Przyszłość

Żyjemy w Tu i Teraz, w takim magicznym i pełnym Mocy wymiarze, o którym mówią wszystkie duchowe pisma. Powtarzają też, że nic poza tym nie ma, a w iluzji czasoprzestrzeni liczy się tylko chwila obecna. Ta chwila, w której jesteśmy. W której patrzymy, słyszymy, myślimy, podejmujemy decyzję lub zastanawiamy się, co powinniśmy zrobić. Magia tego momentu zasadza się na świadomości, że właśnie teraz możemy wszystko, czego zapragniemy.

Tu i teraz to najważniejszy czas, w którym możemy uzdrawiać swoje życie i siebie. Możemy podejmować decyzje w istotnych sprawach. To ten punkt bytu, w którym dzieje się wszystko, co ma jakiekolwiek znaczenie, ponieważ to moment właściwego doświadczania. To moment kiedy nasze zmysły odczuwają, serce przeżywa i kocha, umysł ogarnia sytuację, a uczucia pulsują w nasz swoim silnym rytmem. Teraz.

Przeszłość odpłynęła w niebyt. Nie ma już znaczenia. Można z niej zaczerpnąć mądrości doświadczeń lub odszukać przyczynę jakiegoś wzorca. Można też otworzyć wszystkie miłe zakładki dobrych wspomnień, które zasilają nas pozytywna energią. Piękne chwile są pełne mocy i dla niektórych z nas stają się cudownym doładowaniem, które podnosi wibracje. To też zatrzymanie iluzji czasu, kiedy z ciepłym uśmiechem przeglądamy stare fotografie. To też piękna fala miłości, kiedy dotykamy spojrzeniem zdjęcia kogoś bardzo kochanego.

Błędem byłoby jednak tkwienie w przeszłości dłużej niż jedną minutę. Nie warto w nieskończoność odgrzebywać starych wydarzeń. Uzdrowienie nie zawsze wymaga wiedzy – skąd przyszedł wzorzec, który nam nie służy. Wymaga natomiast zmiany w chwili obecnej. Zmiany nastawienia, przekonania, myślenia. To jest ważniejsze, niż skupianie się na dawno zapomnianych bolesnych emocjach. Właśnie dlatego chwila obecna niesie w sobie wszystko, czego potrzebujemy.

Myślę też, że bez sensu jest tkwienie w starych, przebrzmiałych uczuciach. Chyba największym ludzkim problemem jest fakt, że nie umiemy zapomnieć przykrości. Kiedy ktoś nas zrani, oceni, skrytykuje, odrzuci to niesiemy w sobie przez długi czas żal, który zastyga jak skorupa odgradzająca szczelnie nasze serca od tego, co dobre. Bywa i tak, że po latach osoba, która nas zraniła, jest już całkiem innym człowiekiem: dojrzałym, mądrym, wrażliwym. Ale nawet nie jesteśmy w stanie tego zauważyć, ponieważ pozwalamy, by stara ocena zapuściła w nas mocne korzenie. A przecież warto czasem dać szansę jakiejś relacji i popatrzeć na kogoś wzrokiem nie zmąconym przez wydarzenia odległe od nas o całe kilometry czasu.

Świat wibruje i zmienia się z minuty na minutę. My też się zmieniamy jak kalejdoskopie i pokazujemy coraz to inną twarz. Testujemy rozmaite reakcje, szukamy szczęścia na tysiąc sposobów. Najczęściej w chwili obecnej jesteśmy kimś o niebo innym od tamtej osoby, która lata temu weszła w jakiś konflikt. Dobrze jest dostrzegać postęp i szukać dobra w sobie i w innych. A najcenniejszą umiejętnością jest dar stawiania grubej kreski, która odcina nas od tego, co było. I zaczynanie od nowa. Z czystym kontem.

To czyste konto daje mocne podstawy do tworzenia dobrego szczęśliwego życia. I jeśli przykre wspomnienia są jak śmieci wyspane na placu budowy, tak pozytywne nastawienie i wiara w siebie, to silny i piękny fundament. Przyszłość jest w tym aspekcie doskonałą motywacją do mądrego życia. Gdyby nie istniała, nie chcielibyśmy się starać. Nie byłoby ku temu powodów. Przekonanie, że istnieje jakieś jutro, jest siła napędową do tego, by zadbać o komfort dla siebie.

I wcale nie myślę tu o finansowym zabezpieczeniu. W Prospericie nie istnieje coś takiego jak „czarna godzina” czy „stare lata”. Jest tylko świetlana przyszłość, czyli wizja dobrego czasu, który możemy sami wykreować. Mocą chwili obecnej jest budowanie jutra. Każde słowo wypowiedziane w tym momencie, każda myśl przelatująca teraz przez głowę, każdy aktualnie wykonany gest – tworzą przyszłość. Naszą przyszłość, zgodną wibracyjnie z tym, co właśnie jest w nas.

Prawo Przyciągania wykorzystuje chwilę obecną do budowania tego, co będzie. W tym punkcie rzeczywistości iluzja czasu staje się realnym doświadczeniem tak samo, jak pojawiające się w kącikach oczu delikatne zmarszczki od ciągłego śmiechu. Prawo to bazuje na konsekwencji i podobnie jak osławiona Zasada Karmy mówi: „co zasiejesz – to zbierzesz”. Siejemy więc mniej lub bardziej nieświadomie każdego dnia różne myśli, a wszechświat cierpliwie odzwierciedla te wibracje. Beznamiętnie, nie dzieląc ich na dobre i złe. Cokolwiek wysyłamy dzisiaj – jutro wraca.

Świadomość istnienia przyszłości może pomóc w doborze myśli i przekonań. Wiedząc, że lęk może wykreować to, czego się boimy, sięgamy po uzdrowienie i wyzwolenie z lęku. Bo wiemy, że to najskuteczniejszy sposób, by zapobiec temu, czego nie chcemy doświadczyć. Wiedząc, że narzekanie może wpędzić nas w stan braku, unikamy go i zastępujemy pozytywną afirmacją obfitości. Wiedząc, że brak wiary w siebie może zablokować planowany sukces, zawijamy rękawy, by popracować nad podniesieniem poczucia wartości. Bo tylko wtedy jutro będzie dobre.

Tu i Teraz tworzymy to, co nadejdzie, dlatego ta chwila jest taka ważna. Ktoś mógłby pomyśleć: „dzisiaj nie mam ochoty do pracy nad sobą, chcę ponarzekać i potupać, chcę komuś naurągać, a jutro może będzie lepsza pogoda, to pogadam sobie pozytywnie”. Tymczasem to jest inwestycja w przyszłość. Każda chwila jest inwestycją. Jeśli dzisiaj pomarudzimy i pokrzyczymy na kogoś, to jutro nie będzie lepszego dnia. Może wyjdzie słońce, może kwiaty będą pachnieć mocniej, ale w nas wzejdą pędy wczorajszych wibracji. Będzie w nas smutek, tupanie i marudzenie. I chociaż to zawsze można zmienić, to będzie wymagało od nas większego wysiłku.

W kontekście przyszłości często pojawiają się lęki. Mówimy wtedy: „martwię się, co będzie, czy załatwię, czy dostanę, czy się uda”. Każdy lęk jest zaprzeczeniem miłości, a tym samym największej stwórczej sile, która tworzy dla nas Dobro. Kiedy nauczyciele duchowi przekonują nas, że liczy się chwila obecna, a przyszłość nie ma znaczenia, próbują w ten sposób wyłączyć nasz strach o jutro, o tysiące spraw, które spędzają nam sen z powiek. Skupienie na chwili obecnej może teoretycznie uwolnić nas od ciągłego zamartwiania się tym, co przed nami.

Jest to jednak podobne do sytuacji, w której zamykamy oczy, aby nie widzieć stojącego przed nami „smoka”. A czy nie lepiej dokładnie zobaczyć smoka? Obłaskawić go? Uświadomić sobie, że w istocie wcale nie jest groźny? Mnóstwo ludzi boi się przyszłości zapominając, że sami rządzą swoim życiem, a w sercach i umysłach mają potężną moc kreowania rzeczywistości. Zeszliśmy tu na Ziemię, by tworzyć, a nie po to, by zastygać w lęku przed tym, czego pozornie nie znamy. Tylko pozornie, bo każda chwila została przez nas starannie wybudowana.

Jako Stwórcy Rzeczywistości możemy popadać w paranoję, która przejawia się lękiem przed własnym dziełem. Zasiewamy ziarna, a potem uciekamy z pola w strachu, że to co wyrośnie, zje nas. Albo co najmniej przerazi lub rozczaruje. A czy nie byłoby łatwiej przeczytać uważnie instrukcje na opakowaniu i wybrać dobre nasiona? Takie, z których wyrośnie bogactwo, miłość, zdrowie, zadowolenie, spełnienie marzeń? Są takie nasiona. Nazywają się dobrymi myślami, wiarą w siebie i pozytywnymi przekonaniami. Leżą na półce z napisem „prosperująca świadomość„. Są dostępne zawsze i wszędzie. Dla każdego. Z takim wyposażeniem przyszłość nie powinna przerażać.

