Po rozwodzie

Przez kilka lat byłam ławnikiem w sądzie. Napatrzyłam się na rozwody i rozwodzących się ludzi. Z pewnością niełatwe to sytuacje dla nikogo, a według badań naukowców znajdują się one w grupie najbardziej stresogennych, zaraz po żałobie. Biorąc pod uwagę własne doświadczenie, rozumiem doskonale, czym jest taki moment i staram się także odnaleźć w sobie spokojną akceptację dla rozmaitych ludzkich emocji, które się z tym wiążą. Przyznaję jednak, że trudno mi pojąć tak ogromne pokłady nienawiści, jakie temu procesowi towarzyszą.

Przez ten czas spotkałam zaledwie kilka par, które rozstawały się w zgodzie, spokojnie potwierdzając własne słowa i przedstawiając wspólnie uzgodnione warunki opieki nad dziećmi oraz kwestie finansowe. Przyznaję, że takie przypadki były dla nas miłym zaskoczeniem, które chciało się uhonorować wyrazami podziwu i nagrodą, a przecież to właśnie powinno być normą. Bez względu na przyczynę, warto rozstawać się w zgodzie.

Po pierwsze robimy to dla siebie. Dla własnego psychicznego komfortu. Jeśli decydujemy się na rozwód, to kończymy jakiś etap w życiu. Najlepiej jest zakończyć go ze spokojną akceptacją i postawić mocną granicę, nie wracając myślami do trudnych doświadczeń. Rozgrzebywanie przeszłości niczemu nie służy. Jeśli odchodzimy od toksycznego partnera warto odkorkować szampana i cieszyć się z wolności i zakończenia skomplikowanej lekcji. Aby więcej do takiej żmudnej nauki nie wracać, można spokojnie przepracować swoje wzorce, zwracając szczególną uwagę na wysokie poczucie wartości oraz wybaczenie byłemu partnerowi, że bez litości nas szkolił.

Warto pamiętać, że karmienie się nienawiścią zabiera nam energię. Zabiera nam także zdrowie. Zgodnie z psychosomatyką trzymanie w sobie żalu i uporczywe rozpamiętywanie win drugiej osoby jest przyczyną chorób nowotworowych. Nie znajduję najmniejszego powodu, dla którego warto byłoby rozmyślać o zemście i traktować byłego męża lub żonę z pogardą i gniewem. Rzecz jasna czasem są to osoby, z którymi nie chcemy mieć więcej do czynienia (np. alkoholik lub sadysta), więc wcale nie musimy ich widywać. Jednak nasze uczucia należą do nas samych. Działają w obrębie naszego ciała, dlatego wpływają na nas i nasze zdrowie. Wybaczenie nie oznacza ponownego wejścia w minione cierpienie, lecz zakończenie procesu. Wybaczamy zawsze dla siebie, by więcej nie wypełniać się piekącą rzeką jadu i niszczącymi energiami gniewu i nienawiści.

Dodam jeszcze, że to samo dotyczy innych osób zamieszanych w nasze życie. Jeśli partner odchodzi do innej kobiety (partnerka do innego mężczyzny), warto poświęcić czas samemu sobie, by tę trudną lekcję zrozumieć i uwolnić się od cierpienia. Nie warto wypełniać się złością i żalem do rywalki (rywala). Tu też korzystnie jest wejść w proces wybaczenia. Życie pokazuje, że jeśli ktoś nas zostawia, to na jego miejsce przychodzi ktoś o wiele lepszy, pod warunkiem, że zaakceptujemy to doświadczenie, podniesiemy poczucie wartości i otworzymy się na nowe, lepsze życie. Wysoka samoocena bywa kluczowa, chociaż czasem przyczyną zdrady jest i to, że sami wobec siebie nie byliśmy lojalni. Nad tym też warto popracować.

Mam koleżankę, która utrzymuje dobre kontakty z byłym mężem, a on pomaga jej w różnych życiowych sprawach, jeśli ona tego akurat potrzebuje. Powiedziała mi wprost, że są przyjaciółmi. Czy to nie jest wygodne i przyjemne? A warto wiedzieć, że małżeństwo to należało do bardzo burzliwych, na granicy rękoczynów niemalże. Rozwód sprawił, że tych dwoje ludzi przestało wzbudzać w sobie nawzajem skrajne emocje. Bardzo podobają mi się ich zgodne i sympatyczne relacje.

Po drugie: robimy to dla dzieci. Dla nich to bardzo ważne, aby mieć kontakt z obojgiem rodziców. Rzeczą oczywistą jest, że nie wolno pod żadnym pozorem oczerniać rodzica, wyzywać i lżyć w obecności dziecka. Nasze kłótnie i zdrady to nasza sprawa dorosłych. Dzieci do tego nie mieszajmy. Dziecko ma prawo kochać oboje rodziców, także tego tatę, który znalazł sobie “inną panią” czy mamę, która odeszła do “innego pana”. Niewierność dorosłego nie ma nic wspólnego z byciem ojcem czy matką. I absolutnie nie jest dla mnie żadnym argumentem stwierdzenie, że dla dobra dziecka nie odchodzi się od żony (czy męża). To kompletna bzdura, która nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Praktyka wskazuje, że dla dziecka lepsze są dwa domy i patchworkowa zgodna, pełna miłości rodzina, niż mieszkanie pod jednym dachem z dwojgiem nienawidzących się rodziców, którzy zaciskając zęby czekają, kiedy dziecko dorośnie i wyprowadzi się na swoje, by mogli wreszcie wziąć rozwód.

Dla dobra dzieci przede wszystkim powinniśmy traktować siebie wzajemnie z szacunkiem. Należy wówczas schować wszystkie żale do kieszeni, by móc spokojnie powiedzieć do pociechy: “mama nie może porozumieć się z tatą, więc nie będą razem mieszkać, ale oboje bardzo cię kochają i nadal jesteś dla nich tak samo ważny“.  W obecności dziecka nie ma miejsca na gniewy i pretensje. Warto wybaczyć i zamknąć za sobą jakiś rozdział życia. Jest to zresztą o wiele łatwiejsze, kiedy nie mieszkamy razem.

Pomijam tutaj sytuacje skrajne, kiedy ojciec czy matka są jednostkami na tyle patologicznymi, że lepiej odsunąć ich od dziecka. W pozostałych wariantach człowiek spontanicznie kieruje się rozsądkiem. Panowie dzielą się na takich, którzy bez względu na to, jaka jest matka, kochają swoje dziecko ponad wszystko oraz na takich, którzy nie czują swojego ojcostwa, nie są odpowiedzialni i nie chcą mieć z dziećmi nic wspólnego. To nieliczne grupy. Najwięcej jest takich, którzy traktują swoje dzieci trochę tak, jak są traktowani przez byłe żony. Jeśli kobieta ma klasę i zachowuje się mądrze, wówczas płacą alimenty bez dyskusji i chętnie widują się z dzieckiem. Jeśli są traktowani ze złośliwością i podłością, unikają płacenia i zaniedbują dzieci.

Znam bardzo ciekawy przypadek pana, który z wielkim zaangażowaniem i miłością wychował jedno swoje dziecko oraz pasierbicę córkę swojej żony, natomiast nie chce mieć nic wspólnego ze swoimi biologicznymi dziećmi urodzonymi przez inną kobietę. Kiedy poprosiłam o wyjaśnienie, dlaczego jest wobec jednych dzieci tak dobrym i czułym ojcem, a wobec innych tak nieodpowiedzialnym, usłyszałam, że tamta kobieta jest podła i chciwa, więc jej dzieci są takie same. Ciekawa filozofia, która bez względu na jej sensowność powinna być cenną informacją dla rozwiedzionych kobiet. Wielu mężczyzn tak podchodzi do tematu: mniej lub bardziej świadomie przenoszą uczucia do matki na dzieci. Złośliwość, chciwość i chęć zemsty absolutnie nie popłacają. A wystarczy odrobina szacunku i uprzejmości, by nasze dzieci miały obok siebie upragnionego ojca, za którym często bardzo tęsknią.

