Kochanie

Nie ma na świecie nic bardziej potężnego niż kochanie. Dana każdemu z nas moc serca stwarza nowe światy, odnawia i odżywia komórki, niweluje wpływy negatywnych energii, chroni i prowadzi do Światła, podnosząc naszą energię. W nieprzypadkowej logice wszechświata dostaliśmy niesamowite narzędzie do uzdrawiania siebie i innych. Cokolwiek wypełnimy bezwarunkową miłością staje się inne, lepsze.

Piszę o tym w kilku miejscach na tej stronie, ale mam też wrażenie, że nigdy za wiele słów o tej niezwykłej sile. Przede wszystkim dlatego, że jest stale dyskredytowana przez różne osoby. Z jednej strony ludzie utożsamiają miłość jedynie z romantycznym uniesieniem młodości, kiedy tworzymy pary, z serduszkami, walentynkami i flirtem. A z drugiej – po prostu nie wierzą, że coś takiego prostego i powszechnie dostępnego może być najsilniejszym narzędziem rozwoju i transformacji. Przyzwyczajeni do mistyki i magii szukają czegoś wykraczającego poza codzienne doświadczenie. Moc uzdrawiania to przecież powinien być tajemniczy eliksir albo zaklęcie dostępne tylko dla wybranych – adeptów tajemnych ezoterycznych szkół, którzy po wielu latach ciężkiej pracy znajdują wreszcie głęboko ukrytą księgę z receptą na  panaceum i kamień filozoficzny.

Tymczasem kochać może i potrafi każdy, nawet żebrak i prosta dziewczyna pasąca gęsi na łące. Bez wysiłku i bez dyplomów ukończenia szkół. W tym kontekście cała skomplikowana alchemiczna i ezoteryczna praktyka traci swoje znaczenie. Po latach ciężkiej pracy i zdobywania wiedzy zataczamy krąg i wracamy do punktu, z którego wyszliśmy, odnajdując magiczny przepis w codziennym nieskomplikowanym jestestwie. Tu i teraz każdy może transformować kamienie w złoto dzięki sile miłości. Trudne to do przyjęcia dla zakochanych w magii. Chcieliby doświadczać czegoś, co zatyka dech w piersi swoją niezwykłością, a nie stawać w jednym rzędzie ze „zwykłymi” zjadaczami chleba.

Ten pozorny paradoks uczy nas ponownie ważnej prawdy o tym, że wszyscy jesteśmy Jednością. Nie ma ludzi lepszych i gorszych. W rozwoju wewnętrznym liczy się wyłącznie miłość bezwarunkowa, do której dostęp ma każda czująca istota, a nie – jak chcieliby niektórzy – do której biletem są wyższe studia, pieniądze czy stanowiska. Sprawiedliwość Wszechświata jest bardziej urzekająca, niż sobie kiedykolwiek wyobrażaliśmy. Ludzie od wieków wywierają presję na siebie i innych, poganiając i stresując się zupełnie niepotrzebnie nauką, pracą ponad siły, zdobywaniem pieniędzy, sławy, pozycji społecznych… A to wszystko nic niewarta połyskująca blaszka. Prawdziwe złoto ma w sobie każdy człowiek, nawet ten, który całymi dniami leży leniwie przed telewizorem…

Proszę elastycznie traktować te słowa. Ja sama często powtarzam, ze życie ma byćtwórcze i ogromną moc odnajduję w twórczym działaniu, które tożsame jest z wieloma godzinami pracy i nabytą wiedzą, a nie z leżeniem na tapczanie. Ale punkt wyjścia jest tutaj jeden: każdy z nas niezależnie od płci, koloru skóry, wykształcenia i pracowitości ma w sobie moc stwarzania światów. Dlatego właśnie duchowi mistrzowie często mówią nam o tym, że każdy z nas jest boskością i posiada boską moc. Tą mocą jest miłość bezwarunkowa.

I dwa słowa o pracowitości w tym właśnie kontekście. Przypominam, że prawdziwie wartościowa jest właśnie ta praca, która wyrasta z pasji. Twórczość, która prowadzi do spełnienia, to robienie czegoś, co kochamy, co daje nam ogromną satysfakcję. Bycie w takim działaniu podnosi nam energię, przyspiesza rozwój osobisty i daje poczucie szczęścia. Pasja jest bowiem miłością do określonej pracy. Kochać można nie tylko ludzi – kochać można także coś, co wykonujemy dla pieniędzy. Im więcej miłości do takiego działania, tym więcej pieniędzy zarabiamy. Natomiast pracowanie dla samego pracowania jest wielką pomyłką. Jeśli ktoś zwraca uwagę wyłącznie na ilość przepracowanych godzin lub przelicza wszystko na pieniądze, szybko się rozczaruje. Bez miłości nie ma szczęścia ani satysfakcji, nawet jeśli konto jest pełne.

Wśród moich znajomych ezoteryków spotykam mnóstwo osób, które wyśmiewają miłość i zaniżają jej wartość, mówiąc, że szukają prawdziwego przebudzenia a nie ckliwych historyjek. Jak bardzo się mylą, przekonają się któregoś dnia… Wszystko przychodzi, kiedy człowiek jest gotowy, także wiedza. Pomiędzy setkami magicznych historii i alchemicznych wzorów jest jedna ważna ścieżka – ścieżka kochania. Pozwala nam ona dekorować nasze życie wszystkim, czego pragniemy i wierzyć w dowolnego Boga lub bożka. Dopóki kochamy – nie ma żadnych innych warunków. Można być hippisem, ekologiem, menadżerem, księdzem, artystą, gospodynią domową, weganinem, miłośnikiem hard rocka, bezdomnym włóczęgą albo prezesem fundacji. Ważne, by kochać.

Ezoterycy parskają na Walentynki. Prawdą jest w tym wszystkim, że walentynkowe serduszka i lizaki niewiele mają wspólnego z tym, o czym piszę. Są zaledwie symbolem czegoś większego i potężnego. Miłość romantyczna, która urzeka nas motylami w brzuchu jest boską podpowiedzią, w jakim kierunku powinniśmy zmierzać. Czasem ludzie poprzestają na biologicznym aspekcie – znajdują partnera, rozmnażają się i uważają, że na tym koniec ich dzieła. Tymczasem warto szukać dalej i głębiej w sobie. Zamieniać „motyle” na większą moc i wychodzić poza atawistyczną potrzebę chronienia swojego przychówku. Dostrzegać miłość w innych, obcych osobach, w słońcu, kwiatach, zjawiskach, działaniu. A potem iść za tą miłością, odkrywając Kim W Istocie Jesteśmy.

Czy to oznacza, że miłość romantyczna jest biologicznym czynnikiem bez znaczenia? Nie sądzę. Wszystko ma sens. Romantyczne kochanie jest jak tlący się węgielek, który można zamienić w wielkie i wysokie na kilka metrów ognisko, przy którym ogrzewa się kilkadziesiąt osób. Jest też dla nas informacją, bo stan zakochania podnosi nam energię i sprawia, że mamy pozytywny stosunek do całego świata, dostrzegając wszędzie wokół tylko piękno. To jak dotknięcie oświecenia. Warto zrobić wszystko, by to uczucie rozwinąć i wzbogacić, rozszerzając na różne aspekty istnienia. I podobnie jak ze szklanką kawy, która jest za mało słodka, kiedy wsypiemy pół łyżeczki cukru – wymaga dosypania jeszcze więcej i więcej cukru, a nie – jak sadzą niektórzy – soli czy pieprzu. Ludzie, którzy szukają oświecenia poza miłością są jak miłośnicy słodkiej kawy, którzy próbują sypać do niej różne przyprawy z wyjątkiem cukru. I odchodzą rozczarowani.

Od lat pracuję z duchowością i energetyką. Moja ukochana Reiki sama w sobie podnosi mi poziom energii – to wiadoma sprawa. Jednak płynie o wiele lepiej i efektywniej, kiedy połączę ją z myślami pełnymi miłości. Metoda ta nie wymaga wizualizacji, ale energia jest prowadzona myślą i zawsze można to wykorzystać. Odkąd w czasie zabiegów myślę z uśmiechem o tym, jak bardzo kocham bliskie mi osoby, energia staje się o wiele bardziej efektywna i twórcza, jakby tylko czekała, aż swoimi uczuciami włączę się w proces transformacji i uzdrawiania. Warto pamiętać, że to nie jest to samo, co troska. Kiedy skupiamy się na potrzebie uzdrowienia tego, komu robimy zabieg, zasilamy „potrzebę uzdrowienia”, czyli stan choroby. Powtarzanie w myślach: „kocham go, niech będzie zdrowy” nie pomaga. Chociaż nie przeszkadza oczywiście. Ale odkryłam, że bardzo pomaga zanurzenie się w radosnym odczuwaniu kochania do kogoś nawet całkiem innego… Uruchamia się prawdziwy wodospad energii.

To tylko jeden z wielu praktycznych przykładów działania miłości. W innych artykułach piszę o uzdrawianiu samą miłością oraz o podnoszeniu energii poprzez kochanie. Każdego dnia doświadczam nieograniczonej mocy miłości i utwierdzam się w przekonaniu, że zeszliśmy na Ziemię, aby nauczyć się kochać pomimo wszystko. Działa nie tylko wszechogarniająca miłość wypraktykowana w medytacji, ale też to nieskomplikowane, codzienne uczucie, które wypełnia mi serce, kiedy mój mąż mnie przytula albo kiedy moja córka do mnie dzwoni. Nie jest potem trudno przenieść to ciepło na całe swoje istnienie, obdarzyć nim każdą komórkę ciała, a także inne osoby, rzeczy i miejsca. To nasza naturalna umiejętność, która pozwala bez trudu przejść na wyższe poziomy energii i cieszyć się każdą chwilą życia.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Przebudzenie 4

Nie odkryję Ameryki mówiąc, że sens pozytywnego myślenia podważają wyłącznie osoby, które nie umieją się tą metoda posługiwać i zdążyły doświadczyć rozczarowania. Kluczem jest tutaj właściwe podejście i konsekwentna praca z miłością. Nie ma innej drogi. Im bardziej się odsuwamy, im mocniej zaprzeczamy, tym bardziej życie będzie nas doświadczać tym samym. Tak działa dusza. Powtarza i powtarza lekcje, aż do zrozumienia. Nie ma przed tym ucieczki. Ktoś, kto trochę poczytał, powinien o tym wiedzieć i nie miotać się na oślep. To nie ma sensu. A już głupotą jest racjonalizacja własnego lęku przed miłością i dorabianie do tego jakiejś hipotezy o tym, że pozytywne myślenie służy ogłupianiu ludzi, aby ich zniewolić czy wyzyskiwać.

Nie chcę tu dyskutować o światowej polityce ekonomicznej i oczywistej chciwości niektórych grup społecznych, czy o wycinaniu lasów albo koncernach farmaceutycznych. Koń jaki jest – każdy widzi. Chcę natomiast wyraźnie podkreślić, że właściwa praca z miłością bezwarunkową, podnoszeniem samooceny i pozytywnym myśleniem wyciąga nas spod władzy jakiegokolwiek systemu. Wysoka energia chroni człowieka. Jeśli tworzę w sobie przestrzeń miłości i akceptacji, to nikt i nic mnie nie zaatakuje, nie oszuka i nie wyzyska. Tak działają zasady wszechświata, czy chcemy w nie wierzyć, czy też nie. Dostaliśmy wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. Mamy w sobie moc stwarzania światów  cokolwiek zbudujemy w sobie, realizuje się na zewnątrz w otaczającej nas materii. Jeśli nie podoba nam się to, co widzimy wokół, stwarzajmy w sobie to, czego pragniemy.

Rozwijamy się duchowo między innymi po to, aby zmienić oblicze tej Ziemi. Nie stworzymy na naszej planecie pokoju, jeśli będziemy wredni, zgorzkniali i złośliwi. Pokój można zbudować jedynie tworząc taki właśnie pokój wewnątrz siebie. A to wymaga pozytywnego myślenia, miłości i akceptacji. Jeśli nauczymy się budować w sobie raj, to wszechświat jak lustro odzwierciedli naszą wizję i znajdziemy się w utopii. A że ciągle trudno tego doświadczyć, to właśnie dlatego, że mnóstwo ludzi zamiast cierpliwie i konsekwentnie pracować z pozytywnym myśleniem, kochaniem siebie i z twórczą wizualizacją, woli wymyślać teorie spiskowe. Byle nic nie robić. Tak przecież najłatwiej  krytykować wszystko i powtarzać: nic nie ma sensu, to i tak nic nie da. Znamy to i takie osoby? Znamy wszyscy…

Dobro całego świata potrzebuje też, by osoba, która zajmuje się własnym rozwojem i rzekomo pracuje nad sobą, przyznała to, co oczywiste. I znowu posłużę się przykładem. Krytykowanie miłości bezwarunkowej i sprzeciwianie się pozytywnemu myśleniu, jest jak uparte powtarzanie, że dwa razy dwa równa się pięć… tylko dlatego, że ktoś kogo nie lubimy obwieścił, że dwa razy dwa równa się cztery. Ludzkie kompleksy i negatywne emocje są tak potężną siłą, że nawet inteligentne osoby powtarzają bzdury, byle tylko nie przyznać racji komuś, kto im podpadł. Albo czemuś, co ich zraniło. Przyznanie się do błędu albo przyznanie racji komuś nie lubianemu wymaga bardzo wysokiej inteligencji i bardzo wysokiego poziomu rozwoju wewnętrznego. Koło się zamyka.

I w ten sposób Stwórcy oraz Mistrzowie Energii grają w szachy i plotkują zamiast tworzyć nowe światy. A kiedy pojawia się młody, pełen entuzjazmu adept i woła: “co robicie? Twórzcie pokój, zdrowie i radość, budujmy razem nową, pełną miłości erę!“, rzucają do niego drwiąco: “jesteś idiotą z głową napchaną frazesami, system zmanipulował cię, żebyś mu służył. Nie przeszkadzaj nam, my jesteśmy ci mądrzy, którzy zjedli wszystkie rozumy i wiemy, że nic światu nie pomoże, to wszystko matrix, z którego nigdy się nie obudzimy…” Tak przecież najłatwiej.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 3

Ludzie, którzy odcinają się od miłości, są puści w środku i nieszczęśliwi. Potrzebują pomocy w pracy nad sobą i z pewnością nie ma w tym żadnej ich winy. Czasem życie tak właśnie nas doświadcza, że zamiast stać się miłością, bywamy lękiem. To wszystko można uzdrowić i myślę, że wiele osób doświadczyło tego pozytywnego zwrotu w swoim życiu. Ja mogę tylko po raz kolejny potwierdzić  to miłość jest drogą. Jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi  nie ma sposobu poza kochaniem. To prawda. Im dłużej pracuję z miłością bezwarunkową, tym więcej odnajduję na to potwierdzeń.

Czasem moją uwagę przyciągają osoby, które rzekomo zajmują się przebudzeniem i duchowością, a pomimo tego także odcinają się od miłości. Oczywiście, takie osoby też mogą mieć za sobą trudne doświadczenia, w wyniku których pozamykały serca. Jednak twierdzenie, że interesują się rozwojem duchowym jest w tym przypadku absurdem. To jakby powiedzieć: kocham deszcz, ale nie cierpię, kiedy pada. To szukanie pieczonego lodu… Albo ślepa uliczka. Nic nam oczywiście do tego, kto w co wierzy i co robi. Problem rodzi się wtedy, kiedy taki człowiek zaczyna uczyć lub pouczać innych, bo jest dajmy na to nauczycielem, doradcą, coachem lub po prostu autorem, który publikuje swoje mądrości. Jeśli mamy takie wyzwanie, by korzystać z nauk tej osoby, trzeba być bardzo ostrożnym, by nie przyswoić jego goryczy i nie wdrukować sobie jego negatywnych wzorców. Dlatego to takie ważne, kto jest naszym nauczycielem.

Są też osoby, które głośno wyśmiewają wszystkich zajmujących się pozytywnym myśleniem. Dorabiają do tego jakąś chorą filozofię, że ludzie szczęśliwi i pozytywni są otumanionymi owcami, które służą jakiejś organizacji. To znowu odpycha ludzi od dobrej energii, szczególnie tych, którzy nie mają w sobie dość siły, by zignorować takie ataki. Nie piszę tu o nikim konkretnym  pokazuję raczej zjawisko, aby je zrozumieć i umieć się temu przeciwstawić. Bez względu na ogrom stosowanej demagogii nie wierzmy w absurdalne argumenty o rzekomym służeniu jakiemuś systemowi, lecz słuchajmy własnego serca. Nie robimy tego na co dzień, bo od ręki kupujemy takie teksty i takich ludzi, poprzez ich agresywną energię. Namawiam zatem, by się zatrzymać, zamknąć oczy i zapytać samego siebie: czy taka teoria mi służy? Czy przyniesie mi dobro? Jeśli ktoś pracuje z metodami kwantowymi może po prostu zadać otwarte pytanie do pola. Nie musicie mi wierzyć, ale pytajcie samych siebie  nie łykajcie wszystkiego, co brzmi oryginalnie.

Wiele lat temu i mnie skrytykowano, kiedy na pewnym ezoterycznym forum w jakimś kontekście napisałam, że w rozwoju duchowym kluczowa jest miłość. Wściekły admin krzyczał i wyzywał mnie od różowych landrynek, jakby mu ktoś szpilkę wsadził tam, gdzie plecy się kończą. Czy nie przypomina to diabła skropionego święconą wodą? Czemu aż tak go zabolało słowo miłość? Jeśli miał inne zdanie, mógł po prostu zignorować mój post, który nikogo nie obrażał. Tak postępują dorośli normalni ludzie  ignorują. Ta przesadzona reakcja pokazała tylko, jak trudna jest dla niego energia miłości i jak bardzo potrzebował terapii w tym temacie. Emocje są przecież drogowskazem.

Myślę też – patrząc na to zjawisko od strony psychologicznej – że czasem u jego podłoża leży zwykła ludzka zazdrość i rozczarowanie. A pod nią trudne doświadczenia typu: “nie byłam kochana, nie umiem kochać, więc miłość jest bzdurą i mam na to dowód w postaci swojego życia“. Rozumiem też, że takie osoby bardzo kłuje w oczy fakt, że ktoś inny tryska szczęściem i co chwilę krzyczy radośnie: “ach, ja kocham, kocham i jestem taka wniebowzięta”. Trudno na to patrzeć, kiedy samemu się cierpi, to jasne. To jednak nie zmienia faktu, że oponenci miłości pracują – często nieświadomie – dla ciemnej strony mocy, bo utrącają swoimi atakami właściwą duchową ścieżkę. Może warto uzdrowić siebie z lęku, z bezmiłości i nauczyć się kochać, zamiast wyśmiewać innych za kochanie? To nie takie trudne, jak się wydaje. Zachęcam wszystkich zgorzkniałych – warto zmienić swoje podejście i doświadczyć prawdziwego szczęścia. Pozytywne myślenie to nie żadne otumanianie czy zakłamywanie samego siebie, to konsekwentna i ciężka praca, która przynosi dobre efekty.

Widzę bardzo wyraźnie, że osoby, które odcinają się od miłości i pozytywnego myślenia są nie tylko nieszczęśliwe, smutne i rozgoryczone. Są też bardzo złośliwe. To tylko potwierdza, że w ich życiu jest pustka, którą próbują rozpaczliwie zapełnić wymyśloną filozofią lub spiskową teorią. No cóż… nie mamy wpływu na innych ludzi, każdy ma prawo do własnych poglądów, a nawet do bycia nieszczęśliwym, jeśli tak sobie życzy. Ale zawsze mamy wpływ na siebie i na to, co sami kreujemy. Warto się na chwile zatrzymać i zastanowić, aby wybrać dobrze.

Bogusława M. Andrzejewska

Duchowa harmonia

Ścieżka duchowa wymaga od nas miłości bezwarunkowej. Rozwój i podnoszenie wibracji, to pełna akceptacja kochania i nauka tej właśnie jakości. Bez miłości nie ma duchowości – pamiętajcie, bo to najważniejsza zasada pracy nad sobą. Bądźcie wrażliwi i otwarci na to, co niesie ze sobą miłość i nie dajcie się zwieść ciemnej stronie mocy.

Ziemia podnosi swoja wibrację, ale to nie oznacza dla nas samych miłych duchowych doznań, to zapowiada także nasilenie wszelkiego rodzaju testów i konieczność nauczenia się oddzielania ziarna od plew. Podczas kiedy ludzie strzelają do siebie na wojnach, dręczą zwierzęta, wycinają drzewa i plują nienawiścią w mediach, co jest dla nas jednoznaczną jakością – ciemność skrada się też po cichu pod płaszczykiem duchowych przewodników i próbuje nam zrobić z mózgu wodę. To bardzo łatwe, kiedy jesteśmy owładnięci różnymi emocjami. A tych w ostatnim czasie nie brakuje. Bo dużo się dzieje i trudno w tym wszystkim zachować pełen spokój.

Jednak w gruncie rzeczy rozpoznawanie harmonijnej duchowości wcale nie jest trudne. Wszyscy dostaliśmy serce – kochające i wrażliwe, pragnące dobra ponad wszystko. Kiedy oczyścimy się z kompleksów i potrzeby zaimponowania komukolwiek czy też z potrzeby odwetu albo utarcia komuś nosa – zobaczymy jak na dłoni, kto świeci prawdziwym blaskiem, a kto jest tylko przerdzewiałą blaszką, odbijająca resztki gasnących promieni.

Jakiś czas temu poznałam miłą i piękną nauczycielkę duchową, która pisała cudne natchnione teksty. Często bardzo mądre, czasem ciut kontrowersyjne. I właśnie na poziomie serca trochę negatywnie odbierałam jej wypowiedzi na portalu społecznościowym. Zgrzytały mi jej pozornie grzeczne, ale pozbawione miłości słowa. Kapała z nich zimna energia, której moje serce nie lubi. Któregoś dnia przypadkiem trafiłam na jej antysemicką wypowiedź. Nie uwierzyłam – przyjęłam, że to jakiś haker robi głupie dowcipy – bo widzę w ludziach przede wszystkim dobro. Okazało się jednak, że takie właśnie są prawdziwe myśli tej osoby. Pozornie duchowa i medytująca, prowadząca zaawansowane szkolenia rozwojowe, w rzeczywistości nastawiona nacjonalistycznie, antysemicko, faszystowsko… Zaplątana w najniższe energie…

Nie jest moją rolą ocenianie kogokolwiek. Ta historia ma za zadanie zilustrować tylko to, co napisałam wcześniej. Fakt, że ktoś zajmuje się „duchowym nauczaniem”, nie oznacza, że taka osoba świadomie bardziej lub mniej nie służy ciemności. W duchowych naukach, które są nieweryfikowalne, najłatwiej się skryć i najłatwiej działać, bo do duchowych nauczycieli ludzie idą po Światło. Jeśli czegoś się obawiają, to finansowej chciwości albo pychy – tylko o tym się mówi. Tymczasem to nie ma znaczenia. Nauczyciel może sobie być chciwy albo zarozumiały, jeśli umie kochać i uczy bezwarunkowej miłości, to w praktyce jego wady nikomu szkody nie przyniosą, poza nim samym. A taka jakość jak antysemityzm… jest zaprzeczeniem Wszystkiego Co Dobre. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że duchowe wzrastanie wyklucza poniżanie jakiejkolwiek nacji. Wszyscy jesteśmy Światłem, tylko nasze czyny czasem biorą się z ciemności.

Inny przykład, który bardzo mnie ostatnio rozbawił, to osoba, która głosi duże zainteresowanie duchowością i przebudzeniem, ale bez miłości bezwarunkowej. To tak, jakby mówić: “kocham deszcz, ale nie znoszę gdy pada”.  Miłość tę osobę drażni, podobnie jak pozytywne myślenie. Jej rozwój polega na czytaniu i wstawianiu na portalu społecznościowym fragmentów różnych rozwojowych poradników. Trudno ocenić, jakiego klucza używa. Przestałam się tą panią interesować, kiedy zaczęła wklejać wypowiedzi autorów z ciemnej strony mocy. Jej życie. Jej wybory. Nie po drodze mi było z niektórymi jej lekturami.

Ostatnio przypadkiem znowu zobaczyłam jej wypowiedź i zaintrygowała mnie, chociaż nie dotyczyła mnie, lecz jej znajomych. Pani ta informowała, że wyrzuca z kontaktów tych, którzy wklejają serduszka i propagują pozytywne myślenie, ponieważ kocha psychologię i poważnie traktuje duchowe przebudzenie, a to nie wiąże się dla niej z wklejaniem tekstów o Aniołach czy miłości, tylko z prawdziwym życiem. Założyła z góry, że osoby, które propagują dobro, piękno i radość – oszukują samych siebie, bo przecież prawdziwe życie to zgoła coś innego. Sądzi też prawdopodobnie, że myślenie pozytywne wyklucza pracę nad sobą.

Śmiem twierdzić, że bardzo błądzi ta osoba. Już kiedyś o tym pisałam, że praca z pozytywnym myśleniem nie zakłada ślepoty i wypierania negatywnych emocji, a jedynie jest sposobem na życie ze wszystkimi jego elementami. Z kolei wklejanie serduszek jest wygodną formą okazania komuś sympatii jednym kliknięciem. Bycie uprzejmym, okazywanie ludziom, że się ich lubi, nie jest moim zdaniem żadnym zakłamaniem. Niektórym sprawia to po prostu przyjemność i wcale nie musi być udawane. Natomiast ciągłe krytykowanie symbolu pozytywnych uczuć, jakim jest serce, trąca mi diabłem, który parska na widok święconej wody.

Pisałam wiele razy o tym, że to właśnie miłość bezwarunkowa najmocniej nas oczyszcza i zmusza do pracy nad sobą. To dzięki znajomości Prawa PrzyciąganiaAniołom i medytacjikonfrontujemy się ze swoimi cieniami. Nie wiem, dlaczego niektórym ludziom wydaje się, że uśmiechnięty i kochający innych Lightworker, to tępy błazen, który całymi dniami podskakuje z wyszczerzonymi zębami i wypiera swoje cierpienia. Moim zdaniem, to właśnie ci, którzy piszą tak, jak pani z podanego przykładu, to zgorzkniałe, pozamykane na prawdę ignorantki, które próbują racjonalizować swoje życiowe klęski. Ponieważ pozamykały serca na miłość, ich dusze cierpliwie rzucają im kłody pod nogi, by zmusić je do kochania, radości i szczęścia… A one uparcie nie chcą, dorabiając do tego swoistą filozofię… Trochę na zasadzie: “skoro nie umiem być szczęśliwa, to znaczy, że szczęście nie istnieje”.

I znowu: nie mnie oceniać, co ktoś robi ze swoim życiem i co lubi, a co odrzuca. Zainspirowała mnie ta wypowiedź do tego, aby po raz kolejny zwrócić uwagę na ludzi, którzy odżegnują się od miłości – takie osoby nie mają nic wspólnego z rozwojem. Mają z duchowością tyle zbieżnego, ile brudny piasek z kryształem… Potencjał i nic ponadto. Nie jest to ani złe ani dobre. Jest takie, jakie jest. Jeśli jednak osoba taka głośno pozuje na przewodnika w temacie przebudzenia duchowego, to nie warto jej słuchać, bo nie ma duchowości bez miłości bezwarunkowej. Jeśli kogoś rażą serduszka, anioły i pozytywne wypowiedzi, to energia tej osoby jest bardzo niska. To proste. Nic w tym złego – powtórzę – każdy jest w najlepszym dla siebie punkcie rozwoju, ale na przewodnika lepiej wybrać sobie kogoś o wyższej wibracji.

Czy chcielibyście być operowani przez przedszkolaka, czy jednak do zabiegu wybralibyście doświadczonego chirurga? Wiele osób zakłada fanpejdże o tematyce rozwojowej, mając wiedzę i doświadczenie pięciolatka, który właśnie bawi się w piaskownicy w lekarza… I głośno krzyczy: “zabieraj swoje zabawki, bo ja tu jestem prawdziwym uzdrowicielem i tylko ja wiem, co jest prawdziwe”… Z serca dziękuję niektórym za rozbawianie mnie swoimi “mądrościami”, które mogłam zobaczyć na poziomie energetycznym. Wgląd pozwala jeszcze bardziej cieszyć się życiem. Ono naprawdę jest cudownie przezabawne, kiedy widzi się sercem.

Opisuję zjawisko, nie panią – która wcale nie jest odosobniona w takiej filozofii. Sporo osób takie rzeczy manifestuje, podążając mniej lub bardziej świadomie za jakimś podszeptem. Obserwuję ostatnio krytykę nawet uznanych duchowych nauczycieli, którym zarzuca się, że wprowadzają ludzi w trans i służą… „iluminatom”… Nie drażni mnie to, ale zastanawia. Myślę, że ciemność zdwoiła wysiłki, by przejąć jak najwięcej dusz, dlatego warto umieć poruszać się w gąszczu takich ocen i mieć swoje zdanie. Najlepiej, by było ono oparte na energii serca. Wystarczy zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech i położyć energię danej osoby na czakrze serca… Od razu poczujemy, czy jej nauki są dla nas dobre czy nie. To najbardziej harmonijny sposób rozpoznania tego, co dla nas odpowiednie.

Wiele lat temu, kiedy byłam jeszcze na początku swojej ścieżki, poświęciłam sporo energii temu, aby być właściwie prowadzoną w duchowym rozwoju. Pracowałam ze swoim Wyższym Ja, medytowałam i robiłam Reiki w  intencji prowadzenia mnie do najlepszych nauczycieli, przewodników i doświadczeń. Miałam cudownego, bogatego męża, wspaniałe córeczki, nie musiałam pracować – jedyne, czego pragnęłam to Oświecenie. I wtedy też dostałam informację, że rozwój duchowy jest tym, do czego każdy człowiek ma prawo bez żadnej szczególnej łaski. Pieniądze, zdrowie czy związki są zależne od wielu czynników, natomiast o prowadzenie w rozwoju wystarczy poprosić. Poprosiłam. I widzę wyraźnie, jak zgrabnie omijam w życiu rozmaitych hochsztaplerów. Jak przez szkło powiększające wyłapuję fałsz i pseudoduchowych guru, a moja czakra serca błyskawicznie reaguje na niskie energie. Skoro ja mogę – to może każdy.

Warto poprosić o takie prowadzenie, chociażby po to, by unikać dziwnych przewodników, wiodących na manowce. A także po to, by nie tracić czasu na czytanie niewłaściwych autorów, węszących wszędzie teorie spiskowe. Można też nauczyć się słuchać prawdziwego siebie. Nie tego wystraszonego, zakompleksionego i zazdrosnego, który odwraca się od prawdy, kiedy jest dla niego niewygodna. Tylko tego, pełnego miłości, który umie oprzeć się na swoim sercu i rozpoznać prawdziwe Dobro i prawdziwe Światło.

Bogusława M. Andrzejewska

Z miłością

O miłości bezwarunkowej pisać dzisiaj bardzo trudno. Wbrew pozorom ludzie odsuwają się od tej pięknej jakości, postrzegając ją jako lukrowaną laleczkę, która niczemu nie służy. Szczególnie w naszym kraju, wyrosłym na kulturze cierpienia i heroizmu, docenia się ból i pot bardziej niż proste kochanie. Nawet w środowiskach, które interesują się duchowością, trwają poszukiwania czegoś… skomplikowanego, co pokonuje się lub zdobywa w męce. Wówczas część splendoru spływa na adepta duchowej ścieżki i może wreszcie poczuć się jak wielki człowiek, któremu inni kłaniać się będą z podziwem do stóp.

Wśród osób, które z ezoteryką nie mają nic wspólnego, jest jeszcze zabawniej. Osoba, która mówi, że miłość jest wszystkim, zostaje zaklasyfikowana jako „różowa landrynka” i wpakowana do szufladki z napisem: „oszołom”. Kto dziś chce słuchać rzeczy, które zna od dziecka, przecież sukces musi być gdzieś ukryty, gdzieś daleko i wysoko.

Tymczasem jakości najprostsze są zazwyczaj najbardziej właściwe. Szukać należy jak najbliżej, bo przecież wszystko mamy w sobie. Mówił już o tym Kornel Makuszyński w bajce o Koziołku Matołku, odświeżył tę zasadę Paulo Coelho w Alchemiku. Każdy posiada wewnątrz umiejętność kochania, nie trzeba za tym jeździć po świecie. Możemy sięgać gwiazd, by realizować marzenia i doświadczać, ale w kwestii oświecenia sprawa jest bardzo prosta – wystarczy kochać. Osoba rozwinięta duchowo to taka, która bezwarunkowo kocha siebie, a poprzez to kocha też cały świat i wszystkie czujące istoty, żadnej nie odrzucając i nie oceniając. Miłość jest moim zdaniem wszystkim, czego potrzebujemy. Przynosi nam w darze cudowne relacje, doskonałe zdrowie, dobrobyt i poczucie nieustającego szczęścia. To takie proste.

Jak to się ma do Reiki? W sposób najbardziej oczywisty energia wpływając na nas, wydobywa z naszych serc to właśnie uczucie. Każdy, kto doświadczył zabiegu lub inicjacji, każdy, kto pracuje z energią wie i czuje, jak z napływem Reiki wzrasta w nim poziom tolerancji, błogości, zadowolenia i błogostanu. Te piękne uczucia nie są niczym innym, jak odkrywaniem miłości bezwarunkowej.

Reiki została na nowo odkryta przez Mikao Usui w ubiegłym wieku, tuż przed tym, jak Ziemia przeszła w wyższą wibrację. Jest bez wątpienia narzędziem, jakie dostaliśmy u przedproża Nowej Złotej Ery, która według mojej wiedzy ma być oparta na miłości. Reiki ma służyć temu właśnie celowi: podnoszeniu naszej wibracji i co za tym idzie – rozwijaniu umiejętności bezwarunkowego kochania.

Każdy na Ziemi ma wolna wolę. Reiki do niczego nie zmusza. Reiki pokazuje, pozwala dotknąć i doświadczyć. Pozwala być i pławic się w stanie miłości. Ludzie utkani ze Światła uzależniają się od tego błogostanu, który budzi tęsknotę za … „Domem”. Wiemy, że gdzieś tam w innym wymiarze, do którego dostęp mamy poza ziemskimi wcieleniami , króluje takie właśnie uczucie. Nazywamy je „Boskością”. Potwierdzają to osoby, którym dane było wyjść z ciała i powędrować w innych przestrzeniach. (por. „Dowód” Eben Alexander i „Umrzeć, aby stać się sobą” Anita Moorjani). Kochamy kochać. Robimy Reiki, by zagłuszyć tę tęsknotę i jak najszybciej osiągnąć stan, w którym sami zdecydujemy o opuszczeniu ograniczającej nas materii.

Reiki nie zmusza i nie manipuluje. Wśród praktyków tej metody są też osoby, w których Światła jest trochę mniej. Korzystają z przyjemności wywołanej miłością, ale odcinają się od niej, szukają cierpienia, bo wierzą, że tylko poprzez cierpienie można dojść do Królestwa Niebieskiego. Mają prawo. Reiki pozwala im cierpieć i umierać, bo każdy potrzebuje swojego czasu i miejsca na to, by odkryć moc miłości. Tej najprostszej ze wszystkich jakości. Tej najbardziej oczywistej i najlepiej znanej. Dotykamy jej bowiem zaraz po przyjściu na świat, kiedy tylko nasza mama bierze nas w ramiona i po raz pierwszy niezgrabnie przytula. Oto kolejny dowód, że nie zostaliśmy rzuceni w wir ziemskich doświadczeń bez instrukcji działania. Zaczynamy swoje bycie tutaj od miłości, jak od najlepszego drogowskazu, za którym można podążać życiowymi ścieżkami.

Skoro wiemy, że miłość bezwarunkowa uzdrawia, staje się jasne, dlaczego Reiki pomaga w różnych dolegliwościach. Mówimy o tym, że energia pracuje w ciele i porządkuje, równoważy nasze komórki. Tymczasem w istocie Reiki niesie w sobie moc wyzwalania miłości, która swoim Światłem wpływa na cząsteczki naszego ciała, doprowadzając je do pełnej harmonii. Łatwo to sprawdzić – można zamiast Reiki wypełnić komórki prawdziwym, mocnym uczuciem miłości. Kto potrafi – niech spróbuje. Robię to często – efekty są natychmiastowe. Ale wiem, że nie jest to powszechna umiejętność.

Niewątpliwą zaletą Reiki jest jej prostota. Nie trzeba wywoływać w sobie żadnych uczuć, wystarczy się poddać działaniu energii i wszystko dzieje się samo. Jakież to wygodne! Szczególnie wtedy, kiedy nie umiemy na zawołanie pokochać – Reiki pomaga i pokazuje. Reiki możemy wysyłać tam, gdzie nie ma nawet cienia sympatii – uruchomi miłość. Ale też widać wyraźnie, że nakłaniając delikatnie, niczego za nas nie zrobi. Ludziom zapiekłym w negatywnych emocjach przyniesie trochę ulgi, ale ich ciała będą się psuły i umierały. Obserwuję od lat, że ludzie, którzy kochają, czerpią z mocy Reiki wielokrotnie więcej niż ci, którzy kochać nie chcą i nie potrzebują. Widzę tu logiczną zależność.

Na koniec proponuję proste ćwiczenie. Robiąc Reiki, spróbujcie myśleć z czułością o tych, których kochacie. Niech te myśli i wspomnienia ogarną Was potężną falą. To najprostszy sposób na dotknięcie boskości i powrót do „Domu” chociaż na chwilę. Jest to też znakomite wzmocnienie działania Reiki. Efekty przejdą najśmielsze oczekiwania, bo zadziała tu miłość wzmocniona… miłością.

Bogusława M. Andrzejewska

Kochać całą sobą

… Ja ciebie kocham! Czyż być może?

Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc?

Ach nie! bo jasną widzę zorzę

I pierzchającą widzę noc!

 

I wszystko we mnie inne, świeże,

Zwątpienia w sercu stopniał lód,

I znowu pragnę – kocham – wierzę –

Wierzę w miłości wieczny cud! …

(Adam Asnyk)

To jeden z moich ulubionych poetyckich fragmentów, który gra we mnie i bardzo często migocze tysiącem barw w moim sercu. Te słowa wracają do mnie setki razy nie tylko dlatego, że lubię poezję, ale przede wszystkim jako moja własna pieśń duszy. To jest to, co najczęściej czuję. Jest to oczywiście element mojego miłosnego związku z partnerem i to on wyzwala we mnie tyle pięknych emocji, ale najważniejsze jest, że to piękne uczucie rozprzestrzenia się na inne obszary mojego życia. Pozwala mi rozwijać moje pasje, z pogodą wykonywać codzienne, nużące zazwyczaj obowiązki i lepiej pracować z energią. Jak pisałam w dziale o Reiki – stan miłości i pełne dobrych uczuć myśli sprawiają, że energia płynie silniej i efekty są mocniej odczuwane.

Pisałam już o tym, że miłość romantyczna niewiele ma wspólnego z miłością bezwarunkową. Głównie dlatego, że nie umiemy naprawdę kochać. Kiedy łączymy się w pary, natychmiast zaczynamy żądać i oczekiwać – partner ma patrzeć tylko na mnie, kochać tylko mnie, całować ślady moich stóp i do tego dawać mi jak najwięcej pieniędzy. Jeśli nie spełnia któregoś z tych roszczeń, łamie nam serce, krzywdzi i sprawia, że zaczynamy mówić o tym, ileż to cierpienia kosztuje nas kochanie. Oczywiście często my również coś z siebie dajemy, my też staramy się dbać o partnera/partnerkę, poświęcać mu/jej czas i uwagę, tworząc w ten sposób handlową wymianę miłych gestów, którą wszyscy nazywają miłością – ja dodam: romantyczną. Miłość bezwarunkowa handlem nie jest. Kocha się za nic. 

Są też cierpliwe osoby, które nie umiejąc kochać siebie, sprawiają nieświadomie, że są odrzucane, poniżane i naprawdę krzywdzone. Działa tu zasada lustra, o której wielokrotnie wspominałam. Jeśli sami siebie kochać nie umiemy, partner odzwierciedli to i kochał nas nie będzie. Jeśli nie szanujemy siebie, partner szanować nas nie będzie, bo jest tylko odbiciem tego, co jest w nas. Jeśli nie jesteśmy wierne sobie, to przyciągamy zdradę, a wówczas rzekoma miłość zamienia się w stek wyzwisk. Jest rzeczą oczywistą, że wiążąc się z kimś, liczymy na współpracę, pomoc, wsparcie i bliskość. Nie na rękę nam fakt, że ukochany/ukochana sypia z kimś innym. Jednak miłość bezwarunkowa zakłada, że kocham nie za to, co partner robi, ale kocham… ot tak, po prostu, bo kocham. Zdrada może być dla mnie trudnym doświadczeniem, może doprowadzić do łez, ale nie ma wpływu na miłość, bo nic nie ma wpływu na miłość bezwarunkową. Dlatego tak się nazywa: b e z w a r u n k o w a…

Temat zdrady jest trudny i piszę o nim tutaj i tutaj. Nie próbuję przekonywać, że mamy takie doświadczenie łykać jak żabę i zachowywać się, jakby nigdy nic. Przypominam tylko, że prawdziwe kochanie nie gaśnie z powodu trudności. Kiedy kochamy, szukamy rozwiązań i nie zastępujemy dobrych uczuć nienawiścią czy zazdrością. Prawdziwa miłość jest trwała, nie umiera nigdy. Ale co ważne – nie zabrania nam kochać innych. Nie namawiam w tym miejscu do poligamii czy poliandrii. Kochając męża, można kochać dzieci, rodziców, przyjaciół, przyjaciółki i oczywiście kota lub psa. Nasze serca są wielkie i mają tysiące jednakowo słodkich cząstek.

Miłość bezwarunkowa nie jest kubkiem herbaty, którą piję, gdy mam ochotę, ale gdy wpadnie do niej mucha – wylewam do zlewu. Jest oceanem, w którym jestem zanurzona po uszy każdego dnia. Oceanem, który mnie żywi i wzmacnia swoją dobroczynna energią. Oceanem, którego jestem częścią, bo wypełnia każdą moją komórkę, stając się ze mną Jednością. Oceanem, który mnie uzdrawia na wszystkich poziomach. Oceanem, który obmywa mnie z całego brudu, jaki nazbierałam przez wszystkie wcielenia. A wreszcie – oceanem, który łączy mnie najpiękniej ze Wszystkim Co Jest.

A spokojnie mogę zacząć od kochania jednej dowolnej osoby: dziecka lub przyjaciółki. Dla mnie najpiękniejszy jest taki dzień, kiedy oboje z mężem mamy wolne od pracy i wreszcie dużo czasu dla siebie. Budzę się w jego ramionach, zaglądam w jego roześmiane oczy i natychmiast w duszy zaczyna mi śpiewać wiersz Asnyka. “Ja kocham ciebie, czy być może…”. Idę z tym wierszem i harmonią wewnątrz siebie przez cały długi dzień i napełniam tym uczuciem wszystko, co robię – każdy tekst, każdy horoskop i nawet każdą kanapkę. Tętni we mnie i pulsuje szczęściem. Czy trzeba czegoś więcej?

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Hymn do miłości

Znany doskonale wielu z nas tekst, cytowany z okazji ślubów i rocznic, odnoszony do miłości małżeńskiej, jest najbardziej doskonałą definicją bezwarunkowej miłości. Tej, która odnosi się do całości naszego istnienia – nie tylko w związku intymnym. To właśnie ta miłość, której powinniśmy się uczyć i rozwijać ją w sobie – miłość do siebie, do drugiego człowieka, do świata, do każdego przejawu istnienia. Choćby dlatego warto go z uwagą przeczytać i przemyśleć. Dostrzegam w tym hymnie wspaniałą wskazówkę duchowego rozwoju.

Biblia Tysiąclecia
1 List do Koryntian 13

Hymn o miłości

1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.

2 Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił. a miłości bym nie miał, byłbym niczym.

3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.

4 Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;

5 nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;

6 nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.

7 Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

8 Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.

9 Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy.

10 Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.

11 Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.

12 Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany .

13 Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.

***

W opracowaniach literackich znajdziemy wiele wersji interpretacyjnych tego niezwykłego tekstu, dlatego też nie będę rozwijać różnego rodzaju analiz. Nie o interpretacji myślę, lecz o inspiracji, którą znajduję w “Pieśni Nad Pieśniami”. To mój własny bardzo indywidualny odbiór, który jest dla mnie potwierdzeniem tego, o czym stale powtarzam.

A powtarzając, spodziewam się wielu lekceważących parsknięć: “po co tyle o miłości? To ckliwe i nudne”. Pamiętam też, jak pewien założyciel ezoterycznego forum, który z dumą podkreślał, że interesuje się rozwojem i posiada bogatą wiedzę na ten temat, wyśmiał mnie wprost, twierdząc, że pisanie o miłości to frazesy dla nastolatek i różowych landrynek. Do dzisiaj bawi mnie ta sytuacja, która przypomina człowieka, chwalącego się dużymi umiejętnościami gry w szachy i nie wiedzącego zupełnie, jakimi ruchami porusza się na planszy hetman.

Cierpliwie powtarzam, że w rozwoju duchowym najważniejsza jest miłość bezwarunkowa. To podstawa. To klucz. Bez niej nie ma rozwoju, może być tylko teoretyczna wiedza o czakrach, medytacji czy energetyce. Wiedza taka może być przydatna, ale sens duchowego wzrastania dostrzec można dopiero w tym, co czujemy i jak działamy. “Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.” Często mówię, że ważniejsze jest samo kochanie i życzliwe pochylanie się nad istotą słabszą od nas, niż ćwiczenia jogi, miliony odmówionych mantr i perfekcyjna znajomość zaawansowanych praktyk. Zaczynamy od kochania siebie i tę miłość przenosimy na wszystkie inne istoty i zjawiska. Kiedy to urzeczywistnimy naprawdę, a nie tylko na chwilę i na pokaz, wówczas staniemy się istotami oświeconymi. Joga, medytacja i inne praktyki są świetnymi narzędziami wiodącymi do celu. Ale celem jest miłość.

A dowodem na to jest chociażby fakt, że kiedy kochamy, to nasza energia jest najwyżej. Nasze życiowe doświadczenia wyraźnie pokazują nam, dokąd zmierzać. Czasem ludzie narzekają, że oczywiście chcą się rozwijać, ale nie mają wiedzy i odpowiednich wskazówek. Ależ mają! Każdy człowiek doświadcza radości lub smutku, miłości lub niechęci. Kiedy przyjrzymy się temu, co dla nas dobre, co podnosi nam widocznie nastrój (a tym samym energię), to podążając za tym, co nam służy, zmierzamy do Oświecenia. To takie proste! I wśród tych wskaźników miłość ma notowania najwyższe.

Wystarczy przypomnieć sobie chwilę, kiedy byliśmy zakochani… Czy w takim pełnym euforii stadium nie kochamy całego świata, nie wybaczamy, wrogom, nie bagatelizujemy problemów? Rzecz jasna przemijający stan zakochania to tylko przedsmak tego, co ofiaruje nam uczucie miłości bezwarunkowej, takiej, którą obdarowujemy nie tylko partnera, ale matkę, dziecko, przyjaciela, ulubione zwierzątko, a nawet miejsca i rzeczy. Bo możemy kochać wszystko, cokolwiek zapragniemy, nie tylko ludzi – wbrew pozorom.

Istotna różnica pomiędzy tradycyjną, romantyczną miłością, a tą prawdziwą, polega głównie na tym, że ta druga jest bezwarunkowa. Kochając bezwarunkowo niczego nie oczekujemy, lecz rozkoszujemy się samym stanem kochania. “Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; 5 nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego“. Podczas, gdy w związkach przelewają się przeróżne emocje. Mówimy o uczuciach i jednocześnie zazdrościmy, oczekujemy oddania, robimy awantury, wykorzystujemy – wszystko ponoć w imię uczuć. Bardzo znamienne, że “kochając”, zawłaszczamy sobie drugą osobę i wymagamy, by traktowała nas jak bóstwo. Bycie kochanym to dla nas lekceważenie i poniżenie całego pozostałego świata na naszą rzecz. Widzę to wyraźnie w wypowiedziach młodych osób, dla których miłość obowiązkowo musi być też cierpieniem, kiedy ukochany/ukochana nie chce nas uwielbiać i stawiać na piedestale, lecz ma czelność podziwiać inne/innych. Często kochaniem nazywamy układ, w którym nie tylko wybrany/wybrana należy do nas, ale także jego/jej pieniądze, czas i uwaga. To nie jest miłość.

O związkach piszę w innym miejscu, tutaj chcę tylko wyraźnie podkreślić, że miłość bezwarunkowa, która prowadzi do rozwoju nie ma nic wspólnego z tym, o czym rozmawiają różowe landrynki i co wyczytamy w romansach. Nie umniejszam romantycznych uniesień. Wszystkie nasze uczucia są ważne, a te akurat szczególnie przyjemne – kochajmy więc całym sercem tak, jak umiemy. Jeśli jednak decydujemy się wejść na duchową ścieżkę, to zacząć trzeba od pokochania bez żadnych warunków – także tych ludzi, których nie lubimy.

Jedną z najpiękniejszych cech bezwarunkowej miłości jest wybaczanie, poprzez rozumienie, że wszystko czegokolwiek doświadczamy, przyciągnęliśmy sami do swojej rzeczywistości. “Miłość… nie unosi się gniewem, nie pamięta złego…” Oznacza to, że potrafimy ciepłym uczuciem akceptacji otoczyć każdą istotę czującą. Nie musimy się z nią spotykać ani rozmawiać, ale w sercu nie czujemy żalu i życzymy także tej osobie jak najlepiej. W tym miejscu wyraźnie widać rozdźwięk z miłością romantyczną, która karmi się zazdrością i chętnie obraża, dramatycznie łkając: “on złamał mi serce“. Miłość bezwarunkowa nie doświadcza złamania serca, bo kocha bez względu na wszystko. Kocha tego, który jest miły i dobry, ale także i tego, który nie ma dla nas czasu lub hołubi inne osoby, a nawet oszukuje czy kłamie. Naprawdę nie kocha się za coś, lecz po prostu.

Z pewnością bliższa miłości bezwarunkowej jest ta, którą matka żywi do własnego dziecka, bo będzie je chronić zawsze i wszędzie, bez względu na to, co ono uczyni. Nie ma żalu ani pretensji, a nawet jeśli ich doświadcza, to i tak kocha. Pomimo tego. “Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.” Oto miłość. Jeśli potrafimy takim uczuciem obdarzyć nie tylko własne dzieci, to jesteśmy na najlepszej drodze. Miłość bezwarunkowa kocha wiele osób, każdą z taką samą siłą i niczego w zamian nie oczekując.

Na koniec moja własna wizja Oświecenia, które jest dla mnie kompletnym poznaniem wszystkiego. Powrót do Źródła lub całkowite z Nim połączenie w Złotej Erze, daje nam pełnię. Stajemy się Jednością ze Wszystkim Co Jest. “Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.” Jak widać z listu św. Pawła prowadzi do tego właśnie miłość. Nie bez powodu ta wskazówka znalazła się w tak krótkim tekście, który pozornie opiewa damsko-meskie uczucia. Pozornie. Bo w gruncie rzeczy niewiele ma z nimi wspólnego, co wyżej udowodniłam. Aczkolwiek bez wątpienia byłoby bardzo pożądanym, aby taka romantyczna miłość stała się bezwarunkowa, wówczas i związek byłby szczęśliwy i na najwyższym poziomie.

Co szczególnie ważne: prawdziwa miłość nie ma końca. “Miłość nigdy nie ustaje”. Oznacza to, że nie znika nawet po śmierci. Jest tą wartością, którą zabieramy ze sobą na druga stronę. Potwierdza to dokładnie to, co stale powtarzam: jesteśmy tu na Ziemi dla miłości, byśmy się nauczyli kochać. Umierając, zostawiamy tu swoje ciała, dyplomy, majątki i dorobek kulturowy. Zabieramy wyłącznie energię miłości, taką, jaką udało nam się za życia rozwinąć. Im bardziej kochaliśmy bezwarunkowo, tym lepiej odrobione zadanie w tym wcieleniu, tym bliżej jesteśmy Oświecenia.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zapisz