Slow

To jest to, co kocham najbardziej. Działanie powolne, spokojne, ze starannym smakowaniem życia. Zmysłowe do granic rozkoszy. Życie, w którym nie przeoczę zapachu kawy parzonej przez córkę ani lekkiej mgiełki aromatu nowej kwiatowej świecy. Życie, w którym delektuję się smakiem świeżej bułki i mrużę oczy, kiedy jem maliny. Życie przynoszące dźwięki dobrej muzyki i śpiew ptaków za oknem nad ranem. Zauważę i docenię promienie słońca przenikające przez liście drzew i odbijające się w szybach zaparkowanych przed domem samochodów. Podniosę brwi w zachwycie, kiedy przypomnę sobie, że tak właśnie wygląda środek lata nad jeziorem, kiedy słoneczny blask kąpie się w wodzie.

Piękno codzienności. Kto je zauważa, zagoniony pomiędzy kolejnymi sprawami do załatwienia? Tysiące rzeczy, urzędy, sklepy, szkoła, przychodnia… Biegniemy, bo musimy, bo potrzebujemy. W popłochu spoglądamy na zegarek. Kiedy wreszcie znajdziemy czas, by przysiąść nad kawą, jedyne co zaprząta naszą uwagę to ulga w zmęczonych stopach i kojące ciepło na podniebieniu. Małe radości też są ważne. Ale jeszcze ważniejsze jest to, by nie umykała nam reszta cudownego życia.

Wiele lat temu, kiedy pracowałam w pewnej firmie, przechodziłam jak każdy pracownik psychologiczne badania. Zdałam wszystkie poza jednym – działaniem na czas. Pani psycholog poleciła mi zbierać szczypczykami malutkie kuleczki i wrzucać do specjalnego otworka. Zauważyłam, że włączyła stoper, ale przekornie bawiłam się, zgarniając kuleczki powolnymi leniwymi ruchami.

– Czy pani widziała, że mierzę czas? – zapytała mnie zaskoczona.

– Oczywiście. Ale nie lubię się spieszyć. – odpowiedziałam.

Mina pani była oczywiście bezcenna, ale przecież nie robiłam jej na złość. Chciałam być uczciwa wobec samej siebie, czyli postępować zgodnie z tym, co uważam za słuszne. Nigdy nie lubiłam pośpiechu. Jest dla mnie kwintesencją braku harmonii. Kiedy się spieszę, wszystko leci mi z rąk, mówię głupoty, denerwuję się z byle powodu i serce zaczyna mi wpadać w arytmię. Uważałam od lat, że pośpiech jest zły. I jak zwykle doczekałam się naukowego potwierdzenia, że tak właśnie jest. A nawet czegoś więcej: informacji, że pośpiech szkodzi zdrowiu. Cóż… stara dusza zawsze wie, co jest harmonijne, bo po prostu czuje energię rzeczy, działań i zjawisk.

Życie „slow” jest czymś takim jak duńskie hygge i szwedzkie lagom, czyli życie zmysłowe, wygodne, sprawiające przyjemność. Zanim jeszcze ktoś ukuł takie określenie, ja już tak właśnie sobie żyłam, ciesząc się każdą chwilą. Nie ma nic złego w dążeniu do przyjemności, choćby dlatego, że to przyjemność nas inspiruje, warto o tym wiedzieć. Czasem lęk lub ból też jest motywacją, ale to słabsza opcja niż pragnienie piękna, lekkości, zachwytu. Kiedy siadam przed płótnem, by namalować obraz, to inspirują mnie dwie rzeczy: pierwsza to oczekiwana przyjemność dotyku i zapachu farb, a drugą jest cudne uczucie podziwiania efektu końcowego. Uwielbiam zatem to moje „slow” we wszystkich obszarach życia.

Zresztą nie chcę się spieszyć, jak pisałam wcześniej. Od wielu lat nie jest to dla mnie problemem, ponieważ sama ustalam sobie plan dnia, włączając w to czas wolny na wszystko, co kocham. A na umówione spotkania przygotowuję się na tyle wcześnie, aby być gotową przed czasem. Moi znajomi wiedzą, że nie zwykłam się spóźniać i zazwyczaj czekam kilka minut przed umówioną godziną. W moim slow jest miejsce na to, by spokojnie się przygotować. Co ciekawe, jako nastolatka byłam bardzo spóźnialska. Zmieniłam wzorzec właśnie dlatego, że zaczęłam doceniać powolne smakowanie życia, bez nerwowości. Można tak wszystko poukładać, by nigdy się nie spieszyć. Poza ewentualną sytuacją awaryjną, ale dziś nie o tym.

Niektórym wydaje się, że „slow” to lenistwo, ponieważ ktoś, kto jest powolny robi przecież mniej niż też, który pracuje szybko. Ale to nieprawda. Wbrew angielskiemu znaczeniu tego słowa styl „slow” nie oznacza, że ruszamy się jak leniwce. Można uprawiać jogging, jeździć na rowerze, spacerować z kijkami i robić tysiące innych rzeczy. Ważne, by umieć w tym wszystkim zatrzymać się na chwilę zachwytu i czerpać przyjemność ze swoich poczynań. Uważam, że jestem niesłychanie twórcza: piszę książki, maluję, fotografuję, prowadzę bloga i cztery fanpejdże, a oprócz tego konsultuję, szkolę i robię horoskopy. O nowych projektach nie wspomnę. Wyśmiałabym radośnie każdego, kto zarzuciłby mi lenistwo. A jednak smakuję w tym wszystkim życie i bardzo tego smakowania pilnuję.

Człowiek „slow” nie jest leniwy. Jest – jak pisałam – zmysłowy i uważnie podąża przez życie, dostrzegając jego piękno. I już sam ten fakt sprawia, że efektywniej rozwija się duchowo. Po pierwsze dlatego, że zeszliśmy tu na Ziemię, by doświadczać jak najwięcej. Wyścig szczurów, codzienna pogoń z listą zakupów w ręce to nie jest to, co rozwija duszę. Może czasem, ale nie w kółko to samo każdego dnia. celem duszy jest między innymi usłyszeć gdzieś w oddali piękną muzykę, poczuć zapach pieczonego ciasta i zauważyć tęczę w kałuży. Tysiąc małych ale urozmaiconych doznań – oto czego pragnie dusza.

Po drugie – jedną z najpiękniejszych ścieżek do oświecenia jest zachwyt. To właśnie on pozwala poczuć szczęście, miłość i odkryć, że jesteśmy Wszystkim Co Jest. Tu i teraz. W jednym momencie, kiedy słodki trel ptaka splata się z zapachem kawy i promieniami słońca prześlizgującymi się przez liście. Zauważanie piękna i pełne odczuwanie go, poprzez przeniesienie ze zmysłów na głębszy poziom, pozwala nam wejść spontanicznie w Pole Serca, w którym dzieje się prawdziwa magia. To tutaj tworzymy swoje szczęście i spełnienie. Właśnie dlatego slow jest tym, co naprawdę dobre.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Moc twórczości

Pisanie pokochałam już w szkole podstawowej. Uwielbiałam pisać wypracowania i zwykle tworzyłam niesamowite opowieści. Moja polonistka powiedziała kiedyś: “Nasze dzieci będą się uczyć o Bogusi, a jej książki pewnie staną się lekturą szkolną”. Jednak czas pobiegł zbyt szybko. Zajęta rodziną, dziećmi, miłosnymi perypetiami, a potem zafascynowana duchowymi tematami nie zauważyłam, że uciekło mi 50 lat… Talent schowany pod korcem nieco przybladł. Zaczynam publikować w wieku, w którym powinnam odkurzać na półce literackie nagrody.

Podobnie z rysowaniem i malowaniem. Sama już tego nie pamiętam, ale porządkując rzeczy po rodzicach odnalazłam swoje stare malunki – obrazki malowane dla córek, laurki i inne bazgrołki. Uniosłam brwi ze zdziwienia, że umiałam tworzyć całkiem ładne rzeczy. Córka przypomniała mi, że specjalnie dla nich rysowałam księżniczki i Anioły, które podobno tak się podobały wszystkim ich koleżankom, że ustawiały się w kolejce z pamiętnikami prosząc, żeby to mama namalowała obrazek. Nigdy nic z tym nie robiłam. Zajęta innymi sprawami nie tworzyłam niczego. Nie rozwijałam umiejętności, które – widać to wyraźnie na pożółkłych kartkach – ewidentnie są. Ale każdy talent wymaga pracy, inaczej wygasa. Czas na naukę już chyba minął.

Nie żałuję jednak żadnej chwili. Mam dobre i piękne życie. Jestem też świadoma tego, ilu osobom pomogłam poprzez psychologiczną praktykę, która stanowi główną oś mojego istnienia. Jednak gdybym mogła cofnąć czas, pewnie więcej uwagi poświęciłabym na tworzenie – nie tylko do szuflady. Dzisiaj wiem i doświadczam cudu spełnienia poprzez to, co wychodzi spod moich rąk. Każda książka, każdy wiersz, każdy artykuł, każda grafika i wreszcie od niedawna każdy namalowany obraz – dają mi mnóstwo radości. Pewnie taka jest ludzka natura: dążenie do tego, by coś po sobie zostawić. Życie ma być twórcze, a nie wygodne, dopiero wtedy doświadczamy pełni. Zatem doświadczam właśnie teraz.

Dzielę się tym wszystkim z Wami z dwóch powodów. Po pierwsze, aby inspirować. Żeby nikomu nie uciekło 50 lat. Warto doceniać swoje talenty i je rozwijać. Nie można ich zakopywać – jak ma to miejsce w znanej wszystkim przypowieści. Ja zakopałam. I chociaż robiłam w tym czasie wiele wartościowych rzeczy, pokonałam wiele stopni rozwoju i wygrałam wiele ważnych bitew, to dzisiaj czuję, że byłabym bardziej szczęśliwa i spełniona, gdybym wcześniej poszła za głosem swojej duszy.

Już teraz wyjmijcie kartkę i długopis, a potem wyliczcie wszystkie talenty, jakie posiadacie. Życzliwie przyjrzyjcie się każdemu i zobaczcie, które zakopaliście jak ja. Potem przychodzi ta trudna lekcja – wiary w siebie i w to, że umiemy i możemy tworzyć piękno. Każdy z nas jest inny, każdy ma swoja unikalną ścieżkę, więc jeden będzie malował, drugi pisał, trzeci perfekcyjnie negocjował, czwarty nawlekał korale, a piąty piekł absolutnie boskie torty. Wszystko to jest sztuką. Wydobądźcie ją na powierzchnię i rozwijajcie. Cieszcie się swoimi zdolnościami, bo w nich drzemie moc największego spełnienia.

Po drugie – staję przed Wami jak przed lustrem. Uczę się autoprezentacji w obszarach, w których nigdy tego nie robiłam. Widziałam talenty u wszystkich, tylko nie u siebie. Podziwiałam moje cudowne koleżanki i kolegów, którzy malują i piszą, a sama pozbawiałam siebie własnej mocy. Kiedy fejsbuczek życzliwie zaproponował mi nazwę “Artysta”, wybuchłam niepohamowanym śmiechem. “Ja? Artysta? Wolne żarty! Monia, Ewa, Beata – tak, ale przecież nie ja…” Taka to moja lekcja. Nie widziałam w sobie tego, co mogłam dać światu. A każdy ma coś do dania i większość z nas ma więcej niż jeden talent. Mamy wiele rozmaitych zdolności, tymczasem najczęściej ograniczamy się wyłącznie do jednego.

Kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, siedziałam w jednej ławce z wyjątkowo utalentowaną plastycznie dziewczynką. Malowała tak pięknie, że ściągała na swoje prace oczy wszystkich dookoła. W naturalny sposób zaniechałam jakiegokolwiek rysowania, bo przy niej nie miałam szans. Z takim wzorcem przeszłam wiele lat, nie wychylając się, czując obok siebie kogoś, kto jest o niebo lepszy. Po co się zatem ośmieszać? Dopiero dzisiaj zrozumiałam, że w sztuce nie trzeba być najlepszym. Zawsze będą osoby, które piszą lepiej i malują ładniej. To nie oznacza, że to, co tworzymy nie ma wartości. Jeśli na hipotetycznej skali ktoś maluje na 10 punktów, a my na 8 albo 7, czy to oznacza, że nie powinniśmy chwytać za pędzel? Sztuka przestałaby istnieć, gdyby każdy tak myślał. Dlatego właśnie nie ma żadnej skali. Piękne nie jest to, co wyszło spod szczególnie utalentowanych rąk, ale to, co się naprawdę podoba, co budzi wyjątkowe emocje, co zachwyca na poziomie duszy. A żeby tworzyć piękno, trzeba poczuć w sobie moc i uwierzyć, że możemy. Bez wiary w siebie i radości procesu tworzenia nic nam nie wyjdzie.

A może i Was to dotyczy? Może i Wy nosicie w sobie pewność, że dzieło Waszych rąk jest pozbawione piękna? Przecież to myśl kreuje rzeczywistość. Piękno rodzi się wtedy, kiedy w nie uwierzymy, kiedy dostrzeżemy je w sobie i pozwolimy, by z naszych dłoni popłynęło w świat. To najwyższa poprzeczka do przeskoczenia. Ale konieczna do pokonania. Twórczość ma sens tylko wtedy, kiedy pojawia się na scenie. Schowana w szufladzie nie chce działać, jest tylko przypomnieniem nieużywanej mocy.

Bogusława M. Andrzejewska

Początki malowania

Zawsze chciałam malować. I nigdy tego nie robiłam, ponieważ… nie uczyłam się tego. Zajmowałam się innymi rzeczami. Obserwując z zachwytem dzieła rozmaitych malarzy, rysowników i grafików tęskniłam za tworzeniem takiego piękna. Myślę, że z tego typu talentem trzeba się urodzić, a potem można to rozwijać, cierpliwie pracując. Jednak wcześniej w życiu wybrałam pisanie, ponieważ uwielbiam pisać, a oprócz tego w tym obszarze poruszam się z łatwością i wiem, że potrafię. Wiem też, że będę pisać zawsze.

Wokół mnie mnóstwo osób maluje… nie umiejąc. Popularne Vedic Art sprawiło, że ludzie wyrażają siebie kolorami, kształtami i światłem tworząc obrazy, których w żaden sposób nie należy oceniać. Albo z nami rezonują, albo nie. I to wszystko. Nie tak dawno pod wpływem impulsu ja też kupiłam farby i podobrazie. Nagle poczułam sens w malowaniu, chociaż nigdy wcześniej nawet nie próbowałam wziąć pędzla do ręki.  Zapewne miało na to wpływ uwolnienie dla mnie magicznego motyla… O metodzie Iwony Mazurek „Kolorowe Motyle” napiszę wkrótce. To też barwny świat farb, kształtów i wzorów, który działa na nas energetycznie.

Początkowo chciałam tylko stworzyć abstrakcyjne  czyli najprostsze  tło do materiałów, które przygotowuję. Po raz pierwszy od czasów szkolnych wzięłam do reki pędzel i namalowałam swój pierwszy obraz. Nie miał być dziełem sztuki. Miał być energetycznym odzwierciedleniem Mount Shasta w Kaliforni. Taka moja kolorowa forma medytacji. I stało się, że poczułam niesamowitą energię tego miejsca. Po prostu magia… A na obrazie pojawiły się dodatkowo dwie potężne Istoty  Anioł i Smok.

Mount Shasta

W międzyczasie ukończyłam kurs uzdrawiania i oczyszczania na wszystkich poziomach energią. Autorska metoda Kasi Hojan  Pure Art, zawiera w sobie także elementy uzdrawiania malowaniem. Mogłam dotknąć energii farb i uzdrawiać sztuką, co ogromnie mi się spodobało. Pracuję z tą metodą i oczywiście chętnych zapraszam na sesję. Już wiem, że działa i przynosi efekty. Więcej na ten temat piszę tutaj.

Ale okazało się też, że praca z metodą Kasi Hojan otworzyła we mnie jakieś nieznane mi wcześniej magiczne kanały uzdrawiania. Otóż przekonałam się niespodziewanie, że moje amatorskie malowanie obrazów, również działa cuda. Kiedy siadam do malowania, uruchamia się niezwykła energia, jakby Najwyższe Źródło tylko czekało, aż odkorkuję przepływ kolorami. Bardzo mocno poczułam to malując Miejskiego Anioła. Poprosiłam Anioły o wsparcie i w momencie, kiedy kończyłam obraz  jeden z Aniołów migocząc po prostu „wleciał” do niego. Widzę Anioły, więc siedziałam przed sztalugą z otwartą buzią… Jestem świadoma, że obraz nie jest najwyższych lotów, to jeden z pierwszych obrazów, które stworzyłam  ale jest w nim anielska energia. Kto czuje takie rzeczy i potrafi je zobaczyć, ten wie, o czym mówię…

Urban Angel

Pracuję też z symbolami uzdrawiającymi finanse, ponieważ wiem, że obecnie to ważny temat. Ziemia podnosi wibracje i energetycznie zmusza nas do zmiany spojrzenia na energię pieniędzy. To czas, kiedy powinniśmy wyjść poza poczucie braku i pożądania, a zacząć budować szczęście na poczuciu obfitości. Uczę tego cały czas. Obrazy i symbole to tylko inna metoda oddziaływania na człowieka. Dlatego wszystko to działa i przynosi efekty. Nasza podświadomość czasem woli obrazy od wykładu. Są dla niej nie tylko ciekawsze, ale też bardziej oczywiste. Szczególnie wtedy, kiedy nie są abstrakcyjne, lecz zawierają mocne symbole. Takie na przykład, jak znany wszystkim Róg Obfitości.

Malowanie sprawia mi radość. Jest dla mnie ewidentnie wykonaniem energetycznego zabiegu. Myślę, że przyszło do mnie nieprzypadkowo właśnie teraz, kiedy znam pracę z energią. Zamiast malować krajobrazy i portrety, maluję symbole lub zupełnie abstrakcyjne kształty, wkładając do nich Moc i siłę, aby pomagać innym w rozwoju. Jak wszystko, czego dotykam, napełniam obrazy miłością bezwarunkową, Dobrem, Światłem i uzdrawiającą energią. To mój dar, który jako Stara Dusza przyniosłam ze sobą, aby zmieniać świat na jeszcze lepszy…

Jeśli poczujecie, że malowane przeze mnie obrazy przemawiają do Was i mogą Wam pomóc uzdrowić Wasze życie  zapraszam do zakupu. Namalowałam ich więcej niż może pomieścić moje mieszkanie, a to oznacza, że już czas, aby poszły też do innych ludzi. Porozdawałam najbliższym i przyjaciołom, stąd wiem, że działają cuda. Nie są dziełami sztuki, ale nie są też drogie, a ich największym walorem jest piękna, uzdrawiająca energia.

Malowane z ciszy – galeria

Symboliczne – galeria

Bogusława M. Andrzejewska

Pure Art

To autorska metoda Kasi Hojan, która obecnie mieszka i pracuje w Bułgarii. Kasia nauczyła mnie bardzo ciekawej magii uzdrawiania, poprzez oczyszczanie  tego, co nie jest korzystne i nie rezonuje z nami. Z oczywistych powodów nie mogę opisać szczegółowo na czym polega ta metoda, mogę tylko zasygnalizować, jak działa i w czym pomaga.

Bazową częścią metody jest oczyszczanie energetyczne. Wykorzystujemy tutaj pracę z wglądem, a ja ponadto spontanicznie uruchamiam elementy Reiki, która pomaga mi odkryć te strefy w aurze, wymagające oczyszczenia. Czasem dodatkowo korzystam z  mocy dźwięku. Zwykle towarzyszą mi kryształy, ale nie należą one do integralnej części metody.

Z czego oczyszczamy? Ze wszystkiego, co nam nie służy  ze zbieranych na bieżąco negatywnych emocji i bezwartościowych przekonań oraz lęków. Czasem ze starych energii, które tkwią w nas od wielu lat. Często pokazują się wzorce przyniesione z poprzednich wcieleń. Jeśli pojawią się jakieś negatywne energie, oczywiście także je usuwamy.

Drugim elementem procesu jest malowanie. Maluję palcami, którymi oczyszczałam, kiedy są jeszcze pełne uzdrawiającej energii. Robię to intuicyjnie, zaraz po wykonaniu zabiegu oczyszczania. Maluję to, co zobaczę wewnętrznym okiem. Zazwyczaj przychodzą do mnie obrazy blokad i przeszkód, które trzeba energetycznie przetransformować. Malowanie jest kontynuacją zabiegu oczyszczania.

Jaki ma efekt w praktyce taki zabieg? Nie ma tu ograniczeń  uzdrowienie może pojawić się w każdym obszarze naszego życia. Oczyszczanie uzdrawia emocje, związki, trudne relacje, finanse, kwestie zawodowe. Często usuwa blokady i lęki. Jeśli coś od dłuższego czasu sprawia nam trudność, a nie działają proste sposoby i terapie, wówczas możemy szukać przyczyny właśnie w blokadach energetycznych. Ta metoda oczyszcza nas na poziomach subtelnych.

Czy to działa? Działa! Doświadczyłam sama, doświadczyły też moje córki oraz wiele innych osób, które korzystały z takiej formy uzdrawiania u mnie i u Kasi. Jak zwykle nie jest to panaceum na wszystko ani czarodziejska różdżka, która zwalania nas z pracy nad sobą. Podobnie, jak w innych metodach, najlepsze i najtrwalsze efekty pojawiają się u ludzi, którzy rozumieją proces zmiany na lepsze i aktywnie w nim uczestniczą. Jednak każdy doświadcza dobrodziejstwa uwolnienia od ciężkich energii oraz idącej za tym dużej ulgi i poprawy samopoczucia.

Jak wygląda proces? Wykonujemy go wyłącznie podczas osobistego spotkania. Klient leży wygodnie odprężony, jak podczas innych energetycznych zabiegów, np przy Reiki. Pure Art jest nieinwazyjne. Nie boli. Trwa co najmniej godzinę, często dłużej, ponieważ samo malowanie zajmuje nieco czasu. Warto wygospodarować dla siebie wolne popołudnie czy przedpołudnie. Jeśli dopisuje pogoda, można po procesie pójść na spacer do parku lub lasu, aby w objęciach natury zintegrować wszystko to, co się zadziało.

Ponieważ sporo osób, które spróbowały działania metody, chce się tego nauczyć, informuję, że metody może nauczyć wyłącznie autorka Katarzyna Hojan. Podaję link do jej fanpejdża, za pośrednictwem którego można się z nią skontaktować. Z serca polecam Kasię.

https://www.facebook.com/hoyan.purityofenergyandart

https://www.purityofenergy.com/produkt/terapia-pure-art/

Healing Art

Malowanie uzdrawia, nie mam co do tego wątpliwości. Nie wiedziałam o tym, nie spodziewałam się tego, kiedy po wielu latach wzięłam do ręki pędzel. A to takie oczywiste! W międzyczasie rozwinął się mój wgląd i odczuwanie energii, mogłam więc poczuć obrazy i to, co w nich jest. W oczywisty sposób każdy trochę to wie  jedne obrazy nas przyciągają, inne odrzucają. To nie tylko kwestia „podobania się”, to także energetyka. A kiedy ktoś sam coś namaluje, narysuje, wyrzeźbi, uplecie  to wie doskonale, ile myśli włożył w swoje dzieło, a ile przy tym energii weszło z jego dłoni. To jakby nie podlega dyskusji. Dlatego obrazy, rzeźby i biżuteria niosą w sobie energię, jak akumulatory. A skoro niosą, to przecież można tam zamiast klątwy włożyć błogosławieństwo. Jasne jak słońce! Na tym może częściowo polegać uzdrawiająca siła malowanych obrazów. Nawiasem mówiąc arteterapia jest znana i stosowana od lat.

Kiedy nauczyłam się malować z ciszy, zrozumiałam jakie cuda dzieją się, kiedy połączymy się z naszym wewnętrznym Mistrzem. Malując, doświadczyłam tego także na sobie, ponieważ świadomie zaczęłam uzdrawiać swoje różne sprawy poprzez malowanie. Kiedy pozwalamy się prowadzić w Polu Serca, to nagle otwiera się przestrzeń, w której wszystko wraca do harmonii. Malując, uwalniałam siebie od różnych lęków, natłoku trudnych myśli, od skomplikowanych problemów. I zaskoczona byłam tym, jak pięknie nasza podświadomość przenosi na siebie to, co rozgrywa się na płótnie.

Jednak od razu powiem, że w takim procesie istotne jest właśnie owo malowanie z ciszy. Nie spełni tej roli planowane stworzenie obrazka z ptaszkiem, kwiatkiem czy pejzażem. Rzecz jest w połączeniu ze swoją podświadomością i nadświadomością, a to może odbyć się jedynie w medytacji. Podświadomość wyrzuca na obraz wszystkie swoje strachy i wątpliwości, a połączenie z Wyższym Ja  uzdrawia je. Nadświadomość przytula wystraszone lub zbuntowane wewnętrzne dziecko i wnosi Światło tam, gdzie zgasły wszystkie gwiazdy. Ostateczny obraz jest jak Mapa Marzeń  pokazuje drogę do spełnienia, a robi to językiem zrozumiałym dla podświadomości, poprzez kolory i kształty, których my z poziomu świadomości możemy nie rozumieć i nie doceniać.

***

Metoda Pure Art działa mocniej niż zwykłe terapeutyczne malowanie, ponieważ składa się z dwóch etapów. W pierwszym z nich następuje wejście w pole energetyczne i oczyszczenie wszystkich „brudów”, które tam znajdziemy. Jest to silny i skuteczny zabieg uzdrawiający. Bardzo często sięgamy w głąb historycznych uwarunkowań i usuwamy energetyczne ślady uzależnień od innych osób oraz traum po skomplikowanych doświadczeniach. Czasem odnajdujemy karmiczne kajdany i wzorce niesione przez kolejne inkarnacje. Za każdym razem to indywidualne doświadczenie. Niemniej jest to potężne oczyszczenie z tego, co nam nie służy.

Drugi etap to malowanie. Także z ciszy, czyli w połączeniu z polem klienta i na bazie intuicyjnego wglądu. Działa to połączenie bardzo dobrze, przekonuję się o tym wiele razy, kiedy widzę, jak obraz, który wychodzi spod moich palców, rezonuje z osobą, dla której powstał. Zwykle pojawia się szybko, odsłaniając lęki i problemy, ale przestrzeń na płótnie daje nam moc uzdrowienia tego, co przychodzi. W zasadzie można powiedzieć, że finalnie efekt malowania jest zakotwiczeniem procesu zdrowienia. To coś więcej niż certyfikat odbytego zabiegu. To przewodnik, który płynnie prowadzi naszą podświadomość do oczekiwanego efektu. Ten obraz klient zabiera ze sobą, aby zawarta w nim piękna i wzmacniająca energia wspierała proces uzdrowienia przez najbliższe miesiące.

Ale oczywiście klient nic nie musi  proces zdrowienia przebiegnie może nieco inaczej, jednak efekty się pojawią. Obraz jest ułatwieniem dla podświadomości. Jest swoistą mapą zdrowienie, dzięki której podświadomość nie gubi się we własnych emocjach i ewentualnym oczyszczaniu. Bywa często tak, że obraz wcale nie podoba się klientowi. Dzieje się tak dlatego, że obraz pokazuje zmiany, jakie mają zajść w naszych wzorcach. A przecież wiadomo, że podświadomość zmian nie lubi i stawia opór na nowych ścieżkach. Przywiązana do starych wzorców, które zostały wyczyszczone, najchętniej na powrót by w nie wskoczyła. Pojawiająca się stopniowo akceptacja lub obojętność sygnalizuje proces zdrowienia.

Przykłady procesu Pure Art można zobaczyć tutaj.

***

Metoda Astro Art działa w połączeniu z polem energetycznym klienta poprzez jego osobisty horoskop. Od wielu lat robię analizy numerologiczne i astrologiczne. Fenomen połączenia z polem klienta w tym procesie jest mi znany od bardzo dawna. Na tym bazuje przecież harmonizacja numerologicznej karty, która jest wyraźnie odczuwalna przez klienta, chociaż on nie ma pojęcia, że właśnie w tym momencie ją robię. Szukając podobnego uzdrowienia na bazie horoskopu, sięgnęłam do mocy „malowania z ciszy” i połączyłam ją z astrologiczną symboliką.

Działanie wygląda podobnie jak w przypadku karty numerologicznej. Harmonizuję i porządkuję symboliczny obraz nieba, przekazując podświadomości mapę uzdrowienia wszystkich trudnych aspektów. Rozświetlam wszystkie nie rozumiane miejsca i prowadzę do prostego przepracowania lekcji. Nie załatwiam za nikogo jego domowego zadania, po które dusza zeszła na Ziemię. Ale daję skuteczne narzędzie, dzięki któremu jest lżej, radośniej, łatwiej. Życie przecież nie musi być wcale cierpieniem i ciągłym zmaganiem się z trudnościami. Życie ma być twórcze i powinniśmy mieć czas, aby dawać z siebie światu, co w nas najpiękniejsze.

Czasem horoskop pokazuje trudne tematy, wymagające od nas wielu skomplikowanych zabiegów, aby dotrzeć do sedna określonej lekcji. Zmagamy się z takim wyzwaniem, by wreszcie paść, jak ptak z podciętym skrzydłem i nie mamy już ochoty, by cokolwiek więcej z siebie dawać. Bywa też tak, że życie nas przerasta i pozbawia radości. A przecież nie o to chodzi w naszym byciu tu na Ziemi. Sens takiego procesu pozwala żyć twórczo i wykorzystać zyskany czas na robienie rzeczy ważnych i pięknych.

Bogusława M. Andrzejewska

Więcej o Astro Art tutaj.

Przykładowe obrazy można znaleźć tutaj.

Złoty środek

Wszystko opiera się na wewnętrznej równowadze. Aby ją osiągnąć, warto zaczerpnąć z obu stron – z Yin i Jang, ze Światła i z cienia. Dopiero to, co jest efektem pośrednim okazuje się najlepsze. Jeśli to sobie uświadomimy, zrozumiemy sens dualizmu i tych wszystkich duchowych przekazów, które zalecają, aby wyjść poza rozróżnienie. Czasem myślę, że nie ma żadnych właściwych recept na życie i żadnych zaleceń, które zawsze zdają egzamin. Istnienie przynosi nam tyle zaskoczeń, że warto być elastycznym i czerpać właśnie ze złotego środka.

Pierwszy z brzegu przykład to dobroć i łagodność. Warto być dobrym ze wszech miar i pisząc to wiem doskonale, że ludzie tacy właśnie są – dobrzy. Kiedy reagują spontanicznie i bez przeszkód, to pokazują przede wszystkim dobre serca. Wystarczy przypomnieć sobie jakikolwiek kataklizm, jakąkolwiek trudną sytuację, w której ktoś gdzieś cierpi. Natychmiast obok pojawiają się inne osoby, które podają rękę, dzielą się jedzeniem, lekarstwami, ubraniem, nie czerpiąc z tego żadnych zysków. Dobroć jest integralną częścią naszej duszy. Nie mam wątpliwości.

Ale bywa i tak, że w sytuacji może mniej dramatycznej pojawia się ktoś, kto chce nas wykorzystać. Wiem, że każdy z nas tego doświadczył choć raz. Jeśli zauważymy w porę, że roszczenia takiej osoby są bezpodstawne, że chce jedynie przewieźć się na naszych plecach, to umiejmy też włączyć asertywność i chrońmy siebie i swoją przestrzeń. Tak naprawdę powinnam tu napisać, że jest to taki moment, w którym warto być dobrym także dla siebie i nie poświęcać się pod żadnym pozorem. Czyli dobro zawsze jest właściwe, powinno tylko obejmować wszystkich – także nas.

Złoty środek, o którym piszę to właśnie odnalezienie równowagi pomiędzy byciem dobrym dla innych i byciem dobrym dla siebie. To nie oznacza wycofania dobra, którym obdarzamy innych. Być może dla niektórych złoty środek to pomaganie „tylko trochę”, czyli zamiast całego chleba podarowanie połówki, by resztę zachować na potem. Dla mnie bycie w harmonii i w tym złotym środku to bycie całkowicie na sto procent tak samo dobrym dla innych ludzi, jak i dla siebie. To wręczenie tego chleba w całości, ale też bycie gotowym do odwrócenia się plecami, kiedy stanie przed nami handlarz, który chce ten chleb wziąć od nas za darmo, by sprzedać go komuś i na tym zarobić.

Złoty środek to nie jest pójście z samym sobą na kompromis na zasadzie – trochę będę pomagać, a trochę będę odmawiać. To bycie sobą w pełni i przejawianie swoich najlepszych jakości. To bycie najlepszym i najłagodniejszym jak tylko się da, ale też bycie maksymalnie surowym i nieprzejednanym wtedy, kiedy sytuacja tego wymaga. Z założenia prosperująca świadomość nie musi walczyć, bo nie przyciąga agresorów, ale być może taka lekcja duszy czasem się pojawi. Taka lekcja, która wymagać będzie zastąpienia łagodności walecznością i odwagą… Jak pisałam wcześniej, nie ma idealnych recept na życie, które jest nieprzewidywalne. Warto mieć w sobie gotowość na wszystko.

Inny przykład to wolność. Spotykam czasem ludzi, którzy chcą być wolni, decydować o sobie i żyć po swojemu, czerpiąc ze świata tyle, ile się da. Dopóki nikogo nie krzywdzą, nie widzę problemu. Warto jednak pamiętać, że żyjemy w społeczeństwie i nawet najwznioślejsze zasady wolności nie mogą opierać się na totalnej anarchii.  Tu trzeba znaleźć granicę, która wyznaczy ten harmonijny złoty środek.

Spotkałam się z sytuacją, kiedy ojciec dwojga małych dzieci zauważył nagle swoje prawo do swobody i zapragnął wyjechać na stałe do Indii w szlachetnym celu podążania duchową ścieżką.  Oczywiście sam bez rodziny, która nagle okazała się ciężarem. Zasada wolności mówi – ma prawo, czegokolwiek pragnie, nie może się poświęcać dla rodziny. Ale moim zdaniem nie może też krzywdzić maluchów, pozbawiając je całkiem swojej obecności. I tu złotym środkiem jest kompromis, czyli poszukanie rozwiązania, które zaspokoi obydwie strony. Może miesiąc tu z dziećmi, a miesiąc w Indiach? A może teraz z dziećmi, a jak dorosną (co stanie się przecież ani się obejrzymy) spokojnie podąży swoją drogą? A może jeszcze inaczej? Na pewno można znaleźć dobre wyjście z takiego impasu, jeśli się pochylimy nad tematem.

Uważam, że pomijanie złotego środka pozbawia nas często najlepszych rozwiązań. Wybierając jedną stronę, palimy za sobą mosty, nierzadko żałując podjętej decyzji i gubiąc się w wyrzutach sumienia. A przecież można wybrać taką drogę, która pozwoli działać tak, by nikogo nie krzywdzić, w tym też siebie. Warto pamiętać, że najczęściej taką mamy alternatywę – po jednej stronie są ludzie, często bliscy i ich dobro, po drugiej nasze własne szczęście. Do szczęścia mamy prawo i powinniśmy je traktować na równi ze szczęściem innych osób. Nie gorzej, ale i nie można przedkładać swojego interesu ponad dobro innych, krzywdząc ich tym samym.

I jeszcze jeden z wielu przykładów, które mogłabym tu pokazać. Czyli rozwój wewnętrzny. Od pewnego czasu nastała moda na samodzielność. Spotykam w sieci pisane mentorskim tonem teksty o tym, że nie należy nikogo słuchać i podążać wyłącznie za swoją własną mądrością. Myślę, że to pewne nadużycie oczywistej prawdy o tym, że w sobie mamy najlepszego przewodnika i doradcę. Sama tego uczę, aby rozwijać intuicję i nauczyć się podążać za jej głosem. Sama uczę też, że oświecenie jest w nas, wystarczy przebudzenie, by ono nas odnalazło.

Jednak uczę też, żeby szanować autorytety i ludzi, którzy posiadają przydatną na naszej ścieżce wiedzę. Bo chociaż wszystko mamy w sobie, to trzeba wiedzieć, jak dosięgnąć swoich zasobów i jak odróżnić intuicję od intelektualnych kombinacji, a wewnętrzne wskazówki od złudzeń. Od wieków ludzie korzystają z pomocy nauczycieli, w tym także tych duchowych, którzy pomagają dotrzeć do własnego wewnętrznego przewodnika. Uważam, że ich nauki są niezbędne, jeśli nie chcemy całe życie kręcić się w kółko, jak pies za własnym ogonem. I zdumiewa mnie beztroska osób, które wypisują nieodpowiedzialne porady o tym, by nikogo nie słuchać. Brak autorytetów to z poziomu psychologicznego skrajna niedojrzałość. Ale nie o tym.

Chciałabym zwrócić uwagę na to, że tu także najlepszy jest złoty środek. Każdy z nas jest inny i potrzebuje do rozwoju innych metod i form pracy nad sobą. Mnogość nauczycieli pozwala wybrać sobie takiego, któremu możemy zaufać, który popchnie nas we właściwym dla nas kierunku, nie uzależniając od siebie. Bo rzecz jasna spotykamy przypadki nauczycieli, którzy wykorzystują uczniów i nie pozwalają im na rozwój. Dowartościowują samych siebie, trzymając uczniów blisko i przekonując ich, że mistrz nadal jest im niezbędny. A przecież w momencie, kiedy adept umie już sięgać do swojego wnętrza i odróżnia właściwy przekaz od zabaw negatywnych energii, może wyjść spod opieki swojego nauczyciela. Jak wszędzie, tak i w tej sferze trzeba być uważnym.

Złoty środek polega tutaj na rzetelnej nauce połączonej z zaufaniem i powierzeniem się autorytetom, ale tylko do punktu, w którym możemy już rozwinąć skrzydła i podążać swoją indywidualną drogą. Wówczas dziękujemy za prowadzenie i idziemy dalej sami, a z czasem możemy także stać się nauczycielami dla kolejnych pokoleń. To zresztą zupełnie naturalne. Widać to w zwykłej szkole, w której zaliczamy różne stopnie nauki w kolejnych klasach, aby na końcu wziąć świadectwo i ruszyć swoją drogą. Tkwienie zbyt długo przy duchowym nauczycielu byłoby podobne do sytuacji, w której dorosły człowiek nadal siedzi w klasie i w kółko powtarza tabliczkę mnożenia.

Złoty środek to czerpanie potrzebnej nam wiedzy bez silenia się na samodzielność i przemądrzałość. To szacunek dla ludzi, którzy wiedzą więcej lub mają niezbędne doświadczenie. To wiara w siebie, ale weryfikowana z innymi, zwłaszcza w początkowej fazie rozwoju. Ci, którzy idą przed nami, przecierają szlak właśnie dla nas. A my idąc za nimi, odsuwamy przeszkody dla tych, którzy podążają za nami. Warto o tym pamiętać. Oto harmonia.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Harmonia relacji

Bliska relacja, np. relacja przyjacielska to temat pozornie wszystkim doskonale znany i opisywany na różne sposoby. Ja także poświęciłam przyjaźni jeden z podrozdziałów w swojej książce, którą jako podręcznik do prosperity wszystkim serdecznie polecam. Teraz nadal obserwuję ciekawe zjawiska z tym związane. Takie, o których się nie mówi, których być może się nie dostrzega, choć przyjaźń to rzecz stara jak świat. Może warto poszukać w takim układzie harmonii?

Stereotypem w temacie jest kwestia pomagania w biedzie. Rzekomo po tym właśnie poznajemy prawdziwego przyjaciela. I tak… i na szczęście nie. Zauważam, że ludzie są tak po prostu dobrzy i wrażliwi na cierpienie. Pomagają spontanicznie również całkiem obcym. Oto widzimy starszą, zmęczoną osobę, która dźwiga ciężary i nie pytając jej o imię niesiemy jej siatki do domu, by pożegnała nas z wdzięcznością pod drzwiami. Oto słyszymy, że ktoś umierając osierocił starszawego kocurka i w te pędy załatwiamy mu nowy dom u znajomych. A nie znaliśmy wcześniej osób, które zamieściły ogłoszenie. Oto ktoś zwija się z bólu w tramwaju, a my wzywamy pogotowie, prowadzimy do zacienionego miejsca i wachlujemy mu twarz, nie wiedząc, kto zacz. Zwykłe i niezwykłe dobro. Nici więc z definicji, że w biedzie poznamy przyjaźń. W biedzie zauważamy, że w ludziach jest dobro. Po prostu, ale to akurat pozytywna konkluzja.

A jeśli akurat to nas spotyka trudna sytuacja, np. partner odchodzi niespodziewanie do innej kobiety, to po czym poznać przyjaciela? Pewnie po tym, że znajduje czas, by być z nami i zrobić nam ciepłą herbatę, czy okryć nogi kocem, kiedy szlochamy sobie zwinięte w precel na kanapie. Może zająć się kolacją dla dzieci i wyprowadzeniem psa, może pomóc załatwić dobrego adwokata. A co jeszcze? I tu wyjdę poza stereotypy. Dobry przyjaciel przede wszystkim słucha. Słucha naszego rozpaczania w milczeniu i przytula lub podaje chusteczki. Może delikatnie pocieszać: „zobaczysz, wszystko się ułoży”. Ale nie lekceważy naszych emocji słowami: „uspokój się, co tak histeryzujesz?”.

Dla mnie szczególnie cenne jest, kiedy usłyszę: „rozumiem, co czujesz, wiem, jakie to trudne”. Oznacza to wsparcie i akceptację mnie i mojego odbioru sytuacji. Tak rozumiem współczucie. To dawanie mi prawa do mojej własnej interpretacji zdarzenia. Nawet jeśli za dwa dni stanę na nogi i dojdę do wniosku, że nie ma powodu do łez, to w tym momencie chcę, by moja rozpacz była traktowana poważnie. Osoba, która mi mówi: „przesadzasz, nie ma nad czym tak szlochać” staje mi się obca, nie daje mi tak potrzebnego w trudnej chwili zrozumienia. Przyjaciel nadąża za zmianą poziomu emocji i wyłapuje moment, w którym może z szacunkiem dla moich uczuć powiedzieć: „spróbuj zobaczyć to z innej strony”.

Dobry przyjaciel nigdy nie powie: „I dobrze, że dziad sobie poszedł precz, nie wart był ciebie, nie żałuj, świętuj!”. W pierwszej fazie i jeszcze długo potem nie jesteśmy gotowi na prawdę. Widzimy tylko swój ból, tęsknimy i wolimy usłyszeć: „nie martw się, wróci do ciebie, wróci”. Przyjaciel nas nie okłamuje, ale prędzej ugryzie się w język niż skala nasze świętości. A szczególnie wtedy, kiedy nasz umysł jest wyłączony przez psychiczny ból.

Przyjaciel w takiej sytuacji nie będzie pocieszał nas opowieściami o swoim rozwodzie, bo wie, że to ostatnie, czego chcemy słuchać. W silnym stresie trudno nam skupić się na cudzych problemach. Aczkolwiek wiadomo też, że kiedy minie pierwszy szok, to właśnie zajęcie się pracą i obowiązkami odciąga naszą uwagę od tarzania się w cierpieniu. I często okazuje się, że można nadal żyć, a życie pomalutku się wygładza i wycisza. Czas leczy rany. A przyjaciel, który w milczeniu trzymał nas za rękę nie oceniając – staje się szczególnie bliski.

W swojej książce podkreślam jeszcze jedną zaletę prawdziwej przyjaźni, która nadaje relacji prawdziwą harmonię – to akceptacja. Pełna akceptacja nas z całym dobrodziejstwem inwentarza. Przyjacielem nie jest ten, który ceni nas, kiedy zbieramy nagrody i dzielimy się ze światem pieniędzmi, lecz ten, który ceni nas i szanuje, kiedy popełniamy błędy i zaciągamy długi. Jeśli przyjaźń jest prawdziwa, to taki człowiek trwa przy nas w momencie największych życiowych pomyłek. Znosi nasze kaprysy i emocjonalne huśtawki, nie obrażając się o niebacznie wypowiedziane słowa. Myślę, że każdy z nas popełnia błędy i każdemu zdarzy się powiedzieć coś, czego mówić nie powinniśmy. Ale właśnie po to są przyjaciele, by pomogli przetrwać zły czas i zobaczyli pod gniewem czy rozpaczą prawdziwych nas – tych dobrych i kochających. Oto harmonia.

W dobie portali społecznościowych dostrzegam jeszcze inną twarz przyjaźni – bezinteresowne wsparcie w internecie. Prawdziwy przyjaciel pomaga nam reklamować nasze działania, udostępnia naszą twórczość czy link do firmowej strony i jest to całkiem naturalne. A my możemy zrewanżować się tym samym. W ten sposób wzajemnie wymieniamy się energią.

Dlaczego piszę o tak banalnej sprawie? Bo dzięki niej nauczyłam się rozpoznawać bezinteresownie życzliwych ludzi oraz relacje, w których nie ma harmonii. Od dawna czuję energie i wiem więcej, niż widać gołym okiem, ale czując – weryfikuję obserwując realne postępki i teraz mogę dać tutaj praktyczną podpowiedź, po czym poznać takie relacje, które są pełne harmonii i takie, których należy unikać. Nie zawsze dotyczy to przyjaciół. Czasem to kwestia osób, które ledwo znamy, ale zasada jest podobna…

Wyobraźcie sobie, że mamy firmowy fanpejdż i zamieszczamy na nim wartościowe informacje. Skąd wiadomo, że wartościowe? Bo sporo osób (nawet całkiem nieznanych) podaje je dalej. Jeśli ktoś podaje dalej nasze reklamy, nie mając z tego żadnego zysku, to taka relacja pokazuje harmonię. A jeszcze bardziej pokazuje życzliwego człowieka, który kieruje się zasadą: to jest dobre, warto się tym podzielić z innymi. Mamy tu szacunek i sympatię – ogromne walory dobrej relacji. A czy nie jest dziwne, kiedy osoba, którą znamy wiele lat i mieni się naszym przyjacielem, omija nasz fanpejdż i nigdy, ale to nigdy nie poda dalej niczego, co udostępniamy? I dla jasności – mam wielu znajomych, którzy nikogo nie polecają, nie reklamują, skupiają się na swoich zainteresowaniach. I to jest w porządku.

Harmonia znika, kiedy nasz „przyjaciel” reklamuje wszystkich dookoła tylko nie nas. A takie poparcie jest tylko symbolem przyjaźni. Jest życzliwym gestem: szanuję ciebie i to co robisz. A kiedy tego szacunku nie ma, to o harmonii też mowy być nie może. Nie będę w tym miejscu robiła analizy takiej osobie, bo kwestia zawiści wydaje się być oczywista. Chcę tylko moim Czytelnikom zwrócić uwagę, że tacy ludzie też istnieją.

I dodam rzecz oczywistą – w poparciu internetowym nie chodzi o kopiowanie naszych stron. Wystarczy, by życzliwa osoba raz na jakiś czas pokazała swoim znajomym, że istniejemy i jesteśmy dla niej ważni, że ceni to, co robimy. Raz na miesiąc? Na dwa? Raz na pół roku? To ważny gest. W realnym świecie to jak zaproszenie nas na herbatę do swojego domu i przedstawienie znajomym: „poznajcie, to moja przyjaciółka. Robi znakomite horoskopy, polecam, jeśli kiedyś będziecie potrzebować”. Internetowe strony (np. nasza oś na FB) są naszą przestrzenią prywatną, do której zapraszamy tylko tych, których cenimy. Jeśli ktoś mieszkając przy tej samej ulicy nigdy nas nie zaprasza, chociaż mieszka sam, ma miejsce, porządek i nie ukrywa trupa w szafie, to warto zadać sobie pytanie o jakość takiej relacji.

Jak wiecie Kochani Moi, ja nie mam konkurencji i nie rywalizuję z nikim. Na swoich stronach pokazuję z przyjemnością znajomych i przyjaciół, także tych, którzy zajmują się tym samym, co ja. Bo wierzę, że ktoś potrzebuje innego podejścia niż moje. Bo wiem, że moje koleżanki są równie dobre, a energia prowadzi człowieka do takiego nauczyciela, który jest na ten moment najbardziej odpowiedni. Bo doskonale rozumiem, że świat jest wystarczająco wielki, by wszystkich wykarmić. Bo nie zazdroszczę innym tego, co osiągnęli i lubię pomagać. Kiedyś znajoma zwróciła mi uwagę, żebym nie reklamowała innych, a tylko siebie. A ja tak nie chcę. Jesteśmy Jednością i powinniśmy współpracować wszędzie, gdzie to możliwe. Powinniśmy się wspierać wzajemnie. Nie umiem inaczej.

W pozytywnej wersji współbycia w sieci wymieniamy się poparciem, reklamą i harmonijnie budujemy społeczność, w której każdy odnajdzie coś dla siebie. Na tym to polega. I nie ukrywam, że właśnie w sieci znalazłam fantastyczne osoby, z którymi od lat spotykam się na żywo, a nasza przyjaźń jest dla mnie ogromnie cenna. I widuję też cudowne sytuacje, w których ktoś ogłasza, że szuka mieszkania, samochodu, transportu, zgubionego psa, a cała grupa fantastycznie reaguje, spontanicznie dając wsparcie. Niedawno zamieściłam u siebie zdjęcie pięknej biżuterii, którą robi własnoręcznie moja znajoma. Inna zachwyciła się szmaragdowym wisiorem i  zamówiła go dla córki. Te panie nie znały się wcześniej, to moja maleńka zasługa, że się odnalazły. Takich sytuacji mam wiele na koncie, bo uwielbiam takie małe cuda, które sprawiają ludziom radość. To bezinteresowność. To harmonia.

Ale wśród pięknych ludzi są też wyrachowane i zakompleksione osoby, które nie umieją nikomu życzyć dobrze, bo boją się, że kiedy ktoś będzie szczęśliwy, to dla nich może tej jakości zabraknąć. Zaprzyjaźniają się tylko na niby, by podebrać nam listę znajomych lub dostać do elitarnej zamkniętej grupy. Interesowność takiej „przyjaźni” po tym właśnie poznamy, że taka osoba prędzej zje własną myszkę, niż udostępni naszą reklamę, wpis czy wiersz. Warto iść z duchem czasu i umieć interpretować internetowe zachowania choćby po to, by nie dać się zwieść iluzji i szybko rozpoznawać tych, którzy za cel wybrali sobie potrzebę podłożenia nam nogi. Wybierajmy harmonijne relacje. Dzielmy się szczęściem i radością z dobrymi ludźmi.

Bogusława M. Andrzejewska