Etapy uczuć

Psychologowie piszą o tym, że nasz związek miłosny przechodzi przez pięć charakterystycznych etapów. Każdy z nich jest przez nas wyraźnie odczuwany i powinien mieć miejsce w relacji. Jednak nie zawsze sobie na to pozwalamy, ponieważ nasze wyobrażenie o miłości jest na ogół zbyt romantyczne, by dać przestrzeń dla rozwoju i zrozumienia. Oczekujemy, chcemy, pragniemy, a zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że dwoje ludzi spotyka się ze sobą właśnie dla wewnętrznego wzrastania, w nie wyłącznie dla przyjemności.

Rozczarowani partnerem zakrzykną teraz: a gdzież tu przyjemność, przecież to ustawiczna szarpanina i udręka, jedna po drugiej! Otóż to pozory. Gdybyśmy zechcieli wyjść poza własne oczekiwania i zrozumieć sens bycia z drugą osobą, zobaczylibyśmy piękno tam, gdzie nie chcemy go dostrzec. Niestety, w związku jest tak, jak na wysokogórskiej wycieczce: aby rozkoszować się zachwycającymi widokami, trzeba najpierw wdrapać się na szczyt.

Pierwszy etap miłosnej relacji wszyscy znamy: to stan zakochania, zachwytu, szczęścia i różowych okularów, które pozwalają nam cieszyć się partnerem i nie dostrzegać jego wad. Jest on idealny. Jest cudowny. Jest kochany. Cokolwiek zrobi, potrafimy go rozgrzeszyć, jeśli tylko przyniesie odpowiednio wieki bukiet kwiatów i powie, że jesteśmy najpiękniejsze. Rzecz jasna mówimy tu o przeciętnym związku. Nie rozpatrujemy sytuacji, w której ktoś przekracza dopuszczalne normy. Chociaż znam przypadki, kiedy kobieta kocha nawet wtedy, gdy jest bita i poniżana. Jednak nie o tym ten artykuł.

Drugi etap związku jest kontynuacją pierwszej fazy. Być może mniej fruwamy w powietrzu z zachwytu i w brzuchu już mniej motyli, ale nadal szczęśliwie wijemy gniazdko. To czas poważnych decyzji, zakładania rodziny, zamieszkania razem, ślubu, kupna domu – zależnie od sytuacji, planów i możliwości. Zaczynamy podchodzić do życia poprzez pryzmat MY a nie JA. Na spotkania z innymi znajomymi umawiamy się zawsze razem, planujemy spędzanie czasu we dwoje, budujemy wspólnotę.

Któregoś dnia przychodzi trzeci etap, nazywany rozczarowaniem. Narasta on niepostrzeżenie i dojrzewa za naszymi plecami poprzez wszystkie chwile, kiedy partner zawiódł nasze oczekiwania. Kiedy już nas nie zachwyca i nie podnieca, bo leży nieogolony na kanapie, nogi mu śmierdzą, a jego skarpety walają się w najmniej odpowiednich miejscach. Szarpiemy się w ambiwalentnych odczuciach, bo tak bardzo chciałoby się przytulić… ale przecież nie da się do takiego brudasa…

Oczywiście scenariusz może być też całkiem inny. On może nadal pachnieć i dbać o siebie, nawet bardziej niż zwykle, ale może patrzeć przez nas na wylot. Nie zauważa nowej fryzury, jest zimny jak lodówka i coraz częściej nie wraca na noc. Gdzieś w ciemnościach układa sobie całkiem inne życie z kimś innym, kto któregoś dnia staje w naszych drzwiach z wydętym ciążą brzuchem i mówi: on jest teraz mój, zrób mi miejsce w jego życiu.

Zbyt dramatycznie? Owszem. O wiele częściej rozczarowanie bywa raczej prozaiczne. On nas nudzi. Nie pomaga w domu. Przynosi za mało pieniędzy. Nie chce wychodzić z nami do kina. Nie lubi naszych koleżanek. Nie chce zajmować się dziećmi. Warczy, kiedy o coś prosimy. I któregoś dnia przemęczone codziennością stajemy przed cieknącym kranem, patrzymy na wyrwany z szafki zawias, który miał być naprawiony dwa miesiące temu i zadajemy sobie pytanie: po co mi ten wałkoń, kiedy i tak wszystko muszę robić sama? A wtedy on pojawia się w kuchni i opryskliwie krytykuje lekko przypalone kotlety.

W taki lub podobny sposób kropla przepełnia kielich. Podejmujemy decyzję, że się wyprowadzamy/rozwodzimy/rozstajemy/wyrzucamy go z domu (niepotrzebne skreślić). To ruch energetyczny, który nie pozwala nam przejść do następnej czwartej fazy – prawdziwej miłości. Bo prawdziwe uczucie polega na tym, że kochamy bezwarunkowo. Nie wymagamy cudów, nie oczekujemy ideału, tylko bliskości, obecności, wspólnego dawania i brania. Prawdziwym uczuciem kochamy człowieka takiego, jakim jest – tak po prostu ze wszystkimi słabościami. Kochając, szukamy sposobów by wesprzeć partnera i jednocześnie zadbać o siebie. Staramy się też zadbać o nasz związek, a nie wyłącznie oczekiwać.

W innych artykułach o związku podpowiadam, jak dbać o małżeństwo i o to, by być kochaną i szczęśliwą. Nie będę tu ponownie wszystkiego streszczać. Podpowiem tylko, że trzy filary szczęśliwego związku, o których stale opowiadam i tutaj znajdą swój sens, stając się doskonałą receptą na przejście przez etap rozczarowania. Podniesienie poczucia wartości sprawi, że znowu poczujemy się atrakcyjne i pożądane. Równowaga w dawaniu i braniu pomoże wyjść z nadmiernego zmęczenia i brania wszystkich obowiązków na siebie. I wreszcie najważniejsze: właściwa komunikacja może okazać się kluczem do zgody w pozostałych problemach.

Warto podkreślić, że pozytywne przejście przez etap rozczarowania nie oznacza poddania się i zgody na upokorzenie, zmęczenie czy poczucie bycia ignorowaną lub wykorzystywaną. Związek można uratować rozmawiając o tym, co dla nas ważne. Czasem wystarczy powiedzieć, czego oczekujemy, a jeśli to nie działa – napisać wielką kartkę i przykleić na ekranie telewizora. Czasem trzeba spokojnie porozmawiać i przyznać się otwarcie: „przestaję ciebie kochać, zadbaj proszę o siebie” albo „pomóż mi przy dzieciach, bo nie daję rady, jesteś mi potrzebny”. W większości wypadków to skutkuje. A mamy przecież jeszcze wiele innych opcji – od propozycji kompromisu, poprzez kuszenie nagrodą, a na psychologicznej terapii małżeńskiej kończąc. Ważne, by zrobić to, zanim wygasną resztki miłości, bo potem może być już za późno i nikomu już niczego się nie chce.

Czwarty etap to prawdziwe uczucie, w którym ze wzruszeniem patrzymy na partnera i kochamy go takim, jakim jest. Bez żadnych roszczeń, wybaczając, że nie jest księciem z bajki. A on nam odwzajemnia tym samym, bo – jakkolwiek by nasza samoocena nie była wysoka – żadna z nas nie jest ani Dziesiątym Cudem Świata ani ideałem żony. Każda z nas to trochę zołza, która potrafi partnerowi dokopać i od czasu do czasu strzelić focha lub wyżyć się na nim za swój zły dzień. I nie potrzebujemy do tego PMS-u.

Piąty etap natomiast to wielka Moc, która wyrasta z umiejętności uczenia się na błędach. To rozwój wewnętrzny wspierany wzajemną drogą przez życiowe zakręty. To wielkoduszność, wyrozumiałość, ciepło i serdeczność. To zaufanie i współdziałanie, a wreszcie spokojne bycie razem w zaufaniu, że obok nas jest zawsze ktoś, na kogo możemy liczyć. To także pozytywne przenoszenie tych jakości na dzieci i na przyjaciół.

Opisane etapy bardzo ładnie odzwierciedlają cykle energetyczne, o których mówimy w Prospericie. Cykle wyróżniamy trzy. Ten pierwszy to w przypadku analizy związku stan zakochania i tworzenia więzi. Tu energia mocno szybuje w górę. Drugi to tak zwany etap kryzysu – myślę, że też bardzo jednoznaczny z opisanym rozczarowaniem. To czas, kiedy energia spada w dół i mamy ochotę ze wszystkiego zrezygnować. I wreszcie: trzeci cykl energetyczny to w relacji dojrzała miłość oparta na wzajemnym rozumieniu siebie i swoich słabości. Energia znowu idzie w górę, lecz bez szaleństwa, jak w stadium zakochania. Bardziej stabilnie.

W Prospericie największy nacisk kładziemy na mądre przejście przez etap kryzysu. Na szukanie rozwiązań i odnajdowanie w sobie siły, by uporać się z problemem. Najgorszym wyjściem w tym okresie jest ucieczka, czyli rezygnacja z tego, co robimy (np. z małżeństwa), ponieważ postawa taka koduje w podświadomości poczucie przegranej. To dotyczy także relacji. Taki wzorzec powoduje, że w kolejnych  działaniach też będziemy przegrywać. Dlatego kobiety, które rezygnują ze związku w etapie kryzysu (rozczarowania), nie są w stanie znaleźć szczęścia w miłości. Za każdym razem historia się powtarza. Kolejne związki nieuchronnie rozpadają się na tym samym etapie. I każda kolejna relacja jest coraz trudniejsza.

Bogusława M. Andrzejewska

Równowaga

Równowagę warto tworzyć we wszystkim, także w kochaniu, ponieważ tylko wtedy uzyskamy w swoim związku najpiękniejszy efekt. Oczywiście jest też coś, co spontanicznie buduje harmonię. To miłość bezwarunkowa, czyli kochanie człowieka takim jakim jest, bez oczekiwań. To jednak na chwilę obecną tylko teoria, którą być może któregoś dnia wykorzystamy dla dobra swojego i innych, kiedy nauczymy się tak właśnie odczuwać. Musimy jeszcze mocno podnieść swoje wibracje. Niewiele osób to potrafi.

Ba, większość nawet nie rozumie, co to oznacza. Wydawałoby się to niemożliwe, a jednak… Nie tak dawno przeczytałam na FB pełną szlachetnego uniesienia wypowiedź pewnej pani, która zadeklarowała, że „kocha miłością bezwarunkową wszystkich życzliwych i uprzejmych mężczyzn.” Innymi słowy: kocha za życzliwość i uprzejmość. Miłość bezwarunkowa tymczasem, jak sama nazwa wskazuje, to kochanie tak po prostu. Bez wyjątku. Bez wytłumaczenia i nawet bez uzasadnienia.

W tradycyjnym rozumieniu miłości równowagę osiągniemy wówczas, kiedy nie będziemy kochać „za bardzo”. Ten złoty środek przejawia się oczywistym zaangażowaniem, sympatią, wsparciem i cieszeniem się bliskością wybranej osoby. Ale z umiejętnością stawiania nieprzekraczalnych granic, dotyczących zachowania partnera. Oznacza to, że bez fochów wybaczamy drobne pomyłki, natomiast nie pozwalamy sobie na brak szacunku czy zwykłej uwagi.

Wiele kobiet cierpi dlatego, że nadmiernie przywiązują się do partnera, wchodząc w energetykę bluszczu, czyli w stan: „bez ciebie nic nie znaczę, bez ciebie umrę”. Często bywa to podświadome i taka osoba na zewnątrz żartuje sobie z lekkością, zapewniając, że może być z kim zechce. Jednak w głębi duszy dominuje strach przed porzuceniem. Ten właśnie strach jest podstawowym wzorcem, który układa całą więź w negatywny sposób. Podświadomy wzorzec: „tylko mnie nie zostawiaj samej” prowokuje dużo trudnych sytuacji, w których wszystko popycha taką parę do rozstania. To może być np. zdrada albo rękoczyny. Skrzywdzona kobieta wie doskonale, że powinna odejść, ale samotności boi się bardziej niż życia z takim trudnym partnerem. W efekcie wybacza i zostaje.

Samo wybaczenie jest oczywiście rzeczą ze wszech miar słuszną, bo wybaczamy przecież dla siebie. Niemniej na pewne zachowania nie może być w nas zgody. Trzeba umieć pokazać drzwi komuś, kto nas źle traktuje. To bardzo charakterystyczne – kiedy partner wie, że jest bezkarny, bo kobieta kochając „za bardzo” boi się z nim rozstać, wykorzystuje to i realizuje jej ukryty wzorzec o prostym schemacie: ”bij mnie i poniżaj, tylko bądź ze mną”. Nikomu to nie służy. Właśnie dlatego musimy umieć stawiać granice i uwalniać się od toksycznych związków.

Pomaga w tym asertywność, czyli przeciwstawienie się krzywdzeniu i wykorzystywaniu. Zapominamy o ciepłych uczuciach i pokazujemy damskiemu bokserowi drzwi. Bez litości i bez mrugnięcia okiem. To ważne, by umieć postawić siebie i swoje prawdziwe dobro na pierwszym miejscu. Czasem lęk jest tak silny, że wahamy się przed radykalnym podjęciem decyzji. Jednak warto dostrzec, że samotność bywa mniejszym złem niż siniaki i połamane zebra.

Oczywiście celowo pokazuję skrajną sytuację, aby temat był klarowny dla każdego. W gruncie rzeczy wiem, że o wiele częściej problemy są mniej dramatyczne. Czasem po prostu mamy dosyć braku uwagi, czy oglądania się za innymi. Czujemy się niekochane. Wówczas także warto zapytać siebie: co jest dla mnie ważne? Albo: co ważniejsze – byle jaki facet obok i ciągłe przykrości, czy samotność i święty spokój? A dodać warto, że samotność wcale nie musi być wieczna. Odejście od niemiłego partnera jest często zrobieniem miejsca na nowy związek.

Asertywność jest w pełni zależna od wysokiego poczucia wartości. To ono daje nam siłę, aby uwierzyć w siebie i zrozumieć, że w pełni zasługujemy na miłość i szacunek. To ono też sprawia, że takie właśnie zachowania przyciągamy. Pisałam wielokrotnie o tym, że wszechświat działa na zasadzie lustra i odzwierciedla to, co mamy w sobie. Jeśli kocham i szanuję siebie, wówczas jestem kochana i szanowana przez partnera. Dlatego też podnoszenie samooceny jest zazwyczaj najlepszą receptą na poprawę jakości związku. I co oczywiste: szacunek dla siebie automatycznie wyklucza zgodę na złe traktowanie.

Równowaga w związku to także harmonia pomiędzy dawaniem i braniem, czyli umiejętność proszenia o to, czego chcemy i potrzebujemy. Najczęściej spotykanym błędem jest tworzenie pragnień i czekanie, aż partner sam się domyśli i je spełni. Fakt, że w danym momencie jestem głodna i powiem o tym głośno, nie oznacza automatycznie, że partner pokłusuje do kuchni zrobić mi kanapki. Trzeba umieć wyartykułować swoja prośbę.

Drugi często spotykany błąd, to przyzwyczajanie do wygody. W pierwszej fazie związku z radością robimy wszystko, dogadzając partnerowi, aby kochał nas jeszcze mocniej, jak nikogo na świecie. Po kilku miesiącach, kiedy energia związku nieco spada, chciałybyśmy, aby to nam podano pachnące kanapki czy gorącą herbatę. Oczekujemy, jakby to było oczywiste, przecież tyle razy to my biegałyśmy do kuchni. I do głowy nam nie przyjdzie, że wyrobiłyśmy w partnerze nawyk brania i czekania na gotowe. Potem bardzo trudno taki zwyczaj zmienić i nauczyć go, że on także może podnieść się sprzed telewizora i coś dla nas przygotować.

Jednak warto. Ze wszech miar warto! Ponieważ tam, gdzie nie ma równowagi, nie ma tak naprawdę uczuć ani związku. Każdy lubi być potrzebny i doceniany, chciałby zatem mieć okazję do tego, by nie tylko być obsługiwanym, ale także móc coś dać od siebie. W dobrych, długoletnich związkach widać wyraźnie podział ról i obowiązków, które są wykonywane nie tylko ze spokojem, ale także z odrobiną dumy i odpowiedzialności.

Równowaga dotyczy obojga partnerów w takim samym stopniu. Nie ma reguły na to, kto może szybciej stać się dawcą, a kto biorcą. Wyżej opisałam sytuację, w której kobieta wchodzi w rolę dawcy, robiąc mężczyznę biorcą, ale często bywa na odwrót. Znam wielu mężów, którzy tak nadskakiwali swoim pięknym żonom ze strachu przed porzuceniem, że te faktycznie niemal wyłącznie biorą, rozwijając coraz bardziej postawę roszczeniową i nie umiejąc nic dać od siebie. Ani dawanie, ani branie nie jest cechą płci. Wymiana to wspólnie budowana jakość, w której poczucie bycia docenianym i potrzebnym wzajemnie wzmacnia bliskość.

Bogusława M. Andrzejewska

Seksualność

Moim zdaniem, nie ma dobrego związku bez dobrego seksu, ponieważ to właśnie seks jest potężną siła, która łączy ludzi w pary. Nie myślę tu wyłącznie o oczywistej przyjemności, ale o budowaniu cudownej, intymnej więzi, jaka powstaje tylko wtedy, kiedy naprawdę kochamy. I chociaż nie zamierzam krytykować ludzi, którzy preferują jednorazowe przygody, uważam, że tylko w stałym związku możemy doświadczać wyjątkowej magii miłosnego zbliżenia. Dopiero wtedy, kiedy dobrze znamy swoje ciała i reakcje, możemy mówić o celebrowaniu najpiękniejszych uczuć. Bo tym właśnie jest seks – celebracją miłości.

Warto pamiętać, że seksualność, to nie tylko sam stosunek, ale wszystko, co z nim związane. To przede wszystkim czułość, pieszczoty, pocałunki i każdy inny wyraz miłości. Kiedy dwoje ludzi naprawdę się kocha, nie mają problemu z tworzeniem własnych miłosnych rytuałów, które bardzo zbliżają ich do siebie i czynią ich związek wyjątkowym. Te rytuały często staja się potem głównym filarem, na którym opiera się cała relacja. To mogą być czułe smsy, drobne gesty i pełne miłości słowa.

Seks nie jest oderwany od reszty życia. Jeśli para przez cały dzień okazuje sobie ciepło, szacunek i dba o bliskość, wówczas wieczorne zbliżenie jest tylko zwieńczeniem takiego dnia, a w pewnym sensie kontynuacją wszystkich pełnych miłości gestów i pieszczot. Jest czymś zupełnie naturalnym i oczekiwanym przez oboje. Ludzie potrzebują przytulania i dotyku. Związek jest tym najbardziej naturalnym miejscem, gdzie można siebie nawzajem obdarowywać pieszczotami i okazywać sobie miłość w najpiękniejszy i najbardziej wyszukany sposób. Im więcej uczucia i zaangażowania między dwojgiem ludzi, tym lepsze jest ich seksualne pożycie.

Nasze podejście do intymnego zbliżenia może być swoistym testerem związku. Jeśli pożądamy partnera, a jego widok budzi w nas ochotę na bliskość i radosną zabawę w łóżku, wówczas związek rokuje na przyszłość. Jeśli natomiast nie odczuwamy ochoty na zbliżenie, chociaż nie jesteśmy chorzy ani zmęczeni, wówczas związek staje na zakręcie. Każdy z nas czasem może nie mieć nastroju na seks, jeśli jednak taka niechęć staje się codziennością, warto uświadomić sobie, że nasza relacja wymaga szczególnej troski. Opór przed intymnym zbliżeniem z partnerem bywa objawem wielu różnych problemów emocjonalnych. Wskazuje poczucie odrzucenia i rozmaite pretensje, które warto uporządkować, wyjaśnić i uzdrowić.

Czasem kryzys pojawia się w wyniku długotrwałego stresu związanego na przykład z brakiem pracy, kłopotami zdrowotnymi czy finansowymi. Nie powinniśmy wtedy oddalać się od siebie, lecz dbać o bliskość także fizyczną, zastępując sam akt seksualny przytulaniem i pieszczotami. Niestety ludzie nie zdają sobie często sprawy z tego, jak ważny jest dotyk i czułość. Pieszczota buduje poczucie akceptacji, kochania, bycia potrzebnym. To nas uzdrawia i wzmacnia na poziomie emocjonalnym. Jeśli nie dbamy o tę sferę naszego życia, oddalamy się od siebie, a uczucia wygasają. Bywa, że zauważamy ten proces, kiedy jest już za późno na ratowanie małżeństwa.

Niesłychanie ważna jest komunikacja między partnerami. Trzeba nauczyć się otwartości i mówienia o tym, co nas boli, a co cieszy. Zmieniamy się. W długotrwałym związku zmianie ulegają potrzeby i upodobania w sferze intymnej. Trzeba być z tym tematem na bieżąco i informować o swoich oczekiwaniach. Warto także obserwować reakcje drugiej strony i umieć dopytać o to, co ważne dla niego lub dla niej. Jest to zresztą zasada aktualna na wszystkich etapach relacji. Aby czerpać radość i satysfakcję z seksu, musimy umieć rozmawiać z partnerem na tematy intymne. Nie można oczekiwać, że ktoś domyśli się sam z siebie, co nas najbardziej podnieca, a czego wcale nie chcemy doświadczać. Warto nauczyć się przekazywania informacji, proszenia, dziękowania i domagania się tego, czego można się domagać w erotycznym spotkaniu.

Spotykam się czasem u kobiet z postawą, w której dominuje niechęć nawet do rozmawiania o „tych” sprawach. Tymczasem warto pokonać wstyd, szczególnie wtedy, kiedy nasze życie intymne nie jest satysfakcjonujące i szukać pomocy u specjalisty. Dawno zostawiliśmy za sobą epokę wiktoriańską i traktowanie seksu, jako czegoś złego i grzesznego. Dzisiaj trzeba nauczyć się patrzeć na ten temat inaczej.

Niekorzystny dla związku mit to przekonanie niektórych kobiet, że mężczyźni myślą tylko o „jednym” i właściwie należy ich utemperować w ich oczekiwaniach, aby sporządnieli. W seksie nie ma niczego „nieporządnego”! A wręcz przeciwnie – dobry seks w pełnym miłości związku uzdrawia nas na wielu poziomach. W tym na poziomie psychologicznym pomaga poczuć się kochaną, docenianą i wartościową osobą. Kobiety, które nie lubią seksu, mają zazwyczaj problem ze sobą, ze swoimi emocjami i samooceną. Zmysłowość i czerpanie przyjemności z pieszczot wymaga pełnej akceptacji każdej cząstki swojego ciała.

