Energia harmonii

Jesteśmy różni, a nasza różnorodność sprawia, że jako ludzkość jesteśmy fascynującym zjawiskiem. Każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego, dlatego każdy szuka dla siebie odpowiedniej muzyki, książki, jedzenia. Jesteśmy też na tyle dojrzali, że nie toczymy sporów o to, czyj wybór jest lepszy. Przyjmujemy, że o gustach się nie dyskutuje.

To samo dotyczy nauczyciela duchowego. Nikt nie jest ideałem, który mógłby sprostać oczekiwaniom całej grupy. To, co zachwyca jednych, niekoniecznie musi się podobać innym. Nawet sposób przekazu jest ważny – jedni wolą pełne miłości słowa podnoszące energię, a inni chcą jak najwięcej teorii, którą mogą wypełniać głowy i zeszyty. A jeszcze inni przychodzą na duchowe zajęcia, aby wzmocnić swoją ziemską energię konkretami nie mającymi nic wspólnego z duchowością.

Wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być. Wszystko jest w harmonii, a każdy jest we właściwym miejscu i czasie. Nawet jeśli na duchowym szkoleniu pojawia się ktoś, kto jest w ogóle „poza energią” warsztatu, to jest równie ważny, jak wszyscy pozostali. Uczy nas zazwyczaj tej istotnej prawdy, że ludzie funkcjonują na setkach poziomów i każdy level jest odpowiedni dla danej osoby.

Nie miewam od dawna takich doświadczeń i koniecznie chcę to podkreślić, aby moi cudowni studenci nie patrzyli po sobie i nie zastanawiali się, czy ja tu właśnie o nich nie piszę. Nie – to tylko teoria, która ma za zadanie zilustrować zasadę indywidualności i ogromnego zróżnicowania pomiędzy ludźmi. Dotykamy tej zasady w praktyce każdego dnia w wielu miejscach. Nie zawsze wystarcza nam tolerancji wobec tych, którzy myślą i działają „inaczej”. Być może uświadomienie sobie, że wszystko ma sens, pomoże łagodniej spojrzeć na pozornie skomplikowane sytuacje. Tylko „pozornie”, bo wszystko jest w harmonii.

A oto przykład z życia wzięty. Kiedyś jedna z moich koleżanek zaoferowała, że będzie organizowała dla mnie szkolenia. Organizacja, jak wiadomo, polega nie tyle na przygotowaniu sali, ile na reklamie i zebraniu grupy uczestników chętnych do udziału w warsztatach. Kiedy podjęłam z nią współpracę, natychmiast ktoś mi bardzo bliski kto ma wgląd w energię, powiedział: „Chcesz z nią współpracować? Bez sensu, przecież ona zupełnie z tobą nie rezonuje”. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam: „Zobaczymy”. Czasem udaje mi się uzdrawiać (zmieniać energetykę) ludzi samą swoją obecnością.

Niestety nic z tego nie wyszło. Koleżanka po jakimś czasie zaczęła organizować zajęcia, ale dla innych, nie dla mnie. Zainspirowałam ją, ale rzeczywiście nie rezonowałam na tyle, aby współpraca nam się ułożyła. Towarzysko można spotkać się i pogadać z każdym, ale nie z każdym można podejmować energetyczne działania takie, jak organizacja kursu. I najważniejsze w tym wszystkim jest to, że organizator przyciąga określony typ ludzi – zbliżony do siebie, powinien więc być na tym samym poziomie co prowadzący. I najczęściej tak jest, wtedy system działa dobrze. Kiedy patrzyłam na zdjęcia ze szkoleń organizowanych przez tamtą koleżankę i na ludzi, którzy brali w nich udział, widziałam wyraźnie, że te osoby nigdy by do mnie nie przyszły. Nadawały bowiem na zupełnie innej fali.

Prosperita czy Reiki i inne duchowe tematy, które są mi bliskie, wymagają od uczestników wewnętrznej gotowości. Oznacza to, że mi nawet nie wolno namawiać i zapraszać bezpośrednio na swoje zajęcia. Jedyne, co mogę, to zrobić ogłoszenie i wystawić w widocznym miejscu, np. na facebooku. Kto jest gotowy – trafi. Działa to, jak niepopularna zasada: „siedź cicho – znajdą cię”. Niestety nie można inaczej. Wiem o tym od … zawsze. Od czasów, kiedy dwadzieścia kilka lat temu to ja byłam organizatorem dla pewnej cudownej duchowej nauczycielki. Nie dla mnie zatem tak modne teraz wszechobecne reklamy i wyskakujące ciągle okna „Kup teraz!”.

Działa tutaj zasada harmonii energetycznej. Teoretycznie można na kogoś znajomego wywrzeć presję i skłonić do przyjścia na kurs. Natomiast efektów nie będzie, a odczucia mogą być nieciekawe, kiedy wda się mocne oczyszczanie u kogoś, kto nie powinien w tym miejscu się pokazać. Wiedzą o tym na przykład wszyscy reikowcy – nie  wolno namawiać do zabiegu. Chętny ma poprosić, czyli to właśnie osoba potrzebująca ma poczuć, że chce i bodaj jednym gestem typu „proszę, zrób mi zabieg” to okazać. To samo dotyczy szkoleń o wysokiej energii. Tu potencjalny uczestnik kursu ma samodzielnie dokonać wyboru. Nie może być namawiany.

Dlatego w moim nauczaniu i moich szkoleniach panuje zasada, że kiedy uczeń jest gotowy – znajduje mnie sam. Działa to bez pudła. Średnio raz dziennie dostaję list o treści mniej więcej: „Przeglądając internet trafiłam przypadkiem na pani stronę”… Cudowne! Tak właśnie działa harmonia energii. Kto ma trafić – trafi – wystarczy, że strona jest w sieci. Jest to też dla mnie bardzo komfortowe, że nie muszę jak akwizytor tłumaczyć, że dobre jest naprawdę dobre. Pozwalam ludziom  ocenić niezależnie i po swojemu to, co oferuję. Nie muszę też z nikim rywalizować, bo energia sama prowadzi.

Nie rywalizuję. Nie lubię tego. Nigdy też tego nie robiłam, bo jest to dla mnie sprzeczne z tym, co czuję. Uważam, że wszyscy jesteśmy jednością, więc rywalizacja z kimś jest kopaniem samego siebie po kostkach. Pisałam o tym wielokrotnie, że konkurowanie z kimś jest dla mnie totalną bzdurą, wyrastającą z niskiego poczucia wartości. Z nikim nie musze się mierzyć ani porównywać. Ja wiem, że jestem świetnym wykładowcą i wiem, że konkurencji nie mam. Bo są na świecie osoby, dla których zawsze będę najlepsza w tym, co robię i jest ich bardzo, bardzo dużo…

Ale dostrzegam różnice pomiędzy ludźmi. Jesteśmy Jednością Indywidualności. To ważne, żeby wiedzieć, że każdy jest jedyny i niepowtarzalny. Każdy ma też swój poziom wibracyjny, który może, ale nie musi być dopasowany do mnie. Zależnie od tego wybieramy sobie zatem ulubioną muzykę i ulubionego nauczyciela. Moje koleżanki po fachu mają zatem swoich zadowolonych uczniów, z którymi idealnie rezonują. Rywalizacja polega na tym, że próbowałabym ściągnąć do siebie osoby, które mnie nie zrozumieją i nie skorzystają z mojego przekazu. Po co? Dla pieniędzy? Nie jest to warte żadnych pieniędzy.

Jestem starą duszą, która nie po to podnosiła swoje wibracje przez wiele wcieleń, żeby teraz zbierać skrzętnie „kasę”. Jestem tu po to, by pomagać ludziom sublimować energię. To ten czas, kiedy wraz ze wznosząca się Ziemią wzrastamy wewnętrznie. To czas, kiedy nie możemy omijać harmonii wszechświata i jego zasad. A najważniejszą z tych zasad jest samostanowienie. Każdy ma prawo sam o sobie decydować. Jeśli manipuluję kimś, wywieram presję – wówczas naruszam tę zasadę. Dlatego pokazuję, proponuję i zapraszam, ale bez nacisku. Kto jest gotowy na łyk silnej, dobrej energii, trafi do mnie bez problemu. Doświadczam tego od lat.

Bogusława M. Andrzejewska

Sens życia

W fascynującym wielobarwnym życiu dominuje doświadczanie, jako najważniejszy powód naszego istnienia. Są tacy nauczyciele duchowi, którzy w ogóle podważają sens naszego rozwoju zakładając, że jedyne po co zeszliśmy na Ziemię to właśnie przeżywanie i poznawanie. Z tego punktu widzenia cokolwiek się dzieje jest dobre i godne uwagi. Nawet to, co postrzegamy jako zło czy cierpienie dla nas, dla duszy jest radością nowego doświadczenia. Ta hipoteza ma jedną dobrą stronę: nie musimy się wysilać, wystarczy być i już spełniamy wymogi istnienia.

Ja jednak jestem zdania, że Ziemia jest dla duszy poligonem rozwoju i w moim postrzeganiu świata wzrastanie, rozpoznawanie w sobie mocy dobra i nauka bezwarunkowej miłości są najważniejszym celem życia. Jesteśmy tutaj po to, aby uczyć się kochania pomimo wszystkiego, czego doświadczamy. Czasem nawet niejako na przekór trudnym wydarzeniom.

Moja hipoteza sensu życia może stać się logicznym wyjaśnieniem tego wszystkiego, co w naszym dualnym pojmowaniu świata jawi się koszmarem. Te wszystkie wojny, kataklizmy, nieuleczalne choroby i inne nieszczęścia nie są przecież przypadkiem ani jakąś karą dla nas. Są odzwierciedleniem jakiejś cząstki, którą w sobie nosimy jako istoty wielowątkowe. Nawet jeśli świadomie pragniemy wyłącznie dobra, to na głębszym poziomie mamy w sobie lęk albo potrzebę odwetu, albo żal czy gniew, którego nie jesteśmy gotowi uwolnić.

To ludzie wywołują wojny, okradają siebie nawzajem, niszczą planetę i kłócą się ze sobą. To ludzie kształtują swoje ciało zabarwiając je chorobą, co wyraźnie pokazuje psychosomatyka. I najprostsze, co przychodzi na myśl w takim kontekście, to mozolne uczenie się zasad życia tak, aby przestać niszczyć Ziemię, zabijać czy krzywdzić innych, ranić samych siebie chorobami. Wiedzę zdobywamy najdosłowniej poprzez doświadczenie. Cierpiąc, zadajemy sobie pytanie: co robić, aby to uzdrowić? Odpowiedzią zawsze jest miłość i dobroć. Tego właśnie się tutaj uczymy: wyjścia poza negatywne emocje, chęć zemsty czy udowodnienia innym swojej siły.

Temu też służy cała ta „ciemna strona”, która budzi w ludziach tyle wątpliwości. Czasem zadajemy w stronę Nieba rozpaczliwe pytanie: „skąd tyle zła? Dlaczego i po co ono?” Każdy z nas, kiedy wsłucha się w siebie wie, że Najwyższe Źródło jest bezmiernym oceanem miłości bezwarunkowej. Skąd zatem tyle cierpienia? Kto nas tak karze i za co? Powstały nawet wyznania, które próbują nas przekonać, że Ziemia jest planetą, która nie podlega Bogu-Stwórcy, lecz została oddana ciemnym siłom. Inne hipotezy głoszą, że jesteśmy hodowlą „złych” istot, które nas wykorzystują. A że energetyka naszej planety jest specyficzna, to takie teorie wydają się niektórym bardzo prawdopodobne.

Tymczasem najrozsądniejsze może być wyjaśnienie najprostsze, czyli zauważenie, że nasz świat to właśnie poligon treningowy, gdzie uczymy się kochać i być dobrymi, pomimo całego zła, jakie tylko można wymyślić. I w tym ćwiczeniu biorą udział te dusze, które się kształcą, rozwijając w sobie dobro i te, które przyjęły na siebie trudną rolę „katów”. Bo przecież w raju niczego nauczyć się nie można. Leżąc na pachnącej trawie wśród kwiatów i rozmaitego bogactwa, w pełnym bezpieczeństwie – cóż można poza rozkoszowaniem się istnieniem? Dopiero w trudnych warunkach uczymy się szlifowania swoich umiejętności.

Wcale nie ukrywam, że chętnie poleżałabym w raju na trawce. Oczywiście. Ale moja dusza wybrała sobie całą masę skomplikowanych wyzwań, które raz po raz rzucają mnie twarzą o ziemię i to wcale nie na miękką trawę. Nie mam innej opcji, muszę podążać za wyborem swojej duszy i zaakceptować wszystkie lekcje, które mi stawia na drodze. Jednak sens życia nie polega wyłącznie na pogodzeniu z losem, lecz na odnajdowaniu wszędzie dobrej energii. To nie poddanie trudnym doświadczeniom zapewnia nam punkty w treningu, lecz radość życia, zachwyt, odczuwanie miłości i wdzięczności czy nawet wybaczenie katowi, który ma jeszcze dłonie mokre od naszej krwi.

W tym wybaczeniu bardzo pomaga świadomość harmonii wszechświata i dostrzeganie logiki wydarzeń. Kiedy widzimy i rozumiemy swoją lekcję, to nie możemy mieć żalu do nauczyciela. Możemy jedynie odczuwać wdzięczność do niego za to, co nam pokazał. I w gruncie rzeczy potrzeba wybaczania znika całkiem. Bo po co wybaczać komuś, do kogo czujemy jedynie wdzięczność?

Wiem, że moje słowa dalekie są od praktycznego przeżywania emocji. Łatwo się pisze o wybaczaniu i nauczaniu, o wiele trudniej doświadczać tego wszystkiego i przy tych uczuciach odkrywać w sobie dobro. To czasem niezwykle trudne doznania, które owocują dużą ilością silnych negatywnych emocji. Mam jednak w sobie ogromną pewność, że właśnie o to chodzi w tej fascynującej grze, aby umieć wyjść poza to, co się czuje i świadomie wejść na boski poziom istnienia. Czyli właśnie w chwili największego żalu i gniewu pokłonić się z wdzięcznością duszy „kata” i pobłogosławić go bezwarunkową miłością.

Bez względu na to, w co wierzymy, każdy zgodzi się ze mną, że to bardzo trudne zadanie – spontanicznie wychodzić poza negatywne emocje i złe oceny innych ludzi i sytuacji. Bo sytuacje też nas drażnią – śnieg w środku wiosny, kiedy złaknieni jesteśmy ciepła, spóźniający się pociąg, kiedy jesteśmy zmęczeni, brak prądu, kiedy mamy mnóstwo pracy… Wszystko wokół nas toczy się swoim rytmem, nie zawsze zgodnym z naszymi oczekiwaniami. I rzadko kiedy udaje nam się zachować spokój i pozostać z rozsądnym pytaniem: czego mnie to uczy? Co mi pokazuje? Najczęściej poddajemy się uczuciom i szarpiemy sami ze sobą w gniewie, żalu lub rozpaczy. Tworzymy w sobie opór i nie pozwalamy płynąć energii. Tymczasem właśnie wiara w harmonię wszechświata jest tym, co powinno nam zawsze towarzyszyć.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Harmonia odtwórcy

Mam swoich naśladowców w sieci. To nic złego, to tylko oznacza, że jestem naprawdę świetna, jeśli ktoś zapożycza ode mnie większość tematów, pomysłów, form graficznych, a nawet tak prostych drobiazgów, jak sposób pozdrawiania. Wiedza, którą udostępniam jest dla wszystkich, zatem nie przeszkadza mi, że ktoś „ściąga” publikowane przeze mnie treści i podaje dalej na swojej stronie, lekko zmienione. I tak sprzedaję wodę na brzegu rzeki – przecież prosperita to sposób szczęśliwego życia w miłości i radości, to coś tak oczywistego, że nosimy to uśpione w każdej komórce swojego ciała. Nic tu nie jest moją własnością, poza prywatnymi zdjęciami.

Bardzo mnie w tym zjawisku ucieszyło, że moi naśladowcy także pilnie uczą się ode mnie. Na przykład: zamieniają niekorzystne słowo „obfitość” na dobrostan, dobrobyt i bogactwo – na co niedawno zwracałam uwagę w swoim artykule. Zmiana nazewnictwa nastąpiła oczywiście zaraz po tym, jak opublikowałam swój artykuł w sieci. A to znaczy, że osoby te pilnie czytają moją stronę i rozwijają się dzięki energii, która jest w każdym moim słowie. To ważne, ważniejsze niż szybkie zamieszczenie faviconki zaraz po tym, jak ten drobiazg graficzny pojawił się u mnie. Obrazek nie ma znaczenia, a właściwe nazewnictwo tak, ponieważ słowa mają moc.  Cieszę się, że oprócz setek studentów i klientów, dla których jestem autorytetem, mam także ukrytych pilnych uczniów, którzy skrupulatnie czerpią ode mnie wiedzę w wielkiej tajemnicy. Jestem dumna tym bardziej, że to doradcy, prowadzący blogi o psychologicznej treści, a więc śmiało mogę powiedzieć: jestem nauczycielem dla nauczycieli i psychologiem dla psychologów. Jestem The Best !

Czasem tylko zastanawiam się, dlaczego ludzie nie działają w harmonii serca, lecz udają kogoś, kim nie są. Nie mam wątpliwości, że ktoś, kto podąża własną ścieżką nie musi powielać cudzych wzorców. W pewien sposób wszyscy się oczywiście uczymy – przede wszystkim przez własne doświadczenie, ale też przez książki, audycje, nagrania. Jednak to, co jest pieśnią naszej duszy, przychodzi z wnętrza. Kiedy piszę dla Was kolejny artykuł na swoją stronę, to dlatego, że on sam do mnie przychodzi. Spływają słowa i zdania, spływają argumenty. Krążą we mnie, kiedy zmywam naczynia i spaceruję. Uspokajają się dopiero wtedy, kiedy przeleję je na papier lub ekran komputera. W gruncie rzeczy są jednak tylko moje. Oczywiście – sama inspiracja może przyjść z zewnątrz – z wydarzenia, spotkania, przeczytanej książki. A nawet jak w tym wypadku: z przypadkowego trafienia na jeden z blogów. Potem jednak wszystko, co tworzę, jest już tylko moim przemyśleniem.

Często zadaję sobie pytanie, jaki jest sens podążania cudzymi ścieżkami? Harmonia serca to stan pełnego rozumienia własnej duszy i realizowania tego, co jest naprawdę ważne dla nas. Czujemy to w sobie. Nie musimy tego szukać na stronach innych ludzi. Odnajdujemy to w każdym swoim oddechu, wiedząc, że jesteśmy absolutnie unikalni i doskonali tacy, jacy jesteśmy. Idąc za głosem własnego serca, dostajemy w darze błogość szczęśliwego życia i poczucie spełnienia. Nic nam tego nie zastąpi i nie znajdziemy klucza do własnych drzwi w cudzej kieszeni.

Stale powtarzam, że każdy z nas powinien myśleć samodzielnie, a najlepszy drogowskaz znajdziemy we własnym wnętrzu. Kiedy słuchamy siebie, realizujemy plany własnej duszy. Aby przybliżyć ten temat, wprowadziłam nawet osobny rozdział dotyczący harmonii serca, bo uważam, że rozumienie tego pojęcia jest kluczowe dla naszego rozwoju. Tego właśnie dotyczy – autentyczności. Zaufania w to, że jest się doskonałym takim, jakim się jest i nie potrzeba dowartościowywać się kopiowanymi od innych określeniami i pomysłami. A może lepiej usiąść spokojnie i podążyć uwagą w sam środek własnego serca, by zapytać: co jest dla mnie najlepsze? Czym powinienem się zająć? W jakim obszarze będę twórcą, a nie odtwórcą?

Nie mam monopolu na całą wiedzę Wszechświata i czasem nie znam odpowiedzi na takie pytanie, jak sensowność naśladownictwa. Dostrzegałam tu tylko działanie przeciw sobie i samooszukiwanie. Taka dusza odchodzi z tego świata z długiem karmicznym, aby w kolejnym wcieleniu ponownie przymierzyć się do swojego prawdziwego celu. Kiedy jednak przemedytowałam swoje wątpliwości, pojawiła mi się informacja, że czasem celem życia jest właśnie naśladownictwo samo w sobie. Takie osoby spełniają tu na ziemi ważną misję – są kopiarką dla treści, które powinny dotrzeć do jak największej ilości osób. Dzięki temu, że podają dalej dobre myśli i pozytywne nauki, umożliwiają wzrastanie większej ilości osób. Czasem listonosz, który doręcza list jest równie ważny jak nadawca, który zawarł w liście całą swoją miłość.

Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i współistniejemy w harmonii. Pozornie trudno dostrzec harmonię tam, gdzie obok twórcy wyrasta odtwórca. Jednak z duchowego punktu widzenia, oboje współpracują ze sobą, a ich role są równie ważne. Najciekawsza książka bez wydawcy i księgarni straci swoja wartość, bo nikt nie będzie wiedział o jej istnieniu. Podobnie z wartościową wiedzą – powinna być rozpowszechniana na wszelkie możliwe sposoby. Jest mi niezmiernie miło, że to moje słowa, pomysły i określenia są naśladowane.

To ważna lekcja, bo w dualnym i materialnym świecie bardzo mocno przywiązujemy się do podziału: to jest moje, a to twoje. Prawa autorskie spędzają ludziom sen z powiek. Tymczasem wszystko to, co robimy dla dobra innych, jest wspólne. Nigdy nie miałam problemu z poczuciem własności. Zdarzało mi się trafić w sieci na swoje teksty podpisane cudzym nazwiskiem lub wcale nie podpisane. Traktowałam je jako mój dar dla świata i cieszyłam się, że komuś się aż tak spodobały, że chciał je opublikować. Nie przeszkadza mi to, błogosławię każdego, kto z ciekawością przeczyta to, co mam do przekazania.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia słów

Dobre słowa są jak światło, które oświetla drogę w ciemnościach, pokazując nam najlepsze ścieżki. Bywają latarnią, dzięki której wreszcie docieramy do celu po długiej wędrówce. Rozjaśniają mrok smutku, obaw i chwilowych wątpliwości, jak lampa wniesiona do ciemnego pokoju. Dobre słowa mogą być też jak promień lasera – niszczą chorą tkankę kompleksów, pozostawiając po sobie tylko prawdziwy diament naszych serc, to co w nas najpiękniejsze i najsilniejsze. I jak laser mogą odciąć nas od paraliżującego strachu, który nie pozwalał pójść naprzód. 

W słowach można zamknąć cudowną energię, która wyzwolona doda nam sił swoją mocą. Największą i najcenniejszą sztuką jest napełnić słowa miłością do świata i do siebie. To właśnie wtedy stają się one czarodziejską różdżką, która wraz z dźwiękiem naszego głosu sprawia, że świat się staje lepszy. Równie piękną i magiczną siłę ma słowo pisane, które ożywia, wzmacnia i rozbawia, kiedy czytamy je w książce lub na ekranie. Każdy z nas ma dostęp do mocy słów. Każdy z nas ma też w sobie możliwość i mądrość, by tworzyć tylko dobrą energię.

Czy jednak umiemy? Czy chcemy? Nie zawsze o słuszności naszych wyborów decydują emocje. Kiedy jesteśmy owładnięci żalem, gniewem lub rozpaczą, nasze słowa same sypią się z naszych przepełnionych cierpieniem myśli. Są jak iskry, które spadając na lewo i prawo – gasną, kiedy pogrążą się w wilgoci lub wywołują pożar tam, gdzie podłoże jest przesuszone. Doświadcza tego każdy z nas – to ludzkie i zrozumiałe, chociaż i tak warto nauczyć się zarządzać emocjami tak, by nikogo nie ranić.

Czasem jednak dostrzegam niskie i ciężkie energie, które płyną, jakby zupełnie pozbawione kontroli – dla zabawy. Są ludzie, którzy wybierają takie wibracje, bo wydają im się one śmieszne. A nie są. I podobnie jak dzieci, które bawiąc się ogniem bez kontroli, podpalają własny dom i uciekają z niego poparzone, tak i rzucając słowami o niskich energiach, robimy sobie sami krzywdę. Wierzę, że wynika to zjawisko z braku świadomości. Ale niestety obserwuję też, że życie takich osób dalekie jest od szczęścia. Może zatem warto zrozumieć ten mechanizm właśnie po to, by przestać podpalać samego siebie?

Przykładem niech będzie pozornie „zabawny” tekst, którego sens brzmi: „jestem wredna i dobrze mi z tym, bo przynajmniej nie jestem fałszywie miła, a poza tym to ludzie mnie taką zrobili”. To pięciokrotna świadomość ubóstwa, do której aż wstyd się przyznawać, ale przede wszystkim afirmacja, która napisana publicznie i odczytana setki razy programuje autorkę tak samo intensywnie, jak wszystkie pozytywne dekrety.

Nasza podświadomość nie ma niestety poczucia humoru. Oznacza to między innymi, że nie odróżni żartu czy sarkazmu od prawdy. Wszystkie zdania wymawiane w pierwszej osobie, które przypisują nam paskudne cechy, są przez nią łykane, niczym świeże poziomki, na zasadzie: „mówisz i masz”. Dlatego nawet w żartach nie wolno przypisywać sobie głupoty czy wredoty. Zdecydowanie wolę myśleć o sobie, że “jestem mądra, miła, zdrowa i bogata“. Nawet w żartach powtarzam często: “a kto bogatemu zabroni (np.) wypić herbatkę?” Oto żart – świadomości prosperującej. Programuję siebie na bycie bogatą w każdej sytuacji. Wole być bogata niż wredna.

Drugi błąd w cytowanej wyżej negatywnej wypowiedzi, to stwierdzenie, że “mi z tym dobrze”, co wprowadza do podświadomości wzorzec, że bycie wrednym jest właściwe. Jeśli jest właściwe, to będzie zasilane, podobnie jak bogactwo w afirmacji: „Żyję w luksusie i czuję się z tym dobrze”. To nie tylko utrwalenie w sobie tej cechy. To także program, który będzie stawiał nam na drodze wyłącznie „wrednych” ludzi – szczególnie wtedy, kiedy będziemy modlić się o dobro, pomoc czy nagrodę. Jeśli „wredota” jest dobrem, to będziemy ją dostawać na okrągło. Bo dlaczego nie, skoro chcemy i lubimy.

Wszechświat to lustro. Niemądre panienki, które popisują się pozorną elokwencją, chciałyby być tymi jedynymi wrednymi, które kopią wszystkich dookoła i mają u swoich okrutnych stóp cały świat. Widzą siebie, jako zimne królowe, nierzadko z pejczem w dłoni, luksusowo ubrane, które nic od nikogo nie potrzebują. Nie rozumieją, że im bardziej są wredne, im bardziej w to wierzą, tym więcej wrednych ludzi pojawia się w ich rzeczywistości. I prędzej czy później to one upadną skopane przez kogoś. To one poczują na swoich plecach ten metaforyczny pejcz. To one doświadczą upokorzenia, którym chciałyby przysypać wszystkich swoich wrogów.  

Trzeci element świadomości ubóstwa to stwierdzenie, że bycie miłym jest z gruntu fałszywe. A czy musi? I czy zawsze? Nie wiem, jak Wy, ale ja nie spotykam fałszywych ludzi nigdy i nigdzie. Może dlatego, że sama taka nie bywam. Jestem sobą, jestem szczera i wcale przy tym nie wchodzę w jakieś dziwne pojęcia. Gdybym jednak uznała, że bycie miłym to fałsz, to z pewnością wykreowałabym takie właśnie doświadczenie. Tylko po co? Czy nie lepiej przyjąć, że: „otaczają mnie cudowni i prawdziwi przyjaciele”? To my tworzymy swój świat i my swoimi myślami przyciągamy określonych ludzi.

Czwarty negatywny element tego krótkiego tekstu, to zrzucenie odpowiedzialności z siebie na innych. Stwierdzenie, że ktoś nas uczynił złym, jest kwintesencją ignorancji. To my i tylko my przyciągamy każde trudne doświadczenie do swojego życia. Możemy tupać i płakać, możemy bardzo się buntować, ale tego faktu nie zmienimy. Czasem mamy za sobą trudne dzieciństwo i okrutnego rodzica. Innym razem mamy za sobą toksyczny związek i nic nie zmieni naszej bolesnej przeszłości. Możemy jednak zmienić przyszłość, uzdrawiając wzorce, którymi stworzyliśmy te niechciane sytuacje. A wszystko po to, by nigdy więcej nie cierpieć. Jak to wygląda w praktyce pisałam wiele razy. Mówienie, że ktoś mnie zrobił wredną, to jak stwierdzenie, że premier Bangladeszu jest winny temu, że nie smakuje mi kanapka, którą sobie własnoręcznie zrobiłam. I nie ma znaczenia tutaj geografia – równie winny jest Król Namibii.

Piątym elementem świadomości ubóstwa jest niejako podsumowanie wszystkiego, chociaż znalazłabym tu jeszcze i szósty i siódmy element, ale … już dość! Podsumowanie to oznacza, że jeśli ktoś świadomie mówi: wolę być wredna niż miła (nie ważne, czy fałszywie czy nie), to jednoznacznie opowiada się po stronie ciemności. To tak jakby powiedzieć: „wolę smród niż zapach”, „wolę zło niż dobro”. To też program, który w naszym życiu zadziała. Taka osoba jest potem wielce zdziwiona, że ludzie ją atakują, dokuczają jej, odrzucają ją, a szczęście nie chce sprzyjać. Bywa samotna, zdradzona, oszukana i  wreszcie chora. Ma pretensje do całego świata, a przecież wszystko dzieje się zgodnie z jej „zamówieniem”.

Nasze słowa powinny być harmonijne z tym, czego pragniemy. Jeśli chcemy być naprawdę szczerze kochane, to należy mówić i pisać o miłości. Jeśli chcemy mieć przyjaciół, to warto dobrze mówić o ludziach. Wśród naszych znajomych jest mnóstwo przesympatycznych osób, na których można skupić uwagę, doceniając ich i wzmacniając wszystkie ich dobre cechy. Jeśli chcemy więcej dostatku, to warto mówić o bogactwie i opisywać swoje najpiękniejsze marzenia. Szkoda czasu i energii na pseudo humorystyczne popisy, które nikomu nic dobrego nie przynoszą.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia wyglądu

Nasz wygląd bywa czasem największą pułapką wszechczasów. Niemal wszyscy nosimy w sobie jakieś wyobrażenie, jak powinien wyglądać mężczyzna lub kobieta. Ponadto media próbują nam wcisnąć własną wizję tego, co akurat ich zdaniem jest modne. To oczywista bzdura, której niespójności nikt nie zauważa. Wystarczy odrobina historii, by zrozumieć totalny brak logiki w naszym podejściu do samych siebie. Często krytykujemy swoją sylwetkę, włosy czy nogi. Biegamy na siłownię lub aerobik, katujemy się rozmaitymi dietami, zmieniamy fryzjera i ciągle wydaje nam się, że nie wyglądamy dość dobrze, że jesteśmy za grube, za chude…

Spójrzmy na obrazy flamandzkiego malarza Petera Rubensa. Uwiecznione przez niego nagie kobiety na pierwszy rzut oka są o wiele grubsze niż nakazuje dzisiejsza moda. Jeśli popatrzymy na obraz „Adam i Ewa”, będący kopią dzieła Tycjana, mamy w jednym dwie różne epoki – wiek XV i przełom wieku XVI i XVII. Ewa na tym obrazie uznana zostałaby dzisiaj za grubą i wysłana na siłownię. W tamtych czasach taki wygląd był zupełnie naturalny. A nawet więcej – był piękny i kobiecy. Bądźmy pewni, że matkę ludzkości przedstawiono zgodnie z ówczesnym kanonem wielkiej urody – to oczywiste.

W czasach, gdy Rubens malował swoje obrazy, panie, zajmujące obecnie czołowe miejsca na listach modelek, zostałyby uznane za brzydkie i chore. Głównie z powodu nadmiernej szczupłości. Przez wiele lat krągłe kształty były warunkiem uznania kobiety za atrakcyjną. Dzisiaj mamy zupełnie inne wzorce, ale pamiętajmy, że są to wzorce wymyślone przez ludzi. Kto wie, jak będzie wyglądał ideał kobiecości za sto lat?

Najwyższy czas uświadomić sobie, że nie wolno być uwięzionym w cudzych wizjach. Nie wolno poddawać się tyranii czegoś, co ktoś uznał za obowiązującą modę. Nie ma znaczenia, ile ważymy i jaką mamy budowę ciała, dopóki jesteśmy zdrowi i nie przekraczamy norm związanych z zagrożeniem chorobą. Tylko lekarz ma prawo decydować o tym, czy mamy za dużo lub za mało ciała. Nie jest natomiast ważne, ile mają nasze nogi w obwodzie na wysokości łydki czy uda, jeśli dobrze się czujemy. Nie ma znaczenia czy uszy przylegają nam płasko do głowy, czy też nie przylegają zupełnie. To nasze uszy i możemy je kochać takimi, jakie są. Zupełnie nieistotne jest też, jaki nosimy rozmiar stanika. Wszystkie rozmiary kobiecych piersi mają swoich fanów. Wszystkie bez wyjątku.

W każdym z nas jest mnóstwo piękna. Nie widzimy go, bo skupiamy całą swoją uwagę na drobiazgach, które odbiegają od narzuconych nam przez innych norm. Martwimy się odstającymi uszami, rzadkimi włosami, grubymi łydkami, brakiem wyraźnie zaznaczonej talii, bo niesłusznie uważamy, że te wszystkie rzeczy są niedobre. Otóż są dobre, takie jakie są. Włosy nie musza być gęste, uszy nie muszą przylegać, a łydki i talia nie mają wytycznych, co do ilości centymetrów czy też jakichś proporcji. Warto uwolnić się od reżimu pod hasłem: tak powinnam wyglądać i zastąpić go: jestem sobą i jestem cudowna! Możemy z radością uwypuklać swoje piękno i podkreślać te elementy swojego wyglądu, które uważamy za szczególnie interesujące. Wystarczy nam do tego dobrze dobrana fryzura, lekki makijaż, ładnie leżące ubranie, a czasem dobry dentysta.

Wysokie poczucie własnej wartości to akceptowanie swojego wyglądu dokładnie takim, jaki jest. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy wysocy czy niscy, szczupli czy zaokrągleni, nasze nogi są grube czy krzywe, nasza głowa mała czy duża, a włosy długie czy krótkie. Kluczowym słowem niech będzie tu różnorodność. Istniała ona od zawsze, również dlatego, że istnieje mnóstwo ras ludzkich, które różnią się między sobą. Czy ktoś może powiedzieć, że człowiek o ciemnej skórze jest ładniejszy lub lepszy od albinosa? A czy rude i kręcone włosy są brzydsze lub gorsze od prostych i jasnych? Oczywiście, mamy różne preferencje i określony typ urody podoba nam się bardziej niż inny, ale druga osoba może dokonać całkiem odmiennego wyboru. Nic nie jest w tym wyborze brzydkie. Dlatego każdy z nas – dokładnie każdy, kto czyta te słowa – może pełni zaakceptować siebie ze swoim wyglądem i uznać się za osobę ładną (lub przystojną). Każdy wygląd jest dobry. Harmonia wyglądu jest w naszym umyśle. Brzydcy (za grubi, za chudzi…) jesteśmy tylko wtedy, kiedy tak myślimy.

Bogusława M. Andrzejewska

Moja Harmonia

W dzisiejszych czasach, kiedy z każdej strony bombarduje nas wiedza różnorodnych nauczycieli, jest nam niezwykle trudno usłyszeć swój wewnętrzny głos. A tylko ten głos jest w istocie najlepszy, ponieważ każdy z nas ma swoją prawdę zamkniętą w sercu. Rzadko umiemy ją usłyszeć. Wolimy biec za zewnętrznymi autorytetami i słuchać wskazówek innych ludzi. Tak jest po prostu wygodniej. Oczywiście nauczyciele są potrzebni, ale właśnie po to, aby odnaleźć samego siebie.

Moim zdaniem naszą prawdziwą istotą jest miłość bezwarunkowa. Dodam do tego szczyptę radości i górę akceptacji. Uważam, że pozytywne myślenie, szczery śmiech i ogromna dawka tolerancji wobec tych, którzy myślą inaczej niż my, prowadzą nas do prawdziwego celu naszej duszy – do Jedności z Najwyższym Źródłem. Prawdziwie duchowa ścieżka przejawia się spontaniczną dobrocią, ciepłem i radością. Czasem pobłażliwym uśmiechem w stosunku do tych, którzy z tej ścieżki dawno zeszli i dumnie nazywają samych siebie „duchowymi nauczycielami”. A przede wszystkim zrozumieniem wobec tych, którzy idą wolniej niż ja, są na samym początku i radośnie pokrzykują: „jestem już oświecony!”

Jestem Miłością i Światłem – to moja codzienna mantra. Moja harmonia polega na dostrzeganiu równowagi w pozytywnym podejściu do życia. To podejście – jak wszystkim moim Czytelnikom i Studentom wiadomo – opiera się na właściwym i rozsądnym traktowaniu życiowych trudności oraz na uzdrawianiu negatywnych wzorców. Nie jestem lukrowaną landrynką, umiem tupnąć nogą, zakląć i zganić tych, którzy postępują niezgodnie z zasadami duchowego rozwoju, a prowadzą innych jako nauczyciele. Nie atakuję nikogo, ale pokazuję swój punkt widzenia. Są i tacy, którzy obrazili się na mnie, kiedy w delikatny sposób pokazałam, że poniżanie i wyśmiewanie drugiego człowieka nie ma nic wspólnego z rozwojem duchowym, o jakim trąbią na forach. Jednak niezmiennie powtarzam, że to miłość wszystko uzdrawia, a tylko skupienie na tym, co dobre – do tego dobra nas prowadzi. Harmonią jest zatem bycie miłością, która czujnie, ale z uśmiechem dostrzega wszystko to, co wymaga uzdrowienia.

Uważam, że w błędzie są ci, którzy równowagę postrzegają jako stanie pośrodku pomiędzy dobrem i złem. Przysłowiowe: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek” nie świadczy o harmonii, lecz o braku zdecydowania, o huśtaniu się na skrzyżowaniu dróg i niepewności, komu chcemy służyć. Jest w tym też niedostrzegane przez wielu niebezpieczeństwo zanurzenia się w swoich negatywach na stałe. Rzekomo po to, by je naprawić i uzdrowić, rzekomo z wielką pokorą – w istocie to sprytna pułapka, z której nie ma powrotu. Nieumiejętne babranie się w swoich „grzechach” skutkuje zejściem energii tak nisko, że ciemna strona mocy bez trudu zabiera nas na własność. Uwierzcie – trzeba umieć pracować z własnymi negatywami. Robi sie to w wysokich energiach i z miłością. Walenie się w piersi, krytykowanie siebie i sypanie głowy popiołem juz przerabialiśmy – z wiadomym skutkiem.

Dopóki nie osiągniemy oświecenia, jesteśmy tylko ludźmi na drodze. Ludźmi poszukującymi, błądzącymi i huśtającymi się w iluzji dualności. Negatywne zdarzenia i negatywne działania innych to lustra, w których możemy się przejrzeć i drogowskazy, które mówią: „zawróć, bo idziesz w niewłaściwą stronę”. Są nam potrzebne. Jak dojść do celu bez jednej bodaj wskazówki? To, co nazywamy ciemną stroną mocy, jest równie harmonijne jak wszystko inne. To też słupki milowe na drodze naszego rozwoju. Nie warto ich potępiać, warto zauważać i umieć zmienić bieg swojej drogi.

Od pewnego czasu trwa nagonka na styl życia oparty na pozytywnym myśleniu. Ciemna strona mocy, poprzez swoich wytrwałych pracowników szerzy wieści, że pozytywne myśli są „be” i należy nurzać się cierpliwie w negatywnych wytworach własnego „ego”, tarzać się w swoich problemach, złych myślach i strasznych cechach. Bo podobno nie ma nic gorszego, niż maski polegające na udawaniu, że jest się uduchowionym i świetlistym, kiedy w głębi naszej duszy nosimy żale, bóle i nienawiści. Otóż jest coś o wiele gorszego – skupianie się na własnych negatywach.

To z czym intensywnie pracujemy i medytujemy, to zasilamy. Dlatego też praca z uzdrawianiem negatywnej cechy nie polega na tarzaniu się w niej i waleniu pięścią we własne piersi, ale na uwolnieniu i wzmocnieniu jej pozytywnego przeciwieństwa. Jeśli ktoś nie umie pozbyć się z serca nienawiści, to nie może w kółko powtarzać: jestem grzeszny, bo nienawidzę. To jedynie wzmocni problem. Najlepszą drogą uzdrowienia jest zastąpienie nienawiści miłością, pokochanie najpierw siebie, a potem wybaczenie i sobie samemu i znienawidzonej osobie całej sprawy, wreszcie próba zaakceptowania tej lekcji i osoby. To proces, który trwa. Nikt jeszcze tego nie zrobił od ręki.

Na portalach społecznościowych setki osób  wklejają piękne afirmacje i zasypują znajomych serduszkami. Nic w tym złego. Afirmują siebie i innych we właściwy sposób. Szukają miłości i dobra. Ze zdjęcia widać czasem, że taka osoba jest pełna bólu, żalu i złości. I co z tego? Jest w procesie, jest na początku drogi – właściwej drogi. Nie jest mądre wyśmiewanie takich osób i zarzucanie im, że noszą maski. Robi to tylko ciemna strona mocy, aby odzyskać utracone dusze. Ku mojemu zdziwieniu przytakują jej osoby, które wydawały mi się bardziej rozsądne… I uświadamiam sobie wtedy, że celem owej ciemnej strony nie jest zaszkodzenie tym, którzy wklejając uparcie serduszka, opowiedzieli się po określonej stronie i będą do niej dążyć choćby setki lat i wcieleń. Celem są ci, którzy boją się miłości i łapczywie przytakują „diabłu”, z wielką ulgą, że oto ktoś „tak mądrze mówi i też nie chce pozytywnego myślenia”.

„Diabeł” nie ma rogów i ogona. Diabeł to lęk przed Miłością i Dobrem. W niedualnym pojmowaniu świata nie jest niczym złym. Jest inną opcją istnienia – w bólu, zaprzeczeniu, wyrzeczeniu się Najwyższego Źródła, w oddzieleniu od niego. Jestem starą duszą, pamiętam doskonale bycie w Jedności ze Źródłem, dlatego wybieram Miłość, radość i Światło. Nie boję się kochać. Nie muszę też o nic walczyć, bo mam wszystko w sobie. To moja harmonia. Bycie w miłości i rozwiązywanie swoich lekcji poprzez miłość. Lubię serduszka, tęcze i Jednorożce, ponieważ są bliżej Światła niż jakiekolwiek i czyjekolwiek grzechy. Również moje własne. Uzdrawiam cierpliwie swoje wzorce, bo energia miłości ma to do siebie, że oczyszcza i odsłania. Żadna tęcza nie zasłoni mi oczu na to, co mam do przerobienia. Na takiej energii moje nie uzdrowione tematy zostaną wyrzucone na powierzchnię, żebym się z nimi zmierzyła. To oczywiste. Powtarzanie, że praca z pozytywnym myśleniem i miłością zasłania nam nasze prawdziwe wady, jest totalną ignorancją. Żadna inna energia nie jest tak “bezlitosna” w wywalaniu naszych negatywnych wzorców, jak miłość. Dlatego między innymi nazywamy ją bezwarunkową.

Ja także widzę tu i tam przesadne i nieszczere manifestacje kochania całego świata, ale nie przeszkadzają mi one. Taka osoba spowalnia nieco własną drogę – nam jednak nie zaszkodzi. Ponadto, jeśli ktoś wystarczająco długo będzie udawał, że wszystkich kocha, to w końcu przekona swoją podświadomość i naprawdę stanie się miłością. To potrwa, ale kiedyś zadziała. Kiedy chcemy, by afirmacja szybko stała się skuteczna, to łączymy ją z forma energetyczną, staramy się poczuć w sobie głęboko i stworzyć przekonanie. Ale przecież wszyscy też poddajemy się działaniu afirmacji, tych rzucanych z głowy przez całe nasze dzieciństwo. Bawiąc się, słyszymy za sobą, jak rodzice powtarzają zdania, których nawet nie rozumiemy. Jak to zatem się dzieje, że jako dorośli korzystamy z tych treści, jak z własnych przekonań? Kropla drąży skałę. Dlatego proszę wszystkich: rzucajcie we mnie serduszkami i wyznaniami miłości, rzucajcie we mnie tęczą i jednorożcami – im więcej, tym szybciej stanę się Jednością z Najwyższym Źródłem i urzeczywistnię swoje Tęczowe Ciało. To właśnie moja harmonia.

Niektórzy wszędzie widzą maski. Nie ma żadnych masek. Nigdzie. Kiedy kierujemy się harmonią serca, widzimy bezbłędnie serca innych, dostrzegamy w nich ból, lęk i wszystkie nieprzerobione lekcje. Moi znajomi mówią czasem, że przede mną nic się nie ukryje, że wystarczy mi spojrzeć na człowieka i wszystko o nim wiem. Prawda jest taka, że przed nikim nic się nie ukryje, bo każdy może to , co ja – umieć patrzeć sercem. Żadna to sztuka. Trzeba tylko chcieć, zamiast doszukiwać się u innych fałszu. Zgodnie z zasadą lustra, kto wszędzie widzi fałsz, ten sam coś skrzętnie ukrywa. Ja czuję wyraźnie, co to takiego i zobaczy to każdy, kto zechce. Jesteśmy Jednością Kochani Moi – w istocie maski i ukrywanie przed sobą czegokolwiek, to naprawdę wielkie złudzenie.

Pamiętajmy o tym, co ważne – wystarczy odrobina logiki, by wiedzieć, że tylko droga przez Dobro i Miłość jest właściwa. Nie służy temu zasilanie swoich słabości i wad. Im bardziej atakujemy i krytykujemy innych, tym mocniej szkodzimy samym sobie. Zgodnie z Prawem Przyciągania, na co zwracamy uwagę – to wzmacniamy. Nie jest ważne, czy wytykamy to palcem u innych czy u siebie – zawsze wpływamy na kształtowanie samego siebie. Człowiek, który wszędzie widzi fałsz, sam stanie się najbardziej fałszywy w okolicy. Ktoś, kto wyśmiewa głupców, wkrótce stanie się największym idiotą. Nie trzeba być specjalistą od duchowych ścieżek, by to wiedzieć. Wystarczy myśleć rozsądnie.

To moja harmonia, tak czuję swoje istnienie na poziomie serca. Nikogo nie zamierzam do swoich poglądów przekonywać, ani tym bardziej z nikim nie chcę polemizować. Kto w głębi swojego serca poczuje, że myśli tak samo, odnajdzie we mnie bratnią duszę. Kto chce myśleć inaczej, niech sobie myśli, ma do tego prawo. Nie jestem tu na Ziemi, by kogokolwiek pouczać i nawracać, ale by pokazywać swoją ponadczasową prawdę. Moja strona jest jak talerz kanapek – częstujcie się, jeśli chcecie, bo daję tu wszystko, co najlepsze. Jeśli komuś nie smakuje, niech idzie swoją drogą – z daleka omijając tęcze, serduszka i miłość.

Bogusława M. Andrzejewska

Wu-Wei

Wu-Wei oznacza “niedziałanie”, czyli zaufanie temu, co się wydarza. Niech wszystko płynie zgodnie z harmonią Wszechświata. Czasem potrzebujemy takiego właśnie podejścia, pełnego spokojnego pogodzenia się z tym, co się dzieje. Jest takie powiedzenie: zmieniaj to, co możesz zmienić, zaakceptuj to, czego zmienić nie możesz.

Zapewne dodać do tego trzeba, że warto umieć odróżnić te dwa zupełnie różne aspekty, ale też nie jest to specjalnie trudne. Generalnie wiemy, co mamy w zasięgu swoich możliwości. Człowiek, który ma dynamiczną naturę i chce robić coś sensownego, zawsze szuka możliwości, aby sie wykazać. Robi wiele rzeczy, traci mnóstwo czasu. A sztuka polega na tym, by nie robić tego, co zbędne. Zatem problemem częściej jest powstrzymanie się od czynienia czegoś, co do niczego nie prowadzi, niż aktywne działanie.

Gdyby poukładać główne zasady Wu-Wei w punkty, wyglądałoby to mniej więcej tak:

  1. Akceptujmy to, co się pojawia. Cokolwiek to będzie. Jeśli sytuacje nie są zgodne z naszymi oczekiwaniami, zapewne są dla nas ważnym drogowskazem do uzdrowienia. Każde trudne doświadczenie jest dla nas lekcją, dlatego warto je przyjąć bez nadmiernych emocji. Bez wątpienia jest zgodne z harmonią Wszechświata, po co zatem sie buntować? Jeśli stawimy mu opór, może pojawić się ból – fizyczny lub emocjonalny. Spokojna akceptacja pozwala energii swobodnie płynąć.
  2. Decyzje podejmujmy spontanicznie w oparciu o intuicję. Taki sposób zazwyczaj przynosi najlepsze efekty. Intuicja to pierwsza myśl, która się pojawia w zetknięciu z osobą lub sytuacją. Jest głosem płynącym z naszego Wyższego Ja. Potrafi wyczuć to wszystko, czego nie jesteśmy w stanie ogarnąć logiczną dedukcją.
  3. Bądźmy w chwili obecnej – tu i teraz. Nie ma przeszłości, nie ma przyszłości – wszystko jest złudzeniem. Czas nie jest liniowy, jest punktem, w którym jesteśmy. Jest chwilą obecną. Przeszłość to tylko wspomnienia, to historia, którą należy odpuścić. Przyszłość jeszcze się nie wydarzyła, jest w ruchu, możemy ją dowolnie kształtować. Wszystko, co mamy – to chwila obecna, którą możemy przeżywać zmysłami i cieszyć się nią.
  4. Nie zamartwiajmy się. Chociażby dzisiaj odpuśćmy wszystkie troski i nie dokładajmy sobie smutków. Niech ten dzień będzie wolny od ciężkich myśli. Zwróćmy uwagę, jak często zamartwiamy sie drobiazgami, które w ogóle nie mają znaczenia. Nawykowo denerwujemy się i przejmujemy sprawami, którym nie warto poświęcać uwagi. Życie jest zbyt piękne, by tracić cenne chwile na niepotrzebne troski.
  5. Nie przejmujmy się tym, na co nie mamy wpływu. Być może czasem trudno jest pogodzić się z czymś, co wydarza sie nie po naszej myśli. Ale widać tak właśnie musi być, bo nie ma przypadków i to, co się pojawia jest nam bardziej potrzebne do rozwoju niż to, czego chcieliśmy. Czasem jakieś marzenie nie daje się spełnić od razu. Musimy uzbroić sie w cierpliwość i poczekać trochę, zanim stanie sie rzeczywistością. Czekając cieszmy sie chwilą, bo każdy moment może przynieść niespodziankę i okazać się większym cudem niż to, na co tak czekamy.
  6. Nie przekonujmy innych do swoich poglądów, ponieważ to powoduje utratę naszej własnej energii, nawet jeśli nie spowoduje żadnego konfliktu. Każdy ma prawo do własnego zdania, jakiekolwiek by ono nie było. Dlatego akceptujmy odmienny punkt widzenia. Inny człowiek ma swój świat i swoje postrzeganie wszystkiego, co go otacza. My także mamy własne zdanie, które komuś może się nie podobać. Szanujmy również swoje prawo do własnych poglądów.
  7. Pracujmy z pasją i radością. Praca zajmuje nam co najmniej jedną trzecią życia, powinna zatem być źródłem samospełnienia i realizacji wymarzonych celów. Praca pełna radości i dobrych emocji, to praca życia. Powoduje, że u ramion wyrastają nam skrzydła. Takie uczucie oznacza, że robimy dokładnie to, po co przyszliśmy na Ziemię. Oznacza bycie w harmonii z własnym sercem.
  8. Akceptujmy swoje uczucia, nie wypierajmy ich. Wyparte lub stłumione uczucia obracają się przeciwko nam, kumulując się w ciele fizycznym i wyrastając w postaci choroby. Wszystkie uczucia są dobre i potrzebne. Są prawidłowe i naturalne. Bycie wrażliwym nie oznacza słabości, lecz dojrzałość emocjonalną. Dobre dają nam siłę i poczucie wartości, są paliwem dla twórczości. Negatywne stają się drogowskazem do zmiany na lepsze.
  9. Porzućmy pogoń za bogactwem, władzą czy sukcesem, po prostu żyjmy chwilą. Nie traćmy z oczu tego cudu, jakim jest nasze istnienie, aby dążyć do czegoś, co inni nazwali wielkim osiągnięciem. Nie żyjemy, by zadowalać innych – żyjemy dla siebie. Nie pożądajmy władzy ani pieniędzy, jeśli mamy wszystko, czego potrzebujemy. Te frazesy o sukcesie to wszystko ślepe uliczki. Szczęście jest tu i teraz w naszych dłoniach. Może w wygodnym fotelu ze szklanką ulubionego napoju? Może w byciu wtulonym w partnera? Może w beztroskiej zabawie z dzieckiem lub na spacerze z psem? Ciągła pogoń, walka, dążenie do czegoś to iluzja.
  10. Kochając drugą osobę, pozostawmy jej wolność. Nie zawłaszczajmy innego człowieka i nie nie czyńmy z niego naszego przedmiotu. Nie bądźmy zaborczy. Miłość daje prawo do swobody i dba o szczęście innej osoby.  Dlatego jest miłością, a nie prawem własności. Kochając, niczego nie oczekujmy w zamian – po prostu kochajmy. To najpiękniejsze, czego możemy doświadczać.
  11. Nie uzależniajmy się od niczego i od nikogo. Każde uzależnienie rodzi ból i tęsknotę. Nie tylko nałogi są cierpieniem, ale także uzależnienie od słodyczy, seksu, zakupów, a nawet od drugiego człowieka. To wszystko są więzy, które nas ograniczają i nie pozwalają swobodnie oddychać. Powodują lęk.  Prawdziwa wolność jest przedsionkiem szczęścia, ale wymaga od nas zerwania takich więzów.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz