Harmonia dobra

Dobro samo w sobie jest harmonijne, nie wymaga więc żadnego komentarza ani opisu, jednak nie każdy wie, czym jest dobro, a często nawet tworzy dla niego własne definicje. Tymczasem ta piękna jakość cudownie trzyma się złotego środka i jest dla mnie tak jednoznaczna, że wszelkie dyskusje wydaja mi się czasem zupełnie niepotrzebne. Jednak okazuje się, że to co dla mnie oczywiste, dla innych niekoniecznie. Dlatego piszę parę słów, aby każdy mógł popatrzeć na to swoimi oczami i ustalić, jak sam to widzi.

Złoty środek naszej życzliwości i troski o innych, to umiejętność okazania serca i pochylenia się nad drugim człowiekiem. To codzienne wsparcie, ale też spontanicznie rzucone dobre słowo, komplement, pochwała. Dobroć to dla mnie uśmiech, który poprawia komuś dzień i przytulenie, które podnosi energię.  Ale to także umiejętność akceptowania odmienności i pozwalanie innym, by byli szczęśliwi na swój sposób. Myślę zatem, że bycie dobrym to najczęściej powstrzymywanie się od złych słów, gestów, od krytyki i niemiłego zachowania, kiedy ktoś inny jest po prostu sobą.

Dobroć nie powinna być jednak poza asertywnością, nie jest więc poświęcaniem siebie, nadstawianiem policzka i podkładaniem się do bicia. Nie jest też dobroć ustawicznym zamartwianiem się i użalaniem nad inną osobą. Prawdziwie mądry człowiek wzmacnia innych, podaje rękę, ale nie niesie na swoich plecach. To dla mnie oczywiste.  Moi uczniowie wiedzą, że chwalę, wspieram, podpowiadam, ale nie pozwalam, by się ode mnie uzależnili w jakikolwiek sposób. Czasem nawet niektórzy są nieco rozczarowani, kiedy nie podejmuję za nich decyzji, lecz zachęcam do samodzielności. Jednak to jest właśnie złoty środek – być obok i dawać poczucie bezpieczeństwa, ale nie wyręczać nikogo.

Moja Babcia mówiła: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Ta wskazówka ładnie wpisuje się w złoty środek i pokazuje, czym jest dobroć. Nikt nie płacze, kiedy asertywnie nie poddajemy się manipulacji, ale cierpi, kiedy go najzwyczajniej w świecie skrzywdzimy. Kiedy poniżamy, ośmieszamy, dewaluujemy, aby dowartościować samych siebie. Nikt z nas nie jest w stanie zaspokoić oczekiwań wszystkich znajomych i nie po to żyjemy na świecie, by spełniać cudze zachcianki. Dobroć zatem to nie ten, który własnym kosztem zaspokaja kaprysy drugiej osoby. Dobroć to ten, który umie ugryźć się w język, jeśli wie, że jego zdanie sprawiłoby komuś przykrość. Nie ma nic gorszego niż nadmuchana prawda wygłoszona z patosem. To bardzo często okrucieństwo schowane pod korcem. Potwornie fałszywe, ponieważ usprawiedliwiane bezwzględnym: „przecież ja tylko mówię prawdę”.

Dobry człowiek nie mówi tego, co myśli, jeśli to komuś zaniży energię, ponieważ jego priorytetem jest szczęście innej osoby. Jeśli owa prawda nie jest niezbędna do wyjaśnienia ważnych okoliczności, nie powinna zostać wyartykułowana. Znam jednak ludzi, którzy wygłaszają swoje prawdy z ogromna satysfakcją, ciesząc się z tego, że komuś płyną łzy. „I cóż, niech sobie popłacze, życie to nie jest bajka” mówią, czerpiąc radość z cudzego nieszczęścia. Jest w tym też element zemsty za to, że ich życie było ciężkie. Cierpienie drugiej osoby jest dla nich wyrazem sprawiedliwości świata. Tacy ludzie nie są dobrzy i nie mają pojęcia, co to jest Dobro, nawet jeśli na co dzień odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki. To zwolennicy wyrównywania rachunków i biczowania innych. Z dumą powtarzają: „mam prawo mieć swoje zdanie i je wypowiadać”. Oczywiście. Mają prawo. Pytanie powstaje: jakim kosztem?

Po tym właśnie odróżniamy prawdziwe Dobro od tego, co zakompleksione, niskie i egocentryczne. To pierwsze zadaje sobie pytanie: czy moja racja jest tutaj ważna? Czy powinna zostać wygłoszona? Czy to co powiem przyniesie komuś coś dobrego? To pierwsze jest zazwyczaj ciche i łagodne, pełne akceptacji i pozytywnej troski. To drugie ma ludzkie uczucia tam, gdzie światło nie dochodzi i kieruje się wyłącznie potrzebą zwrócenia na siebie uwagi. To drugie jest pełne lęku przed odrzuceniem i rozpaczliwie potrzebuje aprobaty, więc wykrzykuje swoje poglądy, by chociaż na chwilę zyskać dla siebie trochę uwagi. Nikt naprawdę wrażliwy nie zachwyci się tym drugim, ale to już osobna historia.

Tym bardziej zachęcam do pracy z prosperitą i pozytywnym myśleniem, ponieważ człowiek szczęśliwy nigdy nikogo nie krzywdzi i na nikim nie bierze podświadomego odwetu za swoją trudną przeszłość. Umie tę przeszłość zapomnieć. Świadomość prosperująca szuka Światła wszędzie i sama je tworzy. Wspiera, podnosi i ociera łzy. Nie ma dla niej jakości ważniejszej od Dobra i bezwarunkowej miłości i nie kłapie buzią bez zastanowienia. Przede wszystkim jednak Świadomość Prosperująca to człowiek o wysokiej samoocenie, która pozwala schować swoje racje głęboko w sobie, jeśli ich wygłaszanie miałoby komuś zadać ból.

Wysokie poczucie wartości to ogromnie istotna jakość. Zwróćcie proszę uwagę na takie sytuacje, kiedy ktoś bezmyślnie i bezzasadnie rani drugą osobę, tylko po to, by pokazać, że sam jest lepszy, mądrzejszy, ważniejszy. Po co to robić? Jaki to ma sens? Koń jaki jest, każdy widzi, a ból zadany drugiemu człowiekowi wróci do nas zwielokrotniony, po co więc krzywdzić? Jest tylko jedna siła, która zaślepia i tworzy z normalnego człowieka kata: poczucie bycia gorszym, które tak boli, że chcemy ten ból uśmierzyć idąc po trupach. Niektórzy uważają, że to demony zwodzą ludzi z dobrej drogi, a ja uważam, że największym demonem ludzkości jest niskie poczucie wartości i rozpaczliwa potrzeba udowodnienia światu swojej wielkości i ważności. Stąd biorą się najgorsze zbrodnie. Stąd wyrastają codzienne złośliwości i ataki, którymi depczemy godność drugiej osoby.

