Inspiracja

Inspiracją może być wszystko: promień słońca padający na taflę wody, śpiew ptaka o świcie, telefon od przyjaciółki czy artykuł przeczytany w sieci. Jeśli uruchamia w nas niezmierzone pokłady twórcze, to spełnia swoją rolę. Można nauczyć się widzieć we wszystkim coś na tyle fascynującego, aby napisać nowy tekst czy namalować obraz albo zaplanować kolejny wykład. Dla osoby, która realizuje się poprzez malarstwo, grafikę czy literaturę wszystko może być zaczynem natchnienia.

Ale można też poczuć się zainspirowanym do zmiany swojego życia. Promień słońca przeświecający przez liście i rozświetlający mrok może obudzić w nas optymizm i zachęcić do pozytywnego myślenia. Motywację można odnaleźć w sobie zawsze, a we wszystkim, co nas otacza zobaczymy zachętę do tego, żeby nasze życie stawało się coraz lepsze. Tym bardziej, że w sieci znajdziemy mnóstwo tekstów o tym, jak pracować z wewnętrznym rozwojem, aby to przynosiło satysfakcjonujące efekty.

Mnie inspirują nawet zjawiska średnio przyjemne. Kiedy zaczęłam sobie zadawać pytanie: dlaczego tego doświadczam lub czemu obserwuję coś takiego, uświadomiłam sobie, że wszystko czemuś służy. Często właśnie zrozumieniu jak działa prawo przyciągania. A przecież wszystko można opisać po to, aby pokazać to innym ludziom. Wiedzy o życiu nigdy za wiele. I w ten sposób nawet z negatywnych zjawisk czerpię inspirację.

Można też samemu być inspiracją dla innych i wówczas to pokazuje, że podążamy właściwą ścieżką. Szczególnie wtedy, kiedy wyrasta z tego miłość i piękno. I ja także czerpię pomysły z tego, co pojawia się u innych ludzi. Na przykład malowanie…. Nie malowałam od czasów szkoły podstawowej. Ale któregoś dnia zobaczyłam obraz mojej znajomej. Oglądałam go ze wszystkich stron. Było w nim coś niezwykłego. Przyciągał mnie jak magnes. I zalśniła we mnie myśl, że mogę spróbować też coś takiego namalować. Wiele tygodni minęło, zanim zdecydowałam się kupić farby, pędzle i inne potrzebne materiały. Wracałam do magicznego obrazu i patrzyłam na niego, a on szeptał do mnie… Jak żaden inny wcześniej, a przecież widziałam setki obrazów. Aż w końcu zrozumiałam bezgłośne przesłanie i namalowałam swój…

Czasem jednak zamiast inspiracji pojawia się naśladownictwo. Ślepe i wyrastające z niskich energii, takich jak zazdrość i potrzeba dowartościowania siebie. Manifestuje się jako rywalizacja w obszarach, w których rywalizować nie warto. Pisałam już o tym, że w ogóle nie znoszę rywalizacji, bo to wbrew mojej naturze. Ponadto każdy jest doskonałym sobą taki, jaki jest. Przychodzimy tu na Ziemię ze swoim planem duszy i to właśnie mamy do zrobienia. Wchodzenie w cudze programy poprzez „małpowanie” innych – jak mawiała moja babcia – jest stratą czasu i energii. Rywalizowanie z innymi jest zaprzeczaniem swojej doskonałości.

Przez wiele lat naśladowała mnie pewna koleżanka. Śledziła pilnie, co robię i piszę, aby odtwarzać moje pomysły. O czymkolwiek napisałam w swoich tekstach na stronie – wkrótce po mnie pisała o tym na swoim blogu. Kiedy zajęłam się prosperitą – stworzyła nowy blog o bogactwie. Kiedy napisałam pierwszego ebooka – wydała swojego. I tak wydawać by się mogło – bez końca. Ale koniec jednak nastąpił. Wiedząc, że pilnie czyta wszystko, co wstawiam, pisałam także o tym, że trzeba realizować WŁASNE niepowtarzalne ścieżki. I któregoś dnia zrozumiała, przerobiła swoje lekcje, podniosła samoocenę i zajęła się swoim programem. Dzisiaj robi coś zupełnie innego niż ja – coś, po co zeszła tutaj na Ziemię.

Na jej miejsce wskoczyła potem inna naśladowniczka, by znowu tracić czas, bo zamiast być sobą, chce być mną… Moja córka mówi z podziwem: „mamo jesteś idolem, jesteś gwiazdą, masz swoje fanki, które chcą być jak Ty…”. Ale to całkiem nie tak. Można raz uczesać się jak ktoś inny, można jak ktoś inny namalować obraz czy napisać coś albo stworzyć własnego bloga o podobnej tematyce. To jest właśnie inspiracja. Jeśli jednak robimy po kolei wszystkie te rzeczy, aby ostatecznie nawet na wakacje pojechać w to samo miejsce, co nasz „idol”, to staje się chore. Taki człowiek zatraca siebie, aby udowodnić coś, co całkiem nie ma sensu. Bo nigdy nie będzie mną. Nawet malując lepiej, pisząc ciekawiej, nauczając mądrzej – będzie tylko moją nieudolną kopią. A jeśli co chwilę będzie sprawdzał na facebooku, czy już mnie w tym chorym wyścigu wyprzedził, to zabrnął w ślepą uliczkę i szybko odczuje karmicznego kopniaka, bo dusza upomni się o swój program.

Po czym jeszcze poznać naśladownictwo? Po personalnych zawoalowanych rozgrywkach rodem z piaskownicy. Marzymy o tym, by kupić sobie samochód? Naśladowca szybko nas wyprzedzi, chociaż wcale tego samochodu nie potrzebuje (bo na przykład ma dwa inne) i będzie pod nos nam podtykał jego zdjęcia: patrz, ja już mam, ja kupiłam, ja jestem lepsza – a ty nie masz, tralala! Masz problemy w związku? Naśladowca umówi się na kawę, by przez dwie godziny opowiadać, jak mu dobrze z partnerem, znacząco pokazując – jestem lepsza od ciebie, tralala…!  Ewidentnie dowartościowuje siebie, wykorzystując do tego nasze problemy i słabe punkty. Jak dziecko w piaskownicy, które macha drugiemu przed nosem nowym wiadereczkiem: “ja mam, a ty nie masz, tralala!”.

Trochę to zabawne, kiedy patrzymy z boku i przyznaję, że w takich chwilach cieszy mnie mój pozazmysłowy wgląd, bo mam z tego kupę śmiechu. Widzę rozzłoszczoną, niedowartościowaną dziewczynkę, która na oślep wali kogoś łopatką po głowie… Chociaż ostatecznie przychodzi smuteczek, bo widać przed taką osobą długą drogę do rozumienia. Według moich obserwacji w taką pułapkę najczęściej wpadają osoby, które wychowywały się w domu dziecka albo miały wymagających, surowych rodziców, którzy nie umieli ich docenić. Ponieważ ja jestem doceniana i podziwiana, reprezentuję w ich oczach to wszystko, czego najbardziej pragną. Ale nie rozumieją, że ten stan wynika z wysokiego poczucia wartości. Wydaje im się, że jeśli podobnie jak ja napiszą wiersz, czy poprowadzą szkolenie, a nawet pojadą w to samo miejsce co ja, to spłynie na nich ten cały splendor. To tak nie działa.

Jest też w tym pewien paradoks. Patetycznie nazwałabym to mieszanką fascynacji i nienawiści. Przecież naśladowca ogromnie nas podziwia, skoro próbuje być nami. Jak podpowiada moja córka, możemy być dumni z tego, że inni są tak nami zachwyceni, że nas kopiują. Mamy swoich fanów. Ale to złudne, ponieważ ta fascynacja jest w istocie obrzydliwą manifestacją zwykłej zazdrości. Może wręcz powodować obsesje, które ciągną się latami. Tak – latami. I taka osoba kopie pod nami dołki, próbując nas zniszczyć, więc trzeba bardzo uważać. Trzeba też stale podnosić poczucie wartości, aby kolejne “ja mam, a ty nie masz, tralala” nie zabolało. Bo jesteśmy tylko ludźmi i dobrze wycelowane “tralala” uderza nas w najczulszy punkt. Nie jest łatwo być “idolem”. Właśnie dlatego warto umieć odróżnić naśladownictwo od inspiracji.

A jak wygląda inspiracja? Kiedy zainspirował mnie obraz koleżanki, to interesował mnie tylko obraz. Nie śledziłam co autorka robi ani dokąd jedzie. Nie zajmowałam się jej innymi działaniami czy innymi obrazami. Mam swoje pasje, mam swoją unikalną ścieżkę i sądzę nawet, że mam też własną markę. Nie chcę naśladować innych. A do tego ogromnie lubię ową koleżankę, głośno mówię, że jest cudowna i życzę jej, by była coraz piękniejsza i odnosiła kolejne sukcesy. Bez cienia zazdrości. Uwielbiam ją, podziwiam i nigdy nie będę z nią rywalizować – różnimy się ogromnie. Ale lubię też siebie i to, co sama robię. Nie czuję się gorsza od niej. Uważam, że obie jesteśmy cudowne, a nasze pasje nas określają, każdą inaczej.

Setki moich koleżanek maluje obrazy. Setki prowadzi szkolenia. Wiele z nich pisze i wydaje książki. Cieszą mnie ich sukcesy i dostrzegam w tym dla siebie wspaniałe przesłanie o tym, jak wiele pięknych rzeczy można zrobić i osiągnąć. Jednak nie chcę być żadną z nich – bo mam własne pasje i własne pomysły. Nie muszę nikogo naśladować. Sztuką inspiracji jest zasiać w sobie jedno małe ziarenko, a potem tworzyć własną unikalną ścieżkę, bez porównywania do kogokolwiek innego. Moje szkolenia są niepowtarzalne – robię je od 20 lat. I uważam, że każdy, kto robi to z serca, robi to świetnie. Nie muszę się interesować tym, jak prowadzą wykłady inni – poza wprowadzaniem nowych form pracy, które pojawiają się w każdej dziedzinie. Podobnie z pisaniem, z malowaniem, z prowadzeniem bloga – to wszystko jest tylko moje, tworzone z miłością dla mnie i innych, a nie po to, by coś komuś udowadniać.  Z nikim nie rywalizuję. Cieszę się tworzeniem – dla siebie. I znam wiele osób, które robią to tak samo pięknie jak ja. Z prawdziwą pasją i bez zawoalowanych intencji dowartościowywania siebie. Mogłabym tu od ręki wymienić kilkadziesiąt nazwisk wspaniałych szkoleniowców, pisarek, malarek czy trenerów.

Jednak brwi mi unoszą się do góry ze zdziwienia, kiedy osoba, która nigdy nie stanęła na katedrze, a jedynie zrobiła kilka webinarów, używa w ślad za mną określenia “moi studenci”. Jak zresztą wielu innych określeń. To taka moja wierna “kopiarka”. Niewtajemniczonych informuję, że kilka lat pracowałam w filiach pewnej Akademii w całej Polsce i wyszkoliłam setki osób. To moi studenci, którzy na facebooku czasem piszą do mnie: “pani profesor”, chociaż ja tego określenia w odniesieniu do siebie oczywiście nie używam… Nie jest problemem, że ktoś coś sobie nazywa na wyrost – “student” brzmi ładnie, a internet przyjmie wszystko. Problemem jest rozpaczliwie niski poziom samooceny u takiej osoby, która uczy innych rozwoju tępo mnie naśladując, co jest z góry pozbawione sensu. Można nie mieć wcale studentów i być wspaniałą osobą. Gdzie jest napisane, że uczenie innych dodaje nam wartości? Nigdzie. No właśnie. Na tym polega bezmyślne naśladownictwo. Mój mąż niedawno zażartował: “napisz na FB, że w eksperymencie duchowym skaczesz w przepaść jak leming, może te osoby wskoczą za tobą…” Przykre to. Tak nie wygląda rozwój wewnętrzny, a piszę tu o osobach, które mocno się tym chcą zajmować.

Namawiam zatem gorąco do tego, by pokochać siebie takim, jakim się jest i cieszyć się sobą nie porównując do nikogo. Nasza doskonałość nie podlega dyskusji. I nie wymaga poprawek. Najgorsze co możemy robić w życiu, to porównywać się do innych i próbować być lepszym od kogoś. Nigdy nie będziemy od nikogo lepsi. Ewa może być lepszą nauczycielką od Ani, ale nie może być lepszą Anią od Ani. Stając się Anią, staje się coraz słabszą i gorszą Ewą. A to jest bez wątpienia wejście w ślepą uliczkę. I jak to często bywa, najlepszym lekarstwem w tym wypadku jest podniesienie poczucia własnej wartości i pokochanie siebie w sobie.  

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Moralność

Prywatnie bardzo nie lubię tego słowa. Kojarzy mi się wyłącznie z jednym – z panią Dulską. Jest definicją jakichś norm, które ludzie sobie ustalili w oparciu o to, co się ogólnie ma prawo podobać lub nie. Norm, które są bardzo płynne i zależne od prywatnych animozji tego, który się wypowiada na temat owej moralności. Moim zdaniem pojęcie to wymyślono właśnie po to, by stworzyć bliżej nie określoną płynnej długości smycz na każdego człowieka.

Jeśli nawiążemy do mody, to w zależności od aktualnie panujących trendów, niemoralnym może być długość spódnicy sięgająca ponad kolano albo i taka, która odsłania zaledwie kostki nóg. Bardzo to niespójne i cieszyć się należy, że dzisiaj moda daje nam dużo swobody, inaczej co druga z nas kobiet byłaby uznana za niemoralną.

Jeśli nawiążemy do filozofii religijnej, to niemoralnym może być każdy, kto nie chce się modlić, czy chodzić do jakiejś świątyni, czy tez działa niezgodnie z przykazaniami wiary panującej w danym środowisku. I chociaż każdy inteligentnie myślący człowiek doskonale rozumie znaczenie tego słowa, to daje ono ogromne pole do nadużycia.

Jaskrawym i jednocześnie absolutnie jednoznacznym przykładem niemoralności może być zjawisko prostytucji, które we wszystkich kręgach kulturowych jest odbierane tak samo. A przecież to zawód moim zdaniem potrzebny, skoro istnieje od tysięcy lat. Być może nie podoba mi się ten zawód, być może nigdy nie umiałabym w nim pracować, ale wcale nie chcę go oceniać. Właśnie dlatego, że nieśmiertelnie odnajduje swoje miejsce obok wszystkich innych szanowanych profesji. Zatem jest wart tyle samo. Problem jedynie w naszej potrzebie oceniania: to jest właściwe, a to jest nie.

Dlaczego w ogóle rozkminiam tak drażliwy temat? Bo uważam, że jest ogromną pułapką na drodze prawdziwego rozwoju. Jest parawanem, za którym ukrywa się hipokryzja, udająca duchowość, a uderzająca w to, co ludzkie. Zapominamy, że prawdziwa duchowość to miłość bezwarunkowa do Wszystkiego Co Jest. To akceptacja i zrozumienie. To wspieranie i wnoszenie Światła wszędzie tam, gdzie rządzi ciemność. Moralność jest nieprzejednana i nie dopuszcza jasności. Chroni mrok, stając na drodze miłości i mówiąc: odejdź, to należy potępić. A ja potępiać nie chcę i nie umiem.   

Kilkanaście lat temu pełniłam w sądzie rolę ławnika. Do dzisiaj pamiętam pewną sprawę rozwodową, dotyczącą kobiety, która zostawiła rocznego synka i uciekła z domu nic nikomu nie mówiąc. Rodzina zawiadomiła policję. Z rozpaczy, ponieważ wszyscy byli przekonani, że została porwana lub zabita. Tymczasem owa kobieta uciekła, by pracować w agencji towarzyskiej. Dobrowolnie. Jedna z jej koleżanek zeznała, że ta kobieta to lubi, a macierzyństwo ją po prostu męczyło. Długo byłam w szoku po tej sprawie, ale nie zdobyłam się na potępienie. Ludzkie emocje są bardzo trudne do oceny. Każdy ma prawo wybierać życiową drogę po swojemu, ponieważ zawsze ponosi konsekwencje swoich czynów. Wszystko do nas wraca. A niektórzy muszą uczyć się, doświadczając. Inaczej nie umieją.

Ludzie robią różne dziwne rzeczy. Zdradzają. Kłamią. Oszukują. Kradną. Obnażają się w miejscach publicznych… To lekcje dla nich i dla nas. Moja niechęć do moralności nie oznacza, że mamy to wszystko łykać jak żabę. Mamy swoje zasady społeczne, których staramy się przestrzegać. Mamy tez swoje restrykcje. Jeśli jednak chcemy coś zmienić na lepsze, to nie osiągniemy tego potępieniem, do którego zachęca moralność. Moralność to wielki, złośliwy język, który podstępnie wyprasza Dobro, by w jego miejsce cieszyć się wymierzaniem kary. Wyobraźcie tu sobie inkwizytora, który z uśmiechem przygląda się, jak kogoś żywcem palą na stosie, cieszy się zapachem palonej skóry i mówi z uśmiechem: to dla twojego dobra dziecko drogie. Oto moralność.

W jej miejsce wybieram Dobro, mądrość i bezwarunkową Miłość, które zaczynają od próby zrozumienia, dlaczego człowiek robi to, co robi. Możemy próbować tłumaczyć i zachęcać do zmiany drogi. Możemy uczyć i wychowywać. Możemy pokazywać własnym przykładem. A kto jest upoważniony, może też wyciągać konsekwencje. Nie powinniśmy jednak nikogo potępiać. Myślę, że cytat: „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem” – będzie tutaj idealnym uzasadnieniem. Każda dusza tu na Ziemi przerabia swoje lekcje najlepiej jak potrafi. Nie powinniśmy nikogo oceniać.  I znowu cytat: „nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”.

Prawdziwa duchowość rozumie obydwa cytaty. Zajmuje się własnym rozwojem, a nie krytykowaniem innych. Błędy innych są ku naszej przestrodze. Ludzie potykają się dla nas i dla nas padają na nos. Właśnie po to, byśmy wiedzieli, czego robić nie warto, co tworzy negatywną energię lub zadaje komuś ból. To wielkie szczęście móc patrzeć z boku i nie być winowajcą. Doceńmy to. Za każdym razem, kiedy ktoś koło mnie pada na twarz, składam dłonie i mówię: dziękuję, że mi pokazałeś, jak wygląda zło i głupota, zanim sama w to wdepnęłam. Czasem odsuwam się od ludzi, którzy niewłaściwie postępują, ale zapamiętuję ich lekcje. Zapamiętuję z wdzięcznością. Bo każda podłość jest też dla mnie, abym nigdy nawet nie pomyślała o czymś takim. Patrząc z boku mam przecież o wiele lepszą perspektywę.

Moralność to dla mnie złośliwa strzyga, która obgaduje innych, aby odwrócić uwagę od własnych błędów. Być może pokazuje palcem na kogoś, kto akurat się w życiu potknął i postępuje niewłaściwie. Najczęściej jednak jej prawdziwą motywacją jej zazdrość, zawiść, rozgoryczenie i chęć odwetu na kimś, kto ma lub może coś, czego ona nie ma lub nie może zrobić. Tak to działa. Widać to jak na dłoni i nie trzeba do tych wniosków być psychologiem. Dla mnie moralność jest gorsza od tego, kto właśnie upadł twarzą w błoto. Upadek jest ludzki, nie omija nikogo z nas. Moralność jest tylko radością z cudzego nieszczęścia. A raczej z tego, że może z pogardą wyciągnąć pruderyjny palec i dźgnąć nim w czyimś kierunku.

Bogusława M. Andrzejewska

Cielesność

Tym razem o seksie, ale nie psychologicznie w kategoriach terapii związków, lecz z poziomu duchowego nauczyciela i może nieco socjologicznie. My ciągle nie umiemy o tym mówić, ciągle się wstydzimy. Zaskakuje mnie, że nawet niektórzy duchowi nauczyciele zakładają jakieś dziwne maski i gorączkowo zmieniają temat. Najczęściej spotykam się z postawą: “wszystko jest cacy, niech sobie ten seks będzie, oczywiście, że jest OK, byle bym nie musiała o nim słyszeć ani go widzieć i żeby nikt mi nic nie pokazywał i do mnie nie mówił o tym”. W istocie nie jest to kwestia numer jeden i mamy wiele ciekawszych zajęć, ale jeśli już wypływa na wierzch na mocnej energetycznej fali, warto się nad nim z uwagą pochylić.

Temat ten domaga się uzdrowienia właśnie teraz u schyłku 2017 roku. Widać to, ponieważ jest nagłaśniany w mediach. Nagle cały świat zaczyna się tym interesować, ale inaczej niż w czasie seksualnej rewolucji w latach 50-tych. Trochę wygląda to tak, jakby chciano na powrót ustawić wąsko granice przesunięte szeroko w połowie ubiegłego wieku. Co chwilę słyszmy o molestowaniu przez znane osoby i jakimś zachowaniu seksualnym, którego akceptować nie chcemy. Zaczynamy zastanawiać się, co naprawdę wolno, a czego nie… Do tego powszechna akcja “metoo” i wszędzie wokół nas mniejsze i większe wydarzenia.

Żeby jednak była jasność, nie chcę wypowiadać się na temat gwałtów, przemocy, molestowania nieletnich czy rozmaitych dewiacji. To nie podlega dyskusji. Chcę tu napisać kilka słów o naturalnym seksie pomiędzy dorosłymi ludźmi, ponieważ uważam, że to całkiem zdrowe i naturalne zjawisko także dostaje po głowie. Trochę przypomina mi to wylewanie dziecka razem z kąpielą. Niektórzy ludzie wchodzą w dziwny proces bronienia się przed zagrożeniem poprzez całkowitą eliminację tematu. To tak, jakby przestać używać noży czy ognia, aby się nie skaleczyć i nie poparzyć. I to na co chcę zwrócić uwagę, to docenienie ważności dobra seksu w naszym życiu. Piszę o tym także tutaj i tutaj.

Jest dla mnie oczywiste, że mamy różne libido, a więc i zainteresowanie seksem może być odmienne. Rozumiem osoby, które mają już wnuki i zajęły się jakąś życiową pasją, dającą im o wiele więcej radości niż intymne pożycie. To zresztą nie zależy wcale od wieku, ale od indywidualnych preferencji. Nie każdy z nas musi stawiać przyjemność cielesną na pierwszym czy drugim miejscu. Wszystko jest w porządku, dopóki traktujemy seksualność normalnie i pozwalamy, by była ważna dla innych. Natomiast widzę wyraźnie, że sporo osób jest nadal osadzonych w patriarchalnym średniowieczu, w którym samo słowo „seks” budzi dreszcz obrzydzenia. W XXI wieku jest to dla mnie przejawem sporego zacofania.

Dlaczego? Zamknij oczy i wyobraź sobie, że stoisz nago na trawie, blisko rzeki lub jeziora, skąpana/skąpany w ciepłych promieniach słońca. Poczuj pod nogami miękkość ziemi i łagodność trawy. Poczuj na skórze dotyk słońca i powiew lekkiego wiatru. Poczuj, że jesteś. Kim jesteś? Częścią natury. Jesteś jednością z wiatrem, ciepłem słońca, wilgocią wody i ziemią pod stopami. Twoja seksualność jest częścią natury. Tak samo jak głód, pragnienie i wszystkie twoje zmysły.

Pogląd, że seks jest zły czy brudny ciągnie się za nami jak echo od czasów, kiedy przywódcy religijni próbowali narzucać nam wstrzemięźliwość cielesną. Co robili sami pod płaszczykiem rzekomego celibatu, mówić tutaj nie będę. Istotne jest to, że zbliżenie fizyczne nie jest niczym paskudnym, a wręcz przeciwnie: jest przede wszystkim uhonorowaniem miłości, między dwojgiem ludzi. Także w wolnych związkach jest przypieczętowaniem bliskości. Istnieją duchowe szkoły tantry, w której energia seksualna jest kierowana tak, by prowadziła do oświecenia. Jest to piękna i dobra energia. Dlatego też nawet jeśli ktoś sam ma inne priorytety i nie interesuje się cielesnością, powinien pozwolić  innym ludziom na to, by cieszyli się seksem, rozumiejąc, że to jest coś pięknego. A nie obrzydliwego.

A takie informacje do mnie docierają. O dorosłych kobietach, matkach, może babciach, które ze średniowieczną pruderią, mówią „a fe!”. Nasuwa się od razu i bez najmniejszej złośliwości myśl, że być może mają za sobą trudne doświadczenia albo wypełnia je gorycz niespełnienia. A może nieuświadomiona zazdrość, że im nie było dane? Że mąż nigdy nie umiał sprawić, by wiły się z rozkoszy, po której kobieta cały dzień uśmiecha się z rozmarzeniem sama do siebie? Tylko osoba traumatyczna i zakompleksiona może z obrzydzeniem mówić o tym, że ktoś za ścianą uprawiał seks – przecież to zwyczajna rzecz, robią to niemal wszyscy. I nie ma w uprawianiu seksu braku szacunku dla nikogo. Co ma seks wspólnego z szacunkiem?! Może w nim być miłość, tęsknota za bliskością lub zwyczajne fizyczne pożądanie. Może być też zdradą, ale to nadal nie ma nic wspólnego z szacunkiem do kogoś, kto przypadkiem takie odgłosy usłyszał, bo najpewniej winowajcy pojęcia nie mieli, że ktoś ich słyszy.

Można też wcale o tym nie mówić i udawać, że niczego się nie słyszało, by nie budzić skrępowania u innych. Ja tak właśnie robię. Pisałam już o tym – kiedy jeździłam na szkolenia, jako drugi wykładowca towarzyszył mi bardzo jurny kolega. Na każdym wyjeździe zapraszał kogoś do swojego łóżka, a w hotelu dzieliły nas cienkie ściany. Nauczyłam się wozić ze sobą stopery do uszu. Nigdy nie komentowałam jego przygód ani nie zwracałam mu uwagi. Był dorosły. Seks uprawiał z dorosłymi i nie słyszałam nigdy z jego pokoju krzyków wzywania na pomoc. Nie ukrywam, że czasem uśmiechałam się pod nosem, bo ludzie obok po prostu dobrze się bawili.

Człowiek pozytywnie myślący nie potępia nikogo za uprawianie seksu. Szczególnie jeśli sam jest w tej materii spełniony, a ja po szkoleniach wracałam do męża, który do dzisiaj jest dla mnie wspaniałym kochankiem. Kiedy mój kolega rytmicznie tłukł swoim łóżkiem o ścianę mojego pokoju, nie czułam ani złości, ani zazdrości, ani pogardy. Seks to seks i tyle. Wkładałam do uszu stopery, aby nie uczestniczyć w pornograficznej audycji i szłam spać. Myślę, że tak właśnie wygląda zarówno tolerancja, jak i prawdziwa akceptacja zjawiska seksualności.

Powtórzę raz jeszcze, że mówię tu o zgodnym współżyciu między dwiema dorosłymi osobami, a nie o gwałtach czy dewiacjach. Zdaję sobie też sprawę, że w tym obszarze, jak w każdym innym, dochodzi do rozmaitych nadużyć. Jednym z nich może być oczywiściezdrada małżeńska, ale takie zjawisko nie umniejsza wartości seksu samego w sobie. Pokazuje jedynie, że w relacjach mierzymy się z różnymi doświadczeniami.

Ciekawą rzeczą w tym temacie jest fala „metoo”, która przetoczyła się przez portale społecznościowe. Z założenia miała pokazać, że są ludzie, którzy przekraczają granice nietykalności seksualnej. Jasne, tylko ta granica nagle zaczęła się przesuwać. Czymś zupełnie innym jest dla mnie gwałt, a czymś innym to, że ktoś za mną na ulicy zagwiżdże. I chociaż bycie obiektem do gwizdania czy wołania „te lala!” niczym przyjemnym nie jest, to nie jest też zbrodnią. Ja po prostu nie zwracam na to uwagi i nie zasilam tego zjawiska niepotrzebnym robieniem dramatu z drobiazgów.

Nie utożsamiam się z tym ruchem, nie czuję go i nie popieram. Głównie dlatego, że swoją myślą tworzę swoją rzeczywistość. W moim świecie mężczyźni szanują kobiety i nie naruszają ich granic. W to wierzę i tego właśnie doświadczam. Myślę ponadto, że akcentowanie negatywnych doświadczeń może powodować ponowne przyciąganie takiego zdarzenia. Wielu duchowych nauczycieli pisze o tym w swoich publikacjach. Warto nie tylko zamieszczać wyszukane cytaty, ale także stosować w praktyce to, co się w mądrej książce wyczytało. Ruch „metoo” jest podświadomym wołaniem: „jestem ofiarą, chodź zboczeńcu i mnie puknij. Bo to mój ważny wzorzec, z którym nie chcę się rozstać.” Przepraszam za dosadność, ale to takie oczywiste, że muszę aż tupnąć nogą! Bo ile razy można tłumaczyć, na czym polega Prawo Przyciągania? Zawsze się znajdzie jakaś ofiara, która chce za wszelką cenę skupić na sobie uwagę i litość, bo się tym karmi. A inni idą za nią jak owce…

W tym klimacie pojawił się w sieci materiał młodej, ładnej kobiety, zawierający zdjęcia wszystkich obleśnych typków, którzy ją zaczepiali na ulicy. Żadna z nas tego sobie nie życzy, ale nie pomogą nam zdjęcia, jeśli nie stworzymy w sobie odpowiedniej energetyki. Jeśli mamy wysokie poczucie wartości i prawdziwy szacunek do siebie, to tacy ludzie nas po prostu nie zauważają. Wiem, sprawdziłam. Dzisiaj już jestem starszą panią, ale był czas, że za mną też leciały gwizdy i pokrzykiwania. Aby zmienił się otaczający nas świat, zmieniamy siebie i swoje wzorce.

Na koniec sparafrazowana przypowieść. Do mędrca buddyjskiego, który siedział w sali razem ze swoimi uczniami, wtargnął nieoczekiwanie jakiś człowiek i zaczął głośno proponować mu seks. Pogwizdywał, wysuwał język i wykonywał palcami jednoznaczne gesty. Rzucał w stronę mędrca obleśne propozycje, nazywał go tak, jak nazywają się intymne części ciała i nachalnie domagał się zbliżenia. Mędrzec spokojnie milczał. Kiedy znudzony prowokator machnął ręka i opuścił pomieszczenie, uczniowie jeden przez drugiego pytali nauczyciela:

– Mistrzu, dlaczego na to pozwoliłeś? Dlaczego go nie ukarałeś i nie przepędziłeś? Dlaczego go nie przekląłeś, tylko pozwoliłeś mu robić takie rzeczy?

– Jeśli ktoś przychodzi z prezentem, a ty go nie przyjmujesz, to do kogo należy prezent? – zapytał nauczyciel.

– Do darczyńcy – odpowiedzieli uczniowie.

– To samo dotyczy obelg, obrzydliwości i obleśnych propozycji – odpowiedział Mistrz. – Jeśli ich nie przyjąłem, są własnością tego, który z nimi przyszedł. Niech je sobie trzyma.

Nic nie może nas obrazić, jeśli nie dajemy na to przyzwolenia. Osoba, która rozwija się duchowo, wychodzi poza urażone ego i umie dostrzec w zaczepiającym ułomnego człowieka, który w niewybredny sposób wyraża swoje potrzeby. Jest jednak świadoma, że wszyscy jesteśmy jednym – zaczepiany i zaczepiający, molestowany i molestujący. Za każdym razem dotykamy lekcji wybranej dla nas przez duszę.

W ten oto sposób można spojrzeć na temat seksualnych zaczepek z poziomu duchowego. Jednak powtórzę, że jeśli nam się to przydarza, warto jak najszybciej podnieść poczucie wartości i mocno osadzić w sobie szacunek do siebie. To najbardziej skuteczna metoda, aby nie doświadczać więcej takiego zjawiska.

Bogusława M. Andrzejewska

Obowiązek

Obowiązkowość i podążanie za powinnościami to nasza cecha niemal narodowa i uświęcona tradycją wielu pokoleń. Każdy z nas, im jest starszy, tym lepiej wie, co należy, co się powinno robić, co wypada, a nawet co „musimy” zrobić. I chociaż podążając za nowoczesnymi trendami przestajemy używać słowa „muszę”, to nadal jesteśmy niewolnikami presji i hołdujemy zasadzie: najpierw obowiązek, potem przyjemność.

Jak zwykle, zgodnie z moją buntowniczą naturą będę namawiać do odejścia od przymusu i obowiązkowości, bo wbrew pozorom nie jest to wcale dobre dla naszego rozwoju. Obowiązek, mocno presją podlany, wywołuje w nas uczucia absolutnie negatywne i ściąga nam na dół energię, bez której nie jesteśmy w stanie nie tylko choćby dotknąć szczęścia, ale nawet pomyśleć pozytywnie. Obowiązki zabierają nam wolność i radość. Powodują, że człowiek czytając o pozytywności, prycha z ironią: a gdzież w tym zapracowanym życiu miejsce na wesołość?!

Oczywiście radość życia bierze się z codziennego pogodnego nastawienia do świata. Z tego, że kiedy wstaję rano, to umiem cieszyć się promieniami słońca przenikającymi przez gałęzie i ciepłem pachnącej miodem herbaty. I to mi wystarcza na początek. A potem szukam w ciągu dnia powodów do szczęścia. To sposób na istnienie albo po prostu taki nawyk – jak kto woli. Jednak ogromne znaczenie ma także świadomość decydowania o sobie i robienie tego, co się kocha.  Dla mnie powodem do odczuwania szczęścia jest moja twórczość – kocham ją ponad wszystko. Możliwość pisania czy robienia grafik (a ostatnio także malowanie) powoduje, że wszystko we mnie skacze z radości.

Jeśli życie składa się wyłącznie z obowiązków i z tego, co musimy, to po prostu się spalamy w nicości. Nic zatem dziwnego, że żyjąc w ten sposób, człowiek jest rozżalony, zniechęcony, a słysząc  o pozytywnym myśleniu puka się znacząco w czółko. Nie można żyć wyłącznie obowiązkami. Każdy człowiek zasługuje na to, aby mieć trochę czasu tylko dla siebie i na to, co kocha najbardziej. To jest nam potrzebne jak powietrze do oddychania. Tylko wtedy, kiedy robimy to, co kochamy – ładujemy swoje akumulatory. Bez tego ładowania, niestety, długo nie pociągniemy… I nie będę rozwijać kwestii, każdy potrafi się domyślić, jak kończy się szare, wypełnione tylko obowiązkami życie.

Serdecznie namawiam wszystkich nie tyle do lenistwa, ile do mądrego uzupełniania energii dobrymi, pełnymi miłości działaniami. Najczęściej nazywamy to pasją, czasem hobby. A czasem mówimy najzwyczajniej w świecie: bardzo lubię długie spacery, kocham górskie wędrówki, uwielbiam malować mandale… Cokolwiek robię z przyjemnością, robię naprawdę dla siebie. I tylko to ma znaczenie w moim życiu. Reszta jest egzystencją.

Jeśli ktoś kocha swoją pracę, to idealnie. Wówczas nie czuje presji, a słowo obowiązek też bywa mu obce. Idzie rano do tej pracy, bo chce i lubi. Myśli o tym, co chciałby dzisiaj zrobić i jak, nie rozpatrując tego w kategoriach powinności, lecz wyborów. Jest to chyba najważniejsze rozróżnienie: obowiązek kontra własny, świadomy wybór. To pierwsze jest klątwą zabierającą radość i życiową energię. To drugie daje siłę do działania i popycha w stronę dostrzegania jasnej, pięknej strony naszego istnienia.

Czasem obowiązek łączy się z pięknymi uczuciami i wówczas przestaje dla mnie być przymusem. Na przykład opieka nad ciężko chorym, ale przecież bardzo kochanym dzieckiem. Oczywiście te wszystkie czynności można obowiązkiem nazwać, ale w gruncie rzeczy robimy to, bo… chcemy. Bo chcemy sami umyć, przytulić, pocałować w czoło przy zmienianiu koszulki. Nie prosimy o wyręczenie, bo mamy w sobie potrzebę, by zrobić to sami. I to już przestaje być obowiązkiem, zaczyna być wyborem.

Nie jest dla mnie żadnym argumentem, że wszyscy mamy swoje obowiązki. To rzadko jest prawda, a jeśli nawet, to zabierają nam tylko część życia, ucząc nas pewnych ważnych lekcji. Reszta czasu powinna być przez nas twórczo wykorzystywana, właśnie na to, co daje nam najwięcej radości. I podkreślę ponownie, że praca zarobkowa także może dawać mnóstwo frajdy i satysfakcji. Wcale nie musi być “przykrym obowiązkiem”. Od dawna wszyscy nauczyciele duchowi powtarzają zdania o równowadze pomiędzy obowiązkiem a przyjemnością. To bardzo istotne, aby nie wpaść w ślepą uliczkę tego, co rzekomo „musimy”, a co potrafi zająć nam cały czas. Budzimy się potem na starość z ręką w nocniku życia zmarnowanego na bezsensownym sprzątaniu, gotowaniu i załatwianiu spraw dla innych.

To, o czym piszę, w praktyce uczy nas wielu istotnych lekcji. Moim zdaniem są one ważniejsze dla duszy i dla nas niż tak mocno przereklamowana pracowitość, która duszy nie daje kompletnie nic, a jedynym jej zyskiem może stać się (tylko może) bycie docenionym przez innych ciężko pracujących ludzi. Ewentualnie może przynieść pieniądze, no ale to już duszy nic nie daje kompletnie…

Wyjście poza obowiązkowość uczy nas po pierwsze asertywności i umiejętności domagania się pomocy od członków rodziny tak, abyśmy mieli czas dla siebie. Uczy nas także pracy zespołowej i działania w grupie. Po drugie uczy nas ustalania własnych priorytetów i stawiania na pierwszym miejscu tego, co jest dla nas ważne. Po trzecie pozwala nam ustalać własne cele rozwoju i być wiernym sobie. Po czwarte uczy nas prawdziwej wolności, niezależności i samodzielności, czyli szukania własnych dróg, które wybierając świadomie, będziemy lubić i doceniać.

I kilka przykładów z praktyki. Podział obowiązków w domu, szczególnie wtedy, kiedy są małe dzieci, wydaje się być tematem nie wymagającym żadnych wyjaśnień. Nie można się zabijać tylko po to, aby było posprzątane na błysk i smacznie ugotowane. Czasem trzeba umieć odpuścić i doładować akumulatory tym, co się naprawdę kocha. Nikt jeszcze nie umarł od tego, że zamiast dwudaniowego obiadu zjadł sobie kanapki albo poszedł na pizzę do baru.

Innym charakterystycznym przykładem mogą być nasze polskie cmentarze. Nikogo nie muszę przekonywać, że te wszystkie bajeranckie nagrobki są tak potrzebne zmarłemu, jak przysłowiowe kadzidło. Wszystkie zabiegi na ogromnych w naszym kraju nekropoliach robi się na pokaz, bo… „co ludzie powiedzą”.  Pamięć o bliskich, którzy odeszli, nosimy w sercu, a można ją pielęgnować na tysiąc sposobów innych, niż cotygodniowe czyszczenie grobu. Kiedy zmarł mój ukochany brat, zrobiłam album o nim. Zamieściłam w nim swoje wiersze, cytaty i ulubione zdjęcia mojego brata. Kiedy zatęsknię za nim, z miłością zapalam świecę i przeglądam nasze wspólne fotografie. Uważam, że jest w tym więcej sensu, niż w bieganiu na cmentarz, na który oczywiście też czasem chodzę.

Oprócz cmentarnych obowiązków mamy też wiele innych – zaczynając od zamiatania ulicy czy przedświątecznego mycia okien, a kończąc na zapraszaniu nielubianych członków rodziny na imieniny. Robimy to, bo tak wypada, bo trzeba. A przecież bardziej logiczne byłoby sprzątanie dla siebie, wtedy kiedy chcemy mieć czysto, a nie dlatego, żeby „ludzie nie gadali”. Niech gadają – ich problem. Prosperująca świadomość otacza się pozytywnymi ludźmi, którzy ją lubią i doceniają. Nie siada na kawie z kimś, z kim nie chce, tylko dlatego, że tak wypada. To ważna lekcja – kochać siebie na tyle mocno, aby nie kierować się w życiu opinią innych, tylko własnymi wyborami. Zapewne to też kwestia definicji, ale dla mnie słowo „obowiązek” łączy się zawsze z działaniem wbrew sobie.

I ostatni przykład: z terapii związków. Jeśli zwrócimy uwagę na to, jaki typ kobiety jest najczęściej zdradzany przez męża, to zobaczymy taką osobę, która zdradza sama siebie. To zwykle zabiegana, przepracowana i przemęczona pani domu, która chce, żeby wszystko było jak najsumienniej zrobione. Dba o czystość łazienki, pyszne trzydaniowe obiady, chce wszystko mieć uprzątnięte, wyprane, wymyte, wyprasowane… Ale nic nie robi dla siebie. Nie ma czasu na rozwijanie własnych zainteresowań, na malowanie obrazów, na leniwe poleżenie z partnerem i godzinne pieszczoty i przytulasy, bo musi dopucować do połysku okna lub podłogę. Bywa, że nie ma czasu na fryzjera czy kosmetyczkę. A to wszystko oznacza, że w jej grafiku nie ma miejsca na nią samą, na jej miłość i zaspokojenie jej emocjonalnych potrzeb. Pomijając i zaniedbując siebie sprawia, że jej duchowe lustro – mąż robi dokładnie to samo: pomija ją i zaniedbuje.

Jak zawsze warto być elastycznym. Wszyscy wykonujemy pewne czynności, które wykonać trzeba: myjemy zęby i naczynia, szorujemy toaletę, idziemy w deszczu do piekarni czy wyprowadzamy psa na spacer. Czasem odrabiamy lekcje z dziećmi, chociaż wszystko się w nas przewraca do góry nogami, kiedy czytamy zadania z matematyki… A czasem chodzimy też do pracy zarobkowej, której mimo wszystko nie lubimy. To ostatnie warto zmienić, najszybciej jak to tylko jest możliwe. Jednak warto też dostrzec w tym logikę i korzyści, zamiast obowiązku. Myję ręce po wyjściu z toalety nie dlatego, że tak trzeba albo że powinnam, tylko dlatego, że chcę, aby były czyste i pachniały mydełkiem. Proste, prawda?

Jeśli mam w domu kota, to karmię go codziennie, nie wchodząc w skomplikowane analizy: „Czy naprawdę muszę?” Jednak karmię go z radością, bo go kocham. Nie jest to dla mnie żaden obowiązek, chociaż inni tak to będą nazywać. Jest to dla mnie wejście w cudowną relację. Na przykład wtedy, kiedy skupiona piszę kolejny rozdział książki i nagle obok słyszę donośne: „m-niaum”, a rude puchate futro ociera się o moją nogę. Najpierw są głaski, potem rozmowa, co też kot by chciał ode mnie, a kiedy kieruje się w stronę miski lub lodówki, patrząc na mnie znacząco, wchodzę w zabawną rolę otwieracza do puszek z kocim jedzeniem. Czy to obowiązek? Zdecydowanie nie – to tworzenie relacji.

Dodam też, że dla swojego męża gotuję, bo lubię sprawiać mu radość. Czasem patrzę na zimny deszczowy dzień za oknem i myślę o tym, że fajnie byłoby zrobić mu gorący rosół. Wróci zmarznięty, zmęczony i … na widok garnka z rosołem uśmiechnie się, a oczy mu błysną tak, jak lubię najbardziej… Przede wszystkim jednak pichcę tylko wtedy, kiedy chcę, a kiedy nie chcę, bo robię coś innego – on sam odgrzewa sobie pierogi od mamusi. Albo pyzy z Biedronki. A jeśli go poproszę, to i dla mnie przygotuje coś ze swojego skromnego wachlarza kulinarnych umiejętności, np. jajecznicę. Nie mam przymusu stania przy garach i nie mam na czole napisane „kucharka domowa”. Żyję dla siebie. Rozwijam się dla siebie. Nie wyobrażam sobie, że mój czas mógłby upływać na codziennym szykowaniu jedzenia. Jemy, aby żyć, a nie odwrotnie. W moim domu gotujemy na zmianę i sprzątamy też na zmianę. Każdy.

Z astrologicznego punktu widzenia patrząc, dostrzegam w sobie ten złoty środek, do którego zachęcam innych. Słoneczny znak Bliźniąt nie cierpi rutyny i gniewnie parska na wszystkie obowiązki. Bliźnięta uwielbiają grać i bawić się każdą minuta życia, starają się zatem tak poukładać wszystkie swoje sprawy, aby nic „nie musieć”. Chcą przy tym tak wiele, że są stale w biegu, a w aktywnym działaniu i zdobywają kolejne szczyty. Ascendent w Wadze domaga się natomiast ode mnie ładu, więc chociaż nie lubię obowiązków, to dla własnej przyjemności robię wokół siebie porządek. Sprzątam często, aby było ładnie i harmonijnie. Ponadto popycha mnie ta Waga do twórczego sprawdzania siebie w różnych działaniach. I to w tym wszystkim chodzi – nie o lenistwo, niechlujność i zaniedbanie, ale o umiejętność kierowania się pasją i świadomym dokonywaniem wyborów tego, co nam sprawia radość. Człowiek jest twórczy i zawsze chce robić dobre i ciekawe rzeczy. Nic nie muszę. Wszystko mogę. I dlatego moje życie jest pełne pasji, a nie obowiązków.

Bogusława M. Andrzejewska

Dostrzeganie

Obserwuję ciekawe zjawisko, polegające na tym, że nie widzimy rzeczy, które nie są dla nas wygodne lub nie potwierdzają naszych przekonań. Oznacza to, że te wszystkie wzorce, które wpływają na kreowanie naszej rzeczywistości mają swoje własne mechanizmy obronne. Nie dosyć, że bywają mocno zakorzenione, to jeszcze zniekształcają skutecznie nasz obraz świata. To może utrudniać rozwój, ponieważ nie pozwala dostrzegać tego, co wymaga uzdrowienia.

Ale to przede wszystkim tłumaczy, dlaczego tak wiele osób pozostaje całkowicie głuchych na pozytywne myślenie i ślepych na ścieżki tak dobrze potwierdzone przez innych. Każdy z nas styka się z ludźmi, którzy nie są szczęśliwi i pozornie szukają pomocy, jednak w praktyce nie chcą nic zmieniać, bo nie widzą w tym sensu. Nie mogą go zobaczyć, nie mogą uwierzyć, ponieważ to zburzyłoby ten podstawowy mocno zakodowany w podświadomości wzorzec.

Wiele lat temu miałam znajomego, który całkiem dobrze zarabiał, ale generalnie był nieszczęśliwy. Nie umiał znaleźć radości ani w swoim związku, ani w rodzinie, ani nawet w swojej pracy. Przydreptał kiedyś do mnie na zajęcia z Prosperity i zafascynowany moją energią na krótki czas zakochał się w pozytywnym myśleniu i tym wszystkim, czego uczę. Trudno powiedzieć, ile to trwało… Dwa lata? Może trzy? Po pewnym czasie wrócił w stare koleiny i zaczął ze mną ostrą polemikę, próbując mi udowodnić, że to, czego uczę, nie działa. Koronnym argumentem był fakt, że jako prezes wielkiej firmy zarabiał kilkanaście razy więcej niż ja. Sama polemika nawet mnie bawiła, ponieważ inspirowała moją inteligencję do poszukiwania odpowiedzi. Natomiast tego jednego argumentu odbić nie umiałam, chociaż doskonale wiedziałam, że racja jest po mojej stronie. Ja byłam szczęśliwa, choć z jego perspektywy biedna – on cierpiał, za to był bardzo zamożny i mógł sobie pozwolić na wszystko.

Myślę, że każdy z nas zna bogatych ludzi, którzy wcale nie są szczęśliwi. Ilość posiadanych dóbr nie świadczy o wysokim poziomie świadomości prosperującej, a moc wewnętrzna nie przekłada się na materialne bogactwo, jak chcą wierzyć niektórzy. Cierpliwie powtarzam na wszystkich szkoleniach, że uczę przede wszystkim bycia szczęśliwym, a w tym temacie zawiera się także dostatek, rozumiany jako bycie wolnym od braku. Dlatego uczę, jak pracować z energią pieniędzy, aby mieć to, czego pragniemy. Aby nie mieć długów czy nie cierpieć głodu – bo z takimi doświadczeniami o szczęściu nie może być mowy.

Podkreślam tu wyraźnie różnicę pomiędzy wolnością od braku, a byciem krezusem. To dwie zupełnie różne jakości. Świadomość prosperująca nie gromadzi i nie upycha po skarpetach. Posiada i obraca pieniędzmi, aby były one w ruchu. Czasem doświadcza luksusu, ale skupia się także na wszystkich pozostałych wartościach – przede wszystkim na miłości i twórczości. Wśród moich uczniów są osoby zamożne, które mają piękne domy czy samochody i beztrosko realizują marzenia. Są też ludzie, który żyją nieco skromniej, ale niczego im nie brakuje. Wszystko zależy od indywidualnego programu duszy i naszych osobistych lekcji.

Moim zdaniem prawdziwe rozumienie życia i prawdziwa świadomość polega na tym, że odsłaniamy wszystkie okna duszy. Nie tylko to jedno związane z pieniędzmi, ale także to, za którym jest miłość. I to, za którym jest spełnienie twórcze. I to, za którym są dobre relacje z innymi. I wszystkie pozostałe. Mój znajomy odsłonił tylko jedno, pieniężne i powiedział: nic nie muszę zmieniać w sobie, wszystko jest OK. Po czym rozpaczliwie zaglądał na różne szkolenia i warsztaty, gdzie – jak łatwo się domyślić – nikt mu nie pomógł.

I nie dlatego, że w tym czasie akurat Prosperita była dla niego najlepszą i najbardziej skuteczną szkołą życia. Ale dlatego, że zaliczał różne kursy, żeby coś komuś udowodnić, a nic z nich nie wynosił. Nie pozwalał sobie dostrzec tego, co dla niego ważne. Mój znajomy mocno trzymał się swoich przekonań, próbując mi wmówić, że to ja powinnam od niego pobierać lekcje, to stanę się bogatsza. Nigdy mnie to nie śmieszyło, bo ufam sobie i swojej wiedzy. Było mi przykro, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc, ale to był jego suwerenny wybór.

Z pewnością każdy, kto zna Prosperitę, wie, jaki będzie koniec tej opowieści. Nie rozczaruję Was. Mój znajomy nagle zbiedniał. Musiał sprzedać drogi samochód i zrezygnować z luksusów. Doszły mu także inne rodzinne tragedie i cała masa kłopotów. Zrealizowało się to wszystko, co pieczołowicie tworzył negatywnym nastawieniem do świata i ludzi. Nie pozwoliłam sobie na satysfakcję i nie powiedziałam mu: należało mnie słuchać i ufać mojej wiedzy i mojemu doświadczeniu. Przeraża mnie nieuchronność działania kosmicznych praw, a ludzkie cierpienie nie sprawia mi satysfakcji nawet wtedy, kiedy cierpią ci, którzy wyśmiewali mnie i to, czego uczę.

Często spotykam ludzi, którzy zapewniają mnie o swoim wysokim poczuciu wartości, chociaż ich wygląd zewnętrzny aż krzyczy, że jest zupełnie inaczej. Słucham naciąganych argumentów, w które moi klienci naprawdę wierzą. A skoro wierzą, to jest to ich przekonanie i to najpierw ono powinno być uzdrowione i zamienione na zaufanie do terapeuty. Jak dać narzędzia do pracy nad sobą komuś, kto nie widzi potrzeby tej pracy? Kto szuka przyczyn zupełnie nie tam, gdzie powinien? Jak pomóc komuś, kto nie dostrzega swojego problemu? Taki człowiek jest jak alkoholik, który powtarza wszystkim: przecież ja nie jestem wcale uzależniony, mogę nie pić, tylko nie chcę.

Widzę też wyraźnie, że w takim momencie to podświadomość człowieka rozpaczliwie broni się przed zmianą tkwiących w niej przekonań. Wykorzystuje do tego zewnętrzne zjawiska, które nie mają nic wspólnego ze szczęściem. Są tylko iluzją, która nie pozwala nam dostrzegać tego, co naprawdę domaga się uzdrowienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Odczuwanie

Często zachęcam do ufania sobie i słuchania samego siebie. Nazywamy to intuicją. Jeśli umiemy mądrze z nią pracować, to rozwija się. Świadoma praca z czakrą serca, oczyszczanie tej czakry, harmonizowanie, bycie często w przepływie i miłości bezwarunkowej powoduje, że  pojawia się wgląd – poznanie tego, co zakryte dla oczu przeciętnego człowieka.  Oczywiście mamy w sobie rozmaite predyspozycje i niektórzy widzą więcej, inni słyszą, a jeszcze inni czują. To bardzo indywidualne. Tak czy owak czasem jako dar od urodzenia, a czasem jako efekt pracy nad sobą pojawia się jasnowidzenie, jasnosłyszenie lub jasnoodczuwanie. To pierwsze mocno wiąże się z czakrą Trzeciego Oka, to ostatnie – właśnie z czakrą serca.

To fascynujące zjawisko istnieje i wiemy o tym dobrze, ponieważ wielu z nas ma większy wgląd niż przeciętny człowiek.  Chcę tylko bardzo wyraźnie podkreślić, że nie każdy kto mówi, że widzi albo czuje, „widzi lub czuje naprawdę”. Przez wiele lat pracowałam  z czakrą serca i z Archaniołami, aby nauczyć się odróżniać ziarno od plew. Od kilkunastu lat odczuwam energie innych ludzi i dzięki temu wiem, kto na jakim poziomie pracuje. Każdy jest we właściwym dla siebie czasie i miejscu – to oczywiste. Ale na nauczycieli wybieram sobie ludzi o energii duchowej wyższej od mojej. W innym wypadku przecież nie skorzystam.

Problem pojawia się wtedy, kiedy komuś się tylko wydaje, że wie i czuje, bo zrobił dwie medytacje, zaszumiały mu skrzydła (lub bąbelki wody sodowej) i już nikogo nie słucha, leci na oślep, bo przecież wie wszystko najlepiej. Jestem ezoterykiem od ponad 25 lat, mam mnóstwo doświadczenia i własne wypracowane metody, a nadal weryfikuję swoje odczucia z innymi wrażliwymi osobami. Nie rozumiem, jak można ryzykować własną energetyką i zdrowiem, byle tylko nie spytać nikogo o zdanie. Zachęcam wszystkich do bardzo wnikliwego przyglądania się ludziom i ich energii, a przede wszystkim do odważnego pytania tych bardziej doświadczonych, o dobrze rozwiniętej intuicji. Co oznacza słowo „dobrze”, niech pokaże przykład z życia.

Pewna moja klientka, która w świecie ezoterycznym jest  „świeżynką”, bo zajmuje się takimi tematami trochę ponad rok, zaprzyjaźniła się z człowiekiem o niskiej energii. Z takim „pseudoduchowym” nauczycielem, który głośno krzyczy o swojej wyjątkowości, ale bawi się negatywnymi rzeczami. Próbowałam tę osobę uprzedzić w sposób bardzo delikatny, by nikogo nie oceniać, mówiąc:

– Uważaj proszę na ludzi, których nie znasz dobrze. Poznałaś tego pana dwa miesiące temu. Co o nim wiesz?

– Och, nic nie wiem, ale czuję go dobrze, dobrze go odbieram…

I czym prędzej pobiegła na kolejne szkolenie energetyczne, oddając się w ręce kogoś, kogo obchodziłabym szerokim łukiem. Jej suwerenny wybór. Dawno temu przerobiłam temat dawania ludziom prawa do własnych decyzji i nie ponawiałam rozmów o tym z ową klientką.

Ale opowiedziałam o zjawisku takiej bezmyślności mojej jasnowidzącej przyjaciółce, a ona sama z siebie nie proszona, skupiła się przez chwilę i powiedziała mi: „Masz rację, ten człowiek jest niebezpieczny”. Dwa dni później temat ponownie wypłynął w rozmowie z inną osobą, którą bardzo szanuję i podziwiam za jej wgląd i umiejętności pracy z energiami.  I ponownie usłyszałam: „Ja znam tego pana… Strasznie się zmienił, odszedł od Światła na ciemną stronę Mocy”. Była jeszcze trzecia weryfikacja z kolejną wrażliwą i mądrą osobą i także potwierdziła to, co czuję. Piszę o tym tylko po to, aby zatrzymać ewentualne stwierdzenie, że nie mam monopolu na odczuwanie energii i moja klientka mogła mieć rację. Monopolu nie mam – dlatego weryfikuję swoje odczucia u innych. Nie ośmieliłabym się nikogo osądzić tylko dlatego, że mnie od tej osoby odrzuca. Pomimo tego, że mam ogromne zaufanie do swojego odbioru, ponieważ najczęściej mnie nie zawodzi. Uważam, że moja klientka także powinna sprawdzić u innych, czy ten „cudowny” nauczyciel rzeczywiście jest taki cudowny, jak próbuje pokazać. I piszę o tym właśnie po to, żebyście nie popełniali takich głupstw jak ona. Warto chronić siebie i swoją energię. Jeśli ktoś Wam mówi: „uważaj”, to dla własnego dobra zapytajcie drugą i trzecią osobę, co o takim nauczycielu myśli i jak go odbiera. Takie “uważaj” nie bierze się znikąd…

I krótka podpowiedź – skąd taka bezmyślność u mojej klientki? Z niskiego poczucia wartości. Z potrzeby rywalizacji i udowodnienia komuś, że jest lepsza, a co najmniej tak samo zdolna. Bardzo jej się spieszyło, żeby zaliczyć kolejny kurs i powiesić sobie na ścianie kolejny dyplom. Moje ostrzeżenia i prośby w stylu: „Nie ryzykuj. Najpierw sprawdź” odsunęłyby w czasie wbicie w ścianę kolejnego gwoździa na dyplom… Nie do przyjęcia! A na dodatek – chociaż to już mój bardzo subiektywny odbiór – gdyby poszła gdziekolwiek zweryfikować owego pana, ryzykowałaby przyznaniem mi racji. A tak pozostała w opcji: „ja świetnie czuję, lepiej od ciebie, bo ja wszystko wiem najlepiej”. Z serca radzę wszystkim podnosić maksymalnie poczucie wartości, aby dla własnego dobra umieć z pokorą przyjąć czyjeś życzliwe ostrzeżenie.

W ten sposób wracam do podstawowych tematów – do kwestii wysokiej samooceny oraz do umiejętności wybaczania innym. To niezbędne, aby mieć wgląd i widzieć więcej. Odbieram ludzi nie poprzez nieuzasadnione wizje, ale poprzez serce. Czuję. Jedna z moich duchowych nauczycielek nazywała to czuciowiedzą. Jeśli ktoś nie kocha siebie, jeśli ma mnóstwo żalu do siebie i innych, to jego czakra serca jest “zablokowana” i nie pozwala na odczuwanie energii innej osoby. Jeśli ktoś robi świństwa innym, to wpada w poczucie winyi znowu blokuje serce. Czysta czakra serca przejawia się bezwarunkową miłością do siebie i świata. Taki człowiek nie krzywdzi nikogo i z nikim nie rywalizuje. Tylko wtedy może powiedzieć, że naprawdę czuje. To, co czuła moja klientka, to tylko sympatia – to, co umie odczuwać każdy człowiek na świecie – na poziomie umysłu jedni się nam podobają inni nie. A jasnoodczuwanie jest postrzeganiem na poziomie energii i nie ma nic wspólnego z naszymi sympatiami czy zewnętrznym wyglądem.

Są też osoby, które bez wątpienia widzą więcej niż inni, ale nie umieją tego właściwie zinterpretować albo nie mają minimalnych umiejętności pomocy psychologicznej, a przez to bardziej szkodzą niż pomagają. Uważajcie na takich jasnowidzów – wizyta u nich to strata czasu i pieniędzy. I znowu jako ilustracja konkretny przykład. Pewna pani – dajmy jej na imię Zosia – poszła do jasnowidzącej osoby po pomoc w kwestiach finansowych. Jasnowidząca odkryła u Zosi taki wzorzec z dzieciństwa, że jako dziewczynka marzyła o zjedzeniu czekolady, a jej rodziny nigdy nie było na to stać. Zosia chciała bardzo czekoladę i stale słyszała: “nie możesz jej mieć”! Wróżka oczyściła Zosię z tego wzorca. I wszystko byłoby super, gdyby po tym procesie gorliwa Zosia nie zakomunikowała:

– Och, to teraz idę do sklepu i kupuję najlepszą i największą czekoladę.

Moim zdaniem doskonały pomysł, jako wprowadzenie i utrwalenie nowego wzorca w oczyszczonej przestrzeni. Wie o tym każdy, kto pracuje z prosperitą i prawem przyciągania. Tymczasem jasnowidzka oburzyła się:

– Jaką czekoladę? Masz długi, to idź je spłacaj, nie możesz teraz wydawać na czekoladę!

Takie zachowanie nie wymaga komentarza. Każdy wie, że w ten sposób niekompetentna wróżka spaprała wszystko, co wcześniej zrobiła. Pokazuje to, że nie wystarczy widzieć więcej i umieć oczyszczać aurę. Trzeba mieć podstawy pracy z klientem, z pozytywnym myśleniem, z wzorcami, czyli generalnie trzeba znać prosperitę.

Pisząc te słowa, zapewniam jednocześnie, że znam bardzo dobre i mądre osoby, które umieją pomóc, umieją oczyścić i umieją pozytywnie nas zaprogramować tak, żebyśmy przyciągali szczęście. Ten artykuł nie potępia zjawiska jasnowidzenia ani takich usług, tylko ma uwrażliwić Was na ogromną ilość nadużyć w sferze, która jest nieweryfikowalna.Receptą na to jest poczta pantoflowa – słuchanie innych, którzy mają większe doświadczenie i sprawdzanie u znajomych, kto jest najlepszy. Moim klientom polecam jasnowidzów czy tarocistów, czy też specjalistów od metod kwantowych, bazując na opiniach osób, którym ufam. Sama rzadko korzystam z takich usług, nie zawsze mam więc swoje doświadczenie, ale zawsze znam kogoś, kto korzystał. I każdy z Was ma koło siebie co najmniej jednego przyjaciela, który od lat interesuje się ezoteryką i może Wam kogoś polecić.

Wierzymy „jasnowidzom” wtedy, kiedy sprawdza się to, co przewidzieli i do głowy nam nie przychodzi, że nas po prostu zaprogramowali na przyciąganie określonych wydarzeń. Nie ukrywam – często to programowanie jest nieświadome, bo gdyby taka wróżka wiedziała, co naprawdę potrafi, opowiadałaby same pozytywne historie. Ludzie są w większości dobrzy i chcą dobra, a że czasem ze smutkiem kiwają głową i opowiadają tragiczne historie, to tylko brak wiedzy o prospericie.

Jak wiemy wszyscy, naszą rzeczywistość kreujemy sami. Kształtują ją nasze przekonania. Jeśli ufamy wróżce, to ona buduje nasze poglądy tym, co nam mówi. Idziemy do takiej osoby po radę i najczęściej spijamy z jej ust wszystkie słowa, wierząc w to, co słyszymy. Potem nasza podświadomość z wielu możliwych dróg wybiera dokładnie to, co odzwierciedla zbudowane przekonanie. Takie są zasady wszechświata.

Ja sama jestem bardzo ostrożna w przewidywaniu przyszłości, ponieważ uważam, że przyszłość jest w ruchu. Jako certyfikowany astrolog musiałam nauczyć się technik predykcyjnych – egzaminy zdałam na piątkę. Umiem prognozować i przez parę lat po ukończeniu nauki astrologii praktykowałam, sprawdzając swoją wiedzę na wydarzeniach w życiu. Metody działają, ale magia wszechświata zostawia nam też ogromne pole wyboru realizacji karmicznych zadań. Istnieje też Prawo Łaski i wiele innych czynników, które powodują, że w każdym momencie istnienia człowiek może dokonać innego wyboru. Nasze życie wcale nie jest zdeterminowane, jak chcą niektórzy. Natomiast staje się takim, kiedy chodząc do „jasnowidzów”, realizujemy ich przepowiednie.

Tak, umiem prognozować i nigdy tego nie robię. Cokolwiek zobaczę, może to budować w mojej podświadomości niekorzystny wzorzec. Wolę świadomie kształtować swoją przyszłość w oparciu o posiadaną wiedzę o mocy własnego umysłu. I tego właśnie uczę innych. A ewentualnych nauczycieli weryfikuję sercem, a nie zaniżonym poczuciem wartości czy potrzebą powieszenia kolejnego dyplomu. Prawdę mówiąc u mnie nie wiszą żadne dyplomy. Ani jeden… Nie są mi potrzebne. Wiem, że w tym co robię, jestem doskonała.

Bogusława M. Andrzejewska

Tęsknota

Spełnianie marzeń i realizacja celów jest dużo ważniejsza, niż może się wydawać. Nie chodzi w tym procesie wyłącznie o nasz komfort i dogadzanie próżności. W istocie można porównać to raczej do napełniania zbiorników, z którymi nasza dusza zeszła na Ziemię. Dopóki tego nie zrobimy, czujemy pustkę podobną do głodu. Przypomina to takie wewnętrzne ssanie, które utrudnia nam rozwój, odwracając uwagę od tego, co dla nas ważne. Podobnie, jak w przypadku, kiedy burczy nam w brzuchu i przez to nie umiemy skupić się na pracy.

Uwielbiam wodę od urodzenia, a właściwie od wszystkich minionych wcieleń. Niestety w każdym od nowa muszę uczyć się pływać, a że w ostatnim zostałam utopiona, to w obecnym pływać zaczęłam przed pięćdziesiątką dopiero. Przez wszystkie lata życia czułam w sobie to nieprzyjemne „ssanie”, które bardzo chciało pływać. Ilekroć pojechałam nad jezioro, biegłam do wody zanim jeszcze mój mąż dobrze zaparkował samochód. Czułam się tak, jakbym wiecznie była głodna dotyku jakiegoś akwenu, a jednocześnie szerokim łukiem omijałam baseny. Odkąd jednak nauczyłam się pływać, zniknęła owa niekomfortowa tęsknota. Dzisiaj potrafię siedzieć nad wodą i patrzeć na nią bez wewnętrznego przymusu, aby szybko się w niej zanurzyć. Potrafię też być szczęśliwa i spokojna z daleka od wody. Mój głód pływania został zaspokojony na zawsze. Teraz po prostu to lubię i tyle.

Podobnie doświadczam wielu innych zjawisk i wierzę, że nie jestem w tym odosobniona. Przemożna tęsknota znika, kiedy pozwolimy sobie na dotknięcie tego, co dla nas ważne. Pojawia się spokój i poczucie spełnienia. Ponieważ ufam temu, co czuję i staram się podążać za sercem, wiem doskonale, że marzenia należy spełniać. Te które nie są tylko pustką zachcianką, ale prawdziwym pragnieniem. Jak je odróżniać, piszę tutaj. Niespełnione marzenia są jak płacz duszy i moim zdaniem należą one do jej planu na wcielenie.

Czasem nawet pojawia się presja, zaburzająca całą hierarchię ważności, bo okazuje się, że nie dostrzegamy tego, co naprawdę istotne. W sensie energetycznym, będzie to silne napięcie, które utrudnia prawidłowy przepływ energii. Możemy też tworzyć opór wobec innych tematów, ponieważ podświadomie walczymy ze wszystkim, co nie jest naszym upragnionym celem. Widać to wyraźnie na przykładzie dziecka, które tupie nóżkami, bo chce lizaka. Jeśli rodzice nie odwrócą jego uwagi albo nie zablokują karceniem, to będzie ono tupać tak długo, dopóki owego lizaka nie dostanie.

W każdym z nas jest to małe tupiące dziecko, które nadal pragnie wszystkiego, czego nie dostało, chociaż zamieniło lizaka na samochód, buty czy nowy model komórki. I warto wiedzieć, że im częściej jako małe dziecko nie dostawaliśmy tego, czego tak bardzo chcieliśmy, tym trudniej nam w dorosłym życiu spełniać marzenia. Pomimo dojrzałości, dyplomów i setek przeczytanych podręczników nadal stoimy z nosem na wysokości sklepowej lady i z żalem patrzymy na lizaki za szybką. Tak działa wzorzec niespełnienia i wewnętrzne przekonanie, że nigdy nie będziemy mieć tego, czego pragniemy.

Nie oznacza to, że należy bez wahania zaspokajać wszystkie oczekiwania maluchów. Żyjemy w czasach, kiedy dzieci są zasypywane coraz droższymi zabawkami. Lizak nie bywa już problemem. To z kolei rozwija w młodym człowieku postawę roszczeniową. W obu przypadkach wzorce takie mogą popchnąć do zdobywania wszystkiego za wszelką cenę, poprzez oszustwo, kradzież, manipulację. Każda droga prowadząca do finansowego bogactwa bywa uświęcana. Lub odwrotnie – nic się nie robi, czekając, aż ktoś inny zrobi za nas, bo… „przecież i tak się nie uda” czy też „inni zrobią i podadzą pod nos”.

O wiele łatwiej jest tym osobom, które w dzieciństwie nauczono, że mogą mieć wszystko, jeśli cierpliwie poczekają lub wykonają w tym celu jakieś działania. Dobrze ilustruje to słynny eksperyment z piankami marschmallow. Tym, którzy go nie znają, przypomnę, że ideą ćwiczenia była cierpliwość. Dzieciom rozdawano po jednej piance, obiecując, że jeśli powstrzymają się od jej natychmiastowego zjedzenia i odłożą ją na jutro, dostaną nagrodę w postaci kolejnej. Dorośli zapewne nie mieliby z tym problemu, jednak dla dzieci było to nie lada wyzwanie. Najważniejszym wnioskiem płynącym z ćwiczenia było odkrycie, że te osoby, które umiały odmówić sobie przyjemności szybkiego zjedzenia pianki, w dorosłym życiu lepiej sobie radziły z wyzwaniami, wiedząc, że za każdym życiowym zakrętem i każdym wyrzeczeniem czeka nagroda. Niecierpliwi i w dorosłym życiu chcieli mieć wszystko natychmiast, lecz równie szybko się zniechęcali do jakiegokolwiek działania.

Przysłowia i stare mądrości gloryfikują cierpliwość, ale warto podkreślić, że jak zawsze optymalny jest złoty środek. Wytrwałość i umiejętność czekania może przynieść korzyści – to jasne. Ale wcale nie musi. Bywa, że pozbawia nas aktywności i staje się wygodną zasłoną, za którą czai się wystraszona lub bierna osoba, odkładająca wszystko „na później”. Czekanie uwalnia od obowiązku działania i może stać się wygodną wymówką. A powszechnie wiadomo, że nic samo do nas nie przyjdzie, jeśli to my nie wykonamy ruchu w stronę tego, co dla nas ważne. I tu pojawią się mówcy motywacyjni, pokrzykując do nas ochoczo: „nie czekaj! Działaj”. Ale jeśli polecimy za tym okrzykiem na oślep, możemy wpaść w kłopoty. Zatem ani czekanie bez końca, ani wyścig nie przyniesie nam szczęścia.

Wniosek nasuwa się wyraźnie jeden – należy realizować marzenia, bez odwlekania ich w nieskończoność, ale też bez pośpiechu, wybierając to, czego jesteśmy pewni. I chociaż z punktu widzenia prosperującej świadomości nie ma złych decyzji, lepiej dla nas kiedy płyną z serca. A do głębi tego serca warto spokojnie zajrzeć, wyciszając się w medytacji.

Bogusława M. Andrzejewska