Wyrównanie krzywd

Kiedy ktoś nas zrani szczególnie mocno, życzliwi pocieszają nas starymi przysłowiami typu: „nie martw się, przyjdzie kryska na matyska” albo „Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy”. Tęsknota za sprawiedliwością rozumianą jako wyrównanie krzywd jest głęboko zakorzeniona w społeczeństwie ludzkim i stanowi coś tak naturalnego jak powietrze. Warto o tym pamiętać w nowej epoce, w której zamiast szukać zemsty, uczymy się wybaczać.

Z założenia oczekiwanie, że coś paskudnego stanie się krzywdzicielowi jest sprzeczne z ideą wybaczenia. Prawdziwe odpuszczenie ma miejsce tylko wówczas, kiedy pozbywamy się wszelkich pretensji i wręcz błogosławimy osobie, która dopuściła się wobec nas czegoś złego. Dlatego najlepsza znana mi metoda wybaczania (medytacja na Światło) zawiera w sobie taki właśnie element, w którym życzymy drugiej osobie tego, co dla niej najlepsze. Dzięki temu jest pełna. Szczere życzenia wszelkiego dobra są dowodem na to, że proces się dokonał. Dopóki bowiem nosimy w sobie jeszcze żal, takie dobre słowa nie przejdą nam przez gardło.

Czasem ludziom wydaje się, że rezygnacja z zemsty i ze złorzeczenia jest równoznaczna z wybaczeniem i możemy zamknąć się w cichym żalu. Tymczasem to tak nie działa. W procesie wybaczania rzecz polega na energetyce. Wprowadzając z serca szczere uczucie odpuszczenia, rozumienia lub jeszcze lepiej: świadomość, że nic złego się nie stało, niwelujemy toksyczne energie pretensji i złości. Oczyszczamy swoje wibracje i robimy to przede wszystkim dla siebie, dla własnego zdrowia i dobrobytu. Wszelkie zaniechania słów i czynów, które jednak nie eliminują negatywnych emocji, nie mają znaczenia i w niczym nam nie pomagają. Innymi słowy: skrzywdzona osoba, która siedzi w kącie i płacze nad swoją krzywdą zabija siebie w powolnym procesie zatruwania swojego ciała i duszy. Okrutna śmierć. Od zemsty różni się tym tylko, że zamiast ranić i krzywdzić w odwecie kogoś innego, krzywdzimy samych siebie.

Najbardziej sensowne dla mnie jest poczucie, że to, co zaszło, nic nie znaczy dla nas. Podobnie, kiedy ktoś nas niechcący leciutko potrąci i przeprasza, a my zupełnie szczerze uśmiechamy się mówiąc, że nic się nie stało. Nie ma w nas żadnych emocji, żadnych toksyn. Nie ma więc potrzeby oczyszczania siebie z czegokolwiek szkodliwego. Wielką i niezwykle cenną sztuką jest wejście na taki poziom rozumienia harmonii wszechświata, który pozwala nam identycznie potraktować kradzież, zdradę, odrzucenie…

Z duchowego poziomu to jest oczywiście możliwe. Wystarczy, że zobaczymy analogię. Ktoś kto nas niechcący trącił, nie chciał nas skrzywdzić. Skupił się na sobie, na pospiesznym dążeniu przed siebie w sprawie ważnej dla niego. Złodziej, który nas okrada, także nie chce nas skrzywdzić, chce tylko zapełnić swój pusty portfel i skupiony na celu nie myśli o tym, że kogoś tym rani. Bliski nam człowiek, który nas zdradza także nie chce nas skrzywdzić, chce tylko zaspokoić swoje potrzeby i gna przed siebie trącając nas boleśnie swoimi wyborami. Naciągane? Nie. Z poziomu energetycznego to jest to samo, jedynie skala czyni różnicę. Warto zrozumieć, że rzadko kiedy ludzie robią rzeczy celowo przeciwko nam. Zwykle myślą o sobie i nie dostrzegają, że dogadzając sobie ranią innych. Nasz ból nie jest niczyim celem, jest skutkiem ubocznym. Choć bywają oczywiście wyjątki.

Wracając do potrzeby doświadczenia sprawiedliwości, to jest wielka pułapka. Bywa, że głośno mówimy: „wybaczam mu”, a w głębi duszy oczekujemy, że świat wyrówna za nas rachunki. To taka zemsta w „białych rękawiczkach”, która zakłada maskę odpuszczenia, a w głębi modli się o wyrównanie krzywd. Nie różni się niczym od postawy: „nie uderzę go za to, bo nie chcę sobie brudzić rąk jego gębą”. Głęboka pogarda, którą maskujemy poczucie bezsilności i świadomość, że pewnych sytuacji i ludzi nie sposób zmienić. Udajemy odpuszczenie, a w środku nakręcamy się jeszcze bardziej. To często uderza w nasze zdrowie, ponieważ jest tylko stłumieniem złości i żalu.

Wybaczenie następuje tylko wtedy, kiedy odpuszczamy wszystkie bez wyjątku negatywne emocje. Kiedy poprzez rozumienie lub współczucie patrzymy na taką osobę, jak na zwykłego człowieka. Takiego, który miał po prostu ciężki dzień. Albo takiego, który nie umie inaczej. Albo takiego, którego trudne doświadczenie zmusiło do zrobienia czegoś złego. Albo takiego, który jest totalnie zagubiony lub zmanipulowany. Każda droga do tego, by w człowieku zobaczyć Człowieka jest ze wszech miar godna polecenia. 

Oczekiwanie wyrównania krzywd bywa częstym zjawiskiem. Niektórzy od dziecka uczeni są pewnej równowagi, która zakłada, że dobry zostanie nagrodzony, a zły ukarany, ponieważ każda bajka i każda baśń pokazuje jak dobro zwycięża zło. Głupi Jaś zostaje królem, a biedna sierotka żoną księcia. Negatywna postać najczęściej zły brat lub córka macochy zostaje srogo ukarana i pluje żabami albo zjada ją smok. W naszym doświadczeniu to my jesteśmy „ten dobry” i czekamy, kiedy nas koronują, a krzywdziciel zostanie pożarty przez smoka. A tu zonk. Nic takiego się nie dzieje.

W istocie czasem nasz punkt widzenia jest bardzo subiektywny i to, co bierzemy za zło, wcale złem nie jest, a więc nie prowadzi do wykreowania niekorzystnego losu. Czasem rzeczywiście po drugiej stronie staje okrutny nauczyciel, który karmi się negatywnymi emocjami, a one po pewnym czasie go zjadają jak smok zgodnie z zasadami psychosomatyki. Czasem człowieka pożera jego sumienie, a czasem wcale nie, ponieważ uważa, że postępuje słusznie. Pamiętajmy, że najczęściej zła dopuszczają się ludzie, którzy nie zaznali dobra i miłości. Jak mają mieć wyrzuty sumienia, skoro nie znają innej drogi niż ta, którą idą? Czasem więc oczekiwanie na wyrównanie krzywd nigdy się nie kończy.

Bywa i tak, że ktoś używa pojęć z duchowego obszaru i mówi z pozornym spokojem: „to jego karma, zapłaci za to”. Nic w tym duchowego. W takim zdaniu pobrzmiewa brzydka nadzieja zemsty, którą ktoś za nas wymierzy. Jest w tym fałszywe wybaczanie w stylu: „ja umywam ręce, ja się nie mszczę, bo wiem, że świat (Bóg, karma) zrobi to za mnie”. I jest tam głęboko schowane oczekiwanie na moment, kiedy to nastąpi. A nawet jeśli taka osoba nie skupia się na niecierpliwym odmierzaniu czasu do karmicznej spłaty, to i tak działa energetycznie tak samo, jak człowiek, który oddał swojego krzywdziciela katu i zaciera ręce: „to już nie moja sprawa, kat zrobi swoje”.