Ale odwaga wymaga też znajomości i rozumienia Prawa Przyciągania. Wymaga postępowania zgodnie z zasadami Prosperity. Czasem pojawia się też konieczność pracy nad sobą, zmiany wzorców, otwarcia się na miłość do samego siebie. Człowiek jako Kreator bywa zapracowany, bo projektuje i stwarza nowe światy. To wymaga co najmniej skupienia i pilnowania własnych myśli. Wymaga też umiejętności odróżniania ziarna od plew i spontanicznego podążania za Światłem, do którego prowadzi serce. Jak dla mnie to wszystko brzmi niczym piękna przygoda i wiem doskonale, że w swej istocie jest bardzo przyjemne.

Świadomość przyszłości uczy nas starania o jutro. Dbania o swoje słowa i nastroje. Pilnowania wibracji. Bycia pełnymi dobra i radości. Kochania nade wszystko siebie, ale i tego, co nas otacza. Jesteśmy jak rzeźbiarze, którzy tworząc dzieło z jedynego kawałka drewna, pilnują każdego ruchu dłutem. Nie można dziś ciąć niedbale, bo jeśli utniemy za dużo, jeśli utniemy krzywo, to nikt i nic nie doklei za nas tego, co utracone. Mamy w sobie mnóstwo Światła po to, by wystarczająco oświetlić swoje życie i nie snuć się w mroku.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Wiara w siebie

Wiosna to tradycyjnie czas porządków i otwierania się na nowe, piękne chwile. Takie, które będą pełne słońca i zapachu kwiatów. Dla mnie w tym roku to moment refleksji nad relacjami. Spływają teraz silne fale energii i uwalniają mnóstwo trudnych emocji. Ludzie świadomi wiedzą, że to, co czują ma źródło w starym głęboko schowanym w podświadomości wzorcu. Można go uwolnić miłością do siebie, ponieważ jest ona najsilniejszym uzdrowicielem. Czasem myślę, że jest też wszystkim, czego nasza dusza chce się nauczyć w swojej ziemskiej wędrówce, bo kiedy naprawdę pokochamy siebie, znikają wszystkie problemy.

Jestem Światłem, które uzdrawia mrok i niesie Miłość. Słyszę to każdego dnia… Od innych ludzi i od Moich Duchowych Mistrzów. Jestem im wdzięczna za to, że pomagają mi odnaleźć mój wewnętrzny blask. Jestem zwykle pełna pokory i wątpliwości. Kiedy ktoś podważa moje naturalne dobro, zadaję sobie pytanie: gdzie  popełniam błąd? Potrafię tygodniami wątpić w siebie, bo nauczono mnie, że dobro drugiego człowieka jest zawsze na pierwszym miejscu. Tym razem szukając odpowiedzi trafiłam do Świetlistych Istot, które pokazały mi, że to właśnie test wiary w siebie. Że moje decyzje były właściwe i etyczne, a ktoś inny dokonał wyboru właściwego dla swojego etapu rozwoju. Zgodnego z lekcją jego duszy. A moją lekcją jest wiara w siebie.

Wszyscy mamy takie lekcje, dlatego zdecydowałam się o tym napisać. Lekcje, które polegają na tym, że podążając za wewnętrznym głosem wchodzimy w spór z drugim człowiekiem. Rzecz nie w kłótni, bo czasem taki spór odbywa się w milczeniu, zaraz po tym, kiedy ustalimy, że mamy odmienne zdanie. Dając prawo wyboru drugiej osobie można żyć w zgodzie i iść odmiennymi drogami. Jednak rzadko kiedy mamy przywilej, by spotkać osobę tak mądrą i dojrzałą duchowo, by to się udało. Prędzej czy później dochodzą do nas informacje, że jesteśmy złymi ludźmi, bo… mamy inne zdanie.  A to zawsze budzi poczucie winy. Każdy spór je budzi. Bo wrażliwy człowiek wie, że nic nie wie. Dopuszcza, że może się mylić.

Uwolnieniem jest uświadomienie sobie, że nie ma złych decyzji. Każda jest właściwa na dany moment i odpowiednia do naszego poziomu, czy też miejsca na drodze rozwoju. Jeśli dwie osoby mają odmienne zdanie, to oznacza tylko, że nie są w harmonii do siebie. Natomiast każdy jest w harmonii z pieśnią swojej duszy. Konflikt bywa wyzwoleniem starych wzorców, jeśli wywołuje w nas emocje. Warto zadać sobie pytanie: co mnie w tej osobie drażni? Odpowiedź będzie drogowskazem, co można uzdrowić w sobie. Jeśli chcemy tę lekcję wykorzystać dla swojego wzrostu, to wspaniała do tego okazja.

Warto pamiętać, że każdy z nas jest Światłem. Każdy bez wyjątku. Jeśli  kochamy siebie i celebrujemy swoje Piękno, akceptujemy cały świat taki, jakim jest I nie oceniamy innych ludzi. Dostrzegamy jasność w każdym. Świat jest dobry i ludzie też niosą w swoim sercu Dobro. Czasem tylko nie umieją go wydobyć na zewnątrz. Kiedy brakuje im miłości do siebie, krzywdzą i poniżają, by siebie dowartościować. Kochając siebie, skupiając się na swoim Świetle, spontanicznie widzimy je w innych. Tak działa przeniesienie i jest to zupełnie niezależne od nas. Dlatego jedyne, co mamy robić, to mieć w sercu miłość dla samego siebie.

Możemy też dostrzegać nieetyczne działania – to oczywiste. One są i jeszcze długo będą się pojawiać, ponieważ ludzie ciągle szukają pieczonego lodu – jak mawiała jedna moja znajoma. Czyli biegną za błyskotkami bez wartości, by u schyłku życia ocknąć się z pustymi rękami. Przyczyną jest najczęściej lęk i brak miłości do siebie. Ludzie, którzy tworzą konflikty, by wyrwać więcej pieniędzy, boją się bezwartościowości, która dla nich wyraża się manifestacją dobrobytu. Mogą też zwyczajnie bać się biedy, której kiedyś doświadczyli. To czego potrzebują – to uwierzyć, że są dobrzy sami z siebie, a nie dlatego, że mają wypchany portfel.

Ludzie, którzy kłócą się z nami, bo nam czegoś zazdroszczą – powodzenia, popularności, pieniędzy, udanego związku – wyrastają z poczucia braku i przemożnego lęku, że dla nich zabraknie. To najczęściej świadomość ubóstwa, która boi się odrzucenia wyrażanego staniem w naszym cieniu. Nie widzi swojego Światła. Nie widzi swojego piękna i doskonałości. Sięga po nasze, by oświetlić swój lęk cudzym blaskiem. Takim ludziom często się wydaje, że kiedy nas strącą ze sceny, to automatycznie sami tam wylądują. W praktyce nigdy tak się nie dzieje, ponieważ do szczęścia prowadzi wyłącznie kochanie siebie, a nie zazdrość.

Ludzie, którzy kłócą się z nami, bo ośmieliliśmy się zwrócić im na coś grzecznie uwagę, to osoby o niskim poczuciu wartości, które nie są gotowe na to, by wzrastać. Konstruktywna krytyka jest dla nich jak bicz, który grozi odrzuceniem. Boją się bycia ośmieszonymi, niekochanymi, niepotrzebnymi, gorszymi. Boją się, bo nie mają pojęcia, że to iluzja. Każdy człowiek jest doskonały taki, jaki jest. Nikt nie musi wiedzieć wszystkiego ani działać w zgodzie z jakimiś odgórnymi zasadami. Mamy prawo sprawdzać, testować, próbować i uczyć się. Mamy też prawo się mylić.

Wszyscy popełniamy błędy. Nie ma ideałów. Ideał to tylko ramka, którą ktoś wymyślił, żeby oceniać innych. W gruncie rzeczy nawet idealne postacie z książek o herosach mają wady, ponieważ to, czym jedna osoba się zachwyca, dla drugiej może być niemiłe. Nawet mistrzowie duchowi mają swoich zwolenników i przeciwników, a ewidentny stan oświecenia nie załatwia sprawy. Bycie człowiekiem, to bycie wielobarwną postacią, która manifestuje siebie twórczo i pozwala sobie popełniać błędy.

Warto pamiętać, że każdy kto mówi o nas złe słowa, kto nas rani, krzywdzi lub osądza, robi to, ponieważ na tę chwilę inaczej nie potrafi. Działa poprzez pryzmat swojego bólu czy trudnych doświadczeń, których nie umiał uzdrowić. To człowiek, który nie umie kochać siebie, ponieważ miłość do siebie wyklucza krzywdzenie drugiej osoby. Człowiek o niskim poczuciu wartości widzi w innych to wszystko, czego nie chce zobaczyć w sobie. Przerzuca na innych to, na czym ogniskuje swoją uwagę. To, co w sobie najmocniej zasilamy, to widzimy w drugiej osobie.

