Uprzejmość

Jednym z najważniejszych filarów dobrego, szczęśliwego związku jest komunikacja. Tak, powtarzam to zdanie po raz setny, ale wiem też, że to ogromnie ważne. I tym razem chcę słów parę napisać nie o tym, by artykułować to, co dla nas istotne, ale o rodzaju i jakości tej komunikacji. Bo szczęście i trwałość naszego związku zależy w dużej mierze także od tego, w jaki sposób się do siebie zwracamy.

Zauważyłam, że ludzie, którzy na zewnątrz są bardzo uprzejmi i grzeczni, w domu zrzucają wszystkie zasady, jak ciężki, niewygodny płaszcz i pozwalają sobie zupełnie nie przebierać w słowach. W pewien sposób rozumiem takie zachowanie, bo sama też kiedyś się na tym złapałam, że bezmyślnie warknęłam na męża, kiedy mi w czymś przeszkodził. Od razu go przeprosiłam, ale zrozumiałam też, że w domu pozwalam sobie na mniejszą kontrolę swojego zachowania. Totalna swoboda nie sprzyja konwenansom. A wobec partnera czy partnerki postępujemy często gorzej niż wobec szefa czy klienta, bo nie musimy zakładać żadnych masek.

Problem jednak nie w maskach, lecz w tym, że w gruncie rzeczy nie chce nam się starać. Odpoczywamy po całym dniu pracy z klientami i innymi obcymi osobami wobec których musimy być zawsze w porządku. Musimy, czy chcemy? To zawsze nasz wybór. A któż bardziej zasługuje na nasz szacunek i dobre słowo, jeśli nie ukochana osoba? Czy dzieci? Czy rodzina? To właśnie wchodząc do domu warto zostawić za progiem wszystkie negatywne emocje i w stronę partnera skierować tylko miłość. Pomyśleć, że w jego czy jej ramionach odnajdujemy swój azyl i zadbać o to, aby wszystkie słowa niosły wyłącznie dobro.

Problem ukrywa się też czasem w braku kontroli i nieumiejętności zarządzania emocjami. A przecież każdy z nas może nimi prawidłowo zarządzać, jeśli tylko zechce. Wystarczy odrobina kontroli i świadomego rozsądnego działania. Wyobraźmy sobie, że posiadamy nowego, świetnego smartfona. Dzwoni do nas ktoś niemiły i swoimi słowami doprowadza nas do furii. Rozłączamy rozmowę i mamy wielka ochotę rzucić telefonem o podłogę. Jednak nie robimy tego, bo komórka jest świetna, ładna i droga. Szkoda byłoby ją niszczyć. No właśnie – warto umieć powiedzieć „stop” zanim cokolwiek zdewastujemy. Szczególnie, jeśli dotyczy to ludzkich uczuć.

Warto zatem pilnie zwracać uwagę na to, jakie słowa kierujemy do najbliższej osoby i nie przenosić na nią gniewu przywleczonego z pracy czy ulicy. Dobrze jest świadomie traktować swój dom jak najlepsze i najbezpieczniejsze miejsce, do którego nie wnosimy żadnego brudu z zewnętrznego świata. Można nawet symbolicznie potupać na wycieraczce tak, jak wtedy, kiedy otrzepujemy śnieg z butów, aby zrzucić z siebie wszystko to, co nam nie służy.

Kocham mojego męża za jego cierpliwość do mnie i za ogromne poczucie humoru, z którym powtarza to, co i ja czasem mówię do niego: „jestem do kochania, a nie do rugania”. To proste credo naszego związku, które rozbraja każdą kłótnię, kiedy nasze emocje nie dają się ujarzmić, kiedy dominuje zmęczenie i rozdrażnienie zewnętrznym światem. To zawsze działa, ponieważ przypomina, że jesteśmy razem właśnie po to, aby dzielić się miłością, a nie gniewem, żalem czy pretensjami. To takie proste.

Kiedyś było inaczej. Wiele lat temu, kiedy oboje byliśmy młodzi, kłóciliśmy się zawzięcie o różne rzeczy, bo oboje mamy taki właśnie nieustępliwy temperament. Jednak nigdy nie zdarzyło mi się powiedzieć do męża w sposób obraźliwy. Nigdy nie używałam słów, które mogłyby go poniżyć. W czasie największej nawet awantury nie mogły paść słowa powszechnie uważane za wulgarne. To trochę tak, jak z tym smartfonem – kontrolowałam to, co mówię do męża, ponieważ go kocham. Jeśli kogoś szanujemy, to pilnujemy rzucanych słów. I chociaż ideałów nie ma i popełniamy rożne błędy, chociaż w związkach zawsze siebie troszkę ranimy, wcale nie jest trudno upilnować, by nie przekroczyć granicy. Można stać przy niej i kontrolować, by nie została naruszona. Na tym polega świadome zarządzanie emocjami i rozsądna komunikacja. Wyrażanie gniewu nie musi być obraźliwe ani wulgarne.

W dobrym związku ludzie zauważają siebie i swoje uczucia. Starają się być dla siebie życzliwi. Liczą się ze sobą. Nigdy świadomie nie robią sobie przykrości, chociaż nie uda się uniknąć kłótni czy rozmaitych problemów. Życie przynosi nam swoje lekcje, to oczywiste. Ważne, by być dla drugiej osoby oparciem, kochaniem i pomocą, a nie sędzią czy uporczywym krytykiem. Kiedy zdarzy nam się „warknąć” w emocjach, warto szybko przeprosić i wyjaśnić. Najzwyczajniej w świecie dbajmy, by ukochanej osobie nie było przykro.

Piękną rzeczą w związku jest zauważanie siebie nawzajem i witanie buziakiem za każdym razem, kiedy partner czy partnerka wraca z pracy. Równie ważne jest czasem podanie sobie herbaty i czy okrycie kocem, kiedy ktoś odpoczywa. Te wszystkie drobne gesty świadczą o bliskości i o tym, że ktoś jest dla nas naprawdę ważny. Tak budujemy dobro w relacji.

Na koniec temat najprostszy: uprzejmość. Tego można się bardzo szybko nauczyć, bo działamy tu nawykowo. Jeśli stale do swoich domowników mówię „proszę” i „dziękuję” przy codziennych czynnościach, to nie sprawia mi to żadnego wysiłku. Obserwuję czasem rodziny, w których mężowie mówią do żon tak zwyczajnie: „podaj mi to”, zapominając o tym magicznym słówku, które wszystko zmienia. Inna rzecz, że takie osoby do znajomych też zwracają się w taki sposób i uważają, że są grzeczne, bo przecież mówią miłym tonem. Ton jest ważny, ale czarodziejskie słowa także. Warto się ich nauczyć. Jeśli kogoś kocham i szanuję, to mówię „podaj mi to, proszę”, a nie po prostu „podaj”.

Dodam na marginesie, że uprzejme zwracanie się do siebie między domownikami jest wspaniałą lekcją dla dzieci, które przecież uczą się przez przykład. Ileż to czasem wkładamy wysiłku w to, by młody człowieczek mówił ładnie „proszę i dziękuję. A przecież wystarczy samemu używać tego za każdym razem – głośno i wyraźnie. Niczego więcej nie trzeba, by dziecko wyrosło na kulturalną i uprzejmą osobę.