Zauważyłam w swojej praktyce, że rozwiedzione panie często bez żadnych zahamowań plują jadem nienawiści na byłego małżonka i jednocześnie oczekują, że będzie widywał dziecko i płacił ogromne alimenty. Tymczasem zasada jest prosta: jeśli chcemy, by ojciec traktował z miłością swoje dziecko, a ta miłość wyrażała się zarówno zainteresowaniem, jak i hojnością, wówczas trzeba wybaczyć partnerowi i traktować go naturalnie. Każdy przychodzi tam, gdzie jest uprzejmie traktowany. Stamtąd, gdzie spotyka go wrogość i tylko chciwie wyciągnięte po pieniądze ręce, ucieka. To proste.

Kłania się tutaj zasada lustra. Jeśli jesteśmy pełni nienawiści, to doświadczamy niechęci i skąpstwa. To oczywiste, że ojciec chętnie płaci na dziecko, jeśli z byłą żoną ma dobre stosunki, a skąpi, jeśli wie, że dziecko jest nastawiane przeciwko niemu. Tymczasem większość pań zupełnie tego nie rozumie, wychodząc z założenia, że skoro je zdradził, czy skrzywdził, to musi zostać ukarany i ma dosłownie za wszystko zapłacić. Taka polityka obraca się przeciwko samotnym matkom, które swoim działaniem odpychają ojca od dziecka.

Jest też bardzo krzywdząca dla dzieci, które w ten sposób tracą kontakt z ojcem. Negatywne efekty wyjdą w wieku późniejszym, kiedy dziecko dorośnie i będzie miało problemy w relacjach. Zadziwia mnie fakt, że chociaż wielokrotnie tłumaczyliśmy rozwodzącym się paniom, jak powinny postępować dla dobra swoich pociech, to po pełnych nienawiści oczach widać było, że przedłożą zemstę ponad komfort swój i dziecka. I zastanawiałam się wówczas: co łączyło tych dwoje? Czy prawdziwa miłość może zamienić się w tyle złych uczuć?

Stąd sporo smutnych refleksji. Bo warto czasem posłuchać mądrzejszych od siebie dla własnego dobra i dla dobra swoich dzieci.  To my kształtujemy swoje życie. Każdego dnia. Także wtedy, kiedy wychodzimy z sali sądowej po rozwodzie. To od nas zależy, czy będziemy jeszcze w życiu szczęśliwi, czy też zarówno my, jak i nasze dzieci płacić będziemy karne odsetki od emocji, nad którymi nie umiemy zapanować. Warto rozumieć drugiego człowieka. Warto wybaczać. A nade wszystko warto żyć pogodnie, bez gniewu i bez nienawiści.

Bogusława M. Andrzejewska

Kiedy mama jedno kocha bardziej…

Milena była wrażliwą i niezwykle bystrą dziewczynką. Już mając  5 lat, zauważyła, że mama ewidentnie wyróżnia jej starszego brata. Dziecko nie rozumiało, dlaczego tak się dzieje, ale wyartykułowało swoje poczucie krzywdy na głos:

– Mamusia zawsze Wojtkowi na wszystko pozwala. Wojtek to król, a ja to nikt.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić?! – oburzyła się mama – natychmiast mnie przeproś! A potem marsz do kąta!

Być może inna mama zachowałaby się inaczej. Mama Mileny jednak miała monopol na jedynie słuszną rację. Dzieci wychowywała surowo, zgodnie z zasadą absolutnego szacunku dla matki, włącznie z całowaniem codziennym po rękach i mówieniem do siebie w trzeciej osobie. Wojtek i Milena nigdy nie byli chwaleni, ponieważ to mogłoby spowodować, że staną się nieposłuszni i zarozumiali. Dzieci nie miały prawa nie pytane zabierać głosu i podważać matczynego autorytetu. Nie wolno im było używać słowa „nieprawda” w stosunku do starszych, nawet jeśli mówiliby oni, że śnieg ma kolor czerwony. Dzieci miały natomiast obowiązek dobrze się uczyć i wyrosnąć na chwałę rodziców.

Z tym ostatnim problemu nie było, ponieważ oboje byli bardzo inteligentni i bez wysiłku przynosili ze szkoły świadectwa z czerwonym paskiem oraz różne zdobywane w konkursach nagrody. Jednak Milena, bardziej niesforna i przekorna niż jej grzeczny brat, potrafiła uciec z lekcji w dzień wagarowicza. Oczywiście razem z innymi uczniami. Chociaż któż wie, kto tak naprawdę podsunął całej grupie uciekinierów taki pomysł? Potrafiła też zapomnieć odrobić zadanie albo wylać atrament na nowy dywan.

– Bierz przykład z Wojtka, zobacz jaki on jest grzeczny! Zobacz jaki on ma porządek w rzeczach, ty bałaganiaro! Zmień się! Popraw! – nieustannie łajała ją matka.

Myliłby się ten, kto by podejrzewał, że tak rugana Milena znienawidzi brata. Wręcz przeciwnie. Ponieważ chodzili do tej samej szkoły, na przerwie dziewczynka biegła pod klasę Wojtka, by tam na oczach wszystkich przytulić się do brata.

– To jest on, to jest ona, to jest jego narzeczona – śmiały się inne dzieci. Ale bez złośliwości. Zarówno Wojtek, jak i Milena byli bardzo lubiani przez wszystkich. Pomimo najlepszych w klasie ocen, zawsze dawali ściągnąć na klasówce i absolutnie nie byli kujonami. Prawdę mówiąc w ogóle się nie uczyli. Wiedza sama wchodziła im do głowy. Życzliwi dla wszystkich, roześmiani, oboje należeli do harcerstwa, pracowali społecznie. Idealiści. Utopiści.

Mama miała jednak wymagania, które czasem przerastały dzieci. Zdarzyło się im dostać czwórkę, zamiast piątki. Wówczas po powrocie z wywiadówki dom trząsł się od awantury. Wojtek obrywał burę mniejszą od siostry, ledwo podniesionym głosem zwracano mu uwagę, że czwórka to wstyd i hańba, że ma ją natychmiast poprawić, bo jak to wygląda w dzienniku! Milena była surowo karana. Zakaz wyjścia na podwórko, zero kieszonkowego, często klęczenie w kącie na worku z grochem… Miała brać przykład z Wojtka, który jest bardzo dobrym piątkowym uczniem i któremu wstydu przynosić nie wolno.

Któregoś dnia Milena dostała list z urzędową pieczątką. Zanim go otworzyła, matka wyrwała jej z rąk kopertę:

– Pokaż natychmiast! Na pewno jakaś kara za przetrzymanie książki z biblioteki! Wiecznie z tobą same kłopoty. Jesteś okropna!

W liście było podziękowanie dla Mileny i pochwała z Komendy Hufca za wzorowe pełnienie obowiązków instruktorskich. Dziewczyna spojrzała z satysfakcją na mamę, ale nie doczekała się uznania ani tym bardziej przeprosin. Matka w milczeniu oddała jej kopertę i odwróciwszy się na pięcie, poszła do swoich spraw. W tym domu dorośli nigdy nie przepraszali dzieci. Dorośli byli przecież nieomylni.

