Zmysły

Rozwój wewnętrzny kojarzy się zwykle z postrzeganiem pozazmysłowym. Kiedy decydujemy się na pracę nad sobą, próbujemy się odciąć od zewnętrznego świata i skupić na emocjach, medytacji, wejściu w głąb siebie. Czasem zmysłowość jest postrzegana wręcz jako coś złego, co utrudnia rozwój, ponieważ zatrzymuje nas na przyjemnościach. Tymczasem prawdziwe wzrastanie polega moim zdaniem na połączeniu wewnętrznego z zewnętrznym. Zmysły są oknami, przez które dusza łączy się z materialnym światem, by dokonywać suwerennych wyborów.

Żyjemy w świecie do cna fizycznym. Fizyczne są nasze ciała, ziemia, po której stąpamy, chleb, który jemy, kwiaty, które wąchamy i różańce, których paciorki przesuwamy w czasie modlitwy. To oznacza, że materia jest nam do czegoś potrzebna i z całą pewnością nie jest wynalazkiem ciemnej strony mocy, która chciałaby nas odciągnąć od Światła. Pisałam już o tym, że tylko poprzez fizyczność możemy rozwijać swoją duchową moc, ponieważ to ona wymaga największej siły kreacji. Wcielamy się na tej planecie, by skonfrontować się z niesłychanie opornym tworzywem, które jednak miękko poddaje się, kiedy maksymalnie podniesiemy swoje wibracje. Jak dla mnie genialne!

Najwyraźniej widać to na przykładzie zdrowia. Nasze ciała szwankują, kiedy jesteśmy w stresie, nie wybaczamy, tłumimy złość i żal. Zdrowieją natomiast, kiedy wypełniamy wszystkie komórki bezwarunkową miłością. Nasze tkanki to najczulszy kompas, który pokazuje nam, jak żyć. Nam pozostaje tylko nauczyć się mądrze zarządzać emocjami i podnosić systematycznie swoje wibracje. W teorii to bardzo proste i spójne. Ciało uczy nas wychodzenia poza emocje i uwalniania się od żalu, złości, zazdrości czy rozpaczy. Uczy nas ponadto podążania za radością i zachwytem. I to już rola zmysłów.

Wzrok to podstawowe narzędzia do odkrywania piękna. Wzruszające widoki, pejzaże, kolory, obrazy podnoszą naszą częstotliwość. Jeśli przejdziemy od poruszenia do zachwytu, zaczynamy proces uzdrawiania. Według autora „Niebiańskiej przepowiedni” osiągamy wówczas moc stwarzania światów, czynienia widzialnego niewidzialnym, zmieniania rzeczywistości. W pewien sposób każde uzdrawianie jest transformacją, jeśli zmienia chore komórki na tkankę działającą harmonijnie. Działa tu indywidualna wrażliwość, ale każdy z nas ma swoje obszary, w których odnajduje piękno. Lubię wieczorem oglądać ładne grafiki. Mam ich pełno na Pintereście. Przynoszą mi kolorowe, dobre sny i odczuwalnie podnoszą nastrój. Ktoś inny wspina się na górskie szczyty, maluje lub żegluje, aby oglądać to, co kocha najbardziej.

Jest takie miejsce na Ziemi, które wywołuje we mnie najwyższy zachwyt Thira na Santorini i widok na kalderę wtedy, kiedy słońce góruje na niebie. Promienie słoneczne wyzłacają morze, które wygląda jak płynny kruszec. Być może to moje indywidualne połączenie z Atlantydą lub wspomnienie odległych wcieleń… Jednak ten właśnie obraz wyciska mi z oczu łzy wzruszenia i zachwyca bardziej niż słynne zachody słońca na wyspie. Każdy z nas ma takie miejsce, w którym może naładować swój wewnętrzny akumulator, by potem przywołując wspomnienie podnosić swoje wibracje.

Słuch przynosi nam równie cudowne doznania. Jednym z najpiękniejszych dźwięków, który natychmiast podnosi mi energię jest śpiew ptaków. A oprócz tego mamy jeszcze szmer strumyka lub morskich fal, mruczenie kota, stukot kropli deszczu, śpiewy delfinów i wielorybów oraz setki innych głosów natury. A wreszcie to, co działa najbardziej potężnie: muzyka, która może nas uzdrawiać. Znam ludzi, którzy nie wyobrażają sobie dnia bez muzyki i stale maja włączone radio lub chodzą ze słuchawkami w uszach. To, czego słuchają wpływa na nich i na ich ciało. Spotkałam i takie dźwięki, które niszczą i szkodzą. Jednak nie specjalizuję się w tej tematyce na tyle, by Wam to opisać. Bez wątpienia są różne rodzaje muzyki. Niektóre utwory nas wyciszają, inne ożywiają, inne poprawiają humor, a jeszcze inne po prostu drażnią i denerwują.

Na szczególną uwagę zasługują misy tybetańskie oraz dzwonki wietrzne, ale poza tym istnieje mnóstwo innych bezcennych dla zdrowia i podnoszenia wibracji instrumentów. Bardzo bliskie jest mi didgeridoo – czuję je w każdej komórce ciała chociaż przyznaję nigdy nie próbowałam na tym grać, szanując zasadę Aborygenów, od których ten instrument się wywodzi. Wystarczy, że słucham. Polecam też słuchanie gry na handpanie, ale domyślam się, że nie każdemu musi się podobać.

Węch i smak kojarzy się głównie z dogadzaniem sobie jedzeniem. Jednak i w tej prostej przyjemności widzę piękną ścieżkę rozwoju. Jeśli przyjmiemy, że celem jest osiągnięcie harmonii, to pyszne potrawy uczą nas co najmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze zachwytu smakiem i zapachem, takiego zachwytu, który podnosi nam energię. Po drugie uczą nas umiarkowania, tworzenia równowagi pomiędzy zaspokojeniem głodu a obżarstwem. Dodam też, że proste codzienne przyjemności są bardzo ciekawą ścieżką, pomagającą utrzymać poziom wibracji. Post, chociaż czasem dobroczynny dla zdrowia, niekoniecznie jest korzystny dla duchowego wzrastania. Wyrzeczenie i poświęcanie się nie jest moim zdaniem niczym właściwym. Chociaż może spełnić rolę jakiegoś wybranego świadomie wyzwania.

Węch i smak mogą uczyć nas wdzięczności za to, co jemy lub za to, co możemy powąchać. Zapachy ponadto także sublimują energię. Swego czasu intensywnie zajmowałam się aromaterapią i zdumiewał mnie bardzo wpływ tej metody na nasze postrzeganie świata, emocje i nawet stan fizyczny. Zapach róży łagodzi ucisk na sercu, a lawenda uśmierza ból głowy. Jaśmin rozwija łagodność, a Ylang Ylang zachęca do erotycznego doświadczenia. Zatem zapach działa na nas o wiele mocniej niż nam się wydaje i wcale nie ogranicza się tylko do jedzenia. Aromaterapia jest wykorzystywana podczas medytacji i podróży pozazmysłowych, chociaż… z użyciem zmysłu zapachu. Niezaprzeczalnie.

Dotyk także może nam przynieść zachwyt. Lubimy czasem sprawdzić palcami miękkość tkaniny, gładkość płatka róży czy jedwabistość choćby własnych włosów. Z całą pewnością nie jestem jedyną osobą, która w ten sposób wybiera ubrania: najpierw kolory, a potem dotykanie. Lubię też dotykać innych przedmiotów. A wreszcie także ludzi przez przytulanie. Zamknięcie w ciepłym uścisku ramion to przecież uruchomienie tego właśnie zmysłu. Bardzo lubię i uważam, że popularne „misiaczki” nie są przereklamowane. Czasem mówią więcej niż słowa, aczkolwiek wiem i widzę, że nie każdy docenia tego typu rodzaj dotyku. Jesteśmy po prostu różni.

Zmysł ten jako pieszczota najważniejszy w erotyce, jest pięknym portalem do najwznioślejszych doznań. Seks może być prawdziwym misterium, jeśli połączymy go z uczuciem i uruchomimy w tym procesie wszystkie energetyczne centra. W moim doświadczeniu seks łączy wszystkie zmysły i przenosi nas na inne poziomy istnienia, jeśli pozwolimy sobie podnieść własną częstotliwość. Nie odkrywam tu niczego nowego. Hinduska tantra już dawno rozwinęła taką wiedzę. Jest wiele szkół, które pozwalają poprzez seks zbliżyć się do oświecenia. Podczas orgazmu wyzwalana jest niesamowita energia, która poprowadzona  świadomie zabarwia nas ogromną mocą. I nie zmieni tego faktu zjawisko nadużyć w tym obszarze.

Rzecz jasna są ludzie, którzy nadużywają nie tylko seksu, ale i pozostałych zmysłów, jednak każdy nadmiar i każde krzywe lustro wyrasta z ciemnej strony mocy, by coś ośmieszyć. A to nie zmienia faktu, że zmysły odgrywają ogromną rolę w naszym wewnętrznym wzrastaniu, ponieważ pozwalają nam odbierać świat i odnosić się do niego w swoim doświadczaniu.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Przebudzenie 11

Nauczyciel jogi czy medytacji pracuje i zarabia tak samo jak piekarz czy szewc. Różnica polega na tym, że piekarzom i szewcom ludzie płacą bez oporów, a duchowy nauczyciel wydaje się utkany z mgły  nie musi wiec jeść ani opłacać rachunków. Tymczasem ciągle jeszcze niewielu wśród nas odżywia się Światłem. A w polskim klimacie mieszkać pod chmurką raczej byłoby trudno. Dlatego Nauczyciel Duchowy pobiera opłaty za szkolenia, analizy, konsultacje. I nie należy go za to potępiać, oczekując, że skoro Duchowy, to da nam wszystko za darmo.

Uczestniczyłam w wielu szkoleniach buddyjskich urzeczywistnionych nauczycieli. Za każdym razem wnosiłam opłaty za miejsce, za jedzenie, ale i dla nauczyciela, który też jadł i korzystał z linii lotniczych, aby do nas dotrzeć. Przy inicjowaniu w nowe praktyki tradycją jest dawanie nauczycielowi prezentów. Jasna sprawa, że niezamożne osoby zrywały garść malin i wręczały bukiet kwiatów. Ale większość z nas ofiarowywała to, co uważała za wartościowe, ponieważ to, co dostawaliśmy też było wartościowe. Ja najczęściej dawałam kamienie  kryształowe piramidki, duże ametysty o dwóch wierzchołkach, pięknie rzeźbione bursztyny. Jednak inni często dawali po prostu pieniądze.

Ustalenie ceny jest komfortowe dla każdego. Zamawiający usługę nie musi się martwić o to, ile powinien dać i czy nie dał za mało. Jest też pomocne w ustaleniu gotowości energetycznej, tworząc naturalny próg. A wreszcie pomaga też podjąć decyzję. Bo nawet jeśli coś wydaje nam się za drogie, to jest to informacja nie tylko o świadomości ubóstwa, nad którą warto popracować, ale także o tym, że to akurat nie jest dla nas najlepsze na ten moment.

Odłączanie pieniędzy od duchowego rozwoju i twierdzenie, jakoby duchowość nie miała nic wspólnego z finansami jest ignorancją. Zeszliśmy na fizyczną planetę właśnie po to, aby nauczyć się rozumieć materie i tą materią władać. Prawdziwy Duchowy Nauczyciel traktuje pieniądze w sposób równie naturalny jak jabłko, krzesło, chmury na niebie czy obraz wiszący na ścianie. Korzystanie z pieniędzy jest dla niego równie normalne i oczywiste jak oddychanie. Czyli  podkreślę na wszelki wypadek  nie skupia się zanadto na zarabianiu i pieniądze nie są dla niego celem życia. Podobnie jak krzesło czy chmury nie znaczą dla nas więcej niż znaczą. Ale traktuje je z szacunkiem i miłością, podobnie jak traktujemy jabłka, drzewa czy słońce na niebie. Największym błędem rzekomego przebudzenia jest traktowanie pieniędzy jako czegoś gorszego… A nie istnieją energie gorsze czy niegodne.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że każdy  dokładnie każdy z nas  ma dostęp do obfitości i bogactwa. Ono nie jest czymś na zewnątrz, co trzeba sobie wydrapać albo o co trzeba walczyć. Bogactwo jest naszą prawdziwą naturą. Tak samo jak zdrowie. Oznacza to, że mając w sobie harmonię i będąc połączonym z Najwyższym Źródłem mamy dostęp do tego, czego pragniemy. Duchowy Nauczyciel wie o tym, że dostęp do pieniędzy nie różni się niczym od dostępu do powietrza, którym chcemy oddychać. Jeśli się dusimy, to należy to uzdrowić w sobie i poprzez miłość bezwarunkową odbudować harmonię, która pozwoli zaczerpnąć głęboki oddech. Dlatego Mistrz Duchowy oczekuje zapłaty za swoją pracę wiedząc, że obfitość finansowa nie jest niczym trudnym czy niedostępnym dla człowieka.

Dotyczy to również naszego materialnego ciała, które mamy nauczyć się uzdrawiać z pomocą duchowych umiejętności. Po to zeszliśmy na Ziemię, by rozwijać Moc uzdrawiania miłością bezwarunkową. Mamy w sobie wszystko, by nigdy nie chorować, ale i cały zestaw niezbędny do naprawiania ciała. Paradoksalne jest przy tym to, że ludzie tak młodo umierają na różne schorzenia. To pokazuje, jak bardzo zaniedbaliśmy rozwój i to właśnie najpilniejszy temat do prawdziwego wzrastania. Na już. Nie siedzenie w kwiecie lotosu, nie teorie spiskowe, nie kombinowanie, jakie są rodzaje dusz (egregorów, monad…), tylko uzdrawianie tu i teraz  w tych okolicznościach, które zostały nam dane przez duszę.

Zeszliśmy na Ziemię, by w warunkach skrajnego survivalu rozwijać moce, które pielęgnują boskość w nas. By nie zapominać Kim W Istocie Jesteśmy i że możemy wszystko, czego pragniemy. Że naszą prawdziwą naturą jest siła stwórcza. Celem życia jest  powrót do naturalnej wrodzonej, boskiej Doskonałości, w której możemy wszystko z pomocą świetlistej mocy bezwarunkowej miłości. I przeraża mnie, kiedy ludzie uciekają od tego, szukając winnych swoich problemów na zewnątrz.

Gdybym chciała posłużyć się metaforą survivalu, to naszym zadaniem jest zachować w tej trudnej podróży klasę, uczciwość i człowieczeństwo, by nie zjadać siebie nawzajem, tylko podawać sobie ręce na najtrudniejszych odcinkach. Mamy też być świadomi, że spokojnie poradzimy sobie z każdą przeszkodą, bo posiadamy w sobie wystarczająco dużo wiedzy i zdolności, by dotrzeć do celu zwycięsko. Stare dusze są po to, by użyczać opracowanych wcześniej map. Młode po to, by z szacunkiem z tych map korzystać, bez pyskowania w stylu: „ja wiem lepiej”. I największym wrogiem przebudzenia są pseudoezoterycy, którzy podważają wszystkie mapy i pomstują na to, że ktoś wymyślił błoto i każda stroma ścieżka to dla nich spisek obcych, którzy chcą nas zjeść. A mapy starych dusz to dla nich kłamstwo wiodące w przepaść…

To, co zaprawdę warto i co gorąco polecam, to nauczyć się rozpoznawać mądre, stare dusze, które chętnie użyczają swoich map. Czasem trzeba im za to zapłacić, a czasem wystarczy rozmowa, innym razem można przeczytać za darmo artykuł lub mądrą książkę. Lecz  jak pisałam w innym miejscu  lektury są dobre i niedobre. Są takie, które wiodą na manowce, a poznamy je po tym, że pozbawiają nas radości i nadziei. Ale są i takie, przy czytaniu których rosną nam skrzydła i odkrywamy naszą boską Moc. Jeśli książka powoduje wzrost energii i wiary w siebie, to jest właściwym przewodnikiem w rozwoju. Proste, prawda?

Bogusława M. Andrzejewska

Złe lektury

Duchowe nauki powtarzają często: mów tylko dobre słowa, przebywaj z dobrymi ludźmi, czytaj tylko dobre książki. Jeśli pilnujemy, by czerpać wyłącznie z czystego źródła, pełnego Światła i miłości, wówczas otaczamy się najlepszą energią. Wzrastamy. Rozwijamy się wewnętrznie w najlepszy dla siebie sposób. Niektóre książki i strony są pisane właśnie po to, by wspierać człowieka. Działają jak wspaniałe pozytywne akumulatory.

Nie ukrywam, że staram się tak właśnie tworzyć. Pilnuję energii i nawet wtedy, kiedy wypowiadam się krytycznie, próbuję odnaleźć też w sobie dobro, miłość i zrozumienie, aby napełnić słowa dobrą energią. Tak też maluję obrazy. Tak też piszę poradniki, aby napełnić je mocą uzdrawiania. Ale dzisiaj nie o reklamie mojej twórczości. Dzisiaj kilka słów przestrogi z nadzieją, że być może ktoś zwróci na nie uwagę.

Wczoraj dostałam maila od mojej przyjaciółki – mądrej osoby o dobrym sercu, która od wielu lat interesuje się rozwojem i kiedyś prowadziła terapię dla innych ludzi. List rozpaczliwie smutny. List pełen bełkotliwych cytatów o bezsensie życia. Nie pierwszy taki list od niej. Co jakiś czas moja przyjaciółka rzuca się na wydawane w setkach egzemplarzy modne książki napisane przez autorów-frustratów i podważające całą radość życia. Potem dzieli się ze mną tym, co wyczytała i niemal zawsze konkluduje: „widzisz, ten zły świat jest pułapką, jesteśmy tylko skafandrami (niewolnikami, cieniami, ofiarami, przegranymi, sobowtórami pozbawionymi mocy….itp.). To całe prawo przyciągania to bzdury i manipulacje”.

Niezmiennie budzi to mój gniew. Nie na przyjaciółkę, tylko na moją własną bezsilność. Czasem też trochę na ludzi, którzy piszą takie straszne książki! Oczywiście nikt nikogo nie zmusza do czytania tego paskudztwa, ale to tak samo jak z paleniem papierosów. Nikt nikogo nie zmusza do palenia, jednak gdyby nie hodowano tytoniu i nie produkowano papierosów, problem by nie istniał, prawda? Oczywiście rozumiem, że żyjemy w świecie wyboru i obok piękna, staje brzydota. Obok życzliwych ludzi – cyniczni dranie. Obok dobrych, wartościowych książek –paskudne zżerające energię lektury. Wszystko po to, byśmy nauczyli się wybierać właściwie, pokazując, Kim W Istocie jesteśmy. Rozumiem i gniew opada.