Lubię swojemu partnerowi dziękować za wszystko, co robi. Nawet jeśli jest to banalne wyniesienie śmieci, co zresztą stale robi. Chcę, by wiedział, że widzę i doceniam takie proste sprawy. Chcę, by czuł się kochany. I nawet gdyby te przykładowe śmieci wyniósł po dwóch dniach proszenia, to nie stanę nad nim, by warczeć: „no wreszcie, ile można mówić!”, ale podziękuję. Taki mam nawyk i jak sądzę jest to dobry nawyk, ponieważ wiem, że każde dobre słowo wzmacnia i procentuje kolejnym dobrem w przyszłości. A wyrażanie wdzięczności, jak wiemy doskonale, przynosi jeszcze więcej pozytywów w życiu. Dlatego zwykła kalkulacja podpowiada, że uprzejmość, docenianie drugiej osoby za każdy drobiazg i bycie zwyczajnie miłym przynosi nam w efekcie piękną relację i zadowolenie ze związku.

 Bogusława M. Andrzejewska

Komunikacja

Jednym z najważniejszych filarów dobrego, szczęśliwego związku jest komunikacja. Właściwa, mądra komunikacja, która polega na otwartym mówieniu tego, co dla nas ważne, czyli tego, czego pragniemy i tego, czego nie chcemy. Chodzi przede wszystkim o to, aby partner miał pełną jasność względem naszych oczekiwań. Chociaż nie oznacza to, że wszystkie nasze zachcianki będą natychmiast realizowane, to możemy zostać mile zaskoczeni tym, jak wiele z nich jednak zostaje spełnionych.

Nauczył mnie tego mój mąż, który wcale nie jest ideałem z bajki. To zwykły facet, który lubi poleżeć przed telewizorem, nie chce tańczyć ani chodzić na długie spacery, a na dodatek nie interesuje go porządek w domu. Jednak nie ma oporów przed tym, żeby zrobić to, o co go poproszę. Bez wykrętów robi zakupy, myje okna, odkurza, zmywa naczynia i załatwia tysiące innych spraw, bo ja po prostu mówię, że to właśnie chciałabym, aby zrobił. Bez błagalnego tonu, ale i bez pretensji, że śmieci same z kosza wypełzły na środek kuchni… Umiem też dziękować za codziennie przynoszone z piekarni świeże bułki.

Myślę dlatego, że największą przeszkodą w dobrej komunikacji jest przekonanie o oczywistości pewnych faktów oraz to, że o oczywistościach się w ogóle nie mówi. Oznacza to, że jeśli na dywanie jest pełno okruchów, to przecież jasne, że wymaga odkurzania i anonsować tego nie trzeba. Każdy wie. A jeśli partner tego nie robi, to trzeba go zrugać za ślepotę lub lenistwo. Nie zdajemy sobie zupełnie sprawy, że ludzie różnie postrzegają świat i mają rozmaite priorytety. Okruchy na dywanie czy śmieci wysypujące się z kosza mogą… ale nie muszą być widoczne. Podobnie jak niektóre panie patrząc na mecz rozgrywany na ekranie telewizora, dostrzegają tylko małe ludziki poruszające się na zielonym tle i w ogóle nie widzą ani spalonego ani nawet gola… Dlatego podstawa – absolutna podstawa w każdym związku – to mówienie wprost: “odkurz proszę dywan”, “odbierz dzieci ze szkoły, proszę”.

Ale nie tylko domowe obowiązki wymagają otwartości. Niedawno byłam niechcący świadkiem pewnej dziwnej rozmowy, która niesamowicie ilustruje totalny brak właściwej komunikacji w związku. Odbywała się na korytarzu za drzwiami hotelowego pokoju, w którym miałam okazję nocować. Leżałam już w łóżku i nie chciałam wychodzić w nocnym stroju, by przyznawać się, że słyszę całą dyskusję, a tym samym utrudnić młodym ludziom i tak skomplikowaną wymianę zdań. Jednak zacytuję ją tutaj, nie naruszając przy tym niczyjej prywatności, bo ani twarzy ani imion w tej opowieści nie będzie. Ot, przypadkowa kobieta i przypadkowy mężczyzna.

Zaczęło się od kobiecego płaczu. A zaraz potem przyszedł za kobietą jej facet i ciepłym, pełnym troski tonem zapytał:

– Kotku, co ci się stało? Co się dzieje?

Zamiast odpowiedzi, otrzymał milczenie i ostentacyjne chlipanie. Wielki minus dla pani za to, że nie powiedziała wprost: “zrobiłeś to i to, a ja sobie tego nie życzę”. Z reguły wywołuje to przeprosiny lub szukanie sposobu na wyjaśnienie i pojednanie.

– Kotku, no powiedz, co się stało? – pytał mężczyzna wiele razy. Pani, jak Hitchcock budowała napięcie modulacją chlipania i wycierania nosa.

– Jestem przez ciebie cała roztrzęsiona – padły w końcu słowa. Drugi minus dla pani, która nie tylko nie udzieliła odpowiedzi na pytanie, ale jeszcze próbowała wywołać w mężczyźnie poczucie winy. Jakby nie wiedziała, że poczucie winy najczęściej zamienia się w agresję. Mężczyzna zaczął się denerwować i chociaż nadal pytał, to zmienił ton z troskliwego na rozdrażniony.

– O co ci chodzi? Powiedz mi, o co ci chodzi?

– Wiesz… bo my chyba do siebie nie pasujemy – odpowiedziała pani i zarobiła u mnie trzeci minus, ponieważ nadal nie udzieliła partnerowi odpowiedzi, tylko podjęła próbę szantażu emocjonalnego. Tak jak się spodziewałam, partner poczuł się dotknięty. Po chwili zaskoczenia, rzucił ze złością:

– Tak uważasz?

– Tak – chlipnęła pani.

– No dobrze, skoro tak, to nie będę ci się narzucał. – Wnioski facet wyciągnął oczywiste. Ale nie takie, jak oczekiwała kobieta… – Jeśli nie chcesz, to nie będziemy razem – powiedział pan i chyba wstał, by odejść.

– Ja nie chcę?! – to był krzyk kobiety na cały korytarz – Ja nie chcę?! To ty nie chcesz!

– No przecież to ty powiedziałaś, że do siebie nie pasujemy. A nie ja. Skoro tak, to wracam do domu. – Chyba zaczął się oddalać.

– Gdzie idziesz?! Nie odchodź! Ja cię kocham – krzyczała żałośnie pani. Jej partner wrócił i znowu zapytał:

– No to powiedz mi w końcu, o co ci chodzi, dlaczego robisz problem?

– Ja nie robię problemu, tylko ty – odbijała piłeczkę absurdalnie pani.

– O co ci chodzi? – nie rezygnował z pytania pan. Podziwiam. Ja już bym zrezygnowała i powiedziała, by napisała do mnie list, kiedy wymyśli, czego tak właściwie chce. Pan u mnie zapunktował za cierpliwość.

– Bo mnie źle traktujesz – wychlipała kobieta. Zarobiła czwarty minus, bo to ogólnik i znowu nic nie powiedziała. Padło więc oczywiste pytanie:

– Ale co ja ci zrobiłem?

Nie wiem do dzisiaj, co się stało. Ten mężczyzna mógł być okropnym człowiekiem, mógł tę panią zdradzić na jej oczach, pobić, wyśmiać, poniżyć, mógł wszystko. Ale jeśli tak było, to należało to wyartykułować. Tymczasem zgodnie z moimi najgorszymi obawami pani powiedziała najpaskudniejszą możliwą rzecz i zarobiła kolejny minus, wielki jak pas startowy:

– Wszyscy mi mówią, że nie powinnam być z tobą.

W ten sposób własną głupotę przełożyła na odpowiedzialność zbiorową w znaczeniu: “to nie ja nie wiem, czego chcę, o co mi chodzi i czemu się czepiam, to właściwie wszyscy nie wiedzą, czego ja chcę… “

– Ale kto? Jacy wszyscy? – rozzłościł się mężczyzna.

– No… w pracy i w ogóle… – jąkała się pani, po czym zrobiła coś jeszcze gorszego, chociaż sądziłam, że głupszej odpowiedzi nie da się udzielić. Znalazła ofiarę. Wydumaną lub prawdziwą. – Wojtek mi też mówi, że nie powinnam być z tobą. Ten twój kolega, Wojtek.

Od razu wiedziałam, czym się to skończy i jestem więcej niż pewna, że każdy czytający też wie. Pan się zerwał i zawył:

Obiję Wojtkowi mordę!

Po czym oddalił się, a pani biegła za nim, próbując go zatrzymać.

I chociaż mogłabym panu przydzielić tu minus za chęć fizycznej przemocy, to jakoś nie zdziwiła mnie jego reakcja. Natomiast zachowanie kobiety jest dla mnie absolutnie niedojrzałe i świadczy tylko o konieczności zwracania na siebie uwagi i domagania się – jak mawiała babcia – pieczonego lodu. Cała ta rozmowa nie wniosła do związku niczego konstruktywnego, a jedynie spowodowała silny konflikt. I po raz kolejny powtórzę: jeśli coś mi się u partnera nie podoba, mam prawo mu to powiedzieć, a krążenie wokół tematu i okazywanie niezadowolenia nie wiadomo z czego prowadzi jedynie do podkopania zaufania i bliskości. Niczemu nie służy.

W całym tym dialogu to zdecydowanie pani nazbierała minusów, ale wiem też, że płeć nie ma znaczenia w umiejętnościach komunikacyjnych. Zacytowana rozmowa nie pokazuje kobiecej głupoty, lecz nieumiejętność wyrażania myśli i artykułowania tego, czego się chce lub czego sobie nie życzymy – zjawisko, które dopada ludzi niezależnie od płci. Zatem równie dobrze można założyć, że czasem to mężczyzna nie umie powiedzieć wprost, o co mu chodzi. Myślę, że to cecha po prostu ludzka.

Moje doświadczenie wskazuje jednak, że kobiety częściej stwarzają dramaturgię sytuacji, nie chcąc wprost nazywać spraw, o które mają pretensje. Kobiecy foch najczęściej nosi tytuł: “a domyśl się, o co mam do ciebie pretensję” i jest najsroższą karą dla partnera, który naprawdę kocha. Jest też przejawem niedojrzałości emocjonalnej. Cokolwiek jest powodem łez, można to zawsze zwerbalizować. Każdy partner, który jakoś “skrzywdził” swoją kobietę, chce jej to zazwyczaj wynagrodzić. Ale jak to zrobić, kiedy nie wiadomo w czym rzecz? Dlatego podstawą – powtarzam: absolutną podstawą – jest mówienie wprost. Jeśli potrzebujemy przeprosin, to musimy powiedzieć, co nas rani. Jeśli rana jest zbyt wielka, by przeprosiny pomogły, to można odejść od człowieka, informując go, czego nie chcemy zaakceptować. Należy mu się to, niezależnie od tego, jak głęboko nas skrzywdził.

Oczywiście panowie też czasem milczą, kiedy powinni mówić. Ciekawym przykładem niech będzie mąż pewnej pani, z którą przyszedł na terapię małżeńską wieloletniego związku. Na moje pytanie, kiedy ostatni raz powiedział żonie, że ją kocha, spojrzał na mnie zdziwiony:

– Ale po co? Przecież ona to wie.

Kiedy poprosiłam, by wymienił wszystkie rzeczy, za które kocha swoją żonę, znowu popatrzył na mnie, jakbym była Jednorożcem.

– No jak to? No całą przecież kocham.

Tymczasem prawdziwy związek to właśnie komunikacja. Kochanie wyrasta z gestów, ale i ze słów, które niosą w sobie najcenniejsze uczucia. Im więcej w naszych słowach zrozumienia, ciepła i miłości, tym lepsza relacja. Im więcej radości, piękna i dzielenia się szczęśliwymi wydarzeniami – tym chętniej wracamy do domu, by się przytulić do ukochanej osoby. Im więcej uznania, szacunku i przyjaźni dla partnera – tym mocniejsza więź powstaje. A mocnej więzi nie rozerwie nic i nikt.

Bogusława M. Andrzejewska

Prostota

O sposobach na dobry związek pisałam już wiele razy, podkreślając między innymi znaczenie poczucia własnej wartości, komunikacji czy przytulania. Myślę, że do tego zestawu warto dodać coś wyjątkowo prostego i oczywistego, a mianowicie radość życia. Z mojego doświadczenia wynika, że szczęśliwy związek to taka relacja, w której oboje cieszymy się każdą chwilą, szukając pozytywnych aspektów w naszej bliskości.

Często problemy w związku zaczynają się od oczekiwań. Oczywiście tych niespełnionych. Wygląda to tak, że traktujemy partnera jako kogoś, kto ma do wykonania określone zadania. Nie mówię tu o oczywistym podziale obowiązków i wymianie dawania i brania, ale o tym, że kiedy miną pierwsze uniesienia, zaczynamy skupiać się na brudnych naczyniach, bałaganie czy potrzebie zrobienia zakupów, zamiast na uczuciach. To ten czas, kiedy rozpadają się nasze marzenia wyrosłe na wspólnym radosnym spędzaniu wieczorów i na przyjemnościach. Odkąd mieszkamy razem coraz rzadziej zajmujemy się zabawą i radością, a coraz częściej traktujemy siebie nawzajem zadaniowo. Każdy ma coś do odrobienia. Taka specyficzna dorosłość i odpowiedzialność… która niestety bywa pułapką dla uczuć.

Podstawą dobrego związku jest celebracja chwili. Miłość to delikatna i piękna roślina, która najlepiej czuje się w ciepłym i radosnym klimacie. Ludzie, którzy spędzają razem czas na przyjemnościach są do siebie nastawieni bardziej pozytywnie, niż ci, którzy pracują w pocie czoła – każdy osobno. Nie odkrywam tu Ameryki. Czasem warto wtulić się w siebie i pooglądać razem filmy, głaszcząc się wzajemnie lub pójść się zabawić, a sprzątanie zrobić potem wspólnie i szybko. I chociaż każdy z nas woli spędzać czas w czystym mieszkaniu, a piętrzące się w zlewie stosy naczyń bywają denerwujące, warto znaleźć złoty środek i czasem odpuścić sprzątanie na rzecz przytulania. Czasem. Chodzi o to, by nie odmawiać stale partnerowi, tłumacząc: „mam jeszcze tyle do zrobienia”.  I dodam, że w takiej sytuacji mądry mąż odpowiada: „zostaw, pomogę ci i zrobimy to później razem, a teraz pooglądajmy razem film”. Tak to powinno działać. W dobrych związkach wiele rzeczy robi się wspólnie i jest to wspaniałe.

Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę to przenoszenie emocji. Często wracamy do domu rozdrażnieni i zmęczeni sytuacją w pracy, po czym bezmyślnie wyładowujemy złość na ukochanej osobie. To standard – ponieważ nie można powiedzieć do słuchu szefowi, zaciskamy zęby i miło się uśmiechamy, a całą frustrację przynosimy do domu i zrzucamy na partnera. A po co? Przecież partner to ktoś, kto powinien nas ukoić, bo taką właśnie moc posiada.

Przyznaję, że jeśli zdarza mi się trudny dzień, to natychmiast mówię mężowi o tym, aby nie myślał, że to on jest przyczyną mojego rozdrażnienia. I zawsze wtedy proszę, aby mnie przytulił. Odkryłam już dawno temu, że kiedy zanurzę się w ramionach ukochanego, to już po chwili wszystkie negatywne emocje topnieją jak wosk… Jaki to prosty i przyjemny sposób na dobre samopoczucie. Warto uświadomić sobie, że pełen miłości dotyk może wiele uzdrowić, nie ma więc sensu z tego rezygnować na rzecz wyplucia z siebie nagromadzonej frustracji. Jeśli jednak ta frustracja domaga się ujścia, można po prostu wziąć poduszkę i walić w nią tak dugo, a z nie opadniemy z sił. A potem spokojnie wtulić się w partnera albo wypić z nim w zgodzie herbatę – co kto woli..

W związku warto cieszyć się każdą chwilą. Wymaga to od nas otwartości na radość i umiejętność odczuwania dystansu do drobiazgów bez znaczenia. Jak we wszystkich obszarach życia, tak i tutaj kierujemy się pozytywnym myśleniem. Po przełożeniu tej mądrej zasady na codzienność, odnajdziemy prawdziwe zadowolenie w swojej relacji. Co to oznacza? Na przykład nie przejmowanie się rzuconymi niedbale brudnymi skarpetkami. O wiele łatwiej i zdrowiej je podnieść i spokojnie włożyć do kosza na pranie, niż robić awanturę. I nie chodzi tu tylko o wygodą, ale także o zasadę pilnowania własnych myśli. Jeśli z powodu jednej pary skarpetek wejdę w paskudne emocje, podniosę głos, a może nawet pokłócę się z mężem, to stworzę kawałek negatywnej rzeczywistości. Spadnie mi energia i przez najbliższe godziny będę przyciągała kolejne niemiłe wydarzenia. Po co, skoro można te nieszczęsne skarpety podnieść bez tracenia energii.

Czasem sami wyszukujemy powodów, aby się czepiać. Wracamy zmęczone, obładowane siatkami pełnymi zakupów, a tu partner leży wygodnie i ogląda telewizję. Dostajemy furii z zazdrości, że jemu tak dobrze, a my tak się musimy męczyć. Stąd krok do awantury. Warto wyhamować i wziąć głęboki oddech. Pomyśleć: „przecież go kocham, a on nie leży na złość mi, wystarczy to inaczej zorganizować”. I następnym razem wysłać partnera do sklepu, by dźwigał ciężary. Czasem wystarczy nauczyć się prosić o pomoc i konsekwentnie jej domagać. Bardzo często cierpimy na własne życzenie, bo chcemy wszystko robić same, bo nie umiemy komunikować swoich potrzeb. Równowaga w dawaniu i braniu jest w związku ogromnie ważna.  

Warto we wszystkich trudnych sytuacjach starać się pilnować pozytywnego myślenia. Generalnie trzeba pamiętać o tym, że nasz partner to ktoś, kogo kochamy i dla kogo chcemy jak najlepiej, a nie worek treningowy, na którym możemy wyżyć się za wszystkie życiowe niepowodzenia. Kiedy patrzymy na męża czy żonę, myślmy o tym, za co kochamy tę osobę, dlaczego jest nam bliska i co nas w nim czy niej urzekło. To trzeba powtarzać jak afirmację – to uzdrawia uczucia. I działa rzecz jasna w obie strony. Im bardziej dbam o kochanie siebie i kochanie partnera, tym więcej miłości przyciągam z jego strony.

Ma to też ogromne znaczenie dla związku, jeśli potrafimy doceniać partnera. Pisałam już o tym, że nie ma ideałów. Nasz ukochany też ma mnóstwo różnych słabości. Ale przecież jest nasz, jest kochany. Być może jest ojcem naszych dzieci. Być może z czułością całuje nas przed snem w czoło. Być może stara się zapewnić nam jak najwięcej pieniędzy. Myślenie o tym, co dobre i za co kochamy partnera – wzmacnia nasze uczucie i więź między nami, a przez to sprawia, że odnajdujemy przyjemność we wzajemnej bliskości i spędzaniu czasu razem.

Jeśli natomiast będziemy analizować wszystkie wady tego człowieka i w kółko mamrotać pod nosem, jaki jest beznadziejny, to bardzo szybko zabijemy własne uczucia. Jak potem cieszyć się ze związku, w którym wygasła miłość i dominuje niechęć? To prosta droga do unieszczęśliwienia samej siebie. Prosta i często niestety stosowana, chociaż jak sądzę raczej nieświadomie. Ciągłe narzekanie na partnera jest bardziej nawykiem przejętym od innych kobiet, nierzadko od własnej matki, która też nie umiała inaczej postępować. A wcale nie musimy przestać kochać kogoś tylko dlatego, że rozrzuca skarpety i wyleguje się przed telewizorem. A niech tam rozrzuca. A niech sobie leży.

Obserwując moich klientów, zauważam, że w każdym człowieku można znaleźć zarówno dobre strony, jak i te złe. To my w danym momencie decydujemy, co wybieramy i na czym będziemy ogniskować uwagę – na pozytywach czy negatywach. Tylko nie uświadamiamy sobie przy tym, że dokonując wyboru, wybieramy także miłość i czerpanie szczęścia w ramionach ukochanej osoby lub niechęć, która konsekwentnie narasta, prowadząc nieuchronnie do dramatu zdrady czy rozstania.

Podnosząc poczucie wartości minimalizujemy ilość sporów w związku. A jeśli już się pojawiają, możemy próbować obracać konflikt w żart lub szukać dobrych aspektów sprawy. Bardzo pomaga umiejętność wyłapywania wzorców, którymi takie doświadczenie przyciągamy. Nic nie dzieje się bez przyczyny i nawet jeśli partner nam coś zarzuca i atakuje nas bez powodu, to u podstaw leży jakiś nasz kompleks, który w ten sposób wychodzi na światło dzienne, domagając się uzdrowienia. Świadoma praca z podnoszeniem własnej wartości działa niemal od ręki. Można rozwiązać problem i pogodzić się nawet w ciągu godziny.

Na koniec jeszcze jedna sugestia, która polega na tym, by skupiać się na tym, czego pragniemy. Im częściej myślimy  o tym, co ważne i dobre, tym szybciej to przyciągniemy do swojego życia. Zasada znana z innych obszarów prosperity działa także w relacjach. Zamiast martwić się, że coś nie jest dokładnie tak, jak byśmy chcieli, lepiej marzyć i zasilać energią myśli to, czego naprawdę chcemy doświadczyć.

Bogusława M. Andrzejewska

Stałość

Stałość w uczuciach nie jest nam dana jak dar z nieba wraz z ogromną miłością po grób w pakiecie. Jest jakością, którą należy umiejętnie wypracować. To coś, czego na pewno warto się nauczyć, aby czerpać radość ze związku. Dlaczego? Ponieważ to właśnie dbanie o związek, czyli dążenie do trwałości jest tym, co nazywamy szczęśliwą relacją. W tych starych dobrych małżeństwach, w których mąż i żona czule trzymają się za ręce i z ciepłem patrzą sobie w oczy otoczone siateczką zmarszczek, oboje nauczyli się dbania o uczucia. Uwierzcie mi – warto.

Z jakiegoś powodu ludziom się wydaje, że jakość związku zależy od rodzaju partnera. Jeśli dobrze trafimy to mamy cudowne życie, a jeśli niedobrze, to trzeba się rozwieść. Co ciekawe – często podkreślamy, że to nie od nas zależy, tylko właśnie od tej drugiej osoby, przecież zawsze to ona jest winna, bo nie spełnia naszych oczekiwań. A przecież małżeństwo nie polega na tym, że wiążemy się z kimś miłym i przystojnym po to, aby nam dogadzał i cierpliwie dbał każdego dnia o nasze szczęście. Niestety, to z gruntu błędne założenie.

Obecnie ludzie nie rozumieją, że zanim coś wyrzucimy na śmietnik, warto spróbować to naprawić. Takie mamy czasy, że naprawa często kosztuje więcej niż kupno nowego modelu. A niektóre rzeczy – jak np. sprzęt komputerowy – są robione w taki sposób, aby szybko stawały się przestarzałe i aby ludzie co dwa lata wymieniali je na nowe. Tak się robi biznes. I niestety przenosi się ten schemat na relacje. Jeśli w związku zaczynają się trudności, występujemy o rozwód i wymieniamy partnera/partnerkę na nowy model.  Łatwość przeprowadzenia rozwodu i specyficzne normy społeczne sprzyjają takiemu działaniu. Niestety nowy model zazwyczaj też się nie sprawdza i wiele osób zapętla się w krótkich nie dających satysfakcji związkach, wmawiając sobie: „ja to nie mam szczęście w miłości”.

Czasem ludzie sami mniej lub bardziej nieświadomie prowokują rozpad związku, kiedy wszystko właśnie zaczyna się w nim układać. Nagle stwierdzają, że skoro jest stabilizacja i spokój, to wieje nudą i czas odejść. Takiemu działaniu sprzyja też moda na zmiany. Nowy partner jest czasem jak nowa fryzura – można się nim pochwalić. Dla niektórych osób to wręcz powód do dumy i dowartościowania siebie: „zobaczcie, mam powodzenie, zmieniam facetów jak rękawiczki”. Ale nie ma wątpliwości, że w ślad za tym idzie pustka w sercu, smutek, poczucie samotności i niespełnienia. Bo każdy z nas mniej lub bardziej pragnie miłości i ciepłego, silnego ramienia, na którym może się oprzeć.

Obserwujemy, że rozstawanie się przychodzi ludziom z ogromną łatwością. Pozbywają się partnera, jak zepsutej zabawki, licząc na to, że w pierwszym sklepie za rogiem kupią sobie nową. Ale to tak niestety nie działa. Roszczeniowość i oczekiwanie, że gdzieś tam czeka na nas ktoś, kto będzie spełniał nasze zachcianki i podnosił zakompleksione poczucie wartości, nigdy nie zostanie zaspokojone. Związek to bardzo ważny w życiu element naszego rozwoju i bardzo wnikliwy nauczyciel, który pokazuje to wszystko, co koniecznie wymaga uzdrowienia. Jeśli nie chcemy się rozwijać i pozbywamy niewygodnego nauczyciela (partnera), wówczas na jego miejsce przyjdzie kolejny z silniejszą rózgą w dłoni. Będzie wymagał jeszcze więcej.

Dlatego też powielamy trudne doświadczenia i w kolejnych związkach doświadczamy coraz większych trudności tak długo, dopóki nie podejmiemy wreszcie niezbędnego procesu uzdrawiania. Bo każda taka trudność jest właśnie po to, aby pokazać nam, że coś w nas wymaga naprawienia. I warto tutaj pamiętać, że takie naprawianie dotyka obojga w relacji. Wszechświat jest lustrem, jeśli więc zmieniam coś w sobie na lepsze, to zmienia się także odbicie na zewnątrz mnie. Jeśli na przykład nauczę się kochać siebie, to spontanicznie dostanę więcej miłości od partnera. To tak działa – sprawdzone! Chociaż czasem dzieje się i tak, że kiedy pokocham mocno siebie, to znika niesympatyczny partner, a na jego miejsce pojawia się ktoś wrażliwy i kochający. Tak czy owak – kiedy obdarzam miłością siebie, przyciągam też miłość od drugiego człowieka. To niesłychanie proste i spójne.

Bywają też związki toksyczne, w których nie ma mowy o tym, by partner tak po prostu bez terapii przestał pić i bić, ale nawet wtedy – a właściwie bardzo szczególnie wtedy – warto podnosić poczucie wartości. Każdy atak na nas, każde uderzenie, poniżenie, oszustwo, zdrada jest odpowiedzią na kompleksy i poczucie bycia gorszym. Bycia kimś, kto nie zasługuje na kochanie. Kimś, komu należą się baty. Wszystko jest w nas, w naszej podświadomości. Także obraz naszej intymnej relacji. Jeśli głęboko wierzymy, że jesteśmy źli i zasługujemy na karę, to tak się dzieje. Jeśli uważamy, że na miłość trzeba zasłużyć lub zapracować, to tak będzie wyglądało nasze małżeństwo.

Jednak nie chcę tutaj mówić o związkach toksycznych, tylko o tych zwykłych, przeciętnie spotykanych, które rozpadają się, bo nikt o nie nie dba, nikt ich nie pielęgnuje. O związkach, w których mamy stale pretensje o drobiazgi, bo zamiast skupiać się na tym, że mamy obok kogoś kochanego, to czepiamy się o nie zmyte naczynia czy brudne skarpety. Z takich małych rzeczy składa się życie i jeśli przez dłuższy czas zamiast przytulać się do siebie, obrzucamy się pretensjami, to nieuchronnie po pewnym czasie oboje mają dosyć. Bo jak nie mieć dosyć?

Kryzys, który nieuchronnie dotyka każdą relację, pojawia się po to, aby człowiek zadał sobie pytanie: „co mogę zmienić w sobie?”, a także: „co możemy wspólnie zmienić w naszym byciu razem?”. Najczęściej chodzi o podniesienie poczucia wartości i rozwinięcie szacunku czy miłości do samego siebie. Partner jest lustrem, które odzwierciedla nasze myśli o nas samych. Stale powtarzam, że jeśli kochamy siebie i jesteśmy sobie wierni, to jesteśmy traktowani z miłością i lojalnością Jeśli natomiast mamy kompleksy, to przyciągamy zdradę i odrzucenie. To ważne zdanie nie ma na celu wpakować nikogo w poczucie winy ani też usprawiedliwić wiarołomnego męża. Ono tylko pokazuje, jak naprawdę wygląda cały ten ważny proces.

Każdy kryzys ma nas też zachęcić do dialogu i szukania rozwiązań. Na tym właśnie polega życie we dwoje – na szukaniu wspólnej, dobrej dla obojga drogi. Co ciekawe, doświadczenie pokazuje, że ludzie, którzy zamiast się rozwieść, podeszli twórczo do tematu i ratowali swój związek, rozmawiając, pytając i szukając odpowiedzi, odnaleźli w nagrodę prawdziwą miłość i naprawdę szczęśliwą relację. Psychologowie podkreślają, że nawet tak trudne doświadczenie jak zdrada może stać się początkiem wspaniałego związku, ponieważ jest tylko sygnałem, że coś nie gra i nad czymś trzeba popracować. Czasem jednak ktoś się obraża, nadyma i ucieka – tak przecież najłatwiej i… zarazem najgorzej. Taka osoba zostaje z poczuciem odrzucenia, poniżeniem i złością, która nierzadko zamienia się w nowotwór (patrz: psychosomatyka).

O wiele zdrowiej i mądrzej porozmawiać, zrozumieć i wybaczyć. Okazuje się, że związki, które zwycięsko przejdą taki kryzys, zostając ze sobą na nowych zasadach, wygrywają piękne, pełne miłości relacje. Bo po kryzysie, jeśli go rozwiążemy i uzdrowimy siebie może być już tylko lepiej, lepiej i lepiej. Jak przejść przez kryzys? Prosto… Zachęcam do uzdrawiania relacji, które nas nie satysfakcjonują. Jest to możliwe i uczy nas prawdziwej bliskości. Warto zawalczyć o kogoś, kogo kochamy i stworzyć piękną, pełną miłości więź.

Bogusława M. Andrzejewska

Kochać całą sobą

… Ja ciebie kocham! Czyż być może?

Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc?

Ach nie! bo jasną widzę zorzę

I pierzchającą widzę noc!

 

I wszystko we mnie inne, świeże,

Zwątpienia w sercu stopniał lód,

I znowu pragnę – kocham – wierzę –

Wierzę w miłości wieczny cud! …

(Adam Asnyk)

To jeden z moich ulubionych poetyckich fragmentów, który gra we mnie i bardzo często migocze tysiącem barw w moim sercu. Te słowa wracają do mnie setki razy nie tylko dlatego, że lubię poezję, ale przede wszystkim jako moja własna pieśń duszy. To jest to, co najczęściej czuję. Jest to oczywiście element mojego miłosnego związku z partnerem i to on wyzwala we mnie tyle pięknych emocji, ale najważniejsze jest, że to piękne uczucie rozprzestrzenia się na inne obszary mojego życia. Pozwala mi rozwijać moje pasje, z pogodą wykonywać codzienne, nużące zazwyczaj obowiązki i lepiej pracować z energią. Jak pisałam w dziale o Reiki – stan miłości i pełne dobrych uczuć myśli sprawiają, że energia płynie silniej i efekty są mocniej odczuwane.

Pisałam już o tym, że miłość romantyczna niewiele ma wspólnego z miłością bezwarunkową. Głównie dlatego, że nie umiemy naprawdę kochać. Kiedy łączymy się w pary, natychmiast zaczynamy żądać i oczekiwać – partner ma patrzeć tylko na mnie, kochać tylko mnie, całować ślady moich stóp i do tego dawać mi jak najwięcej pieniędzy. Jeśli nie spełnia któregoś z tych roszczeń, łamie nam serce, krzywdzi i sprawia, że zaczynamy mówić o tym, ileż to cierpienia kosztuje nas kochanie. Oczywiście często my również coś z siebie dajemy, my też staramy się dbać o partnera/partnerkę, poświęcać mu/jej czas i uwagę, tworząc w ten sposób handlową wymianę miłych gestów, którą wszyscy nazywają miłością – ja dodam: romantyczną. Miłość bezwarunkowa handlem nie jest. Kocha się za nic. 

Są też cierpliwe osoby, które nie umiejąc kochać siebie, sprawiają nieświadomie, że są odrzucane, poniżane i naprawdę krzywdzone. Działa tu zasada lustra, o której wielokrotnie wspominałam. Jeśli sami siebie kochać nie umiemy, partner odzwierciedli to i kochał nas nie będzie. Jeśli nie szanujemy siebie, partner szanować nas nie będzie, bo jest tylko odbiciem tego, co jest w nas. Jeśli nie jesteśmy wierne sobie, to przyciągamy zdradę, a wówczas rzekoma miłość zamienia się w stek wyzwisk. Jest rzeczą oczywistą, że wiążąc się z kimś, liczymy na współpracę, pomoc, wsparcie i bliskość. Nie na rękę nam fakt, że ukochany/ukochana sypia z kimś innym. Jednak miłość bezwarunkowa zakłada, że kocham nie za to, co partner robi, ale kocham… ot tak, po prostu, bo kocham. Zdrada może być dla mnie trudnym doświadczeniem, może doprowadzić do łez, ale nie ma wpływu na miłość, bo nic nie ma wpływu na miłość bezwarunkową. Dlatego tak się nazywa: b e z w a r u n k o w a…

Temat zdrady jest trudny i piszę o nim tutaj i tutaj. Nie próbuję przekonywać, że mamy takie doświadczenie łykać jak żabę i zachowywać się, jakby nigdy nic. Przypominam tylko, że prawdziwe kochanie nie gaśnie z powodu trudności. Kiedy kochamy, szukamy rozwiązań i nie zastępujemy dobrych uczuć nienawiścią czy zazdrością. Prawdziwa miłość jest trwała, nie umiera nigdy. Ale co ważne – nie zabrania nam kochać innych. Nie namawiam w tym miejscu do poligamii czy poliandrii. Kochając męża, można kochać dzieci, rodziców, przyjaciół, przyjaciółki i oczywiście kota lub psa. Nasze serca są wielkie i mają tysiące jednakowo słodkich cząstek.

Miłość bezwarunkowa nie jest kubkiem herbaty, którą piję, gdy mam ochotę, ale gdy wpadnie do niej mucha – wylewam do zlewu. Jest oceanem, w którym jestem zanurzona po uszy każdego dnia. Oceanem, który mnie żywi i wzmacnia swoją dobroczynna energią. Oceanem, którego jestem częścią, bo wypełnia każdą moją komórkę, stając się ze mną Jednością. Oceanem, który mnie uzdrawia na wszystkich poziomach. Oceanem, który obmywa mnie z całego brudu, jaki nazbierałam przez wszystkie wcielenia. A wreszcie – oceanem, który łączy mnie najpiękniej ze Wszystkim Co Jest.

A spokojnie mogę zacząć od kochania jednej dowolnej osoby: dziecka lub przyjaciółki. Dla mnie najpiękniejszy jest taki dzień, kiedy oboje z mężem mamy wolne od pracy i wreszcie dużo czasu dla siebie. Budzę się w jego ramionach, zaglądam w jego roześmiane oczy i natychmiast w duszy zaczyna mi śpiewać wiersz Asnyka. “Ja kocham ciebie, czy być może…”. Idę z tym wierszem i harmonią wewnątrz siebie przez cały długi dzień i napełniam tym uczuciem wszystko, co robię – każdy tekst, każdy horoskop i nawet każdą kanapkę. Tętni we mnie i pulsuje szczęściem. Czy trzeba czegoś więcej?

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Etapy uczuć

Psychologowie piszą o tym, że nasz związek miłosny przechodzi przez pięć charakterystycznych etapów. Każdy z nich jest przez nas wyraźnie odczuwany i powinien mieć miejsce w relacji. Jednak nie zawsze sobie na to pozwalamy, ponieważ nasze wyobrażenie o miłości jest na ogół zbyt romantyczne, by dać przestrzeń dla rozwoju i zrozumienia. Oczekujemy, chcemy, pragniemy, a zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że dwoje ludzi spotyka się ze sobą właśnie dla wewnętrznego wzrastania, w nie wyłącznie dla przyjemności.

Rozczarowani partnerem zakrzykną teraz: a gdzież tu przyjemność, przecież to ustawiczna szarpanina i udręka, jedna po drugiej! Otóż to pozory. Gdybyśmy zechcieli wyjść poza własne oczekiwania i zrozumieć sens bycia z drugą osobą, zobaczylibyśmy piękno tam, gdzie nie chcemy go dostrzec. Niestety, w związku jest tak, jak na wysokogórskiej wycieczce: aby rozkoszować się zachwycającymi widokami, trzeba najpierw wdrapać się na szczyt.

Pierwszy etap miłosnej relacji wszyscy znamy: to stan zakochania, zachwytu, szczęścia i różowych okularów, które pozwalają nam cieszyć się partnerem i nie dostrzegać jego wad. Jest on idealny. Jest cudowny. Jest kochany. Cokolwiek zrobi, potrafimy go rozgrzeszyć, jeśli tylko przyniesie odpowiednio wieki bukiet kwiatów i powie, że jesteśmy najpiękniejsze. Rzecz jasna mówimy tu o przeciętnym związku. Nie rozpatrujemy sytuacji, w której ktoś przekracza dopuszczalne normy. Chociaż znam przypadki, kiedy kobieta kocha nawet wtedy, gdy jest bita i poniżana. Jednak nie o tym ten artykuł.

Drugi etap związku jest kontynuacją pierwszej fazy. Być może mniej fruwamy w powietrzu z zachwytu i w brzuchu już mniej motyli, ale nadal szczęśliwie wijemy gniazdko. To czas poważnych decyzji, zakładania rodziny, zamieszkania razem, ślubu, kupna domu – zależnie od sytuacji, planów i możliwości. Zaczynamy podchodzić do życia poprzez pryzmat MY a nie JA. Na spotkania z innymi znajomymi umawiamy się zawsze razem, planujemy spędzanie czasu we dwoje, budujemy wspólnotę.

Któregoś dnia przychodzi trzeci etap, nazywany rozczarowaniem. Narasta on niepostrzeżenie i dojrzewa za naszymi plecami poprzez wszystkie chwile, kiedy partner zawiódł nasze oczekiwania. Kiedy już nas nie zachwyca i nie podnieca, bo leży nieogolony na kanapie, nogi mu śmierdzą, a jego skarpety walają się w najmniej odpowiednich miejscach. Szarpiemy się w ambiwalentnych odczuciach, bo tak bardzo chciałoby się przytulić… ale przecież nie da się do takiego brudasa…

Oczywiście scenariusz może być też całkiem inny. On może nadal pachnieć i dbać o siebie, nawet bardziej niż zwykle, ale może patrzeć przez nas na wylot. Nie zauważa nowej fryzury, jest zimny jak lodówka i coraz częściej nie wraca na noc. Gdzieś w ciemnościach układa sobie całkiem inne życie z kimś innym, kto któregoś dnia staje w naszych drzwiach z wydętym ciążą brzuchem i mówi: on jest teraz mój, zrób mi miejsce w jego życiu.

Zbyt dramatycznie? Owszem. O wiele częściej rozczarowanie bywa raczej prozaiczne. On nas nudzi. Nie pomaga w domu. Przynosi za mało pieniędzy. Nie chce wychodzić z nami do kina. Nie lubi naszych koleżanek. Nie chce zajmować się dziećmi. Warczy, kiedy o coś prosimy. I któregoś dnia przemęczone codziennością stajemy przed cieknącym kranem, patrzymy na wyrwany z szafki zawias, który miał być naprawiony dwa miesiące temu i zadajemy sobie pytanie: po co mi ten wałkoń, kiedy i tak wszystko muszę robić sama? A wtedy on pojawia się w kuchni i opryskliwie krytykuje lekko przypalone kotlety.

W taki lub podobny sposób kropla przepełnia kielich. Podejmujemy decyzję, że się wyprowadzamy/rozwodzimy/rozstajemy/wyrzucamy go z domu (niepotrzebne skreślić). To ruch energetyczny, który nie pozwala nam przejść do następnej czwartej fazy – prawdziwej miłości. Bo prawdziwe uczucie polega na tym, że kochamy bezwarunkowo. Nie wymagamy cudów, nie oczekujemy ideału, tylko bliskości, obecności, wspólnego dawania i brania. Prawdziwym uczuciem kochamy człowieka takiego, jakim jest – tak po prostu ze wszystkimi słabościami. Kochając, szukamy sposobów by wesprzeć partnera i jednocześnie zadbać o siebie. Staramy się też zadbać o nasz związek, a nie wyłącznie oczekiwać.

W innych artykułach o związku podpowiadam, jak dbać o małżeństwo i o to, by być kochaną i szczęśliwą. Nie będę tu ponownie wszystkiego streszczać. Podpowiem tylko, że trzy filary szczęśliwego związku, o których stale opowiadam i tutaj znajdą swój sens, stając się doskonałą receptą na przejście przez etap rozczarowania. Podniesienie poczucia wartości sprawi, że znowu poczujemy się atrakcyjne i pożądane. Równowaga w dawaniu i braniu pomoże wyjść z nadmiernego zmęczenia i brania wszystkich obowiązków na siebie. I wreszcie najważniejsze: właściwa komunikacja może okazać się kluczem do zgody w pozostałych problemach.

Warto podkreślić, że pozytywne przejście przez etap rozczarowania nie oznacza poddania się i zgody na upokorzenie, zmęczenie czy poczucie bycia ignorowaną lub wykorzystywaną. Związek można uratować rozmawiając o tym, co dla nas ważne. Czasem wystarczy powiedzieć, czego oczekujemy, a jeśli to nie działa – napisać wielką kartkę i przykleić na ekranie telewizora. Czasem trzeba spokojnie porozmawiać i przyznać się otwarcie: „przestaję ciebie kochać, zadbaj proszę o siebie” albo „pomóż mi przy dzieciach, bo nie daję rady, jesteś mi potrzebny”. W większości wypadków to skutkuje. A mamy przecież jeszcze wiele innych opcji – od propozycji kompromisu, poprzez kuszenie nagrodą, a na psychologicznej terapii małżeńskiej kończąc. Ważne, by zrobić to, zanim wygasną resztki miłości, bo potem może być już za późno i nikomu już niczego się nie chce.

Czwarty etap to prawdziwe uczucie, w którym ze wzruszeniem patrzymy na partnera i kochamy go takim, jakim jest. Bez żadnych roszczeń, wybaczając, że nie jest księciem z bajki. A on nam odwzajemnia tym samym, bo – jakkolwiek by nasza samoocena nie była wysoka – żadna z nas nie jest ani Dziesiątym Cudem Świata ani ideałem żony. Każda z nas to trochę zołza, która potrafi partnerowi dokopać i od czasu do czasu strzelić focha lub wyżyć się na nim za swój zły dzień. I nie potrzebujemy do tego PMS-u.

Piąty etap natomiast to wielka Moc, która wyrasta z umiejętności uczenia się na błędach. To rozwój wewnętrzny wspierany wzajemną drogą przez życiowe zakręty. To wielkoduszność, wyrozumiałość, ciepło i serdeczność. To zaufanie i współdziałanie, a wreszcie spokojne bycie razem w zaufaniu, że obok nas jest zawsze ktoś, na kogo możemy liczyć. To także pozytywne przenoszenie tych jakości na dzieci i na przyjaciół.

Opisane etapy bardzo ładnie odzwierciedlają cykle energetyczne, o których mówimy w Prospericie. Cykle wyróżniamy trzy. Ten pierwszy to w przypadku analizy związku stan zakochania i tworzenia więzi. Tu energia mocno szybuje w górę. Drugi to tak zwany etap kryzysu – myślę, że też bardzo jednoznaczny z opisanym rozczarowaniem. To czas, kiedy energia spada w dół i mamy ochotę ze wszystkiego zrezygnować. I wreszcie: trzeci cykl energetyczny to w relacji dojrzała miłość oparta na wzajemnym rozumieniu siebie i swoich słabości. Energia znowu idzie w górę, lecz bez szaleństwa, jak w stadium zakochania. Bardziej stabilnie.

W Prospericie największy nacisk kładziemy na mądre przejście przez etap kryzysu. Na szukanie rozwiązań i odnajdowanie w sobie siły, by uporać się z problemem. Najgorszym wyjściem w tym okresie jest ucieczka, czyli rezygnacja z tego, co robimy (np. z małżeństwa), ponieważ postawa taka koduje w podświadomości poczucie przegranej. To dotyczy także relacji. Taki wzorzec powoduje, że w kolejnych  działaniach też będziemy przegrywać. Dlatego kobiety, które rezygnują ze związku w etapie kryzysu (rozczarowania), nie są w stanie znaleźć szczęścia w miłości. Za każdym razem historia się powtarza. Kolejne związki nieuchronnie rozpadają się na tym samym etapie. I każda kolejna relacja jest coraz trudniejsza.

Bogusława M. Andrzejewska

Równowaga

Równowagę warto tworzyć we wszystkim, także w kochaniu, ponieważ tylko wtedy uzyskamy w swoim związku najpiękniejszy efekt. Oczywiście jest też coś, co spontanicznie buduje harmonię. To miłość bezwarunkowa, czyli kochanie człowieka takim jakim jest, bez oczekiwań. To jednak na chwilę obecną tylko teoria, którą być może któregoś dnia wykorzystamy dla dobra swojego i innych, kiedy nauczymy się tak właśnie odczuwać. Musimy jeszcze mocno podnieść swoje wibracje. Niewiele osób to potrafi.

Ba, większość nawet nie rozumie, co to oznacza. Wydawałoby się to niemożliwe, a jednak… Nie tak dawno przeczytałam na FB pełną szlachetnego uniesienia wypowiedź pewnej pani, która zadeklarowała, że „kocha miłością bezwarunkową wszystkich życzliwych i uprzejmych mężczyzn.” Innymi słowy: kocha za życzliwość i uprzejmość. Miłość bezwarunkowa tymczasem, jak sama nazwa wskazuje, to kochanie tak po prostu. Bez wyjątku. Bez wytłumaczenia i nawet bez uzasadnienia.

W tradycyjnym rozumieniu miłości równowagę osiągniemy wówczas, kiedy nie będziemy kochać „za bardzo”. Ten złoty środek przejawia się oczywistym zaangażowaniem, sympatią, wsparciem i cieszeniem się bliskością wybranej osoby. Ale z umiejętnością stawiania nieprzekraczalnych granic, dotyczących zachowania partnera. Oznacza to, że bez fochów wybaczamy drobne pomyłki, natomiast nie pozwalamy sobie na brak szacunku czy zwykłej uwagi.

Wiele kobiet cierpi dlatego, że nadmiernie przywiązują się do partnera, wchodząc w energetykę bluszczu, czyli w stan: „bez ciebie nic nie znaczę, bez ciebie umrę”. Często bywa to podświadome i taka osoba na zewnątrz żartuje sobie z lekkością, zapewniając, że może być z kim zechce. Jednak w głębi duszy dominuje strach przed porzuceniem. Ten właśnie strach jest podstawowym wzorcem, który układa całą więź w negatywny sposób. Podświadomy wzorzec: „tylko mnie nie zostawiaj samej” prowokuje dużo trudnych sytuacji, w których wszystko popycha taką parę do rozstania. To może być np. zdrada albo rękoczyny. Skrzywdzona kobieta wie doskonale, że powinna odejść, ale samotności boi się bardziej niż życia z takim trudnym partnerem. W efekcie wybacza i zostaje.

Samo wybaczenie jest oczywiście rzeczą ze wszech miar słuszną, bo wybaczamy przecież dla siebie. Niemniej na pewne zachowania nie może być w nas zgody. Trzeba umieć pokazać drzwi komuś, kto nas źle traktuje. To bardzo charakterystyczne – kiedy partner wie, że jest bezkarny, bo kobieta kochając „za bardzo” boi się z nim rozstać, wykorzystuje to i realizuje jej ukryty wzorzec o prostym schemacie: ”bij mnie i poniżaj, tylko bądź ze mną”. Nikomu to nie służy. Właśnie dlatego musimy umieć stawiać granice i uwalniać się od toksycznych związków.

Pomaga w tym asertywność, czyli przeciwstawienie się krzywdzeniu i wykorzystywaniu. Zapominamy o ciepłych uczuciach i pokazujemy damskiemu bokserowi drzwi. Bez litości i bez mrugnięcia okiem. To ważne, by umieć postawić siebie i swoje prawdziwe dobro na pierwszym miejscu. Czasem lęk jest tak silny, że wahamy się przed radykalnym podjęciem decyzji. Jednak warto dostrzec, że samotność bywa mniejszym złem niż siniaki i połamane zebra.

Oczywiście celowo pokazuję skrajną sytuację, aby temat był klarowny dla każdego. W gruncie rzeczy wiem, że o wiele częściej problemy są mniej dramatyczne. Czasem po prostu mamy dosyć braku uwagi, czy oglądania się za innymi. Czujemy się niekochane. Wówczas także warto zapytać siebie: co jest dla mnie ważne? Albo: co ważniejsze – byle jaki facet obok i ciągłe przykrości, czy samotność i święty spokój? A dodać warto, że samotność wcale nie musi być wieczna. Odejście od niemiłego partnera jest często zrobieniem miejsca na nowy związek.

Asertywność jest w pełni zależna od wysokiego poczucia wartości. To ono daje nam siłę, aby uwierzyć w siebie i zrozumieć, że w pełni zasługujemy na miłość i szacunek. To ono też sprawia, że takie właśnie zachowania przyciągamy. Pisałam wielokrotnie o tym, że wszechświat działa na zasadzie lustra i odzwierciedla to, co mamy w sobie. Jeśli kocham i szanuję siebie, wówczas jestem kochana i szanowana przez partnera. Dlatego też podnoszenie samooceny jest zazwyczaj najlepszą receptą na poprawę jakości związku. I co oczywiste: szacunek dla siebie automatycznie wyklucza zgodę na złe traktowanie.

Równowaga w związku to także harmonia pomiędzy dawaniem i braniem, czyli umiejętność proszenia o to, czego chcemy i potrzebujemy. Najczęściej spotykanym błędem jest tworzenie pragnień i czekanie, aż partner sam się domyśli i je spełni. Fakt, że w danym momencie jestem głodna i powiem o tym głośno, nie oznacza automatycznie, że partner pokłusuje do kuchni zrobić mi kanapki. Trzeba umieć wyartykułować swoja prośbę.

Drugi często spotykany błąd, to przyzwyczajanie do wygody. W pierwszej fazie związku z radością robimy wszystko, dogadzając partnerowi, aby kochał nas jeszcze mocniej, jak nikogo na świecie. Po kilku miesiącach, kiedy energia związku nieco spada, chciałybyśmy, aby to nam podano pachnące kanapki czy gorącą herbatę. Oczekujemy, jakby to było oczywiste, przecież tyle razy to my biegałyśmy do kuchni. I do głowy nam nie przyjdzie, że wyrobiłyśmy w partnerze nawyk brania i czekania na gotowe. Potem bardzo trudno taki zwyczaj zmienić i nauczyć go, że on także może podnieść się sprzed telewizora i coś dla nas przygotować.

Jednak warto. Ze wszech miar warto! Ponieważ tam, gdzie nie ma równowagi, nie ma tak naprawdę uczuć ani związku. Każdy lubi być potrzebny i doceniany, chciałby zatem mieć okazję do tego, by nie tylko być obsługiwanym, ale także móc coś dać od siebie. W dobrych, długoletnich związkach widać wyraźnie podział ról i obowiązków, które są wykonywane nie tylko ze spokojem, ale także z odrobiną dumy i odpowiedzialności.

Równowaga dotyczy obojga partnerów w takim samym stopniu. Nie ma reguły na to, kto może szybciej stać się dawcą, a kto biorcą. Wyżej opisałam sytuację, w której kobieta wchodzi w rolę dawcy, robiąc mężczyznę biorcą, ale często bywa na odwrót. Znam wielu mężów, którzy tak nadskakiwali swoim pięknym żonom ze strachu przed porzuceniem, że te faktycznie niemal wyłącznie biorą, rozwijając coraz bardziej postawę roszczeniową i nie umiejąc nic dać od siebie. Ani dawanie, ani branie nie jest cechą płci. Wymiana to wspólnie budowana jakość, w której poczucie bycia docenianym i potrzebnym wzajemnie wzmacnia bliskość.

Bogusława M. Andrzejewska