Dobroć to pokazywanie drogi w ciemnościach, ale to także szacunek dla odmiennych poglądów i akceptacja innego zdania. Czasem to ogromnie trudna lekcja, kiedy np. nasz przyjaciel ma diametralnie odmienne poglądy polityczne. Jednak z własnego doświadczenia mogę powiedzieć – da się z tym żyć. Da się z tym pielęgnować przyjaźń, kiedy skupiamy się na tym wszystkim, za co kochamy przyjaciela, a nie na tym, co nas różni. Mam taką przyjaciółkę, która od zawsze ujmuje mnie swoją dobrocią i prowadzę z nią długie fascynujące rozmowy, w których omijamy po prostu to, co nas dzieli. Obie znamy swoje zdanie i wiemy, czego nie dotykać. Nie ma  w nas złośliwości i potrzeby udowadniania jedna drugiej, że nie ma racji. Trudne, ale możliwe. Myślę więc, że dobroć jest wtedy, kiedy ciepłe uczucia dla drugiej osoby są dla nas ważniejsze niż to, że ma „swoje dziwne” poglądy. Niech sobie ma, jeśli jest z tym szczęśliwa.

Dobroć nie wywiera nacisku i nie mówi: „kłamiesz”, jeśli to, co mówimy brzmi inaczej niż oczekujemy. Bywa tak, że chcielibyśmy, aby ktoś przyznał się do czegoś, co wyraźnie u niego widzimy. Ale on absolutnie tego nie potwierdza. Warto pamiętać, że człowiek wie o sobie najmniej. Emocje potrafią stworzyć skuteczny nieprzenikniony mur, spoza którego wielu nawet całkiem dużych jakości dostrzec nie sposób. Pewne rzeczy wypieramy. Innych po prostu nie chcemy widzieć, bo nie jesteśmy gotowi zmierzyć się ze swoim cieniem. Każdy ma do tego prawo. A mądry nauczyciel (przyjaciel, terapeuta) umie to zaakceptować i nie krytykuje takiej osoby. Dobro pozwala znaleźć wytłumaczenie, zamiast osądzania.

Dobroć to także ogromna cierpliwość i świadomość, że każdy ma swój czas i jest w najlepszym dla niego punkcie rozwoju. Zdarza się, że mój uczeń w kółko kręci się w swoim wzorcu i nie pomagają żadne tłumaczenia i zmiana metod pracy. Chociaż widzę przysłowiowe „rzucanie grochem o ścianę” – pozwalam. To jego życie. Nie ośmieliłabym się go wyśmiać, poniżyć czy skrytykować. Jest we właściwym miejscu i czasie. Jak każdy. Aby dostrzegać harmonię, trzeba samemu być harmonijnym. Czasem o tym zapominamy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Reklamy

Złe lektury

Duchowe nauki powtarzają często: mów tylko dobre słowa, przebywaj z dobrymi ludźmi, czytaj tylko dobre książki. Jeśli pilnujemy, by czerpać wyłącznie z czystego źródła, pełnego Światła i miłości, wówczas otaczamy się najlepszą energią. Wzrastamy. Rozwijamy się wewnętrznie w najlepszy dla siebie sposób. Niektóre książki i strony są pisane właśnie po to, by wspierać człowieka. Działają jak wspaniałe pozytywne akumulatory.

Nie ukrywam, że staram się tak właśnie tworzyć. Pilnuję energii i nawet wtedy, kiedy wypowiadam się krytycznie, próbuję odnaleźć też w sobie dobro, miłość i zrozumienie, aby napełnić słowa dobrą energią. Tak też maluję obrazy. Tak też piszę poradniki, aby napełnić je mocą uzdrawiania. Ale dzisiaj nie o reklamie mojej twórczości. Dzisiaj kilka słów przestrogi z nadzieją, że być może ktoś zwróci na nie uwagę.

Wczoraj dostałam maila od mojej przyjaciółki – mądrej osoby o dobrym sercu, która od wielu lat interesuje się rozwojem i kiedyś prowadziła terapię dla innych ludzi. List rozpaczliwie smutny. List pełen bełkotliwych cytatów o bezsensie życia. Nie pierwszy taki list od niej. Co jakiś czas moja przyjaciółka rzuca się na wydawane w setkach egzemplarzy modne książki napisane przez autorów-frustratów i podważające całą radość życia. Potem dzieli się ze mną tym, co wyczytała i niemal zawsze konkluduje: „widzisz, ten zły świat jest pułapką, jesteśmy tylko skafandrami (niewolnikami, cieniami, ofiarami, przegranymi, sobowtórami pozbawionymi mocy….itp.). To całe prawo przyciągania to bzdury i manipulacje”.

Niezmiennie budzi to mój gniew. Nie na przyjaciółkę, tylko na moją własną bezsilność. Czasem też trochę na ludzi, którzy piszą takie straszne książki! Oczywiście nikt nikogo nie zmusza do czytania tego paskudztwa, ale to tak samo jak z paleniem papierosów. Nikt nikogo nie zmusza do palenia, jednak gdyby nie hodowano tytoniu i nie produkowano papierosów, problem by nie istniał, prawda? Oczywiście rozumiem, że żyjemy w świecie wyboru i obok piękna, staje brzydota. Obok życzliwych ludzi – cyniczni dranie. Obok dobrych, wartościowych książek –paskudne zżerające energię lektury. Wszystko po to, byśmy nauczyli się wybierać właściwie, pokazując, Kim W Istocie jesteśmy. Rozumiem i gniew opada.

Moja przyjaciółka ma wolną wolę. Nie chce czytać o radości i miłości, woli szukać dla siebie potwierdzeń negatywnych. Ma smutne nieudane życie i nie chce tego zmienić. Z jakiegoś powodu nie chce i już. A ja nie mogę jej zmusić. W tym smutnym życiu próbuje samą siebie przekonać, że jest jej źle nie dlatego, że czegoś zaniedbała, nie zrobiła, nie zmieniła, tylko dlatego, że tak musi być. W kolejnych listach cytuje mi różnych autorów – takich, których ja nie czytam, bo ich książki mnie odrzucają. Mam ten dar, że czuję energię i nie czytam pozycji nawet najmodniejszej, kiedy wylewa się z niej szary dym. Czytam tylko to, z czego płynie Białe Światło. Moja przyjaciółka nie słucha mnie w tym względzie i czyta głównie to, co smutne, szare i złe. W takich lekturach znajduje potwierdzenie, że życie jest bez sensu. Że jej cierpienie jest winą obcych (złego boga, demonów, jaszczurów, obcych). Ostatnio napisała, że wszystko jest z góry przesądzone, na nic nie mamy wpływu, a wolna wola to iluzja. Zapewne daje jej to poczucie pewnej ulgi…

Z wielką satysfakcją cytuje mi fragmenty, które zaprzeczają Światłu, Dobru i Mocy. I nie robi tego z zazdrości czy braku szacunku do mnie. Nie czyta przecież mojej strony, podobnie jak inne moje przyjaciółki. Nigdy nie jesteśmy prorokiem dla najbliższych i ja nigdy nie będę dla niej autorytetem. Z pobłażliwym uśmiechem słucha, kiedy mówię jej o kolejnych uzdrowionych osobach, o nowych skutecznych metodach, o tym, że jestem szczęśliwa. Ożywia się dopiero wtedy, kiedy w moim życiu pojawia się jakiś kłopot. „O widzisz – mówi do mnie ze współczuciem –”życie jest złe, ludzie okropni… Och, pomyśl, jak by się z tego piekła wywinąć wreszcie”.

