Jasność

Jasność to precyzja. Ale i głębia. Jasność to oświetlenie intelektualne wielowymiarowości zarówno naszego istnienia, jak i prawd, które powtarzane przez wieki idą za ludzkością. Zbudowane na doświadczeniu wielu pokoleń wyznaczają szlak, którym większość idzie nawykowo, nawet nie oglądając się na boki. Jeśli komuś wydaje się, że można bezpiecznie iść wydeptanym szlakiem, to jest w błędzie. Wszystko pulsuje i zmienia się wraz z naszą własną transformacją. A to oznacza, że w niespodziewanym zupełnie miejscu może pojawić się przepaść.

Tym wszystkim, którzy interesują się rozwojem duchowym i przeczytali kilkanaście książek o duchowości, czasem wydaje się, że wszystko jest jasne. Zasady Prawa Przyciągania są oczywiste, spójne, logiczne, a więc i wszystko inne jest przecież takie jednoznaczne. „Mów prawdę. Żyj uczciwie. Pomagaj innym. Kochaj. Akceptuj odmienne poglądy. Dawaj prawo do samostanowienia.”… Z patosem wymieniają zasady, a nierzadko biorą się za nauczanie lub pouczanie innych. Co z założenia jest rzeczą dobrą, bo stymuluje ludzi do myślenia i określania samych siebie. Nawet niemądry nauczyciel spełnia cenną rolę zmusza do myślenia i znalezienia kontrargumentów.

Tymczasem sztuka życia polega na rozumieniu, że nic nie wiemy. Każda sytuacja jest unikalna. Jedyna. I wymaga indywidualnego podejścia. Nie ma jedynie słusznej racji. Nie ma przepisu na sukces. Nie ma człowieka, który wszystko wie. Nie ma nieomylnych jasnowidzów. Nie ma zasady, która zawsze się sprawdza. Nie ma instrukcji, jak postępować. Jasność jest dostrzeganiem wielowymiarowości każdego pojęcia. Nawet tak oczywistego jak prawda.

Czym jest prawda? Twoja prawda czym jest? A moja? A prawda uniwersalna? W słynnej historii o trzech ślepcach, którzy spotykają słonia, jeden łapie za nogę, drugi za trąbę, a trzeci za ogon. Każdy opisując słonia opisuje go inaczej. Który kłamie? A może każdy mówi prawdę? Jasność umysłu to postrzeganie z pozycji słonia, który widzi, że każdy ze ślepców dotyka innej jego części i każdy do tej jednej się ogranicza. Jasność to także w przypadku ślepca obchodzenie słonia dookoła i wspięcie się na jego grzbiet, by dotykiem poznać cały jego kształt, by usłyszeć bicie jego serca i zakołysać się w rytm jego kroków. Tylko wtedy można ostrożnie definiować prawdę. Ostrożnie.

Jasność to rozumienie, że prawda jest iluzją. To tylko idea. To tylko pogląd, który można obalić najprostszą demagogią. Jasność to sięganie do głębi swojego serca i odnajdywanie w nim esencji istnienia. Tego, co jest poza ideą i poza poglądem. Prawdziwa jest tylko miłość. Ale równie prawdziwe jest życie i doświadczanie, bo jest drogą do kochania. I upartym poszukiwaniem tego, co dla nas jest najbliższe: miłości, dobra i piękna. Za każdym razem to może być coś innego. Ważne, by wyjść z pozamykanych skrzętnie szufladek, w których upchnęliśmy swoje „zasady”.

Oto konkretne przykłady. Ktoś wybiera się w miejsce, o którym wiesz, że nie jest dobre. Na przykład na kurs, na którym nic nie skorzysta, natomiast wpadnie w szpony sekty. Istnieje zasada, która mówi, że każdy ma wolną wole i prawo wyboru. To piękna zasada. Pozwala nam zostawiać drugiego człowieka z jego decyzją i zachwycać się harmonią wszechświata oraz powtarzać, że wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być. Tak najlepiej i najwygodniej. Zostawić.

Ale czy wiesz, że najgorszą winą bywa zaniechanie? Jest takie powiedzenie, że największe zło jest nie wtedy, kiedy ktoś zły robi krzywdę, tylko wtedy, kiedy dobry milczy i na to pozwala. Wierzę w to. Dlatego czasem łamię zasadę akceptacji i ostrzegam ludzi przed czymś. Niektórzy mają mi to za złe i burczą na mnie: „nie mów mi, co mam robić, a czego nie robić, to moje życie”. Pozwalam im burczeć i odchodzę w poczuciu, że zrobiłam to, co mogłam. A reszta należy do tej osoby. Bo to naprawdę jej życie, a nie moje i ma prawo sama o sobie decydować. Czasem jej dusza potrzebuje bólu i straty, które znajdzie właśnie tam, gdzie się pcha pomimo ostrzeżeń.

W praktyce zwróćcie proszę uwagę my nie mamy żadnego wpływu na innych. Czy możemy komuś zabronić, by gdzieś poszedł czy coś zrobił, jeśli tego właśnie pragnie? Pomijając nieuczciwy szantaż nie ma szans. Każdy robi to, co chce. Nasze ostrzeżenie, wyrażenie naszego zdania nikomu niczego nie odbiera. Jest pokazaniem innej ewentualności. Jest odsłonięciem na chwilę innego wymiaru tego, w którym wszystko potoczyło się inaczej i zdecydowanie szczęśliwiej. Jednak rzecz w tym, że my możemy sobie poteoretyzować, a każdy i tak zrobi to, co chce. „Pozwalanie” komuś, by szedł własną drogą nie jest żadnym wyborem. Jest tym, co jest. A pouczanie typu: „nie wtrącaj się, niech on robi co chce, zaakceptuj jego wybór” jest równie bezsensowne, jak powiedzieć: „pozwól deszczowi, by padał”. I tak pada. Zauważacie to? Podręczniki do rozwoju są naszpikowane pozbawionymi sensu ogólnikami, które brzmią tak ładnie, a nie mają żadnego realnego zastosowania.

Czasem, kiedy komuś coś pokazujemy, ludzie nam ufają i zawracają z drogi. Unikają koszmaru. Wtedy wiemy, że zostawianie i pozwalanie, by się działo, jest czystym wygodnictwem. Gdyby nasze życie miało polegać na biernej obserwacji i biernym doświadczaniu jest taka teoria to byłoby bez sensu. Bo to by oznaczało, że mamy tylko jedną jedyną lekcję akceptować to, co jest. Cokolwiek jest. A my mamy dokonywać wyboru i podejmować decyzje. To jest rozwój. Decyzje. Ponieważ to decyzje są ruchem energetycznym. Nie bierna akceptacja. Chyba, że podejmę decyzję zostawiam, odpuszczam. To też ruch energetyczny.

I teraz popatrzmy z drugiej strony. Matka i dorosłe dziecko, które chce czegoś doświadczyć i rwie się do życia na swój sposób. Matka cierpi, szarpie się i płacze, bo chce mieć nad potomstwem kontrolę. Jakże tutaj pasuje powiedzenie: „pozwól mu decydować o sobie”. I każdy zobaczy, że skrytykowana przeze mnie bierna akceptacja staje się w takim przypadku świadomym odpuszczeniem, a więc decyzją i pozwoleniem, by ktoś sam kreował swoje życie. Kosztem błędów i pomyłek, rozbijając sobie nos i kolana. Czasem to właśnie jest najlepsze.

Moja refleksja jest taka nic nie jest zawsze takie samo. Nie byłoby lekcji, nie byłoby wyborów, gdyby wszystkie zasady działały identycznie. Wystarczyłoby się nauczyć na pamięć zasad i… zero decyzji, zero rozwoju, jedziemy na pilocie automatycznym! Jestem przeciwna takiej jeździe! Ona nie jest wzrastaniem. Być może stereotyp: „pozwólmy ludziom robić, co chcą” brzmi mądrze, ale jak zobaczymy, że ktoś kopie psa albo kota, to zareagujemy. Nie zawsze mamy pozwalać na wszystko. Mamy za każdym razem na nowo decydować.

Milczące przyzwalanie na zło, kiedy można mu się przeciwstawić jest moim zdaniem niewłaściwe. A mądrości o tolerancji i akceptacji to racjonalizowanie własnego lenistwa. I ogromne nadużycie duchowych zasad. Bo chociaż należy dawać ludziom prawo wyboru, to przede wszystkim należy im pokazać wszystkie możliwości. Ktoś kto kopie psa, bo go ugryzł, może nie wiedzieć, że psa można nauczyć innego zachowania w sposób łagodny. Ktoś, kto idzie na szkolenie, bo w reklamie usłyszał słodkie słówka, może nie mieć pojęcia, że zostanie wykorzystany i zmanipulowany. Nie pozbawiamy nikogo suwerenności w decydowaniu pokazujemy więcej opcji.

Jeden z moich znajomych czasem wypijał za dużo piwa i po powrocie robił żonie awantury. „Dlaczego to robisz? pytała rozżalona przecież to nie jest w zgodzie z duchowością, którą tak cenisz. Powinieneś stosować to, w co wierzysz”. „Jest w zgodzie odpowiadał jej przecież robię ci awantury tylko dlatego, że masz w sobie taki wzorzec i to przyciągasz”. Oboje mieli rację. Co nie zmienia faktu, że moim zdaniem on nadużywał duchowych zasad, by uwolnić się od odpowiedzialności. W istocie możemy bezczelnie kopnąć kogoś w kostkę i powiedzieć: „zrobiłem to, bo taką masz karmę”. To prawda gdyby nie było takiego wzorca, nie byłoby kopniaka. Ale czy takie działanie jest harmonijne? Czym jest zatem harmonia? Czym jest prawda?

Jasność, to oświetlenie innych aspektów danego pojęcia. To spojrzenie wielowymiarowe. To odnalezienie w swoim sercu latarni, która pokazuje Miłość i Dobro. To, co jest najlepsze na dany moment. Za każdym razem to może być coś zupełnie innego. Przypisywane Sokratesowi „wiem, że nic nie wiem” nabiera głębszej wymowy, kiedy uświadomimy sobie, że nie istnieją żadne trwałe zasady. Nie ma nic, na czym moglibyśmy się oprzeć raz na zawsze, odpuścić i zająć podziwianiem widoków, zamiast rozwojem. Autopilot jest złudzeniem. Jasność jest drogą. Życzę Wam Kochani Moi odnalezienia w sobie Jasności.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Harmonia rozwoju

Każdy terapeuta i trener ma swoje własne metody pracy. Być może najczęściej jakimś standardem jest wynajdywanie u człowieka trudności i obracanie ich na wszystkie strony. Ludzie przychodzą z problemem, a terapeuta, który go wzmacnia i niemal stawia na ołtarzu zaskarbia sobie pochwały, że nie lekceważy tego, co boli klienta. Ma to sens. A dodatkowo pomaga terapeucie kręcić się w tym, co jest bliskie jemu i jego świadomości ubóstwa. Tak, tylko świadomość ubóstwa ogniskuje uwagę na brakach i problemach, ale o tym wiemy – to oczywiste.

Ja pracuję inaczej. Od zawsze. Ponieważ od ponad dwudziestu lat uczę pozytywnego myślenia, na pozytywach się skupiam. Zgodnie z Prawem Przyciągania zasilam dobre słowa, dobre myśli, dobre aspekty, a nie to, co trudne. Zasilam rozwiązanie, przeciwwagę problemu i tam szukam uzdrowienia. To nie oznacza pomijania sedna, a wręcz przeciwnie. Pracuję w ten sposób, ponieważ ta forma niezmiennie przynosi efekty. A skuteczność jest dla mnie najważniejsza.

Mówiąc najprościej – Światłem rozpraszam ciemność. Bo jeśli wchodzisz do ciemnego pomieszczenia, a chcesz mieć w nim jasność, to czy stając w progu zachwalasz ciemność, mówisz o niej, analizujesz skąd się wzięła? A może klepiesz ją po pleckach powtarzając, że wszyscy nurzamy się w ciemności, więc i ja się ponurzam….? A może gloryfikujesz ciemność, powtarzając, że to ludzkie, prawdziwe, normalne, niech więc będzie, nic się nie stanie? A może po prostu przekręcasz kontakt i zapalasz Światło? Ja właśnie zapalam Światło. Taka jestem – to moja harmonia. Zawsze chcę być jak najbliżej Światła.

A teraz konkretne przykłady. Przychodzi do mnie ktoś, kto uskarża się na niepunktualność. Nie rozwijam tematu problemu, nie szukam przyczyn, ale zadaję ćwiczenia, które odwracają energię takiej osoby w stronę punktualności. Rozwijamy punktualność. Nie poświęcam uwagi cieniowi, lecz zapalam Światło. Proste, prawda?

Kiedy przychodzi ktoś owładnięty lękami, umie je nazwać, a często zna przyczynę – rozpuszczamy w Świetle tę przyczynę, a następnie rozwijamy odwagę. To też działa. I nie ma najmniejszej potrzeby sięgać do przeszłości, wywoływać traumatycznych wspomnień, które leżą u podłoża. Energia jest jedna. I chociaż proces uzdrawiania trwa o wiele dłużej, niż sam opis tutaj, to bez wątpienia nie wymaga on babrania się w przeszłości dłużej niż w jednym informacyjnym zdaniu.

Z wysokiego poziomu energetycznego świat wygląda lepiej, umysł pracuje klarowniej, a sposoby uzdrowienia pojawiają się w sposób oczywisty. Gdybyśmy zaczęli skupiać się na trudnościach, analizując je szczegół po szczególe, energia automatycznie zjedzie w dół i niewiele można będzie zrobić. To także oczywiste. Właśnie dlatego nauczyciele Prosperity pilnują, by być cały czas w tak zwanym przepływie, w wysokiej energii, która poprowadzi do najlepszych rozwiązań. Jest nawet takie powiedzenie, że problemów nie możemy rozwiązywać z tego poziomu, w którym powstały. To oznacza właśnie dokładnie to, co próbuję przekazać – aby znaleźć uzdrowienie, musimy wyjść poza tematykę problemu, poza ciemność i zapalić Światło. Światło dobrych myśli, dobrych słów i dobrego planu na przyszłość.

To nie oznacza wypierania problemu, czy zaprzeczania mu. To oznacza szukanie przeciwwagi, by w miejsce dysharmonii wprowadzić harmonię. W miejsce lęku – odwagę. W miejsce oporu – otwartość. W miejsce kompleksów – wiarę w siebie. W miejsce bierności – aktywność. W miejsce poddania – asertywność… Powołanie nowej jakości jest uzdrowieniem, ponieważ nowa energia mówiąc obrazowo „wypchnie” starą. To oznacza, że obudzenie w sobie odwagi, zastępuje lęk. Nie muszę więc nic robić z samym lękiem.

Można to wyjaśnić jeszcze inaczej. Wyobraźmy sobie skalę – jedną linię, gdzie po jednej stronie jest np. lęk, bieda, niska samoocena, a po drugiej odwaga, bogactwo, wysokie poczucie wartości. Harmonijny rozwój osobisty to przesuwanie suwaka na tej skali. Akcentując odwagę, bogactwo, wysoka samoocenę sprawiam, że energetyczny suwak wewnątrz mnie zmienia swoje położenie. Myśl kreuje rzeczywistość i prowadzi do tego, czego oczekuję. Jeśli zacznę analizować lęk, to siłą umysłu kieruję suwak w stronę lęku. Jaki to ma sens? Chwalenie się trudnościami jest jak gadanie do ciemnego pokoju, że ciemność jest fajna, zamiast przekręcić kontakt i zapalić Światło.

Nie do każdego przemawia to, co skuteczne. Ludzie czasem szukają kogoś lub czegoś, co wyolbrzymi ich cierpienie, wówczas czują się dowartościowani przez ogrom swojego bólu. Wydaje się absurdalne? Ale nie jest. Żyjemy w kraju, w którym martyrologia równała się zawsze sławie i chwale. Jeśli nie można walczyć na wojnie, można chociaż być wielkim cierpiętnikiem, który jest dumny ze swojego cierpienia. Zgodnie z harmonią przyciąga się wówczas terapeutę (przyjaciela, nauczyciela, słuchacza), który będzie dumny z tego obnoszenia się z trudnościami i cierpieniami. I będzie to w nas zasilał, zamiast uzdrawiać. Ale nam będzie z tym dobrze, bo rezonuje to z naszą wewnętrzną prawdą. A to, że nie ma nic wspólnego z prawdziwą harmonią – to bez znaczenia. Gdzie jest napisane, że każdy dąży do harmonii z Wszechświatem? Nigdzie. Dla niektórych szczęściem jest bycie cierpiętnikiem i nurzanie się w bólu.

Każdemu według potrzeb. Wszechświat obdarza nas tym, czego pragniemy. Jeśli chcemy być dumni z cierpienia – jesteśmy. Jeśli chcemy być naprawdę szczęśliwi – jesteśmy. Harmonia wewnętrzna polega na tym, że nasza matryca przyciąga do nas to czym promieniujemy. Cierpiętnik będzie przyciągał trudności, a świadomość prosperująca radosne i pomyślne wydarzenia. Wszystko będzie spójne, ale ten pierwszy utknie w energetycznym błocie, a ta druga będzie w harmonii z wszechświatem i Najwyższym Źródłem. Pierwsza postawa nie ma nic wspólnego z rozwojem. Druga prowadzi po prawdziwego pokonywania trudności i wzrastania.

Prędzej czy później nawet cierpiętnik straci cierpliwość i zada sobie pytanie, dlaczego tkwię w miejscu? Dlaczego nic się nie zmienia? Ale zmiana wymaga zgody na odejście od iluzji, w których trudność, ból, problematyczne emocje i paskudne wspomnienia są czymś OK. Nie są. Rozwijamy się po to, by odejść od tego, co nam nie służy. Akceptacja negatywnych emocji nie jest tym samym, co zgoda na to, by nami władały bez końca. Akceptacja jest rozumieniem, że pojawiły się jako istotne drogowskazy do zmiany i odejścia od cierpienia w stronę radości i zadowolenia.

Rozwój z definicji to pozytywna zmiana. Nie można więc nazwać rozwojem stanu, w którym zgadzamy się na trudności i cierpienia. Nie należy też z nimi walczyć, ponieważ to, z czym walczymy – zasilamy. Logicznie rzecz biorąc jest tylko jedna właściwa droga – zapalenie Światła. To czuję od zawsze i to u mnie działa bez pudła. Aczkolwiek z ogromną wdzięcznością pochylam się tutaj przed moimi nauczycielami, którzy mi to pokazali. Dziękuję im z serca, bo to dzięki nim jestem na takiej pięknej ścieżce. Gdybym mogła cofnąć czas, poszłabym tą samą drogą, by być tutaj gdzie jestem. Oto moja harmonia.

Prawdziwa dojrzałość szanuje autorytety, ponieważ to one są źródłem najbardziej harmonijnej Prawdy. Tej, która prowadzi do harmonii z Wszechświatem. Zatem choć samostanowienie uczy nas samodzielności, to ścieżki i przekonania należy kreować w szacunku dla tych, którzy idąc przed nami odsuwali nam spod nóg przeszkody. I czasem czuję się w tym jak Jednorożec, jak dziwoląg, kiedy inni obok mnie chwalą się cierpieniem lub chwalą trudności, kiedy  zasilają to, czego w gruncie rzeczy wcale nie chcą. Dostrzegam jednak i czuję całą sobą piękną harmonię z wszechświatem właśnie wtedy, kiedy uparcie trzymam się tego, czego mnie nauczono.

Skąd ten artykuł? Jako podziękowanie za cudowny przekaz od Mistrzów i Nauczycieli z Kronik Akaszy, którzy słowami pewnej miłej pani powiedzieli dokładnie to samo, co jedna z moich duchowych nauczycielek dwadzieścia lat temu: „Pracuj nad dobrymi cechami, a te „złe” same od Ciebie odejdą”. Tego się trzymam od lat, niezmiennie czując, że to jest właśnie prawdziwy rozwój i prawdziwe Dobro. Dziękuję za potwierdzenie z Najwyższego Źródła. Dziękuję za każde piękne doświadczenie, które zachęca mnie do tego, by nadal zapalać Światło, zamiast szarpać się z ciemnością.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia dobra

Dobro samo w sobie jest harmonijne, nie wymaga więc żadnego komentarza ani opisu, jednak nie każdy wie, czym jest dobro, a często nawet tworzy dla niego własne definicje. Tymczasem ta piękna jakość cudownie trzyma się złotego środka i jest dla mnie tak jednoznaczna, że wszelkie dyskusje wydaja mi się czasem zupełnie niepotrzebne. Jednak okazuje się, że to co dla mnie oczywiste, dla innych niekoniecznie. Dlatego piszę parę słów, aby każdy mógł popatrzeć na to swoimi oczami i ustalić, jak sam to widzi.

Złoty środek naszej życzliwości i troski o innych, to umiejętność okazania serca i pochylenia się nad drugim człowiekiem. To codzienne wsparcie, ale też spontanicznie rzucone dobre słowo, komplement, pochwała. Dobroć to dla mnie uśmiech, który poprawia komuś dzień i przytulenie, które podnosi energię.  Ale to także umiejętność akceptowania odmienności i pozwalanie innym, by byli szczęśliwi na swój sposób. Myślę zatem, że bycie dobrym to najczęściej powstrzymywanie się od złych słów, gestów, od krytyki i niemiłego zachowania, kiedy ktoś inny jest po prostu sobą.

Dobroć nie powinna być jednak poza asertywnością, nie jest więc poświęcaniem siebie, nadstawianiem policzka i podkładaniem się do bicia. Nie jest też dobroć ustawicznym zamartwianiem się i użalaniem nad inną osobą. Prawdziwie mądry człowiek wzmacnia innych, podaje rękę, ale nie niesie na swoich plecach. To dla mnie oczywiste.  Moi uczniowie wiedzą, że chwalę, wspieram, podpowiadam, ale nie pozwalam, by się ode mnie uzależnili w jakikolwiek sposób. Czasem nawet niektórzy są nieco rozczarowani, kiedy nie podejmuję za nich decyzji, lecz zachęcam do samodzielności. Jednak to jest właśnie złoty środek – być obok i dawać poczucie bezpieczeństwa, ale nie wyręczać nikogo.

Moja Babcia mówiła: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Ta wskazówka ładnie wpisuje się w złoty środek i pokazuje, czym jest dobroć. Nikt nie płacze, kiedy asertywnie nie poddajemy się manipulacji, ale cierpi, kiedy go najzwyczajniej w świecie skrzywdzimy. Kiedy poniżamy, ośmieszamy, dewaluujemy, aby dowartościować samych siebie. Nikt z nas nie jest w stanie zaspokoić oczekiwań wszystkich znajomych i nie po to żyjemy na świecie, by spełniać cudze zachcianki. Dobroć zatem to nie ten, który własnym kosztem zaspokaja kaprysy drugiej osoby. Dobroć to ten, który umie ugryźć się w język, jeśli wie, że jego zdanie sprawiłoby komuś przykrość. Nie ma nic gorszego niż nadmuchana prawda wygłoszona z patosem. To bardzo często okrucieństwo schowane pod korcem. Potwornie fałszywe, ponieważ usprawiedliwiane bezwzględnym: „przecież ja tylko mówię prawdę”.

Dobry człowiek nie mówi tego, co myśli, jeśli to komuś zaniży energię, ponieważ jego priorytetem jest szczęście innej osoby. Jeśli owa prawda nie jest niezbędna do wyjaśnienia ważnych okoliczności, nie powinna zostać wyartykułowana. Znam jednak ludzi, którzy wygłaszają swoje prawdy z ogromna satysfakcją, ciesząc się z tego, że komuś płyną łzy. „I cóż, niech sobie popłacze, życie to nie jest bajka” mówią, czerpiąc radość z cudzego nieszczęścia. Jest w tym też element zemsty za to, że ich życie było ciężkie. Cierpienie drugiej osoby jest dla nich wyrazem sprawiedliwości świata. Tacy ludzie nie są dobrzy i nie mają pojęcia, co to jest Dobro, nawet jeśli na co dzień odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki. To zwolennicy wyrównywania rachunków i biczowania innych. Z dumą powtarzają: „mam prawo mieć swoje zdanie i je wypowiadać”. Oczywiście. Mają prawo. Pytanie powstaje: jakim kosztem?

Po tym właśnie odróżniamy prawdziwe Dobro od tego, co zakompleksione, niskie i egocentryczne. To pierwsze zadaje sobie pytanie: czy moja racja jest tutaj ważna? Czy powinna zostać wygłoszona? Czy to co powiem przyniesie komuś coś dobrego? To pierwsze jest zazwyczaj ciche i łagodne, pełne akceptacji i pozytywnej troski. To drugie ma ludzkie uczucia tam, gdzie światło nie dochodzi i kieruje się wyłącznie potrzebą zwrócenia na siebie uwagi. To drugie jest pełne lęku przed odrzuceniem i rozpaczliwie potrzebuje aprobaty, więc wykrzykuje swoje poglądy, by chociaż na chwilę zyskać dla siebie trochę uwagi. Nikt naprawdę wrażliwy nie zachwyci się tym drugim, ale to już osobna historia.

Tym bardziej zachęcam do pracy z prosperitą i pozytywnym myśleniem, ponieważ człowiek szczęśliwy nigdy nikogo nie krzywdzi i na nikim nie bierze podświadomego odwetu za swoją trudną przeszłość. Umie tę przeszłość zapomnieć. Świadomość prosperująca szuka Światła wszędzie i sama je tworzy. Wspiera, podnosi i ociera łzy. Nie ma dla niej jakości ważniejszej od Dobra i bezwarunkowej miłości i nie kłapie buzią bez zastanowienia. Przede wszystkim jednak Świadomość Prosperująca to człowiek o wysokiej samoocenie, która pozwala schować swoje racje głęboko w sobie, jeśli ich wygłaszanie miałoby komuś zadać ból.

Wysokie poczucie wartości to ogromnie istotna jakość. Zwróćcie proszę uwagę na takie sytuacje, kiedy ktoś bezmyślnie i bezzasadnie rani drugą osobę, tylko po to, by pokazać, że sam jest lepszy, mądrzejszy, ważniejszy. Po co to robić? Jaki to ma sens? Koń jaki jest, każdy widzi, a ból zadany drugiemu człowiekowi wróci do nas zwielokrotniony, po co więc krzywdzić? Jest tylko jedna siła, która zaślepia i tworzy z normalnego człowieka kata: poczucie bycia gorszym, które tak boli, że chcemy ten ból uśmierzyć idąc po trupach. Niektórzy uważają, że to demony zwodzą ludzi z dobrej drogi, a ja uważam, że największym demonem ludzkości jest niskie poczucie wartości i rozpaczliwa potrzeba udowodnienia światu swojej wielkości i ważności. Stąd biorą się najgorsze zbrodnie. Stąd wyrastają codzienne złośliwości i ataki, którymi depczemy godność drugiej osoby.

Dobroć to pokazywanie drogi w ciemnościach, ale to także szacunek dla odmiennych poglądów i akceptacja innego zdania. Czasem to ogromnie trudna lekcja, kiedy np. nasz przyjaciel ma diametralnie odmienne poglądy polityczne. Jednak z własnego doświadczenia mogę powiedzieć – da się z tym żyć. Da się z tym pielęgnować przyjaźń, kiedy skupiamy się na tym wszystkim, za co kochamy przyjaciela, a nie na tym, co nas różni. Mam taką przyjaciółkę, która od zawsze ujmuje mnie swoją dobrocią i prowadzę z nią długie fascynujące rozmowy, w których omijamy po prostu to, co nas dzieli. Obie znamy swoje zdanie i wiemy, czego nie dotykać. Nie ma  w nas złośliwości i potrzeby udowadniania jedna drugiej, że nie ma racji. Trudne, ale możliwe. Myślę więc, że dobroć jest wtedy, kiedy ciepłe uczucia dla drugiej osoby są dla nas ważniejsze niż to, że ma „swoje dziwne” poglądy. Niech sobie ma, jeśli jest z tym szczęśliwa.

Dobroć nie wywiera nacisku i nie mówi: „kłamiesz”, jeśli to, co mówimy brzmi inaczej niż oczekujemy. Bywa tak, że chcielibyśmy, aby ktoś przyznał się do czegoś, co wyraźnie u niego widzimy. Ale on absolutnie tego nie potwierdza. Warto pamiętać, że człowiek wie o sobie najmniej. Emocje potrafią stworzyć skuteczny nieprzenikniony mur, spoza którego wielu nawet całkiem dużych jakości dostrzec nie sposób. Pewne rzeczy wypieramy. Innych po prostu nie chcemy widzieć, bo nie jesteśmy gotowi zmierzyć się ze swoim cieniem. Każdy ma do tego prawo. A mądry nauczyciel (przyjaciel, terapeuta) umie to zaakceptować i nie krytykuje takiej osoby. Dobro pozwala znaleźć wytłumaczenie, zamiast osądzania.

Dobroć to także ogromna cierpliwość i świadomość, że każdy ma swój czas i jest w najlepszym dla niego punkcie rozwoju. Zdarza się, że mój uczeń w kółko kręci się w swoim wzorcu i nie pomagają żadne tłumaczenia i zmiana metod pracy. Chociaż widzę przysłowiowe „rzucanie grochem o ścianę” – pozwalam. To jego życie. Nie ośmieliłabym się go wyśmiać, poniżyć czy skrytykować. Jest we właściwym miejscu i czasie. Jak każdy. Aby dostrzegać harmonię, trzeba samemu być harmonijnym. Czasem o tym zapominamy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Astro Art

Szukałam tej metody od lat, odkąd nauczyłam się harmonizować karty numerologiczne. Metoda korekty portretu funkcjonuje jak walizka z narzędziami do przepracowania życiowych lekcji i pomaga lżej przebrnąć przez wszystkie losowe zakręty.  Zachwycona skutecznością zmian numerologicznych próbowałam znaleźć coś, co w ten sam sposób będzie można odnieść do astrologii. Bo dlaczego horoskop ma być tylko bezradną analizą, która wskazuje wybrane trudne doświadczenia, nie dając człowiekowi nic oprócz informacji? W czym jest lepsza numerologia? Dlaczego wystarczy kilka nowych imion i zaczynamy czuć się lżej, radośniej? Dlaczego po harmonizacji znika uporczywy pech, odnajdujemy nagle dobrą pracę i miłość? Tu i tu mamy do czynienia z wibracjami, które w odpowiedni sposób wpływają na naszą podświadomość. Zatem wiedziałam, że istnieje taka właśnie metoda, która oswoi planetarne działanie.

Od wielu lat rozmyślałam o tym, jak sensownie zamienić horoskop na barwny obraz. Jednak nie chodziło mi o rozpisanie mapy nieba  robią to rozmaite programy astrologiczne. Większość z nich ma wbudowaną opcję kolorową, a wydruk kosmogramu wygląda w kolorach po prostu bajecznie. Szukałam przełożenia, które uzdrowi to, co dla nas jest największym wyzwaniem. Czegoś, co zniweluje wpływy Plutona czy Saturna, pomagając nieinwazyjnie przepracować lekcję, jakie ze sobą niosą „złoczynne” planety.

Odkąd maluję obrazy metodami Pure Art oraz He Art, doświadczam nieustannie cudu artystycznego uzdrawiania. Moją apteczką stało się pudło z farbami. Moją terapią  malowanie. Magia sztuki wypełniła mnie na wszystkich poziomach, pozwalając dotknąć niewysłowionej ciszy we wnętrzu serca. Tam odnalazłam metodę Astro Art, która harmonizuje horoskop astrologiczny w takim stopniu, aby łatwiej nam było uwolnić wszystkie szkodliwe wzorce.

Każdy obraz namalowany z ciszy uzdrawia. Piszę o tym w wielu miejscach na tej stronie. Malowanie uruchamia podświadomość. Obraz  bardziej niż jakiekolwiek słowa czy afirmacje  dociera do naszego wnętrza i kształtuje je, pomagając odnaleźć pierwotny idealny wzorzec. W podobny sposób działa przecież Mapa Marzeń. Każdy, kto kiedykolwiek wypróbował tę metodę wie doskonale, jak skuteczne jest stworzenie obrazkowego przewodnika dla naszej podświadomości. Prowadzona taką mapą podąża ona w wybranym przez nas kierunku.

Dzieje się tak, ponieważ zostaliśmy zaprojektowani idealnie. Mamy w sobie moc korygowania wszystkiego, co zostało uszkodzone w jakikolwiek sposób. Wystarczy zaobserwować, co dzieje się w przypadku skaleczenia. Krew krzepnie, rana się zasklepia, zabliźnia i w krótkim czasie skóra i naskórek zostają odbudowane. Jeśli uszkodzenie jest niewielkie, to po rozcięciu zazwyczaj nie ma nawet śladu. Cząsteczki naszego DNA niosą w sobie zapis, jak mają odbudować uszkodzone tkanki.

Jeśli ktoś słusznie zauważy, że malowanie obrazu nie jest zapisem tak doskonałym jak kody DNA, to spieszę przypomnieć, że terapeutyczne działanie ma wyłącznie malowanie „z ciszy”, czyli połączone z Najwyższym Źródłem tworzenie w Polu Serca. Tutaj można znaleźć analogię do metod kwantowych, których nikt już nie podważa. Jeśli uzdrawia nas połączenie dwóch punktów, to tym bardziej twórcze działanie może nas poprowadzić do odnalezienia właściwego wzorca. Kluczowe jest tutaj przejście na wyższy poziom świadomości i oddanie prowadzenia energii. To nie my malujemy. Podobnie jak w metodach kwantowych nie uzdrawia człowiek, który złączył dwa punkty. Uzdrawia Pole.

Jest wiele metod terapeutycznych, których zadaniem jest w gruncie rzeczy wejście w Pole i z tamtego poziomu uporządkowanie tego, co wypadło z harmonii. Z całą pewnością bazują na tym metody kwantowe. Ale i Ustawienia Hellingerowskie odtwarzają układy naszych relacji z ludźmi i ze światem, a następnie uzdrawiają poprzez poukładanie ich w Polu. Kto raz bodaj doświadczył, ten wie, jaką Moc niesie w sobie owo magiczne Pole, w którym znajdziemy prawdziwie boskie możliwości. Naszym zadaniem jest jedynie odnaleźć spójne połączenie i oddać prowadzenie Najwyższemu Źródłu. Ustawienia, Astro Art, He Art, Dwupunkt  to tylko sztuka połączenia z Polem, w którym wszystko wraca do harmonii. Jest to też jak wejście do ogromnego skarbca, z którego możemy czerpać bez ograniczeń. Jak zanurzenie się w oceanie wszechogarniającej miłości. I tu pojawia się przestrzeń dla terapeuty.

Zadaniem terapeuty jest właściwa interpretacja tego, co niesie ponadczasową wiedzę i mądrość. To nie jest to samo, co zobaczenie ładnego obrazka pod powiekami i chęć namalowania sobie kwiatka czy piórka. To oddanie prowadzenia energii Pola. Łagodne i mądre wycofanie się z wymyślania kształtów. To wymaga odpowiedniego przygotowania, praktyki, ale i czegoś więcej  wrażliwości na subtelne energie. Po to są odpowiednie kursy, inicjacje i ćwiczenia, które pozwalają na pełną akceptację tego, co przychodzi oraz na uchwycenie Światła, by rozproszyć mrok.

Niedawno przeczytałam fragment duchowego przekazu na temat Języka Światła, który w gruncie rzeczy jest dostępny dla każdego z nas, jeśli nauczymy się łączyć z naszym Wyższym Ja. Manifestuje się on najczęściej poprzez sztukę, pracę z Reiki i działania w Polu Serca. Język Światła jest międzywymiarowym językiem zrozumiałym dla każdego na poziomie duszy. Dopasowuje się on automatycznie do wibracji każdego człowieka, inicjując, aktywując i porządkując nas na poziomach energetycznych. Dociera on przede wszystkim do naszego ciała świetlistego, ponieważ jego częstotliwość tam jest najbardziej potrzebna.

Uświadomiłam sobie, że kolory to światło. W tym momencie domknęły się we mnie wszystkie informacje i ostatecznie poczułam całą sobą, jak i dlaczego działa Astro Art. Ta metoda  podobnie jak Pure Art i He Art  łączy w sobie moc interpretacji Języka Światła i przenosi go bezpośrednio w naszą podświadomość, oczyszczając nas z tego, co nam nie służy. Na zakończenie dodam, że posługiwanie się Językiem Światła jest możliwe wyłącznie z poziomu serca. Nie każdy obraz nazywany intuicyjnym czy energetycznym jest taki w istocie, bo „czytania z Pola” trzeba się z pokorą i szacunkiem nauczyć. Połączenie sztuki ze znajomością astrologii zawęża krąg osób, które mogłyby malować obrazy o negatywnej zawartości i próbować je sprzedawać jako uzdrawiające. Astro Art jest unikalną sztuką, której nie można podrobić.

Bogusława M. Andrzejewska

Złoty środek

Wszystko opiera się na wewnętrznej równowadze. Aby ją osiągnąć, warto zaczerpnąć z obu stron – z Yin i Jang, ze Światła i z cienia. Dopiero to, co jest efektem pośrednim okazuje się najlepsze. Jeśli to sobie uświadomimy, zrozumiemy sens dualizmu i tych wszystkich duchowych przekazów, które zalecają, aby wyjść poza rozróżnienie. Czasem myślę, że nie ma żadnych właściwych recept na życie i żadnych zaleceń, które zawsze zdają egzamin. Istnienie przynosi nam tyle zaskoczeń, że warto być elastycznym i czerpać właśnie ze złotego środka.

Pierwszy z brzegu przykład to dobroć i łagodność. Warto być dobrym ze wszech miar i pisząc to wiem doskonale, że ludzie tacy właśnie są – dobrzy. Kiedy reagują spontanicznie i bez przeszkód, to pokazują przede wszystkim dobre serca. Wystarczy przypomnieć sobie jakikolwiek kataklizm, jakąkolwiek trudną sytuację, w której ktoś gdzieś cierpi. Natychmiast obok pojawiają się inne osoby, które podają rękę, dzielą się jedzeniem, lekarstwami, ubraniem, nie czerpiąc z tego żadnych zysków. Dobroć jest integralną częścią naszej duszy. Nie mam wątpliwości.

Ale bywa i tak, że w sytuacji może mniej dramatycznej pojawia się ktoś, kto chce nas wykorzystać. Wiem, że każdy z nas tego doświadczył choć raz. Jeśli zauważymy w porę, że roszczenia takiej osoby są bezpodstawne, że chce jedynie przewieźć się na naszych plecach, to umiejmy też włączyć asertywność i chrońmy siebie i swoją przestrzeń. Tak naprawdę powinnam tu napisać, że jest to taki moment, w którym warto być dobrym także dla siebie i nie poświęcać się pod żadnym pozorem. Czyli dobro zawsze jest właściwe, powinno tylko obejmować wszystkich – także nas.

Złoty środek, o którym piszę to właśnie odnalezienie równowagi pomiędzy byciem dobrym dla innych i byciem dobrym dla siebie. To nie oznacza wycofania dobra, którym obdarzamy innych. Być może dla niektórych złoty środek to pomaganie „tylko trochę”, czyli zamiast całego chleba podarowanie połówki, by resztę zachować na potem. Dla mnie bycie w harmonii i w tym złotym środku to bycie całkowicie na sto procent tak samo dobrym dla innych ludzi, jak i dla siebie. To wręczenie tego chleba w całości, ale też bycie gotowym do odwrócenia się plecami, kiedy stanie przed nami handlarz, który chce ten chleb wziąć od nas za darmo, by sprzedać go komuś i na tym zarobić.

Złoty środek to nie jest pójście z samym sobą na kompromis na zasadzie – trochę będę pomagać, a trochę będę odmawiać. To bycie sobą w pełni i przejawianie swoich najlepszych jakości. To bycie najlepszym i najłagodniejszym jak tylko się da, ale też bycie maksymalnie surowym i nieprzejednanym wtedy, kiedy sytuacja tego wymaga. Z założenia prosperująca świadomość nie musi walczyć, bo nie przyciąga agresorów, ale być może taka lekcja duszy czasem się pojawi. Taka lekcja, która wymagać będzie zastąpienia łagodności walecznością i odwagą… Jak pisałam wcześniej, nie ma idealnych recept na życie, które jest nieprzewidywalne. Warto mieć w sobie gotowość na wszystko.

Inny przykład to wolność. Spotykam czasem ludzi, którzy chcą być wolni, decydować o sobie i żyć po swojemu, czerpiąc ze świata tyle, ile się da. Dopóki nikogo nie krzywdzą, nie widzę problemu. Warto jednak pamiętać, że żyjemy w społeczeństwie i nawet najwznioślejsze zasady wolności nie mogą opierać się na totalnej anarchii.  Tu trzeba znaleźć granicę, która wyznaczy ten harmonijny złoty środek.

Spotkałam się z sytuacją, kiedy ojciec dwojga małych dzieci zauważył nagle swoje prawo do swobody i zapragnął wyjechać na stałe do Indii w szlachetnym celu podążania duchową ścieżką.  Oczywiście sam bez rodziny, która nagle okazała się ciężarem. Zasada wolności mówi – ma prawo, czegokolwiek pragnie, nie może się poświęcać dla rodziny. Ale moim zdaniem nie może też krzywdzić maluchów, pozbawiając je całkiem swojej obecności. I tu złotym środkiem jest kompromis, czyli poszukanie rozwiązania, które zaspokoi obydwie strony. Może miesiąc tu z dziećmi, a miesiąc w Indiach? A może teraz z dziećmi, a jak dorosną (co stanie się przecież ani się obejrzymy) spokojnie podąży swoją drogą? A może jeszcze inaczej? Na pewno można znaleźć dobre wyjście z takiego impasu, jeśli się pochylimy nad tematem.

Uważam, że pomijanie złotego środka pozbawia nas często najlepszych rozwiązań. Wybierając jedną stronę, palimy za sobą mosty, nierzadko żałując podjętej decyzji i gubiąc się w wyrzutach sumienia. A przecież można wybrać taką drogę, która pozwoli działać tak, by nikogo nie krzywdzić, w tym też siebie. Warto pamiętać, że najczęściej taką mamy alternatywę – po jednej stronie są ludzie, często bliscy i ich dobro, po drugiej nasze własne szczęście. Do szczęścia mamy prawo i powinniśmy je traktować na równi ze szczęściem innych osób. Nie gorzej, ale i nie można przedkładać swojego interesu ponad dobro innych, krzywdząc ich tym samym.

I jeszcze jeden z wielu przykładów, które mogłabym tu pokazać. Czyli rozwój wewnętrzny. Od pewnego czasu nastała moda na samodzielność. Spotykam w sieci pisane mentorskim tonem teksty o tym, że nie należy nikogo słuchać i podążać wyłącznie za swoją własną mądrością. Myślę, że to pewne nadużycie oczywistej prawdy o tym, że w sobie mamy najlepszego przewodnika i doradcę. Sama tego uczę, aby rozwijać intuicję i nauczyć się podążać za jej głosem. Sama uczę też, że oświecenie jest w nas, wystarczy przebudzenie, by ono nas odnalazło.

Jednak uczę też, żeby szanować autorytety i ludzi, którzy posiadają przydatną na naszej ścieżce wiedzę. Bo chociaż wszystko mamy w sobie, to trzeba wiedzieć, jak dosięgnąć swoich zasobów i jak odróżnić intuicję od intelektualnych kombinacji, a wewnętrzne wskazówki od złudzeń. Od wieków ludzie korzystają z pomocy nauczycieli, w tym także tych duchowych, którzy pomagają dotrzeć do własnego wewnętrznego przewodnika. Uważam, że ich nauki są niezbędne, jeśli nie chcemy całe życie kręcić się w kółko, jak pies za własnym ogonem. I zdumiewa mnie beztroska osób, które wypisują nieodpowiedzialne porady o tym, by nikogo nie słuchać. Brak autorytetów to z poziomu psychologicznego skrajna niedojrzałość. Ale nie o tym.

Chciałabym zwrócić uwagę na to, że tu także najlepszy jest złoty środek. Każdy z nas jest inny i potrzebuje do rozwoju innych metod i form pracy nad sobą. Mnogość nauczycieli pozwala wybrać sobie takiego, któremu możemy zaufać, który popchnie nas we właściwym dla nas kierunku, nie uzależniając od siebie. Bo rzecz jasna spotykamy przypadki nauczycieli, którzy wykorzystują uczniów i nie pozwalają im na rozwój. Dowartościowują samych siebie, trzymając uczniów blisko i przekonując ich, że mistrz nadal jest im niezbędny. A przecież w momencie, kiedy adept umie już sięgać do swojego wnętrza i odróżnia właściwy przekaz od zabaw negatywnych energii, może wyjść spod opieki swojego nauczyciela. Jak wszędzie, tak i w tej sferze trzeba być uważnym.

Złoty środek polega tutaj na rzetelnej nauce połączonej z zaufaniem i powierzeniem się autorytetom, ale tylko do punktu, w którym możemy już rozwinąć skrzydła i podążać swoją indywidualną drogą. Wówczas dziękujemy za prowadzenie i idziemy dalej sami, a z czasem możemy także stać się nauczycielami dla kolejnych pokoleń. To zresztą zupełnie naturalne. Widać to w zwykłej szkole, w której zaliczamy różne stopnie nauki w kolejnych klasach, aby na końcu wziąć świadectwo i ruszyć swoją drogą. Tkwienie zbyt długo przy duchowym nauczycielu byłoby podobne do sytuacji, w której dorosły człowiek nadal siedzi w klasie i w kółko powtarza tabliczkę mnożenia.

Złoty środek to czerpanie potrzebnej nam wiedzy bez silenia się na samodzielność i przemądrzałość. To szacunek dla ludzi, którzy wiedzą więcej lub mają niezbędne doświadczenie. To wiara w siebie, ale weryfikowana z innymi, zwłaszcza w początkowej fazie rozwoju. Ci, którzy idą przed nami, przecierają szlak właśnie dla nas. A my idąc za nimi, odsuwamy przeszkody dla tych, którzy podążają za nami. Warto o tym pamiętać. Oto harmonia.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Harmonia relacji

Bliska relacja, np. relacja przyjacielska to temat pozornie wszystkim doskonale znany i opisywany na różne sposoby. Ja także poświęciłam przyjaźni jeden z podrozdziałów w swojej książce, którą jako podręcznik do prosperity wszystkim serdecznie polecam. Teraz nadal obserwuję ciekawe zjawiska z tym związane. Takie, o których się nie mówi, których być może się nie dostrzega, choć przyjaźń to rzecz stara jak świat. Może warto poszukać w takim układzie harmonii?

Stereotypem w temacie jest kwestia pomagania w biedzie. Rzekomo po tym właśnie poznajemy prawdziwego przyjaciela. I tak… i na szczęście nie. Zauważam, że ludzie są tak po prostu dobrzy i wrażliwi na cierpienie. Pomagają spontanicznie również całkiem obcym. Oto widzimy starszą, zmęczoną osobę, która dźwiga ciężary i nie pytając jej o imię niesiemy jej siatki do domu, by pożegnała nas z wdzięcznością pod drzwiami. Oto słyszymy, że ktoś umierając osierocił starszawego kocurka i w te pędy załatwiamy mu nowy dom u znajomych. A nie znaliśmy wcześniej osób, które zamieściły ogłoszenie. Oto ktoś zwija się z bólu w tramwaju, a my wzywamy pogotowie, prowadzimy do zacienionego miejsca i wachlujemy mu twarz, nie wiedząc, kto zacz. Zwykłe i niezwykłe dobro. Nici więc z definicji, że w biedzie poznamy przyjaźń. W biedzie zauważamy, że w ludziach jest dobro. Po prostu, ale to akurat pozytywna konkluzja.

A jeśli akurat to nas spotyka trudna sytuacja, np. partner odchodzi niespodziewanie do innej kobiety, to po czym poznać przyjaciela? Pewnie po tym, że znajduje czas, by być z nami i zrobić nam ciepłą herbatę, czy okryć nogi kocem, kiedy szlochamy sobie zwinięte w precel na kanapie. Może zająć się kolacją dla dzieci i wyprowadzeniem psa, może pomóc załatwić dobrego adwokata. A co jeszcze? I tu wyjdę poza stereotypy. Dobry przyjaciel przede wszystkim słucha. Słucha naszego rozpaczania w milczeniu i przytula lub podaje chusteczki. Może delikatnie pocieszać: „zobaczysz, wszystko się ułoży”. Ale nie lekceważy naszych emocji słowami: „uspokój się, co tak histeryzujesz?”.

Dla mnie szczególnie cenne jest, kiedy usłyszę: „rozumiem, co czujesz, wiem, jakie to trudne”. Oznacza to wsparcie i akceptację mnie i mojego odbioru sytuacji. Tak rozumiem współczucie. To dawanie mi prawa do mojej własnej interpretacji zdarzenia. Nawet jeśli za dwa dni stanę na nogi i dojdę do wniosku, że nie ma powodu do łez, to w tym momencie chcę, by moja rozpacz była traktowana poważnie. Osoba, która mi mówi: „przesadzasz, nie ma nad czym tak szlochać” staje mi się obca, nie daje mi tak potrzebnego w trudnej chwili zrozumienia. Przyjaciel nadąża za zmianą poziomu emocji i wyłapuje moment, w którym może z szacunkiem dla moich uczuć powiedzieć: „spróbuj zobaczyć to z innej strony”.

Dobry przyjaciel nigdy nie powie: „I dobrze, że dziad sobie poszedł precz, nie wart był ciebie, nie żałuj, świętuj!”. W pierwszej fazie i jeszcze długo potem nie jesteśmy gotowi na prawdę. Widzimy tylko swój ból, tęsknimy i wolimy usłyszeć: „nie martw się, wróci do ciebie, wróci”. Przyjaciel nas nie okłamuje, ale prędzej ugryzie się w język niż skala nasze świętości. A szczególnie wtedy, kiedy nasz umysł jest wyłączony przez psychiczny ból.

Przyjaciel w takiej sytuacji nie będzie pocieszał nas opowieściami o swoim rozwodzie, bo wie, że to ostatnie, czego chcemy słuchać. W silnym stresie trudno nam skupić się na cudzych problemach. Aczkolwiek wiadomo też, że kiedy minie pierwszy szok, to właśnie zajęcie się pracą i obowiązkami odciąga naszą uwagę od tarzania się w cierpieniu. I często okazuje się, że można nadal żyć, a życie pomalutku się wygładza i wycisza. Czas leczy rany. A przyjaciel, który w milczeniu trzymał nas za rękę nie oceniając – staje się szczególnie bliski.

W swojej książce podkreślam jeszcze jedną zaletę prawdziwej przyjaźni, która nadaje relacji prawdziwą harmonię – to akceptacja. Pełna akceptacja nas z całym dobrodziejstwem inwentarza. Przyjacielem nie jest ten, który ceni nas, kiedy zbieramy nagrody i dzielimy się ze światem pieniędzmi, lecz ten, który ceni nas i szanuje, kiedy popełniamy błędy i zaciągamy długi. Jeśli przyjaźń jest prawdziwa, to taki człowiek trwa przy nas w momencie największych życiowych pomyłek. Znosi nasze kaprysy i emocjonalne huśtawki, nie obrażając się o niebacznie wypowiedziane słowa. Myślę, że każdy z nas popełnia błędy i każdemu zdarzy się powiedzieć coś, czego mówić nie powinniśmy. Ale właśnie po to są przyjaciele, by pomogli przetrwać zły czas i zobaczyli pod gniewem czy rozpaczą prawdziwych nas – tych dobrych i kochających. Oto harmonia.

W dobie portali społecznościowych dostrzegam jeszcze inną twarz przyjaźni – bezinteresowne wsparcie w internecie. Prawdziwy przyjaciel pomaga nam reklamować nasze działania, udostępnia naszą twórczość czy link do firmowej strony i jest to całkiem naturalne. A my możemy zrewanżować się tym samym. W ten sposób wzajemnie wymieniamy się energią.

Dlaczego piszę o tak banalnej sprawie? Bo dzięki niej nauczyłam się rozpoznawać bezinteresownie życzliwych ludzi oraz relacje, w których nie ma harmonii. Od dawna czuję energie i wiem więcej, niż widać gołym okiem, ale czując – weryfikuję obserwując realne postępki i teraz mogę dać tutaj praktyczną podpowiedź, po czym poznać takie relacje, które są pełne harmonii i takie, których należy unikać. Nie zawsze dotyczy to przyjaciół. Czasem to kwestia osób, które ledwo znamy, ale zasada jest podobna…

Wyobraźcie sobie, że mamy firmowy fanpejdż i zamieszczamy na nim wartościowe informacje. Skąd wiadomo, że wartościowe? Bo sporo osób (nawet całkiem nieznanych) podaje je dalej. Jeśli ktoś podaje dalej nasze reklamy, nie mając z tego żadnego zysku, to taka relacja pokazuje harmonię. A jeszcze bardziej pokazuje życzliwego człowieka, który kieruje się zasadą: to jest dobre, warto się tym podzielić z innymi. Mamy tu szacunek i sympatię – ogromne walory dobrej relacji. A czy nie jest dziwne, kiedy osoba, którą znamy wiele lat i mieni się naszym przyjacielem, omija nasz fanpejdż i nigdy, ale to nigdy nie poda dalej niczego, co udostępniamy? I dla jasności – mam wielu znajomych, którzy nikogo nie polecają, nie reklamują, skupiają się na swoich zainteresowaniach. I to jest w porządku.

Harmonia znika, kiedy nasz „przyjaciel” reklamuje wszystkich dookoła tylko nie nas. A takie poparcie jest tylko symbolem przyjaźni. Jest życzliwym gestem: szanuję ciebie i to co robisz. A kiedy tego szacunku nie ma, to o harmonii też mowy być nie może. Nie będę w tym miejscu robiła analizy takiej osobie, bo kwestia zawiści wydaje się być oczywista. Chcę tylko moim Czytelnikom zwrócić uwagę, że tacy ludzie też istnieją.

I dodam rzecz oczywistą – w poparciu internetowym nie chodzi o kopiowanie naszych stron. Wystarczy, by życzliwa osoba raz na jakiś czas pokazała swoim znajomym, że istniejemy i jesteśmy dla niej ważni, że ceni to, co robimy. Raz na miesiąc? Na dwa? Raz na pół roku? To ważny gest. W realnym świecie to jak zaproszenie nas na herbatę do swojego domu i przedstawienie znajomym: „poznajcie, to moja przyjaciółka. Robi znakomite horoskopy, polecam, jeśli kiedyś będziecie potrzebować”. Internetowe strony (np. nasza oś na FB) są naszą przestrzenią prywatną, do której zapraszamy tylko tych, których cenimy. Jeśli ktoś mieszkając przy tej samej ulicy nigdy nas nie zaprasza, chociaż mieszka sam, ma miejsce, porządek i nie ukrywa trupa w szafie, to warto zadać sobie pytanie o jakość takiej relacji.

Jak wiecie Kochani Moi, ja nie mam konkurencji i nie rywalizuję z nikim. Na swoich stronach pokazuję z przyjemnością znajomych i przyjaciół, także tych, którzy zajmują się tym samym, co ja. Bo wierzę, że ktoś potrzebuje innego podejścia niż moje. Bo wiem, że moje koleżanki są równie dobre, a energia prowadzi człowieka do takiego nauczyciela, który jest na ten moment najbardziej odpowiedni. Bo doskonale rozumiem, że świat jest wystarczająco wielki, by wszystkich wykarmić. Bo nie zazdroszczę innym tego, co osiągnęli i lubię pomagać. Kiedyś znajoma zwróciła mi uwagę, żebym nie reklamowała innych, a tylko siebie. A ja tak nie chcę. Jesteśmy Jednością i powinniśmy współpracować wszędzie, gdzie to możliwe. Powinniśmy się wspierać wzajemnie. Nie umiem inaczej.

W pozytywnej wersji współbycia w sieci wymieniamy się poparciem, reklamą i harmonijnie budujemy społeczność, w której każdy odnajdzie coś dla siebie. Na tym to polega. I nie ukrywam, że właśnie w sieci znalazłam fantastyczne osoby, z którymi od lat spotykam się na żywo, a nasza przyjaźń jest dla mnie ogromnie cenna. I widuję też cudowne sytuacje, w których ktoś ogłasza, że szuka mieszkania, samochodu, transportu, zgubionego psa, a cała grupa fantastycznie reaguje, spontanicznie dając wsparcie. Niedawno zamieściłam u siebie zdjęcie pięknej biżuterii, którą robi własnoręcznie moja znajoma. Inna zachwyciła się szmaragdowym wisiorem i  zamówiła go dla córki. Te panie nie znały się wcześniej, to moja maleńka zasługa, że się odnalazły. Takich sytuacji mam wiele na koncie, bo uwielbiam takie małe cuda, które sprawiają ludziom radość. To bezinteresowność. To harmonia.

Ale wśród pięknych ludzi są też wyrachowane i zakompleksione osoby, które nie umieją nikomu życzyć dobrze, bo boją się, że kiedy ktoś będzie szczęśliwy, to dla nich może tej jakości zabraknąć. Zaprzyjaźniają się tylko na niby, by podebrać nam listę znajomych lub dostać do elitarnej zamkniętej grupy. Interesowność takiej „przyjaźni” po tym właśnie poznamy, że taka osoba prędzej zje własną myszkę, niż udostępni naszą reklamę, wpis czy wiersz. Warto iść z duchem czasu i umieć interpretować internetowe zachowania choćby po to, by nie dać się zwieść iluzji i szybko rozpoznawać tych, którzy za cel wybrali sobie potrzebę podłożenia nam nogi. Wybierajmy harmonijne relacje. Dzielmy się szczęściem i radością z dobrymi ludźmi.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia siebie w sobie

Harmonia ze sobą to szczęście i zadowolenie, które wypływa z połączenia ze Wszystkim, Co Jest. Kiedy myślimy pozytywnie i mówimy słowa pełne piękna, pozostajemy w harmonii z wszechświatem. Kiedy wyrażamy wdzięczność lub wyznajemy miłość, również wznosimy swoją energię, dotykając tego magicznego punktu. Kiedy cieszymy się spontanicznie i śmiejemy, to także harmonia. A wreszcie wpadając w zachwyt i zanurzając się w podziwie, sięgamy boskiej jakości. Kiedyś nazywano to byciem w przepływie. Obecnie najczęściej określa się ten stan wejściem w pole serca. Tak czy owak jest to podniesienie energetyki na tyle wysoko, by poczuć magię wszechświata poprzez połączenie się ze Wszystkim Co Jest.

Bycie w harmonii wymaga takiego połączenia, aczkolwiek możemy sobie bez tego leżeć wygodnie na kanapie i czuć się całkiem normalnie. Jednak wejście na wyższy poziom daje nam dostęp do tego, z czego dobrze jest móc korzystać na co dzień. To dostęp do boskiej mocy, która pomaga nam spełniać marzenia i pozwala wyraźnie poczuć Prawo Przyciągania. Ten stan harmonii z wszechświatem pomaga nam podejmować decyzje, tworzyć arcydzieła, załatwiać od ręki różne skomplikowane sprawy, kochać z wzajemnością i widzieć niewidzialne. To w tym stanie właśnie rozwijamy jasnowidzenie. Ale dziś nie o tym.

