Trwałość Reiki

Dzisiaj ważny temat trwałość inicjacji Reiki. Piszę ten artykuł, aby poinformować Was, że każda zrobiona przez mnie inicjacja na pierwszy lub drugi czy trzeci stopień jest na zawsze! Do końca życia. Bez względu na to, czy została zrobiona bezpośrednio czy na odległość. Każda osoba, która dostała ode mnie dyplom poświadczający uzyskanie pierwszego lub drugiego stopnia otrzymała tym samym dożywotnią gwarancję zainicjowania w Reiki. Reiki mamy na zawsze. Przypomnę też, że inicjuje energia, a nie ja sama z siebie. Każdy, kto próbuje Wam moim uczniom powiedzieć, że nie macie inicjacji jest ignorantem lub manipulantem, który chce od Was Waszych pieniędzy za powtórzenie szkolenia u niego (u niej). Moja jednoznaczna sugestia odejdźcie od takiego człowieka jak najdalej, albowiem nie jest uczciwy i nie służy Światłu.

Każdy normalny nauczyciel Reiki inicjuje adepta raz na całe życie. Na tym to polega i nigdy nie wymaga poprawek. Być może są jacyś nauczyciele, którzy mówią, że robią Reiki, ale nie umieją tego zrobić, nie mają uprawnień lub w ogóle robią coś innego. Być może czasem po szkoleniu u kogoś nie czujecie przepływu i macie wątpliwości.  Tak może być. Nie mogę ręczyć za innych, ale ręczę za siebie i za to, co robię. Jeśli ktoś podważa moje inicjacje, to albo jest ignorantem, albo wrogiem Światła i wszystkiego, co nazywamy Dobrem. Nie mam co do tego wątpliwości. Jestem profesjonalna. Pracuję z Reiki od niemal 30 lat. Jeśli moją praktykę podważa ktoś, kto zajmuje się Reiki od paru lat, to… sami sobie odpowiedzcie, co można o tym pomyśleć.

Kocham Reiki. Jest moją wielką pasją i towarzyszy mi każdego dnia. Dlaczego miałabym robić źle coś, co kocham? Dlaczego miałabym zrażać do siebie przyszłych uczniów przez nieprofesjonalne podejście do pracy? Moją reklamą są zadowoleni z moich usług ludzie. Dbam o moich uczniów również dlatego, że przyprowadzają do mnie kolejnych klientów. To proste. Aczkolwiek nikogo do niczego nie przekonuję. W Reiki ważne jest zaufanie i to, co czujecie.

Wiele lat temu pewien mój znajomy po drugim stopniu Reiki zrezygnował z pracy z energią. Pomimo moich protestów zdecydował, że z powodów światopoglądowych nie będzie robił Reiki. Zrobił sobie wielki rytuał z paleniem dyplomu włącznie. Odciął się na wiele sposobów od Reiki. Tak chciał i tak zrobił. Kilka lat później spotkaliśmy się na buddyjskich medytacjach. Prowadził je Oświecony Nauczyciel. „Przypadkiem” jedna z uczestniczek zapytała Nauczyciela o Reiki, a On wypowiedział się o tej metodzie w samych superlatywach, zachęcając dziewczynę do pracy z energią. Mój znajomy to usłyszał. Po namyśle powiedział mi, że w takim razie wraca do pracy z Reiki.

I to co ważne! Nie robił żadnych innych inicjacji – po prostu potarł dłonie i zaczął je przykładać. Po kilku latach przerwy energia popłynęła jakby nigdy nic. Inicjacja jest na zawsze! Na zawsze! Nigdy nie wygasa. Chociaż tylko od Was zależy, czy z niej korzystacie i jak często. Reiki będzie Wam towarzyszyć bez względu na Waszą wiedzę i wiarę.

Zdarza się, że możecie energię czuć słabiej albo mieć wrażenie, że nie płynie. Wszyscy nauczyciele wyraźnie powtarzają: nawet kiedy nic nie czujesz, pamiętaj, że Reiki płynie. Siła odczuwania zależy od wielu czynników. Po pierwsze od osoby, której przekazujemy energię. Czasem pobór jest po prostu delikatny. Po drugie od indywidualnych predyspozycji przekazującego. Każdy z nas jest inny i czuje inaczej. Tam gdzie ja poczuję silne pulsowanie, tam ktoś inny poczuje mrowienie, a jeszcze inna osoba ledwo dostrzegalne ciepło. Każdy odbiera inaczej, warto o tym pamiętać. 

Po trzecie – im częściej robimy zabiegi, tym mocniejsze i dokładniejsze nasze odczucia. Dłonie, które przykładamy są jak radar. Wskazują, co dzieje się w ciele i jak intensywny jest przepływ. To dłonie odnajdują miejsca zablokowane, ale i takie, które szczególnie potrzebują doładowania. Im więcej pracujemy z energią, tym jesteśmy w tym lepsi. Jak wszędzie – praktyka czyni Mistrza. Robiąc codziennie Reiki doszłam do takiej wprawy, że umiałam określić poziom cukru u osoby chorej na cukrzycę, wyłącznie trzymając jej stopy.

Po czwarte i chyba najważniejsze – energia płynie za myślą. Jeśli ktoś nie wierzy w Reiki, czy w jej działanie, to będzie odczuwał przepływ o wiele słabiej niż osoba zakochana w pracy z energią i pełna wiary w pozytywne efekty. Istnieje ważna zasada, aby podchodząc do zabiegu założyć, że będzie wszystko, co najlepsze dla danej osoby. Jeśli stajecie przed ciężko chorym i przychodzi Wam do głowy: „i tak mu nie pomogę, to nie ma sensu”, to odwróćcie się na pięcie i odejdźcie. Robienie zabiegu z takim myśleniem mija się z celem. To strata czasu. Brak wiary i wątpliwości blokują przepływ energii. Warto o tym pamiętać.

Podobnie jak o tym, że to energia uzdrawia. Wiara w dobroczynne działanie energii jest jak wiara w Boga – to Najwyższe Źródło uzdrawia, stawiając na drodze chorego pełnego miłości reikowca. Wiara w działanie Reiki nie ma nic wspólnego z zadufaniem. To nie ja uzdrawiam przykładając ręce. To działa Reiki. Wystarczy wierzyć w Reiki. Nie trzeba wierzyć w człowieka, jeśli nie umiemy sobie samemu zaufać.

Analogicznie rzecz ma się z pomówieniem osoby trzeciej. Jeśli pójdziecie do nieuczciwego manipulanta, a on Wam powie: „nie masz żadnej inicjacji, ja jej nie czuję”, to najgorsze co możecie zrobić – to uwierzyć i zaufać takiej osobie. Automatycznie skreślacie wszystko, czym jesteście i co osiągnęliście. Ponieważ energia płynie za myślą, oczywistym jest, że po takim stwierdzeniu Wasze dłonie będą zimne. Bo przecież już „nie macie Reiki”. Jasne jest też, że jak zrobicie u tej osoby za drobną opłatą kolejną inicjację, to nagle… energia popłynie. Wasza wiara: „teraz już mam znowu” odblokuje przepływ. Pozornie wszystko OK. W praktyce daliście się wykorzystać – nie było żadnej drugiej inicjacji, to Wasze myśli i wiara odblokowały przepływ.

Moc ludzkiego umysłu jest ogromna. Warto o tym pamiętać. Warto też mieć świadomość, że dzieje się dokładnie to, w co wierzycie i o czym myślicie. Szczególnie w obszarze subtelnych energii. To wbrew wszystkiemu potężna moc, którą można wykorzystać do uzdrawiania swojego życia. Ale też do tego, by ufać sobie, by ufać Dobru i nie dawać sobą manipulować.

Na koniec jeszcze słowo o powtarzanych inicjacjach. Nie ma w nich nic złego. Można pójść sobie do innego nauczyciela i jeszcze raz zrobić szkolenie Reiki, jeśli się chce. Powtórzenie inicjacji nikomu nie zaszkodzi – będzie pogłębionym przyjemnym zabiegiem. Jeden z moich przyjaciół był na pierwszym stopniu trzy razy u trzech różnych nauczycieli. Chciał zobaczyć, jak robią to inni, chciał też jak najwięcej się nauczyć. Trzy razy go inicjowano. Oczywiście tą prawdziwą wprowadzającą w energię inicjacją była tylko ta pierwsza, dwie pozostałe były już tylko zabiegiem.

Uważam jednak, że czymś innym jest dobrowolne skorzystanie ze szkolenia oraz z inicjacji u drugiego nauczyciela, a czym innym paskudna złośliwa manipulacja, która ma na celu nieuczciwe wydrenowanie komuś kieszeni. Nauczyciele, którzy oczerniają i krytykują innych nauczycieli budzą mój ogromny sprzeciw. Jedną z pięciu zasad ustalonych przez Mikao Usui jest „Szanuj nauczycieli i ludzi starszych”. Ktoś, kto sam narusza zasady Mikao Usui nie jest wiarygodny. Nie jest godzien nazywać siebie nauczycielem Reiki.

Do mnie też trafiają osoby, które są niezadowolone z poprzedniego szkolenia i chcą powtórzyć inicjację Reiki u mnie. Nigdy nie rozmawiamy o tamtym nauczycielu, nie pytam o nazwisko tamtego mistrza – robię swoje, jakby osoba przyszła na Reiki pierwszy raz. Nie jestem od krytykowania i potępiania. Każdy pracuje tak, jak umie. Czasem robi coś źle – to jego lekcja. Moją rolą jest jak najlepsze zainicjowanie w Reiki, a nie ocenianie kogoś innego.

Pamiętajcie proszę, że tylko mrok zaczyna od oczerniania innych i zasiewania w Was wątpliwości. Światło zawsze wspiera i wzmacnia, sprawia, że czujecie się dumni z siebie i zadowoleni z Waszych wyborów. Uruchamiajcie kompas w swoim sercu i nie dajcie się zwieść ciemnej stronie mocy. Niech Światło zawsze będzie z Wami.

 Bogusława M. Andrzejewska

 

 

Reklamy

Emanacja

Nauczyciele duchowi często opowiadają o oczyszczaniu. Ci mniej duchowi lubią nawet postraszyć oczyszczaniem, aby pokazać wagę i trud wewnętrznej ścieżki, co może zniechęcić tych mniej wytrwałych do różnych duchowych praktyk. Tymczasem oczyszczanie dotyka nas niezależnie od wszystkiego za każdym razem, kiedy pokonujemy kolejny energetyczny stopień. Nie trzeba kończyć kolejnego poziomu Reiki ani wchodzić w skomplikowany proces, by go doświadczyć. To prosty kawałek życia. Taki sam jak deszcz i słońce po deszczu. Po prostu się dzieje.

Po pierwszym burzliwym okresie, w którym dopadają nas trudne emocje albo nawet gorączka czy rozwolnienie, przychodzi etap asymilacji. Kończą się trudne doświadczenia, a zaczyna życie według nowego wzorca. Lubię ten czas. Czuję się wtedy jak dziecko, które poznaje świat na nowo. Postrzegam życie wielowymiarowo, wielobarwnie. Dostrzegam nieznane wcześniej kolory, a w tle wydarzeń widzę przeszłość i przyszłość. To magiczny czas, kiedy moja intuicja wydaje się być absolutnie niezawodna, a wszechświat staje się przejrzysty jak kryształ.

Wydaje mi się, że wiele osób zatrzymuje się na tym etapie, zapominając, że nie on jest celem podróży. Jest tylko wskaźnikiem, jak słupek milowy na drodze do oświecenia. Prawdziwy adept rozwoju podąża z pokorą dalej. Bo jeśli oczyszczanie nie przebiegło prawidłowo, jeśli zaplątaliśmy się w starych emocjach i zwątpieniu, wówczas postrzeganie jest przekrzywione. Stąd tyle pomyłek i błędów u ludzi, którzy uważają się za jasnowidzów.

Potem przychodzi trzeci etap – etap emanacji. Prawidłowo przepracowane oczyszczanie i spokojnie przyjęta asymilacja pozwala wzrosnąć energii serca i otworzyć mocniej czwartą czakrę. Miłość bezwarunkowa wylewa się przez ten najpiękniejszy ze wszystkich portali i wypełnia człowieka na wszystkich poziomach. Wszechświat jak lustro odpowiada miłością, pięknem, harmonią i poukładaniem. Oto cel, ten najważniejszy – pokonanie kolejnego stopnia na drodze do Światła.

Z poziomu ludzkiego największe znaczenie może mieć końcowy efekt lustra. Oczyszczanie prowadzi do manifestacji nowego wzorca w praktyce. To może być dobrobyt, nowa praca, wspaniali przyjaciele, spotkanie miłości, rozwiązanie problemów, wyzdrowienie. Zasady wszechświata działają niezawodnie. Emanacja przyciąga pomyślną zmianę w życiu. Doświadczałam i doświadczam tego setki razy. To się dzieje. To działa.

Z poziomu duchowego jednak to coś o wiele więcej. To kolejna „randka” z Najwyższym Źródłem. Tak to postrzegam, kiedy płynnie przechodzę z etapu asymilacji do emanacji. Moje wewnętrzne Światło osiąga takie ziemskie maksimum, w którym się rozpuszczam. Wszystko, cokolwiek robię, jest rozświetlone. Moje dłonie i oczy lśnią. A to, co jest w zasięgu mroku znika zupełnie z pola widzenia. To jak patrzenie na świat poprzez oczy Boga. Poprzez oczy pełne miłości bezwarunkowej do Wszystkiego Co Jest.

Emanacja. Stan urzeczywistnienia na chwilę tego, czym jest każdy z nas: Miłości i Światła. Stan, który pozwala zrozumieć, po co to wszystko robimy. Stan, który pomaga uwierzyć, że Moc mamy w sobie i zarządzamy nią każdego dnia. Stan, który przypomina nam nasz Boski rodowód. Na chwilę łapiemy w płuca wiatr oświecenia i zachłystujemy się jego miękkością. Nic już nie jest potem takie samo. Pozostaje tylko ogromna tęsknota za tym, co jest naszą prawdziwą istotą.

Paradoksalnie – ten cud bywa niemal niezauważany. Większość ludzi skupia się na pierwszej trudnej fazie oczyszczania. W zależności od rozmiaru niedogodności, ludzie narzekają lub zaciskają zęby i niecierpliwie czekają na koniec. Kiedy wreszcie nastąpi, pojawia się ogromna ulga, która przesłania wszystko inne. Moja praktyka wskazuje, że ludzie w ogóle nie zauważają podziału na trzy etapy – jest „trudne oczyszczanie” i wreszcie koniec, można w spokoju iść dalej.

Energetyczne procesy wykonuje się zwykle w określonym celu – poprawienia finansów, znalezienia partnera, uzdrowienia ciała. To jest ważne, aby zrobione ćwiczenie (zabieg) okazało się skuteczne. Efekt zaprząta niemal całkowicie uwagę człowieka, który testuje, czy już zaczął zarabiać? Czy już mniej boli? Czy wyniki są lepsze? Czy dzisiaj spotkam swoją miłość na ulicy? Zupełnie nie zauważa, że jego dłonie zaczęły lśnić mocnym blaskiem.

Jeszcze inna grupa osób – jak wspomniałam – fascynuje się wyostrzoną częściowo intuicją i zmienioną percepcją, która wydaje się nadawać niemal boskie cechy. Zaplątani w iluzję „wszystkowidzenia i wszystkowiedzenia” także nie zauważają tego, co najważniejsze. Jedni potrzebują tej iluzorycznej mocy, by napełnić sobie jak najszybciej konto. Inni – spełniają swoje marzenie o wielkości. Marzenie wyrosłe na górze kompleksów i braku wiary w siebie. Jak wspaniale jest dla nich spojrzeć z góry na innych i poczuć się „wielkim magiem” lub „jasnowidzącą uzdrowicielką”.

Pilne przestrzeganie zasad rozwoju chroni przed takimi błędami. Doskonałym przykładem jest mój ulubiony buddyzm, w którym bardzo wyraźnie powtarza się, że wszystkie „magiczne” zdolności to tylko potwierdzenia na ścieżce. Co drugi lama z łatwością unosi się w powietrzu, zatrzymuje deszcz, teleportuje przedmioty, a nawet znika z oczu rozmodlonych mnichów. I cóż z tego? Każdy z nich wie, że nie to jest celem wewnętrznej wędrówki. Celem jest najpierw emanacja – przedsionek oświecenia, a potem oświecenie samo w sobie.

Warto wspomnieć, że z definicji emanacja może być niezależna od rozwoju i etapów oczyszczania. To swoiste promieniowanie tym, czym jesteśmy. Jak kwiat wydziela zapach, tak człowiek emanuje sobą. Takim prawdziwym bez żadnych masek i nakładek. W pewien sposób jest to coś harmonijnego z nami, część nas, której w żaden sposób nie można zmienić, przekłamać, czy ukryć. I podobnie jak róża schowana głęboko do kieszeni będzie pachnieć na cały pokój, tak i człowiek będzie emanował sobą, bez względu na wszystkie próby ukrycia tego, kim jest w istocie.

Można emanować mrokiem, nie tylko Światłem. Można emanować agresją, niechęcią, lękiem i bólem. To, co jest w nas najsilniejsze, tym promieniujemy. I znowu porównanie do zapachu będzie tu trafne. Nie tylko kwiat wydziela charakterystyczną woń, wydziela ją także kupka nawozu lub paląca się opona. Wszechświat jest klarowny i czytelny. Wyraźnie pokazuje, co jest czym. I przechytrzył człowieka, który emanuje sobą niezależnie od tego, ile flakonów perfum wyleje na siebie. Emanacja jest obnażeniem prawdy. Na to nikt nie ma wpływu.

Przypomnę w tym miejscu, że każdy jest we właściwym dla siebie punkcie czasoprzestrzeni. Nie ma ludzi złych i dobrych, jednak są tacy, z którymi nam nie po drodze. Być może ktoś, kto oszukuje, kradnie czy znęca się nad słabszymi nadaje na innej częstotliwości niż ja. Ale łatwo go rozpoznać po tym, czym promieniuje. Tak też wybieramy sobie przyjaciół i nauczycieli. Trzeba tylko wyjść poza zamęt umysłu i poczuć na poziomie serca, czy to, czym dana osoba emanuje jest spójne z nami. Jesteśmy różni. Dlatego nasze wybory są rozmaite.

To jednak tylko dygresja, ponieważ najważniejszym zjawiskiem jest dla mnie ta właśnie emanacja – o której pisałam na początku artykułu – będąca trzecim etapem procesu oczyszczania. Warto zwrócić na nią uwagę i poczuć ją mocno w sobie. Nie przegapić tej boskiej chwili zjednoczenia z Najwyższym Źródłem. To ważne i piękne doświadczenie. Powtarza się ono raz po raz w kolejnych stopniach pracy nad sobą i za każdym razem wznosi nas mocniej i wyżej. Pozwala nam dotknąć Wszystkiego Co Jest poprzez uruchomienie bezwarunkowej miłości.

Z duchowego poziomu celem i sensem całego procesu jest właśnie stanie się Prawdziwym Sobą. Boską Pełną Miłości Istotą. Taka jest nasza prawdziwa natura. Dane jest nam tego doświadczać i dotykać. Nie musimy wierzyć „w ciemno”, nie musimy kupować kota w worku. Możemy poczuć Kim W Istocie Jesteśmy po to, by wiedzieć, dokąd zdążamy. Życie ma głęboki sens. Nie jest turlaniem się na oślep po pachnącej trawie. Nie jest też patrzeniem z górskiego szczytu na to, co migocze w dolinie. Jest lśnieniem. Coraz mocniejszym. Każdego dnia z nową siłą wydobywaną z głębi serca. Jest kruszeniem murów i ścian, które blokują dostęp do własnej Mocy. Jest emanacją tym, Czym W Istocie jesteśmy.

Bogusława M. Andrzejewska

Dobrodziejstwa medytacji

Dobrodziejstwa systematycznej medytacji trudno przecenić. Wszyscy wiemy, że jest to ścieżka do spokoju i duchowych odkryć. Ludzie, którzy medytują, poznają moc swojego umysłu i wykraczają poza schematy, nierzadko wytyczając dla siebie pozazmysłowe szlaki. Ich wewnętrzne doświadczenia zapełniają czasem piękne ksiązki o rozwoju i pracy nad sobą. W jakiś sposób widzimy, że takie osoby lśnią tym wyjątkowym blaskiem, który rodzi się z wewnętrznego pokoju.

Medytacja w pewien sposób odmładza nas, ponieważ jest tym dla umysłu, czym ćwiczenia fizyczne dla ciała – treningiem. Kto medytuje, jest sprawny umysłowo do późnego wieku. A co ciekawe medytowanie działa także u dzieci z ADHD, czyli może okazać się świetnym sposobem na poprawę koncentracji w każdym wieku. Pomaga podejmować świadome decyzje. Dyscyplinuje umysł i sprawia, że stajemy się bardziej uważni. Przestajemy działać na autopilocie.

Badania naukowe dowodzą, że w wyniku systematycznej medytacji zwiększa się ilość szarych komórek w mózgu. Efekty zaobserwowano juz po 8 tygodniach. Ponadto badacze stwierdzili, że zwiększa się także ilość połączeń neuronowych. To być może wyjaśnia, dlaczego medytacja gwarantuje nam sprawny intelekt do późnych lat i generalnie jest metodą pomagającą utrzymać zdrowie umysłowe.

Moim zdaniem najcenniejszym efektem regularnej medytacji jest zmniejszenie stresu. Sama doświadczyłam już wiele lat temu, że wystarczą mi dwa tygodnie medytacji, aby negatywne emocje całkiem się wyciszyły. Nabieram dystansu do świata i nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Potwierdzają to także naukowe badania – medytacja uczy spokoju, obniża ciśnienie, zmniejsza ryzyko zawału, a ponadto zmniejsza uczucie bólu.

Jeśli spojrzymy przez pryzmat psychosomatyki, to zobaczymy rzecz oczywistą: dystans do świata i zmniejszenie negatywnych emocji jest najlepszym sposobem uzdrawiania. Przyjmując, że każde schorzenie bierze się z trudnych emocji, medytacja nie tylko zapobiega powstawaniu chorób, ale ma też szansę stać się jednym z wielu sposobów na zdrowienie. Na chwilę obecną medycyna nie odnotowała jeszcze wyleczenia ciała i jego organów z pomocą samej medytacji, ale tu i tam pojawiają się informacje o pojedynczych przypadkach, kiedy to właśnie medytacja okazała się punktem zwrotnym w powrocie do zdrowia.

Na poziomie psychologicznym juz doceniamy ten mechanizm. Zaobserwowano i uznano leczącą moc medytacji w przypadku stresu pourazowego i napięcia przedmiesiączkowego. Zauważono, że pomaga ona w stanach lękowych, oczyszczając z obaw i zwiększając spokój. Co za tym idzie – poprzez zmniejszanie napięcia lękowego medytacja zapobiega depresji. Każdy szpital kliniczny w USA prowadzi obecnie sesje mindfullness (trening uważności), ponieważ traktuje się tę metodę, jako formę leczniczą. Eksperymentalnie dowiedziono też pozytywnego wpływu medytacji na geny.

Jednym z ważnych dla nas czynników jest fakt, że medytacja poprawia nastrój. Nie tylko wycisza i wyłącza negatywne emocje, ale też podnosi poziom energii. Pozytywne nastawienie do świata to cześć prosperującej świadomości. To wspaniały stan, nie do przecenienia. Zwróćmy uwagę, że kiedy nasze myśli są piękne i dobre, to tworzą dla nas doskonałe zdrowie i przyjemną rzeczywistość, obfitująca w pomyślne wydarzenia. Jeśli zatem medytacja jest narzędziem, które wyrabia w nas nawyk właściwego myślenia, jest także sposobem na szczęśliwe życie.

 Bogusława M. Andrzejewska

Święta przestrzeń

Kiedyś, dawno temu oglądałam rysunkowy żart, na którym ktoś umieścił mnóstwo gadżetów do medytacji. Była tam mata, były kryształy, była świeca i sprzęt z muzyką. Leżało poskładane specjalne ubranie i stały posążki z bóstwami. Obok w specjalnie zaprojektowanej fontannie w stylu zen chlupotała woda. Nie było tam tylko medytującego człowieka. Długo kontemplowałam ten rysunek, by zrozumieć, gdzie zaczyna się przerost formy nad treścią. Dzisiaj mogę Wam powiedzieć: w umyśle.

Dopóki czegokolwiek potrzebujemy do medytacji, wszystko jest zbędne, a nasza medytacja nie jest prawdziwa. Jeśli nie umiemy medytować bez swojej ulubionej muzyki albo bez maty, albo bez kamieni czy świecy, to warto jeszcze raz podejść do nauki medytacji i poszukać takiej opcji, która napełni nas światłem bez żadnych dodatków z zewnątrz. Medytacja jest procesem w nas. W środku. Nie potrzebuje niczego z zewnątrz.

W pewien sposób nie potrzebujemy nawet ciszy. Prawdziwie medytujący umysł umie wyłączyć się ze wszystkiego, co go otacza. Nawet na środku chodnika ruchliwej ulicy w centrum miasta. Ale to nie oznacza, że tam mamy medytować. To byłoby specyficzne wyzwanie. Możemy wybrać sobie taki czas i takie miejsce, gdzie jest w miarę spokojnie, pamiętając, że nawet na łonie przyrody życie buzuje w całej okazałości. Biegają mrówki, skaczą wiewiórki, a ptaki strącają na nasze głowy kawałki listków i kory. Nie ma idealnej ciszy nigdzie. Chyba tylko floating zapewnia nam całkowite odcięcie od otaczającego świata. Sensem medytacji jest odnalezienie tej ciszy w sobie, bez wielkiej pomocy z zewnątrz. Ale malutka pomoc jest wskazana. Taka, jak np. zamknięty pokój i wyłączona komórka. Może jeszcze trochę relaksacyjnej muzyki, która zagłuszy gwar dochodzący z ulicy?

Tworzenie świętej przestrzeni nie jest budowaniem uwarunkowania, warto o tym pamiętać. Święta przestrzeń ma na celu oczyścić i podnieść nam energię. Bez wątpienia jest to ułatwienie, szczególnie dla tych, którzy medytują od niedawna. Dzięki zbudowaniu świętej przestrzeni szybciej podnosimy wibracje, łatwiej wyciszamy umysł i lepiej się czujemy. Moja święta przestrzeń jest miejscem, w którym przebywam przez cały czas, kiedy jestem w domu. Co jest o tyle ważne, że ja też w domu pracuję, a moja praca jest mocno oparta na wysokich wibracjach.

Dla niektórych nieodzownym elementem medytacyjnego pokoju jest ołtarzyk. A nawet ołtarz. Widziałam u kogoś takie właśnie dzieło sztuki zajmujące całą ścianę. Jeśli człowiek tak czuje, to tak wybiera. Jakkolwiek nazwie swoje święte gadżety, są one akumulatorami energii jego modlitw. Są czymś, co kocha i na co chce stale patrzeć. Bo zwróćmy proszę uwagę na jedną istotną rzecz: otaczamy się tym, co nam bliskie, a to co nam najbliższe i najważniejsze układamy na ołtarzu. Zawsze tak było. Od wieków, niezależnie od kultury i religii. Robimy to podświadomie.

I co ciekawe – każdy wyobraża sobie teraz posągi bóstw i magiczne kryształy, tymczasem bywa, że na ołtarzu w domu stoi… telewizor. Nazywa się to regałem lub szafką, ale umiejscowienie, rytuały, szacunek, częstotliwość zakochanego spojrzenia nie pozostawia wątpliwości – to ołtarz. Zatem wszyscy mamy w domu ołtarze i stawiamy na nich to, co dla nas istotne. Nie ma rzeczy lepszych i gorszych. To, czym jeden gardzi, dla drugiego może być sacrum. To my sami suwerennie wybieramy sobie nasze świętości.

Jednak święta przestrzeń, o której tu opowiadam, to nie sam ołtarz, lecz pomieszczenie lub jakiś jego wydzielony kawałek, w którym szczególnie dbamy o podniesienie energii. Ołtarz nie jest wcale konieczny, wystarczy półeczka, kącik, kawałek biurka. Bardzo często są to miejsca, w których trzymamy swoje cenne książki o duchowości lub karty anielskie. A warto pamiętać, że takie Karty Aniołów same w sobie mają piękną energię, którą przecież zabarwiają wnętrze. Znam też kilka świetnych tytułów, które niosą dobrą energię. Zatem na te elementy warto zwrócić uwagę.

Zaczynamy od aranżacji, w której wykorzystujemy wysokowibracyjne przedmioty. Jest ich tak dużo, że trudno wszystkie tutaj wyliczyć. Z całą pewnością będą to kryształy i kamienie szlachetne, odpowiednio oczyszczone i dobrane. Następnie figurki Aniołów lub bóstw czy manifestacji, które są nam bliskie. U jednej osoby to może być Mahakala, u innej Tańczący Sziwa, a jeszcze u innej Jednorożec lub Smok. Wbrew temu, co mogą sądzić osoby postronne, to nie oznacza, że modlimy się do figurek. Ich obecność po prostu podnosi energię. Uważam też, że wnosi określoną jakość do pomieszczenia. Sugeruję, by osoba, która nie wie, kim jest np. Strażnik Dharmy, nie stawiała jego figury tylko dlatego, że wygląda modnie i oryginalnie. Warto być spójnym energetycznie i trzymać się swojej linii duchowej także w wystroju wnętrza.

Ciekawym elementem są wzory świętej geometrii. Są niezwykle mocne i dostępne w tysiącach rozmaitych form – od obrazów, przez biżuterię, do świeczników i podstawek pod kadzidła. Tutaj też warto wybierać to, co jest spójne z naszą duchową linią. Mówimy tu trochę o czymś takim jak Feng Shui – aranżacja przestrzeni działa na podświadomość. O ile kwiat lotosu czy symbol OM wydają się być uniwersalne, o tyle wadżra czy oryginalny zapis jakiejś buddyjskiej mantry już niekoniecznie. Mogą w podświadomości budzić lęk czy niepewność. W świętej przestrzeni powinno znaleźć się tylko to, co jest bliskie sercu i daje poczucie bezpieczeństwa czy boskiej lub kosmicznej opieki. Bo taki jest sens tego miejsca.

Warto zwrócić uwagę na obrazy energetyczne. Jest ich obecnie mnóstwo, ponieważ ludzie otwierają się na swoje wewnętrzne piękno i zaczynają bez obaw wyrażać siebie twórczo. Istnieje mnóstwo pięknych malowanych Aniołów, mandal i bajecznie kolorowych abstrakcji. Pisałam już o tym, że nie każdy obraz, który autor nazywa energetycznym, jest takim w istocie. Ale to nam ma się podobać. Jeśli zachwyca albo wycisza, jeśli dodaje energii i oczy lecą ku niemu z radością – to dobry obraz. Nic więcej nie trzeba. Taki obraz fantastycznie rozświetli przestrzeń.

Ciekawą opcją mogą być zapachy, jeśli korzystamy z tej przestrzeni sami. Jeśli natomiast urządzamy ją na spotkanie w grupie, na jakieś medytacyjne zajęcia, należy uważać. Bardzo lubię kadzidła, ale w istocie rzadko korzystam. Wiedząc, że inne osoby mogą ich nie tolerować, przestawiłam się na aromaterapię i olejki. Tutaj niestety też spotkałam się z negatywną reakcją osób, które były u mnie gośćmi. Stosuję zatem olejki tylko sama dla siebie. Częściej korzystam natomiast ze świec zapachowych i świeżych kwiatów. Ich delikatny aromat nikogo nie drażni.

Kolejny ważny element to oczyszczanie. Można okadzić białą szałwią lub czymś innym, co nam odpowiada. Można przejść się po pokoju grając na misie tybetańskiej. Można zrobić Reiki w intencji oczyszczenia. Można wypełnić pomieszczenie Fioletowym Płomieniem. Metod jest sporo. Na koniec dobrze jest zapalić świecę, ponieważ ogień wchłania i spala emocje, a przynosi radość. Dlatego też na wszystkich ołtarzach znajdują się rozmaite świeczniki. To taki najbardziej konieczny element wyposażenia świętej przestrzeni. Często mówię, że nic tak naprawdę nie trzeba – żadnych kryształów, muzyki, posążków. Ale trzeba zapalić bodaj zwykłą świeczkę na zwykłym talerzyku. W czasie medytacji, modlitwy, czy praktyki duchowej ogień powinien się palić.

Wyjątkiem jest oczywiście natura. Kiedy siedzimy pod drzewem czy na łące, nie potrzebujemy żadnego ognia. Natura jest czysta i potężna w swej istocie. Na bieżąco oczyszcza wszystko, co tylko się pojawia w naszych emocjach, w naszej aurze. To najlepsze miejsce, jakie można sobie wymarzyć na medytację. Myślę, że każdy doskonale wie to, co teraz chcę tutaj napisać – natura to najświętsza przestrzeń sama w sobie. Niczego nie potrzebuje, poza naszą miłością, dbałością i szacunkiem.

Kiedy jednak wykonujemy praktyki pod dachem, we własnym domu, gabinecie, salce do ćwiczeń, warto po oczyszczeniu napełnić to miejsce dobrą energią. Do tego można wykorzystać te same metody, które działają oczyszczająco: gra na misie, modlitwa, Reiki. Można poustawiać misy z kryształami w różnych miejscach pokoju i uruchomić deszcz energii. Pamiętajmy jednak, że przestrzeń zostanie i tak napełniona energią naszych praktyk i medytacji, jeśli po prostu będziemy je często robić. To działa najsilniej. Czy możecie sobie wyobrazić, że po pięciu dniach codziennego wykonywania zabiegu Reiki w szpitalnej sali wypełniłam tę salę energia jak akumulator? Pomimo że zabieg robiłam tylko przez godzinę dziennie, a szpital ma fatalną energetykę – ta jedna sala świeciła jak sanktuarium, a ludzie w niej leżący wracali do zdrowia szybciej, niż spodziewali się lekarze.

Moc jest w nas. Święta przestrzeń to celebracja naszych duchowych wartości i otaczanie się pięknem. To ukojenie dla naszych oczu i wzmocnienie dla serca. To energetyczne doładowanie, która ułatwia wyciszenie rozszczebiotanego umysłu. To przyciąganie dobrych energii i dostrajanie podświadomości do tego, co dla nas szczególnie ważne. W świętej przestrzeni Anioły otaczają nas skrzydłami, zanim je zawołamy, a pozytywne wibracje układają się miękko na naszym sercu.

 Bogusława M. Andrzejewska

Zmysły

Rozwój wewnętrzny kojarzy się zwykle z postrzeganiem pozazmysłowym. Kiedy decydujemy się na pracę nad sobą, próbujemy się odciąć od zewnętrznego świata i skupić na emocjach, medytacji, wejściu w głąb siebie. Czasem zmysłowość jest postrzegana wręcz jako coś złego, co utrudnia rozwój, ponieważ zatrzymuje nas na przyjemnościach. Tymczasem prawdziwe wzrastanie polega moim zdaniem na połączeniu wewnętrznego z zewnętrznym. Zmysły są oknami, przez które dusza łączy się z materialnym światem, by dokonywać suwerennych wyborów.

Żyjemy w świecie do cna fizycznym. Fizyczne są nasze ciała, ziemia, po której stąpamy, chleb, który jemy, kwiaty, które wąchamy i różańce, których paciorki przesuwamy w czasie modlitwy. To oznacza, że materia jest nam do czegoś potrzebna i z całą pewnością nie jest wynalazkiem ciemnej strony mocy, która chciałaby nas odciągnąć od Światła. Pisałam już o tym, że tylko poprzez fizyczność możemy rozwijać swoją duchową moc, ponieważ to ona wymaga największej siły kreacji. Wcielamy się na tej planecie, by skonfrontować się z niesłychanie opornym tworzywem, które jednak miękko poddaje się, kiedy maksymalnie podniesiemy swoje wibracje. Jak dla mnie genialne!

Najwyraźniej widać to na przykładzie zdrowia. Nasze ciała szwankują, kiedy jesteśmy w stresie, nie wybaczamy, tłumimy złość i żal. Zdrowieją natomiast, kiedy wypełniamy wszystkie komórki bezwarunkową miłością. Nasze tkanki to najczulszy kompas, który pokazuje nam, jak żyć. Nam pozostaje tylko nauczyć się mądrze zarządzać emocjami i podnosić systematycznie swoje wibracje. W teorii to bardzo proste i spójne. Ciało uczy nas wychodzenia poza emocje i uwalniania się od żalu, złości, zazdrości czy rozpaczy. Uczy nas ponadto podążania za radością i zachwytem. I to już rola zmysłów.

Wzrok to podstawowe narzędzia do odkrywania piękna. Wzruszające widoki, pejzaże, kolory, obrazy podnoszą naszą częstotliwość. Jeśli przejdziemy od poruszenia do zachwytu, zaczynamy proces uzdrawiania. Według autora „Niebiańskiej przepowiedni” osiągamy wówczas moc stwarzania światów, czynienia widzialnego niewidzialnym, zmieniania rzeczywistości. W pewien sposób każde uzdrawianie jest transformacją, jeśli zmienia chore komórki na tkankę działającą harmonijnie. Działa tu indywidualna wrażliwość, ale każdy z nas ma swoje obszary, w których odnajduje piękno. Lubię wieczorem oglądać ładne grafiki. Mam ich pełno na Pintereście. Przynoszą mi kolorowe, dobre sny i odczuwalnie podnoszą nastrój. Ktoś inny wspina się na górskie szczyty, maluje lub żegluje, aby oglądać to, co kocha najbardziej.

Jest takie miejsce na Ziemi, które wywołuje we mnie najwyższy zachwyt Thira na Santorini i widok na kalderę wtedy, kiedy słońce góruje na niebie. Promienie słoneczne wyzłacają morze, które wygląda jak płynny kruszec. Być może to moje indywidualne połączenie z Atlantydą lub wspomnienie odległych wcieleń… Jednak ten właśnie obraz wyciska mi z oczu łzy wzruszenia i zachwyca bardziej niż słynne zachody słońca na wyspie. Każdy z nas ma takie miejsce, w którym może naładować swój wewnętrzny akumulator, by potem przywołując wspomnienie podnosić swoje wibracje.

Słuch przynosi nam równie cudowne doznania. Jednym z najpiękniejszych dźwięków, który natychmiast podnosi mi energię jest śpiew ptaków. A oprócz tego mamy jeszcze szmer strumyka lub morskich fal, mruczenie kota, stukot kropli deszczu, śpiewy delfinów i wielorybów oraz setki innych głosów natury. A wreszcie to, co działa najbardziej potężnie: muzyka, która może nas uzdrawiać. Znam ludzi, którzy nie wyobrażają sobie dnia bez muzyki i stale maja włączone radio lub chodzą ze słuchawkami w uszach. To, czego słuchają wpływa na nich i na ich ciało. Spotkałam i takie dźwięki, które niszczą i szkodzą. Jednak nie specjalizuję się w tej tematyce na tyle, by Wam to opisać. Bez wątpienia są różne rodzaje muzyki. Niektóre utwory nas wyciszają, inne ożywiają, inne poprawiają humor, a jeszcze inne po prostu drażnią i denerwują.

Na szczególną uwagę zasługują misy tybetańskie oraz dzwonki wietrzne, ale poza tym istnieje mnóstwo innych bezcennych dla zdrowia i podnoszenia wibracji instrumentów. Bardzo bliskie jest mi didgeridoo – czuję je w każdej komórce ciała chociaż przyznaję nigdy nie próbowałam na tym grać, szanując zasadę Aborygenów, od których ten instrument się wywodzi. Wystarczy, że słucham. Polecam też słuchanie gry na handpanie, ale domyślam się, że nie każdemu musi się podobać.

Węch i smak kojarzy się głównie z dogadzaniem sobie jedzeniem. Jednak i w tej prostej przyjemności widzę piękną ścieżkę rozwoju. Jeśli przyjmiemy, że celem jest osiągnięcie harmonii, to pyszne potrawy uczą nas co najmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze zachwytu smakiem i zapachem, takiego zachwytu, który podnosi nam energię. Po drugie uczą nas umiarkowania, tworzenia równowagi pomiędzy zaspokojeniem głodu a obżarstwem. Dodam też, że proste codzienne przyjemności są bardzo ciekawą ścieżką, pomagającą utrzymać poziom wibracji. Post, chociaż czasem dobroczynny dla zdrowia, niekoniecznie jest korzystny dla duchowego wzrastania. Wyrzeczenie i poświęcanie się nie jest moim zdaniem niczym właściwym. Chociaż może spełnić rolę jakiegoś wybranego świadomie wyzwania.

Węch i smak mogą uczyć nas wdzięczności za to, co jemy lub za to, co możemy powąchać. Zapachy ponadto także sublimują energię. Swego czasu intensywnie zajmowałam się aromaterapią i zdumiewał mnie bardzo wpływ tej metody na nasze postrzeganie świata, emocje i nawet stan fizyczny. Zapach róży łagodzi ucisk na sercu, a lawenda uśmierza ból głowy. Jaśmin rozwija łagodność, a Ylang Ylang zachęca do erotycznego doświadczenia. Zatem zapach działa na nas o wiele mocniej niż nam się wydaje i wcale nie ogranicza się tylko do jedzenia. Aromaterapia jest wykorzystywana podczas medytacji i podróży pozazmysłowych, chociaż… z użyciem zmysłu zapachu. Niezaprzeczalnie.

Dotyk także może nam przynieść zachwyt. Lubimy czasem sprawdzić palcami miękkość tkaniny, gładkość płatka róży czy jedwabistość choćby własnych włosów. Z całą pewnością nie jestem jedyną osobą, która w ten sposób wybiera ubrania: najpierw kolory, a potem dotykanie. Lubię też dotykać innych przedmiotów. A wreszcie także ludzi przez przytulanie. Zamknięcie w ciepłym uścisku ramion to przecież uruchomienie tego właśnie zmysłu. Bardzo lubię i uważam, że popularne „misiaczki” nie są przereklamowane. Czasem mówią więcej niż słowa, aczkolwiek wiem i widzę, że nie każdy docenia tego typu rodzaj dotyku. Jesteśmy po prostu różni.

Zmysł ten jako pieszczota najważniejszy w erotyce, jest pięknym portalem do najwznioślejszych doznań. Seks może być prawdziwym misterium, jeśli połączymy go z uczuciem i uruchomimy w tym procesie wszystkie energetyczne centra. W moim doświadczeniu seks łączy wszystkie zmysły i przenosi nas na inne poziomy istnienia, jeśli pozwolimy sobie podnieść własną częstotliwość. Nie odkrywam tu niczego nowego. Hinduska tantra już dawno rozwinęła taką wiedzę. Jest wiele szkół, które pozwalają poprzez seks zbliżyć się do oświecenia. Podczas orgazmu wyzwalana jest niesamowita energia, która poprowadzona  świadomie zabarwia nas ogromną mocą. I nie zmieni tego faktu zjawisko nadużyć w tym obszarze.

Rzecz jasna są ludzie, którzy nadużywają nie tylko seksu, ale i pozostałych zmysłów, jednak każdy nadmiar i każde krzywe lustro wyrasta z ciemnej strony mocy, by coś ośmieszyć. A to nie zmienia faktu, że zmysły odgrywają ogromną rolę w naszym wewnętrznym wzrastaniu, ponieważ pozwalają nam odbierać świat i odnosić się do niego w swoim doświadczaniu.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 11

Nauczyciel jogi czy medytacji pracuje i zarabia tak samo jak piekarz czy szewc. Różnica polega na tym, że piekarzom i szewcom ludzie płacą bez oporów, a duchowy nauczyciel wydaje się utkany z mgły  nie musi wiec jeść ani opłacać rachunków. Tymczasem ciągle jeszcze niewielu wśród nas odżywia się Światłem. A w polskim klimacie mieszkać pod chmurką raczej byłoby trudno. Dlatego Nauczyciel Duchowy pobiera opłaty za szkolenia, analizy, konsultacje. I nie należy go za to potępiać, oczekując, że skoro Duchowy, to da nam wszystko za darmo.

Uczestniczyłam w wielu szkoleniach buddyjskich urzeczywistnionych nauczycieli. Za każdym razem wnosiłam opłaty za miejsce, za jedzenie, ale i dla nauczyciela, który też jadł i korzystał z linii lotniczych, aby do nas dotrzeć. Przy inicjowaniu w nowe praktyki tradycją jest dawanie nauczycielowi prezentów. Jasna sprawa, że niezamożne osoby zrywały garść malin i wręczały bukiet kwiatów. Ale większość z nas ofiarowywała to, co uważała za wartościowe, ponieważ to, co dostawaliśmy też było wartościowe. Ja najczęściej dawałam kamienie  kryształowe piramidki, duże ametysty o dwóch wierzchołkach, pięknie rzeźbione bursztyny. Jednak inni często dawali po prostu pieniądze.

Ustalenie ceny jest komfortowe dla każdego. Zamawiający usługę nie musi się martwić o to, ile powinien dać i czy nie dał za mało. Jest też pomocne w ustaleniu gotowości energetycznej, tworząc naturalny próg. A wreszcie pomaga też podjąć decyzję. Bo nawet jeśli coś wydaje nam się za drogie, to jest to informacja nie tylko o świadomości ubóstwa, nad którą warto popracować, ale także o tym, że to akurat nie jest dla nas najlepsze na ten moment.

Odłączanie pieniędzy od duchowego rozwoju i twierdzenie, jakoby duchowość nie miała nic wspólnego z finansami jest ignorancją. Zeszliśmy na fizyczną planetę właśnie po to, aby nauczyć się rozumieć materie i tą materią władać. Prawdziwy Duchowy Nauczyciel traktuje pieniądze w sposób równie naturalny jak jabłko, krzesło, chmury na niebie czy obraz wiszący na ścianie. Korzystanie z pieniędzy jest dla niego równie normalne i oczywiste jak oddychanie. Czyli  podkreślę na wszelki wypadek  nie skupia się zanadto na zarabianiu i pieniądze nie są dla niego celem życia. Podobnie jak krzesło czy chmury nie znaczą dla nas więcej niż znaczą. Ale traktuje je z szacunkiem i miłością, podobnie jak traktujemy jabłka, drzewa czy słońce na niebie. Największym błędem rzekomego przebudzenia jest traktowanie pieniędzy jako czegoś gorszego… A nie istnieją energie gorsze czy niegodne.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że każdy  dokładnie każdy z nas  ma dostęp do obfitości i bogactwa. Ono nie jest czymś na zewnątrz, co trzeba sobie wydrapać albo o co trzeba walczyć. Bogactwo jest naszą prawdziwą naturą. Tak samo jak zdrowie. Oznacza to, że mając w sobie harmonię i będąc połączonym z Najwyższym Źródłem mamy dostęp do tego, czego pragniemy. Duchowy Nauczyciel wie o tym, że dostęp do pieniędzy nie różni się niczym od dostępu do powietrza, którym chcemy oddychać. Jeśli się dusimy, to należy to uzdrowić w sobie i poprzez miłość bezwarunkową odbudować harmonię, która pozwoli zaczerpnąć głęboki oddech. Dlatego Mistrz Duchowy oczekuje zapłaty za swoją pracę wiedząc, że obfitość finansowa nie jest niczym trudnym czy niedostępnym dla człowieka.

Dotyczy to również naszego materialnego ciała, które mamy nauczyć się uzdrawiać z pomocą duchowych umiejętności. Po to zeszliśmy na Ziemię, by rozwijać Moc uzdrawiania miłością bezwarunkową. Mamy w sobie wszystko, by nigdy nie chorować, ale i cały zestaw niezbędny do naprawiania ciała. Paradoksalne jest przy tym to, że ludzie tak młodo umierają na różne schorzenia. To pokazuje, jak bardzo zaniedbaliśmy rozwój i to właśnie najpilniejszy temat do prawdziwego wzrastania. Na już. Nie siedzenie w kwiecie lotosu, nie teorie spiskowe, nie kombinowanie, jakie są rodzaje dusz (egregorów, monad…), tylko uzdrawianie tu i teraz  w tych okolicznościach, które zostały nam dane przez duszę.

Zeszliśmy na Ziemię, by w warunkach skrajnego survivalu rozwijać moce, które pielęgnują boskość w nas. By nie zapominać Kim W Istocie Jesteśmy i że możemy wszystko, czego pragniemy. Że naszą prawdziwą naturą jest siła stwórcza. Celem życia jest  powrót do naturalnej wrodzonej, boskiej Doskonałości, w której możemy wszystko z pomocą świetlistej mocy bezwarunkowej miłości. I przeraża mnie, kiedy ludzie uciekają od tego, szukając winnych swoich problemów na zewnątrz.

Gdybym chciała posłużyć się metaforą survivalu, to naszym zadaniem jest zachować w tej trudnej podróży klasę, uczciwość i człowieczeństwo, by nie zjadać siebie nawzajem, tylko podawać sobie ręce na najtrudniejszych odcinkach. Mamy też być świadomi, że spokojnie poradzimy sobie z każdą przeszkodą, bo posiadamy w sobie wystarczająco dużo wiedzy i zdolności, by dotrzeć do celu zwycięsko. Stare dusze są po to, by użyczać opracowanych wcześniej map. Młode po to, by z szacunkiem z tych map korzystać, bez pyskowania w stylu: „ja wiem lepiej”. I największym wrogiem przebudzenia są pseudoezoterycy, którzy podważają wszystkie mapy i pomstują na to, że ktoś wymyślił błoto i każda stroma ścieżka to dla nich spisek obcych, którzy chcą nas zjeść. A mapy starych dusz to dla nich kłamstwo wiodące w przepaść…

To, co zaprawdę warto i co gorąco polecam, to nauczyć się rozpoznawać mądre, stare dusze, które chętnie użyczają swoich map. Czasem trzeba im za to zapłacić, a czasem wystarczy rozmowa, innym razem można przeczytać za darmo artykuł lub mądrą książkę. Lecz  jak pisałam w innym miejscu  lektury są dobre i niedobre. Są takie, które wiodą na manowce, a poznamy je po tym, że pozbawiają nas radości i nadziei. Ale są i takie, przy czytaniu których rosną nam skrzydła i odkrywamy naszą boską Moc. Jeśli książka powoduje wzrost energii i wiary w siebie, to jest właściwym przewodnikiem w rozwoju. Proste, prawda?

Bogusława M. Andrzejewska

Złe lektury

Duchowe nauki powtarzają często: mów tylko dobre słowa, przebywaj z dobrymi ludźmi, czytaj tylko dobre książki. Jeśli pilnujemy, by czerpać wyłącznie z czystego źródła, pełnego Światła i miłości, wówczas otaczamy się najlepszą energią. Wzrastamy. Rozwijamy się wewnętrznie w najlepszy dla siebie sposób. Niektóre książki i strony są pisane właśnie po to, by wspierać człowieka. Działają jak wspaniałe pozytywne akumulatory.

Nie ukrywam, że staram się tak właśnie tworzyć. Pilnuję energii i nawet wtedy, kiedy wypowiadam się krytycznie, próbuję odnaleźć też w sobie dobro, miłość i zrozumienie, aby napełnić słowa dobrą energią. Tak też maluję obrazy. Tak też piszę poradniki, aby napełnić je mocą uzdrawiania. Ale dzisiaj nie o reklamie mojej twórczości. Dzisiaj kilka słów przestrogi z nadzieją, że być może ktoś zwróci na nie uwagę.

Wczoraj dostałam maila od mojej przyjaciółki – mądrej osoby o dobrym sercu, która od wielu lat interesuje się rozwojem i kiedyś prowadziła terapię dla innych ludzi. List rozpaczliwie smutny. List pełen bełkotliwych cytatów o bezsensie życia. Nie pierwszy taki list od niej. Co jakiś czas moja przyjaciółka rzuca się na wydawane w setkach egzemplarzy modne książki napisane przez autorów-frustratów i podważające całą radość życia. Potem dzieli się ze mną tym, co wyczytała i niemal zawsze konkluduje: „widzisz, ten zły świat jest pułapką, jesteśmy tylko skafandrami (niewolnikami, cieniami, ofiarami, przegranymi, sobowtórami pozbawionymi mocy….itp.). To całe prawo przyciągania to bzdury i manipulacje”.

Niezmiennie budzi to mój gniew. Nie na przyjaciółkę, tylko na moją własną bezsilność. Czasem też trochę na ludzi, którzy piszą takie straszne książki! Oczywiście nikt nikogo nie zmusza do czytania tego paskudztwa, ale to tak samo jak z paleniem papierosów. Nikt nikogo nie zmusza do palenia, jednak gdyby nie hodowano tytoniu i nie produkowano papierosów, problem by nie istniał, prawda? Oczywiście rozumiem, że żyjemy w świecie wyboru i obok piękna, staje brzydota. Obok życzliwych ludzi – cyniczni dranie. Obok dobrych, wartościowych książek –paskudne zżerające energię lektury. Wszystko po to, byśmy nauczyli się wybierać właściwie, pokazując, Kim W Istocie jesteśmy. Rozumiem i gniew opada.

Moja przyjaciółka ma wolną wolę. Nie chce czytać o radości i miłości, woli szukać dla siebie potwierdzeń negatywnych. Ma smutne nieudane życie i nie chce tego zmienić. Z jakiegoś powodu nie chce i już. A ja nie mogę jej zmusić. W tym smutnym życiu próbuje samą siebie przekonać, że jest jej źle nie dlatego, że czegoś zaniedbała, nie zrobiła, nie zmieniła, tylko dlatego, że tak musi być. W kolejnych listach cytuje mi różnych autorów – takich, których ja nie czytam, bo ich książki mnie odrzucają. Mam ten dar, że czuję energię i nie czytam pozycji nawet najmodniejszej, kiedy wylewa się z niej szary dym. Czytam tylko to, z czego płynie Białe Światło. Moja przyjaciółka nie słucha mnie w tym względzie i czyta głównie to, co smutne, szare i złe. W takich lekturach znajduje potwierdzenie, że życie jest bez sensu. Że jej cierpienie jest winą obcych (złego boga, demonów, jaszczurów, obcych). Ostatnio napisała, że wszystko jest z góry przesądzone, na nic nie mamy wpływu, a wolna wola to iluzja. Zapewne daje jej to poczucie pewnej ulgi…

Z wielką satysfakcją cytuje mi fragmenty, które zaprzeczają Światłu, Dobru i Mocy. I nie robi tego z zazdrości czy braku szacunku do mnie. Nie czyta przecież mojej strony, podobnie jak inne moje przyjaciółki. Nigdy nie jesteśmy prorokiem dla najbliższych i ja nigdy nie będę dla niej autorytetem. Z pobłażliwym uśmiechem słucha, kiedy mówię jej o kolejnych uzdrowionych osobach, o nowych skutecznych metodach, o tym, że jestem szczęśliwa. Ożywia się dopiero wtedy, kiedy w moim życiu pojawia się jakiś kłopot. „O widzisz – mówi do mnie ze współczuciem –”życie jest złe, ludzie okropni… Och, pomyśl, jak by się z tego piekła wywinąć wreszcie”.

Czytane przez nią niewłaściwe lektury zasilają w niej to, co jej nie służy. Pomimo że zmienia poglądy i nie przywiązuje się do jednej hipotezy czy teorii spiskowej, to w gruncie rzeczy wymienia jeden smutek na inny i jednego frustrata na innego. Frustrat to autor, który nie odnalazł w życiu szczęścia. To ktoś, kto nie umie lub nie chce pracować nad sobą i uzdrawiać tego, co można uzdrowić, by być szczęśliwym. Wymyśla wówczas teorię, która uzasadnia jego porażkę i przerzuca odpowiedzialność na kogoś lub coś innego. To może być rząd, to może być mafia albo zły bóg, albo brak boga, albo kosmici… Takie wymyślanie dziwacznych hipotez to naturalny proces psychologiczny nazywany fachowo racjonalizacją.

W ten sposób powstają złe lektury. Bardzo złe! To okropne książki, które zabierają nam energię, pozbawiają siły, wysysają resztki radości. A na dodatek – co najbardziej przerażające – utwierdzają czytelnika w przekonaniu, że nic nie zależy od niego. Że jest tylko nieszczęśliwym liściem niesionym przez wiatr od cierpienia do cierpienia. I jedyne, o co powinien zabiegać, to szybka śmierć. Nie powinniśmy ich czytać pod żadnym pozorem! Są szkodliwe. Moja przyjaciółka jest – na własne życzenie oczywiście – ofiarą takich książek. I nie ona jedna. Ludzie łykają takie negatywne treści jak żabę, bo to uwalnia ich od odpowiedzialności za własne życie.

Opisuję to zjawisko, bo wiele osób postępuje tak samo. Widzę na portalach społecznościowych, jak moi znajomi chwalą się nowo zakupionym modnym tytułem, z którego wypływa szara maź złej energii. A przecież nie mogę pod takim zdjęciem napisać: „nie czytaj tego! To Ci zabierze radość życia, to zje Twoją energię”. Nie mogę i wszyscy wiemy dlaczego. Bo nikt mi nie uwierzy. „Jakim prawem oceniasz?” – zapytają – „Mnie się ta książka podoba”. Moja przyjaciółka twierdzi, że mi wierzy i tłumaczy się, że chce czytać także ksiązki o złej energii, bo chce wiedzieć, jak świat wygląda z drugiej strony. Zgrabny argument, który wszakże nie uwzględnia wpływu takiej lektury na nas.  A ten wpływ jest i to niestety dość silny. Po to właśnie ze szczegółami opisałam tu konkretny przykład, by pokazać, co się dzieje, kiedy czytamy złe słowa, a spomiędzy kartek wypływa zła energia i owija nasze serca i umysly.

Ludzie bardzo chcą mieć rację. Przyznanie się, że kupuje się na ślepo, bo „koleżanka taką ma”, nie wchodzi w grę. To jak przyznanie się, że ktoś się nie zna. Nikt nie pozwoli sobie zwrócić uwagi na to, że kupił niewłaściwą książkę. „Przecież jest modna, przecież sprzedano tyle milionów egzemplarzy…” Jakby to był argument! Autor-frustrat może być zamożny i może wydać książkę w dużym nakładzie, a jej popularność potwierdza tylko, jak wiele jest na świecie nieszczęśliwych ludzi, u których „Prawo Przyciągania nie chce działać…” Czy fakt, że tysiące ludzi lubi chipsy i one stale się doskonale sprzedają oznacza, że chipsy są zdrowe? A czy popyt na alkohol jest dowodem wysokiej wartości tego produktu?

Powiedzmy sobie wprost – istnieją złe, bardzo szkodliwe książki, których czytanie działa na nas paskudnie. I podobnie, jak nie jemy trucizny czy nie wypijamy płynu do mycia naczyń, tak też nie powinniśmy czytać złych lektur. To nie jest tak, że wydawcy wydają tylko pozytywne rzeczy. Oni wydają to, co się dobrze sprzedaje. A przykład mojej przyjaciółki pokazuje, że smutni ludzie chętnie czytają smutne książki, by pogłębić swój stan i wejść w depresję. To im daje satysfakcję płynąca z tego, że mają rację. Mieć rację jest ważniejsze, niż być szczęśliwym – to niestety powszechne podejście. Dlatego negatywne książki, negatywne filmy i negatywne obrazy sprzedają się równie dobrze – nie chcę myśleć, że lepiej – niż pozytywne.

Ponadto ludzie wybierają to, co harmonizuje z ich wibracją. Z ich aktualnym poziomem. Niedawno ktoś wstawił na FB pewien demoniczny koszmar, na widok którego przeszły mnie ciarki. I zdziwiłam się niezmiernie, że kilka znanych mi osób podlajkowało to i nawet napisało: „ładne”. Przyznaję, że rozdziawiłam ze zdziwienia buzię. Bo to tak, jakby na psią kupę powiedzieć: „ciasteczko”. Ale uświadomiłam sobie, że jeśli ktoś ma nisko energię, to w istocie zobaczy lukrowaną babeczkę w psich odchodach. Tak działa wszechświat. Nie jesteśmy ślepi, lecz nasz aktualny poziom określa to, z czym harmonizujemy.

Właśnie dlatego trzeba koniecznie dbać o podnoszenie energii, by harmonizować ze Światłem. By zawsze wybierać Światło, a nie ciemność. Także w lekturach. To takie trochę koło energetyczne. Jeśli mam wysoko energię, to wybieramy pozytywne rzeczy i bez wahania odrzucamy te, które są szkodliwe. A potem wzmacniamy Światło w sobie czytając piękną książkę czy oglądając piękny film lub obraz. Ale w drugą stronę dzieje się tak samo – niska energia powoduje wybieranie smutnej lektury, która dodatkowo obniża energię jeszcze bardziej… Taki to proces.

Napisałam tu wiele krytycznych słów. Tylko po to, byście nauczyli się odróżniać ziarno od plew. Bardzo łatwo zobaczyć, czy książka ma dobrą wibrację. Jeśli jest wspierająca, jeśli utwierdza Was w Mocy, jeśli przy czytaniu rośnie Wam energia, jeśli popiera miłość bezwarunkową i Dobro, jeśli zachęca do radości, piękna, cieszenia się życiem – to pochodzi ze Światła. Jeśli natomiast podważa miłość i radość, snuje wątki bezsensowności życia, bezradności i przedstawia nasze istnienie jako koszmar na padole łez – to warto jak najszybciej wrzucić ją do kominka. Papier dobrze się pali, a ciepło ognia będzie największą wartością takiej lektury.

Bogusława M. Andrzejewska