Harmonia spełnienia

Wszyscy mamy marzenia. Często to właśnie one są siłą napędową naszego rozwoju i pozwalają wytyczać coraz to nowe cele w życiu. Dzięki marzeniom nasze istnienie nabiera blasku, ale i sensu, bo oto wiemy, czego tak naprawdę chcemy. I nikt nie może nam zarzucić, że snujemy się tutaj nie wiadomo po co. Wiadomo! Mamy przed sobą plany do zrealizowania.

Kiedy cierpliwie pracujemy z zasadami Prosperity, to czasem przychodzi taki moment, w którym odkrywamy, że pomimo różnorodnych marzeń, jesteśmy całkowicie spełnieni tu i teraz w tym momencie. Niczego nie potrzebujemy do szczęścia, bo sami jesteśmy szczęściem i realizacją. Można to przyrównać do cichej akceptacji i odnalezienia swojego miejsca w tym, co jest.

Nie ma też dla nas znaczenia cokolwiek jest w naszym życiu, co posiadamy, co nas otacza. Nie ma znaczenia stan zdrowia, czy wiek albo związki, w których jesteśmy. Tak jakby szczęście nas odnalazło, kiedy wracaliśmy ze skromnych zakupów z Biedronki. W pewnym sensie to właśnie cel naszego rozwoju – dobrostan, który wyrasta z codzienności i niczego nie oczekuje. Więcej piszę o tym w swojej najnowszej książce: „Sposób na szczęśliwe życie”.

Ponieważ może brzmieć to trochę tak, jakbym odleciała poza realne istnienie, zdecydowałam się napisać o tym zjawisku i pokazać, skąd się bierze, jak wygląda oraz jak bardzo każdy z nas może tego dotknąć. Bo jest to coś, po co warto sięgnąć. Ale co ważniejsze – większość z nas ma do tego dostęp, tylko nie zauważa swojego szczęścia.

I od razu taka dygresja: nie przesadzam z tym, że można nie zauważyć. Widać to nawet w horoskopie. Wystarczy, że człowiek ma Jowisza w XII domu i zaczyna mieć problem z byciem szczęśliwym, co oznacza, że nawet jak się zakocha albo wygra na loterii, to i tak nie odczuje szczęścia. Czasem sam pyta siebie: o co chodzi, czego ja chcę od życia, dlaczego tak mi smutno? Wówczas warto wziąć kartkę, długopis i wypisać ze zrozumieniem: czym dla mnie jest szczęście? Dla każdego to może być coś zupełnie innego. Nawiasem mówiąc – wielu z nas niezależnie od położenia Jowisza nie ma pojęcia, co go uszczęśliwia. Cieszymy się, kiedy bawimy się w dobrym towarzystwie, kiedy wygrywamy pieniądze lub jesteśmy zakochani. Mówimy: mam fart. Ale szczęście to coś o wiele więcej i żeby to odkryć, trzeba zadać sobie to pytanie. No, bo jak dosięgnąć szczęścia, jeśli nie mamy pojęcia, czym jest?

Poczucie szczęścia można w sobie rozwinąć. Tak samo, jak rozwijamy uczucie wdzięcznościczy nawyk pozytywnego myślenia. To coś, czego łatwo się nauczyć. Ale spełnienie to jeszcze coś innego – to poczucie samorealizacji, to odnalezienie sensu w swoim życiu i totalna satysfakcja, że oto… dokonało się. Jest! Dokładnie to, co miało być. Pokażę to na własnym przykładzie.

Zacznę od tego, że mam marzenia. Oczywiście mam i co roku z radością czekam na lato i możliwość kąpieli w jeziorze. Uwielbiam leżeć pod drzewem na nagrzanej słońcem trawie i co chwilę wskakiwać do wody, uwielbiam pływać. A jeszcze bardziej kocham południowe kraje, gdzie woda w morzu czy oceanie jest zawsze ciepła, a piasek cudownie gorący. Kocham ciepło i marzę o zwiedzaniu cudownych miejsc, lśniących od słońca. Grecja. Bora-Bora. Seszele.

Ale mogę też chodzić zimą na basen, a w pochmurne i deszczowe dni zajmować jedną z moich ulubionych rzeczy – pisaniem. Niezależnie od pory roku, pogody i miejsca na Ziemi, jestem zajęta czymś, co sprawia mi mnóstwo radości. Oto jedna z prostych recept na bycie szczęśliwym człowiekiem – posiadanie pasji, których realizacja sprawia, że Niebo schodzi na Ziemię. Kiedy kochamy to, co robimy, podnosimy swoja energię tak, że odnajdujemy szczęście. Bycie tu i teraz też może być celem samym w sobie. I nie chodzi wcale o to, aby leżeć do góry brzuszkiem i nic nie robić, chociaż lenistwo też niesie nam cenną lekcję. Można nauczyć się czerpać radość z samego istnienia. To wielka duchowa sztuka.

Był taki czas, że odliczałam dni do lata i zimą czułam się średnio, jakby czegoś bardzo mi brakowało. Jakbym była niepełna. Był też taki czas, że zamieniałam marzenia na cele i od nich uzależniałam swoje poczucie zadowolenia. Ot, taki cel jak wydanie książki czy wyjazd na przepiękną wyspę Santorini. Dopóki cel był przede mną, nie czułam się wcale do końca szczęśliwa, bo był we mnie brak. Warunkowałam pozytywne samopoczucie tym, aby się udało to coś osiągnąć.

Dopóki jesteśmy w drodze do celu, możemy czuć presję i napięcie, a cały świat jest… „nie taki”. Dopiero kiedy osiągniemy metę, rozglądamy się za kolejnym celem, aby znowu biec… Myślę, że wielu trenerów rozwoju wrzuca nas w taką pułapkę. To modna i powszechnie powtarzana zasada: wyznaczanie i realizacja celów to podstawa. Musimy bowiem mieć po co istnieć. Musimy gonić jakiegoś króliczka, nawet jeśli nauczyciel jest na tyle mądry, że pokazuje palcem radość samej gonitwy, a nie tylko złapanie zwierzątka za uszy. I chociaż cele są nam potrzebne, tak samo jak marzenia, to nie powinny nas warunkować, a jedynie motywować do działania.

Czasem też chodzi o to, by poczuć swoją misję i ją dopełnić. Coś szczególnego, po co zeszliśmy tutaj na Ziemię. Zatem przyznaję, że przez większość życia chciałam pisać książki i w końcu zostać znaną pisarką. Taki ambitny cel, który zrodził się w mojej głowie, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Wymyśliłam sobie, że po to tu jestem, chociaż mój horoskop karmiczny wyraźnie mi pokazywał, że swój program od dawna realizuję i to wcale przez pisanie. Ale przecież mamy marzenia. A takie właśnie było moje i skupiona na tym, czego chcę, nie zauważyłam, jak wszechświat daje mi znaki. Dopiero, kiedy mój Anioł Stróż kopnął mnie mocno w kostkę i zaryłam nosem o glebę, zrozumiałam. Chociaż i na to potrzebowałam czasu.

Bardzo często dostaję od swoich klientów listy z podziękowaniem za pomoc, za ułatwienie zmian w życiu, za odblokowanie jakiegoś obszaru, za to, że po pracy ze mną jest im po prostu lepiej. Jeszcze częściej dostaję podziękowania za stronę o Prospericie, ponieważ czerpią z niej dobrą energię ludzie, którzy poza tym wcale nie czują potrzeby zamawiania u mnie czegokolwiek. Wiedza tu podana wystarcza – otwiera im oczy, potwierdza przeczucia, rozjaśnia świat, poprawia nastrój, kieruje w najlepszą dla nich stronę.

Za którymś razem, kiedy pewna miła osoba podziękowała mi za pomoc i uzdrowienie, otworzyło mi się w umyśle okienko. Doznałam prawdziwego olśnienia i urzeczywistniłam je. To właśnie nazywam spełnieniem – poczucie dobrze przeżytego życia, zrealizowanie życiowej misji i tego, po co schodzi się na Ziemię. Dla mnie to właśnie usuwanie blokad u innych ludzi, którzy sami nie umieją tego zrobić. To pokazywanie kierunku do szczęśliwego życia. Nie jestem tu po to, by w świetle reflektorów odbierać literackie nagrody. Jestem tu po to, by ukryta w cieniu podnosić tych, którzy przewrócili się na swojej życiowej drodze.

Oto moje Niebo na Ziemi. Zrozumiałam, że już jestem całkowicie spełniona. I chociaż jestem jeszcze młoda, ciągle pełna radości, a przede mną wiele szczęśliwych lat, to tu i teraz już zrealizowałam zadanie, jakie wybrała sobie moja dusza. Rzecz jasna dusza chce uczyć się i doświadczać – lekcji nigdy dość, więc czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy i zdobywania fascynującej wiedzy. Ale to osobny temat. Jestem spełniona i tylko to się liczy. Tym chciałam się z Wami podzielić.

Być może niejeden z Was osiągnął coś, co dla niego ważne, lecz nie docenił i nie zauważył tego w ciągłej pogoni za realizacją coraz to nowych rzeczy. Tak jesteśmy nauczeni: zdobyłeś jakiś szczyt, biegnij zdobywać następny… i następny. Jeśli pojmujemy to mądrze, to nasze życie jest pełne pasji. To pięknie marzyć, zdobywać i poszukiwać. Ale warto też robić to z wewnętrzną harmonią i pełnym luzem. Zdobywać szczyt dla radości stawiania każdego kroku, z lekkim uśmiechem pozwalać, by się działo dokładnie tak, jak się dzieje. Bez presji. I dostrzegać sens w swoim tu i teraz.

Poczucie spełnienia nie odebrało mi marzeń i planów. Mam nawet wrażenie, że pracuję o wiele więcej niż kiedyś i robię mnóstwo nowych rzeczy. Ciągle mam nowe pomysły. Różnica polega na tym, że wszystko to robię bez napięcia i pośpiechu. Jestem w pełni zrealizowana, nie muszę się martwić, czy przed śmiercią zdążę to czy tamto. Robię to, co kocham i na kochaniu się skupiam, na radości tworzenia. Akceptuję, że wszechświat daje mi to, co dla mnie dobre, a nie to, co ja uważałam za wartościowe. Odpuściłam też czas… Pozwalam, by sobie płynął swoim rytmem. I wtedy życie znowu staje się lepsze i lepsze, i lepsze…

Bogusława M. Andrzejewska

  

Reklamy

Radość Małych Sukcesów

W epoce wielkich osiągnięć, nazywanej niedelikatnie nawet „wyścigiem szczurów”, coraz trudniej odnaleźć się zwykłej osobie, która nie może swojej wielkości spektakularnymi wynikami na giełdzie lub zasobnością portfela. Śledzimy w mediach sukcesy sławnych osób, rozpoznając w sobie coraz bardziej mieszane uczucia. Nie zawsze pozytywne. A przecież doskonale wszyscy wiemy, że miarą wspaniałości człowieka jest jego dobroć i to, ile wsparcia udzielił drugiemu. Wszystkie materialne zdobycze, jakkolwiek byłyby przyjemne, mamy tu na Ziemi tylko w dzierżawie. Odejdziemy, pozostawiając po sobie tylko dobre myśli tych, którym okazaliśmy miłość i przyjaźń. Nie można o tym zapominać w pospiesznym biegu po pieniądze, sławę i uznanie.

Jednak sukces jest nam wszystkim potrzebny. W dążeniu do osiągnięcia wybranego celu, rozwijamy w sobie najpiękniejsze cechy. Udowadniamy sobie innym, jak wiele potrafimy dokonać. Przekonujemy samych siebie do swoich umiejętności, a to pomaga nam podnieść poczucie własnej wartości i spojrzeć na świat jaśniejszym okiem.

Niezwykle ważne w tym procesie jest wybranie właściwego celu. Niech będzie to coś, co sprawia, że u ramion wyrastają nam skrzydła na samą myśl o tym. Niech planowanie drogi do owego sukcesu budzi na naszej buzi uśmiech radości. Celów można mieć wiele i realizować je po kolei w zależności od aktualnych sposobności lub indywidualnych priorytetów. A potem wystarczy już tylko odrobina konsekwencji.

Nie trzeba obawiać się dużych wyzwań i wątpić w swoje możliwości. Czasem to właśnie „wiara przenosi góry”. Punktem wyjścia do działania powinna być wysoka samoocena. To ona daje nam siłę do zdobywania najwyższych szczytów. Wiemy, że jesteśmy wystarczająco dobrzy i wiemy, że potrafimy. A oprócz tego wierzymy, że zasługujemy na swój sukces, który przyniesie nam radość i satysfakcję.

Drugim równie ważnym elementem osiągania celu jest umiejętność planowania i funkcjonowania pewnymi zorganizowanymi etapami. Ważną rolę odgrywa tu docenianie siebie i własnych, nawet całkiem małych dokonań. Systematyczne i konsekwentne działania, wykonywane drobnymi kroczkami, przynoszą spektakularne efekty. Każde niewielkie osiągnięcie można traktować jako pokonanie kolejnego stopnia w drodze do naszego wymarzonego nieba. Zobaczcie, jak to wygląda w praktyce.

Kamila miała zdecydowanie dość palenia. Każdego dnia jej włosy i odzież były przesiąknięte dymem, a cera wyglądała coraz gorzej. Próbowała wielokrotnie pozbyć sie nałogu. Z rozmachem wyrzucała paczkę do muszli sedesowej i energicznie spuszczała wodę. Godzinę później biegła do całodobowych delikatesów i kupowała świeże opakowanie.

– Nie mogę. Po prostu nie mogę rzucić – żaliła się przyjaciółce. Basia ze zrozumieniem kiwała głową i milczała. Któregoś dnia jednak nie wytrzymała i powiedziała:

– Ty byś chciała mieć wszystko od ręki. Szast-prast i problem z głowy. Czasami trzeba inaczej, po troszkę.

– Co to znaczy „po troszkę”? Albo się pali, albo nie.

– Niekoniecznie. A próbowałaś codziennie palić o jednego mniej? Teoretycznie po dwudziestu dniach masz z głowy paczkę.

Kamila przestała palić, choć sposób wyjścia z nałogu trudno nazwać rzuceniem. To był długotrwały proces. Co cztery dni zmniejszała ilość wypalanych papierosów o jeden. W czasie, kiedy zaplanowana dzienna dawka wynosiła tylko 3 sztuki, z pomocą plasterka nikotynowego bezboleśnie pożegnała się z paleniem.

Metoda drobnych kroków jest znana nie od dzisiaj. Stare przysłowie powiada: Wolniej jedziesz, dalej dojedziesz”. Stopniowanie działania pozwala nam na przyzwyczajenie się do zachodzącej zmiany. Pozostawia czas na adaptację nowego sposobu egzystencji: bez papierosów, z aktywnym bieganiem, z nowa dietą lub w innym miejscu. Unikamy dzięki temu szoku nieuchronnie towarzyszącemu każdej gwałtownej zmianie trybu życia i funkcjonowania.

Zmiana czasem boli. Boimy się odejścia od tego, co dobrze znane i wpadnięcia w wir zupełnie nam nieznanego życia. Ileż to razy rezygnujemy z korzystnych okazji, bo wiążą się… nie, nie z ryzykiem! Jedynie ze zmianą. Z odejściem z ulubionego fotela, rezygnacją z codziennie oglądanego widoku i dobrze znanych twarzy sąsiadów. Boimy się przeprowadzki, boimy się zmiany pracy, a jeszcze bardziej boimy się… diety, ćwiczeń fizycznych, systematycznej pracy.

Jest to nasza biologiczna cecha. Dążymy do stanu stałego, bo ono daje nam poczucie bezpieczeństwa. Wolimy dobrze znaną ulubioną pieczarę niż willę na Majorce. Jeśli zdecydujemy się tę swoją pieczarę porzucić, bywa to okupione wielkim stresem i nieprzespanymi nocami. Cóż z tego, ze willa jest cudna i komfortowa. Jest inna. Jest obca – a więc niebezpieczna. Tak funkcjonujemy oparci na bazie podświadomości. Nazywamy to czasem strefą komfortu, czyli punktem, w którym czujemy się całkiem bezpieczni i zadowoleni. To nie tylko miejsce – dom, mieszkanie, praca – to także związek, który od dawna nas nie satysfakcjonuje lub krąg znajomych osób, z którymi nic już nas nie łączy.

A dobre zmiany w życiu zawdzięczamy wyłącznie odwadze zmierzenia się z takim wyzwaniem, jak rzucenie palenia, przeprowadzka, zmiana pracy lub partnera, zawiązanie nowych znajomości. I jednak można dokonać tego bez stresu. Właśnie działając drobnymi kroczkami, z radością przyjmując nawet niewielkie postępy. Nich każde osiągnięcie będzie dla nas świętem. W ten sposób uczymy swoja podświadomość cieszenia się zmianą. Udowadniamy sobie samemu, że nie trzeba obawiać się nowego.

Taki właśnie sens nosi w sobie metoda nazywana „kaizen” – z japońskiego: „dobra zmiana”. Jest to nowoczesna filozoficzna strategia zarządzania firmą, która na stałe weszła do japońskiej kultury biznesowej. Polega ona na stopniowym działaniu – krok po kroku – z unikaniem wszelkiej rewolucji i stresu. Szuka się rozwiązań łagodnych, powolnych, dzięki którym człowiek – a także firma, przedsiębiorstwo – nie przechodzi szoku. Specjaliści od tej metody twierdzą, że to pewnego rodzaju filozofia życia i działania: skoncentrować się na problemach, kiedy jeszcze są małe i niepozorne, zamiast czekać, aż urosną i będą trudne do rozwiązania.

Wielu terapeutów stosuje metodę drobnych kroków w leczeniu niektórych fobii. Oswajanie lęku jest w wielu wypadkach skuteczniejsze niż szokujące zmuszanie się do zaakceptowania czegoś, co wywołuje wstręt i strach.

Monika od dziecka bała się pająków. Po ślubie zamieszkała w blokowisku dużego miasta. „Straszne włochate stwory” pojawiały się tylko od czasu do czasu, wypełzając z ciemnych kątów często odkurzanego mieszkania. Kobieta zatem radziła sobie bez pomocy terapeuty. Jednak kiedy wraz z mężem wybudowali sobie uroczy domek na wsi, postanowiła poddać się terapii, by moc spokojnie cieszyć się urokami sielskiego życia. Zgodnie z zaleceniami psychologa najpierw tylko oglądała zdjęcia pająków – każdego dnia więcej i trochę dłużej. Potem przyglądała się małym pajączkom z daleka, następnie z bliska, by w końcu stanąć oko w oko z ptasznikiem. Spotkanie zakończyło się sukcesem: nikt nikogo nie zjadł i nikt nie zemdlał. A Monika oswojona z tymi jadowitymi owadami wybrała się któregoś dnia na zoologiczną wystawę i pozwoliła, aby kilkucentymetrowy pająk swobodnie spacerował jej po ramieniu. Fobia zniknęła bez śladu.

We współczesnym coachingu metoda drobnych kroków też odnajdzie swoje miejsce. Zaczynamy od wybierania sobie małych i łatwych do osiągnięcia celów. Nie stresują nas, nie powodują wewnętrznego napięcia i lęku, że się nie uda. Mierzymy się z nimi odważni i rozluźnieni. Zatem wygrywamy i świętujemy to wspaniałe wydarzenie. Każdy osiągnięty cel powinien zostać nagrodzony – to podnosi poczucie własnej wartości i zwiększa wiarę we własne możliwości. Stopniowo podnosimy poprzeczkę, aż w którymś momencie dosięgamy sukcesu, o którym nawet nam się nie śniło. A wszystko tak łatwo, lekko i radośnie…

 Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia Celu

Życie jest drogą. Warto rozkoszować się każdą chwilą. Warto też jednak mieć cel. To on motywuje cię do działania, to on powoduje, że kiedy rano otwierasz oczy cieszysz się, że możesz robić coś, co przybliża ciebie do spełnienia. Kiedy wiesz, czego pragniesz, nie grozi ci depresja i zniechęcenie. Masz po co żyć. Pasja daje moc i siłę, daje radość życia, sprawia, że jej realizacja czyni nas szczęśliwymi. To niesamowite doładowanie energii.

Każdy z nas powinien w życiu zajmować się tym, co naprawdę kocha. Dla siebie i dla własnego zadowolenia. Praca zawodowa zajmuje nam sporą część życia. Dlaczego tak wiele godzin ma nam upływać na robieniu rzeczy, których nie lubimy? Po co się męczyć, skoro można zarabiać na tym, co sprawia nam przyjemność. Nie tylko można – trzeba. Każdy z nas przyszedł na Ziemię ze specjalnym talentem – jednym, dwoma lub więcej. Warto te zdolności odnaleźć, aby osiągnąć w życiu spełnienie. Są nam dane po to, abyśmy wzbogacali świat i ludzi. To poniekąd nasza misja. Każdy człowiek ma taką misję i każdy ma swój prawdziwy dar. Ktoś maluje cudowne obrazy. Ktoś szyje wspaniałe ubrania. Ktoś piecze pachnący, pyszny chleb. Wszystko jest bardzo potrzebne i nie istnieją czynności mniej lub bardziej ważne. Żaden zawód nie jest gorszy, żaden lepszy, chociaż często bardzo różnią się między sobą.

Jeśli robimy coś innego niż nasza życiowa misja, będziemy odczuwać niezadowolenie. Jest to przede wszystkim dysharmonia, ponieważ wykonywane przez nas działania nie zgadzają sie wibracyjnie z nami, z naszą Prawdziwa Istotą. Bierzemy wówczas udział w balu przebierańców, udając kogoś, kim nie jesteśmy. Pozornie wszystko w naszym życiu się układa, ale nie odczuwamy szczęścia ani spokoju. Coś wewnątrz nas szarpie i sprawia, że wszystko wydaje się nie takie, jak być powinno. Czujemy niedosyt. Życie wydaje nam się bezbarwne. W ten sposób nasza dusza upomina się o realizację tej właściwej ścieżki.

Jednym ze sposobów odnalezienia właściwej drogi i swoich unikalnych talentów jest horoskop karmiczny. Ponieważ jest to mój autorski pomysł, nie wiem, czy inni astrolodzy robią coś takiego. Wbrew nazwie, nie analizuję minionych wcieleń, lecz skupiam się na opisaniu programu duszy na to właśnie życie, w którym jesteśmy – tu i teraz. Program ten pokazuje, co mamy do zrobienia, przedstawia naszą szczególną misję i odkrywa nasze specjalne zdolności. Pozwala nam żyć w harmonii ze sobą, działać i pracować w równowadze wibracyjnej z naszą duszą.

Oczywiście astrologia nie jest jedynym sposobem na odkrycie swojego powołania. Prawdę mówiąc wystarczy uważnie słuchać głosu swojego serca i podążać za tym, co drzemie w naszym wnętrzu. Tam znajdziemy wszystkie odpowiedzi. Program duszy nie jest egzotyczną nakładką, lecz częścią nas. Spontanicznie go czujemy i doskonale wiemy, co powinniśmy robić, jeśli tylko posłuchamy samych siebie. Nie możemy przy tym kierować się tym, co jest obecnie modne, na czym zarabia się najwięcej pieniędzy, jaki zawód jest poszukiwany na rynku pracy, ponieważ jedynym czynnikiem decydującym powinno być intuicyjne odkrycie, co sprawia nam radość, jakie nasze działania będą oparte na miłości. Tak szuka się harmonii z samym sobą.

Czasem jednak nie chcemy tego robić, bo wydaje nam się, że inni wiedzą lepiej. Słuchając drugiego człowieka, który mówi nam np. „zostań lekarzem, lekarze dobrze zarabiają i cieszą się szacunkiem”, oddajemy władzę nad sobą komuś, kto sprzedaje nam własne marzenia. To często spotykana sytuacja. Jeśli komuś nie uda się skończyć studiów na wymarzonym kierunku, będzie innym polecał swoje wizje, jako te najlepsze dla każdego. Celują w tym rodzice, którzy chcą, aby dzieci poszły tropem ich niespełnionych snów. Tymczasem pokazują swoją misję, a nie naszą. Nasza może być diametralnie inna. Najważniejsze to odnaleźć własną drogę, nie oglądając się na sugestie drugiego człowieka.

Nie dajmy się zwieść niskiej samoocenie, która potrafi nas odciągnąć od prawdziwego celu, byle tylko podnieść nam status społeczny. To często spotykana pułapka. Znajduję mnóstwo zakompleksionych i niespełnionych osób wśród lekarzy, prawników czy naukowców. Rzetelnie i cierpliwie wykonują swój zawód, a w głębi duszy marzą o hodowli kwiatów, malowaniu obrazów, szyciu odzieży. Nie podjęli swojej misji, ponieważ wydała im się prozaiczna i pozbawiona przyszłości. Wybrali zawody, które miały dodać im prestiżu, sprawić, że wzrośnie im samoocena i poczują się szczęśliwi. To nie zadziałało. Nie pomogły profesorskie tytuły. Pozostało zgorzknienie i poczucie, że życie przeciekło między palcami.

Wysokie poczucie własnej wartości jest jakością, którą rozwijamy w sobie i jest ona niezależna od zajmowanego stanowiska, tytułów i osiągnięć. Można obsługiwać wóz asenizacyjny i być szczęśliwym, pewnym siebie człowiekiem. Można mieć na koncie 30 opracowań naukowych, być podziwianym przez studentów za rozległą wiedzę i wcale nie czuć się wartościową osobą. Samoocena powstaje w wyniku naszych relacji z samym sobą i z innymi. Rzadko jest adekwatna do prawdziwych osiągnięć.

Bogusława M. Andrzejewska