Fatalne partnerki

Fatalny partner to jakby rzecz oczywista – pije, bije, znęca się, uprawia hazard i nie interesuje się domem i rodziną. Co nie zmienia faktu, że dla niektórych pań lepszy taki niż żaden. To kwestia środowiska, wychowania i oczywiście poczucia wartości. Czasem wychodzi się z założenia, że lepiej mieć kogokolwiek, niż być samej. Kłaniać będzie się tu lekcja asertywności i oczywiście samooceny. Aczkolwiek uważam, że to coraz rzadsze przypadki i kobiety uczą się coraz bardziej kochać i szanować siebie.

A fatalne partnerki? O tym zwykle się nie mówi, jakby oczywistością było, że to kobiety są te dobre i czasem krzywdzone, a paskudny może być tylko partner. Otóż nie. Czasem spotykam w swojej praktyce panie, które zupełnie nie dojrzały do jakiejkolwiek relacji. Nie mam zamiaru nikogo oceniać czy krytykować – jak zwykle pokazuję tylko zjawisko i być może uzupełniam pewną lukę w wiedzy. Ponieważ fatalne partnerki istnieją.

Pokazuje je nawet astrologia. Jeśli ktoś troszkę interesuje się tą dziedziną – Czarny Księżyc w horoskopie mężczyzny to właśnie taka kobieta. W zależności od położenia w urodzeniowej mandali: może być zupełnie niegroźna. Właściciel horoskopu może jej nigdy nie spotkać. Ale bywa i tak, że jest niejako wpisana w przeznaczenie i przyciągać go będzie jak magnes. Szczególnie wtedy, kiedy tworzy aspekty z Wenus lub Księżycem albo usadowi się w siódmym domu.

Takim typem może być opisana już przeze mnie Kobieta Utopiec. Ale może też być zupełnie inną osobą, z całkiem odmiennymi problemami. Bo to problemy osobowości czynią człowieka kimś niezdatnym do normalnej relacji. Nikt z nas nie jest ideałem. Mamy rozmaite cechy, w tym oczywiście cały zestaw tych niekorzystnych też. Z niektórymi ludźmi nam nie po drodze i nigdy nie znajdziemy z nimi wspólnego języka. Z innymi będziemy ciągle w konflikcie. Ale znajdą się i tacy, z którymi zawsze się dogadamy i połączy nas silna więź sympatii. Bo każdy człowiek ma w sobie mnóstwo dobra i miłości. Jeśli trafi na odpowiednią osobę, to manifestuje na zewnątrz wszystkie najpiękniejsze jakości.

Fatalne kobiety nie tworzą z nikim dobrych relacji. Są wyrachowane i skupione na sobie. To przede wszystkim manipulantki. To istoty, które nie umieją pokochać samych siebie, a więc nie umieją też obdarzyć innych uczuciem. Jeśli tworzą związek to dla określonych wymiernych celów. Na przykład dla pieniędzy. Wybierają zamożnych partnerów i stawiają im wygórowane żądania. Umieją tak rozegrać sytuację, że uzależniają mężczyznę od siebie i żerują na nim jak larwy. To uzależnienie jest tu elementem kluczowym, ponieważ każdy pan może czasem trafić na chciwą panią, jednak może też szybko to zauważyć i zostawić ją samej sobie. Fatalna partnerka zarzuca na mężczyznę „magiczną” sieć wpływu, spod którego człowiek nie umie się wyzwolić, pomimo że widzi wyraźnie, jak niszczący jest taki związek.

Bardzo ciekawie opisuje to Mika Waltari w swojej książce „Egipcjanin Sinuhe”. Tytułowy bohater pada ofiarą kapłanki Bogini Bastet o pięknym imieniu Nefernefernefer. Uzależniony od jej uroku pozbywa się na jej rzecz wszystkiego, co posiada. Oddaje jej nawet majątek swoich rodziców i sam w efekcie ląduje na ulicy, czy nawet w przydrożnym rowie. Jakkolwiek absurdalnie brzmi ta opowieść, z zaskoczeniem obserwuję podobne przypadki w czasach współczesnych.

Zbliżonym przykładem – chociaż nie tak malowniczym jak w czasach starożytnego Egiptu – będą tak zwane „alimenciary”. Panie, które idą z mężczyzną do łóżka wyłącznie w celu prokreacji, aby następnie wykorzystując prawa dziecka doić mężczyznę finansowo. Z reguły żyją z alimentów. Osobiście znam taką panią, która posiada czworo dzieci, każde z innego ojca i nie skalała się nigdy pracą, ponieważ alimenty i zasiłki (obecnie też 500+) wystarczają jej na całkiem przyzwoite życie. Co charakterystyczne – pani ta nigdy nie była mężatką, nigdy nie założyła rodziny. Po prostu sypiała z mężczyznami i „robiła sobie” dzieci, aby móc utrzymywać się z alimentów. W naszym kraju to prosty sposób na dostatnie życie bez jakiegokolwiek wykształcenia.

Koniecznie chcę podkreślić, że temat nie dotyczy po prostu osób, które po rozwodzie pobierają alimenty na dzieci. Nie ma niczego niewłaściwego w rozwodzie i konieczności utrzymania wspólnego dziecka. Rzecz nie w alimentach, ale w podejściu do życia. „Alimenciara” to ktoś, kto żeruje na innych, kto nie umie kochać, kto nie ma w sobie współczucia czy zrozumienia i po czubki włosów wypełniony jest egoizmem. To ktoś, dla kogo dziecko jest tylko narzędziem służącym do zdobycia pieniędzy – także od hojnego w tym zakresie państwa.

Fatalna kobieta nie musi być oczywiście „alimenciarą”. Może być żoną lub kochanką, która na wszelkie sposoby niszczy mężczyznę. Najczęściej robi to trochę podświadomie, kierując się chciwością lub niskim poczuciem wartości. Jak wspominałam wielokrotnie – niska samoocena jest bardzo groźna. Człowiek owładnięty kompleksami potrafi nawet zabić, byle tylko siebie dowartościować. Nawet jeśli fizycznie nie popełnia mordu to i tak zmierza do celu „po trupach”.

Po czym ją rozpoznać? Po szantażowaniu – zdrowiem, dzieckiem, jakimś zdobytym sekretem. Bardzo często to kochanka, która grozi ujawnieniem wiarołomstwa prawowitej żonie. Zdrowa psychicznie i dojrzała emocjonalnie kobieta nie tworzy związku z żonatym mężczyzną. Może pozwolić sobie na przygodę i niezobowiązujący seks, ale nie będzie próbowała budować swojej satysfakcji na cierpieniu drugiej osoby. Dojrzały człowiek nie krzywdzi innego i nie rozpatruje swoich decyzji w kategoriach: „chcę tego i już, należy mi się, niech tamta mi go odda”. To bardzo niskie. Pisałam już o tym, że kiedy miłość wygaśnie i zakochamy się w kimś innym, mamy prawo zakończyć jeden związek i stworzyć inny. Fatalna kobieta to ktoś, kto w tajemnicy uprawia seks z żonatym mężczyzną, nie czekając aż ten zakończy poprzedni związek. Nie usprawiedliwiam tu mężczyzn, chociaż wiem, jak bardzo są poligamiczni z natury. Pokazuję jedynie, że bywają takie kobiety, które są o wiele bardziej okrutne i wyrachowane.

Fatalną kobietę można też rozpoznać po manipulacji i wykorzystywaniu na wszelkie możliwe sposoby. Cechą charakterystyczną tego zaburzenia jest skupienie wyłącznie na sobie i podporządkowanie wszystkiego tylko swoim potrzebom. Miłe i uwodzicielskie zachowania pojawiają się wyłącznie na początku znajomości. Kiedy partner jest już zakochany, wówczas zaczynają się żądania i szantaże. Problem widać wtedy, kiedy nie sposób uwolnić się od tej toksycznej znajomości, bo jest na przykład wspólne dziecko. Mężczyzna uwikłany w taką paskudną relację martwiąc się o dobro dziecka pozwala sobą manipulować.

Oczywiście temat zwykle jest karmiczny. Jeśli taka osoba staje na drodze mężczyzny, z reguły spłaca on jakiś karmiczny dług z przeszłości, w której wykorzystał, zaniedbał i porzucił kogoś zależnego od niego. Wymaga to skomplikowanej terapii, włącznie z energetycznym oczyszczaniem linii rodowych. W praktyce pomaga często inna kobieta, na przykład żona, która cierpliwie wspiera partnera w uwolnieniu od toksycznej kochanki. Brzmi absurdalnie? Ktoś kto naprawdę kocha, potrafi wiele i jest zdecydowanie skuteczny, chociaż taka rola z całą pewnością jest ogromnie trudna. A życie jak zwykle pisze takie scenariusze, jakich sami nie umiemy sobie wyobrazić.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Sens związku

Dla niektórych z nas najważniejszą rzeczą na świecie jest miłość. Ta cudowna romantyczna miłość, która unosi nas w poetyckie przestworza i spełnia dziewczęce marzenia o księciu i księżniczce, którzy rozkochani w sobie z nieprzerwanym zachwytem patrzą sobie w oczy. Nieuchronnie przeżyją rozczarowanie, kiedy  dopadnie ich ziemska rzeczywistość, konieczność jedzenia, wnoszenia opłat za czynsz i zmywania naczyń. Ból upadku może być wprost proporcjonalny do głębi marzeń.

Są też osoby bardziej pragmatyczne, stąpające mocno nogami po gruncie. Widzą i wiedzą, że najważniejsza na świecie jest tradycyjna rodzina. Łączą się w pary po pierwsze po to, by wyprawić ogromne, huczne wesele, na którym wszystkie przyjaciółki pękną z zazdrości. Po drugie po to, by urodzić dzieci. Po trzecie, by wspólnymi siłami wybudować dom większy niż domy wszystkich sąsiadów w okolicy. Trudno dokonać tego wszystkiego z jednej pensji, więc związek wydaje się niezbędną częścią egzystencji.

A wreszcie są tacy ludzie, dla których związek jest sposobem na radosne, spełnione bycie. W ich pojęciu życie jest stworzone na dwoje i lepiej, lżej żyć w parze. Jest wtedy koło nas ktoś, z kim można dzielić się każdą radością. Kogo można obdarzać ciepłem, czułością, miłością. A czasem można też wypłakać się na jego ramieniu. Tak po prostu żyć, dzieląc się chwilą i ciesząc bliskością.

To tylko przykłady. Każdy z nas ma swoją wizję związku i swoje własne oczekiwania. Z punktu widzenia kobiety stereotypowym marzeniem jest spijanie sobie z dzióbków i wieczna miłość aż po grób. Z upływem czasu zamienia się w pragnienie przyzwoitej emerytury i świętego spokoju. U panów ewolucja marzeń przebiega nieco podobnie, lecz punktem wyjścia jest codzienne ćwiczenie Kamasutry. Najczęściej w różnych porach dnia. Z czasem zamienia się to w oczekiwanie dobrego jedzenie i święty spokój.

Chwała tym, którzy wychodząc poza stereotypy odnajdują w związku przyjaźń i bliskość. Dla których nie jest ważne „co robimy”, byle razem. Tacy ludzie mogą z czasem powiedzieć o swoim szczęśliwym pożyciu. Bo związki mogą być naprawdę dobre. To kwestia dopasowania wzajemnie swoich oczekiwań, to równowaga pomiędzy dawaniem i braniem, a wreszcie odnalezienie przyjemności w bliskości. Proste. I do zrobienia.

Moim zdaniem najtrudniej jest po prostu zobaczyć w swoim związku sens i dobro. Czasem jesteśmy zmęczeni i mamy zwyczajnie dosyć wysiłku. Kiedy po latach pojawia się znowu jakiś problem, mamy ochotę wszystko rzucić i zacząć od nowa w innym miejscu. Jakoś tak… wydaje się, że w nowym miejscu z nową osobą można jakoś lepiej, inaczej, z czystą kartą, a więc świeżutko, przyjemnie, słodko i pachnąco. Chyba każda z nas i każdy z nas tego doświadczył przynajmniej raz.

Opierając się na własnym przykładzie, wiem, ile pracy trzeba włożyć w to, aby po 30 latach nadal patrzeć na siebie z miłością. To nie przychodzi samo, nie spada z nieba, kiedy stoimy z wyciągnięta w oczekiwaniu dłonią. To coś, co tworzymy cierpliwie, rzeźbiąc swoje życie dzień po dniu. Warto zaufać sobie i swojej mocy, swojej umiejętności uzdrawiania własnego życia.

Nie tak dawno mój kochany mąż zrobił mi bezmyślnie dużą przykrość. Rozżalona powiedziałam sobie: „dość, coś trzeba z tym zrobić”. A potem weszłam w Kroniki Akaszy, by dopytać, co z tego dla mnie wynika. I pierwsze, co usłyszałam: „Twój związek jest bardzo dobry. Doceń jego piękno”. To jakby oczywiste. W wielu związkach pojawiają się przelotne problemy czy kłótnie. Wcale nie przekreślają uczuć czy wartości związku. Rzecz w tym, że czasem każdy z nas chce to usłyszeć z wysokowibracyjnego poziomu. Ja usłyszałam i to potwierdzenie z Najwyższego Źródła bardzo mi pomogło spojrzeć inaczej na całe moje życie. Dostrzegłam sens swojej pracy i wieloletniego wysiłku zmierzającego do poukładania szczęśliwie swoich uczuć.

Jestem szczęśliwa w związku. Nie dlatego, że w ogóle jestem szczęśliwa i potrafię się cieszyć każdym zielonym listkiem na drzewie. Czuję się szczęśliwa, bo czuję się kochana. Bo nasza bliskość jest miła nam obojgu. Bo mogę kochać i moje uczucie jest przyjmowane z radością i błyskiem w oku. Bo ciągle jest między nami mnóstwo ciepła i czułości. Odnaleźliśmy swój sens bycia razem dość dawno temu, pomimo że wcale nie spijamy sobie z dzióbków. Kłócimy się i godzimy. Martwimy i cieszymy. Wkurzamy nawzajem i rozkochujemy w sobie na nowo. Ot, cała dynamika życia.

Jednak zmierzam do tego, by podzielić się czymś, co usłyszałam w swoich Kronikach. Moi Mistrzowie pokazali mi, dlaczego mój związek jest dobry i cenny dla mnie. Pokazali mi, jak rzetelnym lustrem jest dla mnie mój mąż. Bo jego fascynującą jakością jest rzeczywiście stuprocentowe odzwierciedlanie wszystkich moich wzorców. To się w naszym małżeństwie dzieje książkowo. Cokolwiek pomyślę, mój mąż natychmiast to przejawia w sposób bezpośredni, nie pozostawiający cienia wątpliwości. Gdzie mogłabym znaleźć lepszego przewodnika na ścieżce rozwoju wewnętrznego?

Z poziomu duchowego najważniejszym celem każdego związku jest rozwój. Nauka samego siebie. Łączymy się w pary, by przeglądać się wzajemnie w swoich oczach i dostrzegać to, czego na co dzień nie umiemy zobaczyć. Bliskość i przekroczenie intymnych granic pozwala partnerowi (partnerce) z ogromna wnikliwością wyłapać wszystko, co wyparliśmy i schowaliśmy w najciemniejszym zakamarku podświadomości. Partner to latarnia, która rozświetla nasz cień i pozwala nam się z nim świadomie zmierzyć. Dzieci, domy, mieszkania… to rzecz dodatkowa i niekonieczna.

Docenianie związku można zacząć od zauważania tego, na ile partner nas wzmacnia, buduje, uzdrawia, pokazując to, co mamy do zrobienia. To mogą być rozmaite lęki i wątpliwości, drobne i większe spory, problemy rodzinne, trudne decyzje. Warto zobaczyć, co odkrywamy, będąc blisko tego człowieka, które jakości rozwijamy w sobie najmocniej. W tym wszystkim najpiękniejszą nauką może być właśnie kochanie. Bywa tak, że dopiero prawdziwie kochający partner uczy nas zauważania swojego piękna i doskonałości. Bywa i tak, że czuła i wrażliwa partnerka pomaga otworzyć serce na uczucie.

Lekcje bywają rozmaite, ponieważ związek w swojej dynamice dotyka codzienności, a ta utkana jest niemal ze wszystkich dostępnych doświadczeń. To właśnie w codzienności sprawdzamy siebie i rozwijamy najmocniej. Nie wybieramy wydarzeń, bo nie mamy takiej możliwości, lecz przyjmujemy to wszystko, co zaserwuje nam wszechświat. A nasze wewnętrzne wzrastanie bazuje na tym, jak reagujemy na to wszystko, co życie przynosi nam w darze. Szczególnie – jak reagujemy na to, co nie spełnia naszych oczekiwań.

W dojrzałym związku zmagamy się z trudnościami wspólnie. Nie szukamy winnych, nie obrzucamy obelgami, lecz razem wymyślamy rozwiązanie sytuacji. Jest w tym też i pewna magia, bo kiedy działamy wspólnie, to łącząc swoją energię, wzmacniamy i przyspieszamy osiągnięcie celu. Dlatego też starzy ludzie, bogaci doświadczeniem powtarzają: „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Łączenie mocy zwielokrotnia efekt.

Czasem parter (partnerka) nie wspiera, lecz staje w opozycji, ucząc nas w ten sposób wiary w siebie, samodzielności i odwagi. Bywa, że zamiast stanąć murem przy nas – kontruje i krytykuje. To lekcja poczucia własnej wartości, przyjrzenia się sobie poprzez pryzmat negatywnej oceny, która zawsze znajdzie odbicie w naszym wnętrzu. To właśnie partner wykrzyczy nam to, czego nie powie żadna inna osoba, żaden przyjaciel. Bo to partner jest najbardziej wnikliwym lustrem i największym szlifierzem naszego wewnętrznego diamentu.

Unikam tu słowa „nauczyciel”, ponieważ zwykle nie kojarzy się ono najlepiej. Bywają związki, w których nauka polega na przykład na tym, że mąż znęca się nad żoną. Uczy ją oczywiście pokochania siebie. Ale uczy ją też wiary w siebie, w swoją wewnętrzną moc, w samodzielność. Uczy ją asertywności i odwagi, by odejść od toksycznego partnera i znaleźć szczęście gdzie indziej. Dziś piszę o docenianiu tego, co jest, ale to nie oznacza, że zawsze tak właśnie należy działać. Czasem utkniemy w trującym związku i wtedy szkoda każdej godziny spędzonej na iluzji ratowania czegoś, co nie istnieje. Albo co jest dla nas zabójcze. Czasem trzeba uciekać jak najdalej. Każdy przypadek jest inny.

A czasem po prostu w całkiem przyzwoitym związku miłość wygasa i najlepsze, co można zrobić, to z kulturą podziękować sobie za wszystkie dobre chwile i odejść. Warto pamiętać, że sensem i celem związku jest nauka i rozwój. Kiedy lekcje zostaną odrobione, dusza chce iść dalej. W naszej realności przejawia się to właśnie odkochaniem i potrzebą odejścia, poszukania dla siebie innego miejsca. Czasem bywa to też odejście do kogoś innego. To nie zdrada, nie świństwo, tylko potrzeba nauki u innego nauczyciela. Nie warto próbować zatrzymywać tej osoby za wszelką cenę. Nic na siłę. Zrobienie przestrzeni w swoim życiu, przyniesie do niego Dobro i Miłość. Czasem trzeba po prostu zaufać harmonii wszechświata.

Bogusława M. Andrzejewska

O Naturze

Przekaz od Mistrzów i Nauczycieli z Kronik Akaszy dla Czytelników tej strony

Natura ofiarowuje ludziom bardzo silne doładowanie energetyczne. Tak piękna w całej swojej rozciągłości i tak bardzo kochana przez wiele osób jest w istocie czymś, co pomaga ludziom odnaleźć swoje Światło tutaj na Ziemi. Przede wszystkim poprzez miłość do natury. Przede wszystkim poprzez zachwyt. Każdy człowiek, który ma wrażliwe serce, potrafi zachwycać się taflą jeziora, zielenią lasu, szczytami gór, morskim pejzażem. To wszystko poprzez zachwyt podnosi poziom ludzkiej energetyki. Przyroda jest tutaj na Ziemi między innymi po to, by zachwycać i cieszyć zmysły. I to jest jej największa korzyść dla człowieka. Od strony duchowej przyroda uzdrawia i oczyszcza.

Potrafi uzdrawiać także fizyczne ciało, począwszy od ziół i rozmaitych roślin, poprzez inne substancje. W naturze schowane są lekarstwa na wszystkie dolegliwości, jakie istnieją na Ziemi. To prawda. Wszystko, cokolwiek powstało jako schorzenie, jako dysharmonia w ludzkim ciele ma swój lek w naturze, bo człowiek też jest częścią natury. Cokolwiek wypada z harmonii, natura tworzy natychmiast czynnik, który może go przywrócić na powrót do stanu harmonii. Na poziomie fizycznym przyroda uzdrawia.

Warto pamiętać, że dzięki naturze człowiek żyje. Dzięki zieleni produkującej tlen, może oddychać. Dzięki temu, że drzewa dają cień w upalne dni, może przetrwać. Drzewa zatrzymują także wodę w ziemi i porywiste wiatry. Służą ludziom na tysiąc innych sposobów. Roślinność i ciągle także zwierzęta stanowią pokarm dla ludzkich istot.

Jednak nadal istnieje piękny duchowy element, ponieważ natura uruchamia w człowieku miłość. Dzieje się tak wtedy, kiedy poddaje się zachwytowi i otwiera się na jej piękno. Wówczas drzewa swoją mocą uruchamiają w człowieku najpiękniejsze uczucia. One także swoją mocą porządkują pole energetyczne człowieka i pozwalają mu być w pełni zharmonizowanym. To pozwala tez człowiekowi być pełnym miłości.

Natura zatem daje człowiekowi największy dar – możliwość miłości bezwarunkowej. Jest w naturze mnóstwo takich elementów, które pozwalają kochać bezwarunkowo, za nic, za to, że po prostu są. Wystarczy spojrzeć na miłośników koni czy psów, czy kotów, którzy tak po postu kochają te zwierzęta nie oczekując niczego w zamian. Tylko tego, by pozwalały się karmić i kochać. Piękne zwierzęta, o wielkich kochających oczach, którymi patrzą na ludzi i uczą ich, że można kochać za nic.

Jest w naturze niesamowita magia. Magia, którą odkrywają nieliczni. Ci, którzy zdecydowali się żyć w zgodzie z przyrodą, którzy chodzą boso po trawie, tulą się do drzew, którzy uzdrawiają samych siebie roślinami i żyją zgodnie z rytmem natury, zgodnie z cyklami księżyca. To ludzie, którzy zespoleni całkowicie z naturą umieją korzystać z jej uzdrawiającej mocy. Ci ludzie także bardzo często otwierają siebie na poziomie duchowym na bardzo głęboki rozwój.

Nie zawsze tak jest. Nie każdy, kto żyje w zgodzie z naturą potrafi być istotą o wysokiej duchowej wrażliwości. Podobnie jak nie każdy weganin umie takim być. Czasem odstawienie mięsa powoduje u człowieka wzrost lucyferycznych jakości, które przejawiają się wywyższaniem się nad innych i pogardą w stosunku do tych, którzy nadal jeszcze jedzą mięso. Podobnie rzecz ma się z każdym innym zachowaniem, które prowadzi do poczucia bycia lepszym od innych.

Zatem jeśli ktoś żyje z dala od cywilizacji, połączony z naturą, dopóki gardzi tymi wszystkimi, którzy żyją inaczej niż on – nie rozwija się wewnętrznie. Zamknął się w swoim małym energetycznym światku i zapomniał, że prawdziwą naturą człowieka jest bezwarunkowa miłość do wszystkich istot. W tym także do drugiego człowieka. Szlachetnym jest kochać zwierzęta i chronić je przed cierpieniem, nie zjadać ich, ale to traci swoją wartość, kiedy jednocześnie nienawidzi się ludzi.

(spisała Bo Andrzejewska – czerwiec 2019)

Trwałość Reiki

Dzisiaj ważny temat trwałość inicjacji Reiki. Piszę ten artykuł, aby poinformować Was, że każda zrobiona przez mnie inicjacja na pierwszy lub drugi czy trzeci stopień jest na zawsze! Do końca życia. Bez względu na to, czy została zrobiona bezpośrednio czy na odległość. Każda osoba, która dostała ode mnie dyplom poświadczający uzyskanie pierwszego lub drugiego stopnia otrzymała tym samym dożywotnią gwarancję zainicjowania w Reiki. Reiki mamy na zawsze. Przypomnę też, że inicjuje energia, a nie ja sama z siebie. Każdy, kto próbuje Wam moim uczniom powiedzieć, że nie macie inicjacji jest ignorantem lub manipulantem, który chce od Was Waszych pieniędzy za powtórzenie szkolenia u niego (u niej). Moja jednoznaczna sugestia odejdźcie od takiego człowieka jak najdalej, albowiem nie jest uczciwy i nie służy Światłu.

Każdy normalny nauczyciel Reiki inicjuje adepta raz na całe życie. Na tym to polega i nigdy nie wymaga poprawek. Być może są jacyś nauczyciele, którzy mówią, że robią Reiki, ale nie umieją tego zrobić, nie mają uprawnień lub w ogóle robią coś innego. Być może czasem po szkoleniu u kogoś nie czujecie przepływu i macie wątpliwości.  Tak może być. Nie mogę ręczyć za innych, ale ręczę za siebie i za to, co robię. Jeśli ktoś podważa moje inicjacje, to albo jest ignorantem, albo wrogiem Światła i wszystkiego, co nazywamy Dobrem. Nie mam co do tego wątpliwości. Jestem profesjonalna. Pracuję z Reiki od niemal 30 lat. Jeśli moją praktykę podważa ktoś, kto zajmuje się Reiki od paru lat, to… sami sobie odpowiedzcie, co można o tym pomyśleć.

Kocham Reiki. Jest moją wielką pasją i towarzyszy mi każdego dnia. Dlaczego miałabym robić źle coś, co kocham? Dlaczego miałabym zrażać do siebie przyszłych uczniów przez nieprofesjonalne podejście do pracy? Moją reklamą są zadowoleni z moich usług ludzie. Dbam o moich uczniów również dlatego, że przyprowadzają do mnie kolejnych klientów. To proste. Aczkolwiek nikogo do niczego nie przekonuję. W Reiki ważne jest zaufanie i to, co czujecie.

Wiele lat temu pewien mój znajomy po drugim stopniu Reiki zrezygnował z pracy z energią. Pomimo moich protestów zdecydował, że z powodów światopoglądowych nie będzie robił Reiki. Zrobił sobie wielki rytuał z paleniem dyplomu włącznie. Odciął się na wiele sposobów od Reiki. Tak chciał i tak zrobił. Kilka lat później spotkaliśmy się na buddyjskich medytacjach. Prowadził je Oświecony Nauczyciel. „Przypadkiem” jedna z uczestniczek zapytała Nauczyciela o Reiki, a On wypowiedział się o tej metodzie w samych superlatywach, zachęcając dziewczynę do pracy z energią. Mój znajomy to usłyszał. Po namyśle powiedział mi, że w takim razie wraca do pracy z Reiki.

I to co ważne! Nie robił żadnych innych inicjacji – po prostu potarł dłonie i zaczął je przykładać. Po kilku latach przerwy energia popłynęła jakby nigdy nic. Inicjacja jest na zawsze! Na zawsze! Nigdy nie wygasa. Chociaż tylko od Was zależy, czy z niej korzystacie i jak często. Reiki będzie Wam towarzyszyć bez względu na Waszą wiedzę i wiarę.

Zdarza się, że możecie energię czuć słabiej albo mieć wrażenie, że nie płynie. Wszyscy nauczyciele wyraźnie powtarzają: nawet kiedy nic nie czujesz, pamiętaj, że Reiki płynie. Siła odczuwania zależy od wielu czynników. Po pierwsze od osoby, której przekazujemy energię. Czasem pobór jest po prostu delikatny. Po drugie od indywidualnych predyspozycji przekazującego. Każdy z nas jest inny i czuje inaczej. Tam gdzie ja poczuję silne pulsowanie, tam ktoś inny poczuje mrowienie, a jeszcze inna osoba ledwo dostrzegalne ciepło. Każdy odbiera inaczej, warto o tym pamiętać. 

Po trzecie – im częściej robimy zabiegi, tym mocniejsze i dokładniejsze nasze odczucia. Dłonie, które przykładamy są jak radar. Wskazują, co dzieje się w ciele i jak intensywny jest przepływ. To dłonie odnajdują miejsca zablokowane, ale i takie, które szczególnie potrzebują doładowania. Im więcej pracujemy z energią, tym jesteśmy w tym lepsi. Jak wszędzie – praktyka czyni Mistrza. Robiąc codziennie Reiki doszłam do takiej wprawy, że umiałam określić poziom cukru u osoby chorej na cukrzycę, wyłącznie trzymając jej stopy.

Po czwarte i chyba najważniejsze – energia płynie za myślą. Jeśli ktoś nie wierzy w Reiki, czy w jej działanie, to będzie odczuwał przepływ o wiele słabiej niż osoba zakochana w pracy z energią i pełna wiary w pozytywne efekty. Istnieje ważna zasada, aby podchodząc do zabiegu założyć, że będzie wszystko, co najlepsze dla danej osoby. Jeśli stajecie przed ciężko chorym i przychodzi Wam do głowy: „i tak mu nie pomogę, to nie ma sensu”, to odwróćcie się na pięcie i odejdźcie. Robienie zabiegu z takim myśleniem mija się z celem. To strata czasu. Brak wiary i wątpliwości blokują przepływ energii. Warto o tym pamiętać.

Podobnie jak o tym, że to energia uzdrawia. Wiara w dobroczynne działanie energii jest jak wiara w Boga – to Najwyższe Źródło uzdrawia, stawiając na drodze chorego pełnego miłości reikowca. Wiara w działanie Reiki nie ma nic wspólnego z zadufaniem. To nie ja uzdrawiam przykładając ręce. To działa Reiki. Wystarczy wierzyć w Reiki. Nie trzeba wierzyć w człowieka, jeśli nie umiemy sobie samemu zaufać.

Analogicznie rzecz ma się z pomówieniem osoby trzeciej. Jeśli pójdziecie do nieuczciwego manipulanta, a on Wam powie: „nie masz żadnej inicjacji, ja jej nie czuję”, to najgorsze co możecie zrobić – to uwierzyć i zaufać takiej osobie. Automatycznie skreślacie wszystko, czym jesteście i co osiągnęliście. Ponieważ energia płynie za myślą, oczywistym jest, że po takim stwierdzeniu Wasze dłonie będą zimne. Bo przecież już „nie macie Reiki”. Jasne jest też, że jak zrobicie u tej osoby za drobną opłatą kolejną inicjację, to nagle… energia popłynie. Wasza wiara: „teraz już mam znowu” odblokuje przepływ. Pozornie wszystko OK. W praktyce daliście się wykorzystać – nie było żadnej drugiej inicjacji, to Wasze myśli i wiara odblokowały przepływ.

Moc ludzkiego umysłu jest ogromna. Warto o tym pamiętać. Warto też mieć świadomość, że dzieje się dokładnie to, w co wierzycie i o czym myślicie. Szczególnie w obszarze subtelnych energii. To wbrew wszystkiemu potężna moc, którą można wykorzystać do uzdrawiania swojego życia. Ale też do tego, by ufać sobie, by ufać Dobru i nie dawać sobą manipulować.

Na koniec jeszcze słowo o powtarzanych inicjacjach. Nie ma w nich nic złego. Można pójść sobie do innego nauczyciela i jeszcze raz zrobić szkolenie Reiki, jeśli się chce. Powtórzenie inicjacji nikomu nie zaszkodzi – będzie pogłębionym przyjemnym zabiegiem. Jeden z moich przyjaciół był na pierwszym stopniu trzy razy u trzech różnych nauczycieli. Chciał zobaczyć, jak robią to inni, chciał też jak najwięcej się nauczyć. Trzy razy go inicjowano. Oczywiście tą prawdziwą wprowadzającą w energię inicjacją była tylko ta pierwsza, dwie pozostałe były już tylko zabiegiem.

Uważam jednak, że czymś innym jest dobrowolne skorzystanie ze szkolenia oraz z inicjacji u drugiego nauczyciela, a czym innym paskudna złośliwa manipulacja, która ma na celu nieuczciwe wydrenowanie komuś kieszeni. Nauczyciele, którzy oczerniają i krytykują innych nauczycieli budzą mój ogromny sprzeciw. Jedną z pięciu zasad ustalonych przez Mikao Usui jest „Szanuj nauczycieli i ludzi starszych”. Ktoś, kto sam narusza zasady Mikao Usui nie jest wiarygodny. Nie jest godzien nazywać siebie nauczycielem Reiki.

Do mnie też trafiają osoby, które są niezadowolone z poprzedniego szkolenia i chcą powtórzyć inicjację Reiki u mnie. Nigdy nie rozmawiamy o tamtym nauczycielu, nie pytam o nazwisko tamtego mistrza – robię swoje, jakby osoba przyszła na Reiki pierwszy raz. Nie jestem od krytykowania i potępiania. Każdy pracuje tak, jak umie. Czasem robi coś źle – to jego lekcja. Moją rolą jest jak najlepsze zainicjowanie w Reiki, a nie ocenianie kogoś innego.

Pamiętajcie proszę, że tylko mrok zaczyna od oczerniania innych i zasiewania w Was wątpliwości. Światło zawsze wspiera i wzmacnia, sprawia, że czujecie się dumni z siebie i zadowoleni z Waszych wyborów. Uruchamiajcie kompas w swoim sercu i nie dajcie się zwieść ciemnej stronie mocy. Niech Światło zawsze będzie z Wami.

 Bogusława M. Andrzejewska

 

 

Emanacja

Nauczyciele duchowi często opowiadają o oczyszczaniu. Ci mniej duchowi lubią nawet postraszyć oczyszczaniem, aby pokazać wagę i trud wewnętrznej ścieżki, co może zniechęcić tych mniej wytrwałych do różnych duchowych praktyk. Tymczasem oczyszczanie dotyka nas niezależnie od wszystkiego za każdym razem, kiedy pokonujemy kolejny energetyczny stopień. Nie trzeba kończyć kolejnego poziomu Reiki ani wchodzić w skomplikowany proces, by go doświadczyć. To prosty kawałek życia. Taki sam jak deszcz i słońce po deszczu. Po prostu się dzieje.

Po pierwszym burzliwym okresie, w którym dopadają nas trudne emocje albo nawet gorączka czy rozwolnienie, przychodzi etap asymilacji. Kończą się trudne doświadczenia, a zaczyna życie według nowego wzorca. Lubię ten czas. Czuję się wtedy jak dziecko, które poznaje świat na nowo. Postrzegam życie wielowymiarowo, wielobarwnie. Dostrzegam nieznane wcześniej kolory, a w tle wydarzeń widzę przeszłość i przyszłość. To magiczny czas, kiedy moja intuicja wydaje się być absolutnie niezawodna, a wszechświat staje się przejrzysty jak kryształ.

Wydaje mi się, że wiele osób zatrzymuje się na tym etapie, zapominając, że nie on jest celem podróży. Jest tylko wskaźnikiem, jak słupek milowy na drodze do oświecenia. Prawdziwy adept rozwoju podąża z pokorą dalej. Bo jeśli oczyszczanie nie przebiegło prawidłowo, jeśli zaplątaliśmy się w starych emocjach i zwątpieniu, wówczas postrzeganie jest przekrzywione. Stąd tyle pomyłek i błędów u ludzi, którzy uważają się za jasnowidzów.

Potem przychodzi trzeci etap – etap emanacji. Prawidłowo przepracowane oczyszczanie i spokojnie przyjęta asymilacja pozwala wzrosnąć energii serca i otworzyć mocniej czwartą czakrę. Miłość bezwarunkowa wylewa się przez ten najpiękniejszy ze wszystkich portali i wypełnia człowieka na wszystkich poziomach. Wszechświat jak lustro odpowiada miłością, pięknem, harmonią i poukładaniem. Oto cel, ten najważniejszy – pokonanie kolejnego stopnia na drodze do Światła.

Z poziomu ludzkiego największe znaczenie może mieć końcowy efekt lustra. Oczyszczanie prowadzi do manifestacji nowego wzorca w praktyce. To może być dobrobyt, nowa praca, wspaniali przyjaciele, spotkanie miłości, rozwiązanie problemów, wyzdrowienie. Zasady wszechświata działają niezawodnie. Emanacja przyciąga pomyślną zmianę w życiu. Doświadczałam i doświadczam tego setki razy. To się dzieje. To działa.

Z poziomu duchowego jednak to coś o wiele więcej. To kolejna „randka” z Najwyższym Źródłem. Tak to postrzegam, kiedy płynnie przechodzę z etapu asymilacji do emanacji. Moje wewnętrzne Światło osiąga takie ziemskie maksimum, w którym się rozpuszczam. Wszystko, cokolwiek robię, jest rozświetlone. Moje dłonie i oczy lśnią. A to, co jest w zasięgu mroku znika zupełnie z pola widzenia. To jak patrzenie na świat poprzez oczy Boga. Poprzez oczy pełne miłości bezwarunkowej do Wszystkiego Co Jest.

Emanacja. Stan urzeczywistnienia na chwilę tego, czym jest każdy z nas: Miłości i Światła. Stan, który pozwala zrozumieć, po co to wszystko robimy. Stan, który pomaga uwierzyć, że Moc mamy w sobie i zarządzamy nią każdego dnia. Stan, który przypomina nam nasz Boski rodowód. Na chwilę łapiemy w płuca wiatr oświecenia i zachłystujemy się jego miękkością. Nic już nie jest potem takie samo. Pozostaje tylko ogromna tęsknota za tym, co jest naszą prawdziwą istotą.

Paradoksalnie – ten cud bywa niemal niezauważany. Większość ludzi skupia się na pierwszej trudnej fazie oczyszczania. W zależności od rozmiaru niedogodności, ludzie narzekają lub zaciskają zęby i niecierpliwie czekają na koniec. Kiedy wreszcie nastąpi, pojawia się ogromna ulga, która przesłania wszystko inne. Moja praktyka wskazuje, że ludzie w ogóle nie zauważają podziału na trzy etapy – jest „trudne oczyszczanie” i wreszcie koniec, można w spokoju iść dalej.

Energetyczne procesy wykonuje się zwykle w określonym celu – poprawienia finansów, znalezienia partnera, uzdrowienia ciała. To jest ważne, aby zrobione ćwiczenie (zabieg) okazało się skuteczne. Efekt zaprząta niemal całkowicie uwagę człowieka, który testuje, czy już zaczął zarabiać? Czy już mniej boli? Czy wyniki są lepsze? Czy dzisiaj spotkam swoją miłość na ulicy? Zupełnie nie zauważa, że jego dłonie zaczęły lśnić mocnym blaskiem.

Jeszcze inna grupa osób – jak wspomniałam – fascynuje się wyostrzoną częściowo intuicją i zmienioną percepcją, która wydaje się nadawać niemal boskie cechy. Zaplątani w iluzję „wszystkowidzenia i wszystkowiedzenia” także nie zauważają tego, co najważniejsze. Jedni potrzebują tej iluzorycznej mocy, by napełnić sobie jak najszybciej konto. Inni – spełniają swoje marzenie o wielkości. Marzenie wyrosłe na górze kompleksów i braku wiary w siebie. Jak wspaniale jest dla nich spojrzeć z góry na innych i poczuć się „wielkim magiem” lub „jasnowidzącą uzdrowicielką”.

Pilne przestrzeganie zasad rozwoju chroni przed takimi błędami. Doskonałym przykładem jest mój ulubiony buddyzm, w którym bardzo wyraźnie powtarza się, że wszystkie „magiczne” zdolności to tylko potwierdzenia na ścieżce. Co drugi lama z łatwością unosi się w powietrzu, zatrzymuje deszcz, teleportuje przedmioty, a nawet znika z oczu rozmodlonych mnichów. I cóż z tego? Każdy z nich wie, że nie to jest celem wewnętrznej wędrówki. Celem jest najpierw emanacja – przedsionek oświecenia, a potem oświecenie samo w sobie.

Warto wspomnieć, że z definicji emanacja może być niezależna od rozwoju i etapów oczyszczania. To swoiste promieniowanie tym, czym jesteśmy. Jak kwiat wydziela zapach, tak człowiek emanuje sobą. Takim prawdziwym bez żadnych masek i nakładek. W pewien sposób jest to coś harmonijnego z nami, część nas, której w żaden sposób nie można zmienić, przekłamać, czy ukryć. I podobnie jak róża schowana głęboko do kieszeni będzie pachnieć na cały pokój, tak i człowiek będzie emanował sobą, bez względu na wszystkie próby ukrycia tego, kim jest w istocie.

Można emanować mrokiem, nie tylko Światłem. Można emanować agresją, niechęcią, lękiem i bólem. To, co jest w nas najsilniejsze, tym promieniujemy. I znowu porównanie do zapachu będzie tu trafne. Nie tylko kwiat wydziela charakterystyczną woń, wydziela ją także kupka nawozu lub paląca się opona. Wszechświat jest klarowny i czytelny. Wyraźnie pokazuje, co jest czym. I przechytrzył człowieka, który emanuje sobą niezależnie od tego, ile flakonów perfum wyleje na siebie. Emanacja jest obnażeniem prawdy. Na to nikt nie ma wpływu.

Przypomnę w tym miejscu, że każdy jest we właściwym dla siebie punkcie czasoprzestrzeni. Nie ma ludzi złych i dobrych, jednak są tacy, z którymi nam nie po drodze. Być może ktoś, kto oszukuje, kradnie czy znęca się nad słabszymi nadaje na innej częstotliwości niż ja. Ale łatwo go rozpoznać po tym, czym promieniuje. Tak też wybieramy sobie przyjaciół i nauczycieli. Trzeba tylko wyjść poza zamęt umysłu i poczuć na poziomie serca, czy to, czym dana osoba emanuje jest spójne z nami. Jesteśmy różni. Dlatego nasze wybory są rozmaite.

To jednak tylko dygresja, ponieważ najważniejszym zjawiskiem jest dla mnie ta właśnie emanacja – o której pisałam na początku artykułu – będąca trzecim etapem procesu oczyszczania. Warto zwrócić na nią uwagę i poczuć ją mocno w sobie. Nie przegapić tej boskiej chwili zjednoczenia z Najwyższym Źródłem. To ważne i piękne doświadczenie. Powtarza się ono raz po raz w kolejnych stopniach pracy nad sobą i za każdym razem wznosi nas mocniej i wyżej. Pozwala nam dotknąć Wszystkiego Co Jest poprzez uruchomienie bezwarunkowej miłości.

Z duchowego poziomu celem i sensem całego procesu jest właśnie stanie się Prawdziwym Sobą. Boską Pełną Miłości Istotą. Taka jest nasza prawdziwa natura. Dane jest nam tego doświadczać i dotykać. Nie musimy wierzyć „w ciemno”, nie musimy kupować kota w worku. Możemy poczuć Kim W Istocie Jesteśmy po to, by wiedzieć, dokąd zdążamy. Życie ma głęboki sens. Nie jest turlaniem się na oślep po pachnącej trawie. Nie jest też patrzeniem z górskiego szczytu na to, co migocze w dolinie. Jest lśnieniem. Coraz mocniejszym. Każdego dnia z nową siłą wydobywaną z głębi serca. Jest kruszeniem murów i ścian, które blokują dostęp do własnej Mocy. Jest emanacją tym, Czym W Istocie jesteśmy.

Bogusława M. Andrzejewska

O Podtrzymywaniu Piękna

Przekaz od Mistrzów i Nauczycieli z Kronik Akaszy dla Czytelników tej strony

W życiu jest mnóstwo dobrych rzeczy. Życie jest piękne, tylko trzeba nauczyć się zauważać dobro i piękno. Bolesne emocje są silniejsze, zwracają naszą uwagę, a ból dotykając zostawia energetyczny ślad na dłuższą chwilę. I to jest tak, że ból wydaje się być trwały. Trudne emocje też są bólem. Kiedy dotkną ludzkiego serca ten ślad ciągnie się i ciągnie. Trudno jest się od tego oderwać. Dlatego, kiedy wydarzy się coś przykrego, ludzie myślą o tym godzinami, dniami, a nawet tygodniami.

Natomiast kiedy dotykacie zachwytu, to on trwa tylko tyle czasu, ile jesteście w tym zachwycie. Oglądacie na przykład piękny zachód słońca i dopóki patrzycie na ten zachód jesteście w tym uczuciu, w tym pięknie, jesteście dostrojeni do dobra i do piękna. Natomiast jak tylko słonce zajdzie i odwrócicie oczy w inną stronę, to zajmujecie się czymś innym. Czasem przez chwilę pozostaje w was wysoki poziom energetyczny i jeśli nic złego się nie wydarzy, to ta wibracja kołysze was do snu.

Ale potem to już nie ma znaczenia. Wchodzicie w wir życia i zapominacie o pięknie. I to jest właśnie charakterystyczne. Dlatego tak trudno ludziom na Ziemi myśleć pozytywnie i zauważać dobro. Dobra wcale nie jest na Ziemi mniej niż zła – mówiąc w dualnym uproszczeniu, bo z punktu duchowego nic nie jest dobre ani złe, ale z punktu ludzkiego jest. A zatem dobra nie jest nawet więcej – widzimy to wyraźnie, że jest go dużo więcej – ale ono zatrzymuje waszą uwagę tylko na chwilę. Podczas kiedy trudności i zmartwienia zostają w waszej energetyce bardzo długo. I tu jest istotna przyczyna tego, dlaczego ludzie znając od dawna zasady Prawa Przyciągania nie radzą sobie z jego praktycznym wykorzystaniem.

Są sposoby, żeby to zmienić. Jednym z tych sposobów jest podtrzymywanie piękna. Robią to ludzie, którzy świadomie sięgają po piękno i zanurzają się w nim. Np. ktoś, kto obejrzał piękny zachód słońca i siada, aby napisać o tym wiersz albo staje przy sztalugach, by go namalować. Podobnie jak fotograf, który robi zdjęcia tego zachodu słońca i przegląda je potem z zachwytem. Również pisarz, który tworzy powieść, zawierając w niej opis tego zjawiska. Wszystkie artystyczne działania podtrzymują piękno. Każdy artysta, który skupia się na dobrej stronie świata z ogromną wrażliwością, podtrzymuje piękno.

Tu warto podkreślić, że dotyczy to tylko tych, którzy zauważają i wybierają dobre strony świata, ponieważ są też artyści, którzy skupiają się na cierpieniu. To oczywiście też ma sens i jest potrzebne, nie próbujemy tego krytykować, ale podkreślamy, że to nie spełnia tej roli, o której tutaj mówimy. A zatem pisarz, który pisze rozpaczliwy dramat wypełniony okrucieństwem, bólem i cierpieniem, czy malarz, który przerzuca na płótno swoje nie uzdrowione rany emocjonalne, to są artyści, którzy nie podtrzymują wibracji piękna. Nie podnoszą energii na Ziemi. Ich rola jest zupełnie inna.

Podtrzymywanie piękna jest ważnym zadaniem, ponieważ im więcej piękna wprowadzamy do siebie, tym lepsze jest nasze życie. Najlepszy efekt osiągacie wtedy, kiedy po obejrzeniu zachodu słońca nie tylko napiszecie o tym powieść, namalujecie obraz, czy opowiecie o tym komuś, ale będziecie nieść ten obraz w sercu. Będziecie śpiewać, cieszyć się i na nowo go odradzać, odnawiać. Zachód słońca jest tu oczywiście tylko przykładem. W istocie otacza was mnóstwo pięknych i dobrych rzeczy. Warto je podkreślać, wzmacniać, warto o nich mówić. Zamiast rozmawiać w kółko o tym, co złego wydarzyło się gdzieś na świecie albo o jakichś politycznych decyzjach, które wam się nie podobają i was drażnią i denerwują, lepiej rozmawiać z kimś o tym, co dobrego się wydarzyło. O tym, że ktoś został uzdrowiony. O tym jaką piękną książkę przeczytaliście. O tym, jakie macie marzenia albo o tym które marzenia udało się wam spełnić.

To, co piękne warto zasilać i warto o tym mówić jak najczęściej, warto to ciągle powtarzać i wzmacniać. Trzeba to robić świadomie właśnie dlatego, że wasza konstrukcja psychiczna jest ustawiana na wzmacnianie negatywności, a nie tego, co pozytywne.

(spisała Bo Andrzejewska – czerwiec 2019)

Migdałowo

Zdarzyło się w moim życiu całkiem niedawno, że bardzo silnie owładnęły mną trudne emocje. Poszło o jakiś drobiazg, o jakieś zignorowanie czegoś, o co bardzo prosiłam. Wypełnił mnie żal zupełnie nieadekwatny do sytuacji, bo niemal się rozpłakałam. Co istotne rzecz nie była warta łez ani nawet stresu. Piszę o tym, bo wielokrotnie zachęcam na tej stronie do zdroworozsądkowego wyjścia poza emocje, zatem ja też świadomie przywoływałam słowo „dystans” i „przecież to bez znaczenia”. Dół w jaki wpadłam, pochłonął mnie  kretesem na parę godzin. Pomogła mi niezawodna energia Reiki oraz odmawianie mantr.

To, co najbardziej nas w takim zdarzeniu zadziwia, to absurdalność naszych emocji. Jeśli doskonale wiemy, dlaczego coś się wydarza, a czasem nawet widzimy z pozycji rozsądku, że nic złego się nie stało, to jak mamy przyjąć ów dziwny stan? Skąd on i po co? I dlaczego nie poddaje się logice? Setki razy rozmawiałam z zapłakanymi osobami, które na wszystkie moje spokojne argumenty odpowiadały: „tak, wiem, oczywiście to prawda, ale nie mogę przestać płakać”. Albo: „Rozumiem go i wiem, o co chodzi, ale … serce i tak boli i jest mi tak strasznie przykro”.

Myślę, że doświadczył tego każdy z nas. Bywa, że wcale nie chcemy czuć tego, co czujemy i najchętniej wyrwalibyśmy z siebie takie emocje. Nie potrzebujemy ich i nie widzimy w nich sensu. Tym bardziej, kiedy rozsądek zaprzecza emocjom. Bo oczywiście bywa i tak, że czujemy oburzenie lub złość czy żal, a na poziomie umysłu nie ma żadnego argumentu, który by mógł te uczucia załagodzić. Wtedy cały proces jest bardziej oczywisty. Najtrudniej jednak jest wtedy, kiedy mamy poczucie utracenia władzy nad sobą, bo wiemy doskonale, że nic wielkiego się nie stało, a łzy ciekną po twarzy, gardło się zaciska i toniemy w poczuciu bezradności.

Wyjaśnienie podają tutaj badania naukowe, które dowodzą, że za nieopanowane emocje odpowiada tzw. „ciało migdałowate”, część układu limbicznego w kształcie migdała stąd nazwa i tytuł artykułu. Kiedy przejmuje ono władzę nad nami, wówczas żadne racjonalne przesłanki nie mają na nas wpływu. To właśnie dlatego można zapłakanej czy rozwścieczonej osobie tłumaczyć cierpliwie godzinami bezsens jej zachowania, a ona  w ogóle na to może nie reagować. Podobny proces zachodzi w nas samych. Odczuwamy złość lub rozpacz, tłumaczymy sobie, że nie ma do tego powodu, a emocje w ogóle nie słabną, jak były tak są.

Ciało migdałowate zapobiega aktywności racjonalnej części mózgu, co oznacza, że logiczne myślenie jest w pewien sposób zablokowane. Nie mamy dostępu do własnego rozsądku. To atawizm, pochodzący z czasów, kiedy musieliśmy szybko reagować na zagrożenie. Jak wiadomo w momencie zauważenia niebezpieczeństwa najważniejsze jest szybkie wydzielenie adrenaliny, która dodaje nam szybkości i siły do ucieczki lub walki. Nie ma tam miejsca na zastanawianie się nad strategią. I chociaż dzisiaj rzadko kiedy znajdujemy się w tak skrajnej sytuacji, to pojawiający się lęk czy złość uruchamia ten sam proces. Wyłącza się kora mózgowa, która odpowiada za zdrowy rozsądek. Nasze ciało natomiast wypełnia się kortyzolem i stan stresu przejmuje nas we władanie na co najmniej cztery godziny. A potem przez długi czas źle się czujemy, ponieważ hormony stresu krążą w nas, zabierając nam radość życia.

Skutecznym sposobem jest uruchomienie logiki, czyli zajęcie się czymś, co przenosi energię z układu limbicznego do kory mózgowej i pomaga jej odzyskać władzę. To powinno wymagać wysiłku umysłowego jak szarada, aczkolwiek specjaliści twierdzą, że pomaga nawet proste liczenie. Ja w takich sytuacjach zwykle odmawiam mantry i potwierdzam, że jeśli zacznę je odmawiać chwilę po tym, jak emocja się pojawia – uspokajam się bardzo szybko i mój rozsądek nie gaśnie. Wówczas ciało limbiczne w ogóle nie przejmuje władzy nade mną.

Inną dobrą i też polecaną przeze mnie opcją jest głębokie oddychanie. Pisałam już, że oddech przeponowy odcina od emocji. Tutaj można dodać, że wyłącza ciało limbiczne i oddaje władzę z powrotem do kory. Specjaliści potwierdzają, że skupienie na oddechu pomaga połączyć się z chwila obecną, włącza układ parasympatyczny i wyłącza układ emocjonalny. I w ten sposób – niezależnie od tego, czy analizujemy temat od strony energetycznej czy biologicznej – dochodzimy do tych samych wniosków.

Wzorzec odpowiedzialny za cierpienie bywa czasem oczywisty, ale to nie ma najmniejszego znaczenia na ten moment, bowiem mówimy tu o tym, jak sobie szybko i skutecznie pomóc, a nie dlaczego coś się dzieje. Świadomość wzorców i próba ich ogarnięcia na tym etapie mija się z celem. Jeśli odkryjemy, że za doświadczeniem stoi brak wiary w siebie, czy też jakiś kompleks, to w stanie żalu i tak nic z tym nie zrobimy. Trzeba podnieść energię i dopiero wtedy możemy pracować z afirmacją, programem, kodowaniem czy czymkolwiek innym. Bywa, że energia spada nam na kilka dni. Im dłużej jesteśmy w stresie, tym dłużej trwa wychodzenie z dołka.

Osobom, które od dawna pracują nad sobą jest w takiej chwili zwykle o wiele trudniej niż innym, ponieważ pierwsze, co się pojawia, to bunt i gniew: „ale jak to? Przecież uzdrawiam to już 10 lat!”. Albo rozczarowanie: „Daję sobie tyle miłości i uwagi, jak mogę przyciągać takie lekceważenie od wszechświata?!”. W efekcie grozi nam zwątpienie w zasadę lustra i w ogóle w sens pracy nad sobą. Bardzo przed tym przestrzegam. Nie można się nakręcać, trzeba za wszelką cenę zapalić sobie wielkie czerwone światło i powiedzieć: „STOP!”.

Zatem pierwsze, na co chcę zwrócić tutaj uwagę, to zatrzymanie rozżalonych czy rozgniewanych myśli, które rozpędzone jak stado bawołów tratują wszystko po drodze. Dajmy sobie prawo do cierpienia, które się pojawiło i przyjmijmy, że nawet tuż przed oświeceniem może pojawić się taka emocjonalna lekcja. To jest w porządku. Czas na analizę i zrozumienie, dlaczego nas to dotyka, przyjdzie później, kiedy się uspokoimy. Dla jednych będzie to nowy wzorzec, dla innych domknięcie starego w większości przepracowanego tematu. A może być jeszcze coś całkiem innego, na co sami nigdy byśmy nie wpadli.

Druga ważna rzecz przy takim doświadczeniu, to wybranie skutecznego sposobu zatrzymanie stada rozpędzonych bawołów. Warto go sobie wypracować i wyjąć z rękawa, jak tylko dopadnie nas emocjonalna tragedia. I tutaj zalecam przede wszystkim takie metody, które przenoszą uwagę na poziom umysłu. Często powtarzam, że w sytuacji emocjonalnego dołka należy zająć się czymś mocno absorbującym mózg, ale zupełnie nie połączonym z krytyczną sprawą, np. rozwiązywaniem zadań matematycznych czy wypełnianiem kratek Sudoku. To zawsze działa.

W moim przypadku błędem było rozważanie teoretyczne samego problemu. Założyłam, że mam wystarczającą wiedzę, by uspokoić się z poziomu racjonalnego umysłu. Długi czas poświęciłam na tłumaczenie samej sobie, że przecież nikt mi nie zrobił krzywdy, że to nie było wymierzone we mnie, więc problem nie istnieje, jest wydumany. Wewnętrzny głos kłapał mi nad uchem: „to twoje lustro, ha!” i złośliwie drwił: „I gdzie jest twoje poczucie wartości, no gdzie?!”. Miałam też świadomość, że znam tyle skutecznych metod, więc zaraz sobie poradzę. Poradziłam oczywiście, ale mogłam to zrobić dużo wcześniej. Zamiast skupiać się na problemie i go zasilać, mogłam po prostu od razu odmawiać swoje mantry albo… właśnie, zająć się rozwiązywaniem krzyżówki czy matematycznego zadania.

To, co przeżywają niemal wszyscy wrażliwi ludzie w takim stanie, to niechęć do jakiegokolwiek działania. Jedyne, czego pragniemy, to zakopać się pod kołdrę i szlochać do świtu. To też nieco biologiczne, ponieważ spadek energii niesie ze sobą osłabienie, a z kolei płacz uruchamia wydzielanie prolaktyny hormonu, który przynosi ulgę. Chcemy ją poczuć, więc chcemy sobie poszlochać. Podejrzewam oczywiście, że mężczyźni zamiast kołderki i szlochania wybierają szybkie upicie się czymś wysokoprocentowym, aby jak najszybciej zapomnieć.

Tak czy owak warto zmusić się do wysiłku umysłowego, ponieważ to jest najlepsze wyjście z sytuacji. Również na poziomie biologicznym zostaje zatrzymane wydzielanie kortyzolu i dość szybko poczujemy się lepiej. Zasada zresztą jest taka: im dłużej tkwimy we władzy ciała migdałowatego, tym silniejszy stres i tym gorsze, cięższe skutki z chorobą włącznie. Im szybciej uwolnimy się od niepotrzebnych emocji, tym mniej obciążone będzie ciało – na wszystkich poziomach.

Przypomnę też, że emocje nazywane negatywnymi są tak nazywane celowo, choć oczywiście umownie. Wszystkie emocje warto przyjąć i zaakceptować, z niczym nie walczymy. Wszystkie coś wnoszą do naszego życia te negatywne pokazują nasze wzorce i lekcje do odrobienia. Ale na tym kończy się słodka teoria. Negatywne emocje niosą negatywne następstwa dlatego tak właśnie się nazywają. Należy je minimalizować. Można sobie pozwolić na chwilę płaczu czy potupanie ze złości, ale poza tym warto jak najszybciej znaleźć sposób, by się od nich uwolnić.

Bogusława M. Andrzejewska