Dostrzeganie

Obserwuję ciekawe zjawisko, polegające na tym, że nie widzimy rzeczy, które nie są dla nas wygodne lub nie potwierdzają naszych przekonań. Oznacza to, że te wszystkie wzorce, które wpływają na kreowanie naszej rzeczywistości mają swoje własne mechanizmy obronne. Nie dosyć, że bywają mocno zakorzenione, to jeszcze zniekształcają skutecznie nasz obraz świata. To może utrudniać rozwój, ponieważ nie pozwala dostrzegać tego, co wymaga uzdrowienia.

Ale to przede wszystkim tłumaczy, dlaczego tak wiele osób pozostaje całkowicie głuchych na pozytywne myślenie i ślepych na ścieżki tak dobrze potwierdzone przez innych. Każdy z nas styka się z ludźmi, którzy nie są szczęśliwi i pozornie szukają pomocy, jednak w praktyce nie chcą nic zmieniać, bo nie widzą w tym sensu. Nie mogą go zobaczyć, nie mogą uwierzyć, ponieważ to zburzyłoby ten podstawowy mocno zakodowany w podświadomości wzorzec.

Wiele lat temu miałam znajomego, który całkiem dobrze zarabiał, ale generalnie był nieszczęśliwy. Nie umiał znaleźć radości ani w swoim związku, ani w rodzinie, ani nawet w swojej pracy. Przydreptał kiedyś do mnie na zajęcia z Prosperity i zafascynowany moją energią na krótki czas zakochał się w pozytywnym myśleniu i tym wszystkim, czego uczę. Trudno powiedzieć, ile to trwało… Dwa lata? Może trzy? Po pewnym czasie wrócił w stare koleiny i zaczął ze mną ostrą polemikę, próbując mi udowodnić, że to, czego uczę, nie działa. Koronnym argumentem był fakt, że jako prezes wielkiej firmy zarabiał kilkanaście razy więcej niż ja. Sama polemika nawet mnie bawiła, ponieważ inspirowała moją inteligencję do poszukiwania odpowiedzi. Natomiast tego jednego argumentu odbić nie umiałam, chociaż doskonale wiedziałam, że racja jest po mojej stronie. Ja byłam szczęśliwa, choć z jego perspektywy biedna – on cierpiał, za to był bardzo zamożny i mógł sobie pozwolić na wszystko.

Myślę, że każdy z nas zna bogatych ludzi, którzy wcale nie są szczęśliwi. Ilość posiadanych dóbr nie świadczy o wysokim poziomie świadomości prosperującej, a moc wewnętrzna nie przekłada się na materialne bogactwo, jak chcą wierzyć niektórzy. Cierpliwie powtarzam na wszystkich szkoleniach, że uczę przede wszystkim bycia szczęśliwym, a w tym temacie zawiera się także dostatek, rozumiany jako bycie wolnym od braku. Dlatego uczę, jak pracować z energią pieniędzy, aby mieć to, czego pragniemy. Aby nie mieć długów czy nie cierpieć głodu – bo z takimi doświadczeniami o szczęściu nie może być mowy.

Podkreślam tu wyraźnie różnicę pomiędzy wolnością od braku, a byciem krezusem. To dwie zupełnie różne jakości. Świadomość prosperująca nie gromadzi i nie upycha po skarpetach. Posiada i obraca pieniędzmi, aby były one w ruchu. Czasem doświadcza luksusu, ale skupia się także na wszystkich pozostałych wartościach – przede wszystkim na miłości i twórczości. Wśród moich uczniów są osoby zamożne, które mają piękne domy czy samochody i beztrosko realizują marzenia. Są też ludzie, który żyją nieco skromniej, ale niczego im nie brakuje. Wszystko zależy od indywidualnego programu duszy i naszych osobistych lekcji.

Moim zdaniem prawdziwe rozumienie życia i prawdziwa świadomość polega na tym, że odsłaniamy wszystkie okna duszy. Nie tylko to jedno związane z pieniędzmi, ale także to, za którym jest miłość. I to, za którym jest spełnienie twórcze. I to, za którym są dobre relacje z innymi. I wszystkie pozostałe. Mój znajomy odsłonił tylko jedno, pieniężne i powiedział: nic nie muszę zmieniać w sobie, wszystko jest OK. Po czym rozpaczliwie zaglądał na różne szkolenia i warsztaty, gdzie – jak łatwo się domyślić – nikt mu nie pomógł.

I nie dlatego, że w tym czasie akurat Prosperita była dla niego najlepszą i najbardziej skuteczną szkołą życia. Ale dlatego, że zaliczał różne kursy, żeby coś komuś udowodnić, a nic z nich nie wynosił. Nie pozwalał sobie dostrzec tego, co dla niego ważne. Mój znajomy mocno trzymał się swoich przekonań, próbując mi wmówić, że to ja powinnam od niego pobierać lekcje, to stanę się bogatsza. Nigdy mnie to nie śmieszyło, bo ufam sobie i swojej wiedzy. Było mi przykro, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc, ale to był jego suwerenny wybór.

Z pewnością każdy, kto zna Prosperitę, wie, jaki będzie koniec tej opowieści. Nie rozczaruję Was. Mój znajomy nagle zbiedniał. Musiał sprzedać drogi samochód i zrezygnować z luksusów. Doszły mu także inne rodzinne tragedie i cała masa kłopotów. Zrealizowało się to wszystko, co pieczołowicie tworzył negatywnym nastawieniem do świata i ludzi. Nie pozwoliłam sobie na satysfakcję i nie powiedziałam mu: należało mnie słuchać i ufać mojej wiedzy i mojemu doświadczeniu. Przeraża mnie nieuchronność działania kosmicznych praw, a ludzkie cierpienie nie sprawia mi satysfakcji nawet wtedy, kiedy cierpią ci, którzy wyśmiewali mnie i to, czego uczę.

Często spotykam ludzi, którzy zapewniają mnie o swoim wysokim poczuciu wartości, chociaż ich wygląd zewnętrzny aż krzyczy, że jest zupełnie inaczej. Słucham naciąganych argumentów, w które moi klienci naprawdę wierzą. A skoro wierzą, to jest to ich przekonanie i to najpierw ono powinno być uzdrowione i zamienione na zaufanie do terapeuty. Jak dać narzędzia do pracy nad sobą komuś, kto nie widzi potrzeby tej pracy? Kto szuka przyczyn zupełnie nie tam, gdzie powinien? Jak pomóc komuś, kto nie dostrzega swojego problemu? Taki człowiek jest jak alkoholik, który powtarza wszystkim: przecież ja nie jestem wcale uzależniony, mogę nie pić, tylko nie chcę.

Widzę też wyraźnie, że w takim momencie to podświadomość człowieka rozpaczliwie broni się przed zmianą tkwiących w niej przekonań. Wykorzystuje do tego zewnętrzne zjawiska, które nie mają nic wspólnego ze szczęściem. Są tylko iluzją, która nie pozwala nam dostrzegać tego, co naprawdę domaga się uzdrowienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Odczuwanie

Często zachęcam do ufania sobie i słuchania samego siebie. Nazywamy to intuicją. Jeśli umiemy mądrze z nią pracować, to rozwija się. Świadoma praca z czakrą serca, oczyszczanie tej czakry, harmonizowanie, bycie często w przepływie i miłości bezwarunkowej powoduje, że  pojawia się wgląd – poznanie tego, co zakryte dla oczu przeciętnego człowieka.  Oczywiście mamy w sobie rozmaite predyspozycje i niektórzy widzą więcej, inni słyszą, a jeszcze inni czują. To bardzo indywidualne. Tak czy owak czasem jako dar od urodzenia, a czasem jako efekt pracy nad sobą pojawia się jasnowidzenie, jasnosłyszenie lub jasnoodczuwanie. To pierwsze mocno wiąże się z czakrą Trzeciego Oka, to ostatnie – właśnie z czakrą serca.

To fascynujące zjawisko istnieje i wiemy o tym dobrze, ponieważ wielu z nas ma większy wgląd niż przeciętny człowiek.  Chcę tylko bardzo wyraźnie podkreślić, że nie każdy kto mówi, że widzi albo czuje, „widzi lub czuje naprawdę”. Przez wiele lat pracowałam  z czakrą serca i z Archaniołami, aby nauczyć się odróżniać ziarno od plew. Od kilkunastu lat odczuwam energie innych ludzi i dzięki temu wiem, kto na jakim poziomie pracuje. Każdy jest we właściwym dla siebie czasie i miejscu – to oczywiste. Ale na nauczycieli wybieram sobie ludzi o energii duchowej wyższej od mojej. W innym wypadku przecież nie skorzystam.

Problem pojawia się wtedy, kiedy komuś się tylko wydaje, że wie i czuje, bo zrobił dwie medytacje, zaszumiały mu skrzydła (lub bąbelki wody sodowej) i już nikogo nie słucha, leci na oślep, bo przecież wie wszystko najlepiej. Jestem ezoterykiem od ponad 25 lat, mam mnóstwo doświadczenia i własne wypracowane metody, a nadal weryfikuję swoje odczucia z innymi wrażliwymi osobami. Nie rozumiem, jak można ryzykować własną energetyką i zdrowiem, byle tylko nie spytać nikogo o zdanie. Zachęcam wszystkich do bardzo wnikliwego przyglądania się ludziom i ich energii, a przede wszystkim do odważnego pytania tych bardziej doświadczonych, o dobrze rozwiniętej intuicji. Co oznacza słowo „dobrze”, niech pokaże przykład z życia.

Pewna moja klientka, która w świecie ezoterycznym jest  „świeżynką”, bo zajmuje się takimi tematami trochę ponad rok, zaprzyjaźniła się z człowiekiem o niskiej energii. Z takim „pseudoduchowym” nauczycielem, który głośno krzyczy o swojej wyjątkowości, ale bawi się negatywnymi rzeczami. Próbowałam tę osobę uprzedzić w sposób bardzo delikatny, by nikogo nie oceniać, mówiąc:

– Uważaj proszę na ludzi, których nie znasz dobrze. Poznałaś tego pana dwa miesiące temu. Co o nim wiesz?

– Och, nic nie wiem, ale czuję go dobrze, dobrze go odbieram…

I czym prędzej pobiegła na kolejne szkolenie energetyczne, oddając się w ręce kogoś, kogo obchodziłabym szerokim łukiem. Jej suwerenny wybór. Dawno temu przerobiłam temat dawania ludziom prawa do własnych decyzji i nie ponawiałam rozmów o tym z ową klientką.

Ale opowiedziałam o zjawisku takiej bezmyślności mojej jasnowidzącej przyjaciółce, a ona sama z siebie nie proszona, skupiła się przez chwilę i powiedziała mi: „Masz rację, ten człowiek jest niebezpieczny”. Dwa dni później temat ponownie wypłynął w rozmowie z inną osobą, którą bardzo szanuję i podziwiam za jej wgląd i umiejętności pracy z energiami.  I ponownie usłyszałam: „Ja znam tego pana… Strasznie się zmienił, odszedł od Światła na ciemną stronę Mocy”. Była jeszcze trzecia weryfikacja z kolejną wrażliwą i mądrą osobą i także potwierdziła to, co czuję. Piszę o tym tylko po to, aby zatrzymać ewentualne stwierdzenie, że nie mam monopolu na odczuwanie energii i moja klientka mogła mieć rację. Monopolu nie mam – dlatego weryfikuję swoje odczucia u innych. Nie ośmieliłabym się nikogo osądzić tylko dlatego, że mnie od tej osoby odrzuca. Pomimo tego, że mam ogromne zaufanie do swojego odbioru, ponieważ najczęściej mnie nie zawodzi. Uważam, że moja klientka także powinna sprawdzić u innych, czy ten „cudowny” nauczyciel rzeczywiście jest taki cudowny, jak próbuje pokazać. I piszę o tym właśnie po to, żebyście nie popełniali takich głupstw jak ona. Warto chronić siebie i swoją energię. Jeśli ktoś Wam mówi: „uważaj”, to dla własnego dobra zapytajcie drugą i trzecią osobę, co o takim nauczycielu myśli i jak go odbiera. Takie “uważaj” nie bierze się znikąd…

I krótka podpowiedź – skąd taka bezmyślność u mojej klientki? Z niskiego poczucia wartości. Z potrzeby rywalizacji i udowodnienia komuś, że jest lepsza, a co najmniej tak samo zdolna. Bardzo jej się spieszyło, żeby zaliczyć kolejny kurs i powiesić sobie na ścianie kolejny dyplom. Moje ostrzeżenia i prośby w stylu: „Nie ryzykuj. Najpierw sprawdź” odsunęłyby w czasie wbicie w ścianę kolejnego gwoździa na dyplom… Nie do przyjęcia! A na dodatek – chociaż to już mój bardzo subiektywny odbiór – gdyby poszła gdziekolwiek zweryfikować owego pana, ryzykowałaby przyznaniem mi racji. A tak pozostała w opcji: „ja świetnie czuję, lepiej od ciebie, bo ja wszystko wiem najlepiej”. Z serca radzę wszystkim podnosić maksymalnie poczucie wartości, aby dla własnego dobra umieć z pokorą przyjąć czyjeś życzliwe ostrzeżenie.

W ten sposób wracam do podstawowych tematów – do kwestii wysokiej samooceny oraz do umiejętności wybaczania innym. To niezbędne, aby mieć wgląd i widzieć więcej. Odbieram ludzi nie poprzez nieuzasadnione wizje, ale poprzez serce. Czuję. Jedna z moich duchowych nauczycielek nazywała to czuciowiedzą. Jeśli ktoś nie kocha siebie, jeśli ma mnóstwo żalu do siebie i innych, to jego czakra serca jest “zablokowana” i nie pozwala na odczuwanie energii innej osoby. Jeśli ktoś robi świństwa innym, to wpada w poczucie winyi znowu blokuje serce. Czysta czakra serca przejawia się bezwarunkową miłością do siebie i świata. Taki człowiek nie krzywdzi nikogo i z nikim nie rywalizuje. Tylko wtedy może powiedzieć, że naprawdę czuje. To, co czuła moja klientka, to tylko sympatia – to, co umie odczuwać każdy człowiek na świecie – na poziomie umysłu jedni się nam podobają inni nie. A jasnoodczuwanie jest postrzeganiem na poziomie energii i nie ma nic wspólnego z naszymi sympatiami czy zewnętrznym wyglądem.

Są też osoby, które bez wątpienia widzą więcej niż inni, ale nie umieją tego właściwie zinterpretować albo nie mają minimalnych umiejętności pomocy psychologicznej, a przez to bardziej szkodzą niż pomagają. Uważajcie na takich jasnowidzów – wizyta u nich to strata czasu i pieniędzy. I znowu jako ilustracja konkretny przykład. Pewna pani – dajmy jej na imię Zosia – poszła do jasnowidzącej osoby po pomoc w kwestiach finansowych. Jasnowidząca odkryła u Zosi taki wzorzec z dzieciństwa, że jako dziewczynka marzyła o zjedzeniu czekolady, a jej rodziny nigdy nie było na to stać. Zosia chciała bardzo czekoladę i stale słyszała: “nie możesz jej mieć”! Wróżka oczyściła Zosię z tego wzorca. I wszystko byłoby super, gdyby po tym procesie gorliwa Zosia nie zakomunikowała:

– Och, to teraz idę do sklepu i kupuję najlepszą i największą czekoladę.

Moim zdaniem doskonały pomysł, jako wprowadzenie i utrwalenie nowego wzorca w oczyszczonej przestrzeni. Wie o tym każdy, kto pracuje z prosperitą i prawem przyciągania. Tymczasem jasnowidzka oburzyła się:

– Jaką czekoladę? Masz długi, to idź je spłacaj, nie możesz teraz wydawać na czekoladę!

Takie zachowanie nie wymaga komentarza. Każdy wie, że w ten sposób niekompetentna wróżka spaprała wszystko, co wcześniej zrobiła. Pokazuje to, że nie wystarczy widzieć więcej i umieć oczyszczać aurę. Trzeba mieć podstawy pracy z klientem, z pozytywnym myśleniem, z wzorcami, czyli generalnie trzeba znać prosperitę.

Pisząc te słowa, zapewniam jednocześnie, że znam bardzo dobre i mądre osoby, które umieją pomóc, umieją oczyścić i umieją pozytywnie nas zaprogramować tak, żebyśmy przyciągali szczęście. Ten artykuł nie potępia zjawiska jasnowidzenia ani takich usług, tylko ma uwrażliwić Was na ogromną ilość nadużyć w sferze, która jest nieweryfikowalna.Receptą na to jest poczta pantoflowa – słuchanie innych, którzy mają większe doświadczenie i sprawdzanie u znajomych, kto jest najlepszy. Moim klientom polecam jasnowidzów czy tarocistów, czy też specjalistów od metod kwantowych, bazując na opiniach osób, którym ufam. Sama rzadko korzystam z takich usług, nie zawsze mam więc swoje doświadczenie, ale zawsze znam kogoś, kto korzystał. I każdy z Was ma koło siebie co najmniej jednego przyjaciela, który od lat interesuje się ezoteryką i może Wam kogoś polecić.

Wierzymy „jasnowidzom” wtedy, kiedy sprawdza się to, co przewidzieli i do głowy nam nie przychodzi, że nas po prostu zaprogramowali na przyciąganie określonych wydarzeń. Nie ukrywam – często to programowanie jest nieświadome, bo gdyby taka wróżka wiedziała, co naprawdę potrafi, opowiadałaby same pozytywne historie. Ludzie są w większości dobrzy i chcą dobra, a że czasem ze smutkiem kiwają głową i opowiadają tragiczne historie, to tylko brak wiedzy o prospericie.

Jak wiemy wszyscy, naszą rzeczywistość kreujemy sami. Kształtują ją nasze przekonania. Jeśli ufamy wróżce, to ona buduje nasze poglądy tym, co nam mówi. Idziemy do takiej osoby po radę i najczęściej spijamy z jej ust wszystkie słowa, wierząc w to, co słyszymy. Potem nasza podświadomość z wielu możliwych dróg wybiera dokładnie to, co odzwierciedla zbudowane przekonanie. Takie są zasady wszechświata.

Ja sama jestem bardzo ostrożna w przewidywaniu przyszłości, ponieważ uważam, że przyszłość jest w ruchu. Jako certyfikowany astrolog musiałam nauczyć się technik predykcyjnych – egzaminy zdałam na piątkę. Umiem prognozować i przez parę lat po ukończeniu nauki astrologii praktykowałam, sprawdzając swoją wiedzę na wydarzeniach w życiu. Metody działają, ale magia wszechświata zostawia nam też ogromne pole wyboru realizacji karmicznych zadań. Istnieje też Prawo Łaski i wiele innych czynników, które powodują, że w każdym momencie istnienia człowiek może dokonać innego wyboru. Nasze życie wcale nie jest zdeterminowane, jak chcą niektórzy. Natomiast staje się takim, kiedy chodząc do „jasnowidzów”, realizujemy ich przepowiednie.

Tak, umiem prognozować i nigdy tego nie robię. Cokolwiek zobaczę, może to budować w mojej podświadomości niekorzystny wzorzec. Wolę świadomie kształtować swoją przyszłość w oparciu o posiadaną wiedzę o mocy własnego umysłu. I tego właśnie uczę innych. A ewentualnych nauczycieli weryfikuję sercem, a nie zaniżonym poczuciem wartości czy potrzebą powieszenia kolejnego dyplomu. Prawdę mówiąc u mnie nie wiszą żadne dyplomy. Ani jeden… Nie są mi potrzebne. Wiem, że w tym co robię, jestem doskonała.

Bogusława M. Andrzejewska

Tęsknota

Spełnianie marzeń i realizacja celów jest dużo ważniejsza, niż może się wydawać. Nie chodzi w tym procesie wyłącznie o nasz komfort i dogadzanie próżności. W istocie można porównać to raczej do napełniania zbiorników, z którymi nasza dusza zeszła na Ziemię. Dopóki tego nie zrobimy, czujemy pustkę podobną do głodu. Przypomina to takie wewnętrzne ssanie, które utrudnia nam rozwój, odwracając uwagę od tego, co dla nas ważne. Podobnie, jak w przypadku, kiedy burczy nam w brzuchu i przez to nie umiemy skupić się na pracy.

Uwielbiam wodę od urodzenia, a właściwie od wszystkich minionych wcieleń. Niestety w każdym od nowa muszę uczyć się pływać, a że w ostatnim zostałam utopiona, to w obecnym pływać zaczęłam przed pięćdziesiątką dopiero. Przez wszystkie lata życia czułam w sobie to nieprzyjemne „ssanie”, które bardzo chciało pływać. Ilekroć pojechałam nad jezioro, biegłam do wody zanim jeszcze mój mąż dobrze zaparkował samochód. Czułam się tak, jakbym wiecznie była głodna dotyku jakiegoś akwenu, a jednocześnie szerokim łukiem omijałam baseny. Odkąd jednak nauczyłam się pływać, zniknęła owa niekomfortowa tęsknota. Dzisiaj potrafię siedzieć nad wodą i patrzeć na nią bez wewnętrznego przymusu, aby szybko się w niej zanurzyć. Potrafię też być szczęśliwa i spokojna z daleka od wody. Mój głód pływania został zaspokojony na zawsze. Teraz po prostu to lubię i tyle.

Podobnie doświadczam wielu innych zjawisk i wierzę, że nie jestem w tym odosobniona. Przemożna tęsknota znika, kiedy pozwolimy sobie na dotknięcie tego, co dla nas ważne. Pojawia się spokój i poczucie spełnienia. Ponieważ ufam temu, co czuję i staram się podążać za sercem, wiem doskonale, że marzenia należy spełniać. Te które nie są tylko pustką zachcianką, ale prawdziwym pragnieniem. Jak je odróżniać, piszę tutaj. Niespełnione marzenia są jak płacz duszy i moim zdaniem należą one do jej planu na wcielenie.

Czasem nawet pojawia się presja, zaburzająca całą hierarchię ważności, bo okazuje się, że nie dostrzegamy tego, co naprawdę istotne. W sensie energetycznym, będzie to silne napięcie, które utrudnia prawidłowy przepływ energii. Możemy też tworzyć opór wobec innych tematów, ponieważ podświadomie walczymy ze wszystkim, co nie jest naszym upragnionym celem. Widać to wyraźnie na przykładzie dziecka, które tupie nóżkami, bo chce lizaka. Jeśli rodzice nie odwrócą jego uwagi albo nie zablokują karceniem, to będzie ono tupać tak długo, dopóki owego lizaka nie dostanie.

W każdym z nas jest to małe tupiące dziecko, które nadal pragnie wszystkiego, czego nie dostało, chociaż zamieniło lizaka na samochód, buty czy nowy model komórki. I warto wiedzieć, że im częściej jako małe dziecko nie dostawaliśmy tego, czego tak bardzo chcieliśmy, tym trudniej nam w dorosłym życiu spełniać marzenia. Pomimo dojrzałości, dyplomów i setek przeczytanych podręczników nadal stoimy z nosem na wysokości sklepowej lady i z żalem patrzymy na lizaki za szybką. Tak działa wzorzec niespełnienia i wewnętrzne przekonanie, że nigdy nie będziemy mieć tego, czego pragniemy.

Nie oznacza to, że należy bez wahania zaspokajać wszystkie oczekiwania maluchów. Żyjemy w czasach, kiedy dzieci są zasypywane coraz droższymi zabawkami. Lizak nie bywa już problemem. To z kolei rozwija w młodym człowieku postawę roszczeniową. W obu przypadkach wzorce takie mogą popchnąć do zdobywania wszystkiego za wszelką cenę, poprzez oszustwo, kradzież, manipulację. Każda droga prowadząca do finansowego bogactwa bywa uświęcana. Lub odwrotnie – nic się nie robi, czekając, aż ktoś inny zrobi za nas, bo… „przecież i tak się nie uda” czy też „inni zrobią i podadzą pod nos”.

O wiele łatwiej jest tym osobom, które w dzieciństwie nauczono, że mogą mieć wszystko, jeśli cierpliwie poczekają lub wykonają w tym celu jakieś działania. Dobrze ilustruje to słynny eksperyment z piankami marschmallow. Tym, którzy go nie znają, przypomnę, że ideą ćwiczenia była cierpliwość. Dzieciom rozdawano po jednej piance, obiecując, że jeśli powstrzymają się od jej natychmiastowego zjedzenia i odłożą ją na jutro, dostaną nagrodę w postaci kolejnej. Dorośli zapewne nie mieliby z tym problemu, jednak dla dzieci było to nie lada wyzwanie. Najważniejszym wnioskiem płynącym z ćwiczenia było odkrycie, że te osoby, które umiały odmówić sobie przyjemności szybkiego zjedzenia pianki, w dorosłym życiu lepiej sobie radziły z wyzwaniami, wiedząc, że za każdym życiowym zakrętem i każdym wyrzeczeniem czeka nagroda. Niecierpliwi i w dorosłym życiu chcieli mieć wszystko natychmiast, lecz równie szybko się zniechęcali do jakiegokolwiek działania.

Przysłowia i stare mądrości gloryfikują cierpliwość, ale warto podkreślić, że jak zawsze optymalny jest złoty środek. Wytrwałość i umiejętność czekania może przynieść korzyści – to jasne. Ale wcale nie musi. Bywa, że pozbawia nas aktywności i staje się wygodną zasłoną, za którą czai się wystraszona lub bierna osoba, odkładająca wszystko „na później”. Czekanie uwalnia od obowiązku działania i może stać się wygodną wymówką. A powszechnie wiadomo, że nic samo do nas nie przyjdzie, jeśli to my nie wykonamy ruchu w stronę tego, co dla nas ważne. I tu pojawią się mówcy motywacyjni, pokrzykując do nas ochoczo: „nie czekaj! Działaj”. Ale jeśli polecimy za tym okrzykiem na oślep, możemy wpaść w kłopoty. Zatem ani czekanie bez końca, ani wyścig nie przyniesie nam szczęścia.

Wniosek nasuwa się wyraźnie jeden – należy realizować marzenia, bez odwlekania ich w nieskończoność, ale też bez pośpiechu, wybierając to, czego jesteśmy pewni. I chociaż z punktu widzenia prosperującej świadomości nie ma złych decyzji, lepiej dla nas kiedy płyną z serca. A do głębi tego serca warto spokojnie zajrzeć, wyciszając się w medytacji.

Bogusława M. Andrzejewska

Czas

Dla wszystkich niemal to zjawisko liniowe. Wyraźnie odróżniamy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, skupiając się najmocniej na chwili obecnej. Ten moment, w którym właśnie jesteśmy wydaje się najważniejszy. To on tworzy nasze jutro i tylko teraz możemy w określony sposób ukształtować to, co nadejdzie. Nie warto zamartwiać się tym, co jeszcze nie miało miejsca. Lepiej dla nas świadomie tworzyć swoją przyszłość pozytywnymi wyobrażeniami.

