Harmonia spełnienia

Wszyscy mamy marzenia. Często to właśnie one są siłą napędową naszego rozwoju i pozwalają wytyczać coraz to nowe cele w życiu. Dzięki marzeniom nasze istnienie nabiera blasku, ale i sensu, bo oto wiemy, czego tak naprawdę chcemy. I nikt nie może nam zarzucić, że snujemy się tutaj nie wiadomo po co. Wiadomo! Mamy przed sobą plany do zrealizowania.

Kiedy cierpliwie pracujemy z zasadami Prosperity, to czasem przychodzi taki moment, w którym odkrywamy, że pomimo różnorodnych marzeń, jesteśmy całkowicie spełnieni tu i teraz w tym momencie. Niczego nie potrzebujemy do szczęścia, bo sami jesteśmy szczęściem i realizacją. Można to przyrównać do cichej akceptacji i odnalezienia swojego miejsca w tym, co jest.

Nie ma też dla nas znaczenia cokolwiek jest w naszym życiu, co posiadamy, co nas otacza. Nie ma znaczenia stan zdrowia, czy wiek albo związki, w których jesteśmy. Tak jakby szczęście nas odnalazło, kiedy wracaliśmy ze skromnych zakupów z Biedronki. W pewnym sensie to właśnie cel naszego rozwoju – dobrostan, który wyrasta z codzienności i niczego nie oczekuje. Więcej piszę o tym w swojej najnowszej książce: „Sposób na szczęśliwe życie”.

Ponieważ może brzmieć to trochę tak, jakbym odleciała poza realne istnienie, zdecydowałam się napisać o tym zjawisku i pokazać, skąd się bierze, jak wygląda oraz jak bardzo każdy z nas może tego dotknąć. Bo jest to coś, po co warto sięgnąć. Ale co ważniejsze – większość z nas ma do tego dostęp, tylko nie zauważa swojego szczęścia.

I od razu taka dygresja: nie przesadzam z tym, że można nie zauważyć. Widać to nawet w horoskopie. Wystarczy, że człowiek ma Jowisza w XII domu i zaczyna mieć problem z byciem szczęśliwym, co oznacza, że nawet jak się zakocha albo wygra na loterii, to i tak nie odczuje szczęścia. Czasem sam pyta siebie: o co chodzi, czego ja chcę od życia, dlaczego tak mi smutno? Wówczas warto wziąć kartkę, długopis i wypisać ze zrozumieniem: czym dla mnie jest szczęście? Dla każdego to może być coś zupełnie innego. Nawiasem mówiąc – wielu z nas niezależnie od położenia Jowisza nie ma pojęcia, co go uszczęśliwia. Cieszymy się, kiedy bawimy się w dobrym towarzystwie, kiedy wygrywamy pieniądze lub jesteśmy zakochani. Mówimy: mam fart. Ale szczęście to coś o wiele więcej i żeby to odkryć, trzeba zadać sobie to pytanie. No, bo jak dosięgnąć szczęścia, jeśli nie mamy pojęcia, czym jest?

Poczucie szczęścia można w sobie rozwinąć. Tak samo, jak rozwijamy uczucie wdzięcznościczy nawyk pozytywnego myślenia. To coś, czego łatwo się nauczyć. Ale spełnienie to jeszcze coś innego – to poczucie samorealizacji, to odnalezienie sensu w swoim życiu i totalna satysfakcja, że oto… dokonało się. Jest! Dokładnie to, co miało być. Pokażę to na własnym przykładzie.

Zacznę od tego, że mam marzenia. Oczywiście mam i co roku z radością czekam na lato i możliwość kąpieli w jeziorze. Uwielbiam leżeć pod drzewem na nagrzanej słońcem trawie i co chwilę wskakiwać do wody, uwielbiam pływać. A jeszcze bardziej kocham południowe kraje, gdzie woda w morzu czy oceanie jest zawsze ciepła, a piasek cudownie gorący. Kocham ciepło i marzę o zwiedzaniu cudownych miejsc, lśniących od słońca. Grecja. Bora-Bora. Seszele.

Ale mogę też chodzić zimą na basen, a w pochmurne i deszczowe dni zajmować jedną z moich ulubionych rzeczy – pisaniem. Niezależnie od pory roku, pogody i miejsca na Ziemi, jestem zajęta czymś, co sprawia mi mnóstwo radości. Oto jedna z prostych recept na bycie szczęśliwym człowiekiem – posiadanie pasji, których realizacja sprawia, że Niebo schodzi na Ziemię. Kiedy kochamy to, co robimy, podnosimy swoja energię tak, że odnajdujemy szczęście. Bycie tu i teraz też może być celem samym w sobie. I nie chodzi wcale o to, aby leżeć do góry brzuszkiem i nic nie robić, chociaż lenistwo też niesie nam cenną lekcję. Można nauczyć się czerpać radość z samego istnienia. To wielka duchowa sztuka.

Był taki czas, że odliczałam dni do lata i zimą czułam się średnio, jakby czegoś bardzo mi brakowało. Jakbym była niepełna. Był też taki czas, że zamieniałam marzenia na cele i od nich uzależniałam swoje poczucie zadowolenia. Ot, taki cel jak wydanie książki czy wyjazd na przepiękną wyspę Santorini. Dopóki cel był przede mną, nie czułam się wcale do końca szczęśliwa, bo był we mnie brak. Warunkowałam pozytywne samopoczucie tym, aby się udało to coś osiągnąć.

Dopóki jesteśmy w drodze do celu, możemy czuć presję i napięcie, a cały świat jest… „nie taki”. Dopiero kiedy osiągniemy metę, rozglądamy się za kolejnym celem, aby znowu biec… Myślę, że wielu trenerów rozwoju wrzuca nas w taką pułapkę. To modna i powszechnie powtarzana zasada: wyznaczanie i realizacja celów to podstawa. Musimy bowiem mieć po co istnieć. Musimy gonić jakiegoś króliczka, nawet jeśli nauczyciel jest na tyle mądry, że pokazuje palcem radość samej gonitwy, a nie tylko złapanie zwierzątka za uszy. I chociaż cele są nam potrzebne, tak samo jak marzenia, to nie powinny nas warunkować, a jedynie motywować do działania.

Czasem też chodzi o to, by poczuć swoją misję i ją dopełnić. Coś szczególnego, po co zeszliśmy tutaj na Ziemię. Zatem przyznaję, że przez większość życia chciałam pisać książki i w końcu zostać znaną pisarką. Taki ambitny cel, który zrodził się w mojej głowie, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Wymyśliłam sobie, że po to tu jestem, chociaż mój horoskop karmiczny wyraźnie mi pokazywał, że swój program od dawna realizuję i to wcale przez pisanie. Ale przecież mamy marzenia. A takie właśnie było moje i skupiona na tym, czego chcę, nie zauważyłam, jak wszechświat daje mi znaki. Dopiero, kiedy mój Anioł Stróż kopnął mnie mocno w kostkę i zaryłam nosem o glebę, zrozumiałam. Chociaż i na to potrzebowałam czasu.

Bardzo często dostaję od swoich klientów listy z podziękowaniem za pomoc, za ułatwienie zmian w życiu, za odblokowanie jakiegoś obszaru, za to, że po pracy ze mną jest im po prostu lepiej. Jeszcze częściej dostaję podziękowania za stronę o Prospericie, ponieważ czerpią z niej dobrą energię ludzie, którzy poza tym wcale nie czują potrzeby zamawiania u mnie czegokolwiek. Wiedza tu podana wystarcza – otwiera im oczy, potwierdza przeczucia, rozjaśnia świat, poprawia nastrój, kieruje w najlepszą dla nich stronę.

