Sens życia

W fascynującym wielobarwnym życiu dominuje doświadczanie, jako najważniejszy powód naszego istnienia. Są tacy nauczyciele duchowi, którzy w ogóle podważają sens naszego rozwoju zakładając, że jedyne po co zeszliśmy na Ziemię to właśnie przeżywanie i poznawanie. Z tego punktu widzenia cokolwiek się dzieje jest dobre i godne uwagi. Nawet to, co postrzegamy jako zło czy cierpienie dla nas, dla duszy jest radością nowego doświadczenia. Ta hipoteza ma jedną dobrą stronę: nie musimy się wysilać, wystarczy być i już spełniamy wymogi istnienia.

Ja jednak jestem zdania, że Ziemia jest dla duszy poligonem rozwoju i w moim postrzeganiu świata wzrastanie, rozpoznawanie w sobie mocy dobra i nauka bezwarunkowej miłości są najważniejszym celem życia. Jesteśmy tutaj po to, aby uczyć się kochania pomimo wszystkiego, czego doświadczamy. Czasem nawet niejako na przekór trudnym wydarzeniom.

Moja hipoteza sensu życia może stać się logicznym wyjaśnieniem tego wszystkiego, co w naszym dualnym pojmowaniu świata jawi się koszmarem. Te wszystkie wojny, kataklizmy, nieuleczalne choroby i inne nieszczęścia nie są przecież przypadkiem ani jakąś karą dla nas. Są odzwierciedleniem jakiejś cząstki, którą w sobie nosimy jako istoty wielowątkowe. Nawet jeśli świadomie pragniemy wyłącznie dobra, to na głębszym poziomie mamy w sobie lęk albo potrzebę odwetu, albo żal czy gniew, którego nie jesteśmy gotowi uwolnić.

To ludzie wywołują wojny, okradają siebie nawzajem, niszczą planetę i kłócą się ze sobą. To ludzie kształtują swoje ciało zabarwiając je chorobą, co wyraźnie pokazuje psychosomatyka. I najprostsze, co przychodzi na myśl w takim kontekście, to mozolne uczenie się zasad życia tak, aby przestać niszczyć Ziemię, zabijać czy krzywdzić innych, ranić samych siebie chorobami. Wiedzę zdobywamy najdosłowniej poprzez doświadczenie. Cierpiąc, zadajemy sobie pytanie: co robić, aby to uzdrowić? Odpowiedzią zawsze jest miłość i dobroć. Tego właśnie się tutaj uczymy: wyjścia poza negatywne emocje, chęć zemsty czy udowodnienia innym swojej siły.

Temu też służy cała ta „ciemna strona”, która budzi w ludziach tyle wątpliwości. Czasem zadajemy w stronę Nieba rozpaczliwe pytanie: „skąd tyle zła? Dlaczego i po co ono?” Każdy z nas, kiedy wsłucha się w siebie wie, że Najwyższe Źródło jest bezmiernym oceanem miłości bezwarunkowej. Skąd zatem tyle cierpienia? Kto nas tak karze i za co? Powstały nawet wyznania, które próbują nas przekonać, że Ziemia jest planetą, która nie podlega Bogu-Stwórcy, lecz została oddana ciemnym siłom. Inne hipotezy głoszą, że jesteśmy hodowlą „złych” istot, które nas wykorzystują. A że energetyka naszej planety jest specyficzna, to takie teorie wydają się niektórym bardzo prawdopodobne.

Tymczasem najrozsądniejsze może być wyjaśnienie najprostsze, czyli zauważenie, że nasz świat to właśnie poligon treningowy, gdzie uczymy się kochać i być dobrymi, pomimo całego zła, jakie tylko można wymyślić. I w tym ćwiczeniu biorą udział te dusze, które się kształcą, rozwijając w sobie dobro i te, które przyjęły na siebie trudną rolę „katów”. Bo przecież w raju niczego nauczyć się nie można. Leżąc na pachnącej trawie wśród kwiatów i rozmaitego bogactwa, w pełnym bezpieczeństwie – cóż można poza rozkoszowaniem się istnieniem? Dopiero w trudnych warunkach uczymy się szlifowania swoich umiejętności.

Wcale nie ukrywam, że chętnie poleżałabym w raju na trawce. Oczywiście. Ale moja dusza wybrała sobie całą masę skomplikowanych wyzwań, które raz po raz rzucają mnie twarzą o ziemię i to wcale nie na miękką trawę. Nie mam innej opcji, muszę podążać za wyborem swojej duszy i zaakceptować wszystkie lekcje, które mi stawia na drodze. Jednak sens życia nie polega wyłącznie na pogodzeniu z losem, lecz na odnajdowaniu wszędzie dobrej energii. To nie poddanie trudnym doświadczeniom zapewnia nam punkty w treningu, lecz radość życia, zachwyt, odczuwanie miłości i wdzięczności czy nawet wybaczenie katowi, który ma jeszcze dłonie mokre od naszej krwi.

W tym wybaczeniu bardzo pomaga świadomość harmonii wszechświata i dostrzeganie logiki wydarzeń. Kiedy widzimy i rozumiemy swoją lekcję, to nie możemy mieć żalu do nauczyciela. Możemy jedynie odczuwać wdzięczność do niego za to, co nam pokazał. I w gruncie rzeczy potrzeba wybaczania znika całkiem. Bo po co wybaczać komuś, do kogo czujemy jedynie wdzięczność?

Wiem, że moje słowa dalekie są od praktycznego przeżywania emocji. Łatwo się pisze o wybaczaniu i nauczaniu, o wiele trudniej doświadczać tego wszystkiego i przy tych uczuciach odkrywać w sobie dobro. To czasem niezwykle trudne doznania, które owocują dużą ilością silnych negatywnych emocji. Mam jednak w sobie ogromną pewność, że właśnie o to chodzi w tej fascynującej grze, aby umieć wyjść poza to, co się czuje i świadomie wejść na boski poziom istnienia. Czyli właśnie w chwili największego żalu i gniewu pokłonić się z wdzięcznością duszy „kata” i pobłogosławić go bezwarunkową miłością.

Bez względu na to, w co wierzymy, każdy zgodzi się ze mną, że to bardzo trudne zadanie – spontanicznie wychodzić poza negatywne emocje i złe oceny innych ludzi i sytuacji. Bo sytuacje też nas drażnią – śnieg w środku wiosny, kiedy złaknieni jesteśmy ciepła, spóźniający się pociąg, kiedy jesteśmy zmęczeni, brak prądu, kiedy mamy mnóstwo pracy… Wszystko wokół nas toczy się swoim rytmem, nie zawsze zgodnym z naszymi oczekiwaniami. I rzadko kiedy udaje nam się zachować spokój i pozostać z rozsądnym pytaniem: czego mnie to uczy? Co mi pokazuje? Najczęściej poddajemy się uczuciom i szarpiemy sami ze sobą w gniewie, żalu lub rozpaczy. Tworzymy w sobie opór i nie pozwalamy płynąć energii. Tymczasem właśnie wiara w harmonię wszechświata jest tym, co powinno nam zawsze towarzyszyć.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Dobroć

To jedna z najpiękniejszych cech człowieka. Dobro każdy z nas nosi wewnątrz siebie i podobnie jak miłość czy życzliwość jest częścią nas. Nie potrzebujemy, by nas zachęcać do bycia dobrym człowiekiem, ponieważ to nasza prawdziwa natura. Rozpoznajemy to przede wszystkim po ogromnym psychicznym komforcie, który czujemy, kiedy robimy coś fajnego dla innych. Spontanicznie każdy zdrowy psychicznie człowiek chce być dobry. Podświadomie szukamy takich rozwiązań, które pomagają nam przejawiać tę cechę.

A czym w rzeczywistości jest dobro? To słowo, które zna nawet dziecko, jest często rozumiane jako bycie uprzejmym dla innych. Obserwuję, że zwykłe i całkiem oczywiste zachowania, w których ustępujemy komuś miejsca, pomagamy nieść ciężką siatkę z zakupami czy podajemy rękę są traktowane jako przejaw dobroci. Obserwuję też ludzi w praktyce nikczemnych, którzy zranili wiele istnień, a swoją życzliwość okazują tylko wybranym, by mieć po swojej stronie kogokolwiek. Czy rzeczywiście jest dobrocią pomaganie przyjaciółce, która nam sto razy okazała serce? Czy to tylko zwykłe odwdzięczenie się za to, co otrzymaliśmy?

Z jednej strony chcę bardzo wyraźnie zdefiniować w tym miejscu prawdziwą dobroć. Ma ona miejsce tylko wtedy, kiedy spontanicznie, bez żadnego interesu robimy to, co właściwe. Dobrym człowiekiem jest dla mnie osoba, która bez rozgłosu pomaga komuś tylko dlatego, że ktoś tego potrzebuje. A zapytana, dlaczego dokonała takiego wyboru, odpowiada po prostu: “bo tak trzeba”. To mnie zawsze porusza, kiedy ludzie bez wątpliwości czynią dobre rzeczy, nie zastanawiając się, czy ktoś na to zasługuje, ile to kosztuje i jak odbiorą to inni.

Pamiętajmy w tym miejscu, że czasem to, co jest dobre, może mieć oponentów. Wbrew pozorom żyjemy w wielobarwnym świecie, a wszystko jest względne. Nie ma prawdy obiektywnej. Dla kogoś najcenniejszym skarbem może być krzyżyk, symbol jego wiary, który dla innej osoby będzie bezwartościowym gadżetem. Stąd też i oczekiwania różne i priorytety rozmaite. Bycie dobrym to szacunek dla drugiego człowieka i szanowanie jego odmienności. Pochylanie się z troską i udzielanie wsparcia bez oceniania, kto jest tego wart, a kto nie. W oczach dobrego człowieka wszyscy są równi.

Pisałam kiedyś o tym, że najwięcej dobroci ujawnia się w najbardziej tragicznych momentach. Kiedy powiedzie, huragany i inne kataklizmy pustoszą Ziemię, ludzie ratują siebie nawzajem i czynią to odruchowo. Ten odruch pokazuje ich prawdziwie boską i pełną dobroci istotę. Wyciągając rękę do tonącego, nikt nie pyta, jakiej jest narodowości, wyznania, czy orientacji seksualnej. To może wydawać się zaskakujące, ale potrzebujemy najmroczniejszych wydarzeń, by najmocniej rozświetlić nasze serca. Tacy już jesteśmy my, ludzie. Na co dzień pełni dystansu i zahamowań, czasem skąpi, czasem niemili. Dopiero wtedy, kiedy niebo się wali, a ziemia trzęsie zrzucamy maski i na zewnątrz manifestuje się prawdziwy bóg i bogini.

Definiując dobrego człowieka, podkreślam bardzo wyraźnie spontaniczność tego, co robi. To osoba, która zaskoczona szeroko otwiera oczy i wzrusza lekko ramionami, kiedy jej mówię, że przejawia dobro. Dla niej to zwykłe i oczywiste. Raczej ją dziwi, że ktoś dostrzega w tym coś więcej. Dodam też, że dla takiego człowieka nie ma znaczenia, komu pomaga. Z równą oczywistością pochyla się nad zranionym zwierzątkiem, jak wyciąga dłoń do innej osoby. A zraniony przez nikczemnika, mówi cicho: “widać inaczej nie umiał” i nie zamyka swojego serca, lecz nadal czyni dobro. Wie, że jeśli cokolwiek w sobie pozwoli zabić, to zejdzie ze swojej właściwej ścieżki.

Z drugiej strony chcę jednak wyraźnie podkreślić, że nie ma ludzi jednoznacznych. Te nikczemne osoby, których działania z daleka obserwuję, też noszą w sobie dobro. Uśpione. Zamknięte z powodu przeżytej traumy. Jednak ono w nich jest i tylko od nas zależy, co przejawią wobec nas, kiedy staną z nami oko w oko. Warto o tym pamiętać, że każdy człowiek jest dla nas lustrem, w którym odbija się nasza gotowość do przyjęcia dobra.

Stale powtarzam, że ludzie są naprawdę w swojej istocie dobrzy. Jeśli tylko otworzymy serce i pozwolimy im na to. Jeśli tylko uwierzymy w to, że tacy być potrafią. Niezależnie od sytuacji można odwołać się do tej najpiękniejszej cząstki w każdym człowieku, a w niej znajda się najpiękniejsze jakości. Często obserwuję ludzi ocenianych negatywnie przez większość i dostrzegam w nich wspaniały potencjał i chęć do prawdziwego dobra. Paradoksalnie nawet tam, gdzie wydaje się być najciemniej.

Dlaczego zatem zdarza się, że ludzie działają czasem tak, że ich czyny trudno nazwać dobrymi? Ponieważ kierują się emocjami, ponieważ nie radzą sobie z lękiem przed odrzuceniem lub potrzebują dowartościowania za wszelką cenę. W dużym uproszczeniu widać wyraźnie, że to niska samoocena prowadzi ludzi poza mądrość, miłość i dobro. Jeśli ktoś nie kocha siebie, to przeraźliwie boi się krytyki i buduje sztuczne poczucie wartości kradnąc, oszukując lub eliminując wszystkich, którzy mogliby mu zadać ból swoim osądem. To schemat. W praktyce ludzkie losy są o wiele bardziej złożone, jednak od naturalnego dobra odchodzimy głównie z lęku przed odrzuceniem.

Innym często spotykanym czynnikiem jest zazdrość lub nawet bardziej zawiść. To ona odcina nas od rozsądku. Wyrasta z bólu bycia niedocenianym i niekochanym. To cierpienie nie pozwala niektórym osobom patrzeć spokojnie na szczęście innych. Nie widzą w tym inspiracji, lecz niesprawiedliwość, którą starają się sami uporządkować przechylając szalę na swoją stronę. Ktoś ma kochającego męża, a na mnie nikt nie chce nawet spojrzeć? Bach wskoczę owemu mężowi do łóżka, niech sobie ta szczęściara nie myśli, że jest lepsza. Ktoś jest ceniony i lubiany, a mnie nikt nie chwali? Bach podłożę temu komuś wielką, różową świnię, niech się tak nie cieszy. Tak sprawiedliwości będzie zadość.

Takie działanie wypływa także z niskiego poczucia wartości. Jeśli kocham i cenię siebie, nikomu nie zazdroszczę, ponieważ wiem, że mam w sobie wszystko, czego pragnę i nie potrzebuję zewnętrznych dowodów. A wysoka samoocena sprawia, że przyciągam kochającego partnera i nie musze interesować się życiem innych. Osiągam sukcesy i nie muszę porównywać się z nikim.

Dodam jeszcze na koniec, że i najwięksi nikczemnicy potrzebują rozgrzeszenia, chociaż skruchy nie okazują. Zakładają jednak maski, które są prośbą o bycie docenionym. Taką maską może być na przykład wklejanie na Facebooku różnorodnych apeli o pomoc czy to chorym dzieciom, czy zwierzątkom. Nic ich to nie kosztuje zaledwie jeden klik. Tak przywdziewają na siebie strój altruisty o złotym sercu, który wzrusza się cudzą niedolą. Widać w tym tęsknotę za dobrem, od którego odeszli na na całe mile. A tak bardzo chcieliby znowu poczuć się wartościowym człowiekiem…

Proszę nie interpretować tego dosłownie nie każdy kto wkleja takie posty jest osobą, która krzywdzi innych. Bywa, że klikanie pomaga zebrać odpowiednią kwotę na czyjąś operację. Klikajmy zatem. Szlachetni też mogą to czynić, chociaż życie pokazuje, że dobry człowiek rzadko wkleja apele dobry człowiek pomaga. Po prostu robi coś konkretnego i czasem zapomina klikać. A to klikanie jest najczęściej sposobem na dowartościowanie dla tych, którzy nie widzą w sobie i wokół siebie dobra. Jeśli jednak może komuś pomóc niech będzie.

Bogusława M. Andrzejewska

Życzliwość

To cudowna jakość, którą każdy z nas nosi w sobie. Nie musimy jej szukać na zewnątrz ani w żaden sposób uczyć się bycia życzliwym. Wystarczy to odnaleźć wewnątrz siebie. I co ciekawe – nie wymaga to żadnego wysiłku. Uważam, że w odniesieniu do takiej cechy, trzeba po prostu być sobą. Działać i reagować spontanicznie. Wówczas ujawnia się nasza naturalna życzliwość. Podobnie jak dobro czy miłość. W gruncie rzeczy życzliwość jest stanem opartym właśnie na tych dwóch ważnych odczuciach. Jest przejawem dobroci i bezwarunkowej miłości.

Wszystkim, którzy mają problem z pozytywnym spojrzeniem na samego siebie przypomnę, że każdy człowiek jest w swojej istocie dobry. To nasza naturalna cecha. Tacy właśnie się rodzimy: serdeczni, kochający, otwarci, życzliwi. A to oznacza, że te wszystkie jakości stanowią naszą prawdziwą naturę. Nie musimy ich w żaden sposób zdobywać z zewnątrz, wystarczy sięgnąć do źródła.

Oczywiście chciałabym, aby ludzie pozostawali przez całe życie takimi właśnie, lecz jak wiemy wszyscy – bywa czasem inaczej. Jeśli na przykład matka dziecka jest rozgoryczona i pełna agresji, bo została porzucona w ciąży, wówczas dziecko przejmuje te wibracje i uczy się czegoś, czym nie jest w swojej prawdziwej istocie. Uczy się nikczemności, złości, oszukiwania. Jeśli rodzice żyją razem, lecz stale się kłócą, oskarżają, obdarzają wyłącznie nienawiścią, to dziecko zatraca swoją niewinność i wypełnia negatywnymi emocjami. Ciąg dalszy już znamy… Widzimy wokół siebie takie osoby.

Pamiętajmy, że przez siedem lat (co najmniej) matka i dziecko to jeden układ energetyczny. Dziecko dostaje w prezencie od mamy wszystkie pełne żalu i niechęci emocje. Koduje je w sobie, a nierzadko nawet choruje w wyniku emocjonalnych problemów swojej matki. Tak to działa. Warto o tym pamiętać. I chociaż wydaje się to trudne, można chociaż przez te kilka lat wczesnego macierzyństwa postarać się myśleć pozytywnie, rozwijać optymizm i życzliwość, właśnie po to, aby dziecko wzrastało się w dobrych energiach. Dla matki same z tego korzyści, bo rozwijając dla dziecka świadomość prosperującą, tworzy także swoje własne szczęście i szybko zaczyna układać pomyślnie swoje życie.

Dziecko łatwo można nauczyć życiowej mądrości i optymizmu, ponieważ młoda istota chłonie wszystko jak gąbka. Najważniejsze jednak to uświadomić sobie, że dziecko uczy się przez przykład. Możemy godzinami tłumaczyć i opowiadać mądrości o korzyściach pozytywnego myślenia. Nic to nie da, jeśli sami narzekamy lub złorzeczymy innym. Możemy natomiast nic nie mówić, nie przedstawiać teorii, lecz po prostu cieszyć się chwilą, śmiać często i nie przejmować drobiazgami, aby nauczyć dziecko właściwego podejścia. Jeśli w jego obecności odnosimy się życzliwie do innych, nasz maluch też taki będzie, jak dorośnie. I dodam od razu, że kodowanie w dziecku nienawiści do ojca, który raczył odejść do innej kobiety gwarantuje, że dziecko będzie w życiu nieszczęśliwe. Jak w banku! A pełna złości mamusia uniesie się jak gołębica w powietrze, kiedy tylko głupota nauczy się fruwać.

Moim zdaniem nikczemne zachowania biorą się z żalu, cierpienia i trudnych doświadczeń, z którymi ktoś nie chce się pożegnać. Nie jest to usprawiedliwienie. Znam wiele osób, które mają za sobą bolesne dzieciństwo i są dzisiaj wspaniałymi, szlachetnymi osobami. Umieją wybaczać, nie chcą na nikim brać odwetu, myślą pozytywnie i stały się naprawdę szczęśliwe. To zawsze nasz wybór. Możemy odpuścić, zapomnieć i pomyślnie kształtować swoje życie, ale możemy też kisić się w nienawiści i rozdrapywać stare rany, podsypując je agresją i podłością. Za każdym razem swój los kształtujemy sami. Jeśli ktoś chce zmienić swoje życie na lepsze – znajdzie na to sposób, uwalniając się od braku samoakceptacji i wybaczając sobie, wybaczając także innym. A potem już przed nami tylko pogodne i pomyślne doświadczenia.

Większości z nas życzliwość przychodzi bez trudu. Stale widzę wokół siebie pozytywnych ludzi i niosące wiele nadziei zachowania. Widzę spontaniczną pomoc i piękne, serdeczne reakcje na trudne chwile. Obserwowałam to uważnie w latach dziewięćdziesiątych, kiedy duża część Polski została zalana przez wielką powódź. Z zachwytem patrzyłam, jak ludzie, nie oglądając się na nic, pomagali sobie nawzajem. Mieszkańcy środkowej i północnej części Polski bez wahania ładowali do samochodów żywność, lekarstwa i środki higieny, aby zawieźć je na zalane wodą południe kraju. W ekstremalnych sytuacjach ludzie pokazują swoją prawdziwą naturę. Znakomita większość jest spontanicznie dobra i życzliwa – nie mam co do tego wątpliwości.

Myślę, że warto to zauważać i doceniać. To my tworzymy swój świat i w naszej rzeczywistości manifestuje się to, w co wierzymy i co zasilamy swoim postrzeganiem. Nasza realność jest wielobarwna. Manifestują się w niej wszystkie dostępne aspekty istnienia.  Jeśli skupiamy się na choćby najdrobniejszych przejawach życzliwości, jeśli umiemy się nimi cieszyć, wówczas przyciągamy więcej podobnych aktów serdecznego zachowania. Jeśli natomiast kierujemy swoje rozżalone emocje na trudne doświadczenia i niewdzięcznych ludzi, to siłą rzeczy zapraszamy takie postacie do swojej codzienności.

Bogusława M. Andrzejewska

Przyciąganie miłością

Jednym z najważniejszych tematów w prospericie jest siła miłości. Nie tej romantycznej, która łączy dwoje ludzi, ale tej, która wyraża się wysokim poziomem energii, cudownym nastrojem i pełną akceptacją Wszystkiego Co Jest. To oczywiście bardzo pobieżna i niepełna definicja, ale wierzę, że i tak może okazać się pomocna. Rozwijanie umiejętności bezwarunkowego kochania jest bowiem sposobem na przyciąganie do swojego życia tego, czego pragniemy.

Na pewnym etapie rozwoju nie skupiamy się na materializacji pragnień, ponieważ duchowa wiedza podpowiada, że szczęście opiera się na akceptacji tego, co jest i co posiadamy oraz na umiejętności cieszenia się chwilą obecną. Jest jednak także coś takiego jak marzenia, jak sukces, jak dążenie do osiągnięć i to też może ludzi inspirować do działania. Mamy zatem prawo pragnąć różnych rzeczy i realizować pragnienia. Ma to dodatkowy sens: uczy nas siły miłości i pozytywnego myślenia.

Nie zdobędziemy niczego nienawiścią, narzekaniem i smutkiem. Aby zmaterializować cokolwiek – czy są to pieniądze, przedmioty czy też przyjaźń, związek albo sława – musimy uruchomić w sobie dobro i miłość. Dlatego też rozwój wymaga od nas tworzenia marzeń, właśnie po to, abyśmy nauczyli się kochania i otaczania pozytywną energią. Na akceptację dowolnej sytuacji przychodzi czas później.

Niektórzy uważają, że celem naszego życia na Ziemi jest radość. Jeśli tak, to właśnie poprzez realizowanie zasad Prawa Przyciągania uczymy się optymizmu i pogody ducha. Nawet smutni i poważni ludzie zmieniają swoja naturę, kiedy tylko uwierzą w działanie pozytywnych myśli i doświadczą ich cudownego efektu. To wszystko ma sens dla nas i dla naszego rozwoju.

Największą siłą w tym wszystkim jest oczywiście miłość bezwarunkowa, która wyrasta z dobrych myśli i wesołego nastroju. Wyrasta także z głębokiej duchowej mądrości i świadomości, że wszystko jest w harmonii. Moc tej jakości polega na tym, że jest ona w stanie stwarzać światy. Można tego doświadczyć nawet tu i teraz, jeśli tylko umiemy przez chwilę skupić się na wybranym uczuciu. Wielu nauczycieli sukcesu mówi o tym, że wystarczy przez 60 sekund utrzymać w sobie obraz wymarzonej sytuacji czy przedmiotu, aby go zmaterializować w swojej rzeczywistości. Nie wszyscy jednak pamiętają, że należy to połączyć z wypełnieniem siebie miłością. Oczywiście wrzucenie dowolnego pragnienia w ciszę w między myślami jest przekazaniem tematu Boskości wewnątrz nas, ale jeśli jesteśmy wówczas wypełnieni bezwarunkową miłością, to automatycznie nasycamy pragnienie mocą i energią, której potrzebuje ona do realizacji. Tak właśnie stajemy się stwórcami.

Wiedzę tę wykorzystują metody kwantowe, takie jak Dwupunkt czy Synchronizacja. Wejście w tzw. Pole Serca nie jest niczym innym, jak wejściem w stan bezwarunkowej miłości. Być może nie wszyscy należycie to tłumaczą albo też nie wszyscy umieją kochać w ten sposób, dlatego metody te czasem nie odnoszą skutku. Czasem. Twórcy tych metod nie są tylko teoretykami – mają spektakularne osiągnięcia w dziedzinie zdrowia czy finansów. Wpływają na materię, ponieważ umieją wejść w stan kochania, czyli podnoszą swoją wibrację do poziomu stwarzania.

To, co kochamy, przyciągamy. Jest to niesłychanie prosta i logiczna zasada. Można ją stosować bez znajomości kwantowych metod. Oto najprostszy przykład. Pragniemy samochodu określonej marki. Wystarczy myśleć o nim z miłością, a jeśli spotkamy ten model na ulicy, wejść w zachwyt, a nie w uczucie zazdrości, że ktoś inny właśnie go posiada. Przetestowała to skutecznie moja córka, która z miłością mówiła do spotykanego na parkingu wymarzonego modelu autka: „och, kocham cię, jesteś śliczny, niedługo będę miała taki sam”. Buzia jej jaśniała wskazując, że rzeczywiście wypełniała się radością i miłością na widok tego samochodu. I rzecz jasna po paru miesiącach taki właśnie sobie kupiła.

Inny przykład: marzymy o wycieczce do Meksyku. Oglądajmy zdjęcia z tego kraju z zachwytem i radością. Niech wszystko w nas cieszy się na sam widok tych wymarzonych krajobrazów. A jeśli ktoś z naszych znajomych właśnie wygrał taką wycieczkę, poczujmy radość, jakby to była nasza wygrana. Cieszmy się szczęściem znajomego, jakby to dotyczyło nas samych. Podświadomość nie odróżnia stanu faktycznego od wyobrażenia. Jeśli poczuje wygraną i radość z wycieczki – wykreuje ją dla nas. Tak działa Prawo Przyciągania.

Problemem tutaj może być samo odczuwanie miłości. Ludzie często mylą ja z pożądaniem – podobnie, jak w relacjach z innymi. Człowiek staje przed wybraną rzeczą czy sytuacją i zamiast kochać, odczuwać radość i zachwyt, czuje przemożne pragnienie. Gdyby mógł, chciałby złapać i zagarnąć dla siebie. A to wcale nie jest miłość. I nie kreuje dla nas dobra. Pożądanie wyrasta z dysharmonii i braku. Kiedy odczuwamy brak, kreujemy brak.

