Po rozstaniu

Rozstania w związkach uczuciowych dzielą się na takie, których sami chcemy i takie, z którymi trudno nam się pogodzić. Te pierwsze często są łatwiejsze. Decydujemy się pójść różnymi drogami, kiedy wygasną uczucia, kiedy kogoś nowego poznamy albo kiedy partner jest tak toksyczny, że życie z nim staje się piekłem. Jednak bywa i tak, że patologiczna relacja też jest trudna do rozerwania, bo pomimo dostrzegania szkodliwych zachowań męża czy żony my nadal kochamy i odejście sprawia ból. Dlatego też tego typu doświadczenie ewidentnie zaliczyć można do drugiej grupy, czyli do tej, która wymaga szczególnych starań.

Związki tego typu bywają karmiczne. Oznacza to, że jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują nam odejście, a my z uporem godnym lepszej sprawy kurczowo trzymamy się toksycznego mężczyzny (lub toksycznej kobiety), to najczęściej stoi za tym silna karmiczna lekcja, domagająca się przepracowania. Nie mówię tu oczywiście o prostym lęku przed zmianą, a raczej o tych osobach, które odeszły, a po odejściu tak rozpaczliwie tęskniły, że … wróciły. Bo odkryły, że bycie bitą czy zdradzaną jest mniej bolesne niż życie bez ukochanego.

Pewnie zaprotestują w tym miejscu psycholodzy, udowadniając, że takie cierpienie bierze się z lęku przed samotnością, przed niezależnością, z niedojrzałości emocjonalnej albo właśnie ze strachu przed zmianą. Jednak moje doświadczenie wskazuje, że bywa czasem jeszcze inaczej – czyli karmicznie. Znam piękne, silne i ustabilizowane finansowo kobiety, które nie umiały zapomnieć o partnerze, którego zostawiły. Miały dobre warunki, świetną pracę, pieniądze i nawet nowych kochanków na zawołanie, a pomimo tego wracały w stary, paskudny związek.

Wytłumaczeniem takiego nieadekwatnego postępowania jest właśnie więź karmiczna, widoczna często w horoskopie porównawczym. Karma nie jest karą ani przeznaczeniem, tylko lekcją. Zatem więź ta jest specyficzną umową dusz, które zobowiązują się wspierać tak długo, dopóki temat nie zostanie odrobiony. W praktyce może wyglądać to tak, że piękna, mądra i niezależna kobieta żyje z kimś, kto ją bije albo zdradza i nawet jeśli od niego odejdzie, to tęskni i nadal kocha, ponieważ jej dusza lgnie do „nauczyciela”, z którym umówiła się na „korepetycje”. Oczywiście więź znika, kiedy taka osoba odrobi lekcje, czyli pokocha siebie tak mocno, że własne dobro będzie dla niej ważniejsze niż romantyczne uczucie. To pozwala też wygasnąć emocjom i pójść nową drogą w spokoju i satysfakcji.

Uczucie tego typu jest bardzo specyficzne i rozpoznajemy je najszybciej właśnie wtedy, kiedy wokół nas jest mnóstwo innych adoratorów i wcale nie grozi nam samotność czy bezradność. Życie bez toksycznego partnera jawić się powinno jak sielanka, a tak nie jest. Giniemy z tęsknoty i nic nas nie cieszy. Dotyczy to człowieka niezależnie od płci, ponieważ czasem to kobieta bywa toksyczną partnerką, a jej mąż nie umie bez niej żyć.

Ta „druga grupa”, wspomniana na początku, to pełne cierpienia rozstania, których nigdy nie chcieliśmy doświadczyć. Zwykle pojawiają się wtedy, kiedy to my zostajemy porzuceni. Porzucenia bardzo bolą i zabierają nam mnóstwo energii życiowej. W większości przypadków są połączone ze zdradą, o której już pisałam. Jednak nie każda zdrada wiąże się ze skruszonym powrotem do żony (męża), chociaż takich jest najwięcej. Czasem zdrada jest początkiem nowego związku dla naszego partnera. W moim pojęciu, z poziomu energetycznego nie jest już wcale zdradą, tylko otworzeniem nowego rozdziału życia, który niekoniecznie nam się podoba. Jest też koszmarem, który nas zabija od środka, o ile nie postaramy się przejść przez cały proces świadomie.

Czasem zdarza się, że to zdradzona osoba odchodzi mówiąc, że nie mogłaby więcej dotknąć swojego małżonka po tym, co zrobił. Chociaż to był tylko incydent, a nie kwestia toksycznego seksoholika, alkoholika czy innej recydywy. Wówczas jedno jest pewne: w takim układzie nie było nigdy miłości, a jedynie jakaś umowa o wspólny lokal. Rozwiązanie umowy nie powinno zatem boleć i nie wymaga psychologa, a co najwyżej prawnika. Kochając, umiemy wybaczać. Jeśli nie umiemy wybaczyć partnerowi błędu, to nie kochamy, a tym samym nie zasługujemy na bycie ani z nim, ani z kimkolwiek innym.

Jeśli dla kogoś te słowa brzmią surowo – zaprzeczę, że nie ma tu grama surowości. Prawdziwe uczucie przyjmuje drugiego człowieka takim, jakim jest, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie ma ideałów i my sami też popełniamy błędy, które partner toleruje. Związek intymny jest kuźnią dwóch dusz, które przeglądają się wzajemnie w swoich oczach ucząc bycia dobrym i pełnym miłości. Kochając siebie, rozwijamy wielkoduszność i poszanowanie dla drugiej osoby. Oczywiście to my sami zakreślamy granice i kiedy zostaną przekroczone – mamy prawo odejść, szukając miłości gdzie indziej. Ale jeśli odchodzimy po pierwszym poważnym potknięciu, to trudno tu w ogóle mówić o kochaniu.

Mówiąc prostym językiem: jeśli partner nas zdradzi (oszuka, okłamie, skrzywdzi), to warto zadać sobie pytanie, czym przyciągamy takie doświadczenie? Pojawiło się po to, aby nauczyć nas na przykład miłości do siebie. Jest lustrem wszechświata, które pokazuje wzorzec do uzdrowienia. Jeśli zamiast przekodować wzorzec, spakujemy walizkę i uciekniemy, to lekcja ta będzie nas ścigać w kolejnych związkach. Albo nawet i bez. Warto zatem przekodować taki wzorzec i włożyć nieco wysiłku w naprawienie swojej relacji z partnerem i odbudowanie miłości.

Wracając do bycia porzuconym, warto pamiętać, że porzucenie rodzi się już w dzieciństwie, kiedy któreś z rodziców odchodzi albo nie akceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Buduje się wówczas w podświadomości matryca, która w dorosłym życiu przyciąga takie właśnie doświadczenie. Kiedy tylko obetrzemy łzy, znajdźmy czas dla siebie, by coś takiego uzdrowić. Można to zrobić samemu poprzez afirmacjękodowanieczy Dwupunkt. Można też skorzystać z pomocy terapeuty. Niemniej bez tego nie da się ruszyć do przodu.

Wiem i rozumiem, że przez pierwsze tygodnie po rozstaniu jesteśmy w prawdziwej żałobie. Trzeba sobie dać na to chwilę czasu i wypłakać wszystkie łzy. Byle nie za długo. Potem – jak w typowej żałobie po śmierci bliskiej osoby – trzeba się podnieść, otrzepać z pyłu rozpaczy i wrócić do życia. Najlepiej wtedy rozwijać swoje pasje lub poszukać nowych zainteresowań. Podróżować. Pracować. Robić coś sensownego i wartościowego. Zająć myśli i emocje, aby zminimalizować oczywiste cierpienie.

Warto też być wśród ludzi. Kiedy serce boli, najchętniej uciekamy, chowając się z głową pod kołdrę i nie chcemy nikogo widzieć. To jednak nie pomaga, bo jest rozdrapywaniem ran. Bycie wśród ludzi – chociaż początkowo męczy – na dłuższą metę działa uzdrawiająco. Pomaga wyżalenie się i rozmowa z życzliwymi osobami, ale jeszcze bardziej uzdrawia śmiech i zabawa. A prędzej czy później zaczynamy się śmiać.

Na koniec dodam jeszcze, że w tym trudnym czasie niezwykle cenne są wszystkie energetyczne praktyki. Polecam szczególnie Reiki, która mi wiele razy uratowała życie i stale podnosi mi energię, kiedy jest mi bardzo ciężko. Ale równie wspaniała może być praca z Kartami Aniołów i z samymi Aniołamimedytacja, praktyka buddyjska, modlitwa czy energetyczne warsztaty z dowolnej techniki. Pozytywna grupa ludzi pięknie podnosi nastrój i pomaga wyjść poza cierpienie. To wszystko działa na nas korzystnie i dzięki takim metodom odnajdujemy nie tylko nadzieję, ale też skutecznie budujemy wizję nowego lepszego jutra. A przecież wszystko mija i nawet największy ból serca kiedyś wygasa. Któregoś dnia zbudzimy się z uśmiechem i ze świadomością, że oto zaczął się nowy cudowny dzień, który niesie nam tylko same dobre chwile.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Harmonia Światła

W gruncie rzeczy sprawa wydaje się zupełnie prosta: albo jesteśmy po stronie Światła albo po tej całkiem drugiej. Do pierwszej zaliczamy wszystkie myśli i czyny wypływające z dobroci, życzliwości, współczucia, łagodności czy też zwykłej mądrości. Najczęściej prowadzi nas tą drogą liczenie się z innymi, z ich uczuciami. Spontanicznie podążamy taką ścieżką wtedy, kiedy nasza energia jest wysoko. A każdy przecież może o to dbać – narzędzia podnoszenia energii są nieskomplikowane. Pisałam o nich tutaj, ale piszę też w wielu innych miejscach na tej stronie. Oznacza to, że jeśli tak wybierzemy, to jesteśmy w stanie utrzymać tę energię wysoko.

Znam wiele osób, których działania i myśli są właściwe i tworzą te piękne zasługi, pomimo że osoby te nawet nie maja pojęcia o poziomach energetycznych. Tak po prostu zostały wychowane przez innych dobrych ludzi. Pomagają, współczują i odnoszą się życzliwie do każdej czującej istoty, bo wiedzą, że tak trzeba i nie wyobrażają sobie, że można inaczej. Światło jest ich naturalną częścią.

Druga strona – ta ciemniejsza – wyrasta z negatywnych emocji: zazdrości, agresji, pogardy, nienawiści, żalu i potrzeby zemsty. W gruncie rzeczy wyrasta z lęku, bo każda trudna emocja odżywia się lękiem. W niektórych ścieżkach filozoficznych demony to właśnie tego typu emocje. A zatem nie jakieś diabły czy inne rogate stwory, które mieszają nam w głowach, tylko coś takiego jak zawiść czy gniew, którym dajemy posłuch i robimy rzeczy niegodne człowieczeństwa. Tak czy owak ciemna strona mocy żywi się negatywnymi przekonaniami. Zatem przejście na stronę Światła to przede wszystkim umiejętne zarządzanie emocjami.

Druga istotna przyczyna wejścia w ciemność to niskie poczucie wartości. Niejednokrotnie zdumiewa mnie, jak bardzo nieadekwatnie reagują zakompleksione jednostki, ile niepotrzebnej agresji albo żalu wylewa się w odpowiedzi na niewinne i całkiem życzliwe zwrócenie uwagi lub na zwykły żart. Niskie poczucie wartości jest ziejącą raną w człowieku, która piecze i pali w reakcji na większość wypowiadanych słów. Nawet dobre intencje bywają niedostrzegane prze kogoś, kogo samoocena jest na wysokości podłogi. A stąd już krok do awantury i piekła. Zatem drugi niezbędny warunek podążania drogą Światła to samoakceptacja.

W praktyce ludzie rzadko kiedy są jednolici. Życie stawia przed nami tysiące wyzwań i skomplikowanych lekcji. Czasem wybieramy zgodnie ze Światłem, czasem zdarza nam się przejść kilka kroków ciemniejszą stroną. Są też osoby, które kierują się głównie adrenaliną, egoizmem i działają bardzo negatywnie. Nie możemy ich oceniać, tym bardziej, że rzadko kiedy wiemy, co naprawdę skłoniło człowieka do określonego zachowania. Jak mówią mądrzy nauczyciele: aby kogoś osądzać, musielibyśmy przejść wiele kilometrów w jego butach.

Możemy jednak obserwować i wyciągać wnioski. Uczymy się przecież także przez baczne przyglądanie się życiu. A dzięki takiej obserwacji możemy sami uniknąć pewnych błędów lub uchronić od nich własne dzieci czy przyjaciół. Czasem nasza dusza wybiera taką właśnie ścieżkę i stawia tuż koło nas despotę, kata czy egoistę, abyśmy wyraźnie zdecydowali: „nie chcę być takim i nigdy tak nie postąpię”. Bezpośrednie doświadczenie okrucieństwa przychodzi do nas właśnie po to, byśmy umiejętnie dokonali wyboru. Czasem rozumiemy lekcję, rozwijamy asertywność i decydujemy żyć dokładnie odwrotnie niż znany nam kat. Czasem jednak powielamy ten sam schemat, odpłacając innym przemocą za doznane krzywdy.

Jesteśmy Światłem. Harmonijna ścieżka to zawsze ta rozświetlona miłością i dobrocią, bo taka jest nasza prawdziwa natura. Nawet jeśli zemsta smakuje słodko, to jedynie przez chwilę, potem zamienia się w smak popiołu. Opada adrenalina i uświadamiamy sobie mniej lub bardziej, że jesteśmy Jednością. Cokolwiek zrobimy innej istocie, robimy sobie samemu. Człowiek bardziej wrażliwy wręcz czuje cierpienie innych – jestem więcej niż pewna, że wiele osób czytających te słowa zwija się z bólu, kiedy widzi jak ktoś rozcina sobie rękę do krwi. Podobnie reagujemy na widok zwłok przejechanego na ulicy psa. Jak zatem można świadomie zadawać cierpienie innym?

Najczęściej robimy to nieświadomie. Ponoszą nas emocje albo kompleksy. A potem często racjonalizujemy swoje zachowanie dorabiając hydrze głowę, której wcale nie posiadała. Czyli nakręcamy się i zasilamy gasnącą złość czy zawiść. Wszystko po to, by bronić się przed wstydem i poczuciem winy. Wstyd okropnie boli, więc zamiast zapaść się pod ziemię, tłumaczymy sami siebie. Warto zdawać sobie z tego zjawiska sprawę i jeśli już zachowaliśmy się głupio – wyhamować, krzyknąć do siebie „STOP!” dużymi literami, a potem powiedzieć: „przepraszam, nie chciałem cię zranić, po prostu jestem dzisiaj rozdrażniony…”. I po problemie.

Niestety to jest bardzo trudne dla tych o niskiej samoocenie. Bo jak przepraszać kogoś, kto nasypał nam soli na ranę! Niskie poczucie wartości nie umie wybaczać i nie chce wybaczać. Chce jak lew walczyć o swoją rację, żeby udowodnić całemu światu swoją wartość: „nie pozwolę, żeby on mi…! Nie dam sobie…! Gdzie on mi tu zajeżdża, mnie się tego nie robi! Za kogo on mnie ma?!” Klasyczna histeria zakompleksionej istoty. Tymczasem miłość do siebie nie obraża się na nikogo i na nic. Kochanie siebie jest ponad wszelką krytyką – wie, że jesteśmy doskonali, a to co mówią inni, to tylko ich słowa. Niech sobie mówią, nic mnie to nie obchodzi. Tak działa Światło.

Na koniec przypomnę raz jeszcze, że do Światła i Miłości każdy ma dostęp. Wystarczy wybrać właściwą ścieżkę – pokochać siebie i nie pozwolić, by rządziły nami emocje. To proste – uwierzcie. I warto pamiętać, że nie potrzebujecie żadnego pośrednika na tej ścieżce. Możemy skorzystać z pomocy psychologa, terapeuty lub coacha, ale nikt nas nie musi inicjować w Miłość czy Światło, ponieważ to nasza prawdziwa natura. Można uczyć się różnych metod: Dwupunktu, Theta Healing czy Reiki, ale nie musimy nikogo prosić, by dał nam dostęp do tego, co jest nasze.

Dla ułatwienia podaję prosty przepis na samodzielne pobieranie wszystkiego, czego potrzebujecie. To prosty schemat, którego używam od wielu lat ze znakomitym skutkiem – możecie go dowolnie zmienić, dopasowując do własnych potrzeb. Możecie z niego korzystać każdego dnia bez żadnych opłat, bez zastrzeżonego znaku towarowego (chociaż sama go wymyśliłam) i ze świadomością, że macie do tego prawo bez niczyjej zgody.

Usiądźcie z wyprostowanym kręgosłupem, stopy płasko, uziemienie – można też stać. Rozłóżcie ręce na boki w geście przyjmowania. Głęboko nabierzcie powietrza, powtarzając w myślach: „proszę o energię z Najwyższego Źródła”. Spokojny wydech. Powtórzcie trzy razy. To wszystko. Każdy z nas jest Światłem i może je przywołać w dowolnym momencie, odwołując się do swojej naturalnej boskiej cząstki.

Bogusława M. Andrzejewska 

 

Kochanie

Nie ma na świecie nic bardziej potężnego niż kochanie. Dana każdemu z nas moc serca stwarza nowe światy, odnawia i odżywia komórki, niweluje wpływy negatywnych energii, chroni i prowadzi do Światła, podnosząc naszą energię. W nieprzypadkowej logice wszechświata dostaliśmy niesamowite narzędzie do uzdrawiania siebie i innych. Cokolwiek wypełnimy bezwarunkową miłością staje się inne, lepsze.

Piszę o tym w kilku miejscach na tej stronie, ale mam też wrażenie, że nigdy za wiele słów o tej niezwykłej sile. Przede wszystkim dlatego, że jest stale dyskredytowana przez różne osoby. Z jednej strony ludzie utożsamiają miłość jedynie z romantycznym uniesieniem młodości, kiedy tworzymy pary, z serduszkami, walentynkami i flirtem. A z drugiej – po prostu nie wierzą, że coś takiego prostego i powszechnie dostępnego może być najsilniejszym narzędziem rozwoju i transformacji. Przyzwyczajeni do mistyki i magii szukają czegoś wykraczającego poza codzienne doświadczenie. Moc uzdrawiania to przecież powinien być tajemniczy eliksir albo zaklęcie dostępne tylko dla wybranych – adeptów tajemnych ezoterycznych szkół, którzy po wielu latach ciężkiej pracy znajdują wreszcie głęboko ukrytą księgę z receptą na  panaceum i kamień filozoficzny.

Tymczasem kochać może i potrafi każdy, nawet żebrak i prosta dziewczyna pasąca gęsi na łące. Bez wysiłku i bez dyplomów ukończenia szkół. W tym kontekście cała skomplikowana alchemiczna i ezoteryczna praktyka traci swoje znaczenie. Po latach ciężkiej pracy i zdobywania wiedzy zataczamy krąg i wracamy do punktu, z którego wyszliśmy, odnajdując magiczny przepis w codziennym nieskomplikowanym jestestwie. Tu i teraz każdy może transformować kamienie w złoto dzięki sile miłości. Trudne to do przyjęcia dla zakochanych w magii. Chcieliby doświadczać czegoś, co zatyka dech w piersi swoją niezwykłością, a nie stawać w jednym rzędzie ze „zwykłymi” zjadaczami chleba.

