z nią. Kiedy ją znajduje, zabiera ją i uciekają do tamtego domu z ozdobnymi balkonikami. Te kilka metrów, które dzieli te dwa domy, staje się odległością trudną do pokonania. Nagle obie biegną po śniegu (!), a za nimi biegną dwa demony… uciekają… W pewnym momencie Beata uświadamia sobie, że nie musi uciekać. Zatrzymuje się, odwraca i po prostu je przegania, krzycząc do nich „precz”. To skutkuje. 

Docierają do drugiego domu. Ale tam nie znajdują już Anielicy. Dom jest pusty – żadnych mebli i gołe ściany. Wchodzą na samą górę i przez okno patrzą na ten magiczny dom, w którym został mąż i drugie dziecko. Widzą setki pięter eterycznych i kolorowe energie wokół tego domu. Na samym szczycie na ostatnim piętrze formują się Anioły. Beata widzi, jak z tych kolorowych energii powstaje przepiękny Anioł z wielkimi skrzydłami, po czym frunie w kierunku tego domu, do którego uciekła. Uświadamia sobie, że także Anioły powstają w tym demonicznym (magicznym) domu i Anielica, którą wcześniej spotkała, także tam powstała.

Tu kończy się sen. Totalna magia. Tym razem bez mojej interpretacji, bo uważam, że każdy powinien sam go zrozumieć i wyciągnąć z tego swoje wnioski. Niektóre sny są prorocze, inne bardzo jednoznaczne i oczywiste. Są też sny, w czasie których wysypuje się śmietnik naszego umysłu. Bywają oczywiście też wizyty z zaświatów. Ale najważniejsze są takie sny, kiedy dostajemy dawkę duchowej wiedzy o sensie naszego istnienia. Czy to taki właśnie sen, każdy musi sam ocenić.

Bogusława M. Andrzejewska