Za którymś razem, kiedy pewna miła osoba podziękowała mi za pomoc i uzdrowienie, otworzyło mi się w umyśle okienko. Doznałam prawdziwego olśnienia i urzeczywistniłam je. To właśnie nazywam spełnieniem – poczucie dobrze przeżytego życia, zrealizowanie życiowej misji i tego, po co schodzi się na Ziemię. Dla mnie to właśnie usuwanie blokad u innych ludzi, którzy sami nie umieją tego zrobić. To pokazywanie kierunku do szczęśliwego życia. Nie jestem tu po to, by w świetle reflektorów odbierać literackie nagrody. Jestem tu po to, by ukryta w cieniu podnosić tych, którzy przewrócili się na swojej życiowej drodze.

Oto moje Niebo na Ziemi. Zrozumiałam, że już jestem całkowicie spełniona. I chociaż jestem jeszcze młoda, ciągle pełna radości, a przede mną wiele szczęśliwych lat, to tu i teraz już zrealizowałam zadanie, jakie wybrała sobie moja dusza. Rzecz jasna dusza chce uczyć się i doświadczać – lekcji nigdy dość, więc czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy i zdobywania fascynującej wiedzy. Ale to osobny temat. Jestem spełniona i tylko to się liczy. Tym chciałam się z Wami podzielić.

Być może niejeden z Was osiągnął coś, co dla niego ważne, lecz nie docenił i nie zauważył tego w ciągłej pogoni za realizacją coraz to nowych rzeczy. Tak jesteśmy nauczeni: zdobyłeś jakiś szczyt, biegnij zdobywać następny… i następny. Jeśli pojmujemy to mądrze, to nasze życie jest pełne pasji. To pięknie marzyć, zdobywać i poszukiwać. Ale warto też robić to z wewnętrzną harmonią i pełnym luzem. Zdobywać szczyt dla radości stawiania każdego kroku, z lekkim uśmiechem pozwalać, by się działo dokładnie tak, jak się dzieje. Bez presji. I dostrzegać sens w swoim tu i teraz.

Poczucie spełnienia nie odebrało mi marzeń i planów. Mam nawet wrażenie, że pracuję o wiele więcej niż kiedyś i robię mnóstwo nowych rzeczy. Ciągle mam nowe pomysły. Różnica polega na tym, że wszystko to robię bez napięcia i pośpiechu. Jestem w pełni zrealizowana, nie muszę się martwić, czy przed śmiercią zdążę to czy tamto. Robię to, co kocham i na kochaniu się skupiam, na radości tworzenia. Akceptuję, że wszechświat daje mi to, co dla mnie dobre, a nie to, co ja uważałam za wartościowe. Odpuściłam też czas… Pozwalam, by sobie płynął swoim rytmem. I wtedy życie znowu staje się lepsze i lepsze, i lepsze…

Bogusława M. Andrzejewska

  

Advertisements

Harmonia Światła

W gruncie rzeczy sprawa wydaje się zupełnie prosta: albo jesteśmy po stronie Światła albo po tej całkiem drugiej. Do pierwszej zaliczamy wszystkie myśli i czyny wypływające z dobroci, życzliwości, współczucia, łagodności czy też zwykłej mądrości. Najczęściej prowadzi nas tą drogą liczenie się z innymi, z ich uczuciami. Spontanicznie podążamy taką ścieżką wtedy, kiedy nasza energia jest wysoko. A każdy przecież może o to dbać – narzędzia podnoszenia energii są nieskomplikowane. Pisałam o nich tutaj, ale piszę też w wielu innych miejscach na tej stronie. Oznacza to, że jeśli tak wybierzemy, to jesteśmy w stanie utrzymać tę energię wysoko.

Znam wiele osób, których działania i myśli są właściwe i tworzą te piękne zasługi, pomimo że osoby te nawet nie maja pojęcia o poziomach energetycznych. Tak po prostu zostały wychowane przez innych dobrych ludzi. Pomagają, współczują i odnoszą się życzliwie do każdej czującej istoty, bo wiedzą, że tak trzeba i nie wyobrażają sobie, że można inaczej. Światło jest ich naturalną częścią.

Druga strona – ta ciemniejsza – wyrasta z negatywnych emocji: zazdrości, agresji, pogardy, nienawiści, żalu i potrzeby zemsty. W gruncie rzeczy wyrasta z lęku, bo każda trudna emocja odżywia się lękiem. W niektórych ścieżkach filozoficznych demony to właśnie tego typu emocje. A zatem nie jakieś diabły czy inne rogate stwory, które mieszają nam w głowach, tylko coś takiego jak zawiść czy gniew, którym dajemy posłuch i robimy rzeczy niegodne człowieczeństwa. Tak czy owak ciemna strona mocy żywi się negatywnymi przekonaniami. Zatem przejście na stronę Światła to przede wszystkim umiejętne zarządzanie emocjami.

Druga istotna przyczyna wejścia w ciemność to niskie poczucie wartości. Niejednokrotnie zdumiewa mnie, jak bardzo nieadekwatnie reagują zakompleksione jednostki, ile niepotrzebnej agresji albo żalu wylewa się w odpowiedzi na niewinne i całkiem życzliwe zwrócenie uwagi lub na zwykły żart. Niskie poczucie wartości jest ziejącą raną w człowieku, która piecze i pali w reakcji na większość wypowiadanych słów. Nawet dobre intencje bywają niedostrzegane prze kogoś, kogo samoocena jest na wysokości podłogi. A stąd już krok do awantury i piekła. Zatem drugi niezbędny warunek podążania drogą Światła to samoakceptacja.

W praktyce ludzie rzadko kiedy są jednolici. Życie stawia przed nami tysiące wyzwań i skomplikowanych lekcji. Czasem wybieramy zgodnie ze Światłem, czasem zdarza nam się przejść kilka kroków ciemniejszą stroną. Są też osoby, które kierują się głównie adrenaliną, egoizmem i działają bardzo negatywnie. Nie możemy ich oceniać, tym bardziej, że rzadko kiedy wiemy, co naprawdę skłoniło człowieka do określonego zachowania. Jak mówią mądrzy nauczyciele: aby kogoś osądzać, musielibyśmy przejść wiele kilometrów w jego butach.

Możemy jednak obserwować i wyciągać wnioski. Uczymy się przecież także przez baczne przyglądanie się życiu. A dzięki takiej obserwacji możemy sami uniknąć pewnych błędów lub uchronić od nich własne dzieci czy przyjaciół. Czasem nasza dusza wybiera taką właśnie ścieżkę i stawia tuż koło nas despotę, kata czy egoistę, abyśmy wyraźnie zdecydowali: „nie chcę być takim i nigdy tak nie postąpię”. Bezpośrednie doświadczenie okrucieństwa przychodzi do nas właśnie po to, byśmy umiejętnie dokonali wyboru. Czasem rozumiemy lekcję, rozwijamy asertywność i decydujemy żyć dokładnie odwrotnie niż znany nam kat. Czasem jednak powielamy ten sam schemat, odpłacając innym przemocą za doznane krzywdy.

Jesteśmy Światłem. Harmonijna ścieżka to zawsze ta rozświetlona miłością i dobrocią, bo taka jest nasza prawdziwa natura. Nawet jeśli zemsta smakuje słodko, to jedynie przez chwilę, potem zamienia się w smak popiołu. Opada adrenalina i uświadamiamy sobie mniej lub bardziej, że jesteśmy Jednością. Cokolwiek zrobimy innej istocie, robimy sobie samemu. Człowiek bardziej wrażliwy wręcz czuje cierpienie innych – jestem więcej niż pewna, że wiele osób czytających te słowa zwija się z bólu, kiedy widzi jak ktoś rozcina sobie rękę do krwi. Podobnie reagujemy na widok zwłok przejechanego na ulicy psa. Jak zatem można świadomie zadawać cierpienie innym?

Najczęściej robimy to nieświadomie. Ponoszą nas emocje albo kompleksy. A potem często racjonalizujemy swoje zachowanie dorabiając hydrze głowę, której wcale nie posiadała. Czyli nakręcamy się i zasilamy gasnącą złość czy zawiść. Wszystko po to, by bronić się przed wstydem i poczuciem winy. Wstyd okropnie boli, więc zamiast zapaść się pod ziemię, tłumaczymy sami siebie. Warto zdawać sobie z tego zjawiska sprawę i jeśli już zachowaliśmy się głupio – wyhamować, krzyknąć do siebie „STOP!” dużymi literami, a potem powiedzieć: „przepraszam, nie chciałem cię zranić, po prostu jestem dzisiaj rozdrażniony…”. I po problemie.

Niestety to jest bardzo trudne dla tych o niskiej samoocenie. Bo jak przepraszać kogoś, kto nasypał nam soli na ranę! Niskie poczucie wartości nie umie wybaczać i nie chce wybaczać. Chce jak lew walczyć o swoją rację, żeby udowodnić całemu światu swoją wartość: „nie pozwolę, żeby on mi…! Nie dam sobie…! Gdzie on mi tu zajeżdża, mnie się tego nie robi! Za kogo on mnie ma?!” Klasyczna histeria zakompleksionej istoty. Tymczasem miłość do siebie nie obraża się na nikogo i na nic. Kochanie siebie jest ponad wszelką krytyką – wie, że jesteśmy doskonali, a to co mówią inni, to tylko ich słowa. Niech sobie mówią, nic mnie to nie obchodzi. Tak działa Światło.

Na koniec przypomnę raz jeszcze, że do Światła i Miłości każdy ma dostęp. Wystarczy wybrać właściwą ścieżkę – pokochać siebie i nie pozwolić, by rządziły nami emocje. To proste – uwierzcie. I warto pamiętać, że nie potrzebujecie żadnego pośrednika na tej ścieżce. Możemy skorzystać z pomocy psychologa, terapeuty lub coacha, ale nikt nas nie musi inicjować w Miłość czy Światło, ponieważ to nasza prawdziwa natura. Można uczyć się różnych metod: Dwupunktu, Theta Healing czy Reiki, ale nie musimy nikogo prosić, by dał nam dostęp do tego, co jest nasze.

Dla ułatwienia podaję prosty przepis na samodzielne pobieranie wszystkiego, czego potrzebujecie. To prosty schemat, którego używam od wielu lat ze znakomitym skutkiem – możecie go dowolnie zmienić, dopasowując do własnych potrzeb. Możecie z niego korzystać każdego dnia bez żadnych opłat, bez zastrzeżonego znaku towarowego (chociaż sama go wymyśliłam) i ze świadomością, że macie do tego prawo bez niczyjej zgody.

Usiądźcie z wyprostowanym kręgosłupem, stopy płasko, uziemienie – można też stać. Rozłóżcie ręce na boki w geście przyjmowania. Głęboko nabierzcie powietrza, powtarzając w myślach: „proszę o energię z Najwyższego Źródła”. Spokojny wydech. Powtórzcie trzy razy. To wszystko. Każdy z nas jest Światłem i może je przywołać w dowolnym momencie, odwołując się do swojej naturalnej boskiej cząstki.

Bogusława M. Andrzejewska 

 

Duchowa harmonia

Ścieżka duchowa wymaga od nas miłości bezwarunkowej. Rozwój i podnoszenie wibracji, to pełna akceptacja kochania i nauka tej właśnie jakości. Bez miłości nie ma duchowości – pamiętajcie, bo to najważniejsza zasada pracy nad sobą. Bądźcie wrażliwi i otwarci na to, co niesie ze sobą miłość i nie dajcie się zwieść ciemnej stronie mocy.

Ziemia podnosi swoja wibrację, ale to nie oznacza dla nas samych miłych duchowych doznań, to zapowiada także nasilenie wszelkiego rodzaju testów i konieczność nauczenia się oddzielania ziarna od plew. Podczas kiedy ludzie strzelają do siebie na wojnach, dręczą zwierzęta, wycinają drzewa i plują nienawiścią w mediach, co jest dla nas jednoznaczną jakością – ciemność skrada się też po cichu pod płaszczykiem duchowych przewodników i próbuje nam zrobić z mózgu wodę. To bardzo łatwe, kiedy jesteśmy owładnięci różnymi emocjami. A tych w ostatnim czasie nie brakuje. Bo dużo się dzieje i trudno w tym wszystkim zachować pełen spokój.

Jednak w gruncie rzeczy rozpoznawanie harmonijnej duchowości wcale nie jest trudne. Wszyscy dostaliśmy serce – kochające i wrażliwe, pragnące dobra ponad wszystko. Kiedy oczyścimy się z kompleksów i potrzeby zaimponowania komukolwiek czy też z potrzeby odwetu albo utarcia komuś nosa – zobaczymy jak na dłoni, kto świeci prawdziwym blaskiem, a kto jest tylko przerdzewiałą blaszką, odbijająca resztki gasnących promieni.

Jakiś czas temu poznałam miłą i piękną nauczycielkę duchową, która pisała cudne natchnione teksty. Często bardzo mądre, czasem ciut kontrowersyjne. I właśnie na poziomie serca trochę negatywnie odbierałam jej wypowiedzi na portalu społecznościowym. Zgrzytały mi jej pozornie grzeczne, ale pozbawione miłości słowa. Kapała z nich zimna energia, której moje serce nie lubi. Któregoś dnia przypadkiem trafiłam na jej antysemicką wypowiedź. Nie uwierzyłam – przyjęłam, że to jakiś haker robi głupie dowcipy – bo widzę w ludziach przede wszystkim dobro. Okazało się jednak, że takie właśnie są prawdziwe myśli tej osoby. Pozornie duchowa i medytująca, prowadząca zaawansowane szkolenia rozwojowe, w rzeczywistości nastawiona nacjonalistycznie, antysemicko, faszystowsko… Zaplątana w najniższe energie…

Nie jest moją rolą ocenianie kogokolwiek. Ta historia ma za zadanie zilustrować tylko to, co napisałam wcześniej. Fakt, że ktoś zajmuje się „duchowym nauczaniem”, nie oznacza, że taka osoba świadomie bardziej lub mniej nie służy ciemności. W duchowych naukach, które są nieweryfikowalne, najłatwiej się skryć i najłatwiej działać, bo do duchowych nauczycieli ludzie idą po Światło. Jeśli czegoś się obawiają, to finansowej chciwości albo pychy – tylko o tym się mówi. Tymczasem to nie ma znaczenia. Nauczyciel może sobie być chciwy albo zarozumiały, jeśli umie kochać i uczy bezwarunkowej miłości, to w praktyce jego wady nikomu szkody nie przyniosą, poza nim samym. A taka jakość jak antysemityzm… jest zaprzeczeniem Wszystkiego Co Dobre. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że duchowe wzrastanie wyklucza poniżanie jakiejkolwiek nacji. Wszyscy jesteśmy Światłem, tylko nasze czyny czasem biorą się z ciemności.

Inny przykład, który bardzo mnie ostatnio rozbawił, to osoba, która głosi duże zainteresowanie duchowością i przebudzeniem, ale bez miłości bezwarunkowej. To tak, jakby mówić: “kocham deszcz, ale nie znoszę gdy pada”.  Miłość tę osobę drażni, podobnie jak pozytywne myślenie. Jej rozwój polega na czytaniu i wstawianiu na portalu społecznościowym fragmentów różnych rozwojowych poradników. Trudno ocenić, jakiego klucza używa. Przestałam się tą panią interesować, kiedy zaczęła wklejać wypowiedzi autorów z ciemnej strony mocy. Jej życie. Jej wybory. Nie po drodze mi było z niektórymi jej lekturami.

Ostatnio przypadkiem znowu zobaczyłam jej wypowiedź i zaintrygowała mnie, chociaż nie dotyczyła mnie, lecz jej znajomych. Pani ta informowała, że wyrzuca z kontaktów tych, którzy wklejają serduszka i propagują pozytywne myślenie, ponieważ kocha psychologię i poważnie traktuje duchowe przebudzenie, a to nie wiąże się dla niej z wklejaniem tekstów o Aniołach czy miłości, tylko z prawdziwym życiem. Założyła z góry, że osoby, które propagują dobro, piękno i radość – oszukują samych siebie, bo przecież prawdziwe życie to zgoła coś innego. Sądzi też prawdopodobnie, że myślenie pozytywne wyklucza pracę nad sobą.

Śmiem twierdzić, że bardzo błądzi ta osoba. Już kiedyś o tym pisałam, że praca z pozytywnym myśleniem nie zakłada ślepoty i wypierania negatywnych emocji, a jedynie jest sposobem na życie ze wszystkimi jego elementami. Z kolei wklejanie serduszek jest wygodną formą okazania komuś sympatii jednym kliknięciem. Bycie uprzejmym, okazywanie ludziom, że się ich lubi, nie jest moim zdaniem żadnym zakłamaniem. Niektórym sprawia to po prostu przyjemność i wcale nie musi być udawane. Natomiast ciągłe krytykowanie symbolu pozytywnych uczuć, jakim jest serce, trąca mi diabłem, który parska na widok święconej wody.

Pisałam wiele razy o tym, że to właśnie miłość bezwarunkowa najmocniej nas oczyszcza i zmusza do pracy nad sobą. To dzięki znajomości Prawa PrzyciąganiaAniołom i medytacjikonfrontujemy się ze swoimi cieniami. Nie wiem, dlaczego niektórym ludziom wydaje się, że uśmiechnięty i kochający innych Lightworker, to tępy błazen, który całymi dniami podskakuje z wyszczerzonymi zębami i wypiera swoje cierpienia. Moim zdaniem, to właśnie ci, którzy piszą tak, jak pani z podanego przykładu, to zgorzkniałe, pozamykane na prawdę ignorantki, które próbują racjonalizować swoje życiowe klęski. Ponieważ pozamykały serca na miłość, ich dusze cierpliwie rzucają im kłody pod nogi, by zmusić je do kochania, radości i szczęścia… A one uparcie nie chcą, dorabiając do tego swoistą filozofię… Trochę na zasadzie: “skoro nie umiem być szczęśliwa, to znaczy, że szczęście nie istnieje”.

I znowu: nie mnie oceniać, co ktoś robi ze swoim życiem i co lubi, a co odrzuca. Zainspirowała mnie ta wypowiedź do tego, aby po raz kolejny zwrócić uwagę na ludzi, którzy odżegnują się od miłości – takie osoby nie mają nic wspólnego z rozwojem. Mają z duchowością tyle zbieżnego, ile brudny piasek z kryształem… Potencjał i nic ponadto. Nie jest to ani złe ani dobre. Jest takie, jakie jest. Jeśli jednak osoba taka głośno pozuje na przewodnika w temacie przebudzenia duchowego, to nie warto jej słuchać, bo nie ma duchowości bez miłości bezwarunkowej. Jeśli kogoś rażą serduszka, anioły i pozytywne wypowiedzi, to energia tej osoby jest bardzo niska. To proste. Nic w tym złego – powtórzę – każdy jest w najlepszym dla siebie punkcie rozwoju, ale na przewodnika lepiej wybrać sobie kogoś o wyższej wibracji.

Czy chcielibyście być operowani przez przedszkolaka, czy jednak do zabiegu wybralibyście doświadczonego chirurga? Wiele osób zakłada fanpejdże o tematyce rozwojowej, mając wiedzę i doświadczenie pięciolatka, który właśnie bawi się w piaskownicy w lekarza… I głośno krzyczy: “zabieraj swoje zabawki, bo ja tu jestem prawdziwym uzdrowicielem i tylko ja wiem, co jest prawdziwe”… Z serca dziękuję niektórym za rozbawianie mnie swoimi “mądrościami”, które mogłam zobaczyć na poziomie energetycznym. Wgląd pozwala jeszcze bardziej cieszyć się życiem. Ono naprawdę jest cudownie przezabawne, kiedy widzi się sercem.

Opisuję zjawisko, nie panią – która wcale nie jest odosobniona w takiej filozofii. Sporo osób takie rzeczy manifestuje, podążając mniej lub bardziej świadomie za jakimś podszeptem. Obserwuję ostatnio krytykę nawet uznanych duchowych nauczycieli, którym zarzuca się, że wprowadzają ludzi w trans i służą… „iluminatom”… Nie drażni mnie to, ale zastanawia. Myślę, że ciemność zdwoiła wysiłki, by przejąć jak najwięcej dusz, dlatego warto umieć poruszać się w gąszczu takich ocen i mieć swoje zdanie. Najlepiej, by było ono oparte na energii serca. Wystarczy zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech i położyć energię danej osoby na czakrze serca… Od razu poczujemy, czy jej nauki są dla nas dobre czy nie. To najbardziej harmonijny sposób rozpoznania tego, co dla nas odpowiednie.

Wiele lat temu, kiedy byłam jeszcze na początku swojej ścieżki, poświęciłam sporo energii temu, aby być właściwie prowadzoną w duchowym rozwoju. Pracowałam ze swoim Wyższym Ja, medytowałam i robiłam Reiki w  intencji prowadzenia mnie do najlepszych nauczycieli, przewodników i doświadczeń. Miałam cudownego, bogatego męża, wspaniałe córeczki, nie musiałam pracować – jedyne, czego pragnęłam to Oświecenie. I wtedy też dostałam informację, że rozwój duchowy jest tym, do czego każdy człowiek ma prawo bez żadnej szczególnej łaski. Pieniądze, zdrowie czy związki są zależne od wielu czynników, natomiast o prowadzenie w rozwoju wystarczy poprosić. Poprosiłam. I widzę wyraźnie, jak zgrabnie omijam w życiu rozmaitych hochsztaplerów. Jak przez szkło powiększające wyłapuję fałsz i pseudoduchowych guru, a moja czakra serca błyskawicznie reaguje na niskie energie. Skoro ja mogę – to może każdy.

Warto poprosić o takie prowadzenie, chociażby po to, by unikać dziwnych przewodników, wiodących na manowce. A także po to, by nie tracić czasu na czytanie niewłaściwych autorów, węszących wszędzie teorie spiskowe. Można też nauczyć się słuchać prawdziwego siebie. Nie tego wystraszonego, zakompleksionego i zazdrosnego, który odwraca się od prawdy, kiedy jest dla niego niewygodna. Tylko tego, pełnego miłości, który umie oprzeć się na swoim sercu i rozpoznać prawdziwe Dobro i prawdziwe Światło.

Bogusława M. Andrzejewska

Energia harmonii

Jesteśmy różni, a nasza różnorodność sprawia, że jako ludzkość jesteśmy fascynującym zjawiskiem. Każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego, dlatego każdy szuka dla siebie odpowiedniej muzyki, książki, jedzenia. Jesteśmy też na tyle dojrzali, że nie toczymy sporów o to, czyj wybór jest lepszy. Przyjmujemy, że o gustach się nie dyskutuje.

To samo dotyczy nauczyciela duchowego. Nikt nie jest ideałem, który mógłby sprostać oczekiwaniom całej grupy. To, co zachwyca jednych, niekoniecznie musi się podobać innym. Nawet sposób przekazu jest ważny – jedni wolą pełne miłości słowa podnoszące energię, a inni chcą jak najwięcej teorii, którą mogą wypełniać głowy i zeszyty. A jeszcze inni przychodzą na duchowe zajęcia, aby wzmocnić swoją ziemską energię konkretami nie mającymi nic wspólnego z duchowością.

Wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być. Wszystko jest w harmonii, a każdy jest we właściwym miejscu i czasie. Nawet jeśli na duchowym szkoleniu pojawia się ktoś, kto jest w ogóle „poza energią” warsztatu, to jest równie ważny, jak wszyscy pozostali. Uczy nas zazwyczaj tej istotnej prawdy, że ludzie funkcjonują na setkach poziomów i każdy level jest odpowiedni dla danej osoby.

Nie miewam od dawna takich doświadczeń i koniecznie chcę to podkreślić, aby moi cudowni studenci nie patrzyli po sobie i nie zastanawiali się, czy ja tu właśnie o nich nie piszę. Nie – to tylko teoria, która ma za zadanie zilustrować zasadę indywidualności i ogromnego zróżnicowania pomiędzy ludźmi. Dotykamy tej zasady w praktyce każdego dnia w wielu miejscach. Nie zawsze wystarcza nam tolerancji wobec tych, którzy myślą i działają „inaczej”. Być może uświadomienie sobie, że wszystko ma sens, pomoże łagodniej spojrzeć na pozornie skomplikowane sytuacje. Tylko „pozornie”, bo wszystko jest w harmonii.

A oto przykład z życia wzięty. Kiedyś jedna z moich koleżanek zaoferowała, że będzie organizowała dla mnie szkolenia. Organizacja, jak wiadomo, polega nie tyle na przygotowaniu sali, ile na reklamie i zebraniu grupy uczestników chętnych do udziału w warsztatach. Kiedy podjęłam z nią współpracę, natychmiast ktoś mi bardzo bliski kto ma wgląd w energię, powiedział: „Chcesz z nią współpracować? Bez sensu, przecież ona zupełnie z tobą nie rezonuje”. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam: „Zobaczymy”. Czasem udaje mi się uzdrawiać (zmieniać energetykę) ludzi samą swoją obecnością.

Niestety nic z tego nie wyszło. Koleżanka po jakimś czasie zaczęła organizować zajęcia, ale dla innych, nie dla mnie. Zainspirowałam ją, ale rzeczywiście nie rezonowałam na tyle, aby współpraca nam się ułożyła. Towarzysko można spotkać się i pogadać z każdym, ale nie z każdym można podejmować energetyczne działania takie, jak organizacja kursu. I najważniejsze w tym wszystkim jest to, że organizator przyciąga określony typ ludzi – zbliżony do siebie, powinien więc być na tym samym poziomie co prowadzący. I najczęściej tak jest, wtedy system działa dobrze. Kiedy patrzyłam na zdjęcia ze szkoleń organizowanych przez tamtą koleżankę i na ludzi, którzy brali w nich udział, widziałam wyraźnie, że te osoby nigdy by do mnie nie przyszły. Nadawały bowiem na zupełnie innej fali.

Prosperita czy Reiki i inne duchowe tematy, które są mi bliskie, wymagają od uczestników wewnętrznej gotowości. Oznacza to, że mi nawet nie wolno namawiać i zapraszać bezpośrednio na swoje zajęcia. Jedyne, co mogę, to zrobić ogłoszenie i wystawić w widocznym miejscu, np. na facebooku. Kto jest gotowy – trafi. Działa to, jak niepopularna zasada: „siedź cicho – znajdą cię”. Niestety nie można inaczej. Wiem o tym od … zawsze. Od czasów, kiedy dwadzieścia kilka lat temu to ja byłam organizatorem dla pewnej cudownej duchowej nauczycielki. Nie dla mnie zatem tak modne teraz wszechobecne reklamy i wyskakujące ciągle okna „Kup teraz!”.

Działa tutaj zasada harmonii energetycznej. Teoretycznie można na kogoś znajomego wywrzeć presję i skłonić do przyjścia na kurs. Natomiast efektów nie będzie, a odczucia mogą być nieciekawe, kiedy wda się mocne oczyszczanie u kogoś, kto nie powinien w tym miejscu się pokazać. Wiedzą o tym na przykład wszyscy reikowcy – nie  wolno namawiać do zabiegu. Chętny ma poprosić, czyli to właśnie osoba potrzebująca ma poczuć, że chce i bodaj jednym gestem typu „proszę, zrób mi zabieg” to okazać. To samo dotyczy szkoleń o wysokiej energii. Tu potencjalny uczestnik kursu ma samodzielnie dokonać wyboru. Nie może być namawiany.

Dlatego w moim nauczaniu i moich szkoleniach panuje zasada, że kiedy uczeń jest gotowy – znajduje mnie sam. Działa to bez pudła. Średnio raz dziennie dostaję list o treści mniej więcej: „Przeglądając internet trafiłam przypadkiem na pani stronę”… Cudowne! Tak właśnie działa harmonia energii. Kto ma trafić – trafi – wystarczy, że strona jest w sieci. Jest to też dla mnie bardzo komfortowe, że nie muszę jak akwizytor tłumaczyć, że dobre jest naprawdę dobre. Pozwalam ludziom  ocenić niezależnie i po swojemu to, co oferuję. Nie muszę też z nikim rywalizować, bo energia sama prowadzi.

Nie rywalizuję. Nie lubię tego. Nigdy też tego nie robiłam, bo jest to dla mnie sprzeczne z tym, co czuję. Uważam, że wszyscy jesteśmy jednością, więc rywalizacja z kimś jest kopaniem samego siebie po kostkach. Pisałam o tym wielokrotnie, że konkurowanie z kimś jest dla mnie totalną bzdurą, wyrastającą z niskiego poczucia wartości. Z nikim nie musze się mierzyć ani porównywać. Ja wiem, że jestem świetnym wykładowcą i wiem, że konkurencji nie mam. Bo są na świecie osoby, dla których zawsze będę najlepsza w tym, co robię i jest ich bardzo, bardzo dużo…

Ale dostrzegam różnice pomiędzy ludźmi. Jesteśmy Jednością Indywidualności. To ważne, żeby wiedzieć, że każdy jest jedyny i niepowtarzalny. Każdy ma też swój poziom wibracyjny, który może, ale nie musi być dopasowany do mnie. Zależnie od tego wybieramy sobie zatem ulubioną muzykę i ulubionego nauczyciela. Moje koleżanki po fachu mają zatem swoich zadowolonych uczniów, z którymi idealnie rezonują. Rywalizacja polega na tym, że próbowałabym ściągnąć do siebie osoby, które mnie nie zrozumieją i nie skorzystają z mojego przekazu. Po co? Dla pieniędzy? Nie jest to warte żadnych pieniędzy.

Jestem starą duszą, która nie po to podnosiła swoje wibracje przez wiele wcieleń, żeby teraz zbierać skrzętnie „kasę”. Jestem tu po to, by pomagać ludziom sublimować energię. To ten czas, kiedy wraz ze wznosząca się Ziemią wzrastamy wewnętrznie. To czas, kiedy nie możemy omijać harmonii wszechświata i jego zasad. A najważniejszą z tych zasad jest samostanowienie. Każdy ma prawo sam o sobie decydować. Jeśli manipuluję kimś, wywieram presję – wówczas naruszam tę zasadę. Dlatego pokazuję, proponuję i zapraszam, ale bez nacisku. Kto jest gotowy na łyk silnej, dobrej energii, trafi do mnie bez problemu. Doświadczam tego od lat.

