Ideał

Ideałów nie ma. Każdy z nas jest normalny i ma oprócz zalet także jakieś słabości. Oczywiście, to rzecz względna, co uznamy za słabość, a co będzie zaletą. Dla młodej osoby, która uwielbia dyskoteki zaletą będzie u kogoś to, że świetnie tańczy i nie lubi siedzieć w domu. Dla domatora odwrotnie – niezwykle cenne jest u partnera to, że nie lubi nigdzie chodzić i najszczęśliwszy jest z kubkiem herbaty i dobrą książką u boku partnera. Dobieramy się według różnych zestawów. Jesteśmy jak dwa klocki puzzli i – jak napisałam kiedyś – najważniejsze jest, by wzajemnie pasować do swoich kształtów i wcięć. To, co jednych zachwyca, innym nie musi się podobać.

Warto, zanim zdecydujemy się na posiadanie dzieci, pomieszkać razem i zobaczyć, czy jest nam ze sobą dobrze. Sprawdzić swoje upodobania i oczekiwania. Zobaczyć, na ile umiemy tolerować swoje słabości. Warto i przed ślubem, ale ślub ma tę dobrą stronę, że można go rozwiązać przez rozwód, a jeśli powołamy na świat dzieci, to już nic z tym zrobić nie można.  To one ponosić będą konsekwencje naszych decyzji odnośnie związku. W XXI wieku największą głupotą i okrucieństwem jest zajście w ciążę, zanim dobrze poznamy ojca naszego dziecka i sprawdzimy, czy w ogóle chce być z nami. Jeśli istnieje szczyt lekkomyślności, to w tym go upatruję.

Związek jest układem dynamicznym. Zmienia się z upływem czasu, ponieważ dojrzewamy, rozwijamy się i w nas też wiele się zmienia. Warto obserwować te transformacje. Czasem, kiedy opada pierwsze zauroczenie, kiedy wycisza się chemia, może okazać się, że partner jest nam całkiem obcy i nie znajdujemy z nim wspólnego języka. Im szybciej to odkryjemy, tym lepiej dla nas, bo możemy się rozstać i poszukać swojej prawdziwej miłości.

Ta najpiękniejsza i najmocniejsza jest bardzo ciekawym doświadczeniem. W pewien sposób wychodzi poza wszystko, o czym tu mówimy. Kiedy kochamy, to obiekt naszych uczuć jest dla nas zawsze „idealny”. Oczywiście widzimy, że rozrzuca skarpetki, kruszy, nie sprząta po sobie i zostawia w lodówce puste opakowania, ale traktujemy to jak drobiazgi bez znaczenia. Te czy inne zachowania mieszczą się dla nas w normie. Są do przyjęcia. U kogoś kochanego są po prostu charakterystyczną cechą, której staramy się nie oceniać.

Inaczej wszystko wygląda, kiedy nie ma miłości, lecz zauroczenie. Bywają w naszym życiu związki na jakiś czas. Są wartościowe i potrzebne, ale musimy umieć je rozpoznać. W takiej relacji może się zdarzyć, że te same zachowania będą nas drażnić i doprowadzać do szału. A jeśli mieszkamy razem, to prędzej czy później musimy się skonfrontować z różnymi doświadczeniami. I w tym miejscu widać przewagę miłości – ona wszystko przyjmuje spokojnie. Umie tolerować i akceptować. Umie wybaczać i nie przejmować się sprawami małej wagi. Prawdziwa miłość wybacza zresztą dokładnie wszystko, nawet zdradę czy oszustwo, chociaż rzecz jasna powinna też zmusić do poniesienia konsekwencji.

Miłość to takie „różowe okulary”. Nawet leń i bałaganiarz wygląda przez nie jak wcielenie ideału. To jednak znakomity sposób na dobry związek, bo dzięki temu nie zrzędzimy, nie marudzimy i nie krytykujemy bez końca. Kobiety niestety mają taką cechę, że wiecznie narzekają i kapryszą, psując tym często nie tylko dobry nastrój, ale i niszcząc więzi. Zanim jednak o tym narzekaniu powiem, przypomnę tylko, że w relacji obowiązuje równowaga między dawaniem i braniem, co oznacza, że brak zrzędzenia nie oznacza pokornego poddawania się wykorzystywaniu, a jedynie sposób reagowania na to, co nam się nie podoba. Mamy prawo asertywnie domagać się od partnera różnych rzeczy. Natomiast nie warto wiecznie narzekać i marudzić.

Kobiety często oczekują od partnera, by zaspokajał na okrągło ich potrzebę miłości. Kiedy związek już trochę trwa, mężczyzna przestaje się zachwycać i mówić piękne rzeczy, przynosić kwiaty i czekoladki. Zaczyna się zachowywać normalnie. Czasem bywa zdenerwowany, czasem zmęczony lub zniecierpliwiony i pozwala sobie na różne emocje w obecności swojej kobiety. Partnerka z wyniesionym z dzieciństwa deficytem miłości będzie miała do niego ciągłe pretensje o to, że nie kocha, nie rozpieszcza, nie jest taki jak kiedyś. Takie narzekanie i nadąsane domaganie się uwagi niczemu nie służy, a często burzy bliskość w związku. Zamiast wiecznych narzekań, można wprost mówić o tym, czego się potrzebuje.

We wszystkich związkach, bez wyjątku, są sytuacje i rzeczy, które nam się nie podobają. Jeśli chcemy coś zmienić, musimy o tym otwarcie, ale z szacunkiem mówić. Najgorszą możliwą reakcją jest nadąsanie się lub kłótnie i pretensje o to, że ktoś się nie domyślił, czego chcemy. A niestety czasem bywa i tak, że mamy zły dzień i jesteśmy nie w humorze, a kiedy pojawia się partner, to naskakujemy na niego, jakby to on był winny naszego podłego nastroju. Jak się chce psa uderzyć, kij się znajdzie – mawiano. W ten sposób zawsze znajdziemy powód do tego, by się na kogoś rzucić z awanturą. Jest tu i drugie powiedzonko: „prawdziwa kobieta potrafi z niczego zrobić obiad, kapelusz i awanturę”. No właśnie. A po co ta awantura?

Pisałam już o tym, że otwarta komunikacja jest jednym z filarów udanego związku. Kiedy chcę dostać kwiaty, mówię o tym mężowi. Kiedy chcę być przytulona, podchodzę i się przytulam. Czegokolwiek potrzebuję – mówię wprost. Jedną z największych wartości mojego związku jest to, że kiedy jest mi smutno albo jestem zmęczona, nie owijając w bawełnę informuję o tym mojego partnera i dodaję, czego bym w związku z tym oczekiwała. Jak dotąd nigdy mi nie odmówił – daje mi wsparcie, załatwia za mnie sprawy, ścieli łóżko lub pozwala mi leżeć z głową na jego kolanach. Dla mnie to ideał, chociaż pełen zwykłych ludzkich wad. Także ideał związku. Myślę, że właśnie po to wchodzimy w relacje, aby móc liczyć na drugą osobę i móc się do niej przytulić nie tylko wtedy, kiedy jesteśmy szczęśliwi, ale także wtedy, kiedy tego po prostu potrzebujemy.

Bogusława M. Andrzejewska

Ostatni raz

Jest takie ciekawe ćwiczenie psychologiczne, które polega na tym, że wyobrażamy sobie, że został nam miesiąc życia. Wybieramy wówczas swoje priorytety i ustalamy, jak chcielibyśmy go wykorzystać. W kolejnym kroku przyjmujemy, że mamy do dyspozycji tylko tydzień, a w następnym, że zostało nam 24 godziny. Znakomite jest w tym odkrywanie tego, co dla nas naprawdę ważne. Czasem warto siebie zapytać: gdyby to były ostatnie chwile, co rzuciłabym za siebie, a na czym się skupiła? To nadaje naszemu życiu prawdziwą treść.

Podobnie możemy działać w obrębie naszego związku, zadając sobie pytanie, co jest rzeczywiście ważne? Jak chcemy spędzić czas? O czym pomyśleć? Zazwyczaj “płyniemy z prądem”, na zasadzie: jest jak jest, może jutro coś ciekawego zrobimy razem. Tymczasem wyobrażenie sobie, że wcale nie mamy przed sobą całego życia, popycha nas w stronę wybierania ze wspólnego bycia ze sobą tego, co najbardziej wartościowe. To pozwali w relacji odnaleźć najcenniejsze elementy.

