Dobroć

To jedna z najpiękniejszych cech człowieka. Dobro każdy z nas nosi wewnątrz siebie i podobnie jak miłość czy życzliwość jest częścią nas. Nie potrzebujemy, by nas zachęcać do bycia dobrym człowiekiem, ponieważ to nasza prawdziwa natura. Rozpoznajemy to przede wszystkim po ogromnym psychicznym komforcie, który czujemy, kiedy robimy coś fajnego dla innych. Spontanicznie każdy zdrowy psychicznie człowiek chce być dobry. Podświadomie szukamy takich rozwiązań, które pomagają nam przejawiać tę cechę.

A czym w rzeczywistości jest dobro? To słowo, które zna nawet dziecko, jest często rozumiane jako bycie uprzejmym dla innych. Obserwuję, że zwykłe i całkiem oczywiste zachowania, w których ustępujemy komuś miejsca, pomagamy nieść ciężką siatkę z zakupami czy podajemy rękę są traktowane jako przejaw dobroci. Obserwuję też ludzi w praktyce nikczemnych, którzy zranili wiele istnień, a swoją życzliwość okazują tylko wybranym, by mieć po swojej stronie kogokolwiek. Czy rzeczywiście jest dobrocią pomaganie przyjaciółce, która nam sto razy okazała serce? Czy to tylko zwykłe odwdzięczenie się za to, co otrzymaliśmy?

Z jednej strony chcę bardzo wyraźnie zdefiniować w tym miejscu prawdziwą dobroć. Ma ona miejsce tylko wtedy, kiedy spontanicznie, bez żadnego interesu robimy to, co właściwe. Dobrym człowiekiem jest dla mnie osoba, która bez rozgłosu pomaga komuś tylko dlatego, że ktoś tego potrzebuje. A zapytana, dlaczego dokonała takiego wyboru, odpowiada po prostu: “bo tak trzeba”. To mnie zawsze porusza, kiedy ludzie bez wątpliwości czynią dobre rzeczy, nie zastanawiając się, czy ktoś na to zasługuje, ile to kosztuje i jak odbiorą to inni.

Pamiętajmy w tym miejscu, że czasem to, co jest dobre, może mieć oponentów. Wbrew pozorom żyjemy w wielobarwnym świecie, a wszystko jest względne. Nie ma prawdy obiektywnej. Dla kogoś najcenniejszym skarbem może być krzyżyk, symbol jego wiary, który dla innej osoby będzie bezwartościowym gadżetem. Stąd też i oczekiwania różne i priorytety rozmaite. Bycie dobrym to szacunek dla drugiego człowieka i szanowanie jego odmienności. Pochylanie się z troską i udzielanie wsparcia bez oceniania, kto jest tego wart, a kto nie. W oczach dobrego człowieka wszyscy są równi.

Pisałam kiedyś o tym, że najwięcej dobroci ujawnia się w najbardziej tragicznych momentach. Kiedy powiedzie, huragany i inne kataklizmy pustoszą Ziemię, ludzie ratują siebie nawzajem i czynią to odruchowo. Ten odruch pokazuje ich prawdziwie boską i pełną dobroci istotę. Wyciągając rękę do tonącego, nikt nie pyta, jakiej jest narodowości, wyznania, czy orientacji seksualnej. To może wydawać się zaskakujące, ale potrzebujemy najmroczniejszych wydarzeń, by najmocniej rozświetlić nasze serca. Tacy już jesteśmy my, ludzie. Na co dzień pełni dystansu i zahamowań, czasem skąpi, czasem niemili. Dopiero wtedy, kiedy niebo się wali, a ziemia trzęsie zrzucamy maski i na zewnątrz manifestuje się prawdziwy bóg i bogini.

Definiując dobrego człowieka, podkreślam bardzo wyraźnie spontaniczność tego, co robi. To osoba, która zaskoczona szeroko otwiera oczy i wzrusza lekko ramionami, kiedy jej mówię, że przejawia dobro. Dla niej to zwykłe i oczywiste. Raczej ją dziwi, że ktoś dostrzega w tym coś więcej. Dodam też, że dla takiego człowieka nie ma znaczenia, komu pomaga. Z równą oczywistością pochyla się nad zranionym zwierzątkiem, jak wyciąga dłoń do innej osoby. A zraniony przez nikczemnika, mówi cicho: “widać inaczej nie umiał” i nie zamyka swojego serca, lecz nadal czyni dobro. Wie, że jeśli cokolwiek w sobie pozwoli zabić, to zejdzie ze swojej właściwej ścieżki.

Z drugiej strony chcę jednak wyraźnie podkreślić, że nie ma ludzi jednoznacznych. Te nikczemne osoby, których działania z daleka obserwuję, też noszą w sobie dobro. Uśpione. Zamknięte z powodu przeżytej traumy. Jednak ono w nich jest i tylko od nas zależy, co przejawią wobec nas, kiedy staną z nami oko w oko. Warto o tym pamiętać, że każdy człowiek jest dla nas lustrem, w którym odbija się nasza gotowość do przyjęcia dobra.

Stale powtarzam, że ludzie są naprawdę w swojej istocie dobrzy. Jeśli tylko otworzymy serce i pozwolimy im na to. Jeśli tylko uwierzymy w to, że tacy być potrafią. Niezależnie od sytuacji można odwołać się do tej najpiękniejszej cząstki w każdym człowieku, a w niej znajda się najpiękniejsze jakości. Często obserwuję ludzi ocenianych negatywnie przez większość i dostrzegam w nich wspaniały potencjał i chęć do prawdziwego dobra. Paradoksalnie nawet tam, gdzie wydaje się być najciemniej.

Dlaczego zatem zdarza się, że ludzie działają czasem tak, że ich czyny trudno nazwać dobrymi? Ponieważ kierują się emocjami, ponieważ nie radzą sobie z lękiem przed odrzuceniem lub potrzebują dowartościowania za wszelką cenę. W dużym uproszczeniu widać wyraźnie, że to niska samoocena prowadzi ludzi poza mądrość, miłość i dobro. Jeśli ktoś nie kocha siebie, to przeraźliwie boi się krytyki i buduje sztuczne poczucie wartości kradnąc, oszukując lub eliminując wszystkich, którzy mogliby mu zadać ból swoim osądem. To schemat. W praktyce ludzkie losy są o wiele bardziej złożone, jednak od naturalnego dobra odchodzimy głównie z lęku przed odrzuceniem.

Innym często spotykanym czynnikiem jest zazdrość lub nawet bardziej zawiść. To ona odcina nas od rozsądku. Wyrasta z bólu bycia niedocenianym i niekochanym. To cierpienie nie pozwala niektórym osobom patrzeć spokojnie na szczęście innych. Nie widzą w tym inspiracji, lecz niesprawiedliwość, którą starają się sami uporządkować przechylając szalę na swoją stronę. Ktoś ma kochającego męża, a na mnie nikt nie chce nawet spojrzeć? Bach wskoczę owemu mężowi do łóżka, niech sobie ta szczęściara nie myśli, że jest lepsza. Ktoś jest ceniony i lubiany, a mnie nikt nie chwali? Bach podłożę temu komuś wielką, różową świnię, niech się tak nie cieszy. Tak sprawiedliwości będzie zadość.

Takie działanie wypływa także z niskiego poczucia wartości. Jeśli kocham i cenię siebie, nikomu nie zazdroszczę, ponieważ wiem, że mam w sobie wszystko, czego pragnę i nie potrzebuję zewnętrznych dowodów. A wysoka samoocena sprawia, że przyciągam kochającego partnera i nie musze interesować się życiem innych. Osiągam sukcesy i nie muszę porównywać się z nikim.

Dodam jeszcze na koniec, że i najwięksi nikczemnicy potrzebują rozgrzeszenia, chociaż skruchy nie okazują. Zakładają jednak maski, które są prośbą o bycie docenionym. Taką maską może być na przykład wklejanie na Facebooku różnorodnych apeli o pomoc czy to chorym dzieciom, czy zwierzątkom. Nic ich to nie kosztuje zaledwie jeden klik. Tak przywdziewają na siebie strój altruisty o złotym sercu, który wzrusza się cudzą niedolą. Widać w tym tęsknotę za dobrem, od którego odeszli na na całe mile. A tak bardzo chcieliby znowu poczuć się wartościowym człowiekiem…

Proszę nie interpretować tego dosłownie nie każdy kto wkleja takie posty jest osobą, która krzywdzi innych. Bywa, że klikanie pomaga zebrać odpowiednią kwotę na czyjąś operację. Klikajmy zatem. Szlachetni też mogą to czynić, chociaż życie pokazuje, że dobry człowiek rzadko wkleja apele dobry człowiek pomaga. Po prostu robi coś konkretnego i czasem zapomina klikać. A to klikanie jest najczęściej sposobem na dowartościowanie dla tych, którzy nie widzą w sobie i wokół siebie dobra. Jeśli jednak może komuś pomóc niech będzie.

Bogusława M. Andrzejewska

Życzliwość

To cudowna jakość, którą każdy z nas nosi w sobie. Nie musimy jej szukać na zewnątrz ani w żaden sposób uczyć się bycia życzliwym. Wystarczy to odnaleźć wewnątrz siebie. I co ciekawe – nie wymaga to żadnego wysiłku. Uważam, że w odniesieniu do takiej cechy, trzeba po prostu być sobą. Działać i reagować spontanicznie. Wówczas ujawnia się nasza naturalna życzliwość. Podobnie jak dobro czy miłość. W gruncie rzeczy życzliwość jest stanem opartym właśnie na tych dwóch ważnych odczuciach. Jest przejawem dobroci i bezwarunkowej miłości.

Wszystkim, którzy mają problem z pozytywnym spojrzeniem na samego siebie przypomnę, że każdy człowiek jest w swojej istocie dobry. To nasza naturalna cecha. Tacy właśnie się rodzimy: serdeczni, kochający, otwarci, życzliwi. A to oznacza, że te wszystkie jakości stanowią naszą prawdziwą naturę. Nie musimy ich w żaden sposób zdobywać z zewnątrz, wystarczy sięgnąć do źródła.

Oczywiście chciałabym, aby ludzie pozostawali przez całe życie takimi właśnie, lecz jak wiemy wszyscy – bywa czasem inaczej. Jeśli na przykład matka dziecka jest rozgoryczona i pełna agresji, bo została porzucona w ciąży, wówczas dziecko przejmuje te wibracje i uczy się czegoś, czym nie jest w swojej prawdziwej istocie. Uczy się nikczemności, złości, oszukiwania. Jeśli rodzice żyją razem, lecz stale się kłócą, oskarżają, obdarzają wyłącznie nienawiścią, to dziecko zatraca swoją niewinność i wypełnia negatywnymi emocjami. Ciąg dalszy już znamy… Widzimy wokół siebie takie osoby.

Pamiętajmy, że przez siedem lat (co najmniej) matka i dziecko to jeden układ energetyczny. Dziecko dostaje w prezencie od mamy wszystkie pełne żalu i niechęci emocje. Koduje je w sobie, a nierzadko nawet choruje w wyniku emocjonalnych problemów swojej matki. Tak to działa. Warto o tym pamiętać. I chociaż wydaje się to trudne, można chociaż przez te kilka lat wczesnego macierzyństwa postarać się myśleć pozytywnie, rozwijać optymizm i życzliwość, właśnie po to, aby dziecko wzrastało się w dobrych energiach. Dla matki same z tego korzyści, bo rozwijając dla dziecka świadomość prosperującą, tworzy także swoje własne szczęście i szybko zaczyna układać pomyślnie swoje życie.

Dziecko łatwo można nauczyć życiowej mądrości i optymizmu, ponieważ młoda istota chłonie wszystko jak gąbka. Najważniejsze jednak to uświadomić sobie, że dziecko uczy się przez przykład. Możemy godzinami tłumaczyć i opowiadać mądrości o korzyściach pozytywnego myślenia. Nic to nie da, jeśli sami narzekamy lub złorzeczymy innym. Możemy natomiast nic nie mówić, nie przedstawiać teorii, lecz po prostu cieszyć się chwilą, śmiać często i nie przejmować drobiazgami, aby nauczyć dziecko właściwego podejścia. Jeśli w jego obecności odnosimy się życzliwie do innych, nasz maluch też taki będzie, jak dorośnie. I dodam od razu, że kodowanie w dziecku nienawiści do ojca, który raczył odejść do innej kobiety gwarantuje, że dziecko będzie w życiu nieszczęśliwe. Jak w banku! A pełna złości mamusia uniesie się jak gołębica w powietrze, kiedy tylko głupota nauczy się fruwać.

Moim zdaniem nikczemne zachowania biorą się z żalu, cierpienia i trudnych doświadczeń, z którymi ktoś nie chce się pożegnać. Nie jest to usprawiedliwienie. Znam wiele osób, które mają za sobą bolesne dzieciństwo i są dzisiaj wspaniałymi, szlachetnymi osobami. Umieją wybaczać, nie chcą na nikim brać odwetu, myślą pozytywnie i stały się naprawdę szczęśliwe. To zawsze nasz wybór. Możemy odpuścić, zapomnieć i pomyślnie kształtować swoje życie, ale możemy też kisić się w nienawiści i rozdrapywać stare rany, podsypując je agresją i podłością. Za każdym razem swój los kształtujemy sami. Jeśli ktoś chce zmienić swoje życie na lepsze – znajdzie na to sposób, uwalniając się od braku samoakceptacji i wybaczając sobie, wybaczając także innym. A potem już przed nami tylko pogodne i pomyślne doświadczenia.

Większości z nas życzliwość przychodzi bez trudu. Stale widzę wokół siebie pozytywnych ludzi i niosące wiele nadziei zachowania. Widzę spontaniczną pomoc i piękne, serdeczne reakcje na trudne chwile. Obserwowałam to uważnie w latach dziewięćdziesiątych, kiedy duża część Polski została zalana przez wielką powódź. Z zachwytem patrzyłam, jak ludzie, nie oglądając się na nic, pomagali sobie nawzajem. Mieszkańcy środkowej i północnej części Polski bez wahania ładowali do samochodów żywność, lekarstwa i środki higieny, aby zawieźć je na zalane wodą południe kraju. W ekstremalnych sytuacjach ludzie pokazują swoją prawdziwą naturę. Znakomita większość jest spontanicznie dobra i życzliwa – nie mam co do tego wątpliwości.

Myślę, że warto to zauważać i doceniać. To my tworzymy swój świat i w naszej rzeczywistości manifestuje się to, w co wierzymy i co zasilamy swoim postrzeganiem. Nasza realność jest wielobarwna. Manifestują się w niej wszystkie dostępne aspekty istnienia.  Jeśli skupiamy się na choćby najdrobniejszych przejawach życzliwości, jeśli umiemy się nimi cieszyć, wówczas przyciągamy więcej podobnych aktów serdecznego zachowania. Jeśli natomiast kierujemy swoje rozżalone emocje na trudne doświadczenia i niewdzięcznych ludzi, to siłą rzeczy zapraszamy takie postacie do swojej codzienności.

Bogusława M. Andrzejewska

Uwierzyć w Dobro

„Arcyczłowieczeństwo jest tuż za progiem. I wyraża się w małych gestach, które z nagła stają się wielkie i wymowne”.

Prof. Zbigniew Mikołejko

Czytałam niedawno świetny felieton profesora Zbigniewa Mikołejko. Autor zachęca w nim czytelników do chwili refleksji nad rzeczywistością i próby dostrzeżenia dobrych, jasnych stron świata. Zainspirował mnie ten tekst nie dlatego, że jest odkrywczy. Wszak od lat uczę pozytywnego podejścia do codziennego życia. Zainspirował mnie, ponieważ jest takim prostym i spokojnym otwarciem oczu na oczywiste aspekty naszej rzeczywistości.  Na to, czego nie dostrzegamy, zajęci nawykowym narzekaniem. O wiele łatwiej pójść na motywujące szkolenie i na energetycznym haju wykrzykiwać swoją miłość do świata, niż dostrzegać dobro w codziennych drobiazgach. Prawdziwa sztuka nie polega na tym, by okłamywać samego siebie i udawać, że żyjemy w raju, otoczeni przez idealnych ludzi, lecz na tym, by zauważając trudne sytuacje, nie załamywać się, nie uciekać od nich, ale wierzyć, że się uda. By doceniać proste akty dobroci i mądrości. Polega także na tym, by spotykając problematyczne osoby umieć powiedzieć sobie: „widać inaczej nie umie” i zwrócić się ku tym, którzy traktują nas z miłością.

Dobra jest wokół nas o wiele więcej niż zła. Nie dostrzegamy go, bo to raczej zło jest przez media notorycznie podkreślane. Rzadko mówi się o kimś, kto zrobił coś dobrego, natomiast z pasją snujemy opowieści o pobitych dzieciach, katowanych psach, oszustwach, kradzieżach. Sami dobrowolnie nakręcamy się negatywną stroną naszego życia. Nie byłoby w tym tragedii, gdybyśmy równoważyli te opowieści pozytywnymi historiami, których w istocie wcale nie brakuje. Nie tak dawno mój mąż uratował tonącego chłopczyka. Moja znajoma zasponsorowała chorą na raka koleżankę. Pani z sąsiedztwa przygarnęła chorego, bezdomnego kota, ratując mu życie. Kolejna klientka napisała do mnie z podziękowaniem za udzieloną pomoc i poprawę jakości życia. Proste, spontaniczne rzeczy niewarte rozgłosu. Ale warte odnotowania w naszym wewnętrznym umysłowym komputerze, by pamiętać, że bycie tu i teraz nie składa się  tylko ze złych zachowań. Tymczasem my patrzymy tylko w jedną stronę i mówimy: „świat jest coraz gorszy…” Nie jest. To tylko my zmieniamy optykę sterowani mediami.

Czasem tak jest po prostu wygodniej. Kiedy skupiamy się na negatywnej stronie rzeczywistości, możemy wytłumaczyć się z każdego niecnego postępku, każdego tchórzostwa i niewdzięczności.  Z każdego lenistwa i nawet z chciwości. Można po prostu zasłonić się nią jak tarczą i powiedzieć: ja się tylko bronię, bo muszę.

Mam znajomą, która razem ze mną kończyła studia psychologiczne. Wyjechała za granicę i robi tam to samo, co ja tutaj. Sam wyjazd za granicę nie jest niczym niewłaściwym. Mnóstwo ludzi szuka szczęścia i spełnienia w różnych miejscach na Ziemi. Jednak moja znajoma wyjechała głównie po to, aby zarabiać więcej, więcej i więcej… bo pieniądze zawsze były dla niej najważniejsze. Nie przyznaje się do tego, lecz zasłania negatywną oceną swojego kraju, w którym przecież można być szczęśliwym, jeśli tylko się chce. Myślę, że jest właśnie taką osobą, która woli narzekać i uciekać niż uwierzyć w dobro. Z przykrością zauważam, że nawet ktoś, kto uczy „pozytywnego myślenia” zakreśli granicę swoich nauk tam, gdzie mu pasuje.

Znajoma ta twierdzi, że nie mogła w Polsce znaleźć dla siebie pracy. A ja mogłam? Mogłam. Różnica świadomości między nami polega na tym, że ja wiem, wierzę i od lat powtarzam, że to, czym się zajmuję, mogę robić wszędzie, a więc także w ojczyźnie.

Mój mąż jest tego samego zdania. Żyjemy tu i zarabiamy, robiąc to, co umiemy, najlepiej jak potrafimy. Dostrzegamy dobro i piękno tego miejsca nawet wtedy, kiedy mamy trudności. Czy jesteśmy bardzo bogaci? Zdecydowanie nie, ale to nie jest dla nas najważniejsze i nigdy nie było.

Pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, ktoś proponował mojemu mężowi wyjazd za granicę, aby zarobił w euro, czyli trzy razy więcej niż zarabia tutaj. Spojrzeliśmy wtedy na siebie, a mąż mnie po prostu zapytał: chcesz? Pojadę i zarobię. Nie chciałam. Nie chciałam zostać sama, budzić się w pustym łóżku. Żadne pieniądze nie zastąpią mi ciepłych ramion mojego mężczyzny. Moim priorytetem jest miłość i bliskość – tak, do tego śmiało mogę się przyznać. Wolę żyć skromniej, mieć mniej, a móc rano przytulić się do ukochanego.

Czuję się spełniona, kocham to, co robię i nie narzekam na swoje życie. Nie widzę potrzeby krytykowania miejsca, w którym jestem, ponieważ wiem, że to ja swoimi myślami kształtuję to, co mnie spotyka. Jeśli ktoś ustawicznie narzeka, to gdziekolwiek pojedzie, będzie przyciągał trudności. To nie miejsce decyduje o naszym szczęściu, lecz nasze myśli. Wszędzie można kreować dostatek, szczęście, realizację pasji, samospełnienie, odwzajemnioną miłość.

Mam wszystko, czego pragnę i nie mam potrzeby, by gromadzić więcej dóbr materialnych. Wiem doskonale, że umierając, nie zabiorę ze sobą tych wszystkich mieszkań, samochodów, ubrań czy biżuterii. Wezmę na drugą stronę jedynie uczucia, które przeżywam. Miłość do bliskich, dobre słowa zapisane w sercach innych ludzi, wdzięczność, radość, pasje. Wybierając miłość zamiast pieniędzy, pozostaję w harmonii ze swoim sercem i duszą.

Oczywiście wiem i rozumiem, że moja znajoma nie umie spojrzeć tak, jak ja. Wychowana w ubogiej rodzinie, inaczej patrzy na świat. Z cała pewnością mogła tu spełniać swoje marzenia i budować swoje szczęście. Wystarczyłoby, aby zaczęła dostrzegać dobro wokół siebie – wspaniałe okazje, pięknych ludzi, cudowne możliwości. To wszystko, czego nie chcemy zauważyć, kiedy uciekamy w inne miejsce. Zmiana optyki sprawiłaby, że i tutaj odnalazłaby spełnienie. Jednak tu było jej źle, bo miała za mało dóbr materialnych. Oczywiście to jej wybór. Spełnia swoją rolę tu na Ziemi tak, jak potrafi.

Piszę o tym, abyśmy nie powielali takiego zachowania. Nie warto. Ucieczka do innego miasta czy kraju nie pozostawi za nami naszych smutnych myśli i negatywnych wzorców. Dokądkolwiek pójdziemy, zabierzemy je ze sobą. Spróbujmy nauczyć się dostrzegać dobro, bodaj najmniejsze tam, gdzie akurat jesteśmy. Spróbujmy zaufać i uwierzyć, że w nas są wszystkie możliwości budowania tego „arcyczłowieczeństwa”, dla którego zeszliśmy na Ziemię i zmagamy się z materią.

Pamiętajmy poza tym, że nie rozwijamy się duchowo, kiedy chcemy za wszelką cenę mieć jak najwięcej, ponieważ pogoń za pieniądzem zawsze wrzuci nas w ślepą uliczkę materializmu gdzieś bardzo daleko od właściwej ścieżki.

To najczęściej spotykana w prospericie pułapka: szybkie ominięcie złotego środka, aby wreszcie dopaść upragnionego bogactwa. Jest to szczególnie trudne dla tych, którzy przez wiele lat żyli w biedzie, przekonani o tym, że pieniądz jest zły i służy tylko nieuczciwym potentatom. Kiedy po wielu kursach i przeczytaniu setek pozytywnych książek uwierzą nareszcie, że mają prawo żyć w dostatku, rzucają się na oślep, aby nadrobić stracony czas. Mijają granice zdrowego rozsądku i biegną, aby mieć więcej i więcej… Zasłaniają się pozytywnymi poradnikami i Prawem Przyciągania, w których napisano: możesz być milionerem, masz prawo mieć nieskończoną ilość pieniędzy… Tak. Masz prawo, tylko po co?

Posiadanie dużo więcej niż naprawdę potrzebujemy, może stać się pułapką, w której zapominamy o tym, co najważniejsze i stajemy się częścią wielkiej bezdusznej maszyny… Z adepta duchowej ścieżki zamieniamy się w szczura, który goni własny ogon.

Pilnujmy swoich myśli i szukajmy wokół siebie codziennych cudów dobroci, radości i szczęścia. Szukajmy dla siebie wspaniałych możliwości realizacji tu, gdzie jesteśmy. Nie dajmy sobie za mocno zasłonić oczu pieniędzmi, albowiem wszystkie materialne rzeczy mamy tu na Ziemi wyłącznie w dzierżawie. Zauważajmy dobro i uczyńmy je swoim priorytetem. Raj jest tam, gdzie my jesteśmy, jeśli tylko umiemy go dostrzec.

Bogusława M. Andrzejewska