Chciałabym zwrócić uwagę na to, jak łatwo jest wejść w ów przepływ lub pole serca. Prowadzą nas tam dobre myśli i piękne emocje. Można od razu zauważyć, że cała prosperita jest drogą do takiego punktu, a prosperująca świadomość to człowiek, który częściej doświadcza harmonii niż dysharmonii. Ta druga przejawia się chorobami, kłopotami, brakami… Tym wszystkim, czego nie lubimy. W ten sposób pokazałam proste lekarstwo na każdy problem – być w harmonii. A jak? Jeśli ktoś nie zrozumiał, to zapraszam do ponownego przeczytania pierwszego akapitu.

Ta rewelacyjna, choć bardzo ogólna recepta dotyczy naszych indywidualnych spraw. Nie zmienimy od ręki sytuacji na świecie swoim pozytywnym myśleniem, nie zlikwidujemy wojen, głodu i wyzysku. Aczkolwiek gdyby oczywiście wszyscy tę receptę zechcieli zastosować, to stałby się taki właśnie cud. Pisałam już o tym – gdyby wszyscy ludzi pokochali siebie, czyli pięknie i z miłością myśleli o sobie, Ziemia stałaby się rajem. To oczywiste. Podobno tak właśnie wyglądała Złota Era i do tego w gruncie rzeczy dążymy. Do stworzenia raju bez wojen, chorób i głodu, poprzez pokochanie siebie i pozytywne podejście do życia.

Być w harmonii ze sobą, to po pierwsze połączenie z naturą i wszechświatem, poprzez podniesienie energii i stałe wchodzenie w przepływ. To radość życia i cieszenie się każdą chwilą. Znakomicie pomaga w tym świadoma praca z Reiki. Kluczowe jest tu słowo „świadoma”, ponieważ często spotykam ludzi, którzy nie umieją docenić tej pięknej energii i nie korzystają z jej ogromnej mocy. A jest to cudowne narzędzie do połączenia nas z Najwyższym Źródłem i natychmiastowego przeniesienia w pole serca. Zwolennicy metod kwantowych mogą tu znaleźć podpowiedź, jak ułatwić sobie pracę i wyjaśnienie, dlaczego Reiki nie koliduje z Dwupunktem.

Bycie w harmonii ze sobą, to po drugie bycie autentycznym. Wymaga to podniesienia poczucia wartości i zaakceptowania siebie takim, jakim się jest. Nie ma ludzi idealnych, natomiast moim zdaniem każdy jest doskonały. Wszyscy jesteśmy Światłem mniej lub bardziej stłumionym przez brak miłości do siebie. Próbując wpasować się w iluzje i cudze oczekiwania zatracamy siebie. Zakładamy maski, aby inni nas podziwiali. Potrzebujemy tego podziwu wtedy, kiedy nie umiemy sami pokochać siebie. Ten podziw jest zabezpieczeniem przed samotnością, odrzuceniem i wstydem. Ludzie robią niewiarygodne rzeczy dla tego podziwu – kradną, wyzyskują, zabijają – byle tylko poświecić innym w oczy światłem odbitym od bogactwa czy władzy. I chociaż doskonale wiedzą, że ten podziw jest fałszywy, zabiegają o niego, by poczuć się bezpiecznie. A bezpiecznie jest dla nich tylko na szczycie.

Tymczasem wystarczy kochać. Kiedy naprawdę obdarzę siebie miłością, to przyjmę siebie taką jaką jestem i już nic nie muszę udawać. Mogę być trochę mądra, trochę głupia, trochę głośna, trochę cicha, trochę ładna, trochę brzydka… Jestem doskonała, bo jestem sobą. Jednym będę się podobać, innym nie i to jest w porządku. Zaprzyjaźnię się z tymi, którzy ze mną rezonuję i nie będę płakać po tych, którzy się ode mnie odwrócą. Wszystko będzie w harmonii. Tak łatwo znaleźć szczęście, kiedy wyjdę poza lęk odrzucenia i zrozumiem, że można być dobrym w każdej postaci. Piękno wszechświata opiera się na różnorodności. Nie ma jednej idealnej matrycy, która pokazuje, jakim trzeba być. Każda wersja jest dobra.

Jednak kluczem jest nasza własna akceptacja i poczucie komfortu, kiedy patrzymy na swoje odbicie w lustrze. Jesteśmy różni – jedni dobrze się czują z krótkimi włosami, inni z długimi. Jedni stawiają na staranne wykształcenie, inni na pomaganie słabszym, a jeszcze inni na luz i lekkość. Każda opcja jest dobra, jeśli uśmiechamy się w niej do siebie. Warto nauczyć się myśleć o sobie w harmonii z wszechświatem. Być świadomym tego połączenia i szukać go we wszystkich swoich przejawach. Boskość jest Wszystkim Co Jest, dlatego boska jest zarówno poważna, elegancka lady, jak i roześmiana dziewczyna w podartych spodniach. O ile obie czują się szczęśliwe same ze sobą.

To, co jest dobre dla nas, podnosi nam energię i samoistnie wprowadza w pole serca. Każde działanie, każde hobby, każdy wygląd jest właściwy, jeśli nas uskrzydla. Ten prosty kompas idealnie pokazuje, co nam służy, a co nie. Bo jeśli kopiemy psa, to nas nie uskrzydli. Proste. I jakkolwiek to poczujemy, bez wątpliwości nie będziemy w tym działaniu w harmonii ze sobą i wszechświatem.

Bycie autentycznie sobą, to odnalezienie swoich niepowtarzalnych aspektów. Boskość chce być przejawiona w takiej formie, jaką nam ofiarowała, a nie w innej. Nie trzeba wcale być jak sąsiadka czy koleżanka, najlepiej być sobą. Kiedy jesteśmy sobą – takimi normalnymi, pełnymi słabości, nie będąc sławnymi ani bogatymi – jesteśmy bardziej harmonijni niż wtedy, kiedy kogoś naśladujemy i udajemy obcą jakość. Gdybym na przykład na siłę malowała abstrakcyjne obrazy, rywalizując z kimś, to wypadam z harmonii. Nawet wtedy, kiedy moje obrazy będą się bardziej podobały niż dzieła tego kogoś, komu chciałam udowodnić, że jestem lepsza. Nie będę lepsza. Zeszłabym ze ścieżki duchowej w błoto tak mocno, że tylko czołg energetyczny mógłby mnie stamtąd wydostać. Pisałam o naśladownictwie – to paskudna jakość.

Bycie sobą w harmonii to po trzecie nie tylko kroczenie własną niepowtarzalną ścieżką w oparciu o wewnętrzny kompas. To także odwaga połączenia się ze swoim Prawdziwym Ja i wyrażaniem tego w swój unikalny sposób. To także własne zdanie. Nie trzeba go wykrzykiwać na ulicy ani spierać się z innymi. Można je zachować dla siebie do czasu, aż ktoś nie zapyta. Widzę wokół siebie dużo zachowań, których nie popieram, jednak nie zwracam ludziom uwagi. Są dorośli. Dokonują wyboru z jakiegoś powodu. Nie chcę ich oceniać i krytykować. Pozwalam innym być sobą do jakiejś granicy, którą zakreślam na poziomie wielkości wyrządzanego komuś zła. Generalnie jednak rozumiem harmonię wszechświata i nie walczę z niczym. Odsuwam się od tego, co jest w moim odbiorze brzydkie. Wolę pracować na poziomie energetycznym, niż kogoś rugać. Przekonałam się, że krytyka zjawiska jest odbierana personalnie i zamiast zrozumienia i zmiany przynosi obrażanie się i nierzadko małe niesympatyczne wojenki. Ludzie nie dostrzegają swoich błędów, za to przesadnie reagują nawet na dyplomatyczne zwrócenie uwagi. Nauczyłam się, żeby zostawiać ludzi samych sobie z ich decyzjami. Życie wszystko zweryfikuje.

Bycie sobą, to odczuwanie własnej tożsamości, indywidualności i niepowtarzalności. To akceptacja własnych myśli i poglądów. To dawanie sobie prawa do własnego spojrzenia na świat i własnego odczuwania. To wyjście poza kiwanie głową dla świętego spokoju i podążanie za swoim sercem. To świadome dokonywanie wyborów każdego dnia, bez oglądania się przez ramię, co inni na to powiedzą. To wzięcie odpowiedzialności za siebie bez lęku i z pełną świadomością, że każda decyzja jest najlepsza na dany moment. To wybieranie sobie autorytetów i nauczycieli z pełnym uznaniem, że uczenie się od innych wzbogaca nas wewnętrznie. To rozumienie, że kochając siebie dajemy sobie wszystko, co najlepsze – w tym także wiedzę – przez całe życie. To poczucie, że odpowiadamy za swoje dobro i za to, by stale być w przepływie, który nas uskrzydla. Oto harmonia siebie w sobie.

Bogusława M. Andrzejewska