I jeszcze jeden przykład dla tych osób, które znalazły się w szczególnie niekorzystnej sytuacji. Najtrudniej tworzyć coś, kiedy brak jest faktem. Jeśli ktoś jest chory, nie umie dostrzegać zdrowia, ponieważ wypełnia go choroba, czyli stan „braku zdrowia”. Warto nauczyć się wówczas rzeczy szczególnie trudnej: dostrzec harmonię w sytuacji i zaakceptować ją w pełni. Poczuć miłość do życia, do zdrowia, do harmonii istnienia i wszystkich lekcji, które wynikają z choroby.

Energia Reiki jest także Światłem Miłości. Pobieramy ją z Najwyższego Źródła, ale uczy nas ona kochania. Jeśli rozpoznamy tę jakość, kiedy przychodzi do nas z innego wymiaru, możemy nauczyć się ją wzbudzać w sobie. Doświadczenie pokazuje, że to nie takie proste, bo gdyby było łatwe – bylibyśmy wszyscy zdrowi, bogaci i szczęśliwi. A nie jesteśmy. Mówimy i piszemy o miłości, ale nie umiemy jej na zawołanie odczuwać. Dlatego jest jak jest. Warto to zmienić. To, co zasilamy miłością – tworzymy, ponieważ to właśnie bezwarunkowe kochanie jest energią wzrostu i kreacji.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Bogactwo

To słowo ma dla mnie wiele znaczeń. Kojarzy mi się nie tylko z pieniędzmi, ale także z obfitością wyboru, kolorów, mnogością wiedzy. Często myślę o wewnętrznym bogactwie, które powstaje w duszy człowieka dobrego, serdecznego i hojnego wobec innych. To najczęściej osoba na wysokim poziomie rozwoju wewnętrznego, bo właśnie taki rozwój wzbogaca nasze wnętrze, obdarzając przede wszystkim współczuciem, tolerancją i bezwarunkową miłością.

Prosperita – jako strona – powstała w 2000 roku, będąc efektem inspirujących szkoleń duchowych, prowadzonych przez cudowną nauczycielkę. Zaawansowana moc duchowa tej osoby napełniła mnie nie tylko ogromną energią i wiedzą, ale też skłoniła do tego, by pokazać światu najpiękniejszą ścieżkę rozwoju. Świadomość prosperująca to osoba bliska doskonałości i oświecenia. Pojęcie to szerokie, ale w drugą stronę z pewnością zadziała: osoba oświecona ma zdecydowanie prosperującą świadomość. W tym momencie każdy zrozumie, że słowo „prosperita” nie oznacza pieniędzy.

Strona powstała, by pokazać wszystkim jej sympatykom, najciekawszy moim zdaniem sposób na szczęśliwe życie. Ma za zadanie nauczyć, że najważniejsze na świecie jest kochanie samego siebie i poprzez tę miłość dostrzeganie Jedności ze Wszystkim Co Jest, czyli przede wszystkim z każdym innym człowiekiem. Drugim istotnym kluczem do odkrycia prawdziwego szczęścia jest pozytywne myślenie, radość i optymizm. Tego też cierpliwie uczę wszystkich, którzy chcą o tym poczytać lub posłuchać. Ponadto strona ta pokazuje nierozerwalność ducha i materii, czyli to, jak duchowy poziom i wiedza kształtują otaczającą nas materię. Dzisiaj sporo mówi o tym fizyka kwantowa, ale w 2000 roku temat ten był nieznany, stąd moja potrzeba pokazania jak największej ilości ludzi, jak działa Wszechświat i jak możemy wykorzystać tę wiedzę dla własnego dobra.

Prosperita jest duchową ścieżką – przede wszystkim duchową, choć podaję tu sporo psychologii, aby wszystko stało się łatwiejsze i bardziej zrozumiałe. Poprzez rozwój wewnętrzny możemy osiągnąć największe bogactwo świata i – przepraszam – nie myślę wcale o milionach złotych czy dolarów. Przez bogactwo rozumiem tutaj największe szczęście, błogość i rozkosz, a ostatecznie oświecenie lub Ascendencję – wedle woli. Nie ma dla mnie nic cenniejszego od takiego daru, dlatego cierpliwie i z ogromną przyjemnością rozwijam i wzbogacam tę stronę dla każdego, kto tu trafi. Duchowość nie jest bowiem siedzeniem w kwiecie lotosu i intonowaniem mantr, lecz świadomością i wiarą, że człowiek jest cząstką boskości, która poprzez moc własnych myśli może stwarzać swój świat.

Dwa podstawowe filary Prosperity to wiara w Najwyższe Źródło i harmonię wszechświata oraz świadomość posiadania w sobie wszystkiego, czego nam potrzeba. Dopiero opierając się na tym możemy stosować Prawo Przyciągania, czy dostrzegać zasadę lustra. Jeśli nie wierzymy w to, że wszystko ma swój sens i jest harmonijne z resztą, nie odnajdziemy zadowolenia. Zawsze będziemy nosić w sobie poczucie krzywdy, niesmaku czy dyskomfortu. Dualność wszechświata bierze się właśnie z niedostrzegania harmonii. Rzeczą oczywistą jest, że nie wszystko nam się podoba, jedne sytuacje sprawiają nam przyjemność, inne zadają ból. Jednak tylko od nas zależy ewentualna ocena. Jeśli dostrzegamy równowagę we wszystkim, to podczas przykrego doświadczenia zadamy sobie pytanie: czym to przyciągnąłem do swojego życia? Uzdrowimy to i na powrót wrócimy do dobrostanu. Oto harmonia.

Wiem, że trafiają tu osoby, które szukają recepty na finansowe problemy. I oczywiście dla nich także mam propozycje poprawy sytuacji. W sensie energetycznym wszystko jest jednym – prosperująca świadomość umie szczęśliwie poukładać swój związek, przyciągnąć przyjaciół, uzdrowić ciało, zrealizować swoje pasje, ale także wykreować wysokie dochody. Pieniądze nie są niczym złym, warto je obdarzać taką samą miłością bezwarunkową, jak drzewa, ptaki, kwiaty i minerały. Dlatego piszę tu także o zarabianiu, tym bardziej, że w polskiej rzeczywistości to często temat najtrudniejszy, co wynika między innymi z naszej historii i mentalności.

Przestrzegam natomiast przed ślepą uliczką, w którą wpadają niektórzy pseudodoradcy. Daje się czasem zauważyć, że nie dostrzegają esencji rozwoju, lecz utknęli na jednym z niższych poziomów, stając się zwykłymi materialistami. Czym innym jest bezwarunkowe kochanie pieniędzy w taki sam sposób, jak szanujemy i akceptujemy wszystkie przejawy życia i materii, jeśli jest to elementem duchowego rozwoju i dążeniem do Światła. Czym innym jednak jest zmierzanie do posiadania jak najwięcej, jak najwięcej, jak najwięcej… Och, czy tak trudno zrozumieć, że wszystko, co posiadamy – mamy tutaj tylko w dzierżawie i odchodząc z tego świata, zabieramy jedynie zawartość swojego serca?

Na każdej duchowej ścieżce są pułapki. Przestrzegają nas przed tym ci, którzy osiągnęli oświecenie. Najpopularniejsze pomyłki to utknięcie na objawach rozwoju. Ktoś kto medytuje w zaawansowany sposób, może nagle odblokować Trzecie Oko i stać się jasnowidzem lub pokonać grawitację i unosić nad ziemią. To wskazówka, że podąża dobrą drogą. Należy iść nią dalej, nie przywiązując się do spektakularnych cudów. O wiele przyjemniej jednak sprzedawać bilety na pokazy niezwykłości i pławić się w chwale, zbierając oklaski. Podobnie z nauką przyciągania pieniędzy. Na wielu stronach początkowo natchnionych doradców duchowość dawno wyblakła, zostały tylko techniczne sposoby kodowania energii, by przyciągać więcej i więcej pieniędzy. Co nawiasem mówiąc nie przyniesie trwałych efektów, o ile przyniesie w ogóle. Szkoda na to czasu.

Pieniądze po prostu są częścią naszego świata – jak stół, mleko, ciepło słońca czy kwiaty w wazonie. Nie są ani ważniejsze ani lepsze od czegokolwiek innego. Jeśli mamy długi, czy cierpimy z powodu braków, to prawdopodobnie coś w sobie trzeba uzdrowić. Tutaj prosperita pomoże znaleźć wzorzec odpowiedzialny za problem. To może być poczucie, że jest się gorszym i nie zasługuje na bogactwo. To może być ciągnący się za nami z dzieciństwa program, że pieniądze są złe albo trzeba się na nie ciężko napracować. To może być nawet lęk, że kiedy staniemy się zamożni, to przestaniemy być lubiani lub poczucie winy, że nie można być bogatym, kiedy na świecie ludzie ciągle umierają z głodu. Czasem blokadą jest realizacja cudzej ścieżki, zamiast swojej i strach przed zmianą. Przyczyn może być wiele i warto je rzeczywiście usunąć, bo każdy z nas zasługuje na godziwe i dostatnie życie.

Aby przyciągnąć bogactwo do swojego życia, warto stać się duchowym i posiąść wiedzę o tym, jak nasza energia i myśli wpływają na materię. To najlepszy sposób. Pracując mądrze nad swoim wnętrzem i korygując niewłaściwe programy, tworzymy swoje życie tak, by spełnić swoje marzenia. Duchowość nas nie zawiedzie, po prostu nie może. Kiedy się rozwijamy, osiągamy poziom, w którym wszystko dzieje się spontanicznie. Zbliżając się do boskości poprzez miłość bezwarunkową, zwiększamy swoją moc i zdolność przyciągania tego, co dla nas dobre i ważne.

Niektórzy ludzie rodzą się w bogatych rodzinach. Mówimy wtedy, że mają dobrą karmę. Można zauważyć, że ich poglądy dotyczące pieniędzy są właściwe, dlatego w sensie materialnym niczego im nie brakuje. To nie oznacza, że są w lepszej sytuacji niż ktoś inny, ponieważ ich dusze wybrały sobie inny program do realizacji. Na przykład dotyczący miłości lub przyjaźni. Jak trudno uwierzyć w bycie kochanym i lubianym, kiedy ma się miliony na koncie, wiedzą tylko bogaci… Wszystko ma swoje dobre i mniej dobre strony, co trudno zauważyć osobom niezamożnym i materialistom. W swoich tęsknotach oddaliby wszystko za majątek, chociaż każdy inteligentny człowiek wie, że to pułapka. Jest to jednak naturalne, podobnie jak chory oddałby wszystko za zdrowie, a samotny za miłość.

Bogactwo jest w nas. Dokładnie takie, jakiego potrzebujemy. Mamy w sobie finansowy dostatek, zagraniczne podróże, rozwijanie talentów, sławę i wdzięczność. Mamy też w sobie miłość i namiętność, mamy przyjaźń i szacunek, cudowne mądre dzieci i wielką karierę. Warto sobie uświadomić swoją moc i z przekonaniem sięgnąć do wnętrza. Czasem wystarczy prosty program: od dzisiaj kocham siebie i przyciągam bycie kochaną. Czasem trzeba popracować trochę dłużej, by zmienić smutny pogląd na taki, który przyniesie nam szczęście i spełnienie. We wszystkim jednak najważniejsza jest równowaga i dostrzeganie, że prawdziwe bogactwo będzie zawsze jakością duchową.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia słów

Dobre słowa są jak światło, które oświetla drogę w ciemnościach, pokazując nam najlepsze ścieżki. Bywają latarnią, dzięki której wreszcie docieramy do celu po długiej wędrówce. Rozjaśniają mrok smutku, obaw i chwilowych wątpliwości, jak lampa wniesiona do ciemnego pokoju. Dobre słowa mogą być też jak promień lasera – niszczą chorą tkankę kompleksów, pozostawiając po sobie tylko prawdziwy diament naszych serc, to co w nas najpiękniejsze i najsilniejsze. I jak laser mogą odciąć nas od paraliżującego strachu, który nie pozwalał pójść naprzód. 

W słowach można zamknąć cudowną energię, która wyzwolona doda nam sił swoją mocą. Największą i najcenniejszą sztuką jest napełnić słowa miłością do świata i do siebie. To właśnie wtedy stają się one czarodziejską różdżką, która wraz z dźwiękiem naszego głosu sprawia, że świat się staje lepszy. Równie piękną i magiczną siłę ma słowo pisane, które ożywia, wzmacnia i rozbawia, kiedy czytamy je w książce lub na ekranie. Każdy z nas ma dostęp do mocy słów. Każdy z nas ma też w sobie możliwość i mądrość, by tworzyć tylko dobrą energię.

Czy jednak umiemy? Czy chcemy? Nie zawsze o słuszności naszych wyborów decydują emocje. Kiedy jesteśmy owładnięci żalem, gniewem lub rozpaczą, nasze słowa same sypią się z naszych przepełnionych cierpieniem myśli. Są jak iskry, które spadając na lewo i prawo – gasną, kiedy pogrążą się w wilgoci lub wywołują pożar tam, gdzie podłoże jest przesuszone. Doświadcza tego każdy z nas – to ludzkie i zrozumiałe, chociaż i tak warto nauczyć się zarządzać emocjami tak, by nikogo nie ranić.

Czasem jednak dostrzegam niskie i ciężkie energie, które płyną, jakby zupełnie pozbawione kontroli – dla zabawy. Są ludzie, którzy wybierają takie wibracje, bo wydają im się one śmieszne. A nie są. I podobnie jak dzieci, które bawiąc się ogniem bez kontroli, podpalają własny dom i uciekają z niego poparzone, tak i rzucając słowami o niskich energiach, robimy sobie sami krzywdę. Wierzę, że wynika to zjawisko z braku świadomości. Ale niestety obserwuję też, że życie takich osób dalekie jest od szczęścia. Może zatem warto zrozumieć ten mechanizm właśnie po to, by przestać podpalać samego siebie?

Przykładem niech będzie pozornie „zabawny” tekst, którego sens brzmi: „jestem wredna i dobrze mi z tym, bo przynajmniej nie jestem fałszywie miła, a poza tym to ludzie mnie taką zrobili”. To pięciokrotna świadomość ubóstwa, do której aż wstyd się przyznawać, ale przede wszystkim afirmacja, która napisana publicznie i odczytana setki razy programuje autorkę tak samo intensywnie, jak wszystkie pozytywne dekrety.

Nasza podświadomość nie ma niestety poczucia humoru. Oznacza to między innymi, że nie odróżni żartu czy sarkazmu od prawdy. Wszystkie zdania wymawiane w pierwszej osobie, które przypisują nam paskudne cechy, są przez nią łykane, niczym świeże poziomki, na zasadzie: „mówisz i masz”. Dlatego nawet w żartach nie wolno przypisywać sobie głupoty czy wredoty. Zdecydowanie wolę myśleć o sobie, że “jestem mądra, miła, zdrowa i bogata“. Nawet w żartach powtarzam często: “a kto bogatemu zabroni (np.) wypić herbatkę?” Oto żart – świadomości prosperującej. Programuję siebie na bycie bogatą w każdej sytuacji. Wole być bogata niż wredna.

Drugi błąd w cytowanej wyżej negatywnej wypowiedzi, to stwierdzenie, że “mi z tym dobrze”, co wprowadza do podświadomości wzorzec, że bycie wrednym jest właściwe. Jeśli jest właściwe, to będzie zasilane, podobnie jak bogactwo w afirmacji: „Żyję w luksusie i czuję się z tym dobrze”. To nie tylko utrwalenie w sobie tej cechy. To także program, który będzie stawiał nam na drodze wyłącznie „wrednych” ludzi – szczególnie wtedy, kiedy będziemy modlić się o dobro, pomoc czy nagrodę. Jeśli „wredota” jest dobrem, to będziemy ją dostawać na okrągło. Bo dlaczego nie, skoro chcemy i lubimy.

Wszechświat to lustro. Niemądre panienki, które popisują się pozorną elokwencją, chciałyby być tymi jedynymi wrednymi, które kopią wszystkich dookoła i mają u swoich okrutnych stóp cały świat. Widzą siebie, jako zimne królowe, nierzadko z pejczem w dłoni, luksusowo ubrane, które nic od nikogo nie potrzebują. Nie rozumieją, że im bardziej są wredne, im bardziej w to wierzą, tym więcej wrednych ludzi pojawia się w ich rzeczywistości. I prędzej czy później to one upadną skopane przez kogoś. To one poczują na swoich plecach ten metaforyczny pejcz. To one doświadczą upokorzenia, którym chciałyby przysypać wszystkich swoich wrogów.  

Trzeci element świadomości ubóstwa to stwierdzenie, że bycie miłym jest z gruntu fałszywe. A czy musi? I czy zawsze? Nie wiem, jak Wy, ale ja nie spotykam fałszywych ludzi nigdy i nigdzie. Może dlatego, że sama taka nie bywam. Jestem sobą, jestem szczera i wcale przy tym nie wchodzę w jakieś dziwne pojęcia. Gdybym jednak uznała, że bycie miłym to fałsz, to z pewnością wykreowałabym takie właśnie doświadczenie. Tylko po co? Czy nie lepiej przyjąć, że: „otaczają mnie cudowni i prawdziwi przyjaciele”? To my tworzymy swój świat i my swoimi myślami przyciągamy określonych ludzi.

Czwarty negatywny element tego krótkiego tekstu, to zrzucenie odpowiedzialności z siebie na innych. Stwierdzenie, że ktoś nas uczynił złym, jest kwintesencją ignorancji. To my i tylko my przyciągamy każde trudne doświadczenie do swojego życia. Możemy tupać i płakać, możemy bardzo się buntować, ale tego faktu nie zmienimy. Czasem mamy za sobą trudne dzieciństwo i okrutnego rodzica. Innym razem mamy za sobą toksyczny związek i nic nie zmieni naszej bolesnej przeszłości. Możemy jednak zmienić przyszłość, uzdrawiając wzorce, którymi stworzyliśmy te niechciane sytuacje. A wszystko po to, by nigdy więcej nie cierpieć. Jak to wygląda w praktyce pisałam wiele razy. Mówienie, że ktoś mnie zrobił wredną, to jak stwierdzenie, że premier Bangladeszu jest winny temu, że nie smakuje mi kanapka, którą sobie własnoręcznie zrobiłam. I nie ma znaczenia tutaj geografia – równie winny jest Król Namibii.

Piątym elementem świadomości ubóstwa jest niejako podsumowanie wszystkiego, chociaż znalazłabym tu jeszcze i szósty i siódmy element, ale … już dość! Podsumowanie to oznacza, że jeśli ktoś świadomie mówi: wolę być wredna niż miła (nie ważne, czy fałszywie czy nie), to jednoznacznie opowiada się po stronie ciemności. To tak jakby powiedzieć: „wolę smród niż zapach”, „wolę zło niż dobro”. To też program, który w naszym życiu zadziała. Taka osoba jest potem wielce zdziwiona, że ludzie ją atakują, dokuczają jej, odrzucają ją, a szczęście nie chce sprzyjać. Bywa samotna, zdradzona, oszukana i  wreszcie chora. Ma pretensje do całego świata, a przecież wszystko dzieje się zgodnie z jej „zamówieniem”.

Nasze słowa powinny być harmonijne z tym, czego pragniemy. Jeśli chcemy być naprawdę szczerze kochane, to należy mówić i pisać o miłości. Jeśli chcemy mieć przyjaciół, to warto dobrze mówić o ludziach. Wśród naszych znajomych jest mnóstwo przesympatycznych osób, na których można skupić uwagę, doceniając ich i wzmacniając wszystkie ich dobre cechy. Jeśli chcemy więcej dostatku, to warto mówić o bogactwie i opisywać swoje najpiękniejsze marzenia. Szkoda czasu i energii na pseudo humorystyczne popisy, które nikomu nic dobrego nie przynoszą.

Bogusława M. Andrzejewska

Łagodność

Jedna z moich ulubionych opowieści mówi o nieustraszonej sarnie, która dzięki łagodności przekonuje groźnego potwora broniącego dostępu do Wielkiego Ducha i bezpiecznie dostaje się przed tron Władcy Świata. Od lat wiem, że w tej baśni znajduje się wyjątkowo duże ziarno prawdy. To właśnie łagodność toruje nam drogę do prawdziwego sukcesu.

Ten przymiotnik jest tutaj niezbędny, bo każdy z nas definiuje sukces po swojemu. Dla ludzi, którzy wartość życia mierzą ilością posiadanych dóbr lub spektakularną sławą, najlepszym sposobem jest przebojowość, rozpychanie się łokciami, walka wszelkiego rodzaju. W wszechobecnym wyścigu szczurów liczy się rywalizacja i pokonanie przeciwników. Mnie to absolutnie nie cieszy. Ale też rozumiem, że takie zachowania mają podłoże w braku wiedzy o własnej wspaniałości. Człowiek, duchowo świadomy kocha siebie, a zatem nie chce i nie potrzebuje rywalizować, ponieważ wie, że wszyscy jesteśmy Jednością. Wie, że wszyscy jesteśmy doskonali, a różnice między nami są jedynie po to, by tworzyć wielobarwną mozaikę życia i dać podstawy do rozwoju poprzez doświadczanie różnorodności.

Rywalizacja jest próbą udowodnienia sobie i innym rzeczy oczywistej: własnej doskonałości. Po cóż udowadniać coś, co jest faktem? Po cóż dyskredytować innych? Kolejna piękna opowieść mówi o pewnym afrykańskim plemieniu, w którym dzieci nigdy ze sobą nie rywalizują. Wyścig polega u nich na tym, że biorą się za ręce i razem biegną do celu. Oto największa mądrość świata: wszyscy jesteśmy Jednym, wszyscy pragniemy tego samego. Moja wygrana, to czyjaś klęska. Jakże mogłabym zatem wygrać i nie mieć poczucia winy? Odkąd sięgam pamięcią, zawsze ustępowałam innym. Nie ze strachu, lecz z miłości. Jeśli komuś tak bardzo zależy na czymś – niech ma i będzie szczęśliwy. Ja mam wszystko w sobie i wiedząc o tym, umiem cieszyć się życiem bez żadnych zewnętrznych gratisów. Kiedy to zrozumiałam, pojęłam, że moja wrodzona łagodność jest wielkim duchowym darem i przejawem świadomości Kim w Istocie Jestem. Nie każdy ten dar posiada, a jeśli nie rozumie swojej boskiej natury, to ściga się i walczy z innymi jemu podobnymi.

Kiedyś uczono mnie asertywności, przebojowości i powtarzano, abym nauczyła się rozpychać łokciami. Ale to wbrew mojej naturze. Nie umiem szturchać innych, nie lubię zaczepiać i krytykować. W każdym szukam dobrych cech i wówczas czuję w sobie spokój i harmonię. Nie dlatego, że świat jest idealny – bo nie jest. Ale dlatego, że dostrzegając negatywy, traktuję je jako coś normalnego. Kiedy natomiast ogniskuję uwagę na dobrych cechach, odnajduję i podkreślam boskość w każdym człowieku. Także w sobie. Wszyscy nosimy w sercu doskonałość. Agresja, napastliwość, krytykanctwo to przejaw strachu przed odrzuceniem. Pięściami wybijają sobie drogę tylko ci ludzie, którzy nie widzą prawdy o samych sobie, którzy boją się braku akceptacji. Chcą strachem i siłą wymusić u innych szacunek. Jaki jest tego efekt – wiemy. Nikt nie lubi ludzi agresywnych, ale wielu się ich boi i potulnie udaje sympatię. To iluzja, która nikomu nie służy.

Prawdziwa, naturalna łagodność to zgoda na wszystko, co się wydarza. Nie szarpiemy się, nie miotamy i nie kłócimy. Po co? Wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno. Harmonia Wszechświata zapewnia nam szczęśliwe wydarzenia i mądre lekcje. Czerpiemy z oceanu mądrości tyle, ile potrzebujemy, by wzbogacić własną duszę. Wszystko tu na Ziemi jest dla nas i dla naszego rozwoju.

Jeśli wiemy i rozumiemy, że sami kreujemy swoje życie, wówczas bierzemy odpowiedzialność za wszystko, co się wydarza. Jakże mamy walczyć z kimś, kto nas oszukał, jeśli rozsądek i duchowa wiedza nakazują zadać sobie pytanie: czym przyciągnęłaś taką sytuację? Prawdziwa asertywność polega wówczas nie na tym, by walczyć i szarpać się z kimś nieuczciwym, ale by w sobie uzdrowić wzorce, które są za to odpowiedzialne. W gruncie rzeczy nie jest przecież ważne to, co się wydarzyło, ale to, jak na tę sprawę reagujemy. To my kreujemy siebie w każdej minucie istnienia poprzez nasze reakcje. Jeśli zrobimy awanturę oszustowi, naubliżamy mu, wówczas nie będziemy wcale od niego lepsi. Zejdziemy do tego samego duchowego poziomu, który zapowiada bardzo długą drogę rozwoju. Czy warto tworzyć taki karmiczny zapis?

Można też z sarnią łagodnością zrobić wykład o konsekwencjach nieuczciwości, odwołać się do sumienia oszusta. Można, ale najpierw trzeba ocenić, czy warto tracić czas i energię. Nie każdy da się nawrócić. Moje doświadczenie uczy, że najlepsze efekty przynosi pojęcie lekcji i odrobienie zadania domowego. Jeśli stracimy sto tysięcy, to po zrozumieniu i uzdrowieniu wzorca wykreujemy trzysta lub więcej. W każdej chwili istnienia stwarzamy swoje światy i dowolną rzeczywistość. Im więcej w nas łagodności i akceptacji, tym piękniejsze mamy efekty.

Łagodność nie oznacza poddawania się ani bierności. Nie bierze się z lenistwa, lecz ze zrozumienia. Jest w moim odczuciu jakością, której nie można się nauczyć. Jedni się z nią rodzą – jest darem wypracowanym w poprzednich wcieleniach. Inni zaczynają ją przejawiać w wyniku pracy nad sobą. Kiedy rozwijamy się duchowo, a nasza świadomość się pogłębia, pewne rzeczy staja się oczywiste. Między innymi poczucie własnej doskonałości. Poczucie harmonii. Poczucie dobrostanu w każdej życiowej sytuacji. Wówczas łagodność bywa naturalną reakcją na wszystkie zjawiska. Dostrzegam ją u mądrych lamów buddyjskich i tych najprostszych ludzi, żyjących w harmonii z naturą – ludzi, którzy często są analfabetami, ale z miłością przytulają do serca każde żyjątko i całują okruch chleba, który spadł im na podłogę. Wyciszeni, świetliści, nigdy nie podnoszą głosu i nie czują najmniejszej potrzeby, by z kimś lub czymś walczyć.

Prawdziwa łagodność nie jest naiwnością ani „frajerstwem”. Wyrasta z bezwarunkowej miłości do Wszystkiego Co Jest. Opiera się na mądrej akceptacji pojawiających się wydarzeń i rozumieniu sensu naszego życia. Jest wewnętrzną ciszą, wolną od niechcianych emocji, w której cierpliwie pracujemy nad wzorcami, aż ich więzy zsuną się z naszej duszy. Analogicznie: manifestowanie siły jest bezmyślnym szarpaniem się w łańcuchach, które z każdym ruchem mocniej wbijają się w ciało i zaciskają na szyi, pozbawiając oddechu. Dlatego wybieram łagodność.

Bogusława M. Andrzejewska