Wiele lat temu doświadczyłam zła z rąk pewnej osoby. Od razu weszłam w proces wybaczania i czułam całą sobą, że wcale nie chcę, by w jakikolwiek sposób cierpiała. Miałam jednak jedno marzenie: by doświadczyła tego, co mi wyrządziła. By ktoś uczynił jej to samo. Niech sobie będzie zdrowa i bogata i niech jej będzie dobrze, tylko to jedno niech do niej przyjdzie, to jedno, co mi zrobiła. „Chcę, by zrozumiała, by się nauczyła, tylko o to mi chodzi” okłamywałam siebie. Moje zranione ego kombinowało jak koń pod górę, aby tylko móc kopnąć w kostkę tę osobę. Chociaż troszeczkę. Pokrętne, prawda? Warto zauważyć tę pułapkę, ponieważ uniemożliwia ona prawdziwe wybaczenie.

To zawsze jest ślepą uliczką. Jesteśmy w punkcie wyjścia, bez względu na wszystkie wypowiadane w tej intencji afirmacje i bez względu na to, ile razy zagramy w Satori. Dopóki czekamy, aż krzywdziciel swoje odcierpi za nasz ból, dopóty nie ma mowy o odpuszczeniu. W swej prawdziwej naturze zdrowy psychicznie człowiek nie życzy nikomu cierpienia. Współczuje nawet obcej osobie, którą dotknie nieszczęście. Wybaczenie następuje wtedy, kiedy nie życzymy niczego złego także krzywdzicielowi i całym sercem pragniemy, by nigdy nie musiał zapłacić za naszą krzywdę. Czyli dokładnie odwrotnie niż wtedy, kiedy mniej lub bardziej świadomie czekamy na wyrównanie rachunków.

Prawdziwe odpuszczenie zakłada, że ta osoba, która coś nam wyrządziła jest dla nas takim samym człowiekiem, jak każdy inny. Jak nasze dziecko, nasz rodzic, nasz partner, sąsiad, znajoma ekspedientka. Człowiek jest w swej istocie dobry i z ochotą pomaga każdemu, kto tuż obok wyciąga rękę po pomoc. Jeśli podajemy ją bez wahania także temu, kto nas zranił wówczas wiemy, że szczerze wybaczyliśmy.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Dystans

Niedawno byłam z mężem na romantycznej wycieczce w Kotlinie Kłodzkiej. Romantyzm mamy między sobą na co dzień, więc taki wyjazd to nie tylko masa czułości, ale przede wszystkim zmiana klimatu i kontakt z naturą, którą oboje uwielbiamy. Wracając do domu, przejeżdżałam przez miasteczko, w którym 30 lat temu spędziliśmy wolny weekend. To, co utkwiło mi w pamięci z tamtej wycieczki, to kłótnia. Zupełnie nie kojarzę, o co poszło, ale o jakiś drobiazg, słowo, krytykę… Nic ważnego. Pamiętam tylko, że przez pół dnia nie odzywaliśmy się do siebie. Ponieważ w tamtym czasie kochaliśmy się i nie było między nami istotnych sporów, to naprawdę musiała być jakaś błahostka.

Przypomniałam to sobie i zadałam w duszy pytanie, dlaczego dzisiaj jest między nami tak spokojnie i miłośnie, przecież ciągle jesteśmy tymi samymi osobami? A za nami trudne doświadczenia, o których w młodości nawet nie mieliśmy pojęcia. To dzisiaj moglibyśmy warczeć na siebie, a nie wtedy, kiedy byliśmy tacy w sobie zakochani. A jednak od tamtego momentu dzieli nas nie tylko 30 lat czasoprzestrzeni, ale przede wszystkim coś, co nazwałabym mądrością dystansu.

Przyznaję, że dzisiaj nie przejmuję się drobiazgami. Nie histeryzuję i nie robię afery wokół różnych drobnych spraw. Dość dawno zrozumiałam, że radość życia wymaga, by umieć spokojnie traktować rozmaite niedogodności czy nawet nieprzyjemności. Lubię cieszyć się chwilą i świadomie nie chcę wchodzić w kłótnie o cokolwiek. Nauczyłam się bezkonfliktowości dla własnej wygody i własnego zadowolenia. Jeśli muszę czasem o coś „zawalczyć” robię to ze spokojem i bardziej z pomocą dobrej energii, niż przez agresywne szarpanie z kimkolwiek i czymkolwiek. Tak jest po prostu lepiej i lżej żyć.

Dystans jest wspaniałą jakością, która pomaga nam odnaleźć spokój w sobie. Dla większości ludzi teoria pod hasłem „nie przejmuj się” jest czymś praktycznie niemożliwym do zrealizowania. Bo jak się nie przejmować, kiedy przecież… Czujemy się zobowiązani do tego, by się denerwować, martwić, zabiegać, starać… Najczęściej dlatego, że to ciągłe zamartwianie się jest dla nas tożsame z odpowiedzialnością i troską. A to tak nie działa. Odpowiedzialność i staranie nie musi być powiązane ze stresem i ciągłym napięciem. Można i warto zastąpić je pasją, radością i ekscytacją związaną z robieniem czegoś, co jest ważne.

Na marginesie dodam, że to także kwestia prosperity. Jeśli robimy coś z radosnym zaangażowaniem, to osiągamy lepsze wyniki. Taką energią przyciągamy też więcej klientów. Ekscytacja działaniem jest siłą napędową sukcesu, podczas kiedy przejmowanie się wszystkim jest blokadą. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jeśli nasze starania przepełnia zmartwienie i stres, to nic dobrego nam z tego nie wyjdzie. Silna potrzeba osiągnięcia celu wymieszana z ukrytym lękiem, że może się nie udać sabotuje to, co robimy. Presja jest najsilniejszym blokerem. Nic tak nie zabija energii jak wewnętrzne napięcie, które przecież często nam towarzyszy, kiedy przyjmiemy, że coś musimy.

Wracając do relacji – bardzo często kłócimy się i obrażamy „o nic”. Przyczyną stają się mało znaczące drobiazgi. Jakieś rzucone w niewłaściwym miejscu skarpety, jakiś bałagan… Ktoś o czymś zapomni albo zrobi inaczej. Jasne, że chcielibyśmy, aby świat był idealny i wszystko zawsze było idealne, w idealnym czasie. Czy to jednak nie byłoby nudne? Niech się czasem zadzieje inaczej niż wymyśliliśmy. W tym miejscu warto nauczyć się jednej z najmądrzejszych życiowych refleksji: ważne, że jesteś cały i zdrowy.

Najczęściej mówią tak starsi ludzie, którzy wiele doświadczyli. Być może podobnie, jak ja w tej chwili, zastanawiają się, co w życiu jest najważniejsze? Być może odkrywają, że niepotrzebnie denerwowali się i złościli, kłócili o błahostki i tracili zdrowie, tracili energię? Po co? Uwierzcie, lepiej machnąć ręką na zabłocony dywan i zachować spokój. To machnięcie to dawka zdrowia, bo każda złość, każde rozczarowanie, każdy żal i pretensja zabierają nam siły witalne i kładą cegiełkę pod jakąś chorobę. Zapytam raz jeszcze: po co nam to? Warto nauczyć się dystansu i odpuszczania drobiazgów. Tak, piękny drogi dywan jest drobiazgiem. Nie jest nim natomiast nasze ciało, nasze zdrowie i samopoczucie. Co jest w istocie ważniejsze, chyba nikt nie ma wątpliwości.

Nie upraszczam. Drobiazgi to codzienne sprawy, które nie rujnują nam życia. Np fakt, że ktoś zapomniał kupić chleb albo naniósł błota na świeżo wymytą podłogę. Nie jest drobiazgiem poważna choroba, śmierć, rozwód, zdrada, strata pracy i parę innych trudnych lekcji. Nie unikniemy przykrych emocji, kiedy doświadczamy pewnych dramatycznych wydarzeń. Świadomość prosperująca zna sposoby, by sobie w takiej sytuacji pomóc, ale też nikt nie może stosować wówczas zasady dystansu. To po prostu nie jest możliwe. Natomiast w codziennych niedogodnościach – nie tylko warto, ale nawet można wykształcić w sobie nawyk spojrzenia z innego poziomu.

Dystans jest umiejętnością obserwowania życia tak, jakby rozgrywało się na scenie, obok nas. Jakoś tam oceniamy i podejmujemy decyzje, ale nie angażujemy się emocjonalnie w zdarzenia. Np. w to, że na drodze przed nami korek. Nasza złość i cała masa przekleństw nie rozpuści tego korka. Jeśli chcemy sobie pomóc – zróbmy spokojnie Reiki na sytuację. To lepsze niż bezsilne miotanie się za kierownicą i przeklinanie wszystkich dookoła. Warto spokojnie szukać rozwiązań. Z naciskiem na „spokojnie”, ponieważ z poziomu spokoju widzimy o wiele więcej i nasze możliwości energetyczne są większe, niż z poziomu stresu i nerwów.

Dystans pozwala podejmować właściwe decyzje także w relacjach. Jeśli partner po powrocie z pracy krzyczy na nas trochę bezzasadnie, a my nie czujemy się winni, to dystans jest najlepszym rozwiązaniem. Pozwala dostrzec, że coś złego się zadziało i ten krzyk nie jest atakiem na nas, tylko wyrażaniem napięcia i bezradności tamtej strony. Tak czy owak w takiej sytuacji mamy co najmniej trzy możliwości. Pierwsza to podjęcie walki „o swoją rację” i krzyk głośniejszy z silniejszą jeszcze agresją a nawet z rękoczynami, bo… „niech sobie nie myśli, że może mnie obrażać krzykiem”. Nie stosuję, bo takie coś przeradza się w piekło i jest przejawem emocjonalnej niedojrzałości rodem z piaskownicy.

Druga opcja to obrażenie się. Foch utrze krzykaczowi nosa i pokaże mu, jak głupio postąpił. Albo nie, bo on nic nie zrozumie. Także nie stosuję, bo taki ruch energetyczny jest atakiem na energię serca. Ilekroć się obrażamy, zabieramy naszemu sercu energię i kładziemy podwaliny pod rozwój choroby. Stąd biorą się później zawały, omdlenia, rozmaite sercowe niewydolności. Kiedyś byłam w tym specjalistką. Ilekroć mój mąż powiedział mi coś przykrego, zwijałam energię i atakowałam własne serce, siadając w cichym żalu i rozkminiając: „jak on mógł?!”. To w mojej rodzinie karmiczny wzorzec użalania się nad sobą i brania do siebie cudzych nastrojów, pomysłów, ocen, czy wręcz głupiego gadania. Pisałam o tym wzorcu. Dzisiaj mam to już za sobą i od lat nie strzelam też focha. Nie widzę w tym sensu. Wolę porozmawiać.

Najlepiej wybrać trzecią opcję – dystans. Kiedy ktoś z naszych bliskich miota się i krzyczy, nie bierzemy tego do siebie. Czekamy, aż się uspokoi. Najczęściej taka osoba przeprasza, kiedy emocje opadną i sama wyjaśnia, co ją tak zdenerwowało. I okazuje się, że faktycznie nie było najmniejszego powodu do tego, abyśmy mieli czuć się dotknięci. Cały problem był poza nami – coś złego w pracy, zmęczenie, ból głowy. Dystans pozwala opaść emocjom. Daje przestrzeń na zrozumienie samego siebie i spojrzenie z poziomu dorosłej osoby, a nie rozwrzeszczanego dziecka. Umożliwia też zrozumienie, że ta druga osoba ma prawo do słabości i wyrażania swoich emocji. Nikt nie jest manekinem ze sztucznym uśmiechem na plastikowej twarzy. Miewamy gorsze dni. Wszyscy.

Dystans pozwala na wyciszenie i spokojne spojrzenie na problem także wtedy, kiedy ktoś faktycznie ma pretensję do nas. Czasem wystarczy, że druga strona powie niewłaściwe słowo, że krzywo popatrzy, zaśmieje się w nieodpowiednim momencie i już czujmy potrzebę obrony. Najczęściej rozpoczynamy spór, a nawet wręcz awanturę, by udowodnić, że partner się myli lub jest niesprawiedliwy. Po co? Zadajmy sobie pytanie: po co udowadniać komuś, że nie ma racji? Niech sobie mówi, co chce. Nawet jeśli mówi bezsensowne rzeczy o nas, przypomnijmy sobie, że jesteśmy poza oceną i nikt nie może tego zmienić.

Jednak potrzebujemy do tego wysokiej samooceny. Potrzebujemy świadomości, że tacy jacy jesteśmy, jesteśmy naprawdę dobrzy. Tylko wtedy umiemy machnąć ręką na czyjąś krzywdzącą opinię czy złośliwe słowa. Tylko wtedy nie czujemy się zranieni. Nasza ludzka natura jest taka, że bardzo mocno reagujemy na ocenianie. Im niższa samoocena, tym bardziej jesteśmy drażliwi i tym szybciej się obrażamy, przejmujemy, złościmy. Im więcej samoakceptacji, tym większy dystans do samego siebie i większa świadomość, że nie obchodzi nas, co inni mówią.

Wysokie poczucie własnej wartości pomaga także wtedy, kiedy popełnimy błąd i doskonale wiemy, co zrobiliśmy źle. W długotrwałym związku nikt nie cedzi słów. Kiedy na jakiejś wycieczce dwa razy pod rząd źle pokazałam kierunek, w którym chcę jechać i wyprowadziłam męża w ślepe uliczki, w których trudno było zawrócić, mój skorpion rozzłościł się. I cóż z tego? Przeprosiłam. Rozbawiłam go i po minucie rozmawialiśmy ze śmiechem na zupełnie inny temat. Po prostu nie przejęłam się tym zdarzeniem. Moja wysoka samoocena nie poczuła się zagrożona słuszną skądinąd krytyką i nie traciłam czasu na rozważania o tym, jakaż to ja jestem nieuważna. Każdemu się zdarzy i tyle. Minęło. Po co się tym zajmować?

Tymczasem niska samoocena nie pozwala przejść nad taką sytuacją do porządku dziennego. Uświadomiłam sobie wówczas, że 30 lat temu siedziałabym nadąsana w poczuciu winy i poczuciu żalu co najmniej godzinę. Z powodu błahostki. Tak wyglądałby brak dystansu do drobnej sprawy, o której w istocie po pięciu minutach nikt nie pamięta. Całe nasze życie składa się z setek takich spraw. A my sterowani określonym stosunkiem do samych siebie przejmujemy się lub nie. Co w istocie przekłada się na: cierpimy lub cieszymy się życiem. Wysokie poczucie wartości pomaga nam złapać dystans. A dystans w tym kontekście jawi się jako klucz do radosnego i szczęśliwego bycia sobą.

Bogusława M. Andrzejewska

Poza oceną

Nadwrażliwość jest dość ciekawą cechą, aczkolwiek nie ma wcale dobrej prasy. Niektórzy uduchowieni ludzie próbują podnieść wrażliwcom samoocenę, wypisując im błogosławieństwa i zapewniając, że ta jakość nie jest niczym złym. Bo pewnie nie jest, ale moim zdaniem bardzo utrudnia życie. Ze wszech miar warto podnieść poczucie własnej wartości i nauczyć się zarządzać emocjami w taki sposób, by móc normalnie funkcjonować. Z całą pewnością żaden nadwrażliwiec nie nabierze znieczulicy ani nie stanie się cynikiem, ale może odnaleźć wewnętrzny spokój. Głównie poprzez nauczenie się bycia poza cudzą oceną. O tym właśnie chcę napisać.

Wczoraj minęła kolejna rocznica śmierci mojego Dziadka, który zmarł kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką. Zapamiętałam go, ponieważ był cudownym, bardzo kochającym człowiekiem. Uwielbiali go wszyscy, a w kondukcie za jego trumną poszło całe miasteczko. Wspominam go stale z miłością i uśmiechem, ponieważ to on nauczył mnie czytać i pisać. Ba, nauczył mnie też podstaw języka rosyjskiego i wielu innych wartościowych rzeczy. Jednak wczoraj przyszła do mnie zupełnie inna ważna refleksja, którą chciałam się tutaj podzielić.

Mój Dziadek zmarł na zawał serca. Dostał go wkrótce po tym, jak pewna sąsiadka przyłapana na kłamstwie, powiedziała o moim Dziadku kilka złych słów. On po prostu nie przeżył tego, że padł ofiarą pomówienia. Chwilę przed śmiercią powiedział do pana, który dzielił z nim szpitalny pokój: umieram przez tę osobę. Ta nadwrażliwość na krzywdzące i niesprawiedliwe opinie jest w naszej rodzinie genetyczna. Obserwowałam to u innych i u siebie oczywiście też. I to co chciałabym dzisiaj wykrzyczeć na cały głos, aby wszyscy dobrze usłyszeli, to: przestańmy przejmować się słowami innych!

Mogłabym przytoczyć tu kilka opowieści z własnego życia i życia mojej rodziny, ale nie chcę pokazywać tych wszystkich dramatycznych scen. Chciałabym raczej odwrócić się od tego wzorca i powiedzieć głośno  z całym szacunkiem dla mojego Dziadka  że nie warto umierać za czyjeś słowa. Sądzę, że owa kobieta broniła się tak, jak umiała i nie zapanowała nad emocjami. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Zdarza się to każdemu z nas. Czy to oznacza, że mamy poddawać się ludzkim niesprawiedliwym osądom i cierpieć w imię słuszności? Czy nie byłoby lepiej machnąć ręką: gadaj sobie, co chcesz, ja wiem, jaka jestem i ile jestem warta.

Jak zwykle to jest taka sztuka, której warto się nauczyć. Pomoże w tym poczucie wartości i spojrzenie na siebie z miłością. Tak, takie proste spojrzenie i uznanie, że te wszystkie kalumnie nie mają sensu. Warto wtedy nabrać głęboko powietrza i powiedzieć sobie stanowczo i z mocą: jestem poza oceną, bo jestem doskonała taka, jaka jestem. Można też otulić siebie najlepszą energią i powtarzać sobie: jestem wspaniałym wartościowym człowiekiem, ale nie dla wszystkich moje Światło jest widoczne. Te osoby, które pracowały kiedykolwiek z poczuciem wartości i wypisywały sobie listę swoich najlepszych cech, mogą wykorzystać tę listę, by w takim właśnie momencie się do niej odwołać. Przeczytać lub na nowo napisać i zobaczyć, kim są i ile w nich dobra.

Nauczmy się wszyscy nie przejmować tym, co mówią inni. Kiedy spadają na nas niesprawiedliwe osądy, krzywdzące oceny i złe słowa  odciąć się od nich. Zatkać uszy i zamknąć serce. Otoczyć to serce wielkim murem i głośno powtarzać: „to bzdury, to mnie nie dotyczy”. Można. Zapewniam, że można, chociaż na początku możemy poczuć się dziwnie, kiedy nie pójdziemy jak przysłowiowy baranek na rzeź. Przywykliśmy, że kiedy ktoś nas oczernia, wchodzimy natychmiast w rolę ofiary i spuszczamy w cierpieniu głowę. To nawyk. To niekorzystny wzorzec, który warto zastąpić miłością do siebie.

Najtrudniejszym elementem w tym procesie jest poczucie niesprawiedliwości. Kiedy moja córka wstawiła się za kimś i wywalczyła dla tej osoby u szefa podwyżkę, pewna zazdrosna osoba przypisała sobie tę zasługę, oskarżając moją córkę o inne brzydkie działanie, które nie miało w ogóle miejsca. Kiedy próbowałam jej tłumaczyć: „zostaw tę osobę z jej energią, ty znasz prawdę”, odpowiadała mi: „ale wszyscy myślą, że ja to zrobiłam, a to nieprawda, źle mi z tym, jak na mnie patrzą”. Warto umieć wyjść poza ocenę innych. Żyjemy tu dla siebie i bez względu na wszystko, mamy być w porządku wobec siebie. Jeśli wiemy, że postąpiliśmy słusznie, powtarzajmy to jak mantrę. Nośmy wysoko głowę i promieniujmy na ludzi godnością i szacunkiem do siebie.

Mi w tym pomaga czasem odrobina wyższości. Wiem, że krowy nie umieją latać i nie nauczę żadnej rogacizny szybowania nad chmurami. Przyjmuję to. Jeśli ktoś mnie niesłusznie oskarża, a inni dobrzy ludzie to kupują, to przestają być dla mnie dobrzy. Bo dobry człowiek nie słucha pomówień. Dobry człowiek patrzy sercem i widzi jaka jestem. I nie potrzebuję obok siebie fałszywych przyjaciół, którzy nie umieją mnie docenić, a wierzą w plotki. Często powtarzam, że w istocie na poziomie serca wszystko wyczujemy. Ileż to razy popatrzymy tylko na czyjeś zdjęcie i już czujmy, czy ta osoba rezonuje z nami, czy też funkcjonuje na innych wibracjach.

Myślę zatem, że takie doświadczenie, jakie miała moja córka było dla niej prezentem od wszechświata i odsunęło ją od osób, które bez uprzedzeń polubiła, a które zawiodłyby ją na pierwszym zakręcie. Czas to zweryfikował i te osoby, które zawierzyły złym plotkom, popisały się wkrótce rażącym brakiem uczciwości. To tak działa – wszystko jest w harmonii. I dobry człowiek stoi za nami murem. A co mówi ten niedobry… to jego problem. Nie nasz. Nie uzależniajmy się od słów ludzi, którzy nie kierują się dobrem i miłością.

Powtórzę jednak, że takie doświadczenie wyraźnie pokazuje wzorce do uzdrowienia, a nierzadko dług karmiczny. Bycie niesłusznie oskarżanym zawsze pokazuje coś, co ciągnie się z pokolenia na pokolenie. Można się temu przyjrzeć i spróbować oczyścić karmiczne linie. Są na to metody. Ale przede wszystkim w takim czasie trzeba dać sobie bardzo dużo miłości i wzmacniać poczucie wartości. Pomoże podniesienie energii, np. z Reiki, ponieważ kiedy patrzymy z wyższego pułapu, przestajemy się rozczulać nad sobą i wchodzić w rolę ofiary. Dostrzegamy, że słowa nie muszą ranić, mogą ulecieć z wiatrem. To my i tylko my decydujemy o tym, czy poczujemy się zranieni. Nikt nie może nas skrzywdzić żadnym pomówieniem, jeśli my nie otworzymy się na krzywdę. Możemy nie dać na to przyzwolenia, wychodząc poza cudze oceny i przyjmując, że bzdury wylatują z ust ludzi częściej niż słowa miłości. Taki to świat, więc trzeba brać poprawkę na ludzkie słabości.

Często powtarzam, że wolę być szczęśliwa niż mieć rację. Nie wykłócam się z tymi, którzy heroicznie bronią swojego zdania. Nauczyłam się ustępować mojemu mężowi, bo uwielbiam, kiedy się uśmiecha. W rzeczach niewielkiej wagi nie walczę o prawdę. Pozwalam, by każdy miał swoją. W rzeczach większej wagi zamykam dyskusję, mówiąc, że pozostanę przy swoim. Kłócić się nie chcę i nie lubię.

Każdy z nas doświadczył w życiu niesprawiedliwości i sytuacji, kiedy zrobiono z niego potwora, chociaż w istocie nie uczynił niczego złego. Zawsze można obrócić kota ogonem, a dla wielu ludzi nie ma żadnej świętości. Bywa, że z logiką im też nie po drodze. Nie tak dawno pewna osoba całkiem opacznie zrozumiała moje życzliwe słowa. Kiedy przeprosiłam i wytłumaczyłam, co miałam na myśli, zachowała się jak niespełna rozumu, odwracając znaczenie tego, co napisałam. Każde moje słowo „dobra” zamieniła na „zła” i wykorzystała przeciwko mnie wszystko cokolwiek napisałam i powiedziałam. Przez całe swoje życie nie usłyszałam tylu inwektyw, ile wyczytałam w jednym jej liście, ale i nigdy też nie spotkałam się z takim brakiem logiki. Sądzę, że jest po prostu chorą osobą i nie czuję żadnej złości w związku z tym wydarzeniem.

Kiedy minął pierwszy szok, zapragnęłam odnaleźć swój wzorzec. A intuicyjnie zobaczyłam niespójny bełkot. Nie czułam się winna, czułam się zdziwiona, że ktoś nazywa czarne białym… Nasza rodzinna nadwrażliwość przyciąga takich ludzi do naszego życia właśnie po to, by pokazać karmiczną linię cierpienia i nakłonić do oczyszczenia rodowego wzorca. Bardzo szybko zrozumiałam, że w moim przypadku niewiele ma to wspólnego z poczuciem wartości.

Warto jednak pamiętać, że bardzo często tu może być klucz  oczywiście każdy może zweryfikować, jak jest u niego. Jeśli ktoś nas rani, obraża i opluwa, to właśnie samoocena jest tą przestrzenią, która domaga się uzdrowienia. Jak to sprawdzić? Najlepiej wejść w pole serca i zadać sobie pytania o wszystkie inwektywy, które spadły na naszą głowę. Spokojnie przeczytałam każdy zarzut i zadałam sobie pytanie: czy taka jestem? czy taka się czuję? Ponieważ nie znalazłam w sobie winy, mogłam tylko wyjść poza to. I uświadomić sobie, że nikt na całym świecie nie ma prawa mnie oceniać. Nikt! Dotyczy to każdego z nas. Cokolwiek druga osoba mówi o nas, mówi w gruncie rzeczy o sobie. Wykrzykuje swoje problemy, swój wstyd, swoją bezradność, a jeszcze częściej swój ból. Siłą nawyku bierzemy to do siebie. A to błąd. Bo to nie jest nasze.

I to, do czego z serca zachęcam, to zrozumienie, że nikt nie zna ani nas ani naszej prawdy i prawdziwej wartości. Ludzie zawsze wygłaszają swoje własne przekonania, które powstają na bazie ich własnych przeżyć. Patrzą poprzez filtr własnych słabości i poczucia winy, nie mając zupełnie pojęcia o nas, o naszych motywach, o naszych poglądach i priorytetach. Nawet osoby będące blisko ze sobą, nie wiedzą, co czuje ten drugi człowiek. Nawet małżeństwa z wieloletnim stażem, które wiele czasu spędziły w swojej energetyce, zupełnie nie rozumieją swoich potrzeb i oczekiwań. Rozstają się, kłócą, walczą ze sobą, bo nie znają kogoś, z kim przespali w jednym łóżku tysiące nocy. Ile zatem wie o nas obcy człowiek? Dlatego nikt, powtarzam nikt nie ma prawa nas oceniać.

Emocjonalna, pełna złości ocena ma się nijak do stanu faktycznego. Jest psychologiczną projekcją tego, co nosi w sobie zdenerwowany człowiek i co próbuje przerzucić na innych. Warto to wiedzieć. Warto wyjść poza taką ocenę i nie cierpieć cudzego bólu. Tysiące ludzi na całym świecie zwija się z rozpaczy: jak ona mogła powiedzieć, że jestem taka? A przecież ta osoba stojąc przed nami krzyczy wyłącznie o sobie. Nie ma innej wiedzy, bo mieć nie może. Ma jedynie własne zjawy, które nie dają jej spać. I własne bolesne doświadczenia, które chce przypisać innym. Dlaczego zatem ciągle bierzemy to za dobra monetę i szukamy w sobie cudzych grzechów? Można się od trudnych wzorców uwolnić, jest tyle dobrych metod. Wcale nie trzeba cierpieć w nieskończoność. Ale nie można też przerzucać swoich nie odrobionych zadań na innych ludzi.

Oczywiście istnieje zasada lustra. Jeśli wchodzimy w emocje, to warto zapytać siebie, na ile tak właśnie siebie oceniam. W gruncie rzeczy jednak, kiedy weźmiemy pod uwagę zasadę lustra, to dostrzeżemy tam harmonię. Lustro pokazuje tylko to, co mamy w sobie. Wszyscy popełniamy błędy. Czasem z pośpiechu, czasem z emocji. Jeśli lustro karci nas za coś, co zrobiliśmy nie tak, niezależnie od wszystkich wzorców jest to coś oczywistego. Akcja i reakcja. Jak kamień podrzucony nad głową, spada na nas pod wpływem grawitacji. Trzeba to przyjąć i iść spokojnie dalej, nie obwiniając siebie, lecz ze świadomością, że kamieniami się nie rzuca.

Czasem jednak, jak w opisanej sytuacji, ktoś na nas projektuje coś swojego. Jeśli zachowamy spokój i uczciwie zajrzymy w siebie, jeśli nasze intencje i czyny są dyktowane miłością, to o żadnym lustrze mowy być nie może. Może być natomiast wzorzec nadwrażliwości albo wzorzec wiecznego Dawcy, który każdemu chce pomagać i musi wreszcie dostać kopniaka w kostkę, aby odwrócił energię i zaczął przyjmować. Są też ludzie, którzy mają wzorzec brania na siebie cudzych grzechów. Tak, są, jakkolwiek dziwnie to brzmi. To tacy zbawiciele całego świata, którzy chcą nieść cudzą karmę albo cudzy krzyż. I oni spontanicznie otwierają się na złość, okrucieństwo i bezradność, których nie może unieść inna osoba. Rozkładają ramiona i pozwalają się ukrzyżować za cudze grzechy, przyjmując je jak swoje.

Uważam jednak, że nie na tym polega program ludzkiej duszy. Każdy z nas schodzi na Ziemię dla siebie i własnego rozwoju. Czym innym jest pomaganie ludziom, wspieranie ich, dzielenie się chlebem, pocieszanie, podnoszenie, kiedy się przewrócą, a czym innym poświęcanie lub branie na plecy nie swojej energii. To moje zdanie. Możecie mieć inne. Jednak obserwuję, że branie cudzej energii rzadko kończy się dobrze. A wzorzec tego typu wraca tak długo, dopóki w tym, czy w kolejnym wcieleniu nie zrozumiemy, że nic za nikogo nie przerobimy. Każdy ma swoją drogę i swoje lekcje.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Sen o samochodzie

Pracując ze snami, odkrywamy swoje pragnienia, możliwości, ale i lęki lub wątpliwości. Im bardziej są irracjonalne, tym więcej mamy w sobie lęku. Absurdalność sennych wydarzeń nie umniejsza ich sensu. Dramatyczne historie są sposobem na wyrażenie silnych emocji. Sny pokazują nam wiele ukrytych w podświadomości przekonań. Czasem to może wskazać temat, z którym warto pracować. Jedna z moich klientek – dajmy jej na imię Marta – miała właśnie tego typu sen…

W tym śnie Marta idzie do pracy (lub szkoły). Musi być punktualnie, więc jedzie samochodem. To piękny nowy model autka, co ciekawe – świeżo kupiony. Marta wysiada i zmierza do budynku w poczuciu satysfakcji i zadowolenia. Wygląda bardzo elegancko, ma piękna fryzurę i cieszy się nowym pojazdem. Podchodząc do drzwi ogląda się przez ramie na zaparkowany samochód i wtedy ze zdziwieniem zauważa, że auto samo odjeżdża z parkingu.

– Chyba zapomniałam zaciągnąć hamulec – myśli Marta z przerażeniem i biegnie do samochodu, który zatrzymuje się kilkanaście metrów dalej. Niestety on znowu rusza i jedzie kolejne kilkanaście metrów, jakby bawił się z właścicielką w wyścigi. Wtedy Marta odkrywa, że to nie kwestia hamulca, bo samochód nie stacza się na skutek nierówności. On jedzie samodzielnie w sobie tylko wiadomym kierunku.

Marta biegnie za samochodem, ale on niestety jest dużo szybszy i znika jej z pola widzenia, pomiędzy budynkami. Chciałaby zadzwonić do kogoś po pomoc, ale telefon został w aucie. Zaczepia więc stojących na chodniku ludzi i pyta, czy widzieli takie auto. Ktoś wskazuje kierunek, w którym pojechał jej samochód. Marta martwi się, czy niekontrolowany pojazd nie zrobi komuś krzywdy i podąża we wskazanym kierunku.

Dociera do budynku osiedlowego przedszkola, które znajduje się pomiędzy blokami. Nie widzi nigdzie auta, ale znowu kogoś o nie pyta. Zapytany mężczyzna zachęca ją, by weszła razem z nim do przedszkola. Tam spotykają dyrektorkę obiektu, która w pierwszej chwili nie chce z nią rozmawiać, ale potem wskazuje na stojący w kącie sali przedmiot. Marta odkrywa, że pomiędzy zabawkami stoi jej auto, przykryte jakimś materiałem, jak plandeką.

– Schowaliśmy je tutaj, żeby nikogo nie przejechało – mówi dyrektorka.

Tu kończy się sen. Nie ukrywam, rozbawił mnie, ponieważ jest dość jednoznaczny i może służyć za przykład intuicyjnej interpretacji. Pojazd, którym kierujemy, przedstawia we śnie najczęściej nasze własne życie. Pociąg i tramwaj także odnoszą się do naszej życiowej drogi. W tym konkretnym śnie samochód jadący samopas bez kierowcy oznacza lęk przed brakiem wpływu na własne życie. To tak, jakby wszystko, co nas spotyka, wyrwało się spod naszej kontroli. Lekiem na poczucie bezradności może okazać się praca z wewnętrznym dzieckiem, na co wskazuje odnalezienie auta w… przedszkolu.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Matrixie

Do jednych z najciekawszych snów należą te, które dotyczą ezoteryki i struktury wszechświata. Często zastanawiam się, czy to, co pojawia się w sennych marzeniach jest tylko pozbawioną sensu projekcją czy też składanką książek i filmów, które oglądamy? A może to rzeczywiście uchylenie kawałka zasłony skrywającej tajemnice istnienia? Jak jest w tym przypadku? Oto niezwykły sen, który wyśniła Beata.

Beata idzie z mężem i dwójką dzieci w wieku szkolnym. Idą kupić dom. Wychodzą z lasu, jakby wracali właśnie z wycieczki i widzą ładny dwupiętrowy domek w żółtym kolorze. Wpadają w zachwyt i wiedzą, że to ten dom jest na sprzedaż.

(Domek był zwykły, taka piętrowa kostka, ale Beata uświadamia to sobie po obudzeniu, we śnie wszyscy pieją wręcz z zachwytu).

Kiedy podchodzą do wejścia, Beata widzi obok drugi, jeszcze ładniejszy. Też żółty, ale z pięknymi balkonikami z ozdobnymi balustradami. Beata myśli, że tamten bardziej jej się podoba, ale wchodzą do tego pierwszego. 

Właściciele są na samej górze, bardzo sympatyczni, przyjaźnie nastawieni, gościnni. Dzieci biegną się bawić z innymi. Beata się zastanawia tylko, jak ma kupić dom, w którym ktoś jeszcze mieszka i na dodatek dopiero kończą kłaść kafelki. Trwają tam jakieś prace w łazience. 

Na wersalce leżą trzy piękne koty, w różnych kolorach. Beata je głaszcze. Jeden z kotów ma koci katar – siorbie nosem, jak człowiek. Koci katar to jedna z cięższych kocich chorób, a w tym śnie właścicielka mówi, że ten katar mu zaraz przejdzie i wszystko jest w porządku, nie ma się czym martwić. 

Właścicielka oprowadza Beatę po tym domu. Otwiera drzwi, za którymi jest szkoła dla dzieci. Potem prowadzi na dół do szpitala w piwnicy i mówi jej, że tu może pracować, jeśli zechce. Szpital normalny, jak szpital – łóżka, ludzie pod kroplówkami, a Beata może być pielęgniarką.

Potem są jeszcze inne pomieszczenia. Mnóstwo! Niemal kilka hektarów pokoi i sal – w tym jednym domku! I oczywiście jest w tym domu także mieszkanie dla Beaty i jej rodziny. Co istotne, okazuje się, że jeśli Beata tylko czegoś zapragnie, wystarczy otworzyć drzwi do odpowiedniego miejsca. Jest tu wszystko. Dokładnie wszystko.

Beata domyśla się, że coś tu nie gra, że to zbyt piękne i zbyt niezwykłe. Ukradkiem, kiedy nikt nie widzi, bierze jedną z córek za rękę i wymyka się z tego magicznego domu. Idzie do tego z balkonikami. Tamten jest normalnie urządzony. Jest w nim jakaś ładna kobieta, która wszystko wie i wyjaśnia, że ten magiczny dom, to budynek, w którym ludzie są hipnotyzowani jakimś środkiem i mają wszystko, czego pragną. Ale to iluzja. I zajmują się tym jakieś nieciekawe energie. Ta kobieta jest kimś w rodzaju Anioła. Beata jej wierzy.

Wraca do tego magicznego domu po męża i drugie dziecko. Pilnuje, żeby nie dać się omamić jakimś środkiem. Wchodząc po schodach, widzi przez okno morze i plażę. Dziwi się, a jedna z właścicielek (jest tych „opiekunek” więcej) mówi:

– Ty juz wiesz, na czym to polega. Na wyższym etapie współpracy z nami, na wyższych piętrach, jest dostęp do morza. Można spokojnie wyjść z domu na plażę i pływać.

Beata w międzyczasie „gubi” gdzieś córkę, która wymykała się z nią. Kiedy ją znajduje, zabiera ją i uciekają do tamtego domu z ozdobnymi balkonikami. Te kilka metrów, które dzieli te dwa domy, staje się odległością trudną do pokonania. Nagle obie biegną po śniegu (!), a za nimi biegną dwa demony… uciekają… W pewnym momencie Beata uświadamia sobie, że nie musi uciekać. Zatrzymuje się, odwraca i po prostu je przegania, krzycząc do nich „precz”. To skutkuje. 

Docierają do drugiego domu. Ale tam nie znajdują już Anielicy. Dom jest pusty – żadnych mebli i gołe ściany. Wchodzą na samą górę i przez okno patrzą na ten magiczny dom, w którym został mąż i drugie dziecko. Widzą setki pięter eterycznych i kolorowe energie wokół tego domu. Na samym szczycie na ostatnim piętrze formują się Anioły. Beata widzi, jak z tych kolorowych energii powstaje przepiękny Anioł z wielkimi skrzydłami, po czym frunie w kierunku tego domu, do którego uciekła. Uświadamia sobie, że także Anioły powstają w tym demonicznym (magicznym) domu i Anielica, którą wcześniej spotkała, także tam powstała.

Tu kończy się sen. Totalna magia. Tym razem bez mojej interpretacji, bo uważam, że każdy powinien sam go zrozumieć i wyciągnąć z tego swoje wnioski. Niektóre sny są prorocze, inne bardzo jednoznaczne i oczywiste. Są też sny, w czasie których wysypuje się śmietnik naszego umysłu. Bywają oczywiście też wizyty z zaświatów. Ale najważniejsze są takie sny, kiedy dostajemy dawkę duchowej wiedzy o sensie naszego istnienia. Czy to taki właśnie sen, każdy musi sam ocenić.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Samopoczucie

Jesteśmy tutaj na Ziemi dla radości. Po to przychodzimy na świat i chyba nie ma nic ważniejszego niż pozytywne nastawienie i dobry humor. W istocie ani pracowitość, ani mądrość, ani zapobiegliwość nie ma takiego znaczenia jak nasze myśli i emocje, ponieważ to właśnie one tworzą rzeczywistość i przyciągają do naszego życia różne sytuacje. Wielu nauczycieli prosperity powtarza, że myśli znaczą o wiele więcej niż czyny.

Patrząc z takiej perspektywy najważniejszym tematem naszego rozwoju powinno być zatem samopoczucie. Dbanie o to, aby było zawsze dobre. Im więcej miłych i przyjemnych dni, im więcej radosnych chwil, im więcej pozytywnego nastawienia – tym więcej w efekcie dobra tworzymy w sobie i wokół siebie. W pewien sposób potwierdza to oczywiście psychosomatyka, która wyraźnie udowadnia, że zdrowie wynika z dobrych emocji, a choroby z negatywnych. Jest to także podstawa Prawa Przyciągania, więc nie wymaga chyba żadnego dodatkowego wyjaśniania.

Pomimo oczywistości tego stwierdzenia wcale nie jest łatwo utrzymać w sobie dobre nastawienie do świata i ludzi. Jakby w nas wewnątrz był taki specjalny czujnik, który wyłapuje problemy i je akcentuje. Albo czujnik reagujący na niewłaściwe zachowania innych osób. To jeden z ulubionych tematów na portalach społecznościowych – głównie rozprawia się o tym, że ktoś kogoś obraził albo niewłaściwie się zachował. Uwielbiamy plotkować.

A do tego wymyślamy często jakieś bezsensowne hipotezy, aby odwrócić kota ogonem. W temacie, o którym piszę przejawia się to pisaniem „mądrości”, które krytykują pozytywne myślenie. Ich autorzy próbują przekonać czytelników, że smutek jest dobry, że gniew jest twórczy, a prawdziwa świadomość nie ma nic wspólnego z radością. Bezmyślni czytacze ochoczo przytakują: „o właśnie, zawsze tak myślałem, przecież być radosnym to takie trudne”.

Wystarczy odrobina inteligencji, by zobaczyć jaką bzdurą są tego typu odkrycia. Radość uzdrawia, a smutki i inne negatywne emocje wywołują w naszym ciele choroby. Pozytywne myśli przyciągają miłość, szczęście, pieniądze i zadowolenie, a te negatywne coś wręcz przeciwnego. I jeśli ktoś nie wierzy, to ma oczywiście do tego prawo, ale lepiej dla takiej osoby, aby zastanowiła się nad swoim podejściem do życia. Moim zdaniem odrzucanie Prawa Przyciągania wynika właśnie z usprawiedliwiania samego siebie, a to, że ktoś zaprzeczy istnieniu takiego prawa nie oznacza, że ono działać nie będzie. Podobnie jak w przypadku grawitacji: nieznajomość fizyki nie uchroni nas przed uderzeniem przez kamień, jeśli łudzić się będziemy, że możemy bezkarnie podrzucić go nad swoją głową i on sobie zawiśnie w powietrzu.

Skąd się bierze to usprawiedliwianie? Otóż moim zdaniem całą historię zaprzeczania Prawu Przyciągania tworzą ludzie, którzy nie umieją cieszyć się życiem. Jest ich wbrew pozorom bardzo dużo. Nawet wśród nauczycieli duchowych widać pełno krytyki i negatywnego podejścia… choćby do konkurencji. Są też zwolennicy teorii, że aby cokolwiek osiągnąć, trzeba się najpierw nacierpieć. Dlaczego? Tego już nie umieją logicznie wyjaśnić, więc być może teoria ta jest tylko racjonalizacją osobistych niepowodzeń autorów, którzy chcą uchodzić za tych, którzy wiedzą, ale niewiele im w życiu wychodzi. Nawyki zrzędzenia, narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich są w nich tak silne, że nie umieją się z tego wyzwolić w żaden sposób. Ogłaszają więc, że pozytywne myślenie i tak nie działa, więc po co się męczyć, skoro tak przyjemnie jest opluwać innych, oceniać negatywnie zdarzenia, a potem można nazwać siebie osobą rozsądną i świadomą.

Brzmi to może paradoksalnie dla inteligentnego człowieka, ale zauważam wielokrotnie, że niektórzy czerpią mnóstwo przyjemności z wchodzenia w negatywne emocje. Adrenalina, która wytwarza się podczas ostrej kłótni z oponentem, potrafi niesamowicie nakręcić. I już nie wiem, czy na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, która umieją świadomie wyjść ponad to… Nie wiem doprawdy. Tym bardziej, że czas w naszym kraju specyficzny i większość ludzi przedkłada rację nad spokój i akceptację.

A radość wymaga starań. Należy ją w sobie pielęgnować jak piękny kwiat. Zaczynamy od dokonania wyboru, że we wszystkich sytuacjach szukać będziemy dobrej strony. Potem uczymy się najmniejszej bodaj akceptacji tego, co niekoniecznie nam się podoba. A wreszcie zaczynamy konsekwentnie tworzyć nowe ścieżki neuronowe w naszym umyśle. Do tego potrzeba czasu – około miesiąca. I przez 30 dni warto reagować na świat z radością i miłością. Choćby na siłę. Potem już będzie łatwiej. Ale te pierwsze tygodnie są najtrudniejsze. W tym okresie ludzie się poddają, aby potem pocieszać się fałszywym: „prawdziwy rozwój nie ma nic wspólnego z pozytywnym myśleniem”. Otóż ma. I nic tego nie zmieni. Nie istnieje rozwój bez radości, miłości i pozytywnego postrzegania Wszystkiego Co Jest.

Chociaż codzienne życie jest praktycznie niemożliwe bez spadku nastroju, to zawsze my wybieramy, jak potem zareagujemy. Smutek, złość i rozdrażnienie dotykają każdego – są przecież naturalną konsekwencją obniżenia energii. Ale właśnie dlatego nie można szukać wymówek, tylko warto zadbać o własne samopoczucie. Bo to kluczowe dla wszystkiego, co chcemy tworzyć i czego chcemy doświadczać. Kiedy ogarniają nas negatywne emocje, wówczas podświadomie tworzymy w sobie opór, który blokuje miłość, szczęście, czy pieniądze. Najmądrzejszą reakcją jest ucieczka od takich rzeczy w stronę jak najlepszego nastroju. Lepiej obejrzeć głupią, ale śmieszną komedię, niż spędzić godzinę na poważnych i pełnych rozpaczy rozmyślaniach.

Dlatego właśnie robię wszystko, aby jak najszybciej poprawić sobie samopoczucie, bo tylko w ten sposób mogę sobie pomóc. Racjonalizowanie i powtarzanie, że smutek jest Ok to pułapka. I co z tego, że sobie pochwalę taki smuteczek, kiedy jest on podstępnym sabotażystą, zabierającym mi w najbliższym czasie zarobki lub miłe chwile z ukochanym. Po co mi taka emocja? Traktuję ją wyłącznie jako drogowskaz – jeśli pojawia się nie sama z siebie, lecz jako odpowiedź na sytuację. Smutek czy złość bywają wskazówkami, że należy w sobie uzdrowić jakiś wzorzec. Ale wystarczy, że je zauważę i zapamiętam konieczność pracy z wzorcami. Niech potem jak najszybciej znikają z mojej rzeczywistości.

Dobrym porównaniem byłby tu drobny deszcz. Czasem wystawiamy rękę i sprawdzamy czy pada. Kiedy na dłoń spadną krople, już mamy odpowiedź. Zostajemy w pomieszczeniu lub rozkładamy parasol. Nikt z nas nie trzyma ręki na zewnątrz i nie czeka, aż będzie cała mokra, aż przemoczymy rękawy, a zimne strużki popłyną pod ubranie. Ta ręka jest jak negatywna emocja – pokazuje siłę deszczu. Kiedy spełni swoją rolę, zabieramy ją z deszczu. Podobnie z emocjami – kiedy pokażą, co maja pokazać – uwalniamy je, a nie kisimy się w złości, smutku czy rozpaczy. Nie miałoby to żadnego sensu.

Kiedy pojawia się negatywna emocja, można zadać sobie pytanie o to, co ona pokazuje. Jednak zaraz potem warto skierować całą swoją uwagę na to, czego pragniemy. Jeśli na przykład poczuję złość, że mam za mało czasu na robienie tego, co kocham, jak tylko zidentyfikuję ów wzorzec, przestaję skupiać się na tej emocji. Zamiast tego, zaczynam sobie wyobrażać, że mam dużo czasu na wszystko, co chciałabym robić. Myślę o tym przez dłuższy czas, odczuwam płynącą z tego radość, planuję to wszystko i podnoszę energię tak długo, aż poczuję się z tym marzeniem szczęśliwa. W ten sposób zatrzymuję negatywne tworzenie swojej rzeczywistości, zastępując je pozytywnym.

Bogusława M. Andrzejewska

Asertywność

Z definicji asertywność to umiejętność chronienia własnej przestrzeni i samego siebie przed wykorzystaniem. Większość z nas pojmuje tę cechę jako zdecydowane odmawianie wtedy, kiedy czegoś nie chcemy zrobić. W gruncie rzeczy to wystarczy do zrozumienia, że jest to działanie nie tylko w obronie własnej, ale też wzmacnianie własnej indywidualności. To trochę chronienie swojego prawa do własnych wyborów: robię to, co ja chcę, a nie to, czego życzy sobie ode mnie ktoś inny.

Do tematu warto podchodzić elastycznie. Nie jest bowiem asertywnością lenistwo, chamstwo czy egoizm. Takiej wymówki można oczywiście wygodnie używać, kiedy nam się czegoś nie chce. Jednak asertywność to raczej działanie zgodne z harmonią serca – czyli wybieranie tego, co ważne dla nas, o ile nikomu nie robimy w ten sposób krzywdy. To moim zdaniem jedyny warunek ograniczający robienie dokładnie tego, na co mamy ochotę – dobro drugiego człowieka, ale i własne dobro.

Asertywność nie jest agresywna. Polega na spokojnej rozmowie lub pozbawionym emocji wyjaśnieniu naszego punktu widzenia. Możemy spokojnie odmówić komuś, kto nas o coś prosi, jeśli tak właśnie chcemy. Szczególnie wtedy, kiedy ktoś próbuje nas wykorzystać. Nie ma znaczenia, czy nasza odpowiedź się komuś podoba czy nie. Jeśli ustępujemy „dla świętego spokoju”, aby nie zrobić komuś przykrości, wówczas nadużywamy siebie. A miłość do siebie wyklucza takie zachowanie. Wysokie poczucie wartości wymaga przede wszystkim szacunku dla siebie.

Jednak ów szacunek należy wyrażać spokojnie. Jeśli nas ktoś obraża, możemy łagodnie lecz stanowczo zwrócić uwagę lub zignorować tę osobę, wg uznania. Natomiast rzucanie się z pięściami, obrażanie drugiej osoby i pełna złośliwości kłótnia nie ma nic wspólnego z asertywnością. Warto o tym pamiętać. Niektórym się wydaje, że odpowiadanie atakiem na atak jest asertywnym bronieniem swojej godności. Nic podobnego. Tam, gdzie w grę wchodzą negatywne emocje i nieetyczne zachowania, tam nie ma już mowy o żadnej godności. Dojrzała osoba potrafi spokojnie wyrazić swoje zdanie i to jest jej największą obroną. Zignorowanie napastnika i zaniechanie sprzeczki nie jest ucieczką. Jest pokazaniem prawdziwej klasy. Dodam też, że jeśli skutecznie podniesiemy poczucie własnej wartości, nikt nas nie będzie zaczepiał i atakował.

Otwartość na rozmowę i szukanie kompromisu jest ogromnie ważne, ponieważ inni ludzie mają swoje priorytety, swoje plany i odmienne podejście. Nie każdy myśli tak, jak my i nikt nie przyszedł na świat po to, by nam służyć i tańczyć tak, jak my mu zagramy. Każdy ma prawo do własnych wyborów, dlatego szacunek dla innego człowieka wymaga zrozumienia, że możemy prosić, negocjować, lecz nie wolno nam manipulować ani wywierać presji. Oczywiście szacunek dla innych powstaje wtedy, kiedy mamy szacunek dla samych siebie. Poziom samooceny wyznacza sposób zachowania i traktowania drugiego człowieka.

Niedawno zwróciłam uwagę na pewną mniej lub bardziej świadomą manipulację w dyskusji na FB. Ktoś wyraźnie zapowiedział, że nie życzy sobie na swojej osi krytyki znanej publicznie osoby, ponieważ ją ceni. Nie zastosowanie się do tego życzenia miało skutkować wyrzuceniem ze znajomych. I tutaj pojawiła się pani manipulantka, która natychmiast przewrotnie próbowała zdyskredytować człowieka pisząc, że należy szanować odmienne poglądy, bo przecież ludzie są ważniejsi od przekonań. Pozornie piękne i mądre hasło, w istocie jest wyzwaniem właśnie dla bycia asertywnym. Na mojej osi, podobnie jak we własnym domu, mam prawo przyjmować wyłącznie tych, którzy stosują się do moich życzeń. I podobnie jak mogę zażądać, by gość zdjął buty, mam prawo oczekiwać, że nie będzie ze mną rozmawiał o polityce, a z całą pewnością nie będzie obrażał tych, których szanuję. Jeśli ktoś nie chce ściągać butów, nie musi przecież do mnie przychodzić. A jeśli chce krytycznie wyśmiewać tych, którzy są mi bliscy, może to robić w innym towarzystwie, a nie w mojej obecności. Proste.

Zdumiewa mnie często bezczelne szafowanie górnolotnymi hasłami, które w ostatnim czasie staje się nawet trochę modne. Bo czymś zupełnie innym jest prawo do posiadania własnych poglądów, a czym innym wygłaszanie ich wobec tych, którzy sobie tego nie życzą słuchać. Ta druga opcja jest moim zdaniem celowym atakiem na inną osobę. Nie bez powodu od lat mówi się, że dżentelmeni nie rozmawiają o polityce. Właśnie dlatego, że kulturalni ludzie nie zaczepiają i nie prowokują innych. A tym przecież jest ostentacyjne wygłaszanie swoich poglądów wobec osoby, która ma inne zdanie – a my doskonale o tym wiemy – werbalnym atakiem, zaczepką, złośliwością.

Żyjemy w trudnych czasach. Nasz kraj jest podzielony na dwa obozy, ludzie stale się kłócą, a o kulturze trudno nawet marzyć. Ale tu właśnie wkracza asertywność. Tu mamy okazję, by zdecydowanie wyprosić kogoś, kto narusza święte prawo gościnności, zaczepiając mnie i atakując. Rzecz jasna nie namawiam do kłótni czy agresji. Agresywna reakcja na złośliwość stawia nas na równi z zaczepiającym. Wystarczy spokojnie zwrócić uwagę. A jeśli nie zadziała, zignorować napastliwego człowieka lub usunąć ze swojej przestrzeni.

To wszystko przy tym jest tylko metaforą – nie zwykłam zrzucać ludzi ze schodów. Jednak przyznaję się, że bez złości wyłączam ze znajomych osoby, których zachowanie i wypowiedzi mi nie odpowiadają. Mam do tego prawo, skoro nie po drodze mi z nimi. To ja wybieram sobie znajomych i wybieram osoby o podobnych poglądach i zainteresowaniach. O czym mam rozmawiać z kimś, kto na przykład popiera faszyzm lub propaguje antysemityzm? Nie znajdę z takim człowiekiem wspólnego zdania. Szkoda naszego czasu. Drażnić mnie będą wypowiedzi takiej osoby, a ją zdenerwują zapewne moje poglądy. Lepiej, jeśli każde z nas spotykać się będzie w gronie znajomych, z którymi dzieli przekonania. To właśnie asertywność. Świadome dokonywanie wyboru z kim chcę się spotykać, a dla kogo wolę nie mieć czasu.

W pseudoduchowych tekstach pisze się dużo o miłości, wybaczaniu i tolerancji. Czasem autorzy sugerują, że człowiek na wysokim poziomie akceptuje osobnika o odmiennych poglądach, milutko się uśmiechając. Dopóki to drobiazgi, a dyskusja dotyczy wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem, można się uśmiechać. Jeśli jednak uznam, że nie chcę słuchać historii o tym, jak bardzo obrzydliwi są obcokrajowcy – mam prawo nie słuchać. Mam prawo wyjść ze spotkania lub usunąć z niego taką osobę, jeśli to mój dom. To właśnie asertywność – prawo do decydowania o tym, w jakiej energii przebywam. Rozwój nie polega na kuleniu się w sobie i rozpaczliwej walce z chmurą negatywnych wibracji. Rozwój polega na dbałości o siebie, o swoich bliskich i swoją przestrzeń.

Jednak znowu powiem, że warto być w tej kwestii elastycznym. Czasem lepiej udawać, że się czegoś nie słyszy. To nie oznacza braku asertywności, tylko właśnie kulturę. Czasem puszczenie mimo uszu złośliwości jest lepszym wyborem, niż zrzucenie kogoś ze schodów. Wszystko zależy od sytuacji. Jeśli to incydent, bo ktoś jest nie w humorze – lepiej odpuścić. Jeśli jednak z kimś nam nie po drodze – można dać temu wyraz odcinając się od takiej osoby.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz