Harmonia rozwoju

Każdy terapeuta i trener ma swoje własne metody pracy. Być może najczęściej jakimś standardem jest wynajdywanie u człowieka trudności i obracanie ich na wszystkie strony. Ludzie przychodzą z problemem, a terapeuta, który go wzmacnia i niemal stawia na ołtarzu zaskarbia sobie pochwały, że nie lekceważy tego, co boli klienta. Ma to sens. A dodatkowo pomaga terapeucie kręcić się w tym, co jest bliskie jemu i jego świadomości ubóstwa. Tak, tylko świadomość ubóstwa ogniskuje uwagę na brakach i problemach, ale o tym wiemy – to oczywiste.

Ja pracuję inaczej. Od zawsze. Ponieważ od ponad dwudziestu lat uczę pozytywnego myślenia, na pozytywach się skupiam. Zgodnie z Prawem Przyciągania zasilam dobre słowa, dobre myśli, dobre aspekty, a nie to, co trudne. Zasilam rozwiązanie, przeciwwagę problemu i tam szukam uzdrowienia. To nie oznacza pomijania sedna, a wręcz przeciwnie. Pracuję w ten sposób, ponieważ ta forma niezmiennie przynosi efekty. A skuteczność jest dla mnie najważniejsza.

Mówiąc najprościej – Światłem rozpraszam ciemność. Bo jeśli wchodzisz do ciemnego pomieszczenia, a chcesz mieć w nim jasność, to czy stając w progu zachwalasz ciemność, mówisz o niej, analizujesz skąd się wzięła? A może klepiesz ją po pleckach powtarzając, że wszyscy nurzamy się w ciemności, więc i ja się ponurzam….? A może gloryfikujesz ciemność, powtarzając, że to ludzkie, prawdziwe, normalne, niech więc będzie, nic się nie stanie? A może po prostu przekręcasz kontakt i zapalasz Światło? Ja właśnie zapalam Światło. Taka jestem – to moja harmonia. Zawsze chcę być jak najbliżej Światła.

A teraz konkretne przykłady. Przychodzi do mnie ktoś, kto uskarża się na niepunktualność. Nie rozwijam tematu problemu, nie szukam przyczyn, ale zadaję ćwiczenia, które odwracają energię takiej osoby w stronę punktualności. Rozwijamy punktualność. Nie poświęcam uwagi cieniowi, lecz zapalam Światło. Proste, prawda?

Kiedy przychodzi ktoś owładnięty lękami, umie je nazwać, a często zna przyczynę – rozpuszczamy w Świetle tę przyczynę, a następnie rozwijamy odwagę. To też działa. I nie ma najmniejszej potrzeby sięgać do przeszłości, wywoływać traumatycznych wspomnień, które leżą u podłoża. Energia jest jedna. I chociaż proces uzdrawiania trwa o wiele dłużej, niż sam opis tutaj, to bez wątpienia nie wymaga on babrania się w przeszłości dłużej niż w jednym informacyjnym zdaniu.

Z wysokiego poziomu energetycznego świat wygląda lepiej, umysł pracuje klarowniej, a sposoby uzdrowienia pojawiają się w sposób oczywisty. Gdybyśmy zaczęli skupiać się na trudnościach, analizując je szczegół po szczególe, energia automatycznie zjedzie w dół i niewiele można będzie zrobić. To także oczywiste. Właśnie dlatego nauczyciele Prosperity pilnują, by być cały czas w tak zwanym przepływie, w wysokiej energii, która poprowadzi do najlepszych rozwiązań. Jest nawet takie powiedzenie, że problemów nie możemy rozwiązywać z tego poziomu, w którym powstały. To oznacza właśnie dokładnie to, co próbuję przekazać – aby znaleźć uzdrowienie, musimy wyjść poza tematykę problemu, poza ciemność i zapalić Światło. Światło dobrych myśli, dobrych słów i dobrego planu na przyszłość.

To nie oznacza wypierania problemu, czy zaprzeczania mu. To oznacza szukanie przeciwwagi, by w miejsce dysharmonii wprowadzić harmonię. W miejsce lęku – odwagę. W miejsce oporu – otwartość. W miejsce kompleksów – wiarę w siebie. W miejsce bierności – aktywność. W miejsce poddania – asertywność… Powołanie nowej jakości jest uzdrowieniem, ponieważ nowa energia mówiąc obrazowo „wypchnie” starą. To oznacza, że obudzenie w sobie odwagi, zastępuje lęk. Nie muszę więc nic robić z samym lękiem.

Można to wyjaśnić jeszcze inaczej. Wyobraźmy sobie skalę – jedną linię, gdzie po jednej stronie jest np. lęk, bieda, niska samoocena, a po drugiej odwaga, bogactwo, wysokie poczucie wartości. Harmonijny rozwój osobisty to przesuwanie suwaka na tej skali. Akcentując odwagę, bogactwo, wysoka samoocenę sprawiam, że energetyczny suwak wewnątrz mnie zmienia swoje położenie. Myśl kreuje rzeczywistość i prowadzi do tego, czego oczekuję. Jeśli zacznę analizować lęk, to siłą umysłu kieruję suwak w stronę lęku. Jaki to ma sens? Chwalenie się trudnościami jest jak gadanie do ciemnego pokoju, że ciemność jest fajna, zamiast przekręcić kontakt i zapalić Światło.

Nie do każdego przemawia to, co skuteczne. Ludzie czasem szukają kogoś lub czegoś, co wyolbrzymi ich cierpienie, wówczas czują się dowartościowani przez ogrom swojego bólu. Wydaje się absurdalne? Ale nie jest. Żyjemy w kraju, w którym martyrologia równała się zawsze sławie i chwale. Jeśli nie można walczyć na wojnie, można chociaż być wielkim cierpiętnikiem, który jest dumny ze swojego cierpienia. Zgodnie z harmonią przyciąga się wówczas terapeutę (przyjaciela, nauczyciela, słuchacza), który będzie dumny z tego obnoszenia się z trudnościami i cierpieniami. I będzie to w nas zasilał, zamiast uzdrawiać. Ale nam będzie z tym dobrze, bo rezonuje to z naszą wewnętrzną prawdą. A to, że nie ma nic wspólnego z prawdziwą harmonią – to bez znaczenia. Gdzie jest napisane, że każdy dąży do harmonii z Wszechświatem? Nigdzie. Dla niektórych szczęściem jest bycie cierpiętnikiem i nurzanie się w bólu.

Każdemu według potrzeb. Wszechświat obdarza nas tym, czego pragniemy. Jeśli chcemy być dumni z cierpienia – jesteśmy. Jeśli chcemy być naprawdę szczęśliwi – jesteśmy. Harmonia wewnętrzna polega na tym, że nasza matryca przyciąga do nas to czym promieniujemy. Cierpiętnik będzie przyciągał trudności, a świadomość prosperująca radosne i pomyślne wydarzenia. Wszystko będzie spójne, ale ten pierwszy utknie w energetycznym błocie, a ta druga będzie w harmonii z wszechświatem i Najwyższym Źródłem. Pierwsza postawa nie ma nic wspólnego z rozwojem. Druga prowadzi po prawdziwego pokonywania trudności i wzrastania.

Prędzej czy później nawet cierpiętnik straci cierpliwość i zada sobie pytanie, dlaczego tkwię w miejscu? Dlaczego nic się nie zmienia? Ale zmiana wymaga zgody na odejście od iluzji, w których trudność, ból, problematyczne emocje i paskudne wspomnienia są czymś OK. Nie są. Rozwijamy się po to, by odejść od tego, co nam nie służy. Akceptacja negatywnych emocji nie jest tym samym, co zgoda na to, by nami władały bez końca. Akceptacja jest rozumieniem, że pojawiły się jako istotne drogowskazy do zmiany i odejścia od cierpienia w stronę radości i zadowolenia.

Rozwój z definicji to pozytywna zmiana. Nie można więc nazwać rozwojem stanu, w którym zgadzamy się na trudności i cierpienia. Nie należy też z nimi walczyć, ponieważ to, z czym walczymy – zasilamy. Logicznie rzecz biorąc jest tylko jedna właściwa droga – zapalenie Światła. To czuję od zawsze i to u mnie działa bez pudła. Aczkolwiek z ogromną wdzięcznością pochylam się tutaj przed moimi nauczycielami, którzy mi to pokazali. Dziękuję im z serca, bo to dzięki nim jestem na takiej pięknej ścieżce. Gdybym mogła cofnąć czas, poszłabym tą samą drogą, by być tutaj gdzie jestem. Oto moja harmonia.

Prawdziwa dojrzałość szanuje autorytety, ponieważ to one są źródłem najbardziej harmonijnej Prawdy. Tej, która prowadzi do harmonii z Wszechświatem. Zatem choć samostanowienie uczy nas samodzielności, to ścieżki i przekonania należy kreować w szacunku dla tych, którzy idąc przed nami odsuwali nam spod nóg przeszkody. I czasem czuję się w tym jak Jednorożec, jak dziwoląg, kiedy inni obok mnie chwalą się cierpieniem lub chwalą trudności, kiedy  zasilają to, czego w gruncie rzeczy wcale nie chcą. Dostrzegam jednak i czuję całą sobą piękną harmonię z wszechświatem właśnie wtedy, kiedy uparcie trzymam się tego, czego mnie nauczono.

Skąd ten artykuł? Jako podziękowanie za cudowny przekaz od Mistrzów i Nauczycieli z Kronik Akaszy, którzy słowami pewnej miłej pani powiedzieli dokładnie to samo, co jedna z moich duchowych nauczycielek dwadzieścia lat temu: „Pracuj nad dobrymi cechami, a te „złe” same od Ciebie odejdą”. Tego się trzymam od lat, niezmiennie czując, że to jest właśnie prawdziwy rozwój i prawdziwe Dobro. Dziękuję za potwierdzenie z Najwyższego Źródła. Dziękuję za każde piękne doświadczenie, które zachęca mnie do tego, by nadal zapalać Światło, zamiast szarpać się z ciemnością.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Harmonia dobra

Dobro samo w sobie jest harmonijne, nie wymaga więc żadnego komentarza ani opisu, jednak nie każdy wie, czym jest dobro, a często nawet tworzy dla niego własne definicje. Tymczasem ta piękna jakość cudownie trzyma się złotego środka i jest dla mnie tak jednoznaczna, że wszelkie dyskusje wydaja mi się czasem zupełnie niepotrzebne. Jednak okazuje się, że to co dla mnie oczywiste, dla innych niekoniecznie. Dlatego piszę parę słów, aby każdy mógł popatrzeć na to swoimi oczami i ustalić, jak sam to widzi.

Złoty środek naszej życzliwości i troski o innych, to umiejętność okazania serca i pochylenia się nad drugim człowiekiem. To codzienne wsparcie, ale też spontanicznie rzucone dobre słowo, komplement, pochwała. Dobroć to dla mnie uśmiech, który poprawia komuś dzień i przytulenie, które podnosi energię.  Ale to także umiejętność akceptowania odmienności i pozwalanie innym, by byli szczęśliwi na swój sposób. Myślę zatem, że bycie dobrym to najczęściej powstrzymywanie się od złych słów, gestów, od krytyki i niemiłego zachowania, kiedy ktoś inny jest po prostu sobą.

Dobroć nie powinna być jednak poza asertywnością, nie jest więc poświęcaniem siebie, nadstawianiem policzka i podkładaniem się do bicia. Nie jest też dobroć ustawicznym zamartwianiem się i użalaniem nad inną osobą. Prawdziwie mądry człowiek wzmacnia innych, podaje rękę, ale nie niesie na swoich plecach. To dla mnie oczywiste.  Moi uczniowie wiedzą, że chwalę, wspieram, podpowiadam, ale nie pozwalam, by się ode mnie uzależnili w jakikolwiek sposób. Czasem nawet niektórzy są nieco rozczarowani, kiedy nie podejmuję za nich decyzji, lecz zachęcam do samodzielności. Jednak to jest właśnie złoty środek – być obok i dawać poczucie bezpieczeństwa, ale nie wyręczać nikogo.

Moja Babcia mówiła: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Ta wskazówka ładnie wpisuje się w złoty środek i pokazuje, czym jest dobroć. Nikt nie płacze, kiedy asertywnie nie poddajemy się manipulacji, ale cierpi, kiedy go najzwyczajniej w świecie skrzywdzimy. Kiedy poniżamy, ośmieszamy, dewaluujemy, aby dowartościować samych siebie. Nikt z nas nie jest w stanie zaspokoić oczekiwań wszystkich znajomych i nie po to żyjemy na świecie, by spełniać cudze zachcianki. Dobroć zatem to nie ten, który własnym kosztem zaspokaja kaprysy drugiej osoby. Dobroć to ten, który umie ugryźć się w język, jeśli wie, że jego zdanie sprawiłoby komuś przykrość. Nie ma nic gorszego niż nadmuchana prawda wygłoszona z patosem. To bardzo często okrucieństwo schowane pod korcem. Potwornie fałszywe, ponieważ usprawiedliwiane bezwzględnym: „przecież ja tylko mówię prawdę”.

Dobry człowiek nie mówi tego, co myśli, jeśli to komuś zaniży energię, ponieważ jego priorytetem jest szczęście innej osoby. Jeśli owa prawda nie jest niezbędna do wyjaśnienia ważnych okoliczności, nie powinna zostać wyartykułowana. Znam jednak ludzi, którzy wygłaszają swoje prawdy z ogromna satysfakcją, ciesząc się z tego, że komuś płyną łzy. „I cóż, niech sobie popłacze, życie to nie jest bajka” mówią, czerpiąc radość z cudzego nieszczęścia. Jest w tym też element zemsty za to, że ich życie było ciężkie. Cierpienie drugiej osoby jest dla nich wyrazem sprawiedliwości świata. Tacy ludzie nie są dobrzy i nie mają pojęcia, co to jest Dobro, nawet jeśli na co dzień odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki. To zwolennicy wyrównywania rachunków i biczowania innych. Z dumą powtarzają: „mam prawo mieć swoje zdanie i je wypowiadać”. Oczywiście. Mają prawo. Pytanie powstaje: jakim kosztem?

Po tym właśnie odróżniamy prawdziwe Dobro od tego, co zakompleksione, niskie i egocentryczne. To pierwsze zadaje sobie pytanie: czy moja racja jest tutaj ważna? Czy powinna zostać wygłoszona? Czy to co powiem przyniesie komuś coś dobrego? To pierwsze jest zazwyczaj ciche i łagodne, pełne akceptacji i pozytywnej troski. To drugie ma ludzkie uczucia tam, gdzie światło nie dochodzi i kieruje się wyłącznie potrzebą zwrócenia na siebie uwagi. To drugie jest pełne lęku przed odrzuceniem i rozpaczliwie potrzebuje aprobaty, więc wykrzykuje swoje poglądy, by chociaż na chwilę zyskać dla siebie trochę uwagi. Nikt naprawdę wrażliwy nie zachwyci się tym drugim, ale to już osobna historia.

Tym bardziej zachęcam do pracy z prosperitą i pozytywnym myśleniem, ponieważ człowiek szczęśliwy nigdy nikogo nie krzywdzi i na nikim nie bierze podświadomego odwetu za swoją trudną przeszłość. Umie tę przeszłość zapomnieć. Świadomość prosperująca szuka Światła wszędzie i sama je tworzy. Wspiera, podnosi i ociera łzy. Nie ma dla niej jakości ważniejszej od Dobra i bezwarunkowej miłości i nie kłapie buzią bez zastanowienia. Przede wszystkim jednak Świadomość Prosperująca to człowiek o wysokiej samoocenie, która pozwala schować swoje racje głęboko w sobie, jeśli ich wygłaszanie miałoby komuś zadać ból.

Wysokie poczucie wartości to ogromnie istotna jakość. Zwróćcie proszę uwagę na takie sytuacje, kiedy ktoś bezmyślnie i bezzasadnie rani drugą osobę, tylko po to, by pokazać, że sam jest lepszy, mądrzejszy, ważniejszy. Po co to robić? Jaki to ma sens? Koń jaki jest, każdy widzi, a ból zadany drugiemu człowiekowi wróci do nas zwielokrotniony, po co więc krzywdzić? Jest tylko jedna siła, która zaślepia i tworzy z normalnego człowieka kata: poczucie bycia gorszym, które tak boli, że chcemy ten ból uśmierzyć idąc po trupach. Niektórzy uważają, że to demony zwodzą ludzi z dobrej drogi, a ja uważam, że największym demonem ludzkości jest niskie poczucie wartości i rozpaczliwa potrzeba udowodnienia światu swojej wielkości i ważności. Stąd biorą się najgorsze zbrodnie. Stąd wyrastają codzienne złośliwości i ataki, którymi depczemy godność drugiej osoby.

Dobroć to pokazywanie drogi w ciemnościach, ale to także szacunek dla odmiennych poglądów i akceptacja innego zdania. Czasem to ogromnie trudna lekcja, kiedy np. nasz przyjaciel ma diametralnie odmienne poglądy polityczne. Jednak z własnego doświadczenia mogę powiedzieć – da się z tym żyć. Da się z tym pielęgnować przyjaźń, kiedy skupiamy się na tym wszystkim, za co kochamy przyjaciela, a nie na tym, co nas różni. Mam taką przyjaciółkę, która od zawsze ujmuje mnie swoją dobrocią i prowadzę z nią długie fascynujące rozmowy, w których omijamy po prostu to, co nas dzieli. Obie znamy swoje zdanie i wiemy, czego nie dotykać. Nie ma  w nas złośliwości i potrzeby udowadniania jedna drugiej, że nie ma racji. Trudne, ale możliwe. Myślę więc, że dobroć jest wtedy, kiedy ciepłe uczucia dla drugiej osoby są dla nas ważniejsze niż to, że ma „swoje dziwne” poglądy. Niech sobie ma, jeśli jest z tym szczęśliwa.

Dobroć nie wywiera nacisku i nie mówi: „kłamiesz”, jeśli to, co mówimy brzmi inaczej niż oczekujemy. Bywa tak, że chcielibyśmy, aby ktoś przyznał się do czegoś, co wyraźnie u niego widzimy. Ale on absolutnie tego nie potwierdza. Warto pamiętać, że człowiek wie o sobie najmniej. Emocje potrafią stworzyć skuteczny nieprzenikniony mur, spoza którego wielu nawet całkiem dużych jakości dostrzec nie sposób. Pewne rzeczy wypieramy. Innych po prostu nie chcemy widzieć, bo nie jesteśmy gotowi zmierzyć się ze swoim cieniem. Każdy ma do tego prawo. A mądry nauczyciel (przyjaciel, terapeuta) umie to zaakceptować i nie krytykuje takiej osoby. Dobro pozwala znaleźć wytłumaczenie, zamiast osądzania.

Dobroć to także ogromna cierpliwość i świadomość, że każdy ma swój czas i jest w najlepszym dla niego punkcie rozwoju. Zdarza się, że mój uczeń w kółko kręci się w swoim wzorcu i nie pomagają żadne tłumaczenia i zmiana metod pracy. Chociaż widzę przysłowiowe „rzucanie grochem o ścianę” – pozwalam. To jego życie. Nie ośmieliłabym się go wyśmiać, poniżyć czy skrytykować. Jest we właściwym miejscu i czasie. Jak każdy. Aby dostrzegać harmonię, trzeba samemu być harmonijnym. Czasem o tym zapominamy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Wybór

Podstawową zasadą naszego rozwoju tu na Ziemi jest samostanowienie. Gdyby istniało jakieś przeznaczenie, jakiś przymus  to nie byłoby w ogóle mowy o rozwoju. Bo jakież to wzrastanie, kiedy robimy to, co musimy? Tylko nasze własne decyzje, które podejmujemy kilkanaście i kilkadziesiąt razy razy w ciągu dnia stanowią o tym, co rozumiemy, co czujemy, Kim W Istocie Jesteśmy. I to jest najwyższa szkoła życia dokonywanie właściwych wyborów.

Z jednej strony  nie ma złych decyzji, więc każdy wybór jest właściwy. Ale z drugiej są takie, które prowadza nas do szczęścia, wzrastania, błogości i takie, które pokazują, jak wiele jeszcze przed nami do nauki. Czasem te rozróżnienia są niejasne, trudne do uchwycenia, bo nie każda decyzja wydaje się być brzemienna w jakieś skutki. Niektóre tematy wydają się być błahe, tymczasem dla energii nie ma tematów ważnych i mniej ważnych. Każda decyzja jest ruchem energetycznym. Nawet taka, jakie buty założyć do sukienki albo czy obejrzeć film. I chyba na tych prostych decyzjach najczęściej się potykamy, bo nie wydają nam się ważne. A są.

Do codziennych drobnych pozornie decyzji należą takie na przykład, jak to, czy posprzątam i nastawię pranie, czy też pooglądam wysokowibracyjne Karty Aniołów i zadam im jakieś pytanie. Nie mówię tu o sytuacji skrajnej, kiedy przewracam się o rozsypane wszędzie śmieci. W przeciętnym domu odłożenie sprzątania o kilka godzin czy jeden dzień jest niewidoczne. To szczypta kurzu więcej. Ale jak zwykle zachęcam do znalezienia złotego środka, bo moje doświadczenie pokazuje, że można nastawić pranie, ogarnąć dom i znaleźć czas namedytację czy duchową praktykę. Setki ludzi tak właśnie układa swój dzień.

Poruszam ten temat, ponieważ zadziwia mnie, kiedy zachęcam klientkę do poświęcenia 20-30 minut na coś pozytywnego, co podniesie wibracje, a ta osoba mówi mi, że nie ma czasu, bo musi zrobić zakupy, ogarnąć dom, poprasować… i takie tam codzienne czynności, które wykonuje każdy z nas. Mogę to zrozumieć w przypadku matki małych dzieci, która nie ma czasu, by spokojnie wypić herbatę. Albo w sytuacji permanentnej opieki nad obłożnie chorą osobą. To skrajne sytuacje. Ale inaczej  odrzucanie czegoś, co podnosi energię na rzecz sprzątania czy prasowania jest błędem. To właśnie wybór, który prowadzi w niewłaściwą stronę.

Jeśli naprawdę chcemy być szczęśliwi, powinniśmy działać w harmonii z wszechświatem i wybierać jak najwięcej rzeczy, które sycą nas pięknem, miłością i radością. Jeśli obok tego są jakieś przykre, szare obowiązki  trudno, niech będą, ale na marginesie życia, a nie w jego centrum. Standardowo możemy spokojnie mieć czas na jedno i drugie. Nie trzeba codziennie stać przy kuchni, można gotować raz na dwa dni. Nie trzeba codziennie sprzątać, można utrzymywać porządek, odkładając od razu rzeczy na swoje miejsce i wycierając starannie buty z błota. Można! To tylko kwestia wyboru.

Jednak należy najpierw zrozumieć, że nie zeszliśmy na Ziemię, by gotować, prać i sprzątać lub wykonywać inne szare obowiązki. Zeszliśmy po to, by robić coś, co kochamy. Rozpoznajemy to po tym, że wyrastają nam skrzydła u ramion, a energia rośnie. To ładuje nasz wewnętrzny akumulator  podwójnie. Po pierwsze akumulator emocjonalny, który naładowany sprawia, że jesteśmy ludźmi pogodnymi i zadowolonymi z życia, że odczuwamy sens istnienia i szczęście. Jeśli akumulator się wyczerpie, a my będziemy kręcić się w ponurych obowiązkach, jak trybik w maszynie, to prędzej czy później poczujemy się wypaleni. Poczujemy się nieszczęśliwi. A w końcu zapadniemy w  depresję.

Uważam, że depresja jest wynikiem braku szczęśliwych i radosnych doświadczeń i dokucza tym osobom, które nigdy nie robiły nic dla siebie i swojego zadowolenia. Które nigdy nie napełniały radością swoich akumulatorów. Które żyły dla innych, starając się komuś dogodzić i w którymś momencie szaro bura pustka objawiła się w całej okazałości, wychodząc w ciele paskudnym schorzeniem. Jak wiadomo to niebezpieczna choroba, która nie leczona grozi śmiercią. A przecież wystarczy systematycznie dbać o napełnianie siebie radością, miłością izachwytem, a taki stan nigdy nam nie zagrozi. Wiem. Doświadczam. Jestem szczęśliwa.

Po drugie  te wszystkie pozytywne emocje, które tu wymieniam, napełniają też nasz zbiornik duchowy. Chociaż rozwijamy się wewnętrznie poprzez trudy codziennego życia, to owo wzrastanie powinno być wspierane także praktyką, ćwiczeniami, medytacją. Dla prawdziwego duchowego rozwoju należy codziennie starać się podnosić energię. A co nam podnosi energię? Oczywiście śmiech dziecka, spacer po sosnowym lesie, pływanie, ale też oglądanie pięknych grafik, słuchanie odpowiedniej muzyki, czytanie wysokoenergetycznej książki czy strony, medytacja, duchowa praktyka. Na to nie może zabraknąć czasu. Żadne sprzątanie czy prasowanie nie jest od tego ważniejsze.

Czasem myślę, że problemem są wzorce wyniesione z domu rodzinnego, w którym rządziła żelazna zasada: „najpierw obowiązek, potem przyjemność”, wzmocniona koniecznością robienia wszystkiego „na wysoki połysk”. Bo  jak wspomniałam wcześniej  nie chodzi o to, by nie sprzątać, nie zmywać, siedzieć na kupce brudu i przeglądać Karty Aniołów. Chodzi o to, by znaleźć przestrzeń na wprowadzenie wysokiej energii do swojego życia. Kłopot ze znalezieniem czasu na duchową praktykę, czy jakąś dowolną przyjemność, która poprawi nastrój, mają osoby nadobowiązkowe, które robią tysiące przetworów na zimę i pastują sto razy podłogi, które i tak są czyste. Jak myślicie, co jest biletem do oświecenia: wypastowana podłoga czy medytacja nad miłością bezwarunkową?

Nie ma nic złego w wypastowanej podłodze i setkach słoików z kompotami, jednak pod warunkiem, że nie są to rzeczy wykonywane po to, by zasłużyć na miłość domowników lub partnera. W mojej praktyce nie spotkałam się z takim przypadkiem. Każda znana mi „idealna” pani domu, u której można jeść z podłogi, a piwnice pękają w szwach od przetworów, to osoba, która szczególnym wysiłkiem i staraniem chce pokazać, że jest godna i zasługuje na to, by oddychać. A przecież wystarczy być, by zasługiwać na miłość, szczęście i to, co najlepsze.

Na wszelki wypadek dodam też, że nie jest dla mnie żadnym argumentem pucowanie do połysku podłóg i robienia tysięcy słoików „dla dobra dzieci”. Każde dziecko bardziej ucieszy się ze spaceru z mamą, z gry w planszówkę albo z długiej rozmowy przy herbatce, kiedy jest starsze. To, czego dzieci najbardziej pragną, to naszego czasu i uwagi, a nie wypasionych obiadków i lśniących podłóg. Warto o tym pamiętać. To też moment dokonywania wyboru, czy umęczyć się przy kuchni lub w łazience, czy też być wypoczętą i z uśmiechem poczytać wspólnie bajki.

Na koniec tematu podpowiem też, że najpiękniejszym wyborem jest współpraca z dzieckiem. Wspólne robienie obiadu, a nie podtykanie pod nos gotowych przysmaczków, uczy pracowitości, odpowiedzialności, dzielenia się obowiązkami. Uczy pomagania, a nie wyręczania. Takie dziecko, kiedy dorośnie będzie umiało wszystko zrobić, będzie mądre i samodzielne. Ale będzie też umiało docenić potrzebę odpoczywania i wspólnego cieszenia się życiem. Bywa często, że uczymy wygodnictwa, poprzez podawanie wszystkiego pod nos. To wcale młodym osobom nie pomaga w życiu. 

Setki słoików i pastowanie podłogi to tylko pewna metafora. Być może robimy coś zupełnie innego, co odczuwamy jako obowiązek i powinność. Jeśli to presja dyktowana znanym dobrze „bo tak wypada”,  „bo tak trzeba”, „bo co ludzie powiedzą”, to niech się zapali czerwone światło. Przyjrzyjmy się wówczas takim wyborom i zadajmy sobie pytanie, czy to co robimy, sprawia nam radość i satysfakcję? Czy nadaje sens naszemu życiu? Czy też robimy coś, bo boimy się oceny innych i krzywego spojrzenia znudzonej sąsiadki. Żyjemy tutaj dla siebie, a nie dla innych. Zawsze o tym pamiętajmy.

Podsumowując, rzecz w tym, by znaleźć czas na to, co kochamy robić i co wywołuje na naszej twarzy radosny uśmiech. Warto mieć zawsze choć trochę przestrzeni na odczuwanie zachwytu i jak najczęściej doświadczać piękna. Ważne są te wszystkie działania, które robimy dla siebie, dla własnego szczęścia i spełnienia. To nas wznosi, rozwija i uzdrawia. To nas też chroni przed depresją, poczuciem wypalenia i utratą sensu życia. Dokonujmy mądrych wyborów.

Bogusława M. Andrzejewska

Złe lektury

Duchowe nauki powtarzają często: mów tylko dobre słowa, przebywaj z dobrymi ludźmi, czytaj tylko dobre książki. Jeśli pilnujemy, by czerpać wyłącznie z czystego źródła, pełnego Światła i miłości, wówczas otaczamy się najlepszą energią. Wzrastamy. Rozwijamy się wewnętrznie w najlepszy dla siebie sposób. Niektóre książki i strony są pisane właśnie po to, by wspierać człowieka. Działają jak wspaniałe pozytywne akumulatory.

Nie ukrywam, że staram się tak właśnie tworzyć. Pilnuję energii i nawet wtedy, kiedy wypowiadam się krytycznie, próbuję odnaleźć też w sobie dobro, miłość i zrozumienie, aby napełnić słowa dobrą energią. Tak też maluję obrazy. Tak też piszę poradniki, aby napełnić je mocą uzdrawiania. Ale dzisiaj nie o reklamie mojej twórczości. Dzisiaj kilka słów przestrogi z nadzieją, że być może ktoś zwróci na nie uwagę.

Wczoraj dostałam maila od mojej przyjaciółki – mądrej osoby o dobrym sercu, która od wielu lat interesuje się rozwojem i kiedyś prowadziła terapię dla innych ludzi. List rozpaczliwie smutny. List pełen bełkotliwych cytatów o bezsensie życia. Nie pierwszy taki list od niej. Co jakiś czas moja przyjaciółka rzuca się na wydawane w setkach egzemplarzy modne książki napisane przez autorów-frustratów i podważające całą radość życia. Potem dzieli się ze mną tym, co wyczytała i niemal zawsze konkluduje: „widzisz, ten zły świat jest pułapką, jesteśmy tylko skafandrami (niewolnikami, cieniami, ofiarami, przegranymi, sobowtórami pozbawionymi mocy….itp.). To całe prawo przyciągania to bzdury i manipulacje”.

Niezmiennie budzi to mój gniew. Nie na przyjaciółkę, tylko na moją własną bezsilność. Czasem też trochę na ludzi, którzy piszą takie straszne książki! Oczywiście nikt nikogo nie zmusza do czytania tego paskudztwa, ale to tak samo jak z paleniem papierosów. Nikt nikogo nie zmusza do palenia, jednak gdyby nie hodowano tytoniu i nie produkowano papierosów, problem by nie istniał, prawda? Oczywiście rozumiem, że żyjemy w świecie wyboru i obok piękna, staje brzydota. Obok życzliwych ludzi – cyniczni dranie. Obok dobrych, wartościowych książek –paskudne zżerające energię lektury. Wszystko po to, byśmy nauczyli się wybierać właściwie, pokazując, Kim W Istocie jesteśmy. Rozumiem i gniew opada.

Moja przyjaciółka ma wolną wolę. Nie chce czytać o radości i miłości, woli szukać dla siebie potwierdzeń negatywnych. Ma smutne nieudane życie i nie chce tego zmienić. Z jakiegoś powodu nie chce i już. A ja nie mogę jej zmusić. W tym smutnym życiu próbuje samą siebie przekonać, że jest jej źle nie dlatego, że czegoś zaniedbała, nie zrobiła, nie zmieniła, tylko dlatego, że tak musi być. W kolejnych listach cytuje mi różnych autorów – takich, których ja nie czytam, bo ich książki mnie odrzucają. Mam ten dar, że czuję energię i nie czytam pozycji nawet najmodniejszej, kiedy wylewa się z niej szary dym. Czytam tylko to, z czego płynie Białe Światło. Moja przyjaciółka nie słucha mnie w tym względzie i czyta głównie to, co smutne, szare i złe. W takich lekturach znajduje potwierdzenie, że życie jest bez sensu. Że jej cierpienie jest winą obcych (złego boga, demonów, jaszczurów, obcych). Ostatnio napisała, że wszystko jest z góry przesądzone, na nic nie mamy wpływu, a wolna wola to iluzja. Zapewne daje jej to poczucie pewnej ulgi…

Z wielką satysfakcją cytuje mi fragmenty, które zaprzeczają Światłu, Dobru i Mocy. I nie robi tego z zazdrości czy braku szacunku do mnie. Nie czyta przecież mojej strony, podobnie jak inne moje przyjaciółki. Nigdy nie jesteśmy prorokiem dla najbliższych i ja nigdy nie będę dla niej autorytetem. Z pobłażliwym uśmiechem słucha, kiedy mówię jej o kolejnych uzdrowionych osobach, o nowych skutecznych metodach, o tym, że jestem szczęśliwa. Ożywia się dopiero wtedy, kiedy w moim życiu pojawia się jakiś kłopot. „O widzisz – mówi do mnie ze współczuciem –”życie jest złe, ludzie okropni… Och, pomyśl, jak by się z tego piekła wywinąć wreszcie”.

Czytane przez nią niewłaściwe lektury zasilają w niej to, co jej nie służy. Pomimo że zmienia poglądy i nie przywiązuje się do jednej hipotezy czy teorii spiskowej, to w gruncie rzeczy wymienia jeden smutek na inny i jednego frustrata na innego. Frustrat to autor, który nie odnalazł w życiu szczęścia. To ktoś, kto nie umie lub nie chce pracować nad sobą i uzdrawiać tego, co można uzdrowić, by być szczęśliwym. Wymyśla wówczas teorię, która uzasadnia jego porażkę i przerzuca odpowiedzialność na kogoś lub coś innego. To może być rząd, to może być mafia albo zły bóg, albo brak boga, albo kosmici… Takie wymyślanie dziwacznych hipotez to naturalny proces psychologiczny nazywany fachowo racjonalizacją.

W ten sposób powstają złe lektury. Bardzo złe! To okropne książki, które zabierają nam energię, pozbawiają siły, wysysają resztki radości. A na dodatek – co najbardziej przerażające – utwierdzają czytelnika w przekonaniu, że nic nie zależy od niego. Że jest tylko nieszczęśliwym liściem niesionym przez wiatr od cierpienia do cierpienia. I jedyne, o co powinien zabiegać, to szybka śmierć. Nie powinniśmy ich czytać pod żadnym pozorem! Są szkodliwe. Moja przyjaciółka jest – na własne życzenie oczywiście – ofiarą takich książek. I nie ona jedna. Ludzie łykają takie negatywne treści jak żabę, bo to uwalnia ich od odpowiedzialności za własne życie.

Opisuję to zjawisko, bo wiele osób postępuje tak samo. Widzę na portalach społecznościowych, jak moi znajomi chwalą się nowo zakupionym modnym tytułem, z którego wypływa szara maź złej energii. A przecież nie mogę pod takim zdjęciem napisać: „nie czytaj tego! To Ci zabierze radość życia, to zje Twoją energię”. Nie mogę i wszyscy wiemy dlaczego. Bo nikt mi nie uwierzy. „Jakim prawem oceniasz?” – zapytają – „Mnie się ta książka podoba”. Moja przyjaciółka twierdzi, że mi wierzy i tłumaczy się, że chce czytać także ksiązki o złej energii, bo chce wiedzieć, jak świat wygląda z drugiej strony. Zgrabny argument, który wszakże nie uwzględnia wpływu takiej lektury na nas.  A ten wpływ jest i to niestety dość silny. Po to właśnie ze szczegółami opisałam tu konkretny przykład, by pokazać, co się dzieje, kiedy czytamy złe słowa, a spomiędzy kartek wypływa zła energia i owija nasze serca i umysly.

Ludzie bardzo chcą mieć rację. Przyznanie się, że kupuje się na ślepo, bo „koleżanka taką ma”, nie wchodzi w grę. To jak przyznanie się, że ktoś się nie zna. Nikt nie pozwoli sobie zwrócić uwagi na to, że kupił niewłaściwą książkę. „Przecież jest modna, przecież sprzedano tyle milionów egzemplarzy…” Jakby to był argument! Autor-frustrat może być zamożny i może wydać książkę w dużym nakładzie, a jej popularność potwierdza tylko, jak wiele jest na świecie nieszczęśliwych ludzi, u których „Prawo Przyciągania nie chce działać…” Czy fakt, że tysiące ludzi lubi chipsy i one stale się doskonale sprzedają oznacza, że chipsy są zdrowe? A czy popyt na alkohol jest dowodem wysokiej wartości tego produktu?

Powiedzmy sobie wprost – istnieją złe, bardzo szkodliwe książki, których czytanie działa na nas paskudnie. I podobnie, jak nie jemy trucizny czy nie wypijamy płynu do mycia naczyń, tak też nie powinniśmy czytać złych lektur. To nie jest tak, że wydawcy wydają tylko pozytywne rzeczy. Oni wydają to, co się dobrze sprzedaje. A przykład mojej przyjaciółki pokazuje, że smutni ludzie chętnie czytają smutne książki, by pogłębić swój stan i wejść w depresję. To im daje satysfakcję płynąca z tego, że mają rację. Mieć rację jest ważniejsze, niż być szczęśliwym – to niestety powszechne podejście. Dlatego negatywne książki, negatywne filmy i negatywne obrazy sprzedają się równie dobrze – nie chcę myśleć, że lepiej – niż pozytywne.

Ponadto ludzie wybierają to, co harmonizuje z ich wibracją. Z ich aktualnym poziomem. Niedawno ktoś wstawił na FB pewien demoniczny koszmar, na widok którego przeszły mnie ciarki. I zdziwiłam się niezmiernie, że kilka znanych mi osób podlajkowało to i nawet napisało: „ładne”. Przyznaję, że rozdziawiłam ze zdziwienia buzię. Bo to tak, jakby na psią kupę powiedzieć: „ciasteczko”. Ale uświadomiłam sobie, że jeśli ktoś ma nisko energię, to w istocie zobaczy lukrowaną babeczkę w psich odchodach. Tak działa wszechświat. Nie jesteśmy ślepi, lecz nasz aktualny poziom określa to, z czym harmonizujemy.

Właśnie dlatego trzeba koniecznie dbać o podnoszenie energii, by harmonizować ze Światłem. By zawsze wybierać Światło, a nie ciemność. Także w lekturach. To takie trochę koło energetyczne. Jeśli mam wysoko energię, to wybieramy pozytywne rzeczy i bez wahania odrzucamy te, które są szkodliwe. A potem wzmacniamy Światło w sobie czytając piękną książkę czy oglądając piękny film lub obraz. Ale w drugą stronę dzieje się tak samo – niska energia powoduje wybieranie smutnej lektury, która dodatkowo obniża energię jeszcze bardziej… Taki to proces.

Napisałam tu wiele krytycznych słów. Tylko po to, byście nauczyli się odróżniać ziarno od plew. Bardzo łatwo zobaczyć, czy książka ma dobrą wibrację. Jeśli jest wspierająca, jeśli utwierdza Was w Mocy, jeśli przy czytaniu rośnie Wam energia, jeśli popiera miłość bezwarunkową i Dobro, jeśli zachęca do radości, piękna, cieszenia się życiem – to pochodzi ze Światła. Jeśli natomiast podważa miłość i radość, snuje wątki bezsensowności życia, bezradności i przedstawia nasze istnienie jako koszmar na padole łez – to warto jak najszybciej wrzucić ją do kominka. Papier dobrze się pali, a ciepło ognia będzie największą wartością takiej lektury.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Racja

Bardzo często spotykam się z sytuacją, w której ktoś koniecznie chce mieć rację. I nie odpuści za żadne skarby, bo racja to dla niego rzecz święta. Zjawisko tak powszechne i dziwaczne, że doczekało się przysłów i anegdot. A nawet charakterystycznych komediowych scen, które po wielu latach powtarzamy z rozbawieniem: „sąd sądem, a racja musi być po naszej stronie”. Takie śmieszne przerysowanie obnaża całą absurdalność uporu i zamknięcia na to wszystko, co można zyskać otwierając zasklepiony umysł. A przecież po drugiej stronie naszych przekonań leży cały wszechświat ogromnych możliwości. W tym często o wiele bardziej korzystnych niż to, co trzymamy w zaciśniętej pięści.

Zacięta obrona swojej racji zwykle mnie śmieszy, ponieważ upór u człowieka sprawia, że natychmiast widzę malutką dziewczynkę czy chłopczyka na poziomie piaskownicy. Nikt dojrzały się nie upiera, przecież idąc na kompromis można swoje przekonania zachować, nie są czymś do odebrania. W elastycznym podejściu chodzi tylko o dopuszczenie innej możliwości. O uchylenie drzwi i sprawdzenie, czy to, co jest za nimi, nie jest przypadkiem lepsze i milsze niż to, czego kurczowo się trzymamy.

Dorosły człowiek powinien wiedzieć, że postęp to zmiana. Gdyby wszyscy byli tak uparci, to nadal mieszkalibyśmy w jaskiniach i polowali na mamuty. Prawdziwy rozwój polega na przyjęciu możliwości, że to co wiemy, nie jest wszystkim, że może być coś więcej. Koło wynaleziono tylko dlatego, że ktoś odpuścił uparte przekonanie, że przemieszczać możemy się wyłącznie z pomocą nóg. Otworzył się na inną możliwość i zadał kwantowe pytanie: „jak może być jeszcze lepiej?”

Przesadne bronienie swojej racji jest też pułapką, która osadza człowieka w świadomości ubóstwa. Niewiele się o tym mówi, a przecież pozytywne myślenie, będące esencją Prawa Przyciągania wymaga zmiany poglądów. Kiedy zaczynamy świadomie pracować z budowaniem dobrobytu, powinniśmy otworzyć się na coś, czego wcześniej nie chcieliśmy widzieć i akceptować. W miejsce zamartwiania się o jutro wprowadzamy wiarę z szczęśliwy los. W miejsce braku  poczucie obfitości. W miejsce przekonania o pechu  planowanie pomyślnych wydarzeń. W pewien sposób prosperująca świadomość wymaga na samym początku odrzucenia starych wzorców i powiedzenia sobie wyraźnie: „nie miałem racji  wszechświat jest dobry, a człowiek może być naprawdę szczęśliwy”.

Warto w tym miejscu dokładnie przyjrzeć się swoim przekonaniom i odnaleźć te wszystkie, które nam nie służą, aby je zmienić na korzystne wzorce. Problem jednak w tym, że w głębi duszy możemy nie dawać na to przyzwolenia. Możemy kurczowo trzymać się przestarzałego poglądu, że nie można być bogatym bez ciężkiej pracy albo że pozytywne myślenie nie działa. Czasem odkrywamy, że tkwimy w takim właśnie impasie  z jednej strony pozytywne afirmacje, a z drugiej brak wiary, że to cokolwiek da. Efekt  do przewidzenia. Nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Aby stać się Świadomością Prosperującą trzeba zrezygnować z uporu i nauczyć się otwierać na inne poglądy, stworzone  wymyślone przez innych ludzi. Trzeba też czasem umieć zadać sobie pytanie: „a co jeśli nie mam racji?”. Są ludzie, którzy wszystko robią w taki sposób, by udowodnić całemu światu, że to oni się nie mylą. Wyobraźmy sobie przez chwilę takiego człowieka. Jest smutny, nieszczęśliwy i uważa, że życie jest złe, a Ziemia to padół łez. Zapraszamy go na szkolenie, uczymy metod, robimy z nim ćwiczenia i wspierany naszą silną energią wychodzi od nas pełen wiary w to, że teraz będzie lepiej. Jednak ta wiara jest na wierzchu, a pod spodem wibruje aktywny wzorzec: „to wszystko bzdury, świat jest okropny”. Jest to wzorzec pierwotny, silniejszy od nowych ćwiczeń i sprawi, że taki człowiek będzie nieświadomie wszystko robił w taki sposób, by móc nam udowodnić, że nie mamy racji. I że to on ma rację. Będzie swoim przekonaniem przyciągał zdarzenia potwierdzające jego wersję. Wszystko po to, by powiedzieć: „ha, miałem rację”. Taka maleńka satysfakcja opłacona wygórowaną ceną smutnego życia.

W ten sposób taki człowiek zamyka się na szczęście. Aby doświadczać cudów, trzeba się na nie otworzyć, czyli zbudować w sobie przekonanie, że cuda istnieją. Jeśli z góry zakładamy, że to bzdura, to jak możemy je wykreować? No, nie możemy. Dlatego jakąkolwiek pracę nad sobą warto zacząć od przekonania, że nie ma jednej prawdy, a na świecie istnieją rzeczy i zasady, o których nam się nawet nie śniło. Trzeba z ciekawością otworzyć drzwi i patrzeć, co fascynującego można za nimi zobaczyć. Trzeba przyjąć, że możemy nie mieć o czymś pojęcia i że do końca życia możemy się uczyć. A ta nauka nikomu ujmy nie przyniesie.

To, co absolutnie nas może zablokować, to trzymanie się jednej prawdy, jednej racji. To jak chodzenie po ruchliwej ulicy z zawiązanymi oczami. To jak przyjmowanie, że Ziemia jest płaska i brak zgody na zmianę poglądu. Warto też pamiętać, że syndrom „niewiernego Tomasza” nie służy naszemu rozwojowi. Nie można przyjmować, że istnieje tylko to, co możemy zobaczyć i że uwierzymy dopiero wtedy, jak się coś stanie. Tak się bowiem składa, że Prawo Przyciągania działa odwrotnie  materializuje to, co widzimy wewnętrznym okiem, to w co wierzymy. Jesteśmy Stwórcami, którzy mogą wymyślać nowe światy i stratą energii jest czekanie, aż coś się samo wymyśli i stanie.

Na koniec jeszcze jedna informacja. Nie należy nikogo do swoich poglądów nawracać  często o tym mówię. Przede wszystkim dlatego, że zasada wolności, w tym wolności przemyśleń, jest niezbywalnym prawem każdego człowieka. Jeśli chcemy, by nam przysługiwała niezależność myślenia, musimy zaakceptować odmienne zdanie u innych. Poza tym przekonywanie kogoś do tego, w co my wierzymy, jest ogromną stratą energii. Również dlatego, że każda próba wywierania nacisku mentalnego jest dysharmonią. Taką samą jak każda inna przemoc. A dysharmonia to zawsze ogromna utrata energii i szkodliwe wzorce. Możemy tylko dyskutować i pokazywać sobie wzajemnie różne aspekty tego, co uważamy za wartościowe.

Osoba, która wchodzi w silne emocje gniewu czy nawet agresji, kiedy ktoś ma inne zdanie, to człowiek o niskim poczuciu wartości. To ktoś, kto swoją moc postrzega wyłącznie poprzez pryzmat bycia nieomylnym. Bywa, że inne poglądy przyjmuje jako brak szacunku do siebie. To absurdalne, ale spotkałam się z sytuacją, w której szacunek był dla pewnej osoby równoważny z przytakiwaniem jej niezależnie od wszystkiego. A to tak nie działa. Mamy prawo do swoich przekonań i możemy z sympatią traktować ludzi, którzy myślą w pewnych kwestiach zupełnie inaczej.

To jeden z tych tematów, w którym jestem jedynie obserwatorem. Co prawda mam swoje poglądy osadzone dość mocno i umiem ich asertywnie bronić, ale nie miewam problemu, by pójść na kompromis. Nie oceniam też ludzi, nawet wtedy, kiedy porażają mnie ich szokujące poglądy. To zawsze ich wybór i ich życie cokolwiek mówią, w cokolwiek wierzą. W dzieciństwie uczono mnie, że mądrzejszy zawsze ustępuje. To bardzo korzystny program, który dziś procentuje, obdarzając mnie dużą dozą tolerancji. Mam też drugi ciekawy wzorzec, którego mocno się trzymam: chcę być szczęśliwa, a to, czy mam rację, jest zawsze na drugim miejscu.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Slow

To jest to, co kocham najbardziej. Działanie powolne, spokojne, ze starannym smakowaniem życia. Zmysłowe do granic rozkoszy. Życie, w którym nie przeoczę zapachu kawy parzonej przez córkę ani lekkiej mgiełki aromatu nowej kwiatowej świecy. Życie, w którym delektuję się smakiem świeżej bułki i mrużę oczy, kiedy jem maliny. Życie przynoszące dźwięki dobrej muzyki i śpiew ptaków za oknem nad ranem. Zauważę i docenię promienie słońca przenikające przez liście drzew i odbijające się w szybach zaparkowanych przed domem samochodów. Podniosę brwi w zachwycie, kiedy przypomnę sobie, że tak właśnie wygląda środek lata nad jeziorem, kiedy słoneczny blask kąpie się w wodzie.

Piękno codzienności. Kto je zauważa, zagoniony pomiędzy kolejnymi sprawami do załatwienia? Tysiące rzeczy, urzędy, sklepy, szkoła, przychodnia… Biegniemy, bo musimy, bo potrzebujemy. W popłochu spoglądamy na zegarek. Kiedy wreszcie znajdziemy czas, by przysiąść nad kawą, jedyne co zaprząta naszą uwagę to ulga w zmęczonych stopach i kojące ciepło na podniebieniu. Małe radości też są ważne. Ale jeszcze ważniejsze jest to, by nie umykała nam reszta cudownego życia.

Wiele lat temu, kiedy pracowałam w pewnej firmie, przechodziłam jak każdy pracownik psychologiczne badania. Zdałam wszystkie poza jednym – działaniem na czas. Pani psycholog poleciła mi zbierać szczypczykami malutkie kuleczki i wrzucać do specjalnego otworka. Zauważyłam, że włączyła stoper, ale przekornie bawiłam się, zgarniając kuleczki powolnymi leniwymi ruchami.

– Czy pani widziała, że mierzę czas? – zapytała mnie zaskoczona.

– Oczywiście. Ale nie lubię się spieszyć. – odpowiedziałam.

Mina pani była oczywiście bezcenna, ale przecież nie robiłam jej na złość. Chciałam być uczciwa wobec samej siebie, czyli postępować zgodnie z tym, co uważam za słuszne. Nigdy nie lubiłam pośpiechu. Jest dla mnie kwintesencją braku harmonii. Kiedy się spieszę, wszystko leci mi z rąk, mówię głupoty, denerwuję się z byle powodu i serce zaczyna mi wpadać w arytmię. Uważałam od lat, że pośpiech jest zły. I jak zwykle doczekałam się naukowego potwierdzenia, że tak właśnie jest. A nawet czegoś więcej: informacji, że pośpiech szkodzi zdrowiu. Cóż… stara dusza zawsze wie, co jest harmonijne, bo po prostu czuje energię rzeczy, działań i zjawisk.

Życie „slow” jest czymś takim jak duńskie hygge i szwedzkie lagom, czyli życie zmysłowe, wygodne, sprawiające przyjemność. Zanim jeszcze ktoś ukuł takie określenie, ja już tak właśnie sobie żyłam, ciesząc się każdą chwilą. Nie ma nic złego w dążeniu do przyjemności, choćby dlatego, że to przyjemność nas inspiruje, warto o tym wiedzieć. Czasem lęk lub ból też jest motywacją, ale to słabsza opcja niż pragnienie piękna, lekkości, zachwytu. Kiedy siadam przed płótnem, by namalować obraz, to inspirują mnie dwie rzeczy: pierwsza to oczekiwana przyjemność dotyku i zapachu farb, a drugą jest cudne uczucie podziwiania efektu końcowego. Uwielbiam zatem to moje „slow” we wszystkich obszarach życia.

Zresztą nie chcę się spieszyć, jak pisałam wcześniej. Od wielu lat nie jest to dla mnie problemem, ponieważ sama ustalam sobie plan dnia, włączając w to czas wolny na wszystko, co kocham. A na umówione spotkania przygotowuję się na tyle wcześnie, aby być gotową przed czasem. Moi znajomi wiedzą, że nie zwykłam się spóźniać i zazwyczaj czekam kilka minut przed umówioną godziną. W moim slow jest miejsce na to, by spokojnie się przygotować. Co ciekawe, jako nastolatka byłam bardzo spóźnialska. Zmieniłam wzorzec właśnie dlatego, że zaczęłam doceniać powolne smakowanie życia, bez nerwowości. Można tak wszystko poukładać, by nigdy się nie spieszyć. Poza ewentualną sytuacją awaryjną, ale dziś nie o tym.

Niektórym wydaje się, że „slow” to lenistwo, ponieważ ktoś, kto jest powolny robi przecież mniej niż też, który pracuje szybko. Ale to nieprawda. Wbrew angielskiemu znaczeniu tego słowa styl „slow” nie oznacza, że ruszamy się jak leniwce. Można uprawiać jogging, jeździć na rowerze, spacerować z kijkami i robić tysiące innych rzeczy. Ważne, by umieć w tym wszystkim zatrzymać się na chwilę zachwytu i czerpać przyjemność ze swoich poczynań. Uważam, że jestem niesłychanie twórcza: piszę książki, maluję, fotografuję, prowadzę bloga i cztery fanpejdże, a oprócz tego konsultuję, szkolę i robię horoskopy. O nowych projektach nie wspomnę. Wyśmiałabym radośnie każdego, kto zarzuciłby mi lenistwo. A jednak smakuję w tym wszystkim życie i bardzo tego smakowania pilnuję.

Człowiek „slow” nie jest leniwy. Jest – jak pisałam – zmysłowy i uważnie podąża przez życie, dostrzegając jego piękno. I już sam ten fakt sprawia, że efektywniej rozwija się duchowo. Po pierwsze dlatego, że zeszliśmy tu na Ziemię, by doświadczać jak najwięcej. Wyścig szczurów, codzienna pogoń z listą zakupów w ręce to nie jest to, co rozwija duszę. Może czasem, ale nie w kółko to samo każdego dnia. celem duszy jest między innymi usłyszeć gdzieś w oddali piękną muzykę, poczuć zapach pieczonego ciasta i zauważyć tęczę w kałuży. Tysiąc małych ale urozmaiconych doznań – oto czego pragnie dusza.

Po drugie – jedną z najpiękniejszych ścieżek do oświecenia jest zachwyt. To właśnie on pozwala poczuć szczęście, miłość i odkryć, że jesteśmy Wszystkim Co Jest. Tu i teraz. W jednym momencie, kiedy słodki trel ptaka splata się z zapachem kawy i promieniami słońca prześlizgującymi się przez liście. Zauważanie piękna i pełne odczuwanie go, poprzez przeniesienie ze zmysłów na głębszy poziom, pozwala nam wejść spontanicznie w Pole Serca, w którym dzieje się prawdziwa magia. To tutaj tworzymy swoje szczęście i spełnienie. Właśnie dlatego slow jest tym, co naprawdę dobre.

Bogusława M. Andrzejewska

Dostrzeganie

Obserwuję ciekawe zjawisko, polegające na tym, że nie widzimy rzeczy, które nie są dla nas wygodne lub nie potwierdzają naszych przekonań. Oznacza to, że te wszystkie wzorce, które wpływają na kreowanie naszej rzeczywistości mają swoje własne mechanizmy obronne. Nie dosyć, że bywają mocno zakorzenione, to jeszcze zniekształcają skutecznie nasz obraz świata. To może utrudniać rozwój, ponieważ nie pozwala dostrzegać tego, co wymaga uzdrowienia.

Ale to przede wszystkim tłumaczy, dlaczego tak wiele osób pozostaje całkowicie głuchych na pozytywne myślenie i ślepych na ścieżki tak dobrze potwierdzone przez innych. Każdy z nas styka się z ludźmi, którzy nie są szczęśliwi i pozornie szukają pomocy, jednak w praktyce nie chcą nic zmieniać, bo nie widzą w tym sensu. Nie mogą go zobaczyć, nie mogą uwierzyć, ponieważ to zburzyłoby ten podstawowy mocno zakodowany w podświadomości wzorzec.

Wiele lat temu miałam znajomego, który całkiem dobrze zarabiał, ale generalnie był nieszczęśliwy. Nie umiał znaleźć radości ani w swoim związku, ani w rodzinie, ani nawet w swojej pracy. Przydreptał kiedyś do mnie na zajęcia z Prosperity i zafascynowany moją energią na krótki czas zakochał się w pozytywnym myśleniu i tym wszystkim, czego uczę. Trudno powiedzieć, ile to trwało… Dwa lata? Może trzy? Po pewnym czasie wrócił w stare koleiny i zaczął ze mną ostrą polemikę, próbując mi udowodnić, że to, czego uczę, nie działa. Koronnym argumentem był fakt, że jako prezes wielkiej firmy zarabiał kilkanaście razy więcej niż ja. Sama polemika nawet mnie bawiła, ponieważ inspirowała moją inteligencję do poszukiwania odpowiedzi. Natomiast tego jednego argumentu odbić nie umiałam, chociaż doskonale wiedziałam, że racja jest po mojej stronie. Ja byłam szczęśliwa, choć z jego perspektywy biedna – on cierpiał, za to był bardzo zamożny i mógł sobie pozwolić na wszystko.

Myślę, że każdy z nas zna bogatych ludzi, którzy wcale nie są szczęśliwi. Ilość posiadanych dóbr nie świadczy o wysokim poziomie świadomości prosperującej, a moc wewnętrzna nie przekłada się na materialne bogactwo, jak chcą wierzyć niektórzy. Cierpliwie powtarzam na wszystkich szkoleniach, że uczę przede wszystkim bycia szczęśliwym, a w tym temacie zawiera się także dostatek, rozumiany jako bycie wolnym od braku. Dlatego uczę, jak pracować z energią pieniędzy, aby mieć to, czego pragniemy. Aby nie mieć długów czy nie cierpieć głodu – bo z takimi doświadczeniami o szczęściu nie może być mowy.

Podkreślam tu wyraźnie różnicę pomiędzy wolnością od braku, a byciem krezusem. To dwie zupełnie różne jakości. Świadomość prosperująca nie gromadzi i nie upycha po skarpetach. Posiada i obraca pieniędzmi, aby były one w ruchu. Czasem doświadcza luksusu, ale skupia się także na wszystkich pozostałych wartościach – przede wszystkim na miłości i twórczości. Wśród moich uczniów są osoby zamożne, które mają piękne domy czy samochody i beztrosko realizują marzenia. Są też ludzie, który żyją nieco skromniej, ale niczego im nie brakuje. Wszystko zależy od indywidualnego programu duszy i naszych osobistych lekcji.

Moim zdaniem prawdziwe rozumienie życia i prawdziwa świadomość polega na tym, że odsłaniamy wszystkie okna duszy. Nie tylko to jedno związane z pieniędzmi, ale także to, za którym jest miłość. I to, za którym jest spełnienie twórcze. I to, za którym są dobre relacje z innymi. I wszystkie pozostałe. Mój znajomy odsłonił tylko jedno, pieniężne i powiedział: nic nie muszę zmieniać w sobie, wszystko jest OK. Po czym rozpaczliwie zaglądał na różne szkolenia i warsztaty, gdzie – jak łatwo się domyślić – nikt mu nie pomógł.

I nie dlatego, że w tym czasie akurat Prosperita była dla niego najlepszą i najbardziej skuteczną szkołą życia. Ale dlatego, że zaliczał różne kursy, żeby coś komuś udowodnić, a nic z nich nie wynosił. Nie pozwalał sobie dostrzec tego, co dla niego ważne. Mój znajomy mocno trzymał się swoich przekonań, próbując mi wmówić, że to ja powinnam od niego pobierać lekcje, to stanę się bogatsza. Nigdy mnie to nie śmieszyło, bo ufam sobie i swojej wiedzy. Było mi przykro, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc, ale to był jego suwerenny wybór.

Z pewnością każdy, kto zna Prosperitę, wie, jaki będzie koniec tej opowieści. Nie rozczaruję Was. Mój znajomy nagle zbiedniał. Musiał sprzedać drogi samochód i zrezygnować z luksusów. Doszły mu także inne rodzinne tragedie i cała masa kłopotów. Zrealizowało się to wszystko, co pieczołowicie tworzył negatywnym nastawieniem do świata i ludzi. Nie pozwoliłam sobie na satysfakcję i nie powiedziałam mu: należało mnie słuchać i ufać mojej wiedzy i mojemu doświadczeniu. Przeraża mnie nieuchronność działania kosmicznych praw, a ludzkie cierpienie nie sprawia mi satysfakcji nawet wtedy, kiedy cierpią ci, którzy wyśmiewali mnie i to, czego uczę.

Często spotykam ludzi, którzy zapewniają mnie o swoim wysokim poczuciu wartości, chociaż ich wygląd zewnętrzny aż krzyczy, że jest zupełnie inaczej. Słucham naciąganych argumentów, w które moi klienci naprawdę wierzą. A skoro wierzą, to jest to ich przekonanie i to najpierw ono powinno być uzdrowione i zamienione na zaufanie do terapeuty. Jak dać narzędzia do pracy nad sobą komuś, kto nie widzi potrzeby tej pracy? Kto szuka przyczyn zupełnie nie tam, gdzie powinien? Jak pomóc komuś, kto nie dostrzega swojego problemu? Taki człowiek jest jak alkoholik, który powtarza wszystkim: przecież ja nie jestem wcale uzależniony, mogę nie pić, tylko nie chcę.

Widzę też wyraźnie, że w takim momencie to podświadomość człowieka rozpaczliwie broni się przed zmianą tkwiących w niej przekonań. Wykorzystuje do tego zewnętrzne zjawiska, które nie mają nic wspólnego ze szczęściem. Są tylko iluzją, która nie pozwala nam dostrzegać tego, co naprawdę domaga się uzdrowienia.

Bogusława M. Andrzejewska