Wymaga to też jeszcze jednego: umiejętności kochania. W tym także siebie. Jeśli kochamy siebie bezwarunkowo, umiemy otworzyć się na dar miłości w każdej postaci. Także tej seksualnej. Kochając, umiemy przyjmować pieszczoty całą sobą. To kwestia nastawienia. Od dawna wiadomo, że orgazm kobiety rodzi się w mózgu, a nie w ciele. Mówiąc najprościej: jeśli kobieta naprawdę chce – to przeżywa rozkosz. I rzecz jasna może się tego nauczyć, jeśli tylko całą sobą otworzy się na przyjemność, dając sobie do niej pełne prawo.

Bywa też, że takie kobiety mają za sobą głębokie traumy, wymagające zaawansowanej terapii. Warto poszukać dobrego specjalisty, aby moc czerpać z życia więcej radości. Przecież każda z nas w pełni na to zasługuje. Czasem jednak główną przyczyną jest odrzucanie samej siebie i swojej kobiecości, które wynika z purytańskiego wychowania i założenia, że seks ma służyć wyłącznie do prokreacji. Wiem, jak śmiesznie to brzmi w XXI wieku, ale niestety ciągle istnieją takie poglądy.

Intymne zbliżenie jest zawsze dla dwojga – nie tylko dla jednej strony. Oznacza to, że każdy w miłosnym akcie jest jednocześnie dawcą i biorcą. To bardzo ważna zasada równowagi. Nie można się poświęcać dla drugiej strony lub oddawać siebie w imię miłości, ponieważ w ten sposób podświadomie pozwalamy partnerowi zaciągnąć dług, którego być może nigdy nie będzie umiał spłacić. Kiedy poświęcenie przekracza pewną granicę, zamienia się w żal i gniew. Te toksyczne jakości niszczą związek, doprowadzając do sytuacji, w której nie chcemy nawet patrzeć na siebie.

Mężczyźni potrzebują od swoich partnerek zbliżenia, ponieważ daje im ono nie tylko przyjemność, ale też poczucie bycia kochanym i docenianym. Bliskość fizyczna jest przecież wyrazem akceptacji. Nie ma zatem większej głupoty niż karanie partnera przez odmawianie mu seksu. To obrzydliwa manipulacja, która zresztą obraca się przeciwko manipulantce, bo taki mężczyzna prędzej lub później zaczyna szukać bliskości i akceptacji u innej kobiety.

Aby spojrzeć na seksualność inaczej, można uświadomić sobie, że kluczowa jest tutaj bliskość, a nie fizyczne zaspokojenie, jak sądzą niektórzy. Miłość między dwojgiem ludzi sprawia, że pojawia się zupełnie inny aspekt intymnego zbliżenia. Pożądanie zostaje wzbogacone o czułość, ciepło, pragnienie obdarzenia ukochanej osoby największą rozkoszą. W szczególnie wysublimowanych przypadkach, akt seksualny staje się dla dwojga ludzi prawdziwym, pełnym uniesienia misterium.

Bogusława M. Andrzejewska

Po rozwodzie

Przez kilka lat byłam ławnikiem w sądzie. Napatrzyłam się na rozwody i rozwodzących się ludzi. Z pewnością niełatwe to sytuacje dla nikogo, a według badań naukowców znajdują się one w grupie najbardziej stresogennych, zaraz po żałobie. Biorąc pod uwagę własne doświadczenie, rozumiem doskonale, czym jest taki moment i staram się także odnaleźć w sobie spokojną akceptację dla rozmaitych ludzkich emocji, które się z tym wiążą. Przyznaję jednak, że trudno mi pojąć tak ogromne pokłady nienawiści, jakie temu procesowi towarzyszą.

Przez ten czas spotkałam zaledwie kilka par, które rozstawały się w zgodzie, spokojnie potwierdzając własne słowa i przedstawiając wspólnie uzgodnione warunki opieki nad dziećmi oraz kwestie finansowe. Przyznaję, że takie przypadki były dla nas miłym zaskoczeniem, które chciało się uhonorować wyrazami podziwu i nagrodą, a przecież to właśnie powinno być normą. Bez względu na przyczynę, warto rozstawać się w zgodzie.

Po pierwsze robimy to dla siebie. Dla własnego psychicznego komfortu. Jeśli decydujemy się na rozwód, to kończymy jakiś etap w życiu. Najlepiej jest zakończyć go ze spokojną akceptacją i postawić mocną granicę, nie wracając myślami do trudnych doświadczeń. Rozgrzebywanie przeszłości niczemu nie służy. Jeśli odchodzimy od toksycznego partnera warto odkorkować szampana i cieszyć się z wolności i zakończenia skomplikowanej lekcji. Aby więcej do takiej żmudnej nauki nie wracać, można spokojnie przepracować swoje wzorce, zwracając szczególną uwagę na wysokie poczucie wartości oraz wybaczenie byłemu partnerowi, że bez litości nas szkolił.

Warto pamiętać, że karmienie się nienawiścią zabiera nam energię. Zabiera nam także zdrowie. Zgodnie z psychosomatyką trzymanie w sobie żalu i uporczywe rozpamiętywanie win drugiej osoby jest przyczyną chorób nowotworowych. Nie znajduję najmniejszego powodu, dla którego warto byłoby rozmyślać o zemście i traktować byłego męża lub żonę z pogardą i gniewem. Rzecz jasna czasem są to osoby, z którymi nie chcemy mieć więcej do czynienia (np. alkoholik lub sadysta), więc wcale nie musimy ich widywać. Jednak nasze uczucia należą do nas samych. Działają w obrębie naszego ciała, dlatego wpływają na nas i nasze zdrowie. Wybaczenie nie oznacza ponownego wejścia w minione cierpienie, lecz zakończenie procesu. Wybaczamy zawsze dla siebie, by więcej nie wypełniać się piekącą rzeką jadu i niszczącymi energiami gniewu i nienawiści.

Dodam jeszcze, że to samo dotyczy innych osób zamieszanych w nasze życie. Jeśli partner odchodzi do innej kobiety (partnerka do innego mężczyzny), warto poświęcić czas samemu sobie, by tę trudną lekcję zrozumieć i uwolnić się od cierpienia. Nie warto wypełniać się złością i żalem do rywalki (rywala). Tu też korzystnie jest wejść w proces wybaczenia. Życie pokazuje, że jeśli ktoś nas zostawia, to na jego miejsce przychodzi ktoś o wiele lepszy, pod warunkiem, że zaakceptujemy to doświadczenie, podniesiemy poczucie wartości i otworzymy się na nowe, lepsze życie. Wysoka samoocena bywa kluczowa, chociaż czasem przyczyną zdrady jest i to, że sami wobec siebie nie byliśmy lojalni. Nad tym też warto popracować.

Mam koleżankę, która utrzymuje dobre kontakty z byłym mężem, a on pomaga jej w różnych życiowych sprawach, jeśli ona tego akurat potrzebuje. Powiedziała mi wprost, że są przyjaciółmi. Czy to nie jest wygodne i przyjemne? A warto wiedzieć, że małżeństwo to należało do bardzo burzliwych, na granicy rękoczynów niemalże. Rozwód sprawił, że tych dwoje ludzi przestało wzbudzać w sobie nawzajem skrajne emocje. Bardzo podobają mi się ich zgodne i sympatyczne relacje.

Po drugie: robimy to dla dzieci. Dla nich to bardzo ważne, aby mieć kontakt z obojgiem rodziców. Rzeczą oczywistą jest, że nie wolno pod żadnym pozorem oczerniać rodzica, wyzywać i lżyć w obecności dziecka. Nasze kłótnie i zdrady to nasza sprawa dorosłych. Dzieci do tego nie mieszajmy. Dziecko ma prawo kochać oboje rodziców, także tego tatę, który znalazł sobie “inną panią” czy mamę, która odeszła do “innego pana”. Niewierność dorosłego nie ma nic wspólnego z byciem ojcem czy matką. I absolutnie nie jest dla mnie żadnym argumentem stwierdzenie, że dla dobra dziecka nie odchodzi się od żony (czy męża). To kompletna bzdura, która nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Praktyka wskazuje, że dla dziecka lepsze są dwa domy i patchworkowa zgodna, pełna miłości rodzina, niż mieszkanie pod jednym dachem z dwojgiem nienawidzących się rodziców, którzy zaciskając zęby czekają, kiedy dziecko dorośnie i wyprowadzi się na swoje, by mogli wreszcie wziąć rozwód.

Dla dobra dzieci przede wszystkim powinniśmy traktować siebie wzajemnie z szacunkiem. Należy wówczas schować wszystkie żale do kieszeni, by móc spokojnie powiedzieć do pociechy: “mama nie może porozumieć się z tatą, więc nie będą razem mieszkać, ale oboje bardzo cię kochają i nadal jesteś dla nich tak samo ważny“.  W obecności dziecka nie ma miejsca na gniewy i pretensje. Warto wybaczyć i zamknąć za sobą jakiś rozdział życia. Jest to zresztą o wiele łatwiejsze, kiedy nie mieszkamy razem.

Pomijam tutaj sytuacje skrajne, kiedy ojciec czy matka są jednostkami na tyle patologicznymi, że lepiej odsunąć ich od dziecka. W pozostałych wariantach człowiek spontanicznie kieruje się rozsądkiem. Panowie dzielą się na takich, którzy bez względu na to, jaka jest matka, kochają swoje dziecko ponad wszystko oraz na takich, którzy nie czują swojego ojcostwa, nie są odpowiedzialni i nie chcą mieć z dziećmi nic wspólnego. To nieliczne grupy. Najwięcej jest takich, którzy traktują swoje dzieci trochę tak, jak są traktowani przez byłe żony. Jeśli kobieta ma klasę i zachowuje się mądrze, wówczas płacą alimenty bez dyskusji i chętnie widują się z dzieckiem. Jeśli są traktowani ze złośliwością i podłością, unikają płacenia i zaniedbują dzieci.

Znam bardzo ciekawy przypadek pana, który z wielkim zaangażowaniem i miłością wychował jedno swoje dziecko oraz pasierbicę córkę swojej żony, natomiast nie chce mieć nic wspólnego ze swoimi biologicznymi dziećmi urodzonymi przez inną kobietę. Kiedy poprosiłam o wyjaśnienie, dlaczego jest wobec jednych dzieci tak dobrym i czułym ojcem, a wobec innych tak nieodpowiedzialnym, usłyszałam, że tamta kobieta jest podła i chciwa, więc jej dzieci są takie same. Ciekawa filozofia, która bez względu na jej sensowność powinna być cenną informacją dla rozwiedzionych kobiet. Wielu mężczyzn tak podchodzi do tematu: mniej lub bardziej świadomie przenoszą uczucia do matki na dzieci. Złośliwość, chciwość i chęć zemsty absolutnie nie popłacają. A wystarczy odrobina szacunku i uprzejmości, by nasze dzieci miały obok siebie upragnionego ojca, za którym często bardzo tęsknią.

Zauważyłam w swojej praktyce, że rozwiedzione panie często bez żadnych zahamowań plują jadem nienawiści na byłego małżonka i jednocześnie oczekują, że będzie widywał dziecko i płacił ogromne alimenty. Tymczasem zasada jest prosta: jeśli chcemy, by ojciec traktował z miłością swoje dziecko, a ta miłość wyrażała się zarówno zainteresowaniem, jak i hojnością, wówczas trzeba wybaczyć partnerowi i traktować go naturalnie. Każdy przychodzi tam, gdzie jest uprzejmie traktowany. Stamtąd, gdzie spotyka go wrogość i tylko chciwie wyciągnięte po pieniądze ręce, ucieka. To proste.

Kłania się tutaj zasada lustra. Jeśli jesteśmy pełni nienawiści, to doświadczamy niechęci i skąpstwa. To oczywiste, że ojciec chętnie płaci na dziecko, jeśli z byłą żoną ma dobre stosunki, a skąpi, jeśli wie, że dziecko jest nastawiane przeciwko niemu. Tymczasem większość pań zupełnie tego nie rozumie, wychodząc z założenia, że skoro je zdradził, czy skrzywdził, to musi zostać ukarany i ma dosłownie za wszystko zapłacić. Taka polityka obraca się przeciwko samotnym matkom, które swoim działaniem odpychają ojca od dziecka.

Jest też bardzo krzywdząca dla dzieci, które w ten sposób tracą kontakt z ojcem. Negatywne efekty wyjdą w wieku późniejszym, kiedy dziecko dorośnie i będzie miało problemy w relacjach. Zadziwia mnie fakt, że chociaż wielokrotnie tłumaczyliśmy rozwodzącym się paniom, jak powinny postępować dla dobra swoich pociech, to po pełnych nienawiści oczach widać było, że przedłożą zemstę ponad komfort swój i dziecka. I zastanawiałam się wówczas: co łączyło tych dwoje? Czy prawdziwa miłość może zamienić się w tyle złych uczuć?

Stąd sporo smutnych refleksji. Bo warto czasem posłuchać mądrzejszych od siebie dla własnego dobra i dla dobra swoich dzieci.  To my kształtujemy swoje życie. Każdego dnia. Także wtedy, kiedy wychodzimy z sali sądowej po rozwodzie. To od nas zależy, czy będziemy jeszcze w życiu szczęśliwi, czy też zarówno my, jak i nasze dzieci płacić będziemy karne odsetki od emocji, nad którymi nie umiemy zapanować. Warto rozumieć drugiego człowieka. Warto wybaczać. A nade wszystko warto żyć pogodnie, bez gniewu i bez nienawiści.

Bogusława M. Andrzejewska

Ideał

Ideałów nie ma. Każdy z nas jest normalny i ma oprócz zalet także jakieś słabości. Oczywiście, to rzecz względna, co uznamy za słabość, a co będzie zaletą. Dla młodej osoby, która uwielbia dyskoteki zaletą będzie u kogoś to, że świetnie tańczy i nie lubi siedzieć w domu. Dla domatora odwrotnie – niezwykle cenne jest u partnera to, że nie lubi nigdzie chodzić i najszczęśliwszy jest z kubkiem herbaty i dobrą książką u boku partnera. Dobieramy się według różnych zestawów. Jesteśmy jak dwa klocki puzzli i – jak napisałam kiedyś – najważniejsze jest, by wzajemnie pasować do swoich kształtów i wcięć. To, co jednych zachwyca, innym nie musi się podobać.

Warto, zanim zdecydujemy się na posiadanie dzieci, pomieszkać razem i zobaczyć, czy jest nam ze sobą dobrze. Sprawdzić swoje upodobania i oczekiwania. Zobaczyć, na ile umiemy tolerować swoje słabości. Warto i przed ślubem, ale ślub ma tę dobrą stronę, że można go rozwiązać przez rozwód, a jeśli powołamy na świat dzieci, to już nic z tym zrobić nie można.  To one ponosić będą konsekwencje naszych decyzji odnośnie związku. W XXI wieku największą głupotą i okrucieństwem jest zajście w ciążę, zanim dobrze poznamy ojca naszego dziecka i sprawdzimy, czy w ogóle chce być z nami. Jeśli istnieje szczyt lekkomyślności, to w tym go upatruję.

Związek jest układem dynamicznym. Zmienia się z upływem czasu, ponieważ dojrzewamy, rozwijamy się i w nas też wiele się zmienia. Warto obserwować te transformacje. Czasem, kiedy opada pierwsze zauroczenie, kiedy wycisza się chemia, może okazać się, że partner jest nam całkiem obcy i nie znajdujemy z nim wspólnego języka. Im szybciej to odkryjemy, tym lepiej dla nas, bo możemy się rozstać i poszukać swojej prawdziwej miłości.

Ta najpiękniejsza i najmocniejsza jest bardzo ciekawym doświadczeniem. W pewien sposób wychodzi poza wszystko, o czym tu mówimy. Kiedy kochamy, to obiekt naszych uczuć jest dla nas zawsze „idealny”. Oczywiście widzimy, że rozrzuca skarpetki, kruszy, nie sprząta po sobie i zostawia w lodówce puste opakowania, ale traktujemy to jak drobiazgi bez znaczenia. Te czy inne zachowania mieszczą się dla nas w normie. Są do przyjęcia. U kogoś kochanego są po prostu charakterystyczną cechą, której staramy się nie oceniać.

Inaczej wszystko wygląda, kiedy nie ma miłości, lecz zauroczenie. Bywają w naszym życiu związki na jakiś czas. Są wartościowe i potrzebne, ale musimy umieć je rozpoznać. W takiej relacji może się zdarzyć, że te same zachowania będą nas drażnić i doprowadzać do szału. A jeśli mieszkamy razem, to prędzej czy później musimy się skonfrontować z różnymi doświadczeniami. I w tym miejscu widać przewagę miłości – ona wszystko przyjmuje spokojnie. Umie tolerować i akceptować. Umie wybaczać i nie przejmować się sprawami małej wagi. Prawdziwa miłość wybacza zresztą dokładnie wszystko, nawet zdradę czy oszustwo, chociaż rzecz jasna powinna też zmusić do poniesienia konsekwencji.

Miłość to takie „różowe okulary”. Nawet leń i bałaganiarz wygląda przez nie jak wcielenie ideału. To jednak znakomity sposób na dobry związek, bo dzięki temu nie zrzędzimy, nie marudzimy i nie krytykujemy bez końca. Kobiety niestety mają taką cechę, że wiecznie narzekają i kapryszą, psując tym często nie tylko dobry nastrój, ale i niszcząc więzi. Zanim jednak o tym narzekaniu powiem, przypomnę tylko, że w relacji obowiązuje równowaga między dawaniem i braniem, co oznacza, że brak zrzędzenia nie oznacza pokornego poddawania się wykorzystywaniu, a jedynie sposób reagowania na to, co nam się nie podoba. Mamy prawo asertywnie domagać się od partnera różnych rzeczy. Natomiast nie warto wiecznie narzekać i marudzić.

Kobiety często oczekują od partnera, by zaspokajał na okrągło ich potrzebę miłości. Kiedy związek już trochę trwa, mężczyzna przestaje się zachwycać i mówić piękne rzeczy, przynosić kwiaty i czekoladki. Zaczyna się zachowywać normalnie. Czasem bywa zdenerwowany, czasem zmęczony lub zniecierpliwiony i pozwala sobie na różne emocje w obecności swojej kobiety. Partnerka z wyniesionym z dzieciństwa deficytem miłości będzie miała do niego ciągłe pretensje o to, że nie kocha, nie rozpieszcza, nie jest taki jak kiedyś. Takie narzekanie i nadąsane domaganie się uwagi niczemu nie służy, a często burzy bliskość w związku. Zamiast wiecznych narzekań, można wprost mówić o tym, czego się potrzebuje.

We wszystkich związkach, bez wyjątku, są sytuacje i rzeczy, które nam się nie podobają. Jeśli chcemy coś zmienić, musimy o tym otwarcie, ale z szacunkiem mówić. Najgorszą możliwą reakcją jest nadąsanie się lub kłótnie i pretensje o to, że ktoś się nie domyślił, czego chcemy. A niestety czasem bywa i tak, że mamy zły dzień i jesteśmy nie w humorze, a kiedy pojawia się partner, to naskakujemy na niego, jakby to on był winny naszego podłego nastroju. Jak się chce psa uderzyć, kij się znajdzie – mawiano. W ten sposób zawsze znajdziemy powód do tego, by się na kogoś rzucić z awanturą. Jest tu i drugie powiedzonko: „prawdziwa kobieta potrafi z niczego zrobić obiad, kapelusz i awanturę”. No właśnie. A po co ta awantura?

Pisałam już o tym, że otwarta komunikacja jest jednym z filarów udanego związku. Kiedy chcę dostać kwiaty, mówię o tym mężowi. Kiedy chcę być przytulona, podchodzę i się przytulam. Czegokolwiek potrzebuję – mówię wprost. Jedną z największych wartości mojego związku jest to, że kiedy jest mi smutno albo jestem zmęczona, nie owijając w bawełnę informuję o tym mojego partnera i dodaję, czego bym w związku z tym oczekiwała. Jak dotąd nigdy mi nie odmówił – daje mi wsparcie, załatwia za mnie sprawy, ścieli łóżko lub pozwala mi leżeć z głową na jego kolanach. Dla mnie to ideał, chociaż pełen zwykłych ludzkich wad. Także ideał związku. Myślę, że właśnie po to wchodzimy w relacje, aby móc liczyć na drugą osobę i móc się do niej przytulić nie tylko wtedy, kiedy jesteśmy szczęśliwi, ale także wtedy, kiedy tego po prostu potrzebujemy.

Bogusława M. Andrzejewska

Ostatni raz

Jest takie ciekawe ćwiczenie psychologiczne, które polega na tym, że wyobrażamy sobie, że został nam miesiąc życia. Wybieramy wówczas swoje priorytety i ustalamy, jak chcielibyśmy go wykorzystać. W kolejnym kroku przyjmujemy, że mamy do dyspozycji tylko tydzień, a w następnym, że zostało nam 24 godziny. Znakomite jest w tym odkrywanie tego, co dla nas naprawdę ważne. Czasem warto siebie zapytać: gdyby to były ostatnie chwile, co rzuciłabym za siebie, a na czym się skupiła? To nadaje naszemu życiu prawdziwą treść.

Podobnie możemy działać w obrębie naszego związku, zadając sobie pytanie, co jest rzeczywiście ważne? Jak chcemy spędzić czas? O czym pomyśleć? Zazwyczaj “płyniemy z prądem”, na zasadzie: jest jak jest, może jutro coś ciekawego zrobimy razem. Tymczasem wyobrażenie sobie, że wcale nie mamy przed sobą całego życia, popycha nas w stronę wybierania ze wspólnego bycia ze sobą tego, co najbardziej wartościowe. To pozwali w relacji odnaleźć najcenniejsze elementy.

Zdarza się, że ogniskujemy uwagę nie na tym, co trzeba. Żyjemy sprawami, a nie uczuciami. Kochająca skądinąd żona opowiada mężowi o cieknącym kranie, o tym, że syn dostał znowu dwójkę w szkole, a córka złapała katar, natomiast nie mówi, że jest dla niej ważny i że go kocha. Gdzieś z tyłu głowy ma myśl, że może wieczorem znajdą czas na bliskość, wówczas pewnie wyzna swoje uczucia. A wieczorem wszyscy idą później spać, bo dziecko dostało gorączkę i zmęczeni zasypiają, zanim usłyszą od siebie to, co najważniejsze. W codziennym kołowrotku spraw były rozmowy o kranie, zakupach, podwyżce ceny za prąd i dwójce w szkole, ale nie było ani słowa o miłości. Gdyby następnego ranka obudzili się po drugiej stronie życia, stanęliby tam z pustymi rękami. Ani cieknąca wylewka, ani ocena w szkole, ani katar nie mają żadnego znaczenia. Liczy się tylko miłość.

Często odkładamy na później to, co piękne i dobre. Żyjemy nawykowo i nieco mechanicznie. Wracamy z pracy zmęczeni, obdarzamy się przelotnym całusem i rzucamy w wir codziennych obowiązków. Gdzieś tam pojawia się myśl: “właściwie to dawno się nie przytulaliśmy, nie oglądaliśmy razem filmu, nie byliśmy w kinie…” I szybko uciekamy od tej myśli, bo nie ma czasu coś trzeba by wymyślić, zrobić, wykonać jakiś ruch. Poddajemy się zmęczeniu i myślimy: “następnym razem, dzisiaj muszę odpocząć“. A życie ucieka. I nagle okazuje się, że nie ma już “następnego razu”, bo partner odszedł, wyjechał, zniknął.

Czasem jest to proces rozciągnięty w czasie, który można nazwać powolnym umieraniem związku. Z dnia na dzień coraz rzadziej pojawia się myśl, że “trzeba by coś…”, że czegoś nam brakuje, że pomiędzy ciszą a nami dwojgiem pojawia się emocjonalna pustka. Całe lata uciekają jak chwile na codziennym dreptaniu wokół tych samych spraw. Dzieci wyrastają, odchodzą z domu i wreszcie jesteśmy sami i dla siebie. Wreszcie mamy czas. Wówczas odkrywamy, że nie mamy już sobie nic do powiedzenia. A i na przytulanie brak ochoty. Obok nas na nowej lub starej kanapie siedzi obcy człowiek, który formalnie jest ojcem naszych pociech. Lub niemłoda kobieta, której nie ma się ochoty dotykać. Chowamy się za książką lub gazetą, tęskniąc za czymś, co sami zgubiliśmy przez nieuwagę.

Życie tak, jakby każdy dzień był ostatnim, jest ciekawą metodą pielęgnowania  relacji. Odkryłam to wcale nie na zajęciach z psychologii, lecz w swoim własnym doświadczeniu. Wiele lat temu mój związek przechodził kryzys. Rozstaliśmy się z mężem pod wpływem silnych emocji i przez kilka tygodni mieszkaliśmy osobno. Już po kilkunastu dniach odkryliśmy, że nie umiemy żyć bez siebie i przez pewien czas spotykaliśmy się, ustalając, jak poukładać nasze wspólne pożycie, aby tym razem było zgodne i szczęśliwe, a po dwóch miesiącach wynajęliśmy nowe mieszkanie, by rozpocząć całkiem inny i wyjątkowo piękny rozdział naszego związku. Warto zauważyć, że takie rozpoczynanie na nowo, w nowym miejscu, z nowymi wspólnie ustalonymi zasadami przynosi zaskakująco dobre efekty. Czasem wystarczy odciąć destrukcyjne osoby, które źle wpływają na nasze uczucia. U nas to zdało egzamin rewelacyjnie.

Ponieważ do samego rozstania doszło dosyć nieoczekiwanie, często później zastanawiałam się, jakie były nasze ostatnie przed tą krótką separacją chwile razem. Czy mówiliśmy sobie o miłości, czy tylko obrzucaliśmy pretensjami? Czy kochaliśmy się namiętnie, czy byle jak? Zostało mi to po dziś dzień w tym pozytywnym znaczeniu. Spontanicznie tworzę nasze wspólne bycie tak, jakby kiedykolwiek mogło się nieoczekiwanie skończyć. Nie ma w tym obaw czy czarnowidztwa. Moj związek jest jedną z najpewniejszych rzeczy w moim życiu. To raczej sposób postrzegania świata, a także forma świadomego tworzenia rzeczywistości taką, jaką chciałabym ją widzieć.

Kiedy mój mąż wychodzi do pracy, żegnam się z nim tak, jakby wyjeżdżał na stałe i tak, jak chciałabym być przez niego zapamiętana. Każdą chwilę wykorzystuję na jak to nazywam “celebrowanie uczuć”, czyli bliskość, pieszczoty, spędzanie czasu ze sobą. Nigdy nie odkładam na później możliwości przytulenia się do męża i powiedzenia mu, jak bardzo go kocham. Mój mężczyzna bardzo szybko się tego nauczył i jeśli ja zamyślona nad nowym projektem przejdę koło niego obojętnie, wówczas on łapie mnie za rękę i wciąga w objęcia. Jak pisałam kiedyś, mężczyźni lubią być przytulani i lubią wszystkie czułe gesty i słowa. Ale to my, pełne łagodnej kobiecości uczymy ich tego.

Kiedyś robiłam to podświadomie, teraz zauważam, że celowo skupiam się na bezwarunkowej miłości, a nie pretensjach czy niespełnionych oczekiwaniach. Jeśli zwracam mu na coś uwagę, jeśli skrytykuję, to chwilę później żartujemy oboje, żeby rozmowa nie zakończyła się w gniewie czy żalu. Kiedy się kochamy, to również jest w tym całe moje serce jakbyśmy kochali się ostatni raz. Nie szczędzimy sobie czułości, nie spieszymy się. I odkryłam, że tak jest najlepiej. Żyć tak, jakby każdy dzień był ostatnim i najważniejszym.

Bogusława M. Andrzejewska

Mężczyzna w związku

Tym razem artykuł dla kobiet. O tym, co drzemie w naszych cudownych facetach. Mężczyzna nieco różni się od kobiety w swojej psychologii. Wie o tym każdy, kto przeczytał świetną książkę Johna Greya “Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”. I chociaż miała ta lektura trochę przeciwników, jednak zasadniczo kładzie podwaliny pod rozumienie drugiej płci. Bo jest niezaprzeczalnym faktem, że reagujemy często nieco inaczej, a i oczekiwania mamy nieco inne.

Mężczyzna pragnie, aby kobieta była z nim szczęśliwa. Warto o tym pamiętać, szczególnie wtedy, kiedy koniecznie chcemy się poświęcać i wszystko robić samodzielnie, aby wreszcie paść bez sił i z pretensją w duszy i oczach… A nierzadko i na języku. Zaburzenie równowagi pomiędzy dawaniem i braniem to najczęściej popełniany w związku błąd. Partner chce być potrzebny i doceniany warto mu dać tę szansę, prosząc o pomoc, domagając się z miłością i pogodnie pewnych rzeczy, dziękując czule za każdy gest. To lepiej procentuje niż krytyka i ciągłe narzekanie na zmęczenie. I przyznam, że działa to w obie strony my kobiety też przecież chcemy być docenione, kochane i proszone z uśmiechem.

Jeśli kobieta martwi się i narzeka, mężczyzna może poczuć się winny. Właśnie dlatego, że bierze na siebie natychmiast odpowiedzialność za jej szczęście. Panie chcą się czasem po prostu wygadać, bo to im pomaga uwolnić emocje, a nie rozumieją, że panowie z tego powodu mogą poczuć się bezradni i nieudolni. Zawsze powtarzam, że od wyżalania się mamy koleżanki. Inna kobieta wie, o co chodzi, chętnie wysłucha, przytaknie, skomentuje po swojemu. Po prostu nas zrozumie i nie poczuje się winna w najmniejszym stopniu za to, że to my mamy jakiś problem. Tymczasem partner niestety tak, bo oto okazuje się, że nie potrafi nas uszczęśliwić.

Kobieta chce wszystko upiększać. Także swój związek. Nawet jeśli jest w nim szczęśliwa, a nawet szczególnie wtedy. Myśli dniami i nocami, co by tu zrobić, aby było fajniej, ciekawiej i aby wzmocnić relację. Jednak jeśli zaproponuje coś swojemu mężczyźnie, popierając to takim właśnie argumentem: “aby było fajnie i cudownie”, spotka się z rozżaleniem lub nawet gniewnym zdziwieniem: “to już nie jesteś ze mną szczęśliwa?!”. Mężczyzna naprawia tylko to, co się zepsuło, dobrych rzeczy nie rusza. Kobieta upiększa i dekoruje to, co uważa za wspaniałe.

Jest jednak między nami także wiele podobieństw, które są bardzo cenne w relacji. Chociaż dla kobiety związek jest zazwyczaj o wiele ważniejszy niż dla mężczyzny, to oboje pragną miłości. Oboje pragną bycia akceptowanymi, docenianymi i podziwianymi. Myślę, że tylko to jedno zdanie pozwala zadbać o związek w taki sposób, aby był udany i szczęśliwy. Oto cała recepta: sprawiać, by partner czuł się doceniany i kochany i tego samego domagać się dla siebie. Pod warunkiem oczywiście posiadania wysokiego poczucia wartości, bo jak wiemy jeśli kocham i szanuję siebie, to jestem kochana i szanowana, jeśli jestem sobie wierna, to i mnie nikt nie zdradza. Tak działa zasada lustra.

Mężczyzna pragnie czułości w nie mniejszym stopniu od kobiety. Pisałam już o przytulaniu, które świetnie wzmacnia bliskość w związku. Jeśli od samego początku nie szczędzimy partnerowi tej czułości, to on także okazuje nam ciepło, a jego serdeczny dotyk nie jest wyłącznie przygrywką do seksu. Jeśli zaniedbujemy tę stronę relacji, to potem każdy ciepły gest może być odbierany przez męża, jako zaproszenie do łóżka, co dla kobiety często jest rozczarowaniem.

Na koniec chcę napisać o czymś trudnym do przyjęcia, co jednak zostało wielokrotnie potwierdzone, zarówno przez moje doświadczenie, jak i autorytet znanych i cenionych psychologów. Chcę napisać słów kilka o pewnym aspekcie zdrady małżeńskiej. Tej fizycznej. Kwestia niewierności jest dosyć ważna i wraca jak bumerang, bo coraz częściej dotyka różnych związków. Ona istniała zawsze, ale dopiero od niedawna mamy odwagę głośno mówić na ten temat. Może zaczynamy rozumieć, skąd się bierze i czym jest?

Otóż mężczyzna jest w swoim biologicznym jestestwie naturą poligamiczną. Oznacza to, że może zdradzić żonę z wielu dziwnych powodów, a bardzo rzadko robi to z braku miłości. Jeśli mężczyzna przestaje kochać, to odchodzi. Jeśli jednak wraca do domu od kochanki, to znaczy, że żona jest dla niego najważniejsza. Nadal. I wbrew wszystkiemu. Jakkolwiek kontrowersyjnie to zabrzmi, jest to faktem, nad którym warto czasem pomyśleć, bo zdrada fizyczna nie oznacza końca uczucia, tylko jakiś problem, który najprawdopodobniej można rozwiązać.

Innymi słowy fakt przespania się z inną panią, bywa dla pana tym, czym dla nas zjedzenie kanapki. Ot, zdarzyło się… i nawet nie pamięta, jak tamta miała na imię. To była konsumpcja. Bywa nawet co potwierdza doświadczenie że jakiś trwający lata całe romans jest tylko rozrywką. Żona jest tą jedyną, wybraną do kochania, tamta (…zaraz, jak jej na imię?…) służy do uwolnienia napięcia. Przykre to dla “tej trzeciej”, dlatego stale przestrzegam moje klientki przed wdawaniem się w romanse z żonatym facetem. W 95% przypadków źle się to kończy dla kochanki. I żadna ciąża tu nie pomoże, bo najczęściej zostaje się samotną matką.

Bardzo ciekawym tego przykładem jest jeden z moich znajomych. Dobry i czuły mąż, wdał się w związek na boku z młodszą od niego o 14 lat dziewczyną. Ponieważ znałam jego żonę, zdziwiło mnie, dlaczego zdradza ją z kobietą nie tylko brzydszą, ale mniej miłą i mniej inteligentną. Kiedy zapytałam go o życie intymne, okazało się, że to żona jest wspaniałą kochanką, a ta na boku udaje w łóżku. “To dlaczego to robisz, człowieku?! Nic z tego nie rozumiem!” – wykrzyczałam mu wreszcie. I co się okazało po dłuższej rozmowie mój znajomy tą przygodą bardzo chciał zaimponować swojemu ojcu, który także miał w życiu młodsze od siebie kochanki. Wiek kobiety miał podnieść poczucie wartości jako mężczyzny to akurat jasne.

Wewnętrzne dziecko mojego znajomego cały czas domagało się ojcowskiego podziwu i miłości, której de facto nigdy nie dostało. Całą uwagę taty zabierał brat, dokładając do tego deficytu poczucie zazdrości. Jak tylko mój znajomy nawiązał romans, szybko przedstawił kochankę ojcu, licząc podświadomie na pochwałę. Jak łatwo się domyślić, podziwu nie było, więc trwał parę lat w tym niezdrowym układzie i czekał, aż zostanie doceniony. Zerwał romans, kiedy ojciec, wielki sympatyk ładnej i mądrej synowej, ostro go skrytykował za głupotę. Zgaduję, że nikt nie wymyśliłby takiej historii, jaką napisało tutaj życie.

W całej tej historii jest jeszcze zdradzona kobieta. Oczywiście, nie mogłam nie zapytać o jej krzywdę. Usłyszałam w odpowiedzi, że żonę kocha najmocniej na świecie i zadba o to, by ona nigdy się nie dowiedziała. Przecież, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Bulwersujące? Niekoniecznie, jeśli przyjmiemy, że dla mężczyzny seks z niekochaną kobietą to tylko konsumpcja. Czy któraś z nas ma pretensje o to, że małżonek zje na mieście? Oczywiście nie to tylko jedzenie. No właśnie. Bardzo często zdradzane żony dowiadują się ostatnie dlatego, że panowie dbają o ich komfort psychiczny. Po co żona ma się martwić ich rozrywkami, które są bez znaczenia dla związku? I dodajmy po co ma wiedzieć, skoro kobieta ma zdecydowanie inne zdanie na ten temat. Zdanie, które może niewiernego męża wystrzelić w kosmos.

Nie twierdzę, że mężczyźni zdradzają na lewo i prawo. Większość panów kocha pięknie, głęboko i z oddaniem. Uważam jednak, że seks na boku jest dla nich tym, czym dla nas katar. Po prostu się zdarza i nie ma to dla nich większego znaczenia. Zapomina się o nim tak szybko, jak o przeziębieniu. Było. Kiedyś. Nie zmienia to oczywiście faktu, że zdradzona żona odczuwa żal i gniew, a często nie umie tego wybaczyć. Bywa jednak i tak, że dopiero mężowski skok w bok otwiera jej oczy na prosty fakt, że zaniedbała swój związek. Z mojej praktyki wynika, że czasem taki dramat jest początkiem nowego etapu pełnego miłości i dbałości o małżeństwo. Ale wymaga to dojrzałości i mądrości kobiety, która rozumie, że jej partner naprawdę tylko ją kocha, a to przykre wydarzenie, to tylko konsumpcja w innej restauracji.

Bogusława M. Andrzejewska