Czytane przez nią niewłaściwe lektury zasilają w niej to, co jej nie służy. Pomimo że zmienia poglądy i nie przywiązuje się do jednej hipotezy czy teorii spiskowej, to w gruncie rzeczy wymienia jeden smutek na inny i jednego frustrata na innego. Frustrat to autor, który nie odnalazł w życiu szczęścia. To ktoś, kto nie umie lub nie chce pracować nad sobą i uzdrawiać tego, co można uzdrowić, by być szczęśliwym. Wymyśla wówczas teorię, która uzasadnia jego porażkę i przerzuca odpowiedzialność na kogoś lub coś innego. To może być rząd, to może być mafia albo zły bóg, albo brak boga, albo kosmici… Takie wymyślanie dziwacznych hipotez to naturalny proces psychologiczny nazywany fachowo racjonalizacją.

W ten sposób powstają złe lektury. Bardzo złe! To okropne książki, które zabierają nam energię, pozbawiają siły, wysysają resztki radości. A na dodatek – co najbardziej przerażające – utwierdzają czytelnika w przekonaniu, że nic nie zależy od niego. Że jest tylko nieszczęśliwym liściem niesionym przez wiatr od cierpienia do cierpienia. I jedyne, o co powinien zabiegać, to szybka śmierć. Nie powinniśmy ich czytać pod żadnym pozorem! Są szkodliwe. Moja przyjaciółka jest – na własne życzenie oczywiście – ofiarą takich książek. I nie ona jedna. Ludzie łykają takie negatywne treści jak żabę, bo to uwalnia ich od odpowiedzialności za własne życie.

Opisuję to zjawisko, bo wiele osób postępuje tak samo. Widzę na portalach społecznościowych, jak moi znajomi chwalą się nowo zakupionym modnym tytułem, z którego wypływa szara maź złej energii. A przecież nie mogę pod takim zdjęciem napisać: „nie czytaj tego! To Ci zabierze radość życia, to zje Twoją energię”. Nie mogę i wszyscy wiemy dlaczego. Bo nikt mi nie uwierzy. „Jakim prawem oceniasz?” – zapytają – „Mnie się ta książka podoba”. Moja przyjaciółka twierdzi, że mi wierzy i tłumaczy się, że chce czytać także ksiązki o złej energii, bo chce wiedzieć, jak świat wygląda z drugiej strony. Zgrabny argument, który wszakże nie uwzględnia wpływu takiej lektury na nas.  A ten wpływ jest i to niestety dość silny. Po to właśnie ze szczegółami opisałam tu konkretny przykład, by pokazać, co się dzieje, kiedy czytamy złe słowa, a spomiędzy kartek wypływa zła energia i owija nasze serca i umysly.

Ludzie bardzo chcą mieć rację. Przyznanie się, że kupuje się na ślepo, bo „koleżanka taką ma”, nie wchodzi w grę. To jak przyznanie się, że ktoś się nie zna. Nikt nie pozwoli sobie zwrócić uwagi na to, że kupił niewłaściwą książkę. „Przecież jest modna, przecież sprzedano tyle milionów egzemplarzy…” Jakby to był argument! Autor-frustrat może być zamożny i może wydać książkę w dużym nakładzie, a jej popularność potwierdza tylko, jak wiele jest na świecie nieszczęśliwych ludzi, u których „Prawo Przyciągania nie chce działać…” Czy fakt, że tysiące ludzi lubi chipsy i one stale się doskonale sprzedają oznacza, że chipsy są zdrowe? A czy popyt na alkohol jest dowodem wysokiej wartości tego produktu?

Powiedzmy sobie wprost – istnieją złe, bardzo szkodliwe książki, których czytanie działa na nas paskudnie. I podobnie, jak nie jemy trucizny czy nie wypijamy płynu do mycia naczyń, tak też nie powinniśmy czytać złych lektur. To nie jest tak, że wydawcy wydają tylko pozytywne rzeczy. Oni wydają to, co się dobrze sprzedaje. A przykład mojej przyjaciółki pokazuje, że smutni ludzie chętnie czytają smutne książki, by pogłębić swój stan i wejść w depresję. To im daje satysfakcję płynąca z tego, że mają rację. Mieć rację jest ważniejsze, niż być szczęśliwym – to niestety powszechne podejście. Dlatego negatywne książki, negatywne filmy i negatywne obrazy sprzedają się równie dobrze – nie chcę myśleć, że lepiej – niż pozytywne.

Ponadto ludzie wybierają to, co harmonizuje z ich wibracją. Z ich aktualnym poziomem. Niedawno ktoś wstawił na FB pewien demoniczny koszmar, na widok którego przeszły mnie ciarki. I zdziwiłam się niezmiernie, że kilka znanych mi osób podlajkowało to i nawet napisało: „ładne”. Przyznaję, że rozdziawiłam ze zdziwienia buzię. Bo to tak, jakby na psią kupę powiedzieć: „ciasteczko”. Ale uświadomiłam sobie, że jeśli ktoś ma nisko energię, to w istocie zobaczy lukrowaną babeczkę w psich odchodach. Tak działa wszechświat. Nie jesteśmy ślepi, lecz nasz aktualny poziom określa to, z czym harmonizujemy.

Właśnie dlatego trzeba koniecznie dbać o podnoszenie energii, by harmonizować ze Światłem. By zawsze wybierać Światło, a nie ciemność. Także w lekturach. To takie trochę koło energetyczne. Jeśli mam wysoko energię, to wybieramy pozytywne rzeczy i bez wahania odrzucamy te, które są szkodliwe. A potem wzmacniamy Światło w sobie czytając piękną książkę czy oglądając piękny film lub obraz. Ale w drugą stronę dzieje się tak samo – niska energia powoduje wybieranie smutnej lektury, która dodatkowo obniża energię jeszcze bardziej… Taki to proces.

Napisałam tu wiele krytycznych słów. Tylko po to, byście nauczyli się odróżniać ziarno od plew. Bardzo łatwo zobaczyć, czy książka ma dobrą wibrację. Jeśli jest wspierająca, jeśli utwierdza Was w Mocy, jeśli przy czytaniu rośnie Wam energia, jeśli popiera miłość bezwarunkową i Dobro, jeśli zachęca do radości, piękna, cieszenia się życiem – to pochodzi ze Światła. Jeśli natomiast podważa miłość i radość, snuje wątki bezsensowności życia, bezradności i przedstawia nasze istnienie jako koszmar na padole łez – to warto jak najszybciej wrzucić ją do kominka. Papier dobrze się pali, a ciepło ognia będzie największą wartością takiej lektury.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Moralność

Prywatnie bardzo nie lubię tego słowa. Kojarzy mi się wyłącznie z jednym – z panią Dulską. Jest definicją jakichś norm, które ludzie sobie ustalili w oparciu o to, co się ogólnie ma prawo podobać lub nie. Norm, które są bardzo płynne i zależne od prywatnych animozji tego, który się wypowiada na temat owej moralności. Moim zdaniem pojęcie to wymyślono właśnie po to, by stworzyć bliżej nie określoną płynnej długości smycz na każdego człowieka.

Jeśli nawiążemy do mody, to w zależności od aktualnie panujących trendów, niemoralnym może być długość spódnicy sięgająca ponad kolano albo i taka, która odsłania zaledwie kostki nóg. Bardzo to niespójne i cieszyć się należy, że dzisiaj moda daje nam dużo swobody, inaczej co druga z nas kobiet byłaby uznana za niemoralną.

Jeśli nawiążemy do filozofii religijnej, to niemoralnym może być każdy, kto nie chce się modlić, czy chodzić do jakiejś świątyni, czy tez działa niezgodnie z przykazaniami wiary panującej w danym środowisku. I chociaż każdy inteligentnie myślący człowiek doskonale rozumie znaczenie tego słowa, to daje ono ogromne pole do nadużycia.

Jaskrawym i jednocześnie absolutnie jednoznacznym przykładem niemoralności może być zjawisko prostytucji, które we wszystkich kręgach kulturowych jest odbierane tak samo. A przecież to zawód moim zdaniem potrzebny, skoro istnieje od tysięcy lat. Być może nie podoba mi się ten zawód, być może nigdy nie umiałabym w nim pracować, ale wcale nie chcę go oceniać. Właśnie dlatego, że nieśmiertelnie odnajduje swoje miejsce obok wszystkich innych szanowanych profesji. Zatem jest wart tyle samo. Problem jedynie w naszej potrzebie oceniania: to jest właściwe, a to jest nie.

Dlaczego w ogóle rozkminiam tak drażliwy temat? Bo uważam, że jest ogromną pułapką na drodze prawdziwego rozwoju. Jest parawanem, za którym ukrywa się hipokryzja, udająca duchowość, a uderzająca w to, co ludzkie. Zapominamy, że prawdziwa duchowość to miłość bezwarunkowa do Wszystkiego Co Jest. To akceptacja i zrozumienie. To wspieranie i wnoszenie Światła wszędzie tam, gdzie rządzi ciemność. Moralność jest nieprzejednana i nie dopuszcza jasności. Chroni mrok, stając na drodze miłości i mówiąc: odejdź, to należy potępić. A ja potępiać nie chcę i nie umiem.   

Kilkanaście lat temu pełniłam w sądzie rolę ławnika. Do dzisiaj pamiętam pewną sprawę rozwodową, dotyczącą kobiety, która zostawiła rocznego synka i uciekła z domu nic nikomu nie mówiąc. Rodzina zawiadomiła policję. Z rozpaczy, ponieważ wszyscy byli przekonani, że została porwana lub zabita. Tymczasem owa kobieta uciekła, by pracować w agencji towarzyskiej. Dobrowolnie. Jedna z jej koleżanek zeznała, że ta kobieta to lubi, a macierzyństwo ją po prostu męczyło. Długo byłam w szoku po tej sprawie, ale nie zdobyłam się na potępienie. Ludzkie emocje są bardzo trudne do oceny. Każdy ma prawo wybierać życiową drogę po swojemu, ponieważ zawsze ponosi konsekwencje swoich czynów. Wszystko do nas wraca. A niektórzy muszą uczyć się, doświadczając. Inaczej nie umieją.

Ludzie robią różne dziwne rzeczy. Zdradzają. Kłamią. Oszukują. Kradną. Obnażają się w miejscach publicznych… To lekcje dla nich i dla nas. Moja niechęć do moralności nie oznacza, że mamy to wszystko łykać jak żabę. Mamy swoje zasady społeczne, których staramy się przestrzegać. Mamy tez swoje restrykcje. Jeśli jednak chcemy coś zmienić na lepsze, to nie osiągniemy tego potępieniem, do którego zachęca moralność. Moralność to wielki, złośliwy język, który podstępnie wyprasza Dobro, by w jego miejsce cieszyć się wymierzaniem kary. Wyobraźcie tu sobie inkwizytora, który z uśmiechem przygląda się, jak kogoś żywcem palą na stosie, cieszy się zapachem palonej skóry i mówi z uśmiechem: to dla twojego dobra dziecko drogie. Oto moralność.

W jej miejsce wybieram Dobro, mądrość i bezwarunkową Miłość, które zaczynają od próby zrozumienia, dlaczego człowiek robi to, co robi. Możemy próbować tłumaczyć i zachęcać do zmiany drogi. Możemy uczyć i wychowywać. Możemy pokazywać własnym przykładem. A kto jest upoważniony, może też wyciągać konsekwencje. Nie powinniśmy jednak nikogo potępiać. Myślę, że cytat: „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem” – będzie tutaj idealnym uzasadnieniem. Każda dusza tu na Ziemi przerabia swoje lekcje najlepiej jak potrafi. Nie powinniśmy nikogo oceniać.  I znowu cytat: „nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”.

Prawdziwa duchowość rozumie obydwa cytaty. Zajmuje się własnym rozwojem, a nie krytykowaniem innych. Błędy innych są ku naszej przestrodze. Ludzie potykają się dla nas i dla nas padają na nos. Właśnie po to, byśmy wiedzieli, czego robić nie warto, co tworzy negatywną energię lub zadaje komuś ból. To wielkie szczęście móc patrzeć z boku i nie być winowajcą. Doceńmy to. Za każdym razem, kiedy ktoś koło mnie pada na twarz, składam dłonie i mówię: dziękuję, że mi pokazałeś, jak wygląda zło i głupota, zanim sama w to wdepnęłam. Czasem odsuwam się od ludzi, którzy niewłaściwie postępują, ale zapamiętuję ich lekcje. Zapamiętuję z wdzięcznością. Bo każda podłość jest też dla mnie, abym nigdy nawet nie pomyślała o czymś takim. Patrząc z boku mam przecież o wiele lepszą perspektywę.

Moralność to dla mnie złośliwa strzyga, która obgaduje innych, aby odwrócić uwagę od własnych błędów. Być może pokazuje palcem na kogoś, kto akurat się w życiu potknął i postępuje niewłaściwie. Najczęściej jednak jej prawdziwą motywacją jej zazdrość, zawiść, rozgoryczenie i chęć odwetu na kimś, kto ma lub może coś, czego ona nie ma lub nie może zrobić. Tak to działa. Widać to jak na dłoni i nie trzeba do tych wniosków być psychologiem. Dla mnie moralność jest gorsza od tego, kto właśnie upadł twarzą w błoto. Upadek jest ludzki, nie omija nikogo z nas. Moralność jest tylko radością z cudzego nieszczęścia. A raczej z tego, że może z pogardą wyciągnąć pruderyjny palec i dźgnąć nim w czyimś kierunku.

Bogusława M. Andrzejewska

Sens życia

W fascynującym wielobarwnym życiu dominuje doświadczanie, jako najważniejszy powód naszego istnienia. Są tacy nauczyciele duchowi, którzy w ogóle podważają sens naszego rozwoju zakładając, że jedyne po co zeszliśmy na Ziemię to właśnie przeżywanie i poznawanie. Z tego punktu widzenia cokolwiek się dzieje jest dobre i godne uwagi. Nawet to, co postrzegamy jako zło czy cierpienie dla nas, dla duszy jest radością nowego doświadczenia. Ta hipoteza ma jedną dobrą stronę: nie musimy się wysilać, wystarczy być i już spełniamy wymogi istnienia.

Ja jednak jestem zdania, że Ziemia jest dla duszy poligonem rozwoju i w moim postrzeganiu świata wzrastanie, rozpoznawanie w sobie mocy dobra i nauka bezwarunkowej miłości są najważniejszym celem życia. Jesteśmy tutaj po to, aby uczyć się kochania pomimo wszystkiego, czego doświadczamy. Czasem nawet niejako na przekór trudnym wydarzeniom.

Moja hipoteza sensu życia może stać się logicznym wyjaśnieniem tego wszystkiego, co w naszym dualnym pojmowaniu świata jawi się koszmarem. Te wszystkie wojny, kataklizmy, nieuleczalne choroby i inne nieszczęścia nie są przecież przypadkiem ani jakąś karą dla nas. Są odzwierciedleniem jakiejś cząstki, którą w sobie nosimy jako istoty wielowątkowe. Nawet jeśli świadomie pragniemy wyłącznie dobra, to na głębszym poziomie mamy w sobie lęk albo potrzebę odwetu, albo żal czy gniew, którego nie jesteśmy gotowi uwolnić.

To ludzie wywołują wojny, okradają siebie nawzajem, niszczą planetę i kłócą się ze sobą. To ludzie kształtują swoje ciało zabarwiając je chorobą, co wyraźnie pokazuje psychosomatyka. I najprostsze, co przychodzi na myśl w takim kontekście, to mozolne uczenie się zasad życia tak, aby przestać niszczyć Ziemię, zabijać czy krzywdzić innych, ranić samych siebie chorobami. Wiedzę zdobywamy najdosłowniej poprzez doświadczenie. Cierpiąc, zadajemy sobie pytanie: co robić, aby to uzdrowić? Odpowiedzią zawsze jest miłość i dobroć. Tego właśnie się tutaj uczymy: wyjścia poza negatywne emocje, chęć zemsty czy udowodnienia innym swojej siły.

Temu też służy cała ta „ciemna strona”, która budzi w ludziach tyle wątpliwości. Czasem zadajemy w stronę Nieba rozpaczliwe pytanie: „skąd tyle zła? Dlaczego i po co ono?” Każdy z nas, kiedy wsłucha się w siebie wie, że Najwyższe Źródło jest bezmiernym oceanem miłości bezwarunkowej. Skąd zatem tyle cierpienia? Kto nas tak karze i za co? Powstały nawet wyznania, które próbują nas przekonać, że Ziemia jest planetą, która nie podlega Bogu-Stwórcy, lecz została oddana ciemnym siłom. Inne hipotezy głoszą, że jesteśmy hodowlą „złych” istot, które nas wykorzystują. A że energetyka naszej planety jest specyficzna, to takie teorie wydają się niektórym bardzo prawdopodobne.

Tymczasem najrozsądniejsze może być wyjaśnienie najprostsze, czyli zauważenie, że nasz świat to właśnie poligon treningowy, gdzie uczymy się kochać i być dobrymi, pomimo całego zła, jakie tylko można wymyślić. I w tym ćwiczeniu biorą udział te dusze, które się kształcą, rozwijając w sobie dobro i te, które przyjęły na siebie trudną rolę „katów”. Bo przecież w raju niczego nauczyć się nie można. Leżąc na pachnącej trawie wśród kwiatów i rozmaitego bogactwa, w pełnym bezpieczeństwie – cóż można poza rozkoszowaniem się istnieniem? Dopiero w trudnych warunkach uczymy się szlifowania swoich umiejętności.

Wcale nie ukrywam, że chętnie poleżałabym w raju na trawce. Oczywiście. Ale moja dusza wybrała sobie całą masę skomplikowanych wyzwań, które raz po raz rzucają mnie twarzą o ziemię i to wcale nie na miękką trawę. Nie mam innej opcji, muszę podążać za wyborem swojej duszy i zaakceptować wszystkie lekcje, które mi stawia na drodze. Jednak sens życia nie polega wyłącznie na pogodzeniu z losem, lecz na odnajdowaniu wszędzie dobrej energii. To nie poddanie trudnym doświadczeniom zapewnia nam punkty w treningu, lecz radość życia, zachwyt, odczuwanie miłości i wdzięczności czy nawet wybaczenie katowi, który ma jeszcze dłonie mokre od naszej krwi.

W tym wybaczeniu bardzo pomaga świadomość harmonii wszechświata i dostrzeganie logiki wydarzeń. Kiedy widzimy i rozumiemy swoją lekcję, to nie możemy mieć żalu do nauczyciela. Możemy jedynie odczuwać wdzięczność do niego za to, co nam pokazał. I w gruncie rzeczy potrzeba wybaczania znika całkiem. Bo po co wybaczać komuś, do kogo czujemy jedynie wdzięczność?

Wiem, że moje słowa dalekie są od praktycznego przeżywania emocji. Łatwo się pisze o wybaczaniu i nauczaniu, o wiele trudniej doświadczać tego wszystkiego i przy tych uczuciach odkrywać w sobie dobro. To czasem niezwykle trudne doznania, które owocują dużą ilością silnych negatywnych emocji. Mam jednak w sobie ogromną pewność, że właśnie o to chodzi w tej fascynującej grze, aby umieć wyjść poza to, co się czuje i świadomie wejść na boski poziom istnienia. Czyli właśnie w chwili największego żalu i gniewu pokłonić się z wdzięcznością duszy „kata” i pobłogosławić go bezwarunkową miłością.

Bez względu na to, w co wierzymy, każdy zgodzi się ze mną, że to bardzo trudne zadanie – spontanicznie wychodzić poza negatywne emocje i złe oceny innych ludzi i sytuacji. Bo sytuacje też nas drażnią – śnieg w środku wiosny, kiedy złaknieni jesteśmy ciepła, spóźniający się pociąg, kiedy jesteśmy zmęczeni, brak prądu, kiedy mamy mnóstwo pracy… Wszystko wokół nas toczy się swoim rytmem, nie zawsze zgodnym z naszymi oczekiwaniami. I rzadko kiedy udaje nam się zachować spokój i pozostać z rozsądnym pytaniem: czego mnie to uczy? Co mi pokazuje? Najczęściej poddajemy się uczuciom i szarpiemy sami ze sobą w gniewie, żalu lub rozpaczy. Tworzymy w sobie opór i nie pozwalamy płynąć energii. Tymczasem właśnie wiara w harmonię wszechświata jest tym, co powinno nam zawsze towarzyszyć.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Dobroć

To jedna z najpiękniejszych cech człowieka. Dobro każdy z nas nosi wewnątrz siebie i podobnie jak miłość czy życzliwość jest częścią nas. Nie potrzebujemy, by nas zachęcać do bycia dobrym człowiekiem, ponieważ to nasza prawdziwa natura. Rozpoznajemy to przede wszystkim po ogromnym psychicznym komforcie, który czujemy, kiedy robimy coś fajnego dla innych. Spontanicznie każdy zdrowy psychicznie człowiek chce być dobry. Podświadomie szukamy takich rozwiązań, które pomagają nam przejawiać tę cechę.

A czym w rzeczywistości jest dobro? To słowo, które zna nawet dziecko, jest często rozumiane jako bycie uprzejmym dla innych. Obserwuję, że zwykłe i całkiem oczywiste zachowania, w których ustępujemy komuś miejsca, pomagamy nieść ciężką siatkę z zakupami czy podajemy rękę są traktowane jako przejaw dobroci. Obserwuję też ludzi w praktyce nikczemnych, którzy zranili wiele istnień, a swoją życzliwość okazują tylko wybranym, by mieć po swojej stronie kogokolwiek. Czy rzeczywiście jest dobrocią pomaganie przyjaciółce, która nam sto razy okazała serce? Czy to tylko zwykłe odwdzięczenie się za to, co otrzymaliśmy?

Z jednej strony chcę bardzo wyraźnie zdefiniować w tym miejscu prawdziwą dobroć. Ma ona miejsce tylko wtedy, kiedy spontanicznie, bez żadnego interesu robimy to, co właściwe. Dobrym człowiekiem jest dla mnie osoba, która bez rozgłosu pomaga komuś tylko dlatego, że ktoś tego potrzebuje. A zapytana, dlaczego dokonała takiego wyboru, odpowiada po prostu: „bo tak trzeba”. To mnie zawsze porusza, kiedy ludzie bez wątpliwości czynią dobre rzeczy, nie zastanawiając się, czy ktoś na to zasługuje, ile to kosztuje i jak odbiorą to inni.

Pamiętajmy w tym miejscu, że czasem to, co jest dobre, może mieć oponentów. Wbrew pozorom żyjemy w wielobarwnym świecie, a wszystko jest względne. Nie ma prawdy obiektywnej. Dla kogoś najcenniejszym skarbem może być krzyżyk, symbol jego wiary, który dla innej osoby będzie bezwartościowym gadżetem. Stąd też i oczekiwania różne i priorytety rozmaite. Bycie dobrym to szacunek dla drugiego człowieka i szanowanie jego odmienności. Pochylanie się z troską i udzielanie wsparcia bez oceniania, kto jest tego wart, a kto nie. W oczach dobrego człowieka wszyscy są równi.

Pisałam kiedyś o tym, że najwięcej dobroci ujawnia się w najbardziej tragicznych momentach. Kiedy powiedzie, huragany i inne kataklizmy pustoszą Ziemię, ludzie ratują siebie nawzajem i czynią to odruchowo. Ten odruch pokazuje ich prawdziwie boską i pełną dobroci istotę. Wyciągając rękę do tonącego, nikt nie pyta, jakiej jest narodowości, wyznania, czy orientacji seksualnej. To może wydawać się zaskakujące, ale potrzebujemy najmroczniejszych wydarzeń, by najmocniej rozświetlić nasze serca. Tacy już jesteśmy my, ludzie. Na co dzień pełni dystansu i zahamowań, czasem skąpi, czasem niemili. Dopiero wtedy, kiedy niebo się wali, a ziemia trzęsie zrzucamy maski i na zewnątrz manifestuje się prawdziwy bóg i bogini.

Definiując dobrego człowieka, podkreślam bardzo wyraźnie spontaniczność tego, co robi. To osoba, która zaskoczona szeroko otwiera oczy i wzrusza lekko ramionami, kiedy jej mówię, że przejawia dobro. Dla niej to zwykłe i oczywiste. Raczej ją dziwi, że ktoś dostrzega w tym coś więcej. Dodam też, że dla takiego człowieka nie ma znaczenia, komu pomaga. Z równą oczywistością pochyla się nad zranionym zwierzątkiem, jak wyciąga dłoń do innej osoby. A zraniony przez nikczemnika, mówi cicho: „widać inaczej nie umiał” i nie zamyka swojego serca, lecz nadal czyni dobro. Wie, że jeśli cokolwiek w sobie pozwoli zabić, to zejdzie ze swojej właściwej ścieżki.

Z drugiej strony chcę jednak wyraźnie podkreślić, że nie ma ludzi jednoznacznych. Te nikczemne osoby, których działania z daleka obserwuję, też noszą w sobie dobro. Uśpione. Zamknięte z powodu przeżytej traumy. Jednak ono w nich jest i tylko od nas zależy, co przejawią wobec nas, kiedy staną z nami oko w oko. Warto o tym pamiętać, że każdy człowiek jest dla nas lustrem, w którym odbija się nasza gotowość do przyjęcia dobra.

Stale powtarzam, że ludzie są naprawdę w swojej istocie dobrzy. Jeśli tylko otworzymy serce i pozwolimy im na to. Jeśli tylko uwierzymy w to, że tacy być potrafią. Niezależnie od sytuacji można odwołać się do tej najpiękniejszej cząstki w każdym człowieku, a w niej znajda się najpiękniejsze jakości. Często obserwuję ludzi ocenianych negatywnie przez większość i dostrzegam w nich wspaniały potencjał i chęć do prawdziwego dobra. Paradoksalnie nawet tam, gdzie wydaje się być najciemniej.

Dlaczego zatem zdarza się, że ludzie działają czasem tak, że ich czyny trudno nazwać dobrymi? Ponieważ kierują się emocjami, ponieważ nie radzą sobie z lękiem przed odrzuceniem lub potrzebują dowartościowania za wszelką cenę. W dużym uproszczeniu widać wyraźnie, że to niska samoocena prowadzi ludzi poza mądrość, miłość i dobro. Jeśli ktoś nie kocha siebie, to przeraźliwie boi się krytyki i buduje sztuczne poczucie wartości kradnąc, oszukując lub eliminując wszystkich, którzy mogliby mu zadać ból swoim osądem. To schemat. W praktyce ludzkie losy są o wiele bardziej złożone, jednak od naturalnego dobra odchodzimy głównie z lęku przed odrzuceniem.

Innym często spotykanym czynnikiem jest zazdrość lub nawet bardziej zawiść. To ona odcina nas od rozsądku. Wyrasta z bólu bycia niedocenianym i niekochanym. To cierpienie nie pozwala niektórym osobom patrzeć spokojnie na szczęście innych. Nie widzą w tym inspiracji, lecz niesprawiedliwość, którą starają się sami uporządkować przechylając szalę na swoją stronę. Ktoś ma kochającego męża, a na mnie nikt nie chce nawet spojrzeć? Bach wskoczę owemu mężowi do łóżka, niech sobie ta szczęściara nie myśli, że jest lepsza. Ktoś jest ceniony i lubiany, a mnie nikt nie chwali? Bach podłożę temu komuś wielką, różową świnię, niech się tak nie cieszy. Tak sprawiedliwości będzie zadość.

Takie działanie wypływa także z niskiego poczucia wartości. Jeśli kocham i cenię siebie, nikomu nie zazdroszczę, ponieważ wiem, że mam w sobie wszystko, czego pragnę i nie potrzebuję zewnętrznych dowodów. A wysoka samoocena sprawia, że przyciągam kochającego partnera i nie musze interesować się życiem innych. Osiągam sukcesy i nie muszę porównywać się z nikim.

Dodam jeszcze na koniec, że i najwięksi nikczemnicy potrzebują rozgrzeszenia, chociaż skruchy nie okazują. Zakładają jednak maski, które są prośbą o bycie docenionym. Taką maską może być na przykład wklejanie na Facebooku różnorodnych apeli o pomoc czy to chorym dzieciom, czy zwierzątkom. Nic ich to nie kosztuje zaledwie jeden klik. Tak przywdziewają na siebie strój altruisty o złotym sercu, który wzrusza się cudzą niedolą. Widać w tym tęsknotę za dobrem, od którego odeszli na na całe mile. A tak bardzo chcieliby znowu poczuć się wartościowym człowiekiem…

Proszę nie interpretować tego dosłownie nie każdy kto wkleja takie posty jest osobą, która krzywdzi innych. Bywa, że klikanie pomaga zebrać odpowiednią kwotę na czyjąś operację. Klikajmy zatem. Szlachetni też mogą to czynić, chociaż życie pokazuje, że dobry człowiek rzadko wkleja apele dobry człowiek pomaga. Po prostu robi coś konkretnego i czasem zapomina klikać. A to klikanie jest najczęściej sposobem na dowartościowanie dla tych, którzy nie widzą w sobie i wokół siebie dobra. Jeśli jednak może komuś pomóc niech będzie.

Bogusława M. Andrzejewska

Życzliwość

To cudowna jakość, którą każdy z nas nosi w sobie. Nie musimy jej szukać na zewnątrz ani w żaden sposób uczyć się bycia życzliwym. Wystarczy to odnaleźć wewnątrz siebie. I co ciekawe – nie wymaga to żadnego wysiłku. Uważam, że w odniesieniu do takiej cechy, trzeba po prostu być sobą. Działać i reagować spontanicznie. Wówczas ujawnia się nasza naturalna życzliwość. Podobnie jak dobro czy miłość. W gruncie rzeczy życzliwość jest stanem opartym właśnie na tych dwóch ważnych odczuciach. Jest przejawem dobroci i bezwarunkowej miłości.

Wszystkim, którzy mają problem z pozytywnym spojrzeniem na samego siebie przypomnę, że każdy człowiek jest w swojej istocie dobry. To nasza naturalna cecha. Tacy właśnie się rodzimy: serdeczni, kochający, otwarci, życzliwi. A to oznacza, że te wszystkie jakości stanowią naszą prawdziwą naturę. Nie musimy ich w żaden sposób zdobywać z zewnątrz, wystarczy sięgnąć do źródła.

Oczywiście chciałabym, aby ludzie pozostawali przez całe życie takimi właśnie, lecz jak wiemy wszyscy – bywa czasem inaczej. Jeśli na przykład matka dziecka jest rozgoryczona i pełna agresji, bo została porzucona w ciąży, wówczas dziecko przejmuje te wibracje i uczy się czegoś, czym nie jest w swojej prawdziwej istocie. Uczy się nikczemności, złości, oszukiwania. Jeśli rodzice żyją razem, lecz stale się kłócą, oskarżają, obdarzają wyłącznie nienawiścią, to dziecko zatraca swoją niewinność i wypełnia negatywnymi emocjami. Ciąg dalszy już znamy… Widzimy wokół siebie takie osoby.

Pamiętajmy, że przez siedem lat (co najmniej) matka i dziecko to jeden układ energetyczny. Dziecko dostaje w prezencie od mamy wszystkie pełne żalu i niechęci emocje. Koduje je w sobie, a nierzadko nawet choruje w wyniku emocjonalnych problemów swojej matki. Tak to działa. Warto o tym pamiętać. I chociaż wydaje się to trudne, można chociaż przez te kilka lat wczesnego macierzyństwa postarać się myśleć pozytywnie, rozwijać optymizm i życzliwość, właśnie po to, aby dziecko wzrastało się w dobrych energiach. Dla matki same z tego korzyści, bo rozwijając dla dziecka świadomość prosperującą, tworzy także swoje własne szczęście i szybko zaczyna układać pomyślnie swoje życie.

Dziecko łatwo można nauczyć życiowej mądrości i optymizmu, ponieważ młoda istota chłonie wszystko jak gąbka. Najważniejsze jednak to uświadomić sobie, że dziecko uczy się przez przykład. Możemy godzinami tłumaczyć i opowiadać mądrości o korzyściach pozytywnego myślenia. Nic to nie da, jeśli sami narzekamy lub złorzeczymy innym. Możemy natomiast nic nie mówić, nie przedstawiać teorii, lecz po prostu cieszyć się chwilą, śmiać często i nie przejmować drobiazgami, aby nauczyć dziecko właściwego podejścia. Jeśli w jego obecności odnosimy się życzliwie do innych, nasz maluch też taki będzie, jak dorośnie. I dodam od razu, że kodowanie w dziecku nienawiści do ojca, który raczył odejść do innej kobiety gwarantuje, że dziecko będzie w życiu nieszczęśliwe. Jak w banku! A pełna złości mamusia uniesie się jak gołębica w powietrze, kiedy tylko głupota nauczy się fruwać.

Moim zdaniem nikczemne zachowania biorą się z żalu, cierpienia i trudnych doświadczeń, z którymi ktoś nie chce się pożegnać. Nie jest to usprawiedliwienie. Znam wiele osób, które mają za sobą bolesne dzieciństwo i są dzisiaj wspaniałymi, szlachetnymi osobami. Umieją wybaczać, nie chcą na nikim brać odwetu, myślą pozytywnie i stały się naprawdę szczęśliwe. To zawsze nasz wybór. Możemy odpuścić, zapomnieć i pomyślnie kształtować swoje życie, ale możemy też kisić się w nienawiści i rozdrapywać stare rany, podsypując je agresją i podłością. Za każdym razem swój los kształtujemy sami. Jeśli ktoś chce zmienić swoje życie na lepsze – znajdzie na to sposób, uwalniając się od braku samoakceptacji i wybaczając sobie, wybaczając także innym. A potem już przed nami tylko pogodne i pomyślne doświadczenia.

Większości z nas życzliwość przychodzi bez trudu. Stale widzę wokół siebie pozytywnych ludzi i niosące wiele nadziei zachowania. Widzę spontaniczną pomoc i piękne, serdeczne reakcje na trudne chwile. Obserwowałam to uważnie w latach dziewięćdziesiątych, kiedy duża część Polski została zalana przez wielką powódź. Z zachwytem patrzyłam, jak ludzie, nie oglądając się na nic, pomagali sobie nawzajem. Mieszkańcy środkowej i północnej części Polski bez wahania ładowali do samochodów żywność, lekarstwa i środki higieny, aby zawieźć je na zalane wodą południe kraju. W ekstremalnych sytuacjach ludzie pokazują swoją prawdziwą naturę. Znakomita większość jest spontanicznie dobra i życzliwa – nie mam co do tego wątpliwości.

Myślę, że warto to zauważać i doceniać. To my tworzymy swój świat i w naszej rzeczywistości manifestuje się to, w co wierzymy i co zasilamy swoim postrzeganiem. Nasza realność jest wielobarwna. Manifestują się w niej wszystkie dostępne aspekty istnienia.  Jeśli skupiamy się na choćby najdrobniejszych przejawach życzliwości, jeśli umiemy się nimi cieszyć, wówczas przyciągamy więcej podobnych aktów serdecznego zachowania. Jeśli natomiast kierujemy swoje rozżalone emocje na trudne doświadczenia i niewdzięcznych ludzi, to siłą rzeczy zapraszamy takie postacie do swojej codzienności.

Bogusława M. Andrzejewska

Przyciąganie miłością

Jednym z najważniejszych tematów w prospericie jest siła miłości. Nie tej romantycznej, która łączy dwoje ludzi, ale tej, która wyraża się wysokim poziomem energii, cudownym nastrojem i pełną akceptacją Wszystkiego Co Jest. To oczywiście bardzo pobieżna i niepełna definicja, ale wierzę, że i tak może okazać się pomocna. Rozwijanie umiejętności bezwarunkowego kochania jest bowiem sposobem na przyciąganie do swojego życia tego, czego pragniemy.

Na pewnym etapie rozwoju nie skupiamy się na materializacji pragnień, ponieważ duchowa wiedza podpowiada, że szczęście opiera się na akceptacji tego, co jest i co posiadamy oraz na umiejętności cieszenia się chwilą obecną. Jest jednak także coś takiego jak marzenia, jak sukces, jak dążenie do osiągnięć i to też może ludzi inspirować do działania. Mamy zatem prawo pragnąć różnych rzeczy i realizować pragnienia. Ma to dodatkowy sens: uczy nas siły miłości i pozytywnego myślenia.

Nie zdobędziemy niczego nienawiścią, narzekaniem i smutkiem. Aby zmaterializować cokolwiek – czy są to pieniądze, przedmioty czy też przyjaźń, związek albo sława – musimy uruchomić w sobie dobro i miłość. Dlatego też rozwój wymaga od nas tworzenia marzeń, właśnie po to, abyśmy nauczyli się kochania i otaczania pozytywną energią. Na akceptację dowolnej sytuacji przychodzi czas później.

Niektórzy uważają, że celem naszego życia na Ziemi jest radość. Jeśli tak, to właśnie poprzez realizowanie zasad Prawa Przyciągania uczymy się optymizmu i pogody ducha. Nawet smutni i poważni ludzie zmieniają swoja naturę, kiedy tylko uwierzą w działanie pozytywnych myśli i doświadczą ich cudownego efektu. To wszystko ma sens dla nas i dla naszego rozwoju.

Największą siłą w tym wszystkim jest oczywiście miłość bezwarunkowa, która wyrasta z dobrych myśli i wesołego nastroju. Wyrasta także z głębokiej duchowej mądrości i świadomości, że wszystko jest w harmonii. Moc tej jakości polega na tym, że jest ona w stanie stwarzać światy. Można tego doświadczyć nawet tu i teraz, jeśli tylko umiemy przez chwilę skupić się na wybranym uczuciu. Wielu nauczycieli sukcesu mówi o tym, że wystarczy przez 60 sekund utrzymać w sobie obraz wymarzonej sytuacji czy przedmiotu, aby go zmaterializować w swojej rzeczywistości. Nie wszyscy jednak pamiętają, że należy to połączyć z wypełnieniem siebie miłością. Oczywiście wrzucenie dowolnego pragnienia w ciszę w między myślami jest przekazaniem tematu Boskości wewnątrz nas, ale jeśli jesteśmy wówczas wypełnieni bezwarunkową miłością, to automatycznie nasycamy pragnienie mocą i energią, której potrzebuje ona do realizacji. Tak właśnie stajemy się stwórcami.

Wiedzę tę wykorzystują metody kwantowe, takie jak Dwupunkt czy Synchronizacja. Wejście w tzw. Pole Serca nie jest niczym innym, jak wejściem w stan bezwarunkowej miłości. Być może nie wszyscy należycie to tłumaczą albo też nie wszyscy umieją kochać w ten sposób, dlatego metody te czasem nie odnoszą skutku. Czasem. Twórcy tych metod nie są tylko teoretykami – mają spektakularne osiągnięcia w dziedzinie zdrowia czy finansów. Wpływają na materię, ponieważ umieją wejść w stan kochania, czyli podnoszą swoją wibrację do poziomu stwarzania.

To, co kochamy, przyciągamy. Jest to niesłychanie prosta i logiczna zasada. Można ją stosować bez znajomości kwantowych metod. Oto najprostszy przykład. Pragniemy samochodu określonej marki. Wystarczy myśleć o nim z miłością, a jeśli spotkamy ten model na ulicy, wejść w zachwyt, a nie w uczucie zazdrości, że ktoś inny właśnie go posiada. Przetestowała to skutecznie moja córka, która z miłością mówiła do spotykanego na parkingu wymarzonego modelu autka: „och, kocham cię, jesteś śliczny, niedługo będę miała taki sam”. Buzia jej jaśniała wskazując, że rzeczywiście wypełniała się radością i miłością na widok tego samochodu. I rzecz jasna po paru miesiącach taki właśnie sobie kupiła.

Inny przykład: marzymy o wycieczce do Meksyku. Oglądajmy zdjęcia z tego kraju z zachwytem i radością. Niech wszystko w nas cieszy się na sam widok tych wymarzonych krajobrazów. A jeśli ktoś z naszych znajomych właśnie wygrał taką wycieczkę, poczujmy radość, jakby to była nasza wygrana. Cieszmy się szczęściem znajomego, jakby to dotyczyło nas samych. Podświadomość nie odróżnia stanu faktycznego od wyobrażenia. Jeśli poczuje wygraną i radość z wycieczki – wykreuje ją dla nas. Tak działa Prawo Przyciągania.

Problemem tutaj może być samo odczuwanie miłości. Ludzie często mylą ja z pożądaniem – podobnie, jak w relacjach z innymi. Człowiek staje przed wybraną rzeczą czy sytuacją i zamiast kochać, odczuwać radość i zachwyt, czuje przemożne pragnienie. Gdyby mógł, chciałby złapać i zagarnąć dla siebie. A to wcale nie jest miłość. I nie kreuje dla nas dobra. Pożądanie wyrasta z dysharmonii i braku. Kiedy odczuwamy brak, kreujemy brak.

I jeszcze jeden przykład dla tych osób, które znalazły się w szczególnie niekorzystnej sytuacji. Najtrudniej tworzyć coś, kiedy brak jest faktem. Jeśli ktoś jest chory, nie umie dostrzegać zdrowia, ponieważ wypełnia go choroba, czyli stan „braku zdrowia”. Warto nauczyć się wówczas rzeczy szczególnie trudnej: dostrzec harmonię w sytuacji i zaakceptować ją w pełni. Poczuć miłość do życia, do zdrowia, do harmonii istnienia i wszystkich lekcji, które wynikają z choroby.

Energia Reiki jest także Światłem Miłości. Pobieramy ją z Najwyższego Źródła, ale uczy nas ona kochania. Jeśli rozpoznamy tę jakość, kiedy przychodzi do nas z innego wymiaru, możemy nauczyć się ją wzbudzać w sobie. Doświadczenie pokazuje, że to nie takie proste, bo gdyby było łatwe – bylibyśmy wszyscy zdrowi, bogaci i szczęśliwi. A nie jesteśmy. Mówimy i piszemy o miłości, ale nie umiemy jej na zawołanie odczuwać. Dlatego jest jak jest. Warto to zmienić. To, co zasilamy miłością – tworzymy, ponieważ to właśnie bezwarunkowe kochanie jest energią wzrostu i kreacji.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz