Wygrana

To piękne słowo kojarzy nam się zazwyczaj bardzo pozytywnie. Najmilej usłyszeć je oczywiście w kontekście gier liczbowych, np. w opcji: „wygrałam w Lotto”. Cieszy nas to zjawisko także w rozmaitych innych grach, których pełen jest internet i nasze komórki. Przyznaję, że umiem je też docenić w sporcie, chociaż poza ulubioną siatkówką mojego męża rzadko kiedy sport mnie zajmuje. To nie moje obszary zainteresowań. Ale zakładam, że każdy lubi wygrywać.

Tymczasem słowo to ma także inny kontekst – wygrywać z kimś. Poza sportową rywalizacją, którą ostatecznie toleruję, postrzegam je zatem najczęściej… negatywnie niestety. O ile nie jest to wygrana na loterii, kiedy usłyszę o wygrywaniu, czuję bardzo złą energię. Niską energię rywalizacji, bezwartościowości, a nawet walki, ponieważ pierwsze co może skojarzyć się z tym pojęciem to wojna – co najmniej z inną osobą. I to ze wszech miar niewłaściwe, bo pozytywny jest pokój, zgoda i akceptacja, a nie walka.

Skąd bierze się potrzeba walki? Z niskiego poczucia wartości. Zakompleksieni ludzie ciągle toczą wojny i ciągle się kłócą, by udowodnić światu, że są coś warci. To logiczne, chociaż z założenia absurdalne. Wyobraźmy sobie, że wyznaję jakąś religię, a po drugiej stronie ulicy mieszka ktoś, kto wyznaje coś zupełnie innego. Jeśli mam wysokie poczucie wartości, życzę sąsiadowi dobrego dnia, a czasem nawet pytam o go o podejście do różnych spraw, by więcej wiedzieć o świecie i tym, co odmienne. O ile nie jest kanibalem, w żaden sposób mi nie zagraża. Możemy żyć w zgodzie. Możemy uśmiechać się do siebie nawzajem i to z przyjemnością. Osoba o wysokiej samoocenie lubi ludzi i lubi się do nich uśmiechać.

Jeśli jednak mam niskie poczucie wartości, to odmienne poglądy odbieram jako urąganie mi i temu co dla mnie ważne. Bo jeśli ktoś wyznaje coś innego i uważa, że jakaś inna religia jest słuszna, to… „to może moja nie jest słuszna? To może ja jestem niemądra? A co jeśli ktoś pomyśli, że się mylę i jestem głupia? To straszne! To boli! To niedopuszczalne! Najlepiej zabić i zakopać głęboko tego, co myśli inaczej. Dzięki temu nikt nie pomyśli, że ja się mogłam pomylić. Tak, trzeba usunąć tego, co obraża mnie bezczelnie swoimi odmiennymi poglądami„. Cudzysłów, jak sądzę, jest tutaj niezbędny, ponieważ to nieco żartobliwe spojrzenie. Ale odzwierciedla w uproszczeniu tok rozumowania i odczuwania osoby o niskiej samoocenie.

Religia jest tylko przykładem. To może być inny obóz polityczny albo inne podejście do wychowania dzieci, albo inny dowolny temat. Przerażające dla mnie jest to, jak często ludzie myślą w ten sposób, który zamknęłam cudzysłowem. Być może nie zabijają już dosłownie, ale obrażają się, odwracają, oczerniają. Szeptem przekazują sobie informacje o tym, jaki to zły jest ten osobnik. Często dorabiają mu rogi, których nigdy nie posiadał. A któż im udowodni, że kłamią, kiedy wymyślają naprędce, że widzieli, jak kopał psa (bił żonę, kradł bułki w sklepie – niepotrzebne skreślić). W mniejszych społecznościach skazują „odmieńca” na ostracyzm – tak przecież najbezpieczniej: napiętnować jako dziwaka i głupka. A kiedy większość odwróci się od takiej osoby, mówią sobie: wygrałem. Bo to była walka, walka o rację.

Dowartościowywanie siebie kosztem drugiego człowieka jest nagminne. Stosują to także osoby, które uważają siebie za duchowych nauczycieli, osoby wykształcone i takie, które twierdzą, że posiadają wysokie poczucie wartości. Niestety więcej ludzi uważa, że ma wysoką samoocenę, niż ma ją rzeczywiście. A test jest prosty – jak wielokrotnie pisałam. Wystarczy pokazać wybranej osobie kogoś z tej samej branży i głośno pochwalić. Wysoka samoocena to człowiek, który poczuje się zaciekawiony i zainspirowany. Być może zechce poznać „konkurencję”, by czegoś mądrego się nauczyć. Być może uzna, że nie musi się niczego uczyć, więc tylko z szacunkiem się ukłoni.

Zakompleksiona osoba spieni się ze złości i rozpocznie kampanię wojenną, aby umniejszyć tę „konkurencję”. Zaplanuje oczernianie, poniżanie, obmawianie, wyśmiewanie, a czasem nawet otwarte krytyczne ataki. Poczuje bolesne emocje, ponieważ żal, zawiść, gniew są drogowskazami, które pokazują nam kierunek pracy nad sobą. Mądry człowiek wie, że jeśli chwalenie koleżanki wywołuje poczucie przykrości (niedocenianie) lub gniew, to należy czym prędzej pracować z poczuciem wartości. Podniesienie samooceny uleczy ból i przyciągnie do nas dobre słowa, wdzięcznych klientów i satysfakcję.

Moje obserwacje wskazują, że nawet pozornie zaawansowane w rozwoju osoby wybierają popłynięcie po niskich energiach. Samoocena to potężna siła – nie przesadzam, kiedy o tym mówię. Na palcach jednaj reki mogę policzyć ludzi, którzy z ciepłym uśmiechem przyjmują chwalenie kogoś innego niż oni sami. Standardem jest emocjonalna reakcja, kwaśne skrzywienie ust i cały stos krytycznych uwag. Bo przecież nikt nie może być lepszy od nas! To niedopuszczalne! Poziom poczucia wartości wśród znanych mi nauczycieli rozwoju jest żenująco niski i niestety trudny do uzdrowienia. Bo kto ma takiej osobie powiedzieć, że powinna popracować nad sobą? Ludzie o niskim poczuciu wartości nie mają autorytetów. Aby uszanować autorytet, trzeba dopuścić do siebie myśl: on jest mądry i wie więcej niż ja. Niska samoocena prędzej udławi się własnym butem, niż uzna, że ktoś wie lepiej. Przecież ona wie wszystko. Ale nie o tym.

Chcę bardzo wyraźnie podkreślić, że to pokój jest najbardziej pożądaną manifestacją. Jest jakością serca, która prowadzi nas bardzo mocno w rozwoju wewnętrznym. To pokój, a nie walka, uczy nas wszechogarniającej miłości i dobra. To pokój wycisza nasze serca i układa równiutko emocje, które jako drogowskazy do uzdrowienia nie są zupełnie potrzebne ludziom ogarniętym cichą błogością i harmonią ze Wszystkim Co Jest. To pokój jest fundamentem raju na Ziemi, ponieważ to z niego wyrasta zdrowie, dobrobyt i zgoda. Tam gdzie ktoś dąży do wygranej nad kimś, tam nie ma duchowości i pokoju. Pokój opiera się na bezwarunkowej miłości i wyklucza rywalizację.

Kwestia wygranej zawsze wiąże się z walką o coś. Najczęściej o jakąś rację. Jakiś pogląd. Albo po prostu o własną nieomylność. Ktoś kto dąży do wygranej w takim kontekście, dąży w istocie do pognębienie kogoś innego, kto ma odmienne spojrzenie na świat. I nie zauważa nawet, że czasem meritum jest dosłownie bez znaczenia. Jak w znanym wierszyku Mickiewicza „Golono strzyżono”. Upór jest jednym z najwyraźniejszych przejawów niskiego poczucia wartości. Podobnie jak zazdrość czy zawiść o to, że ktoś coś zrobił lepiej, ładniej, ciekawiej, bardziej profesjonalnie. Czyli w gruncie rzeczy o to, że otrzymał ludzki zachwyt czy pochwałę.

Nie chcę z nikim rywalizować. Chcę się przyjaźnić i współpracować. Uważam, że ważnym elementem wznoszących się wibracji jest właśnie umiejętne współistnienie z drugim człowiekiem. Raj, czy choćby zapowiadana Złota Era, to miejsce w którym ramię w ramię pracujemy ze sobą, szanując, tolerując, akceptując i wspierając jeden drugiego. Nie może być szczęścia i dobrobytu wśród mieszkańców tej planety, dopóki ludzie będą egoistycznie dowartościowywać się kosztem innych. Dopóki z zazdrością będą walczyć, by udowodnić, że są lepsi. Prawdziwa duchowość rozumie, że nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy jesteśmy doskonali i każdy jest w najwłaściwszym dla siebie miejscu i czasie.

Nie chcę z nikim wygrywać. Nigdy. Bo kiedy wygram, to po drugiej stronie staje ktoś przegrany. Świadomość, że ktoś poczuł się gorzej, że komuś jest przykro nie jest dla mnie niczym miłym. Dlatego nie rywalizuję w żadnej dziedzinie. Wszechświat jest piękny i ogromny, tak ogromny, że znajduje się w nim miejsce dla każdego. Mogę spokojnie pisać książki, wiedząc, że na moje prace znajdzie się przestrzeń w takim samym stopniu, jak na te pisane przez setki innych pisarzy. Mogę tworzyć wiersze jak setki innych poetów. Mogę malować obrazy, jak setki innych ludzi. Mogę prowadzić szkolenia jak inni nauczyciele… Mogę wszystko, czego pragnę i co mnie cieszy. Każdy z nas może. Dla nikogo nie zabraknie miejsca ani ludzkiego zachwytu.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Przeszłość

Każdy z nas wie doskonale, że to przeszłość kształtuje nasze obecne zachowania i jakość naszych relacji. Nie trzeba być psychologiem, by wiedzieć, jak mocno dzieciństwo wpływa na postępowanie dorosłego człowieka. Nasze związki są zabarwiane doświadczeniem nabytym, kiedy dorastając patrzyliśmy na to, jak sobie radzą nasi rodzice. Nasze sukcesy w pracy zależą od poczucia własnej wartości budowanego niemal od urodzenia. Nasza wiara w siebie to także efekt słów i zachowania naszych rodziców, nauczycieli, kolegów i innych bliskich osób, które otaczały nas w młodości. Jest zatem całkiem zasadne, aby uzdrawiać traumy z przeszłości, a w ich miejsce wprowadzać nowe pozytywne wzorce. To proces niezbędny do szczęśliwego życia.

Chcę zwrócić uwagę na jeden tylko szczegół – na prawdziwe domknięcie procesu, poprzez skasowanie go w swojej podświadomości. Nie mam na myśli wyparcia, tylko maksymalne umniejszenie znaczenia. Ponieważ dopóki istnieje pamięć o określonym wzorcu, dopóty wzorzec działa, wracając nieustannie poprzez naszą świadomość.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której ktoś jest DDA, czyli Dorosłym Dzieckiem Alkoholika, które niesie w sobie koszmar trudnego dzieciństwa, rozmaite lęki i mechanizmy obronne, dzięki którym udało się przetrwać i dorosnąć. Podejmuje terapię i odpowiedzialnie uzdrawia krok po kroku wszystko, co uzdrowienia wymaga. W pewnym momencie może nawet kreować szczęśliwe życie, ale nie wszystko się udaje, ponieważ wraca po własnych śladach w niekorzystne matryce. Dzieje się tak, ponieważ ta osoba w kółko powtarza, że jest DDA. W ten sposób utrwala w swojej podświadomości określone jakości i mechanizmy, które miały zostać uzdrowione.

Myśl kreuje rzeczywistość – to podstawa zarządzania swoim życiem, a my często o tym zapominamy. Zapominamy też, że naszą realność tworzą przekonania, które w sobie nosimy. Nie wystarczy więc przelotnie rzucona afirmacja: „Jestem zdrowa, bogata i szczęśliwa”. Potrzebne jest odczuwanie tego, co wyrażamy słowami. Jeśli boli mnie głowa, to nie czuję się zdrowa. Jeśli zamartwiam się długami, to nie czuję się bogata. Jeśli czuję dzieckiem alkoholika, to niosę wszystko to, czego w czasie terapii chciałam się pozbyć. To ciągłe tkwienie w świadomości braku.

Zatem podstawą skuteczności każdego uzdrawiania jest zdecydowane wejście w przestrzeń energetyczną, która odpowiada pozytywnym efektom określonego procesu. Jeśli chcę się pozbyć niekorzystnych mechanizmów, to po ukończeniu określonej terapii, tworzę nowe ścieżki neuronowe w umyśle, które budują moją nową jakość życia. W miejsce „jestem DDA” wprowadzam „jestem szczęśliwa i spełniona” – na przykład. Może tu być oczywiście inna wersja, np. „jestem wolna od przeszłości”, „jestem niezależna i odważna”, „mam otwarte serce i w pełni ufam życiu”. Możliwości mamy wiele, ważne, by były pozytywne.

Ogromnie istotną decyzją jest, by jednoznacznie zamknąć to, co minęło i do czego wracać nie chcemy. W tym przypadku absolutnie wskazane jest, by spalić wszystkie mosty, które prowadzą nas z powrotem w ślepe uliczki przeszłości. Nie można utożsamiać się z tym, co tworzy niekorzystne połączenia i odtwarza w nas na powrót trudne wspomnienia. Podświadomość reaguje na nasze myśli i emocje, nie rozumiejąc liniowej wersji czasu. Dla podświadomości wszystko jest TU I TERAZ. Jeśli myślimy o sobie w kategoriach tego, co minęło, podświadomość traktuje to, jako coś istniejącego w obecnym momencie. Możemy ukończyć najlepsze terapie i przejść najbardziej magiczne oczyszczanie – dopóki myślimy o sobie, jak o człowieku z problemem, to problem żyje i ma się dobrze.

Pamiętajmy, że niezależnie od psychologicznych pojęć, mamy prawo myśleć w określony pozytywny sposób. Możemy zachować rozsądek i tworzyć energię w sposób korzystny dla własnego zdrowia. Jeśli ktoś uważa np., że DDA czy alkoholikiem jest się do końca życia, to trochę zamyka się na uzdrowienie. To jak przekonanie: „zawsze muszę pić” lub „zawsze muszę cierpieć”. Czym innym jest pojmowanie problemu w kategoriach: „ponieważ kiedyś byłem uzależniony, to mogę bardziej niż inni dążyć do picia”, a czym innym stwierdzenie: „jestem alkoholikiem”. Nie chodzi zatem o okłamywanie siebie, lecz tworzenie pozytywnych wibracji.

W praktyce prosperity często szukamy sposobów na zmianę wewnętrznych odczuć i przekonań, które odzwierciedlają rzeczywistość taką, jaka jest. Człowiek zadłużony, by przyciągnąć pieniądze, powinien stworzyć w sobie poczucie bogactwa. Nie jest to proste poczuć obfitość, kiedy w istocie czegoś nie posiadamy. Ale oczywiście jest możliwe i znamy na to sposoby, bez uciekania się do kłamstwa, na które nasza podświadomość nie da się nabrać.

Wracając do kwestii przeszłości, bywa i tak, że utożsamiamy się bardzo mocno z grupą terapeutyczną i powtarzanie w kółko psychologicznych nazw daje nam poczucie przynależności do innych podobnych nam „ofiar” przeszłości. Jest to troszkę pułapka. Ktoś kto był alkoholikiem lub dzieckiem alkoholika, czuje się „inny”, często „gorszy” od reszty społeczeństwa. Niepotrzebnie. Uzdrowienie to proces, który wymaga także podniesienia poczucia wartości i uświadomienia sobie, że jesteśmy zwycięzcą, a nie ofiarą. Przekuwamy minione cierpienie w dar mądrości i dojrzałości.

A przecież nie ma ludzi idealnych. Każdy niesie w sobie jakieś brzemię przeszłości. To oznacza, że nasza potrzeba izolowania się i czucia się gorszymi jest zupełnie zbędna. Każdy z nas jest dobrym sobą taki, jaki jest. Nie musimy ukrywać się w grupie nam podobnych. Możemy z podniesioną głową iść pomiędzy ludźmi, zmierzając do takiego celu, jaki nam się najbardziej podoba. Warto odciąć się od niekorzystnej przeszłości, iść do przodu, tworzyć nowe wzorce i najlepsze dla siebie ścieżki.

Bogusława M. Andrzejewska

Samostanowienie

To najważniejsza zasada i najważniejsze prawo ludzkości na Ziemi prawo samostanowienia. Równie ważne może być jedynie prawo do rozwoju wewnętrznego, co w gruncie rzeczy wzajemnie się splata. Schodzimy tutaj, aby za pomocą suwerennych decyzji określać Kim w Istocie Jesteśmy. Dokonujemy określonych wyborów i w ten sposób kształtujemy swoją energetykę i swój osobisty kod duchowy. To co wybieramy, pokazuje na jakim jesteśmy etapie i jakich jeszcze lekcji potrzebujemy do osiągnięcia doskonałości. Niektóre wybory przynoszą duszy potrzebne doświadczenia i jak pisałam kiedyś nie ma złych decyzji. Każda reprezentuje nas i jest z nami harmonijna. Jeśli ktoś obok postrzega to inaczej, to dlatego, że nasz wybór nie harmonizuje z jego energetyką.

Rozwijając siebie, wzrastając duchowo, możemy zmieniać spojrzenie na wiele rzeczy to naturalna ewolucja. Nie musimy więc być uparcie przykuci do żadnej teorii. Czytamy książki, artykuły, chodzimy na szkolenia, prowadzimy dyskusje, szukamy autorytetów i zadajemy im pytania, a wszystko po to, by zbudować swoje unikalne podejście do życia. Jednak zdecydowanie najważniejsze jest to, by nasz światopogląd był tylko nasz, byśmy w oparciu i nabytą wiedzę i doświadczenie podejmowali swoje własne decyzje, nie oglądając się na to, co zrobiłby ktoś inny.

Samostanowienie dotyczy też codzienności, nie jest więc zarezerwowane dla adeptów duchowych ścieżek. Istnieją ludzie, którzy nie czytają żadnych książek, a ich światopogląd kształtują pogaduszki z sąsiadami przy piwie. Oni także mają prawo do samostanowienia i zresztą spontanicznie z niego korzystają układając swoje sprawy. Na tym polega podążanie życiowymi ścieżkami. Każdego dnia ludzie dokonują wyborów gdzie podjąć pracę, czy wyjechać za granicę, do którego lekarza udać się na badanie, czy wyjść za mąż. Każda decyzja jest najlepsza na dany moment, ale kluczowe jest samodzielne dokonanie wyboru. Można porozmawiać, popytać, przemyśleć temat, ale samodzielność polega na tym właśnie, że w którymś momencie zapada decyzja.

Jeśli jest tylko nasza, to ma też taką zaletę, że nikogo nie obciążamy odpowiedzialnością za ewentualne konsekwencje i za to, co się zadzieje później. To nasze życie i to my powinniśmy świadomie je kształtować. Czasem ktoś próbuje zmusić inne osoby, by powiedziały, co ma zrobić. Doświadczają tego powszechnie wróżki stawiające karty. Ktoś dzwoni, płaci i wymaga, by inna osoba powiedziała, co dokładnie zrobić. Tak działa świadomość ubóstwa i potem ma pokrętną wymówkę: to ona mi kazała. Oddawanie innym władzy nad naszym życiem bywa często ogromnie wygodne, ponieważ uwalnia nas od odpowiedzialności za nasz rozwój.

Każda decyzja jest ruchem energetycznym, który uruchamia przepływ. Tworzy się pasmo wibracji, które układa pojedyncze wątki przyszłości. Są one stale w ruchu i podlegają każdej zmianie wibracji, która pojawia się w myślach człowieka. Jeśli przychodzi zwątpienie i ochota, by wycofać się z podjętej decyzji, pasma energii słabną i plączą się, aż do całkowitego rozpadu. Jeśli wytrwale podążamy wybraną drogą, pasma stają się mocniejsze, gęstnieją i zaczynają kształtować określoną rzeczywistość. Im więcej pozytywnych myśli płynie za decyzją, tym bardziej wyraźny kształt się krystalizuje. W tym kontekście łatwo pojąć, dlaczego nie istnieje nic takiego jak stuprocentowa prekognicja. W danej chwili można zobaczyć tylko częściowo ukształtowane pasma, które mogą się rozsypać wystarczy zmienić decyzję. Łatwo też zrozumieć, dlaczego i jak tworzymy swoją rzeczywistość.

Świadomość prosperująca nigdy nie przekonuje nikogo do swoich poglądów, ponieważ w ten sposób naruszyłaby prawo człowieka do własnych decyzji i do indywidualnego zabarwiania siebie określonymi emocjami. Narzucanie swojego zdania jest blokowaniem rozwoju duchowego, dlatego jak ognia należy unikać wszystkowiedzących nauczycieli, którzy rozkazują nam, co mamy robić, jak myśleć lub czego nie robić. Dobry nauczyciel duchowy pozostawia adeptowi niczym nie skrępowaną samodzielność, mówiąc: „ja doświadczyłem tego i tego to było słodkie, to gorzkie, ale wybierz sam, bo to twoje życie”.

Ogólnie rzecz biorąc na tym polega każda nauka rozwoju i każde uzdrawianie. Nauczyciel lub terapeuta pokazuje swoje sprawdzone metody po to, by podzielić się doświadczeniem. To jak dzielenie się kawałkiem razowego chleba częstujemy. Ktoś zje ze smakiem, a ktoś odmówi: „nie lubię razowca, jem tylko bułki”. Ktoś jeszcze inny powie: „lubię, ale nie jestem głodny” to nie ten czas, może innym razem będzie energetycznie gotowy. Każdy jest we właściwym miejscu i czasie. Samostanowienie to prawo do wyboru szkolenia i terapii wtedy, kiedy nam odpowiada. Niedojrzały nauczyciel to ten, który w strachu przed utratą zarobku namawia, aby spróbować wbrew temu, co czujemy. Tym bardziej nie jest godny polecenia nauczyciel, który stosuje manipulacje emocjonalne i wywiera nacisk na potencjalnego ucznia: „a czemu się boisz? a czemu uciekasz? a czemu nie chcesz się uzdrowić? Dorośnij!”.

Danie przyzwolenia człowiekowi na samostanowienie wymaga prawdziwej duchowej dojrzałości. A przede wszystkim wymaga wysokiego poczucia wartości. Jest to więc swoisty tester każdego, kto nazywa siebie nauczycielem. Wystarczy od niechcenia powiedzieć potencjalnemu mentorowi, że byliśmy na cudownym warsztacie u cudownej osoby, która jest mniej lub bardziej konkurencją owego mentora. Jeśli powie: „świetnie, cieszę się, że masz dobre doświadczenie” to osoba dojrzała duchowo, której obce są niskie emocje zazdrości i dla której ważne jest dobro ucznia. Jeśli oburzy się i skrytykuje najpierw naszą głupotę, a potem niską jakość cudzego szkolenia to zapala się tu wielkie czerwone światło i polecam brać nogi za pas czym prędzej. Jest to ważna informacja, że taki człowiek nie da nam prawa do decydowania o sobie, ponieważ w tym właśnie momencie skrytykował nasz suwerenny wybór. Ktoś kto nie daje nam prawa do samostanowienia, niczego nas nie nauczy.

Jeśli ktoś zamknie nas w pieczarze i zmusi do medytacji, to nasza medytacja nie przyniesie żadnej korzyści. Rozwój pojawia się wtedy, kiedy z własnej i nie przymuszonej woli wybieramy …. coś. Wybieramy medytację albo udział w pijackiej imprezie. To nasza wolna wola przesądza, ponieważ to decyzja jest ruchem energetycznym. Jeśli nie ma decyzji, a jest przymus nie ma rozwoju. Człowiek zmuszony do polerowania podłogi świątyni nie gromadzi żadnej zasługi. Zasługa powstaje wtedy, kiedy adept sam podejmuje decyzję i zamiast iść na plażę, klęka i myje posadzkę przed posągiem Mistrza.

Bywały oczywiście jeszcze gorsze formy zniewolenia pod fałszywą maską duchowości. Zmuszanie do pobierania jedynie słusznych nauk filozoficznych jest znane od tysiącleci. Ta najbardziej popularna forma manipulacji grupami społecznymi jest nazywana najczęściej religią lub w mniejszej skali sektą. Nauczyciel, który mówi: „tylko ja mam rację, a cała reszta to poganie, oni się mylą”, nie jest godny słuchania. Ktoś, kto nie daje nam prawa wyboru i korzystania z rozmaitych form i metod rozwoju, nie jest duchowym nauczycielem, lecz potencjalnym twórcą sekty, a w łagodnej wersji towarzystwa wzajemnej adoracji. Tylko poprzez wybieranie spomiędzy wielu opcji i tylko poprzez doświadczanie różnych metod określamy Kim W Istocie Jesteśmy. Tylko tak wzrastamy poprzez podejmowanie suwerennych decyzji. Poprzez samostanowienie.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia dobra

Dobro samo w sobie jest harmonijne, nie wymaga więc żadnego komentarza ani opisu, jednak nie każdy wie, czym jest dobro, a często nawet tworzy dla niego własne definicje. Tymczasem ta piękna jakość cudownie trzyma się złotego środka i jest dla mnie tak jednoznaczna, że wszelkie dyskusje wydaja mi się czasem zupełnie niepotrzebne. Jednak okazuje się, że to co dla mnie oczywiste, dla innych niekoniecznie. Dlatego piszę parę słów, aby każdy mógł popatrzeć na to swoimi oczami i ustalić, jak sam to widzi.

Złoty środek naszej życzliwości i troski o innych, to umiejętność okazania serca i pochylenia się nad drugim człowiekiem. To codzienne wsparcie, ale też spontanicznie rzucone dobre słowo, komplement, pochwała. Dobroć to dla mnie uśmiech, który poprawia komuś dzień i przytulenie, które podnosi energię.  Ale to także umiejętność akceptowania odmienności i pozwalanie innym, by byli szczęśliwi na swój sposób. Myślę zatem, że bycie dobrym to najczęściej powstrzymywanie się od złych słów, gestów, od krytyki i niemiłego zachowania, kiedy ktoś inny jest po prostu sobą.

Dobroć nie powinna być jednak poza asertywnością, nie jest więc poświęcaniem siebie, nadstawianiem policzka i podkładaniem się do bicia. Nie jest też dobroć ustawicznym zamartwianiem się i użalaniem nad inną osobą. Prawdziwie mądry człowiek wzmacnia innych, podaje rękę, ale nie niesie na swoich plecach. To dla mnie oczywiste.  Moi uczniowie wiedzą, że chwalę, wspieram, podpowiadam, ale nie pozwalam, by się ode mnie uzależnili w jakikolwiek sposób. Czasem nawet niektórzy są nieco rozczarowani, kiedy nie podejmuję za nich decyzji, lecz zachęcam do samodzielności. Jednak to jest właśnie złoty środek – być obok i dawać poczucie bezpieczeństwa, ale nie wyręczać nikogo.

Moja Babcia mówiła: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Ta wskazówka ładnie wpisuje się w złoty środek i pokazuje, czym jest dobroć. Nikt nie płacze, kiedy asertywnie nie poddajemy się manipulacji, ale cierpi, kiedy go najzwyczajniej w świecie skrzywdzimy. Kiedy poniżamy, ośmieszamy, dewaluujemy, aby dowartościować samych siebie. Nikt z nas nie jest w stanie zaspokoić oczekiwań wszystkich znajomych i nie po to żyjemy na świecie, by spełniać cudze zachcianki. Dobroć zatem to nie ten, który własnym kosztem zaspokaja kaprysy drugiej osoby. Dobroć to ten, który umie ugryźć się w język, jeśli wie, że jego zdanie sprawiłoby komuś przykrość. Nie ma nic gorszego niż nadmuchana prawda wygłoszona z patosem. To bardzo często okrucieństwo schowane pod korcem. Potwornie fałszywe, ponieważ usprawiedliwiane bezwzględnym: „przecież ja tylko mówię prawdę”.

Dobry człowiek nie mówi tego, co myśli, jeśli to komuś zaniży energię, ponieważ jego priorytetem jest szczęście innej osoby. Jeśli owa prawda nie jest niezbędna do wyjaśnienia ważnych okoliczności, nie powinna zostać wyartykułowana. Znam jednak ludzi, którzy wygłaszają swoje prawdy z ogromna satysfakcją, ciesząc się z tego, że komuś płyną łzy. „I cóż, niech sobie popłacze, życie to nie jest bajka” mówią, czerpiąc radość z cudzego nieszczęścia. Jest w tym też element zemsty za to, że ich życie było ciężkie. Cierpienie drugiej osoby jest dla nich wyrazem sprawiedliwości świata. Tacy ludzie nie są dobrzy i nie mają pojęcia, co to jest Dobro, nawet jeśli na co dzień odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki. To zwolennicy wyrównywania rachunków i biczowania innych. Z dumą powtarzają: „mam prawo mieć swoje zdanie i je wypowiadać”. Oczywiście. Mają prawo. Pytanie powstaje: jakim kosztem?

Po tym właśnie odróżniamy prawdziwe Dobro od tego, co zakompleksione, niskie i egocentryczne. To pierwsze zadaje sobie pytanie: czy moja racja jest tutaj ważna? Czy powinna zostać wygłoszona? Czy to co powiem przyniesie komuś coś dobrego? To pierwsze jest zazwyczaj ciche i łagodne, pełne akceptacji i pozytywnej troski. To drugie ma ludzkie uczucia tam, gdzie światło nie dochodzi i kieruje się wyłącznie potrzebą zwrócenia na siebie uwagi. To drugie jest pełne lęku przed odrzuceniem i rozpaczliwie potrzebuje aprobaty, więc wykrzykuje swoje poglądy, by chociaż na chwilę zyskać dla siebie trochę uwagi. Nikt naprawdę wrażliwy nie zachwyci się tym drugim, ale to już osobna historia.

Tym bardziej zachęcam do pracy z prosperitą i pozytywnym myśleniem, ponieważ człowiek szczęśliwy nigdy nikogo nie krzywdzi i na nikim nie bierze podświadomego odwetu za swoją trudną przeszłość. Umie tę przeszłość zapomnieć. Świadomość prosperująca szuka Światła wszędzie i sama je tworzy. Wspiera, podnosi i ociera łzy. Nie ma dla niej jakości ważniejszej od Dobra i bezwarunkowej miłości i nie kłapie buzią bez zastanowienia. Przede wszystkim jednak Świadomość Prosperująca to człowiek o wysokiej samoocenie, która pozwala schować swoje racje głęboko w sobie, jeśli ich wygłaszanie miałoby komuś zadać ból.

Wysokie poczucie wartości to ogromnie istotna jakość. Zwróćcie proszę uwagę na takie sytuacje, kiedy ktoś bezmyślnie i bezzasadnie rani drugą osobę, tylko po to, by pokazać, że sam jest lepszy, mądrzejszy, ważniejszy. Po co to robić? Jaki to ma sens? Koń jaki jest, każdy widzi, a ból zadany drugiemu człowiekowi wróci do nas zwielokrotniony, po co więc krzywdzić? Jest tylko jedna siła, która zaślepia i tworzy z normalnego człowieka kata: poczucie bycia gorszym, które tak boli, że chcemy ten ból uśmierzyć idąc po trupach. Niektórzy uważają, że to demony zwodzą ludzi z dobrej drogi, a ja uważam, że największym demonem ludzkości jest niskie poczucie wartości i rozpaczliwa potrzeba udowodnienia światu swojej wielkości i ważności. Stąd biorą się najgorsze zbrodnie. Stąd wyrastają codzienne złośliwości i ataki, którymi depczemy godność drugiej osoby.

Dobroć to pokazywanie drogi w ciemnościach, ale to także szacunek dla odmiennych poglądów i akceptacja innego zdania. Czasem to ogromnie trudna lekcja, kiedy np. nasz przyjaciel ma diametralnie odmienne poglądy polityczne. Jednak z własnego doświadczenia mogę powiedzieć – da się z tym żyć. Da się z tym pielęgnować przyjaźń, kiedy skupiamy się na tym wszystkim, za co kochamy przyjaciela, a nie na tym, co nas różni. Mam taką przyjaciółkę, która od zawsze ujmuje mnie swoją dobrocią i prowadzę z nią długie fascynujące rozmowy, w których omijamy po prostu to, co nas dzieli. Obie znamy swoje zdanie i wiemy, czego nie dotykać. Nie ma  w nas złośliwości i potrzeby udowadniania jedna drugiej, że nie ma racji. Trudne, ale możliwe. Myślę więc, że dobroć jest wtedy, kiedy ciepłe uczucia dla drugiej osoby są dla nas ważniejsze niż to, że ma „swoje dziwne” poglądy. Niech sobie ma, jeśli jest z tym szczęśliwa.

Dobroć nie wywiera nacisku i nie mówi: „kłamiesz”, jeśli to, co mówimy brzmi inaczej niż oczekujemy. Bywa tak, że chcielibyśmy, aby ktoś przyznał się do czegoś, co wyraźnie u niego widzimy. Ale on absolutnie tego nie potwierdza. Warto pamiętać, że człowiek wie o sobie najmniej. Emocje potrafią stworzyć skuteczny nieprzenikniony mur, spoza którego wielu nawet całkiem dużych jakości dostrzec nie sposób. Pewne rzeczy wypieramy. Innych po prostu nie chcemy widzieć, bo nie jesteśmy gotowi zmierzyć się ze swoim cieniem. Każdy ma do tego prawo. A mądry nauczyciel (przyjaciel, terapeuta) umie to zaakceptować i nie krytykuje takiej osoby. Dobro pozwala znaleźć wytłumaczenie, zamiast osądzania.

Dobroć to także ogromna cierpliwość i świadomość, że każdy ma swój czas i jest w najlepszym dla niego punkcie rozwoju. Zdarza się, że mój uczeń w kółko kręci się w swoim wzorcu i nie pomagają żadne tłumaczenia i zmiana metod pracy. Chociaż widzę przysłowiowe „rzucanie grochem o ścianę” – pozwalam. To jego życie. Nie ośmieliłabym się go wyśmiać, poniżyć czy skrytykować. Jest we właściwym miejscu i czasie. Jak każdy. Aby dostrzegać harmonię, trzeba samemu być harmonijnym. Czasem o tym zapominamy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Zmysły

Rozwój wewnętrzny kojarzy się zwykle z postrzeganiem pozazmysłowym. Kiedy decydujemy się na pracę nad sobą, próbujemy się odciąć od zewnętrznego świata i skupić na emocjach, medytacji, wejściu w głąb siebie. Czasem zmysłowość jest postrzegana wręcz jako coś złego, co utrudnia rozwój, ponieważ zatrzymuje nas na przyjemnościach. Tymczasem prawdziwe wzrastanie polega moim zdaniem na połączeniu wewnętrznego z zewnętrznym. Zmysły są oknami, przez które dusza łączy się z materialnym światem, by dokonywać suwerennych wyborów.

Żyjemy w świecie do cna fizycznym. Fizyczne są nasze ciała, ziemia, po której stąpamy, chleb, który jemy, kwiaty, które wąchamy i różańce, których paciorki przesuwamy w czasie modlitwy. To oznacza, że materia jest nam do czegoś potrzebna i z całą pewnością nie jest wynalazkiem ciemnej strony mocy, która chciałaby nas odciągnąć od Światła. Pisałam już o tym, że tylko poprzez fizyczność możemy rozwijać swoją duchową moc, ponieważ to ona wymaga największej siły kreacji. Wcielamy się na tej planecie, by skonfrontować się z niesłychanie opornym tworzywem, które jednak miękko poddaje się, kiedy maksymalnie podniesiemy swoje wibracje. Jak dla mnie genialne!

Najwyraźniej widać to na przykładzie zdrowia. Nasze ciała szwankują, kiedy jesteśmy w stresie, nie wybaczamy, tłumimy złość i żal. Zdrowieją natomiast, kiedy wypełniamy wszystkie komórki bezwarunkową miłością. Nasze tkanki to najczulszy kompas, który pokazuje nam, jak żyć. Nam pozostaje tylko nauczyć się mądrze zarządzać emocjami i podnosić systematycznie swoje wibracje. W teorii to bardzo proste i spójne. Ciało uczy nas wychodzenia poza emocje i uwalniania się od żalu, złości, zazdrości czy rozpaczy. Uczy nas ponadto podążania za radością i zachwytem. I to już rola zmysłów.

Wzrok to podstawowe narzędzia do odkrywania piękna. Wzruszające widoki, pejzaże, kolory, obrazy podnoszą naszą częstotliwość. Jeśli przejdziemy od poruszenia do zachwytu, zaczynamy proces uzdrawiania. Według autora „Niebiańskiej przepowiedni” osiągamy wówczas moc stwarzania światów, czynienia widzialnego niewidzialnym, zmieniania rzeczywistości. W pewien sposób każde uzdrawianie jest transformacją, jeśli zmienia chore komórki na tkankę działającą harmonijnie. Działa tu indywidualna wrażliwość, ale każdy z nas ma swoje obszary, w których odnajduje piękno. Lubię wieczorem oglądać ładne grafiki. Mam ich pełno na Pintereście. Przynoszą mi kolorowe, dobre sny i odczuwalnie podnoszą nastrój. Ktoś inny wspina się na górskie szczyty, maluje lub żegluje, aby oglądać to, co kocha najbardziej.

Jest takie miejsce na Ziemi, które wywołuje we mnie najwyższy zachwyt Thira na Santorini i widok na kalderę wtedy, kiedy słońce góruje na niebie. Promienie słoneczne wyzłacają morze, które wygląda jak płynny kruszec. Być może to moje indywidualne połączenie z Atlantydą lub wspomnienie odległych wcieleń… Jednak ten właśnie obraz wyciska mi z oczu łzy wzruszenia i zachwyca bardziej niż słynne zachody słońca na wyspie. Każdy z nas ma takie miejsce, w którym może naładować swój wewnętrzny akumulator, by potem przywołując wspomnienie podnosić swoje wibracje.

Słuch przynosi nam równie cudowne doznania. Jednym z najpiękniejszych dźwięków, który natychmiast podnosi mi energię jest śpiew ptaków. A oprócz tego mamy jeszcze szmer strumyka lub morskich fal, mruczenie kota, stukot kropli deszczu, śpiewy delfinów i wielorybów oraz setki innych głosów natury. A wreszcie to, co działa najbardziej potężnie: muzyka, która może nas uzdrawiać. Znam ludzi, którzy nie wyobrażają sobie dnia bez muzyki i stale maja włączone radio lub chodzą ze słuchawkami w uszach. To, czego słuchają wpływa na nich i na ich ciało. Spotkałam i takie dźwięki, które niszczą i szkodzą. Jednak nie specjalizuję się w tej tematyce na tyle, by Wam to opisać. Bez wątpienia są różne rodzaje muzyki. Niektóre utwory nas wyciszają, inne ożywiają, inne poprawiają humor, a jeszcze inne po prostu drażnią i denerwują.

Na szczególną uwagę zasługują misy tybetańskie oraz dzwonki wietrzne, ale poza tym istnieje mnóstwo innych bezcennych dla zdrowia i podnoszenia wibracji instrumentów. Bardzo bliskie jest mi didgeridoo – czuję je w każdej komórce ciała chociaż przyznaję nigdy nie próbowałam na tym grać, szanując zasadę Aborygenów, od których ten instrument się wywodzi. Wystarczy, że słucham. Polecam też słuchanie gry na handpanie, ale domyślam się, że nie każdemu musi się podobać.

Węch i smak kojarzy się głównie z dogadzaniem sobie jedzeniem. Jednak i w tej prostej przyjemności widzę piękną ścieżkę rozwoju. Jeśli przyjmiemy, że celem jest osiągnięcie harmonii, to pyszne potrawy uczą nas co najmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze zachwytu smakiem i zapachem, takiego zachwytu, który podnosi nam energię. Po drugie uczą nas umiarkowania, tworzenia równowagi pomiędzy zaspokojeniem głodu a obżarstwem. Dodam też, że proste codzienne przyjemności są bardzo ciekawą ścieżką, pomagającą utrzymać poziom wibracji. Post, chociaż czasem dobroczynny dla zdrowia, niekoniecznie jest korzystny dla duchowego wzrastania. Wyrzeczenie i poświęcanie się nie jest moim zdaniem niczym właściwym. Chociaż może spełnić rolę jakiegoś wybranego świadomie wyzwania.

Węch i smak mogą uczyć nas wdzięczności za to, co jemy lub za to, co możemy powąchać. Zapachy ponadto także sublimują energię. Swego czasu intensywnie zajmowałam się aromaterapią i zdumiewał mnie bardzo wpływ tej metody na nasze postrzeganie świata, emocje i nawet stan fizyczny. Zapach róży łagodzi ucisk na sercu, a lawenda uśmierza ból głowy. Jaśmin rozwija łagodność, a Ylang Ylang zachęca do erotycznego doświadczenia. Zatem zapach działa na nas o wiele mocniej niż nam się wydaje i wcale nie ogranicza się tylko do jedzenia. Aromaterapia jest wykorzystywana podczas medytacji i podróży pozazmysłowych, chociaż… z użyciem zmysłu zapachu. Niezaprzeczalnie.

Dotyk także może nam przynieść zachwyt. Lubimy czasem sprawdzić palcami miękkość tkaniny, gładkość płatka róży czy jedwabistość choćby własnych włosów. Z całą pewnością nie jestem jedyną osobą, która w ten sposób wybiera ubrania: najpierw kolory, a potem dotykanie. Lubię też dotykać innych przedmiotów. A wreszcie także ludzi przez przytulanie. Zamknięcie w ciepłym uścisku ramion to przecież uruchomienie tego właśnie zmysłu. Bardzo lubię i uważam, że popularne „misiaczki” nie są przereklamowane. Czasem mówią więcej niż słowa, aczkolwiek wiem i widzę, że nie każdy docenia tego typu rodzaj dotyku. Jesteśmy po prostu różni.

Zmysł ten jako pieszczota najważniejszy w erotyce, jest pięknym portalem do najwznioślejszych doznań. Seks może być prawdziwym misterium, jeśli połączymy go z uczuciem i uruchomimy w tym procesie wszystkie energetyczne centra. W moim doświadczeniu seks łączy wszystkie zmysły i przenosi nas na inne poziomy istnienia, jeśli pozwolimy sobie podnieść własną częstotliwość. Nie odkrywam tu niczego nowego. Hinduska tantra już dawno rozwinęła taką wiedzę. Jest wiele szkół, które pozwalają poprzez seks zbliżyć się do oświecenia. Podczas orgazmu wyzwalana jest niesamowita energia, która poprowadzona  świadomie zabarwia nas ogromną mocą. I nie zmieni tego faktu zjawisko nadużyć w tym obszarze.

Rzecz jasna są ludzie, którzy nadużywają nie tylko seksu, ale i pozostałych zmysłów, jednak każdy nadmiar i każde krzywe lustro wyrasta z ciemnej strony mocy, by coś ośmieszyć. A to nie zmienia faktu, że zmysły odgrywają ogromną rolę w naszym wewnętrznym wzrastaniu, ponieważ pozwalają nam odbierać świat i odnosić się do niego w swoim doświadczaniu.

Bogusława M. Andrzejewska

Świadomość

Często mówimy o świadomym życiu i świadomym rozwoju, chociaż nie każdy pewnie ma na ten temat takie samo wyobrażenie. Jak w wielu przypadkach, tak i tutaj mamy tyle definicji, ile zainteresowanych osób. Szukamy własnych priorytetów, zakładając możliwość pozytywnej ścieżki w dowolnej wersji, jaką wybierzemy. Z całą pewnością każda droga, którą podążamy, jest dla nas najlepsza na dany moment. A sama świadomość może kojarzyć się nam głównie z kontrolą własnego działania i uważnego podejmowania decyzji. Czasem słyszę też jakąś teorię o duchowości i ezoterycznych zainteresowaniach, skąd blisko już do reklamy weganizmu i uprawiania jogi.

A co, jeśli świadomość oznacza bycie faktycznie przebudzoną osobą? Kimś kto przestał spać i otwierając oczy wkracza w świadomą rzeczywistość? Czym przejawia się taka realność? O samym przebudzeniu piszę w innej części strony, ale w pewien sposób taka wersja interpretacyjna jest mi bardzo bliska. Mam wrażenie, że to taki sposób funkcjonowania, który zakłada wielowymiarowe postrzeganie świata i działanie zgodne z prawem przyciągania i spontaniczną mocą kreacji. Na przykład, bo przebudzenie dotyczy nie tylko rozumienia naszego wpływu na materię, ale właściwe postrzeganie energetyki we wszystkich obszarach. Być świadomym, to nie tylko wiedzieć, ale też rozumieć, co się widzi.

Świadome życie to dla mnie swoista dojrzałość. To jak spacer boso po trawie, kiedy z uwagą dotykam stopami ziemi i czuję miękkość trawy, jej chłód, drobne kamyczki i wszystkie moje myśli, wszystkie zmysły kieruję w ten dotyk, w jedność z ziemią. Czuję, jak Ziemia oddycha i jak jej energia przenika przez moje stopy do samego serca. Staję się z nią jednością, a każdy krok jest pogłębieniem oddechu. Uważność. Dla mnie świadomość to właśnie uważność.

Świadome życie jest dla mnie uważnym kontaktem zarówno z zewnętrznym, jak i wewnętrznym światem. To wnikliwa obserwacja i wyciąganie wniosków lub zanurzenie w zachwycie. To doświadczanie całą sobą po to, by wzrastać, by zmieniać się i z każdym dniem być bliżej boskości. To odsłanianie swojej prawdziwej natury krok po kroku, każdego dnia. Bez rozumienia całego procesu i bez transformacji nie ma mowy o świadomości.

Są takie nauki, które pomagają poukładać logicznie kolejne stopnie życiowego wtajemniczenia. Ale zawsze na pierwszym miejscu znajduje się w nich wysokie poczucie wartości. Bez wiary w siebie nie sposób podążać żadną pozytywną drogą, ponieważ niska samoocena wypacza wgląd, zakłamuje rzeczywistość i skłania do szukania iluzji. To miłość do samego siebie pozwala nam kochać innych, uzdrawiać, przyciągać, kreować i transformować. Poznanie siebie pomaga tworzyć szczęśliwe relacje.

Drugi poziom świadomego życia to przeglądanie się w oczach innego człowieka z pełnym rozumieniem, że wszyscy jesteśmy jednością. To nade wszystko tolerancja i pozwalanie drugiej osobie, by podążała swoją własną ścieżką. To poznawanie innych, ich widzenia świata i akceptacja odmienności. Ale i życzliwość, serdeczność, uprzejmość. To dobre gesty i taktowne zachowanie. To empatia, która pozwala nieść pomoc w mądry sposób oraz otwartość na potrzeby drugiego człowieka. To wyrażanie emocji w taki sposób, by nikogo nie ranić.

Kolejny poziom to radość, która wypełnia każdy dzień i każdą chwilę. To optymizm i pozytywne myślenie, bez którego nic przecież dobrego nie da się wykreować. To napełnianie uśmiechem wszystkiego, czego doświadczamy i dziecięcy niemalże zachwyt każdym kolorowym drobiazgiem. Zachwyt uzdrawia i podnosi nam energetykę, a cieszenie się życiem sprawia, że staje się ono coraz lepsze. Nie ma rozwoju wewnętrznego bez pozytywnego, uśmiechniętego podejścia do otaczającej nas rzeczywistości.

Materia jest przestrzenią, która uczy nas naszej prawdziwej mocy. Bez rozumienia materii niczego nie osiągniemy, dlatego właśnie zeszliśmy na Ziemię – konkretną i pełną przedmiotów, które możemy brać do ręki, dotykać, zabarwiać naszą energią i kształtować mocą umysłu. Jednym z największych wyzwań jest ciało. Szczególnie wtedy, kiedy choruje. Uzdrawianie naszych tkanek jest ogromnie istotną lekcją. Świadome życie, to takie, w którym nasze emocje oraz mentalne wzorce kształtujemy harmonijnie, aby tworzyły matrycę zdrowia dla naszego ciała.

Następny etap to poznawanie świata z pomocą zmysłów. To umiejętne wykorzystanie każdego z nich, by podnosić swoje energetyczne wibracje. Oczy zachwycają się widokami, uszy zanurzają w dźwiękach, smaki uczą wdzięczności, zapachy sublimują emocje, a wreszcie dotyk pozwala cieszyć się prawdziwie materią. Zakreślamy własne przestrzenie. Na tym etapie doceniamy też moc naszego umysłu i potęgę przyswajania wiedzy. Uczymy się i rozwijamy inteligencję.

Potem uczymy się kochać prawdziwie i głęboko. Poprzez macierzyństwo i partnerstwo dorastamy do odpowiedzialności za drugiego człowieka. Dotykamy prawdziwej miłości, chociaż jeszcze nie rozumiemy, że ma ona moc stwarzania nowych światów. Tymczasem uruchamiamy moce twórcze i rozjaśniamy świat artystyczną kreacją, która powstała na bazie zmysłowego poznania. Doceniamy harmonię i piękno.

Kolejny etap, to wyjście poza zmysły, to intuicyjny wgląd pod zamkniętymi powiekami. To droga medytującego pustelnika, który zagłębia się w sobie, by znaleźć odpowiedź, co jeszcze jest poza światem widzialnym. To poszukiwania duchowe i jedna z niebezpiecznych ścieżek wiodących na manowce uzależnień, kiedy nasze pragnienia pozostają niezaspokojone. Tu jednak rodzi się też mądrość doświadczania i wglądu.

Kolejny etap rozwoju to droga poznawania i rozumienia transformacji. To władza nad materią, która pomaga kształtować rzeczywistość według naszej potrzeby. To może być praca z Reiki i umiejętność uzdrawiania ciała z pomocą energii. To może być pomnażanie materii finansowej. To może być charyzmatyczny wpływ na innych ludzi i kierowanie ich życiem. To może być nawet olśnienie u progu oświecenia. Jest to jednak niemal koniec drogi, ponieważ na tym etapie dzieje się magia. Tylko od nas zależy, czy jest biała czy czarna.

Ostatni punkt świadomości to rozumienie, że wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno i wyjście poza wszystkie ograniczenia. To wypełnienie na wszystkich poziomach miłością bezwarunkową, która zawiera w sobie kochanie siebie, tolerancję, radość, kreowanie, wiedzę, odpowiedzialność, mądrość i transformację. Która w istocie jest tym wszystkim, jak białe światło, które skupia w sobie wszystkie kolory tęczy. Miłość wszechogarniająca do Wszystkiego Co Jest, to wyznacznik pełnej świadomości, że niczego nie potrzebujemy, bo mamy w sobie każdą jakość. Świadome życie sięga do tych jakości spontanicznie, wypełniając wszystko najwyższymi wibracjami.

Bogusława M. Andrzejewska

Prawda

Prawda jest przereklamowana. Powiela się w memach, przysłowiach, cytatach tak często, jakby miała rzeczywiście wielkie znaczenie. Być może samo słowo stało się modne dla wszelkich mówców motywacyjnych i duchowych nauczycieli, ale ludzie przez to wcale się nie zmienili. Prawdomówni robią swoje, a kłamcy jak kłamali, tak kłamią. To pewne wzorce wdrukowane w naszą podświadomość określają, na ile trzymamy się rzeczywistości, na ile fantazjujemy lub mówiąc oględnie z ową prawdą mijamy się i to szerokim łukiem. Wzorce to nie kłopot, każdy można wymienić na lepszy, bardziej korzystny. Jest sporo skutecznych metod. Trudniej jednak orzec, co jest naprawdę dobre, bo moim zdaniem żadna wersja nie jest idealną receptą na szczęście.

Nie namawiam do kłamstwa. Nikt nie lubi kłamczuchów i życie z nimi jest upiorne. Jeśli ktoś zmaga się z tego typu bliską osobą, polecam znakomity podręcznik Susan Forward „Gdy twój partner łże jak pies”.  Doskonale napisana książka pomoże zrozumieć pewne toksyczne mechanizmy i podpowie, jak postępować z kimś, dla kogo prawda jest totalną abstrakcją.

Dla mnie nie jest. Uważam jedynie, że nie zawsze powinna być wygłaszana z patosem i nie wszystko należy mówić. Zacznę od bycia taktownym człowiekiem. Jeśli moja przyjaciółka ubierze się strasznie dziwnie i wygląda jak pracownica agencji towarzyskiej w trakcie szukania klienta, to nie chcę mówić jej prawdy, czyli tego co faktycznie myślę. Szukam delikatnych słów, by dyplomatycznie zasugerować jej zmianę wyglądu. A jeśli nie zechce, to po raz kolejny nie chcę przedstawiać jej swoich wniosków. Pozostawiam ją z jej wyglądem, bo ma do niego prawo. Patrząc z boku ukrywam prawdę, czyli kłamię z premedytacją. Jednak moim zdaniem wygłoszenie prawdy nie przyniesie niczego dobrego, a jedynie zrobi komuś przykrość.

Można oczywiście pofilozofować, że to, co mi się nie podoba wcale nie musi być straszne i moje zdanie wcale obiektywną prawdą nie jest. Wychodzę jednak z założenia, że prawda jest odwzorowaniem rzeczywistości. A w tym przykładzie rzeczywistość, to moje myśli. Człowiek taktowny nigdy nie mówi wszystkiego, co mu się w myślach pojawia. Starannie dobiera słowa, ponieważ liczy się z uczuciami innych. Tak, ludzie mają uczucia, gdyby ktoś zapomniał. Zranienie kogoś w myśl szczerości jest dla mnie niedopuszczalne. Można to zrobić w imię wyższego dobra jasne, ale nie wyłącznie dla zasady: „bo ja zawsze mówię, co myślę”.  To byłby przejaw niedojrzałości i egoizmu.

Istnieje też coś takiego jak „kłamstwo dla dobra sprawy”. To już nie jest przemilczenie, lecz podanie informacji niezgodnej z rzeczywistością. Pierwszy raz poznałam tę jakość, kiedy byłam dzieckiem i moja mama poprosiła mnie, żebym odwiedzając babcię powiedziała, że już jadłam obiad. Były żniwa, babcia była zapracowana i umęczona, ale jak zwykle przywitała nas pytaniem, czy nie jesteśmy głodni. Skłamałam i wiedziałam, że postąpiłam właściwie. To doświadczenie nauczyło mnie, że nic nie jest czarne ani białe. Nauczyło mnie też, że ważny jest człowiek, a nie zasada. Ważne, by liczyć się z dobrem drugiej osoby, a prawdomówność ma służyć nam, ludziom, a nie my jej. I nie może to stać się żadnym wytłumaczeniem dla powszedniego egoistycznego kłamczucha.

Wrócę jednak do przemilczeń, ponieważ są takie tajemnice które chronią dobro. Obserwuję często, jak jedno niepotrzebne wyznanie niszczy ludzkie losy. Zazwyczaj temat jest kontrowersyjny, bo kiedy sekret wychodzi na jaw, osoby okłamywane mają pretensje i głośno krzyczą, że wolą złą prawdę od słodkiego oszustwa. To iluzja. Nadmuchana iluzja, którą wmawiamy sobie, że jesteśmy bardzo porządni i uczciwi, bo popieramy prawdę. Często decyduje ciekawość i zachłanna potrzeba, by wszystko wiedzieć, by nic nie działo się poza nami. Brak poczucia bezpieczeństwa? Lęk przed odrzuceniem i brakiem akceptacji? Lęk przed ośmieszeniem? Potrzeba kontroli?

Nie mam z tym problemu. Doświadczyłam, nie teoretyzuję. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że o wielu rzeczach wolałabym nie wiedzieć, wielu wolałabym nie widzieć. Byłabym bardziej szczęśliwa, a na pewno uniknęłabym wylanych łez. Umiem się do tego przyznać, bo moje poczucie wartości nie czuje się naruszone przez to, że ktoś, coś, poza moimi plecami… To jego problem. Kocham siebie i szanuję na tyle mocno, że to, co inni robią przeciwko mnie w tajemnicy przede mną w ogóle mnie nie obchodzi. Niech sobie robią, niech sobie gadają. Wiem, ile jestem warta, po co zatem mam słuchać cudzego negatywnego zdania, z którym na pewno się nie zgodzę? Po co mam zajmować się ludźmi, którzy mnie nie lubią?

Czasem lepiej nie wiedzieć o tym, co może dramatycznie obrócić wszystko w ruinę. Naprawdę. I pierwszy lepszy przykład, trochę z sufitu… Wyobraźmy sobie, że czyjś mąż na jakimś służbowym wyjeździe pod wpływem alkoholu prześpi się z inną kobietą. Oboje tego żałują i chcą o tym zapomnieć, konsekwencji nie ma. Mąż taki wraca skruszony do żony, milczy, ale kocha ją dwa razy bardziej i dwa razy bardziej dba o rodzinę. Szczęśliwie dożywają późnej starości oni, a następnie ich dzieci i wnuki.

A teraz inna wersja. Wiarołomny mąż po powrocie skruszony przyznaje się żonie, że zbłądził. Mądra żona pocierpi, ale zrobi wszystko, by wspólnymi siłami uratować związek. Jednak zapłaci za odkrycie tej tajemnicy wieloma nieprzespanymi nocami i hektolitrami wylanych łez. Ta mniej mądra po wielkiej awanturze wystąpi o rozwód. Znam takie panie, które ponad miłością stawiają prawo własności do drugiego człowieka, który w istocie (warto pamiętać) przedmiotem nie jest. Rozwód i pretensje działają traumatycznie nie tylko na małżonków, ale także i na dzieci, a potem na kolejne pokolenia. O ile będą, bo dzieci z rozbitych dramatycznie związków boją się zakładać swoje rodziny. Dzieci uczą się przez przykład. Awantury i dramaty rodzą kolejne awantury i dramaty. A wystarczyło zamknąć buzię i wielopokoleniowa rodzina żyłaby szczęśliwie.

Cokolwiek sobie pomyślicie Kochani Moi, moim zdaniem nic strasznego się nie stało. Zdecydowanie dla siebie wybieram pierwszą wersję, ponieważ nie osądzam ludzi. Każdy z nas jest pełen słabości, ideałów nie ma. Rozumiem też, że takie doświadczenie nie dotyka nikogo przypadkiem, zawsze jest jakaś przyczyna, daleka więc jestem od potępiania. Wiarołomni partnerzy często przyznają się do winy głównie po to, aby uwolnić się od poczucia winy. Wyrzucenie z siebie takiej sprawy przynosi ulgę, ale tylko wyznającemu błąd. Ta druga strona dostaje po głowie obuchem. A czy musi? Taka historia to nie to samo co wielki pozamałżeński romans i zrodzone z tego dzieci. Nie jest warta stresu. Gdyby mnie to spotkało nie chcę wiedzieć.

Wybieram też pierwszą wersję dlatego, że zawsze zadaję sobie pytanie: co przyniesie więcej Dobra? W podanym przykładzie odpowiedź jest jednoznaczna. I jakkolwiek kontrowersyjnie to zabrzmi, Dobro jest dla mnie zawsze ważniejsze niż prawda. Moja Babcia mawiała, że „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. I nie zamierzam w tym miejscu bronić czy usprawiedliwiać wiarołomnego męża to osobny temat. Rzecz w tym, że w takim przykładzie dramat zaczyna się od wyznania prawdy, podczas kiedy jej zachowanie dla siebie chroni przed cierpieniem.

Jest taka piękna opowieść. Do mistrza przybiegł zaaferowany człowiek i zawołał:

Mistrzu, posłuchaj mnie, koniecznie muszę ci coś powiedzieć o jednym twoim uczniu…

Mistrz wyciągnął dłoń stanowczo i przerwał mu:

Zaczekaj powiedział. Czy to, co chcesz mi powiedzieć, przyniesie coś dobrego dla mnie?

Ależ nie! Ja właśnie, chcę ci powiedzieć, czego się dowiedziałem…

Zaczekaj powtórzył mistrz. Czy to, co chcesz powiedzieć, przyniesie coś dobrego dla ciebie?

Och nie, ja przecież chcę powiedzieć coś o twoim uczniu…

Zaczekaj. Czy to przyniesie coś dobrego dla tego ucznia?

Nie, wręcz przeciwnie.

A czy to przyniesie coś dobrego dla kogoś innego?

Nie, raczej nie.

W takim razie nic nie mów. Po co? Mówmy tylko to, co niesie coś dobrego.

Uwielbiam tę opowieść, ponieważ oddaje dokładnie moje nastawienie do tego, co przekazuję. Prawda jest dla mnie tylko pustym słowem, podczas gdy Dobro i Miłość są często celem samym w sobie. Jestem przeciwna mówieniu tego, co nie niesie w sobie pozytywów, o ile nie jest to do czegoś potrzebne. W artykule Tajemnica opisuję sytuację dokładnie odwrotną, w której zatajenie prawdy doprowadziło do nieszczęścia. Bo rzecz nie w tym, by stale zatajać czy kłamać lub zawsze mówić prawdę. Rzecz w tym, by wypowiadać słowa świadomie. By zadawać sobie pytanie: co powiedziałaby miłość w tej sytuacji? Lub jak w przypowieści: czy powiedzenie prawdy przyniesie komuś dobro czy może właśnie zachowanie czegoś dla siebie ochroni przed cierpieniem? Nie ma jednej recepty na życie. Byłoby one zbyt proste. A nasz rozwój polega na tym, by każdego dnia dokonywać suwerennych wyborów, stawiając sobie za cel Dobro, a nie zasadę.

Bogusława M. Andrzejewska