Moja przyjaciółka ma wolną wolę. Nie chce czytać o radości i miłości, woli szukać dla siebie potwierdzeń negatywnych. Ma smutne nieudane życie i nie chce tego zmienić. Z jakiegoś powodu nie chce i już. A ja nie mogę jej zmusić. W tym smutnym życiu próbuje samą siebie przekonać, że jest jej źle nie dlatego, że czegoś zaniedbała, nie zrobiła, nie zmieniła, tylko dlatego, że tak musi być. W kolejnych listach cytuje mi różnych autorów – takich, których ja nie czytam, bo ich książki mnie odrzucają. Mam ten dar, że czuję energię i nie czytam pozycji nawet najmodniejszej, kiedy wylewa się z niej szary dym. Czytam tylko to, z czego płynie Białe Światło. Moja przyjaciółka nie słucha mnie w tym względzie i czyta głównie to, co smutne, szare i złe. W takich lekturach znajduje potwierdzenie, że życie jest bez sensu. Że jej cierpienie jest winą obcych (złego boga, demonów, jaszczurów, obcych). Ostatnio napisała, że wszystko jest z góry przesądzone, na nic nie mamy wpływu, a wolna wola to iluzja. Zapewne daje jej to poczucie pewnej ulgi…

Z wielką satysfakcją cytuje mi fragmenty, które zaprzeczają Światłu, Dobru i Mocy. I nie robi tego z zazdrości czy braku szacunku do mnie. Nie czyta przecież mojej strony, podobnie jak inne moje przyjaciółki. Nigdy nie jesteśmy prorokiem dla najbliższych i ja nigdy nie będę dla niej autorytetem. Z pobłażliwym uśmiechem słucha, kiedy mówię jej o kolejnych uzdrowionych osobach, o nowych skutecznych metodach, o tym, że jestem szczęśliwa. Ożywia się dopiero wtedy, kiedy w moim życiu pojawia się jakiś kłopot. „O widzisz – mówi do mnie ze współczuciem –”życie jest złe, ludzie okropni… Och, pomyśl, jak by się z tego piekła wywinąć wreszcie”.

Czytane przez nią niewłaściwe lektury zasilają w niej to, co jej nie służy. Pomimo że zmienia poglądy i nie przywiązuje się do jednej hipotezy czy teorii spiskowej, to w gruncie rzeczy wymienia jeden smutek na inny i jednego frustrata na innego. Frustrat to autor, który nie odnalazł w życiu szczęścia. To ktoś, kto nie umie lub nie chce pracować nad sobą i uzdrawiać tego, co można uzdrowić, by być szczęśliwym. Wymyśla wówczas teorię, która uzasadnia jego porażkę i przerzuca odpowiedzialność na kogoś lub coś innego. To może być rząd, to może być mafia albo zły bóg, albo brak boga, albo kosmici… Takie wymyślanie dziwacznych hipotez to naturalny proces psychologiczny nazywany fachowo racjonalizacją.

W ten sposób powstają złe lektury. Bardzo złe! To okropne książki, które zabierają nam energię, pozbawiają siły, wysysają resztki radości. A na dodatek – co najbardziej przerażające – utwierdzają czytelnika w przekonaniu, że nic nie zależy od niego. Że jest tylko nieszczęśliwym liściem niesionym przez wiatr od cierpienia do cierpienia. I jedyne, o co powinien zabiegać, to szybka śmierć. Nie powinniśmy ich czytać pod żadnym pozorem! Są szkodliwe. Moja przyjaciółka jest – na własne życzenie oczywiście – ofiarą takich książek. I nie ona jedna. Ludzie łykają takie negatywne treści jak żabę, bo to uwalnia ich od odpowiedzialności za własne życie.

Opisuję to zjawisko, bo wiele osób postępuje tak samo. Widzę na portalach społecznościowych, jak moi znajomi chwalą się nowo zakupionym modnym tytułem, z którego wypływa szara maź złej energii. A przecież nie mogę pod takim zdjęciem napisać: „nie czytaj tego! To Ci zabierze radość życia, to zje Twoją energię”. Nie mogę i wszyscy wiemy dlaczego. Bo nikt mi nie uwierzy. „Jakim prawem oceniasz?” – zapytają – „Mnie się ta książka podoba”. Moja przyjaciółka twierdzi, że mi wierzy i tłumaczy się, że chce czytać także ksiązki o złej energii, bo chce wiedzieć, jak świat wygląda z drugiej strony. Zgrabny argument, który wszakże nie uwzględnia wpływu takiej lektury na nas.  A ten wpływ jest i to niestety dość silny. Po to właśnie ze szczegółami opisałam tu konkretny przykład, by pokazać, co się dzieje, kiedy czytamy złe słowa, a spomiędzy kartek wypływa zła energia i owija nasze serca i umysly.

Ludzie bardzo chcą mieć rację. Przyznanie się, że kupuje się na ślepo, bo „koleżanka taką ma”, nie wchodzi w grę. To jak przyznanie się, że ktoś się nie zna. Nikt nie pozwoli sobie zwrócić uwagi na to, że kupił niewłaściwą książkę. „Przecież jest modna, przecież sprzedano tyle milionów egzemplarzy…” Jakby to był argument! Autor-frustrat może być zamożny i może wydać książkę w dużym nakładzie, a jej popularność potwierdza tylko, jak wiele jest na świecie nieszczęśliwych ludzi, u których „Prawo Przyciągania nie chce działać…” Czy fakt, że tysiące ludzi lubi chipsy i one stale się doskonale sprzedają oznacza, że chipsy są zdrowe? A czy popyt na alkohol jest dowodem wysokiej wartości tego produktu?

Powiedzmy sobie wprost – istnieją złe, bardzo szkodliwe książki, których czytanie działa na nas paskudnie. I podobnie, jak nie jemy trucizny czy nie wypijamy płynu do mycia naczyń, tak też nie powinniśmy czytać złych lektur. To nie jest tak, że wydawcy wydają tylko pozytywne rzeczy. Oni wydają to, co się dobrze sprzedaje. A przykład mojej przyjaciółki pokazuje, że smutni ludzie chętnie czytają smutne książki, by pogłębić swój stan i wejść w depresję. To im daje satysfakcję płynąca z tego, że mają rację. Mieć rację jest ważniejsze, niż być szczęśliwym – to niestety powszechne podejście. Dlatego negatywne książki, negatywne filmy i negatywne obrazy sprzedają się równie dobrze – nie chcę myśleć, że lepiej – niż pozytywne.

Ponadto ludzie wybierają to, co harmonizuje z ich wibracją. Z ich aktualnym poziomem. Niedawno ktoś wstawił na FB pewien demoniczny koszmar, na widok którego przeszły mnie ciarki. I zdziwiłam się niezmiernie, że kilka znanych mi osób podlajkowało to i nawet napisało: „ładne”. Przyznaję, że rozdziawiłam ze zdziwienia buzię. Bo to tak, jakby na psią kupę powiedzieć: „ciasteczko”. Ale uświadomiłam sobie, że jeśli ktoś ma nisko energię, to w istocie zobaczy lukrowaną babeczkę w psich odchodach. Tak działa wszechświat. Nie jesteśmy ślepi, lecz nasz aktualny poziom określa to, z czym harmonizujemy.

Właśnie dlatego trzeba koniecznie dbać o podnoszenie energii, by harmonizować ze Światłem. By zawsze wybierać Światło, a nie ciemność. Także w lekturach. To takie trochę koło energetyczne. Jeśli mam wysoko energię, to wybieramy pozytywne rzeczy i bez wahania odrzucamy te, które są szkodliwe. A potem wzmacniamy Światło w sobie czytając piękną książkę czy oglądając piękny film lub obraz. Ale w drugą stronę dzieje się tak samo – niska energia powoduje wybieranie smutnej lektury, która dodatkowo obniża energię jeszcze bardziej… Taki to proces.

Napisałam tu wiele krytycznych słów. Tylko po to, byście nauczyli się odróżniać ziarno od plew. Bardzo łatwo zobaczyć, czy książka ma dobrą wibrację. Jeśli jest wspierająca, jeśli utwierdza Was w Mocy, jeśli przy czytaniu rośnie Wam energia, jeśli popiera miłość bezwarunkową i Dobro, jeśli zachęca do radości, piękna, cieszenia się życiem – to pochodzi ze Światła. Jeśli natomiast podważa miłość i radość, snuje wątki bezsensowności życia, bezradności i przedstawia nasze istnienie jako koszmar na padole łez – to warto jak najszybciej wrzucić ją do kominka. Papier dobrze się pali, a ciepło ognia będzie największą wartością takiej lektury.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Energetyka obrazów

Nie tak dawno ktoś na facebooku oburzał się i próbował  nie przebierając w ordynarnych słowach  przekonać publiczność, że żadne obrazy i rzeczy nie działają, że tylko my sami możemy dla siebie coś zrobić. Do tego wylał wiadro pomyj na wygórowane ceny i zarabianie na naiwnych. Jak zwykle pod takim postem podpisało się kilkoro bezmyślnych „kiwaczków”, którzy potakiwali prawdopodobnie zmotywowani tymi samymi kompleksami i odnaleźli w tej wypowiedzi sens dla siebie. Obiektywnie rzecz biorąc wypowiedź merytorycznie była nieprawdą. I chociaż wyraźnie tutaj powtórzę, że każdy ma prawo do własnych poglądów,  to ja mam też ogromną potrzebę wypowiedzenia się na ten temat i wyprostowania pewnych błędnych założeń.

Odkąd na Ziemi pojawił się człowiek, istnieją akumulatory energii. Takim akumulatorem może być zwykły kamień znaleziony na polu. Jeśli go naładujemy odpowiednio, w innej sytuacji odda nam zgromadzoną energię. Świetnie w tej roli sprawdzają się minerały i kryształy, które ładnie gromadzą energię i dodatkowo wzmacniają ją swoimi osobistymi jakościami. Idąc dalej tym tropem, dochodzimy do kształtów, które nas szczególnie intrygują. A dalej do rozmaitych talizmanów i amuletów, które przecież działają. Miliony ludzkich istnień na przestrzeni wieków nie może się mylić…

Akumulatorami energii mogą być gadżety Feng Shui, które rozmieszczamy w pokoju. Ładujemy je głównie wiarą w ich działanie i to przynosi efekty, ponieważ energia płynie za myślą. To ważne. Ale działa też symbol. Jeśli moja podświadomość mocno łączy „złotą rybkę” ze szczęściem i powodzeniem, to ilekroć mój wzrok padnie na akwarium, w którym ona sobie pływa, tyle razy uruchamiam neuronową ścieżkę wiodąca do bogactwa. Podobnie rzecz ma się z kokosem, żabą trzymającą pieniążek czy bryłką złota albo wachlarzem banknotów. Jeśli przez setki lat ludzie patrząc na krzyż, widzą w nim cierpienie, to choćbyśmy go wyłożyli diamentami, zawsze będzie symbolem bólu. Jeśli natomiast róg obfitości budzi w nas myśl o bogactwie, to znaczy, że uruchamia dokładnie taką energię.

W ten sam sposób budujemy Mapę Marzeń wyklejając ją tym, co budzi w nas odpowiednie skojarzenia. Jeśli ktoś twierdzi, że energetyczne obrazy nie działają, to nie powinien stosować także tej popularnej techniki. A tutaj znowu znajdziemy wiele potwierdzeń od osób, które systematycznie robią sobie Mapę Marzeń. Działanie na podświadomość z pomocą różnych metod nazywamy uzdrawianiem albo przekodowaniem. Zajmuję się tym od wielu lat. Jest to fakt. Jestem też specjalistką od symboliki, pracuję z nią niemal 20 lat i jeśli ktoś chciałby zaprzeczyć działaniu symboli, to w oczywisty sposób chcę zaprotestować.

Podobną funkcję spełniają obrazy nazywane energetycznymi. Są akumulatorami energii, jeśli ktoś  tak jak ja to robię  pracuje z energią w trakcie malowania, wkładając do obrazu np. mantry lub Reiki. Moim zdaniem obraz powinien też wywoływać pozytywne skojarzenia, dlatego często maluję symbole. Znane i przyjazne. Jestem pewna, że u wszystkich działają malowane Anioły, Smoki, kwiaty, gwiazdy, ptaki, pejzaże i inne wzory. Jeśli obraz przedstawia coś, co odwołuje się do symboliki i jest to połączone z odpowiednim kolorem, jego działanie jest bezsprzeczne. Barwy także działają i także uruchamiają podświadomość, dlatego trzeba wiedzieć nie tylko co namalować, ale jakim kolorem. Większość uzdolnionych malarzy, którzy pracują z energią, intuicyjnie dobiera paletę i robi to doskonale. A jeśli ktoś nie wierzy, jak może działać obraz, niech postudiuje przez pół godziny jakąkolwiek pracę Beksińskiego. To mocne doświadczenie, wyłącznie dla silnych osób.

Ogromnie intrygującą sztuką jest Pure Art, której niedawno się nauczyłam. Integralną częścią metody jest malowanie tego, co przynosi energia. Doświadczam cudu za każdym razem, kiedy wykonuję taki proces. I za każdym razem zdumiewa mnie to, co się pojawia. Jeśli mogę czegoś naprawdę dotknąć, to jak mam w to nie wierzyć i nie reagować na pokrzykiwania ludzi, którzy piszą: „nie wierzcie oszustom, niczego nie zrobią, żadne obrazy nie działają”? Przypomina mi się wówczas sytuacja z pewnym przemiłym panem, który będąc u mnie, powiedział, że nie wierzy w Anioły. Stojący nad nim jego Anioł Stróż westchnął głęboko, po czym pomaszerował za nim do łazienki. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu…

Nie ulega kwestii, że obraz uzdrawiający czy energetyczny wspiera nasze działania, a nie załatwia ich za nas. Warto też na to zwrócić uwagę. Podobnie jak w przypadku Feng Shui, nasza energia będzie zawsze silniejsza niż energia otoczenia, obrazów czy gadżetów. Ale wtedy, kiedy nam energia spada, to właśnie te wszystkie zewnętrzne rzeczy nas wspierają, oddając skumulowaną energię. Znam setki pięknych historii o tym, jak ochronnie działają pierścionki po babci czy właśnie obrazy namalowane przez kogoś pozytywnego. Jednak od lat obserwuję też, że określone symbole oddziałują na podświadomość, a ta z kolei uruchamia cały proces, którego pragniemy. Mam na to sporo dowodów z własnego życia, dlatego tak chętnie otaczam się obrazami tego, czego pragnę.

A czy słyszeliście o negatywnych przedmiotach? O klątwach miejsca? Obrazu? Mebla? Naszyjnika? To także udowadnia, że przedmioty są akumulatorami energii. Gromadzą tę energię niezależnie od jakości, nie wybierają. To my możemy wybierać, kierując się tym, co czujemy  jeśli umiemy odróżnić pozytywną energię od negatywnej. Jeśli nie umiemy, wybierajmy pozytywne osoby, do których mamy zaufanie  z ich rąk przyjdą wyłącznie dobre rzeczy. Szczególnie jeśli jest to osoba, która celowo robi ochronną biżuterię czy tworzy energetyczne obrazy. Najczęściej wie, jak to zrobić, tym bardziej, że energia płynie za myślą, wystarczą więc często pozytywne życzenia dla przyszłego właściciela, modlitwa lub odrobina Reiki. A przy obrazach czy biżuterii warto też wybierać pozytywne symbole i kolory.

Nie w każdym dziele jest ta piękna moc, o której mówi twórca. Widzę w sieci wiele bohomazów, które dla mnie są puste, a autorzy nazywają je „energetycznymi”, ponieważ dali mu własną energię, kiedy go malowali. Wcale zatem nie kłamią, chociaż to inna energia niż ta, której poszukujemy. Nie przeszkadza mi to. Bo „pusty” obraz może być ładny i pięknie dekorować ścianę. Jeśli się podoba, to budzi dobre emocje, taka jest więc jego wartość  jak każdej ładnej rzeczy. Przecież kupujemy ładne buty, torebki, narzuty i koce, chociaż nie są one energetyczne. Warto więc kupić obraz czy bransoletkę albo medalion, jeśli nam się podoba, niech cieszy oczy. A jeśli nam się nie podoba  to nie kupujemy. I tyle. Nikt nas nie zmusza. To my decydujemy.

Na koniec chcę pokazać jeszcze jeden ważny wzorzec, któremu warto się przyjrzeć. Jeśli ktoś widzi wygórowaną cenę jakiegoś prostego obrazka, mandali czy medalionu, a sam nie zarabia tyle, ile by chciał, to czuje gniew. Oznacza to tylko nieprzerobione wzorce finansowe. Każdy rzemieślnik i każdy artysta ma prawo wyceniać swoje prace tak, jak chce. Czy nie widzimy w sklepach butów i torebek po 2000 zł? Czy budzą nasz gniew? Nie, po prostu kupujemy podobne rzeczy w rozsądnej kwocie. Wygórowana cena nie jest naciąganiem. Jest testerem naszego poziomu finansowego. Na taki widok możemy wzruszyć ramionami i poszukać czegoś tańszego albo właśnie ustanowić sobie taki cel: uzbieram na te buty (obraz, wisior, bransoletkę), bo to akurat chcę mieć.

Przyznaję, że ja sama mając w ręce przykładowe 2000 zł, nie chciałabym wydać ich na torebkę, skoro taka za 150 zł jest równie ładna i spełnia swoją rolę. Taki mój rozsądek… Ale i otwartość na wiele innych rzeczy, bo w tej kwocie zmieściłabym kilkanaście książek, pięknych kamieni i mojej ulubionej biżuterii. I jest to rzecz indywidualna, bo dla odmiany w dobrze zaopatrzonej księgarni zostawiłabym 2000 bez wahania. Jestem też pewna, że kupiłabym za 2000 zł wielką ametystową geodę, a jeśli bym trafiła na cudny okaz, to może i nawet za 4000. Na torebkę …jednak nie. Torebki mnie nie kręcą. Co oznacza, że kogoś jednak kręcić mogą i nic w tym złego.

Konkludując  nie słuchajcie ludzi, którzy nazywają energetyczne rękodzieła naciąganiem. Nie u wszystkich działa wyrachowany marketing. Raczej popatrzcie na to, co takie osoby mają do zaoferowania. Ostatnio usłyszałam o pani jasnowidz, która wzięła za usługę 2000 zł i podobno nie było żadnych efektów. Oszustka czy nie? Jak to zweryfikować, jeśli ktoś nie ma odpowiedniego wglądu? Natomiast w przypadku obrazu czy bransoletki zawsze mamy w ręce przedmiot, za który zdecydowaliśmy się zapłacić. Działa czy nie  ważne, by się podobał. Wówczas będzie nam przynosił radość. A stąd już naprawdę bliska droga do szczęścia.

Bogusława M. Andrzejewska

Magia malowania

Kiedy zaczynałam naukę psychografologii (analizy pisma), jak każdy inny człowiek miałam problemy z odczytaniem tych rękopisów, które nazywano nieczytelnymi. Po latach analiz i obejrzeniu tysięcy próbek odręcznych notatek, nabrałam wprawy i dzisiaj odczytam każde pismo. Czytam nawet do góry nogami. To genialna zdolność ludzkiego umysłu, który może nauczyć się wszystkiego. Nawet pozornie najtrudniejszych procesów.

Podobne doświadczenia odkrywam w malowaniu. Od lat interpretuję obrazy, korzystając z symboliki NAO. Ale odkąd zaczęłam sama malować, mój odbiór prac malarskich jeszcze bardziej się pogłębił. Zaczynam widzieć jeszcze więcej ciekawych rzeczy. Odbieram informacje, które wychodzą daleko poza to, co ładne czy nieładne. Zresztą nadal uważam, że nie ma brzydkich obrazów. Ładne jest to, co się nam akurat w danym momencie podoba i każde dzieło znajdzie swojego amatora. Myślę, że w sztuce każda ocena jest czysto subiektywna. Jednak pewien podział, który niczego nie ocenia, chcę przedstawić.

W moim odczuciu obrazy dzielą się na trzy rodzaje. Pierwszy to takie prace, które w oczywisty sposób coś przedstawiają: pejzaż, portret, zwierzątko, kwiaty… Te genialne dzieła wypełniają od lat muzea i galerie. Z zachwytem podziwiam od zawsze ogromny talent twórców. Można wymieniać tutaj setki uznanych nazwisk. Ponieważ techniki są różne, to jedne dzieła podobają nam się bardziej, inne mniej  co niczego nie zmienia. Picasso czy Dali, Rubens czy da Vinci albo van Gogh to po prostu doskonali artyści.

W tej grupie znajduje się także mnóstwo współczesnych malarzy. Mam wśród znajomych na FB kilkanaście osób, które potrafią z pomocą pędzla lub kredek wyczarować prawdziwe cuda. Widziałam pejzaże malarki, które wyglądały jak pięknie nasycone barwami zdjęcia. Jestem zdumiona ogromem talentu i wypełniona podziwem dla ludzi, którzy potrafią tak malować. Jest to efekt wielu lat pracy i ćwiczeń ze szkicownikiem w ręce. To artyzm, który nie podlega dyskusji.

Na modnej fali Vedic Art powstał drugi rodzaj malowania. To kolorowa abstrakcja, takie ciapanie farbkami, które sprawia radość i tworzy coś ładnego, co cieszy oko, kiedy powiesimy nasze dzieło na ścianie. Efekty bywają śliczne, przyznaję. Aczkolwiek, jak pisałam wcześniej, to wszystko rzecz gustu. Metoda Vedic uruchamia twórczą odwagę i dzięki temu ludzie odnajdują radość. Jest to także uznana powszechnie metoda malowania w oparciu o konkretne zasady. Przyznaję się, że w pojedynczych przypadkach sama zalecam klientom malowanie jako rodzaj terapii. Jest to zatem dość pozytywne zjawisko.

Metoda Vedic sprawiła, że każdy chwyta za pędzel, nawet jak nie umie malować, bo to przecież nie ma znaczenia. I tu pojawia się taki podrodzaj  malowanie bez zasad Vedic, bez szkolenia, bez niczego. Ktoś ciapie sobie kolorami i już. Chciałoby się tu sparafrazować Jerzego Stuhra i zaśpiewać: „Malować każdy może, jeden lepiej, drugi trochę gorzej…” Wszystko ok, to takie samo twórcze zajęcie, jak każde inne i wcale nie potrzeba dyplomu, aby sobie namalować obrazek. A nawet taki obrazek dać komuś w prezencie. Też tak zaczynałam.

I trzeci rodzaj to malowanie Światłem, które mamy w sercu. Różni się ono tym, że obrazy nie zawsze są ładne… W zamian niosą w sobie moc uzdrawiania życia. Łączą się z innymi wymiarami w nas i rozświetlają zastygły mrok. Malowanie z ciszy – bo tak to sobie na własny użytek nazywam  przenosi sztukę na zupełnie inny poziom. Rzadko nadaje się do galerii czy na ścianę, ale kontakt z takim obrazem jest jak rozmowa z Najwyższym Źródłem. Często mam wrażenie, że dotykając wzrokiem takiej pracy, wychodzę poza czas i przestrzeń. To dla mnie prawdziwa magia.

Odkąd nauczyłam się Pure Art doświadczam tej magii w niesamowity sposób, który powoduje, że otwieram ze zdziwienia buzię. Nie miałam wcześniej pojęcia, że tyle można zrobić z pomocą farb i podobrazia. To nie ma nic wspólnego z klasycznym malowaniem i niech miejsca w galeriach zajmują artyści po szkołach plastycznych. To właściwe. Malowanie oczyszczające nie zawsze nadaje się na wystawę. Aczkolwiek niektóre moje obrazy powstałe w procesie Pure Art ogromnie mi się podobają. Są dla mnie śliczne. Jednak ich walorem jest oczywiście działanie terapeutyczne.

Malowanie z ciszy nie jest dla wybranych, może to robić każdy, jeśli wie, jak połączyć się z Mistrzem w sobie. Automatycznie daje ono magiczny efekt i sztuka płynie wielowymiarowo. Doświadczyłam tego wiele razy. Jednak chcę bardzo wyraźnie napisać, że nie każdy obraz nazywany energetycznym, intuicyjnym czy uzdrawiającym jest taki w istocie. Cóż… od wielu lat czuję energię. Taki mój dar. I mam mieszane uczucia, kiedy ktoś tak opisuje swoje obrazki, które w rzeczywistości nie niosą dobrej energii. Pół biedy, jeśli to prostu są puste. Gorzej, jeśli niosą w sobie paskudny ładunek.

Zjawisko stare jak świat. Jeśli gdzieś pojawia się coś dobrego i pięknego, natychmiast pojawia się podróbka. I wbrew pozorom nie zawsze dla pieniędzy. Czasem tylko po to, by dodać sobie splendoru. Jak zwykle wystarczy w kontakcie z obrazem wejść w pole serca i zapytać, czy jest on dobry dla nas. Nasz wewnętrzny przewodnik nigdy się nie myli i odróżnia złoto od tombaku. A co ważne, czasem mocny energetycznie, czysty obraz też może nie być odpowiedni na dany moment. Pytając w polu serca unikniemy i takiej dysharmonii. Warto się tego nauczyć.

Bogusława M. Andrzejewska

Kryształy i zdrowie

Nie od dzisiaj wiemy, że subtelne oddziaływanie kamieni szlachetnych ma wpływ na nasze zdrowie. Energia kamieni pracuje na wielu poziomach, nie tylko na ciele fizycznym. Usuwając blokady w psychice, łagodząc problemy wewnętrzne minerały często pomagają usuwać podstawową przyczynę choroby. Można korzystać z poniższej ściągi, można też zapoznać się z podstawową (wewnętrzną) przyczyną naszego schorzenia, czyli sprawdzić, co mówi psychosomatyka.Można też wspierać afirmacje działaniem kamienia, który będzie najbardziej odpowiedni do danej sprawy. Pamiętajmy, że likwidacja prawdziwego powodu  sprawi, że choroba nie będzie miała nawrotów, podczas, gdy wyleczenie objawów niczego takiego nie gwarantuje.