Z kolei przeszłości pozornie nie można zmienić. Bywa czasami tak, że zastygamy w minionych wydarzeniach i nie umiemy wybaczyć sobie popełnionych błędów, kręcąc się w kółko w myślach o tym, co można było zrobić inaczej. Poczucie winy lub żal niszczy naszą energetykę i przyciąga rozmaite dolegliwości. Niepotrzebnie. Kiedyś byliśmy inni niż dzisiaj i podjęliśmy decyzję najlepszą na dany moment. Nie można było inaczej, po co więc się martwić i rozpamiętywać? Czasem najłatwiej byłoby zapomnieć. Postawić grubą kreskę, odciąć się od tego, co minęło i powiedzieć: „niech to pozostanie w przeszłości”.

Temat czasu przypłynął do mnie spontanicznie, kiedy na urlopie trafiłam na dziwnych sąsiadów, słuchających w kółko muzycznych kawałków sprzed pięćdziesięciu lat. Okazało się, że stare piosenki otworzyły dawno pozamykane w umyśle zakładki. Takie, których nie spodziewałam się zobaczyć. Harcerska piosenka „Płonie ognisko i szumią knieje” przywołała inną o akacji i przez dobrych parę godzin zapomniane słowa wraz z muzyką kręciły się w kółko po mojej głowie. Gdybym podążyła tym śladem, pewnie wydobyłabym na wierzch także obrazy z młodości i harcerskich zlotów, na których w akompaniamencie gitary śpiewaliśmy w uniesieniu charakterystyczne pieśni.

Nie otworzyłam tej zakładki. Zdecydowałam, że wolę zanurzyć się w dzisiejszym słońcu, zapachu nagrzanej trawy i sosnowych igieł. Nie dlatego, że te wspomnienia nie są dobre. Są. Ale dlatego, że jestem świadoma wagi różnorodnych doświadczeń. Warto sięgać ciągle po nowe i wzbogacać siebie samego chwilą obecną. Nawet najpiękniejsze wspomnienia nie zastąpią tego, co może się wydarzyć. Ale, aby tego doświadczyć, trzeba z pełną otwartością przyjąć dzisiejszy dzień. Gdybym ciągle tkwiła w zachwycie nad moją pierwszą miłością, odebrałabym sobie samej szczęście kochania kolejnego chłopaka. Nie mogłabym też w pełni cieszyć się miłością mojego męża, która dzisiaj jest dla mnie największa i najlepsza.

Przeszłość żyje w nas, w tych wszystkich zakładkach i w każdej chwili możemy doń zajrzeć, uśmiechnąć się z rozrzewnieniem i westchnąć, że to był dobry czas. Jest jak książka, w której trzymamy zasuszone kwiaty, by raz na jakiś czas ująć je w dłoń, powąchać i na ułamek sekundy przywołać minione chwile. Potem jednak wracamy do tu i teraz, aby tworzyć nowe wspomnienia i zbierać kolejne kwiaty.

Dla mnie każda chwila jest bezcenna, bo każda mnie wzbogaca przynosząc to, co w tym momencie jest mi najbardziej potrzebne. Zdarzenia i uczucia, które miały miejsce dwadzieścia lat temu, wtedy były ważne. Bo wtedy było tamto „dzisiaj”. Obecnie mogą być nieaktualne, właśnie dlatego można z je z uśmiechem wspominać, ale nie warto zawieszać się energetycznie w przeszłości. Wystarczy zauważyć, że pewne sprawy dzisiaj postrzegamy inaczej niż kiedyś i inaczej reagujemy. To najczęściej efekt odrobionej lekcji. Wiem, że wszystko przychodzi w odpowiednim czasie.

Nic się nigdy nie powtarza, jak pisała nasza noblistka. Wydarzenia pozornie takie same różnią się, jak dwa spojrzenia, dwa pocałunki, dwa uderzenia w tą samą piłkę. Wspominając miło spędzony wieczór ze znajomymi, możemy umówić się w tym samym miejscu i w tym samym gronie, ale to będzie nowe doświadczenie. Będzie lepsze lub gorsze, ale przede wszystkim będzie inne. Rozumieją to sympatycy sportu, obserwując zmagania swoich ulubieńców. Mecz tej samej drużyny siatkówki z tym samym przeciwnikiem za każdym razem przebiega inaczej, bo … nic dwa razy się nie zdarza.

Niezmiennie fascynuje mnie fakt, że jakaś cząstka w nas doskonale wie, co wydarzy się kiedyś. Oto historia z życia. Ania, będąc nastolatką, często słuchała muzyki. Kiedyś zmęczona zaczęła na siedząco drzemać i przyśniło się jej, że wpada w jakieś błoto. Zaczęła wołać: Red, Red, pomóż. I chociaż po chwili się obudziła, wiedziała, że ów Red ją uratował. Nikogo takiego nie znała. Po kilku latach wyszła za mąż. Trafiła na pijaka, który bił ją przy każdej okazji. Któregoś dnia, kiedy rzucił się na nią z nożem, zasłonił ją kolega. Obezwładnił pięścią damskiego boksera i zabrał Anię do swoich rodziców. Ania nigdy więcej  nie wróciła do męża, szybko wystąpiła o rozwód. Dzielny obrońca miał na imię Radek. Znajomi wołali na niego Red, ponieważ był rudy.

Wszyscy znamy podobne historie, których nie można wytłumaczyć świadomym programowaniem umysłu. Myślę też, że każdy sam na sobie doświadczył, że czasem spontanicznie potrafi zobaczyć, co się wydarzy. Chociażby we śnie. Potwierdza to, że czas wcale nie jest liniowy, lecz wszystko dzieje się teraz. W tym momencie. Dlatego umiemy przewidywać przyszłość, bo wcale nie prognozujemy, ale widzimy to, co już jest. Teraz, ale w innym wymiarze. Zaglądamy za zasłonę i tyle. I dlatego tak trudno chwilami uwolnić się od doświadczeń przeszłości, bo wszystko odbywa się w tej jednej magicznej chwili, która właśnie trwa.

Ostatnio czuję się tak, jakby czas znacznie przyspieszył. Zanim dzień zacznie się na dobre, już zapada zmierzch, a nie zrobiłam nawet połowy tego, co zaplanowałam. Złudzenie? Czy zmiana wibracji? Można się zastanawiać, czemu niegdyś czas leciał wolniej, a można też przyjąć to jako charakterystyczną cechę zmian, które zachodzą na Ziemi. W pewien sposób czas się rozpuszcza i znika, jest go więc jakby mniej. Mniej przeszłości z rozmaitymi traumami, bo zaczynamy je zapominać. Mniej przyszłości, a co za tym idzie mniej lęków o jutro. Coraz więcej w nas chwili obecnej, tego magicznego i pełnego mocy „dzisiaj”.

