Uprzejmość

Jednym z najważniejszych filarów dobrego, szczęśliwego związku jest komunikacja. Tak, powtarzam to zdanie po raz setny, ale wiem też, że to ogromnie ważne. I tym razem chcę słów parę napisać nie o tym, by artykułować to, co dla nas istotne, ale o rodzaju i jakości tej komunikacji. Bo szczęście i trwałość naszego związku zależy w dużej mierze także od tego, w jaki sposób się do siebie zwracamy.

Zauważyłam, że ludzie, którzy na zewnątrz są bardzo uprzejmi i grzeczni, w domu zrzucają wszystkie zasady, jak ciężki, niewygodny płaszcz i pozwalają sobie zupełnie nie przebierać w słowach. W pewien sposób rozumiem takie zachowanie, bo sama też kiedyś się na tym złapałam, że bezmyślnie warknęłam na męża, kiedy mi w czymś przeszkodził. Od razu go przeprosiłam, ale zrozumiałam też, że w domu pozwalam sobie na mniejszą kontrolę swojego zachowania. Totalna swoboda nie sprzyja konwenansom. A wobec partnera czy partnerki postępujemy często gorzej niż wobec szefa czy klienta, bo nie musimy zakładać żadnych masek.

Problem jednak nie w maskach, lecz w tym, że w gruncie rzeczy nie chce nam się starać. Odpoczywamy po całym dniu pracy z klientami i innymi obcymi osobami wobec których musimy być zawsze w porządku. Musimy, czy chcemy? To zawsze nasz wybór. A któż bardziej zasługuje na nasz szacunek i dobre słowo, jeśli nie ukochana osoba? Czy dzieci? Czy rodzina? To właśnie wchodząc do domu warto zostawić za progiem wszystkie negatywne emocje i w stronę partnera skierować tylko miłość. Pomyśleć, że w jego czy jej ramionach odnajdujemy swój azyl i zadbać o to, aby wszystkie słowa niosły wyłącznie dobro.

Problem ukrywa się też czasem w braku kontroli i nieumiejętności zarządzania emocjami. A przecież każdy z nas może nimi prawidłowo zarządzać, jeśli tylko zechce. Wystarczy odrobina kontroli i świadomego rozsądnego działania. Wyobraźmy sobie, że posiadamy nowego, świetnego smartfona. Dzwoni do nas ktoś niemiły i swoimi słowami doprowadza nas do furii. Rozłączamy rozmowę i mamy wielka ochotę rzucić telefonem o podłogę. Jednak nie robimy tego, bo komórka jest świetna, ładna i droga. Szkoda byłoby ją niszczyć. No właśnie – warto umieć powiedzieć „stop” zanim cokolwiek zdewastujemy. Szczególnie, jeśli dotyczy to ludzkich uczuć.

Warto zatem pilnie zwracać uwagę na to, jakie słowa kierujemy do najbliższej osoby i nie przenosić na nią gniewu przywleczonego z pracy czy ulicy. Dobrze jest świadomie traktować swój dom jak najlepsze i najbezpieczniejsze miejsce, do którego nie wnosimy żadnego brudu z zewnętrznego świata. Można nawet symbolicznie potupać na wycieraczce tak, jak wtedy, kiedy otrzepujemy śnieg z butów, aby zrzucić z siebie wszystko to, co nam nie służy.

Kocham mojego męża za jego cierpliwość do mnie i za ogromne poczucie humoru, z którym powtarza to, co i ja czasem mówię do niego: „jestem do kochania, a nie do rugania”. To proste credo naszego związku, które rozbraja każdą kłótnię, kiedy nasze emocje nie dają się ujarzmić, kiedy dominuje zmęczenie i rozdrażnienie zewnętrznym światem. To zawsze działa, ponieważ przypomina, że jesteśmy razem właśnie po to, aby dzielić się miłością, a nie gniewem, żalem czy pretensjami. To takie proste.

Kiedyś było inaczej. Wiele lat temu, kiedy oboje byliśmy młodzi, kłóciliśmy się zawzięcie o różne rzeczy, bo oboje mamy taki właśnie nieustępliwy temperament. Jednak nigdy nie zdarzyło mi się powiedzieć do męża w sposób obraźliwy. Nigdy nie używałam słów, które mogłyby go poniżyć. W czasie największej nawet awantury nie mogły paść słowa powszechnie uważane za wulgarne. To trochę tak, jak z tym smartfonem – kontrolowałam to, co mówię do męża, ponieważ go kocham. Jeśli kogoś szanujemy, to pilnujemy rzucanych słów. I chociaż ideałów nie ma i popełniamy rożne błędy, chociaż w związkach zawsze siebie troszkę ranimy, wcale nie jest trudno upilnować, by nie przekroczyć granicy. Można stać przy niej i kontrolować, by nie została naruszona. Na tym polega świadome zarządzanie emocjami i rozsądna komunikacja. Wyrażanie gniewu nie musi być obraźliwe ani wulgarne.

W dobrym związku ludzie zauważają siebie i swoje uczucia. Starają się być dla siebie życzliwi. Liczą się ze sobą. Nigdy świadomie nie robią sobie przykrości, chociaż nie uda się uniknąć kłótni czy rozmaitych problemów. Życie przynosi nam swoje lekcje, to oczywiste. Ważne, by być dla drugiej osoby oparciem, kochaniem i pomocą, a nie sędzią czy uporczywym krytykiem. Kiedy zdarzy nam się „warknąć” w emocjach, warto szybko przeprosić i wyjaśnić. Najzwyczajniej w świecie dbajmy, by ukochanej osobie nie było przykro.

Piękną rzeczą w związku jest zauważanie siebie nawzajem i witanie buziakiem za każdym razem, kiedy partner czy partnerka wraca z pracy. Równie ważne jest czasem podanie sobie herbaty i czy okrycie kocem, kiedy ktoś odpoczywa. Te wszystkie drobne gesty świadczą o bliskości i o tym, że ktoś jest dla nas naprawdę ważny. Tak budujemy dobro w relacji.

Na koniec temat najprostszy: uprzejmość. Tego można się bardzo szybko nauczyć, bo działamy tu nawykowo. Jeśli stale do swoich domowników mówię „proszę” i „dziękuję” przy codziennych czynnościach, to nie sprawia mi to żadnego wysiłku. Obserwuję czasem rodziny, w których mężowie mówią do żon tak zwyczajnie: „podaj mi to”, zapominając o tym magicznym słówku, które wszystko zmienia. Inna rzecz, że takie osoby do znajomych też zwracają się w taki sposób i uważają, że są grzeczne, bo przecież mówią miłym tonem. Ton jest ważny, ale czarodziejskie słowa także. Warto się ich nauczyć. Jeśli kogoś kocham i szanuję, to mówię „podaj mi to, proszę”, a nie po prostu „podaj”.

Dodam na marginesie, że uprzejme zwracanie się do siebie między domownikami jest wspaniałą lekcją dla dzieci, które przecież uczą się przez przykład. Ileż to czasem wkładamy wysiłku w to, by młody człowieczek mówił ładnie „proszę i dziękuję. A przecież wystarczy samemu używać tego za każdym razem – głośno i wyraźnie. Niczego więcej nie trzeba, by dziecko wyrosło na kulturalną i uprzejmą osobę.

Lubię swojemu partnerowi dziękować za wszystko, co robi. Nawet jeśli jest to banalne wyniesienie śmieci, co zresztą stale robi. Chcę, by wiedział, że widzę i doceniam takie proste sprawy. Chcę, by czuł się kochany. I nawet gdyby te przykładowe śmieci wyniósł po dwóch dniach proszenia, to nie stanę nad nim, by warczeć: „no wreszcie, ile można mówić!”, ale podziękuję. Taki mam nawyk i jak sądzę jest to dobry nawyk, ponieważ wiem, że każde dobre słowo wzmacnia i procentuje kolejnym dobrem w przyszłości. A wyrażanie wdzięczności, jak wiemy doskonale, przynosi jeszcze więcej pozytywów w życiu. Dlatego zwykła kalkulacja podpowiada, że uprzejmość, docenianie drugiej osoby za każdy drobiazg i bycie zwyczajnie miłym przynosi nam w efekcie piękną relację i zadowolenie ze związku.

 Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Komunikacja

Jednym z najważniejszych filarów dobrego, szczęśliwego związku jest komunikacja. Właściwa, mądra komunikacja, która polega na otwartym mówieniu tego, co dla nas ważne, czyli tego, czego pragniemy i tego, czego nie chcemy. Chodzi przede wszystkim o to, aby partner miał pełną jasność względem naszych oczekiwań. Chociaż nie oznacza to, że wszystkie nasze zachcianki będą natychmiast realizowane, to możemy zostać mile zaskoczeni tym, jak wiele z nich jednak zostaje spełnionych.

Nauczył mnie tego mój mąż, który wcale nie jest ideałem z bajki. To zwykły facet, który lubi poleżeć przed telewizorem, nie chce tańczyć ani chodzić na długie spacery, a na dodatek nie interesuje go porządek w domu. Jednak nie ma oporów przed tym, żeby zrobić to, o co go poproszę. Bez wykrętów robi zakupy, myje okna, odkurza, zmywa naczynia i załatwia tysiące innych spraw, bo ja po prostu mówię, że to właśnie chciałabym, aby zrobił. Bez błagalnego tonu, ale i bez pretensji, że śmieci same z kosza wypełzły na środek kuchni… Umiem też dziękować za codziennie przynoszone z piekarni świeże bułki.

Myślę dlatego, że największą przeszkodą w dobrej komunikacji jest przekonanie o oczywistości pewnych faktów oraz to, że o oczywistościach się w ogóle nie mówi. Oznacza to, że jeśli na dywanie jest pełno okruchów, to przecież jasne, że wymaga odkurzania i anonsować tego nie trzeba. Każdy wie. A jeśli partner tego nie robi, to trzeba go zrugać za ślepotę lub lenistwo. Nie zdajemy sobie zupełnie sprawy, że ludzie różnie postrzegają świat i mają rozmaite priorytety. Okruchy na dywanie czy śmieci wysypujące się z kosza mogą… ale nie muszą być widoczne. Podobnie jak niektóre panie patrząc na mecz rozgrywany na ekranie telewizora, dostrzegają tylko małe ludziki poruszające się na zielonym tle i w ogóle nie widzą ani spalonego ani nawet gola… Dlatego podstawa – absolutna podstawa w każdym związku – to mówienie wprost: “odkurz proszę dywan”, “odbierz dzieci ze szkoły, proszę”.

Ale nie tylko domowe obowiązki wymagają otwartości. Niedawno byłam niechcący świadkiem pewnej dziwnej rozmowy, która niesamowicie ilustruje totalny brak właściwej komunikacji w związku. Odbywała się na korytarzu za drzwiami hotelowego pokoju, w którym miałam okazję nocować. Leżałam już w łóżku i nie chciałam wychodzić w nocnym stroju, by przyznawać się, że słyszę całą dyskusję, a tym samym utrudnić młodym ludziom i tak skomplikowaną wymianę zdań. Jednak zacytuję ją tutaj, nie naruszając przy tym niczyjej prywatności, bo ani twarzy ani imion w tej opowieści nie będzie. Ot, przypadkowa kobieta i przypadkowy mężczyzna.

Zaczęło się od kobiecego płaczu. A zaraz potem przyszedł za kobietą jej facet i ciepłym, pełnym troski tonem zapytał:

– Kotku, co ci się stało? Co się dzieje?

Zamiast odpowiedzi, otrzymał milczenie i ostentacyjne chlipanie. Wielki minus dla pani za to, że nie powiedziała wprost: “zrobiłeś to i to, a ja sobie tego nie życzę”. Z reguły wywołuje to przeprosiny lub szukanie sposobu na wyjaśnienie i pojednanie.

– Kotku, no powiedz, co się stało? – pytał mężczyzna wiele razy. Pani, jak Hitchcock budowała napięcie modulacją chlipania i wycierania nosa.

– Jestem przez ciebie cała roztrzęsiona – padły w końcu słowa. Drugi minus dla pani, która nie tylko nie udzieliła odpowiedzi na pytanie, ale jeszcze próbowała wywołać w mężczyźnie poczucie winy. Jakby nie wiedziała, że poczucie winy najczęściej zamienia się w agresję. Mężczyzna zaczął się denerwować i chociaż nadal pytał, to zmienił ton z troskliwego na rozdrażniony.

– O co ci chodzi? Powiedz mi, o co ci chodzi?

– Wiesz… bo my chyba do siebie nie pasujemy – odpowiedziała pani i zarobiła u mnie trzeci minus, ponieważ nadal nie udzieliła partnerowi odpowiedzi, tylko podjęła próbę szantażu emocjonalnego. Tak jak się spodziewałam, partner poczuł się dotknięty. Po chwili zaskoczenia, rzucił ze złością:

– Tak uważasz?

– Tak – chlipnęła pani.

– No dobrze, skoro tak, to nie będę ci się narzucał. – Wnioski facet wyciągnął oczywiste. Ale nie takie, jak oczekiwała kobieta… – Jeśli nie chcesz, to nie będziemy razem – powiedział pan i chyba wstał, by odejść.

– Ja nie chcę?! – to był krzyk kobiety na cały korytarz – Ja nie chcę?! To ty nie chcesz!

– No przecież to ty powiedziałaś, że do siebie nie pasujemy. A nie ja. Skoro tak, to wracam do domu. – Chyba zaczął się oddalać.

– Gdzie idziesz?! Nie odchodź! Ja cię kocham – krzyczała żałośnie pani. Jej partner wrócił i znowu zapytał:

– No to powiedz mi w końcu, o co ci chodzi, dlaczego robisz problem?

– Ja nie robię problemu, tylko ty – odbijała piłeczkę absurdalnie pani.

– O co ci chodzi? – nie rezygnował z pytania pan. Podziwiam. Ja już bym zrezygnowała i powiedziała, by napisała do mnie list, kiedy wymyśli, czego tak właściwie chce. Pan u mnie zapunktował za cierpliwość.

– Bo mnie źle traktujesz – wychlipała kobieta. Zarobiła czwarty minus, bo to ogólnik i znowu nic nie powiedziała. Padło więc oczywiste pytanie:

– Ale co ja ci zrobiłem?

Nie wiem do dzisiaj, co się stało. Ten mężczyzna mógł być okropnym człowiekiem, mógł tę panią zdradzić na jej oczach, pobić, wyśmiać, poniżyć, mógł wszystko. Ale jeśli tak było, to należało to wyartykułować. Tymczasem zgodnie z moimi najgorszymi obawami pani powiedziała najpaskudniejszą możliwą rzecz i zarobiła kolejny minus, wielki jak pas startowy:

– Wszyscy mi mówią, że nie powinnam być z tobą.

W ten sposób własną głupotę przełożyła na odpowiedzialność zbiorową w znaczeniu: “to nie ja nie wiem, czego chcę, o co mi chodzi i czemu się czepiam, to właściwie wszyscy nie wiedzą, czego ja chcę… “

– Ale kto? Jacy wszyscy? – rozzłościł się mężczyzna.

– No… w pracy i w ogóle… – jąkała się pani, po czym zrobiła coś jeszcze gorszego, chociaż sądziłam, że głupszej odpowiedzi nie da się udzielić. Znalazła ofiarę. Wydumaną lub prawdziwą. – Wojtek mi też mówi, że nie powinnam być z tobą. Ten twój kolega, Wojtek.

Od razu wiedziałam, czym się to skończy i jestem więcej niż pewna, że każdy czytający też wie. Pan się zerwał i zawył:

Obiję Wojtkowi mordę!

Po czym oddalił się, a pani biegła za nim, próbując go zatrzymać.

I chociaż mogłabym panu przydzielić tu minus za chęć fizycznej przemocy, to jakoś nie zdziwiła mnie jego reakcja. Natomiast zachowanie kobiety jest dla mnie absolutnie niedojrzałe i świadczy tylko o konieczności zwracania na siebie uwagi i domagania się – jak mawiała babcia – pieczonego lodu. Cała ta rozmowa nie wniosła do związku niczego konstruktywnego, a jedynie spowodowała silny konflikt. I po raz kolejny powtórzę: jeśli coś mi się u partnera nie podoba, mam prawo mu to powiedzieć, a krążenie wokół tematu i okazywanie niezadowolenia nie wiadomo z czego prowadzi jedynie do podkopania zaufania i bliskości. Niczemu nie służy.

W całym tym dialogu to zdecydowanie pani nazbierała minusów, ale wiem też, że płeć nie ma znaczenia w umiejętnościach komunikacyjnych. Zacytowana rozmowa nie pokazuje kobiecej głupoty, lecz nieumiejętność wyrażania myśli i artykułowania tego, czego się chce lub czego sobie nie życzymy – zjawisko, które dopada ludzi niezależnie od płci. Zatem równie dobrze można założyć, że czasem to mężczyzna nie umie powiedzieć wprost, o co mu chodzi. Myślę, że to cecha po prostu ludzka.

Moje doświadczenie wskazuje jednak, że kobiety częściej stwarzają dramaturgię sytuacji, nie chcąc wprost nazywać spraw, o które mają pretensje. Kobiecy foch najczęściej nosi tytuł: “a domyśl się, o co mam do ciebie pretensję” i jest najsroższą karą dla partnera, który naprawdę kocha. Jest też przejawem niedojrzałości emocjonalnej. Cokolwiek jest powodem łez, można to zawsze zwerbalizować. Każdy partner, który jakoś “skrzywdził” swoją kobietę, chce jej to zazwyczaj wynagrodzić. Ale jak to zrobić, kiedy nie wiadomo w czym rzecz? Dlatego podstawą – powtarzam: absolutną podstawą – jest mówienie wprost. Jeśli potrzebujemy przeprosin, to musimy powiedzieć, co nas rani. Jeśli rana jest zbyt wielka, by przeprosiny pomogły, to można odejść od człowieka, informując go, czego nie chcemy zaakceptować. Należy mu się to, niezależnie od tego, jak głęboko nas skrzywdził.

Oczywiście panowie też czasem milczą, kiedy powinni mówić. Ciekawym przykładem niech będzie mąż pewnej pani, z którą przyszedł na terapię małżeńską wieloletniego związku. Na moje pytanie, kiedy ostatni raz powiedział żonie, że ją kocha, spojrzał na mnie zdziwiony:

– Ale po co? Przecież ona to wie.

Kiedy poprosiłam, by wymienił wszystkie rzeczy, za które kocha swoją żonę, znowu popatrzył na mnie, jakbym była Jednorożcem.

– No jak to? No całą przecież kocham.

Tymczasem prawdziwy związek to właśnie komunikacja. Kochanie wyrasta z gestów, ale i ze słów, które niosą w sobie najcenniejsze uczucia. Im więcej w naszych słowach zrozumienia, ciepła i miłości, tym lepsza relacja. Im więcej radości, piękna i dzielenia się szczęśliwymi wydarzeniami – tym chętniej wracamy do domu, by się przytulić do ukochanej osoby. Im więcej uznania, szacunku i przyjaźni dla partnera – tym mocniejsza więź powstaje. A mocnej więzi nie rozerwie nic i nikt.

Bogusława M. Andrzejewska

Asertywność

Z definicji asertywność to umiejętność chronienia własnej przestrzeni i samego siebie przed wykorzystaniem. Większość z nas pojmuje tę cechę jako zdecydowane odmawianie wtedy, kiedy czegoś nie chcemy zrobić. W gruncie rzeczy to wystarczy do zrozumienia, że jest to działanie nie tylko w obronie własnej, ale też wzmacnianie własnej indywidualności. To trochę chronienie swojego prawa do własnych wyborów: robię to, co ja chcę, a nie to, czego życzy sobie ode mnie ktoś inny.

Do tematu warto podchodzić elastycznie. Nie jest bowiem asertywnością lenistwo, chamstwo czy egoizm. Takiej wymówki można oczywiście wygodnie używać, kiedy nam się czegoś nie chce. Jednak asertywność to raczej działanie zgodne z harmonią serca – czyli wybieranie tego, co ważne dla nas, o ile nikomu nie robimy w ten sposób krzywdy. To moim zdaniem jedyny warunek ograniczający robienie dokładnie tego, na co mamy ochotę – dobro drugiego człowieka, ale i własne dobro.

Asertywność nie jest agresywna. Polega na spokojnej rozmowie lub pozbawionym emocji wyjaśnieniu naszego punktu widzenia. Możemy spokojnie odmówić komuś, kto nas o coś prosi, jeśli tak właśnie chcemy. Szczególnie wtedy, kiedy ktoś próbuje nas wykorzystać. Nie ma znaczenia, czy nasza odpowiedź się komuś podoba czy nie. Jeśli ustępujemy „dla świętego spokoju”, aby nie zrobić komuś przykrości, wówczas nadużywamy siebie. A miłość do siebie wyklucza takie zachowanie. Wysokie poczucie wartości wymaga przede wszystkim szacunku dla siebie.

Jednak ów szacunek należy wyrażać spokojnie. Jeśli nas ktoś obraża, możemy łagodnie lecz stanowczo zwrócić uwagę lub zignorować tę osobę, wg uznania. Natomiast rzucanie się z pięściami, obrażanie drugiej osoby i pełna złośliwości kłótnia nie ma nic wspólnego z asertywnością. Warto o tym pamiętać. Niektórym się wydaje, że odpowiadanie atakiem na atak jest asertywnym bronieniem swojej godności. Nic podobnego. Tam, gdzie w grę wchodzą negatywne emocje i nieetyczne zachowania, tam nie ma już mowy o żadnej godności. Dojrzała osoba potrafi spokojnie wyrazić swoje zdanie i to jest jej największą obroną. Zignorowanie napastnika i zaniechanie sprzeczki nie jest ucieczką. Jest pokazaniem prawdziwej klasy. Dodam też, że jeśli skutecznie podniesiemy poczucie własnej wartości, nikt nas nie będzie zaczepiał i atakował.

Otwartość na rozmowę i szukanie kompromisu jest ogromnie ważne, ponieważ inni ludzie mają swoje priorytety, swoje plany i odmienne podejście. Nie każdy myśli tak, jak my i nikt nie przyszedł na świat po to, by nam służyć i tańczyć tak, jak my mu zagramy. Każdy ma prawo do własnych wyborów, dlatego szacunek dla innego człowieka wymaga zrozumienia, że możemy prosić, negocjować, lecz nie wolno nam manipulować ani wywierać presji. Oczywiście szacunek dla innych powstaje wtedy, kiedy mamy szacunek dla samych siebie. Poziom samooceny wyznacza sposób zachowania i traktowania drugiego człowieka.

Niedawno zwróciłam uwagę na pewną mniej lub bardziej świadomą manipulację w dyskusji na FB. Ktoś wyraźnie zapowiedział, że nie życzy sobie na swojej osi krytyki znanej publicznie osoby, ponieważ ją ceni. Nie zastosowanie się do tego życzenia miało skutkować wyrzuceniem ze znajomych. I tutaj pojawiła się pani manipulantka, która natychmiast przewrotnie próbowała zdyskredytować człowieka pisząc, że należy szanować odmienne poglądy, bo przecież ludzie są ważniejsi od przekonań. Pozornie piękne i mądre hasło, w istocie jest wyzwaniem właśnie dla bycia asertywnym. Na mojej osi, podobnie jak we własnym domu, mam prawo przyjmować wyłącznie tych, którzy stosują się do moich życzeń. I podobnie jak mogę zażądać, by gość zdjął buty, mam prawo oczekiwać, że nie będzie ze mną rozmawiał o polityce, a z całą pewnością nie będzie obrażał tych, których szanuję. Jeśli ktoś nie chce ściągać butów, nie musi przecież do mnie przychodzić. A jeśli chce krytycznie wyśmiewać tych, którzy są mi bliscy, może to robić w innym towarzystwie, a nie w mojej obecności. Proste.

Zdumiewa mnie często bezczelne szafowanie górnolotnymi hasłami, które w ostatnim czasie staje się nawet trochę modne. Bo czymś zupełnie innym jest prawo do posiadania własnych poglądów, a czym innym wygłaszanie ich wobec tych, którzy sobie tego nie życzą słuchać. Ta druga opcja jest moim zdaniem celowym atakiem na inną osobę. Nie bez powodu od lat mówi się, że dżentelmeni nie rozmawiają o polityce. Właśnie dlatego, że kulturalni ludzie nie zaczepiają i nie prowokują innych. A tym przecież jest ostentacyjne wygłaszanie swoich poglądów wobec osoby, która ma inne zdanie – a my doskonale o tym wiemy – werbalnym atakiem, zaczepką, złośliwością.

Żyjemy w trudnych czasach. Nasz kraj jest podzielony na dwa obozy, ludzie stale się kłócą, a o kulturze trudno nawet marzyć. Ale tu właśnie wkracza asertywność. Tu mamy okazję, by zdecydowanie wyprosić kogoś, kto narusza święte prawo gościnności, zaczepiając mnie i atakując. Rzecz jasna nie namawiam do kłótni czy agresji. Agresywna reakcja na złośliwość stawia nas na równi z zaczepiającym. Wystarczy spokojnie zwrócić uwagę. A jeśli nie zadziała, zignorować napastliwego człowieka lub usunąć ze swojej przestrzeni.

To wszystko przy tym jest tylko metaforą – nie zwykłam zrzucać ludzi ze schodów. Jednak przyznaję się, że bez złości wyłączam ze znajomych osoby, których zachowanie i wypowiedzi mi nie odpowiadają. Mam do tego prawo, skoro nie po drodze mi z nimi. To ja wybieram sobie znajomych i wybieram osoby o podobnych poglądach i zainteresowaniach. O czym mam rozmawiać z kimś, kto na przykład popiera faszyzm lub propaguje antysemityzm? Nie znajdę z takim człowiekiem wspólnego zdania. Szkoda naszego czasu. Drażnić mnie będą wypowiedzi takiej osoby, a ją zdenerwują zapewne moje poglądy. Lepiej, jeśli każde z nas spotykać się będzie w gronie znajomych, z którymi dzieli przekonania. To właśnie asertywność. Świadome dokonywanie wyboru z kim chcę się spotykać, a dla kogo wolę nie mieć czasu.

W pseudoduchowych tekstach pisze się dużo o miłości, wybaczaniu i tolerancji. Czasem autorzy sugerują, że człowiek na wysokim poziomie akceptuje osobnika o odmiennych poglądach, milutko się uśmiechając. Dopóki to drobiazgi, a dyskusja dotyczy wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem, można się uśmiechać. Jeśli jednak uznam, że nie chcę słuchać historii o tym, jak bardzo obrzydliwi są obcokrajowcy – mam prawo nie słuchać. Mam prawo wyjść ze spotkania lub usunąć z niego taką osobę, jeśli to mój dom. To właśnie asertywność – prawo do decydowania o tym, w jakiej energii przebywam. Rozwój nie polega na kuleniu się w sobie i rozpaczliwej walce z chmurą negatywnych wibracji. Rozwój polega na dbałości o siebie, o swoich bliskich i swoją przestrzeń.

Jednak znowu powiem, że warto być w tej kwestii elastycznym. Czasem lepiej udawać, że się czegoś nie słyszy. To nie oznacza braku asertywności, tylko właśnie kulturę. Czasem puszczenie mimo uszu złośliwości jest lepszym wyborem, niż zrzucenie kogoś ze schodów. Wszystko zależy od sytuacji. Jeśli to incydent, bo ktoś jest nie w humorze – lepiej odpuścić. Jeśli jednak z kimś nam nie po drodze – można dać temu wyraz odcinając się od takiej osoby.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Życzliwość

To cudowna jakość, którą każdy z nas nosi w sobie. Nie musimy jej szukać na zewnątrz ani w żaden sposób uczyć się bycia życzliwym. Wystarczy to odnaleźć wewnątrz siebie. I co ciekawe – nie wymaga to żadnego wysiłku. Uważam, że w odniesieniu do takiej cechy, trzeba po prostu być sobą. Działać i reagować spontanicznie. Wówczas ujawnia się nasza naturalna życzliwość. Podobnie jak dobro czy miłość. W gruncie rzeczy życzliwość jest stanem opartym właśnie na tych dwóch ważnych odczuciach. Jest przejawem dobroci i bezwarunkowej miłości.

Wszystkim, którzy mają problem z pozytywnym spojrzeniem na samego siebie przypomnę, że każdy człowiek jest w swojej istocie dobry. To nasza naturalna cecha. Tacy właśnie się rodzimy: serdeczni, kochający, otwarci, życzliwi. A to oznacza, że te wszystkie jakości stanowią naszą prawdziwą naturę. Nie musimy ich w żaden sposób zdobywać z zewnątrz, wystarczy sięgnąć do źródła.

Oczywiście chciałabym, aby ludzie pozostawali przez całe życie takimi właśnie, lecz jak wiemy wszyscy – bywa czasem inaczej. Jeśli na przykład matka dziecka jest rozgoryczona i pełna agresji, bo została porzucona w ciąży, wówczas dziecko przejmuje te wibracje i uczy się czegoś, czym nie jest w swojej prawdziwej istocie. Uczy się nikczemności, złości, oszukiwania. Jeśli rodzice żyją razem, lecz stale się kłócą, oskarżają, obdarzają wyłącznie nienawiścią, to dziecko zatraca swoją niewinność i wypełnia negatywnymi emocjami. Ciąg dalszy już znamy… Widzimy wokół siebie takie osoby.

Pamiętajmy, że przez siedem lat (co najmniej) matka i dziecko to jeden układ energetyczny. Dziecko dostaje w prezencie od mamy wszystkie pełne żalu i niechęci emocje. Koduje je w sobie, a nierzadko nawet choruje w wyniku emocjonalnych problemów swojej matki. Tak to działa. Warto o tym pamiętać. I chociaż wydaje się to trudne, można chociaż przez te kilka lat wczesnego macierzyństwa postarać się myśleć pozytywnie, rozwijać optymizm i życzliwość, właśnie po to, aby dziecko wzrastało się w dobrych energiach. Dla matki same z tego korzyści, bo rozwijając dla dziecka świadomość prosperującą, tworzy także swoje własne szczęście i szybko zaczyna układać pomyślnie swoje życie.

Dziecko łatwo można nauczyć życiowej mądrości i optymizmu, ponieważ młoda istota chłonie wszystko jak gąbka. Najważniejsze jednak to uświadomić sobie, że dziecko uczy się przez przykład. Możemy godzinami tłumaczyć i opowiadać mądrości o korzyściach pozytywnego myślenia. Nic to nie da, jeśli sami narzekamy lub złorzeczymy innym. Możemy natomiast nic nie mówić, nie przedstawiać teorii, lecz po prostu cieszyć się chwilą, śmiać często i nie przejmować drobiazgami, aby nauczyć dziecko właściwego podejścia. Jeśli w jego obecności odnosimy się życzliwie do innych, nasz maluch też taki będzie, jak dorośnie. I dodam od razu, że kodowanie w dziecku nienawiści do ojca, który raczył odejść do innej kobiety gwarantuje, że dziecko będzie w życiu nieszczęśliwe. Jak w banku! A pełna złości mamusia uniesie się jak gołębica w powietrze, kiedy tylko głupota nauczy się fruwać.

Moim zdaniem nikczemne zachowania biorą się z żalu, cierpienia i trudnych doświadczeń, z którymi ktoś nie chce się pożegnać. Nie jest to usprawiedliwienie. Znam wiele osób, które mają za sobą bolesne dzieciństwo i są dzisiaj wspaniałymi, szlachetnymi osobami. Umieją wybaczać, nie chcą na nikim brać odwetu, myślą pozytywnie i stały się naprawdę szczęśliwe. To zawsze nasz wybór. Możemy odpuścić, zapomnieć i pomyślnie kształtować swoje życie, ale możemy też kisić się w nienawiści i rozdrapywać stare rany, podsypując je agresją i podłością. Za każdym razem swój los kształtujemy sami. Jeśli ktoś chce zmienić swoje życie na lepsze – znajdzie na to sposób, uwalniając się od braku samoakceptacji i wybaczając sobie, wybaczając także innym. A potem już przed nami tylko pogodne i pomyślne doświadczenia.

Większości z nas życzliwość przychodzi bez trudu. Stale widzę wokół siebie pozytywnych ludzi i niosące wiele nadziei zachowania. Widzę spontaniczną pomoc i piękne, serdeczne reakcje na trudne chwile. Obserwowałam to uważnie w latach dziewięćdziesiątych, kiedy duża część Polski została zalana przez wielką powódź. Z zachwytem patrzyłam, jak ludzie, nie oglądając się na nic, pomagali sobie nawzajem. Mieszkańcy środkowej i północnej części Polski bez wahania ładowali do samochodów żywność, lekarstwa i środki higieny, aby zawieźć je na zalane wodą południe kraju. W ekstremalnych sytuacjach ludzie pokazują swoją prawdziwą naturę. Znakomita większość jest spontanicznie dobra i życzliwa – nie mam co do tego wątpliwości.

Myślę, że warto to zauważać i doceniać. To my tworzymy swój świat i w naszej rzeczywistości manifestuje się to, w co wierzymy i co zasilamy swoim postrzeganiem. Nasza realność jest wielobarwna. Manifestują się w niej wszystkie dostępne aspekty istnienia.  Jeśli skupiamy się na choćby najdrobniejszych przejawach życzliwości, jeśli umiemy się nimi cieszyć, wówczas przyciągamy więcej podobnych aktów serdecznego zachowania. Jeśli natomiast kierujemy swoje rozżalone emocje na trudne doświadczenia i niewdzięcznych ludzi, to siłą rzeczy zapraszamy takie postacie do swojej codzienności.

Bogusława M. Andrzejewska

Polityka

„Dżentelmeni nie rozmawiają o polityce” – głosi popularne powiedzenie. I nie bez powodu. Polityka to temat na tyle trudny, że zazwyczaj prowadzi do sporów między rozmawiającymi. Zapewne dlatego, że do dzisiaj nikt nie wymyślił idealnego systemu zarządzania, który wszystkim by odpowiadał. Mamy różne oczekiwania i nie spodziewam się, aby ten problem został kiedykolwiek rozwiązany. Nawet bliska ideału demokracja przestaje spełniać pokładane w niej nadzieje, kiedy większość zapomina o prawach mniejszości i próbuje ją sobie podporządkować, zmuszając do zmiany poglądów.

Osoby, które zajmują się duchowym rozwojem, często pomijają tematy polityczne tak, jakby one nie istniały. A przecież żyjemy w jakimś społeczeństwie i ponosimy konsekwencje tego, co inni wymyślą i zarządzą. Udawanie, że tematu nie ma, bo jest „brzydki”, bywa niedojrzałością i przypomina małe dziecko, które schowało się za firanką, nieświadome tego, że wystają mu nogi i każdy je widzi. Wypieranie niczemu nie służy. Aczkolwiek z całą pewnością popieram tych wszystkich, dla których polityczne tematy są na ostatnim miejscu i zajmują się nimi na tyle tylko, na ile to konieczne.

Świadomość prosperująca bierze odpowiedzialność za swoje życie i wie, że ona sama poprzez swoje poglądy ma większy wpływ na swój los niż jakikolwiek rząd. Nawet w najbiedniejszym kraju można żyć godziwie i szczęśliwie, a w dzisiejszych czasach zmiana kraju także nie jest żadnym problemem. Zatem mądry człowiek nie narzeka na rząd, tylko kreuje swoje życie, bez względu na wszystko. Charakterystyczne jest, że na władzę narzekają osoby o najniższej energii, często roszczeniowe, czyli klasyczna świadomość ubóstwa, która oczekuje, że wszystko dostanie pod nos. Jakże łatwo ich kupić, rozdając im państwowe pieniądze – państwowe, czyli innych ludzi. Pamiętajmy, że żaden rząd nie ma swoich pieniędzy. Jeśli cokolwiek rozdaje, to są to pieniądze wszystkich obywateli.

Ponieważ polityka wpływa na nas i musimy ją brać pod uwagę, podejmując swoje ważne decyzje, o kilku sprawach chcę jednak w tym kontekście napisać. Widzę, jak trudne dla ludzi jest to, co się dzieje. Szczególnie teraz żyjemy w bardzo wymagającym czasie, który szlifuje nasz wewnętrzny diament zupełnie bez litości. (Jest kwiecień 2016). Świat się zmienia, a podnoszące się wibracje Ziemi wymagają istotnych transformacji w obszarze ekonomii i gospodarki. Musi zadziać się dużo, aby została przywrócona równowaga.

Przede wszystkim warto uzmysłowić sobie, jakie wartości reprezentują duchowy wzrost. To ważne, by na oślep nie wybierać do rządu takich ludzi, którzy wspierają cofanie się w rozwoju wewnętrznym. I to, co piszę, nie jest żadną agitacją, ponieważ wybory mamy za sobą – w naszym kraju odbyły się zaledwie kilka miesięcy temu. Proszę zatem przyjąć, że pokazuję tu czystą teorię, bez odniesienia do jakiegokolwiek istniejącego ugrupowania. Jeśli chcemy włączyć się w zmiany na świecie, wybierajmy mądrych przywódców i ludzi, którzy choćby w teorii popierają idee duchowości. Nikt nam co prawda nie da gwarancji, że człowiek, który głosi piękny rozwojowy program, finalnie nie stanie się sprzedajnym politykiem, który sprzeniewierzy się wszystkiemu, co obiecywał. Ale wcale tak być nie musi. Warto zatem kierować się zarówno sercem, jak i mądrością.

Duchowość zakłada Jedność. Jedność wszystkich ludzi, wszystkich narodowości. W nowej Złotej Erze mamy współpracować ze sobą, bez względu na kolor skóry, język czy narodowość. Nie jest duchowym ten, kto głosi hasła nacjonalistyczne. Polak nie jest ani lepszy ani gorszy od Żyda, Chińczyka, Rosjanina, Niemca czy Araba. Jest inny. Każdy naród ma swoją kulturę, tradycję i historię, którą warto szanować, by czerpać z niej wiedzę i doświadczenie. Nie możemy jednak uważać, że jesteśmy narodem „wybranym” i najlepszym, poniżając tym samym inne nacje. Przypomnę, że w latach trzydziestych ubiegłego wieku jeden pan z charakterystycznym wąsikiem próbował wyodrębnić rasę aryjską, jako lepszą od innych i tym samym sugerował eksterminację tych pozostałych. Zapłacił za to cały świat straszną wojną. Czy nas to czegoś nauczyło? Nie jestem pewna. Z przerażeniem oglądam marsze nacjonalistycznych bojówek w różnych miejscach… To najniższe energie.

Chcę tu wyraźnie podkreślić, że świadomość prosperująca wyciąga wnioski z historii i robi wszystko, by nie powtórzyć starych błędów, jednak także wybacza. Wybaczenie dotyczy wszystkich obszarów naszego życia, również historii. Pokolenie, które walczyło na frontach drugiej Wojny Światowej już odchodzi, a my powinniśmy szukać porozumienia i przyjaźni, aby współpracować, a nie walczyć. Absurdem jest wypominanie Niemcom czy Rosjanom negatywnego udziału w okupacji. Przypomina im o tym każdy pomnik i cmentarz, każdy film o wojennej tematyce i setki publikacji. Ludzi należy traktować z sympatią i szacunkiem, oceniając ich według ich aktualnych poglądów czy zachowania, a nie w oparciu o to, co zrobili, bądź nie, ich przodkowie. W historii każdego kraju są niechlubne karty. A przecież najważniejsze jest tu i teraz i to, co możemy sobie nawzajem ofiarować – człowiek człowiekowi.

Niektóre kraje islamskie są na innym etapie kulturowym niż Europa. Dlatego też potężna fala syryjskiej imigracji stała się szokiem dla wielu z nas. Każdy, nawet średnio inteligentny człowiek wie, że najsilniejsze światowe mocarstwa mogłyby skinąć palcem i problem zostałby zażegnany, bo nie ulega wątpliwości, że żadna imigracja nie jest rozwiązaniem. Rozwiązaniem jest pokój i ten pokój powinien nastąpić tam, gdzie uciekinierzy zostawili swoje domy. Jednak nikt palcem nie skinął, ponieważ ma w tym swój interes. Prosperująca świadomość zawsze pożąda pokoju – dla wszystkich. A masowa imigracja do krajów tak bardzo odmiennych kulturowo może stać się początkiem kolejnej wojny – w tych krajach – dlatego należy szukać innych rozwiązań. Nie można zastępować jednej wojny inną.

Mamy prawo bronić swojego spokoju i poszanowania naszych zasad, naszej kultury, mamy prawo dbać o własne bezpieczeństwo, to oczywiste. Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że nie jest to jednoznaczne z poniżaniem innych, lżeniem i kopaniem. To także ludzie. Inni. O innej tradycji. W niektórych rejonach świata są jeszcze na etapie kulturowym mocno osadzonym w negatywnych ideach typu: „wszystko nam się należy i wszyscy mają myśleć, jak my”. To idee rozbieżne z jakimkolwiek rozwojem niestety. Ale to także ludzie. Skoro rozumiemy więcej niż oni, skoro nasze zachowania są bardziej humanistyczne, to z mądrością powinniśmy szukać wyjścia z impasu. Mam nadzieję, że to się uda zrobić pokojowo – bez walki.

Mam przyjaciela muzułmanina. To dobry i kochany człowiek, który pięknie mówi po polsku, a dzięki temu z ciekawością uczę się od niego ciekawostek o jego kulturze, obyczajach, a nawet jedzeniu. Nie jest terrorystą. Nigdy nie będzie, bo nie zgadza się z taką polityką i podkreśla, że jest to niewłaściwa interpretacja Koranu. Wielkie religie mają to do siebie, że manipulują ludźmi i są w okrutny sposób nadużywane. Historia katolików, która z założenia miała być historią kochania bliźniego swego, jest wypełniona krwawą rzezią wojen krzyżowych, konkwisty i inkwizycyjnych stosów. To jednak nie oznacza, że wszyscy katolicy to mordercy. Nie można wszystkich wkładać do jednej szufladki, trzeba przede wszystkim w człowieku widzieć Człowieka.

W Złotej Erze nie powinno być granic, dlatego osobom rozwijającym się duchowo bliskie być powinny idee takie tak Zjednoczona Europa. To jednak nie oznacza bezwarunkowej akceptacji wszystkiego, co się w tej Europie dzieje. Rządzą nią ludzie i jak to ludzie – popełniają błędy. W ramach tejże Europy działają też różne ugrupowania i funkcjonują jakieś zasady ekonomiczne, nie zawsze dobre. Dlatego powtórzę ponownie – chodzi o poszukiwanie sposobów na tworzenie wspólnoty z innymi ludźmi, z którymi znajdujemy wiele wspólnego, z narodami podobnymi do nas kulturowo. To od nas zależy, jakie to będą sposoby. Warto szukać podobieństw, a nie różnic.

Przy okazji radzę unikać „nauczycieli duchowych”, którzy popierają nacjonalistyczne zapędy niektórych polityków. Choćby wydali dziesiątki książek, ich nauki są w istocie bez wartości. Jedyną duchową prawdą jest miłość bezwarunkowa. Jeśli ktoś szerzy antysemityzm lub udowadnia wyższość jednej nacji nad inną, to świadomie lub nie – służy ciemnej stronie mocy i nie ma nic wspólnego z duchowością. Nie wystarczy pięknie mówić, trzeba też żyć w zgodzie z tym, co się głosi. A jeśli ktoś uważa, że miłość to brednie dla słodkich landrynek, to na wszelki wypadek zacytuję jednego z duchowych nauczycieli:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.

Kolejną istotną wartością, na którą zwracamy uwagę w polityce, jest wolność. Wydawałoby się, że żyjemy w kraju demokratycznym, w którym taki problem istnieć nie powinien. A jednak istnieje i okazuje się, że trzeba ponownie uczyć się definicji demokracji. Uważam, że prawo do wolności poglądów, wyznania, zdrowia, orientacji seksualnej jest prawem niezbywalnym. Świadomość prosperująca nie ogranicza nikogo, szanuje wolną wolę drugiego człowieka. Pozwala ludziom żyć, kochać i pracować tak, jak tego pragną. Tworząc prawo i zasady współżycia społecznego nie przekracza granic niezależności. Najważniejszą zasadą społeczną jest możliwość działania zgodnie ze swoją wolą, o ile nikogo w ten sposób nie krzywdzimy.

Narzucanie drugiemu człowiekowi zasad wynikających z jakiejś religii, której ten człowiek nie wyznaje, jest psychiczną przemocą i pozbawianiem go ludzkich praw. Nikt kto naprawdę rozwija się duchowo i pojmuje mądrze ten rozwój, nie popiera takiego działania. Każdy ma prawo wybierać sobie własną ścieżkę wzrastania wewnętrznego. Jest to moim zdaniem najbardziej intymny wybór, ponieważ dotyczy tematu niesłychanie delikatnego. Świadomość prosperująca pozwala każdemu wierzyć w takie wyznanie, które sobie wybrał i uznał za najlepsze. Nie ma złych religii, są tylko ludzie, którzy je wypaczają lub próbują z ich pomocą manipulować innymi dla własnych korzyści. Duchowość to miłość bezwarunkowa. Bezwarunkowa oznacza akceptację także takiego człowieka, który ma inne poglądy. Nawracanie nie jest akceptacją ani miłością. A tworzenie przepisów opartych na religijnych zasadach jest – powtórzę wyraźnie – psychiczną przemocą.

Doskonałym przykładem, jak to powinno funkcjonować, mogą być Świadkowie Jehowy. Mam wśród nich przyjaciół i wiem, że jedną z ich ważnych zasad jest nie przyjmowanie cudzej krwi. Nawet w sytuacji zagrożenia życia, wyznawca tej religii odmawia transfuzji. Ma do tego pełne prawo, chociaż nam się to może nie podobać. Jednak nikogo innego do tego nie zmusza. A jak by to było, gdyby wprowadzić taką ustawę i zabronić przetaczania krwi wszystkim obywatelom w kraju – także katolikom, muzułmanom, buddystom? Czy to byłoby słuszne i sprawiedliwe? Ponieważ odpowiedź może być tylko jedna, zwrócę tu uwagę, że w moim kraju to katolicy właśnie próbują to zrobić: narzucić swoje zasady wszystkim, także tym, którzy katolikami nie są. To nie ma nic wspólnego ani z demokracją, ani z duchowością. Duchowość to miłość, a nie presja i niewola.

To oczywiście temat-rzeka, a nie chcę absolutnie toczyć dyskusji o religiach. Jednak warto tu wspomnieć, że polityka obowiązkowo powinna być świecka. Polityk ma za zadanie chronić wszystkich, a przede wszystkim mniejszości, bo większość obroni się sama. Nie można narzucać wszystkim jakiejś wiary, jakiegoś przesądu czy religijnego przekonania, tylko dlatego, że procentowo tego wyznania jest w danym państwie najwięcej. Niestety w wielu krajach ten błąd jest popełniany i funkcjonuje tam religia narodowa. To nie jest właściwa droga. Jeśli zależy nam na prawdziwym rozwoju duchowym, to nawet wyznając coś, nie łączymy tego z polityką. Chodzimy do kościoła, meczetu czy świątyni dla siebie i tylko dla siebie. Nie wolno do tego zmuszać innych. Wiara rodzić ma się z serca, a nie z presji.

Na koniec warto podkreślić, że cokolwiek się dzieje, wynika z harmonii wszechświata. Jest do czegoś potrzebne i czegoś nas uczy. Zachowujmy zatem spokój i wyciągajmy wnioski. Cokolwiek nas boli i razi, wskazuje to miejsce, w którym jako naród zeszliśmy z właściwej ścieżki. Wiem, że to trudne, ale wchodzenie w negatywne emocje niczemu nie służy. Najgorsze, co możemy zrobić, to złościć się i przepełniać nienawiścią. Jeśli jednak mamy potrzebę walki o dobro narodu czy kraju słowem, pisaniem czy manifestacją – być może tak właśnie trzeba? Każdy z nas ma swój program i swoje lekcje. Czasem naszą misją może być zmiana istniejącego porządku. To okres wielkich zmian na Ziemi. Liczy się każde działanie dla dobra innych. Zwróćmy uwagę na nasze intencje – jeśli chronimy mniejszości, jeśli bronimy swoich praw, jeśli czujemy potrzebę przeciwstawienia się temu, co jest – róbmy to. Spróbujmy jednak korzystać z rozsądku. Jak radził wieki temu Piotr Skarga: „racjami, a nie rogami”. Wówczas najszybciej osiągniemy efekty.

To, co mnie najbardziej boli, to wszechobecny “hejt”. Wylewa się z internetu, sączy w nasze ciała subtelne jad, zabija życzliwość, nastawia ludzi przeciwko sobie. Nasz piękny kraj jest podzielony na dwa obozy, które każdego dnia produkują miliardy przekleństw i wyzwisk, wysyłają wzajemnie mnóstwo negatywnej energii. Jeśli ktoś odczuwa energetykę, jak ja, to wie, jak bardzo jest to bolesne i jak niszczy wszystko wokół. To, czego należy unikać za wszelką cenę, to nienawiść. Żadna polityka nie jest tego warta. Moim wielkim marzeniem jest, aby ten “hejt” wreszcie się zakończył, a ludzie zaczęli traktować siebie z sympatią.

Jeśli chcemy powalczyć tylko dlatego, że ktoś ma inne zdanie – zaniechajmy tego. Jeśli chcemy kogoś zmusić, by postępował według naszych przekonań – zrezygnujmy z tego. Jeśli nie umiemy pogodzić się z tym, że inni ludzie mają prawo wierzyć w innego Boga lub lubić inną partię niż my – przemedytujmy swój bunt i potrenujmy Tolerancję. Napisałam to słowo z wielkiej litery, bo to nasza najważniejsza nauczycielka na ten trudny czas. Zanim wejdziemy w skrajne emocje, zobaczmy w drugim człowieku czująca istotę, która ma prawo do własnych poglądów i wyborów. Pamiętajmy, że wszechświat to lustro. Jeśli kierujemy się agresją, to agresji będziemy doświadczać. Jeśli oprzemy się na tolerancji i szacunku do drugiego człowieka, to krok po kroku zbudujemy pokój, który i nas ogarnie swoją mocą.

Bogusława M. Andrzejewska

Energia słów

Tym razem nie o afirmacji, lecz o naszym codziennym posługiwaniu się mową. Warto wiedzieć, że słowa są silnym nośnikiem energii, nawet wtedy, gdy o tym nie chcemy pamiętać. Napisano setki książek o pozytywnym myśleniu, a na portalach internetowych moi znajomi wklejają setki motywacyjnych obrazków z pięknymi zdaniami o miłości, radości i dobrej energii. Wydawałoby się, że każdy o tym doskonale wie i świadomie tworzy piękno wokół siebie. Tymczasem rzeczywistość zaskakuje bardziej niż byśmy chcieli. Szczególnie wtedy, kiedy słyszymy, co ludzie mówią i piszą, jakich słów używają nawet ci, którzy chcą uczyć innych rozwoju.

Każdy z nas jest bogiem i boginią. Każdy z nas tworzy swój własny świat. Nie zawsze jest on idealny, bo przecież życie to poligon doświadczalny, na którym omijając różne wyboje i pokonując skomplikowane zakręty, zmagamy się z własnymi emocjami. Nie jest przy tym ważne, na ile nam się udaje, a na ile wpadamy ciągle w te same dołki i pułapki. Ważne, że mamy świadomość na czym polega rozwój i wytrwale podnosimy się, otrzepując z kurzu i podążamy w stronę Światła. Ważne, że kierujemy się Dobrem i pięknem. Jednak trzeba świadomie trzymać kierunek.

Jeśli mamy tworzyć Nową Erę na bazie miłości, to nie możemy lekceważyć tego, co robimy i – uwaga! – tego, co mówimy. Słowa są cudownym materiałem, z którego możemy układać najpiękniejsze wzory miłości, serdeczności i mądrości. Jest to niezwykle łatwy proces tworzenia wspaniałej energii. Powszechnie dostępny, nie limitowany i niezwykle skuteczny. Jedno dobre słowo może zmienić komuś życie na lepsze. Wsparcie, dodanie otuchy, błogosławieństwo – to proste i efektywne narzędzia, które czynią świat wspaniałym miejscem. Spróbujmy swoim językiem wyrażać głównie Dobro i Piękno. Róbmy to też dla siebie – dla własnego zdrowia i samopoczucia. Miłe i pozytywne słowa podnoszą nam energię, dodają sił, wzmacniają i zgodnie z Prawem Przyciągania kreują dobrobyt.

Dobrze jest przy tym umieć zauważyć to, co nam nie służy, a przynajmniej świadomie tego nie zasilać. Słowa wulgarne i złośliwe bardzo mocno ściągają nam energię. Trują, szkodzą, niszczą i to dosłownie na poziomie materialnym także. Zrobiono kiedyś taki eksperyment, w którym przeklinano posiane w doniczce nasiona – w efekcie ziarenka nie wykiełkowały, lecz zmutowały, jakby poddano je szkodliwemu promieniowaniu. Więcej na ten temat napisałam wiele lat temu w artykule o potędze słowa. Skoro tak to działa, to choćby dlatego nie warto przeklinać jak przysłowiowi szewcy.

Rynsztokowe popisy nie mają żadnych cennych właściwości. Wyobraźmy sobie, że wchodzimy któregoś dnia na Facebooka i z każdego profilu witają nas słowa na k… i p…. Wyobraźmy sobie, że w każdym sklepie i w każdym urzędzie takimi słowami do nas mówią… Czy chcemy żyć w takim werbalnym brudzie? Czy to jest nasze wymarzone istnienie? Jeśli tego sobie nie życzymy, to pilnujmy także własnego języka i mowy naszych przyjaciół. Nie pozwalajmy ludziom, by w naszej obecności publicznie “rzucali mięsem”. Chrońmy naszą energię. Budowanie świata zaczyna się od nas samych, od naszej małej osi na FB. Im więcej na niej przekleństw, tym niższa nasza energia. A jeśli ktoś obok rozlewa swoje pomyje – dajmy mu wyraźnie do zrozumienia, że nie akceptujemy paskudzenia naszej energii. Nikogo nie musimy potępiać ani obrażać, ale możemy się odsunąć, wyłączyć, pokazać, że postępuje niewłaściwie.

Każdy jest we właściwym miejscu i czasie. Każdy jest na odpowiednim miejscu swojej ziemskiej wędrówki. Dlatego pan spod budki z piwem i jogin, a także każdy inny człowiek jest tylko i aż – światłem zamkniętym w fizyczności. Światłem, które zeszło tu na Ziemię, by nauczyć się odróżniać swoją prawdziwą naturę od ciemności. Nie zawsze się to tak po prostu udaje. Miotamy się, cierpimy i czasem wymykamy się temu Światłu, które lśni w nas, wpadamy w mrok bólu czy złości. Ale to nie oznacza, że mamy naiwnie przyklaskiwać ciemności. Trzeba mieć świadomość, że należy z tego mroku się wydostać.

Wulgarne słowa atakują przede wszystkim nas samych. Jeśli ktoś myśli, że przez przeklinanie rozładowuje tylko swoje emocje i pomaga sobie w ten sposób, to jest w wielkim błędzie. “Badania pokazują, że słowa o negatywnym zabarwieniu i agresywne zachowania nie osłabiają w nas agresji, ale przeciwnie – wzmacniają ją. Ponadto, dając sobie takie prawo raz, drugi, trzeci i kolejny, tworzymy – w sytuacji emocji, które najczęściej nazywamy gniewem lub złością – nawyk agresywnych zachowań. A może się potem zdarzyć, że nawet bez tej emocji nasze zachowania będą bardziej agresywne, a sposób mówienia atakujący, osądzający, nawet wulgarny” (Iwona Majewska-Opiełka).

Mnóstwo moich znajomych dumnie pisze o sobie, że rozwijają się duchowo lub że są wojownikami Światła. Nie pokazali jednak ani swojego świetlistego miecza ani swojej duchowej mądrości, kiedy ktoś pozwolił sobie publicznie na bardzo wulgarną wypowiedź. Potraktowali wiadro pełnych złości pomyj, jak asertywność. Prawdziwa asertywność to nie tylko  chronienie własnej przestrzeni, ale także szanowanie przestrzeni drugiego człowieka. Nie wolno nikogo ranić i nazywać tego asertywnością. A kiedy komuś się to czasem zdarzy, warto to naprawić i przeprosić. Najważniejsze, by rozumieć, gdzie popełniło się błąd i więcej go nie powtórzyć. Tymczasem ogromny aplauz dla niewłaściwego działania utrudnia rozumienie, że tak robić nie należy. Że nie tędy droga w duchowym rozwoju. Nikt przy tym nie zauważył, że tym publicznym zjawiskiem poprzeczka duchowego rozwoju została mocno obniżona – można swobodnie kląć! Skoro ktoś to zrobił i wszyscy klaszczą, to znaczy, że to jest dobre… A najgłośniej przecież klaszczą ci, którzy sami sobie nie radzą ze sobą i oto, ktoś, kto był być może autorytetem upadł twarzą w błoto. Och, brawo! Wcale nie jesteś lepszy ode mnie!

Zasady życia i cierpienia są proste: nikt nie może nas skrzywdzić, jeśli nie damy mu na to przyzwolenia. Jeśli ktoś został skrzywdzony, to powinien w sobie szukać przyczyny. A jeśli zamiast tego bije innych słowami – to błądzi. Nie trzeba go rugać ani potępiać, ale nie można też takiemu postępkowi bić brawa. Czasem milczenie wystarczy, by taka osoba zrozumiała, że coś w sobie musi uzdrowić. Nie można jednak kłamać i nazywać złości czy bezmyślności miłością. To ważne.

Ten tekst piszę głównie po to, żeby pokazać, że wulgarne popisy niczemu nie służą. Bycie pozytywnym nie polega na tym, że przez pół godziny afirmujemy ładne rzeczy, a w pozostałym czasie rzucamy mięchem, bijemy, kopiemy, gryziemy i poniżamy innych. Rozwój w istocie nie polega na tym, że na pokaz mówimy i piszemy mądre rzeczy, a kiedy coś pójdzie nie po naszej myśli, to wysypujemy publicznie wszystkie tłumione tygodniami „k…” na innych ludzi. Prawdziwy rozwój to rozumienie, że najważniejsze jest Dobro – wobec siebie, innych, wobec świata, wobec wszystkich dookoła. Równie ważne jest Piękno – do którego nie zaliczają się słowa o niskiej energii. Równie ważna jest miłość bezwarunkowa – która nigdy do nikogo nie powie: „sp…”, choćby cierpiała na poziomie każdej swojej komóreczki. Można sobie popłakać i potupać we własnym domu. Można walić pięścią w poduszkę, ile dusza pragnie i potrzebuje. Można krzyczeć do bólu gardła w tunelu pod przejeżdżającym pociągiem – jak Liza Minelli w Kabarecie. Ale rozwój duchowy jest tylko tam, gdzie najważniejszym prawem jest: „nie krzywdzić”. Jeśli jest inaczej – to nie ma tam żadnej duchowości, tylko udawanie i tam jej nie szukajcie.

Każdy z nas stara się otaczać pięknem. Kupujemy obrazy, stawiamy na stole kwiaty, korzystamy z perfum i esencji zapachowych do kominka. Dostrzeżmy zatem dysharmonię pomiędzy tym, czym dekorujemy ściany, a wulgarnymi słowami, które są uderzeniową dawką niskiej, ciemnej energii. Nauczmy się ją zauważać i zacznijmy gryźć się w język. Słowa są nośnikiem energii – są naprawdę. Dlatego szanujmy siebie i swoje otoczenie. Wypowiadajmy słowa głęboko przemyślane. Szukajmy jak najpiękniejszych wyrażeń. A w trudnych i bolesnych emocjach, jeśli chcemy sobie zakląć, niech te przekleństwa nie uderzają w innych. Rzućmy nimi w ścianę lub jeszcze lepiej w podłogę. Takie słowa są jak dźgnięcie sztyletem. Niczym się zresztą od tego nie różnią.

Minęły czasy machania mieczem. Dzisiaj bijemy słowami. Często na oślep, bo wydaje nam się, że fakt doświadczania cierpienia daje nam prawo do znęcania się nad innymi. Pseudo-duchowi nauczyciele plują jadem na niewinne osoby, bo przecież są w emocjach, mają prawo, są tylko “asertywni”. Otóż nie, nie są i nie mają. Nikt nie ma prawa ranić drugiego człowieka. A jeśli zamierzamy okrucieństwem odpowiedzieć na czyjeś złe traktowania – to niczym się nie różnimy od własnego kata. Wchodzimy w ten sposób w jego energię i potwierdzamy, że zasłużyliśmy na każdy cios, jaki spadł nam na plecy.

Aby nie było wątpliwości – nie potępiam nikogo. Każdy z nas może zrobić głupstwo, zranić kogoś czy zakląć. Ale możemy i powinniśmy zrozumieć – kiedy tylko opadną emocje – że to nie jest właściwa droga. Nie jest rozwiązaniem ani “oko za oko” ani też “nadstawianie drugiego policzka”. Rozwiązaniem jest uzdrowienie siebie bez wylewania pomyj na innych i bez wyżywania się na ludziach za własne niepowodzenia.

Warto nauczyć się opowiadać po określonej stronie. Po jednej jest Światło, miłość, szacunek, starannie dobrane słowa i błogosławieństwa. Po drugiej jest ciemność, brud, wulgarny język i hipokryzja. Rozwój polega na wybieraniu zjawisk, które są z nami harmonijne i odrzucaniu tych, z którymi nam nie po drodze. Duchowość polega na określaniu Kim W Istocie Jestem. Nie można rozwijać się duchowo i popierać publicznego obrzucania innych kamieniami i błotem.

Każdy dzień zaczynam od błogosławieństwa. Nie na pokaz, lecz świadomie. Bo sprawia mi to ogromną radość. Bo wyrażanie miłości rozwija najpiękniejsze uczucia w moim sercu. Bo każde błogosławieństwo dla innej osoby działa na mnie jak najlepszy balsam. Tak to czuję, więc dla własnej przyjemności pławię się w dobrych słowach i wysokiej energii.  Każdego dnia życzę wszystkim tego, co dobre i piękne. Chcę, abyście byli szczęśliwi i mam w tym swój wielki interes. Im więcej szczęśliwych ludzi, tym przecież lepszy świat. Człowiek szczęśliwy nikogo nie skrzywdzi.

Dobre słowa są jak pachnące kwiaty – rozrzucone wokół sprawiają, że otacza nas piękno. W tym chcę żyć, wśród szczęśliwych, zdrowych i roześmianych ludzi, a nie w błocie. Oczywiście każdy ma prawo chcieć inaczej i robić po swojemu. Ale z całą pewnością wybieranie przekleństw zamiast dobrych słów o wysokiej energii nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek rozwojem duchowym. Nie jest też wyznacznikiem prosperującej świadomości, bo temu, który przeklina też zabiera energię. Nie pouczam nikogo. Wyrażam tutaj swoje zdanie i przypominam, że to, co pochodzi od Aniołów nie zaczyna się na k… i na p… Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech sobie to spokojnie przemedytuje.

Polecam także lekturę książki Doreen Virtue i Granta Virtue „Anielskie słowa”.

Bogusława M. Andrzejewska

Intymność

Intymność to najbardziej osobista przestrzeń, w której skrywają się myśli, uczucia, tajemnice, wspomnienia i marzenia. To wszystko, co najbardziej nasze. To także oczywiście seks, dlatego najczęściej mówimy o tym w kontekście związków. Jednak warto podkreślić od razu, że szacunek dla samego siebie, to akceptacja całej swojej istoty, także z tymi częściami niekoniecznie chlubnymi. Każdy z nas ma jakieś cienie, które spoczywają głęboko schowane przed ludźmi. Wysoka samoocena wymaga, abyśmy umieli polubić siebie z całym tym bagażem. Jakikolwiek by on nie był. Szanowanie swojej intymności to akceptacja różnych części swojej osobowości.

Kiedy tworzymy związek z drugim człowiekiem, prędzej czy później pojawia się pytanie, na ile możemy mu zaufać i odkryć siebie. Wszystko zależy od stopnia bliskości, ale przede wszystkim od naszych własnych potrzeb. To zawsze moja decyzja, czym chcę się podzielić, a czym nie. Dzielenie się intymnością, to odkrywanie najbardziej wrażliwej części siebie. Nie można tego robić pochopnie, szczególnie wtedy, kiedy nie chcemy przekraczać w relacji pewnego dystansu.

Warto pamiętać, że w tej kwestii nie ma przymusu ani żadnych ściśle obowiązujących zasad. Ważna jest pełna akceptacja partnera  – w obie strony. Oznacza to, że jeśli w relacji istnieje prawdziwa przyjaźń i szacunek, to mogę śmiało podzielić się tajemnicą, wiedząc, że nawet jeśli kiedyś przestaniemy być parą, moje sekrety zostaną zachowane. Jeśli czuję się akceptowana, to wiem, że cokolwiek ujawnię, nie stracę sympatii ani szacunku partnera. Wiem, że mogę liczyć na wsparcie i zrozumienie. Szczerość i otwarte mówienie o tym, co dla mnie ważne, nie pozbawia mnie niezależności.

To, co się dzieje po ewentualnym zakończeniu związku jest też ważną wskazówką dla nas. Jeśli po rozstaniu z partnerem mam wrażenie, że mój świat się skończył, noc nie jestem warta i nic już się nie liczy, to wskazuje przede wszystkim niskie poczucie wartości. Jeśli natomiast, pomimo oczywistego smutku i przejściowego poczucia samotności, doceniam siebie i wiem, że po pewnym czasie spokojnie ułożę sobie na nowo życie osobiste, to oznacza, że mam dobry kontakt ze sobą, ze wszystkimi aspektami swojej osobowości.

Z jednej strony intymność w układzie partnerskim wymaga tworzenia wspólnej przestrzeni i wspólnych rozmów na istotne tematy. Z drugiej – ryzyko otworzenia pudełka ze skarbami przeszłości nie zawsze służy związkowi. Czasem tak, czasem nie. Moim zdaniem warto tworzyć własną historię i bazując na aktualnym doświadczaniu w tej konkretnej relacji, kreować obszar tylko nasz i tylko dla nas. Wbrew pozorom, to i tak duże ryzyko. Jeśli nasz partner chętnie opowiada o swoich poprzednich związkach, nie szczędząc osobistych szczegółów, to można założyć, że jeśli nasza relacja kiedyś dobiegnie końca, to będzie opowiadał także o nas.

Tego typu sytuacje ocierają się już o zdradę. W układzie intymnym niewiernością jest nie tylko skok w bok, ale właśnie naruszenie wspólnej tajemnicy, wspólnej intymności. Każda pikantna opowieść o najbardziej intymnych przeżyciach z kimś, jest sprzeniewierzeniem się tej osobie. Badania wskazują, że tego typu zdrada rani nas o wiele bardziej niż cudzołóstwo. Być może dlatego, że kiedy pozwalamy sobie na seks na boku, stawiamy w złym świetle samego siebie. Kiedy natomiast zaczynamy sprzedawać cudze tajemnice, narażamy na ośmieszenie i upokorzenie tę drugą osobę.

Młodzi ludzie nie wiedzą o tym. Często dopytują w kółko o poprzednich partnerów – partnerki. Chcą poznać jak najwięcej szczegółów, również tych intymnych.  W gruncie rzeczy pragną w ten sposób usłyszeć zapewnienie, że wszystko, co było kiedyś, nie ma dziś żadnego znaczenia – tylko tego potrzebują. Poczucia bezpieczeństwa, bycia ważnym i kochanym. Dlatego te pytania są zbędne, bo jeśli jestem tu i teraz z kimś, to tylko on się liczy. Bo tylko tu i teraz jest istotne. Dociekanie przeszłości jest okropną pułapka, ponieważ może się w niej kryć coś, czego nie jesteśmy w stanie udźwignąć. Zdarzyło się pewnego razu, że kiedy mężczyzna usłyszał, ilu partnerów miała przed nim jego ukochana, poczuł się tak sfrustrowany, że wycofał się ze związku. Czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego, można wówczas naprawdę cieszyć się wyłącznie tym, co czujemy i czego doświadczamy.

Bywa i tak, że ktoś nie pytany mówi za dużo. Znajomy przyszedł do mnie bardzo zniesmaczony po kolejnej randce, na której jego dziewczyna chwaliła się ile razy i w jaki sposób uprawiała bardzo „udziwniony” seks. Chciała zapewne popisać się doświadczeniem i bezpruderyjnością. Efektu nie osiągnęła. Mój znajomy przyszedł do mnie, by zapytać, jak się nazywa tego typu dewiacja, kiedy kobieta chwali się czymś niesłychanie obrzydliwym. Miał przy tym taką minę, jakby chciał zwymiotować. Oczywiście przestał się z tą panią spotykać. Ale pokazuję tę historię tylko po to, by pokazać, że zanim odkryjemy wszystkie karty, warto poznać nieco bliżej tego, komu chcemy mówić o bardzo osobistych doświadczeniach. Bez wątpienia są mężczyźni, którzy zachwyciliby się dziewczyną mojego znajomego, a jej wywody potraktowaliby jako grę wstępną. Warto jednak umieć rozpoznać to wcześniej, zanim otworzymy buzię.

Na marginesie dodam, że warto uważnie przemyśleć to, czym chcemy się podzielić z partnerem, zwracając uwagę przede wszystkim na to, co jest wartością dla związku. Mówimy o tym, co wspiera wspólny układ. Wybieramy takie działania, które tworzą bliskość i piękny klimat. Absolutnie nie można dawać czegoś tylko po to, by zyskać zainteresowanie czy podziw drugiej osoby. Wówczas zamiast intymności ma miejsce handel. Tak było w przypadku mojego znajomego i jego dziewczyny, która chciała jedynie jak najlepiej sprzedać samą siebie.

W kwestiach uczuć i stałości relacji seks nie gwarantuje nam niczego. Dla wielu kobiet bywa on dużym dowodem zaufania i poczucia bezpieczeństwa – to prawda. Jednak nie dla wszystkich. Jest też mnóstwo mężczyzn, dla których seks to tylko wspólna zabawa i nie chcą w nim widzieć niczego więcej niż przyjemności. Nie możemy z góry oczekiwać, że tam gdzie doszło do zbliżenia, jest automatycznie miłość. To tak niestety nie działa. Dlatego granice intymności powinny być wyznaczane w związku wspólnie, w oparciu o to, jak każde z nas postrzega relację i czego po niej oczekuje.

Bogusława M. Andrzejewska