AGAT – bóle wszelkiego rodzaju, ukąszenia owadów, kłopoty z laktacją, zaburzenia ciąży, infekcje

AKWAMARYN – stres, depresja, drogi oddechowe, bóle zębów, nerwobóle, alergie skóry, zaburzenia wzroku, napięcia w karku 

AMETYST – stres, bóle głowy i migrena, nerwice, lęki, alkoholizm, choroby krwi, czyraki

AWENTURYN – choroby serca, egzemy

BURSZTYN – wspiera samoleczenie we wszystkich schorzeniach

CHALCEDON – choroby gardła, krtani, chrypka, krwotoki, gorączka

CYTRYN (kwarc żółty) choroby przemiany materii, dolegliwości trawienne, schorzenia żołądka, cukrzyca, depresja

DIAMENToczyszczanie organizmu, zapobieganie procesowi starzenia, choroby kości i choroby grasicy, choroby układu wydalniczego (nerki, pęcherz)

DIOPTAZ – choroby serca

FLUORYT – zapobiega chorobom umysłowym, reguluje prądy mózgowe

GRANAT – choroby krążenia, schorzenia narządów płciowych, impotencja, oziębłość, reumatyzm, artretyzm, choroby skóry, choroby psychiczne

HEMATYT (krwawnik) – rekonwalescencja w osłabieniu i po chorobie, kołatanie serca, skurcze mięśni, bolesna napięcia w karku, bezsenność

JADEIT – napięcia, stresy, bezsenność, układ wydalniczy, niepłodność, migreny, oparzenia, półpasiec, opryszczka, grypa

JASPIS – epilepsja, nadkwasota, dna, koszmary senne, choroby kobiece, kamienie moczowe, układ trawienny, hemoroidy, krwotoki

KAMIEŃ KSIĘŻYCOWY (adular) – zaburzenia hormonalne, problemy menstruacyjne, niepłodność, kłopoty z laktacją, opuchlizna

KARNEOL – niemal wszystkie schorzenia

KRYSZTAŁ GÓRSKI niemal wszystkie schorzenia

KWARC DYMNY (morion) – depresja, myśli samobójcze, infekcje, nowotwory

KWARC RÓŻOWY – choroby serca, stwardnienie rozsiane

LAZURYT (lapis lazuli) – skurcze, gorączka, obrzęki, zapalenia, bóle i nerwobóle, wysypki, ukąszenia, choroby krwi  – ponadto WZMACNIA WŁOSY!

MALACHIT – wszystkie schorzenia, ponieważ wyciąga z organizmu energie chorobowe i uświadamia przyczyny 

OBSYDIAN – kłopoty emocjonalne, lęki, choroby wzroku

OPAL – słabe serce, schorzenia żołądka i jelit, depresje

RUBIN – słabe serce, schorzenia krążeniowe, dolegliwości menstruacyjne, choroby wzroku, gorączka, zakażenia

SZAFIR – niemal wszystkie schorzenia

SZMARAGD – problemy ze starością, choroby oczu, infekcje bakteryjne, choroby skóry, ciśnienie krwi, epilepsja, reumatyzm

TOPAZ – depresje, stresy, napięcia nerwowe, zaburzenia trawienne, bezsenność, nerwobóle, stany zapalne, bóle serca

TURKUS – drogi oddechowe, gardło i płuca, jąkanie się, słabe serce, koszmary senne

TYGRYSIE OKO – przeziębienia, choroby oczu, astma

Znaki Zodiaku

Myślę, że dla każdego sympatyka kamieni jest już oczywiste, że nie istnieją żadne przyporządkowania minerałów do czasu naszego urodzenia. Po pierwsze dlatego, że nawet wpływy planet wcale nie są oczywiste i niejeden zodiakalny Baran wcale nie czuje się ani nie zachowuje jak Baran. Wystarczy bowiem słońce w XII domu i Ascendent plus stellium planet osobistych w innym znaku, np. Rybach czy Byku… i Baran przestaje być barani, przejawiając cechy bardziej Byka czy Ryb.

A po drugie dlatego, że wybieramy sobie kamienie sami, kierując się intuicją, sercem czy prostym zachwytem. Najlepiej pójść do odpowiedniego sklepu czy też na giełdę, gdzie sprzedawana są kryształy i popatrzeć na te wszystkie bajecznie kolorowe cuda. A potem wybrać taki kamień, który najbardziej przypadnie nam do gustu. Niektórzy mówią, że ten nasz kamień po prostu nas „zawoła” – zobaczymy go i nie będziemy mogli od niego odejść.

Z całą pewnością nie ma jednego przypisanego do nas kamienia. Jestem spod znaku Bliźniąt i według tradycyjnych tabelek powinnam lubić żółte kamienie: bursztyn, cytryn, topaz, może karneol. Niektóre systemy podpowiadają mi kwarc górski i błękitny chalcedon. Lubię wszystkie kamienie, więc nie mogę odciąć się od takiej tabelki, ale… do moich ukochanych kamieni należy kwarc różowy, larimar, niebieski opal ognisty i połyskujący błękitem labradoryt. Nikt na całym świecie nie przypisze tych klejnotów Bliźniętom. A życie swoje. Dlatego żadne tabelki nie mają sensu. Wybieramy takie kamienie, które rezonują z nami i z tym, czego potrzebujemy.

To może być każdego dnia inne odczucie, dlatego właśnie posiadam sporą kolekcję biżuterii z naturalnymi kamieniami, aby móc zmieniać pierścionki czy wisiory zależnie od tego, co czuję. Bywa, że po kilku dniach noszenia jakiegoś kamienia, odkładam go i biorę inny, aby zabarwić swoje pole eteryczne wibracją innego kryształu. Czasem zdarza się, że robię taką wymianę już po kilku godzinach. Kwarc różowy wspiera i wzmacnia mi serce. Larimar pomaga sięgać do najgłębszej intuicyjnej wiedzy w czasie, kiedy coś piszę. Labradoryt równoważy czakry. Każdy z kamieni pozwala mi wyraźnie odczuć swoją energię. To jak spotkania z różnymi przyjaciółmi – ponieważ każdy wnosi do naszego wewnętrznego bogactwa coś innego, spotykamy się z różnymi osobami, a nie tylko i ciągle z jedną.

Ciekawostką dla mnie jest natomiast Tygrysie Oko. W swojej klasycznej wersji jest to kamień żółtobrązowy. Nigdy mnie do niego nie ciągnęło. Łapał kurz na półce i dostawał ode mnie swoje minimum energii i uwagi. Tymczasem od niedawna zachwycam się mieszanką Tygrysiego i Sokolego Oka, gdzie złocista żółta barwa łączy się z niebieskimi jedwabistymi pasmami. Ten zestaw mi odpowiada i rzeczywiście wydaje mi się być takim „moim” kamieniem, ponieważ łączy moje dwa ulubione kolory. Ale kiedy biorę go do ręki jest ledwo uprzejmy, podczas kiedy niedawno zdobyty szarobiały Opal tuli mi się do rąk.  Co jest w tym Opalu, czego nie ma w Tygrysim Oku? Znam oczywiście odpowiedź na to pytanie, ale chcę tu zwrócić uwagę na to, co czujemy w kontakcie z kamieniami. Ich energia mówi do nas i pokazuje więcej niż jakiekolwiek tabelki, a nawet więcej niż kolorystyczne upodobania.

Bogusława M. Andrzejewska