Można też zauważyć względność naszego odczuwania i dostrzec, że szybciej leci na cudownych wczasach pod palmą, a wolniej na dentystycznym fotelu. Przede wszystkim jednak warto wykorzystać moc umysłu i zaprogramować wszystko korzystniej, powtarzając, że mam czas na wszystko, co kocham i co pragnę zrobić. To zawsze działa, bez względu na zmiany zachodzące na Ziemi.

Bogusława M. Andrzejewska

Druga zasada

CHOCIAŻBY DZIŚ NIE ZŁOŚĆ SIĘ

Chociażby dziś dajemy sobie prawo do pogodnego nastroju, wolnego od niepotrzebnych i szkodliwych emocji. A potem powtarzamy to każdego dnia, skupiając się za każdym razem na Tu i Teraz. Bo tylko chwila obecna jest tą chwilą, w której możemy zmienić swoje życie, doświadczenie i świat. To czas największej mocy i możliwości. Właśnie dlatego: „chociażby dziś”.

Te emocje, które określamy jako pozytywne, np.: radość, sympatia, zadowolenie, poczucie wolności i bezpieczeństwa, itp. – są harmonijne przez sam fakt swojego istnienia. Z zasady zbliżają nas do miłości bezwarunkowej, która przecież jest celem naszego życia. Kiedy się pojawiają, podnoszą nam energię. Sprawiają, że czujemy się lepiej. W skrajnych przypadkach dzięki nim “kochamy cały świat”, co z pewnością jest niesłychanie dobrym zjawiskiem.

Te emocje, które nazywamy negatywnymi – np. złość, zazdrość, żal, wstyd, poczucie winy, strach, rozczarowanie itp. – są w gruncie rzeczy przykre i ściągają nam energię. Jednak warto pamiętać, że są bardzo potrzebne. Pojawiają się nieprzypadkowo. Spełniają ważne zadanie. Wszechświat jest pełen harmonii i rozumiejąc rolę tych trudnych emocji, dostrzeżemy w ich istnieniu także pewną harmonię. Pojawiają się jako istotny nauczyciel. Nie poradzilibyśmy sobie bez nich.

Są jak drogowskazy, które podpowiadają nam, z czym w danym momencie powinniśmy pracować. Zjawiska, które wywołują w nas gniew, mają za zadanie skierować nas w stronę rozwoju i odnalezienia prawdziwej przyczyny tego, co się wydarzyło. Nikt nas nie zaczepia i nie obraża bez powodu. Zawsze, ale to zawsze jest to spowodowane koniecznością podniesienia poczucia własnej wartości. Człowiek o wysokiej samoocenie tworzy taką przestrzeń energetyczną, w której nikt go nie zaatakuje. Podobnie dzieje się w przypadku innych denerwujących zdarzeń – każde z nich pokazuje nam lekcję do odrobienia. Uczy nas cierpliwości, asertywności, hojności, tolerancji, łagodności, akceptacji. Tak działa lustro wszechświata.

Czy zatem złość ma w ogóle sens? Tylko wówczas, kiedy rozumiemy, że taka emocja wskazuje nam ułomny wzorzec w nas i umiejętnie go szukamy, by uzdrowić. Natomiast trzymanie się energii gniewu niczemu dobremu nie służy. Jak uczy psychosomatyka: złość odkładana w podświadomości wpływa fatalnie na nasze ciało, powodując rozwijanie się różnych chorób. Bardzo szczegółowo opisuje to w swoich opracowaniach (a także w filmach i prezentacjach) dr Bruce Lipton. Jest to zatem potwierdzone naukowo.

Reiki dąży do uzdrawiania naszego ciała i wprowadzania weń pełnej harmonii. Dlatego też będzie niwelować wszystkie szkodliwe emocje. To wielka zaleta tej pięknej energii, że pomaga nam w wyciszeniu i odzyskaniu spokoju. Wystarczy na moment położyć dłonie na splocie słonecznym i już po chwili odnajdujemy wewnętrzny pokój. W podobny sposób poradzimy sobie z innymi niechcianymi emocjami – Reiki pomoże nam w odzyskaniu równowagi.

Dodam tylko, że odzyskanie spokoju nie zwalnia nas z pracy nad sobą i poszukiwania odpowiedzi na pytanie: co mnie tak rozzłościło i dlaczego? Jaki aspekt domaga się uzdrowienia? Natomiast można wykorzystać drugi stopień Reiki, aby pomóc sobie w pozytywnej zmianie niewłaściwego wzorca na korzystny.

Wielu ludziom jest bardzo trudno zaakceptować gniew. Bo jak można lubić coś tak okropnego! I jaki to wstyd dla osoby, która zajmuje się rozwojem. Tymczasem problemem nie jest wcale emocja, która się pojawia, lecz to, co z nią zrobimy. Bo dopóki chodzimy po Ziemi, będziemy odczuwać różne rzeczy – w większym lub mniejszym natężeniu. Tylko Istoty Oświecone są całkowicie wolne od emocjonalnego zawirowania. Głównie dlatego, że wyszły poza dualizm. Z duchowego punktu widzenia, nic nie jest dobre ani złe, to tylko człowiek próbuje wszystko oceniać i dzielić na czarne i białe. Wszystko ma swój cel i sens. Wszystko jest w harmonii.

Osoby, które systematycznie medytują i pracują z energią Reiki, są bardziej opanowane i rzadziej odczuwają trudne emocje. Wynika to przede wszystkim z systematycznego podnoszenia energetycznego poziomu. Im wyżej jest nasza energia, tym lepszy nastrój, tym większa dystans do problemów, tym więcej w nas bezwarunkowej miłości i akceptacji dla innych. W ślad za tym idzie też wyciszenie, wielkoduszność, spontaniczna tolerancja i bycie ponad problemami. Czasem sięgamy nawet stanu błogości, w której wszystko jest dla nas w całkowitej harmonii i nie ma tam miejsca na negatywne emocje. A przecież to właśnie Reiki jest znakomitym i niezawodnym narzędziem podnoszenia energii.

Na jakimś etapie duchowej praktyki zaczynamy rozumieć, że wszystko jest iluzją, grą i zabawą, a dla naszej prawdziwej esencji nie ma znaczenia, co się dzieje, co kto mówi i jak nas traktuje. Dlatego polecam gorąco Reiki wszystkim, którzy chcieliby odnaleźć w sobie prawdziwy spokój. Nie taki, który jest ucieczką od rzeczywistości, ale który jest totalną akceptacją wszystkiego, co jest. To najlepsze lekarstwo na wszystkie trudne emocje. Jeśli naprawdę wszystko akceptujemy, to nie mamy powodu, by odczuwać gniew czy żal. Te rzeczy przestają dla nas istnieć. Oto prosta recepta na szczęście i wolność od zmartwień.

Bogusława M. Andrzejewska

Pierwsza zasada

CHOCIAŻBY DZIŚ NIE MARTW SIĘ.

W takiej właśnie formie usłyszałam po raz pierwszy jedną z pięciu zasad Reiki od mojego nauczyciela. Zafascynował mnie ten zwrot, ponieważ cudownie oddaje ideę mądrego życia. Życia w miłości bezwarunkowej i pozytywnej energii. Co prawda współcześni badacze historii twierdzą, że zasady Reiki podane przez Mikao Usui są w istocie regułami wymyślonymi przez jednego z japońskich cesarzy, ale nie ma to żadnego znaczenia. Rzecz bowiem nie w autorstwie, a w treści.

Chociażby dziś… Ta forma pozwala nam zatrzymać się w chwili obecnej. To najważniejszy moment, o największej mocy. Tu i Teraz. Tylko w tej chwili jesteśmy władni zarządzać swoim życiem i świadomie je kształtować. W teraźniejszości kryje się potencjał, który nakreśli nasze jutro. Jeśli umiemy mądrze przeżyć dany nam obecny czas, stworzymy świadomie szczęśliwe życie, pełne najpiękniejszych możliwości. Wielu z nas martwi się przyszłością, oszczędzając i zabezpieczając dzień jutrzejszy na tysiąc sposobów. O wiele łatwiej skupić się na tym, czego doświadczamy właśnie dziś, wierząc tym samym, że pozytywne zdarzenia wyrastają z naszego optymistycznego podejścia.

Chociażby dziś… Możemy to powtarzać każdego dnia. W ten sposób afirmujemy codziennie spełnione życie. Jeśli powiem, że dzisiaj jestem szczęśliwa, to powtarzając to jutro i pojutrze, uczynię te dni równie pogodne i pomyślne. Bo każdy dzień staje się dzisiaj. To określenie ma o wiele większą moc niż „zawsze”. Nie w nim presji, jest natomiast przyzwolenie, by tylko dzisiaj…

Chociażby dziś… To symbol medytacji uważności, skupienia na tym, co właśnie robię. To jedna z najbardziej popularnych buddyjskich praktyk. Buddyści za podstawę rozwoju mocy umysłu uważają bycie w chwili, która właśnie się dzieje. I w tym, co robimy. Jeśli zmywamy naczynia – zmywajmy, bądźmy strumieniem wody, która opłukuje talerz i gąbką, która pociera sztućce. Nie rozmyślajmy o tym, co mamy jeszcze do zrobienia ani o tym, co powiedziała koleżanka. Jeśli grabimy liście – bądźmy w tej czynności, w szmerze liści, w trawie pochylającej się pod naszymi stopami, w regularnym ruchu ramion. Nie planujmy kolejnego projektu. Nie wspominajmy plotek. Umiejętność uważnego bycia w Tu i Teraz otwiera nas na światło Wyższej Jaźni. W ten sposób docieramy do prawdziwego źródła naszej mocy.

Większość z nas żyje przeszłością, wspominając i przeżywając na nowo minione chwile. Jeśli były dobre, mogą dać nam siłę i nadzieję. Jeśli natomiast wiążą się z cierpieniem, zabierają nam energię. Nie warto jej tracić na to, co bezpowrotnie minęło. Nie możemy zmienić tego, co już się wydarzyło, bo żadne myśli nie odwrócą biegu czasu. Nie ma na to skutecznej metody. Możemy natomiast zaakceptować przeszłość i wybaczyć sobie, a także innym, każde trudne doświadczenie. Tylko w tym celu można odwracać się za siebie – by odpuścić i zamknąć drzwi. Liczy się dzisiaj. Wyciąganie wniosków z minionego czasu ma służyć chwili obecnej, a nie ponownemu przeżywaniu tego, co było kiedyś.

Samo martwienie się jest już dzisiaj czymś niemodnym i niepraktycznym. Każdy, kto przeczytał Sekret i wie o Prawie Przyciągania, rozumie doskonale, że smutki i troski przyciągają negatywne wydarzenia. To na czym skupiamy myśli, kreujemy w swojej rzeczywistości. Martwienie się jakąś trudną sprawą czy brakiem wzmacnia problem lub deficyt. W teorii jest to zrozumiałe dla każdego. W praktyce bywa nieco trudniej, bo nawykowo rozmyślamy o wszystkim, co jest dla nas wyzwaniem. I nawykowo uruchamiamy wyobraźnię, by zobaczyć wszystkie niekorzystne opcje. A potem obawiamy się, czy uda się ominąć różne życiowe pułapki, czyli zamartwiamy się.

Reiki uzdrawia nasze ciało, myśli i emocje. Pod warunkiem jednak, że pozwolimy tej pięknej energii działać w naszym polu energetycznym. Nic nie zrobimy tu na siłę, ponieważ Reiki szanuje wolną wolę człowieka. Jeśli ktoś ustawicznie się zamartwia, utrudnia komórkom swojego ciała zdrowienie, a w życiu wzmacnia problemy i braki. Reiki pomoże, ale wymaga, by otworzyć jej drzwi. Takim otwarciem jest właśnie pozytywne myślenie, radość i optymizm. To jakości harmonijne z tą piękną energią. Im więcej w nas dobrych, pogodnych myśli, tym silniej i skuteczniej działa Reiki.

Buddyści powiadają, że jeśli można coś zmienić na lepsze, to należy to zmienić. A jeśli nie można, to należy to zaakceptować, a w żadnym przypadku nie warto się martwić, bo to nic nie pomoże. To tylko niepotrzebna strata energii. Akceptacja jest natomiast wejściem w harmonię wszechświata. A zatem chociażby dziś nie martwmy się niczym.

Bogusława M. Andrzejewska

Piękno

Każdy człowiek potrafi zdefiniować bogactwo, jako odpowiednią ilość pieniędzy czy dóbr materialnych. Czasem dodajemy do tego także ogólne  wyobrażenie obfitości przeróżnych jakości. Dla mnie największym bogactwem jest piękno, którego możemy doświadczać, ponieważ to właśnie ono sprawia nam najwięcej radości.

Bez wątpienia najważniejszą jakością w naszym rozwoju jest i będzie miłość bezwarunkowa. Stale powtarzam, że to właśnie miłość uzdrawia nasze ciała i dusze. Jednak piękno jest splecione z miłością nierozerwalnie i w każdym aspekcie. I chociaż kiedy wypowiemy te dwa różne przecież słowa, to każdy pomyśli o dwóch różnych zjawiskach, jednak w rzeczywistości my tylko nie zauważamy niezwykłej spójności piękna, dobra i miłości.

Uważam, że każda miłość jest piękna. Na tym ona polega, by wznosić naszą wibrację najwyżej jak to możliwe. Wliczam w to także miłość romantyczną, która przecież nas uwzniośla, inspiruje do artystycznej twórczości i po prostu uszczęśliwia. Każde takie uczucie pozwala nam doświadczyć pełni i dotknąć najlepszych dla nas wibracji. Być może właśnie po to istnieje na Ziemi kochanie, aby pokazać człowiekowi jego prawdziwą boską naturę. I dodam tylko, że nie jest dla mnie miłością zaborcza chęć pożądania kogoś na własność, zaobrączkowania się i zabezpieczenia ekonomicznego swojego przychówku. Miłość to miłość, nie ma w niej zakulisowych interesów i potrzeb. I tylko o tym tutaj mówimy.

To, co kocham, jest dla mnie zawsze piękne. Czasem patrzę po prostu przez różowe okulary, ponieważ uczucia mogą zmienić optykę. Nie dostrzegam tego, co widzi ktoś inny – widzę tylko cudowne strony swojego ukochanego medalu. Dostrzegam w tym harmonię, ład, atrakcyjność, ciepło… i wszystko to, co dla mnie szczególnie bliskie i ważne. I chociaż mogłabym różnie definiować kolejne jakości, w gruncie rzeczy zawsze sprowadzam to do jednego: „podoba mi się, jest piękne”. Tak działa miłość. A celowo piszę o przedmiotach czy miejscach, ponieważ możemy kochać również rzeczy i zjawiska, a nie tylko ludzi. To ważne. Kiedy uświadomimy sobie moc naszego serca, wówczas nie musimy szukać kogoś do kochania – możemy obdarzać tą mocą Wszystko Co Jest.

Piękno znajduje swoje miejsce tuż obok miłości, ponieważ z pomocą zachwytu potrafi błyskawicznie podnieść naszą duchową częstotliwość na wyżyny. Wiele razy mówiłam w uniesieniu, że kocham ten widok, to miejsce czy ten przedmiot. Stale powtarzam, że kocham pisanie albo pływanie. Od zachwytu i błogości płynnie przechodzę do odczuwania miłości, wiedząc, że kiedy nazywam swoje uczucia, wzmacniam je i utrwalam. Wszystko, na czym skupiamy swoje myśli i emocje – zasilamy i urzeczywistniamy. Dlatego z taką łatwością zamieniamy lubienie na kochanie, a jeśli coś nam się podoba równie prosto udaje nam się ogarnąć to miłością. To dobrze. Ponieważ – jak pisałam wielokrotnie – miłość uzdrawia.

Czasem może to się wydać egzaltacją, kiedy na proste rzeczy i zjawiska reagujemy okrzykiem zachwytu i wyznaniem uczuć. Oczywiście i tak bywa, że spotykamy się z przesadą. Jednak łatwo rozpoznać różnice. Nadmierna i nieprawdziwa ekspresja gaśnie równie szybko jak się pojawiła. Widok nadal ten sam, okoliczności podobne, a osoba już znudzona i zniechęcona, bo w gruncie rzeczy przejawiała tylko swoje pobudzone emocje. Miłość jest czymś innym. Czymś stałym i wzmacniającym. Jeśli kocham morze i nadmorskie widoki, to zawsze, wszędzie i nieustająco. Czasem mogę być zmęczona i nie mieć sił na spacer brzegiem oceanu, ale nadal jest to dla mnie coś cudownego, na co będę reagować westchnieniem zachwytu. I za każdym razem, kiedy będzie mi dane tego doświadczyć, będę reagować tak samo.

Ta cecha piękna wydaje mi się najważniejsza – stałość i wzmocnienie energetyczne. Piękny widok, na który reagujemy świadomie i mocno, powoduje znaczny wzrost energii. Podobnie jak odczuwanie miłości. Dlatego, pomimo zupełnie różnych definicji, dla mnie to splecione ze sobą jakości. Wzrost energii jest wskaźnikiem takiej cechy, która prowadzi nas do wewnętrznego rozwoju, ale przede wszystkim zbliża nas do naszej prawdziwej istoty. Zapewne nie wszystko, co sprawia nam przyjemność, musi być dla nas korzystne, bo przecież czasem czerpiemy rozkosz z tego, co szkodzi naszej duszy lub ciału – to jasne. Jednak wszystko, co podnosi nam energię jest dla nas dobre i pokazuje właściwy wybór. W tym miejscu powtórzę, że to, co jest piękne, dobre i pełne miłości – jest zawsze dla nas korzystne. I chyba to dla każdego oczywiste.

Umiejętność dostrzegania piękna i intensywnego reagowania zależy od indywidualnej wrażliwości. Z doświadczenia wiem, że ludzie rozmaicie reagują. Bywa, że tylko pokiwają z uznaniem głową nad ładnym widokiem, który u mnie wyciska łzy zachwytu i wzruszenia. Jesteśmy różni, stąd i reakcje nie są identyczne. Myślę też, że wrażliwym osobom łatwiej rozwijać w sobie miłość poprzez piękno. I to właśnie ci najbardziej wrażliwi posiadają artystyczne zdolności, dzięki którym tworzą niepowtarzalne dzieła sztuki, dzieląc się z innymi wewnętrznym bogactwem. Cena za to też bywa wysoka, bo osoby wrażliwe na piękno, silniej przeżywają wszystko, czego doświadczają. Mogą być mniej odporne na stres, podatne na załamanie, delikatne. Łatwo je zranić, ponieważ takie osoby chodzą z sercem otwartym na oścież. Tym sercem chłoną piękno i dzięki pięknu wzrastają. Jeśli trafią w miejsce,  w którym piękna jest mniej niż trudności, wówczas zostaje w nich zachwiana harmonia i życie bywa szczególnym wyzwaniem.

Jest na to metoda. Po to między innymi istnieje pozytywne myślenie, aby nauczyć się dostrzegać piękno niemal wszędzie, a tym samym dawać sobie więcej wzmacniającej energii. Prosperita to sposób na przechylenie tej wagi w stronę dobra i radości. To zaspokojenie potrzeby serca, nasycenie wrażliwości z jednoczesnym budowaniem dystansu do tego, co zasad harmonii nie spełnia. Ścieżka Serca bywa wymagająca, ale równocześnie jest niesamowicie piękna i daje nam mnóstwo szczęścia. Wystarczy zadbać o tę równowagę i nie pozwalać, by ludzie i zdarzenia rozbieżne z oczekiwaniami nas raniły. Najprościej nie oczekiwać. Jeszcze prościej akceptować Wszystko Co Jest. Wówczas możemy pełnymi garściami chłonąć piękno i odczuwać przede wszystkim błogość i spełnienie.

Bogusława M. Andrzejewska