Dlatego ludzie, którzy kochają siebie sprawiają wrażenie naiwnych. Uśmiechają się do wszystkich, wszystkich wspierają, polecają, każdemu pomagają. Zdroworozsądkowi patrzą na nich z politowaniem i pytają: „dlaczego ją polecasz? To zarozumiała, zła osoba jest!” A kochający siebie mówi: „ależ nie, jest piękna i dobra”, bo patrzy na kogoś przez pryzmat swojego świetlistego serca. Czas to weryfikuje. Wilk w owczej skórze prędzej czy później pokaże zęby. Nigdy natomiast nie zacznie jeść trawy. Jest wilkiem. Doświadczałam tego wielokrotnie, zachwycając się ludźmi, którzy potem obnażali nieetyczne zachowania wobec innych.

Nie przeszkadza mi moja „naiwność”. Lubię widzieć w ludziach Dobro. Lubię zachwycać się Światłem w sobie i w innych. Lubię wierzyć, że dobra jest więcej niż zła. I chociaż na pewno nie lubię się rozczarowywać, to wiem, że i tego można uniknąć, jeśli nie będę niczego oczekiwać. Jak pisałam wcześniej: każdy ma swoją drogę i swój punkt w czasoprzestrzeni. Każdy jest na właściwej dla siebie drodze. Każdy czegoś uczy. Także mnie. Uczy wierzyć sobie i w siebie. Uczy mnie coraz bardziej kochać siebie i swoje wybory. Uczy mnie ufać, że jestem Światłem nawet wtedy, kiedy ktoś widzi we mnie swoje własne demony.

Ma prawo. To jego demony. Może je w swoich oczach przenosić na wszystkich, na których zechce. Naszym prawem jest świecić nadal swoim Światłem. Jeśli ktoś ma oczy w mroku i widzi w nas rogi, to nie umniejsza w nas Dobra. Nie stajemy się automatycznie złymi ludźmi tylko dlatego, że ktoś nas osądza. Żyjemy tutaj dla siebie, a nie dla oceny drugiej – często nieobiektywnej – osoby, zaplątanej w swoje nieprzerobione wzorce. Naszym zadaniem jest być sobą najlepiej jak potrafimy i cudze pomówienia są tylko pułapką, w które wpada brak miłości do siebie. Kiedy nie kochamy siebie wystarczająco mocno, wątpimy w siebie i zastanawiamy się skąd u nas rogi? Nie ma żadnych rogów. W nikim. To iluzja, to nauka kochania siebie i bycia poza oceną drugiego człowieka.

Jest w tym jeszcze jedna ważna lekcja. Człowiek, który w naszych oczach postępuje nieetycznie, uczy nie oczekiwania idealnych zachowań. Pokazuje nam też lekcję akceptacji dla wielowątkowości wszechświata. Uczy tolerancji i wybaczania, jeśli obraca się przeciwko nam. A właściwie uczy, że niczego nigdy nie musimy wybaczać, bo wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno. Żeby to zobaczyć, trzeba najpierw dostrzec Światło w swoim własnym sercu. Dopiero wtedy poprzez pryzmat prawdziwego kochania siebie, możemy w pełni zaakceptować cokolwiek się pojawi. Możemy zauważyć harmonię wszechświata.

Bogusława M. Andrzejewska

Empatia

O empatii mówi się najczęściej w kontekście wrażliwości. Czasem wydaje nam się, że odczuwamy więcej i rozumiemy lepiej drugiego człowieka. Bywa, że współodczuwamy tak głęboko, jakbyśmy stopili się z jego duszą. Emocje innych często nam się udzielają. A kiedy zaczynamy pracować z energią, wszystko staje się jeszcze bardziej klarowne. Bywa i tak, że odbieramy przeżycia i odczucia drugiej osoby, jakby były nasze i zadajemy sobie pytanie: dlaczego czuję to i tamto, przecież nic się nie wydarzyło? Granica wrażliwości jest zawsze bardzo indywidualna.

Chciałabym jednak spojrzeć na temat z innej strony. Poprzez pryzmat dobroci. To moje skojarzenie, ponieważ dla mnie bycie osobą empatyczną oznacza bycie dobrym człowiekiem. Nie przewrażliwioną neurotyczką, ale kimś, kto z troską pochyla się nad drugim człowiekiem. To działanie płynące z serca. Bez przesadnego brania na siebie cudzych problemów, jednak zauważanie z otwartością tego, co może odczuwać inny. Słowo „może” jest tutaj kluczowe. Osoba empatyczna najzwyczajniej w świecie liczy się z bliźnim obok siebie.

Słyszałam niedawno taką historię, w której jedna dziewczyna obgadała inną i naplotkowała brzydkich rzeczy, które w istocie nie miały miejsca. To pomówienie sprawiło, że wspólni znajomi zaczęli krzywo patrzeć na tę obgadaną. Kiedy po jakimś czasie pojawił się mądry mediator i zapytał plotkarę: „czemu to zrobiłaś? Przecież to ją zraniło? Czemu ją skrzywdziłaś?”, plotkara ze zdziwieniem odpowiedziała: „Ale ja nie wiedziałam, że ona będzie cierpieć. Ja nie chciałam, żeby jej było przykro, chciałam tylko, żeby mnie bardziej lubili”. Ludzie zapominają o tym, że drugi człowiek ma uczucia. Nie jest wirtualną postacią z komputerowej gry, której można odciąć wesoło głowę i skoczyć na kolejny level. Ludzie czują i cierpią. Empatia to świadomość życia i świadomość, że ktoś inny czuje tak jak my.

W dzisiejszym świecie taka oczywista jakość jest niestety czymś, czego trzeba uczyć się od nowa. Obserwuję z zaskoczeniem wzrost egoizmu i bezmyślnego krzywdzenia innych dla własnych korzyści. Niejednokrotnie pod płaszczykiem zakłamanych i przekręconych psychologicznych prawd. Kiedy byłam małą dziewczynką, uczono mnie, by dzielić się z drugą osobą, pomagać jej, wspierać. Powtarzano mi wiele razy, aby nikt przez mnie nie płakał. To dla mnie takie oczywiste, że ilekroć coś planuję, wymyślam coś nowego, chcę wykonać jakiś ruch, najpierw pytam: „czy nikogo tym nie zranię?”. Dlatego też nie uznaję rywalizacji ani wyścigu szczurów. Z nikim nie chcę się mierzyć, dostrzegając oczywisty fakt – dla każdego jest miejsce na świecie. Miejsce i wszystko, czego ktoś potrzebuje. Nikomu nie musimy nic wydzierać. Nikogo nie musimy utrącać, by nam było lepiej. Zawsze znajdzie się dobra droga, która przyniesie nam szczęście, bez ścielących się pod naszymi nogami trupów.

Empatia to dostrzeganie człowieczeństwa w innych. To świadomość, że koleżanka, sąsiadka, przyjaciel czy szef to czująca istota. Boi się i kocha, cierpi i zachwyca, martwi i cieszy… Pod tym względem wszyscy jesteśmy tacy sami, nawet jeśli jedni są bardziej wylewni, a inni ukrywają wszystko pod pokerową twarzą. Brak empatii to dla mnie poniżanie i obrażanie innych, bo tak nam pasuje. Bo chcemy coś komuś udowodnić. Bo chcemy, by nas zauważono i zachwycono się nami. Bo mamy władzę i możemy pokazać komuś, że jest wobec nas nikim. Przez wiele lat pracy z klientem nie znalazłam nigdy wystarczającego powodu, by kogoś celowo zranić. Nieświadomie zdarzy się to każdemu, mnie także, choć bardzo się staram, by nikt nie czuł się przy mnie źle. Na to jednak nie mamy wpływu i wtedy mówimy o lekcjach karmicznych. Krzywdzenie celowe w imię jakiejś swojej racji jest brakiem empatii.

W rozwijaniu życzliwości ogromnie ważne jest wysokie poczucie wartości. Im bardziej kochamy siebie, tym więcej dobra dajemy innym, ale też więcej przyciągamy od innych ludzi. Z prostego powodu: kochając mocno siebie, przenosimy to na innych i myślimy o nich w wysokich wibracjach. Patrzenie na drugiego człowieka oczami miłości pozwala mu obudzić w sobie najlepsze uczucia. Dlatego prawdziwa empatia to przede wszystkim docenianie drugiej osoby i świadomość Jedności ze Wszystkim Co Jest.

Każdy człowiek jest w swej istocie dobry. Aby zamanifestował dobro przed nami, musimy wierzyć, że to Światło w nim jest. Jeśli z góry zakładamy, że jakaś osoba jest nam wroga, tworzymy przestrzeń do niesympatycznej relacji. Kreujemy każdą myślą i każdym gestem. To w co głęboko wierzymy, to tworzymy w swojej rzeczywistości. Uważam, że ludzie są wielowątkowi. Każda istota ludzka jest jak wielkie menu: co wybiorę, to się pojawi na stole mojego życia. Jeśli oceniam krytycznie choćby tylko w myślach, wywołuję tym negatywne działania. Jeśli przyjmuję bezwarunkowo uśmiechając się sercem do drugiej osoby, prowokuję do dobra i do miłości.

W niektórych kulturach ludzie witają się słowami: „pozdrawiam Boga w Tobie”. Jest to jedna z najpiękniejszych metod otwierania się na Boskość, a tym samym na to wszystko, co w drugim człowieku najlepsze. Każdy z nas nosi w sobie Światło. Możemy je dostrzegać i wzmacniać, a możemy też skupiać się na mroku. Świadome myśli są ważnym narzędziem, które w całości zależy od nas, ponieważ tym, co odciąga nas od dobra są oczywiście egotyczne emocje. Jeśli ktoś czuje zazdrość, to zamiast Boskości, wywleka demona. A potem przed nim już tylko kłótnie i eskalujące coraz bardziej emocje. Dopóki nie przestanie wzmacniać demona zazdrości i nie uświadomi sobie, że oto przed nim stoi Boskość. Dopóki nie poczuje i nie powie: pozdrawiam Boga w Tobie.

Ktoś może powiedzieć w tym miejscu, że niektórzy ludzie są tak źli i tak podle postępują, że nie sposób myśleć o nich inaczej. Nie wchodząc w polemikę, bo każdy przypadek jest niepowtarzalny, powiem tylko, że zło rodzi się z bólu. Początkiem zawsze jest sytuacja, w której ktoś zostaje odepchnięty, odrzucony i dostaje informację: nie ma w tobie nic dobrego. Często taki wzorzec jest wielokrotnie powtarzany. Potem człowiek tylko realizuje ten program. Dopóki nie zobaczy w sobie Światła, dopóki my nie zobaczymy w nim Światła – nic się nie zmieni, zło będzie nakręcało kolejne zło.

Pewna pani udzieliła kiedyś wsparcia bezdomnemu. Nakarmiła go i przygarnęła, aby mógł się przespać w cieple. W zamian on ją okradł i uciekł. Gdzie popełniła błąd? Nie dostrzegła w człowieku Boskości, dostrzegła umęczonego, brudnego włóczęgę i opierając się o energię litości zapragnęła zrobić dobry uczynek. Moi duchowi nauczyciele zawsze powtarzali, że litość nie jest dobra. W litości zawiera się nuta pogardy i obrzydzenia. Litość to poczucie winy, że nam jest lepiej. Taka energia nie przynosi dobra. Po prostu nie może. Czym innym jest płynące z serca współczucie, kiedy czujemy się Jednością z inną osobą. Kiedy czujemy na wszystkich poziomach, że jesteśmy tym samym, co żebrak, a różnice są czysto zewnętrzne: jesteśmy umyci i najedzeni, mamy coś w portfelu, a on nie. Tworzymy więc nieco równowagi życzliwym gestem.

Dodam też, że nie jest to wykład o pomaganiu. Wbrew pozorom skuteczna i trwała pomoc wymaga też wiedzy psychologicznej. Człowiek, który od wielu lat żyje w nędzy. ma zupełnie inną mentalność i oczekiwania, niż przeciętna pracująca zwyczajnie osoba. Aby osiągnąć pozytywny efekt, należy zmienić sposób myślenia takiego człowieka i pokazać mu, że zasługuje na wszystko, co dobre oraz, że może sam to przyciągnąć uczciwą pracą, staraniem, szacunkiem do siebie i innych. Tego też uczą duchowi nauczyciele, podkreślając wagę wymiany energetycznej. Kiedy rozdajemy jałmużnę, uczymy stania z wyciągniętą ręką. Ale dziś nie o tym…

Naszą rzeczywistość tworzy rozumienie prawdziwej wewnętrznej istoty. Rozumienie tego, co jest esencją człowieka. Ubranie, wychowanie, wygląd, zasobność to tylko zewnętrzne nakładki. Nie umniejszam ich znaczenia. Lubię być dobrze ubrana. Lubię mieć pieniądze na swoje zainteresowania. Świadomość duchowa nie polega na ascezie, lecz na równowadze. Mogę być czysta, zadbana, bogata i nie zatracić swojej prawdziwej istoty. Mogę dostrzegać Boskość w każdym napotkanym człowieku, chociaż różnię się od niego tym, co jest w nas na zewnątrz.

Bogusława M. Andrzejewska

Cisza

Spróbujmy odnaleźć w sobie ciszę. Taką piękną, jasną, wolną od jakiejkolwiek oceny. Wolną od dualizmu. Ciszę, której nie przerywa narzekanie, zamartwianie się i lęki. Której nie rozprasza też egzaltowane planowanie przyjemności chociaż to nic złego. Ale na tę chwilę pozostańmy w ciszy, która pozwoli odnaleźć największe skarby wewnętrznego świata. Cisza otwiera drzwi do naszego serca i pomaga zobaczyć Kim Jesteśmy w Istocie.

A co znajdziemy za tymi drzwiami? Piękną, boską istotę, która lśni prawdziwym blaskiem i wie, że jest doskonała na ten moment. Każdy z nas jest we właściwym miejscu i czasie, każdy zatem jest piękny i dobry. Każdy z nas jest niewinny, jak w chwili swoich narodzin. Każdy z nas jest wspaniały i błyszczy wewnętrznym Światłem swojej prawdziwej natury.

Kiedy wracamy do codzienności, zapominamy o swojej boskiej doskonałości. Bo wszystkimi zmysłami postrzegamy swoją ludzką ułomność, wady i emocjonalne reakcje, których wcale nie chcielibyśmy doświadczać. Jednak one są i w naszym ludzkim wglądzie są o całe niebo oddalone od ideału, jaki stworzyliśmy zgodnie ze swoimi wyobrażeniami. No właśnie tu drzemie istota natury. To tylko nasza wizja tego, jacy powinniśmy być. I dla każdego ta wizja jest inna. Ktoś kładzie nacisk na artystyczne zdolności, ktoś inny na pracowitość, ktoś jeszcze inny na zaradność i asertywność. A być może dla kogoś istotna jest ładna buzia i zgrabna sylwetka. Taka, jak na okładce kobiecego tygodnika.

Dla duszy nie ma znaczenia ani wygląd, ani zdolności, ani pracowitość. W istocie tu i teraz jesteśmy „idealni” tacy, jacy jesteśmy. Warto przynajmniej raz dziennie to sobie uświadomić. Jest to ogromnie ważne dla naszego rozwoju, szczęścia i doświadczania. Dopóki bowiem podchodzimy do rozmaitych życiowych sytuacji z poziomu kogoś niedoskonałego, wadliwego, odnosimy często porażki, dotykamy rozczarowania i smutku, wpadamy w poczucie beznadziejności. Wszechświat jest lustrem i odzwierciedla to, co mu przynosimy.

W artykułach o podnoszeniu poczucia własnej wartości, a także w książce Samoakceptacja podkreślam wagę naszych myśli o nas samych. Podaję wypróbowane metody poprawiania tego najważniejszego ze wszystkich wzorców. Dzisiaj chcę pokazać jeszcze jedną ścieżkę do zmiany myślenia o sobie. Ścieżkę duchową, opartą na medytacji, wyciszeniu i połączeniu ze Wszystkim Co Jest. Zwróćcie proszę uwagę, że w duchowych praktykach zawsze jesteście częścią Boskości. Doskonałą. Wspaniałą. We właściwym miejscu i czasie. W najlepszym dla siebie punkcie wewnętrznego wzrastania. Pełną harmonii z wszechświatem.

Odwołanie się do subtelnych doświadczeń z medytacyjnych peregrynacji pozwala poczuć swoją prawdziwą naturę i spojrzeć na siebie oczami Najwyższego Źródła. Na początku to może być szokujące i niewiarygodne. Po pewnym czasie jednak przynosi miłość do siebie i zrozumienie swojego miejsca we wszechświecie. Przynosi też uwolnienie od ciągłego napięcia. Bo kiedy staramy się za wszelką cenę dogonić swój wymarzony ideał, to spinamy się i blokujemy, przewracamy i podnosimy potłuczeni i biegniemy dalej w opętańczym wyścigu.

Niczego nie musimy gonić. Nic nie musimy wypełniać. Niczego nie musimy osiągać. Jesteśmy doskonali tu i teraz. Jedyne co mamy robić, to kochać i jeszcze raz kochać. I z radością doświadczać. Czasem pokonywać życiowe wyzwania, które wybrała nam dusza. Czasem śmiać się beztrosko. Często tworzyć i szukać tego, co przynosi nam autentyczne spełnienie. Być sobą w harmonii ze Wszystkim Co Jest i cieszyć się każdą chwilą istnienia. Jak najczęściej zanurzać się w ciszę, by dotykać swojego Prawdziwego Ja i uświadamiać sobie swoją doskonałość.

Mamy marzenia. Warto je realizować. Mamy dążenia, które wyrastają z potrzeby serca. To też piękna motywacja do tego, by biec przed siebie i działać, robić wspaniałe rzeczy, uczyć się i rozwijać, stawać się coraz lepszym. Ale z radością. I koniecznie ze świadomością, że jesteśmy doskonali i jako doskonałe istoty dążymy do szczęścia w określony i wymyślony przez siebie sposób. Nigdy jednak po to, by coś komuś udowodnić nigdy! Nic nie musimy udowadniać. Jesteśmy już u celu. Mamy wszystko, co potrzebujemy, a cokolwiek robimy, to wyłącznie dla większej radości, nauki i rozwoju.

Jest rzeczą oczywistą to, że posiadamy pewne cechy, które ludzkość nazywa wadami. Na przykład możemy być leniwi i odkładać na później obowiązki, aby bawić się beztrosko. Możemy być nerwowi i złościć się o każde głupstwo. Możemy być podejrzliwi i oskarżać ludzi o coś, czego nie zrobili, aby później ze wstydem odwracać twarz. Możemy tak bardzo kochać ładne przedmioty, ubrania i ciekawe wycieczki, że stajemy się chciwi, widząc w pieniądzach klucz do tego, co lubimy. I wiele więcej. Czy wobec tego możemy mówić o sobie, że jesteśmy doskonali?

Zdecydowanie tak. Nasza prawdziwa natura jest doskonała, a do niej odwołujemy się w ciszy. Zauważmy, że nasza prawdziwa natura nie jest leniwa ani nerwowa, nikogo nie oskarża ani nie bywa chciwa. Jest Światłem i Miłością. To, co nazywamy wadami jest poukładane w nakładce nazywanej przez niektórych „ego”. Mamy moc i możliwości, aby przetransformować naszą nakładkę. Jest plastyczna, pozwala na wprowadzanie zmian, które nazywamy uzdrowieniem.

Zwróćmy jednak uwagę na jedną istotną rzecz, by zmieniać tylko to, co rzeczywiście nam nie służy. Jesteśmy zaprogramowani różnymi powszechnymi przekonaniami, które narzucają nam nieprawdziwe treści. Na przykład nie lubimy pracy fizycznej: sprzątania, grabienia liści, dźwigania. Ludzie mogą nam powtarzać: „jesteś leniwy, bo pracowity to taki, co lubi się zmęczyć”. To bzdura. To mit, ukuty przez ludzi, dla których ważne było, by inni podejmowali niechciany wysiłek. Prawdziwa obiektywna pracowitość dotyczy jedynie podejmowania działań. Ktoś, kto nie lubi kopać ogródka, może uwielbiać malować i w ciągu dnia tworzy trzy piękne obrazy. Czy jest leniwy? Ktoś, kto nie lubi gotować, może fantastycznie prowadzić szkolenia, dając z siebie wszystko w profesjonalnym wykładzie. Czy jest leniwy? Zanim zaczniemy „uzdrawiać w sobie lenistwo”, odpowiedzmy sobie uczciwie, czy rzeczywiście taką cechę posiadamy.

O wiele bardziej oczywiste są takie jakości, które utrudniają nam życie. Osoba nerwowa może być po prostu kłótliwa, bo nie umiejąc zarządzać swoimi emocjami chlapie językiem i niechcący obraża ludzi. A potem jej przykro. I myśli sobie: „zły ze mnie człowiek, pyskaty, ranię innych, chociaż wcale tego nie chcę”. Jednak to nie jest tak. Taka osoba nie jest wcale zła, ułomna czy wadliwa. Jest doskonała, tylko pewne cechy jej nakładki utrudniają jej relacje. Jeśli zechce, może to zmienić dla siebie, aby było jej łatwiej żyć, aby jej relacje nabrały radości. Może nauczyć się zarządzać emocjami, wyciszać i bardziej liczyć z uczuciami innych osób. Stanie się po prostu inna. Czy lepsza? Cały czas była dobra, tylko zasłaniały to jej nerwowe zachowania. Tak po prostu warto spojrzeć na siebie od tej strony. I zmieniać to, co się nam w sobie nie podoba. Po to przecież się rozwijamy, po to uzdrawiamy, aby było nam lepiej żyć tu na tej planecie, w tych warunkach, wśród innych podobnych nam ludzi.

Najtrudniej odnieść pojęcie doskonałości ludzkiej istoty do osób, które nas krzywdzą w oczywisty sposób. Oto Jaś uderzył w gniewie Małgosię. Staniemy murem przy Małgosi, mówiąc, że Jaś jest zły?  A jeśli dowiemy się, że dusza Małgosi ma umowę z duszą Jasia, że będzie ją uczył asertywności i kochania samej siebie tak długo, aż się nauczy? Taki argument wyjaśnia najwięcej. Kiedy mamy świadomość tego typu kontraktów, przestajemy oceniać ludzi.

Z jednaj strony Kochani Moi, chciałabym bardzo, aby nigdy, nigdy żaden Jaś nie uderzył żadnej Małgosi bo to dla mnie już taki punkt krytyczny. Na poziomie ludzkim nie toleruję damskich bokserów. Natomiast z poziomu wiedzy, którą posiadam, takie zjawisko to sygnał dla Małgosi, aby zrobiła wszystko co może i nigdy więcej nie pozwoliła, by ktokolwiek ją uderzył. I tylko ona sama to może zrobić, podnosząc poczucie własnej wartości, rozwijając miłość i szacunek dla samej siebie. Bo nawet jeśli zasłonię ją własną piersią 10 razy, to za jedenastym Małgosia uderzy się o drzwi albo nastąpi na grabie i poczuje ból, który ma ją obudzić.

Małgosia jest doskonała, ale w to nie wierzy. Jej dusza pragnie, aby była też szczęśliwa i aby nie czuła się zła, grzeszna, godna cierpienia. Bijący ją Jaś to wskaźnik takich przekonań. Niczemu one nie służą, Jaś je pokazuje boleśnie, by nią potrząsnąć. Jeśli obronię Małgosię przed Jasiem, z drugiej strony podejdzie Adaś i zastąpi Jasia. A jeśli zasłonię ją i przed Adasiem, to jak napisałam ta kobieta stanie na grabie. Dusza jest cierpliwa i konsekwentna. Kiedy ktoś nie chce rozumieć i uczyć się z książek lub od mądrych nauczycieli, uczy się przez trudne doświadczenie. Wszystko po to, aby wreszcie się obudził i zapytał: „dlaczego tak? i co mogę z tym zrobić?”

I jeszcze o Jasiu. Wyrasta w bólu, bo jego dusza wzięła na siebie trudny kontrakt uczenia się kochania siebie, poprzez cierpienie. Nie udaje mu się, nie rozumie lekcji. Jako dorosła osoba przerzuca swój ból na innych i podświadomie mści się za swój trudny los. Bywa ciężkim nauczycielem dla tych, którzy z nim podpisali swoje kontrakty. Uczy ich kochania siebie, którego sam sobie nie dał. Jednak jako istota doskonała czuje cierpienie każdej duszy, jaką w swoim życiu uderzył. Przychodzą do niego wszystkie te ciosy w koszmarnych snach. Zagłusza to alkoholem, ale kiedy trzeźwieje, ból wraca. Czasem udaje mu się spotkać na swojej drodze mądrego człowieka, który swoimi słowami trafia do serca i uwalnia z Jasiowej nakładki całe niezamierzone okrucieństwo. Doskonałość Jasia odnajduje swoje miejsce w każdym pełnym życzliwości geście, którym próbuje wynagrodzić to, co robił wcześniej. Ekspiacja jest dla niego, dla jego nakładki, czasem jako spłata karmicznych kontraktów. Sam w sobie jest doskonały i bez niej.

Trudny to temat, wiem. Przyjmijcie tyle, na ile jesteście gotowi. Polecam jako uzupełnienie ciekawe lektury o kontraktach dusz, czy choćby znaną dobrze wszystkim pierwszą część „Rozmów z Bogiem” Neala Donalda Walscha. Nie ma złych ludzi. Każdy z nas jest w swojej istocie niewinny. Każdy z nas jest prawdziwym Światłem. Odnajdziecie to w swojej ciszy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Jasność

Jasność to precyzja. Ale i głębia. Jasność to oświetlenie intelektualne wielowymiarowości zarówno naszego istnienia, jak i prawd, które powtarzane przez wieki idą za ludzkością. Zbudowane na doświadczeniu wielu pokoleń wyznaczają szlak, którym większość idzie nawykowo, nawet nie oglądając się na boki. Jeśli komuś wydaje się, że można bezpiecznie iść wydeptanym szlakiem, to jest w błędzie. Wszystko pulsuje i zmienia się wraz z naszą własną transformacją. A to oznacza, że w niespodziewanym zupełnie miejscu może pojawić się przepaść.

Tym wszystkim, którzy interesują się rozwojem duchowym i przeczytali kilkanaście książek o duchowości, czasem wydaje się, że wszystko jest jasne. Zasady Prawa Przyciągania są oczywiste, spójne, logiczne, a więc i wszystko inne jest przecież takie jednoznaczne. „Mów prawdę. Żyj uczciwie. Pomagaj innym. Kochaj. Akceptuj odmienne poglądy. Dawaj prawo do samostanowienia.”… Z patosem wymieniają zasady, a nierzadko biorą się za nauczanie lub pouczanie innych. Co z założenia jest rzeczą dobrą, bo stymuluje ludzi do myślenia i określania samych siebie. Nawet niemądry nauczyciel spełnia cenną rolę zmusza do myślenia i znalezienia kontrargumentów.

Tymczasem sztuka życia polega na rozumieniu, że nic nie wiemy. Każda sytuacja jest unikalna. Jedyna. I wymaga indywidualnego podejścia. Nie ma jedynie słusznej racji. Nie ma przepisu na sukces. Nie ma człowieka, który wszystko wie. Nie ma nieomylnych jasnowidzów. Nie ma zasady, która zawsze się sprawdza. Nie ma instrukcji, jak postępować. Jasność jest dostrzeganiem wielowymiarowości każdego pojęcia. Nawet tak oczywistego jak prawda.

Czym jest prawda? Twoja prawda czym jest? A moja? A prawda uniwersalna? W słynnej historii o trzech ślepcach, którzy spotykają słonia, jeden łapie za nogę, drugi za trąbę, a trzeci za ogon. Każdy opisując słonia opisuje go inaczej. Który kłamie? A może każdy mówi prawdę? Jasność umysłu to postrzeganie z pozycji słonia, który widzi, że każdy ze ślepców dotyka innej jego części i każdy do tej jednej się ogranicza. Jasność to także w przypadku ślepca obchodzenie słonia dookoła i wspięcie się na jego grzbiet, by dotykiem poznać cały jego kształt, by usłyszeć bicie jego serca i zakołysać się w rytm jego kroków. Tylko wtedy można ostrożnie definiować prawdę. Ostrożnie.

Jasność to rozumienie, że prawda jest iluzją. To tylko idea. To tylko pogląd, który można obalić najprostszą demagogią. Jasność to sięganie do głębi swojego serca i odnajdywanie w nim esencji istnienia. Tego, co jest poza ideą i poza poglądem. Prawdziwa jest tylko miłość. Ale równie prawdziwe jest życie i doświadczanie, bo jest drogą do kochania. I upartym poszukiwaniem tego, co dla nas jest najbliższe: miłości, dobra i piękna. Za każdym razem to może być coś innego. Ważne, by wyjść z pozamykanych skrzętnie szufladek, w których upchnęliśmy swoje „zasady”.

Oto konkretne przykłady. Ktoś wybiera się w miejsce, o którym wiesz, że nie jest dobre. Na przykład na kurs, na którym nic nie skorzysta, natomiast wpadnie w szpony sekty. Istnieje zasada, która mówi, że każdy ma wolną wole i prawo wyboru. To piękna zasada. Pozwala nam zostawiać drugiego człowieka z jego decyzją i zachwycać się harmonią wszechświata oraz powtarzać, że wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być. Tak najlepiej i najwygodniej. Zostawić.

Ale czy wiesz, że najgorszą winą bywa zaniechanie? Jest takie powiedzenie, że największe zło jest nie wtedy, kiedy ktoś zły robi krzywdę, tylko wtedy, kiedy dobry milczy i na to pozwala. Wierzę w to. Dlatego czasem łamię zasadę akceptacji i ostrzegam ludzi przed czymś. Niektórzy mają mi to za złe i burczą na mnie: „nie mów mi, co mam robić, a czego nie robić, to moje życie”. Pozwalam im burczeć i odchodzę w poczuciu, że zrobiłam to, co mogłam. A reszta należy do tej osoby. Bo to naprawdę jej życie, a nie moje i ma prawo sama o sobie decydować. Czasem jej dusza potrzebuje bólu i straty, które znajdzie właśnie tam, gdzie się pcha pomimo ostrzeżeń.

W praktyce zwróćcie proszę uwagę my nie mamy żadnego wpływu na innych. Czy możemy komuś zabronić, by gdzieś poszedł czy coś zrobił, jeśli tego właśnie pragnie? Pomijając nieuczciwy szantaż nie ma szans. Każdy robi to, co chce. Nasze ostrzeżenie, wyrażenie naszego zdania nikomu niczego nie odbiera. Jest pokazaniem innej ewentualności. Jest odsłonięciem na chwilę innego wymiaru tego, w którym wszystko potoczyło się inaczej i zdecydowanie szczęśliwiej. Jednak rzecz w tym, że my możemy sobie poteoretyzować, a każdy i tak zrobi to, co chce. „Pozwalanie” komuś, by szedł własną drogą nie jest żadnym wyborem. Jest tym, co jest. A pouczanie typu: „nie wtrącaj się, niech on robi co chce, zaakceptuj jego wybór” jest równie bezsensowne, jak powiedzieć: „pozwól deszczowi, by padał”. I tak pada. Zauważacie to? Podręczniki do rozwoju są naszpikowane pozbawionymi sensu ogólnikami, które brzmią tak ładnie, a nie mają żadnego realnego zastosowania.

Czasem, kiedy komuś coś pokazujemy, ludzie nam ufają i zawracają z drogi. Unikają koszmaru. Wtedy wiemy, że zostawianie i pozwalanie, by się działo, jest czystym wygodnictwem. Gdyby nasze życie miało polegać na biernej obserwacji i biernym doświadczaniu jest taka teoria to byłoby bez sensu. Bo to by oznaczało, że mamy tylko jedną jedyną lekcję akceptować to, co jest. Cokolwiek jest. A my mamy dokonywać wyboru i podejmować decyzje. To jest rozwój. Decyzje. Ponieważ to decyzje są ruchem energetycznym. Nie bierna akceptacja. Chyba, że podejmę decyzję zostawiam, odpuszczam. To też ruch energetyczny.

I teraz popatrzmy z drugiej strony. Matka i dorosłe dziecko, które chce czegoś doświadczyć i rwie się do życia na swój sposób. Matka cierpi, szarpie się i płacze, bo chce mieć nad potomstwem kontrolę. Jakże tutaj pasuje powiedzenie: „pozwól mu decydować o sobie”. I każdy zobaczy, że skrytykowana przeze mnie bierna akceptacja staje się w takim przypadku świadomym odpuszczeniem, a więc decyzją i pozwoleniem, by ktoś sam kreował swoje życie. Kosztem błędów i pomyłek, rozbijając sobie nos i kolana. Czasem to właśnie jest najlepsze.

Moja refleksja jest taka nic nie jest zawsze takie samo. Nie byłoby lekcji, nie byłoby wyborów, gdyby wszystkie zasady działały identycznie. Wystarczyłoby się nauczyć na pamięć zasad i… zero decyzji, zero rozwoju, jedziemy na pilocie automatycznym! Jestem przeciwna takiej jeździe! Ona nie jest wzrastaniem. Być może stereotyp: „pozwólmy ludziom robić, co chcą” brzmi mądrze, ale jak zobaczymy, że ktoś kopie psa albo kota, to zareagujemy. Nie zawsze mamy pozwalać na wszystko. Mamy za każdym razem na nowo decydować.

Milczące przyzwalanie na zło, kiedy można mu się przeciwstawić jest moim zdaniem niewłaściwe. A mądrości o tolerancji i akceptacji to racjonalizowanie własnego lenistwa. I ogromne nadużycie duchowych zasad. Bo chociaż należy dawać ludziom prawo wyboru, to przede wszystkim należy im pokazać wszystkie możliwości. Ktoś kto kopie psa, bo go ugryzł, może nie wiedzieć, że psa można nauczyć innego zachowania w sposób łagodny. Ktoś, kto idzie na szkolenie, bo w reklamie usłyszał słodkie słówka, może nie mieć pojęcia, że zostanie wykorzystany i zmanipulowany. Nie pozbawiamy nikogo suwerenności w decydowaniu pokazujemy więcej opcji.

Jeden z moich znajomych czasem wypijał za dużo piwa i po powrocie robił żonie awantury. „Dlaczego to robisz? pytała rozżalona przecież to nie jest w zgodzie z duchowością, którą tak cenisz. Powinieneś stosować to, w co wierzysz”. „Jest w zgodzie odpowiadał jej przecież robię ci awantury tylko dlatego, że masz w sobie taki wzorzec i to przyciągasz”. Oboje mieli rację. Co nie zmienia faktu, że moim zdaniem on nadużywał duchowych zasad, by uwolnić się od odpowiedzialności. W istocie możemy bezczelnie kopnąć kogoś w kostkę i powiedzieć: „zrobiłem to, bo taką masz karmę”. To prawda gdyby nie było takiego wzorca, nie byłoby kopniaka. Ale czy takie działanie jest harmonijne? Czym jest zatem harmonia? Czym jest prawda?

Jasność, to oświetlenie innych aspektów danego pojęcia. To spojrzenie wielowymiarowe. To odnalezienie w swoim sercu latarni, która pokazuje Miłość i Dobro. To, co jest najlepsze na dany moment. Za każdym razem to może być coś zupełnie innego. Przypisywane Sokratesowi „wiem, że nic nie wiem” nabiera głębszej wymowy, kiedy uświadomimy sobie, że nie istnieją żadne trwałe zasady. Nie ma nic, na czym moglibyśmy się oprzeć raz na zawsze, odpuścić i zająć podziwianiem widoków, zamiast rozwojem. Autopilot jest złudzeniem. Jasność jest drogą. Życzę Wam Kochani Moi odnalezienia w sobie Jasności.

Bogusława M. Andrzejewska

Wygrana

To piękne słowo kojarzy nam się zazwyczaj bardzo pozytywnie. Najmilej usłyszeć je oczywiście w kontekście gier liczbowych, np. w opcji: „wygrałam w Lotto”. Cieszy nas to zjawisko także w rozmaitych innych grach, których pełen jest internet i nasze komórki. Przyznaję, że umiem je też docenić w sporcie, chociaż poza ulubioną siatkówką mojego męża rzadko kiedy sport mnie zajmuje. To nie moje obszary zainteresowań. Ale zakładam, że każdy lubi wygrywać.

Tymczasem słowo to ma także inny kontekst – wygrywać z kimś. Poza sportową rywalizacją, którą ostatecznie toleruję, postrzegam je zatem najczęściej… negatywnie niestety. O ile nie jest to wygrana na loterii, kiedy usłyszę o wygrywaniu, czuję bardzo złą energię. Niską energię rywalizacji, bezwartościowości, a nawet walki, ponieważ pierwsze co może skojarzyć się z tym pojęciem to wojna – co najmniej z inną osobą. I to ze wszech miar niewłaściwe, bo pozytywny jest pokój, zgoda i akceptacja, a nie walka.

Skąd bierze się potrzeba walki? Z niskiego poczucia wartości. Zakompleksieni ludzie ciągle toczą wojny i ciągle się kłócą, by udowodnić światu, że są coś warci. To logiczne, chociaż z założenia absurdalne. Wyobraźmy sobie, że wyznaję jakąś religię, a po drugiej stronie ulicy mieszka ktoś, kto wyznaje coś zupełnie innego. Jeśli mam wysokie poczucie wartości, życzę sąsiadowi dobrego dnia, a czasem nawet pytam o go o podejście do różnych spraw, by więcej wiedzieć o świecie i tym, co odmienne. O ile nie jest kanibalem, w żaden sposób mi nie zagraża. Możemy żyć w zgodzie. Możemy uśmiechać się do siebie nawzajem i to z przyjemnością. Osoba o wysokiej samoocenie lubi ludzi i lubi się do nich uśmiechać.

Jeśli jednak mam niskie poczucie wartości, to odmienne poglądy odbieram jako urąganie mi i temu co dla mnie ważne. Bo jeśli ktoś wyznaje coś innego i uważa, że jakaś inna religia jest słuszna, to… „to może moja nie jest słuszna? To może ja jestem niemądra? A co jeśli ktoś pomyśli, że się mylę i jestem głupia? To straszne! To boli! To niedopuszczalne! Najlepiej zabić i zakopać głęboko tego, co myśli inaczej. Dzięki temu nikt nie pomyśli, że ja się mogłam pomylić. Tak, trzeba usunąć tego, co obraża mnie bezczelnie swoimi odmiennymi poglądami„. Cudzysłów, jak sądzę, jest tutaj niezbędny, ponieważ to nieco żartobliwe spojrzenie. Ale odzwierciedla w uproszczeniu tok rozumowania i odczuwania osoby o niskiej samoocenie.

Religia jest tylko przykładem. To może być inny obóz polityczny albo inne podejście do wychowania dzieci, albo inny dowolny temat. Przerażające dla mnie jest to, jak często ludzie myślą w ten sposób, który zamknęłam cudzysłowem. Być może nie zabijają już dosłownie, ale obrażają się, odwracają, oczerniają. Szeptem przekazują sobie informacje o tym, jaki to zły jest ten osobnik. Często dorabiają mu rogi, których nigdy nie posiadał. A któż im udowodni, że kłamią, kiedy wymyślają naprędce, że widzieli, jak kopał psa (bił żonę, kradł bułki w sklepie – niepotrzebne skreślić). W mniejszych społecznościach skazują „odmieńca” na ostracyzm – tak przecież najbezpieczniej: napiętnować jako dziwaka i głupka. A kiedy większość odwróci się od takiej osoby, mówią sobie: wygrałem. Bo to była walka, walka o rację.

Dowartościowywanie siebie kosztem drugiego człowieka jest nagminne. Stosują to także osoby, które uważają siebie za duchowych nauczycieli, osoby wykształcone i takie, które twierdzą, że posiadają wysokie poczucie wartości. Niestety więcej ludzi uważa, że ma wysoką samoocenę, niż ma ją rzeczywiście. A test jest prosty – jak wielokrotnie pisałam. Wystarczy pokazać wybranej osobie kogoś z tej samej branży i głośno pochwalić. Wysoka samoocena to człowiek, który poczuje się zaciekawiony i zainspirowany. Być może zechce poznać „konkurencję”, by czegoś mądrego się nauczyć. Być może uzna, że nie musi się niczego uczyć, więc tylko z szacunkiem się ukłoni.

Zakompleksiona osoba spieni się ze złości i rozpocznie kampanię wojenną, aby umniejszyć tę „konkurencję”. Zaplanuje oczernianie, poniżanie, obmawianie, wyśmiewanie, a czasem nawet otwarte krytyczne ataki. Poczuje bolesne emocje, ponieważ żal, zawiść, gniew są drogowskazami, które pokazują nam kierunek pracy nad sobą. Mądry człowiek wie, że jeśli chwalenie koleżanki wywołuje poczucie przykrości (niedocenianie) lub gniew, to należy czym prędzej pracować z poczuciem wartości. Podniesienie samooceny uleczy ból i przyciągnie do nas dobre słowa, wdzięcznych klientów i satysfakcję.

Moje obserwacje wskazują, że nawet pozornie zaawansowane w rozwoju osoby wybierają popłynięcie po niskich energiach. Samoocena to potężna siła – nie przesadzam, kiedy o tym mówię. Na palcach jednaj reki mogę policzyć ludzi, którzy z ciepłym uśmiechem przyjmują chwalenie kogoś innego niż oni sami. Standardem jest emocjonalna reakcja, kwaśne skrzywienie ust i cały stos krytycznych uwag. Bo przecież nikt nie może być lepszy od nas! To niedopuszczalne! Poziom poczucia wartości wśród znanych mi nauczycieli rozwoju jest żenująco niski i niestety trudny do uzdrowienia. Bo kto ma takiej osobie powiedzieć, że powinna popracować nad sobą? Ludzie o niskim poczuciu wartości nie mają autorytetów. Aby uszanować autorytet, trzeba dopuścić do siebie myśl: on jest mądry i wie więcej niż ja. Niska samoocena prędzej udławi się własnym butem, niż uzna, że ktoś wie lepiej. Przecież ona wie wszystko. Ale nie o tym.

Chcę bardzo wyraźnie podkreślić, że to pokój jest najbardziej pożądaną manifestacją. Jest jakością serca, która prowadzi nas bardzo mocno w rozwoju wewnętrznym. To pokój, a nie walka, uczy nas wszechogarniającej miłości i dobra. To pokój wycisza nasze serca i układa równiutko emocje, które jako drogowskazy do uzdrowienia nie są zupełnie potrzebne ludziom ogarniętym cichą błogością i harmonią ze Wszystkim Co Jest. To pokój jest fundamentem raju na Ziemi, ponieważ to z niego wyrasta zdrowie, dobrobyt i zgoda. Tam gdzie ktoś dąży do wygranej nad kimś, tam nie ma duchowości i pokoju. Pokój opiera się na bezwarunkowej miłości i wyklucza rywalizację.

Kwestia wygranej zawsze wiąże się z walką o coś. Najczęściej o jakąś rację. Jakiś pogląd. Albo po prostu o własną nieomylność. Ktoś kto dąży do wygranej w takim kontekście, dąży w istocie do pognębienie kogoś innego, kto ma odmienne spojrzenie na świat. I nie zauważa nawet, że czasem meritum jest dosłownie bez znaczenia. Jak w znanym wierszyku Mickiewicza „Golono strzyżono”. Upór jest jednym z najwyraźniejszych przejawów niskiego poczucia wartości. Podobnie jak zazdrość czy zawiść o to, że ktoś coś zrobił lepiej, ładniej, ciekawiej, bardziej profesjonalnie. Czyli w gruncie rzeczy o to, że otrzymał ludzki zachwyt czy pochwałę.

Nie chcę z nikim rywalizować. Chcę się przyjaźnić i współpracować. Uważam, że ważnym elementem wznoszących się wibracji jest właśnie umiejętne współistnienie z drugim człowiekiem. Raj, czy choćby zapowiadana Złota Era, to miejsce w którym ramię w ramię pracujemy ze sobą, szanując, tolerując, akceptując i wspierając jeden drugiego. Nie może być szczęścia i dobrobytu wśród mieszkańców tej planety, dopóki ludzie będą egoistycznie dowartościowywać się kosztem innych. Dopóki z zazdrością będą walczyć, by udowodnić, że są lepsi. Prawdziwa duchowość rozumie, że nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy jesteśmy doskonali i każdy jest w najwłaściwszym dla siebie miejscu i czasie.

Nie chcę z nikim wygrywać. Nigdy. Bo kiedy wygram, to po drugiej stronie staje ktoś przegrany. Świadomość, że ktoś poczuł się gorzej, że komuś jest przykro nie jest dla mnie niczym miłym. Dlatego nie rywalizuję w żadnej dziedzinie. Wszechświat jest piękny i ogromny, tak ogromny, że znajduje się w nim miejsce dla każdego. Mogę spokojnie pisać książki, wiedząc, że na moje prace znajdzie się przestrzeń w takim samym stopniu, jak na te pisane przez setki innych pisarzy. Mogę tworzyć wiersze jak setki innych poetów. Mogę malować obrazy, jak setki innych ludzi. Mogę prowadzić szkolenia jak inni nauczyciele… Mogę wszystko, czego pragnę i co mnie cieszy. Każdy z nas może. Dla nikogo nie zabraknie miejsca ani ludzkiego zachwytu.

Bogusława M. Andrzejewska

Przeszłość

Każdy z nas wie doskonale, że to przeszłość kształtuje nasze obecne zachowania i jakość naszych relacji. Nie trzeba być psychologiem, by wiedzieć, jak mocno dzieciństwo wpływa na postępowanie dorosłego człowieka. Nasze związki są zabarwiane doświadczeniem nabytym, kiedy dorastając patrzyliśmy na to, jak sobie radzą nasi rodzice. Nasze sukcesy w pracy zależą od poczucia własnej wartości budowanego niemal od urodzenia. Nasza wiara w siebie to także efekt słów i zachowania naszych rodziców, nauczycieli, kolegów i innych bliskich osób, które otaczały nas w młodości. Jest zatem całkiem zasadne, aby uzdrawiać traumy z przeszłości, a w ich miejsce wprowadzać nowe pozytywne wzorce. To proces niezbędny do szczęśliwego życia.

Chcę zwrócić uwagę na jeden tylko szczegół – na prawdziwe domknięcie procesu, poprzez skasowanie go w swojej podświadomości. Nie mam na myśli wyparcia, tylko maksymalne umniejszenie znaczenia. Ponieważ dopóki istnieje pamięć o określonym wzorcu, dopóty wzorzec działa, wracając nieustannie poprzez naszą świadomość.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której ktoś jest DDA, czyli Dorosłym Dzieckiem Alkoholika, które niesie w sobie koszmar trudnego dzieciństwa, rozmaite lęki i mechanizmy obronne, dzięki którym udało się przetrwać i dorosnąć. Podejmuje terapię i odpowiedzialnie uzdrawia krok po kroku wszystko, co uzdrowienia wymaga. W pewnym momencie może nawet kreować szczęśliwe życie, ale nie wszystko się udaje, ponieważ wraca po własnych śladach w niekorzystne matryce. Dzieje się tak, ponieważ ta osoba w kółko powtarza, że jest DDA. W ten sposób utrwala w swojej podświadomości określone jakości i mechanizmy, które miały zostać uzdrowione.

Myśl kreuje rzeczywistość – to podstawa zarządzania swoim życiem, a my często o tym zapominamy. Zapominamy też, że naszą realność tworzą przekonania, które w sobie nosimy. Nie wystarczy więc przelotnie rzucona afirmacja: „Jestem zdrowa, bogata i szczęśliwa”. Potrzebne jest odczuwanie tego, co wyrażamy słowami. Jeśli boli mnie głowa, to nie czuję się zdrowa. Jeśli zamartwiam się długami, to nie czuję się bogata. Jeśli czuję dzieckiem alkoholika, to niosę wszystko to, czego w czasie terapii chciałam się pozbyć. To ciągłe tkwienie w świadomości braku.

Zatem podstawą skuteczności każdego uzdrawiania jest zdecydowane wejście w przestrzeń energetyczną, która odpowiada pozytywnym efektom określonego procesu. Jeśli chcę się pozbyć niekorzystnych mechanizmów, to po ukończeniu określonej terapii, tworzę nowe ścieżki neuronowe w umyśle, które budują moją nową jakość życia. W miejsce „jestem DDA” wprowadzam „jestem szczęśliwa i spełniona” – na przykład. Może tu być oczywiście inna wersja, np. „jestem wolna od przeszłości”, „jestem niezależna i odważna”, „mam otwarte serce i w pełni ufam życiu”. Możliwości mamy wiele, ważne, by były pozytywne.

Ogromnie istotną decyzją jest, by jednoznacznie zamknąć to, co minęło i do czego wracać nie chcemy. W tym przypadku absolutnie wskazane jest, by spalić wszystkie mosty, które prowadzą nas z powrotem w ślepe uliczki przeszłości. Nie można utożsamiać się z tym, co tworzy niekorzystne połączenia i odtwarza w nas na powrót trudne wspomnienia. Podświadomość reaguje na nasze myśli i emocje, nie rozumiejąc liniowej wersji czasu. Dla podświadomości wszystko jest TU I TERAZ. Jeśli myślimy o sobie w kategoriach tego, co minęło, podświadomość traktuje to, jako coś istniejącego w obecnym momencie. Możemy ukończyć najlepsze terapie i przejść najbardziej magiczne oczyszczanie – dopóki myślimy o sobie, jak o człowieku z problemem, to problem żyje i ma się dobrze.

Pamiętajmy, że niezależnie od psychologicznych pojęć, mamy prawo myśleć w określony pozytywny sposób. Możemy zachować rozsądek i tworzyć energię w sposób korzystny dla własnego zdrowia. Jeśli ktoś uważa np., że DDA czy alkoholikiem jest się do końca życia, to trochę zamyka się na uzdrowienie. To jak przekonanie: „zawsze muszę pić” lub „zawsze muszę cierpieć”. Czym innym jest pojmowanie problemu w kategoriach: „ponieważ kiedyś byłem uzależniony, to mogę bardziej niż inni dążyć do picia”, a czym innym stwierdzenie: „jestem alkoholikiem”. Nie chodzi zatem o okłamywanie siebie, lecz tworzenie pozytywnych wibracji.

W praktyce prosperity często szukamy sposobów na zmianę wewnętrznych odczuć i przekonań, które odzwierciedlają rzeczywistość taką, jaka jest. Człowiek zadłużony, by przyciągnąć pieniądze, powinien stworzyć w sobie poczucie bogactwa. Nie jest to proste poczuć obfitość, kiedy w istocie czegoś nie posiadamy. Ale oczywiście jest możliwe i znamy na to sposoby, bez uciekania się do kłamstwa, na które nasza podświadomość nie da się nabrać.

Wracając do kwestii przeszłości, bywa i tak, że utożsamiamy się bardzo mocno z grupą terapeutyczną i powtarzanie w kółko psychologicznych nazw daje nam poczucie przynależności do innych podobnych nam „ofiar” przeszłości. Jest to troszkę pułapka. Ktoś kto był alkoholikiem lub dzieckiem alkoholika, czuje się „inny”, często „gorszy” od reszty społeczeństwa. Niepotrzebnie. Uzdrowienie to proces, który wymaga także podniesienia poczucia wartości i uświadomienia sobie, że jesteśmy zwycięzcą, a nie ofiarą. Przekuwamy minione cierpienie w dar mądrości i dojrzałości.

A przecież nie ma ludzi idealnych. Każdy niesie w sobie jakieś brzemię przeszłości. To oznacza, że nasza potrzeba izolowania się i czucia się gorszymi jest zupełnie zbędna. Każdy z nas jest dobrym sobą taki, jaki jest. Nie musimy ukrywać się w grupie nam podobnych. Możemy z podniesioną głową iść pomiędzy ludźmi, zmierzając do takiego celu, jaki nam się najbardziej podoba. Warto odciąć się od niekorzystnej przeszłości, iść do przodu, tworzyć nowe wzorce i najlepsze dla siebie ścieżki.

Bogusława M. Andrzejewska