Wycenianie

Ceny bywają różne, czasem są bardzo wysokie a czasem niskie i to te niskie najbardziej nam się podobają. A co to znaczy niska cena? I dlaczego uważamy, że jest niska? Głównie dlatego, że ktoś gdzieś podał kwotę wyższą. A te wszystkie drogie rzeczy wydają nam się drogie tylko dlatego, że możemy je dostać taniej. Czyli kluczowe jest tutaj porównywanie. Rynkowe różnice w cenach budzą mnóstwo emocji, a te emocje często pokazują nasze nieprzerobione kawałki świadomości ubóstwa. Spróbujmy je zauważyć i zrozumieć.

Kiedy kupujemy chleb, łatwo przeliczyć jego wartość. Jeśli tak samo smakuje, bierzemy pod uwagę to, ile waży, a jeśli taki sam bochenek można kupić taniej, to nie ma sensu przepłacać. Jeśli jednak ten tańszy dostać można tylko w sklepie odległym o 5 kilometrów, to warto zapytać siebie, ile warte są nasze nogi i nasz czas. Może rozsądniej zapłacić więcej w sklepie obok? Podobnie w przypadku, jeśli chcemy kupić książkę przez internet. Spotykamy rozmaite ceny tego samego tytułu i wybieramy najtańszą, ale w praktyce okazuje się, że ta o wyższej cenie ma o wiele niższy koszt wysyłki. Może też się okazać, że na tą tanią czekamy aż dwa lub trzy tygodnie. W ten sposób zaczynamy rozumieć, dlaczego czasem warto zapłacić więcej.

Nie zawsze tanie jest dobre, pamiętajmy o tym. Nawet wtedy, kiedy żyjemy w kraju, w którym większość ludzi ma świadomość ubóstwa i zawsze będzie polowała na wszelkie rodzaje taniości. W kraju, w którym najlepiej sprzedają się chińskie podróbki, bo ludzie żyją w przeświadczeniu, że nie zasługują na rzeczy dobrej jakości, tylko liczą i liczą, i „liczą kasę”, aby mieć jej jak najwięcej. Zapominają przy tym, że właśnie przy niskich zarobkach nie możemy sobie pozwalać na tandetę, bo nie stać nas będzie na kolejne naprawy albo częste wymiany sprzętu na nowy. Człowiek mniej zamożny powinien zdroworozsądkowo inwestować w to, co przetrwa więcej lat użytkowania.

A jak wycenić inne rzeczy, które są niemierzalne? Jak ustalić cenę swojej usługi, np. analizy astrologicznej horoskopu, którą robimy według autorskiego pomysłu? Fakt, że inny astrolog pisze 20 stron, a my tylko 10, nie oznacza, że nasza praca ma być wyceniona na 50% ceny tamtego. Kto bowiem zaręczy, że tamten horoskop wnosi więcej niż nasz? A może właśnie jest odwrotnie?

Kiedy to my coś sprzedajemy, wówczas warto pomyśleć, czy chcemy zarabiać na tym, bo wówczas potrzebny jest złoty środek i dostosowanie cen nie tylko do włożonego wysiłku, ale też do możliwości grupy docelowej. Nie namawiam do obniżania cen, bo to tak nie działa. Jeśli ktoś chce robić złoty manicure za 6 tysięcy, wówczas wystarczy, że znajdzie jedną lub dwie klientki miesięcznie i się utrzyma. A mając prosperującą świadomość – znajdzie je bez problemu. Ale jeśli chcemy pomagać zwykłym ludziom, mieszkańcom skromnych osiedli, bo to postrzegamy jako swoją grupę docelową, wówczas cena musi być dopasowana do ich portfeli. Warto o tym pamiętać i nie reklamować „złotego manicure” tam, gdzie ludzie żyją z renty lub zasiłku.

Na drugim stopniu Prosperity dla zaawansowanych robimy czasem takie ćwiczenie, które polega na wycenianiu swoich usług. Warto pamiętać, że za każdym razem sprzedajemy siebie samą, siebie samego. Łatwość wyceny jest nierozerwalnie związana z poczuciem wartości. Jeśli naprawdę cenię siebie i to, co robię, to wiem, że moja usługa jest profesjonalna i godna odpowiedniej zapłaty. Nie waham się wystawić takiej ceny, która jest adekwatna do włożonego wysiłku i czasu pracy, a także harmonizuje z tym, ile kosztowała mnie nauka i zdobywanie doświadczenia potrzebnych do wykonania takiego zadania. W zasadzie nikt inny poza mną samą nie może wycenić mojej pracy, bo tylko ja wiem, ile to dla mnie znaczy, jaki ponoszę koszt własny oraz za ile pieniędzy chcę w ogóle coś takiego robić. A to, że ktoś inny robi to samo taniej – to jego prawo i jego sprawa. To nie oznacza, że ja mam równać do kogoś, kto ma takie kompleksy, że pracuje za pół darmo. Nie chcę też dopasowywać cen w górę do kogoś, kto właśnie wrócił ze Stanów i przekłada dolarową cenę na złotówki zapominając, że w USA zarobki są o wiele wyższe niż u nas. Moja cena ma być w harmonii ze mną.

W czasie warsztatu Prosperity cała grupa ocenia propozycję produktu lub usługi oraz proponowaną wartość. Grupa jest lustrem naszej podświadomości, tu nic się nie ukryje. Jeśli ktośnie wierzy w siebie, jeśli nie jest pewny, czy to co proponuje, jest dobre i ciekawe – grupa natychmiast mu to wytknie i odrzuci propozycję. Inni ludzie powiedzą wprost: „za drogo, ja bym ci tyle nie zapłaciła, nie przekonałeś mnie”. Jeśli natomiast mamy świadomość prosperującą – grupa przytaknie i przyklaśnie, nawet jeśli fizycznie nikogo stać nie będzie na taką opcję.

Pamiętam z takich warsztatów ciekawy opis wycieczki do Ameryki Południowej, którą uczestnik wycenił na ponad 20 tysięcy złotych. Wszyscy byliśmy zachwyceni tą prezentacją, wszyscy potwierdziliśmy cenę. Dopiero po zajęciach dotarło do mnie, że taką wyprawę można wykupić w biurze podróży za połowę tej kwoty. To jednak nie miało znaczenia – uczestnik sprzedawał przecież siebie, a nie prawdziwą wycieczkę. Wzbudził zaufanie. Pięknie wyprowadził energię. Wierzył, że może nam dać coś niezwykłego. Przyjęliśmy to. I między innymi o to chodzi w pracy z budowaniem prosperującej świadomości.

W tym kontekście rodzi się pytanie: jak podejść do tych cenników, które są ustalane przez usługodawcę, a my nie możemy ich z niczym porównać, bo to autorskie pomysły? Na pewno warto wykorzystać intuicję i poczuć, czy to coś dobrego dla nas. Ale kwestia podjęcia decyzji i skorzystania lub nie skorzystania nie jest tematem moich rozważań. Interesuje mnie bowiem reakcja emocjonalna na ceny, jeśli nie są zgodne z naszymi oczekiwaniami.

Nie tak dawno znalazłam ciekawą stronę duchowej nauczycielki, która oferowała chętnym autorski proces uzdrawiania. Cena… no cóż… była taka, jaką uznała za adekwatną. W porównaniuz innymi podobnymi usługami była bardzo wysoka. Powtórzę – w porównaniu, to słowo jest tu kluczowe. Bo w gruncie rzeczy trudno to porównać z czymkolwiek, jeśli nie doświadczymy i nie zobaczymy efektów. To, co chcę Wam wyraźnie w tym miejscu napisać: zobaczyłam tę cenę, uniosłam brwi do góry i wzruszyłam ramionami. Bo każdy ma prawo ustalać swoje ceny tak, jak chce. Nic mi do tego. I komukolwiek innemu też nic. To jak ten „złoty manicure” – kto chce i ma na to środki, niech korzysta na zdrowie. Jeśli mnie nie stać lub nie chcę tyle zapłacić – nie muszę przecież.

Najistotniejsze są nasze emocje. Jeśli na widok ceny, która przekracza nasze możliwości, czujemy złość i mamy ochotę dokopać usługodawcy – to mamy wielki problem. Gniew, wściekłość, żal, łzy dławiące w gardle, jako odpowiedź na to, że nie możemy czegoś mieć, pokazują bardzo mocny negatywny wzorzec finansowy. To jak poczucie krzywdy, że nie dosięgamy czegoś. Pokazuje świadomość ofiary, osoby przegranej, która już ustawiła się zdecydowanie na pozycji ubóstwa i wyrzeczenia. Warto to jak najszybciej uzdrowić, inaczej stale będziemy doświadczać braku.

Zdumiewa mnie to, jak wiele osób, które – zdawać by się mogło, pracują z rozwojem i wiedzą energetyczną – atakuje takich ludzi, którzy mają ceny porównywalnie wyższe niż inni. Wylewają cały swój syndrom finansowej biedy, zamieniając go w potworny hejt. Obnażają całe swoje wewnętrzne ubóstwo, zasłaniając się troską o tych mniej zarabiających. To fałsz, który widać gołym okiem, ponieważ zawsze mówimy o sobie. Jeśli bezsensownie krytykujemy czyjeś cenniki, to obnażamy swoją biedę. Jeśli krzyczymy: „kogo stać na twoje ceny?!” – to znaczy dosłownie: „dlaczego masz ceny, na które mnie nie stać?”. Pomyślcie o tym, zanim zrugacie kogoś, że chce za swoją pracę więcej, niż Wy chcieliście mu zapłacić. Wasze emocje to tylko Wasz problem, niczyj więcej. “Biedni”, w których imieniu krzyczycie, w ogóle nie bywają zainteresowani takim zakupem i takie ceny mają tam, gdzie światło nie zagląda.

Właściwa reakcja to taka, o której pisałam: obojętne przyzwolenie. Spokojna akceptacja tego, że ktoś wycenia siebie na taką a nie inną kwotę. Ma prawo. A my mamy prawo nic u tej osoby nie kupić. Jednak warto uczciwie zauważyć swoje emocje. Nie każdy od razu hejtuje. Czasem wystarczy, że poczujemy żal i smutek, że nie możemy sobie na to pozwolić. To przecież pokazuje szkodliwy wzorzec i warto włożyć trochę energii w to, aby go zmienić na taki: „Stać mnie na wszystko, czego pragnę”. Ten moment może być punktem zwrotnym, w którym zauważamy, że ciągle nie mamy w sobie poczucia obfitości. Przecież świadomość bogactwa stać na wszystko, czego pragnie i co jej służy.

Nie zapominajmy, że wysoka cena bywa energetyczną barierą, która chroni nas przed wpakowaniem się w coś, co nie będzie dla nas korzystne. Zdarzyło mi się co najmniej dwa razy bardzo pragnąć pewnego szkolenia i … tak się jakoś dziwnie układało, że w decydującym momencie wpadły mi ważniejsze wydatki. To ja musiałam wybrać i zdecydować. Wybierałam. Dzisiaj – patrząc z perspektywy czasu – widzę, że te szkolenia byłyby tylko bezproduktywną przyjemnością, bo nie mogłabym z tym dalej pracować ani w żaden sposób pomagać innym. Mam aktywny program: „jeśli to jest dobre dla mnie, to stać mnie na to i wpływają potrzebne środki”. Tak też się dzieje. Nie rozpaczam, jeśli jakieś szkolenie ma wysoki finansowy próg. Bywa przydatny. A ja coraz rzadziej potrzebuję szkoleń i coraz mniej wiedzy mogę zdobyć z zewnątrz. Coraz więcej mam w sobie… Taki to proces…

Zamiast więc atakować kogoś, kto ma porównywalnie wysokie ceny, lepiej spojrzeć na to realnie i przyjąć, że to nie jest dla nas. Albo sama usługa, albo prowadząca osoba, albo to w ogóle nie ten czas, w którym możemy konstruktywnie skorzystać. Nie dostrzegamy pewnych rzeczy i często jak dzieci kierujemy się prostym chceniem. Oto nowy warsztat, oto nowe czytanie duszy, och to nowa zabawka… Chcę! A czasem sami lepiej czytamy duszę i więcej mamy wiedzy, niż w proponowanej usłudze.

Obserwowałam kiedyś pewną „trenerkę”, która tworzyła programy odblokowania bogactwa w cenie trzykrotnie wyższej niż moje pełne szkolenia. Aż buzię ze zdziwienia otworzyłam, że można takie ceny proponować ludziom, którzy mają problemy finansowe. Bo jednak czym innym jest uzdrawianie problemów miłosnych, seksualnych czy przyjemnościowych, a czym innym pomaganie tym, którym brakuje na życie. Ale – powtarzam – to jej sprawa, jakie ceny proponuje. I wiem też doskonale, że jeśli kogoś stać na kupno takiego programu, to nie jest w żadnej biedzie, a potrzebuje właśnie tej nauczycielki. Wszechświat jest pełen harmonii i każdy trafia tam, gdzie powinien. Nie ma przypadków – jesteśmy chronieni i prowadzeni.

A może być jeszcze inaczej: ktoś proponuje jakieś uzdrawianie za 600 zł i postrzegamy tę cenę jako nieadekwatną. Poszukajmy, bo nagle okaże się, że ktoś pracuje tą samą techniką, ale za 100 zł. To oznacza, że to właśnie ta osoba będzie z nami lepiej rezonować. Energetyczna harmonia wyraża się często w pieniądzach i najlepiej dogadują się ze sobą osoby na tym samym poziomie finansowym. Lepiej rozumieją nas, nasze potrzeby i bolączki i właśnie dlatego to z nimi mamy współpracować. Zatem porównywalnie wysoka cena jest czasem po to, abyśmy zaczęli szukać, bo w tym poszukiwaniu możemy trafić na coś ważnego dla siebie.

 Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Docenianie

Pozornie wszyscy znamy ten temat i staramy się rozwijać w sobie jakość doceniania tego wszystkiego, co dobre. Szczególnie praktyka wdzięczności pozwala zauważać proste i drobne stany, rzeczy i sytuacje, które możemy ocenić jako pozytywne. Praktykowanie wdzięczności przynosi nam otwartość na dostrzeganie codzienności i wyciąganie z niej wszystkiego, co może wzmocnić nasze myśli w sposób korzystny dla nas, podnosząc nastrój.

Polecam wszystkim taką praktykę  najlepiej oczywiście wykonywaną każdego dnia. Tym razem rzecz nie w systematyczności, tylko w dawaniu sobie tego, co najlepsze. I podobnie, jak dostarczamy swojemu ciału najlepszy pokarm każdego dnia, aby było silne i zdrowe, tak samo warto dostarczać najlepszą energię swojej duszy i karmić swoje myśli docenianiem wszystkiego, co nas otacza. To proste: wystarczy wymienić po kolei wszystkie piękne i dobre rzeczy, poczynając od zdrowia, poprzez dach nad głową, pełną lodówkę, nową sukienkę czy sprawny komputer… Każdy z nas ma wokół siebie mnóstwo dobrych i pięknych rzeczy.

Pisałam już o tym, że warto mieć takie swoje magiczne miejsce, w którym trzymamy dobre książki, karty anielskie i inne szczęśliwe akumulatory dobrej energii. Sięganie każdego dnia do takiego miejsca jest najlepszym karmieniem swojego serca radością, pozytywnością i zadowoleniem. To tworzy też specyficzną moc w naszej aurze. Taką, która nas chroni przed nieprzyjemnościami. Pewnie nie ochroni nas przed wszystkimi lekcjami, bo niektóre trzeba odrobić, ale jakość życia z całą pewnością stanie się lepsza.

Pozornie i tylko pozornie wiemy, o co chodzi. W rzeczywistości – zapewne nawykowo – gubimy umiejętność cieszenia się tym, co w naszym życiu jest naprawdę dobre. Zagłębiamy się w zmartwienia, problemy, braki i pozwalamy, by trudne emocje rządziły naszym istnieniem. A to prędzej czy później prowadzi do rozczarowania lub nawet złego samopoczucia na poziomie fizycznym.

Zacznę od swojego przykładu. Zdarzyło mi się kiedyś zapomnieć o docenianiu w takim właśnie znaczeniu. To był zwykły dzień. Wcale nie negatywny i ja wcale nie byłam naburmuszona. Pamiętam, jak dziś, że była wiosna, świeciło słoneczko i kwiaty mocno pachniały. Cieszyłam się życiem i zachwycałam zielonymi listeczkami, które nieśmiało pokazywały się na gałęziach. To ważne, bo być może niektórym wydaje się, że albo jesteśmy nastawieni negatywnie albo pozytywnie i trzeciej opcji nie ma. Jest. Ta trzecia opcja nazywa się nawykowym błędnym działaniem, które psuje nam dobre nastawienie do świata i niweczy efekty właściwego myślenia.

Otóż w takim pięknym dniu, w którym praktykowałam radość – a jakże, od rana! – spotkała mnie przykrość. Taka drobna niemiła sytuacja, która popsuła mi humor. Wszyscy miewamy takie lekcje. Nie wpadłam w rozpacz z tego powodu, ale weszłam na chwilę w ciężkie emocje rozżalenia i rozczarowania. Nawykowo. Kiedy zorientowałam się, że nie warto psuć sobie całego dnia, energię miałam już bardzo nisko. Zrobiłam parę fajnych rzeczy, by ją trochę podnieść i poczuć się normalnie. A potem… wieczorem zamówiłam sobie u pewnej Pięknej Energii sen, który pomógłby mi zrozumieć, dlaczego spotkało mnie takie doświadczenie.

Moja Piękna Kochana Energia nie zawiodła mnie. Przyśniło mi się, że mieszkam za granicą, w wynajętym pokoju. Przyśniły mi się skromne meble, wspólna łazienka, samotność i zmęczeni ciężka pracą współlokatorzy. Nic strasznego. Zwykłe proste życie. Nie był to żaden koszmar, ale kiedy się obudziłam, doznałam olśnienia. I zrozumiałam to, co najważniejsze.  Zrozumiałam, że mam cudowne, szczęśliwe życie, a drobne przykrości są tylko iluzją i zabawą niskich energii.

Nagle dostrzegłam, że nie muszę pracować na chleb za granicą, pomieszkiwać w wynajętym mieszkanku i być ciągle zmęczona. Doceniłam, że mogę robić to, co kocham. Doceniłam, że mieszkam w otoczeniu, które sama sobie urządziłam i jest bajecznie kolorowe. Doceniłam wspaniałego męża i cudowne córki, którzy są zawsze blisko mnie. Doceniłam szczęście, które jest mi dane dzięki temu, czym się zajmuję i czego uczę innych. Doceniłam setki rzeczy i spraw – nawet swój komputer i kolekcję ulubionych kryształów i minerałów. Wymieniałam te rzeczy po kolei uśmiechnięta i szczęśliwa. A na końcu pomyślałam o przykrości, która mnie spotkała i roześmiałam się na całe gardło. To nie było warte niczego więcej.

Kiedyś jedna z moich redaktorek napisała do Medium świetny artykuł. Był także o śnie, w którym autorka nie miała nóg. Kiedy się obudziła, z radością doceniała każdy krok i nawet to, że boleśnie uderzyła się w mały palec. Takie sny dostajemy właśnie po to, byśmy przestali narzekać i zamartwiać się drobnymi rzeczami. Abyśmy rozejrzeli się dookoła i zobaczyli, ile mamy wszędzie dobra, piękna i miłości. Bo wszyscy mamy dobre rzeczy. Jeśli nie mamy pieniędzy, to mamy zdrowe oczy i nogi. Jeśli nie mamy dobrej pracy, to mamy obok kogoś kochającego i troskliwego. Jeśli nie mamy zdrowia, to mamy mądre i wdzięczne dzieci. Jeśli nie mamy urody, to mamy pieniądze na zwiedzanie świata. Każdy coś ma, tylko nawykowo skupia się na tym, czego mu brakuje.

Jestem pewna, że doświadczamy tego wszyscy. Zapominamy o tym, co dobre, aby dawać energię zmartwieniom, roszczeniom, rozczarowaniom i oczekiwaniom. Byle drobiazg wytrąca nas z równowagi i tracimy cenne minuty na niepotrzebne emocje, zamiast cieszyć się każdą chwilą i zachwycać tym, co nas otacza. I wcale to nie oznacza – jak pisałam wcześniej – że cały dzień chodzimy smutni. O nie. Myślimy pozytywnie, śmiejemy się, uważamy że mamy prosperująca świadomość i dziwimy się niepomiernie, dlaczego przytrafia się nam jakaś przykrość. Im więcej w nas dobrych myśli, tym więcej szoku i niezadowolenia. Najbardziej boli przecież “upadek z wysokiego konia”. Rozżalenie i oburzenie zabiera nam całą energię. A przecież różne trudne doświadczenia są wpisane w nasze życie do samego końca. Bo całe życie jest szkołą i nie możemy jej zakończyć zanim nie zamkniemy oczu na dobre. Nasz duchowy wzrost zmienia co prawda jakość doświadczeń i zamiast wielkiego cierpienia doznajemy tylko drobnych przykrości. Ale to, jak na nie reagujemy, zależy już tylko i wyłącznie od nas.

Zauważam, że osoby, które pracują z Prosperitą i starają się myśleć pozytywnie, też czasem mają spadki właściwej uwagi. To naturalne. Ale zjawisko takie pokazuje, że przestajemy kontrolować nasze myśli, że nie dostrzegamy właściwego rytmu naszego rozwoju. Bo cóż z tego, że – jak w moim przykładzie – starałam się cieszyć życiem? Cóż z tego, że szybko podniosłam sobie nastrój do przyzwoitego poziomu, kiedy pozostałam w energii rozczarowania i… krzywdy. Analizując zdarzenie i szukając wzorca utknęłam w poczuciu rozżalenia na to, co mnie spotkało. I za co, skoro tak nad sobą pracuję? I chociaż nie było we mnie buntu i wierzyłam, że znajdę właściwą harmonię, to kręciłam się w kółko w niskich energiach. A wystarczyło powiedzieć sobie: to nic nie znaczy, mam cudowne życie pomimo takich drobiazgów.

Z jednej strony warto umieć być ponad to. Właśnie dlatego, że życie jest utkane z takich niewielkich szpileczek, które nas szkolą, trenują i sprawdzają poziom naszego rozumienia struktury wszechświata. A przecież umiejętność nie przejmowania się jest w pełni zależna od  naszej praktyki i prawdziwej pozytywności. Zatem jeśli od lat zmierzamy wytrwale tą duchową drogą, to nie warto potykać się o proste lekcje. Czyli szukając wzorca – co słuszne – nie obniżajmy sobie energii.

Z drugiej strony natomiast jest to też praktyka codzienności. Jeśli każdy dzień zaczynamy od wypisania trzydziestu co najmniej rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni, wówczas nie poddajemy się żalom i smutkom. Jeśli wypiszemy co najmniej trzydzieści pięknych cech, które doceniamy w sobie, to takie zjawisko jak przykrość raczej nas nie spotka. Bo tak działa wysokie poczucie wartości – tworzy przestrzeń miłości, szacunku i uwagi. I nawet gdyby ktoś coś złego zrobił czy powiedział, to w nas nie byłoby cierpienia czy żalu. Emocje przecież pojawiają się tylko wtedy, kiedy ktoś dotyka wewnętrznej rany – wzorca niskiej samooceny.

W moim doświadczeniu to też miało miejsce. Wówczas nie pisałam tego, za co jestem wdzięczna i wydawało mi się, że moja samoakceptacja jest na właściwym poziomie. Nie była. A przypomnę tutaj rzecz ważną – samoocenę należy pielęgnować i utrwalać cierpliwie jej poziom. On spada po każdym trudnym doświadczeniu. I chociaż wszyscy dookoła uśmiechają się do nas i poczucie wartości wydaje się być całkiem niezłe, to być może gdzieś tam jest jakaś luka, przez którą może wedrzeć się przykrość, zranienie, upokorzenie. Nie zapominajmy, że kochanie siebie i wdzięczność są zawsze na pierwszym miejscu, a dopiero potem jest wszystko inne. Docenianie samego siebie i docenianie piękna swojego życia tworzy cudowną przestrzeń, w której nie ma miejsca na cierpienie.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Kochanie

Nie ma na świecie nic bardziej potężnego niż kochanie. Dana każdemu z nas moc serca stwarza nowe światy, odnawia i odżywia komórki, niweluje wpływy negatywnych energii, chroni i prowadzi do Światła, podnosząc naszą energię. W nieprzypadkowej logice wszechświata dostaliśmy niesamowite narzędzie do uzdrawiania siebie i innych. Cokolwiek wypełnimy bezwarunkową miłością staje się inne, lepsze.

Piszę o tym w kilku miejscach na tej stronie, ale mam też wrażenie, że nigdy za wiele słów o tej niezwykłej sile. Przede wszystkim dlatego, że jest stale dyskredytowana przez różne osoby. Z jednej strony ludzie utożsamiają miłość jedynie z romantycznym uniesieniem młodości, kiedy tworzymy pary, z serduszkami, walentynkami i flirtem. A z drugiej – po prostu nie wierzą, że coś takiego prostego i powszechnie dostępnego może być najsilniejszym narzędziem rozwoju i transformacji. Przyzwyczajeni do mistyki i magii szukają czegoś wykraczającego poza codzienne doświadczenie. Moc uzdrawiania to przecież powinien być tajemniczy eliksir albo zaklęcie dostępne tylko dla wybranych – adeptów tajemnych ezoterycznych szkół, którzy po wielu latach ciężkiej pracy znajdują wreszcie głęboko ukrytą księgę z receptą na  panaceum i kamień filozoficzny.

Tymczasem kochać może i potrafi każdy, nawet żebrak i prosta dziewczyna pasąca gęsi na łące. Bez wysiłku i bez dyplomów ukończenia szkół. W tym kontekście cała skomplikowana alchemiczna i ezoteryczna praktyka traci swoje znaczenie. Po latach ciężkiej pracy i zdobywania wiedzy zataczamy krąg i wracamy do punktu, z którego wyszliśmy, odnajdując magiczny przepis w codziennym nieskomplikowanym jestestwie. Tu i teraz każdy może transformować kamienie w złoto dzięki sile miłości. Trudne to do przyjęcia dla zakochanych w magii. Chcieliby doświadczać czegoś, co zatyka dech w piersi swoją niezwykłością, a nie stawać w jednym rzędzie ze „zwykłymi” zjadaczami chleba.

Ten pozorny paradoks uczy nas ponownie ważnej prawdy o tym, że wszyscy jesteśmy Jednością. Nie ma ludzi lepszych i gorszych. W rozwoju wewnętrznym liczy się wyłącznie miłość bezwarunkowa, do której dostęp ma każda czująca istota, a nie – jak chcieliby niektórzy – do której biletem są wyższe studia, pieniądze czy stanowiska. Sprawiedliwość Wszechświata jest bardziej urzekająca, niż sobie kiedykolwiek wyobrażaliśmy. Ludzie od wieków wywierają presję na siebie i innych, poganiając i stresując się zupełnie niepotrzebnie nauką, pracą ponad siły, zdobywaniem pieniędzy, sławy, pozycji społecznych… A to wszystko nic niewarta połyskująca blaszka. Prawdziwe złoto ma w sobie każdy człowiek, nawet ten, który całymi dniami leży leniwie przed telewizorem…

Proszę elastycznie traktować te słowa. Ja sama często powtarzam, ze życie ma byćtwórcze i ogromną moc odnajduję w twórczym działaniu, które tożsame jest z wieloma godzinami pracy i nabytą wiedzą, a nie z leżeniem na tapczanie. Ale punkt wyjścia jest tutaj jeden: każdy z nas niezależnie od płci, koloru skóry, wykształcenia i pracowitości ma w sobie moc stwarzania światów. Dlatego właśnie duchowi mistrzowie często mówią nam o tym, że każdy z nas jest boskością i posiada boską moc. Tą mocą jest miłość bezwarunkowa.

I dwa słowa o pracowitości w tym właśnie kontekście. Przypominam, że prawdziwie wartościowa jest właśnie ta praca, która wyrasta z pasji. Twórczość, która prowadzi do spełnienia, to robienie czegoś, co kochamy, co daje nam ogromną satysfakcję. Bycie w takim działaniu podnosi nam energię, przyspiesza rozwój osobisty i daje poczucie szczęścia. Pasja jest bowiem miłością do określonej pracy. Kochać można nie tylko ludzi – kochać można także coś, co wykonujemy dla pieniędzy. Im więcej miłości do takiego działania, tym więcej pieniędzy zarabiamy. Natomiast pracowanie dla samego pracowania jest wielką pomyłką. Jeśli ktoś zwraca uwagę wyłącznie na ilość przepracowanych godzin lub przelicza wszystko na pieniądze, szybko się rozczaruje. Bez miłości nie ma szczęścia ani satysfakcji, nawet jeśli konto jest pełne.

Wśród moich znajomych ezoteryków spotykam mnóstwo osób, które wyśmiewają miłość i zaniżają jej wartość, mówiąc, że szukają prawdziwego przebudzenia a nie ckliwych historyjek. Jak bardzo się mylą, przekonają się któregoś dnia… Wszystko przychodzi, kiedy człowiek jest gotowy, także wiedza. Pomiędzy setkami magicznych historii i alchemicznych wzorów jest jedna ważna ścieżka – ścieżka kochania. Pozwala nam ona dekorować nasze życie wszystkim, czego pragniemy i wierzyć w dowolnego Boga lub bożka. Dopóki kochamy – nie ma żadnych innych warunków. Można być hippisem, ekologiem, menadżerem, księdzem, artystą, gospodynią domową, weganinem, miłośnikiem hard rocka, bezdomnym włóczęgą albo prezesem fundacji. Ważne, by kochać.

Ezoterycy parskają na Walentynki. Prawdą jest w tym wszystkim, że walentynkowe serduszka i lizaki niewiele mają wspólnego z tym, o czym piszę. Są zaledwie symbolem czegoś większego i potężnego. Miłość romantyczna, która urzeka nas motylami w brzuchu jest boską podpowiedzią, w jakim kierunku powinniśmy zmierzać. Czasem ludzie poprzestają na biologicznym aspekcie – znajdują partnera, rozmnażają się i uważają, że na tym koniec ich dzieła. Tymczasem warto szukać dalej i głębiej w sobie. Zamieniać „motyle” na większą moc i wychodzić poza atawistyczną potrzebę chronienia swojego przychówku. Dostrzegać miłość w innych, obcych osobach, w słońcu, kwiatach, zjawiskach, działaniu. A potem iść za tą miłością, odkrywając Kim W Istocie Jesteśmy.

Czy to oznacza, że miłość romantyczna jest biologicznym czynnikiem bez znaczenia? Nie sądzę. Wszystko ma sens. Romantyczne kochanie jest jak tlący się węgielek, który można zamienić w wielkie i wysokie na kilka metrów ognisko, przy którym ogrzewa się kilkadziesiąt osób. Jest też dla nas informacją, bo stan zakochania podnosi nam energię i sprawia, że mamy pozytywny stosunek do całego świata, dostrzegając wszędzie wokół tylko piękno. To jak dotknięcie oświecenia. Warto zrobić wszystko, by to uczucie rozwinąć i wzbogacić, rozszerzając na różne aspekty istnienia. I podobnie jak ze szklanką kawy, która jest za mało słodka, kiedy wsypiemy pół łyżeczki cukru – wymaga dosypania jeszcze więcej i więcej cukru, a nie – jak sadzą niektórzy – soli czy pieprzu. Ludzie, którzy szukają oświecenia poza miłością są jak miłośnicy słodkiej kawy, którzy próbują sypać do niej różne przyprawy z wyjątkiem cukru. I odchodzą rozczarowani.

Od lat pracuję z duchowością i energetyką. Moja ukochana Reiki sama w sobie podnosi mi poziom energii – to wiadoma sprawa. Jednak płynie o wiele lepiej i efektywniej, kiedy połączę ją z myślami pełnymi miłości. Metoda ta nie wymaga wizualizacji, ale energia jest prowadzona myślą i zawsze można to wykorzystać. Odkąd w czasie zabiegów myślę z uśmiechem o tym, jak bardzo kocham bliskie mi osoby, energia staje się o wiele bardziej efektywna i twórcza, jakby tylko czekała, aż swoimi uczuciami włączę się w proces transformacji i uzdrawiania. Warto pamiętać, że to nie jest to samo, co troska. Kiedy skupiamy się na potrzebie uzdrowienia tego, komu robimy zabieg, zasilamy „potrzebę uzdrowienia”, czyli stan choroby. Powtarzanie w myślach: „kocham go, niech będzie zdrowy” nie pomaga. Chociaż nie przeszkadza oczywiście. Ale odkryłam, że bardzo pomaga zanurzenie się w radosnym odczuwaniu kochania do kogoś nawet całkiem innego… Uruchamia się prawdziwy wodospad energii.

To tylko jeden z wielu praktycznych przykładów działania miłości. W innych artykułach piszę o uzdrawianiu samą miłością oraz o podnoszeniu energii poprzez kochanie. Każdego dnia doświadczam nieograniczonej mocy miłości i utwierdzam się w przekonaniu, że zeszliśmy na Ziemię, aby nauczyć się kochać pomimo wszystko. Działa nie tylko wszechogarniająca miłość wypraktykowana w medytacji, ale też to nieskomplikowane, codzienne uczucie, które wypełnia mi serce, kiedy mój mąż mnie przytula albo kiedy moja córka do mnie dzwoni. Nie jest potem trudno przenieść to ciepło na całe swoje istnienie, obdarzyć nim każdą komórkę ciała, a także inne osoby, rzeczy i miejsca. To nasza naturalna umiejętność, która pozwala bez trudu przejść na wyższe poziomy energii i cieszyć się każdą chwilą życia.

Bogusława M. Andrzejewska

Lustro

Człowiek jest w swej istocie doskonały, ale schodzi na tę wyjątkową planetę, by doświadczać i sprawdzać swoją wewnętrzną Moc. Życie jest jak survival – uczy przetrwania w miłości i mądrości pomimo skomplikowanych warunków i błota, wsypującego się za kołnierz. Celem i sensem naszego bycia w tu i teraz jest stałe przypominanie sobie Kim w Istocie Jesteśmy i jak bardzo możemy kochać. Rodzimy się bez instrukcji obsługi. Mamy jedynie kompas w sercu i mapę w otaczającym nas świecie. Mapę nazywaną Prawem Przyciągania lub Lustrem Wszechświata. To jedno i to samo.

O Prawie Przyciągania pierwszy raz usłyszałam ponad 25 lat temu na szkoleniu u mądrej joginki, która pobierała nauki u nauczycieli w Indiach. Nie istniał wtedy jeszcze „Sekret”, traktujący skądinąd kwestię bardzo powierzchownie. Nie było zresztą żadnych materiałów na ten temat. I ja także buntowałam się, kiedy usłyszałam, że wszystkie paskudne doświadczenia „sama przyciągam”. Ale zadałam sobie trud, aby zrozumieć, że to nie jest proces dosłowny. Od tamtej pory przekazuję te bezcenne informacje dalej i śmiem twierdzić, że nie ma na świecie ważniejszej wiedzy. Setki moich studentów i klientów potwierdza, że to wszystko, o czym niżej napiszę, naprawdę działa i można tę wiedzę wykorzystać dla własnego dobra.

Zanim jednak przejdę do sedna – jedna jeszcze uwaga. Rozwijamy się, wzrastamy duchowo jako ludzkość. Był czas, że lekcje karmiczne odrabiano systemem ząb za ząb. Zabiłeś? Zostaniesz zabity. Ugryzłeś? Ciebie ugryzą. Ukradłeś? Ciebie okradną. Kiedy sublimujemy energię, karma także owej sublimacji podlega. I wtedy pojawia się zasada lustra, która uczy poprzez umiejętną ocenę zdarzeń i własnej odpowiedzialności za swoje życie. Moim zdaniem w takiej erze obecnie się znajdujemy i dlatego ta wiedza jest taka istotna. Ale na tym nie koniec. Pojawia się coraz więcej świadomych istot, które czują na poziomie serca i nie potrzebują żadnych luster. Wychodzą poza dualizm i rozmaite zasady. Jednak są w mniejszości i choćby dlatego nie należy rezygnować z nauczania innych Prawa Przyciągania.

Temat lustra ciągle jest kontrowersyjny i na każdym większym szkoleniu trafia mi się co najmniej jedna osoba, która nie rozumie na czym ta zasada polega. W sieci coraz więcej bzdur, które utrudniają poukładanie w sobie tej tak oczywistej wiedzy. A Prawo Przyciągania działa – podobnie jak grawitacja  – także na tych, którzy mu zaprzeczają, którzy je wyśmiewają i przekręcają.

Schodzimy na Ziemię z planem nauczenia się tego i owego. Przed zejściem umawiamy się z innymi duszami, które w tej nauce mają nam pomagać. Bo wielu rzeczy nie zrobimy samodzielnie. Jak na przykład nauczyć się wybaczania bez prawdziwego cierpienia zadanego przez inną duszę? Znana wszystkim historia o duszyczce opublikowana w „Rozmowach z Bogiem” pięknie to tłumaczy. Może też być punktem wyjścia do zrozumienia Prawa Przyciągania. Wyobraźmy sobie, że ta druga życzliwa dusza dotkliwie pobije, zgwałci lub zdradzi naszą duszyczkę. Warto zrozumieć, że robi to zgodnie z umową, aby duszyczka mogła sobie powybaczać i doświadczyć pięknego katharsis, jakim jest odpuszczenie komuś, kto urządził nam w życiu prawdziwe piekło.

Dotąd jest łatwo, ale w tym miejscu zaczynają się schody. Jedni tupią nogami, że nie można pewnych rzeczy ot tak wybaczyć, inni z pochyloną głową nadstawiają drugi policzek, a jeszcze inni ogłaszają bezsensowne teorie, że Zasada Lustra uczy pokory wobec okrucieństwa. Otóż nie. Czas wyjść z piaskownicy i nauczyć się tabliczki rozwojowego mnożenia. Lekcje są wielostopniowe i wielowątkowe. Jeśli ktoś doświadczył takiego piekła jak pobicie czy gwałt, to na wybaczeniu się nie kończy. Lustro Wszechświata pokazuje tylko, że w takiej osobie jest „energetyczne zaproszenie” do doświadczenia przemocy. Tym zaproszeniem jest – często głęboko ukryty – wzorzec. Może to być wzorzec niskiego poczucia wartości i /lub lęk przed przemocą. Oznacza to, że ta druga dusza katuje nas po to, by ten wzorzec do nas dotarł, byśmy go zobaczyli i uzdrowili. Abyśmy pokochali siebie i uświadomili sobie własną wrodzoną niewinność oraz to, że jesteśmy bezpieczni, bo wszechświat jest w harmonii, jeśli tylko zechcemy to zobaczyć. To rzecz jasna ogólniki, każdy przypadek jest unikalny, ale sensem jest tutaj uzdrowienie, aby już nikt nigdy nas nie uderzył, nie zgwałcił, nie okradł. I to działa.

Kolejnym wzorcem czy tematem do nauki może być w tym przypadku asertywność, czyli umiejętność przeciwstawienia się tym, którzy nas wykorzystują. Czasem lustro wszechświata właśnie to pokazuje. Kobieta pyta: “mój mąż mnie bije, czy to oznacza, że ja też mam w sobie ukrytą agresję?” Często jej wzorcem jest lęk i nieumiejętność przeciwstawienia się temu, na co w nas zgody wcale nie ma. Nie ma sensu w przyjmowaniu niepotrzebnego cierpienia. Kiedy się pojawia, jest ważnym sygnałem do zmiany wewnętrznej matrycy, która przyciągnęła do nas ból. Do uwolnienia lęku. Do wzbudzenia w sobie siły, by powstrzymać przemoc. Czasem chodzi właśnie o to, by odejść od kata, zanim zdesperowani pójdziemy w jego ślady i sięgniemy po nóż. Czasem to jest lekcją – podjęcie decyzji dla własnego dobra. Wiele osób tego nie potrafi. A czy wiecie, że damski bokser to tchórz? Czy wiecie, że wystarczy pokazać mu siłę, a się wycofa? Bije, dopóki może to robić bezkarnie. W wielu przypadkach dla ofiary jest to lekcja odnalezienie w sobie mocy.

Czasem jednak jest to też ukryta agresja, bo bezsilne zaciskanie zębów i pięści może takie doświadczenie jak przemoc przyciągać. Warto wtedy rozluźnić napięcie i stać się miłością do siebie. DO SIEBIE! Nie do kata. Jeśli nie ma we mnie złości i agresji, to na zewnątrz też się to nie pokaże. Kiedy staniemy przed lustrem w czapce na głowie, to nasze odbicie będzie miało czapkę, ale kiedy ją zdejmiemy i schowamy do szafy, to w lustrze czapki nie ma. Proste. Wszechświat dokładnie tak działa. Nie wierzcie tym, którzy mówią, że będąc pełni miłości przyciągniecie i tak agresję, bo tak już jest i kropka. To nieprawda. Jeśli uważacie, że kochacie siebie, a ktoś was atakuje, to gdzieś w tej miłości jest luka, poczucie winy albo w ogóle tylko wam się wydaje, że kochacie i trzeba rękawy zawinąć i wziąć się do rzetelnej pracy nad sobą. Nie jesteśmy tu po to, by nosić jakiś krzyż. Urodziliśmy się, by mocą serca i umysłu zbudować szczęście. To jest cel naszego  życia. Bez Prawa Przyciągania trudno to osiągnąć. Lustro nigdy nie jest jednowątkowe. Pokazuje trójwymiarową przestrzeń: ścianę za nami, dywan pod stopami, meble i muchę siedzącą na suficie. To wszystko wzorce.

Miałam kiedyś ciekawą klientkę. Młoda ładna kobieta, która trzykrotnie została zgwałcona. Przyszła do mnie umęczona chorobą i powtarzającymi się doświadczeniami. Nie ukrywam – odnalazłyśmy wzorce, pomogłam je przekodować i uzdrowić, a jej życie zmieniło się na lepsze w wielu obszarach. Nie piszę po to, by się chwalić – to jeden z wielu znanych mi z praktyki przypadków, który pokazuje, że wszystko ma swój sens, a istotą naszego życia jest rozumienie Lustra Wszechświata. Kiedy ta kobieta zmieniła wzorce, zmieniło się jej doświadczenie. Zrobiłyśmy to w pełnej radości i pozytywnym nastawieniu do siebie. Bez obwiniania, bo fakt posiadania nieuświadomionych kodów nie może być i nie jest powodem do samobiczowania. Jest inspiracją do zmiany. Świadoma praca z Prawem Przyciągania to nie pogardliwe: “sama to wykreowałaś“, tylko mądre i spokojne szukanie metod zmiany matrycy na taką, który będzie dla nas korzystna. Bo kluczowe jest wprowadzanie nowego, pozytywnego wzorca, a nie babranie się w tym, co nam nie służy i rozkminianie kto winien. Winnych tu nie ma.

Nie mam wątpliwości, że jednym z najważniejszych tematów rozwoju jest pokochanie siebie. Takimi, jakimi jesteśmy. Jednak w 90 procentach przypadków, z jakimi mam  do czynienia, ludzie nie tylko nie umieją siebie kochać, ale także tego problemu nie widzą. Na poziomie świadomym mówią: „jestem ok, lubię siebie”, a w podświadomości szczerzy kły jungowski cień i charczy: „jesteś do kitu, należy ci się łomot”. I pojawia się – zgodnie z zasadą lustra – jakaś dusza w ciele bandyty i spuszcza nam łomot. Bo lustro wszechświata odbija to, co nieświadome, czego gołym okiem nie widzimy. I dlatego jest to taka istotna wiedza, bo gdyby nie to lustro, to cała nasze życie poszłoby na marne, niczego byśmy się nie nauczyli. Bo jak? Jak mamy zobaczyć swoje wzorce do uzdrowienia, skoro świadomym umysłem nie możemy ich wyłapać? A zeszliśmy na Ziemię po uzdrowienie właśnie. Chapeau bas Wszechświecie za to, że jesteś tak genialny…

Ludzie czasem rozumieją tę zasadę zbyt dosłownie. Znajoma pyta: “jestem zawsze punktualna, a wkurzają mnie osoby, które się spóźniają – to gdzie to lustro?” Tymczasem może to być gniew na to, że inni mogą się spóźniać. Kiedy porozmawiamy, okazuje się, że ta osoba w dzieciństwie była boleśnie karana za każdą minutę przyjścia po czasie. Została przez surowego ojca tak wytresowana, że teraz przychodzi na kilka minut przed umówioną godziną. I kiedy ktoś inny się beztrosko spóźnia, to w niej wyje poczucie krzywdy – “on może, a ja nie?!” Tak też może działać lustro. Oglądajmy je dokładnie.

Jeśli ktoś mnie okrada, to nie oznacza, że ja też mam w sobie złodzieja, lecz mam jakiś finansowy wzorzec związany z traceniem pieniędzy, lękiem przed bogactwem albo nawet uszkodzony pieniężny termostat. Jeśli ktoś się znęca nade mną, to nie oznacza, że ja też jestem sadystą, tylko, że przyciągam okrucieństwo lękiem, poczuciem winy, potrzebą ukarania siebie za jakieś grzechy czy przekonaniem, że na nic lepszego nie zasługuję. Albo wszystkim tym naraz, czy też całkiem czymś innym, czego tu nie wymieniłam. Za każdym razem warto przyjrzeć się indywidualnie takiemu doświadczeniu, bo możliwości jest sporo. I rzadko kiedy złodziej okrada złodzieja, a agresor bije agresora. Wzorce nie są dosłowne.

Niektórzy twierdzą, że na świecie zawsze byli źli ludzie i nadal będą, co byśmy nie robili, więc to wszystko z wzorcami to bzdury. Nieprawda. Źle postępujący ludzie oczywiście są, ale są tylko nauczycielami dla tych, którzy potrzebują lekcji. Kto swoje lekcje przerobi, wychodzi poza ich energetykę, czyli przestaje doświadczać gwałtu, kradzieży, pobicia i innych podobnych sytuacji. Innymi słowy praca nad sobą nie sprawi, że z ulic znikną złodzieje i gwałciciele. Sprawi natomiast, że będą nas omijać szerokim łukiem. Warto też zauważyć, że gdyby wszyscy ludzie na świecie podnieśli poczucie wartości i pokochali siebie, to nie byłoby wojen, chorób, kradzieży i przemocy. Udowodniono bowiem, że szczęśliwy człowiek nie dopuszcza się krzywdzenia innych. Utopia? Tylko dlatego, że wszędzie pełno mądrali, którzy zaprzeczają oczywistemu działaniu Prawa Przyciągania i zniechęcają ludzi do tego, by pozytywnie myśleli o sobie, życiu i świecie.

Spotkałam się też z dziwaczną teorią, jakoby uzdrowienie wzorca oznaczało jego akceptację. To nieprawda. Zaakceptowanie np. niskiego poczucia wartości w niczym mi nie pomoże. W niektórych terapiach akceptacja negatywnego wzorca jest CZĘŚCIĄ procesu, który uwalnia nas od poczucia winy. Akceptuję, że mam w sobie jakiś negatywny wzorzec, przyjmując, że to normalne i nie oznacza wcale, że jestem ułomna. Jestem taka jak wszyscy, a wzorzec jest naturalną częścią mojego rozwoju tu na Ziemi. Taki jest sens akceptacji. Natomiast prawdziwym uzdrowieniem jest dopiero zastąpienie tej wadliwej matrycy zdrowym kodem – na przykład wzorcem wysokiej samooceny. Dopiero wtedy będą w realnym życiu manifestować się pozytywne efekty. Akceptacja jest sensowna, kiedy pojmujemy ją jako rozumienie, a nie jako zgodę na to, by było coś, czego sobie nie życzymy. Jest też oczywiście częścią postrzegania świata na pewnym poziomie rozwoju. Ale to inny etap i chyba inna era w dziejach ludzkości…

Bardzo ważnym tematem w Zasadzie Lustra jest nasz stosunek do drugiego człowieka. Do tego, który nas skrzywdził. Wybaczenie i zrozumienie roli, jaką miał do odegrania w naszym uzdrowieniu jest nieodzowne. Natomiast wyraźnie powtórzę, że nie jest i nie będzie nadstawianiem policzka. Jest oczyszczeniem swojej energetyki i odrobieniem lekcji. Potem, zależnie od etapu naszego rozwoju możemy: ukarać tę osobę, oddając w ręce odpowiednich służb albo wyjść poza potrzebę karania kogokolwiek, rozumiejąc, że wszystko ma swój sens. Obie opcje są właściwe, chociaż mi bliższa jest druga, bo nie mam w sobie potrzeby karania kogokolwiek, przecież i tak wszystko wróci do człowieka, cokolwiek zrobi. Po co mu dokładać? Rozumiem jednak, że większość ludzi na tej planecie żyje jeszcze w epoce „wymierzania sprawiedliwości”, jako formy odpłaty i pouczania innych. Czasem też izolacja bywa jedynym sposobem, aby np. uchronić swoje dzieci przed kolejnymi atakami pedofila. I jest to całkiem zrozumiałe. Mogę tylko zapowiedzieć, że przyjdzie na Ziemi taki czas, kiedy będziemy umieli chronić się mocą umysłu i więzienia nie będą nikomu potrzebne. Warto iść w tę stronę, zasilając Dobro, niż rozkładać bezradnie ręce, mówiąc, że świat jest i będzie zły, bo ludzie są źli. Nasze myśli tworzą rzeczywistość, powinny więc być naprawdę mądre i dobre. Powinny obracać się wokół tego, co chcemy, a nie wokół tego, co nam szkodzi lub zagraża.

Wyrosłam z zemsty dawno temu. Jeśli ktoś zachowuje się wobec mnie nie w porządku, wystarcza mi w zupełności, że powie: „źle zrobiłem” – nawet nie musi przepraszać. Zrozumiał swoje. A jeśli nawet tego nie wyartykułuje – to skupiam się wyłącznie na tym, czego ma mnie nauczyć jego zachowanie. Skupiam się na sobie i swoich lekcjach. Bo jestem tu dla siebie. A nie dla niego. Niech sobie robi, co chce. Nie mam prawa niczego mu narzucać, a już z całą pewnością nie jestem w stanie zmusić go do przyspieszenia w rozwoju. Każdy idzie własnym tempem.

Mądrość serca bierze się z doświadczenia. Przeszłam przez piekło, co najmniej dwa razy. Niektórzy nazywają to „ciemną nocą”, inni „ukrzyżowaniem”. To był czas, kiedy chciałam tylko umrzeć. Pomogli mi przyjaciele swoją obecnością i energią Reiki. Kiedy stanęłam na nogi, zadałam sobie pytanie: co zrobić, aby już nigdy tak nie cierpieć? Prosperita i Prawo Przyciągania jest dla mnie sprawdzonym sposobem na szczęśliwe życie. Pomogłam tak nie tylko sobie, ale od 20 lat pomagam też innym. Zasada Lustra jest kluczem w mojej pracy i przynosi piękne efekty. Ale nie mam monopolu na rację. Nikt nie musi wierzyć w mój wgląd i moje doświadczenie. Każdy ma prawo do własnych poglądów, dlatego z nikim nie zamierzam polemizować. Daję swoją wiedzę, jak kanapki – częstujcie się, jeśli chcecie. Jeśli ktoś woli narzekać, zrzucać winę na zły świat i służyć ciemnej stronie mocy, powtarzając, że to wszystko bez sensu – może sobie to robić. Najważniejszym prawem tu na Ziemi jest samostanowienie i wolna wola.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Inspiracja

Inspiracją może być wszystko: promień słońca padający na taflę wody, śpiew ptaka o świcie, telefon od przyjaciółki czy artykuł przeczytany w sieci. Jeśli uruchamia w nas niezmierzone pokłady twórcze, to spełnia swoją rolę. Można nauczyć się widzieć we wszystkim coś na tyle fascynującego, aby napisać nowy tekst czy namalować obraz albo zaplanować kolejny wykład. Dla osoby, która realizuje się poprzez malarstwo, grafikę czy literaturę wszystko może być zaczynem natchnienia.

Ale można też poczuć się zainspirowanym do zmiany swojego życia. Promień słońca przeświecający przez liście i rozświetlający mrok może obudzić w nas optymizm i zachęcić do pozytywnego myślenia. Motywację można odnaleźć w sobie zawsze, a we wszystkim, co nas otacza zobaczymy zachętę do tego, żeby nasze życie stawało się coraz lepsze. Tym bardziej, że w sieci znajdziemy mnóstwo tekstów o tym, jak pracować z wewnętrznym rozwojem, aby to przynosiło satysfakcjonujące efekty.

Mnie inspirują nawet zjawiska średnio przyjemne. Kiedy zaczęłam sobie zadawać pytanie: dlaczego tego doświadczam lub czemu obserwuję coś takiego, uświadomiłam sobie, że wszystko czemuś służy. Często właśnie zrozumieniu jak działa prawo przyciągania. A przecież wszystko można opisać po to, aby pokazać to innym ludziom. Wiedzy o życiu nigdy za wiele. I w ten sposób nawet z negatywnych zjawisk czerpię inspirację.

Można też samemu być inspiracją dla innych i wówczas to pokazuje, że podążamy właściwą ścieżką. Szczególnie wtedy, kiedy wyrasta z tego miłość i piękno. I ja także czerpię pomysły z tego, co pojawia się u innych ludzi. Na przykład malowanie…. Nie malowałam od czasów szkoły podstawowej. Ale któregoś dnia zobaczyłam obraz mojej znajomej. Oglądałam go ze wszystkich stron. Było w nim coś niezwykłego. Przyciągał mnie jak magnes. I zalśniła we mnie myśl, że mogę spróbować też coś takiego namalować. Wiele tygodni minęło, zanim zdecydowałam się kupić farby, pędzle i inne potrzebne materiały. Wracałam do magicznego obrazu i patrzyłam na niego, a on szeptał do mnie… Jak żaden inny wcześniej, a przecież widziałam setki obrazów. Aż w końcu zrozumiałam bezgłośne przesłanie i namalowałam swój…

Czasem jednak zamiast inspiracji pojawia się naśladownictwo. Ślepe i wyrastające z niskich energii, takich jak zazdrość i potrzeba dowartościowania siebie. Manifestuje się jako rywalizacja w obszarach, w których rywalizować nie warto. Pisałam już o tym, że w ogóle nie znoszę rywalizacji, bo to wbrew mojej naturze. Ponadto każdy jest doskonałym sobą taki, jaki jest. Przychodzimy tu na Ziemię ze swoim planem duszy i to właśnie mamy do zrobienia. Wchodzenie w cudze programy poprzez „małpowanie” innych – jak mawiała moja babcia – jest stratą czasu i energii. Rywalizowanie z innymi jest zaprzeczaniem swojej doskonałości.

Przez wiele lat naśladowała mnie pewna koleżanka. Śledziła pilnie, co robię i piszę, aby odtwarzać moje pomysły. O czymkolwiek napisałam w swoich tekstach na stronie – wkrótce po mnie pisała o tym na swoim blogu. Kiedy zajęłam się prosperitą – stworzyła nowy blog o bogactwie. Kiedy napisałam pierwszego ebooka – wydała swojego. I tak wydawać by się mogło – bez końca. Ale koniec jednak nastąpił. Wiedząc, że pilnie czyta wszystko, co wstawiam, pisałam także o tym, że trzeba realizować WŁASNE niepowtarzalne ścieżki. I któregoś dnia zrozumiała, przerobiła swoje lekcje, podniosła samoocenę i zajęła się swoim programem. Dzisiaj robi coś zupełnie innego niż ja – coś, po co zeszła tutaj na Ziemię.

Na jej miejsce wskoczyła potem inna naśladowniczka, by znowu tracić czas, bo zamiast być sobą, chce być mną… Moja córka mówi z podziwem: „mamo jesteś idolem, jesteś gwiazdą, masz swoje fanki, które chcą być jak Ty…”. Ale to całkiem nie tak. Można raz uczesać się jak ktoś inny, można jak ktoś inny namalować obraz czy napisać coś albo stworzyć własnego bloga o podobnej tematyce. To jest właśnie inspiracja. Jeśli jednak robimy po kolei wszystkie te rzeczy, aby ostatecznie nawet na wakacje pojechać w to samo miejsce, co nasz „idol”, to staje się chore. Taki człowiek zatraca siebie, aby udowodnić coś, co całkiem nie ma sensu. Bo nigdy nie będzie mną. Nawet malując lepiej, pisząc ciekawiej, nauczając mądrzej – będzie tylko moją nieudolną kopią. A jeśli co chwilę będzie sprawdzał na facebooku, czy już mnie w tym chorym wyścigu wyprzedził, to zabrnął w ślepą uliczkę i szybko odczuje karmicznego kopniaka, bo dusza upomni się o swój program.

Po czym jeszcze poznać naśladownictwo? Po personalnych zawoalowanych rozgrywkach rodem z piaskownicy. Marzymy o tym, by kupić sobie samochód? Naśladowca szybko nas wyprzedzi, chociaż wcale tego samochodu nie potrzebuje (bo na przykład ma dwa inne) i będzie pod nos nam podtykał jego zdjęcia: patrz, ja już mam, ja kupiłam, ja jestem lepsza – a ty nie masz, tralala! Masz problemy w związku? Naśladowca umówi się na kawę, by przez dwie godziny opowiadać, jak mu dobrze z partnerem, znacząco pokazując – jestem lepsza od ciebie, tralala…!  Ewidentnie dowartościowuje siebie, wykorzystując do tego nasze problemy i słabe punkty. Jak dziecko w piaskownicy, które macha drugiemu przed nosem nowym wiadereczkiem: “ja mam, a ty nie masz, tralala!”.

Trochę to zabawne, kiedy patrzymy z boku i przyznaję, że w takich chwilach cieszy mnie mój pozazmysłowy wgląd, bo mam z tego kupę śmiechu. Widzę rozzłoszczoną, niedowartościowaną dziewczynkę, która na oślep wali kogoś łopatką po głowie… Chociaż ostatecznie przychodzi smuteczek, bo widać przed taką osobą długą drogę do rozumienia. Według moich obserwacji w taką pułapkę najczęściej wpadają osoby, które wychowywały się w domu dziecka albo miały wymagających, surowych rodziców, którzy nie umieli ich docenić. Ponieważ ja jestem doceniana i podziwiana, reprezentuję w ich oczach to wszystko, czego najbardziej pragną. Ale nie rozumieją, że ten stan wynika z wysokiego poczucia wartości. Wydaje im się, że jeśli podobnie jak ja napiszą wiersz, czy poprowadzą szkolenie, a nawet pojadą w to samo miejsce co ja, to spłynie na nich ten cały splendor. To tak nie działa.

Jest też w tym pewien paradoks. Patetycznie nazwałabym to mieszanką fascynacji i nienawiści. Przecież naśladowca ogromnie nas podziwia, skoro próbuje być nami. Jak podpowiada moja córka, możemy być dumni z tego, że inni są tak nami zachwyceni, że nas kopiują. Mamy swoich fanów. Ale to złudne, ponieważ ta fascynacja jest w istocie obrzydliwą manifestacją zwykłej zazdrości. Może wręcz powodować obsesje, które ciągną się latami. Tak – latami. I taka osoba kopie pod nami dołki, próbując nas zniszczyć, więc trzeba bardzo uważać. Trzeba też stale podnosić poczucie wartości, aby kolejne “ja mam, a ty nie masz, tralala” nie zabolało. Bo jesteśmy tylko ludźmi i dobrze wycelowane “tralala” uderza nas w najczulszy punkt. Nie jest łatwo być “idolem”. Właśnie dlatego warto umieć odróżnić naśladownictwo od inspiracji.

A jak wygląda inspiracja? Kiedy zainspirował mnie obraz koleżanki, to interesował mnie tylko obraz. Nie śledziłam co autorka robi ani dokąd jedzie. Nie zajmowałam się jej innymi działaniami czy innymi obrazami. Mam swoje pasje, mam swoją unikalną ścieżkę i sądzę nawet, że mam też własną markę. Nie chcę naśladować innych. A do tego ogromnie lubię ową koleżankę, głośno mówię, że jest cudowna i życzę jej, by była coraz piękniejsza i odnosiła kolejne sukcesy. Bez cienia zazdrości. Uwielbiam ją, podziwiam i nigdy nie będę z nią rywalizować – różnimy się ogromnie. Ale lubię też siebie i to, co sama robię. Nie czuję się gorsza od niej. Uważam, że obie jesteśmy cudowne, a nasze pasje nas określają, każdą inaczej.

Setki moich koleżanek maluje obrazy. Setki prowadzi szkolenia. Wiele z nich pisze i wydaje książki. Cieszą mnie ich sukcesy i dostrzegam w tym dla siebie wspaniałe przesłanie o tym, jak wiele pięknych rzeczy można zrobić i osiągnąć. Jednak nie chcę być żadną z nich – bo mam własne pasje i własne pomysły. Nie muszę nikogo naśladować. Sztuką inspiracji jest zasiać w sobie jedno małe ziarenko, a potem tworzyć własną unikalną ścieżkę, bez porównywania do kogokolwiek innego. Moje szkolenia są niepowtarzalne – robię je od 20 lat. I uważam, że każdy, kto robi to z serca, robi to świetnie. Nie muszę się interesować tym, jak prowadzą wykłady inni – poza wprowadzaniem nowych form pracy, które pojawiają się w każdej dziedzinie. Podobnie z pisaniem, z malowaniem, z prowadzeniem bloga – to wszystko jest tylko moje, tworzone z miłością dla mnie i innych, a nie po to, by coś komuś udowadniać.  Z nikim nie rywalizuję. Cieszę się tworzeniem – dla siebie. I znam wiele osób, które robią to tak samo pięknie jak ja. Z prawdziwą pasją i bez zawoalowanych intencji dowartościowywania siebie. Mogłabym tu od ręki wymienić kilkadziesiąt nazwisk wspaniałych szkoleniowców, pisarek, malarek czy trenerów.

Jednak brwi mi unoszą się do góry ze zdziwienia, kiedy osoba, która nigdy nie stanęła na katedrze, a jedynie zrobiła kilka webinarów, używa w ślad za mną określenia “moi studenci”. Jak zresztą wielu innych określeń. To taka moja wierna “kopiarka”. Niewtajemniczonych informuję, że kilka lat pracowałam w filiach pewnej Akademii w całej Polsce i wyszkoliłam setki osób. To moi studenci, którzy na facebooku czasem piszą do mnie: “pani profesor”, chociaż ja tego określenia w odniesieniu do siebie oczywiście nie używam… Nie jest problemem, że ktoś coś sobie nazywa na wyrost – “student” brzmi ładnie, a internet przyjmie wszystko. Problemem jest rozpaczliwie niski poziom samooceny u takiej osoby, która uczy innych rozwoju tępo mnie naśladując, co jest z góry pozbawione sensu. Można nie mieć wcale studentów i być wspaniałą osobą. Gdzie jest napisane, że uczenie innych dodaje nam wartości? Nigdzie. No właśnie. Na tym polega bezmyślne naśladownictwo. Mój mąż niedawno zażartował: “napisz na FB, że w eksperymencie duchowym skaczesz w przepaść jak leming, może te osoby wskoczą za tobą…” Przykre to. Tak nie wygląda rozwój wewnętrzny, a piszę tu o osobach, które mocno się tym chcą zajmować.

Namawiam zatem gorąco do tego, by pokochać siebie takim, jakim się jest i cieszyć się sobą nie porównując do nikogo. Nasza doskonałość nie podlega dyskusji. I nie wymaga poprawek. Najgorsze co możemy robić w życiu, to porównywać się do innych i próbować być lepszym od kogoś. Nigdy nie będziemy od nikogo lepsi. Ewa może być lepszą nauczycielką od Ani, ale nie może być lepszą Anią od Ani. Stając się Anią, staje się coraz słabszą i gorszą Ewą. A to jest bez wątpienia wejście w ślepą uliczkę. I jak to często bywa, najlepszym lekarstwem w tym wypadku jest podniesienie poczucia własnej wartości i pokochanie siebie w sobie.  

Bogusława M. Andrzejewska

Obowiązek

Obowiązkowość i podążanie za powinnościami to nasza cecha niemal narodowa i uświęcona tradycją wielu pokoleń. Każdy z nas, im jest starszy, tym lepiej wie, co należy, co się powinno robić, co wypada, a nawet co „musimy” zrobić. I chociaż podążając za nowoczesnymi trendami przestajemy używać słowa „muszę”, to nadal jesteśmy niewolnikami presji i hołdujemy zasadzie: najpierw obowiązek, potem przyjemność.

Jak zwykle, zgodnie z moją buntowniczą naturą będę namawiać do odejścia od przymusu i obowiązkowości, bo wbrew pozorom nie jest to wcale dobre dla naszego rozwoju. Obowiązek, mocno presją podlany, wywołuje w nas uczucia absolutnie negatywne i ściąga nam na dół energię, bez której nie jesteśmy w stanie nie tylko choćby dotknąć szczęścia, ale nawet pomyśleć pozytywnie. Obowiązki zabierają nam wolność i radość. Powodują, że człowiek czytając o pozytywności, prycha z ironią: a gdzież w tym zapracowanym życiu miejsce na wesołość?!

Oczywiście radość życia bierze się z codziennego pogodnego nastawienia do świata. Z tego, że kiedy wstaję rano, to umiem cieszyć się promieniami słońca przenikającymi przez gałęzie i ciepłem pachnącej miodem herbaty. I to mi wystarcza na początek. A potem szukam w ciągu dnia powodów do szczęścia. To sposób na istnienie albo po prostu taki nawyk – jak kto woli. Jednak ogromne znaczenie ma także świadomość decydowania o sobie i robienie tego, co się kocha.  Dla mnie powodem do odczuwania szczęścia jest moja twórczość – kocham ją ponad wszystko. Możliwość pisania czy robienia grafik (a ostatnio także malowanie) powoduje, że wszystko we mnie skacze z radości.

Jeśli życie składa się wyłącznie z obowiązków i z tego, co musimy, to po prostu się spalamy w nicości. Nic zatem dziwnego, że żyjąc w ten sposób, człowiek jest rozżalony, zniechęcony, a słysząc  o pozytywnym myśleniu puka się znacząco w czółko. Nie można żyć wyłącznie obowiązkami. Każdy człowiek zasługuje na to, aby mieć trochę czasu tylko dla siebie i na to, co kocha najbardziej. To jest nam potrzebne jak powietrze do oddychania. Tylko wtedy, kiedy robimy to, co kochamy – ładujemy swoje akumulatory. Bez tego ładowania, niestety, długo nie pociągniemy… I nie będę rozwijać kwestii, każdy potrafi się domyślić, jak kończy się szare, wypełnione tylko obowiązkami życie.

Serdecznie namawiam wszystkich nie tyle do lenistwa, ile do mądrego uzupełniania energii dobrymi, pełnymi miłości działaniami. Najczęściej nazywamy to pasją, czasem hobby. A czasem mówimy najzwyczajniej w świecie: bardzo lubię długie spacery, kocham górskie wędrówki, uwielbiam malować mandale… Cokolwiek robię z przyjemnością, robię naprawdę dla siebie. I tylko to ma znaczenie w moim życiu. Reszta jest egzystencją.

Jeśli ktoś kocha swoją pracę, to idealnie. Wówczas nie czuje presji, a słowo obowiązek też bywa mu obce. Idzie rano do tej pracy, bo chce i lubi. Myśli o tym, co chciałby dzisiaj zrobić i jak, nie rozpatrując tego w kategoriach powinności, lecz wyborów. Jest to chyba najważniejsze rozróżnienie: obowiązek kontra własny, świadomy wybór. To pierwsze jest klątwą zabierającą radość i życiową energię. To drugie daje siłę do działania i popycha w stronę dostrzegania jasnej, pięknej strony naszego istnienia.

Czasem obowiązek łączy się z pięknymi uczuciami i wówczas przestaje dla mnie być przymusem. Na przykład opieka nad ciężko chorym, ale przecież bardzo kochanym dzieckiem. Oczywiście te wszystkie czynności można obowiązkiem nazwać, ale w gruncie rzeczy robimy to, bo… chcemy. Bo chcemy sami umyć, przytulić, pocałować w czoło przy zmienianiu koszulki. Nie prosimy o wyręczenie, bo mamy w sobie potrzebę, by zrobić to sami. I to już przestaje być obowiązkiem, zaczyna być wyborem.

Nie jest dla mnie żadnym argumentem, że wszyscy mamy swoje obowiązki. To rzadko jest prawda, a jeśli nawet, to zabierają nam tylko część życia, ucząc nas pewnych ważnych lekcji. Reszta czasu powinna być przez nas twórczo wykorzystywana, właśnie na to, co daje nam najwięcej radości. I podkreślę ponownie, że praca zarobkowa także może dawać mnóstwo frajdy i satysfakcji. Wcale nie musi być “przykrym obowiązkiem”. Od dawna wszyscy nauczyciele duchowi powtarzają zdania o równowadze pomiędzy obowiązkiem a przyjemnością. To bardzo istotne, aby nie wpaść w ślepą uliczkę tego, co rzekomo „musimy”, a co potrafi zająć nam cały czas. Budzimy się potem na starość z ręką w nocniku życia zmarnowanego na bezsensownym sprzątaniu, gotowaniu i załatwianiu spraw dla innych.

To, o czym piszę, w praktyce uczy nas wielu istotnych lekcji. Moim zdaniem są one ważniejsze dla duszy i dla nas niż tak mocno przereklamowana pracowitość, która duszy nie daje kompletnie nic, a jedynym jej zyskiem może stać się (tylko może) bycie docenionym przez innych ciężko pracujących ludzi. Ewentualnie może przynieść pieniądze, no ale to już duszy nic nie daje kompletnie…

Wyjście poza obowiązkowość uczy nas po pierwsze asertywności i umiejętności domagania się pomocy od członków rodziny tak, abyśmy mieli czas dla siebie. Uczy nas także pracy zespołowej i działania w grupie. Po drugie uczy nas ustalania własnych priorytetów i stawiania na pierwszym miejscu tego, co jest dla nas ważne. Po trzecie pozwala nam ustalać własne cele rozwoju i być wiernym sobie. Po czwarte uczy nas prawdziwej wolności, niezależności i samodzielności, czyli szukania własnych dróg, które wybierając świadomie, będziemy lubić i doceniać.

I kilka przykładów z praktyki. Podział obowiązków w domu, szczególnie wtedy, kiedy są małe dzieci, wydaje się być tematem nie wymagającym żadnych wyjaśnień. Nie można się zabijać tylko po to, aby było posprzątane na błysk i smacznie ugotowane. Czasem trzeba umieć odpuścić i doładować akumulatory tym, co się naprawdę kocha. Nikt jeszcze nie umarł od tego, że zamiast dwudaniowego obiadu zjadł sobie kanapki albo poszedł na pizzę do baru.

Innym charakterystycznym przykładem mogą być nasze polskie cmentarze. Nikogo nie muszę przekonywać, że te wszystkie bajeranckie nagrobki są tak potrzebne zmarłemu, jak przysłowiowe kadzidło. Wszystkie zabiegi na ogromnych w naszym kraju nekropoliach robi się na pokaz, bo… „co ludzie powiedzą”.  Pamięć o bliskich, którzy odeszli, nosimy w sercu, a można ją pielęgnować na tysiąc sposobów innych, niż cotygodniowe czyszczenie grobu. Kiedy zmarł mój ukochany brat, zrobiłam album o nim. Zamieściłam w nim swoje wiersze, cytaty i ulubione zdjęcia mojego brata. Kiedy zatęsknię za nim, z miłością zapalam świecę i przeglądam nasze wspólne fotografie. Uważam, że jest w tym więcej sensu, niż w bieganiu na cmentarz, na który oczywiście też czasem chodzę.

Oprócz cmentarnych obowiązków mamy też wiele innych – zaczynając od zamiatania ulicy czy przedświątecznego mycia okien, a kończąc na zapraszaniu nielubianych członków rodziny na imieniny. Robimy to, bo tak wypada, bo trzeba. A przecież bardziej logiczne byłoby sprzątanie dla siebie, wtedy kiedy chcemy mieć czysto, a nie dlatego, żeby „ludzie nie gadali”. Niech gadają – ich problem. Prosperująca świadomość otacza się pozytywnymi ludźmi, którzy ją lubią i doceniają. Nie siada na kawie z kimś, z kim nie chce, tylko dlatego, że tak wypada. To ważna lekcja – kochać siebie na tyle mocno, aby nie kierować się w życiu opinią innych, tylko własnymi wyborami. Zapewne to też kwestia definicji, ale dla mnie słowo „obowiązek” łączy się zawsze z działaniem wbrew sobie.

I ostatni przykład: z terapii związków. Jeśli zwrócimy uwagę na to, jaki typ kobiety jest najczęściej zdradzany przez męża, to zobaczymy taką osobę, która zdradza sama siebie. To zwykle zabiegana, przepracowana i przemęczona pani domu, która chce, żeby wszystko było jak najsumienniej zrobione. Dba o czystość łazienki, pyszne trzydaniowe obiady, chce wszystko mieć uprzątnięte, wyprane, wymyte, wyprasowane… Ale nic nie robi dla siebie. Nie ma czasu na rozwijanie własnych zainteresowań, na malowanie obrazów, na leniwe poleżenie z partnerem i godzinne pieszczoty i przytulasy, bo musi dopucować do połysku okna lub podłogę. Bywa, że nie ma czasu na fryzjera czy kosmetyczkę. A to wszystko oznacza, że w jej grafiku nie ma miejsca na nią samą, na jej miłość i zaspokojenie jej emocjonalnych potrzeb. Pomijając i zaniedbując siebie sprawia, że jej duchowe lustro – mąż robi dokładnie to samo: pomija ją i zaniedbuje.

Jak zawsze warto być elastycznym. Wszyscy wykonujemy pewne czynności, które wykonać trzeba: myjemy zęby i naczynia, szorujemy toaletę, idziemy w deszczu do piekarni czy wyprowadzamy psa na spacer. Czasem odrabiamy lekcje z dziećmi, chociaż wszystko się w nas przewraca do góry nogami, kiedy czytamy zadania z matematyki… A czasem chodzimy też do pracy zarobkowej, której mimo wszystko nie lubimy. To ostatnie warto zmienić, najszybciej jak to tylko jest możliwe. Jednak warto też dostrzec w tym logikę i korzyści, zamiast obowiązku. Myję ręce po wyjściu z toalety nie dlatego, że tak trzeba albo że powinnam, tylko dlatego, że chcę, aby były czyste i pachniały mydełkiem. Proste, prawda?

Jeśli mam w domu kota, to karmię go codziennie, nie wchodząc w skomplikowane analizy: „Czy naprawdę muszę?” Jednak karmię go z radością, bo go kocham. Nie jest to dla mnie żaden obowiązek, chociaż inni tak to będą nazywać. Jest to dla mnie wejście w cudowną relację. Na przykład wtedy, kiedy skupiona piszę kolejny rozdział książki i nagle obok słyszę donośne: „m-niaum”, a rude puchate futro ociera się o moją nogę. Najpierw są głaski, potem rozmowa, co też kot by chciał ode mnie, a kiedy kieruje się w stronę miski lub lodówki, patrząc na mnie znacząco, wchodzę w zabawną rolę otwieracza do puszek z kocim jedzeniem. Czy to obowiązek? Zdecydowanie nie – to tworzenie relacji.

Dodam też, że dla swojego męża gotuję, bo lubię sprawiać mu radość. Czasem patrzę na zimny deszczowy dzień za oknem i myślę o tym, że fajnie byłoby zrobić mu gorący rosół. Wróci zmarznięty, zmęczony i … na widok garnka z rosołem uśmiechnie się, a oczy mu błysną tak, jak lubię najbardziej… Przede wszystkim jednak pichcę tylko wtedy, kiedy chcę, a kiedy nie chcę, bo robię coś innego – on sam odgrzewa sobie pierogi od mamusi. Albo pyzy z Biedronki. A jeśli go poproszę, to i dla mnie przygotuje coś ze swojego skromnego wachlarza kulinarnych umiejętności, np. jajecznicę. Nie mam przymusu stania przy garach i nie mam na czole napisane „kucharka domowa”. Żyję dla siebie. Rozwijam się dla siebie. Nie wyobrażam sobie, że mój czas mógłby upływać na codziennym szykowaniu jedzenia. Jemy, aby żyć, a nie odwrotnie. W moim domu gotujemy na zmianę i sprzątamy też na zmianę. Każdy.

Z astrologicznego punktu widzenia patrząc, dostrzegam w sobie ten złoty środek, do którego zachęcam innych. Słoneczny znak Bliźniąt nie cierpi rutyny i gniewnie parska na wszystkie obowiązki. Bliźnięta uwielbiają grać i bawić się każdą minuta życia, starają się zatem tak poukładać wszystkie swoje sprawy, aby nic „nie musieć”. Chcą przy tym tak wiele, że są stale w biegu, a w aktywnym działaniu i zdobywają kolejne szczyty. Ascendent w Wadze domaga się natomiast ode mnie ładu, więc chociaż nie lubię obowiązków, to dla własnej przyjemności robię wokół siebie porządek. Sprzątam często, aby było ładnie i harmonijnie. Ponadto popycha mnie ta Waga do twórczego sprawdzania siebie w różnych działaniach. I to w tym wszystkim chodzi – nie o lenistwo, niechlujność i zaniedbanie, ale o umiejętność kierowania się pasją i świadomym dokonywaniem wyborów tego, co nam sprawia radość. Człowiek jest twórczy i zawsze chce robić dobre i ciekawe rzeczy. Nic nie muszę. Wszystko mogę. I dlatego moje życie jest pełne pasji, a nie obowiązków.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 4

Nie odkryję Ameryki mówiąc, że sens pozytywnego myślenia podważają wyłącznie osoby, które nie umieją się tą metoda posługiwać i zdążyły doświadczyć rozczarowania. Kluczem jest tutaj właściwe podejście i konsekwentna praca z miłością. Nie ma innej drogi. Im bardziej się odsuwamy, im mocniej zaprzeczamy, tym bardziej życie będzie nas doświadczać tym samym. Tak działa dusza. Powtarza i powtarza lekcje, aż do zrozumienia. Nie ma przed tym ucieczki. Ktoś, kto trochę poczytał, powinien o tym wiedzieć i nie miotać się na oślep. To nie ma sensu. A już głupotą jest racjonalizacja własnego lęku przed miłością i dorabianie do tego jakiejś hipotezy o tym, że pozytywne myślenie służy ogłupianiu ludzi, aby ich zniewolić czy wyzyskiwać.

Nie chcę tu dyskutować o światowej polityce ekonomicznej i oczywistej chciwości niektórych grup społecznych, czy o wycinaniu lasów albo koncernach farmaceutycznych. Koń jaki jest – każdy widzi. Chcę natomiast wyraźnie podkreślić, że właściwa praca z miłością bezwarunkową, podnoszeniem samooceny i pozytywnym myśleniem wyciąga nas spod władzy jakiegokolwiek systemu. Wysoka energia chroni człowieka. Jeśli tworzę w sobie przestrzeń miłości i akceptacji, to nikt i nic mnie nie zaatakuje, nie oszuka i nie wyzyska. Tak działają zasady wszechświata, czy chcemy w nie wierzyć, czy też nie. Dostaliśmy wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. Mamy w sobie moc stwarzania światów  cokolwiek zbudujemy w sobie, realizuje się na zewnątrz w otaczającej nas materii. Jeśli nie podoba nam się to, co widzimy wokół, stwarzajmy w sobie to, czego pragniemy.

Rozwijamy się duchowo między innymi po to, aby zmienić oblicze tej Ziemi. Nie stworzymy na naszej planecie pokoju, jeśli będziemy wredni, zgorzkniali i złośliwi. Pokój można zbudować jedynie tworząc taki właśnie pokój wewnątrz siebie. A to wymaga pozytywnego myślenia, miłości i akceptacji. Jeśli nauczymy się budować w sobie raj, to wszechświat jak lustro odzwierciedli naszą wizję i znajdziemy się w utopii. A że ciągle trudno tego doświadczyć, to właśnie dlatego, że mnóstwo ludzi zamiast cierpliwie i konsekwentnie pracować z pozytywnym myśleniem, kochaniem siebie i z twórczą wizualizacją, woli wymyślać teorie spiskowe. Byle nic nie robić. Tak przecież najłatwiej  krytykować wszystko i powtarzać: nic nie ma sensu, to i tak nic nie da. Znamy to i takie osoby? Znamy wszyscy…

Dobro całego świata potrzebuje też, by osoba, która zajmuje się własnym rozwojem i rzekomo pracuje nad sobą, przyznała to, co oczywiste. I znowu posłużę się przykładem. Krytykowanie miłości bezwarunkowej i sprzeciwianie się pozytywnemu myśleniu, jest jak uparte powtarzanie, że dwa razy dwa równa się pięć… tylko dlatego, że ktoś kogo nie lubimy obwieścił, że dwa razy dwa równa się cztery. Ludzkie kompleksy i negatywne emocje są tak potężną siłą, że nawet inteligentne osoby powtarzają bzdury, byle tylko nie przyznać racji komuś, kto im podpadł. Albo czemuś, co ich zraniło. Przyznanie się do błędu albo przyznanie racji komuś nie lubianemu wymaga bardzo wysokiej inteligencji i bardzo wysokiego poziomu rozwoju wewnętrznego. Koło się zamyka.

I w ten sposób Stwórcy oraz Mistrzowie Energii grają w szachy i plotkują zamiast tworzyć nowe światy. A kiedy pojawia się młody, pełen entuzjazmu adept i woła: “co robicie? Twórzcie pokój, zdrowie i radość, budujmy razem nową, pełną miłości erę!“, rzucają do niego drwiąco: “jesteś idiotą z głową napchaną frazesami, system zmanipulował cię, żebyś mu służył. Nie przeszkadzaj nam, my jesteśmy ci mądrzy, którzy zjedli wszystkie rozumy i wiemy, że nic światu nie pomoże, to wszystko matrix, z którego nigdy się nie obudzimy…” Tak przecież najłatwiej.

Bogusława M. Andrzejewska