Fatalne partnerki

Fatalny partner to jakby rzecz oczywista – pije, bije, znęca się, uprawia hazard i nie interesuje się domem i rodziną. Co nie zmienia faktu, że dla niektórych pań lepszy taki niż żaden. To kwestia środowiska, wychowania i oczywiście poczucia wartości. Czasem wychodzi się z założenia, że lepiej mieć kogokolwiek, niż być samej. Kłaniać będzie się tu lekcja asertywności i oczywiście samooceny. Aczkolwiek uważam, że to coraz rzadsze przypadki i kobiety uczą się coraz bardziej kochać i szanować siebie.

A fatalne partnerki? O tym zwykle się nie mówi, jakby oczywistością było, że to kobiety są te dobre i czasem krzywdzone, a paskudny może być tylko partner. Otóż nie. Czasem spotykam w swojej praktyce panie, które zupełnie nie dojrzały do jakiejkolwiek relacji. Nie mam zamiaru nikogo oceniać czy krytykować – jak zwykle pokazuję tylko zjawisko i być może uzupełniam pewną lukę w wiedzy. Ponieważ fatalne partnerki istnieją.

Pokazuje je nawet astrologia. Jeśli ktoś troszkę interesuje się tą dziedziną – Czarny Księżyc w horoskopie mężczyzny to właśnie taka kobieta. W zależności od położenia w urodzeniowej mandali: może być zupełnie niegroźna. Właściciel horoskopu może jej nigdy nie spotkać. Ale bywa i tak, że jest niejako wpisana w przeznaczenie i przyciągać go będzie jak magnes. Szczególnie wtedy, kiedy tworzy aspekty z Wenus lub Księżycem albo usadowi się w siódmym domu.

Takim typem może być opisana już przeze mnie Kobieta Utopiec. Ale może też być zupełnie inną osobą, z całkiem odmiennymi problemami. Bo to problemy osobowości czynią człowieka kimś niezdatnym do normalnej relacji. Nikt z nas nie jest ideałem. Mamy rozmaite cechy, w tym oczywiście cały zestaw tych niekorzystnych też. Z niektórymi ludźmi nam nie po drodze i nigdy nie znajdziemy z nimi wspólnego języka. Z innymi będziemy ciągle w konflikcie. Ale znajdą się i tacy, z którymi zawsze się dogadamy i połączy nas silna więź sympatii. Bo każdy człowiek ma w sobie mnóstwo dobra i miłości. Jeśli trafi na odpowiednią osobę, to manifestuje na zewnątrz wszystkie najpiękniejsze jakości.

Fatalne kobiety nie tworzą z nikim dobrych relacji. Są wyrachowane i skupione na sobie. To przede wszystkim manipulantki. To istoty, które nie umieją pokochać samych siebie, a więc nie umieją też obdarzyć innych uczuciem. Jeśli tworzą związek to dla określonych wymiernych celów. Na przykład dla pieniędzy. Wybierają zamożnych partnerów i stawiają im wygórowane żądania. Umieją tak rozegrać sytuację, że uzależniają mężczyznę od siebie i żerują na nim jak larwy. To uzależnienie jest tu elementem kluczowym, ponieważ każdy pan może czasem trafić na chciwą panią, jednak może też szybko to zauważyć i zostawić ją samej sobie. Fatalna partnerka zarzuca na mężczyznę „magiczną” sieć wpływu, spod którego człowiek nie umie się wyzwolić, pomimo że widzi wyraźnie, jak niszczący jest taki związek.

Bardzo ciekawie opisuje to Mika Waltari w swojej książce „Egipcjanin Sinuhe”. Tytułowy bohater pada ofiarą kapłanki Bogini Bastet o pięknym imieniu Nefernefernefer. Uzależniony od jej uroku pozbywa się na jej rzecz wszystkiego, co posiada. Oddaje jej nawet majątek swoich rodziców i sam w efekcie ląduje na ulicy, czy nawet w przydrożnym rowie. Jakkolwiek absurdalnie brzmi ta opowieść, z zaskoczeniem obserwuję podobne przypadki w czasach współczesnych.

Zbliżonym przykładem – chociaż nie tak malowniczym jak w czasach starożytnego Egiptu – będą tak zwane „alimenciary”. Panie, które idą z mężczyzną do łóżka wyłącznie w celu prokreacji, aby następnie wykorzystując prawa dziecka doić mężczyznę finansowo. Z reguły żyją z alimentów. Osobiście znam taką panią, która posiada czworo dzieci, każde z innego ojca i nie skalała się nigdy pracą, ponieważ alimenty i zasiłki (obecnie też 500+) wystarczają jej na całkiem przyzwoite życie. Co charakterystyczne – pani ta nigdy nie była mężatką, nigdy nie założyła rodziny. Po prostu sypiała z mężczyznami i „robiła sobie” dzieci, aby móc utrzymywać się z alimentów. W naszym kraju to prosty sposób na dostatnie życie bez jakiegokolwiek wykształcenia.

Koniecznie chcę podkreślić, że temat nie dotyczy po prostu osób, które po rozwodzie pobierają alimenty na dzieci. Nie ma niczego niewłaściwego w rozwodzie i konieczności utrzymania wspólnego dziecka. Rzecz nie w alimentach, ale w podejściu do życia. „Alimenciara” to ktoś, kto żeruje na innych, kto nie umie kochać, kto nie ma w sobie współczucia czy zrozumienia i po czubki włosów wypełniony jest egoizmem. To ktoś, dla kogo dziecko jest tylko narzędziem służącym do zdobycia pieniędzy – także od hojnego w tym zakresie państwa.

Fatalna kobieta nie musi być oczywiście „alimenciarą”. Może być żoną lub kochanką, która na wszelkie sposoby niszczy mężczyznę. Najczęściej robi to trochę podświadomie, kierując się chciwością lub niskim poczuciem wartości. Jak wspominałam wielokrotnie – niska samoocena jest bardzo groźna. Człowiek owładnięty kompleksami potrafi nawet zabić, byle tylko siebie dowartościować. Nawet jeśli fizycznie nie popełnia mordu to i tak zmierza do celu „po trupach”.

Po czym ją rozpoznać? Po szantażowaniu – zdrowiem, dzieckiem, jakimś zdobytym sekretem. Bardzo często to kochanka, która grozi ujawnieniem wiarołomstwa prawowitej żonie. Zdrowa psychicznie i dojrzała emocjonalnie kobieta nie tworzy związku z żonatym mężczyzną. Może pozwolić sobie na przygodę i niezobowiązujący seks, ale nie będzie próbowała budować swojej satysfakcji na cierpieniu drugiej osoby. Dojrzały człowiek nie krzywdzi innego i nie rozpatruje swoich decyzji w kategoriach: „chcę tego i już, należy mi się, niech tamta mi go odda”. To bardzo niskie. Pisałam już o tym, że kiedy miłość wygaśnie i zakochamy się w kimś innym, mamy prawo zakończyć jeden związek i stworzyć inny. Fatalna kobieta to ktoś, kto w tajemnicy uprawia seks z żonatym mężczyzną, nie czekając aż ten zakończy poprzedni związek. Nie usprawiedliwiam tu mężczyzn, chociaż wiem, jak bardzo są poligamiczni z natury. Pokazuję jedynie, że bywają takie kobiety, które są o wiele bardziej okrutne i wyrachowane.

Fatalną kobietę można też rozpoznać po manipulacji i wykorzystywaniu na wszelkie możliwe sposoby. Cechą charakterystyczną tego zaburzenia jest skupienie wyłącznie na sobie i podporządkowanie wszystkiego tylko swoim potrzebom. Miłe i uwodzicielskie zachowania pojawiają się wyłącznie na początku znajomości. Kiedy partner jest już zakochany, wówczas zaczynają się żądania i szantaże. Problem widać wtedy, kiedy nie sposób uwolnić się od tej toksycznej znajomości, bo jest na przykład wspólne dziecko. Mężczyzna uwikłany w taką paskudną relację martwiąc się o dobro dziecka pozwala sobą manipulować.

Oczywiście temat zwykle jest karmiczny. Jeśli taka osoba staje na drodze mężczyzny, z reguły spłaca on jakiś karmiczny dług z przeszłości, w której wykorzystał, zaniedbał i porzucił kogoś zależnego od niego. Wymaga to skomplikowanej terapii, włącznie z energetycznym oczyszczaniem linii rodowych. W praktyce pomaga często inna kobieta, na przykład żona, która cierpliwie wspiera partnera w uwolnieniu od toksycznej kochanki. Brzmi absurdalnie? Ktoś kto naprawdę kocha, potrafi wiele i jest zdecydowanie skuteczny, chociaż taka rola z całą pewnością jest ogromnie trudna. A życie jak zwykle pisze takie scenariusze, jakich sami nie umiemy sobie wyobrazić.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Sens związku

Dla niektórych z nas najważniejszą rzeczą na świecie jest miłość. Ta cudowna romantyczna miłość, która unosi nas w poetyckie przestworza i spełnia dziewczęce marzenia o księciu i księżniczce, którzy rozkochani w sobie z nieprzerwanym zachwytem patrzą sobie w oczy. Nieuchronnie przeżyją rozczarowanie, kiedy  dopadnie ich ziemska rzeczywistość, konieczność jedzenia, wnoszenia opłat za czynsz i zmywania naczyń. Ból upadku może być wprost proporcjonalny do głębi marzeń.

Są też osoby bardziej pragmatyczne, stąpające mocno nogami po gruncie. Widzą i wiedzą, że najważniejsza na świecie jest tradycyjna rodzina. Łączą się w pary po pierwsze po to, by wyprawić ogromne, huczne wesele, na którym wszystkie przyjaciółki pękną z zazdrości. Po drugie po to, by urodzić dzieci. Po trzecie, by wspólnymi siłami wybudować dom większy niż domy wszystkich sąsiadów w okolicy. Trudno dokonać tego wszystkiego z jednej pensji, więc związek wydaje się niezbędną częścią egzystencji.

A wreszcie są tacy ludzie, dla których związek jest sposobem na radosne, spełnione bycie. W ich pojęciu życie jest stworzone na dwoje i lepiej, lżej żyć w parze. Jest wtedy koło nas ktoś, z kim można dzielić się każdą radością. Kogo można obdarzać ciepłem, czułością, miłością. A czasem można też wypłakać się na jego ramieniu. Tak po prostu żyć, dzieląc się chwilą i ciesząc bliskością.

To tylko przykłady. Każdy z nas ma swoją wizję związku i swoje własne oczekiwania. Z punktu widzenia kobiety stereotypowym marzeniem jest spijanie sobie z dzióbków i wieczna miłość aż po grób. Z upływem czasu zamienia się w pragnienie przyzwoitej emerytury i świętego spokoju. U panów ewolucja marzeń przebiega nieco podobnie, lecz punktem wyjścia jest codzienne ćwiczenie Kamasutry. Najczęściej w różnych porach dnia. Z czasem zamienia się to w oczekiwanie dobrego jedzenie i święty spokój.

Chwała tym, którzy wychodząc poza stereotypy odnajdują w związku przyjaźń i bliskość. Dla których nie jest ważne „co robimy”, byle razem. Tacy ludzie mogą z czasem powiedzieć o swoim szczęśliwym pożyciu. Bo związki mogą być naprawdę dobre. To kwestia dopasowania wzajemnie swoich oczekiwań, to równowaga pomiędzy dawaniem i braniem, a wreszcie odnalezienie przyjemności w bliskości. Proste. I do zrobienia.

Moim zdaniem najtrudniej jest po prostu zobaczyć w swoim związku sens i dobro. Czasem jesteśmy zmęczeni i mamy zwyczajnie dosyć wysiłku. Kiedy po latach pojawia się znowu jakiś problem, mamy ochotę wszystko rzucić i zacząć od nowa w innym miejscu. Jakoś tak… wydaje się, że w nowym miejscu z nową osobą można jakoś lepiej, inaczej, z czystą kartą, a więc świeżutko, przyjemnie, słodko i pachnąco. Chyba każda z nas i każdy z nas tego doświadczył przynajmniej raz.

Opierając się na własnym przykładzie, wiem, ile pracy trzeba włożyć w to, aby po 30 latach nadal patrzeć na siebie z miłością. To nie przychodzi samo, nie spada z nieba, kiedy stoimy z wyciągnięta w oczekiwaniu dłonią. To coś, co tworzymy cierpliwie, rzeźbiąc swoje życie dzień po dniu. Warto zaufać sobie i swojej mocy, swojej umiejętności uzdrawiania własnego życia.

Nie tak dawno mój kochany mąż zrobił mi bezmyślnie dużą przykrość. Rozżalona powiedziałam sobie: „dość, coś trzeba z tym zrobić”. A potem weszłam w Kroniki Akaszy, by dopytać, co z tego dla mnie wynika. I pierwsze, co usłyszałam: „Twój związek jest bardzo dobry. Doceń jego piękno”. To jakby oczywiste. W wielu związkach pojawiają się przelotne problemy czy kłótnie. Wcale nie przekreślają uczuć czy wartości związku. Rzecz w tym, że czasem każdy z nas chce to usłyszeć z wysokowibracyjnego poziomu. Ja usłyszałam i to potwierdzenie z Najwyższego Źródła bardzo mi pomogło spojrzeć inaczej na całe moje życie. Dostrzegłam sens swojej pracy i wieloletniego wysiłku zmierzającego do poukładania szczęśliwie swoich uczuć.

Jestem szczęśliwa w związku. Nie dlatego, że w ogóle jestem szczęśliwa i potrafię się cieszyć każdym zielonym listkiem na drzewie. Czuję się szczęśliwa, bo czuję się kochana. Bo nasza bliskość jest miła nam obojgu. Bo mogę kochać i moje uczucie jest przyjmowane z radością i błyskiem w oku. Bo ciągle jest między nami mnóstwo ciepła i czułości. Odnaleźliśmy swój sens bycia razem dość dawno temu, pomimo że wcale nie spijamy sobie z dzióbków. Kłócimy się i godzimy. Martwimy i cieszymy. Wkurzamy nawzajem i rozkochujemy w sobie na nowo. Ot, cała dynamika życia.

Jednak zmierzam do tego, by podzielić się czymś, co usłyszałam w swoich Kronikach. Moi Mistrzowie pokazali mi, dlaczego mój związek jest dobry i cenny dla mnie. Pokazali mi, jak rzetelnym lustrem jest dla mnie mój mąż. Bo jego fascynującą jakością jest rzeczywiście stuprocentowe odzwierciedlanie wszystkich moich wzorców. To się w naszym małżeństwie dzieje książkowo. Cokolwiek pomyślę, mój mąż natychmiast to przejawia w sposób bezpośredni, nie pozostawiający cienia wątpliwości. Gdzie mogłabym znaleźć lepszego przewodnika na ścieżce rozwoju wewnętrznego?

Z poziomu duchowego najważniejszym celem każdego związku jest rozwój. Nauka samego siebie. Łączymy się w pary, by przeglądać się wzajemnie w swoich oczach i dostrzegać to, czego na co dzień nie umiemy zobaczyć. Bliskość i przekroczenie intymnych granic pozwala partnerowi (partnerce) z ogromna wnikliwością wyłapać wszystko, co wyparliśmy i schowaliśmy w najciemniejszym zakamarku podświadomości. Partner to latarnia, która rozświetla nasz cień i pozwala nam się z nim świadomie zmierzyć. Dzieci, domy, mieszkania… to rzecz dodatkowa i niekonieczna.

Docenianie związku można zacząć od zauważania tego, na ile partner nas wzmacnia, buduje, uzdrawia, pokazując to, co mamy do zrobienia. To mogą być rozmaite lęki i wątpliwości, drobne i większe spory, problemy rodzinne, trudne decyzje. Warto zobaczyć, co odkrywamy, będąc blisko tego człowieka, które jakości rozwijamy w sobie najmocniej. W tym wszystkim najpiękniejszą nauką może być właśnie kochanie. Bywa tak, że dopiero prawdziwie kochający partner uczy nas zauważania swojego piękna i doskonałości. Bywa i tak, że czuła i wrażliwa partnerka pomaga otworzyć serce na uczucie.

Lekcje bywają rozmaite, ponieważ związek w swojej dynamice dotyka codzienności, a ta utkana jest niemal ze wszystkich dostępnych doświadczeń. To właśnie w codzienności sprawdzamy siebie i rozwijamy najmocniej. Nie wybieramy wydarzeń, bo nie mamy takiej możliwości, lecz przyjmujemy to wszystko, co zaserwuje nam wszechświat. A nasze wewnętrzne wzrastanie bazuje na tym, jak reagujemy na to wszystko, co życie przynosi nam w darze. Szczególnie – jak reagujemy na to, co nie spełnia naszych oczekiwań.

W dojrzałym związku zmagamy się z trudnościami wspólnie. Nie szukamy winnych, nie obrzucamy obelgami, lecz razem wymyślamy rozwiązanie sytuacji. Jest w tym też i pewna magia, bo kiedy działamy wspólnie, to łącząc swoją energię, wzmacniamy i przyspieszamy osiągnięcie celu. Dlatego też starzy ludzie, bogaci doświadczeniem powtarzają: „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Łączenie mocy zwielokrotnia efekt.

Czasem parter (partnerka) nie wspiera, lecz staje w opozycji, ucząc nas w ten sposób wiary w siebie, samodzielności i odwagi. Bywa, że zamiast stanąć murem przy nas – kontruje i krytykuje. To lekcja poczucia własnej wartości, przyjrzenia się sobie poprzez pryzmat negatywnej oceny, która zawsze znajdzie odbicie w naszym wnętrzu. To właśnie partner wykrzyczy nam to, czego nie powie żadna inna osoba, żaden przyjaciel. Bo to partner jest najbardziej wnikliwym lustrem i największym szlifierzem naszego wewnętrznego diamentu.

Unikam tu słowa „nauczyciel”, ponieważ zwykle nie kojarzy się ono najlepiej. Bywają związki, w których nauka polega na przykład na tym, że mąż znęca się nad żoną. Uczy ją oczywiście pokochania siebie. Ale uczy ją też wiary w siebie, w swoją wewnętrzną moc, w samodzielność. Uczy ją asertywności i odwagi, by odejść od toksycznego partnera i znaleźć szczęście gdzie indziej. Dziś piszę o docenianiu tego, co jest, ale to nie oznacza, że zawsze tak właśnie należy działać. Czasem utkniemy w trującym związku i wtedy szkoda każdej godziny spędzonej na iluzji ratowania czegoś, co nie istnieje. Albo co jest dla nas zabójcze. Czasem trzeba uciekać jak najdalej. Każdy przypadek jest inny.

A czasem po prostu w całkiem przyzwoitym związku miłość wygasa i najlepsze, co można zrobić, to z kulturą podziękować sobie za wszystkie dobre chwile i odejść. Warto pamiętać, że sensem i celem związku jest nauka i rozwój. Kiedy lekcje zostaną odrobione, dusza chce iść dalej. W naszej realności przejawia się to właśnie odkochaniem i potrzebą odejścia, poszukania dla siebie innego miejsca. Czasem bywa to też odejście do kogoś innego. To nie zdrada, nie świństwo, tylko potrzeba nauki u innego nauczyciela. Nie warto próbować zatrzymywać tej osoby za wszelką cenę. Nic na siłę. Zrobienie przestrzeni w swoim życiu, przyniesie do niego Dobro i Miłość. Czasem trzeba po prostu zaufać harmonii wszechświata.

Bogusława M. Andrzejewska

Ojcostwo

Dzień Ojca skłania do refleksji. Czasem wspominam wtedy swojego Tatę, który nosił mnie na barana, pomagał w lekcjach i niezmiennie rozbawiał wyjątkowym poczuciem humoru. Był człowiekiem łagodnym i życzliwym światu. Myślę, że odziedziczyłam po nim nie tylko kształt nosa, ale i nawyk pozytywnego myślenia, szybkiego wybaczania i nie przejmowanie się drobiazgami.

Dzisiaj jednak chcę napisać o ojcostwie w kontekście związków, które tworzymy. Bo tak naprawdę to my kobiety wybieramy ojca swoim dzieciom. Jestem więcej niż pewna, że ta oczywista prawda jest całkowicie obca większości młodych kobiet, dla których czasem zaobrączkowanie się jest celem samym w sobie. Już przed wiekami panny na wydaniu zaklinały los wierszykami tego typu: „Święty Emeryku daj nam po chłopczyku. Łysego czy garbatego, byle roku tego”. Efekt takiego związku łatwo sobie wyobrazić.

Warto budować bliskość i być na co dzień z partnerem, poznawać go od kuchni i łazienki. Warto też zadać sobie rzetelnie pytanie: czy chcę, aby mój syn był właśnie taki, a moja córeczka tak się zachowywała? Kiedy decydujemy się założyć rodzinę, wybieramy partnera, który przekaże naszym dzieciom swoje DNA. I obdaruje je nie tylko kolorem oczu, ale też dobrocią i łagodnością lub tendencją do tycia, niecierpliwością, lenistwem, a co gorsza brakiem szacunku do kobiet. Czasem zawirowane w miłości, nie myślimy o tym zupełnie. Taki to urok romantycznego kochania, trudno nawet się temu dziwić. Dlatego zachęcam, aby spojrzeć uważnie na przyszłego męża i zapytać samej siebie: czy chcę mieć z nim dzieci?

Najbardziej charakterystycznym błędem, o którym wielokrotnie pisałam, jest zajście w ciążę bez zgody mężczyzny, kiedy on wyraźnie powtarza, że nie jest gotowy, by być ojcem. Najczęściej wie, co mówi. Jeszcze gorszym wyborem jest zajście w ciążę z żonatym mężczyzną, aby zmusić go do rozwodu. To dla mnie patologia i tutaj nie umiem podać żadnej recepty, bo taka decyzja przynosi wyłącznie zwielokrotnione cierpienie. Jeśli chcemy, by nasze dzieci były szczęśliwe, nie róbmy tego. Naprawdę można – jest tylu wolnych mężczyzn i tylu panów, którzy chcą doświadczyć bycia ojcem.

Nikt nam nie może zabronić być z kimś, z kim akurat chcemy. Nawet jeśli psycholog straszy toksycznym partnerem, to mamy prawo kochać się z kim chcemy. To nasz wybór i tylko my poniesiemy konsekwencje swoich decyzji. Natomiast zajście w ciążę to zupełnie co innego. To powołanie nowego życia i w dużej mierze wrzucanie dziecku określonego doświadczenia. Tatuś alkoholik albo furiat to nieciekawy prezent dla dziecka. Jeszcze gorsza opcja to tatuś żonaty z inną panią i posiadający już rodzinę. Dajemy wówczas naszemu dziecku życie pełne zazdrości, rozczarowania i oglądania w bólu zdjęć naszego ojca tulącego obce dzieci. To trauma, którą leczy się latami. Jestem psychologiem, który potrafi zrozumieć różne dziwne ludzkie zachowania, ale nigdy nie zrozumiem, jak matka może coś takiego zafundować swojemu dziecku. Trzeba nie mieć serca.

Jak zatem właściwie wybierać ojca swoim dzieciom? Korzystając ze zdrowego rozsądku. Nie ma ludzi idealnych, ale jest mnóstwo ludzi dobrych i bardzo dobrych. Czułych, kochających, wrażliwych. Znam mnóstwo świetnych ojców, dla których dzieci są centrum wszechświata. Ojcowskie uczucia i gotowość do wychowawczego trudu nie są więc żadnym ewenementem. Wystarczy, jeśli partner powie: chcę mieć z Tobą dziecko, boję się, czy dam sobie radę, ale chcę spróbować. I już jest dobrze. Myślę, że wystarczy nieco uwagi. Miłość zasłania nam oczy, ale jeśli coś budzi nasz niepokój, jeśli np. jesteśmy w związku z alkoholikiem, to lepiej wstrzymać się z zakładaniem rodziny. Można też uruchomić wyobraźnię i ocenić, czy z tego pana będzie dobry tato, czy też centrum jego życia będzie zawsze skrzynka piwa. Co wówczas może dać swojemu synowi czy córce?

Patrząc na ukochanego pod kątem ojcostwa, można zobaczyć, jak reaguje na dzieci znajomych czy sąsiadów, czy potrafi naprawić bratankowi rowerek, czy dzieci go lubią? Świetnymi ojcami są panowie, którzy zajmowali się młodszym rodzeństwem, ponieważ mają w sobie nawyk troski i opieki, a to procentuje we własnej rodzinie. Z reguły panowie wychowywani w domach wielopokoleniowych, gdzie zawsze jest dużo dzieci, mają łatwość w podejściu do maluchów. Dobrze spełniają tę rolę wszyscy, którzy mają w życiu dużo do czynienia z dziećmi, np. lekarze rodzinni czy pediatrzy. Ale kluczem jest tu po prostu fakt, czy ktoś lubi dzieci, a nie konkretny zawód. A wreszcie warto wiedzieć, że czasem ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z maluszkami, przechodzi prawdziwe katharsis, kiedy zostaje ojcem i nagle odkrywa, że w tej właśnie roli czuje się najlepiej.

A w zasadzie to jest bardzo proste. Kochający człowiek zawsze będzie kochającym człowiekiem. Ktoś, kto naprawdę troszczy się o mnie i daje mi dużo uwagi, ciepła, miłości, będzie tak samo troszczył się o nasze dzieci. Mężczyźni mają bardzo klarowną logikę i postępują tak, jak czują. Mój mąż powiedział mi kiedyś: dziecko jest cząsteczką ciebie. Skoro tak bardzo kocham ciebie, jak mógłbym nie kochać tej cząsteczki?  Odkąd to usłyszałam jestem o jego ojcostwo spokojna – zawsze będzie pełne miłości, tak jak on jest pełen miłości dla mnie. Ktoś, kto spotyka się ze mną tylko na seks i niewiele go obchodzą moje sprawy czy problemy, nie zainteresuje się potem dzieckiem, które z tego seksu się przydarzy. Proste? Proste.

Bardzo ważną rzeczą jest nasze zachowanie po ewentualnym rozwodzie. Bywa przecież, że my dorośli nie umiemy się ze sobą dogadać, ale to nie oznacza wcale, że mamy włączać dzieci w swoje paskudne rozgrywki. Prawdziwa dojrzałość jest wtedy, kiedy z byłym partnerem pozostajemy w dobrej relacji. Właśnie po to, by mógł widywać się z dzieckiem i nadal być dla niego ojcem. Trzeba umieć przełknąć swój żal i gniew, czy nawet zazdrość, kiedy partner odszedł do innej. To największy dar dla dziecka. I tylko taka matka jest w moich oczach prawdziwie dobrą i mądrą, która mimo trudnych emocji powtarza dziecku z przekonaniem: „tatuś cię kocha i jesteś dla niego ważny, szanuj tatusia i słuchaj go”.

Każde dziecko zasługuje na to, by mieć swojego tatusia. I ten tatuś buduje w nim potem określone wzorce odpowiedzialności, opieki, pracowitości, budowania związku. Dla dziewczynki to matryca jej przyszłego partnera. Jeśli ojciec kocha córkę i ma dla niej trochę czasu, to ona przyciągnie sobie potem dobrego, uważnego męża. Dla chłopca to wzorzec męskości, stosunku do kobiet i potem w dorosłym życiu – do własnych dzieci. Nawet kiedy rodzice nie mieszkają razem, można być kochanym przez oboje i tworzyć w sobie dobre kody.

Przykładów z życia, które pokazują powielanie wzorców, mogłabym podać setki. Podam jeden – mojego męża. Bardzo lubiłam swojego teścia, który był odpowiedzialnym i troskliwym ojcem. Zawsze szanował rodzinę i stawiał ją zwykle na pierwszym miejscu. Spontanicznie pomagał we wszystkim teściowej, zakładając, że to on jest ten silny, który ma wspierać i chronić. Przyglądałam mu się uważnie, zastanawiając się wielokrotnie, czy taki właśnie będzie mój mąż. Jest. To odzwierciedlenie widzę bardzo wyraźne. Dla mojego męża nasze córki są bardzo ważne i przez większość życia był mi wielkim oparciem. Kiedy urodziłam drugą córeczkę, robił w domu niemal wszystko: prał pieluchy, sprzątał, mył okna, robił zakupy. Ja tylko gotowałam. Nie zapomnę tego, bo wiem, że to wyjątkowe. Zresztą mój mąż nadal mi pomaga we wszystkim.

Myślę też, że większość mężczyzn umie odnaleźć się w tej pięknej tatusiowej roli. Lepiej lub gorzej – ale dogadują się ze swoimi dziećmi, jeśli tylko im na to pozwolimy. Czasem trzeba im po prostu dać szansę i zostawić w swoim towarzystwie. Na pewno sobie poradzą i wypracują własne metody działania i komunikacji. Konkludując – większość mężczyzn świetnie się sprawdza w roli ojca. Jeśli nie pchamy się w patologiczne zachowania lub nie jesteśmy całkiem zaślepione, to bez problemu umiemy wybrać swoim dzieciom świetnego tatusia. Pamiętajmy tylko, że to nasza rola – nas kobiet. Nie zrzucajmy winy na pecha, na złych facetów czy przeznaczenie. Bądźmy pełne miłości dla dzieci, które dopiero przyjdą na świat i poszukajmy dla nich najlepszego ojca na świecie.

Bogusława M. Andrzejewska

Etapy uczuć

Psychologowie piszą o tym, że nasz związek miłosny przechodzi przez pięć charakterystycznych etapów. Każdy z nich jest przez nas wyraźnie odczuwany i powinien mieć miejsce w relacji. Jednak nie zawsze sobie na to pozwalamy, ponieważ nasze wyobrażenie o miłości jest na ogół zbyt romantyczne, by dać przestrzeń dla rozwoju i zrozumienia. Oczekujemy, chcemy, pragniemy, a zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że dwoje ludzi spotyka się ze sobą właśnie dla wewnętrznego wzrastania, w nie wyłącznie dla przyjemności.

Rozczarowani partnerem zakrzykną teraz: a gdzież tu przyjemność, przecież to ustawiczna szarpanina i udręka, jedna po drugiej! Otóż to pozory. Gdybyśmy zechcieli wyjść poza własne oczekiwania i zrozumieć sens bycia z drugą osobą, zobaczylibyśmy piękno tam, gdzie nie chcemy go dostrzec. Niestety, w związku jest tak, jak na wysokogórskiej wycieczce: aby rozkoszować się zachwycającymi widokami, trzeba najpierw wdrapać się na szczyt.

Pierwszy etap miłosnej relacji wszyscy znamy: to stan zakochania, zachwytu, szczęścia i różowych okularów, które pozwalają nam cieszyć się partnerem i nie dostrzegać jego wad. Jest on idealny. Jest cudowny. Jest kochany. Cokolwiek zrobi, potrafimy go rozgrzeszyć, jeśli tylko przyniesie odpowiednio wieki bukiet kwiatów i powie, że jesteśmy najpiękniejsze. Rzecz jasna mówimy tu o przeciętnym związku. Nie rozpatrujemy sytuacji, w której ktoś przekracza dopuszczalne normy. Chociaż znam przypadki, kiedy kobieta kocha nawet wtedy, gdy jest bita i poniżana. Jednak nie o tym ten artykuł.

Drugi etap związku jest kontynuacją pierwszej fazy. Być może mniej fruwamy w powietrzu z zachwytu i w brzuchu już mniej motyli, ale nadal szczęśliwie wijemy gniazdko. To czas poważnych decyzji, zakładania rodziny, zamieszkania razem, ślubu, kupna domu – zależnie od sytuacji, planów i możliwości. Zaczynamy podchodzić do życia poprzez pryzmat MY a nie JA. Na spotkania z innymi znajomymi umawiamy się zawsze razem, planujemy spędzanie czasu we dwoje, budujemy wspólnotę.

Któregoś dnia przychodzi trzeci etap, nazywany rozczarowaniem. Narasta on niepostrzeżenie i dojrzewa za naszymi plecami poprzez wszystkie chwile, kiedy partner zawiódł nasze oczekiwania. Kiedy już nas nie zachwyca i nie podnieca, bo leży nieogolony na kanapie, nogi mu śmierdzą, a jego skarpety walają się w najmniej odpowiednich miejscach. Szarpiemy się w ambiwalentnych odczuciach, bo tak bardzo chciałoby się przytulić… ale przecież nie da się do takiego brudasa…

Oczywiście scenariusz może być też całkiem inny. On może nadal pachnieć i dbać o siebie, nawet bardziej niż zwykle, ale może patrzeć przez nas na wylot. Nie zauważa nowej fryzury, jest zimny jak lodówka i coraz częściej nie wraca na noc. Gdzieś w ciemnościach układa sobie całkiem inne życie z kimś innym, kto któregoś dnia staje w naszych drzwiach z wydętym ciążą brzuchem i mówi: on jest teraz mój, zrób mi miejsce w jego życiu.

Zbyt dramatycznie? Owszem. O wiele częściej rozczarowanie bywa raczej prozaiczne. On nas nudzi. Nie pomaga w domu. Przynosi za mało pieniędzy. Nie chce wychodzić z nami do kina. Nie lubi naszych koleżanek. Nie chce zajmować się dziećmi. Warczy, kiedy o coś prosimy. I któregoś dnia przemęczone codziennością stajemy przed cieknącym kranem, patrzymy na wyrwany z szafki zawias, który miał być naprawiony dwa miesiące temu i zadajemy sobie pytanie: po co mi ten wałkoń, kiedy i tak wszystko muszę robić sama? A wtedy on pojawia się w kuchni i opryskliwie krytykuje lekko przypalone kotlety.

W taki lub podobny sposób kropla przepełnia kielich. Podejmujemy decyzję, że się wyprowadzamy/rozwodzimy/rozstajemy/wyrzucamy go z domu (niepotrzebne skreślić). To ruch energetyczny, który nie pozwala nam przejść do następnej czwartej fazy – prawdziwej miłości. Bo prawdziwe uczucie polega na tym, że kochamy bezwarunkowo. Nie wymagamy cudów, nie oczekujemy ideału, tylko bliskości, obecności, wspólnego dawania i brania. Prawdziwym uczuciem kochamy człowieka takiego, jakim jest – tak po prostu ze wszystkimi słabościami. Kochając, szukamy sposobów by wesprzeć partnera i jednocześnie zadbać o siebie. Staramy się też zadbać o nasz związek, a nie wyłącznie oczekiwać.

W innych artykułach o związku podpowiadam, jak dbać o małżeństwo i o to, by być kochaną i szczęśliwą. Nie będę tu ponownie wszystkiego streszczać. Podpowiem tylko, że trzy filary szczęśliwego związku, o których stale opowiadam i tutaj znajdą swój sens, stając się doskonałą receptą na przejście przez etap rozczarowania. Podniesienie poczucia wartości sprawi, że znowu poczujemy się atrakcyjne i pożądane. Równowaga w dawaniu i braniu pomoże wyjść z nadmiernego zmęczenia i brania wszystkich obowiązków na siebie. I wreszcie najważniejsze: właściwa komunikacja może okazać się kluczem do zgody w pozostałych problemach.

Warto podkreślić, że pozytywne przejście przez etap rozczarowania nie oznacza poddania się i zgody na upokorzenie, zmęczenie czy poczucie bycia ignorowaną lub wykorzystywaną. Związek można uratować rozmawiając o tym, co dla nas ważne. Czasem wystarczy powiedzieć, czego oczekujemy, a jeśli to nie działa – napisać wielką kartkę i przykleić na ekranie telewizora. Czasem trzeba spokojnie porozmawiać i przyznać się otwarcie: „przestaję ciebie kochać, zadbaj proszę o siebie” albo „pomóż mi przy dzieciach, bo nie daję rady, jesteś mi potrzebny”. W większości wypadków to skutkuje. A mamy przecież jeszcze wiele innych opcji – od propozycji kompromisu, poprzez kuszenie nagrodą, a na psychologicznej terapii małżeńskiej kończąc. Ważne, by zrobić to, zanim wygasną resztki miłości, bo potem może być już za późno i nikomu już niczego się nie chce.

Czwarty etap to prawdziwe uczucie, w którym ze wzruszeniem patrzymy na partnera i kochamy go takim, jakim jest. Bez żadnych roszczeń, wybaczając, że nie jest księciem z bajki. A on nam odwzajemnia tym samym, bo – jakkolwiek by nasza samoocena nie była wysoka – żadna z nas nie jest ani Dziesiątym Cudem Świata ani ideałem żony. Każda z nas to trochę zołza, która potrafi partnerowi dokopać i od czasu do czasu strzelić focha lub wyżyć się na nim za swój zły dzień. I nie potrzebujemy do tego PMS-u.

Piąty etap natomiast to wielka Moc, która wyrasta z umiejętności uczenia się na błędach. To rozwój wewnętrzny wspierany wzajemną drogą przez życiowe zakręty. To wielkoduszność, wyrozumiałość, ciepło i serdeczność. To zaufanie i współdziałanie, a wreszcie spokojne bycie razem w zaufaniu, że obok nas jest zawsze ktoś, na kogo możemy liczyć. To także pozytywne przenoszenie tych jakości na dzieci i na przyjaciół.

Opisane etapy bardzo ładnie odzwierciedlają cykle energetyczne, o których mówimy w Prospericie. Cykle wyróżniamy trzy. Ten pierwszy to w przypadku analizy związku stan zakochania i tworzenia więzi. Tu energia mocno szybuje w górę. Drugi to tak zwany etap kryzysu – myślę, że też bardzo jednoznaczny z opisanym rozczarowaniem. To czas, kiedy energia spada w dół i mamy ochotę ze wszystkiego zrezygnować. I wreszcie: trzeci cykl energetyczny to w relacji dojrzała miłość oparta na wzajemnym rozumieniu siebie i swoich słabości. Energia znowu idzie w górę, lecz bez szaleństwa, jak w stadium zakochania. Bardziej stabilnie.

W Prospericie największy nacisk kładziemy na mądre przejście przez etap kryzysu. Na szukanie rozwiązań i odnajdowanie w sobie siły, by uporać się z problemem. Najgorszym wyjściem w tym okresie jest ucieczka, czyli rezygnacja z tego, co robimy (np. z małżeństwa), ponieważ postawa taka koduje w podświadomości poczucie przegranej. To dotyczy także relacji. Taki wzorzec powoduje, że w kolejnych  działaniach też będziemy przegrywać. Dlatego kobiety, które rezygnują ze związku w etapie kryzysu (rozczarowania), nie są w stanie znaleźć szczęścia w miłości. Za każdym razem historia się powtarza. Kolejne związki nieuchronnie rozpadają się na tym samym etapie. I każda kolejna relacja jest coraz trudniejsza.

Bogusława M. Andrzejewska

Równowaga

Równowagę warto tworzyć we wszystkim, także w kochaniu, ponieważ tylko wtedy uzyskamy w swoim związku najpiękniejszy efekt. Oczywiście jest też coś, co spontanicznie buduje harmonię. To miłość bezwarunkowa, czyli kochanie człowieka takim jakim jest, bez oczekiwań. To jednak na chwilę obecną tylko teoria, którą być może któregoś dnia wykorzystamy dla dobra swojego i innych, kiedy nauczymy się tak właśnie odczuwać. Musimy jeszcze mocno podnieść swoje wibracje. Niewiele osób to potrafi.

Ba, większość nawet nie rozumie, co to oznacza. Wydawałoby się to niemożliwe, a jednak… Nie tak dawno przeczytałam na FB pełną szlachetnego uniesienia wypowiedź pewnej pani, która zadeklarowała, że „kocha miłością bezwarunkową wszystkich życzliwych i uprzejmych mężczyzn.” Innymi słowy: kocha za życzliwość i uprzejmość. Miłość bezwarunkowa tymczasem, jak sama nazwa wskazuje, to kochanie tak po prostu. Bez wyjątku. Bez wytłumaczenia i nawet bez uzasadnienia.

W tradycyjnym rozumieniu miłości równowagę osiągniemy wówczas, kiedy nie będziemy kochać „za bardzo”. Ten złoty środek przejawia się oczywistym zaangażowaniem, sympatią, wsparciem i cieszeniem się bliskością wybranej osoby. Ale z umiejętnością stawiania nieprzekraczalnych granic, dotyczących zachowania partnera. Oznacza to, że bez fochów wybaczamy drobne pomyłki, natomiast nie pozwalamy sobie na brak szacunku czy zwykłej uwagi.

Wiele kobiet cierpi dlatego, że nadmiernie przywiązują się do partnera, wchodząc w energetykę bluszczu, czyli w stan: „bez ciebie nic nie znaczę, bez ciebie umrę”. Często bywa to podświadome i taka osoba na zewnątrz żartuje sobie z lekkością, zapewniając, że może być z kim zechce. Jednak w głębi duszy dominuje strach przed porzuceniem. Ten właśnie strach jest podstawowym wzorcem, który układa całą więź w negatywny sposób. Podświadomy wzorzec: „tylko mnie nie zostawiaj samej” prowokuje dużo trudnych sytuacji, w których wszystko popycha taką parę do rozstania. To może być np. zdrada albo rękoczyny. Skrzywdzona kobieta wie doskonale, że powinna odejść, ale samotności boi się bardziej niż życia z takim trudnym partnerem. W efekcie wybacza i zostaje.

Samo wybaczenie jest oczywiście rzeczą ze wszech miar słuszną, bo wybaczamy przecież dla siebie. Niemniej na pewne zachowania nie może być w nas zgody. Trzeba umieć pokazać drzwi komuś, kto nas źle traktuje. To bardzo charakterystyczne – kiedy partner wie, że jest bezkarny, bo kobieta kochając „za bardzo” boi się z nim rozstać, wykorzystuje to i realizuje jej ukryty wzorzec o prostym schemacie: ”bij mnie i poniżaj, tylko bądź ze mną”. Nikomu to nie służy. Właśnie dlatego musimy umieć stawiać granice i uwalniać się od toksycznych związków.

Pomaga w tym asertywność, czyli przeciwstawienie się krzywdzeniu i wykorzystywaniu. Zapominamy o ciepłych uczuciach i pokazujemy damskiemu bokserowi drzwi. Bez litości i bez mrugnięcia okiem. To ważne, by umieć postawić siebie i swoje prawdziwe dobro na pierwszym miejscu. Czasem lęk jest tak silny, że wahamy się przed radykalnym podjęciem decyzji. Jednak warto dostrzec, że samotność bywa mniejszym złem niż siniaki i połamane zebra.

Oczywiście celowo pokazuję skrajną sytuację, aby temat był klarowny dla każdego. W gruncie rzeczy wiem, że o wiele częściej problemy są mniej dramatyczne. Czasem po prostu mamy dosyć braku uwagi, czy oglądania się za innymi. Czujemy się niekochane. Wówczas także warto zapytać siebie: co jest dla mnie ważne? Albo: co ważniejsze – byle jaki facet obok i ciągłe przykrości, czy samotność i święty spokój? A dodać warto, że samotność wcale nie musi być wieczna. Odejście od niemiłego partnera jest często zrobieniem miejsca na nowy związek.

Asertywność jest w pełni zależna od wysokiego poczucia wartości. To ono daje nam siłę, aby uwierzyć w siebie i zrozumieć, że w pełni zasługujemy na miłość i szacunek. To ono też sprawia, że takie właśnie zachowania przyciągamy. Pisałam wielokrotnie o tym, że wszechświat działa na zasadzie lustra i odzwierciedla to, co mamy w sobie. Jeśli kocham i szanuję siebie, wówczas jestem kochana i szanowana przez partnera. Dlatego też podnoszenie samooceny jest zazwyczaj najlepszą receptą na poprawę jakości związku. I co oczywiste: szacunek dla siebie automatycznie wyklucza zgodę na złe traktowanie.

Równowaga w związku to także harmonia pomiędzy dawaniem i braniem, czyli umiejętność proszenia o to, czego chcemy i potrzebujemy. Najczęściej spotykanym błędem jest tworzenie pragnień i czekanie, aż partner sam się domyśli i je spełni. Fakt, że w danym momencie jestem głodna i powiem o tym głośno, nie oznacza automatycznie, że partner pokłusuje do kuchni zrobić mi kanapki. Trzeba umieć wyartykułować swoja prośbę.

Drugi często spotykany błąd, to przyzwyczajanie do wygody. W pierwszej fazie związku z radością robimy wszystko, dogadzając partnerowi, aby kochał nas jeszcze mocniej, jak nikogo na świecie. Po kilku miesiącach, kiedy energia związku nieco spada, chciałybyśmy, aby to nam podano pachnące kanapki czy gorącą herbatę. Oczekujemy, jakby to było oczywiste, przecież tyle razy to my biegałyśmy do kuchni. I do głowy nam nie przyjdzie, że wyrobiłyśmy w partnerze nawyk brania i czekania na gotowe. Potem bardzo trudno taki zwyczaj zmienić i nauczyć go, że on także może podnieść się sprzed telewizora i coś dla nas przygotować.

Jednak warto. Ze wszech miar warto! Ponieważ tam, gdzie nie ma równowagi, nie ma tak naprawdę uczuć ani związku. Każdy lubi być potrzebny i doceniany, chciałby zatem mieć okazję do tego, by nie tylko być obsługiwanym, ale także móc coś dać od siebie. W dobrych, długoletnich związkach widać wyraźnie podział ról i obowiązków, które są wykonywane nie tylko ze spokojem, ale także z odrobiną dumy i odpowiedzialności.

Równowaga dotyczy obojga partnerów w takim samym stopniu. Nie ma reguły na to, kto może szybciej stać się dawcą, a kto biorcą. Wyżej opisałam sytuację, w której kobieta wchodzi w rolę dawcy, robiąc mężczyznę biorcą, ale często bywa na odwrót. Znam wielu mężów, którzy tak nadskakiwali swoim pięknym żonom ze strachu przed porzuceniem, że te faktycznie niemal wyłącznie biorą, rozwijając coraz bardziej postawę roszczeniową i nie umiejąc nic dać od siebie. Ani dawanie, ani branie nie jest cechą płci. Wymiana to wspólnie budowana jakość, w której poczucie bycia docenianym i potrzebnym wzajemnie wzmacnia bliskość.

Bogusława M. Andrzejewska

Seksualność

Moim zdaniem, nie ma dobrego związku bez dobrego seksu, ponieważ to właśnie seks jest potężną siła, która łączy ludzi w pary. Nie myślę tu wyłącznie o oczywistej przyjemności, ale o budowaniu cudownej, intymnej więzi, jaka powstaje tylko wtedy, kiedy naprawdę kochamy. I chociaż nie zamierzam krytykować ludzi, którzy preferują jednorazowe przygody, uważam, że tylko w stałym związku możemy doświadczać wyjątkowej magii miłosnego zbliżenia. Dopiero wtedy, kiedy dobrze znamy swoje ciała i reakcje, możemy mówić o celebrowaniu najpiękniejszych uczuć. Bo tym właśnie jest seks – celebracją miłości.

Warto pamiętać, że seksualność, to nie tylko sam stosunek, ale wszystko, co z nim związane. To przede wszystkim czułość, pieszczoty, pocałunki i każdy inny wyraz miłości. Kiedy dwoje ludzi naprawdę się kocha, nie mają problemu z tworzeniem własnych miłosnych rytuałów, które bardzo zbliżają ich do siebie i czynią ich związek wyjątkowym. Te rytuały często staja się potem głównym filarem, na którym opiera się cała relacja. To mogą być czułe smsy, drobne gesty i pełne miłości słowa.

Seks nie jest oderwany od reszty życia. Jeśli para przez cały dzień okazuje sobie ciepło, szacunek i dba o bliskość, wówczas wieczorne zbliżenie jest tylko zwieńczeniem takiego dnia, a w pewnym sensie kontynuacją wszystkich pełnych miłości gestów i pieszczot. Jest czymś zupełnie naturalnym i oczekiwanym przez oboje. Ludzie potrzebują przytulania i dotyku. Związek jest tym najbardziej naturalnym miejscem, gdzie można siebie nawzajem obdarowywać pieszczotami i okazywać sobie miłość w najpiękniejszy i najbardziej wyszukany sposób. Im więcej uczucia i zaangażowania między dwojgiem ludzi, tym lepsze jest ich seksualne pożycie.

Nasze podejście do intymnego zbliżenia może być swoistym testerem związku. Jeśli pożądamy partnera, a jego widok budzi w nas ochotę na bliskość i radosną zabawę w łóżku, wówczas związek rokuje na przyszłość. Jeśli natomiast nie odczuwamy ochoty na zbliżenie, chociaż nie jesteśmy chorzy ani zmęczeni, wówczas związek staje na zakręcie. Każdy z nas czasem może nie mieć nastroju na seks, jeśli jednak taka niechęć staje się codziennością, warto uświadomić sobie, że nasza relacja wymaga szczególnej troski. Opór przed intymnym zbliżeniem z partnerem bywa objawem wielu różnych problemów emocjonalnych. Wskazuje poczucie odrzucenia i rozmaite pretensje, które warto uporządkować, wyjaśnić i uzdrowić.

Czasem kryzys pojawia się w wyniku długotrwałego stresu związanego na przykład z brakiem pracy, kłopotami zdrowotnymi czy finansowymi. Nie powinniśmy wtedy oddalać się od siebie, lecz dbać o bliskość także fizyczną, zastępując sam akt seksualny przytulaniem i pieszczotami. Niestety ludzie nie zdają sobie często sprawy z tego, jak ważny jest dotyk i czułość. Pieszczota buduje poczucie akceptacji, kochania, bycia potrzebnym. To nas uzdrawia i wzmacnia na poziomie emocjonalnym. Jeśli nie dbamy o tę sferę naszego życia, oddalamy się od siebie, a uczucia wygasają. Bywa, że zauważamy ten proces, kiedy jest już za późno na ratowanie małżeństwa.

Niesłychanie ważna jest komunikacja między partnerami. Trzeba nauczyć się otwartości i mówienia o tym, co nas boli, a co cieszy. Zmieniamy się. W długotrwałym związku zmianie ulegają potrzeby i upodobania w sferze intymnej. Trzeba być z tym tematem na bieżąco i informować o swoich oczekiwaniach. Warto także obserwować reakcje drugiej strony i umieć dopytać o to, co ważne dla niego lub dla niej. Jest to zresztą zasada aktualna na wszystkich etapach relacji. Aby czerpać radość i satysfakcję z seksu, musimy umieć rozmawiać z partnerem na tematy intymne. Nie można oczekiwać, że ktoś domyśli się sam z siebie, co nas najbardziej podnieca, a czego wcale nie chcemy doświadczać. Warto nauczyć się przekazywania informacji, proszenia, dziękowania i domagania się tego, czego można się domagać w erotycznym spotkaniu.

Spotykam się czasem u kobiet z postawą, w której dominuje niechęć nawet do rozmawiania o „tych” sprawach. Tymczasem warto pokonać wstyd, szczególnie wtedy, kiedy nasze życie intymne nie jest satysfakcjonujące i szukać pomocy u specjalisty. Dawno zostawiliśmy za sobą epokę wiktoriańską i traktowanie seksu, jako czegoś złego i grzesznego. Dzisiaj trzeba nauczyć się patrzeć na ten temat inaczej.

Niekorzystny dla związku mit to przekonanie niektórych kobiet, że mężczyźni myślą tylko o „jednym” i właściwie należy ich utemperować w ich oczekiwaniach, aby sporządnieli. W seksie nie ma niczego „nieporządnego”! A wręcz przeciwnie – dobry seks w pełnym miłości związku uzdrawia nas na wielu poziomach. W tym na poziomie psychologicznym pomaga poczuć się kochaną, docenianą i wartościową osobą. Kobiety, które nie lubią seksu, mają zazwyczaj problem ze sobą, ze swoimi emocjami i samooceną. Zmysłowość i czerpanie przyjemności z pieszczot wymaga pełnej akceptacji każdej cząstki swojego ciała.

Wymaga to też jeszcze jednego: umiejętności kochania. W tym także siebie. Jeśli kochamy siebie bezwarunkowo, umiemy otworzyć się na dar miłości w każdej postaci. Także tej seksualnej. Kochając, umiemy przyjmować pieszczoty całą sobą. To kwestia nastawienia. Od dawna wiadomo, że orgazm kobiety rodzi się w mózgu, a nie w ciele. Mówiąc najprościej: jeśli kobieta naprawdę chce – to przeżywa rozkosz. I rzecz jasna może się tego nauczyć, jeśli tylko całą sobą otworzy się na przyjemność, dając sobie do niej pełne prawo.

Bywa też, że takie kobiety mają za sobą głębokie traumy, wymagające zaawansowanej terapii. Warto poszukać dobrego specjalisty, aby moc czerpać z życia więcej radości. Przecież każda z nas w pełni na to zasługuje. Czasem jednak główną przyczyną jest odrzucanie samej siebie i swojej kobiecości, które wynika z purytańskiego wychowania i założenia, że seks ma służyć wyłącznie do prokreacji. Wiem, jak śmiesznie to brzmi w XXI wieku, ale niestety ciągle istnieją takie poglądy.

Intymne zbliżenie jest zawsze dla dwojga – nie tylko dla jednej strony. Oznacza to, że każdy w miłosnym akcie jest jednocześnie dawcą i biorcą. To bardzo ważna zasada równowagi. Nie można się poświęcać dla drugiej strony lub oddawać siebie w imię miłości, ponieważ w ten sposób podświadomie pozwalamy partnerowi zaciągnąć dług, którego być może nigdy nie będzie umiał spłacić. Kiedy poświęcenie przekracza pewną granicę, zamienia się w żal i gniew. Te toksyczne jakości niszczą związek, doprowadzając do sytuacji, w której nie chcemy nawet patrzeć na siebie.

Mężczyźni potrzebują od swoich partnerek zbliżenia, ponieważ daje im ono nie tylko przyjemność, ale też poczucie bycia kochanym i docenianym. Bliskość fizyczna jest przecież wyrazem akceptacji. Nie ma zatem większej głupoty niż karanie partnera przez odmawianie mu seksu. To obrzydliwa manipulacja, która zresztą obraca się przeciwko manipulantce, bo taki mężczyzna prędzej lub później zaczyna szukać bliskości i akceptacji u innej kobiety.

Aby spojrzeć na seksualność inaczej, można uświadomić sobie, że kluczowa jest tutaj bliskość, a nie fizyczne zaspokojenie, jak sądzą niektórzy. Miłość między dwojgiem ludzi sprawia, że pojawia się zupełnie inny aspekt intymnego zbliżenia. Pożądanie zostaje wzbogacone o czułość, ciepło, pragnienie obdarzenia ukochanej osoby największą rozkoszą. W szczególnie wysublimowanych przypadkach, akt seksualny staje się dla dwojga ludzi prawdziwym, pełnym uniesienia misterium.

Bogusława M. Andrzejewska

Po rozwodzie

Przez kilka lat byłam ławnikiem w sądzie. Napatrzyłam się na rozwody i rozwodzących się ludzi. Z pewnością niełatwe to sytuacje dla nikogo, a według badań naukowców znajdują się one w grupie najbardziej stresogennych, zaraz po żałobie. Biorąc pod uwagę własne doświadczenie, rozumiem doskonale, czym jest taki moment i staram się także odnaleźć w sobie spokojną akceptację dla rozmaitych ludzkich emocji, które się z tym wiążą. Przyznaję jednak, że trudno mi pojąć tak ogromne pokłady nienawiści, jakie temu procesowi towarzyszą.

Przez ten czas spotkałam zaledwie kilka par, które rozstawały się w zgodzie, spokojnie potwierdzając własne słowa i przedstawiając wspólnie uzgodnione warunki opieki nad dziećmi oraz kwestie finansowe. Przyznaję, że takie przypadki były dla nas miłym zaskoczeniem, które chciało się uhonorować wyrazami podziwu i nagrodą, a przecież to właśnie powinno być normą. Bez względu na przyczynę, warto rozstawać się w zgodzie.

Po pierwsze robimy to dla siebie. Dla własnego psychicznego komfortu. Jeśli decydujemy się na rozwód, to kończymy jakiś etap w życiu. Najlepiej jest zakończyć go ze spokojną akceptacją i postawić mocną granicę, nie wracając myślami do trudnych doświadczeń. Rozgrzebywanie przeszłości niczemu nie służy. Jeśli odchodzimy od toksycznego partnera warto odkorkować szampana i cieszyć się z wolności i zakończenia skomplikowanej lekcji. Aby więcej do takiej żmudnej nauki nie wracać, można spokojnie przepracować swoje wzorce, zwracając szczególną uwagę na wysokie poczucie wartości oraz wybaczenie byłemu partnerowi, że bez litości nas szkolił.

Warto pamiętać, że karmienie się nienawiścią zabiera nam energię. Zabiera nam także zdrowie. Zgodnie z psychosomatyką trzymanie w sobie żalu i uporczywe rozpamiętywanie win drugiej osoby jest przyczyną chorób nowotworowych. Nie znajduję najmniejszego powodu, dla którego warto byłoby rozmyślać o zemście i traktować byłego męża lub żonę z pogardą i gniewem. Rzecz jasna czasem są to osoby, z którymi nie chcemy mieć więcej do czynienia (np. alkoholik lub sadysta), więc wcale nie musimy ich widywać. Jednak nasze uczucia należą do nas samych. Działają w obrębie naszego ciała, dlatego wpływają na nas i nasze zdrowie. Wybaczenie nie oznacza ponownego wejścia w minione cierpienie, lecz zakończenie procesu. Wybaczamy zawsze dla siebie, by więcej nie wypełniać się piekącą rzeką jadu i niszczącymi energiami gniewu i nienawiści.

Dodam jeszcze, że to samo dotyczy innych osób zamieszanych w nasze życie. Jeśli partner odchodzi do innej kobiety (partnerka do innego mężczyzny), warto poświęcić czas samemu sobie, by tę trudną lekcję zrozumieć i uwolnić się od cierpienia. Nie warto wypełniać się złością i żalem do rywalki (rywala). Tu też korzystnie jest wejść w proces wybaczenia. Życie pokazuje, że jeśli ktoś nas zostawia, to na jego miejsce przychodzi ktoś o wiele lepszy, pod warunkiem, że zaakceptujemy to doświadczenie, podniesiemy poczucie wartości i otworzymy się na nowe, lepsze życie. Wysoka samoocena bywa kluczowa, chociaż czasem przyczyną zdrady jest i to, że sami wobec siebie nie byliśmy lojalni. Nad tym też warto popracować.

Mam koleżankę, która utrzymuje dobre kontakty z byłym mężem, a on pomaga jej w różnych życiowych sprawach, jeśli ona tego akurat potrzebuje. Powiedziała mi wprost, że są przyjaciółmi. Czy to nie jest wygodne i przyjemne? A warto wiedzieć, że małżeństwo to należało do bardzo burzliwych, na granicy rękoczynów niemalże. Rozwód sprawił, że tych dwoje ludzi przestało wzbudzać w sobie nawzajem skrajne emocje. Bardzo podobają mi się ich zgodne i sympatyczne relacje.

Po drugie: robimy to dla dzieci. Dla nich to bardzo ważne, aby mieć kontakt z obojgiem rodziców. Rzeczą oczywistą jest, że nie wolno pod żadnym pozorem oczerniać rodzica, wyzywać i lżyć w obecności dziecka. Nasze kłótnie i zdrady to nasza sprawa dorosłych. Dzieci do tego nie mieszajmy. Dziecko ma prawo kochać oboje rodziców, także tego tatę, który znalazł sobie „inną panią” czy mamę, która odeszła do „innego pana”. Niewierność dorosłego nie ma nic wspólnego z byciem ojcem czy matką. I absolutnie nie jest dla mnie żadnym argumentem stwierdzenie, że dla dobra dziecka nie odchodzi się od żony (czy męża). To kompletna bzdura, która nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Praktyka wskazuje, że dla dziecka lepsze są dwa domy i patchworkowa zgodna, pełna miłości rodzina, niż mieszkanie pod jednym dachem z dwojgiem nienawidzących się rodziców, którzy zaciskając zęby czekają, kiedy dziecko dorośnie i wyprowadzi się na swoje, by mogli wreszcie wziąć rozwód.

Dla dobra dzieci przede wszystkim powinniśmy traktować siebie wzajemnie z szacunkiem. Należy wówczas schować wszystkie żale do kieszeni, by móc spokojnie powiedzieć do pociechy: „mama nie może porozumieć się z tatą, więc nie będą razem mieszkać, ale oboje bardzo cię kochają i nadal jesteś dla nich tak samo ważny„.  W obecności dziecka nie ma miejsca na gniewy i pretensje. Warto wybaczyć i zamknąć za sobą jakiś rozdział życia. Jest to zresztą o wiele łatwiejsze, kiedy nie mieszkamy razem.

Pomijam tutaj sytuacje skrajne, kiedy ojciec czy matka są jednostkami na tyle patologicznymi, że lepiej odsunąć ich od dziecka. W pozostałych wariantach człowiek spontanicznie kieruje się rozsądkiem. Panowie dzielą się na takich, którzy bez względu na to, jaka jest matka, kochają swoje dziecko ponad wszystko oraz na takich, którzy nie czują swojego ojcostwa, nie są odpowiedzialni i nie chcą mieć z dziećmi nic wspólnego. To nieliczne grupy. Najwięcej jest takich, którzy traktują swoje dzieci trochę tak, jak są traktowani przez byłe żony. Jeśli kobieta ma klasę i zachowuje się mądrze, wówczas płacą alimenty bez dyskusji i chętnie widują się z dzieckiem. Jeśli są traktowani ze złośliwością i podłością, unikają płacenia i zaniedbują dzieci.

Znam bardzo ciekawy przypadek pana, który z wielkim zaangażowaniem i miłością wychował jedno swoje dziecko oraz pasierbicę córkę swojej żony, natomiast nie chce mieć nic wspólnego ze swoimi biologicznymi dziećmi urodzonymi przez inną kobietę. Kiedy poprosiłam o wyjaśnienie, dlaczego jest wobec jednych dzieci tak dobrym i czułym ojcem, a wobec innych tak nieodpowiedzialnym, usłyszałam, że tamta kobieta jest podła i chciwa, więc jej dzieci są takie same. Ciekawa filozofia, która bez względu na jej sensowność powinna być cenną informacją dla rozwiedzionych kobiet. Wielu mężczyzn tak podchodzi do tematu: mniej lub bardziej świadomie przenoszą uczucia do matki na dzieci. Złośliwość, chciwość i chęć zemsty absolutnie nie popłacają. A wystarczy odrobina szacunku i uprzejmości, by nasze dzieci miały obok siebie upragnionego ojca, za którym często bardzo tęsknią.

Zauważyłam w swojej praktyce, że rozwiedzione panie często bez żadnych zahamowań plują jadem nienawiści na byłego małżonka i jednocześnie oczekują, że będzie widywał dziecko i płacił ogromne alimenty. Tymczasem zasada jest prosta: jeśli chcemy, by ojciec traktował z miłością swoje dziecko, a ta miłość wyrażała się zarówno zainteresowaniem, jak i hojnością, wówczas trzeba wybaczyć partnerowi i traktować go naturalnie. Każdy przychodzi tam, gdzie jest uprzejmie traktowany. Stamtąd, gdzie spotyka go wrogość i tylko chciwie wyciągnięte po pieniądze ręce, ucieka. To proste.

Kłania się tutaj zasada lustra. Jeśli jesteśmy pełni nienawiści, to doświadczamy niechęci i skąpstwa. To oczywiste, że ojciec chętnie płaci na dziecko, jeśli z byłą żoną ma dobre stosunki, a skąpi, jeśli wie, że dziecko jest nastawiane przeciwko niemu. Tymczasem większość pań zupełnie tego nie rozumie, wychodząc z założenia, że skoro je zdradził, czy skrzywdził, to musi zostać ukarany i ma dosłownie za wszystko zapłacić. Taka polityka obraca się przeciwko samotnym matkom, które swoim działaniem odpychają ojca od dziecka.

Jest też bardzo krzywdząca dla dzieci, które w ten sposób tracą kontakt z ojcem. Negatywne efekty wyjdą w wieku późniejszym, kiedy dziecko dorośnie i będzie miało problemy w relacjach. Zadziwia mnie fakt, że chociaż wielokrotnie tłumaczyliśmy rozwodzącym się paniom, jak powinny postępować dla dobra swoich pociech, to po pełnych nienawiści oczach widać było, że przedłożą zemstę ponad komfort swój i dziecka. I zastanawiałam się wówczas: co łączyło tych dwoje? Czy prawdziwa miłość może zamienić się w tyle złych uczuć?

Stąd sporo smutnych refleksji. Bo warto czasem posłuchać mądrzejszych od siebie dla własnego dobra i dla dobra swoich dzieci.  To my kształtujemy swoje życie. Każdego dnia. Także wtedy, kiedy wychodzimy z sali sądowej po rozwodzie. To od nas zależy, czy będziemy jeszcze w życiu szczęśliwi, czy też zarówno my, jak i nasze dzieci płacić będziemy karne odsetki od emocji, nad którymi nie umiemy zapanować. Warto rozumieć drugiego człowieka. Warto wybaczać. A nade wszystko warto żyć pogodnie, bez gniewu i bez nienawiści.

Bogusława M. Andrzejewska