Druga zasada

CHOCIAŻBY DZIŚ NIE ZŁOŚĆ SIĘ

Chociażby dziś dajemy sobie prawo do pogodnego nastroju, wolnego od niepotrzebnych i szkodliwych emocji. A potem powtarzamy to każdego dnia, skupiając się za każdym razem na Tu i Teraz. Bo tylko chwila obecna jest tą chwilą, w której możemy zmienić swoje życie, doświadczenie i świat. To czas największej mocy i możliwości. Właśnie dlatego: „chociażby dziś”.

Te emocje, które określamy jako pozytywne, np.: radość, sympatia, zadowolenie, poczucie wolności i bezpieczeństwa, itp. – są harmonijne przez sam fakt swojego istnienia. Z zasady zbliżają nas do miłości bezwarunkowej, która przecież jest celem naszego życia. Kiedy się pojawiają, podnoszą nam energię. Sprawiają, że czujemy się lepiej. W skrajnych przypadkach dzięki nim “kochamy cały świat”, co z pewnością jest niesłychanie dobrym zjawiskiem.

Te emocje, które nazywamy negatywnymi – np. złość, zazdrość, żal, wstyd, poczucie winy, strach, rozczarowanie itp. – są w gruncie rzeczy przykre i ściągają nam energię. Jednak warto pamiętać, że są bardzo potrzebne. Pojawiają się nieprzypadkowo. Spełniają ważne zadanie. Wszechświat jest pełen harmonii i rozumiejąc rolę tych trudnych emocji, dostrzeżemy w ich istnieniu także pewną harmonię. Pojawiają się jako istotny nauczyciel. Nie poradzilibyśmy sobie bez nich.

Są jak drogowskazy, które podpowiadają nam, z czym w danym momencie powinniśmy pracować. Zjawiska, które wywołują w nas gniew, mają za zadanie skierować nas w stronę rozwoju i odnalezienia prawdziwej przyczyny tego, co się wydarzyło. Nikt nas nie zaczepia i nie obraża bez powodu. Zawsze, ale to zawsze jest to spowodowane koniecznością podniesienia poczucia własnej wartości. Człowiek o wysokiej samoocenie tworzy taką przestrzeń energetyczną, w której nikt go nie zaatakuje. Podobnie dzieje się w przypadku innych denerwujących zdarzeń – każde z nich pokazuje nam lekcję do odrobienia. Uczy nas cierpliwości, asertywności, hojności, tolerancji, łagodności, akceptacji. Tak działa lustro wszechświata.

Czy zatem złość ma w ogóle sens? Tylko wówczas, kiedy rozumiemy, że taka emocja wskazuje nam ułomny wzorzec w nas i umiejętnie go szukamy, by uzdrowić. Natomiast trzymanie się energii gniewu niczemu dobremu nie służy. Jak uczy psychosomatyka: złość odkładana w podświadomości wpływa fatalnie na nasze ciało, powodując rozwijanie się różnych chorób. Bardzo szczegółowo opisuje to w swoich opracowaniach (a także w filmach i prezentacjach) dr Bruce Lipton. Jest to zatem potwierdzone naukowo.

Reiki dąży do uzdrawiania naszego ciała i wprowadzania weń pełnej harmonii. Dlatego też będzie niwelować wszystkie szkodliwe emocje. To wielka zaleta tej pięknej energii, że pomaga nam w wyciszeniu i odzyskaniu spokoju. Wystarczy na moment położyć dłonie na splocie słonecznym i już po chwili odnajdujemy wewnętrzny pokój. W podobny sposób poradzimy sobie z innymi niechcianymi emocjami – Reiki pomoże nam w odzyskaniu równowagi.

Dodam tylko, że odzyskanie spokoju nie zwalnia nas z pracy nad sobą i poszukiwania odpowiedzi na pytanie: co mnie tak rozzłościło i dlaczego? Jaki aspekt domaga się uzdrowienia? Natomiast można wykorzystać drugi stopień Reiki, aby pomóc sobie w pozytywnej zmianie niewłaściwego wzorca na korzystny.

Wielu ludziom jest bardzo trudno zaakceptować gniew. Bo jak można lubić coś tak okropnego! I jaki to wstyd dla osoby, która zajmuje się rozwojem. Tymczasem problemem nie jest wcale emocja, która się pojawia, lecz to, co z nią zrobimy. Bo dopóki chodzimy po Ziemi, będziemy odczuwać różne rzeczy – w większym lub mniejszym natężeniu. Tylko Istoty Oświecone są całkowicie wolne od emocjonalnego zawirowania. Głównie dlatego, że wyszły poza dualizm. Z duchowego punktu widzenia, nic nie jest dobre ani złe, to tylko człowiek próbuje wszystko oceniać i dzielić na czarne i białe. Wszystko ma swój cel i sens. Wszystko jest w harmonii.

Osoby, które systematycznie medytują i pracują z energią Reiki, są bardziej opanowane i rzadziej odczuwają trudne emocje. Wynika to przede wszystkim z systematycznego podnoszenia energetycznego poziomu. Im wyżej jest nasza energia, tym lepszy nastrój, tym większa dystans do problemów, tym więcej w nas bezwarunkowej miłości i akceptacji dla innych. W ślad za tym idzie też wyciszenie, wielkoduszność, spontaniczna tolerancja i bycie ponad problemami. Czasem sięgamy nawet stanu błogości, w której wszystko jest dla nas w całkowitej harmonii i nie ma tam miejsca na negatywne emocje. A przecież to właśnie Reiki jest znakomitym i niezawodnym narzędziem podnoszenia energii.

Na jakimś etapie duchowej praktyki zaczynamy rozumieć, że wszystko jest iluzją, grą i zabawą, a dla naszej prawdziwej esencji nie ma znaczenia, co się dzieje, co kto mówi i jak nas traktuje. Dlatego polecam gorąco Reiki wszystkim, którzy chcieliby odnaleźć w sobie prawdziwy spokój. Nie taki, który jest ucieczką od rzeczywistości, ale który jest totalną akceptacją wszystkiego, co jest. To najlepsze lekarstwo na wszystkie trudne emocje. Jeśli naprawdę wszystko akceptujemy, to nie mamy powodu, by odczuwać gniew czy żal. Te rzeczy przestają dla nas istnieć. Oto prosta recepta na szczęście i wolność od zmartwień.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Pierwsza zasada

CHOCIAŻBY DZIŚ NIE MARTW SIĘ.

W takiej właśnie formie usłyszałam po raz pierwszy jedną z pięciu zasad Reiki od mojego nauczyciela. Zafascynował mnie ten zwrot, ponieważ cudownie oddaje ideę mądrego życia. Życia w miłości bezwarunkowej i pozytywnej energii. Co prawda współcześni badacze historii twierdzą, że zasady Reiki podane przez Mikao Usui są w istocie regułami wymyślonymi przez jednego z japońskich cesarzy, ale nie ma to żadnego znaczenia. Rzecz bowiem nie w autorstwie, a w treści.

Chociażby dziś… Ta forma pozwala nam zatrzymać się w chwili obecnej. To najważniejszy moment, o największej mocy. Tu i Teraz. Tylko w tej chwili jesteśmy władni zarządzać swoim życiem i świadomie je kształtować. W teraźniejszości kryje się potencjał, który nakreśli nasze jutro. Jeśli umiemy mądrze przeżyć dany nam obecny czas, stworzymy świadomie szczęśliwe życie, pełne najpiękniejszych możliwości. Wielu z nas martwi się przyszłością, oszczędzając i zabezpieczając dzień jutrzejszy na tysiąc sposobów. O wiele łatwiej skupić się na tym, czego doświadczamy właśnie dziś, wierząc tym samym, że pozytywne zdarzenia wyrastają z naszego optymistycznego podejścia.

Chociażby dziś… Możemy to powtarzać każdego dnia. W ten sposób afirmujemy codziennie spełnione życie. Jeśli powiem, że dzisiaj jestem szczęśliwa, to powtarzając to jutro i pojutrze, uczynię te dni równie pogodne i pomyślne. Bo każdy dzień staje się dzisiaj. To określenie ma o wiele większą moc niż „zawsze”. Nie w nim presji, jest natomiast przyzwolenie, by tylko dzisiaj…

Chociażby dziś… To symbol medytacji uważności, skupienia na tym, co właśnie robię. To jedna z najbardziej popularnych buddyjskich praktyk. Buddyści za podstawę rozwoju mocy umysłu uważają bycie w chwili, która właśnie się dzieje. I w tym, co robimy. Jeśli zmywamy naczynia – zmywajmy, bądźmy strumieniem wody, która opłukuje talerz i gąbką, która pociera sztućce. Nie rozmyślajmy o tym, co mamy jeszcze do zrobienia ani o tym, co powiedziała koleżanka. Jeśli grabimy liście – bądźmy w tej czynności, w szmerze liści, w trawie pochylającej się pod naszymi stopami, w regularnym ruchu ramion. Nie planujmy kolejnego projektu. Nie wspominajmy plotek. Umiejętność uważnego bycia w Tu i Teraz otwiera nas na światło Wyższej Jaźni. W ten sposób docieramy do prawdziwego źródła naszej mocy.

Większość z nas żyje przeszłością, wspominając i przeżywając na nowo minione chwile. Jeśli były dobre, mogą dać nam siłę i nadzieję. Jeśli natomiast wiążą się z cierpieniem, zabierają nam energię. Nie warto jej tracić na to, co bezpowrotnie minęło. Nie możemy zmienić tego, co już się wydarzyło, bo żadne myśli nie odwrócą biegu czasu. Nie ma na to skutecznej metody. Możemy natomiast zaakceptować przeszłość i wybaczyć sobie, a także innym, każde trudne doświadczenie. Tylko w tym celu można odwracać się za siebie – by odpuścić i zamknąć drzwi. Liczy się dzisiaj. Wyciąganie wniosków z minionego czasu ma służyć chwili obecnej, a nie ponownemu przeżywaniu tego, co było kiedyś.

Samo martwienie się jest już dzisiaj czymś niemodnym i niepraktycznym. Każdy, kto przeczytał Sekret i wie o Prawie Przyciągania, rozumie doskonale, że smutki i troski przyciągają negatywne wydarzenia. To na czym skupiamy myśli, kreujemy w swojej rzeczywistości. Martwienie się jakąś trudną sprawą czy brakiem wzmacnia problem lub deficyt. W teorii jest to zrozumiałe dla każdego. W praktyce bywa nieco trudniej, bo nawykowo rozmyślamy o wszystkim, co jest dla nas wyzwaniem. I nawykowo uruchamiamy wyobraźnię, by zobaczyć wszystkie niekorzystne opcje. A potem obawiamy się, czy uda się ominąć różne życiowe pułapki, czyli zamartwiamy się.

Reiki uzdrawia nasze ciało, myśli i emocje. Pod warunkiem jednak, że pozwolimy tej pięknej energii działać w naszym polu energetycznym. Nic nie zrobimy tu na siłę, ponieważ Reiki szanuje wolną wolę człowieka. Jeśli ktoś ustawicznie się zamartwia, utrudnia komórkom swojego ciała zdrowienie, a w życiu wzmacnia problemy i braki. Reiki pomoże, ale wymaga, by otworzyć jej drzwi. Takim otwarciem jest właśnie pozytywne myślenie, radość i optymizm. To jakości harmonijne z tą piękną energią. Im więcej w nas dobrych, pogodnych myśli, tym silniej i skuteczniej działa Reiki.

Buddyści powiadają, że jeśli można coś zmienić na lepsze, to należy to zmienić. A jeśli nie można, to należy to zaakceptować, a w żadnym przypadku nie warto się martwić, bo to nic nie pomoże. To tylko niepotrzebna strata energii. Akceptacja jest natomiast wejściem w harmonię wszechświata. A zatem chociażby dziś nie martwmy się niczym.

Bogusława M. Andrzejewska

Samopoczucie

Jesteśmy tutaj na Ziemi dla radości. Po to przychodzimy na świat i chyba nie ma nic ważniejszego niż pozytywne nastawienie i dobry humor. W istocie ani pracowitość, ani mądrość, ani zapobiegliwość nie ma takiego znaczenia jak nasze myśli i emocje, ponieważ to właśnie one tworzą rzeczywistość i przyciągają do naszego życia różne sytuacje. Wielu nauczycieli prosperity powtarza, że myśli znaczą o wiele więcej niż czyny.

Patrząc z takiej perspektywy najważniejszym tematem naszego rozwoju powinno być zatem samopoczucie. Dbanie o to, aby było zawsze dobre. Im więcej miłych i przyjemnych dni, im więcej radosnych chwil, im więcej pozytywnego nastawienia – tym więcej w efekcie dobra tworzymy w sobie i wokół siebie. W pewien sposób potwierdza to oczywiście psychosomatyka, która wyraźnie udowadnia, że zdrowie wynika z dobrych emocji, a choroby z negatywnych. Jest to także podstawa Prawa Przyciągania, więc nie wymaga chyba żadnego dodatkowego wyjaśniania.

Pomimo oczywistości tego stwierdzenia wcale nie jest łatwo utrzymać w sobie dobre nastawienie do świata i ludzi. Jakby w nas wewnątrz był taki specjalny czujnik, który wyłapuje problemy i je akcentuje. Albo czujnik reagujący na niewłaściwe zachowania innych osób. To jeden z ulubionych tematów na portalach społecznościowych – głównie rozprawia się o tym, że ktoś kogoś obraził albo niewłaściwie się zachował. Uwielbiamy plotkować.

A do tego wymyślamy często jakieś bezsensowne hipotezy, aby odwrócić kota ogonem. W temacie, o którym piszę przejawia się to pisaniem „mądrości”, które krytykują pozytywne myślenie. Ich autorzy próbują przekonać czytelników, że smutek jest dobry, że gniew jest twórczy, a prawdziwa świadomość nie ma nic wspólnego z radością. Bezmyślni czytacze ochoczo przytakują: „o właśnie, zawsze tak myślałem, przecież być radosnym to takie trudne”.

Wystarczy odrobina inteligencji, by zobaczyć jaką bzdurą są tego typu odkrycia. Radość uzdrawia, a smutki i inne negatywne emocje wywołują w naszym ciele choroby. Pozytywne myśli przyciągają miłość, szczęście, pieniądze i zadowolenie, a te negatywne coś wręcz przeciwnego. I jeśli ktoś nie wierzy, to ma oczywiście do tego prawo, ale lepiej dla takiej osoby, aby zastanowiła się nad swoim podejściem do życia. Moim zdaniem odrzucanie Prawa Przyciągania wynika właśnie z usprawiedliwiania samego siebie, a to, że ktoś zaprzeczy istnieniu takiego prawa nie oznacza, że ono działać nie będzie. Podobnie jak w przypadku grawitacji: nieznajomość fizyki nie uchroni nas przed uderzeniem przez kamień, jeśli łudzić się będziemy, że możemy bezkarnie podrzucić go nad swoją głową i on sobie zawiśnie w powietrzu.

Skąd się bierze to usprawiedliwianie? Otóż moim zdaniem całą historię zaprzeczania Prawu Przyciągania tworzą ludzie, którzy nie umieją cieszyć się życiem. Jest ich wbrew pozorom bardzo dużo. Nawet wśród nauczycieli duchowych widać pełno krytyki i negatywnego podejścia… choćby do konkurencji. Są też zwolennicy teorii, że aby cokolwiek osiągnąć, trzeba się najpierw nacierpieć. Dlaczego? Tego już nie umieją logicznie wyjaśnić, więc być może teoria ta jest tylko racjonalizacją osobistych niepowodzeń autorów, którzy chcą uchodzić za tych, którzy wiedzą, ale niewiele im w życiu wychodzi. Nawyki zrzędzenia, narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich są w nich tak silne, że nie umieją się z tego wyzwolić w żaden sposób. Ogłaszają więc, że pozytywne myślenie i tak nie działa, więc po co się męczyć, skoro tak przyjemnie jest opluwać innych, oceniać negatywnie zdarzenia, a potem można nazwać siebie osobą rozsądną i świadomą.

Brzmi to może paradoksalnie dla inteligentnego człowieka, ale zauważam wielokrotnie, że niektórzy czerpią mnóstwo przyjemności z wchodzenia w negatywne emocje. Adrenalina, która wytwarza się podczas ostrej kłótni z oponentem, potrafi niesamowicie nakręcić. I już nie wiem, czy na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, która umieją świadomie wyjść ponad to… Nie wiem doprawdy. Tym bardziej, że czas w naszym kraju specyficzny i większość ludzi przedkłada rację nad spokój i akceptację.

A radość wymaga starań. Należy ją w sobie pielęgnować jak piękny kwiat. Zaczynamy od dokonania wyboru, że we wszystkich sytuacjach szukać będziemy dobrej strony. Potem uczymy się najmniejszej bodaj akceptacji tego, co niekoniecznie nam się podoba. A wreszcie zaczynamy konsekwentnie tworzyć nowe ścieżki neuronowe w naszym umyśle. Do tego potrzeba czasu – około miesiąca. I przez 30 dni warto reagować na świat z radością i miłością. Choćby na siłę. Potem już będzie łatwiej. Ale te pierwsze tygodnie są najtrudniejsze. W tym okresie ludzie się poddają, aby potem pocieszać się fałszywym: „prawdziwy rozwój nie ma nic wspólnego z pozytywnym myśleniem”. Otóż ma. I nic tego nie zmieni. Nie istnieje rozwój bez radości, miłości i pozytywnego postrzegania Wszystkiego Co Jest.

Chociaż codzienne życie jest praktycznie niemożliwe bez spadku nastroju, to zawsze my wybieramy, jak potem zareagujemy. Smutek, złość i rozdrażnienie dotykają każdego – są przecież naturalną konsekwencją obniżenia energii. Ale właśnie dlatego nie można szukać wymówek, tylko warto zadbać o własne samopoczucie. Bo to kluczowe dla wszystkiego, co chcemy tworzyć i czego chcemy doświadczać. Kiedy ogarniają nas negatywne emocje, wówczas podświadomie tworzymy w sobie opór, który blokuje miłość, szczęście, czy pieniądze. Najmądrzejszą reakcją jest ucieczka od takich rzeczy w stronę jak najlepszego nastroju. Lepiej obejrzeć głupią, ale śmieszną komedię, niż spędzić godzinę na poważnych i pełnych rozpaczy rozmyślaniach.

Dlatego właśnie robię wszystko, aby jak najszybciej poprawić sobie samopoczucie, bo tylko w ten sposób mogę sobie pomóc. Racjonalizowanie i powtarzanie, że smutek jest Ok to pułapka. I co z tego, że sobie pochwalę taki smuteczek, kiedy jest on podstępnym sabotażystą, zabierającym mi w najbliższym czasie zarobki lub miłe chwile z ukochanym. Po co mi taka emocja? Traktuję ją wyłącznie jako drogowskaz – jeśli pojawia się nie sama z siebie, lecz jako odpowiedź na sytuację. Smutek czy złość bywają wskazówkami, że należy w sobie uzdrowić jakiś wzorzec. Ale wystarczy, że je zauważę i zapamiętam konieczność pracy z wzorcami. Niech potem jak najszybciej znikają z mojej rzeczywistości.

Dobrym porównaniem byłby tu drobny deszcz. Czasem wystawiamy rękę i sprawdzamy czy pada. Kiedy na dłoń spadną krople, już mamy odpowiedź. Zostajemy w pomieszczeniu lub rozkładamy parasol. Nikt z nas nie trzyma ręki na zewnątrz i nie czeka, aż będzie cała mokra, aż przemoczymy rękawy, a zimne strużki popłyną pod ubranie. Ta ręka jest jak negatywna emocja – pokazuje siłę deszczu. Kiedy spełni swoją rolę, zabieramy ją z deszczu. Podobnie z emocjami – kiedy pokażą, co maja pokazać – uwalniamy je, a nie kisimy się w złości, smutku czy rozpaczy. Nie miałoby to żadnego sensu.

Kiedy pojawia się negatywna emocja, można zadać sobie pytanie o to, co ona pokazuje. Jednak zaraz potem warto skierować całą swoją uwagę na to, czego pragniemy. Jeśli na przykład poczuję złość, że mam za mało czasu na robienie tego, co kocham, jak tylko zidentyfikuję ów wzorzec, przestaję skupiać się na tej emocji. Zamiast tego, zaczynam sobie wyobrażać, że mam dużo czasu na wszystko, co chciałabym robić. Myślę o tym przez dłuższy czas, odczuwam płynącą z tego radość, planuję to wszystko i podnoszę energię tak długo, aż poczuję się z tym marzeniem szczęśliwa. W ten sposób zatrzymuję negatywne tworzenie swojej rzeczywistości, zastępując je pozytywnym.

Bogusława M. Andrzejewska

Kochać całą sobą

… Ja ciebie kocham! Czyż być może?

Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc?

Ach nie! bo jasną widzę zorzę

I pierzchającą widzę noc!

 

I wszystko we mnie inne, świeże,

Zwątpienia w sercu stopniał lód,

I znowu pragnę – kocham – wierzę –

Wierzę w miłości wieczny cud! …

(Adam Asnyk)

To jeden z moich ulubionych poetyckich fragmentów, który gra we mnie i bardzo często migocze tysiącem barw w moim sercu. Te słowa wracają do mnie setki razy nie tylko dlatego, że lubię poezję, ale przede wszystkim jako moja własna pieśń duszy. To jest to, co najczęściej czuję. Jest to oczywiście element mojego miłosnego związku z partnerem i to on wyzwala we mnie tyle pięknych emocji, ale najważniejsze jest, że to piękne uczucie rozprzestrzenia się na inne obszary mojego życia. Pozwala mi rozwijać moje pasje, z pogodą wykonywać codzienne, nużące zazwyczaj obowiązki i lepiej pracować z energią. Jak pisałam w dziale o Reiki – stan miłości i pełne dobrych uczuć myśli sprawiają, że energia płynie silniej i efekty są mocniej odczuwane.

Pisałam już o tym, że miłość romantyczna niewiele ma wspólnego z miłością bezwarunkową. Głównie dlatego, że nie umiemy naprawdę kochać. Kiedy łączymy się w pary, natychmiast zaczynamy żądać i oczekiwać – partner ma patrzeć tylko na mnie, kochać tylko mnie, całować ślady moich stóp i do tego dawać mi jak najwięcej pieniędzy. Jeśli nie spełnia któregoś z tych roszczeń, łamie nam serce, krzywdzi i sprawia, że zaczynamy mówić o tym, ileż to cierpienia kosztuje nas kochanie. Oczywiście często my również coś z siebie dajemy, my też staramy się dbać o partnera/partnerkę, poświęcać mu/jej czas i uwagę, tworząc w ten sposób handlową wymianę miłych gestów, którą wszyscy nazywają miłością – ja dodam: romantyczną. Miłość bezwarunkowa handlem nie jest. Kocha się za nic. 

Są też cierpliwe osoby, które nie umiejąc kochać siebie, sprawiają nieświadomie, że są odrzucane, poniżane i naprawdę krzywdzone. Działa tu zasada lustra, o której wielokrotnie wspominałam. Jeśli sami siebie kochać nie umiemy, partner odzwierciedli to i kochał nas nie będzie. Jeśli nie szanujemy siebie, partner szanować nas nie będzie, bo jest tylko odbiciem tego, co jest w nas. Jeśli nie jesteśmy wierne sobie, to przyciągamy zdradę, a wówczas rzekoma miłość zamienia się w stek wyzwisk. Jest rzeczą oczywistą, że wiążąc się z kimś, liczymy na współpracę, pomoc, wsparcie i bliskość. Nie na rękę nam fakt, że ukochany/ukochana sypia z kimś innym. Jednak miłość bezwarunkowa zakłada, że kocham nie za to, co partner robi, ale kocham… ot tak, po prostu, bo kocham. Zdrada może być dla mnie trudnym doświadczeniem, może doprowadzić do łez, ale nie ma wpływu na miłość, bo nic nie ma wpływu na miłość bezwarunkową. Dlatego tak się nazywa: b e z w a r u n k o w a…

Temat zdrady jest trudny i piszę o nim tutaj i tutaj. Nie próbuję przekonywać, że mamy takie doświadczenie łykać jak żabę i zachowywać się, jakby nigdy nic. Przypominam tylko, że prawdziwe kochanie nie gaśnie z powodu trudności. Kiedy kochamy, szukamy rozwiązań i nie zastępujemy dobrych uczuć nienawiścią czy zazdrością. Prawdziwa miłość jest trwała, nie umiera nigdy. Ale co ważne – nie zabrania nam kochać innych. Nie namawiam w tym miejscu do poligamii czy poliandrii. Kochając męża, można kochać dzieci, rodziców, przyjaciół, przyjaciółki i oczywiście kota lub psa. Nasze serca są wielkie i mają tysiące jednakowo słodkich cząstek.

Miłość bezwarunkowa nie jest kubkiem herbaty, którą piję, gdy mam ochotę, ale gdy wpadnie do niej mucha – wylewam do zlewu. Jest oceanem, w którym jestem zanurzona po uszy każdego dnia. Oceanem, który mnie żywi i wzmacnia swoją dobroczynna energią. Oceanem, którego jestem częścią, bo wypełnia każdą moją komórkę, stając się ze mną Jednością. Oceanem, który mnie uzdrawia na wszystkich poziomach. Oceanem, który obmywa mnie z całego brudu, jaki nazbierałam przez wszystkie wcielenia. A wreszcie – oceanem, który łączy mnie najpiękniej ze Wszystkim Co Jest.

A spokojnie mogę zacząć od kochania jednej dowolnej osoby: dziecka lub przyjaciółki. Dla mnie najpiękniejszy jest taki dzień, kiedy oboje z mężem mamy wolne od pracy i wreszcie dużo czasu dla siebie. Budzę się w jego ramionach, zaglądam w jego roześmiane oczy i natychmiast w duszy zaczyna mi śpiewać wiersz Asnyka. “Ja kocham ciebie, czy być może…”. Idę z tym wierszem i harmonią wewnątrz siebie przez cały długi dzień i napełniam tym uczuciem wszystko, co robię – każdy tekst, każdy horoskop i nawet każdą kanapkę. Tętni we mnie i pulsuje szczęściem. Czy trzeba czegoś więcej?

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Lek na emocje

Miłość bezwarunkowa to kierunek, który warto wybierać zawsze, bez względu na okoliczności. Nie bez powodu najmądrzejsi duchowi nauczyciele mówią: jeśli nie wiesz, co zrobić, wybierz miłość. To sprawdzona recepta, można jej zaufać, ponieważ przynosi nam w odpowiedzi najlepsze rozwiązania. Działa nawet wtedy, kiedy wszystko wydaje się układać niekorzystnie. Moje doświadczenie wskazuje, że miłość potrafi uzdrowić te obszary naszego życia, które uznaliśmy za takie nie do naprawienia. Być może to właśnie uczucie jest poszukiwanym od lat Świętym Graalem – czymś, co daje nam odpowiedź na wszystkie pytania.

Ale jak zawsze powiem, że dla mnie ma znaczenie nawet to, że kiedy kochamy, to po prostu czujemy się dobrze. Często powtarzam różnym sceptykom, że nawet jeśli nie istnieje nic takiego, jak Prawo Przyciągania, to pozytywne myślenie, radość i dobre uczucia sprawiają, że życie staje się przyjemne. Jeśli mam wybór – a ma go akurat każdy z nas – to wolę wybrać to, co poprawia mi nastrój i sprawia, że dzień staje się piękniejszy.

Osoby, które świadomie pracują z emocjami, wiedzą, że w każdym momencie możemy podjąć decyzję nie tylko o tym, co myślimy, ale także o tym, co czujemy. Wbrew pozorom mamy naturalny wpływ na własne emocje. Najlepiej znany z literatury przykład to Scarlett z „Przeminęło z wiatrem”, która w skomplikowanych momentach życia powtarza: „Pomyślę o tym jutro”. W ten sposób ucieka od zmartwienia i żalu w stronę rozsądnego rozwiązywania spraw. Zapewne nie udaje się jej zawsze działać w ten sposób, ona także wpada w emocjonalne dołki, jednak wiele problemów rozpatruje przez pryzmat intelektu. Daje sobie tak bardzo potrzebny dystans.

Każdy z nas chciałby znaleźć sposób na to, by się nie martwić i nie denerwować rozmaitymi sprawami. Życie nie szczędzi nam sytuacji, w których nie możemy się odnaleźć. Jeśli to tylko zbita szklanka, to w ogóle szkoda zdrowia na zmartwienia – wyrzucamy kawałki szkła do śmieci i sięgamy po kubek. Jeśli to kłótnia z partnerem – wystarczy zatrzymać się, zanim konflikt osiągnie apogeum i powiedzieć pojednawczo: „stop, nie kłóćmy się, odpocznijmy i zastanówmy się nad jakimś kompromisem w tej sprawie”. Co jednak zrobić, jeśli złości nas coś, na co nie mamy żadnego wpływu?

Kiedy w firmie zapadają niekorzystne decyzje, które wpłyną negatywnie na nasz komfort pracy albo wtedy, kiedy wyniki wyborów w kraju są najgorszą i niedopuszczalną przez nas opcją – pojawia się najtrudniejsza lekcja o nazwie “bezsilność”. Dopóki możemy coś zrobić, zamiast zanurzać się w emocjach – róbmy dobre rzeczy i rozwiązujmy sprawy. Kiedy jednak nic zrobić nie można, test duchowego rozwoju dotyka najwyższej półki. Warto pokusić się o zdanie takiego egzaminu.

Nie jest to łatwe. Bezsilność osłabia i zniechęca w takim samym stopniu, jak działanie motywuje i nakręca. Czasem pomaga zaufanie w harmonię wszechświata i spokojna akceptacja, z cichym oczekiwaniem na to, co z tego wszystkiego wyniknie. Bo zawsze jest jakiś cel. Nic nie dzieje się przypadkiem i trudne doświadczenia mają coś dobrego spowodować. Wierzę w to, że na końcu każdej piekielnej drogi pojawia się jasne Światło, podobnie jak po każdej nocy wstaje jasny dzień pełen słońca.

Kiedy jednak rozsadzają nas trudne emocje, najskuteczniej pomaga bezwarunkowa miłość. Najpierw można ją zastosować na tym pierwszym poziomie – do poprawy nastroju. Zamiast skupiać się na złości czy rozczarowaniu, możemy wypisać sto rzeczy, które naprawdę kochamy. Kiedy skończymy pisać, nasze serce przepełni łagodne światło i na wszystko spojrzymy z całkiem innego pułapu. Pojawi się tak bardzo potrzebny dystans do całej sytuacji. Odzyskamy wewnętrzny spokój i możemy spróbować przeanalizować sytuację raz jeszcze, szukając dobrych stron we wszystkim, co nas spotkało. Wszystko ma jakieś pozytywy nawet, jeśli to tylko motywacja do wyrzucenia nas ze strefy komfortu i popchnięcie do pracy nad sobą. Nawet wtedy, kiedy to tylko nauka nie oceniania innych i radzenia sobie z trudnymi emocjami.

Potem możemy przejść do drugiego poziomu – uzdrowienia tego, co najbardziej boli w nas samych. Jeśli musimy mierzyć się z bezsilnością, to bez wątpienia doświadczamy bardzo silnego poczucia krzywdy. Oto firma, której poświęciliśmy tyle własnej energii, zmienia politykę na niekorzystna i niszczącą nas. Oto kraj, który kochaliśmy całym sercem, robi w tył zwrot w rozwoju i niszczy wszystko, co zostało wypracowane dla dobra obywateli. Nie sposób zmienić poglądów i nazwać czarne białym. Można jednak zadbać o siebie i swoje wewnętrzne wzorce. Głównie po to, aby nie cierpieć. Ale także po to, by stwarzać dobrą rzeczywistość.

Zgodnie z Prawem Przyciągania, jeśli ktoś tkwi w poczuciu krzywdy, to tworzy określoną matrycę, która będzie przyciągać wydarzenia zgodne z przekonaniem. Im więcej w nas złości, tym więcej wydarzeń, które tę złość będą wzmacniać i zasilać. Choćby dlatego warto przestać zajmować się trudną sprawą i skupić na czymś przyjemnym – by tworzyć miłe wzorce. To my tworzymy swoją rzeczywistość swoimi myślami i emocjami, niech zatem będą dobre.

Ale przede wszystkim trzeba pokochać z całej mocy samego siebie. Poczucie krzywdy to rana w sercu. Trzeba otoczyć całego siebie bezwarunkową miłością i uleczyć tę ranę najpiękniejszymi uczuciami. Ogarniamy tym światłem swoją istotę w całości i na wszystkich poziomach. Wytrwale i zdecydowanie budujemy przekonanie, że jesteśmy kochani i chronieni, a wszechświat dba o nas. To stworzy poczucie bezpieczeństwa i pomoże nabrać dystansu, a także odciąć się od przekonania, że ktoś czy coś nas rani. Pamiętajmy, że nikt nie może nas skrzywdzić, jeśli my nie damy na to przyzwolenia. Usuńmy zatem to poczucie krzywdy ze wszystkich tkanek i wszystkich obszarów naszego istnienia.

Można dosłownie zrobić odpowiednie wizualizacje i medytacje. Podaję sprawdzone ćwiczenia w książce o samoakceptacji. Można też po prostu zadbać o siebie i porozmawiać z samym sobą, zmieniając: „za co mnie to spotyka” na: „wszystko to dzieje się dla mojego dobra”. Zrozumienie jest zawsze pierwszym krokiem do uzdrowienia. Kiedy poczujemy się kochani i bezpieczni, negatywne emocje odejdą, a w ich miejsce pojawi się spokój.

Potem pozostanie już tylko ostatni poziom – kreowanie swojego życia zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Jak pisałam wcześniej, tkwienie w żalu, złości czy poczuciu krzywdy utrudnia i uprzykrza życie. Dlatego trzeba świadomie wybierać dobre myśli i skupiać się na tym, czego chcemy, a nie na tym, co nas martwi. Jeśli w pracy czy w kraju zmieniło się na gorsze, myślmy intensywnie o tym, jak byłoby najlepiej. Wyobrażajmy sobie to. Twórzmy piękne obrazy wymarzonej rzeczywistości. Każdy obraz zasilajmy bezwarunkową miłością, ponieważ to ona ma największą moc kreacji. Moim zdaniem samo kochanie już sprawia, że czujemy się dobrze, bez względu na otaczającą nas rzeczywistość. A to poczucie zasila tworzenie naszej upragnionej sytuacji.

Zgodnie z Prawem Przyciągania nasze realia są budowane przez nasze nasycone uczuciami myśli, więc nawet w tej samej pracy i w tym samym kraju nie będziemy doświadczać negatywnych efektów zmian. A może się też zdarzyć, że pojawi się okazja do innej pracy lub wyjazdu w inne piękne miejsce. Tak czy owak – będziemy szczęśliwi.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Miłość bezwarunkowa

Miłość bezwarunkowa nie wymaga definicji, ale na wszelki wypadek napiszę, że to uczucie, które odczuwamy niezależnie od wszystkiego. Ono po prostu jest, niczego nie oczekując w zamian. Doskonałym przykładem miłości bezwarunkowej jest ta, którą odczuwamy do naszego kota, ponieważ jest to zwierzę tak niezależne i dumne, że w zamian za okazywane czułości nic nam nie daje. Pozwala się pogłaskać i przytulić, ale tylko wtedy, kiedy samo ma ochotę. A pomimo tego obdarzamy je uczuciem, karmimy, leczymy, jeśli potrzebuje. Czasem miłość matki do dziecka bywa także bezwarunkowa, właśnie wtedy, kiedy pomimo niewłaściwego zachowania potomka, matka nadal go kocha. Nie jest to jednak regułą, ponieważ w tym układzie często do głosu dochodzi instynkt macierzyński, a nie uczucia.

Podstawą miłości bezwarunkowej jest brak oczekiwań i skupienie się na samym akcie kochania. To ważne. Kiedy nauczymy się tego doświadczać, wówczas możemy korzystać z potężnej siły miłości do uzdrawiania zarówno swojego fizycznego ciała, jak i różnych życiowych sytuacji. Działanie jest niezwykle silne, a efekty mogą nas zaskoczyć, bo rzadko kiedy zajmujemy się uzdrawianiem przez miłość. A przecież – moim zdaniem oczywiście – zeszliśmy tu na Ziemię tylko po to, aby właśnie tego się nauczyć: bezwarunkowego kochania.

Temat może wydać się kontrowersyjny, szczególnie wtedy, kiedy mieszamy miłość z akceptacją. Bo jak kochać tych nieciekawych ludzi, którzy postępują niewłaściwie? Jak kochać złośliwego sąsiada, niewiernego męża lub co gorsza: jego bezczelną kochankę? I tutaj warto sobie uświadomić, że rozwój duchowy wymaga od nas przede wszystkim akceptacji poprzez zrozumienie. Każde trudne wydarzenie jest dla nas ważną lekcją. Nie ma przypadków. Nie warto zatem nienawidzić i potępiać swoich nauczycieli, którzy niosą nam istotne informacje o zamkniętych w głębi naszej podświadomości wzorcach. Ale też nie musimy od razu ich kochać – zaakceptujmy, że wszystko, co się wydarza jest do czegoś potrzebne. Zaakceptujmy ludzi, którzy jak aktorzy odgrywają tu na Ziemi swoje role, aby nam pomóc w rozwoju.

Miłość ma piękną, tęczową barwę. Nie czerwoną, jak sądzą niektórzy. Nie zieloną, jak czakra serca. I nie różową – ta różowa energia bywa często kolorem manipulacji lub rzucanego na nas uroku (czy hipnotycznego wpływu – jak nazwą to bardziej nowocześnie niektórzy). Buddyści wierzą, że osiągnięcie Oświecenia wiąże się z uzyskaniem tęczowego ciała. Cierpliwie praktykujący skutecznie rozpuszczają się w tęczowe światło. Jeśli uświadomimy sobie, że Oświecenie dosięga nas wówczas, kiedy stajemy się cali bezwarunkową miłością, wszystko staje się oczywiste.

Miłość bezwarunkowa to Światło – najjaśniejsze i najbardziej czyste. I podobnie jak wiązka białego widma – rozszczepia się na tęczowe promienie. Ponieważ w miłości zawiera się wszystko, kto potrafi kochać – jest kompletny. Funkcjonuje na pełnym potencjale wszystkich swoich czakr – a one tworzą wspólnie tęczowe pasma. Tak postrzegam energię bezwarunkowej miłości, kiedy z nią pracuję. Stąd też podświadomie od lat kreuję swoją stronę w tęczowych kolorach. Stale je widzę, kiedy tylko zamknę oczy. I dodam od razu, że podobnie wygląda energia Reiki, która przecież jest właśnie energią miłości. Systematyczna świadoma praca z Reiki pomaga nam kochać prawdziwie.

Temat uzdrawiania z pomocą miłości jest ogromnie trudny. Niejeden raz spotkałam się z niezrozumieniem, kiedy próbowałam o tym mówić. Wiele osób nie lubi słuchać o miłości, a na dźwięk tego słowa od razu się spina i stroszy, wykrzykując, że to bzdury dla dorastających panienek. To ich wewnętrzna blokada i opór, który moim zdaniem wymaga uzdrowienia. Stąd na świecie tyle zła, tyle wojen, tyle chorób… bo ludzie boją się i wstydzą kochania. Czasem właśnie dlatego, że pojmują je niewłaściwie, jako rzucanie się wszystkim na szyję i słodzenie na lewo i prawo. A miłość nie na tym polega.

Nie jestem różową, przesłodzoną landrynką. Uczę pozytywnego myślenia, śmieję się od świtu do nocy, lubię ludzi i zachwycam się światem – to prawda. Tak wybrałam i to mi daje szczęście. Ale umiem też czasem zakląć, tupnąć nogą i asertywnie odmówić, kiedy trzeba. Bywam też zołzą.  W swoich tekstach krytykuję pewne działania, nie owijając niczego w bawełnę. I nawet przysporzyłam sobie wrogów, kiedy szczerze zrobiłam paru osobom analizę ich wewnętrznych wzorców. Przerabiam cierpliwie swoje lekcje i nie zawsze są one słodziutkie. Czasem muszę mocno zacisnąć zęby. Jak każdy. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak poszukiwanie harmonii, a tę znajdziemy tam, gdzie jest miłość. To właśnie kochanie oświetla nam tę właściwą drogę jak latarnia. Jeśli nie wiemy co zrobić – odpowiedzią zawsze jest miłość.

Być może wszystko jest tym samym, jednak pewne rzeczy sprawiają nam większą przyjemność, choćby zmysłową. Dlatego właśnie wybieram takie emocje, myśli i przekonania, które prowadzą mnie do tego, co dobre. Lepiej mi z pozytywnym myśleniem niż z narzekaniem. Zachwyt daje mi energię. A Miłość uzdrawia. I czasem dziwię się niezmiernie, że ludzie odrzucają coś, co daje tyle dobra i przyjemności. Osoby, które wyśmiewają pozytywne myślenie i miłość bezwarunkową są dla mnie jak zmarznięte dziecko, które kuli się na brudnym śniegu, byle tylko nie ustąpić i nie wejść do ciepłego domu, nie zagrzać przy piecu. Taki foch. Nigdy nie lubiłam strzelać focha, za to kocham komfort, dlatego tak łatwo mi było odnaleźć te wspaniałe metody, które prowadzą do szczęśliwego życia.

Informacja o uzdrawianiu miłością bezwarunkową przyszła do mnie z Najwyższego Źródła. Po okresie intensywnej medytacji i pracy z Archaniołami, pojawiło się takie silne uczucie i przekonanie, że wypełnienie wszystkich komórek ciała kochaniem, zapewni im całkowite zdrowie. Rozkoszowałam się tym stanem przez jakieś 10 minut, potem zniknęło. Wiele miesięcy zastanawiałam się nad tym i nieśmiało testowałam na sobie, zanim zaczęłam opowiadać o tym innym. Miałam to wielkie szczęście, że trafiłam na pracowite i systematyczne osoby, które rzetelnie pomedytowały zgodnie z moimi wskazówkami i błyskawicznie osiągnęły oczekiwane efekty. Praca z miłością bezwarunkową uzdrowiła różne chore narządy.

Nie tak dawno trafiłam na piękną książkę Anity Moorjani, która wyzdrowiała z terminalnego stadium raka wyłącznie dzięki miłości bezwarunkowej. Jej historia to dla mnie niezwykle ważne potwierdzenie. Miłość uzdrawia. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Polecam jako ugruntowanie bardzo konkretne i naukowe wykłady Bruce’a Liptona. Co prawda on mniej mówi o miłości, więcej o pozytywnych emocjach, ale miłość jest najsilniejszym ze wszystkich tych uczuć. A zatem zadziała najskuteczniej.

Chciałoby się od razu sprostować: „tylko nie ta damsko-męska, ale ta bezwarunkowa…” Jednak moim zdaniem każda prawdziwa miłość jest uruchomieniem pozytywnej energii i wierzę, że w układach partnerskich również uruchamia się prawdziwe uczucie. A kiedy jesteśmy zakochani, kwitniemy, zdrowiejemy, wszystko układa się idealnie. Nie zgadzam się ze stwierdzeniami, że uczucie przynosi ból, rozczarowanie i cierpienie. Mnóstwo poetów wyżala się nad bolesną stroną miłości. Nie mają racji. Mówią „miłość”, a opisują swoje tęsknoty za spełnieniem oczekiwań, pomieszane z zazdrością, rozczarowaniem, żalem i innymi negatywnymi emocjami. Nie umniejszam piękna poezji, sama przecież piszę wiersze – analizuję tu jedynie, czym jest prawdziwa miłość. Jako uczucie odczuwane, a nie jako słowo.

Miłość jest uczuciem skupionym na pragnieniu dobra i szczęścia dla kochanej osoby. Jest pozbawiona oczekiwań – z radością przyjmuje to, co jest. Nawet jeśli nic nie dostaje od ukochanego, pławi się w samej rozkoszy kochania. Bo to kochanie daje nam szczęście, a nie fakt bycia kochanym – nie zapominajmy o tym nawet wtedy, kiedy nasze uczucie jest odwzajemniane. W miłości nie ma miejsca na zazdrość, żal i cierpienie. Jest tylko radość, wynikająca z błogości kochania. Taka miłość uzdrawia. Jeśli pojawia się cierpienie, to oznacza, że ster przejmują negatywne emocje i nie ma wtedy mowy o miłości bezwarunkowej. Są jakieś uczucia, które nazwać można “romantycznymi”.

Moim zdaniem prawdziwe kochanie zawsze daje nam poczucie szczęścia, radości, a co za tym idzie – także zdrowia i pomyślności, bo uruchamiamy najlepsze myśli i najlepsze energie. Tworzymy pełne radości przekonania, które przyciągają do nas wszystko, co najpiękniejsze. Jest zatem miłość doskonałym nie tylko lekiem, ale też skutecznym narzędziem prosperity.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Energia słów

Tym razem nie o afirmacji, lecz o naszym codziennym posługiwaniu się mową. Warto wiedzieć, że słowa są silnym nośnikiem energii, nawet wtedy, gdy o tym nie chcemy pamiętać. Napisano setki książek o pozytywnym myśleniu, a na portalach internetowych moi znajomi wklejają setki motywacyjnych obrazków z pięknymi zdaniami o miłości, radości i dobrej energii. Wydawałoby się, że każdy o tym doskonale wie i świadomie tworzy piękno wokół siebie. Tymczasem rzeczywistość zaskakuje bardziej niż byśmy chcieli. Szczególnie wtedy, kiedy słyszymy, co ludzie mówią i piszą, jakich słów używają nawet ci, którzy chcą uczyć innych rozwoju.

Każdy z nas jest bogiem i boginią. Każdy z nas tworzy swój własny świat. Nie zawsze jest on idealny, bo przecież życie to poligon doświadczalny, na którym omijając różne wyboje i pokonując skomplikowane zakręty, zmagamy się z własnymi emocjami. Nie jest przy tym ważne, na ile nam się udaje, a na ile wpadamy ciągle w te same dołki i pułapki. Ważne, że mamy świadomość na czym polega rozwój i wytrwale podnosimy się, otrzepując z kurzu i podążamy w stronę Światła. Ważne, że kierujemy się Dobrem i pięknem. Jednak trzeba świadomie trzymać kierunek.

Jeśli mamy tworzyć Nową Erę na bazie miłości, to nie możemy lekceważyć tego, co robimy i – uwaga! – tego, co mówimy. Słowa są cudownym materiałem, z którego możemy układać najpiękniejsze wzory miłości, serdeczności i mądrości. Jest to niezwykle łatwy proces tworzenia wspaniałej energii. Powszechnie dostępny, nie limitowany i niezwykle skuteczny. Jedno dobre słowo może zmienić komuś życie na lepsze. Wsparcie, dodanie otuchy, błogosławieństwo – to proste i efektywne narzędzia, które czynią świat wspaniałym miejscem. Spróbujmy swoim językiem wyrażać głównie Dobro i Piękno. Róbmy to też dla siebie – dla własnego zdrowia i samopoczucia. Miłe i pozytywne słowa podnoszą nam energię, dodają sił, wzmacniają i zgodnie z Prawem Przyciągania kreują dobrobyt.

Dobrze jest przy tym umieć zauważyć to, co nam nie służy, a przynajmniej świadomie tego nie zasilać. Słowa wulgarne i złośliwe bardzo mocno ściągają nam energię. Trują, szkodzą, niszczą i to dosłownie na poziomie materialnym także. Zrobiono kiedyś taki eksperyment, w którym przeklinano posiane w doniczce nasiona – w efekcie ziarenka nie wykiełkowały, lecz zmutowały, jakby poddano je szkodliwemu promieniowaniu. Więcej na ten temat napisałam wiele lat temu w artykule o potędze słowa. Skoro tak to działa, to choćby dlatego nie warto przeklinać jak przysłowiowi szewcy.

Rynsztokowe popisy nie mają żadnych cennych właściwości. Wyobraźmy sobie, że wchodzimy któregoś dnia na Facebooka i z każdego profilu witają nas słowa na k… i p…. Wyobraźmy sobie, że w każdym sklepie i w każdym urzędzie takimi słowami do nas mówią… Czy chcemy żyć w takim werbalnym brudzie? Czy to jest nasze wymarzone istnienie? Jeśli tego sobie nie życzymy, to pilnujmy także własnego języka i mowy naszych przyjaciół. Nie pozwalajmy ludziom, by w naszej obecności publicznie “rzucali mięsem”. Chrońmy naszą energię. Budowanie świata zaczyna się od nas samych, od naszej małej osi na FB. Im więcej na niej przekleństw, tym niższa nasza energia. A jeśli ktoś obok rozlewa swoje pomyje – dajmy mu wyraźnie do zrozumienia, że nie akceptujemy paskudzenia naszej energii. Nikogo nie musimy potępiać ani obrażać, ale możemy się odsunąć, wyłączyć, pokazać, że postępuje niewłaściwie.

Każdy jest we właściwym miejscu i czasie. Każdy jest na odpowiednim miejscu swojej ziemskiej wędrówki. Dlatego pan spod budki z piwem i jogin, a także każdy inny człowiek jest tylko i aż – światłem zamkniętym w fizyczności. Światłem, które zeszło tu na Ziemię, by nauczyć się odróżniać swoją prawdziwą naturę od ciemności. Nie zawsze się to tak po prostu udaje. Miotamy się, cierpimy i czasem wymykamy się temu Światłu, które lśni w nas, wpadamy w mrok bólu czy złości. Ale to nie oznacza, że mamy naiwnie przyklaskiwać ciemności. Trzeba mieć świadomość, że należy z tego mroku się wydostać.

Wulgarne słowa atakują przede wszystkim nas samych. Jeśli ktoś myśli, że przez przeklinanie rozładowuje tylko swoje emocje i pomaga sobie w ten sposób, to jest w wielkim błędzie. “Badania pokazują, że słowa o negatywnym zabarwieniu i agresywne zachowania nie osłabiają w nas agresji, ale przeciwnie – wzmacniają ją. Ponadto, dając sobie takie prawo raz, drugi, trzeci i kolejny, tworzymy – w sytuacji emocji, które najczęściej nazywamy gniewem lub złością – nawyk agresywnych zachowań. A może się potem zdarzyć, że nawet bez tej emocji nasze zachowania będą bardziej agresywne, a sposób mówienia atakujący, osądzający, nawet wulgarny” (Iwona Majewska-Opiełka).

Mnóstwo moich znajomych dumnie pisze o sobie, że rozwijają się duchowo lub że są wojownikami Światła. Nie pokazali jednak ani swojego świetlistego miecza ani swojej duchowej mądrości, kiedy ktoś pozwolił sobie publicznie na bardzo wulgarną wypowiedź. Potraktowali wiadro pełnych złości pomyj, jak asertywność. Prawdziwa asertywność to nie tylko  chronienie własnej przestrzeni, ale także szanowanie przestrzeni drugiego człowieka. Nie wolno nikogo ranić i nazywać tego asertywnością. A kiedy komuś się to czasem zdarzy, warto to naprawić i przeprosić. Najważniejsze, by rozumieć, gdzie popełniło się błąd i więcej go nie powtórzyć. Tymczasem ogromny aplauz dla niewłaściwego działania utrudnia rozumienie, że tak robić nie należy. Że nie tędy droga w duchowym rozwoju. Nikt przy tym nie zauważył, że tym publicznym zjawiskiem poprzeczka duchowego rozwoju została mocno obniżona – można swobodnie kląć! Skoro ktoś to zrobił i wszyscy klaszczą, to znaczy, że to jest dobre… A najgłośniej przecież klaszczą ci, którzy sami sobie nie radzą ze sobą i oto, ktoś, kto był być może autorytetem upadł twarzą w błoto. Och, brawo! Wcale nie jesteś lepszy ode mnie!

Zasady życia i cierpienia są proste: nikt nie może nas skrzywdzić, jeśli nie damy mu na to przyzwolenia. Jeśli ktoś został skrzywdzony, to powinien w sobie szukać przyczyny. A jeśli zamiast tego bije innych słowami – to błądzi. Nie trzeba go rugać ani potępiać, ale nie można też takiemu postępkowi bić brawa. Czasem milczenie wystarczy, by taka osoba zrozumiała, że coś w sobie musi uzdrowić. Nie można jednak kłamać i nazywać złości czy bezmyślności miłością. To ważne.

Ten tekst piszę głównie po to, żeby pokazać, że wulgarne popisy niczemu nie służą. Bycie pozytywnym nie polega na tym, że przez pół godziny afirmujemy ładne rzeczy, a w pozostałym czasie rzucamy mięchem, bijemy, kopiemy, gryziemy i poniżamy innych. Rozwój w istocie nie polega na tym, że na pokaz mówimy i piszemy mądre rzeczy, a kiedy coś pójdzie nie po naszej myśli, to wysypujemy publicznie wszystkie tłumione tygodniami „k…” na innych ludzi. Prawdziwy rozwój to rozumienie, że najważniejsze jest Dobro – wobec siebie, innych, wobec świata, wobec wszystkich dookoła. Równie ważne jest Piękno – do którego nie zaliczają się słowa o niskiej energii. Równie ważna jest miłość bezwarunkowa – która nigdy do nikogo nie powie: „sp…”, choćby cierpiała na poziomie każdej swojej komóreczki. Można sobie popłakać i potupać we własnym domu. Można walić pięścią w poduszkę, ile dusza pragnie i potrzebuje. Można krzyczeć do bólu gardła w tunelu pod przejeżdżającym pociągiem – jak Liza Minelli w Kabarecie. Ale rozwój duchowy jest tylko tam, gdzie najważniejszym prawem jest: „nie krzywdzić”. Jeśli jest inaczej – to nie ma tam żadnej duchowości, tylko udawanie i tam jej nie szukajcie.

Każdy z nas stara się otaczać pięknem. Kupujemy obrazy, stawiamy na stole kwiaty, korzystamy z perfum i esencji zapachowych do kominka. Dostrzeżmy zatem dysharmonię pomiędzy tym, czym dekorujemy ściany, a wulgarnymi słowami, które są uderzeniową dawką niskiej, ciemnej energii. Nauczmy się ją zauważać i zacznijmy gryźć się w język. Słowa są nośnikiem energii – są naprawdę. Dlatego szanujmy siebie i swoje otoczenie. Wypowiadajmy słowa głęboko przemyślane. Szukajmy jak najpiękniejszych wyrażeń. A w trudnych i bolesnych emocjach, jeśli chcemy sobie zakląć, niech te przekleństwa nie uderzają w innych. Rzućmy nimi w ścianę lub jeszcze lepiej w podłogę. Takie słowa są jak dźgnięcie sztyletem. Niczym się zresztą od tego nie różnią.

Minęły czasy machania mieczem. Dzisiaj bijemy słowami. Często na oślep, bo wydaje nam się, że fakt doświadczania cierpienia daje nam prawo do znęcania się nad innymi. Pseudo-duchowi nauczyciele plują jadem na niewinne osoby, bo przecież są w emocjach, mają prawo, są tylko “asertywni”. Otóż nie, nie są i nie mają. Nikt nie ma prawa ranić drugiego człowieka. A jeśli zamierzamy okrucieństwem odpowiedzieć na czyjeś złe traktowania – to niczym się nie różnimy od własnego kata. Wchodzimy w ten sposób w jego energię i potwierdzamy, że zasłużyliśmy na każdy cios, jaki spadł nam na plecy.

Aby nie było wątpliwości – nie potępiam nikogo. Każdy z nas może zrobić głupstwo, zranić kogoś czy zakląć. Ale możemy i powinniśmy zrozumieć – kiedy tylko opadną emocje – że to nie jest właściwa droga. Nie jest rozwiązaniem ani “oko za oko” ani też “nadstawianie drugiego policzka”. Rozwiązaniem jest uzdrowienie siebie bez wylewania pomyj na innych i bez wyżywania się na ludziach za własne niepowodzenia.

Warto nauczyć się opowiadać po określonej stronie. Po jednej jest Światło, miłość, szacunek, starannie dobrane słowa i błogosławieństwa. Po drugiej jest ciemność, brud, wulgarny język i hipokryzja. Rozwój polega na wybieraniu zjawisk, które są z nami harmonijne i odrzucaniu tych, z którymi nam nie po drodze. Duchowość polega na określaniu Kim W Istocie Jestem. Nie można rozwijać się duchowo i popierać publicznego obrzucania innych kamieniami i błotem.

Każdy dzień zaczynam od błogosławieństwa. Nie na pokaz, lecz świadomie. Bo sprawia mi to ogromną radość. Bo wyrażanie miłości rozwija najpiękniejsze uczucia w moim sercu. Bo każde błogosławieństwo dla innej osoby działa na mnie jak najlepszy balsam. Tak to czuję, więc dla własnej przyjemności pławię się w dobrych słowach i wysokiej energii.  Każdego dnia życzę wszystkim tego, co dobre i piękne. Chcę, abyście byli szczęśliwi i mam w tym swój wielki interes. Im więcej szczęśliwych ludzi, tym przecież lepszy świat. Człowiek szczęśliwy nikogo nie skrzywdzi.

Dobre słowa są jak pachnące kwiaty – rozrzucone wokół sprawiają, że otacza nas piękno. W tym chcę żyć, wśród szczęśliwych, zdrowych i roześmianych ludzi, a nie w błocie. Oczywiście każdy ma prawo chcieć inaczej i robić po swojemu. Ale z całą pewnością wybieranie przekleństw zamiast dobrych słów o wysokiej energii nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek rozwojem duchowym. Nie jest też wyznacznikiem prosperującej świadomości, bo temu, który przeklina też zabiera energię. Nie pouczam nikogo. Wyrażam tutaj swoje zdanie i przypominam, że to, co pochodzi od Aniołów nie zaczyna się na k… i na p… Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech sobie to spokojnie przemedytuje.

Polecam także lekturę książki Doreen Virtue i Granta Virtue „Anielskie słowa”.

Bogusława M. Andrzejewska