Energia obrazów

Nie tak dawno ktoś na facebooku oburzał się i próbował  nie przebierając w ordynarnych słowach przekonać publiczność, że żadne obrazy i rzeczy nie działają, że tylko my sami możemy dla siebie coś zrobić. Do tego wylał wiadro pomyj na wygórowane ceny i zarabianie na naiwnych. Jak zwykle pod takim postem podpisało się kilkoro bezmyślnych “kiwaczków”, którzy potakiwali prawdopodobnie zmotywowani tymi samymi kompleksami i odnaleźli w tej wypowiedzi sens dla siebie. Obiektywnie rzecz biorąc wypowiedź merytorycznie była nieprawdą. I chociaż wyraźnie tutaj powtórzę, że każdy ma prawo do własnych poglądów,  to ja mam też ogromną potrzebę wypowiedzenia się na ten temat i wyprostowania pewnych błędnych założeń.

Odkąd na Ziemi pojawił się człowiek, istnieją akumulatory energii. Takim akumulatorem może być zwykły kamień znaleziony na polu. Jeśli go naładujemy odpowiednio, w innej sytuacji odda nam zgromadzoną energię. Świetnie w tej roli sprawdzają się minerały i kryształy, które ładnie gromadzą energię i dodatkowo wzmacniają ją swoimi osobistymi jakościami. Idąc dalej tym tropem, dochodzimy do kształtów, które nas szczególnie intrygują. A dalej do rozmaitych talizmanów i amuletów, które przecież działają. Miliony ludzkich istnień na przestrzeni wieków nie może się mylić…

Akumulatorami energii mogą być gadżety Feng Shui, które rozmieszczamy w pokoju. Ładujemy je głównie wiarą w ich działanie i to przynosi efekty, ponieważ energia płynie za myślą. To ważne. Ale działa też symbol. Jeśli moja podświadomość mocno łączy “złotą rybkę” ze szczęściem i powodzeniem, to ilekroć mój wzrok padnie na akwarium, w którym ona sobie pływa, tyle razy uruchamiam neuronową ścieżkę wiodąca do bogactwa. Podobnie rzecz ma się z kokosem, żabą trzymającą pieniążek czy bryłką złota albo wachlarzem banknotów. Jeśli przez setki lat ludzie patrząc na krzyż, widzą w nim cierpienie, to choćbyśmy go wyłożyli diamentami, zawsze będzie symbolem bólu. Jeśli natomiast róg obfitości budzi w nas myśl o bogactwie, to znaczy, że uruchamia dokładnie taką energię.

W ten sam sposób budujemy Mapę Marzeń wyklejając ją tym, co budzi w nas odpowiednie skojarzenia. Jeśli ktoś twierdzi, że energetyczne obrazy nie działają, to nie powinien stosować także tej popularnej techniki. A tutaj znowu znajdziemy wiele potwierdzeń od osób, które systematycznie robią sobie Mapę Marzeń. Działanie na podświadomość z pomocą różnych metod nazywamy uzdrawianiem albo przekodowaniem. Zajmuję się tym od wielu lat. Jest to fakt. Jestem też specjalistką od symboliki, pracuję z nią od ponad 20 lat i jeśli ktoś chciałby zaprzeczyć działaniu symboli, to w oczywisty sposób chcę zaprotestować.

Podobną funkcję spełniają obrazy nazywane energetycznymi. Są akumulatorami energii, jeśli ktoś  tak jak ja to robię  pracuje z energią w trakcie malowania, wkładając do obrazu np. mantry lub Reiki. Moim zdaniem obraz powinien też wywoływać pozytywne skojarzenia, dlatego sama chętniej maluję symbole, a nie abstrakcyjne kształty. Jestem pewna, że u wszystkich działają malowane Anioły, Smoki, kwiaty, gwiazdy, ptaki, pejzaże i inne wzory. Jeśli obraz przedstawia coś, co odwołuje się do symboliki i jest to połączone z odpowiednim kolorem, jego działanie jest bezsprzeczne. Barwy także działają i także uruchamiają podświadomość, dlatego trzeba wiedzieć nie tyko co namalować, ale jakim kolorem. Większość uzdolnionych malarzy, którzy pracują z energią, intuicyjnie dobiera paletę i robi to doskonale. A jeśli ktoś nie wierzy, jak może działać obraz, niech postudiuje przez pół godziny jakąkolwiek pracę Beksińskiego. To mocne doświadczenie, wyłącznie dla silnych osób.

Ogromnie intrygującą sztuką jest Pure Art, której niedawno się nauczyłam. Integralną częścią metody jest malowanie tego, co przynosi energia. Doświadczam cudu za każdym razem, kiedy wykonuję taki proces. I za każdym razem zdumiewa mnie to, co się pojawia. Jeśli mogę czegoś naprawdę dotknąć, to jak mam w to nie wierzyć i nie reagować na pokrzykiwania ludzi, którzy piszą: “nie wierzcie oszustom, niczego nie zrobią, żadne obrazy nie działają”? Przypomina mi się wówczas sytuacja z pewnym przemiłym panem, który będąc u mnie, powiedział, że nie wierzy w Anioły. Stojący nad nim jego Anioł Stróż westchnął głęboko, po czym pomaszerował za nim do łazienki. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu…

Nie ulega kwestii, że obraz uzdrawiający czy energetyczny wspiera nasze działania, a nie załatwia ich za nas. Warto też na to zwrócić uwagę. Podobnie jak w przypadku Feng Shui, nasza energia będzie zawsze silniejsza niż energia otoczenia, obrazów czy gadżetów. Ale wtedy, kiedy nam energia spada, to właśnie te wszystkie zewnętrzne rzeczy nas wspierają, oddając skumulowaną energię. Znam setki pięknych historii o tym, jak ochronnie działają pierścionki po babci czy właśnie obrazy namalowane przez kogoś pozytywnego. Jednak od lat obserwuję też, że określone symbole oddziałują na podświadomość, a ta z kolei uruchamia cały proces, którego pragniemy. Mam na to sporo dowodów z własnego życia, dlatego tak chętnie otaczam się obrazami tego, czego pragnę.

A czy słyszeliście o negatywnych przedmiotach? O klątwach miejsca? Obrazu? Mebla? Naszyjnika? To także udowadnia, że przedmioty są akumulatorami energii. Gromadzą tę energię niezależnie od jakości, nie wybierają. To my możemy wybierać, kierując się tym, co czujemy  jeśli umiemy odróżnić pozytywną energię od negatywnej. Jeśli nie umiemy, wybierajmy pozytywne osoby, do których mamy zaufanie  z ich rak przyjdą wyłącznie dobre rzeczy. Szczególnie jeśli jest to osoba, która celowo robi ochronną biżuterię czy tworzy energetyczne obrazy. Najczęściej wie, jak to zrobić, tym bardziej, że energia płynie za myślą, wystarczą więc często pozytywne życzenia dla przyszłego właściciela, modlitwa lub odrobina Reiki. A przy obrazach czy biżuterii warto też wybierać pozytywne symbole i kolory.

Nie w każdym dziele jest ta piękna moc, o której mówi twórca. Widzę w sieci wiele bohomazów, które dla mnie są puste, a autorzy nazywają je “energetycznymi”, ponieważ dali mu własną energię, kiedy go malowali. Wcale zatem nie kłamią, chociaż to inna energia niż ta, której poszukujemy. Nie przeszkadza mi to. Bo “pusty” obraz może być ładny i pięknie dekorować ścianę. Jeśli się podoba, to budzi dobre emocje, taka jest więc jego wartość  jak każdej ładnej rzeczy. Przecież kupujemy ładne buty, torebki, narzuty i koce, chociaż nie są one energetyczne. Warto więc kupić obraz czy bransoletkę albo medalion, jeśli nam się podoba, niech cieszy oczy. A jeśli nam się nie podoba  to nie kupujemy. I tyle. Nikt nas nie zmusza. To my decydujemy.

Na koniec chcę pokazać jeszcze jeden ważny wzorzec, któremu warto się przyjrzeć. Jeśli ktoś widzi wygórowaną cenę jakiegoś prostego obrazka, mandali czy medalionu, a sam nie zarabia tyle, ile by chciał, to czuje gniew. Oznacza on tylko nieprzerobione wzorce finansowe. Każdy rzemieślnik i każdy artysta ma prawo wyceniać swoje prace tak, jak chce. Czy nie widzimy w sklepach butów i torebek po 2000 zł? Czy budzą nasz gniew? Nie, po prostu kupujemy podobne rzeczy w rozsądnej kwocie. Wygórowana cena nie jest naciąganiem. Jest testerem naszego poziomu finansowego. Na taki widok możemy wzruszyć ramionami i poszukać czegoś tańszego albo właśnie ustanowić sobie taki cel: uzbieram na te buty (obraz, wisior, bransoletkę), bo to akurat chcę mieć. Przyznaję, że ja sama mając w ręce przykładowe 2000 zł, nie chciałabym wydać ich na torebkę, skoro taka za 150 zł jest równie ładna i spełnia swoją rolę. Taki mój rozsadek… Ale i otwartość na wiele innych rzeczy, bo w tej kwocie zmieściłabym kilkanaście książek, pięknych kamieni i mojej ulubionej biżuterii. I jest to rzecz indywidualna, bo dla odmiany w dobrze zaopatrzonej księgarni zostawiłabym 2000 bez wahania. Na torebkę …jednak nie. Torebki mnie nie kręcą. Co oznacza, że kogoś jednak kręcić mogą i nic w tym złego.

Konkludując  nie słuchajcie ludzi, którzy nazywają energetyczne rękodzieła naciąganiem. Nie u wszystkich działa wyrachowany marketing. Raczej popatrzcie na to, co takie osoby mają do zaoferowania. Ostatnio usłyszałam o pani jasnowidz, która wzięła za usługę 2000 zł i podobno nie było żadnych efektów. Oszustka czy nie? Jak to zweryfikować, jeśli ktoś nie ma odpowiedniego wglądu? Natomiast w przypadku obrazu czy bransoletki zawsze mamy w ręce przedmiot, za który zdecydowaliśmy się zapłacić. Działa czy nie  ważne, by się podobał. Wówczas będzie nam przynosił radość. A stąd już naprawdę bliska droga do szczęścia.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Inspiracja

Inspiracją może być wszystko: promień słońca padający na taflę wody, śpiew ptaka o świcie, telefon od przyjaciółki czy artykuł przeczytany w sieci. Jeśli uruchamia w nas niezmierzone pokłady twórcze, to spełnia swoją rolę. Można nauczyć się widzieć we wszystkim coś na tyle fascynującego, aby napisać nowy tekst czy namalować obraz albo zaplanować kolejny wykład. Dla osoby, która realizuje się poprzez malarstwo, grafikę czy literaturę wszystko może być zaczynem natchnienia.

Ale można też poczuć się zainspirowanym do zmiany swojego życia. Promień słońca przeświecający przez liście i rozświetlający mrok może obudzić w nas optymizm i zachęcić do pozytywnego myślenia. Motywację można odnaleźć w sobie zawsze, a we wszystkim, co nas otacza zobaczymy zachętę do tego, żeby nasze życie stawało się coraz lepsze. Tym bardziej, że w sieci znajdziemy mnóstwo tekstów o tym, jak pracować z wewnętrznym rozwojem, aby to przynosiło satysfakcjonujące efekty.

Mnie inspirują nawet zjawiska średnio przyjemne. Kiedy zaczęłam sobie zadawać pytanie: dlaczego tego doświadczam lub czemu obserwuję coś takiego, uświadomiłam sobie, że wszystko czemuś służy. Często właśnie zrozumieniu jak działa prawo przyciągania. A przecież wszystko można opisać po to, aby pokazać to innym ludziom. Wiedzy o życiu nigdy za wiele. I w ten sposób nawet z negatywnych zjawisk czerpię inspirację.

Można też samemu być inspiracją dla innych i wówczas to pokazuje, że podążamy właściwą ścieżką. Szczególnie wtedy, kiedy wyrasta z tego miłość i piękno. I ja także czerpię pomysły z tego, co pojawia się u innych ludzi. Na przykład malowanie…. Nie malowałam od czasów szkoły podstawowej. Ale któregoś dnia zobaczyłam obraz mojej znajomej. Oglądałam go ze wszystkich stron. Było w nim coś niezwykłego. Przyciągał mnie jak magnes. I zalśniła we mnie myśl, że mogę spróbować też coś takiego namalować. Wiele tygodni minęło, zanim zdecydowałam się kupić farby, pędzle i inne potrzebne materiały. Wracałam do magicznego obrazu i patrzyłam na niego, a on szeptał do mnie… Jak żaden inny wcześniej, a przecież widziałam setki obrazów. Aż w końcu zrozumiałam bezgłośne przesłanie i namalowałam swój…

Czasem jednak zamiast inspiracji pojawia się naśladownictwo. Ślepe i wyrastające z niskich energii, takich jak zazdrość i potrzeba dowartościowania siebie. Manifestuje się jako rywalizacja w obszarach, w których rywalizować nie warto. Pisałam już o tym, że w ogóle nie znoszę rywalizacji, bo to wbrew mojej naturze. Ponadto każdy jest doskonałym sobą taki, jaki jest. Przychodzimy tu na Ziemię ze swoim planem duszy i to właśnie mamy do zrobienia. Wchodzenie w cudze programy poprzez „małpowanie” innych – jak mawiała moja babcia – jest stratą czasu i energii. Rywalizowanie z innymi jest zaprzeczaniem swojej doskonałości.

Przez wiele lat naśladowała mnie pewna koleżanka. Śledziła pilnie, co robię i piszę, aby odtwarzać moje pomysły. O czymkolwiek napisałam w swoich tekstach na stronie – wkrótce po mnie pisała o tym na swoim blogu. Kiedy zajęłam się prosperitą – stworzyła nowy blog o bogactwie. Kiedy napisałam pierwszego ebooka – wydała swojego. I tak wydawać by się mogło – bez końca. Ale koniec jednak nastąpił. Wiedząc, że pilnie czyta wszystko, co wstawiam, pisałam także o tym, że trzeba realizować WŁASNE niepowtarzalne ścieżki. I któregoś dnia zrozumiała, przerobiła swoje lekcje, podniosła samoocenę i zajęła się swoim programem. Dzisiaj robi coś zupełnie innego niż ja – coś, po co zeszła tutaj na Ziemię.

Na jej miejsce wskoczyła potem inna naśladowniczka, by znowu tracić czas, bo zamiast być sobą, chce być mną… Moja córka mówi z podziwem: „mamo jesteś idolem, jesteś gwiazdą, masz swoje fanki, które chcą być jak Ty…”. Ale to całkiem nie tak. Można raz uczesać się jak ktoś inny, można jak ktoś inny namalować obraz czy napisać coś albo stworzyć własnego bloga o podobnej tematyce. To jest właśnie inspiracja. Jeśli jednak robimy po kolei wszystkie te rzeczy, aby ostatecznie nawet na wakacje pojechać w to samo miejsce, co nasz „idol”, to staje się chore. Taki człowiek zatraca siebie, aby udowodnić coś, co całkiem nie ma sensu. Bo nigdy nie będzie mną. Nawet malując lepiej, pisząc ciekawiej, nauczając mądrzej – będzie tylko moją nieudolną kopią. A jeśli co chwilę będzie sprawdzał na facebooku, czy już mnie w tym chorym wyścigu wyprzedził, to zabrnął w ślepą uliczkę i szybko odczuje karmicznego kopniaka, bo dusza upomni się o swój program.

Po czym jeszcze poznać naśladownictwo? Po personalnych zawoalowanych rozgrywkach rodem z piaskownicy. Marzymy o tym, by kupić sobie samochód? Naśladowca szybko nas wyprzedzi, chociaż wcale tego samochodu nie potrzebuje (bo na przykład ma dwa inne) i będzie pod nos nam podtykał jego zdjęcia: patrz, ja już mam, ja kupiłam, ja jestem lepsza – a ty nie masz, tralala! Masz problemy w związku? Naśladowca umówi się na kawę, by przez dwie godziny opowiadać, jak mu dobrze z partnerem, znacząco pokazując – jestem lepsza od ciebie, tralala…!  Ewidentnie dowartościowuje siebie, wykorzystując do tego nasze problemy i słabe punkty. Jak dziecko w piaskownicy, które macha drugiemu przed nosem nowym wiadereczkiem: “ja mam, a ty nie masz, tralala!”.

Trochę to zabawne, kiedy patrzymy z boku i przyznaję, że w takich chwilach cieszy mnie mój pozazmysłowy wgląd, bo mam z tego kupę śmiechu. Widzę rozzłoszczoną, niedowartościowaną dziewczynkę, która na oślep wali kogoś łopatką po głowie… Chociaż ostatecznie przychodzi smuteczek, bo widać przed taką osobą długą drogę do rozumienia. Według moich obserwacji w taką pułapkę najczęściej wpadają osoby, które wychowywały się w domu dziecka albo miały wymagających, surowych rodziców, którzy nie umieli ich docenić. Ponieważ ja jestem doceniana i podziwiana, reprezentuję w ich oczach to wszystko, czego najbardziej pragną. Ale nie rozumieją, że ten stan wynika z wysokiego poczucia wartości. Wydaje im się, że jeśli podobnie jak ja napiszą wiersz, czy poprowadzą szkolenie, a nawet pojadą w to samo miejsce co ja, to spłynie na nich ten cały splendor. To tak nie działa.

Jest też w tym pewien paradoks. Patetycznie nazwałabym to mieszanką fascynacji i nienawiści. Przecież naśladowca ogromnie nas podziwia, skoro próbuje być nami. Jak podpowiada moja córka, możemy być dumni z tego, że inni są tak nami zachwyceni, że nas kopiują. Mamy swoich fanów. Ale to złudne, ponieważ ta fascynacja jest w istocie obrzydliwą manifestacją zwykłej zazdrości. Może wręcz powodować obsesje, które ciągną się latami. Tak – latami. I taka osoba kopie pod nami dołki, próbując nas zniszczyć, więc trzeba bardzo uważać. Trzeba też stale podnosić poczucie wartości, aby kolejne “ja mam, a ty nie masz, tralala” nie zabolało. Bo jesteśmy tylko ludźmi i dobrze wycelowane “tralala” uderza nas w najczulszy punkt. Nie jest łatwo być “idolem”. Właśnie dlatego warto umieć odróżnić naśladownictwo od inspiracji.

A jak wygląda inspiracja? Kiedy zainspirował mnie obraz koleżanki, to interesował mnie tylko obraz. Nie śledziłam co autorka robi ani dokąd jedzie. Nie zajmowałam się jej innymi działaniami czy innymi obrazami. Mam swoje pasje, mam swoją unikalną ścieżkę i sądzę nawet, że mam też własną markę. Nie chcę naśladować innych. A do tego ogromnie lubię ową koleżankę, głośno mówię, że jest cudowna i życzę jej, by była coraz piękniejsza i odnosiła kolejne sukcesy. Bez cienia zazdrości. Uwielbiam ją, podziwiam i nigdy nie będę z nią rywalizować – różnimy się ogromnie. Ale lubię też siebie i to, co sama robię. Nie czuję się gorsza od niej. Uważam, że obie jesteśmy cudowne, a nasze pasje nas określają, każdą inaczej.

Setki moich koleżanek maluje obrazy. Setki prowadzi szkolenia. Wiele z nich pisze i wydaje książki. Cieszą mnie ich sukcesy i dostrzegam w tym dla siebie wspaniałe przesłanie o tym, jak wiele pięknych rzeczy można zrobić i osiągnąć. Jednak nie chcę być żadną z nich – bo mam własne pasje i własne pomysły. Nie muszę nikogo naśladować. Sztuką inspiracji jest zasiać w sobie jedno małe ziarenko, a potem tworzyć własną unikalną ścieżkę, bez porównywania do kogokolwiek innego. Moje szkolenia są niepowtarzalne – robię je od 20 lat. I uważam, że każdy, kto robi to z serca, robi to świetnie. Nie muszę się interesować tym, jak prowadzą wykłady inni – poza wprowadzaniem nowych form pracy, które pojawiają się w każdej dziedzinie. Podobnie z pisaniem, z malowaniem, z prowadzeniem bloga – to wszystko jest tylko moje, tworzone z miłością dla mnie i innych, a nie po to, by coś komuś udowadniać.  Z nikim nie rywalizuję. Cieszę się tworzeniem – dla siebie. I znam wiele osób, które robią to tak samo pięknie jak ja. Z prawdziwą pasją i bez zawoalowanych intencji dowartościowywania siebie. Mogłabym tu od ręki wymienić kilkadziesiąt nazwisk wspaniałych szkoleniowców, pisarek, malarek czy trenerów.

Jednak brwi mi unoszą się do góry ze zdziwienia, kiedy osoba, która nigdy nie stanęła na katedrze, a jedynie zrobiła kilka webinarów, używa w ślad za mną określenia “moi studenci”. Jak zresztą wielu innych określeń. To taka moja wierna “kopiarka”. Niewtajemniczonych informuję, że kilka lat pracowałam w filiach pewnej Akademii w całej Polsce i wyszkoliłam setki osób. To moi studenci, którzy na facebooku czasem piszą do mnie: “pani profesor”, chociaż ja tego określenia w odniesieniu do siebie oczywiście nie używam… Nie jest problemem, że ktoś coś sobie nazywa na wyrost – “student” brzmi ładnie, a internet przyjmie wszystko. Problemem jest rozpaczliwie niski poziom samooceny u takiej osoby, która uczy innych rozwoju tępo mnie naśladując, co jest z góry pozbawione sensu. Można nie mieć wcale studentów i być wspaniałą osobą. Gdzie jest napisane, że uczenie innych dodaje nam wartości? Nigdzie. No właśnie. Na tym polega bezmyślne naśladownictwo. Mój mąż niedawno zażartował: “napisz na FB, że w eksperymencie duchowym skaczesz w przepaść jak leming, może te osoby wskoczą za tobą…” Przykre to. Tak nie wygląda rozwój wewnętrzny, a piszę tu o osobach, które mocno się tym chcą zajmować.

Namawiam zatem gorąco do tego, by pokochać siebie takim, jakim się jest i cieszyć się sobą nie porównując do nikogo. Nasza doskonałość nie podlega dyskusji. I nie wymaga poprawek. Najgorsze co możemy robić w życiu, to porównywać się do innych i próbować być lepszym od kogoś. Nigdy nie będziemy od nikogo lepsi. Ewa może być lepszą nauczycielką od Ani, ale nie może być lepszą Anią od Ani. Stając się Anią, staje się coraz słabszą i gorszą Ewą. A to jest bez wątpienia wejście w ślepą uliczkę. I jak to często bywa, najlepszym lekarstwem w tym wypadku jest podniesienie poczucia własnej wartości i pokochanie siebie w sobie.  

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o samochodzie

Pracując ze snami, odkrywamy swoje pragnienia, możliwości, ale i lęki lub wątpliwości. Im bardziej są irracjonalne, tym więcej mamy w sobie lęku. Absurdalność sennych wydarzeń nie umniejsza ich sensu. Dramatyczne historie są sposobem na wyrażenie silnych emocji. Sny pokazują nam wiele ukrytych w podświadomości przekonań. Czasem to może wskazać temat, z którym warto pracować. Jedna z moich klientek – dajmy jej na imię Marta – miała właśnie tego typu sen…

W tym śnie Marta idzie do pracy (lub szkoły). Musi być punktualnie, więc jedzie samochodem. To piękny nowy model autka, co ciekawe – świeżo kupiony. Marta wysiada i zmierza do budynku w poczuciu satysfakcji i zadowolenia. Wygląda bardzo elegancko, ma piękna fryzurę i cieszy się nowym pojazdem. Podchodząc do drzwi ogląda się przez ramie na zaparkowany samochód i wtedy ze zdziwieniem zauważa, że auto samo odjeżdża z parkingu.

– Chyba zapomniałam zaciągnąć hamulec – myśli Marta z przerażeniem i biegnie do samochodu, który zatrzymuje się kilkanaście metrów dalej. Niestety on znowu rusza i jedzie kolejne kilkanaście metrów, jakby bawił się z właścicielką w wyścigi. Wtedy Marta odkrywa, że to nie kwestia hamulca, bo samochód nie stacza się na skutek nierówności. On jedzie samodzielnie w sobie tylko wiadomym kierunku.

Marta biegnie za samochodem, ale on niestety jest dużo szybszy i znika jej z pola widzenia, pomiędzy budynkami. Chciałaby zadzwonić do kogoś po pomoc, ale telefon został w aucie. Zaczepia więc stojących na chodniku ludzi i pyta, czy widzieli takie auto. Ktoś wskazuje kierunek, w którym pojechał jej samochód. Marta martwi się, czy niekontrolowany pojazd nie zrobi komuś krzywdy i podąża we wskazanym kierunku.

Dociera do budynku osiedlowego przedszkola, które znajduje się pomiędzy blokami. Nie widzi nigdzie auta, ale znowu kogoś o nie pyta. Zapytany mężczyzna zachęca ją, by weszła razem z nim do przedszkola. Tam spotykają dyrektorkę obiektu, która w pierwszej chwili nie chce z nią rozmawiać, ale potem wskazuje na stojący w kącie sali przedmiot. Marta odkrywa, że pomiędzy zabawkami stoi jej auto, przykryte jakimś materiałem, jak plandeką.

– Schowaliśmy je tutaj, żeby nikogo nie przejechało – mówi dyrektorka.

Tu kończy się sen. Nie ukrywam, rozbawił mnie, ponieważ jest dość jednoznaczny i może służyć za przykład intuicyjnej interpretacji. Pojazd, którym kierujemy, przedstawia we śnie najczęściej nasze własne życie. Pociąg i tramwaj także odnoszą się do naszej życiowej drogi. W tym konkretnym śnie samochód jadący samopas bez kierowcy oznacza lęk przed brakiem wpływu na własne życie. To tak, jakby wszystko, co nas spotyka, wyrwało się spod naszej kontroli. Lekiem na poczucie bezradności może okazać się praca z wewnętrznym dzieckiem, na co wskazuje odnalezienie auta w… przedszkolu.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Matrixie

Do jednych z najciekawszych snów należą te, które dotyczą ezoteryki i struktury wszechświata. Często zastanawiam się, czy to, co pojawia się w sennych marzeniach jest tylko pozbawioną sensu projekcją czy też składanką książek i filmów, które oglądamy? A może to rzeczywiście uchylenie kawałka zasłony skrywającej tajemnice istnienia? Jak jest w tym przypadku? Oto niezwykły sen, który wyśniła Beata.

Beata idzie z mężem i dwójką dzieci w wieku szkolnym. Idą kupić dom. Wychodzą z lasu, jakby wracali właśnie z wycieczki i widzą ładny dwupiętrowy domek w żółtym kolorze. Wpadają w zachwyt i wiedzą, że to ten dom jest na sprzedaż.

(Domek był zwykły, taka piętrowa kostka, ale Beata uświadamia to sobie po obudzeniu, we śnie wszyscy pieją wręcz z zachwytu).

Kiedy podchodzą do wejścia, Beata widzi obok drugi, jeszcze ładniejszy. Też żółty, ale z pięknymi balkonikami z ozdobnymi balustradami. Beata myśli, że tamten bardziej jej się podoba, ale wchodzą do tego pierwszego. 

Właściciele są na samej górze, bardzo sympatyczni, przyjaźnie nastawieni, gościnni. Dzieci biegną się bawić z innymi. Beata się zastanawia tylko, jak ma kupić dom, w którym ktoś jeszcze mieszka i na dodatek dopiero kończą kłaść kafelki. Trwają tam jakieś prace w łazience. 

Na wersalce leżą trzy piękne koty, w różnych kolorach. Beata je głaszcze. Jeden z kotów ma koci katar – siorbie nosem, jak człowiek. Koci katar to jedna z cięższych kocich chorób, a w tym śnie właścicielka mówi, że ten katar mu zaraz przejdzie i wszystko jest w porządku, nie ma się czym martwić. 

Właścicielka oprowadza Beatę po tym domu. Otwiera drzwi, za którymi jest szkoła dla dzieci. Potem prowadzi na dół do szpitala w piwnicy i mówi jej, że tu może pracować, jeśli zechce. Szpital normalny, jak szpital – łóżka, ludzie pod kroplówkami, a Beata może być pielęgniarką.

Potem są jeszcze inne pomieszczenia. Mnóstwo! Niemal kilka hektarów pokoi i sal – w tym jednym domku! I oczywiście jest w tym domu także mieszkanie dla Beaty i jej rodziny. Co istotne, okazuje się, że jeśli Beata tylko czegoś zapragnie, wystarczy otworzyć drzwi do odpowiedniego miejsca. Jest tu wszystko. Dokładnie wszystko.

Beata domyśla się, że coś tu nie gra, że to zbyt piękne i zbyt niezwykłe. Ukradkiem, kiedy nikt nie widzi, bierze jedną z córek za rękę i wymyka się z tego magicznego domu. Idzie do tego z balkonikami. Tamten jest normalnie urządzony. Jest w nim jakaś ładna kobieta, która wszystko wie i wyjaśnia, że ten magiczny dom, to budynek, w którym ludzie są hipnotyzowani jakimś środkiem i mają wszystko, czego pragną. Ale to iluzja. I zajmują się tym jakieś nieciekawe energie. Ta kobieta jest kimś w rodzaju Anioła. Beata jej wierzy.

Wraca do tego magicznego domu po męża i drugie dziecko. Pilnuje, żeby nie dać się omamić jakimś środkiem. Wchodząc po schodach, widzi przez okno morze i plażę. Dziwi się, a jedna z właścicielek (jest tych “opiekunek” więcej) mówi:

– Ty juz wiesz, na czym to polega. Na wyższym etapie współpracy z nami, na wyższych piętrach, jest dostęp do morza. Można spokojnie wyjść z domu na plażę i pływać.

Beata w międzyczasie “gubi” gdzieś córkę, która wymykała się z nią. Kiedy ją znajduje, zabiera ją i uciekają do tamtego domu z ozdobnymi balkonikami. Te kilka metrów, które dzieli te dwa domy, staje się odległością trudną do pokonania. Nagle obie biegną po śniegu (!), a za nimi biegną dwa demony… uciekają… W pewnym momencie Beata uświadamia sobie, że nie musi uciekać. Zatrzymuje się, odwraca i po prostu je przegania, krzycząc do nich “precz”. To skutkuje. 

Docierają do drugiego domu. Ale tam nie znajdują już Anielicy. Dom jest pusty – żadnych mebli i gołe ściany. Wchodzą na samą górę i przez okno patrzą na ten magiczny dom, w którym został mąż i drugie dziecko. Widzą setki pięter eterycznych i kolorowe energie wokół tego domu. Na samym szczycie na ostatnim piętrze formują się Anioły. Beata widzi, jak z tych kolorowych energii powstaje przepiękny Anioł z wielkimi skrzydłami, po czym frunie w kierunku tego domu, do którego uciekła. Uświadamia sobie, że także Anioły powstają w tym demonicznym (magicznym) domu i Anielica, którą wcześniej spotkała, także tam powstała.

Tu kończy się sen. Totalna magia. Tym razem bez mojej interpretacji, bo uważam, że każdy powinien sam go zrozumieć i wyciągnąć z tego swoje wnioski. Niektóre sny są prorocze, inne bardzo jednoznaczne i oczywiste. Są też sny, w czasie których wysypuje się śmietnik naszego umysłu. Bywają oczywiście też wizyty z zaświatów. Ale najważniejsze są takie sny, kiedy dostajemy dawkę duchowej wiedzy o sensie naszego istnienia. Czy to taki właśnie sen, każdy musi sam ocenić.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Wybaczyć naprawdę

Przy ogromnej ilości metod i poradników dotyczących wybaczania temat wydawałby się tak prosty, że już nic do dodania nie ma. Otóż jednak nie. Coraz częściej spotykam się z sytuacją, w której ktoś wybacza i wybacza, i wybacza, a efektu jak nie było, tak nie ma. A przecież intencje są szczere i taka osoba naprawdę chce uwolnić się od niepotrzebnej emocji, która zabiera jej radość i energię.

Po pierwsze warto pamiętać, że nie ma w tym naszej winy. Gdyby wybaczanie było takie proste, nie byłoby tych setek podręczników. Nie byłoby też tak powszechnym tematem do dyskusji. Pozornie wydaje się, że wystarczy zakasać rękawy i … myk! … wybaczone. Tymczasem to wcale tak nie wygląda. To ciężka i gęsta energia, która wolno się rusza i niechętnie opuszcza przyjazne ciepło naszych ciał subtelnych.

Po drugie – trzeba dać sobie czas, aby energia puściła, ponieważ to jest proces, a nie jeden gest czy jeden ruch. Ale też warto dopilnować, aby wybaczyć naprawdę. Aby nie czekać latami na coś, co nigdy nie nadejdzie. Stąd ten artykuł, w którym chcę podpowiedzieć, jak najłatwiej odpuścić drugiemu człowiekowi.

Po trzecie – najskuteczniejsze są metody duchowe. Takie jak np. praca z Fioletowym Płomieniem. A przede wszystkim taka, jak prawdziwe, pełne miłości współczucie. Mi to właśnie najbardziej pomogło. Wiedza o tym, że nie ma nic do wybaczania i współczucie, kiedy zobaczyłam w sieci emocjonalną i duchowa nędzę osoby, która zrobiła mi kiedyś wiele krzywdy. Zadałam sobie uczciwie pytanie: gdybyś mogła teraz dosięgnąć tej istoty swoją karzącą ręką, co byś jej zrobiła? Czego byś jej życzyła? I uświadomiłam sobie, że nie umiem życzyć niczego innego niż zrozumienia, którego tej osobie zabrakło. Co finalnie sprawiło, że jest teraz tu, gdzie jest… i tylko robi się jej żal.

Ale przy okazji wytropiłam jeszcze jeden aspekt rozumienia całego procesu, którym chciałabym się z Wami podzielić. Pisałam już o tym trochę w tym artykule. Dzisiaj jednak rozwinę go bardziej, oglądając z wielu stron. Kiedy po wielu latach emocjonalnej ciszy, pojawiła się w moim życiu na powrót nieżyczliwa mi osoba, zadałam sobie natychmiast pytanie, dlaczego wraca do mnie coś, co zostało dawno przepracowane? To pytanie, przed którym staje dzisiaj mnóstwo ludzi. Takie energie teraz schodzą i nas oczyszczają. Jasne. Ale czego chcą od nas, skoro odrobiliśmy swoje lekcje?

Otóż nie odrobiliśmy. Powszechne wybaczenie, którego doświadczamy stosując różne znane metody, jest jak odkurzanie środka dywanu. Przynosi zadowolenie z dobrze wykonanej pracy i satysfakcję, kiedy patrzymy na czyste kolorowe wzory na podłodze. Odstawiamy odkurzacz i cieszymy się życiem. Dopóki pieniążek nie upadnie nam na podłogę i nie potoczy się pod łóżko. Kiedy zejdziemy do parteru szukając monety, nagle widzimy całe obrzydliwe warstwy brudu i kocie ogony, które ciągną się po podłodze.

Owe kocie ogony, to iluzja wybaczenia. Kiedy ktoś zrobi coś naprawdę niefajnego, np. nas okradnie, wówczas wybaczamy z pozycji kogoś lepszego. Spoglądamy z wyżyn duchowej mądrości i mówimy: „widocznie inaczej nie umiał, bo to prostak”. Albo: „moja dusza potrzebowała takiej lekcji, więc musiałam spotkać takiego ohydnego złodzieja”. Nie mamy wątpliwości, że ten czyn jest okropny. I nie możemy postawić znaku równości pomiędzy sobą, a złodziejem. Przecież nie kradniemy! To on jest ten zły! Możemy tylko wspaniałomyślnie wybaczyć. To zadziała oczywiście. To odkurzy nasz dywan na środku. A jeśli zauważymy swoją lekcję i odrobimy uzdrawianie swoich wzorców, to odkurzymy także brzegi.

Aby wejść pod łóżka i szafy potrzebujemy rozumienia, że nie mamy czego wybaczać. W pewien sposób działanie złodzieja, to jego sprawa, a nie nasza. Naszym zadaniem jest kochać siebie tak mocno, aby nigdy nie zostać okradzionym. Nie są potrzebne żadne kary i żadne więzienia. Ludzie, którzy kradną, zabijają, molestują, gwałcą to dostawcy naszych zamówionych przez nas lekcji. Jeśli mamy w sobie na tyle mądrości, by nauczyć się pilnie wcześniej tego, co trzeba, wówczas nic nie mamy do doświadczania. Nie spotykają nas takie rzeczy. Nikt nas nie atakuje, nie okrada, nie oszukuje. To możliwe. I właściwie tak powinien wyglądać świat. Gdyby każdy człowiek kochał siebie wystarczająco mocno, wszyscy „przestępcy” wymarliby śmiercią naturalną. Nie znaleźliby lustra, w którym mogliby się przejrzeć i zniknęliby… Oto przepis na raj.

Wracając jednak do naszej rzeczywistości, w której chodzą po Ziemi różne nieetyczne osoby, chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt – na dawanie innym prawa do tego, by byli sobą. Jeśli ktoś kradnie, to jego wybór i jego ścieżka. Moim zadaniem jest bronić swojej własności i swojego rozwoju, a nie pilnowanie, aby ktoś inny był taki, jak tego bym chciała ja, czy jak chcą zasady. Jeśli jestem nauczycielem, to mogę nauczać tych zasad. Jeśli jestem rodzicem, to mogę odpowiednio wychowywać swoje dzieci. Nie mnie jednak oceniać, sądzić i karać innych za to, co robią.

Każda pretensja i żal, każdy brak wybaczenia to osądzanie. To wprowadzenie przekonania: „jesteś zły. Ja ci może wybaczam, ale musze to zrobić, bo jesteś zły”. Przecież gdyby nasza ocena drugiej osoby nie była krytyczna, to nie byłoby powodu do wybaczania, prawda? Za każdym razem, kiedy myślimy, że ktoś zrobił coś złego i powinniśmy wybaczyć – osądzamy. Oceniamy. A siebie wrzucamy do pudełka z napisem: „Ofiara krzywdy, ta lepsza osoba”. Nie warto być ofiarą, naprawdę! O wiele lepiej spojrzeć na wszystko, jak na zabawną historię, która tylko czegoś nas uczy.

I jako przykład kaliber może ciut lżejszy niż kradzieże czy gwałty. Wyobraźmy sobie zwykłą małżeńską zdradę. Jak trudno czasem wybaczyć, szczególnie jeśli ślubny partner dopuści się tego z naszą przyjaciółką. Kiedy przejdziemy przez pierwszy poziom, pt. „widocznie inaczej nie umieli, już tacy są wstrętni egoiści”, kiedy odkryjemy i przerobimy swoje lekcje, np. niskie poczucie wartości i zdradzanie samej siebie, przychodzi czas na dwa etapy duchowe. Jeden mówi o tym, że mąż i przyjaciółka to dwie przyjazne dusze, które w ten sposób uczą nas naszych lekcji. I nic im wybaczać nie trzeba – dostawili tylko zamówiony towar. A drugi, ten najtrudniejszy, ale finalny pokazuje, że wszystko jest w harmonii, kiedy wyjdziemy poza własne oczekiwania.

W tym przykładzie to wejście w cudze buty i zobaczenie – na spokojnie i bez emocji – że może u przyjaciółki mąż znalazł coś, czego nie dostał u nas. Ma prawo. Jakkolwiek by to nie bolało, niestety jest tylko człowiekiem, który ma prawo robić, co chce i żyć jak chce. Nie sprzyjają temu rozumieniu powszechne socjalne i religijne przekonania, że skoro to mój własny mąż, to nie ma prawa iść do łóżka z nikim poza mną. A gdzie to jest napisane? Nigdzie. Dlatego właśnie ma prawo. Tak jak ja mam prawo potem odejść od niego i powiedzieć: nigdy więcej nie ugotuję ci obiadu. I kto mi zabroni? Na tym polega samostanowienie.

Prawdziwe wybaczenie to zobaczenie w drugiej osobie po prostu człowieka. Normalnego. Emocjonalnego. Popełniającego błędy. Dokonującego wyborów dla siebie, a nie dla żony czy dla dzieci. Wybaczyć oznacza nie tylko rozumieć, ale dać drugiemu prawo do bycia sobą. Dlatego warto dostrzec w drugiej osobie człowieka, który ma prawo działać po swojemu i podejmować decyzje, które są niezgodne z naszymi oczekiwaniami. Żaden człowiek nie pojawił się tutaj na Ziemi po to, by spełniać nasze marzenia i zaspokajać nasze potrzeby. My sami odpowiadamy za własne szczęście, przez tworzenie w sobie odpowiedniej matrycy.

Ludzie to wędrujące lustra, w których przeglądają się nasze przekonania. Kiedy odrobimy swoje lekcje rzetelnie, nigdy więcej nie spotka nas takie doświadczenie. To mogę zagwarantować – potwierdzą to setki moich studentów, którzy pilnie pracują nad własnym rozwojem. Oznacza to, że jeśli po incydentalnej zdradzie odnajdę w sobie przyczynę i ją uzdrowię, to nigdy więcej zdradzona nie zostanę. To działa jak prawo grawitacji – bez pudła. Ale warto też prawdziwie zaakceptować inna osobę z tym co robi dla siebie, a nie dla nas i dać jej do tego prawo. Cokolwiek by to nie było. Umiejętność wyjścia poza społeczne mity, które zmuszają nas do poświęcania się dla kogokolwiek jest niezbędnym kawałkiem duchowej ścieżki.

Każdy z nas jest tutaj dla siebie i dla własnego rozwoju. Szukając swojej ścieżki, sprawdzając, co jest dla nas dobre, czasami możemy ranić innych. Naszą lekcją jest wówczas zrozumieć, że na bólu nic nie urośnie i prosić o wybaczenie. A rolą tej drugiej strony jest wybaczyć poprzez danie nam prawa do własnej drogi, choćby nawet mocno się ona komuś nie podobała. I dodam, że bardzo w tym pomaga prawdziwa miłość. Bo prawdziwa miłość nie ubolewa, że partner spędził z kimś miło czas. Prawdziwa miłość cieszy się szczęściem tego, kogo kocha. A paradoksalnie – kiedy prawdziwie kochamy siebie i partnera, to takie rzeczy w ogóle się nie zdarzają. Podobnie jak wtedy, kiedy ktoś naprawdę zaakceptuje stratę, to ona znika wypełniona obfitością. Tak działa wszechświat, ucząc nas akceptacji.

A po co w ogóle wchodzić pod te metaforyczne łóżka i szafy i uczyć się akceptacji cudzych wyborów? Aby temat wybaczania nie wracał do nas jak bumerang po latach i nie odbijał nam się czkawką w najmniej odpowiednim momencie. Powszechne odpuszczanie win działa na dłużej, czasem na kilka lat, oczyszczając nasze emocje, dając nam ulgę i komfort w samopoczuciu. Siadamy wówczas przekonani, że wszystko zostało zrobione. Dopóki nasz kot czy pies bawiąc się piłeczką, nie wywlecze spod szafy resztek zepsutej ryby… No właśnie. Tak to jest z resztkami nieprzerobionego wybaczenia.

Bogusława M. Andrzejewska

Moralność

Prywatnie bardzo nie lubię tego słowa. Kojarzy mi się wyłącznie z jednym – z panią Dulską. Jest definicją jakichś norm, które ludzie sobie ustalili w oparciu o to, co się ogólnie ma prawo podobać lub nie. Norm, które są bardzo płynne i zależne od prywatnych animozji tego, który się wypowiada na temat owej moralności. Moim zdaniem pojęcie to wymyślono właśnie po to, by stworzyć bliżej nie określoną płynnej długości smycz na każdego człowieka.

Jeśli nawiążemy do mody, to w zależności od aktualnie panujących trendów, niemoralnym może być długość spódnicy sięgająca ponad kolano albo i taka, która odsłania zaledwie kostki nóg. Bardzo to niespójne i cieszyć się należy, że dzisiaj moda daje nam dużo swobody, inaczej co druga z nas kobiet byłaby uznana za niemoralną.

Jeśli nawiążemy do filozofii religijnej, to niemoralnym może być każdy, kto nie chce się modlić, czy chodzić do jakiejś świątyni, czy tez działa niezgodnie z przykazaniami wiary panującej w danym środowisku. I chociaż każdy inteligentnie myślący człowiek doskonale rozumie znaczenie tego słowa, to daje ono ogromne pole do nadużycia.

Jaskrawym i jednocześnie absolutnie jednoznacznym przykładem niemoralności może być zjawisko prostytucji, które we wszystkich kręgach kulturowych jest odbierane tak samo. A przecież to zawód moim zdaniem potrzebny, skoro istnieje od tysięcy lat. Być może nie podoba mi się ten zawód, być może nigdy nie umiałabym w nim pracować, ale wcale nie chcę go oceniać. Właśnie dlatego, że nieśmiertelnie odnajduje swoje miejsce obok wszystkich innych szanowanych profesji. Zatem jest wart tyle samo. Problem jedynie w naszej potrzebie oceniania: to jest właściwe, a to jest nie.

Dlaczego w ogóle rozkminiam tak drażliwy temat? Bo uważam, że jest ogromną pułapką na drodze prawdziwego rozwoju. Jest parawanem, za którym ukrywa się hipokryzja, udająca duchowość, a uderzająca w to, co ludzkie. Zapominamy, że prawdziwa duchowość to miłość bezwarunkowa do Wszystkiego Co Jest. To akceptacja i zrozumienie. To wspieranie i wnoszenie Światła wszędzie tam, gdzie rządzi ciemność. Moralność jest nieprzejednana i nie dopuszcza jasności. Chroni mrok, stając na drodze miłości i mówiąc: odejdź, to należy potępić. A ja potępiać nie chcę i nie umiem.   

Kilkanaście lat temu pełniłam w sądzie rolę ławnika. Do dzisiaj pamiętam pewną sprawę rozwodową, dotyczącą kobiety, która zostawiła rocznego synka i uciekła z domu nic nikomu nie mówiąc. Rodzina zawiadomiła policję. Z rozpaczy, ponieważ wszyscy byli przekonani, że została porwana lub zabita. Tymczasem owa kobieta uciekła, by pracować w agencji towarzyskiej. Dobrowolnie. Jedna z jej koleżanek zeznała, że ta kobieta to lubi, a macierzyństwo ją po prostu męczyło. Długo byłam w szoku po tej sprawie, ale nie zdobyłam się na potępienie. Ludzkie emocje są bardzo trudne do oceny. Każdy ma prawo wybierać życiową drogę po swojemu, ponieważ zawsze ponosi konsekwencje swoich czynów. Wszystko do nas wraca. A niektórzy muszą uczyć się, doświadczając. Inaczej nie umieją.

Ludzie robią różne dziwne rzeczy. Zdradzają. Kłamią. Oszukują. Kradną. Obnażają się w miejscach publicznych… To lekcje dla nich i dla nas. Moja niechęć do moralności nie oznacza, że mamy to wszystko łykać jak żabę. Mamy swoje zasady społeczne, których staramy się przestrzegać. Mamy tez swoje restrykcje. Jeśli jednak chcemy coś zmienić na lepsze, to nie osiągniemy tego potępieniem, do którego zachęca moralność. Moralność to wielki, złośliwy język, który podstępnie wyprasza Dobro, by w jego miejsce cieszyć się wymierzaniem kary. Wyobraźcie tu sobie inkwizytora, który z uśmiechem przygląda się, jak kogoś żywcem palą na stosie, cieszy się zapachem palonej skóry i mówi z uśmiechem: to dla twojego dobra dziecko drogie. Oto moralność.

W jej miejsce wybieram Dobro, mądrość i bezwarunkową Miłość, które zaczynają od próby zrozumienia, dlaczego człowiek robi to, co robi. Możemy próbować tłumaczyć i zachęcać do zmiany drogi. Możemy uczyć i wychowywać. Możemy pokazywać własnym przykładem. A kto jest upoważniony, może też wyciągać konsekwencje. Nie powinniśmy jednak nikogo potępiać. Myślę, że cytat: „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem” – będzie tutaj idealnym uzasadnieniem. Każda dusza tu na Ziemi przerabia swoje lekcje najlepiej jak potrafi. Nie powinniśmy nikogo oceniać.  I znowu cytat: „nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”.

Prawdziwa duchowość rozumie obydwa cytaty. Zajmuje się własnym rozwojem, a nie krytykowaniem innych. Błędy innych są ku naszej przestrodze. Ludzie potykają się dla nas i dla nas padają na nos. Właśnie po to, byśmy wiedzieli, czego robić nie warto, co tworzy negatywną energię lub zadaje komuś ból. To wielkie szczęście móc patrzeć z boku i nie być winowajcą. Doceńmy to. Za każdym razem, kiedy ktoś koło mnie pada na twarz, składam dłonie i mówię: dziękuję, że mi pokazałeś, jak wygląda zło i głupota, zanim sama w to wdepnęłam. Czasem odsuwam się od ludzi, którzy niewłaściwie postępują, ale zapamiętuję ich lekcje. Zapamiętuję z wdzięcznością. Bo każda podłość jest też dla mnie, abym nigdy nawet nie pomyślała o czymś takim. Patrząc z boku mam przecież o wiele lepszą perspektywę.

Moralność to dla mnie złośliwa strzyga, która obgaduje innych, aby odwrócić uwagę od własnych błędów. Być może pokazuje palcem na kogoś, kto akurat się w życiu potknął i postępuje niewłaściwie. Najczęściej jednak jej prawdziwą motywacją jej zazdrość, zawiść, rozgoryczenie i chęć odwetu na kimś, kto ma lub może coś, czego ona nie ma lub nie może zrobić. Tak to działa. Widać to jak na dłoni i nie trzeba do tych wniosków być psychologiem. Dla mnie moralność jest gorsza od tego, kto właśnie upadł twarzą w błoto. Upadek jest ludzki, nie omija nikogo z nas. Moralność jest tylko radością z cudzego nieszczęścia. A raczej z tego, że może z pogardą wyciągnąć pruderyjny palec i dźgnąć nim w czyimś kierunku.

Bogusława M. Andrzejewska

Cielesność

Tym razem o seksie, ale nie psychologicznie w kategoriach terapii związków, lecz z poziomu duchowego nauczyciela i może nieco socjologicznie. My ciągle nie umiemy o tym mówić, ciągle się wstydzimy. Zaskakuje mnie, że nawet niektórzy duchowi nauczyciele zakładają jakieś dziwne maski i gorączkowo zmieniają temat. Najczęściej spotykam się z postawą: “wszystko jest cacy, niech sobie ten seks będzie, oczywiście, że jest OK, byle bym nie musiała o nim słyszeć ani go widzieć i żeby nikt mi nic nie pokazywał i do mnie nie mówił o tym”. W istocie nie jest to kwestia numer jeden i mamy wiele ciekawszych zajęć, ale jeśli już wypływa na wierzch na mocnej energetycznej fali, warto się nad nim z uwagą pochylić.

Temat ten domaga się uzdrowienia właśnie teraz u schyłku 2017 roku. Widać to, ponieważ jest nagłaśniany w mediach. Nagle cały świat zaczyna się tym interesować, ale inaczej niż w czasie seksualnej rewolucji w latach 50-tych. Trochę wygląda to tak, jakby chciano na powrót ustawić wąsko granice przesunięte szeroko w połowie ubiegłego wieku. Co chwilę słyszmy o molestowaniu przez znane osoby i jakimś zachowaniu seksualnym, którego akceptować nie chcemy. Zaczynamy zastanawiać się, co naprawdę wolno, a czego nie… Do tego powszechna akcja “metoo” i wszędzie wokół nas mniejsze i większe wydarzenia.

Żeby jednak była jasność, nie chcę wypowiadać się na temat gwałtów, przemocy, molestowania nieletnich czy rozmaitych dewiacji. To nie podlega dyskusji. Chcę tu napisać kilka słów o naturalnym seksie pomiędzy dorosłymi ludźmi, ponieważ uważam, że to całkiem zdrowe i naturalne zjawisko także dostaje po głowie. Trochę przypomina mi to wylewanie dziecka razem z kąpielą. Niektórzy ludzie wchodzą w dziwny proces bronienia się przed zagrożeniem poprzez całkowitą eliminację tematu. To tak, jakby przestać używać noży czy ognia, aby się nie skaleczyć i nie poparzyć. I to na co chcę zwrócić uwagę, to docenienie ważności dobra seksu w naszym życiu. Piszę o tym także tutaj i tutaj.

Jest dla mnie oczywiste, że mamy różne libido, a więc i zainteresowanie seksem może być odmienne. Rozumiem osoby, które mają już wnuki i zajęły się jakąś życiową pasją, dającą im o wiele więcej radości niż intymne pożycie. To zresztą nie zależy wcale od wieku, ale od indywidualnych preferencji. Nie każdy z nas musi stawiać przyjemność cielesną na pierwszym czy drugim miejscu. Wszystko jest w porządku, dopóki traktujemy seksualność normalnie i pozwalamy, by była ważna dla innych. Natomiast widzę wyraźnie, że sporo osób jest nadal osadzonych w patriarchalnym średniowieczu, w którym samo słowo „seks” budzi dreszcz obrzydzenia. W XXI wieku jest to dla mnie przejawem sporego zacofania.

Dlaczego? Zamknij oczy i wyobraź sobie, że stoisz nago na trawie, blisko rzeki lub jeziora, skąpana/skąpany w ciepłych promieniach słońca. Poczuj pod nogami miękkość ziemi i łagodność trawy. Poczuj na skórze dotyk słońca i powiew lekkiego wiatru. Poczuj, że jesteś. Kim jesteś? Częścią natury. Jesteś jednością z wiatrem, ciepłem słońca, wilgocią wody i ziemią pod stopami. Twoja seksualność jest częścią natury. Tak samo jak głód, pragnienie i wszystkie twoje zmysły.

Pogląd, że seks jest zły czy brudny ciągnie się za nami jak echo od czasów, kiedy przywódcy religijni próbowali narzucać nam wstrzemięźliwość cielesną. Co robili sami pod płaszczykiem rzekomego celibatu, mówić tutaj nie będę. Istotne jest to, że zbliżenie fizyczne nie jest niczym paskudnym, a wręcz przeciwnie: jest przede wszystkim uhonorowaniem miłości, między dwojgiem ludzi. Także w wolnych związkach jest przypieczętowaniem bliskości. Istnieją duchowe szkoły tantry, w której energia seksualna jest kierowana tak, by prowadziła do oświecenia. Jest to piękna i dobra energia. Dlatego też nawet jeśli ktoś sam ma inne priorytety i nie interesuje się cielesnością, powinien pozwolić  innym ludziom na to, by cieszyli się seksem, rozumiejąc, że to jest coś pięknego. A nie obrzydliwego.

A takie informacje do mnie docierają. O dorosłych kobietach, matkach, może babciach, które ze średniowieczną pruderią, mówią „a fe!”. Nasuwa się od razu i bez najmniejszej złośliwości myśl, że być może mają za sobą trudne doświadczenia albo wypełnia je gorycz niespełnienia. A może nieuświadomiona zazdrość, że im nie było dane? Że mąż nigdy nie umiał sprawić, by wiły się z rozkoszy, po której kobieta cały dzień uśmiecha się z rozmarzeniem sama do siebie? Tylko osoba traumatyczna i zakompleksiona może z obrzydzeniem mówić o tym, że ktoś za ścianą uprawiał seks – przecież to zwyczajna rzecz, robią to niemal wszyscy. I nie ma w uprawianiu seksu braku szacunku dla nikogo. Co ma seks wspólnego z szacunkiem?! Może w nim być miłość, tęsknota za bliskością lub zwyczajne fizyczne pożądanie. Może być też zdradą, ale to nadal nie ma nic wspólnego z szacunkiem do kogoś, kto przypadkiem takie odgłosy usłyszał, bo najpewniej winowajcy pojęcia nie mieli, że ktoś ich słyszy.

Można też wcale o tym nie mówić i udawać, że niczego się nie słyszało, by nie budzić skrępowania u innych. Ja tak właśnie robię. Pisałam już o tym – kiedy jeździłam na szkolenia, jako drugi wykładowca towarzyszył mi bardzo jurny kolega. Na każdym wyjeździe zapraszał kogoś do swojego łóżka, a w hotelu dzieliły nas cienkie ściany. Nauczyłam się wozić ze sobą stopery do uszu. Nigdy nie komentowałam jego przygód ani nie zwracałam mu uwagi. Był dorosły. Seks uprawiał z dorosłymi i nie słyszałam nigdy z jego pokoju krzyków wzywania na pomoc. Nie ukrywam, że czasem uśmiechałam się pod nosem, bo ludzie obok po prostu dobrze się bawili.

Człowiek pozytywnie myślący nie potępia nikogo za uprawianie seksu. Szczególnie jeśli sam jest w tej materii spełniony, a ja po szkoleniach wracałam do męża, który do dzisiaj jest dla mnie wspaniałym kochankiem. Kiedy mój kolega rytmicznie tłukł swoim łóżkiem o ścianę mojego pokoju, nie czułam ani złości, ani zazdrości, ani pogardy. Seks to seks i tyle. Wkładałam do uszu stopery, aby nie uczestniczyć w pornograficznej audycji i szłam spać. Myślę, że tak właśnie wygląda zarówno tolerancja, jak i prawdziwa akceptacja zjawiska seksualności.

Powtórzę raz jeszcze, że mówię tu o zgodnym współżyciu między dwiema dorosłymi osobami, a nie o gwałtach czy dewiacjach. Zdaję sobie też sprawę, że w tym obszarze, jak w każdym innym, dochodzi do rozmaitych nadużyć. Jednym z nich może być oczywiściezdrada małżeńska, ale takie zjawisko nie umniejsza wartości seksu samego w sobie. Pokazuje jedynie, że w relacjach mierzymy się z różnymi doświadczeniami.

Ciekawą rzeczą w tym temacie jest fala „metoo”, która przetoczyła się przez portale społecznościowe. Z założenia miała pokazać, że są ludzie, którzy przekraczają granice nietykalności seksualnej. Jasne, tylko ta granica nagle zaczęła się przesuwać. Czymś zupełnie innym jest dla mnie gwałt, a czymś innym to, że ktoś za mną na ulicy zagwiżdże. I chociaż bycie obiektem do gwizdania czy wołania „te lala!” niczym przyjemnym nie jest, to nie jest też zbrodnią. Ja po prostu nie zwracam na to uwagi i nie zasilam tego zjawiska niepotrzebnym robieniem dramatu z drobiazgów.

Nie utożsamiam się z tym ruchem, nie czuję go i nie popieram. Głównie dlatego, że swoją myślą tworzę swoją rzeczywistość. W moim świecie mężczyźni szanują kobiety i nie naruszają ich granic. W to wierzę i tego właśnie doświadczam. Myślę ponadto, że akcentowanie negatywnych doświadczeń może powodować ponowne przyciąganie takiego zdarzenia. Wielu duchowych nauczycieli pisze o tym w swoich publikacjach. Warto nie tylko zamieszczać wyszukane cytaty, ale także stosować w praktyce to, co się w mądrej książce wyczytało. Ruch „metoo” jest podświadomym wołaniem: „jestem ofiarą, chodź zboczeńcu i mnie puknij. Bo to mój ważny wzorzec, z którym nie chcę się rozstać.” Przepraszam za dosadność, ale to takie oczywiste, że muszę aż tupnąć nogą! Bo ile razy można tłumaczyć, na czym polega Prawo Przyciągania? Zawsze się znajdzie jakaś ofiara, która chce za wszelką cenę skupić na sobie uwagę i litość, bo się tym karmi. A inni idą za nią jak owce…

W tym klimacie pojawił się w sieci materiał młodej, ładnej kobiety, zawierający zdjęcia wszystkich obleśnych typków, którzy ją zaczepiali na ulicy. Żadna z nas tego sobie nie życzy, ale nie pomogą nam zdjęcia, jeśli nie stworzymy w sobie odpowiedniej energetyki. Jeśli mamy wysokie poczucie wartości i prawdziwy szacunek do siebie, to tacy ludzie nas po prostu nie zauważają. Wiem, sprawdziłam. Dzisiaj już jestem starszą panią, ale był czas, że za mną też leciały gwizdy i pokrzykiwania. Aby zmienił się otaczający nas świat, zmieniamy siebie i swoje wzorce.

Na koniec sparafrazowana przypowieść. Do mędrca buddyjskiego, który siedział w sali razem ze swoimi uczniami, wtargnął nieoczekiwanie jakiś człowiek i zaczął głośno proponować mu seks. Pogwizdywał, wysuwał język i wykonywał palcami jednoznaczne gesty. Rzucał w stronę mędrca obleśne propozycje, nazywał go tak, jak nazywają się intymne części ciała i nachalnie domagał się zbliżenia. Mędrzec spokojnie milczał. Kiedy znudzony prowokator machnął ręka i opuścił pomieszczenie, uczniowie jeden przez drugiego pytali nauczyciela:

– Mistrzu, dlaczego na to pozwoliłeś? Dlaczego go nie ukarałeś i nie przepędziłeś? Dlaczego go nie przekląłeś, tylko pozwoliłeś mu robić takie rzeczy?

– Jeśli ktoś przychodzi z prezentem, a ty go nie przyjmujesz, to do kogo należy prezent? – zapytał nauczyciel.

– Do darczyńcy – odpowiedzieli uczniowie.

– To samo dotyczy obelg, obrzydliwości i obleśnych propozycji – odpowiedział Mistrz. – Jeśli ich nie przyjąłem, są własnością tego, który z nimi przyszedł. Niech je sobie trzyma.

Nic nie może nas obrazić, jeśli nie dajemy na to przyzwolenia. Osoba, która rozwija się duchowo, wychodzi poza urażone ego i umie dostrzec w zaczepiającym ułomnego człowieka, który w niewybredny sposób wyraża swoje potrzeby. Jest jednak świadoma, że wszyscy jesteśmy jednym – zaczepiany i zaczepiający, molestowany i molestujący. Za każdym razem dotykamy lekcji wybranej dla nas przez duszę.

W ten oto sposób można spojrzeć na temat seksualnych zaczepek z poziomu duchowego. Jednak powtórzę, że jeśli nam się to przydarza, warto jak najszybciej podnieść poczucie wartości i mocno osadzić w sobie szacunek do siebie. To najbardziej skuteczna metoda, aby nie doświadczać więcej takiego zjawiska.

Bogusława M. Andrzejewska