Bogusława M. Andrzejewska

Sens życia

W fascynującym wielobarwnym życiu dominuje doświadczanie, jako najważniejszy powód naszego istnienia. Są tacy nauczyciele duchowi, którzy w ogóle podważają sens naszego rozwoju zakładając, że jedyne po co zeszliśmy na Ziemię to właśnie przeżywanie i poznawanie. Z tego punktu widzenia cokolwiek się dzieje jest dobre i godne uwagi. Nawet to, co postrzegamy jako zło czy cierpienie dla nas, dla duszy jest radością nowego doświadczenia. Ta hipoteza ma jedną dobrą stronę: nie musimy się wysilać, wystarczy być i już spełniamy wymogi istnienia.

Ja jednak jestem zdania, że Ziemia jest dla duszy poligonem rozwoju i w moim postrzeganiu świata wzrastanie, rozpoznawanie w sobie mocy dobra i nauka bezwarunkowej miłości są najważniejszym celem życia. Jesteśmy tutaj po to, aby uczyć się kochania pomimo wszystkiego, czego doświadczamy. Czasem nawet niejako na przekór trudnym wydarzeniom.

Moja hipoteza sensu życia może stać się logicznym wyjaśnieniem tego wszystkiego, co w naszym dualnym pojmowaniu świata jawi się koszmarem. Te wszystkie wojny, kataklizmy, nieuleczalne choroby i inne nieszczęścia nie są przecież przypadkiem ani jakąś karą dla nas. Są odzwierciedleniem jakiejś cząstki, którą w sobie nosimy jako istoty wielowątkowe. Nawet jeśli świadomie pragniemy wyłącznie dobra, to na głębszym poziomie mamy w sobie lęk albo potrzebę odwetu, albo żal czy gniew, którego nie jesteśmy gotowi uwolnić.

To ludzie wywołują wojny, okradają siebie nawzajem, niszczą planetę i kłócą się ze sobą. To ludzie kształtują swoje ciało zabarwiając je chorobą, co wyraźnie pokazuje psychosomatyka. I najprostsze, co przychodzi na myśl w takim kontekście, to mozolne uczenie się zasad życia tak, aby przestać niszczyć Ziemię, zabijać czy krzywdzić innych, ranić samych siebie chorobami. Wiedzę zdobywamy najdosłowniej poprzez doświadczenie. Cierpiąc, zadajemy sobie pytanie: co robić, aby to uzdrowić? Odpowiedzią zawsze jest miłość i dobroć. Tego właśnie się tutaj uczymy: wyjścia poza negatywne emocje, chęć zemsty czy udowodnienia innym swojej siły.

Temu też służy cała ta „ciemna strona”, która budzi w ludziach tyle wątpliwości. Czasem zadajemy w stronę Nieba rozpaczliwe pytanie: „skąd tyle zła? Dlaczego i po co ono?” Każdy z nas, kiedy wsłucha się w siebie wie, że Najwyższe Źródło jest bezmiernym oceanem miłości bezwarunkowej. Skąd zatem tyle cierpienia? Kto nas tak karze i za co? Powstały nawet wyznania, które próbują nas przekonać, że Ziemia jest planetą, która nie podlega Bogu-Stwórcy, lecz została oddana ciemnym siłom. Inne hipotezy głoszą, że jesteśmy hodowlą „złych” istot, które nas wykorzystują. A że energetyka naszej planety jest specyficzna, to takie teorie wydają się niektórym bardzo prawdopodobne.

Tymczasem najrozsądniejsze może być wyjaśnienie najprostsze, czyli zauważenie, że nasz świat to właśnie poligon treningowy, gdzie uczymy się kochać i być dobrymi, pomimo całego zła, jakie tylko można wymyślić. I w tym ćwiczeniu biorą udział te dusze, które się kształcą, rozwijając w sobie dobro i te, które przyjęły na siebie trudną rolę „katów”. Bo przecież w raju niczego nauczyć się nie można. Leżąc na pachnącej trawie wśród kwiatów i rozmaitego bogactwa, w pełnym bezpieczeństwie – cóż można poza rozkoszowaniem się istnieniem? Dopiero w trudnych warunkach uczymy się szlifowania swoich umiejętności.

Wcale nie ukrywam, że chętnie poleżałabym w raju na trawce. Oczywiście. Ale moja dusza wybrała sobie całą masę skomplikowanych wyzwań, które raz po raz rzucają mnie twarzą o ziemię i to wcale nie na miękką trawę. Nie mam innej opcji, muszę podążać za wyborem swojej duszy i zaakceptować wszystkie lekcje, które mi stawia na drodze. Jednak sens życia nie polega wyłącznie na pogodzeniu z losem, lecz na odnajdowaniu wszędzie dobrej energii. To nie poddanie trudnym doświadczeniom zapewnia nam punkty w treningu, lecz radość życia, zachwyt, odczuwanie miłości i wdzięczności czy nawet wybaczenie katowi, który ma jeszcze dłonie mokre od naszej krwi.

W tym wybaczeniu bardzo pomaga świadomość harmonii wszechświata i dostrzeganie logiki wydarzeń. Kiedy widzimy i rozumiemy swoją lekcję, to nie możemy mieć żalu do nauczyciela. Możemy jedynie odczuwać wdzięczność do niego za to, co nam pokazał. I w gruncie rzeczy potrzeba wybaczania znika całkiem. Bo po co wybaczać komuś, do kogo czujemy jedynie wdzięczność?

Wiem, że moje słowa dalekie są od praktycznego przeżywania emocji. Łatwo się pisze o wybaczaniu i nauczaniu, o wiele trudniej doświadczać tego wszystkiego i przy tych uczuciach odkrywać w sobie dobro. To czasem niezwykle trudne doznania, które owocują dużą ilością silnych negatywnych emocji. Mam jednak w sobie ogromną pewność, że właśnie o to chodzi w tej fascynującej grze, aby umieć wyjść poza to, co się czuje i świadomie wejść na boski poziom istnienia. Czyli właśnie w chwili największego żalu i gniewu pokłonić się z wdzięcznością duszy „kata” i pobłogosławić go bezwarunkową miłością.

Bez względu na to, w co wierzymy, każdy zgodzi się ze mną, że to bardzo trudne zadanie – spontanicznie wychodzić poza negatywne emocje i złe oceny innych ludzi i sytuacji. Bo sytuacje też nas drażnią – śnieg w środku wiosny, kiedy złaknieni jesteśmy ciepła, spóźniający się pociąg, kiedy jesteśmy zmęczeni, brak prądu, kiedy mamy mnóstwo pracy… Wszystko wokół nas toczy się swoim rytmem, nie zawsze zgodnym z naszymi oczekiwaniami. I rzadko kiedy udaje nam się zachować spokój i pozostać z rozsądnym pytaniem: czego mnie to uczy? Co mi pokazuje? Najczęściej poddajemy się uczuciom i szarpiemy sami ze sobą w gniewie, żalu lub rozpaczy. Tworzymy w sobie opór i nie pozwalamy płynąć energii. Tymczasem właśnie wiara w harmonię wszechświata jest tym, co powinno nam zawsze towarzyszyć.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Harmonia odtwórcy

Mam swoich naśladowców w sieci. To nic złego, to tylko oznacza, że jestem naprawdę świetna, jeśli ktoś zapożycza ode mnie większość tematów, pomysłów, form graficznych, a nawet tak prostych drobiazgów, jak sposób pozdrawiania. Wiedza, którą udostępniam jest dla wszystkich, zatem nie przeszkadza mi, że ktoś „ściąga” publikowane przeze mnie treści i podaje dalej na swojej stronie, lekko zmienione. I tak sprzedaję wodę na brzegu rzeki – przecież prosperita to sposób szczęśliwego życia w miłości i radości, to coś tak oczywistego, że nosimy to uśpione w każdej komórce swojego ciała. Nic tu nie jest moją własnością, poza prywatnymi zdjęciami.

Bardzo mnie w tym zjawisku ucieszyło, że moi naśladowcy także pilnie uczą się ode mnie. Na przykład: zamieniają niekorzystne słowo „obfitość” na dobrostan, dobrobyt i bogactwo – na co niedawno zwracałam uwagę w swoim artykule. Zmiana nazewnictwa nastąpiła oczywiście zaraz po tym, jak opublikowałam swój artykuł w sieci. A to znaczy, że osoby te pilnie czytają moją stronę i rozwijają się dzięki energii, która jest w każdym moim słowie. To ważne, ważniejsze niż szybkie zamieszczenie faviconki zaraz po tym, jak ten drobiazg graficzny pojawił się u mnie. Obrazek nie ma znaczenia, a właściwe nazewnictwo tak, ponieważ słowa mają moc.  Cieszę się, że oprócz setek studentów i klientów, dla których jestem autorytetem, mam także ukrytych pilnych uczniów, którzy skrupulatnie czerpią ode mnie wiedzę w wielkiej tajemnicy. Jestem dumna tym bardziej, że to doradcy, prowadzący blogi o psychologicznej treści, a więc śmiało mogę powiedzieć: jestem nauczycielem dla nauczycieli i psychologiem dla psychologów. Jestem The Best !

Czasem tylko zastanawiam się, dlaczego ludzie nie działają w harmonii serca, lecz udają kogoś, kim nie są. Nie mam wątpliwości, że ktoś, kto podąża własną ścieżką nie musi powielać cudzych wzorców. W pewien sposób wszyscy się oczywiście uczymy – przede wszystkim przez własne doświadczenie, ale też przez książki, audycje, nagrania. Jednak to, co jest pieśnią naszej duszy, przychodzi z wnętrza. Kiedy piszę dla Was kolejny artykuł na swoją stronę, to dlatego, że on sam do mnie przychodzi. Spływają słowa i zdania, spływają argumenty. Krążą we mnie, kiedy zmywam naczynia i spaceruję. Uspokajają się dopiero wtedy, kiedy przeleję je na papier lub ekran komputera. W gruncie rzeczy są jednak tylko moje. Oczywiście – sama inspiracja może przyjść z zewnątrz – z wydarzenia, spotkania, przeczytanej książki. A nawet jak w tym wypadku: z przypadkowego trafienia na jeden z blogów. Potem jednak wszystko, co tworzę, jest już tylko moim przemyśleniem.

Często zadaję sobie pytanie, jaki jest sens podążania cudzymi ścieżkami? Harmonia serca to stan pełnego rozumienia własnej duszy i realizowania tego, co jest naprawdę ważne dla nas. Czujemy to w sobie. Nie musimy tego szukać na stronach innych ludzi. Odnajdujemy to w każdym swoim oddechu, wiedząc, że jesteśmy absolutnie unikalni i doskonali tacy, jacy jesteśmy. Idąc za głosem własnego serca, dostajemy w darze błogość szczęśliwego życia i poczucie spełnienia. Nic nam tego nie zastąpi i nie znajdziemy klucza do własnych drzwi w cudzej kieszeni.

Stale powtarzam, że każdy z nas powinien myśleć samodzielnie, a najlepszy drogowskaz znajdziemy we własnym wnętrzu. Kiedy słuchamy siebie, realizujemy plany własnej duszy. Aby przybliżyć ten temat, wprowadziłam nawet osobny rozdział dotyczący harmonii serca, bo uważam, że rozumienie tego pojęcia jest kluczowe dla naszego rozwoju. Tego właśnie dotyczy – autentyczności. Zaufania w to, że jest się doskonałym takim, jakim się jest i nie potrzeba dowartościowywać się kopiowanymi od innych określeniami i pomysłami. A może lepiej usiąść spokojnie i podążyć uwagą w sam środek własnego serca, by zapytać: co jest dla mnie najlepsze? Czym powinienem się zająć? W jakim obszarze będę twórcą, a nie odtwórcą?

Nie mam monopolu na całą wiedzę Wszechświata i czasem nie znam odpowiedzi na takie pytanie, jak sensowność naśladownictwa. Dostrzegałam tu tylko działanie przeciw sobie i samooszukiwanie. Taka dusza odchodzi z tego świata z długiem karmicznym, aby w kolejnym wcieleniu ponownie przymierzyć się do swojego prawdziwego celu. Kiedy jednak przemedytowałam swoje wątpliwości, pojawiła mi się informacja, że czasem celem życia jest właśnie naśladownictwo samo w sobie. Takie osoby spełniają tu na ziemi ważną misję – są kopiarką dla treści, które powinny dotrzeć do jak największej ilości osób. Dzięki temu, że podają dalej dobre myśli i pozytywne nauki, umożliwiają wzrastanie większej ilości osób. Czasem listonosz, który doręcza list jest równie ważny jak nadawca, który zawarł w liście całą swoją miłość.

Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i współistniejemy w harmonii. Pozornie trudno dostrzec harmonię tam, gdzie obok twórcy wyrasta odtwórca. Jednak z duchowego punktu widzenia, oboje współpracują ze sobą, a ich role są równie ważne. Najciekawsza książka bez wydawcy i księgarni straci swoja wartość, bo nikt nie będzie wiedział o jej istnieniu. Podobnie z wartościową wiedzą – powinna być rozpowszechniana na wszelkie możliwe sposoby. Jest mi niezmiernie miło, że to moje słowa, pomysły i określenia są naśladowane.

To ważna lekcja, bo w dualnym i materialnym świecie bardzo mocno przywiązujemy się do podziału: to jest moje, a to twoje. Prawa autorskie spędzają ludziom sen z powiek. Tymczasem wszystko to, co robimy dla dobra innych, jest wspólne. Nigdy nie miałam problemu z poczuciem własności. Zdarzało mi się trafić w sieci na swoje teksty podpisane cudzym nazwiskiem lub wcale nie podpisane. Traktowałam je jako mój dar dla świata i cieszyłam się, że komuś się aż tak spodobały, że chciał je opublikować. Nie przeszkadza mi to, błogosławię każdego, kto z ciekawością przeczyta to, co mam do przekazania.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia słów

Dobre słowa są jak światło, które oświetla drogę w ciemnościach, pokazując nam najlepsze ścieżki. Bywają latarnią, dzięki której wreszcie docieramy do celu po długiej wędrówce. Rozjaśniają mrok smutku, obaw i chwilowych wątpliwości, jak lampa wniesiona do ciemnego pokoju. Dobre słowa mogą być też jak promień lasera – niszczą chorą tkankę kompleksów, pozostawiając po sobie tylko prawdziwy diament naszych serc, to co w nas najpiękniejsze i najsilniejsze. I jak laser mogą odciąć nas od paraliżującego strachu, który nie pozwalał pójść naprzód. 

W słowach można zamknąć cudowną energię, która wyzwolona doda nam sił swoją mocą. Największą i najcenniejszą sztuką jest napełnić słowa miłością do świata i do siebie. To właśnie wtedy stają się one czarodziejską różdżką, która wraz z dźwiękiem naszego głosu sprawia, że świat się staje lepszy. Równie piękną i magiczną siłę ma słowo pisane, które ożywia, wzmacnia i rozbawia, kiedy czytamy je w książce lub na ekranie. Każdy z nas ma dostęp do mocy słów. Każdy z nas ma też w sobie możliwość i mądrość, by tworzyć tylko dobrą energię.

Czy jednak umiemy? Czy chcemy? Nie zawsze o słuszności naszych wyborów decydują emocje. Kiedy jesteśmy owładnięci żalem, gniewem lub rozpaczą, nasze słowa same sypią się z naszych przepełnionych cierpieniem myśli. Są jak iskry, które spadając na lewo i prawo – gasną, kiedy pogrążą się w wilgoci lub wywołują pożar tam, gdzie podłoże jest przesuszone. Doświadcza tego każdy z nas – to ludzkie i zrozumiałe, chociaż i tak warto nauczyć się zarządzać emocjami tak, by nikogo nie ranić.

Czasem jednak dostrzegam niskie i ciężkie energie, które płyną, jakby zupełnie pozbawione kontroli – dla zabawy. Są ludzie, którzy wybierają takie wibracje, bo wydają im się one śmieszne. A nie są. I podobnie jak dzieci, które bawiąc się ogniem bez kontroli, podpalają własny dom i uciekają z niego poparzone, tak i rzucając słowami o niskich energiach, robimy sobie sami krzywdę. Wierzę, że wynika to zjawisko z braku świadomości. Ale niestety obserwuję też, że życie takich osób dalekie jest od szczęścia. Może zatem warto zrozumieć ten mechanizm właśnie po to, by przestać podpalać samego siebie?

Przykładem niech będzie pozornie „zabawny” tekst, którego sens brzmi: „jestem wredna i dobrze mi z tym, bo przynajmniej nie jestem fałszywie miła, a poza tym to ludzie mnie taką zrobili”. To pięciokrotna świadomość ubóstwa, do której aż wstyd się przyznawać, ale przede wszystkim afirmacja, która napisana publicznie i odczytana setki razy programuje autorkę tak samo intensywnie, jak wszystkie pozytywne dekrety.

Nasza podświadomość nie ma niestety poczucia humoru. Oznacza to między innymi, że nie odróżni żartu czy sarkazmu od prawdy. Wszystkie zdania wymawiane w pierwszej osobie, które przypisują nam paskudne cechy, są przez nią łykane, niczym świeże poziomki, na zasadzie: „mówisz i masz”. Dlatego nawet w żartach nie wolno przypisywać sobie głupoty czy wredoty. Zdecydowanie wolę myśleć o sobie, że “jestem mądra, miła, zdrowa i bogata“. Nawet w żartach powtarzam często: “a kto bogatemu zabroni (np.) wypić herbatkę?” Oto żart – świadomości prosperującej. Programuję siebie na bycie bogatą w każdej sytuacji. Wole być bogata niż wredna.

Drugi błąd w cytowanej wyżej negatywnej wypowiedzi, to stwierdzenie, że “mi z tym dobrze”, co wprowadza do podświadomości wzorzec, że bycie wrednym jest właściwe. Jeśli jest właściwe, to będzie zasilane, podobnie jak bogactwo w afirmacji: „Żyję w luksusie i czuję się z tym dobrze”. To nie tylko utrwalenie w sobie tej cechy. To także program, który będzie stawiał nam na drodze wyłącznie „wrednych” ludzi – szczególnie wtedy, kiedy będziemy modlić się o dobro, pomoc czy nagrodę. Jeśli „wredota” jest dobrem, to będziemy ją dostawać na okrągło. Bo dlaczego nie, skoro chcemy i lubimy.

Wszechświat to lustro. Niemądre panienki, które popisują się pozorną elokwencją, chciałyby być tymi jedynymi wrednymi, które kopią wszystkich dookoła i mają u swoich okrutnych stóp cały świat. Widzą siebie, jako zimne królowe, nierzadko z pejczem w dłoni, luksusowo ubrane, które nic od nikogo nie potrzebują. Nie rozumieją, że im bardziej są wredne, im bardziej w to wierzą, tym więcej wrednych ludzi pojawia się w ich rzeczywistości. I prędzej czy później to one upadną skopane przez kogoś. To one poczują na swoich plecach ten metaforyczny pejcz. To one doświadczą upokorzenia, którym chciałyby przysypać wszystkich swoich wrogów.  

Trzeci element świadomości ubóstwa to stwierdzenie, że bycie miłym jest z gruntu fałszywe. A czy musi? I czy zawsze? Nie wiem, jak Wy, ale ja nie spotykam fałszywych ludzi nigdy i nigdzie. Może dlatego, że sama taka nie bywam. Jestem sobą, jestem szczera i wcale przy tym nie wchodzę w jakieś dziwne pojęcia. Gdybym jednak uznała, że bycie miłym to fałsz, to z pewnością wykreowałabym takie właśnie doświadczenie. Tylko po co? Czy nie lepiej przyjąć, że: „otaczają mnie cudowni i prawdziwi przyjaciele”? To my tworzymy swój świat i my swoimi myślami przyciągamy określonych ludzi.

Czwarty negatywny element tego krótkiego tekstu, to zrzucenie odpowiedzialności z siebie na innych. Stwierdzenie, że ktoś nas uczynił złym, jest kwintesencją ignorancji. To my i tylko my przyciągamy każde trudne doświadczenie do swojego życia. Możemy tupać i płakać, możemy bardzo się buntować, ale tego faktu nie zmienimy. Czasem mamy za sobą trudne dzieciństwo i okrutnego rodzica. Innym razem mamy za sobą toksyczny związek i nic nie zmieni naszej bolesnej przeszłości. Możemy jednak zmienić przyszłość, uzdrawiając wzorce, którymi stworzyliśmy te niechciane sytuacje. A wszystko po to, by nigdy więcej nie cierpieć. Jak to wygląda w praktyce pisałam wiele razy. Mówienie, że ktoś mnie zrobił wredną, to jak stwierdzenie, że premier Bangladeszu jest winny temu, że nie smakuje mi kanapka, którą sobie własnoręcznie zrobiłam. I nie ma znaczenia tutaj geografia – równie winny jest Król Namibii.

Piątym elementem świadomości ubóstwa jest niejako podsumowanie wszystkiego, chociaż znalazłabym tu jeszcze i szósty i siódmy element, ale … już dość! Podsumowanie to oznacza, że jeśli ktoś świadomie mówi: wolę być wredna niż miła (nie ważne, czy fałszywie czy nie), to jednoznacznie opowiada się po stronie ciemności. To tak jakby powiedzieć: „wolę smród niż zapach”, „wolę zło niż dobro”. To też program, który w naszym życiu zadziała. Taka osoba jest potem wielce zdziwiona, że ludzie ją atakują, dokuczają jej, odrzucają ją, a szczęście nie chce sprzyjać. Bywa samotna, zdradzona, oszukana i  wreszcie chora. Ma pretensje do całego świata, a przecież wszystko dzieje się zgodnie z jej „zamówieniem”.

Nasze słowa powinny być harmonijne z tym, czego pragniemy. Jeśli chcemy być naprawdę szczerze kochane, to należy mówić i pisać o miłości. Jeśli chcemy mieć przyjaciół, to warto dobrze mówić o ludziach. Wśród naszych znajomych jest mnóstwo przesympatycznych osób, na których można skupić uwagę, doceniając ich i wzmacniając wszystkie ich dobre cechy. Jeśli chcemy więcej dostatku, to warto mówić o bogactwie i opisywać swoje najpiękniejsze marzenia. Szkoda czasu i energii na pseudo humorystyczne popisy, które nikomu nic dobrego nie przynoszą.

Bogusława M. Andrzejewska