Sen o Mocy

Sny bywają przeróżne i to co może się w nich pojawić to naprawdę wszystko dosłownie. Nawet najdziwniejsze stworzenia i nieistniejące w rzeczywistości istoty. Chyba też moc snów polega na tym, ze możemy w nich robić to, czego nie jesteśmy w stanie osiągnąć na jawie. Nagle możemy być mistrzami kung-fu, zdobywać szczyty lub pływać pod wodą bez potrzeby oddychania powietrzem.

Oglądałam kiedyś film z serii koszmarnych opowieści o Freddym Krugerze, który zabijał ludzi we śnie. W tym jednym odcinku autor usiłował pokazać, że we śnie możemy stać się bohaterami na niespotykaną skalę i rozwijać w sobie nowe umiejętności, nawet tak magiczne jak unoszenie się w powietrzu.

Chciałabym tu opowiedzieć sen o takiej właśnie magicznej mocy, który przyśnił się pewnej kobiecie…

We śnie kobieta jedzie samochodem na wycieczkę ze swoim mężem i kolegą. Mijają piękne zielone okolice i dojeżdżają do małego ładnego miasteczka, które wydaje się być odcięte od reszty świata. Uśmiechnięci mieszkańcy uprzejmie ich witają i oprowadzają po ulicach miasteczka. W pewnym momencie kobieta zdaje sobie sprawę, że nie wszystko jest takie miłe, jak się zdaje. Ma wrażenie, że mieszkańcy coś ukrywają. Kiedy dochodzą do niewielkiego cmentarza nagle – jak w klasycznym filmie grozy – wszyscy ludzie zmieniają się w upiory: sine, szare, w stanie rozkładu. Otaczają ją i obu mężczyzn, nie kryjąc wcale, że zamierzają ich zabić. Kobieta jednak wie, że jej nic nie są w stanie zrobić. Osłania więc obu mężczyzn, próbując schować ich za swoimi plecami. Nie boi się, nie czuje strachu, wie, że jest całkowicie bezpieczna – myśli tylko jak uratować męża i kolegę. W tym momencie przychodzi jej do głowy koleżanka o imieniu Zosia. Skupia myśli i telepatycznie próbuje wezwać ją na pomoc.

Tymczasem krąg upiorów się zacieśnia. Szare zakrzywione dłonie sięgają do schowanych za jej plecami mężczyzn. Kobieta jednym ruchem ręki potrafi odrzucić atakujących na kilka metrów, jednak jeden z nich dotyka męża kobiety. Pod tym dotykiem mąż upada na ziemię i zamienia się w pluszowego misia. Obrona trwa do czasu, kiedy przyjeżdża samochodem wzywana myślą Zosia i obie razem bez kłopotu stawiają czoła upiorom. Te natomiast jakby świadome, że nic już nie mogą zrobić przyznają się, że na ich miasto rzucono klątwę i że nikt ich nie może uratować. Śniąca kobieta i jej koleżanka Zosia biorą się za ręce i skupiając wewnętrzną Moc likwidują skutki klątwy, przywracając miasteczko i jego mieszkańców do normalnego stanu… Kobieta żegnana podziękowaniami odjeżdża, tuląc w ramionach pluszowego misia. Rozmyśla, jak może go odczarować. Wie, że potrafi to zrobić…

Sen, jak bajka albo raczej horror w kiepskim gatunku. Nie opowiadałabym go tutaj, gdyby nie przełożenie na życie. Otóż owa kobieta parę tygodni wcześniej zrobiła pierwszy stopień Reiki. To dało jej świadomość Mocy. Mocy nieziemskiej wprost, a także wyraźnie odczuwane we śnie poczucie bezpieczeństwa. Wzywana we śnie na pomoc koleżanka, to nie kto inny, jak przyjaciółka, z którą razem poddały się inicjacji. Zrozumiałe zatem, że w pojęciu śniącej, ta osoba także posiada Moc. Mąż śniącej nie interesował się pracą z energią. Pozostawał zatem pod opieką kobiety, bardziej narażony na ataki astralne i nie tylko. Zdarzyło się też, że wpadał czasem w opresje, z których go ratowała żona. Jeśli jeszcze spojrzymy na fakt, że we śnie Pan Mąż zamienił się w pluszowego nieruchomego misia, wiemy od razu, jak na poczucie wartości w związku wpłynął fakt zrobienia Reiki.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Sen o Mistrzu

Tym razem chciałam opisać swój własny sen. Śniłam go dawno, około 16-17 lat temu. Pamiętam jednak ten sen ze wszystkimi szczegółami, bo był inny niż wszystkie. Ale wiem też, że była to prawdziwa wizyta mojego Mistrza. Nie umiem klarowniej wyjaśnić, po czym poznać, że to nie figle podświadomości, lecz właśnie prawdziwe odwiedziny. To się po prostu wie. Jestem też pewna, że każdy w swoim sercu poczuje, kiedy tego sam doświadczy, że to nie tylko sen, ale prawdziwy kontakt z określoną istotą, która w ten sposób dociera do naszej świadomości. A przecież wszyscy wiemy, że właśnie nasze sny mogą być tą piękną przestrzenią, do której mają dostęp energie z wyższych poziomów.

Śniłam ten sen mniej więcej dwa lata po intensywnych praktykach w buddyjskim klasztorze. Uwielbiałam swojego Nauczyciela i pilnie wdrażałam otrzymane przez niego nauki. Mój szacunek połączony był z ogromnym dystansem i respektem. Nie chcę pisać, że bałam się Mistrza, bo przy nim czułam się najszczęśliwsza i najbardziej bezpieczna. Jednak nie miałam odwagi, by nie proszona podejść blisko. To była potężna oświecona istota ukryta w ciele schorowanego staruszka. Od dawna rozpoznaję energie i energetyczne poziomy. To, co przy Nim czułam, jest trudne do opisania. To taka energia, która jednym ruchem palca może wywołać tornado i zmieść z powierzchni Ziemi całe miasto. Oczywiście żaden nauczyciel buddyjski nie robi takich rzeczy, to istoty pełne miłości i współczucia. Ale ja wiedziałam, co potrafi, ile w nim niezwykłej mocy… Pogromca demonów, potężny mag i człowiek, który ruchem ręki zatrzymywał deszcz. Stąd respekt, który trudno z czymkolwiek porównać. I te same uczucia podziwu, szacunku i miłości do Mistrza były w moim śnie.

Śnię, że jestem na wykładzie mojego Nauczyciela. Z szacunkiem i uwagą słucham tego, co tłumaczy. Mówi o rozwoju duchowym, o wzrastaniu, o praktyce. Wszyscy siedzimy w starych ławkach w małej szkolnej sali na poddaszu. Jest nas może dwadzieścia osób, nie więcej.

W pewnym momencie mój Mistrz wywołuje mnie i prosi, żebym go zastąpiła i poprowadziła wykład. W tym śnie mam pełną świadomość i wiedzę o tym, że na ścieżce buddyjskiej jestem początkująca. Na sali na pewno są praktykujący z większym stażem i doświadczeniem. Ja nie posiadam wystarczającej wiedzy. Wstaję i nieśmiało szukam wyjaśnienia wiedząc, że przede mną stoi istota oświecona, która przecież wszystko na mój temat wie…

Mój Mistrz zapewnia mnie, że jestem wystarczająco gotowa i wyjaśnia, że nie oczekuje ode mnie przekazywania nauk buddyjskich, lecz nauczania wiedzy duchowej, takiej związanej z rozwojem, prowadzącej do oświecenia. Przyjmuję to z radością, bo bardzo lubię prowadzić szkolenia i wiem, że jestem w tym dobra. Zaczynam wykład o duchowej wiedzy, stojąc w tym samym miejscu, w którym poprzednio siedziałam – ze swojej ławki.

Tymczasem mój Mistrz znika mi z pola widzenia, jakby się schował. Zaniepokojona zaglądam za pierwsze rzędy ławek i widzę, że siedzi na podłodze i się rozpuszcza. Dosłownie tak, jak bryłka z lodu, kiedy znajdzie się w ciepłym miejscu – rozpuszcza się, staje coraz mniejsza, a kałuża wokół powiększa się…

Kiedy zachwycona opowiedziałam ten sen swojemu przyjacielowi, ten ze smutkiem stwierdził, że nasz Rinpocze uprzedził mnie o swojej śmierci. Nie chciałam w to wierzyć, ale rzeczywiście – w buddyzmie rozpuszczanie się jest dość jednoznaczne. Tak się przejęłam, że wyrzuciłam z pamięci całą resztę tego snu. Wkrótce potem mój Kochany Mistrz zmarł, potwierdzając senne proroctwo, a ja to bardzo przeżyłam. Czułam się jednocześnie wyróżniona, że należałam do nielicznych osób, które o tym zawiadomił przed czasem, kiedy jeszcze nikt tego nie oczekiwał.

Od tamtej pory prowadzę szkolenia i konsultacje, piszę książki i artykuły o duchowości, chociaż zupełnie wyrzuciłam z pamięci cały sen i jego sens. Teraz dopiero przypomniałam sobie to ważne przecież dla mnie przesłanie. Skupiona na śmierci Nauczyciela zapomniałam, że wyznaczył mnie na swojego zastępcę. Oczywiście w linii buddyjskiej mój Mistrz ma swoich spadkobierców i nauczycieli, którzy prowadzą dalej jego nauki. Ja – podobnie jak w tym śnie – nauczam ze swojego miejsca w ławce. Tam gdzie jestem, kontynuuję Jego pracę. Dzisiaj zobaczyłam dodatkowy sens swojego działania – wypełniam powierzoną mi wiele lat temu rolę. I cieszę się, że chociaż nie myślałam o tym śnie, realizowałam to wszystko, co powinnam.

Przyszła też do mnie nieuchronnie taka refleksja, że niskie poczucie wartości nie dopuszcza do nas myśli, że możemy być godni zastępować oświeconą istotę. Wiem doskonale, że część mnie wyparła ten element snu, bo… gdzież taka marna kobietka mogłaby być namaszczona przez Wielkiego Rinpocze do prowadzenia nauk? Gdzież mi do Oświeconej Istoty, która jednym ruchem ręki zatrzymuje deszcz?

Jednak jestem namaszczona… To się zadziało. A ja przecież jestem świetnym nauczycielem i ja także – jak mój Kochany Rinpocze – inicjuję ludzi, dając im doskonałe narzędzia rozwoju wewnętrznego. Dzisiaj jestem gotowa powiedzieć głośno, że jestem dobra w tym, co robię i pięknie kontynuuję dzieło wspaniałego oświeconego Mistrza, który uczył ludzi współczucia i bezwarunkowej miłości.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o zdradzie

Sny są magiczną księgą wiedzy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Pokazują nasze lęki, kompleksy, efekty minionych przeżyć, wspomnienia dobre i złe. W oparciu o pracę ze snami można poprowadzić terapię psychologiczną, dzięki której uleczymy traumatyczne problemy wyparte ze świadomości.

Sny pokazują też chwilę obecną, co jest jak najbardziej zrozumiałe. Jednakże jak można wyjaśnić fakt, ze w snach odnajdujemy sytuacje, które dopiero mają się wydarzyć? W jaki sposób sny sięgają do informacji, których nie ma i nie może być w naszej świadomości czy podświadomości? Jeśli ktoś ma w odległym mieście chorą matkę i w każdej chwili spodziewa się złych wieści, to proroczy sen uprzedzający to wydarzenie można jakoś uzasadnić. Gdzieś w głębi umysłu tej osoby czai się lęk. Jest tam też podświadome oczekiwanie tych wieści, których być może świadome myśli przyjąć nie chcą. Jak jednak wytłumaczyć historię jednej z moich klientek, która wydarzyła się naprawdę…

To było zgodne, normalne małżeństwo. Przeżyli od ślubu 10 lat, mieli dwoje dzieci. Kłócili się nie za często, kochali nie za rzadko. Któregoś dnia Ona ma sen… W tym śnie widzi swój dom, wchodzi do niego, a w środku sufit wali się na głowę jej i dzieciom. Przykry sen. Na drugi dzień znowu ma sen… Tym razem stoi na wzgórzu ze znajomymi i patrzy w dolinę. W dolinie jej dom płonie. Obok krzątają się strażacy, próbują ratować, ale z domu zostają zgliszcza.

Mija pięć dni i Ona znowu ma dziwny sen. Tym razem śni jej się mąż, który siedzi na krześle i trzyma na kolanach młodą dziewczynę. Obejmują się, dziewczyna go całuje. Ona w tym śnie szarpie męża za rękaw i prosi, aby przestał obejmować tę dziewczynę, żeby zeszła mu z kolan. Mąż jest głuchy na jej słowa. Ona prosi i płacze, powtarza, że to sprawia jej ból, bo przecież nie może bez niego żyć. Tymczasem obok pojawia się jakiś wysoki mężczyzna, staje za Nią i mówi, żeby przestała płakać, mówi też, że ją kocha i próbuje ją odciągnąć od męża. Ona nie zwraca uwagi na tego człowieka, kuli się z płaczem w kącie. Nagle czuje, jak mąż ją dotyka, przytula i mówi: „chodź, już sobie poszli, jesteśmy sami”.

Obudziła się rano spłakana. Fizycznie czuła swoją rozpacz, ale kiedy uświadomiła sobie, że to „tylko” sen, roześmiała się. Chciała opowiedzieć go mężowi, ale nie było go w domu, został na noc w pracy. Wieczorem tego samego dnia, mąż wrócił i powiedział  Jej, że odchodzi od niej do młodszej o 15 lat kobiety. Tak sprawdziła się prorocza część o domu, który runął (spłonął) i o zdradzie.

To jednak nie koniec historii. Pół roku później Ona poznaje wysokiego mężczyznę, który zakochuje się w Niej i powtarza jej to bardzo często. Nie mogła we śnie zobaczyć jego twarzy, bo kiedy śniła, nie znała go. Jednak ten romans nie układa się, Ona nadal kocha męża. To też nie koniec. Po trzech latach perypetii godnych prawdziwego brazylijskiego serialu, Ona i mąż wracają do siebie. Zaczynają wszystko od nowa…

Kiedy pierwszy raz usłyszałam tą historię, nie znałam jeszcze zakończenia. Wiedziałam, że sprawdziła się część snu oraz dwa pierwsze – symboliczne. Byłam jednak pod wrażeniem sceny zdrady, w której zgadzał się nawet wiek konkurentki. Po pół roku sprawdziła się dalsza część, jeszcze później reszta, włącznie z ostatnim sennym akcentem. Zastanawiam się, skąd w tym śnie tak odległa prognoza? Skąd informacje o zdradzie, której bohaterka w ogóle nie podejrzewała? Miałam tu zamiar napisać : „o której bohaterce w ogóle się nie śniło”… Paradoks. Właśnie wszystko się wyśniło…

I jeszcze jeden przykład. Dwoje młodych ludzi. Zamierzają się pobrać. On czasem wyjeżdża w góry – lubi się wspinać z kolegami, Ona zostaje w mieście, ponieważ ma pracę, która nie pozwala Jej na wyjazdy z ukochanym. Któregoś dnia Ona ma sen… Jest w górach, w schronisku. Rozmawia ze znajomymi, grzeje dłonie przy ogniu. Potem idzie szukać swojego chłopaka, który został w pokoju na górze. Wchodzi i zastaje go w czułym uścisku z jakąś dziewczyną w okularach. Na jej widok odskakują od siebie i widać, że to coś więcej niż pocałunek…

Ona budzi się rano i stwierdza, że jest po prostu zazdrosna, a jej lęki prowadzą do takich snów. Myśli też, że kiedy kogoś czeka egzamin, to ten egzamin też mu się śni i nie zawsze w sposób pozytywny. Po kilku dniach On wyjeżdża znowu w góry. Tym razem komórka nie odpowiada przez 5 dni. „Pewnie jest poza zasięgiem” myśli Ona. Jednak On wraca i nie odzywa się nadal poza krótkim służbowym telefonem związanym z pracą. To Ona przypadkiem otwiera mail skierowany do niego, bo nie zauważa, kto jest adresatem. Pierwsze słowa listu zmuszają ją jednak do naruszenia tajemnicy korespondencji: „Kochany, ta ostatnia wspólna noc w górach była cudowna!…”  On przyparty do muru przyznaje się nie tylko do zdrady. Ta historia nie ma happy endu. Młodzi rozstają się. Oczywiście nowa poznana w górach dziewczyna nosi okulary.

Cóż, chyba lepiej uważać na sny oszukiwanej żony czy narzeczonej. Potrafią powiedzieć to wszystko, co tak bardzo panowie chcieliby ukryć. Chociaż żaden mężczyzna nie opowiedział mi tak sugestywnego proroczego snu, zakładam, że mężczyźni też śnią i też widzą w snach swoje niewierne kobiety…

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o śmierci

Są sny przyjemne i koszmary. Są sny prorocze. Są też sny tajemnicze, które przenoszą nas w inny wymiar. Niektóre wydaja się być  magiczną chwilą zajrzenia na moment za kurtynę istnienia. Można powiedzieć, że czasem we śnie stajemy się na powrót duchem unoszącym się w oceanie stworzenia… Po obudzeniu zastanawiamy się, czy to tylko fantazja, reminiscencje z jakiegoś dawno oglądanego filmu, czy też nasz Anioł Stróż pozwolił nam zobaczyć prawdę. Taką prawdę, jakiej nigdy za życia nie poznamy… Oto jeden z takich trudnych do określenia snów, jaki opowiedziała mi moja klientka. Dajmy jej na imię Kasia.

W tym śnie Kasia zajmuje się codziennymi sprawami, siedzi przy stole, coś pisze. W pewnym momencie wstaje i nagle osuwa się na podłogę na oczach męża i córki. Przez moment widzi ich twarze pochylone nad sobą. Zaraz potem jest w innym miejscu – leży w czymś miękkim, czuje się dziwnie, a nawet … nie czuje w ogóle swojego ciała. Próbuje się podnieść, jest trudno, jednak po chwili ma wrażenie, że siedzi. Siedzi na czymś w rodzaju chmury, która unosi się kilkanaście metrów nad powierzchnią rzeki. Rzeki, płynącej w miasteczku, gdzie spędziła dzieciństwo. Dokoła rosną piękne lasy, kawałek dalej jest miasteczko. Kasia ma jednak świadomość, że to wszystko jest bez znaczenia, ponieważ… nie czuje ciała, chociaż pozornie ono gdzieś jest. Kilka metrów przed nią wisi druga chmurka. Na niej siedzi ubrany na brązowo człowiek. Patrzy na Kasię i uśmiecha się.

– Dziwnie się czujesz? Nie martw się, to przejdzie.

– Ale ja nie wiem, jak się ruszać, nie mam władzy w rękach, w ciele, w nogach… – odpowiada Kasia

– Skup się i pomyśl, co chcesz zrobić. Nauczysz się. Dasz radę – odpowiada człowiek przyjaźnie – zobacz, ja też musiałem się tego nauczyć.

Kasia za chwilę rzeczywiście spokojnie sie porusza, odwraca na wszystkie strony i co ważniejsze: odzyskuje poczucie bezpieczeństwa w tej nowej dla niej sytuacji. Po chwili przypomina sobie, że ma dom i córkę i że jeszcze niedawno nie siedziała na jakiejś chmurze, tylko była w domu…

Niemal w tej samej chwili jest w swoim domu. Widzi córkę, która strasznie płacze i woła: „Mamusiu, dlaczego umarłaś! Ja cię potrzebuję, tak  strasznie potrzebuję! Mamusiu, nie zostawiaj mnie!”

Staje obok córki i próbuje ją przytulić.

– Jestem tutaj Kochanie. Wszystko będzie dobrze. – powtarza i próbuje pogłaskać córkę po włosach. Jednak córka jej nie słyszy, nie widzi, nie reaguje. Szlocha jeszcze głośniej. Kasia cierpi, czuje niemal fizycznie, jak pęka jej serce na widok tak ogromnej rozpaczy ukochanego dziecka. Tak bardzo chciałaby jej powiedzieć, że wszystko jest dobrze, że przecież jej jest dobrze i jest tutaj, wszystko widzi, słyszy. Potworna bezradność i bezsilność! Kasia po długiej chwili i wielu nieudanych próbach rezygnuje z nawiązania z córką kontaktu. Zaczyna rozumieć, że to niemożliwe.

Zaczyna też nazywać swój stan po imieniu: śmierć. „Umarłam” – myśli Kasia – byłam na jakiejś chmurze, teraz jestem w domu i patrzę na rozpacz własnego dziecka. To nie do wytrzymania!” Kasia wychodzi z domu i idzie przed siebie. Jest jej ciężko, kiedy uświadamia sobie, że nie może w żaden sposób pomóc swoim bliskim i przekazać im wiadomości. Rozpacz córki jest dla niej bardzo bolesna…

Podchodzi do niej jakaś kobieta w kwiecistej sukience. Uśmiecha się i bierze Kasię pod rękę. Kasia czuje, że to jej dobra znajoma, chociaż nie pamięta ani jej twarzy, ani imienia. Idą razem chodnikiem, a potem skręcają na łąkę pełną kwiatów.

– Moja córka mnie nie słyszy, a tak bardzo rozpacza – skarży się Kasia

– Nic na to nie poradzisz. Ona sama musi przez to przejść. To jej życie i jej próba.

– To straszne, że jesteśmy tak odcięci od naszych najbliższych.

– Tak. Moi mnie też nie widzieli i nie słyszeli. Trudno się z tym pogodzić, ale nie mamy wyjścia.

– To co mogę zrobić?

– Teraz? – znajoma uśmiecha się pogodnie – teraz warto pójść zobaczyć, kto przyjdzie na twój pogrzeb i jak będzie wyglądał.

– A to już ? – dziwi się Kasia.

– Teraz, za moment. Tu czas płynie inaczej.

– To chodźmy – decyduje Kasia

Tu kończy się sen. Moja klientka nie zobaczyła we śnie swojego pogrzebu, ale obudziła się wystraszona i zszokowana… Odebrała to jak przekaz, proroctwo, zapowiedź  swojej śmierci. Przede wszystkim odbyła trudną rozmowę z córką i prosiła ją, żeby w razie czego… nie płakała, nie cierpiała. Rozmawiając ze mną powtórzyła wielokrotnie, że nie zdawała sobie nawet sprawy, że nie jest jeszcze gotowa na odejście. Ponieważ parę lat wcześniej przeszła dość poważna operację, w związku z którą porządkowała swoje sprawy, wydawało jej się, że jest gotowa na śmierć na tyle, na ile gotowy może być każdy człowiek. Tymczasem rozpacz córki, którą zobaczyła we śnie, sprawiła, że uświadomiła sobie inne aspekty tego faktu.

Moja klientka żyje do dzisiaj, chociaż minęło juz kilka lat od tego snu. Natomiast w ciągu tego czasu przeżyła śmierć paru innych ważnych dla niej osób. Czy sen był zapowiedzią tych doświadczeń? Nie wiem. Być może był swoistym przygotowaniem na doświadczanie śmierci bliskich. Postrzegam go też jako informację niezwykle istotną dla mojej klientki i dotykającą jej osobistych spraw, więzów rodzinnych, a także gotowości na nieuniknione. Przyznaję też, że ten sen wydał mi się niesamowicie realny, jakby w istocie pokazywał nam, co naprawdę dzieje się z nami po śmierci.

Przekaz ogólny, który mógłby zainteresować tym snem inne osoby, jest dla mnie związany z rozpaczą po śmierci bliskich nam ludzi. Wielu nauczycieli duchowych powtarza, że nie wolno tego robić. Od wieków wierzymy, że płacz, szlochanie, rozpaczanie „zatrzymuje” przy ziemi osoby, które powinny i chcą odejść do Światła. Ten sen zdaje się to potwierdzać. Samo przejście nie było dla Kasi cierpieniem. Jedyne cierpienie jakiego zaznaje w swoim śnie jest związane z zachowaniem szlochającej po jej śmierci córki. A przecież odejście jest częścią życia. Spotyka nas wszystkich bez wyjątku. Jest zatem czymś naturalnym – jak noc po dniu, jak zima po jesieni… Warto nauczyć się to akceptować, bo pogodzenie się z przemijaniem jest istotnym aspektem rozwoju duchowego każdego człowieka. Moim zdaniem zmarli przed odejściem nie oczekują od nas łez – chcą widzieć nas pogodnych i pogodzonych z faktem ich śmierci. Wtedy mogą spokojnie podążać dalej… I w tym aspekcie sen ten jest przesłaniem nie dla umierających, ale dla tych, którzy tu zostają i żegnają swoich bliskich…

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o samochodzie

Pracując ze snami, odkrywamy swoje pragnienia, możliwości, ale i lęki lub wątpliwości. Im bardziej są irracjonalne, tym więcej mamy w sobie lęku. Absurdalność sennych wydarzeń nie umniejsza ich sensu. Dramatyczne historie są sposobem na wyrażenie silnych emocji. Sny pokazują nam wiele ukrytych w podświadomości przekonań. Czasem to może wskazać temat, z którym warto pracować. Jedna z moich klientek – dajmy jej na imię Marta – miała właśnie tego typu sen…

W tym śnie Marta idzie do pracy (lub szkoły). Musi być punktualnie, więc jedzie samochodem. To piękny nowy model autka, co ciekawe – świeżo kupiony. Marta wysiada i zmierza do budynku w poczuciu satysfakcji i zadowolenia. Wygląda bardzo elegancko, ma piękna fryzurę i cieszy się nowym pojazdem. Podchodząc do drzwi ogląda się przez ramie na zaparkowany samochód i wtedy ze zdziwieniem zauważa, że auto samo odjeżdża z parkingu.

– Chyba zapomniałam zaciągnąć hamulec – myśli Marta z przerażeniem i biegnie do samochodu, który zatrzymuje się kilkanaście metrów dalej. Niestety on znowu rusza i jedzie kolejne kilkanaście metrów, jakby bawił się z właścicielką w wyścigi. Wtedy Marta odkrywa, że to nie kwestia hamulca, bo samochód nie stacza się na skutek nierówności. On jedzie samodzielnie w sobie tylko wiadomym kierunku.

Marta biegnie za samochodem, ale on niestety jest dużo szybszy i znika jej z pola widzenia, pomiędzy budynkami. Chciałaby zadzwonić do kogoś po pomoc, ale telefon został w aucie. Zaczepia więc stojących na chodniku ludzi i pyta, czy widzieli takie auto. Ktoś wskazuje kierunek, w którym pojechał jej samochód. Marta martwi się, czy niekontrolowany pojazd nie zrobi komuś krzywdy i podąża we wskazanym kierunku.

Dociera do budynku osiedlowego przedszkola, które znajduje się pomiędzy blokami. Nie widzi nigdzie auta, ale znowu kogoś o nie pyta. Zapytany mężczyzna zachęca ją, by weszła razem z nim do przedszkola. Tam spotykają dyrektorkę obiektu, która w pierwszej chwili nie chce z nią rozmawiać, ale potem wskazuje na stojący w kącie sali przedmiot. Marta odkrywa, że pomiędzy zabawkami stoi jej auto, przykryte jakimś materiałem, jak plandeką.

– Schowaliśmy je tutaj, żeby nikogo nie przejechało – mówi dyrektorka.

Tu kończy się sen. Nie ukrywam, rozbawił mnie, ponieważ jest dość jednoznaczny i może służyć za przykład intuicyjnej interpretacji. Pojazd, którym kierujemy, przedstawia we śnie najczęściej nasze własne życie. Pociąg i tramwaj także odnoszą się do naszej życiowej drogi. W tym konkretnym śnie samochód jadący samopas bez kierowcy oznacza lęk przed brakiem wpływu na własne życie. To tak, jakby wszystko, co nas spotyka, wyrwało się spod naszej kontroli. Lekiem na poczucie bezradności może okazać się praca z wewnętrznym dzieckiem, na co wskazuje odnalezienie auta w… przedszkolu.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Matrixie

Do jednych z najciekawszych snów należą te, które dotyczą ezoteryki i struktury wszechświata. Często zastanawiam się, czy to, co pojawia się w sennych marzeniach jest tylko pozbawioną sensu projekcją czy też składanką książek i filmów, które oglądamy? A może to rzeczywiście uchylenie kawałka zasłony skrywającej tajemnice istnienia? Jak jest w tym przypadku? Oto niezwykły sen, który wyśniła Beata.

Beata idzie z mężem i dwójką dzieci w wieku szkolnym. Idą kupić dom. Wychodzą z lasu, jakby wracali właśnie z wycieczki i widzą ładny dwupiętrowy domek w żółtym kolorze. Wpadają w zachwyt i wiedzą, że to ten dom jest na sprzedaż.

(Domek był zwykły, taka piętrowa kostka, ale Beata uświadamia to sobie po obudzeniu, we śnie wszyscy pieją wręcz z zachwytu).

Kiedy podchodzą do wejścia, Beata widzi obok drugi, jeszcze ładniejszy. Też żółty, ale z pięknymi balkonikami z ozdobnymi balustradami. Beata myśli, że tamten bardziej jej się podoba, ale wchodzą do tego pierwszego. 

Właściciele są na samej górze, bardzo sympatyczni, przyjaźnie nastawieni, gościnni. Dzieci biegną się bawić z innymi. Beata się zastanawia tylko, jak ma kupić dom, w którym ktoś jeszcze mieszka i na dodatek dopiero kończą kłaść kafelki. Trwają tam jakieś prace w łazience. 

Na wersalce leżą trzy piękne koty, w różnych kolorach. Beata je głaszcze. Jeden z kotów ma koci katar – siorbie nosem, jak człowiek. Koci katar to jedna z cięższych kocich chorób, a w tym śnie właścicielka mówi, że ten katar mu zaraz przejdzie i wszystko jest w porządku, nie ma się czym martwić. 

Właścicielka oprowadza Beatę po tym domu. Otwiera drzwi, za którymi jest szkoła dla dzieci. Potem prowadzi na dół do szpitala w piwnicy i mówi jej, że tu może pracować, jeśli zechce. Szpital normalny, jak szpital – łóżka, ludzie pod kroplówkami, a Beata może być pielęgniarką.

Potem są jeszcze inne pomieszczenia. Mnóstwo! Niemal kilka hektarów pokoi i sal – w tym jednym domku! I oczywiście jest w tym domu także mieszkanie dla Beaty i jej rodziny. Co istotne, okazuje się, że jeśli Beata tylko czegoś zapragnie, wystarczy otworzyć drzwi do odpowiedniego miejsca. Jest tu wszystko. Dokładnie wszystko.

Beata domyśla się, że coś tu nie gra, że to zbyt piękne i zbyt niezwykłe. Ukradkiem, kiedy nikt nie widzi, bierze jedną z córek za rękę i wymyka się z tego magicznego domu. Idzie do tego z balkonikami. Tamten jest normalnie urządzony. Jest w nim jakaś ładna kobieta, która wszystko wie i wyjaśnia, że ten magiczny dom, to budynek, w którym ludzie są hipnotyzowani jakimś środkiem i mają wszystko, czego pragną. Ale to iluzja. I zajmują się tym jakieś nieciekawe energie. Ta kobieta jest kimś w rodzaju Anioła. Beata jej wierzy.

Wraca do tego magicznego domu po męża i drugie dziecko. Pilnuje, żeby nie dać się omamić jakimś środkiem. Wchodząc po schodach, widzi przez okno morze i plażę. Dziwi się, a jedna z właścicielek (jest tych „opiekunek” więcej) mówi:

– Ty juz wiesz, na czym to polega. Na wyższym etapie współpracy z nami, na wyższych piętrach, jest dostęp do morza. Można spokojnie wyjść z domu na plażę i pływać.

Beata w międzyczasie „gubi” gdzieś córkę, która wymykała się z nią. Kiedy ją znajduje, zabiera ją i uciekają do tamtego domu z ozdobnymi balkonikami. Te kilka metrów, które dzieli te dwa domy, staje się odległością trudną do pokonania. Nagle obie biegną po śniegu (!), a za nimi biegną dwa demony… uciekają… W pewnym momencie Beata uświadamia sobie, że nie musi uciekać. Zatrzymuje się, odwraca i po prostu je przegania, krzycząc do nich „precz”. To skutkuje. 

Docierają do drugiego domu. Ale tam nie znajdują już Anielicy. Dom jest pusty – żadnych mebli i gołe ściany. Wchodzą na samą górę i przez okno patrzą na ten magiczny dom, w którym został mąż i drugie dziecko. Widzą setki pięter eterycznych i kolorowe energie wokół tego domu. Na samym szczycie na ostatnim piętrze formują się Anioły. Beata widzi, jak z tych kolorowych energii powstaje przepiękny Anioł z wielkimi skrzydłami, po czym frunie w kierunku tego domu, do którego uciekła. Uświadamia sobie, że także Anioły powstają w tym demonicznym (magicznym) domu i Anielica, którą wcześniej spotkała, także tam powstała.

Tu kończy się sen. Totalna magia. Tym razem bez mojej interpretacji, bo uważam, że każdy powinien sam go zrozumieć i wyciągnąć z tego swoje wnioski. Niektóre sny są prorocze, inne bardzo jednoznaczne i oczywiste. Są też sny, w czasie których wysypuje się śmietnik naszego umysłu. Bywają oczywiście też wizyty z zaświatów. Ale najważniejsze są takie sny, kiedy dostajemy dawkę duchowej wiedzy o sensie naszego istnienia. Czy to taki właśnie sen, każdy musi sam ocenić.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Sen o dziecku

Zdarza się czasem, że śnią nam się dzieci. Mogą być nasze albo całkiem obce. Bywa też, że całkiem malutkie. Według wierzeń ludowych sen o gołym bobasie zwiastować może różne kłopoty. Pewnie dlatego w sennikach pojawia się pejoratywne słowo „bachor”. Niewykluczone oczywiście, że taka ocena wynika z naturalnego skojarzenia dziecka z rozmaitymi problemami, których nie szczędzi nam proces wychowania. A to choroby, a to szkoła, a to wydatki, a to kłótnie… W naszym języku funkcjonuje wiele symboli, które wiążą dzieci z trudnościami, a nie ze szczęściem czy miłością, co wydawałoby się bardziej odpowiednie. Np. „małe dzieci, mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot”.

Jednak dla mnie dziecko we śnie to przede wszystkim coś nowego. I tak, jak niemowlę przynosi na świat nowe życie, tak i we śnie maluchy zawsze zapowiadają mi nowiny i zmiany. Dla mnie na lepsze. Nie tak dawno powtarzały mi się ciągle sny z małymi dziećmi. Miłe były te sny – śniły mi się zazwyczaj niemowlęta, którymi się opiekowałam i mocno do siebie tuliłam. Było w tym mnóstwo czułości.

Zdarzył mi się też kiedyś sen, w którym karmiłam maluszka piersią i to zawsze będzie dla mnie piękny symbol, ponieważ okres karmienia wspominam jako najwspanialszy czas w moim życiu. Bardzo lubiłam karmić swoje córki piersią. Jednak samo karmienie może wskazywać oczywiście konieczność pomagania komuś – czyli właśnie karmienia.

Zgodnie z tym, w co wierzę, po tych snach oczekiwałam, że urodzi się coś nowego w moim życiu zawodowym lub w moich pasjach – co w gruncie rzeczy bardzo się łączy ze sobą. Z jednej strony nie bardzo w to wierzyłam, bo cóż nowego może pojawić się po wielu latach pracy? Takiej, w której jestem naprawdę dobra i którą lubię. Z drugiej jednak czułam całą sobą, że te sny nie są przypadkowe, że wyraźnie zapowiadają zmiany. I oczywiście po kolejnym śnie, w którym tuliłam do siebie maleństwo, urodziły się dwie nowe rzeczy – malowanie i nowa metoda pracy z oczyszczaniem energetycznym. Bez planu. Niespodziewanie. Najpierw zaczęłam malować – po raz pierwszy od szkoły podstawowej sięgnęłam po farby i namalowałam swój pierwszy w życiu obraz. A niedługo potem moja bliska mi znajoma zadzwoniła i zaprosiła mnie na swoje autorskie szkolenie. Było jasnowidzenie, była energetyka, był zapach palonych ziół i… farby. Metoda jest znakomita i jest absolutną nowością. Także dla mnie. Oto moje wyśnione „dzieci”… A wkrótce nowe zajęcia i nowa współpraca… Zmiana goni zmianę. Ciągle rodzi się coś nowego.

I jeszcze jeden aspekt takiego snu, na który warto zwrócić uwagę: to dziecko wewnętrzne. Sam fakt, że śni nam się maluszek, może w tę stronę kierować naszą uwagę. Dla mnie najbardziej charakterystyczną cechą wewnętrznego dziecka jest niczym nie ograniczona wyobraźnia i ogromne zdolności twórcze. Sny o dzieciach mogą zatem pokazywać także rozwój kreatywności i całkowicie nowe pomysły w działaniu. To także przypływ weny – niezależnie od tego, czy jest to powrót czegoś, co wygasło, czy cos zupełnie dla nas nowego.

A teraz sen mojej klientki. Oczywiście z dzieckiem w roli głównej, które moim zdaniem zapowiada u niej także nowe rzeczy.

Marta zapamiętała sen od momentu, w którym podeszła do łóżeczka z małym dzieckiem. To nie było chyba jej dziecko, jednak sięgnęła po nie, bo wiedziała, że trzeba je przewinąć. Kiedy je wzięła na ręce, pieluszka tak pełna, że aż ciężka spadła na łóżeczko, a dziecko z całej siły przytuliło się do Marty, zaplatając rączki mocno na jej szyi. Kobieta czuła wzruszenie, czułość i potrzebę zaopiekowania się małą istotką. Wtulenie dziecka było tak pełne miłości, a jednocześnie jakby pełne desperacji, że kobieta nie mogła oderwać od siebie maluszka. Trzymała więc drugą ręką gołą pupkę i rozglądała się za czymś, w co mogłaby dziecko zawinąć. Po chwili znalazła jakąś tetrową pieluszkę i otuliła małego golaska, aby nie zmarzł. Jednocześnie cały czas przytulała do siebie dziecko, jakby rozumiejąc, że ono teraz najbardziej potrzebuje miłości.

Po dłuższej chwili chodzenia z wtulonym dzieckiem po domu, Marta przypomniała sobie, że musi wziąć prysznic. Nie mogła zostawić dziecka, więc zabrała je ze sobą do łazienki i ułożyła… w misce z wodą, a ono zasnęło. Po chwili zauważyła jednak, że woda przykrywa całe dziecko razem z buzią, więc chociaż ono oddychało pod tą wodą, odlała jej tyle, by odsłonić dziecku twarz. Zraz potem rozebrała się do kąpieli i przez moment widziała siebie nagą w lustrze.

Sen pozornie nieco absurdalny, w interpretacji jest dosyć klarowny. Jeśli przyjmiemy, że symbolicznie dziecko zapowiada pojawienie się w życiu Marty czegoś całkiem nowego, to wtulenie się maluszka pokazuje, że będzie to coś, co sprawi kobiecie mnóstwo radości. To dobra nowość, uruchamiająca mnóstwo pozytywnych emocji. Przypominam w tym miejscu, że kluczowe dla interpretacji są uczucia śniącej osoby. Jeśli są dobre, to i wydarzenia będą dla niej miłe.

Dostrzegam w tym śnie taki element, który mówi o sięganiu do tego, co ukryte w głębi nas. To te fragmenty związane z rozbieraniem siebie, ale i z nagością dziecka. W praktyce to właśnie coś takiego, jak moje malowanie – które odbywa się poprzez odkrywanie i wyrażanie swoich emocji, tęsknot i pragnień. Zatem niewykluczone, że Marta również odkryje jakąś ścieżkę artystyczną dla siebie, aby zacząć dzielić się z innymi tym, co drzemie w jej wnętrzu. Zacznie odkrywać, obnażać siebie i swoje uczucia. Zanurzenie dziecka w misce z wodą, to ogrom emocji, które staną się zaczynem do rozwijania twórczego działania.

Na koniec – sam prysznic to zapowiedź oczyszczania. Nie lubimy ani tego słowa, ani tym bardziej zjawiska. Niestety, na ścieżce rozwoju zawsze nam towarzyszy. Nawet wtedy, kiedy wcale o tym nie myślimy. No cóż, w tym śnie sporo emocji, a więc i oczyszczanie prawdopodobnie na poziomie uczuć.

Bogusława M. Andrzejewska

Zamieszczone w Sen