Milena uwielbiała brata, jakby podświadomie czując, że nie ponosi on winy za to, że matka jego kocha bardziej. Z rodzicielką stosunki miała chłodne. „Nie chcesz mnie kochać, to nie, obejdzie się”, mówiły zielone oczy Mileny do matki. Nie przejmowała się też ciągłą krytyką i niedocenianiem. Osiągała kolejne sukcesy w szkole, zbierała dyplomy, zajmowała punktowane miejsca w konkursach literackich. Pracowała nad sobą, starała się zmieniać na lepsze, wyrosła na piękną i świadomą swojej wartości osobę. Wyszła za mąż, urodziła dziecko, a brat nadal był jej największym oparciem przyjacielem na dobre i złe.

Milena przeczytała mnóstwo książek o psychologii, skończyła studia, zaliczyła dobre kursy rozwoju osobistego. Wiedziała, że musi uzdrowić w sobie to wszystko, co wlecze się za nią z przeszłości. Dzisiaj Milena jest psychologiem i doradcą. Cenionym, szanowanym i podziwianym. Uczy kolejne pokolenia, jak pomagać innym ludziom. Wydała kilka doskonałych poradników. Jest kobietą pełną pasji i miłości do życia. Jej dni są wypełnione mnóstwem nowych pomysłów, które z radością realizuje. Od 30 lat trwa w szczęśliwym związku i nadal kocha swojego brata. Ma udanego syna, dla którego jest największym przyjacielem i powierniczką.

Przyszedł wreszcie czas, że zbudowała także pełną ciepła więź ze swoją mamą. Odkąd Milena pokochała siebie taką, jaką jest, jej rodzicielka zaczęła dostrzegać dobro i piękno swojej córki. Stosunki między kobietami zmieniły się na lepsze. Milena powiedziała mi, że kropla drąży skałę i ona właśnie cierpliwie wydrążyła piękną matczyną miłość. Jest szczęśliwa i spełniona.

***

Czytałam ostatnio artykuł o faworyzowaniu przez rodziców jednego z rodzeństwa. Wynika z niego, że te gorzej traktowane dzieci, przez całe dorosłe życie trwają w koszmarnej nienawiści i zazdrości. Wydało mi się to wręcz niemożliwe, bo znając Milenę, wiedziałam, że można inaczej. Dlaczego zatem ludzie niepotrzebnie cierpią? A dlaczego Milena jest szczęśliwa, pomimo takiego dzieciństwa, jakie jej przypadło w udziale?

Przyczyna tkwi w samym człowieku. Odpowiedź jest tutaj banalnie prosta. Milena pracowała nad sobą i włożyła nieco wysiłku, by zmienić swoje ułomne podświadome wzorce. Zrozumiała, że jeśli chce być szczęśliwa, musi coś w sobie uzdrowić. Znalazła to „coś” i uzdrowiła. Wymagało to od niej pracy nad sobą i cierpliwości. Wymagało to też świadomości: to mój problem, to jest we mnie, tylko ja mogę to zmienić.

Piszę o tym, abyście zrozumieli, że jesteście w pełni odpowiedzialni za wszystkie swoje wybory i również za to, jacy jesteście. Obecnie nastała moda psychologicznego tłumaczenia podłości, zawiści, egoizmu. Mówi się powszechnie: ona jest taka, bo miała trudne dzieciństwo, bo nie była kochana i wspierana. Pokazałam wam los kobiety, która miała dość trudną przeszłość, a pomimo tego jest wspaniałą i szlachetną osobą. To nieprawda, że niedobry, popełniający błędy rodzic piętnuje nas psychicznie na całe życie. Wszystko można uzdrowić, trzeba tylko chcieć. Jeśli rzetelnie nad sobą pracujemy, wówczas uzdrawiamy siebie na wszystkich poziomach. Można uporać się z brakiem wsparcia, ale również z zazdrością.

Zastanawiam się raczej, jak można kierować się w życiu takimi paskudnymi odczuciami? Jakie to daje korzyści, poza nakręcaniem negatywnych emocji? Nie wytrzymałabym w energii zawiści ani jednego dnia! Taki stan należy w sobie natychmiast rozpoznawać i uzdrawiać, zanim pochłonie nas szkodliwa adrenalina!

Jeden z moich przyjaciół uważa, że poziom  rozwoju widoczny jest po naszym stosunku do rodziców. Wysoko rozwinięta osoba kocha i akceptuje rodziców, rozumiejąc, że wszystkie błędy które popełnili, były ich sposobem na dobre w ich mniemaniu wychowanie dziecka. Jeśli nawet ich czyny wykraczały poza zasady moralne i etyczne (o czym tutaj nie mówimy), to pozostaje wybaczenie, od którego nie powinno się w żaden sposób uciekać.

Moim zdaniem nie może mówić o rozwoju duchowym nikt, kto babrze się bez końca w zazdrości czy nienawiści i przez całe życie odsuwa się od bliskich, nie umiejąc zapomnieć, że ośmielili się nie spełniać oczekiwań lub kochać kogoś innego, niż my. Jeśli Milena może kochać swoje rodzeństwo, może wybaczyć matce brak wsparcia, to każdy może to zrobić. Stawiajmy sobie wyżej poprzeczkę w tym względzie. Jesteśmy tu na Ziemi dla miłości, a nie dla nienawiści. Dopóki nie nauczymy się wybaczać i kochać, jesteśmy tu na darmo…

Bogusława M. Andrzejewska

Wybaczyć rodzicom

Wróciłam niedawno z ciekawego szkolenia, na którym tematem głównym były relacje z rodzicami. Jak to najczęściej bywa, to co stale przewijało się w każdym przypadku, to brak akceptacji dla zachowania rodziców, żal, pretensje, nieprzerobione sprawy. Jakoś tak układają się nasze związki z matką i ojcem, że zawsze znajdziemy tam coś do krytykowania. I chociaż od dawna jestem wolna od tego problemu, to przecież kiedyś również myślałam takimi kategoriami. Rozumiem więc doskonale, że temat ten jest wiecznie żywy i każdy na swój sposób powinien poukładać to w sobie.

Jak zatem wybaczyć rodzicom? Jak poczuć całym sobą, że starają się najlepiej jak potrafią i jeśli popełniają błędy, to dlatego, że inaczej nie umieją? Myślę, że nie ma na to jednolitej recepty dla wszystkich. Mi bardzo pomógł proces wewnętrznego dziecka, który dwadzieścia lat temu fachowo przeprowadziła ze mną koleżanka psycholożka. A potem wystarczyła już tylko praca duchowa i otwieranie serca na miłość, zrozumienie i współczucie. I chociaż sporo trudnych rzeczy uwalniałam, dzisiaj czuję głównie wdzięczność dla moich rodziców.

Jedna z ważnych refleksji, jaka do mnie przyszła niedawno, dotyczy próby wejścia w cudze buty. Postawmy się w sytuacji osoby, do której mamy pretensje. Tak łatwo oceniamy innych, przyklejając im etykietkę podłych, czy bezmyślnych. Tymczasem życie często pokazuje, że w podobnej sytuacji dokonujemy identycznego wyboru. Warto czasem bez hipokryzji przyjrzeć się drugiej osobie, poczuć tak, jak ona i pomyśleć, co na jej miejscu byśmy zrobili. Bardzo łatwo napełnić sobie usta frazesami o uczciwości czy sumieniu. Życie jednak nie zawsze pozwala nam wyrzekać się tego, co dla nas ważne.

Jedną z często spotykanych pretensji do rodzica jest żal o to, że zostało się porzuconym, że w dzieciństwie zabrakło kochającej obecności, zabawy, bliskości. Obiektywnie patrząc, łatwo ocenić, że obowiązkiem kogoś, kto dał życie, jest wychować i być obok. Jasne. Mamy nawet paragrafy na konieczność utrzymywania małoletnich. Ale wyobraźmy sobie siebie w sytuacji, w której bez naszej woli i zgody grozi nam zostanie ojcem. Nie czujemy się gotowi, nie ma w nas radości z tego powodu. Natomiast przeraża nas wrzeszczące, pomarszczone niemowlę… Jeden bierze to na klatę i próbuje podołać temu ciężkiemu obowiązkowi, a inny ucieka gdzie pieprz rośnie.

Jeśli ktoś w tym momencie zacznie pokrzykiwać, że trzeba wcześniej pomyśleć o konsekwencjach radosnego seksu z kim popadnie, to natychmiast zapytam: a jak to jest u ciebie? Ręka w górę ten, kto kocha się wyłącznie w celach prokreacji! I nie pytam szczęśliwie żonatych. Każdy z nas chce cieszyć się życiem. Czasem po prostu zawodzi antykoncepcja. A bywa też, że ktoś liczyć nie umie. Siłą rzeczy biologia sprawia, że kobieta chcąc nie chcąc dostaje dziecko w darze i uciec od niego nie może, a mężczyźnie czasem taka ucieczka się zdarza. I chociaż tego popierać nie można, można to spróbować zrozumieć.

Próba pojmowania drugiego człowieka i postawienia się na jego miejscu pomaga w wybaczeniu. Być może ja nigdy nie porzuciłabym swojego dziecka, ale rozumiem, że ktoś inny nie potrafi stawić temu czoła i podejmuje odmienną decyzję. Ma do tego prawo. Być może dla niego strach przed odpowiedzialnością, uwięzieniem w pieluchach, przed całymi latami kaszek, kupek i zabawek wydaje się nie do ogarnięcia. To nie tylko usprawiedliwienie dla kogoś, kto postąpił niewłaściwie. To także ogromnie ważne dla poczucia wartości. Wiele dzieci porzuconych przez ojców czuje się kimś gorszym, kogo ojciec nie chciał i nie kochał. A naprawdę to nic personalnego. Ten człowiek, który nie chciał podjąć ojcowskich obowiązków, nic nie miał przeciwko małej Biance czy Kubie. On bał się swoich własnych demonów. Dorosła Bianka i Kuba może to zrozumieć i przyznać: „wiem, że bardzo chciałeś mnie kochać, ale twoje lęki były silniejsze i dlatego uciekłeś”. To uwalnia nas od bycia gorszym, przegranym, niechcianym. Jest to naprawdę bardzo istotne dla naszego szczęścia – umieć zrozumieć cudze słabości i zaakceptować je, jako zwyczajny kawałek życia.

Czasem tą słabością nie jest ucieczka od rodzicielstwa, lecz działania, które zadają ból. Nadmierne ambicje, które każą bezustannie krytykować dziecko, a ono bezsilnie stara się być coraz lepsze i lepsze, by zasłużyć wreszcie na pochwałę. Surowość, która rzuca maluszka na ziemię, by czuł się marnych prochem wobec wszystkowiedzących i nieomylnych rodzicieli. Zaniedbanie, które ślepymi oczami nie dostrzega ewidentnego krzywdzenia małej istoty przez innych dorosłych. A nawet uzależnienia, które stwarzają piekło na Ziemi. Za tym wszystkim stoją ludzie, przepełnieni lękiem, fobiami, złymi emocjami, głupotą, naiwnością. Każdy z nich to tylko człowiek.

Kiedy nauczymy się w rodzicach widzieć zwykłych, omylnych ludzi, kiedy damy im prawo do błędów, uwolnimy wreszcie swój ból i żal. Pozwolimy sobie na odpuszczenie matce lub ojcu tego, że bali się, nienawidzili, faworyzowali, uciekali, oczekiwali, żądali, wyobrażali sobie niestworzone rzeczy. Że widzieli świat swoimi oczami. Że nie domyślali się naszych potrzeb. Że nie reagowali tak, jak chcieliśmy. Że okazywali miłość po swojemu, a nie tak, jakby nam się najbardziej podobało. A przecież kochali. Tak, jak umieli.

Czasem dziwię się, o jakie rzeczy mają do rodziców pretensje moi klienci. O drobiazgi – o to, że mama wszystko wie najlepiej i ciągle poucza. Niech poucza, przecież chce dobrze, chce jak najlepiej, nawet jeśli racji nie ma. O to, że ojciec bardziej kocha siostrę lub brata niż mnie. A niech sobie kocha, wolno mu. Ja też jednych lubię bardziej, innych mniej. To mnie nie umniejsza, bo moją wartość kształtuję ja sama, a nie stosunek do mnie innych ludzi, nawet rodziców. Zastanówmy się też, dlaczego dorosłych tak bardzo denerwuje to, że ledwo chodząca staruszka, która nie wie, co to jest internet, próbuje im doradzać, co mają robić, a czasem nawet karci słowami za jakiś postępek. Przecież ona nadal jest matką i zawsze będzie swoje dziecko traktować przez pryzmat poczucia macierzyńskiego obowiązku. Nawet wtedy, kiedy to dziecko będzie miało pięćdziesiąt lat. Zauważenie tej prostej zależności otworzy nas na rozumienie i współczucie.

W wybaczeniu pomocna jest także świadomość odłączenia działania od samego człowieka. Zobaczmy w nim kogoś dobrego, jasnego, kto naprawdę chce dobrze, lecz ulega swoim słabościom, lękom, błędnym przekonaniom. Dotyczy to zresztą nie tylko rodziców, ale każdej osoby, której chcemy wybaczyć. Jeśli ktoś wyrządza nam to, co nazywamy krzywdą, to rzadko kiedy ma na celu świadome zadanie nam bólu. Najczęściej kieruje się lękiem bądź nawykiem wyniesionym z domu. Ojciec, który bezlitośnie bije pasem, zapewne też był bity jako dziecko. Tak go nauczono, powtarzając mu, że bez dyscypliny rosną tylko chwasty. Może i serce mu się kroi przy tym biciu, ale jest przekonany, że dla naszego dobra – musi. Znałam takich ojców. Dzisiaj już rzadko stosuje się kary cielesne, ale można tu wstawić każde inne działanie. Rodzice zazwyczaj robią to, czego ich nauczono w domu, w co wierzą i co – w ich przekonaniu – służy naszemu dobru. A przy tym mają i swoje trudne emocje lub cechuje ich egoizm, a czasem zabraknie im zwykłej ludzkiej mądrości. Bo mądrość – niestety – nie jest dawana każdemu. Nic na to nie poradzimy… Stąd też wiele działań nacechowanych jest brakiem rozsądku lub lękiem.

W krytycznej ocenie rodziców zauważyłam jeszcze jeden wątek – patrzenie oczami innych ludzi. Moją znajomą wychowywała babcia, która nie lubiła zięcia, czyli ojca tej mojej znajomej. Małe dziecko każdego dnia słyszało krytyczne uwagi pod adresem taty. Zakodowało sobie, że ma ojca lenia, brudasa i chama tak mocno, że nie zauważyło, jak ojciec rysuje jej obrazki, nosi na barana, opowiada bajki, zabiera na spacer i śpiewa piosenki. Kiedy dorosła, powtarzała, że miała złego ojca, lecz na pytanie, co było złego w nim odpowiadała cudzymi słowami: leń, brudas, cham, nogi mu śmierdzą. Kiedy zapytałam: „a co zrobił złego tobie?”, nie umiała odpowiedzieć. Okazało się, że nigdy jej nie skrzywdził, nie zaniedbał, pomagał w nauce i chętnie się z nią bawił.

Bardzo trudno jest oddzielić cudze wzorce zakodowane mocno w dzieciństwie, od naszych własnych uczuć. Podobnie jak z każdym negatywnym przekonaniem, to w nas działa niestety i nam przeszkadza. Jeśli nauczymy dziecko, że psy są złe i mogą ugryźć, dorosła osoba będzie bała się psów, chociaż być może nigdy z żadnym nie będzie miała kontaktu. Podobnie z kodami wszczepionymi przez niechętne teściowe – wypaczają prawdziwy obraz któregoś z rodziców. Dobrze byłoby, gdyby każda babcia wzięła to sobie do serca i nigdy nie krytykowała przy dziecku żadnego z rodziców.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Medytacja z Wewnętrznym Dzieckiem

Rodzimy sie niewinni i mocno związani z Najwyższym Źródłem. Magia dziecka wypływa z tego, że jest nieskażone światem i jego problemami oraz pełne bezwarunkowej miłości, która wypełnia to, co jest poza widzialną rzeczywistością. Kiedy bierzemy nowo narodzone dzieciątko na ręce, to dotykamy prawdziwej boskości – tej, która jest także w nas, ale którą czasem spychamy bardzo głęboko w codziennej “gonitwie szczurów”. Dziecko jeszcze tego nie potrafi, jest cząstką prawdziwego kochania i prawdziwej radości. Aby to w nim podtrzymać, wystarczy każdego dnia otulać je miłością i radością. Wówczas iskra bezwarunkowej miłości, którą maleństwo przyniosło ze sobą, rozpala sie w wielki płomień.

Rzadko się to udaje. Bardzo wcześnie odkrywamy, że świat jest groźnym, niebezpiecznym miejscem, najeżonym trudnościami. Mama jest przemęczona, tato krzyczy i dziecko w miejsce miłości uczy się nowych doznań: samotności, odrzucenia i lęku. Wówczas jego psychika zaczyna wznosić mury obronne, by chronić tę małą wrażliwą cząstkę. Dorastając, budujemy warownię, w której – jak księżniczkę w szklanej wieży – zamykamy nasze malutkie dziecko. Obronne mechanizmy odcinają nas od niego i z czasem zapominamy całkiem o jego istnieniu. To jest ten moment, kiedy w naszym życiu nie ma miejsca na radość, twórczość, dobre związki – jest tylko praca i gonitwa, gonitwa i praca. Ewentualnie tępe patrzenie w telewizor, który rozrywką jest tylko z nazwy.

Warto wówczas obudzić się z uśpienia i nawiązać kontakt z wewnętrznym dzieckiem, zaopiekować się nim i przejąć za nie odpowiedzialność. Aby skruszyć te wszystkie mury, którymi je otoczyliśmy, warto uświadomić sobie, dlaczego je tam schowaliśmy, czego nie dostało w dzieciństwie i spróbować zaspokoić niespełnione potrzeby.

Podaję moją ulubioną medytację, którą stosowałam w celu uzdrowienia wewnętrznego dziecka. Jest prosta, a dość skuteczna. Co ważne, można ją wykonać samemu, bez opieki psychologa. Jest mocno duchowa, ponieważ odwołuje się do archetypów Wielkiego Ojca i Wielkiej Matki. Jest też mocno energetyczna, ponieważ opiera się na pracy z czakrami.

Zapal świecę i usiądź wygodnie lub połóż się, nie krzyżując nóg. Postaw stopy płasko na podłodze i poczuj, jak łączą się z ziemią, jak wypuszczają energetyczne korzenie w głąb podłoża. Wykonaj kilka pogłębionych oddechów, na wydechu powtarzaj w myślach: mój umysł jest odprężony…

Poczuj swoją czakrę serca. Jest jak kwiat, który z przodu ma duże płatki, a z tyłu – od strony twoich pleców – łodyżkę. Nabierz głęboko powietrza „przez płatki” i wypuść je także „przez płatki” czakry serca. Z każdym oddechem maluj płatki na kolor różowy. Pomaluj także całe swoje serce na ten kolor. Ułóż w swoim sercu mięciutkie różowe poduszki i połóż lub posadź na nich swoje wewnętrzne dziecko. Niech różowe światło utuli je z czułością.

Poczuj, czego ono potrzebuje. Zapytaj, czego pragnie. Jeśli nie dostawało wystarczająco dużo miłości i uwagi od swojego ojca, to teraz wypełnij całą swoją czakrę serca ojcowską miłością. Ściągnij te uczucia przez czakrę korony z Najwyższego Źródła, od Wielkiego Boskiego Ojca. Pozwól, by ta energia wypełniła całe twoje serce i ukoiła maleństwo, utulone w jego wnętrzu. Zobacz wewnętrznym okiem, jak złote światło ojcowskiej miłości wypełnia twoje serce i ułożone w nim dzieciątko.

Jeśli dziecko nie dostawało wystarczającej ilości uwagi i miłości matczynej, to wypełnij czakrę serca takim uczuciem. Ściągnij je poprzez czakrę podstawy od Wielkiej Kochającej Matki. Niech z czułością i uzdrawiającą siłą wypełni całe twoje serce i utulone w nim maleństwo. Zobacz wewnętrznym okiem, jak złoto różowe światło wypełnia po brzegi twoje serce i utulone w nim dziecko.

Kiedy uznasz, że wystarczy, zakończ wizualizację kilkoma głębokimi oddechami i otwórz oczy.

Medytacja jest nieskomplikowana, ale prawidłowo wykonana może od jednego razu spowodować pozytywne zmiany w naszym życiu. Oznacza to, że uwolniliśmy wewnętrzne dziecko z bólu niezaspokojonych potrzeb. Dzięki prostocie medytacja jest bezpieczna i daje nam energię. Można więc ją powtarzać, jeśli ktoś ma ochotę.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Praca z Wewnętrznym Dzieckiem

Możemy sami spróbować podjąć pracę nad uzdrowieniem aspektu wewnętrznego dziecka. W łagodny i nieskomplikowany sposób jesteśmy w stanie dotrzeć do tej małej cząstki, którą otoczyliśmy murami obronnymi. To także może przynieść nam zaskakujące pozytywne efekty, jeśli tylko się postaramy.

Najłatwiej odnaleźć swój wzorzec poprzez przykre emocje, ponieważ one są najlepszym rozwojowym drogowskazem. Jeśli zdarzy się, że poczujemy rozpacz lub odrzucenie w czasie zwykłej kłótni z małżonkiem, to zapytajmy siebie, na ile nasza reakcja jest adekwatna do sytuacji. Jeśli reagujemy przesadnie, wówczas warto znaleźć dla siebie czas i porozmawiać z samym sobą.

Znajdźmy spokojne miejsce, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał. Zapalmy świecę, która wyłapie i oczyści nasze emocje. A potem spróbujmy prostej wędrówki w przeszłość. Można zamknąć oczy i spróbować zidentyfikować pojawiające się uczucie rozpaczy i odrzucenia. Warto je nazwać i dokładnie określić. Potem możemy przeszukać zasoby wspomnień i odnaleźć ten moment w dzieciństwie, w którym doświadczyliśmy podobnych emocji. Im głębiej w przeszłość uda się nam sięgnąć, tym lepiej, ponieważ mamy szansę trafić na pierwotną matrycę, która spowodowała obecne cierpienie.

W tym miejscu przypomnę, że przyczyną bólu psychicznego nie jest nigdy sama sytuacja, lecz nasze myśli na dany temat. To samo zachowanie naszego partnera, czy szefa może obudzić w nas lęk, rozpacz, gniew lub spowodować obojętne wzruszenie ramion i stwierdzenie: szkoda czasu na rozmowę, poczekam, aż mu przejdzie. Wszystko zależy od wzorców, które w sobie nosimy. Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zastygło w cierpieniu, w odpowiedzi przykładowo na podniesiony ton, to za każdym razem, kiedy ktoś podniesie na nas głos, będziemy odczuwać to cierpienie. To jak wciśnięcie określonego guzika, wywołujące określony efekt. Praca ze zmianą (uzdrowieniem) wzorca, to spowodowanie zmiany reakcji na wciśnięcie tego samego przycisku. Wymaga to zmiany poglądu – myśli na dany temat. Jeśli podniesiony ton jest dla nas znakiem odrzucenia, niekochania i krytyki, to zawsze na taką sytuację zareagujemy gniewem lub lękiem. Jeśli zrozumiemy, że krzyk jest tylko przejawem zdenerwowania i bezradności osoby, która tak zwraca się do nas, wówczas zamiast lęku czy złości, możemy odczuwać współczucie dla niej. Jeśli zechcemy uznać, że krzyczący człowiek jest śmieszny, to podniesiony głos wywoła w nas falę wesołości. To proste. O naszych reakcjach i odczuwanych emocjach decydują myśli (poglądy, przekonania). Wcale nie musimy cierpieć.

Wewnętrzne dziecko tego nie wie i nie rozumie. Zastygło w bólu na etapie np. 5 lat, kiedy krzyk rodzica był dla niego czymś przerażającym i krzywdzącym. Jego reakcja była zgodna z tym odczuciem. Tę reakcję powiela dzisiaj dorosła osoba, która działa w oparciu o uczucia pięciolatka. W naszej pracy wracamy do tego punktu i tego pierwotnego zdarzenia. Spójrzmy na nie z boku, z perspektywy dorosłej, mądrej osoby. Zobaczmy to pięcioletnie wystraszone dziecko, jak kuli się przed krzyczącym na nie ojcem lub rozzłoszczoną matką. Zadajmy sobie pytanie: co czuje to malutkie dziecko? Czego potrzebuje od swojego rodzica? Czego pragnie, a nie dostaje? Co chciałoby usłyszeć?

I tu zaczyna się nasza ważna rola. W dowolnym momencie możemy zmienić cały scenariusz. Jako dorosła, silna osoba podejdźmy do tego dziecka i ofiarujmy mu to wszystko, czego nie dostało. Zacznijmy od deklaracji: kocham cię, widzę, jestem przy tobie, będę odtąd zawsze. Chronię cię, wspieram i zawsze będę to robić. Pomogę ci, ilekroć będziesz tej pomocy potrzebować. Możemy dziecko przytulić do serca, ukochać i ukołysać w ramionach. Sprawmy, by poczuło sie bezpieczne i kochane. Bądźmy w tym maksymalnie empatyczni, dając dziecku dokładnie to, czego potrzebuje. To, czego nigdy jako dziecko nie dostaliśmy. Powiedzmy te słowa, które zawsze chcieliśmy usłyszeć od rodziców. Wykonajmy te gesty, których tak bardzo pragnęliśmy doświadczyć.

Pozwólmy sobie wejść w ten proces głęboko. Odczuwajmy całym sobą. Poczujmy wzruszenie, niech popłyną łzy. Nie blokujmy uczuć. Jeśli w ciele pojawią się drżenia lub dreszcze – to dobrze, energia ruszyła całe pokłady blokowanych emocji. Runęły mury, którymi otoczyliśmy tę malutką cząstkę. Od tej chwili nasze wewnętrzne dziecko jest kochane i bezpieczne, jest pod nasza opieką. Wspólnie z nim będziemy tworzyć, śmiać się, bawić i przeżywać radość. 

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Niewinność

Rodzimy się niewinni. Każde dziecko w swej istocie jest niewinne. Przychodzi na świat jako czysta, boska istota, która powstała w totalnej doskonałości, w efekcie wyjątkowego cudu. Rodzimy się z miłości i pełni tego pięknego uczucia rozpoczynamy swoją wielką przygodę w aktualnym wcieleniu.  Każde dziecko jest czystym pięknem, które całym sobą zasługuje na to, aby być kochanym. 

Od samego początku jest dobre i poszukuje tego dobra. Jeśli pozwalamy mu być sobą, rozwija się prawidłowo i szuka tego, co najlepsze. Wywieranie nacisku, by było grzeczne, jest blokowaniem przepływu naturalnej energii miłości. Bo cóż oznacza bycie grzecznym? Sztuczne życie według norm osób dorosłych. Bez radości, zabawy, rozluźnienia, wyobraźni, twórczości… A przecież dziecko samo z siebie jest cudowną, niewinną istotą.

Gdyby mogło to zapamiętać na zawsze, nie obciążałoby siebie niepotrzebnym poczuciem bycia kimś gorszym, niegodnym i nie zasługującym na miłość. Niestety jako małe bezbronne istoty podlegamy wpływom naszych rodziców, którzy szarpani swoimi emocjami, powodują u nas różne trudne odczucia. I najczęściej czynią to całkiem nieświadomie, bo gdyby znali konsekwencje swoich słów i działań, raczej milczeliby przez większość naszego dorastania. Przecież życzą nam jak najlepiej i chcą naszego szczęścia – to oczywiste. Ale rodzice nie wiedzą, co się dzieje w małym dziecięcym serduszku, kiedy toczą swoje bezsensowne batalie niezaspokojonych marzeń o wychowaniu idealnego człowieczka, którego można wsadzić w ustaloną z góry ramkę.

Całkiem malutkie dziecko nie może być niegrzeczne, bo nie rozumie, czym jest bycie grzecznym lub nie. Nie dokonuje podstępnego wyboru, by robić rodzicom na złość. Raczej bada świat, tak jak potrafi i zgodnie z tym, co budzi jego ciekawość. To, co czasem nazywamy dziecięcą manipulacją jest tylko tym, czym odruch Pawłowa. Jeśli maleństwo zauważy, że w efekcie na przykład głośnego krzyku lub przewrócenia czegoś pojawia się uwaga lub troska ze strony dorosłych, to wykonuje takie działania, które zapewniają mu tę uwagę lub troskę. Nawyk ten pozostaje na długie lata, bo nawet kilkulatki nauczone, że rodzice okazują im zainteresowanie tylko wtedy, kiedy dzieci coś zbroją potrafią broić na zawołanie i w określonym celu. Nie po to, by komuś działać na nerwy, ale by zyskać uwagę, której tak bardzo potrzebują.

Na początku dziecko jest niewinne i dalekie od dualizmu. Poznaje otaczający go świat i nie rozróżnia tego co dobre, od tego co takim nie jest. Jedynego wyboru dokonuje w oparciu o najbardziej podstawowe potrzeby: zaspokojenie głodu, ciepła, bliskości. Jednak bardzo szybko uczy się odbierać emocje rodziców. I podobnie jak w przypadku świadomego ściągania uwagi rodziców, potrafi rozpoznać sytuację, kiedy rodzice są smutni, źli i niezadowoleni. W tym miejscu dochodzimy do najważniejszego punktu dziecięcego poczucia winy: dziecko zawsze bierze winę na siebie.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której matka podchodzi do dziecka po kłótni z mężem czy teściową. Pomimo że stara się mówić do dziecka łagodnym tonem, jest zdenerwowana. Maluch wyczuwa tę niekorzystną energię i odbiera ją negatywnie. Budzi się w nim niepokój. Ponieważ dla dziecka cały świat kręci się wokół niego samego, uznaje, że coś jest nie tak z relacją pomiędzy nim, a matką. Jeśli takie sytuacje się powtórzą kilka razy, w dziecku wytworzy się przekonanie, że jest obiektem, który denerwuje matkę jest zatem kimś złym. Dziecko nie analizuje i nie rozumie. Funkcjonuje na zasadzie akcja reakcja. Nie dostrzega też innych relacji, ponieważ jest dla siebie centrum świata. W tym przypadku uproszczony schemat emocjonalny wygląda tak: jestem mama cierpi (albo jest zła); jestem powodem cierpienia (złości). I w ten sposób kończy się poczucie niewinności.

W okresie późniejszym zostaje to wielokrotnie potwierdzone, kiedy dziecku zdarzy się badać świat w sposób, który nie podoba się dorosłym. Pojawia się krzyk, pierwsze klapsy i inne kary oraz słowne przypieczętowanie: “jesteś niegrzeczny”. A warto dodać, że im częściej rodzic balansuje pomiędzy różnymi emocjami i różnymi komunikatami, tym bardziej dziecko jest nieznośne, by sprawdzić, czy jest akceptowane. Takim skrajnym przykładem braku równowagi może być matka, która tuląc dziecko do snu, powtarza mu, jak bardzo je kocha, a w dzień, zestresowana i zmęczona, co chwilę na nie krzyczy i powtarza: “Jesteś okropny! nie mogę na ciebie patrzeć, nie kocham cię, jak jesteś taki“. Im częściej pojawia się taka huśtawka informacyjna, tym bardziej dziecko dokucza dorosłemu, aby sprawdzić poziom jego miłości.

Ideałem byłoby rozmawiać z maluchem spokojnie za każdym razem, kiedy on  przekracza jakąś granicę. I podobnie jak w przypadku konstruktywnej krytyki dorosłego, warto zacząć od utwierdzenia w miłości, mówiąc dziecku: “Bardzo cię kocham, ale nie możesz wspinać się na tę szafę, bo możesz spaść i rozbić główkę, a wtedy….itd“. Każde dziecko nawet niemowlę rozumie – kiedy mówi się do niego, że się je kocha. Energetyka serca jest bardzo silna i nie sposób jej z niczym pomylić. Maluch przytulony czule i zapewniony o miłości, natychmiast się uspokaja. A jeśli słyszy to stale, nabiera poczucia bezpieczeństwa, które płynie z bycia kochanym. Rzadko wówczas robi komukolwiek na przekór, bo buduje solidną więź z rodzicem i chce być w tej miłości jak najczęściej.

Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każda matka ma na to czas, by prowadzić tego typu długie rozmowy zawsze wtedy, kiedy jest taka potrzeba. Jest tyle spraw, tyle obowiązków, nierzadko także inne pociechy. A jeśli dołożymy do tego rozmaite konflikty międzyludzkie czy prozaiczny brak pieniędzy, wówczas zrozumiałym się staje, jak szybko ta nasza wrodzona niewinność wyparowuje z nas w wyniku zderzenia  z życiem rodziców. Dzieci nabierają przekonania, że nie są dość dobre i muszą zasłużyć na miłość swoich rodziców.

Co ciekawe, kiedy rodzice kłócą się między sobą, maluch także bierze winę na siebie. Jego świat wewnętrzny jest tak skonstruowany, że nie pojmuje i nie dostrzega tysiąca tematów i powodów poza nim samym. Jeśli tato krzyczy na mamę, to znaczy, że ono dziecko jest złe. Poczucie winy zostaje w nim na zawsze, zamieszkując w tej małej cząstce naszej osobowości, którą nazywamy wewnętrznym dzieckiem.

Cokolwiek chcemy w życiu pozytywnie poukładać, warto zacząć od wybaczenia sobie temu małemu szkrabowi w nas, który przez całe dzieciństwo gromadził w sobie ogromne poczucie winy za każdy krzyk rodzica. Wybaczenie nas uwalnia i pozwala popłynąć dobrej energii. Otwiera nas na naszą wewnętrzną moc, odkrywając w nas pierwotną niewinność, z którą przyszliśmy na świat.

Warto też wybaczyć rodzicom, inaczej nigdy nie staniemy się zdrowymi dorosłymi. Niezależnie od wieku i siwych włosów, stale będziemy nosić w sobie jątrzący żal o ból przeszłości. To proces dla nas, dla naszego dobra. Przebaczenie pozwala odejść wszystkiemu, co nie jest miłością, pozwala zamknąć przeszłość na cztery spusty i pójść do przodu. Pomaga w tym zrozumienie, że każdy rodzic stara się być najlepszy tak, jak potrafi   i chce tylko dobra dla swojego dziecka. Niestety każdy rodzic ma też swoją przeszłość, swoje wzorce, swoje cierpienie, dlatego tak często mniej lub bardziej nieświadomie robi swojemu dziecku krzywdę. Jednak tam, gdzie jest miejsce na miłość, zawsze znajdzie się też miejsce na przebaczenie.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Kocham Moje Dzieci

To piękne i oczywiste stwierdzenie jest tak naturalne, jak oddychanie. Każda matka kocha swoje dzieci. I można o tym uczuciu nawet pisać wiersze. Jeśli jednak ktoś wkleja co tydzień takie hasełko na tablicę portalu społecznościowego, to zapala mi się czerwone światełko, bo oto przede mną ktoś nie do końca zrównoważony, kto wychowuje biedne ofiary i przyszłych klientów sesji terapeutycznych. Tak właśnie najłatwiej rozpoznać niemądre matki, których pociechy potrzebować będą kiedyś pomocy psychologicznej lub psychiatrycznej – przez manifestowanie czegoś, co jest oczywiste i manifestacji nie wymaga.

Nie ma nic niewłaściwego w chwaleniu się dziećmi czy wklejaniu ich zdjęć. Robi to mnóstwo moich znajomych. Rodzina jest częścią naszego życia, jest ważna. Dla niektórych osób bywa priorytetem. Ja także kocham swoje córki i raz na rok zamieszczam zdjęcie z nimi. Może zamieszczałabym częściej, ale są dorosłe i szanuję ich prywatność. Natomiast nie widzę potrzeby pisania na forum, że kocham swoje dzieci. To tak, jakbym informowała znajomych, że oddycham albo że mam dwie nogi. Nie ma na świecie nic bardziej pewnego niż moja matczyna miłość. Oczywiście, że kocham swoje córki i mówię to przede wszystkim do nich. To one powinny słyszeć każdego dnia, że są dla mnie ważne i że są kochane. Pilnuję, aby mój mąż, który jest mniej wylewny, także powtarzał obu naszym córkom, że je kocha, docenia i że są dla niego ważne. To najlepsza inwestycja – umacnianie dzieci w poczuciu bycia kochanymi. Dzięki temu jest im łatwiej żyć.

Mój niepokój budzi dopiero zachowanie, które w psychologii nazywamy „manifestacją”. Polega ono na nadmiernym podkreślaniu wybranej kwestii. Pisanie w kółko w sieci, która jest miejscem publicznym, że jest się mądrym, spełnionym albo że darzy się uczuciem swoje dzieci, świadczy tylko o tym, że wcale w to nie wierzymy. Matka, która często wkleja obrazki z napisem w stylu: “kocham moje dzieci, są dla mnie wszystkim“, prawdopodobnie żyje w wielkim poczuciu winy wobec nich. Rodzi się pytanie: co zrobiła? Gdzie zawiniła? Jak je skrzywdziła, że teraz musi obsesyjnie zapewniać cały świat i samą siebie, że jednak kocha?

Według psychologów ciągłe skupianie się na jednym tylko aspekcie swojego życia, świadczy też o wewnętrznej pustce i rozczarowaniu. Jeśli ktoś w kółko mówi tylko o dzieciach, to znaczy, że jest w życiu zawodowym niespełniony. Nic nie osiągnął. Nic nie znaczy dla siebie. Jego doświadczenia są nudne i nic niewarte. Nie ma też życia osobistego. Nie doświadcza miłości. Nie ma nic, co by go cieszyło. Tę wielką żałosną pustkę w swoim życiu zasłania jedynym w miarę znośnym obszarem życia: ma dzieci i na nie przelewa całą energię, nimi zasłania swoją życiowa przegraną. Czasem grozi to nadopiekuńczością, apodyktycznością wobec pociech, a niemal zawsze rozczarowaniem. Bo żyjemy tutaj na Ziemi dla siebie.

Życie dla siebie nie wyklucza kochania dzieci, bo im bardziej obdarzamy miłością siebie, tym więcej prawdziwego uczucia możemy dać innym. Szczęśliwa w miłości i spełniona kobieta przekaże swoim dzieciom więcej inspiracji i mocy, niż smutna, rozgoryczona matka, która podświadomie oczekuje, że jej pociechy za nią przeżyją to wszystko, czego ona nie umiała w życiu wypracować. Narzucanie dzieciom swoich marzeń prowadzi w ślepą uliczkę, nie tylko dlatego, że nie przychodzimy na świat po to, by realizować cudze ścieżki, lecz własne. Głównie jednak dlatego, że dzieci od nas czerpią swoje wzorce. Rozgoryczona, odrzucona i pełna zawiści matka to prosta droga do wychowania nieszczęśliwych i aspołecznych osób.

Mam znajomą, która weszła w romans z żonatym mężczyzną. Aby odciągnąć go od żony i dzieci, z premedytacją zaszła w ciążę, licząc na to, że „brzuchem” zmusi go do rozwodu i małżeństwa z nią. Kiedy ją uprzedzałam, że nie powinna zachodzić w ciążę z kimś, kto nie jest wolny, nie słuchała mnie. Była tak pewna swego, że nic do niej nie docierało. Przegrała. W efekcie samotnie wychowywała córkę, która nigdy nie spędziła ze swoim ojcem nawet jednej godziny, bo widywała go tylko przelotnie na sali sądowej. Dla mnie nie jest problemem samotne macierzyństwo, tylko fakt rozgrywania swoich spraw kosztem dziecka. Granie „brzuchem” Drogie Panie jest podłe, ponieważ „brzuch” to nie przedmiot – to ludzka istota, która ma prawo urodzić się z miłości i cieszyć się posiadaniem ojca.

Rzecz jasna i udane początkowo małżeństwa często się rozstają, ale jest bezspornym faktem, że ojcowie po rozwodzie chcą kontaktów z dzieckiem. Byłam przez kilka lat ławnikiem w sądzie – wiem, jak to wygląda. Współpracowałam także ze stowarzyszeniem poszkodowanych ojców, którzy uparcie walczyli o swoje prawo do widywania się z dziećmi, więc wiem, jak potrafią kochać, kiedy dziecko przychodzi na świat jako owoc miłości – a nie szantażu. Ta więź malucha z ojcem jest ogromnie ważna dla prawidłowego rozwoju dziecka i moim zdaniem zbrodnią jest świadomie dziecko tej więzi pozbawiać.

Dorośli się czasem rozstają, natomiast więź pomiędzy dzieckiem a rodzicem powinna być na całe życie. Nie ma wtedy znaczenia, że ojciec mieszka w innym domu, bywa, że nawet z inną kobietą i dziećmi z nowego związku. Ważne, że dobry kontakt córki z ojcem jest gwarantem jej udanego związku. Ojciec jest pierwowzorem partnera – jeśli jest opiekuńczy i mądrze kochający, dziewczyna buduje w sobie prawidłową matrycę i przyciągnie do swojego życia partnera, który obdarzy ją miłością. Chłopak, mający dobry kontakt z ojcem, wyrośnie na wartościowego człowieka.

Mam znajomego, który w trakcie swojego małżeństwa, zakochał się w innej kobiecie. Przyznał się żonie i poprosił o rozwód. Jego żona postawiła sprawę krótko: “możesz odejść do niej, ale nigdy więcej nie zobaczysz syna i córki.” Mój znajomy zrezygnował z uczucia do ukochanej i został. Dla dzieci. Nie chcę oceniać zachowania jego żony, a jedynie podkreślić wybór mojego znajomego. Oto prawdziwa ojcowska miłość, która nie potrzebuje afiszowania się na FB. Dumny tato wkleja czasem zdjęcia dzieci, ale jeszcze nigdy nie napisał publicznie, że są jego największą miłością. Za to owa znajoma, która zaszła w ciążę tylko po to, by szantażować innych – owszem, stale publikuje manifestacje o tym, jak bardzo kocha dzieci. Potwierdza tym samym fakt, że im w nas większe poczucie winy, tym głośniej próbujemy przekonać siebie i innych, że jesteśmy w porządku. Taka hipokryzja – mniej lub bardziej świadoma.

Inna moja znajoma zamieściła na FB (jednorazowo) bardzo ciekawe i mądre zdanie: Jestem dobrą matką, ponieważ wybrałam moim dzieciom kochającego ojca. To hasło jest znakomitą kwintesencją wszystkiego, co chciałabym przekazać młodym kobietom, planującym rodzinę. To my, kobiety wybieramy ojca dla swoich dzieci. Dzisiaj, w dobie swobody seksualnej jest to o wiele trudniejsze niż wtedy, kiedy tę rolę przejmowały swatki lub rodzice. Dlatego właśnie trzeba używać zarówno serca, jak i rozsądku. Nie wystarczy, by partner był zdrowy i bogaty. Najważniejsze  jest bowiem to, na ile wybrany mężczyzna jest gotowy, by być ojcem dla mojego dziecka, by mieć dla niego czas, by okazywać mu miłość i wsparcie.

Jeśli mężczyzna nie chce dziecka lub – co gorsza – ma inne dzieci i wcale nie kwapi się do stworzenia ze mną rodziny, to jest jak wielkie czerwone światło! Nie wolno! Nie wolno mi rodzić mu na siłę dziecka! I wcale nie chodzi tu o wysiłek samotnego macierzyństwa, ale o los dziecka, które niemowlakiem jest tylko przez chwilę, a potem przez wiele, wiele lat może być bardzo smutnym człowiekiem, noszącym w sercu ciężar bycia niechcianym i niekochanym. Czytałam niedawno szczerą wypowiedź pewnej pani po czterdziestce, która przez całe swoje życie zmagała się z takim bólem, ponieważ jej ojciec porzucił matkę, kiedy ta tylko zaszła w ciążę. Nigdy nie chciał poznać swojej córki, nigdy nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Ta pani założyła własną rodzinę, ma męża i dzieci, przeszła też cały cykl terapeutyczny, by uwolnić się od żalu do ojca… Jednak jej wieloletnie cierpienie niech będzie przestrogą dla lekkomyślnych dziewcząt, którym wydaje się, że “rodzą dziecko sobie i dla siebie”. To nie tak, niestety… Zachodząc w ciążę, dajemy życie, za które potem bierzemy odpowiedzialność. I największym egoizmem jest traktowanie dziecka jak karty przetargowej w prywatnej walce z inną kobietą o męża.

Dzieci uczą się poprzez przykład. Jeśli są kochane i szanowane, to ich wewnętrzne dziecko jest wesołe, zdrowe i dzięki temu twórcze. Daje nam siłę i natchnienie. Właśnie dlatego to jest takie ważne, by dzieci rodziły się z miłości. Nie chcę potępiać tej znajomej, która próbowała szantażować żonatego partnera ciążą, bo wszyscy popełniamy w życiu błędy. Najczęściej z braku wiedzy i nadmiaru negatywnych emocji. Ta kobieta zapewne kierowała się złością i toczyła egoistyczną wojnę o faceta, zamiast z godnością szukać dla siebie miejsca pełnego miłości, w którym stworzy kochającą rodzinę. Zaszkodziła tym sobie. Jest dzisiaj samotna, nieszczęśliwa i budzi głównie litość. Jednak o wiele bardziej żal mi jej dzieci… One nie miały wyboru. Nie miały możliwości zdecydowania, by urodzić się z miłości, co należy się każdemu dziecku. I choćby matka nakleiła im na środek czoła karteczki z hasełkami, że są jej całym sercem, to nie poprawi ich losu. Będą musiały zmierzyć się w dorosłym życiu z zakodowaną samotnością, odrzuceniem i deficytem, którego już nie zdążą nadrobić.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz