Harmonia rozwoju

Każdy terapeuta i trener ma swoje własne metody pracy. Być może najczęściej jakimś standardem jest wynajdywanie u człowieka trudności i obracanie ich na wszystkie strony. Ludzie przychodzą z problemem, a terapeuta, który go wzmacnia i niemal stawia na ołtarzu zaskarbia sobie pochwały, że nie lekceważy tego, co boli klienta. Ma to sens. A dodatkowo pomaga terapeucie kręcić się w tym, co jest bliskie jemu i jego świadomości ubóstwa. Tak, tylko świadomość ubóstwa ogniskuje uwagę na brakach i problemach, ale o tym wiemy – to oczywiste.

Ja pracuję inaczej. Od zawsze. Ponieważ od ponad dwudziestu lat uczę pozytywnego myślenia, na pozytywach się skupiam. Zgodnie z Prawem Przyciągania zasilam dobre słowa, dobre myśli, dobre aspekty, a nie to, co trudne. Zasilam rozwiązanie, przeciwwagę problemu i tam szukam uzdrowienia. To nie oznacza pomijania sedna, a wręcz przeciwnie. Pracuję w ten sposób, ponieważ ta forma niezmiennie przynosi efekty. A skuteczność jest dla mnie najważniejsza.

Mówiąc najprościej – Światłem rozpraszam ciemność. Bo jeśli wchodzisz do ciemnego pomieszczenia, a chcesz mieć w nim jasność, to czy stając w progu zachwalasz ciemność, mówisz o niej, analizujesz skąd się wzięła? A może klepiesz ją po pleckach powtarzając, że wszyscy nurzamy się w ciemności, więc i ja się ponurzam….? A może gloryfikujesz ciemność, powtarzając, że to ludzkie, prawdziwe, normalne, niech więc będzie, nic się nie stanie? A może po prostu przekręcasz kontakt i zapalasz Światło? Ja właśnie zapalam Światło. Taka jestem – to moja harmonia. Zawsze chcę być jak najbliżej Światła.

A teraz konkretne przykłady. Przychodzi do mnie ktoś, kto uskarża się na niepunktualność. Nie rozwijam tematu problemu, nie szukam przyczyn, ale zadaję ćwiczenia, które odwracają energię takiej osoby w stronę punktualności. Rozwijamy punktualność. Nie poświęcam uwagi cieniowi, lecz zapalam Światło. Proste, prawda?

Kiedy przychodzi ktoś owładnięty lękami, umie je nazwać, a często zna przyczynę – rozpuszczamy w Świetle tę przyczynę, a następnie rozwijamy odwagę. To też działa. I nie ma najmniejszej potrzeby sięgać do przeszłości, wywoływać traumatycznych wspomnień, które leżą u podłoża. Energia jest jedna. I chociaż proces uzdrawiania trwa o wiele dłużej, niż sam opis tutaj, to bez wątpienia nie wymaga on babrania się w przeszłości dłużej niż w jednym informacyjnym zdaniu.

Z wysokiego poziomu energetycznego świat wygląda lepiej, umysł pracuje klarowniej, a sposoby uzdrowienia pojawiają się w sposób oczywisty. Gdybyśmy zaczęli skupiać się na trudnościach, analizując je szczegół po szczególe, energia automatycznie zjedzie w dół i niewiele można będzie zrobić. To także oczywiste. Właśnie dlatego nauczyciele Prosperity pilnują, by być cały czas w tak zwanym przepływie, w wysokiej energii, która poprowadzi do najlepszych rozwiązań. Jest nawet takie powiedzenie, że problemów nie możemy rozwiązywać z tego poziomu, w którym powstały. To oznacza właśnie dokładnie to, co próbuję przekazać – aby znaleźć uzdrowienie, musimy wyjść poza tematykę problemu, poza ciemność i zapalić Światło. Światło dobrych myśli, dobrych słów i dobrego planu na przyszłość.

To nie oznacza wypierania problemu, czy zaprzeczania mu. To oznacza szukanie przeciwwagi, by w miejsce dysharmonii wprowadzić harmonię. W miejsce lęku – odwagę. W miejsce oporu – otwartość. W miejsce kompleksów – wiarę w siebie. W miejsce bierności – aktywność. W miejsce poddania – asertywność… Powołanie nowej jakości jest uzdrowieniem, ponieważ nowa energia mówiąc obrazowo „wypchnie” starą. To oznacza, że obudzenie w sobie odwagi, zastępuje lęk. Nie muszę więc nic robić z samym lękiem.

Można to wyjaśnić jeszcze inaczej. Wyobraźmy sobie skalę – jedną linię, gdzie po jednej stronie jest np. lęk, bieda, niska samoocena, a po drugiej odwaga, bogactwo, wysokie poczucie wartości. Harmonijny rozwój osobisty to przesuwanie suwaka na tej skali. Akcentując odwagę, bogactwo, wysoka samoocenę sprawiam, że energetyczny suwak wewnątrz mnie zmienia swoje położenie. Myśl kreuje rzeczywistość i prowadzi do tego, czego oczekuję. Jeśli zacznę analizować lęk, to siłą umysłu kieruję suwak w stronę lęku. Jaki to ma sens? Chwalenie się trudnościami jest jak gadanie do ciemnego pokoju, że ciemność jest fajna, zamiast przekręcić kontakt i zapalić Światło.

Nie do każdego przemawia to, co skuteczne. Ludzie czasem szukają kogoś lub czegoś, co wyolbrzymi ich cierpienie, wówczas czują się dowartościowani przez ogrom swojego bólu. Wydaje się absurdalne? Ale nie jest. Żyjemy w kraju, w którym martyrologia równała się zawsze sławie i chwale. Jeśli nie można walczyć na wojnie, można chociaż być wielkim cierpiętnikiem, który jest dumny ze swojego cierpienia. Zgodnie z harmonią przyciąga się wówczas terapeutę (przyjaciela, nauczyciela, słuchacza), który będzie dumny z tego obnoszenia się z trudnościami i cierpieniami. I będzie to w nas zasilał, zamiast uzdrawiać. Ale nam będzie z tym dobrze, bo rezonuje to z naszą wewnętrzną prawdą. A to, że nie ma nic wspólnego z prawdziwą harmonią – to bez znaczenia. Gdzie jest napisane, że każdy dąży do harmonii z Wszechświatem? Nigdzie. Dla niektórych szczęściem jest bycie cierpiętnikiem i nurzanie się w bólu.

Każdemu według potrzeb. Wszechświat obdarza nas tym, czego pragniemy. Jeśli chcemy być dumni z cierpienia – jesteśmy. Jeśli chcemy być naprawdę szczęśliwi – jesteśmy. Harmonia wewnętrzna polega na tym, że nasza matryca przyciąga do nas to czym promieniujemy. Cierpiętnik będzie przyciągał trudności, a świadomość prosperująca radosne i pomyślne wydarzenia. Wszystko będzie spójne, ale ten pierwszy utknie w energetycznym błocie, a ta druga będzie w harmonii z wszechświatem i Najwyższym Źródłem. Pierwsza postawa nie ma nic wspólnego z rozwojem. Druga prowadzi po prawdziwego pokonywania trudności i wzrastania.

Prędzej czy później nawet cierpiętnik straci cierpliwość i zada sobie pytanie, dlaczego tkwię w miejscu? Dlaczego nic się nie zmienia? Ale zmiana wymaga zgody na odejście od iluzji, w których trudność, ból, problematyczne emocje i paskudne wspomnienia są czymś OK. Nie są. Rozwijamy się po to, by odejść od tego, co nam nie służy. Akceptacja negatywnych emocji nie jest tym samym, co zgoda na to, by nami władały bez końca. Akceptacja jest rozumieniem, że pojawiły się jako istotne drogowskazy do zmiany i odejścia od cierpienia w stronę radości i zadowolenia.

Rozwój z definicji to pozytywna zmiana. Nie można więc nazwać rozwojem stanu, w którym zgadzamy się na trudności i cierpienia. Nie należy też z nimi walczyć, ponieważ to, z czym walczymy – zasilamy. Logicznie rzecz biorąc jest tylko jedna właściwa droga – zapalenie Światła. To czuję od zawsze i to u mnie działa bez pudła. Aczkolwiek z ogromną wdzięcznością pochylam się tutaj przed moimi nauczycielami, którzy mi to pokazali. Dziękuję im z serca, bo to dzięki nim jestem na takiej pięknej ścieżce. Gdybym mogła cofnąć czas, poszłabym tą samą drogą, by być tutaj gdzie jestem. Oto moja harmonia.

Prawdziwa dojrzałość szanuje autorytety, ponieważ to one są źródłem najbardziej harmonijnej Prawdy. Tej, która prowadzi do harmonii z Wszechświatem. Zatem choć samostanowienie uczy nas samodzielności, to ścieżki i przekonania należy kreować w szacunku dla tych, którzy idąc przed nami odsuwali nam spod nóg przeszkody. I czasem czuję się w tym jak Jednorożec, jak dziwoląg, kiedy inni obok mnie chwalą się cierpieniem lub chwalą trudności, kiedy  zasilają to, czego w gruncie rzeczy wcale nie chcą. Dostrzegam jednak i czuję całą sobą piękną harmonię z wszechświatem właśnie wtedy, kiedy uparcie trzymam się tego, czego mnie nauczono.

Skąd ten artykuł? Jako podziękowanie za cudowny przekaz od Mistrzów i Nauczycieli z Kronik Akaszy, którzy słowami pewnej miłej pani powiedzieli dokładnie to samo, co jedna z moich duchowych nauczycielek dwadzieścia lat temu: „Pracuj nad dobrymi cechami, a te „złe” same od Ciebie odejdą”. Tego się trzymam od lat, niezmiennie czując, że to jest właśnie prawdziwy rozwój i prawdziwe Dobro. Dziękuję za potwierdzenie z Najwyższego Źródła. Dziękuję za każde piękne doświadczenie, które zachęca mnie do tego, by nadal zapalać Światło, zamiast szarpać się z ciemnością.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Harmonia dobra

Dobro samo w sobie jest harmonijne, nie wymaga więc żadnego komentarza ani opisu, jednak nie każdy wie, czym jest dobro, a często nawet tworzy dla niego własne definicje. Tymczasem ta piękna jakość cudownie trzyma się złotego środka i jest dla mnie tak jednoznaczna, że wszelkie dyskusje wydaja mi się czasem zupełnie niepotrzebne. Jednak okazuje się, że to co dla mnie oczywiste, dla innych niekoniecznie. Dlatego piszę parę słów, aby każdy mógł popatrzeć na to swoimi oczami i ustalić, jak sam to widzi.

Złoty środek naszej życzliwości i troski o innych, to umiejętność okazania serca i pochylenia się nad drugim człowiekiem. To codzienne wsparcie, ale też spontanicznie rzucone dobre słowo, komplement, pochwała. Dobroć to dla mnie uśmiech, który poprawia komuś dzień i przytulenie, które podnosi energię.  Ale to także umiejętność akceptowania odmienności i pozwalanie innym, by byli szczęśliwi na swój sposób. Myślę zatem, że bycie dobrym to najczęściej powstrzymywanie się od złych słów, gestów, od krytyki i niemiłego zachowania, kiedy ktoś inny jest po prostu sobą.

Dobroć nie powinna być jednak poza asertywnością, nie jest więc poświęcaniem siebie, nadstawianiem policzka i podkładaniem się do bicia. Nie jest też dobroć ustawicznym zamartwianiem się i użalaniem nad inną osobą. Prawdziwie mądry człowiek wzmacnia innych, podaje rękę, ale nie niesie na swoich plecach. To dla mnie oczywiste.  Moi uczniowie wiedzą, że chwalę, wspieram, podpowiadam, ale nie pozwalam, by się ode mnie uzależnili w jakikolwiek sposób. Czasem nawet niektórzy są nieco rozczarowani, kiedy nie podejmuję za nich decyzji, lecz zachęcam do samodzielności. Jednak to jest właśnie złoty środek – być obok i dawać poczucie bezpieczeństwa, ale nie wyręczać nikogo.

Moja Babcia mówiła: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Ta wskazówka ładnie wpisuje się w złoty środek i pokazuje, czym jest dobroć. Nikt nie płacze, kiedy asertywnie nie poddajemy się manipulacji, ale cierpi, kiedy go najzwyczajniej w świecie skrzywdzimy. Kiedy poniżamy, ośmieszamy, dewaluujemy, aby dowartościować samych siebie. Nikt z nas nie jest w stanie zaspokoić oczekiwań wszystkich znajomych i nie po to żyjemy na świecie, by spełniać cudze zachcianki. Dobroć zatem to nie ten, który własnym kosztem zaspokaja kaprysy drugiej osoby. Dobroć to ten, który umie ugryźć się w język, jeśli wie, że jego zdanie sprawiłoby komuś przykrość. Nie ma nic gorszego niż nadmuchana prawda wygłoszona z patosem. To bardzo często okrucieństwo schowane pod korcem. Potwornie fałszywe, ponieważ usprawiedliwiane bezwzględnym: „przecież ja tylko mówię prawdę”.

Dobry człowiek nie mówi tego, co myśli, jeśli to komuś zaniży energię, ponieważ jego priorytetem jest szczęście innej osoby. Jeśli owa prawda nie jest niezbędna do wyjaśnienia ważnych okoliczności, nie powinna zostać wyartykułowana. Znam jednak ludzi, którzy wygłaszają swoje prawdy z ogromna satysfakcją, ciesząc się z tego, że komuś płyną łzy. „I cóż, niech sobie popłacze, życie to nie jest bajka” mówią, czerpiąc radość z cudzego nieszczęścia. Jest w tym też element zemsty za to, że ich życie było ciężkie. Cierpienie drugiej osoby jest dla nich wyrazem sprawiedliwości świata. Tacy ludzie nie są dobrzy i nie mają pojęcia, co to jest Dobro, nawet jeśli na co dzień odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki. To zwolennicy wyrównywania rachunków i biczowania innych. Z dumą powtarzają: „mam prawo mieć swoje zdanie i je wypowiadać”. Oczywiście. Mają prawo. Pytanie powstaje: jakim kosztem?

Po tym właśnie odróżniamy prawdziwe Dobro od tego, co zakompleksione, niskie i egocentryczne. To pierwsze zadaje sobie pytanie: czy moja racja jest tutaj ważna? Czy powinna zostać wygłoszona? Czy to co powiem przyniesie komuś coś dobrego? To pierwsze jest zazwyczaj ciche i łagodne, pełne akceptacji i pozytywnej troski. To drugie ma ludzkie uczucia tam, gdzie światło nie dochodzi i kieruje się wyłącznie potrzebą zwrócenia na siebie uwagi. To drugie jest pełne lęku przed odrzuceniem i rozpaczliwie potrzebuje aprobaty, więc wykrzykuje swoje poglądy, by chociaż na chwilę zyskać dla siebie trochę uwagi. Nikt naprawdę wrażliwy nie zachwyci się tym drugim, ale to już osobna historia.

Tym bardziej zachęcam do pracy z prosperitą i pozytywnym myśleniem, ponieważ człowiek szczęśliwy nigdy nikogo nie krzywdzi i na nikim nie bierze podświadomego odwetu za swoją trudną przeszłość. Umie tę przeszłość zapomnieć. Świadomość prosperująca szuka Światła wszędzie i sama je tworzy. Wspiera, podnosi i ociera łzy. Nie ma dla niej jakości ważniejszej od Dobra i bezwarunkowej miłości i nie kłapie buzią bez zastanowienia. Przede wszystkim jednak Świadomość Prosperująca to człowiek o wysokiej samoocenie, która pozwala schować swoje racje głęboko w sobie, jeśli ich wygłaszanie miałoby komuś zadać ból.

Wysokie poczucie wartości to ogromnie istotna jakość. Zwróćcie proszę uwagę na takie sytuacje, kiedy ktoś bezmyślnie i bezzasadnie rani drugą osobę, tylko po to, by pokazać, że sam jest lepszy, mądrzejszy, ważniejszy. Po co to robić? Jaki to ma sens? Koń jaki jest, każdy widzi, a ból zadany drugiemu człowiekowi wróci do nas zwielokrotniony, po co więc krzywdzić? Jest tylko jedna siła, która zaślepia i tworzy z normalnego człowieka kata: poczucie bycia gorszym, które tak boli, że chcemy ten ból uśmierzyć idąc po trupach. Niektórzy uważają, że to demony zwodzą ludzi z dobrej drogi, a ja uważam, że największym demonem ludzkości jest niskie poczucie wartości i rozpaczliwa potrzeba udowodnienia światu swojej wielkości i ważności. Stąd biorą się najgorsze zbrodnie. Stąd wyrastają codzienne złośliwości i ataki, którymi depczemy godność drugiej osoby.

Dobroć to pokazywanie drogi w ciemnościach, ale to także szacunek dla odmiennych poglądów i akceptacja innego zdania. Czasem to ogromnie trudna lekcja, kiedy np. nasz przyjaciel ma diametralnie odmienne poglądy polityczne. Jednak z własnego doświadczenia mogę powiedzieć – da się z tym żyć. Da się z tym pielęgnować przyjaźń, kiedy skupiamy się na tym wszystkim, za co kochamy przyjaciela, a nie na tym, co nas różni. Mam taką przyjaciółkę, która od zawsze ujmuje mnie swoją dobrocią i prowadzę z nią długie fascynujące rozmowy, w których omijamy po prostu to, co nas dzieli. Obie znamy swoje zdanie i wiemy, czego nie dotykać. Nie ma  w nas złośliwości i potrzeby udowadniania jedna drugiej, że nie ma racji. Trudne, ale możliwe. Myślę więc, że dobroć jest wtedy, kiedy ciepłe uczucia dla drugiej osoby są dla nas ważniejsze niż to, że ma „swoje dziwne” poglądy. Niech sobie ma, jeśli jest z tym szczęśliwa.

Dobroć nie wywiera nacisku i nie mówi: „kłamiesz”, jeśli to, co mówimy brzmi inaczej niż oczekujemy. Bywa tak, że chcielibyśmy, aby ktoś przyznał się do czegoś, co wyraźnie u niego widzimy. Ale on absolutnie tego nie potwierdza. Warto pamiętać, że człowiek wie o sobie najmniej. Emocje potrafią stworzyć skuteczny nieprzenikniony mur, spoza którego wielu nawet całkiem dużych jakości dostrzec nie sposób. Pewne rzeczy wypieramy. Innych po prostu nie chcemy widzieć, bo nie jesteśmy gotowi zmierzyć się ze swoim cieniem. Każdy ma do tego prawo. A mądry nauczyciel (przyjaciel, terapeuta) umie to zaakceptować i nie krytykuje takiej osoby. Dobro pozwala znaleźć wytłumaczenie, zamiast osądzania.

Dobroć to także ogromna cierpliwość i świadomość, że każdy ma swój czas i jest w najlepszym dla niego punkcie rozwoju. Zdarza się, że mój uczeń w kółko kręci się w swoim wzorcu i nie pomagają żadne tłumaczenia i zmiana metod pracy. Chociaż widzę przysłowiowe „rzucanie grochem o ścianę” – pozwalam. To jego życie. Nie ośmieliłabym się go wyśmiać, poniżyć czy skrytykować. Jest we właściwym miejscu i czasie. Jak każdy. Aby dostrzegać harmonię, trzeba samemu być harmonijnym. Czasem o tym zapominamy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Złoty środek

Wszystko opiera się na wewnętrznej równowadze. Aby ją osiągnąć, warto zaczerpnąć z obu stron – z Yin i Jang, ze Światła i z cienia. Dopiero to, co jest efektem pośrednim okazuje się najlepsze. Jeśli to sobie uświadomimy, zrozumiemy sens dualizmu i tych wszystkich duchowych przekazów, które zalecają, aby wyjść poza rozróżnienie. Czasem myślę, że nie ma żadnych właściwych recept na życie i żadnych zaleceń, które zawsze zdają egzamin. Istnienie przynosi nam tyle zaskoczeń, że warto być elastycznym i czerpać właśnie ze złotego środka.

Pierwszy z brzegu przykład to dobroć i łagodność. Warto być dobrym ze wszech miar i pisząc to wiem doskonale, że ludzie tacy właśnie są – dobrzy. Kiedy reagują spontanicznie i bez przeszkód, to pokazują przede wszystkim dobre serca. Wystarczy przypomnieć sobie jakikolwiek kataklizm, jakąkolwiek trudną sytuację, w której ktoś gdzieś cierpi. Natychmiast obok pojawiają się inne osoby, które podają rękę, dzielą się jedzeniem, lekarstwami, ubraniem, nie czerpiąc z tego żadnych zysków. Dobroć jest integralną częścią naszej duszy. Nie mam wątpliwości.

Ale bywa i tak, że w sytuacji może mniej dramatycznej pojawia się ktoś, kto chce nas wykorzystać. Wiem, że każdy z nas tego doświadczył choć raz. Jeśli zauważymy w porę, że roszczenia takiej osoby są bezpodstawne, że chce jedynie przewieźć się na naszych plecach, to umiejmy też włączyć asertywność i chrońmy siebie i swoją przestrzeń. Tak naprawdę powinnam tu napisać, że jest to taki moment, w którym warto być dobrym także dla siebie i nie poświęcać się pod żadnym pozorem. Czyli dobro zawsze jest właściwe, powinno tylko obejmować wszystkich – także nas.

Złoty środek, o którym piszę to właśnie odnalezienie równowagi pomiędzy byciem dobrym dla innych i byciem dobrym dla siebie. To nie oznacza wycofania dobra, którym obdarzamy innych. Być może dla niektórych złoty środek to pomaganie „tylko trochę”, czyli zamiast całego chleba podarowanie połówki, by resztę zachować na potem. Dla mnie bycie w harmonii i w tym złotym środku to bycie całkowicie na sto procent tak samo dobrym dla innych ludzi, jak i dla siebie. To wręczenie tego chleba w całości, ale też bycie gotowym do odwrócenia się plecami, kiedy stanie przed nami handlarz, który chce ten chleb wziąć od nas za darmo, by sprzedać go komuś i na tym zarobić.

Złoty środek to nie jest pójście z samym sobą na kompromis na zasadzie – trochę będę pomagać, a trochę będę odmawiać. To bycie sobą w pełni i przejawianie swoich najlepszych jakości. To bycie najlepszym i najłagodniejszym jak tylko się da, ale też bycie maksymalnie surowym i nieprzejednanym wtedy, kiedy sytuacja tego wymaga. Z założenia prosperująca świadomość nie musi walczyć, bo nie przyciąga agresorów, ale być może taka lekcja duszy czasem się pojawi. Taka lekcja, która wymagać będzie zastąpienia łagodności walecznością i odwagą… Jak pisałam wcześniej, nie ma idealnych recept na życie, które jest nieprzewidywalne. Warto mieć w sobie gotowość na wszystko.

Inny przykład to wolność. Spotykam czasem ludzi, którzy chcą być wolni, decydować o sobie i żyć po swojemu, czerpiąc ze świata tyle, ile się da. Dopóki nikogo nie krzywdzą, nie widzę problemu. Warto jednak pamiętać, że żyjemy w społeczeństwie i nawet najwznioślejsze zasady wolności nie mogą opierać się na totalnej anarchii.  Tu trzeba znaleźć granicę, która wyznaczy ten harmonijny złoty środek.

Spotkałam się z sytuacją, kiedy ojciec dwojga małych dzieci zauważył nagle swoje prawo do swobody i zapragnął wyjechać na stałe do Indii w szlachetnym celu podążania duchową ścieżką.  Oczywiście sam bez rodziny, która nagle okazała się ciężarem. Zasada wolności mówi – ma prawo, czegokolwiek pragnie, nie może się poświęcać dla rodziny. Ale moim zdaniem nie może też krzywdzić maluchów, pozbawiając je całkiem swojej obecności. I tu złotym środkiem jest kompromis, czyli poszukanie rozwiązania, które zaspokoi obydwie strony. Może miesiąc tu z dziećmi, a miesiąc w Indiach? A może teraz z dziećmi, a jak dorosną (co stanie się przecież ani się obejrzymy) spokojnie podąży swoją drogą? A może jeszcze inaczej? Na pewno można znaleźć dobre wyjście z takiego impasu, jeśli się pochylimy nad tematem.

Uważam, że pomijanie złotego środka pozbawia nas często najlepszych rozwiązań. Wybierając jedną stronę, palimy za sobą mosty, nierzadko żałując podjętej decyzji i gubiąc się w wyrzutach sumienia. A przecież można wybrać taką drogę, która pozwoli działać tak, by nikogo nie krzywdzić, w tym też siebie. Warto pamiętać, że najczęściej taką mamy alternatywę – po jednej stronie są ludzie, często bliscy i ich dobro, po drugiej nasze własne szczęście. Do szczęścia mamy prawo i powinniśmy je traktować na równi ze szczęściem innych osób. Nie gorzej, ale i nie można przedkładać swojego interesu ponad dobro innych, krzywdząc ich tym samym.

I jeszcze jeden z wielu przykładów, które mogłabym tu pokazać. Czyli rozwój wewnętrzny. Od pewnego czasu nastała moda na samodzielność. Spotykam w sieci pisane mentorskim tonem teksty o tym, że nie należy nikogo słuchać i podążać wyłącznie za swoją własną mądrością. Myślę, że to pewne nadużycie oczywistej prawdy o tym, że w sobie mamy najlepszego przewodnika i doradcę. Sama tego uczę, aby rozwijać intuicję i nauczyć się podążać za jej głosem. Sama uczę też, że oświecenie jest w nas, wystarczy przebudzenie, by ono nas odnalazło.

Jednak uczę też, żeby szanować autorytety i ludzi, którzy posiadają przydatną na naszej ścieżce wiedzę. Bo chociaż wszystko mamy w sobie, to trzeba wiedzieć, jak dosięgnąć swoich zasobów i jak odróżnić intuicję od intelektualnych kombinacji, a wewnętrzne wskazówki od złudzeń. Od wieków ludzie korzystają z pomocy nauczycieli, w tym także tych duchowych, którzy pomagają dotrzeć do własnego wewnętrznego przewodnika. Uważam, że ich nauki są niezbędne, jeśli nie chcemy całe życie kręcić się w kółko, jak pies za własnym ogonem. I zdumiewa mnie beztroska osób, które wypisują nieodpowiedzialne porady o tym, by nikogo nie słuchać. Brak autorytetów to z poziomu psychologicznego skrajna niedojrzałość. Ale nie o tym.

Chciałabym zwrócić uwagę na to, że tu także najlepszy jest złoty środek. Każdy z nas jest inny i potrzebuje do rozwoju innych metod i form pracy nad sobą. Mnogość nauczycieli pozwala wybrać sobie takiego, któremu możemy zaufać, który popchnie nas we właściwym dla nas kierunku, nie uzależniając od siebie. Bo rzecz jasna spotykamy przypadki nauczycieli, którzy wykorzystują uczniów i nie pozwalają im na rozwój. Dowartościowują samych siebie, trzymając uczniów blisko i przekonując ich, że mistrz nadal jest im niezbędny. A przecież w momencie, kiedy adept umie już sięgać do swojego wnętrza i odróżnia właściwy przekaz od zabaw negatywnych energii, może wyjść spod opieki swojego nauczyciela. Jak wszędzie, tak i w tej sferze trzeba być uważnym.

Złoty środek polega tutaj na rzetelnej nauce połączonej z zaufaniem i powierzeniem się autorytetom, ale tylko do punktu, w którym możemy już rozwinąć skrzydła i podążać swoją indywidualną drogą. Wówczas dziękujemy za prowadzenie i idziemy dalej sami, a z czasem możemy także stać się nauczycielami dla kolejnych pokoleń. To zresztą zupełnie naturalne. Widać to w zwykłej szkole, w której zaliczamy różne stopnie nauki w kolejnych klasach, aby na końcu wziąć świadectwo i ruszyć swoją drogą. Tkwienie zbyt długo przy duchowym nauczycielu byłoby podobne do sytuacji, w której dorosły człowiek nadal siedzi w klasie i w kółko powtarza tabliczkę mnożenia.

Złoty środek to czerpanie potrzebnej nam wiedzy bez silenia się na samodzielność i przemądrzałość. To szacunek dla ludzi, którzy wiedzą więcej lub mają niezbędne doświadczenie. To wiara w siebie, ale weryfikowana z innymi, zwłaszcza w początkowej fazie rozwoju. Ci, którzy idą przed nami, przecierają szlak właśnie dla nas. A my idąc za nimi, odsuwamy przeszkody dla tych, którzy podążają za nami. Warto o tym pamiętać. Oto harmonia.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Harmonia relacji

Bliska relacja, np. relacja przyjacielska to temat pozornie wszystkim doskonale znany i opisywany na różne sposoby. Ja także poświęciłam przyjaźni jeden z podrozdziałów w swojej książce, którą jako podręcznik do prosperity wszystkim serdecznie polecam. Teraz nadal obserwuję ciekawe zjawiska z tym związane. Takie, o których się nie mówi, których być może się nie dostrzega, choć przyjaźń to rzecz stara jak świat. Może warto poszukać w takim układzie harmonii?

Stereotypem w temacie jest kwestia pomagania w biedzie. Rzekomo po tym właśnie poznajemy prawdziwego przyjaciela. I tak… i na szczęście nie. Zauważam, że ludzie są tak po prostu dobrzy i wrażliwi na cierpienie. Pomagają spontanicznie również całkiem obcym. Oto widzimy starszą, zmęczoną osobę, która dźwiga ciężary i nie pytając jej o imię niesiemy jej siatki do domu, by pożegnała nas z wdzięcznością pod drzwiami. Oto słyszymy, że ktoś umierając osierocił starszawego kocurka i w te pędy załatwiamy mu nowy dom u znajomych. A nie znaliśmy wcześniej osób, które zamieściły ogłoszenie. Oto ktoś zwija się z bólu w tramwaju, a my wzywamy pogotowie, prowadzimy do zacienionego miejsca i wachlujemy mu twarz, nie wiedząc, kto zacz. Zwykłe i niezwykłe dobro. Nici więc z definicji, że w biedzie poznamy przyjaźń. W biedzie zauważamy, że w ludziach jest dobro. Po prostu, ale to akurat pozytywna konkluzja.

A jeśli akurat to nas spotyka trudna sytuacja, np. partner odchodzi niespodziewanie do innej kobiety, to po czym poznać przyjaciela? Pewnie po tym, że znajduje czas, by być z nami i zrobić nam ciepłą herbatę, czy okryć nogi kocem, kiedy szlochamy sobie zwinięte w precel na kanapie. Może zająć się kolacją dla dzieci i wyprowadzeniem psa, może pomóc załatwić dobrego adwokata. A co jeszcze? I tu wyjdę poza stereotypy. Dobry przyjaciel przede wszystkim słucha. Słucha naszego rozpaczania w milczeniu i przytula lub podaje chusteczki. Może delikatnie pocieszać: „zobaczysz, wszystko się ułoży”. Ale nie lekceważy naszych emocji słowami: „uspokój się, co tak histeryzujesz?”.

Dla mnie szczególnie cenne jest, kiedy usłyszę: „rozumiem, co czujesz, wiem, jakie to trudne”. Oznacza to wsparcie i akceptację mnie i mojego odbioru sytuacji. Tak rozumiem współczucie. To dawanie mi prawa do mojej własnej interpretacji zdarzenia. Nawet jeśli za dwa dni stanę na nogi i dojdę do wniosku, że nie ma powodu do łez, to w tym momencie chcę, by moja rozpacz była traktowana poważnie. Osoba, która mi mówi: „przesadzasz, nie ma nad czym tak szlochać” staje mi się obca, nie daje mi tak potrzebnego w trudnej chwili zrozumienia. Przyjaciel nadąża za zmianą poziomu emocji i wyłapuje moment, w którym może z szacunkiem dla moich uczuć powiedzieć: „spróbuj zobaczyć to z innej strony”.

Dobry przyjaciel nigdy nie powie: „I dobrze, że dziad sobie poszedł precz, nie wart był ciebie, nie żałuj, świętuj!”. W pierwszej fazie i jeszcze długo potem nie jesteśmy gotowi na prawdę. Widzimy tylko swój ból, tęsknimy i wolimy usłyszeć: „nie martw się, wróci do ciebie, wróci”. Przyjaciel nas nie okłamuje, ale prędzej ugryzie się w język niż skala nasze świętości. A szczególnie wtedy, kiedy nasz umysł jest wyłączony przez psychiczny ból.

Przyjaciel w takiej sytuacji nie będzie pocieszał nas opowieściami o swoim rozwodzie, bo wie, że to ostatnie, czego chcemy słuchać. W silnym stresie trudno nam skupić się na cudzych problemach. Aczkolwiek wiadomo też, że kiedy minie pierwszy szok, to właśnie zajęcie się pracą i obowiązkami odciąga naszą uwagę od tarzania się w cierpieniu. I często okazuje się, że można nadal żyć, a życie pomalutku się wygładza i wycisza. Czas leczy rany. A przyjaciel, który w milczeniu trzymał nas za rękę nie oceniając – staje się szczególnie bliski.

W swojej książce podkreślam jeszcze jedną zaletę prawdziwej przyjaźni, która nadaje relacji prawdziwą harmonię – to akceptacja. Pełna akceptacja nas z całym dobrodziejstwem inwentarza. Przyjacielem nie jest ten, który ceni nas, kiedy zbieramy nagrody i dzielimy się ze światem pieniędzmi, lecz ten, który ceni nas i szanuje, kiedy popełniamy błędy i zaciągamy długi. Jeśli przyjaźń jest prawdziwa, to taki człowiek trwa przy nas w momencie największych życiowych pomyłek. Znosi nasze kaprysy i emocjonalne huśtawki, nie obrażając się o niebacznie wypowiedziane słowa. Myślę, że każdy z nas popełnia błędy i każdemu zdarzy się powiedzieć coś, czego mówić nie powinniśmy. Ale właśnie po to są przyjaciele, by pomogli przetrwać zły czas i zobaczyli pod gniewem czy rozpaczą prawdziwych nas – tych dobrych i kochających. Oto harmonia.

W dobie portali społecznościowych dostrzegam jeszcze inną twarz przyjaźni – bezinteresowne wsparcie w internecie. Prawdziwy przyjaciel pomaga nam reklamować nasze działania, udostępnia naszą twórczość czy link do firmowej strony i jest to całkiem naturalne. A my możemy zrewanżować się tym samym. W ten sposób wzajemnie wymieniamy się energią.

Dlaczego piszę o tak banalnej sprawie? Bo dzięki niej nauczyłam się rozpoznawać bezinteresownie życzliwych ludzi oraz relacje, w których nie ma harmonii. Od dawna czuję energie i wiem więcej, niż widać gołym okiem, ale czując – weryfikuję obserwując realne postępki i teraz mogę dać tutaj praktyczną podpowiedź, po czym poznać takie relacje, które są pełne harmonii i takie, których należy unikać. Nie zawsze dotyczy to przyjaciół. Czasem to kwestia osób, które ledwo znamy, ale zasada jest podobna…

Wyobraźcie sobie, że mamy firmowy fanpejdż i zamieszczamy na nim wartościowe informacje. Skąd wiadomo, że wartościowe? Bo sporo osób (nawet całkiem nieznanych) podaje je dalej. Jeśli ktoś podaje dalej nasze reklamy, nie mając z tego żadnego zysku, to taka relacja pokazuje harmonię. A jeszcze bardziej pokazuje życzliwego człowieka, który kieruje się zasadą: to jest dobre, warto się tym podzielić z innymi. Mamy tu szacunek i sympatię – ogromne walory dobrej relacji. A czy nie jest dziwne, kiedy osoba, którą znamy wiele lat i mieni się naszym przyjacielem, omija nasz fanpejdż i nigdy, ale to nigdy nie poda dalej niczego, co udostępniamy? I dla jasności – mam wielu znajomych, którzy nikogo nie polecają, nie reklamują, skupiają się na swoich zainteresowaniach. I to jest w porządku.

Harmonia znika, kiedy nasz „przyjaciel” reklamuje wszystkich dookoła tylko nie nas. A takie poparcie jest tylko symbolem przyjaźni. Jest życzliwym gestem: szanuję ciebie i to co robisz. A kiedy tego szacunku nie ma, to o harmonii też mowy być nie może. Nie będę w tym miejscu robiła analizy takiej osobie, bo kwestia zawiści wydaje się być oczywista. Chcę tylko moim Czytelnikom zwrócić uwagę, że tacy ludzie też istnieją.

I dodam rzecz oczywistą – w poparciu internetowym nie chodzi o kopiowanie naszych stron. Wystarczy, by życzliwa osoba raz na jakiś czas pokazała swoim znajomym, że istniejemy i jesteśmy dla niej ważni, że ceni to, co robimy. Raz na miesiąc? Na dwa? Raz na pół roku? To ważny gest. W realnym świecie to jak zaproszenie nas na herbatę do swojego domu i przedstawienie znajomym: „poznajcie, to moja przyjaciółka. Robi znakomite horoskopy, polecam, jeśli kiedyś będziecie potrzebować”. Internetowe strony (np. nasza oś na FB) są naszą przestrzenią prywatną, do której zapraszamy tylko tych, których cenimy. Jeśli ktoś mieszkając przy tej samej ulicy nigdy nas nie zaprasza, chociaż mieszka sam, ma miejsce, porządek i nie ukrywa trupa w szafie, to warto zadać sobie pytanie o jakość takiej relacji.

Jak wiecie Kochani Moi, ja nie mam konkurencji i nie rywalizuję z nikim. Na swoich stronach pokazuję z przyjemnością znajomych i przyjaciół, także tych, którzy zajmują się tym samym, co ja. Bo wierzę, że ktoś potrzebuje innego podejścia niż moje. Bo wiem, że moje koleżanki są równie dobre, a energia prowadzi człowieka do takiego nauczyciela, który jest na ten moment najbardziej odpowiedni. Bo doskonale rozumiem, że świat jest wystarczająco wielki, by wszystkich wykarmić. Bo nie zazdroszczę innym tego, co osiągnęli i lubię pomagać. Kiedyś znajoma zwróciła mi uwagę, żebym nie reklamowała innych, a tylko siebie. A ja tak nie chcę. Jesteśmy Jednością i powinniśmy współpracować wszędzie, gdzie to możliwe. Powinniśmy się wspierać wzajemnie. Nie umiem inaczej.

W pozytywnej wersji współbycia w sieci wymieniamy się poparciem, reklamą i harmonijnie budujemy społeczność, w której każdy odnajdzie coś dla siebie. Na tym to polega. I nie ukrywam, że właśnie w sieci znalazłam fantastyczne osoby, z którymi od lat spotykam się na żywo, a nasza przyjaźń jest dla mnie ogromnie cenna. I widuję też cudowne sytuacje, w których ktoś ogłasza, że szuka mieszkania, samochodu, transportu, zgubionego psa, a cała grupa fantastycznie reaguje, spontanicznie dając wsparcie. Niedawno zamieściłam u siebie zdjęcie pięknej biżuterii, którą robi własnoręcznie moja znajoma. Inna zachwyciła się szmaragdowym wisiorem i  zamówiła go dla córki. Te panie nie znały się wcześniej, to moja maleńka zasługa, że się odnalazły. Takich sytuacji mam wiele na koncie, bo uwielbiam takie małe cuda, które sprawiają ludziom radość. To bezinteresowność. To harmonia.

Ale wśród pięknych ludzi są też wyrachowane i zakompleksione osoby, które nie umieją nikomu życzyć dobrze, bo boją się, że kiedy ktoś będzie szczęśliwy, to dla nich może tej jakości zabraknąć. Zaprzyjaźniają się tylko na niby, by podebrać nam listę znajomych lub dostać do elitarnej zamkniętej grupy. Interesowność takiej „przyjaźni” po tym właśnie poznamy, że taka osoba prędzej zje własną myszkę, niż udostępni naszą reklamę, wpis czy wiersz. Warto iść z duchem czasu i umieć interpretować internetowe zachowania choćby po to, by nie dać się zwieść iluzji i szybko rozpoznawać tych, którzy za cel wybrali sobie potrzebę podłożenia nam nogi. Wybierajmy harmonijne relacje. Dzielmy się szczęściem i radością z dobrymi ludźmi.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia siebie w sobie

Harmonia ze sobą to szczęście i zadowolenie, które wypływa z połączenia ze Wszystkim, Co Jest. Kiedy myślimy pozytywnie i mówimy słowa pełne piękna, pozostajemy w harmonii z wszechświatem. Kiedy wyrażamy wdzięczność lub wyznajemy miłość, również wznosimy swoją energię, dotykając tego magicznego punktu. Kiedy cieszymy się spontanicznie i śmiejemy, to także harmonia. A wreszcie wpadając w zachwyt i zanurzając się w podziwie, sięgamy boskiej jakości. Kiedyś nazywano to byciem w przepływie. Obecnie najczęściej określa się ten stan wejściem w pole serca. Tak czy owak jest to podniesienie energetyki na tyle wysoko, by poczuć magię wszechświata poprzez połączenie się ze Wszystkim Co Jest.

Bycie w harmonii wymaga takiego połączenia, aczkolwiek możemy sobie bez tego leżeć wygodnie na kanapie i czuć się całkiem normalnie. Jednak wejście na wyższy poziom daje nam dostęp do tego, z czego dobrze jest móc korzystać na co dzień. To dostęp do boskiej mocy, która pomaga nam spełniać marzenia i pozwala wyraźnie poczuć Prawo Przyciągania. Ten stan harmonii z wszechświatem pomaga nam podejmować decyzje, tworzyć arcydzieła, załatwiać od ręki różne skomplikowane sprawy, kochać z wzajemnością i widzieć niewidzialne. To w tym stanie właśnie rozwijamy jasnowidzenie. Ale dziś nie o tym.

Chciałabym zwrócić uwagę na to, jak łatwo jest wejść w ów przepływ lub pole serca. Prowadzą nas tam dobre myśli i piękne emocje. Można od razu zauważyć, że cała prosperita jest drogą do takiego punktu, a prosperująca świadomość to człowiek, który częściej doświadcza harmonii niż dysharmonii. Ta druga przejawia się chorobami, kłopotami, brakami… Tym wszystkim, czego nie lubimy. W ten sposób pokazałam proste lekarstwo na każdy problem – być w harmonii. A jak? Jeśli ktoś nie zrozumiał, to zapraszam do ponownego przeczytania pierwszego akapitu.

Ta rewelacyjna, choć bardzo ogólna recepta dotyczy naszych indywidualnych spraw. Nie zmienimy od ręki sytuacji na świecie swoim pozytywnym myśleniem, nie zlikwidujemy wojen, głodu i wyzysku. Aczkolwiek gdyby oczywiście wszyscy tę receptę zechcieli zastosować, to stałby się taki właśnie cud. Pisałam już o tym – gdyby wszyscy ludzi pokochali siebie, czyli pięknie i z miłością myśleli o sobie, Ziemia stałaby się rajem. To oczywiste. Podobno tak właśnie wyglądała Złota Era i do tego w gruncie rzeczy dążymy. Do stworzenia raju bez wojen, chorób i głodu, poprzez pokochanie siebie i pozytywne podejście do życia.

Być w harmonii ze sobą, to po pierwsze połączenie z naturą i wszechświatem, poprzez podniesienie energii i stałe wchodzenie w przepływ. To radość życia i cieszenie się każdą chwilą. Znakomicie pomaga w tym świadoma praca z Reiki. Kluczowe jest tu słowo „świadoma”, ponieważ często spotykam ludzi, którzy nie umieją docenić tej pięknej energii i nie korzystają z jej ogromnej mocy. A jest to cudowne narzędzie do połączenia nas z Najwyższym Źródłem i natychmiastowego przeniesienia w pole serca. Zwolennicy metod kwantowych mogą tu znaleźć podpowiedź, jak ułatwić sobie pracę i wyjaśnienie, dlaczego Reiki nie koliduje z Dwupunktem.

Bycie w harmonii ze sobą, to po drugie bycie autentycznym. Wymaga to podniesienia poczucia wartości i zaakceptowania siebie takim, jakim się jest. Nie ma ludzi idealnych, natomiast moim zdaniem każdy jest doskonały. Wszyscy jesteśmy Światłem mniej lub bardziej stłumionym przez brak miłości do siebie. Próbując wpasować się w iluzje i cudze oczekiwania zatracamy siebie. Zakładamy maski, aby inni nas podziwiali. Potrzebujemy tego podziwu wtedy, kiedy nie umiemy sami pokochać siebie. Ten podziw jest zabezpieczeniem przed samotnością, odrzuceniem i wstydem. Ludzie robią niewiarygodne rzeczy dla tego podziwu – kradną, wyzyskują, zabijają – byle tylko poświecić innym w oczy światłem odbitym od bogactwa czy władzy. I chociaż doskonale wiedzą, że ten podziw jest fałszywy, zabiegają o niego, by poczuć się bezpiecznie. A bezpiecznie jest dla nich tylko na szczycie.

Tymczasem wystarczy kochać. Kiedy naprawdę obdarzę siebie miłością, to przyjmę siebie taką jaką jestem i już nic nie muszę udawać. Mogę być trochę mądra, trochę głupia, trochę głośna, trochę cicha, trochę ładna, trochę brzydka… Jestem doskonała, bo jestem sobą. Jednym będę się podobać, innym nie i to jest w porządku. Zaprzyjaźnię się z tymi, którzy ze mną rezonuję i nie będę płakać po tych, którzy się ode mnie odwrócą. Wszystko będzie w harmonii. Tak łatwo znaleźć szczęście, kiedy wyjdę poza lęk odrzucenia i zrozumiem, że można być dobrym w każdej postaci. Piękno wszechświata opiera się na różnorodności. Nie ma jednej idealnej matrycy, która pokazuje, jakim trzeba być. Każda wersja jest dobra.

Jednak kluczem jest nasza własna akceptacja i poczucie komfortu, kiedy patrzymy na swoje odbicie w lustrze. Jesteśmy różni – jedni dobrze się czują z krótkimi włosami, inni z długimi. Jedni stawiają na staranne wykształcenie, inni na pomaganie słabszym, a jeszcze inni na luz i lekkość. Każda opcja jest dobra, jeśli uśmiechamy się w niej do siebie. Warto nauczyć się myśleć o sobie w harmonii z wszechświatem. Być świadomym tego połączenia i szukać go we wszystkich swoich przejawach. Boskość jest Wszystkim Co Jest, dlatego boska jest zarówno poważna, elegancka lady, jak i roześmiana dziewczyna w podartych spodniach. O ile obie czują się szczęśliwe same ze sobą.

To, co jest dobre dla nas, podnosi nam energię i samoistnie wprowadza w pole serca. Każde działanie, każde hobby, każdy wygląd jest właściwy, jeśli nas uskrzydla. Ten prosty kompas idealnie pokazuje, co nam służy, a co nie. Bo jeśli kopiemy psa, to nas nie uskrzydli. Proste. I jakkolwiek to poczujemy, bez wątpliwości nie będziemy w tym działaniu w harmonii ze sobą i wszechświatem.

Bycie autentycznie sobą, to odnalezienie swoich niepowtarzalnych aspektów. Boskość chce być przejawiona w takiej formie, jaką nam ofiarowała, a nie w innej. Nie trzeba wcale być jak sąsiadka czy koleżanka, najlepiej być sobą. Kiedy jesteśmy sobą – takimi normalnymi, pełnymi słabości, nie będąc sławnymi ani bogatymi – jesteśmy bardziej harmonijni niż wtedy, kiedy kogoś naśladujemy i udajemy obcą jakość. Gdybym na przykład na siłę malowała abstrakcyjne obrazy, rywalizując z kimś, to wypadam z harmonii. Nawet wtedy, kiedy moje obrazy będą się bardziej podobały niż dzieła tego kogoś, komu chciałam udowodnić, że jestem lepsza. Nie będę lepsza. Zeszłabym ze ścieżki duchowej w błoto tak mocno, że tylko czołg energetyczny mógłby mnie stamtąd wydostać. Pisałam o naśladownictwie – to paskudna jakość.

Bycie sobą w harmonii to po trzecie nie tylko kroczenie własną niepowtarzalną ścieżką w oparciu o wewnętrzny kompas. To także odwaga połączenia się ze swoim Prawdziwym Ja i wyrażaniem tego w swój unikalny sposób. To także własne zdanie. Nie trzeba go wykrzykiwać na ulicy ani spierać się z innymi. Można je zachować dla siebie do czasu, aż ktoś nie zapyta. Widzę wokół siebie dużo zachowań, których nie popieram, jednak nie zwracam ludziom uwagi. Są dorośli. Dokonują wyboru z jakiegoś powodu. Nie chcę ich oceniać i krytykować. Pozwalam innym być sobą do jakiejś granicy, którą zakreślam na poziomie wielkości wyrządzanego komuś zła. Generalnie jednak rozumiem harmonię wszechświata i nie walczę z niczym. Odsuwam się od tego, co jest w moim odbiorze brzydkie. Wolę pracować na poziomie energetycznym, niż kogoś rugać. Przekonałam się, że krytyka zjawiska jest odbierana personalnie i zamiast zrozumienia i zmiany przynosi obrażanie się i nierzadko małe niesympatyczne wojenki. Ludzie nie dostrzegają swoich błędów, za to przesadnie reagują nawet na dyplomatyczne zwrócenie uwagi. Nauczyłam się, żeby zostawiać ludzi samych sobie z ich decyzjami. Życie wszystko zweryfikuje.

Bycie sobą, to odczuwanie własnej tożsamości, indywidualności i niepowtarzalności. To akceptacja własnych myśli i poglądów. To dawanie sobie prawa do własnego spojrzenia na świat i własnego odczuwania. To wyjście poza kiwanie głową dla świętego spokoju i podążanie za swoim sercem. To świadome dokonywanie wyborów każdego dnia, bez oglądania się przez ramię, co inni na to powiedzą. To wzięcie odpowiedzialności za siebie bez lęku i z pełną świadomością, że każda decyzja jest najlepsza na dany moment. To wybieranie sobie autorytetów i nauczycieli z pełnym uznaniem, że uczenie się od innych wzbogaca nas wewnętrznie. To rozumienie, że kochając siebie dajemy sobie wszystko, co najlepsze – w tym także wiedzę – przez całe życie. To poczucie, że odpowiadamy za swoje dobro i za to, by stale być w przepływie, który nas uskrzydla. Oto harmonia siebie w sobie.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Harmonia wzrastania

Wśród moich znajomych znakomita większość to osoby zainteresowane duchowym rozwojem. Często rozmawiamy o tym, co mamy do odrobienia z lekcji wewnętrznego wzrastania albo dzielimy się ćwiczeniami czy doświadczeniami. Praktyka czyni mistrza, więc im dalej na drodze, tym doświadczenie bogatsze. Z tego bogactwa zrodziło się kilka spostrzeżeń, które być może okażą się ważne dla innych. Jak w moim ulubionym cytacie – warto odsunąć kamienie, aby oczyścić innym drogę.

Pierwsza rzecz, na którą już dawno zwróciłam uwagę, to lekkość i radość, która powinna nam na tej ścieżce towarzyszyć. Moim klientom zawsze podpowiadam, aby z szerokiego wachlarza metod wybierali takie, które najbardziej im się podobają. Nie można na siłę męczyć samego siebie metodami, których zupełnie nie czujemy. Jeśli mam wykonać jakieś ćwiczenie, np. podnoszące samoocenę, to jest ogromnie ważne, aby mi się naprawdę chciało. Pamiętajmy, że podświadomość będzie stawiała na początku opór, ponieważ bardzo nie lubi zmian. Jeśli do tego dołożymy niechęć do jakieś techniki, to trudno będzie taki mur przełamać.

Warto zatem działać odwrotnie: szukać czegoś, czym osłabimy i zniwelujemy opór podświadomości. Tę rolę często spełniają wszelkiego rodzaju zabawy, czyli takie sposoby, które zaciekawiają naszego wewnętrznego sabotażystę. Frapują go na tyle, że opuszcza gardę i zaczyna się z nami bawić. Dobrym przykładem może być tu śpiewanie afirmacji lub układanie ich w formie zabawnych rymowanek. O ile pisanie afirmacji w zeszycie bardzo nudzi i nie potrafi przykuć uwagi, więc roli nie spełnia, o tyle śpiewanie czy powtarzanie wierszyków wciąga podświadomość do twórczego działania.

Zatem korzyść podwójna – zniwelowanie oporu i zwiększenie zaangażowania, co owocuje dość szybkim wprowadzeniem nowego, pozytywnego wzorca. Warto wymyślać różne nowe metody kodowania naszej wewnętrznej matrycy, ponieważ kreatywność jest ważną cechą podświadomości. Angażuje się w tworzenie i tym samym od razu „kupuje” nowe wzorce.

Ale jest jeszcze jeden bardzo oczywisty powód dla wybierania tego, co nam sprawia przyjemność w rozwojowej pracy: zachęta. Nie przesadzę, jeśli powiem, że rozwój wewnętrzny zajmuje nam całe życie. Od pewnego punktu staje się świadomy. Jednak zajęcie to będzie trwałe do ostatniej chwili. Warto zatem świadomie tak je układać, by było czymś miłym, a nie tylko gorzkim lekarstwem. Lekarstwo może być pełne goryczy, kiedy bierzemy je raz, a kiedy trzeba łykać je każdego dnia, nie może nam obrzydzać życia.

Istotną częścią duchowej ścieżki jest zmaganie się z życiowymi trudnościami. Niektóre moje klientki mówią wprost: „mam już dosyć; rozumiem, że to mnie rozwija, ale czy ta nauka nie mogłaby być ciut lżejsza?”. No właśnie. Jeśli do przewlekłej choroby czy innych przykrości dołożymy konieczność codziennego męczącego procesu – całość straci sens. Bo po co tak cierpieć? W imię czego? Czy jest tam gdzieś jakieś „Niebo”, jakieś „Oświecenie”? Czy warto? Choćby dlatego trzeba znaleźć sobie metodę, która nam podniesie energię, rozbawi i sprawi, że poczujemy się lepiej. Jest dużo takich metod – np. Reiki. Ścieżka ogromnie przyjemna. Albo twórcze malowanie. Albo uzdrawiający świadomy taniec. Co kto woli.

Radość i zabawa podnoszą nam energię, a to jest czasem niezbędne do tego, by metody zadziałały. Np. afirmacje – nie przyniosą efektu, jeśli są wypowiadane czy pisane we łzach lub gniewie. Dlatego też dobry nastrój powinien być w pracy nad rozwojem zasadą. I to tak mocno, aby buzia nam się śmiała na myśl o tym, że zaraz będziemy ćwiczyć albo medytować.

A medytacje czy praca z Fioletowym Płomieniem albo z inną energią powinny być integralną częścią naszej pracy nad sobą. Nie wszystko można załatwić z pomocą psychologii. Moje doświadczenie wskazuje, że właściwie to duchowe metody dają lepsze efekty. Pisałam już o tym, że wiele lat temu po powrocie od psychologa, który w zasadzie mi w niczym nie pomógł, wyciągnęłam praktyki buddyjskie i po trzech dniach problem, z którym zmagałam się miesiącami zniknął… Od tamtej pory cenię sobie ogromnie duchowe ścieżki. Ale szanuję też techniki psychologiczne, takie jak praca z wewnętrznym dzieckiem. Wiem też, że wszystko zależy od sytuacji, problemu i samego człowieka. Jesteśmy różni, różnie reagujemy na to samo.

Drugi temat, którego pominąć nie można to konieczna motywacja. Wchodzimy na ścieżkę rozwoju wewnętrznego dobrowolnie i bez presji. Dlatego, że naprawdę chcemy, a nie dlatego, że robi to koleżanka. Robimy to nie ze strachu przed piekłem, bo piekło jeśli jest, to tylko na Ziemi i w naszym umyśle. Robimy to, bo… No właśnie, niech każdy sam oceni, dlaczego i czy warto. To odpowiedź, która przychodzi z serca i tylko wtedy da nam siłę do realizacji kolejnych etapów.

Najczęściej trafiamy na taką ścieżkę, kiedy szukamy sposobu na uzdrowienie kogoś kochanego albo wtedy, kiedy chcemy pomóc sobie w jakimś życiowym problemie. Młodzi ludzie trafiają tu z ciekawości, poszukując adrenaliny i magii. Dla nich najważniejsze są odloty i moce parapsychiczne, więc przypomnę, że to nie jest właściwy powód rozwoju. Czasem takie zjawiska bywają potwierdzeniem wznoszenia energii i wzmacniania potęgi umysłu, ale są efektem ubocznym, nigdy natomiast celem samym w sobie. To często spotykana pułapka, która może ściągnąć nas na ciemną stronę mocy – tam są dopiero odloty! Jednak prawdziwa ścieżka serca daje o wiele większą prawdziwą Moc i silniejsze pozytywne doznania.

Kolejna ważna rzecz to być systematycznym i wytrwałym. Nie zniechęcać się. Stałość w pracy nad sobą jest ważna, ponieważ tylko wtedy osiągniemy kolejne wybrane cele. Medytacja raz w miesiącu nie da tego, co codzienna praktyka. I chociaż to nie są wyścigi, pamiętajmy, że działając systematycznie, szybciej będziemy mieli efekty. Ponadto dorywcze działania mogą przejść całkiem bez echa, ponieważ przekodowanie wzorców wymaga ciągłej pracy przez minimum 28 dni.

Nie można się też zniechęcać. Czasem trzeba zmienić metodę, poszukać innego nauczyciela, kiedy po długim czasie nic się nie zmienia. Każdy z nas wchodzi w ślepe uliczki, ale żadna nie jest do końca pozbawiona sensu, bo każda nas czegoś uczy. Każda jest potrzebna. Nie tracimy czasu, tylko odsuwamy termin osiągnięcia wybranego celu po to, by dotknąć innej lekcji i doświadczyć czegoś równie ważnego. Jesteśmy prowadzeni w rozwoju, warto zaufać, że wszystko na tej drodze jest w harmonii z nami.

Nie warto rezygnować z duchowej ścieżki, bo to wyjątkowa droga, na której nie ma przegranych. Nie ma też lepszych i gorszych. Nie musimy się z nikim porównywać, bo każdy z nas jest we właściwym miejscu i czasie, najlepszym dla siebie i swojego wzrastania. Nie warto oglądać się przez ramię i zazdrościć albo kroku przyspieszać, by kogoś wyprzedzić. Harmonia wzrastania zasadza się na indywidualnym, niepowtarzalnym rytmie dla każdego, kto pracuje nad swoim rozwojem. Dlatego właśnie mamy słuchać siebie i swojego serca. I dlatego właśnie nie wolno nam naśladować innych, ale powinniśmy szukać swojej własnej drogi.

Czasu mamy dość, całe życie. Kiedy więc poczujemy się zmęczeni, możemy zwolnić albo całkiem na kilka dni odpuścić po to, by potem wrócić ze świeżymi siłami. I dalej cierpliwie, ale przede wszystkim z ogromną radością pracować nad sobą, szukając najlepszych dla siebie opcji. Nikt nie przegra. Każdy z nas dążąc do doskonałości jest skazany na sukces. Od naszej woli zależy tylko jak długo pójdziemy i jakie elementy wybierzemy do nauki. Prędzej czy później spotykamy się wszyscy na mecie, gdzie prędkość i kolejność dotarcia nie ma żadnego znaczenia. Jest tylko świadomość, że wszyscy jesteśmy Jednym.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Harmonia spełnienia

Wszyscy mamy marzenia. Często to właśnie one są siłą napędową naszego rozwoju i pozwalają wytyczać coraz to nowe cele w życiu. Dzięki marzeniom nasze istnienie nabiera blasku, ale i sensu, bo oto wiemy, czego tak naprawdę chcemy. I nikt nie może nam zarzucić, że snujemy się tutaj nie wiadomo po co. Wiadomo! Mamy przed sobą plany do zrealizowania.

Kiedy cierpliwie pracujemy z zasadami Prosperity, to czasem przychodzi taki moment, w którym odkrywamy, że pomimo różnorodnych marzeń, jesteśmy całkowicie spełnieni tu i teraz w tym momencie. Niczego nie potrzebujemy do szczęścia, bo sami jesteśmy szczęściem i realizacją. Można to przyrównać do cichej akceptacji i odnalezienia swojego miejsca w tym, co jest.

Nie ma też dla nas znaczenia cokolwiek jest w naszym życiu, co posiadamy, co nas otacza. Nie ma znaczenia stan zdrowia, czy wiek albo związki, w których jesteśmy. Tak jakby szczęście nas odnalazło, kiedy wracaliśmy ze skromnych zakupów z Biedronki. W pewnym sensie to właśnie cel naszego rozwoju – dobrostan, który wyrasta z codzienności i niczego nie oczekuje. Więcej piszę o tym w swojej najnowszej książce: „Sposób na szczęśliwe życie”.

Ponieważ może brzmieć to trochę tak, jakbym odleciała poza realne istnienie, zdecydowałam się napisać o tym zjawisku i pokazać, skąd się bierze, jak wygląda oraz jak bardzo każdy z nas może tego dotknąć. Bo jest to coś, po co warto sięgnąć. Ale co ważniejsze – większość z nas ma do tego dostęp, tylko nie zauważa swojego szczęścia.

I od razu taka dygresja: nie przesadzam z tym, że można nie zauważyć. Widać to nawet w horoskopie. Wystarczy, że człowiek ma Jowisza w XII domu i zaczyna mieć problem z byciem szczęśliwym, co oznacza, że nawet jak się zakocha albo wygra na loterii, to i tak nie odczuje szczęścia. Czasem sam pyta siebie: o co chodzi, czego ja chcę od życia, dlaczego tak mi smutno? Wówczas warto wziąć kartkę, długopis i wypisać ze zrozumieniem: czym dla mnie jest szczęście? Dla każdego to może być coś zupełnie innego. Nawiasem mówiąc – wielu z nas niezależnie od położenia Jowisza nie ma pojęcia, co go uszczęśliwia. Cieszymy się, kiedy bawimy się w dobrym towarzystwie, kiedy wygrywamy pieniądze lub jesteśmy zakochani. Mówimy: mam fart. Ale szczęście to coś o wiele więcej i żeby to odkryć, trzeba zadać sobie to pytanie. No, bo jak dosięgnąć szczęścia, jeśli nie mamy pojęcia, czym jest?

Poczucie szczęścia można w sobie rozwinąć. Tak samo, jak rozwijamy uczucie wdzięcznościczy nawyk pozytywnego myślenia. To coś, czego łatwo się nauczyć. Ale spełnienie to jeszcze coś innego – to poczucie samorealizacji, to odnalezienie sensu w swoim życiu i totalna satysfakcja, że oto… dokonało się. Jest! Dokładnie to, co miało być. Pokażę to na własnym przykładzie.

Zacznę od tego, że mam marzenia. Oczywiście mam i co roku z radością czekam na lato i możliwość kąpieli w jeziorze. Uwielbiam leżeć pod drzewem na nagrzanej słońcem trawie i co chwilę wskakiwać do wody, uwielbiam pływać. A jeszcze bardziej kocham południowe kraje, gdzie woda w morzu czy oceanie jest zawsze ciepła, a piasek cudownie gorący. Kocham ciepło i marzę o zwiedzaniu cudownych miejsc, lśniących od słońca. Grecja. Bora-Bora. Seszele.

Ale mogę też chodzić zimą na basen, a w pochmurne i deszczowe dni zajmować jedną z moich ulubionych rzeczy – pisaniem. Niezależnie od pory roku, pogody i miejsca na Ziemi, jestem zajęta czymś, co sprawia mi mnóstwo radości. Oto jedna z prostych recept na bycie szczęśliwym człowiekiem – posiadanie pasji, których realizacja sprawia, że Niebo schodzi na Ziemię. Kiedy kochamy to, co robimy, podnosimy swoja energię tak, że odnajdujemy szczęście. Bycie tu i teraz też może być celem samym w sobie. I nie chodzi wcale o to, aby leżeć do góry brzuszkiem i nic nie robić, chociaż lenistwo też niesie nam cenną lekcję. Można nauczyć się czerpać radość z samego istnienia. To wielka duchowa sztuka.

Był taki czas, że odliczałam dni do lata i zimą czułam się średnio, jakby czegoś bardzo mi brakowało. Jakbym była niepełna. Był też taki czas, że zamieniałam marzenia na cele i od nich uzależniałam swoje poczucie zadowolenia. Ot, taki cel jak wydanie książki czy wyjazd na przepiękną wyspę Santorini. Dopóki cel był przede mną, nie czułam się wcale do końca szczęśliwa, bo był we mnie brak. Warunkowałam pozytywne samopoczucie tym, aby się udało to coś osiągnąć.

Dopóki jesteśmy w drodze do celu, możemy czuć presję i napięcie, a cały świat jest… „nie taki”. Dopiero kiedy osiągniemy metę, rozglądamy się za kolejnym celem, aby znowu biec… Myślę, że wielu trenerów rozwoju wrzuca nas w taką pułapkę. To modna i powszechnie powtarzana zasada: wyznaczanie i realizacja celów to podstawa. Musimy bowiem mieć po co istnieć. Musimy gonić jakiegoś króliczka, nawet jeśli nauczyciel jest na tyle mądry, że pokazuje palcem radość samej gonitwy, a nie tylko złapanie zwierzątka za uszy. I chociaż cele są nam potrzebne, tak samo jak marzenia, to nie powinny nas warunkować, a jedynie motywować do działania.

Czasem też chodzi o to, by poczuć swoją misję i ją dopełnić. Coś szczególnego, po co zeszliśmy tutaj na Ziemię. Zatem przyznaję, że przez większość życia chciałam pisać książki i w końcu zostać znaną pisarką. Taki ambitny cel, który zrodził się w mojej głowie, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Wymyśliłam sobie, że po to tu jestem, chociaż mój horoskop karmiczny wyraźnie mi pokazywał, że swój program od dawna realizuję i to wcale przez pisanie. Ale przecież mamy marzenia. A takie właśnie było moje i skupiona na tym, czego chcę, nie zauważyłam, jak wszechświat daje mi znaki. Dopiero, kiedy mój Anioł Stróż kopnął mnie mocno w kostkę i zaryłam nosem o glebę, zrozumiałam. Chociaż i na to potrzebowałam czasu.

Bardzo często dostaję od swoich klientów listy z podziękowaniem za pomoc, za ułatwienie zmian w życiu, za odblokowanie jakiegoś obszaru, za to, że po pracy ze mną jest im po prostu lepiej. Jeszcze częściej dostaję podziękowania za stronę o Prospericie, ponieważ czerpią z niej dobrą energię ludzie, którzy poza tym wcale nie czują potrzeby zamawiania u mnie czegokolwiek. Wiedza tu podana wystarcza – otwiera im oczy, potwierdza przeczucia, rozjaśnia świat, poprawia nastrój, kieruje w najlepszą dla nich stronę.

Za którymś razem, kiedy pewna miła osoba podziękowała mi za pomoc i uzdrowienie, otworzyło mi się w umyśle okienko. Doznałam prawdziwego olśnienia i urzeczywistniłam je. To właśnie nazywam spełnieniem – poczucie dobrze przeżytego życia, zrealizowanie życiowej misji i tego, po co schodzi się na Ziemię. Dla mnie to właśnie usuwanie blokad u innych ludzi, którzy sami nie umieją tego zrobić. To pokazywanie kierunku do szczęśliwego życia. Nie jestem tu po to, by w świetle reflektorów odbierać literackie nagrody. Jestem tu po to, by ukryta w cieniu podnosić tych, którzy przewrócili się na swojej życiowej drodze.

Oto moje Niebo na Ziemi. Zrozumiałam, że już jestem całkowicie spełniona. I chociaż jestem jeszcze młoda, ciągle pełna radości, a przede mną wiele szczęśliwych lat, to tu i teraz już zrealizowałam zadanie, jakie wybrała sobie moja dusza. Rzecz jasna dusza chce uczyć się i doświadczać – lekcji nigdy dość, więc czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy i zdobywania fascynującej wiedzy. Ale to osobny temat. Jestem spełniona i tylko to się liczy. Tym chciałam się z Wami podzielić.

Być może niejeden z Was osiągnął coś, co dla niego ważne, lecz nie docenił i nie zauważył tego w ciągłej pogoni za realizacją coraz to nowych rzeczy. Tak jesteśmy nauczeni: zdobyłeś jakiś szczyt, biegnij zdobywać następny… i następny. Jeśli pojmujemy to mądrze, to nasze życie jest pełne pasji. To pięknie marzyć, zdobywać i poszukiwać. Ale warto też robić to z wewnętrzną harmonią i pełnym luzem. Zdobywać szczyt dla radości stawiania każdego kroku, z lekkim uśmiechem pozwalać, by się działo dokładnie tak, jak się dzieje. Bez presji. I dostrzegać sens w swoim tu i teraz.

Poczucie spełnienia nie odebrało mi marzeń i planów. Mam nawet wrażenie, że pracuję o wiele więcej niż kiedyś i robię mnóstwo nowych rzeczy. Ciągle mam nowe pomysły. Różnica polega na tym, że wszystko to robię bez napięcia i pośpiechu. Jestem w pełni zrealizowana, nie muszę się martwić, czy przed śmiercią zdążę to czy tamto. Robię to, co kocham i na kochaniu się skupiam, na radości tworzenia. Akceptuję, że wszechświat daje mi to, co dla mnie dobre, a nie to, co ja uważałam za wartościowe. Odpuściłam też czas… Pozwalam, by sobie płynął swoim rytmem. I wtedy życie znowu staje się lepsze i lepsze, i lepsze…

Bogusława M. Andrzejewska