Ten pozorny paradoks uczy nas ponownie ważnej prawdy o tym, że wszyscy jesteśmy Jednością. Nie ma ludzi lepszych i gorszych. W rozwoju wewnętrznym liczy się wyłącznie miłość bezwarunkowa, do której dostęp ma każda czująca istota, a nie – jak chcieliby niektórzy – do której biletem są wyższe studia, pieniądze czy stanowiska. Sprawiedliwość Wszechświata jest bardziej urzekająca, niż sobie kiedykolwiek wyobrażaliśmy. Ludzie od wieków wywierają presję na siebie i innych, poganiając i stresując się zupełnie niepotrzebnie nauką, pracą ponad siły, zdobywaniem pieniędzy, sławy, pozycji społecznych… A to wszystko nic niewarta połyskująca blaszka. Prawdziwe złoto ma w sobie każdy człowiek, nawet ten, który całymi dniami leży leniwie przed telewizorem…

Proszę elastycznie traktować te słowa. Ja sama często powtarzam, ze życie ma byćtwórcze i ogromną moc odnajduję w twórczym działaniu, które tożsame jest z wieloma godzinami pracy i nabytą wiedzą, a nie z leżeniem na tapczanie. Ale punkt wyjścia jest tutaj jeden: każdy z nas niezależnie od płci, koloru skóry, wykształcenia i pracowitości ma w sobie moc stwarzania światów. Dlatego właśnie duchowi mistrzowie często mówią nam o tym, że każdy z nas jest boskością i posiada boską moc. Tą mocą jest miłość bezwarunkowa.

I dwa słowa o pracowitości w tym właśnie kontekście. Przypominam, że prawdziwie wartościowa jest właśnie ta praca, która wyrasta z pasji. Twórczość, która prowadzi do spełnienia, to robienie czegoś, co kochamy, co daje nam ogromną satysfakcję. Bycie w takim działaniu podnosi nam energię, przyspiesza rozwój osobisty i daje poczucie szczęścia. Pasja jest bowiem miłością do określonej pracy. Kochać można nie tylko ludzi – kochać można także coś, co wykonujemy dla pieniędzy. Im więcej miłości do takiego działania, tym więcej pieniędzy zarabiamy. Natomiast pracowanie dla samego pracowania jest wielką pomyłką. Jeśli ktoś zwraca uwagę wyłącznie na ilość przepracowanych godzin lub przelicza wszystko na pieniądze, szybko się rozczaruje. Bez miłości nie ma szczęścia ani satysfakcji, nawet jeśli konto jest pełne.

Wśród moich znajomych ezoteryków spotykam mnóstwo osób, które wyśmiewają miłość i zaniżają jej wartość, mówiąc, że szukają prawdziwego przebudzenia a nie ckliwych historyjek. Jak bardzo się mylą, przekonają się któregoś dnia… Wszystko przychodzi, kiedy człowiek jest gotowy, także wiedza. Pomiędzy setkami magicznych historii i alchemicznych wzorów jest jedna ważna ścieżka – ścieżka kochania. Pozwala nam ona dekorować nasze życie wszystkim, czego pragniemy i wierzyć w dowolnego Boga lub bożka. Dopóki kochamy – nie ma żadnych innych warunków. Można być hippisem, ekologiem, menadżerem, księdzem, artystą, gospodynią domową, weganinem, miłośnikiem hard rocka, bezdomnym włóczęgą albo prezesem fundacji. Ważne, by kochać.

Ezoterycy parskają na Walentynki. Prawdą jest w tym wszystkim, że walentynkowe serduszka i lizaki niewiele mają wspólnego z tym, o czym piszę. Są zaledwie symbolem czegoś większego i potężnego. Miłość romantyczna, która urzeka nas motylami w brzuchu jest boską podpowiedzią, w jakim kierunku powinniśmy zmierzać. Czasem ludzie poprzestają na biologicznym aspekcie – znajdują partnera, rozmnażają się i uważają, że na tym koniec ich dzieła. Tymczasem warto szukać dalej i głębiej w sobie. Zamieniać „motyle” na większą moc i wychodzić poza atawistyczną potrzebę chronienia swojego przychówku. Dostrzegać miłość w innych, obcych osobach, w słońcu, kwiatach, zjawiskach, działaniu. A potem iść za tą miłością, odkrywając Kim W Istocie Jesteśmy.

Czy to oznacza, że miłość romantyczna jest biologicznym czynnikiem bez znaczenia? Nie sądzę. Wszystko ma sens. Romantyczne kochanie jest jak tlący się węgielek, który można zamienić w wielkie i wysokie na kilka metrów ognisko, przy którym ogrzewa się kilkadziesiąt osób. Jest też dla nas informacją, bo stan zakochania podnosi nam energię i sprawia, że mamy pozytywny stosunek do całego świata, dostrzegając wszędzie wokół tylko piękno. To jak dotknięcie oświecenia. Warto zrobić wszystko, by to uczucie rozwinąć i wzbogacić, rozszerzając na różne aspekty istnienia. I podobnie jak ze szklanką kawy, która jest za mało słodka, kiedy wsypiemy pół łyżeczki cukru – wymaga dosypania jeszcze więcej i więcej cukru, a nie – jak sadzą niektórzy – soli czy pieprzu. Ludzie, którzy szukają oświecenia poza miłością są jak miłośnicy słodkiej kawy, którzy próbują sypać do niej różne przyprawy z wyjątkiem cukru. I odchodzą rozczarowani.

Od lat pracuję z duchowością i energetyką. Moja ukochana Reiki sama w sobie podnosi mi poziom energii – to wiadoma sprawa. Jednak płynie o wiele lepiej i efektywniej, kiedy połączę ją z myślami pełnymi miłości. Metoda ta nie wymaga wizualizacji, ale energia jest prowadzona myślą i zawsze można to wykorzystać. Odkąd w czasie zabiegów myślę z uśmiechem o tym, jak bardzo kocham bliskie mi osoby, energia staje się o wiele bardziej efektywna i twórcza, jakby tylko czekała, aż swoimi uczuciami włączę się w proces transformacji i uzdrawiania. Warto pamiętać, że to nie jest to samo, co troska. Kiedy skupiamy się na potrzebie uzdrowienia tego, komu robimy zabieg, zasilamy „potrzebę uzdrowienia”, czyli stan choroby. Powtarzanie w myślach: „kocham go, niech będzie zdrowy” nie pomaga. Chociaż nie przeszkadza oczywiście. Ale odkryłam, że bardzo pomaga zanurzenie się w radosnym odczuwaniu kochania do kogoś nawet całkiem innego… Uruchamia się prawdziwy wodospad energii.

To tylko jeden z wielu praktycznych przykładów działania miłości. W innych artykułach piszę o uzdrawianiu samą miłością oraz o podnoszeniu energii poprzez kochanie. Każdego dnia doświadczam nieograniczonej mocy miłości i utwierdzam się w przekonaniu, że zeszliśmy na Ziemię, aby nauczyć się kochać pomimo wszystko. Działa nie tylko wszechogarniająca miłość wypraktykowana w medytacji, ale też to nieskomplikowane, codzienne uczucie, które wypełnia mi serce, kiedy mój mąż mnie przytula albo kiedy moja córka do mnie dzwoni. Nie jest potem trudno przenieść to ciepło na całe swoje istnienie, obdarzyć nim każdą komórkę ciała, a także inne osoby, rzeczy i miejsca. To nasza naturalna umiejętność, która pozwala bez trudu przejść na wyższe poziomy energii i cieszyć się każdą chwilą życia.

Bogusława M. Andrzejewska