Zdarza się, że ogniskujemy uwagę nie na tym, co trzeba. Żyjemy sprawami, a nie uczuciami. Kochająca skądinąd żona opowiada mężowi o cieknącym kranie, o tym, że syn dostał znowu dwójkę w szkole, a córka złapała katar, natomiast nie mówi, że jest dla niej ważny i że go kocha. Gdzieś z tyłu głowy ma myśl, że może wieczorem znajdą czas na bliskość, wówczas pewnie wyzna swoje uczucia. A wieczorem wszyscy idą później spać, bo dziecko dostało gorączkę i zmęczeni zasypiają, zanim usłyszą od siebie to, co najważniejsze. W codziennym kołowrotku spraw były rozmowy o kranie, zakupach, podwyżce ceny za prąd i dwójce w szkole, ale nie było ani słowa o miłości. Gdyby następnego ranka obudzili się po drugiej stronie życia, stanęliby tam z pustymi rękami. Ani cieknąca wylewka, ani ocena w szkole, ani katar nie mają żadnego znaczenia. Liczy się tylko miłość.

Często odkładamy na później to, co piękne i dobre. Żyjemy nawykowo i nieco mechanicznie. Wracamy z pracy zmęczeni, obdarzamy się przelotnym całusem i rzucamy w wir codziennych obowiązków. Gdzieś tam pojawia się myśl: “właściwie to dawno się nie przytulaliśmy, nie oglądaliśmy razem filmu, nie byliśmy w kinie…” I szybko uciekamy od tej myśli, bo nie ma czasu coś trzeba by wymyślić, zrobić, wykonać jakiś ruch. Poddajemy się zmęczeniu i myślimy: “następnym razem, dzisiaj muszę odpocząć“. A życie ucieka. I nagle okazuje się, że nie ma już “następnego razu”, bo partner odszedł, wyjechał, zniknął.

Czasem jest to proces rozciągnięty w czasie, który można nazwać powolnym umieraniem związku. Z dnia na dzień coraz rzadziej pojawia się myśl, że “trzeba by coś…”, że czegoś nam brakuje, że pomiędzy ciszą a nami dwojgiem pojawia się emocjonalna pustka. Całe lata uciekają jak chwile na codziennym dreptaniu wokół tych samych spraw. Dzieci wyrastają, odchodzą z domu i wreszcie jesteśmy sami i dla siebie. Wreszcie mamy czas. Wówczas odkrywamy, że nie mamy już sobie nic do powiedzenia. A i na przytulanie brak ochoty. Obok nas na nowej lub starej kanapie siedzi obcy człowiek, który formalnie jest ojcem naszych pociech. Lub niemłoda kobieta, której nie ma się ochoty dotykać. Chowamy się za książką lub gazetą, tęskniąc za czymś, co sami zgubiliśmy przez nieuwagę.

Życie tak, jakby każdy dzień był ostatnim, jest ciekawą metodą pielęgnowania  relacji. Odkryłam to wcale nie na zajęciach z psychologii, lecz w swoim własnym doświadczeniu. Wiele lat temu mój związek przechodził kryzys. Rozstaliśmy się z mężem pod wpływem silnych emocji i przez kilka tygodni mieszkaliśmy osobno. Już po kilkunastu dniach odkryliśmy, że nie umiemy żyć bez siebie i przez pewien czas spotykaliśmy się, ustalając, jak poukładać nasze wspólne pożycie, aby tym razem było zgodne i szczęśliwe, a po dwóch miesiącach wynajęliśmy nowe mieszkanie, by rozpocząć całkiem inny i wyjątkowo piękny rozdział naszego związku. Warto zauważyć, że takie rozpoczynanie na nowo, w nowym miejscu, z nowymi wspólnie ustalonymi zasadami przynosi zaskakująco dobre efekty. Czasem wystarczy odciąć destrukcyjne osoby, które źle wpływają na nasze uczucia. U nas to zdało egzamin rewelacyjnie.

Ponieważ do samego rozstania doszło dosyć nieoczekiwanie, często później zastanawiałam się, jakie były nasze ostatnie przed tą krótką separacją chwile razem. Czy mówiliśmy sobie o miłości, czy tylko obrzucaliśmy pretensjami? Czy kochaliśmy się namiętnie, czy byle jak? Zostało mi to po dziś dzień w tym pozytywnym znaczeniu. Spontanicznie tworzę nasze wspólne bycie tak, jakby kiedykolwiek mogło się nieoczekiwanie skończyć. Nie ma w tym obaw czy czarnowidztwa. Moj związek jest jedną z najpewniejszych rzeczy w moim życiu. To raczej sposób postrzegania świata, a także forma świadomego tworzenia rzeczywistości taką, jaką chciałabym ją widzieć.

Kiedy mój mąż wychodzi do pracy, żegnam się z nim tak, jakby wyjeżdżał na stałe i tak, jak chciałabym być przez niego zapamiętana. Każdą chwilę wykorzystuję na jak to nazywam “celebrowanie uczuć”, czyli bliskość, pieszczoty, spędzanie czasu ze sobą. Nigdy nie odkładam na później możliwości przytulenia się do męża i powiedzenia mu, jak bardzo go kocham. Mój mężczyzna bardzo szybko się tego nauczył i jeśli ja zamyślona nad nowym projektem przejdę koło niego obojętnie, wówczas on łapie mnie za rękę i wciąga w objęcia. Jak pisałam kiedyś, mężczyźni lubią być przytulani i lubią wszystkie czułe gesty i słowa. Ale to my, pełne łagodnej kobiecości uczymy ich tego.

Kiedyś robiłam to podświadomie, teraz zauważam, że celowo skupiam się na bezwarunkowej miłości, a nie pretensjach czy niespełnionych oczekiwaniach. Jeśli zwracam mu na coś uwagę, jeśli skrytykuję, to chwilę później żartujemy oboje, żeby rozmowa nie zakończyła się w gniewie czy żalu. Kiedy się kochamy, to również jest w tym całe moje serce jakbyśmy kochali się ostatni raz. Nie szczędzimy sobie czułości, nie spieszymy się. I odkryłam, że tak jest najlepiej. Żyć tak, jakby każdy dzień był ostatnim i najważniejszym.

Bogusława M. Andrzejewska

Mężczyzna w związku

Tym razem artykuł dla kobiet. O tym, co drzemie w naszych cudownych facetach. Mężczyzna nieco różni się od kobiety w swojej psychologii. Wie o tym każdy, kto przeczytał świetną książkę Johna Greya “Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”. I chociaż miała ta lektura trochę przeciwników, jednak zasadniczo kładzie podwaliny pod rozumienie drugiej płci. Bo jest niezaprzeczalnym faktem, że reagujemy często nieco inaczej, a i oczekiwania mamy nieco inne.

Mężczyzna pragnie, aby kobieta była z nim szczęśliwa. Warto o tym pamiętać, szczególnie wtedy, kiedy koniecznie chcemy się poświęcać i wszystko robić samodzielnie, aby wreszcie paść bez sił i z pretensją w duszy i oczach… A nierzadko i na języku. Zaburzenie równowagi pomiędzy dawaniem i braniem to najczęściej popełniany w związku błąd. Partner chce być potrzebny i doceniany warto mu dać tę szansę, prosząc o pomoc, domagając się z miłością i pogodnie pewnych rzeczy, dziękując czule za każdy gest. To lepiej procentuje niż krytyka i ciągłe narzekanie na zmęczenie. I przyznam, że działa to w obie strony my kobiety też przecież chcemy być docenione, kochane i proszone z uśmiechem.

Jeśli kobieta martwi się i narzeka, mężczyzna może poczuć się winny. Właśnie dlatego, że bierze na siebie natychmiast odpowiedzialność za jej szczęście. Panie chcą się czasem po prostu wygadać, bo to im pomaga uwolnić emocje, a nie rozumieją, że panowie z tego powodu mogą poczuć się bezradni i nieudolni. Zawsze powtarzam, że od wyżalania się mamy koleżanki. Inna kobieta wie, o co chodzi, chętnie wysłucha, przytaknie, skomentuje po swojemu. Po prostu nas zrozumie i nie poczuje się winna w najmniejszym stopniu za to, że to my mamy jakiś problem. Tymczasem partner niestety tak, bo oto okazuje się, że nie potrafi nas uszczęśliwić.

Kobieta chce wszystko upiększać. Także swój związek. Nawet jeśli jest w nim szczęśliwa, a nawet szczególnie wtedy. Myśli dniami i nocami, co by tu zrobić, aby było fajniej, ciekawiej i aby wzmocnić relację. Jednak jeśli zaproponuje coś swojemu mężczyźnie, popierając to takim właśnie argumentem: “aby było fajnie i cudownie”, spotka się z rozżaleniem lub nawet gniewnym zdziwieniem: “to już nie jesteś ze mną szczęśliwa?!”. Mężczyzna naprawia tylko to, co się zepsuło, dobrych rzeczy nie rusza. Kobieta upiększa i dekoruje to, co uważa za wspaniałe.

Jest jednak między nami także wiele podobieństw, które są bardzo cenne w relacji. Chociaż dla kobiety związek jest zazwyczaj o wiele ważniejszy niż dla mężczyzny, to oboje pragną miłości. Oboje pragną bycia akceptowanymi, docenianymi i podziwianymi. Myślę, że tylko to jedno zdanie pozwala zadbać o związek w taki sposób, aby był udany i szczęśliwy. Oto cała recepta: sprawiać, by partner czuł się doceniany i kochany i tego samego domagać się dla siebie. Pod warunkiem oczywiście posiadania wysokiego poczucia wartości, bo jak wiemy jeśli kocham i szanuję siebie, to jestem kochana i szanowana, jeśli jestem sobie wierna, to i mnie nikt nie zdradza. Tak działa zasada lustra.

Mężczyzna pragnie czułości w nie mniejszym stopniu od kobiety. Pisałam już o przytulaniu, które świetnie wzmacnia bliskość w związku. Jeśli od samego początku nie szczędzimy partnerowi tej czułości, to on także okazuje nam ciepło, a jego serdeczny dotyk nie jest wyłącznie przygrywką do seksu. Jeśli zaniedbujemy tę stronę relacji, to potem każdy ciepły gest może być odbierany przez męża, jako zaproszenie do łóżka, co dla kobiety często jest rozczarowaniem.

Na koniec chcę napisać o czymś trudnym do przyjęcia, co jednak zostało wielokrotnie potwierdzone, zarówno przez moje doświadczenie, jak i autorytet znanych i cenionych psychologów. Chcę napisać słów kilka o pewnym aspekcie zdrady małżeńskiej. Tej fizycznej. Kwestia niewierności jest dosyć ważna i wraca jak bumerang, bo coraz częściej dotyka różnych związków. Ona istniała zawsze, ale dopiero od niedawna mamy odwagę głośno mówić na ten temat. Może zaczynamy rozumieć, skąd się bierze i czym jest?

Otóż mężczyzna jest w swoim biologicznym jestestwie naturą poligamiczną. Oznacza to, że może zdradzić żonę z wielu dziwnych powodów, a bardzo rzadko robi to z braku miłości. Jeśli mężczyzna przestaje kochać, to odchodzi. Jeśli jednak wraca do domu od kochanki, to znaczy, że żona jest dla niego najważniejsza. Nadal. I wbrew wszystkiemu. Jakkolwiek kontrowersyjnie to zabrzmi, jest to faktem, nad którym warto czasem pomyśleć, bo zdrada fizyczna nie oznacza końca uczucia, tylko jakiś problem, który najprawdopodobniej można rozwiązać.

Innymi słowy fakt przespania się z inną panią, bywa dla pana tym, czym dla nas zjedzenie kanapki. Ot, zdarzyło się… i nawet nie pamięta, jak tamta miała na imię. To była konsumpcja. Bywa nawet co potwierdza doświadczenie że jakiś trwający lata całe romans jest tylko rozrywką. Żona jest tą jedyną, wybraną do kochania, tamta (…zaraz, jak jej na imię?…) służy do uwolnienia napięcia. Przykre to dla “tej trzeciej”, dlatego stale przestrzegam moje klientki przed wdawaniem się w romanse z żonatym facetem. W 95% przypadków źle się to kończy dla kochanki. I żadna ciąża tu nie pomoże, bo najczęściej zostaje się samotną matką.

Bardzo ciekawym tego przykładem jest jeden z moich znajomych. Dobry i czuły mąż, wdał się w związek na boku z młodszą od niego o 14 lat dziewczyną. Ponieważ znałam jego żonę, zdziwiło mnie, dlaczego zdradza ją z kobietą nie tylko brzydszą, ale mniej miłą i mniej inteligentną. Kiedy zapytałam go o życie intymne, okazało się, że to żona jest wspaniałą kochanką, a ta na boku udaje w łóżku. “To dlaczego to robisz, człowieku?! Nic z tego nie rozumiem!” – wykrzyczałam mu wreszcie. I co się okazało po dłuższej rozmowie mój znajomy tą przygodą bardzo chciał zaimponować swojemu ojcu, który także miał w życiu młodsze od siebie kochanki. Wiek kobiety miał podnieść poczucie wartości jako mężczyzny to akurat jasne.

Wewnętrzne dziecko mojego znajomego cały czas domagało się ojcowskiego podziwu i miłości, której de facto nigdy nie dostało. Całą uwagę taty zabierał brat, dokładając do tego deficytu poczucie zazdrości. Jak tylko mój znajomy nawiązał romans, szybko przedstawił kochankę ojcu, licząc podświadomie na pochwałę. Jak łatwo się domyślić, podziwu nie było, więc trwał parę lat w tym niezdrowym układzie i czekał, aż zostanie doceniony. Zerwał romans, kiedy ojciec, wielki sympatyk ładnej i mądrej synowej, ostro go skrytykował za głupotę. Zgaduję, że nikt nie wymyśliłby takiej historii, jaką napisało tutaj życie.

W całej tej historii jest jeszcze zdradzona kobieta. Oczywiście, nie mogłam nie zapytać o jej krzywdę. Usłyszałam w odpowiedzi, że żonę kocha najmocniej na świecie i zadba o to, by ona nigdy się nie dowiedziała. Przecież, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Bulwersujące? Niekoniecznie, jeśli przyjmiemy, że dla mężczyzny seks z niekochaną kobietą to tylko konsumpcja. Czy któraś z nas ma pretensje o to, że małżonek zje na mieście? Oczywiście nie to tylko jedzenie. No właśnie. Bardzo często zdradzane żony dowiadują się ostatnie dlatego, że panowie dbają o ich komfort psychiczny. Po co żona ma się martwić ich rozrywkami, które są bez znaczenia dla związku? I dodajmy po co ma wiedzieć, skoro kobieta ma zdecydowanie inne zdanie na ten temat. Zdanie, które może niewiernego męża wystrzelić w kosmos.

Nie twierdzę, że mężczyźni zdradzają na lewo i prawo. Większość panów kocha pięknie, głęboko i z oddaniem. Uważam jednak, że seks na boku jest dla nich tym, czym dla nas katar. Po prostu się zdarza i nie ma to dla nich większego znaczenia. Zapomina się o nim tak szybko, jak o przeziębieniu. Było. Kiedyś. Nie zmienia to oczywiście faktu, że zdradzona żona odczuwa żal i gniew, a często nie umie tego wybaczyć. Bywa jednak i tak, że dopiero mężowski skok w bok otwiera jej oczy na prosty fakt, że zaniedbała swój związek. Z mojej praktyki wynika, że czasem taki dramat jest początkiem nowego etapu pełnego miłości i dbałości o małżeństwo. Ale wymaga to dojrzałości i mądrości kobiety, która rozumie, że jej partner naprawdę tylko ją kocha, a to przykre wydarzenie, to tylko konsumpcja w innej restauracji.

Bogusława M. Andrzejewska

Manipulacje

Nasza seksualność to nie tylko cudowne doświadczanie bliskości, ale – jak pokazuje życie – także ogromne pole wszelkich nadużyć i manipulacji. Być może dlatego, że dopóki jesteśmy młodzi i zdrowi, kochamy seks, czerpiąc z niego mnóstwo rozkoszy. Wiedzą o tym Ci, którzy chcą wykorzystać nasze pragnienia. Pozornie dla swojej korzyści. Czasem owa manipulacja obraca się przeciwko nim – tak działa harmonia Wszechświata. Ale nie zmienia to faktu, że warto umieć dostrzec manipulacje i umknąć przed nimi w podskokach.

W tym miejscu przypominają mi się legendy o wypijającym ludzką energię sukkubie – seksownej demonicznej kobiecie, która wabi mężczyzn swoim roznegliżowanym ciałem, aby pożywić się ich siłą życiową. Mówi ona zmysłowym szeptem do swojej ofiary: „znam twoje pragnienia, wiem, czego pożądasz najbardziej”… Jak w każdej legendzie, tak i tutaj znajdziemy ziarno prawdy. Ów magiczny sukkub to bardzo często zakompleksiona kobieta, która żeruje na mężczyźnie. To wbrew pozorom bardzo często spotykany model działania.

Oczywiście mężczyźni też manipulują kobietami seksualnie, ale ze względu na jakość naszej kulturowej tradycji, robią to o wiele rzadziej. Zachodem rządzi ciągle patriarchalne podejście do spraw seksu – w tym obszarze mężczyźnie wolno więcej i bardziej otwarcie, dlatego też nie ma w nich potrzeby, by cokolwiek wymuszać. Ponadto kobieca biologia bywa tu cichym wspólnikiem pokrętnych zachowań, bo wiele kobiet potrafi długo obejść się bez seksu. Przynajmniej tak im się wydaje.

Najczęściej spotykany model to gra w stałym związku – gra polegająca na: „jeśli zrobisz…, to dostaniesz”. Standardem jest, że warunki stawia kobieta. Dla  mężczyzny seks bywa na tyle ważny, że jest w stanie wiele poświęcić, by dostać to, czego pragnie. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że to mężczyzna powie: „jeśli zrobisz to i to, to wieczorem się pokochamy”. Być może się mylę, ale odpowiedzią byłoby ironiczne parsknięcie i wzruszenie ramion.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że wygrywa tu kobieta. Manipulacja i szantaż to ślepa uliczka. Kiedy on wykona to „coś”, a ona w nagrodę udostępni mu swoje ciało, to zbliżenie będzie miało smak popiołu… Zero romantyzmu, zero, ciepła, zero zaufania. On będzie się zastanawiał, czy warto być wykorzystywanym i gdzie jest granica, której nie zechce przekroczyć. Ona – jeśli posiada sumienie – będzie miała poczucie winy, które zepsuje miłosne spotkanie we dwoje. Jeśli sumienia nie ma, to i tak będzie czuła niezadowolenie, ponieważ akt seksualny nie wyniknął z naturalnej potrzeby – jest jedynie zapłatą za wykonaną przez męża usługę. Nie widzę tu miejsca na bodaj ślad uczucia. Fakt odkrycia przez kobietę, że posiada ona coś, na czym zależy jej partnerowi, mógłby prowadzić do bliskości, intymności i większego zaangażowania. Jeśli jednak ktoś decyduje się szantażować drugą osobę, wówczas – moim zdaniem – nie ma tu mowy o miłości.

Jest jeszcze inny rodzaj manipulacji. Dotyka on osób, które nie są ze sobą na stałe. Czasem kobietom wydaje się, że jedyne, co mają do zaoferowania, to ciało. Poznają kogoś, i natychmiast idą z nim do łóżka, aby udowodnić, jakie są seksowne i kobiece. Chcą zapunktować w czyichś oczach i skłonić w ten sposób do stałego związku. O tak – nie piszę tu o singielkach, które świadomie wybierają przypadkowy seks, lecz o tych, które poszukują partnera na stałe. Znam historię pewnej pani, która zabierała poznanego na dyskotece mężczyznę na noc do wynajmowanego przez siebie mieszkania tylko po to, by rano po upojnej nocy zapytać go: „ożenisz się ze mną?” Zamiast pracować nad bliskością i budować więzi, najłatwiej przecież zdjąć majtki.

To kolejna ślepa uliczka. Mężczyźni nie ufają kobietom, które oddają im się na pierwszej randce. Nie na tyle, by tworzyć z nimi rodzinę. Można stworzyć w ten sposób sympatyczny układ bez zobowiązań, jeśli dopasujemy się seksualnie i jeśli ktoś lubi takie relacje. Jednak miłość i bliskość wymaga nieco czasu i tego, co najprościej nazywamy wzajemnym poznaniem siebie. Wspomniana przeze mnie wyżej pani, szukająca męża na dyskotekach, ma dzisiaj czworo dzieci, każde z innym panem. Nigdy nie wyszła za mąż. Jest samotna i przeszła właśnie poważną operację ginekologiczną. Kłania się tutaj psychosomatyka – od razu zobaczymy, gdzie jest największy psychologiczny problem. Nikomu nie życzę takiego losu i takiego błędnego podejścia do tematu.

Istnieje także inny rodzaj manipulacji. Jest to seks uprawiany z premedytacją, wyłącznie w tym celu, aby zajść w ciążę – w tajemnicy przed partnerem oczywiście i wbrew jego woli. Wszystko po to, by zmusić go ową ciążą do ślubu. Jak dalekie jest to od miłości, intymności, bliskości, tłumaczyć nie muszę. Wydaje mi się, że tego typu oszustwo dyskwalifikuje kobietę, jako kobietę i człowieka zarazem. Gdybym była mężczyzną, wyżej ceniłabym partnerkę, która ukradłaby mi z portfela 1000 zł, niż taką, która „wrabia” mnie w niechciane dziecko, niszcząc życie moje i oczywiście tego dziecka.

A idąc tym tokiem myślenia – przysięgam: nie chciałabym urodzić się jako efekt manipulacji niedojrzałej mamusi. Każdy z nas ma prawo, by przyjść na świat jako upragniony owoc prawdziwej miłości. Niechby nawet nieplanowany – ale słodki efekt bliskości. Wpadka między dwojgiem ludzi, którzy naprawdę się kochają, nigdy nie będzie tragedią, a maleństwo będzie uwielbiane. Natomiast oszustwo typu: “zajdę w ciążę, może mnie zechce” – jest atakiem przede wszystkim na dziecko, bo to ono będzie całe swoje życie dźwigać ten ból. Mężczyzna może po prostu powiedzieć: “mówiłem wyraźnie, że nie chcę i ojcem nie będę”, co sprowadzi ojcostwo wyłącznie do obowiązkowo zasądzonych alimentów. I wtedy wszyscy są przegrani: odrzucona kobieta, oszukany mężczyzna, który przez dwadzieścia najbliższych lat płaci haracz za wątpliwej jakości seks i wreszcie najbardziej skrzywdzone – nikomu niepotrzebne dziecko.

Obrażą się na mnie zapewne wszystkie panie, ale staję tutaj po stronie mężczyzny. Nie można zmuszać się do kochania dziecka, choć dziecko niczemu winne nie jest. Manipulantka na to właśnie liczy: “może i nie chce, ale jak już urodzę, to będzie musiał się zająć i mną i synkiem, przecież musi, inaczej nie wypada”. Otóż – nic nie musi. Im mocniej mężczyźni odetną się od takich kobiet, tym szybciej inne przestaną naśladować tego typu toksyczne zachowania. To tylko moje zdanie. Być może ktoś woli poświęcić siebie dla dobra dziecka, ma prawo. Niech tylko pamięta, że poświęca też setki innych mężczyzn i dzieci, ponieważ to popyt kształtuje podaż. Dopóki manipulacje odnoszą efekt – będą stosowane. Nie oduczymy ludzi podłości, mówiąc im, że postępują niewłaściwie – i tak nam nie uwierzą, żyjąc w swoim chorym świecie złudzeń. Jedynym znanym mi sposobem na manipulację jest nie uleganie jej, bez względu na koszty.

Związek to MY, a nie “ja i ty”. Oznacza to respektowania prawa do wolności partnera. Decyzje tak ważne, jak posiadanie dziecka należy podejmować wspólnie. Jeśli mój partner dziecka nie chce i mówi o tym wyraźnie, to nie mam prawa zmuszać go do tego. Jeśli macierzyństwo jest dla mnie bardzo ważne, to zawsze mogę zmienić partnera na takiego, który z radością powita na świecie gromadkę potomstwa. Tylko taką decyzję wolno mi podjąć. Wszelkie kombinacje, aby postawić na swoim, świadczą nie tylko o niedojrzałości kobiety, ale przede wszystkim o jej okrucieństwie. Okrucieństwie wobec własnego dziecka, które powołuje na świat wiedząc, że dawca nasienia dziecka nie chce. To jak tłuc swoje dziecko młotkiem po głowie i oczekiwać, że będzie się z tego cieszyło. Uczuć macierzyńskich także tutaj nie dostrzegam.

Bywały takie czasy, gdy to mężczyzna traktował kobietę, jako narzędzie do przedłużenia rodu. Żenił się głównie po to, aby żona dała mu potomka, najlepiej męskiego. Często mówimy o tym ze zgorszeniem i pogardą, wskazując postacie takie, jak choćby Henryk VIII Tudor, który nie wahał się zgładzić bezpłodnej partnerki. To nie jedyna historyczna sytuacja, w której zauważamy szowinizm i potępiamy traktowanie kobiety wyłącznie jak rzeczy potrzebnej do osiągnięcia celu. Czy opisane przez mnie wyżej zachowanie jest w czymś lepsze bodaj o jeden gest?

Podsumowując, warto by podkreślić, że wykorzystywanie seksu do osiągnięcia swojego materialnego celu jest przedmiotowym traktowaniem partnera. Nie ma nic wspólnego z uczuciem. Nie zbudujemy bliskości na cierpieniu drugiego człowieka. A przyjdzie czas, że dojrzejemy i zrozumiemy, co jest najważniejsze. Będziemy wtedy szukać miłości, zaufania, intymności, bezpieczeństwa – tych wszystkich wartości, których odmówiliśmy komuś, dla kogo byliśmy ważni. Pilnujmy swojej szansy na bycie szczęśliwymi, umiejąc odróżnić ciepło, serdeczności i miłość od kupczenia własnym ciałem. Miłość jest często na wyciągnięcie ręki, tylko nie umiemy jej zauważyć i potraktować z szacunkiem tak, aby przyniosła nam szczęście.

Bogusława M. Andrzejewska

Bez ślubu

Żyjemy w ciekawych czasach. Z jednej strony są one łatwiejsze, bardziej postępowe, dające tysiące nieznanych wcześniej możliwości. Z drugiej jednak – technologia zastępuje bliskość i zmieniają się sposoby wyrażania uczuć. Dzisiaj zamiast pachnącego różami listu miłosnego i pięknych wierszy, wysyłamy lakoniczne smsy. Zamiast ciepłego ogniska domowego i wielopokoleniowej rodziny, mamy coraz więcej rodzin patchworkowych i samotnych matek. Zamiast małżeństw – coraz więcej wolnych związków. To znak czasu. Ale czy naprawdę?

Zmiana zapatrywań pozwala ludziom żyć ze sobą bez ślubu. Nie umniejsza to moim zdaniem znaczenia związku. Traktuję takie pary tak samo jak małżeństwa  i wiem, że przeżywają te same radości i te same problemy, co osoby z obrączką na palcu. Miłość jest niezależna od tego, czy jest zalegalizowana, ponieważ odnajdujemy ją w naszych sercach, a nie na papierze. Moje doświadczenie wskazuje też zaskakującą ciekawostkę – wolne związki bywają bardzo trwałe.

Jest to też interesujące rozwiązanie dla osób, które mają za sobą trudne uczuciowe doświadczenia. Jeśli przeżyliśmy bolesne rozczarowanie w małżeństwie, możemy odczuwać opór przed ponownym wiązaniem się z nowym partnerem. Wolimy ostrożnie „potestować” życie razem i mieć świadomość, że w każdej chwili możemy pożegnać się i odejść.

To poczucie zachowania wolności jest jednak mocno przesadzone. Rozwód nie jest wcale skomplikowany, o ile oczywiście oboje podejmujemy taką samą decyzję. Rozstanie po ślubie jest niemal równie łatwe (lub równie trudne), jak bez ślubu. To, co nas najmocniej trzyma przy sobie, to przede wszystkim dzieci, wspólne mieszkanie i kredyty. To akurat jest niezależne od założonej obrączki. A odkąd mamy możliwość wzięcia pożyczki niezależnie od aktu małżeństwa, to właśnie kredyt wiąże nas mocniej niż jakiekolwiek uczucia.  A z całą pewnością silniej, niż podpisany w USC akt, który można rozwiązać na jednej sądowej sprawie.

A jeśli o finansowej stronie związku mowa, to warto zwrócić uwagę, że w naszym kraju często przyczyną życia na kocią łapę są właśnie warunki ekonomiczne. Tak się składa, że samotna matka, czyli kobieta niezamężna, ma przywileje, które nie przysługują mężatkom. Niejednokrotnie owa samotna matka ma u boku zamożnego ojca swojego dziecka, który ją z uczuciem wspiera, także materialnie. Prosta kalkulacja popycha ich oboje do decyzji, by nie tworzyć formalnie związku, ponieważ im się to najzwyczajniej nie opłaca. Nie jest to oczywiście normą, a jedynie dość często spotykanym aspektem rzeczywistości, który także ma wpływ na to, że ludzie nie biorą ze sobą ślubu, choć w istocie tworzą rodzinę.

Tyle o plusach życia na kocią łapę. Są jednak w tym także minusy. I z całą pewnością nie biorę pod uwagę ludzkiej krytyki, opartej na przestarzałych wzorcach. Nasz związek to nasza sprawa, a nie sąsiadki, która po powrocie z kościoła mamrocze pod naszymi drzwiami, że żyjemy w grzechu. Każdy z nas żyje tu na Ziemi dla siebie i dla własnego szczęścia oraz rozwoju. Dopóki nikogo nie krzywdzimy, mamy prawo do własnych wyborów. A ludzie stają się coraz bardziej liberalni i przestają negatywnie oceniać nasze decyzje.

Z pewnością, żyjąc bez ślubu, natykamy się na wiele przeszkód w urzędach. W chwili, kiedy piszę te słowa, w naszym kraju nadal nie ma ustawy, która wspierałaby ludzi żyjących w wolnych związkach. A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jako kraj będziemy mocno cofać się w rozwoju i tracić swoją wolność i swoje prawa jedno po drugim. Przyznaję, że cały mój optymizm bierze w łeb, kiedy widzę, jakiego rodzaju ludzie przymierzają się do rządzenia Polską… Być może niebawem wolne związki przestaną istnieć i cały ten artykuł nie będzie miał zupełnie znaczenia.

Tymczasem chciałabym jeszcze podkreślić zupełnie inny aspekt życia bez ślubu. Brak wiążącego nas sakramentu (czy aktu prawnego), daje nie tylko poczucie wolności i świadomość, że w dowolnym momencie możemy spakować walizkę i wyjść. To działa też w drugą stronę. Dwoje ludzi, którzy mają dzieci, którzy zainwestowali w siebie sporo czasu, energii, uczucia, staje wobec faktu, że… nic ich formalnie nie łączy. W chwili gniewu i kłótni mogą sobie złośliwie wykrzyczeć: „nie jesteś moją żoną, nie będziesz mi mówić, co mam robić”. Aczkolwiek tego typu zachowania faktycznie zdarzają się rzadko.

Na zewnątrz – ludzie żyjący w wolnym związku bardzo dbają o szacunek i budowanie wszystkich form, które dają im namiastkę małżeństwa. Chcą czuć się tak, jakby ten ślub razem mieli. Wkładają zatem więcej starania w więzi, które łączą ich z partnerem. Inaczej niż w małżeństwie, gdzie często pojawia się brak troski o partnera, jakby fakt założenia obrączki dawał gwarancję, że oto mąż raz zdobyty jest mój na zawsze i już się starać nie muszę. Obserwuję w wolnych związkach więcej szacunku i zabiegania o trwałość relacji.

To wszystko brzmi oczywiście bardzo ładnie i biorąc te fakty pod uwagę, można by powiedzieć, że życie na kocią łapę jest lepsze i lepiej rokuje dla rodziny. Jednak warto sobie uświadomić, że owa większa troska wynika z lęku przed porzuceniem. Chociaż – jak pisałam wyżej – także ślubny partner może z łatwością wystąpić o rozwód, jednak akt małżeństwa daje psychicznie poczucie bezpieczeństwa. Kiedy tego aktu nie ma, można się czuć tak, jakby przez całe wspólne życie stało się na krawędzi wulkanu. Wystarczy silniejszy podmuch – i lecimy w głąb krateru.

Obserwuję, że niemal wszystkie panie, które niegdyś świadomie podjęły decyzję o wolnym związku, po kilku latach i urodzeniu dzieci, bardzo pragną ślubu. I nie chodzi im wcale o białą suknię. Chcą potwierdzenia prawdziwej miłości. Czują się tak, jakby coś je mimo wszystko ominęło. Jakby były uboższe o coś niesłychanie ważnego. Jednak nade wszystko, chcą się poczuć bezpiecznie. Małżeństwo jest taką specyficzną pieczęcią, którą potwierdza się nie tylko najgłębsze uczucie, ale także zaufanie i bliskość. Kobieta zadaje sobie w myślach pytanie: „kim jestem dla ciebie? Tylko matką twoich dzieci?” i od razu widzi opcję: „chcę być kimś więcej – chcę być żoną”.

Dla mężczyzny żona to ktoś szczególny. To ta jedyna i wybrana. Ta „najlepsza” ze wszystkich. Nawet ci panowie, którzy pozwalają sobie na niewierność, żonę zawsze stawiają wyżej niż wszystkie kochanki. To także pewien atawistyczny niemal wzorzec. Odkąd istnieje najstarszy zawód świata, niektórzy mężowie korzystają z usług pań lekkich obyczajów. W czasach nieco bardziej wiktoriańskich bywało nawet, że dlatego, by nie obrazić żony wyuzdanymi marzeniami seksualnymi. Żona bowiem była zbyt cenna i zbyt godna szacunku, by poniżać ją wyrafinowanymi praktykami intymnymi. Była to przecież dla mężczyzny: „matka jego dzieci”. Dzisiaj czasy się zmieniły, ale nadal żona jest kimś wyjątkowym i nadal oczywiście bywa często „matką”. A ponieważ i obyczajowość jest inna, a kobiety otwarte na przygodę, to za seks pozamałżeński wcale płacić nie trzeba. Wielu oszczędnych panów szuka sobie kochanek, zamiast korzystać z usług agencji towarzyskiej. Tak jest po prostu taniej – czasem wystarczą kwiaty i czekoladki. A też układ inny, bo wiadomo, że kochanka obdarza uczuciem i jest się tym jedynym. Tego akurat nie zapewni żadna profesjonalistka.

My kobiety wiemy o tym… Nawet wtedy, kiedy oburzamy się na zdradę lub same przyprawiamy rogi. Wiemy, że bycie żoną, stawia nas na piedestale niedostępnym dla singielek. Wiedzą też o tym kochanki, którym nie wystarczają żadne zapewnienia miłości i nawet najdroższe prezenty. Każda kochanka prędzej lub później chce usunąć z życia mężczyzny jego żonę i sama stać się tą żoną. Bywa, że nie przebierają w środkach. Gdyby to kochanki były w jakikolwiek sposób uprzywilejowane, nie chciałyby za żadne skarby zmieniać swojego statusu. Po co gotować obiadki i prać kalesony, skoro można mieć wybranego pana wyłącznie dla przyjemności, uprawiać z nim radośnie seks, nie martwiąc się, czy ma wyprasowane koszule? Przecież to taki komfort! Dlaczego żadna kobieta nie chce być w takiej wygodnej sytuacji, lecz za wszelka cenę dąży do prania tych kalesonów i obierania ziemniaków… Cóż za paradoks! I odpowiedź oczywista: bo te metaforyczne kalesony, gary i stosy prasowanych koszul są warte po stokroć piedestału, na który wznosi się kobieta stając się żoną…

Na koniec chcę koniecznie zaznaczyć, że nie dotyczy to rzecz jasna wszystkich kobiet. Znam szczęśliwe singielki, które nie wchodzą w trwałe związki, bo po prostu nie chcą. Nie dla każdej z nas życie w stadle jest celem istnienia. Czasem mamy inne priorytety. Jednak przyznaję też z doświadczenia, że to rzadkość, a większość kobiet pragnie związku pełnego miłości. Te młodsze potrafią z wyprzedzeniem 2-3 lat planować weselicho na 200 osób. Zupełnie tego nie rozumiem: po co wydawać pieniądze na celebrowanie czegoś, co dotyczy mnie i mojego mężczyzny, a nie ciotek i pociotków, których się na tę imprezę zaprasza? Jak sądzę jest to kolejna okazja, aby uświęcić sukces pt. “zdobyłam faceta! jestem żoną“. Jakoś nie widzę w tej sytuacji innego powodu do świętowania. Prawdziwym uczczeniem związku mogłaby być noc poślubna lub nawet miodowy miesiąc – oto celebracja bliskości. Ale pokazywanie przed całą rodziną, a nierzadko całą wsią – “oto założyliśmy nowa komórkę socjalną…” czy to wymaga imprezy na 200 osób? Chyba tylko wtedy, kiedy jest traktowane jako spektakularny sukces. No właśnie. Może więc bycie singlem jest w tym kontekście i w takiej kulturze przegraną?

Dziwi mnie także, po co czekać tyle czasu na wolną salę w restauracji, wolny kościół czy dom weselny. Jeśli kocham i podejmuję decyzję o ślubie, to chciałabym zamieszkać z ukochanym jak najszybciej i cieszyć się tym wspólnym byciem. A jeśli i tak już z nim mieszkam, to po co wesele? Naprawdę wolałabym wydać pieniądze na podróż poślubną i zwiedzić świat lub kupić sobie piękne meble.

Nie krytykuję w tym miejscu niezrozumiałych dla mnie i pozbawionych sensu polskich tradycji, a jedynie podkreślam, jak ważne jest dla kobiety, by zostać żoną. Gdyby ważne nie było, po cóż byłaby celebracja na 200 osób? Potwierdzają tę wagę rosnące na wsiach jak grzyby po deszczu domy weselne, które świetnie prosperują dzięki powszechnemu parciu do ślubu. Nie zmniejsza się ono wcale, pomimo licznych w naszym kraju rozwodów. Jest też wyraźnym wskaźnikiem, że wbrew liberalizacji obyczajów, wolny związek wcale nie jest tak częstym zjawiskiem, jak by się mogło wydawać.

Konkludując, nie oceniam i nie określam, co jest korzystne, a co nie, bo moim zdaniem każdy status ma swoje za i przeciw. W każdym układzie – zarówno z obrączką, jak i bez – możemy odnaleźć swoje miejsce i sens budowania relacji. Nie można też jednoznacznie określić, który układ jest bardziej trwały, ponieważ statystycznie dysponujemy jedynie danymi o związkach zawartych formalnie. Są to po prostu różne formy bycia razem.

Bogusława M. Andrzejewska

Otwórz serce

Dzisiaj rano obudziła mnie myśl: „Otwórz serce, kochaj siebie, kochaj innych”. Wirowała w promieniach porannego słońca, nasycając mnie dobrymi uczuciami. Nie była adresowana do mnie, ponieważ każdego dnia moją ulubioną mantrą jest „kocham”. Zawsze jest obok mnie ktoś do kochania. Napełniam się tym uczuciem z ogromną radością i wiem, że nic innego nie da mi takiego dobrostanu jak miłość. Ale wiem, że te słowa pojawiły się jako drogowskaz dla innych, dla których piszę…

Serce zamyka się nie bez powodu. Jest wrażliwe i delikatne jak kawałek kryształu. Niezwykle łatwo je zranić – odrzuceniem, odtrąceniem, poniżeniem, brakiem akceptacji czy nawet odrobiny szacunku. Każdy, kto je zamyka na cztery spusty i udaje cynicznego twardziela, ma za sobą bolesne doświadczenia nieudanych związków intymnych. Niemal każda Królowa Zimy kiedyś wyciągała ufnie ramiona. Zamknięcie serca jest spontaniczną próbą obrony przed kolejnym zranieniem.

Moim zdaniem to nieciekawy sposób, który więcej nam odbiera niż daje. A powodów do ufności i kochania znajduję tak wiele, że przestaję mieć jakiekolwiek wątpliwości. Przede wszystkim to właśnie miłość uzdrawia nas i nasze zranione serca. Jeśli nie chcemy bez końca tkwić w bólu i poczuciu straty, to prędzej czy później naprawdę musimy zdjąć wszystkie kłódki i otworzyć wszystkie zamki. Serce samo się uzdrawia kochaniem, trzeba mu tylko dać możliwość, wypuścić na wolność z więzów lęku i uprzedzenia.

Dla wszystkich, którzy uparcie zawijają się w kłębek swojego cierpienia, mam zawsze jedną podpowiedź: lepiej cieszyć się miłością przez bodaj jeden dzień i do końca życia z rozrzewnieniem wspominać te chwile, niż żyć szaro i smutnie, bez wzlotów i upadków, nie doświadczając miłości wcale. Moi przyjaciele alpiniści wyznają podobną zasadę: lepiej zaryzykować i doświadczyć niepowtarzalnego piękna, niż przeżyć nudne życie w wygodnym fotelu. Nie każdy z nas musi być alpinistą, ale każdy z nas powinien kochać, bo dla miłości zeszliśmy na Ziemię.

Zranieni kochankowie zakrzykną: „nie chcę więcej ryzykować i cierpieć”. A ja im powiem na to, że warto ponownie próbować. I potem jeszcze raz, aż do skutku. To już tak jest, że bez tysięcy testów nigdy niczego nie osiągniemy. Gdzie byłby dzisiaj Edison i jego wynalazki, gdyby zniechęcił się po dziesiątej nieudanej próbie? Gdzie byłaby dzisiaj nauka? Prawdopodobnie nadal siedzielibyśmy przy świecach i pisali palcem na piasku. Potrzebujemy zaufania i wytrwałości. Wiem, bo doświadczyłam. Wiele razy podnosiłam się jak Feniks z popiołów i na nowo budowałam coś, co wielu uważało za stracone. Odniosłam ogromny sukces i jestem niewymownie szczęśliwa, więc wiem, że było warto.

Moim zdaniem w prawdziwej miłości nie ma wcale cierpienia, jest tylko cudowny stan kochania. Jeśli umiemy kochać bezwarunkowo, to nikt i nic nie jest w stanie zadać nam cierpienia. Ból bierze się z niespełnionych oczekiwań. Zranione serce to bardzo często ofiara bezzasadnych i niezaspokojonych roszczeń. A przecież wystarczy kochać – nic więcej nie trzeba, by być naprawdę szczęśliwym.

Może więc odłożyć na bok całe stosy oczekiwań? Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że zakochujemy się we własnych marzeniach, a potem cierpimy, bo obiekt naszych westchnień jest tylko sobą – normalnym człowiekiem, mającym słabości i gorsze dni. Czujemy się rozczarowane i oszukane, a niesłusznie. Czy nie lepiej, zanim zwiążemy się na śmierć i życie, przyjrzeć się partnerowi i zadać sobie proste pytanie: czy chcę się z nim zestarzeć? Czy akceptuję jego słabości? Czy podoba mi się pod każdym względem, od kuchni i łazienki? Czy może jestem zauroczona jakąś wizją, bo pod słońce wyglądał jak młody Harrison Ford i dlatego teraz o nim śnię…?

W związkach obowiązują prawa, których nie sposób ominąć. Jeśli chcemy być kochani – musimy najpierw nauczyć się kochać. Przede wszystkim samych siebie. Wszechświat to lustro, a partner odzwierciedla wszystko, cokolwiek nosimy w głębi siebie, schowane do najciemniejszej szufladki. Jeśli ktoś poczuł się zdradzony, to warto, by przyjrzał się sobie i sprawdził, czy sam wobec siebie był lojalny, czy kochał siebie wystarczająco, czy zadbał o szacunek dla samego siebie.

Nic nie jest przypadkowe. Jeśli ktoś łamie nam serce swoim zachowaniem, to zacznijmy od znalezienia w sobie tego wzorca, którym to przyciągamy do swojej rzeczywistości. To nie oznacza, że jeśli ktoś znęca się nade mną, to ja też jestem sadystką. Może być dokładnie odwrotnie: przemoc przyciągamy lękiem przed nią, niską samooceną, poczuciem winy (ukarz mnie, bo jestem grzeszna), syndromem ofiary… Zrozumienie tego zjawiska pozwoli nam uzdrowić serce i z radością otworzyć je na nową miłość. Jeśli uświadomimy sobie cały proces, to będziemy mogli zmienić wewnętrzną matrycę w taki sposób, aby tworzyć tylko szczęśliwe związki.

Zamiast zamykać serce i obrażać się na ludzi, lepiej uzdrawiać swoje negatywne wzorce i cieszyć się pięknymi relacjami. Każdy człowiek, który próbuje nas zranić, jest tylko posłańcem, wskazującym tematy do naprawienia. Nie przychodzi on do nas po to, byśmy zwijali się w kłębuszek i cierpieli do końca życia, rozpamiętując doznane przykrości. Jest jak lekarz, który pokazuje, jakie badania trzeba wykonać i które tabletki połknąć, aby w nowym związku doświadczać tylko radości.

Warto po rozstaniu zrobić bilans zysków i strat. Tak na chłodno, bez emocji i z dużą dawką rozsądku. Każdy związek daje nam coś dobrego i nie tylko dlatego, że czegoś nas uczy. W każdej relacji można znaleźć coś wartościowego dla siebie. Nauczmy się to zauważać. To pomoże nam nie zamykać serca na cztery spusty. Pozwoli zrozumieć, że nic nie jest wyłącznie złe, a każdy medal ma dwie strony. Czasem jesteśmy niedopasowani, czasem miłość wygasa, czasem nie jesteśmy jeszcze gotowi na związek. Dajmy sobie do tego prawo.

Myślę, że najcenniejszym darem każdej bez wyjątku relacji jest wiedza o nas samych, o tym, co mamy w sobie do uzdrowienia. Z duchowego punktu widzenia nie ma przypadkowych związków intymnych. Dwoje ludzi spotyka się właśnie po to, aby mogli zobaczyć, czego im brakuje do pełnej doskonałości. Nawet toksyczny układ, w którym ktoś stosuje przemoc – ta okrutna lekcja pokazuje, że ktoś inny jest tam ofiarą i potrzebuje zmienić w sobie tę matrycę na taką, która zabrzmi: zasługuję na miłość, szczęście i szacunek.

Pamiętajmy, że wzorce zranienia mogą tworzyć się na różnych etapach życia. Czasem wynosimy je z dzieciństwa i nie umiemy stworzyć dobrego związku, dopóki nie nauczymy się kochać samych siebie. Czasem mamy za sobą pogodne dzieciństwo, ale niskie poczucie wartości przyciąga nieczułego partnera. Za każdym razem, po zakończeniu takiej relacji, trzeba dać sobie trochę czasu na to, aby siebie dobrze poznać i zrozumieć swoje lekcje.

Jednak czas dla siebie i spokojna analiza to nie to samo, co zamknięcie serca. Ta druga opcja najczęściej jest obudowana mnóstwem niekorzystnych uogólnień typu: „nie umiem kochać”, „wszyscy mężczyźni to egoiści”, „związki zawsze są trudne”, „miłość to ból”… Wszystkie te zdania mijają się z prawdą – zapewniam. Jednak mogą tworzyć naszą rzeczywistość, jeśli w nie uwierzymy. Posiadanie takich poglądów kształtuje naszą przyszłość w określony sposób. Nie warto tak myśleć, nic nam to nie da dobrego.

Miłość uzdrawia nasze dusze i ciała. Wypełnianie kochaniem każdej najmniejszej nawet komóreczki jest gwarantem dobrego, zdrowego życia. Każdy szczęśliwie zakochany przyzna, że emocjonalny stan miłosnego odurzenia, wzmacniany tonami endorfin, sprzyja dobremu samopoczuciu. Chociażby dlatego warto kochać i kochać, i kochać… wciąż na nowo, jeśli nie udaje nam się trwać w jednym udanym związku.

Nie można pozwalać, by ktokolwiek łamał nam serce. Coś poszło nie tak? Mówimy „do widzenia” i wyciągamy wnioski, uzdrawiamy wzorce, by z nadzieją stworzyć kolejną piękną relację i cieszyć się chwilami bliskości i ciepła. Nowe, pozytywne kody – a szczególnie miłość do samego siebie i wysokie poczucie wartości – postawią przed nami dobrych, wrażliwych ludzi, którzy będą umieli nas docenić i pokochać, a nasze uczucia będą traktować jak najcenniejszy skarb. Tak będzie. Na 100%.  Dlatego z całą mocą kochajmy i otwierajmy swoje serca na miłość, bo tylko ona potrafi dać nam mnóstwo szczęścia i radości.

Bogusława M. Andrzejewska

O zdradzie

Napisano całe tomy na temat przyczyn zdradzania i nadal nie ma na to jednej odpowiedzi. Moim zdaniem przede wszystkim dlatego, że jesteśmy jako ludzie wielowątkowi. Mam znajomego, który jeździł ze mną na szkolenia po całej Polsce. Spaliśmy w tym samym hotelu i nierzadko nasze pokoje oddzielała tylko cienka ściana, która nie była w stanie zagłuszyć charakterystycznych odgłosów uprawianego seksu. Za każdym razem była to inna kobieta. I pewnie nie byłoby w tym nic bulwersującego, gdyby nie fakt, że na mojego znajomego czekała w domu młoda, sympatyczna i ładna żona z małym dzieckiem.

Bazując na długoletniej znajomości, odważyłam się któregoś dnia zapytać, dlaczego to robi, chociaż miałam w zanadrzu gotowe wytłumaczenie. Mój znajomy został wcześniej „porzucony” przez żonę, która odeszła do innego mężczyzny. Oczywistym wydawało się więc, że jego działania, to zarówno próba dowartościowania po symbolicznym „wykastrowaniu” przez byłą żonę, jak i podświadoma zemsta na całym kobiecym rodzie. Nie ulega wątpliwości, że mój znajomy przygodne kochanki traktował wyłącznie przedmiotowo.

Odpowiedź kolegi zaskoczyła mnie. Z rozmarzonym błyskiem w oku opowiadał mi o rozkosznym procesie powolnego flirtu, zdobywania zainteresowania i o tym, co nazywamy „motylami w brzuchu”. Ze szczegółami opisywał ukradkowe spojrzenia, które budzą dreszcz podniecenia i niepewność oczekiwania na ciąg dalszy. Przyznał się, że uwielbia tę grę z drugą osobą i wierzy, że ta druga strona także czerpie z takiej zabawy przyjemność.

Słuchając go, poczułam to wszystko i uświadomiłam sobie, że każdy z nas lubi ten cudowny stan bycia oczarowanym i zauroczonym. Z uśmiechem wspominamy własne doświadczenia w tym zakresie, które bez wątpienia należą do najprzyjemniejszych etapów życia. Jest to też coś, za czym wielu spośród nas tęskni w ukryciu. Jednak w przeciwieństwie do mojego znajomego, rzadko kiedy pozwalamy sobie na stale powtarzające się flirty, bo zazwyczaj przechodzimy do kolejnych etapów. Oczarowanie zmienia się w bliskość, a potem często w miłość lub zażyłość. Budujemy związek i kierowani lojalnością wobec partnera, nie sięgamy po radość kolejnego budowania ekscytującej relacji. A mój znajomy wybrał nieustające zakochiwanie się na nowo, w miejsce lojalności wobec żony. Nasza wspólna znajoma nazwała go „seksoholikiem”, lecz ja uważam, że to bardziej „flirtoholik”.

Nie oceniam jego zachowania, mogę jedynie przyznać się szczerze, że staję po stronie dojrzałości, która pozwala przejść od podniecającej gry spojrzeń, do pełnego i świadomego związku, opartego na uczuciu. Jestem też zwolenniczką lojalności w związku, ale to mój wybór i moje zdanie, oparte na własnym doświadczeniu. Każdy ma prawo do swoich wyborów i decyzji. Tu chcę tylko pokazać, że przyczyny zdrady małżeńskiej mogą być absolutnie zaskakujące.

Warto o tym wiedzieć, szczególnie wtedy, kiedy wydaje nam się, że mężczyzna zdradza, bo jest znudzony żoną albo ta żona „złą kobietą była”. Nic bardziej mylnego. Mój znajomy twierdzi, że te wszystkie flirty są jedynie grą i bardzo kocha żonę, chociaż z całą pewnością żadna z nas nie chciałaby być kochana w ten sposób. Będę więc uparcie twierdzić, że w głębi duszy mojego znajomego nadal tkwi „porzucony chłopczyk”, który wymyślił sobie dowartościowującą go pasję flirtowania. Powód jego zdrad jest – jak napisałam wyżej – wielowątkowy i wszystkie aspekty mogą odgrywać tu rolę.

Jeśli ktoś myśli, że mężczyźni mają monopol na irracjonalne myślenie, to zamierzam wyprowadzić go z błędu. Wśród moich klientek jest sporo pań, które są w miłosnych układach „tymi trzecimi”. Na początku wszystkie próbują mi wmówić, że: „są lepsze od jego żony i on będzie z nimi szczęśliwy”. To absurdalne założenie rozbijam w pył jednym prostym pytaniem: „Skoro jesteś taka dobra, to dlaczego od 3 (4… 5… 6…) lat jesteś tylko zabawką na boku, a on nie odszedł od tej złej żony?”. Dopiero wtedy te nieszczęsne kobiety mają odwagę na przejście całego procesu uświadomienia sobie wypieranej latami prawdy, że same siebie oszukują. Głośno przyznają, że one i ich potrzeby zawsze są dla partnera na drugim miejscu po żonie, a ich roszczenia dotyczące rozwodu z poślubioną kobietą i zalegalizowania nowego związku są zbywane od lat krótkim: „już niedługo, jak tylko…”. Nie mam wątpliwości, że w takim układzie, to małżonka jest tą bardziej kochaną i szanowaną, a kochanka pozostaje jedynie “rozrywką”.

Dlatego nie bez powodu użyłam słowa „nieszczęsne”. Nawet zdradzana żona zachowuje w społeczeństwie twarz, ponieważ to ona jest ofiarą czyjegoś okrucieństwa. Zdradzanym żonom się współczuje i pomaga. Zdradzane żony są też szczególnie łakomym kąskiem dla wielu atrakcyjnych panów, którzy dotąd odprawiani z kwitkiem, przychodzą z argumentem nie do odparcia: „przecież on cię zdradził, zrób mu to samo – za karę, niech ma”. Któż się temu oprze? Zdradzana żona, jeśli tylko zechce, może poczuć, że jest szczególnie piękna i pożądana. Jej notowania u innych panów rosną wraz ze zdradami męża – to oczywiste.

I właśnie zdradzane żony zawsze mają możliwość wzięcia na niewiernym mężu odwetu – od pozbawienia go majątku poczynając, przez odcięcie od ukochanych dzieci, a na przyprawieniu niebotycznych rogów kończąc. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zdradzający panowie najczęściej naprawdę kochają swoje żony – na co wskazuje praktyka – to wniosek jest taki, że to właśnie żona trzyma w rękach klucze do szczęścia swojego męża.

Nieszczęsne kochanki nie mają nic. Żadnych praw. Żadnych asów w rękawie. Nawet zdradzić takiego pana nie mogą, bo cóż to za zdrada? Jedyne, co mogą, to zajść w ciążę i przywlec się do domu partnera, by dumnie wypiąć brzuch przez ślubną małżonką. I to wszystko, bo owa małżonka może zatrzasnąć im drzwi przed nosem, ograniczając chwile satysfakcji do marnych 5 sekund wątpliwego triumfu.

Kiedy pytam moje klientki, dlaczego weszły w tak szkodliwy dla siebie i upokarzający układ, obnaża się cała rozmaitość absurdalnych pomysłów, w których miłość naprawdę jest na ostatnim miejscu. Przecież zanim pokochamy kogoś naprawdę, potrzebujemy czasu, by rozwinęła się bliskość. Nie ma takiej możliwości, by do tej pory nie dowiedzieć się, że nasz partner ma kogoś innego, a zwłaszcza żonę. Raz tylko spotkałam naiwną panią, która przez 2 lata spotykała się z panem wyłącznie we własnym mieszkaniu i wierzyła, że nie jest żonaty.

Kobiety najczęściej czują podświadomie, że partner jest niejako nieosiągalny dla nich. Wchodzą w taką relację kierowane wzorcem opartym na lęku przed bliskością. Wiedzą, że żonaty mężczyzna nigdy nie będzie do końca ich partnerem, że będzie wracał do tego drugiego domu. Pozornie chronią siebie w ten sposób przed zaangażowaniem. W praktyce kochają i cierpią. Często są to kobiety DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików).

Zanim jednak ten wątek zostanie odkryty, częściej widać zgoła inne przyczyny. Niektóre wręcz nieprawdopodobne. Jedna z pań poznała małżeństwo, w którym on pracował we własnej firmie, nieźle zarabiając, a żona pozostawała na utrzymaniu męża i zajmowała się domem i dziećmi. Do tego pan ów traktował żonę z wielką czułością. Moja klientka zapragnęła tego samego: siedzieć w domu, nie pracować i być rozpieszczaną przez męża. Zamiast jednak poszukać wolnego partnera, zajęła się swoim żonatym znajomym. Wydawało się jej, że najłatwiej “przejąć” gotowego, ukształtowanego przez inną partnera.

Tymczasem mężczyzna nie jest przedmiotem, czy meblem, który można przestawiać z miejsca na miejsce, zachowując bez zmian jego cechy. Ów pan dał się wciągnąć w romans, ale nie odszedł od żony i nie przestał utrzymywać rodziny. Pieniądze, na które moja klientka liczyła, nigdy do niej nie trafiły. Na rozwód partnera i swoje z nim małżeństwo też liczyć nie mogła. Kiedy zdesperowana zaszła w ciążę i zawiadomiła o tym żonę swojego kochanka, ów szybko wrócił do żony i poświęcił wiele czasu, by wynagrodzić jej zdradę. Moja klientka żyła w nędzy przez całą ciążę i pierwszy rok życia dziecka, dochodząc alimentów przez sąd i komorników. Ilekroć próbowała zwrócić się do kochanka o pomoc, była traktowana jak prostytutka, a nie jak partnerka czy matka jego dziecka.

I znowu nikogo nie oceniając, chcę tylko wykazać, że związek kształtują dwie osoby. Traktowanie żony przez męża z miłością nie świadczy o rodzaju czy jakości samego męża. To efekt wspólnego życia, wspólnych doświadczeń, wzajemnej relacji. Buduje się to latami wzajemnej czułości i bliskości. To, co Adam okazuje swojej żonie Ewie, nie musi okazywać Annie, kiedy ta wejdzie w ich związek. Relacje pomiędzy Adamem i Ewą będą zawsze inne, niż relacje pomiędzy Adamem i Anną – chociaż to ten sam Adam. Jednak relacja już nie jest ta sama. Bo relację tworzymy we dwoje. Warto, by wzięły to sobie do serca “sprytne” panienki, które wyciągają chciwe ręce po cudzego męża, myśląc, że razem z nim dostaną bez wysiłku wszystkie uczucia, rytuały, czułość i bliskość z jego pierwszego związku. Tak po prostu, nic w zamian nie dając i o nic się nie starając. Ale tak się nie dzieje.

W omawianym przykładzie – na moje wyczucie – mężczyzna szybko zorientował się, że moja klientka chce głównie jego pieniędzy i życia na jego koszt. Tak też ją potraktował, jakby chciał ją za to ukarać. Dlaczego żonę utrzymywał bez słowa przez tyle lat? Bo zapewne umiała mu udowodnić, że ważny jest on i jego uczucie, a nie jego portfel. Co bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że byli ze sobą od czasów studenckich, kiedy ów pan nie posiadał ani firmy ani pieniędzy. Zapewne przez wiele lat z ogromnym staraniem budowali piękną bliskość, która była w stanie przetrwać nawet tę jego zdradę.

Mężczyzna – nawet taki który zdradza – żonę traktuje zazwyczaj z szacunkiem. Kochanka, to dla pana często „łatwa kobieta”. Ktoś, kto zaspokaja różne potrzeby. Nie różni się w tym względzie od mechanika, ogrodnika czy fryzjera. Są panie całkowicie tego świadome i w pełni korzystające z tego faktu. Znam energiczne, niezależne i piękne singielki, które są niezamężne z wyboru. Potrzebują jednak – jak każdy – seksu i przyjemności. Na partnerów wybierają sobie żonatych panów, właśnie dlatego, że z nimi mogą tworzyć związki bez zobowiązań. Takie pary spędzają razem czas miło i przyjemnie. Nie planują wspólnej rodziny i nie tracą czasy na rozmowy „o przyszłości”. Cieszą się chwilą. O takich kochankach nigdy nie powiem: „nieszczęsne”. To najczęściej świadome kobiety, które wiedzą, czego chcą i niczego od partnera nie oczekują poza odrobiną czasu i przyjemności.

Nie oznacza to jednak, że uważam takie związki za pozytywne i bezproblemowe. Tam gdzie jest seks i wspólne spędzanie czasu, tam tworzy się bliskość. A to prędzej czy później prowadzi do zaangażowania i miłości. A wtedy związek staje na rozdrożu, bo tutaj każde rozwiązanie niesie ze sobą czyjeś cierpienie.

Bogusława M. Andrzejewska