Deepak Chopra

Siedem Duchowych Praw Sukcesu

1. Prawo CZYSTEJ MOŻLIWOŚCI

Jesteś czystą świadomością, taka jest twoja prawdziwa duchowa natura. Twoja świadomość jest polem nieograniczonej możliwości i nieskończonego tworzenia. Aby móc w pełni z niej korzystać, powinieneś odkryć swoją prawdziwą istotę, którą ponadto cechuje ogromna wiedza, bezgraniczna cisza, doskonała równowaga, prostota i szczęście. Kiedy poznasz, kim naprawdę jesteś, będziesz mógł zrealizować każde swoje marzenie…

Inaczej mówiąc, jest to “prawo jedności”, ponieważ wszystko przeniknięte jest jedną energią. Ty także. Jesteś jednym ze wszystkim, co spotykasz na swojej drodze. Ważne jest odpowiednie ukierunkowanie. Jeśli ważne jest dla ciebie, to co na zewnątrz, czyli przedmioty, sytuacje itd. – automatycznie zostajesz pod wpływem tychże. Przejmujesz się wydarzeniami, uzależniasz od opinii innych osób, stajesz się niewolnikiem pragnień posiadania tego czy tamtego. Pozorna moc przemija razem ze stanowiskiem, zdrowiem, pieniędzmi. Wszystko cokolwiek budujesz, oparte jest na lęku, czy inni cię zaakceptują, czy okażesz się wystarczająco wspaniały.

Spróbuj ukierunkować się na JAŹŃ! Twoje wnętrze jest cząstką boskości, jest doskonałe, mądre, dobre, szczęśliwe i wesołe. Staniesz się wówczas wolny i niezależny od innych osób, przedmiotów, zdarzeń. Będziesz niewrażliwy na krytykę, nie będziesz bał się niczego, nie będziesz wchodził w konflikty z innymi, wiedząc, że wszyscy są tym samym duchem w różnych przebraniach. Wejście w kontakt z JAŹNIĄ umożliwi ci czerpanie z pola czystej możliwości.

Metody pracy:

1. Spróbuj codziennie pomedytować chociaż po pół godziny rano i wieczorem. Ta medytacja to siedzenie w ciszy i milczeniu, bycie oderwanym od wszystkiego, co na zewnątrz. Pozwalaj swoim myślom przepływać jak rzece, niech się uspokoją i znikną. Kiedy pojawi się luka między myślami – to właśnie dotykasz swojej JAŹNI.

2. Postaraj się każdego dnia spędzić trochę czasu obcując z przyrodą. Przyroda wycisza i pozwala sięgnąć do samej głębi naszego jestestwa.

3. Nie osądzaj nikogo i niczego. Spróbuj chociaż kilka godzin dziennie nie osądzać, nie wydawać wyroków, nie krytykować. To może być trudne, ale z biegiem czasu… możesz wydłużać okresy nie osądzania.

 

2. Prawo DAWANIA I BRANIA

Dawanie i branie to dwa aspekty tej samej energii. Dawanie rodzi otrzymywanie, a otrzymywanie  – dawanie, ponieważ energia w przyrodzie musi po prostu krążyć i płynąć. 

Zasady są proste: im więcej dajesz, tym więcej otrzymujesz. Jednakże dając, ciesz się z dawania, wówczas energia zostaje zwielokrotniona. Jeśli ofiarowując coś, odczuwasz stratę, wówczas nie dajesz naprawdę i zasada nie zadziała. Liczy się intencja, myśl, ponieważ to myśl prowadzi energię. Zatem dawaj z radością, uruchamiając przepływ energii. Dając, wiedz, że nic nie tracisz tak naprawdę, tylko robisz miejsce na nowe. Dbaj jednak, by dawać szczerze, a nie pozbywać się czegoś, co komuś wciskasz bez sensu. Bądź czujny na rzeczywiste potrzeby drugiego człowieka. Dając jałmużnę, nie myśl o żebraku, że jest biedny, bo wzmacniasz jego biedę, myśl o przepływie energii i o sensie samego dawania komuś, kto w tym momencie potrzebuje wsparcia.

Warto też nauczyć się brać z wdzięcznością to, co dają nam inni. Jeśli czegoś nie chcesz przyjąć to tak, jakbyś wyobrażał sobie, że dający jest biedny. Tworzysz dla niego złą wibrację. Bez względu na zamożność ofiarowującego, przyjmij z wdzięcznością jego dar, wyobrażając sobie, że jest bardzo bogaty i stać go nie tylko na taki prezent, ale dokładnie na wszystko. Twoja myśl zasila tą osobę energetycznie.

Trzeba pamiętać, że to BIORCA uruchamia DAWCĘ. Innymi słowy: jeśli przyjmujesz z wdzięcznością, otwierasz przepływ energii dla siebie i dla osoby, która chce cię obdarować. Biorąc – dajesz… Nie wzbraniaj się przed przyjęciem szczerze ofiarowanej pomocy, dobrego słowa czy przedmiotu, ponieważ odmawiając, nie tylko blokujesz przepływ dobrej energii, ale też wysyłasz do Wszechświata informację, że nie zasługujesz na nic dobrego.

Metody pracy:

1. Spróbuj zawsze dać coś każdemu, kogo spotykasz w danym dniu. Nie musi to być wielki prezent, wystarczy kwiat, modlitwa, dobre słowo, komplement…

2. Każdemu kogo spotykasz, życz radości i szczęścia.

3. Z wdzięcznością przyjmuj wszystko, co dostajesz od innych. Z wdzięcznością przyjmuj też słońce, śpiew ptaków, zapach kwiatów.

3. Prawo KARMY

To powszechnie znane prawo przypomnimy tylko w skrócie. Otóż należy sobie uświadomić, że aby zaznać szczęścia, należy zasiewać ziarna szczęścia. Dokonując w życiu niezliczonej ilości wyborów, podejmujemy decyzje, wykonujemy działania, które wytwarzają pewną określoną wiązkę energii. Wiązka ta powróci do nas w podobnej formie.

Metody pracy:

Zanim dokonasz wyboru, zadaj sobie dwa pytania:

1. Jakie będą konsekwencje?

2. Czy to przyniesie szczęście mnie i ludziom z mojego otoczenia?

Odpowiadając, obserwuj okolicę ciała, a szczególnie rejon serca. Jeśli twoje wrażenia będą nieprzyjemne, to raczej powinieneś tego działania zaniechać.

4. Prawo NAJMNIEJSZEGO WYSIŁKU

Polega na osiąganiu wszystkiego jak najmniejszym kosztem. Wystarczy przyjrzeć się przyrodzie, gdzie wszystko po prostu się dzieje. Natura spojona jest w całość energią miłości, dlatego wysiłek jest tam zbędny. Kiedy twoje działanie motywowane jest miłością, energia zostaje zwielokrotniona i można tę nadwyżkę wykorzystać w celu zmaterializowania pragnień. Wystarczy płynąć z falą, nurtem, nie stawiając oporu…

Należy nauczyć się akceptować wszystkie wydarzenia, bo wszystko jest takie, jakie być powinno. Kiedy coś cię drażni, to tak naprawdę reagujesz na swoje własne uczucia dotyczące sytuacji, a nie na samą sytuację. To twoje uczucia ci przeszkadzają, a nie sytuacja. (patrz: “Otwarcie się na ból” w Prospericie)

Nie znaczy to, że masz obarczać siebie winą za swoje emocje, czy spowodowanie czegoś. Cokolwiek się wydarza, po prostu się dzieje i nie należy szukać winnych, ani w sobie ani w innych ludziach. Wystarczy pamiętać, że w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji zawarte jest ziarno sposobności, które można twórczo wykorzystać. Można spróbować przekształcić trudny moment tak, aby wynikło z niego coś dobrego. Każda osoba, która zadaje nam ból, może stać się naszym nauczycielem. Każdy problem, który się pojawia, może być niezbędny naszej ewolucji. Zatem wszystko jest dokładnie takie, jak być powinno.

Nie warto też wdawać się w jałowe spory w obronie własnego zdania. Każdy ma prawo do własnych przekonań. Rezygnując z kłótni, odzyskasz spokój i bardzo wyraźnie poczujesz chwilę obecną. 

Metody pracy:

1. Akceptuj wszystko, co cię spotyka, ze świadomością, że tylko od ciebie zależy, jakie uczucia dana sytuacja w tobie wywoła. Weź odpowiedzialność za swoje uczucia.

2. Nie szukaj winnych, nie obwiniaj zwłaszcza siebie.

3. Nie wdawaj się w spory, pozostań otwarty na wszystkie poglądy.

5. Prawo INTENCJI I PRAGNIENIA

Cały świat składa się z energii i informacji, a człowiek jest częścią energetycznego pola wszechświata. Zatem można świadomie zmienić treść energetyczno-informacyjną siebie i swojego otoczenia. Dzieje się to dzięki uwadze i intencji. Uwaga niesie energię, a intencja przekształca. To o czym stale myślisz – wzmacniasz, to o czym zapominasz – więdnie i rozpada się.

Należy pamiętać, że intencja jest pragnieniem bez przywiązywania się do rezultatów (patrz: następne prawo). Uwagę trzeba skupić na teraźniejszości i tworzyć przyszłość. Skupienie uwagi na celu i nie dopuszczanie do tego, by przeszkody rozpraszały koncentrację sprawia, że przeszkody znikają i cel zostaje osiągnięty.

Metody pracy:

1. Sporządź listę pragnień i noś ją przy sobie. Spójrz na nią przed medytacją, przed pójściem spać, rano zaraz po przebudzeniu. 

2. Wprowadź listę pragnień do twórczego pola możliwości poprzez medytację.

  • w czasie medytacji wejdź w lukę między myślami

  • wychodząc z tego stanu – na granicy – wprowadź intencje

  • pozostań ukierunkowanym na Jaźń.

3. Nie poddawaj się trudnościom, nie pozwalaj im na osłabianie uwagi.

6. Prawo NIE PRZYWIĄZYWANIA SIĘ

Należy przestać oczekiwać rezultatu, nie rezygnując jednocześnie z pragnień. Ważna jest tutaj niezachwiana wiara w moc Jaźni. Przywiązywanie się bierze się ze strachu i braku poczucia bezpieczeństwa. Jaźń wie najlepiej, jak zaspokoić każdą naszą potrzebę i ona właśnie jest źródłem bogactwa. obfitości itp. Zaangażowanie się bez oczekiwań sprawia, że spontanicznie wszystko otrzymujemy. Nie przywiązywanie się oznacza, ze posiadamy ŚWIADOMOŚĆ  PROSPERUJĄCĄ. (patrz: Świadomość dostatku i świadomość ubóstwa – Prosperita), natomiast kurczowe trzymanie się celu jest równoznaczne ze świadomością ubóstwa.

Aby wejść w pole wszelkich możliwości należy wejść w nieznane, zrezygnować z przywiązania do znanego (czyli z przeszłości). Życie tylko wtedy jest naprawdę ciekawe, kiedy zostawiamy w nim miejsce na niespodziankę, przygodę, tajemnicę. Doświadczanie niepewności to właściwa droga, gdyż pozwala chwytać wszelkie sprzyjające okazje. Daje się sobie wtedy największą szansę, bez ograniczeń. Ściśle określając, co ma się wydarzyć, wyklucza się cały zakres możliwości, a ponadto zakłóca się płynność i plastyczność pola wszelkich możliwości. Zastosowanie się do tego prawa przyśpiesza proces ewolucji.

Metody pracy:

1. Zaangażuj się bezstronnie, bez przywiązywania.

2. Niepewność zaakceptuj jako podstawowy element przeżywania świata. Z radością witaj przygody, niespodzianki, pozostając otwarty na nowe szanse. Ciesz się każdą chwilą życia, nawet jeśli nie wiesz, co będzie jutro.

3. Zaufaj mądrości wszechświata, niech on zadba o szczegóły…

7. Prawo DHARMY czyli celu życia.

Każdy z nas ma specjalny dar, talent, z którym przyszedł na świat i którym powinien dzielić się z innymi. Kiedy twórcze działanie trafi w ten właśnie talent, zaczyna płynąć rzeka bogactwa. Korzystanie z talentu tworzy nieograniczoną obfitość. Skup się na tym, co masz światu do ofiarowania. Aby znaleźć ów talent wystarczy zadać sobie pytanie: Co bym robił, gdybym nie musiał martwić się o pieniądze i  miał mnóstwo czasu? Jeśli nadal robiłbyś to, co robisz w tej chwili, to znaczy, że wypełniasz swoją dharmę, bo praca cię pasjonuje.

Bardzo ważną rzeczą jest także zwrócenie uwagi na to, by odkryć w sobie boską Jaźń. Pytanie “co będę z tego miał?” jest dyktowane przez ego. Jaźń zapyta: “jak mogę pomóc innym?”. Realizacja swojego osobistego talentu w oparciu o Jaźń jest drogą do obfitości i sukcesu.

Metody pracy:

1. Odkryj swój niepowtarzalny talent i spróbuj zająć się nim w praktyce.

2. Pomyśl, jak możesz najlepiej służyć ludziom w oparciu o swój talent i zrób to.

Deepak Chopra jest doktorem medycyny, endokrynologiem i twórcą nowych teorii z zakresu medycyny ciała i ducha. Urodził się w New Delhi, a kształcił w Stanach Zjednoczonych. Prowadzi wykłady w obu Amerykach, Indiach, Europie, Japonii i Australii. Jest autorem jedenastu bestsellerów przetłumaczonych na 25 języków oraz wielu programów audiowizualnych.

 

Samopoczucie

Jesteśmy tutaj na Ziemi dla radości. Po to przychodzimy na świat i chyba nie ma nic ważniejszego niż pozytywne nastawienie i dobry humor. W istocie ani pracowitość, ani mądrość, ani zapobiegliwość nie ma takiego znaczenia jak nasze myśli i emocje, ponieważ to właśnie one tworzą rzeczywistość i przyciągają do naszego życia różne sytuacje. Wielu nauczycieli prosperity powtarza, że myśli znaczą o wiele więcej niż czyny.

Patrząc z takiej perspektywy najważniejszym tematem naszego rozwoju powinno być zatem samopoczucie. Dbanie o to, aby było zawsze dobre. Im więcej miłych i przyjemnych dni, im więcej radosnych chwil, im więcej pozytywnego nastawienia – tym więcej w efekcie dobra tworzymy w sobie i wokół siebie. W pewien sposób potwierdza to oczywiście psychosomatyka, która wyraźnie udowadnia, że zdrowie wynika z dobrych emocji, a choroby z negatywnych. Jest to także podstawa Prawa Przyciągania, więc nie wymaga chyba żadnego dodatkowego wyjaśniania.

Pomimo oczywistości tego stwierdzenia wcale nie jest łatwo utrzymać w sobie dobre nastawienie do świata i ludzi. Jakby w nas wewnątrz był taki specjalny czujnik, który wyłapuje problemy i je akcentuje. Albo czujnik reagujący na niewłaściwe zachowania innych osób. To jeden z ulubionych tematów na portalach społecznościowych – głównie rozprawia się o tym, że ktoś kogoś obraził albo niewłaściwie się zachował. Uwielbiamy plotkować.

A do tego wymyślamy często jakieś bezsensowne hipotezy, aby odwrócić kota ogonem. W temacie, o którym piszę przejawia się to pisaniem „mądrości”, które krytykują pozytywne myślenie. Ich autorzy próbują przekonać czytelników, że smutek jest dobry, że gniew jest twórczy, a prawdziwa świadomość nie ma nic wspólnego z radością. Bezmyślni czytacze ochoczo przytakują: „o właśnie, zawsze tak myślałem, przecież być radosnym to takie trudne”.

Wystarczy odrobina inteligencji, by zobaczyć jaką bzdurą są tego typu odkrycia. Radość uzdrawia, a smutki i inne negatywne emocje wywołują w naszym ciele choroby. Pozytywne myśli przyciągają miłość, szczęście, pieniądze i zadowolenie, a te negatywne coś wręcz przeciwnego. I jeśli ktoś nie wierzy, to ma oczywiście do tego prawo, ale lepiej dla takiej osoby, aby zastanowiła się nad swoim podejściem do życia. Moim zdaniem odrzucanie Prawa Przyciągania wynika właśnie z usprawiedliwiania samego siebie, a to, że ktoś zaprzeczy istnieniu takiego prawa nie oznacza, że ono działać nie będzie. Podobnie jak w przypadku grawitacji: nieznajomość fizyki nie uchroni nas przed uderzeniem przez kamień, jeśli łudzić się będziemy, że możemy bezkarnie podrzucić go nad swoją głową i on sobie zawiśnie w powietrzu.

Skąd się bierze to usprawiedliwianie? Otóż moim zdaniem całą historię zaprzeczania Prawu Przyciągania tworzą ludzie, którzy nie umieją cieszyć się życiem. Jest ich wbrew pozorom bardzo dużo. Nawet wśród nauczycieli duchowych widać pełno krytyki i negatywnego podejścia… choćby do konkurencji. Są też zwolennicy teorii, że aby cokolwiek osiągnąć, trzeba się najpierw nacierpieć. Dlaczego? Tego już nie umieją logicznie wyjaśnić, więc być może teoria ta jest tylko racjonalizacją osobistych niepowodzeń autorów, którzy chcą uchodzić za tych, którzy wiedzą, ale niewiele im w życiu wychodzi. Nawyki zrzędzenia, narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich są w nich tak silne, że nie umieją się z tego wyzwolić w żaden sposób. Ogłaszają więc, że pozytywne myślenie i tak nie działa, więc po co się męczyć, skoro tak przyjemnie jest opluwać innych, oceniać negatywnie zdarzenia, a potem można nazwać siebie osobą rozsądną i świadomą.

Brzmi to może paradoksalnie dla inteligentnego człowieka, ale zauważam wielokrotnie, że niektórzy czerpią mnóstwo przyjemności z wchodzenia w negatywne emocje. Adrenalina, która wytwarza się podczas ostrej kłótni z oponentem, potrafi niesamowicie nakręcić. I już nie wiem, czy na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, która umieją świadomie wyjść ponad to… Nie wiem doprawdy. Tym bardziej, że czas w naszym kraju specyficzny i większość ludzi przedkłada rację nad spokój i akceptację.

A radość wymaga starań. Należy ją w sobie pielęgnować jak piękny kwiat. Zaczynamy od dokonania wyboru, że we wszystkich sytuacjach szukać będziemy dobrej strony. Potem uczymy się najmniejszej bodaj akceptacji tego, co niekoniecznie nam się podoba. A wreszcie zaczynamy konsekwentnie tworzyć nowe ścieżki neuronowe w naszym umyśle. Do tego potrzeba czasu – około miesiąca. I przez 30 dni warto reagować na świat z radością i miłością. Choćby na siłę. Potem już będzie łatwiej. Ale te pierwsze tygodnie są najtrudniejsze. W tym okresie ludzie się poddają, aby potem pocieszać się fałszywym: „prawdziwy rozwój nie ma nic wspólnego z pozytywnym myśleniem”. Otóż ma. I nic tego nie zmieni. Nie istnieje rozwój bez radości, miłości i pozytywnego postrzegania Wszystkiego Co Jest.

Chociaż codzienne życie jest praktycznie niemożliwe bez spadku nastroju, to zawsze my wybieramy, jak potem zareagujemy. Smutek, złość i rozdrażnienie dotykają każdego – są przecież naturalną konsekwencją obniżenia energii. Ale właśnie dlatego nie można szukać wymówek, tylko warto zadbać o własne samopoczucie. Bo to kluczowe dla wszystkiego, co chcemy tworzyć i czego chcemy doświadczać. Kiedy ogarniają nas negatywne emocje, wówczas podświadomie tworzymy w sobie opór, który blokuje miłość, szczęście, czy pieniądze. Najmądrzejszą reakcją jest ucieczka od takich rzeczy w stronę jak najlepszego nastroju. Lepiej obejrzeć głupią, ale śmieszną komedię, niż spędzić godzinę na poważnych i pełnych rozpaczy rozmyślaniach.

Dlatego właśnie robię wszystko, aby jak najszybciej poprawić sobie samopoczucie, bo tylko w ten sposób mogę sobie pomóc. Racjonalizowanie i powtarzanie, że smutek jest Ok to pułapka. I co z tego, że sobie pochwalę taki smuteczek, kiedy jest on podstępnym sabotażystą, zabierającym mi w najbliższym czasie zarobki lub miłe chwile z ukochanym. Po co mi taka emocja? Traktuję ją wyłącznie jako drogowskaz – jeśli pojawia się nie sama z siebie, lecz jako odpowiedź na sytuację. Smutek czy złość bywają wskazówkami, że należy w sobie uzdrowić jakiś wzorzec. Ale wystarczy, że je zauważę i zapamiętam konieczność pracy z wzorcami. Niech potem jak najszybciej znikają z mojej rzeczywistości.

Dobrym porównaniem byłby tu drobny deszcz. Czasem wystawiamy rękę i sprawdzamy czy pada. Kiedy na dłoń spadną krople, już mamy odpowiedź. Zostajemy w pomieszczeniu lub rozkładamy parasol. Nikt z nas nie trzyma ręki na zewnątrz i nie czeka, aż będzie cała mokra, aż przemoczymy rękawy, a zimne strużki popłyną pod ubranie. Ta ręka jest jak negatywna emocja – pokazuje siłę deszczu. Kiedy spełni swoją rolę, zabieramy ją z deszczu. Podobnie z emocjami – kiedy pokażą, co maja pokazać – uwalniamy je, a nie kisimy się w złości, smutku czy rozpaczy. Nie miałoby to żadnego sensu.

Kiedy pojawia się negatywna emocja, można zadać sobie pytanie o to, co ona pokazuje. Jednak zaraz potem warto skierować całą swoją uwagę na to, czego pragniemy. Jeśli na przykład poczuję złość, że mam za mało czasu na robienie tego, co kocham, jak tylko zidentyfikuję ów wzorzec, przestaję skupiać się na tej emocji. Zamiast tego, zaczynam sobie wyobrażać, że mam dużo czasu na wszystko, co chciałabym robić. Myślę o tym przez dłuższy czas, odczuwam płynącą z tego radość, planuję to wszystko i podnoszę energię tak długo, aż poczuję się z tym marzeniem szczęśliwa. W ten sposób zatrzymuję negatywne tworzenie swojej rzeczywistości, zastępując je pozytywnym.

Bogusława M. Andrzejewska

Źródło młodości

Zdarza się czasem, że praktycy Reiki traktują tę cudowną energię jako świętość i nie mają odwagi nawet, by pomyśleć o wykorzystaniu jej do czegoś innego niż uzdrawianie i to wyjątkowo poważnych schorzeń. Spotkałam się już z opinią, że „szkoda marnować energię na prozaiczny katar”. Tymczasem katar może być bardziej meczący niż inne nawet przewlekłe schorzenia, które spędzamy w łóżku. Tym bardziej, że mając katar zazwyczaj pracujemy równie intensywnie jak wtedy, kiedy jesteśmy zdrowi, a jednak stan przeziębienia bardzo utrudnia nam funkcjonowanie i każde wsparcie jest mile widziane. Nie powinniśmy zatem w żaden sposób oceniać, jaka dolegliwość zasługuje wystarczająco na zabieg energetyczny.

Nie o katarze chcę jednak pisać, ale o pracy z energią Reiki w tematach, które ze zdrowiem nie mają nic wspólnego. Dla kobiet kwestią równie ważną jak samopoczucie bywa wygląd. W pewien sposób to właśnie uroda pośrednio działa na nasz nastrój. Im lepiej wyglądamy, tym lepiej się czujemy. I chociaż trudno porównywać zdrowie z wyglądem, to nie ma powodu, by zaniedbywać własną urodę.

Energia Reiki jest jak ocean – nigdy jej nie zabraknie. Nie znajduje się w żadnym zbiorniku, jest zatem niewyczerpana. To my decydujemy, gdzie popłynie, kiedy przykładamy ręce do określonych osób lub przedmiotów lub adresujemy ją z pomocą znaków drugiego stopnia. Dlaczego zatem nie działać na wszystko, co dla nas ważne, nawet jeśli ze zdrowiem nie ma nic wspólnego? Z pomocą Reiki możemy pracować w każdym obszarze, jeśli nikomu przy tym nie czynimy krzywdy. Nie ma tu żadnych ograniczeń.

Panie, które były u mnie na inicjacji, wiedzą doskonale jak pracować z energią, aby ich włosy były gęste, zdrowe i lśniące, a skóra młoda i gładka. Mam też uczennice, które dotarły właśnie do mnie tylko dlatego, że marzą o jędrnych, kształtnych piersiach, chcą je powiększyć bez skalpela. Nie dla każdej kobiety ma to znaczenie. Są też osoby w pełni zadowolone ze swojego wyglądu i nic nie chcą w nim poprawiać. Jednak warto wiedzieć, jakie są możliwości energii Reiki.

Napisałam, że jest to ocean, a teraz dodam, że to także źródło młodości. Dla kobiet w średnim wieku wszystko, co daje gładką skórę, lśniące włosy, piękne piersi jest eliksirem odejmującym lata. Warto zauważyć, że wymienione tu elementy urody są charakterystyczne dla pań w młodym wieku. Starsze osoby potrzebują chemii, operacji plastycznej lub nieco magii, by wyeliminować zmarszczki i poprawić kondycję skory czy włosów. Reiki okazuje się być szczyptą tej magii, która bez efektów ubocznych poprawia nasz wygląd.

Ktoś może powiedzieć, że przesadne dbanie o urodę i brak akceptacji naturalnego procesu starzenia to próżność, ale pamiętajmy też, że czasem kwestia wyglądu wpływa na stan naszej samooceny. A ta z kolei jest punktem wyjścia do szczęśliwego życia, samospełnienia i osiągania sukcesów. Dlaczego zatem nie pomóc sobie zabiegiem energetycznym, skoro dysponujemy taką możliwością?

Jak napisałam wyżej, mamy prawo korzystać z energii dla dowolnego celu, jeśli nikomu tym nie szkodzimy. A sam fakt, że Reiki działa na nas odmładzająco jest też dowodem, że to coś dla nas właściwego, ponieważ ta energia niesie tylko dobro. Gdybyśmy próbowali cokolwiek poprawiać energetycznie z negatywnych powodów, Reiki nie zadziała. Wiemy o tym doskonale, wiele praktykujących osób udowodniło, że kiedy ich intencje są nieodpowiednie, energia przestaje działać i wspierać.

Moje doświadczenie wskazuje, że poprawa urody bywa też czasem nieoczekiwanym zupełnie efektem dodatkowym pracy z energią. Nie wykonywałam nigdy specjalnych zabiegów, dotyczących wyglądu, ponieważ mam to szczęście, że przez większość życia byłam zadowolona ze swojej aparycji. Nigdy też o tym nie myślałam, ponieważ życie dostarczyło mi wielu spraw i tematów do uzdrawiania energią, które odwracały moja uwagę od wyglądu. Jednak po dwudziestu kilku latach codziennego wykonywania Reiki obserwuję u siebie zwolniony proces starzenia. Nie mam zmarszczek, nie mogę doczekać się menopauzy, nie potrzebuję biustonosza – grawitacja nie istnieje dla mnie, a nieznane osoby mówią, że wyglądam na trzydzieści kilka lat. Nic w tym kierunku nie robiłam. Ale codziennie robię Reiki.

Zapewne nie jest to sposób na nieśmiertelność, ale wydaje się całkiem logiczne, że energia, odżywiając i uzdrawiając komórki naszego ciała, pozwala nam dłużej cieszyć się młodością.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Reiki i radość

Energia reiki przy całej swojej wszechstronności jest także sposobem na rozwijanie szczęścia i radości. Kiedy zgłaszają się do mnie osoby z tendencją do smutków lub stanów depresyjnych – zazwyczaj polecam tę właśnie metodę. Nic w tym dziwnego. Wiemy już, że Reiki regulując przepływ energii przez komórki działa na wszystkie schorzenia, uzdrawiając człowieka zależnie od jego gotowości zmiany myślowych wzorców. Jednak oprócz tego wykonanie zabiegu podnosi poziom energetyczny, co automatycznie wiąże się z poprawą nastroju.

Systematyczne zabiegi są zatem antidotum na depresje wszelkiego rodzaju. Nie mówię tu o stanie zaawansowanym wymagającym specjalistycznego leczenia i przyjmowania tabletek. Mówię o profilaktyce. Jeśli stale wchodzimy w przepływ Reiki, stale też odczuwamy poprawę nastroju i otwieramy się na radość życia. Tym samym odsuwamy od siebie chorobę.

Niemal każdą, ponieważ podłożem większości dolegliwości są negatywne emocje. Kiedy jesteśmy pod działaniem Reiki, emocje tego typu nie mają do nas dostępu. W pewien sposób można powiedzieć, że gdybyśmy wykonywali zabiegi 12 godzin na dobę, nie mielibyśmy czasu i okazji do tego, żeby się smucić czy złościć, a w konsekwencji zapewnialibyśmy sobie najlepsze zdrowie.

Rzecz jasna są też wzorce, na które radość nie ma zdecydowanego wpływu, np. niskie poczucie własnej wartości. Jeśli ktoś nosi w sobie masę kompleksów, to choćby śmiał się od rana do nocy, nie zmieni tym wadliwego kodu, który prowokuje chorobę. Ale może go osłabić. Naukowo udowodniono już dawno, że śmiech uzdrawia, działając w określony sposób na komórki naszego fizycznego ciała. Zatem zapewne w dużej mierze niweluje wpływ szkodliwych wzorców. Być może daje nam więcej czasu na ich uzdrowienie, zanim choroba rozgości się w ciele na dobre.

Warto wspomnieć o jednej z pięciu zasad Reiki. Brzmi ona: „Chociażby dziś, nie martw się”. Stale powtarzam, że mądry Mikao Usui, twórca metody, doskonale wiedział o znaczeniu pozytywnego myślenia. O wszystkim decydują nasze myśli i w ślad za nimi tworzone przekonania. Jeśli funkcjonujemy w radości, to nasze życie jest dobre i pełne sukcesów. Radość przyciąga radość i roześmianych ludzi. Nie dopuszcza stresu, a przecież to właśnie stres jest twórcą problemów i schorzeń. Zatem pozytywne myślenie, częsty śmiech i wypełnianie swoich dni wesołymi sprawami gwarantują nam dłuższe i lepsze życie.

Reiki sprzyja radości, dlatego też osoby, które zajmują się praca z energią, zazwyczaj mają duże poczucie humoru. Nie wahają się też z dystansem podchodzić do tematu samej energii. Nie obrażamy bowiem ani nie poniżamy Reiki, kiedy mamy w sobie radość i traktujemy wszystko z dużą dozą śmiechu. Jeden z moich przyjaciół, nieżyjący już, znakomity nauczyciel Reiki, Andrzej Bednarz układał zabawne powiedzonka na ten temat. Najbardziej znane to:

„Człowiek człowiekowi Reikiem”

„Gdzie człowiek nie może tam Reiki pośle”

„Kto rano wstaje, temu Reiki”

Często wspólnie żartowaliśmy i wymyślaliśmy śmieszne słowa i przysłowia związane z tą cudowną energią. Napełnialiśmy je humorem i radością. Wierzę, że miłość jest nierozerwalnie związana z wesołością, dlatego wprowadzanie szczerego i pozytywnego śmiechu do tego, co dla nas ważne, wzmacnia nasze uczucia.

Miałam przyjemność uczestniczyć w wielu roześmianych zabiegach. Bywa tak, że kiedy grupowo przykładamy dłonie, zaczynamy żartować i nasz śmiech nabiera wówczas innego wymiaru. To nie tylko zabawa, ale prawdziwa głęboka i czysta radość, zasilana mocą przepływającej przez nas energii. Charakterystyczne jest to, że Reiki wzmacnia nasze poczucie humoru nakręcając bez końca spiralę zabawy. Energia pięknie płynie, a sam radosny proces wzmacnia odczuwanie wesołości u odbierającego.

Reiki potrafi nas też wyciszyć wtedy, kiedy zamiast śmiechu ktoś potrzebuje spokoju. Doświadczyłam wielokrotnie, że nic i nikt nie jest w stanie mnie rozbawić, kiedy jestem w stanie przepływu, a Reiki decyduje o potrzebie powagi. Jeśli jednak czuję lekkość, a buzia sama mi się śmieje, wówczas wiem, że tej jakości w tym przypadku osoba bardzo potrzebuje. Nie powstrzymuję radości, jeśli spontanicznie pojawia się w trakcie przepływu, bo wiem, że ta piękna emocja zawsze jest dobra. Półgodzinna sesja szczerego śmiechu, po którym bolą mięśnie brzucha, jest nie mniej uzdrawiająca, niż sama energia. Poddaję się temu, co czuję. Nic na siłę. Reiki pięknie prowadzi.   

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zadowolenie

Co to znaczy być zadowolonym? To nie marudzić, nie narzekać, nie krytykować, lecz cieszyć się chwilą, radować każdym dniem i doceniać swoje życie. To szukać w każdym momencie powodów do radości. To umieć poczuć się szczęśliwym tylko dlatego, że świeci słońce lub śpiewają ptaki. To nie zamartwiać się problemami, lecz je rozwiązywać i akceptować wielobarwność życia. To nie skupiać się na trudnościach, ale wierzyć, że na wszystko jest dobry sposób. Tak w wielkim skrócie wygląda świadomość prosperująca. Po tym możemy poznać osobę, która naprawdę myśli pozytywnie.

Szczęście jest w nas. Wcale nie trzeba go szukać gdzieś bardzo głęboko. Wystarczy zdecydować, że skupimy się na tym, co dobre i spróbujemy się nie martwić. Przecież zmartwienie w niczym nie pomaga. To, że musimy mierzyć się z wyzwaniami jest częścią naszej rzeczywistości. Spokojne podejmowanie kolejnych wyzwań jest mądrością, która pomaga być szczęśliwym.

Świat przynosi nam różne sprawy i nie za każdym razem są one przyjemne, ale zawsze gdzieś obok jest coś, co może podnieść nam nastrój i sprawić, że poczujemy się lżej. Obok złośliwych ludzi, stoją życzliwi przyjaciele, trzeba ich tylko zauważyć. Obok głupich polityków – profesjonalni lekarze. Obok niesympatycznych znajomych – serdeczni sąsiedzi. Istnienie jest wielobarwne. Nie warto skupiać się wyłącznie na tym, co złe. Nauczyły nas tego media, które pokazują głównie trudne sytuacje, aby silnie uruchomić nasze emocje. A wszechświat daje nam wszystkie możliwości. To my decydujemy, co wybrać.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, w której zabrakło nam pieniędzy na ważne rachunki. Zamiast się martwić i tracić tym samym zdrowie, pomyślmy, skąd je wziąć. Na pewno znajdzie się na to jakiś sposób. Zamiast nakręcać się smutkiem i wstydem, że tak się dzieje, poszukajmy czegoś dobrego w swoim życiu. Poczujmy wdzięczność za zdrowe oczy, piękne dzieci, ciepło słońca na policzku. Podnieśmy sobie energię dobrymi myślami i pięknymi elementami życia. Warto. Nie tylko po to, by poczuć się lepiej. Ale także dlatego, że kiedy poprawi nam się humor i nakręcimy się pozytywnymi myślami, mamy duża szansę na przyciągnięcie tego, czego potrzebujemy.

Wdzięczność to fenomenalny multiplikator. Im bardziej umiemy dziękować w sercu za wszystko, co mamy i czego doświadczamy, im mocniej doceniamy każde dobro w swoim życiu, tym więcej szczęśliwych zdarzeń przyciągamy. Takie uczucie przynosi niezwykłe efekty. Warto wyrobić sobie nawyk codziennego dziękowania za każdy pomyślny drobiazg, za każdy ciepły uśmiech, za każdy promień słońca. To najprostszy i zarazem bardzo energetyczny sposób na poprawę jakości życia – być wdzięcznym.

Zauważyłam, pracując z Dzienniczkiem Wdzięczności, że codzienne pisanie o tym, za co dziękuję, rozwija niesamowicie pozytywne myślenie. Im więcej wyrazów wdzięczności piszę, tym więcej dobra spostrzegam wokół siebie. Skupiając się na pomyślnych doświadczeniach, zaczynam doceniać swoje życie i spontanicznie wybieram optymizm. Wdzięczność jest zatem jakością nierozerwalnie związaną z miłością do siebie i świata, z Prawem Przyciągania, szczęściem i dobrobytem. Pomaga poczuć zadowolenie z tego, co jest – tu i teraz.

Doskonałym sposobem na podniesienie energii jest bycie w kontakcie z tym, co dobre i piękne. Można sprawić, aby mieć takie cuda zawsze pod ręką, nawet wtedy, kiedy pada deszcz lub przyjaciele nie mają dla nas czasu. Ja mam pewien magiczny folder w komputerze, w którym przechowuję swoją ulubioną muzykę, taką, która niesamowicie poprawia mi nastrój. Obok muzyki, mam w nim pozytywne filmy, które także pełnią swoja rolę wtedy, kiedy potrzebuję dawki optymizmu i radości. A wreszcie mam tam najpiękniejsze obrazy i zdjęcia. Kiedy je oglądam, buzia natychmiast mi się uśmiecha. Proponuję takie właśnie narzędzie, by moc pilnować swojego dobrego nastroju.

Zamiast folderu, może być specjalna „szczęśliwa półka” w domu. Niech znajda się na niej dobre, wartościowe książki, takie jak „Siła” Rhondy Byrne – pełna mocy i dobrej energii pozycja. Można do niej wracać wiele razy, by naładować mocą swój wewnętrzny akumulator. Obok książek możemy położyć tam pudełko ze zdjęciami, które utrwaliły chwile naszego największego szczęścia i buzie tych, których kochamy. Mogą się tam znaleźć płyty z dobrą muzyką, słonie z podniesiona trąbą i figurki Aniołów. Możemy tam umieścić drobiazgi, które dobrze nam się kojarzą i przynoszą pozytywne wspomnienia – nawet kamyczki podniesione z ziemi w czasie romantycznej wycieczki z ukochaną osobą. A wreszcie proponuję ułożyć tam wybrane specjalnie dla siebie minerały i olejki zapachowe lub preparaty Aura-Soma. Warto pamiętać, że mają one moc uzdrawiania naszych emocji. Są to więc nie tylko „pocieszajki”, ale konkretne narzędzia, które pomagają nam zachować dobry humor i pozytywne nastawienie do świata.

Dobrze jest położyć na takiej półce Karty Aniołów, które cudownie pomagają w czasie, kiedy spada nam energia. Pisałam o tym w innym miejscu, że rozmowa z Aniołami połączona z rozkładem dobrej energetycznie talii, świetnie działa na nasz nastrój i odradza nadzieję wtedy, kiedy najbardziej potrzebujemy wsparcia. Taka półka wówczas sama w sobie promieniuje pięknym światłem i korzystanie z niej ogólnie pomaga utrzymać w sobie radość życia.

A co przeszkadza? Przede wszystkim nieustanne porównywanie się z innymi. Mamy taki niedobry zwyczaj, że zamiast skupiać się na swoim życiu i jego zaletach, stale zaglądamy innym przez ramię, co też oni dostali. A bywają ludzie bogatsi od nas, którzy spędzają życie na podróżach lub imprezach czy twórczym działaniu. Patrzymy na nich i od razu chcemy mieć to samo lub tak samo, bo przecież nam też się należy. Natychmiast wchodzimy z niskie energie i zaczynamy pożądać tego, co ma ktoś inny. Zazdrość, to jedna z tych najpaskudniejszych emocji – największy bodaj wróg prosperującej świadomości.

Rzadko kiedy doświadczenie drugiej osoby nas inspiruje. A powinno. Bo po to powstała różnorodność. Jeśli oglądamy podróżnika, pomyślmy, jak zrealizować swoje marzenie o wędrówkach po świecie. Nie zawsze potrzebne są do tego nasze własne pieniądze, bo jest sporo zawodów, które wiążą się z podróżowaniem po świecie. Warto nauczyć się języków, skończyć odpowiednie szkolenia i realizować swoje pragnienie. Jeśli widzimy kobietę w pięknej sukni, warto pomyśleć, czy można taką uszyć. Jeśli widzimy kochająca się parę, postarajmy się nauczyć tego, co zapewni nam szczęśliwy związek.

Zazdrość popycha nas w ślepe uliczki, bo niejednokrotnie widząc u znajomych coś ładnego, chcemy to samo, ale jeszcze lepsze. Chcemy zabłysnąć i podnieść sztucznie poczucie wartości, popisując się tym, że zdobyliśmy coś większego – niech nam zazdroszczą! A po co? Czy rzeczywiście warto ponosić trud i tracić energię na wywołanie zawiści u drugiego człowieka? Aby być szczęśliwym trzeba dokonywać wyborów tylko dla siebie. Zdobywać tylko to, co nam przynosi szczęście, a nie to, czym możemy się popisać przed kimś innym. Jesteśmy doskonali tu i teraz – tacy, jacy jesteśmy. Nie potrzebujemy niczego, dokładnie niczego, by tę doskonałość naprawiać.

Każdy z nas dostaje w życiu swój kawałek tortu. Każdy inny, ale zawsze idealnie dopasowany do potrzeb duszy i planu naszego rozwoju. Kluczem do zadowolenia jest umiejętność cieszenia się tym, co mamy i twórcze wykorzystanie swoich zdolności i możliwości. Nie potrzebujemy niczego więcej ponad to, z czym przyszliśmy na świat. Jesteśmy w stanie nauczyć się tego, co nam pomoże w realizacji marzeń. Jesteśmy w stanie zarobić i zdobyć tyle majątku, by żyć dostatnio. Jesteśmy w stanie przyciągnąć do siebie ukochaną osobę i cieszyć się miłością. A to w zupełności wystarcza, by być szczęśliwym człowiekiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Zachwyt

“Kocham swoje życie” – to pierwsza myśl, jaka pojawia się, kiedy tylko otwieram rano oczy. Uwielbiam te krótkie chwile, kiedy słońce wślizguje się przez okno i wyzłacając firankę ogrzewa mi twarz. Czuję się jak na rajskiej plaży i błogosławię fakt, że okna mojej sypialni wychodzą na wschód. Błogosławię też fakt, że to słoneczne promienie łaskoczą moje policzki, informując o początku dnia, a nie na przykład dzwonek budzika. Błogosławię też wszystkie radosne myśli i plany na nadchodzący czas. Jeszcze chwila wtulenia w ciepłe ramiona męża i zaczynam dzień. To moje cudowne życie. Poukładałam je tak, jak chcę i lubię. Nic nie muszę. Wszystko mogę.

Piszę o tym, aby uświadomić innym, że każdy może być szczęśliwy, jeśli tylko zechce. Po pierwsze to zawsze nasz wybór, poczynając od ustawienia łóżka, poprzez udany związek, a na wykonywaniu ulubionej pracy kończąc. Wszystko, co nas otacza, może sprawiać nam przyjemność. Nie dlatego, że jesteśmy pozytywni i lubimy, cokolwiek tam mamy – tak też przecież można. Ale właśnie dlatego, że świadomie kreujemy swoje życie: pracę, związek, dom – to wszystko, co tworzy nasze codzienne istnienie. Jeśli zamiast mieszkania w ciepłym blokowisku wybieramy własny domek, to musimy lubić odgarnianie śniegu, niską temperaturę w zimie i ciągłe remonty. Jeśli wybieramy etat w korporacji, to trzeba pokochać budzik i pracę pod dyktando. To zawsze my kreujemy swoją codzienność – tworząc określone wyobrażenia, myśli, a następnie wykonując konkretne działania. Trzeba przede wszystkim poznać siebie i to, co dla nas ważne. Ja lubię leniwe poranne wstawanie w promieniach słońca i świadomość, że nigdzie nie muszę się spieszyć. Ten luz czyni mnie szczęśliwą.

Po drugie – warto nauczyć się radości życia i zauważania wokół siebie piękna. Znam ludzi, którzy mając dużo pieniędzy, zapewnili sobie piękne, ciepłe domy, z wygodnymi sypialniami, są zdrowi i nadal są nieszczęśliwi. Będąc na ich miejscu, przez całe 24 godziny byłabym jedną wielką ekstazą, dlaczego więc oni cierpią? Bo nie umieją się cieszyć życiem. Bo śpiąc w luksusowym łóżku, nie czują jego miękkości. Bo mając wielkie okna, przez które wpada słońce, nie rozkoszują się jego światłem. Bo mając piękne, puchate dywany, nie umieją odczuwać zmysłowej przyjemności, kiedy dotykają ich stopami. Sztuka zachwytu nie jest nam dana od ręki. To coś, co trzeba w sobie rozwijać i pielęgnować. To prawdziwa medytacja dobrobytu i szczęśliwości. Mamy to w sobie jako dzieci, a potem gdzieś gubimy w pogoni za mniej ważnymi rzeczami…

Zachwyt jest kluczem do szczęścia. Nie wystarczy być bogatym i posiadać luksusowe rzeczy. O wiele ważniejsza jest umiejętność cieszenia się przyjemnością dostarczaną przez te wszystkie przedmioty i sytuacje. W tym miejscu sprawdza się stara prawda, że czasem bardzo ubogi człowiek będzie bardziej szczęśliwy od milionera… Wystarczy, że nosi w sobie dar zachwytu. W ciepły letni dzień usiądzie na łące pod drzewem i będzie rozkoszował się zapachem nagrzanej słońcem trawy, błękitem nieba, szelestem liści… Będzie szczęśliwy. Doświadczy więcej błogości niż bogacz w swoim zamku na jedwabiach i wśród złota. Wiemy o tym od dawna, powtarzają to wszystkie baśnie.

A pomimo tego nadal obserwujemy, że więcej ludzi chce zdobywać pieniądze niż nauczyć się szczęścia. Kurs: “jak zarabiać?” niezmiennie przyciąga więcej chętnych niż szkolenie: “jak być szczęśliwym?”. To duży błąd, bo same pieniądze nie dają szczęścia. Nie mam nic przeciwko zarabianiu i na swoich szkoleniach zawsze pokazuję, jak pracować z energią pieniądza, by żyć w dostatku. Ale najpierw uczę bycia w zachwycie, bo to jest o wiele ważniejsze. Żeby cieszyć się tym, co za pieniądze kupimy, trzeba umieć przeżywać zachwyt. Tym bardziej, że to poczucie szczęścia kreuje dobre zarobki, a nie odwrotnie. Warto powtórzyć to jeszcze raz, bo chyba ciągle do wielu osób to wcale nie dociera: pieniądze nie dają szczęścia, ale szczęście rodzi pieniądze.

Zachwyt to przejawianie radości i szczęścia. Sprawia, że jest nam dobrze i błogo. Jest otwieraniem serca na piękno i moc Wszechświata. Powoduje podniesienie energii i natychmiastowe poprawienie nastroju. Działa też na głębszych poziomach, ponieważ uczy nasz umysł pozytywnego nastawienia. W naszym mózgu układają się specjalne ścieżki, które ułatwiają nam odczuwanie zachwytu następnym razem. Można to w przybliżeniu porównać do wyrobienia w umyśle pewnego nawyku, który ułatwia skupianie się na tym, co dobre i piękne. Tym samym pomaga też w pozytywnym myśleniu, które kreuje dla nas dobre rzeczy.

Odkrywam tę magiczną siłę od lat i można mi wierzyć – jestem specem od zachwytu. Niezmiennie podziwia mnie za to moja przyjaciółka, z którą jeździmy razem na wycieczki. Ponieważ to ona siedzi za kierownicą, ja mogę swobodnie rozglądać się po okolicy i podziwiać widoki. Skutkuje to ciągłymi okrzykami zachwytu: a to pejzaż, a to tęcza, a to cudownie poukładane chmury na niebie, a to kolory łąk, a to magia zimy w górach… Zawsze jest coś do kochania, świat jest przecież tak niewiarygodnie piękny! Przyznaję, że w tej kwestii pozostałam na poziomie małego dziecka, które nawet w błocie zobaczy tęczę. Ale też mogę sobie dopowiedzieć, że tylko z poziomu dziecka można wejść do królestwa niebieskiego. Czymkolwiek owo królestwo jest – dla mnie istnieje na Ziemi – tu i teraz w moim życiu.

Czasem zdarza mi się wywołać radość w innych, szczególnie wtedy, kiedy idąc ulicą uśmiecham się od ucha do ucha, a ludzie patrzą na mnie dziwnym wzrokiem. Ale jak się nie uśmiechać, kiedy kocham swoje życie? Kiedyś, kiedy latem pływałam w jeziorze, jakiś pan podpłynął do mnie i zapytał, jak to jest, że mam na twarzy taki uśmiech i taką minę, jakbym przeżywała ekstazę. No cóż… odpowiedź jest prosta: uwielbiam pływać i to jest dla mnie prawdziwa rozkosz. Domyślam się, że wiele osób lubi pływać, spacerować czy podziwiać górskie widoki. Sztuka polega jednak na tym, aby dopuścić zachwyt do swojego umysłu. Samo lubienie pływania nic nie da, jeśli w trakcie nie skupiamy uwagi na odczuwaniu przyjemności. Liczenie metrów, oddechów czy rozmyślanie o tym, co ugotować na obiad nie jest zachwytem.

W buddyzmie istnieje pojęcie “uważności”. Polega ona na skupianiu uwagi na tym, co dokładnie robimy. Jeśli zmywamy naczynia, jesteśmy całą swoją świadomością w tym zmywaniu. Jeśli spacerujemy, skupiamy się na stawianiu stóp. W odniesieniu do zachwytu uważność oznacza, że w danej chwili przeżywamy zachwyt i rozkosz. Moje pływanie tak właśnie wygląda – nie interesuję się czy prawidłowo oddycham i jak ruszam nogami, ale skupiam na odczuwaniu zachwytu nad pięknem wody, nad cudem słonecznego światła tańczącego na powierzchni, nad zmysłową wspaniałością tego doświadczenia.

Nawet ludzie, którzy poświęcają czas na rozwój osobisty zapominają o tym, jak ważne jest odczuwanie. Ciągła praca nad sobą także może działać przeciwko nam, bo tracimy blask życia i czas na doświadczanie. Zachwyt jest jedną z najlepszych medytacji. Rozwijanie w sobie radości i podziwu dla otaczającego nas piękna działa uzdrawiająco. Koi i wzmacnia serce, które przecież zarządza naszą energetyką. Warto się tego nauczyć, także dla poprawienia samopoczucia i stanu zdrowia.

W tym miejscu przypomnę słynną książkę J. Redfielda “Niebiańska przepowiednia”. Tym, którzy ją czytali, nie muszę mówić, jak działa zachwyt… Pozostałym podpowiem, że warto sięgnąć po tę lekturę i zdradzę piękną tajemnicę. Wg Redfielda wejście w stan silnego zachwytu nad otaczającym nas urokiem natury uzdrawia komórki i tkanki w naszym ciele, a nawet pozwala wykorzystać nieużywane części umysłu do tego, by stać się… niewidzialnym. Oczywiście na chwilę obecną proponuję pozostawić cudowne historie w książce i na początek nauczyć się doświadczać radosnego uniesienia nad pięknem otaczającego nas świata. To na pewno zmieni nasze życie na lepsze i bardziej szczęśliwe.

 Bogusława M. Andrzejewska

Terapia śmiechem

“W zdrowym ciele zdrowy duch” – mówimy często. Zdarza się nam jednak zapomnieć, że bywa też odwrotnie: kiedy dusza jest radosna i szczęśliwa, ciało wydaje się zdrowsze i odporniejsze. Ciało i duch wydaja się być jednym mocno zależnym wzajemnie układem, tzw.  jednością psychosomatyczną.  Niektórzy z nas być może zauważyli też, że kiedy w ich życiu wszystko się układa, kiedy przez szereg dni są w radosnym nastroju, omijają ich wszelkie dolegliwości. Chociaż cała rodzina kicha, chociaż w pracy wszyscy narzekają na grypę, nas się nic nie ima, a układ odpornościowy przechodzi sam siebie. Tu można wyraźnie dostrzec dobroczynny wpływ pozytywnego nastawienia.

Oczywiście to działa i w druga stronę. Wielokrotnie doświadczamy sytuacji, w których przeżyty stres owocuje przeziębieniem, bólem głowy, skokami ciśnienia. Przyznając spontanicznie: „zdenerwowałam się i teraz źle się czuję”, zauważamy wpływ nastroju na fizyczny stan naszego organizmu. Od tych spostrzeżeń już tylko krok do najweselszej terapii świata, do metody leczenia śmiechem. Od greckiego słowa „gelos” – śmiech powstała naukowo brzmiąca nazwa gelotologia.

Platon powiedział: ,,Szaleństwem byłaby chęć leczenia tylko ciała bez leczenia ducha”.
Dawno temu dowiedziono, że radosny, spontaniczny śmiech pomaga odreagować wszelakie stresy, konflikty, frustracje, wywierając dobroczynny wpływ na kondycję nie tylko fizyczną, ale także psychiczną.

Przez długie stulecia śmiech jako środek leczniczy był propagowany jedynie przez medycynę niekonwencjonalną. Jednym z ojców tej niezwykłej terapii był Norman Cousins z USA, który zachorował na bardzo bolesne zapalenie stawów kręgosłupa. Szansę przeżycia lekarze określili na 1:500. Cousins szukając ratunku, sam wymyślił dla siebie metodę leczenia: oglądał filmy komediowe, pielęgniarka czytała mu wesołe książki, odwiedzali go przyjaciele, których zadaniem było rozśmieszanie go i utrzymywanie w dobrym nastroju. W krótkim czasie Cousins zaobserwował u siebie znaczną poprawę stanu zdrowia – trapiące go bóle zmniejszyły się, po około dziesięciu minutach “serdecznego” śmiechu mógł zasypiać na co najmniej godzinę. Subiektywnie odczuwane objawy powrotu do zdrowia zostały bezdyskusyjnie potwierdzone przez wyniki badań laboratoryjnych. Norman Cousins wyzdrowiał.

Za największego “śmiechologa” uważa się Patch’a Adams’a , który od dziecka marzył, aby być klaunem lub lekarzem. Udało mu się połączyć oba te zawody. Wcielając się w postać klauna przychodził do przebywających w klinice dzieci i je rozbawiał, odwracając ich uwagę od choroby, bólu i samotności. Dzięki swoim niekonwencjonalnym metodom pracy przekonał kolegów lekarzy, ze śmiech i radość są bardzo potrzebne chorym ludziom, a dzieciom w szczególności. Dzięki zabawom, czarom, sztuczkom choć na chwilę zapominają o tym, gdzie się znajdują. A to z kolei pomaga im w powrocie do zdrowia. Patch Adams założył w Arlington (stan Virginia) pierwszy szpital, który jest tak zorganizowany, by poddani leczeniu uznanymi metodami pacjenci mieli jak najwięcej okazji do radości. W Warszawie w podobny sposób gelotologię propaguje Fundacja “Dr Clown”.

W naukowym (N. Bevin) podejściu do tematu wyróżniamy cztery stopnie śmiechu:
1º ,, tchnienie radości” –  stwarza możliwość zachowania psychicznego odprężenia, może przejść w stan permanentny. Stanowi szczery wyraz głębokiego, duchowego, radosnego spokoju;
2º chichot – jest progiem do bezgłośnego śmiechu, gdy śmiech ten narasta, zmienia się mimika twarzy i dopiero wtedy można rejestrować wrażenia akustyczne;
3º śmiech z objawami akustycznymi – następuje bezstopniowe przejście od śmiechu cichego do głośnego – śmiech na całe gardło, któremu towarzyszą słabsze lub silniejsze konwulsyjne ruchy ciała, dobroczynnie wpływa na proces oddychania i poprawia krążenie krwi;
4º śmiech do łez – wrażenia akustyczne są mniej silne niż przy trzecim stopniu, ale przebiega z całą gamą ruchów kurczących się mięsni, które “masują” i poprawiają ukrwienie organów wewnętrznych.
Przy śmiechu leczniczym najważniejsze są stopnie jeden, trzy i cztery. Stopień pierwszy prowadzić może do stanu permanentnego, kiedy to człowiek staje się uśmiechnięty na co dzień, uśmiech towarzyszy mu w różnych sytuacjach życiowych. Stopień czwarty jest szczególny dla naszego zdrowia. Jedna minuta wstrząsającego śmiechu równoważy 45 minut rozluźniania się.

Oprócz poprawy nastroju , co jak już wiemy wpływa na zwiększenie wydajności systemu immunologicznego, śmiech działa także jak masaż tętnicy szyjnej, serca, śledziony, wątroby. Kiedy się śmiejemy pracuje przepona, mięśnie pleców i brzucha, a także mięśnie twarzy, mamy więc doskonała gimnastykę. Można też ten proces porównać do joggingu, ponieważ śmiejąc się, nabieramy w płuca dużo powietrza, jak przy bieganiu. Idąc dalej: śmiech działa jak kosmetyk, bo dotlenia organizm, dzięki czemu skóra staje się zaróżowiona i odżywiona. Przekonano się też, że osłabia wiele dolegliwości, łagodzi ból, ułatwia oddychanie.

Teoria wybitnego badacza śmiechu S. Feuerabendta głosi, iż w trakcie śmiechu do naszego krwiobiegu dostają się poprawiające właściwości krwi substancje, znacznego ożywienia działalności doznają gruczoły dokrewne, serce, wątroba, śledziona. Wzmagają się ruchy robaczkowe jelit, zmienia się charakterystyka naprężeń mięśni, a nade wszystko znacznej konsolidacji ulega psychiczne nastawienie śmiejącego się.
N. Bewin wykorzystuje i potwierdza powyższą teorię w swoich badaniach. Pisze on: ,,Śmiech pozytywnie wpływa na cały proces oddychania, to znaczy na wentylację, perfuzję (ukrwienie) i dyfuzję (wymianę gazów oddechowych). Poprzez to osiągamy zmniejszenie, a nawet całkowitą eliminację chronicznych syndromów stresowych, z których najpoważniejszym jest strach.”

Z psychologicznego punktu widzenia strach jest czynnikiem odpowiedzialnym za większość naszych negatywnych emocji. To strach powoduje, ze narasta w nas złość, zazdrość lub żal. Trwające nieprzerwanie stany smutku, żalu i lęku prowadzą do depresji. Znalezienie metody na całkowite zlikwidowanie strachu byłoby punktem przełomowym w uzdrawianiu trudnych emocji i wielu dolegliwości o psychosomatycznym podłożu. Tymczasem jednak znajdujemy śmiech i jego dobroczynne działanie.

Poprzez radość i zabawę wracamy do błogich czasów dzieciństwa. Odczuwanie bezpieczeństwa i rozluźnionego błogostanu kieruje nas w stronę zdrowia. To także kontakt z naszym wewnętrznym dzieckiem, który wpływa na wiele obszarów naszego życia. Rozluźnienie i spokojna pewność dzięki radości, to coś czego każdy z nas pragnie, bez względu na wiek i stan zdrowia. Śmiech wydaje się być najbardziej wymarzonym lekiem na wiele dolegliwości. Nie ma gorzkiego smaku, nic nie kosztuje i jest dostępny na zawołanie. Ponadto nie grozi nam żadnymi skutkami ubocznymi, możemy go stosować bez ograniczeń.

Warto tez zauważyć, ze śmiech ma ogromne dobroczynne działanie w zakresie relacji międzyludzkich. Już pierwszy miły uśmiech buduje pomiędzy ludźmi mosty sympatii. Każdy następny wzmacnia ów most. Najbardziej lubiane osoby to te, które często i chętnie się śmieją. Najmądrzejsze i najbardziej podziwiane postacie to te, które potrafią śmiać się z samych siebie. Ilekroć pojawi się konflikt najłatwiej go zażegnać obracając problem w żart. Nie każdy jednak wie, ze najskuteczniejszym sposobem rozproszenia agresji i gniewu jest rozśmieszenie przeciwnika. Jeśli to wydaje się komuś nieprawdopodobne, niech spróbuje jednocześnie śmiać się i ze złością na kogoś krzyczeć. To niemożliwe. Te dwie energie całkowicie się wykluczają. Zatem śmiech uzdrawia nie tylko naszą psychikę czy ciało, ale także nasze relacje. A wszystko jest całością, bo trudne relacje prowadza do negatywnych emocji i nieciekawych stanów psychicznych, a to z kolei prowokuje fizyczne niedomagania. Koło się zamyka i znowu znajdujemy się w pozycji osoby potrzebującej terapii.

Na koniec buddyjska opowieść.

Któregoś dnia uczniowie poprosili mistrza, aby im opowiedział, jak wyglądały kolejne etapy jego wędrówki ku oświeceniu.
– Na początku Budda poprowadził mnie za rękę w Kraj Działania i tam mieszkałem kilka lat. Potem Budda powrócił i zawiódł mnie do Krainy Smutku; żyłem tam, dopóki moje serce nie zostało oczyszczone z każdego nieumiarkowanego przywiązania. Właśnie wtedy znalazłem się w Ziemi Miłości, której płomienie pożarły, co tylko zostało we mnie z mojej jaźni. To prowadziło mnie do Kraju Ciszy, gdzie tajemnica życia i śmierci były zamknięte dla moich zdumionych oczu”.
– Czy to był koniec twoich poszukiwań?  – zapytali.

– Nie – rzekł mistrz  – Pewnego dnia Budda powiedział: ,,Dziś zabiorę cię do najgłębszego sanktuarium, do serca samego oświecenia. I zostałem poprowadzony do Krainy Śmiechu”. 

Bogusława M. Andrzejewska