Wybór

Podstawową zasadą naszego rozwoju tu na Ziemi jest samostanowienie. Gdyby istniało jakieś przeznaczenie, jakiś przymus  to nie byłoby w ogóle mowy o rozwoju. Bo jakież to wzrastanie, kiedy robimy to, co musimy? Tylko nasze własne decyzje, które podejmujemy kilkanaście i kilkadziesiąt razy razy w ciągu dnia stanowią o tym, co rozumiemy, co czujemy, Kim W Istocie Jesteśmy. I to jest najwyższa szkoła życia dokonywanie właściwych wyborów.

Z jednej strony  nie ma złych decyzji, więc każdy wybór jest właściwy. Ale z drugiej są takie, które prowadza nas do szczęścia, wzrastania, błogości i takie, które pokazują, jak wiele jeszcze przed nami do nauki. Czasem te rozróżnienia są niejasne, trudne do uchwycenia, bo nie każda decyzja wydaje się być brzemienna w jakieś skutki. Niektóre tematy wydają się być błahe, tymczasem dla energii nie ma tematów ważnych i mniej ważnych. Każda decyzja jest ruchem energetycznym. Nawet taka, jakie buty założyć do sukienki albo czy obejrzeć film. I chyba na tych prostych decyzjach najczęściej się potykamy, bo nie wydają nam się ważne. A są.

Do codziennych drobnych pozornie decyzji należą takie na przykład, jak to, czy posprzątam i nastawię pranie, czy też pooglądam wysokowibracyjne Karty Aniołów i zadam im jakieś pytanie. Nie mówię tu o sytuacji skrajnej, kiedy przewracam się o rozsypane wszędzie śmieci. W przeciętnym domu odłożenie sprzątania o kilka godzin czy jeden dzień jest niewidoczne. To szczypta kurzu więcej. Ale jak zwykle zachęcam do znalezienia złotego środka, bo moje doświadczenie pokazuje, że można nastawić pranie, ogarnąć dom i znaleźć czas namedytację czy duchową praktykę. Setki ludzi tak właśnie układa swój dzień.

Poruszam ten temat, ponieważ zadziwia mnie, kiedy zachęcam klientkę do poświęcenia 20-30 minut na coś pozytywnego, co podniesie wibracje, a ta osoba mówi mi, że nie ma czasu, bo musi zrobić zakupy, ogarnąć dom, poprasować… i takie tam codzienne czynności, które wykonuje każdy z nas. Mogę to zrozumieć w przypadku matki małych dzieci, która nie ma czasu, by spokojnie wypić herbatę. Albo w sytuacji permanentnej opieki nad obłożnie chorą osobą. To skrajne sytuacje. Ale inaczej  odrzucanie czegoś, co podnosi energię na rzecz sprzątania czy prasowania jest błędem. To właśnie wybór, który prowadzi w niewłaściwą stronę.

Jeśli naprawdę chcemy być szczęśliwi, powinniśmy działać w harmonii z wszechświatem i wybierać jak najwięcej rzeczy, które sycą nas pięknem, miłością i radością. Jeśli obok tego są jakieś przykre, szare obowiązki  trudno, niech będą, ale na marginesie życia, a nie w jego centrum. Standardowo możemy spokojnie mieć czas na jedno i drugie. Nie trzeba codziennie stać przy kuchni, można gotować raz na dwa dni. Nie trzeba codziennie sprzątać, można utrzymywać porządek, odkładając od razu rzeczy na swoje miejsce i wycierając starannie buty z błota. Można! To tylko kwestia wyboru.

Jednak należy najpierw zrozumieć, że nie zeszliśmy na Ziemię, by gotować, prać i sprzątać lub wykonywać inne szare obowiązki. Zeszliśmy po to, by robić coś, co kochamy. Rozpoznajemy to po tym, że wyrastają nam skrzydła u ramion, a energia rośnie. To ładuje nasz wewnętrzny akumulator  podwójnie. Po pierwsze akumulator emocjonalny, który naładowany sprawia, że jesteśmy ludźmi pogodnymi i zadowolonymi z życia, że odczuwamy sens istnienia i szczęście. Jeśli akumulator się wyczerpie, a my będziemy kręcić się w ponurych obowiązkach, jak trybik w maszynie, to prędzej czy później poczujemy się wypaleni. Poczujemy się nieszczęśliwi. A w końcu zapadniemy w  depresję.

Uważam, że depresja jest wynikiem braku szczęśliwych i radosnych doświadczeń i dokucza tym osobom, które nigdy nie robiły nic dla siebie i swojego zadowolenia. Które nigdy nie napełniały radością swoich akumulatorów. Które żyły dla innych, starając się komuś dogodzić i w którymś momencie szaro bura pustka objawiła się w całej okazałości, wychodząc w ciele paskudnym schorzeniem. Jak wiadomo to niebezpieczna choroba, która nie leczona grozi śmiercią. A przecież wystarczy systematycznie dbać o napełnianie siebie radością, miłością izachwytem, a taki stan nigdy nam nie zagrozi. Wiem. Doświadczam. Jestem szczęśliwa.

Po drugie  te wszystkie pozytywne emocje, które tu wymieniam, napełniają też nasz zbiornik duchowy. Chociaż rozwijamy się wewnętrznie poprzez trudy codziennego życia, to owo wzrastanie powinno być wspierane także praktyką, ćwiczeniami, medytacją. Dla prawdziwego duchowego rozwoju należy codziennie starać się podnosić energię. A co nam podnosi energię? Oczywiście śmiech dziecka, spacer po sosnowym lesie, pływanie, ale też oglądanie pięknych grafik, słuchanie odpowiedniej muzyki, czytanie wysokoenergetycznej książki czy strony, medytacja, duchowa praktyka. Na to nie może zabraknąć czasu. Żadne sprzątanie czy prasowanie nie jest od tego ważniejsze.

Czasem myślę, że problemem są wzorce wyniesione z domu rodzinnego, w którym rządziła żelazna zasada: „najpierw obowiązek, potem przyjemność”, wzmocniona koniecznością robienia wszystkiego „na wysoki połysk”. Bo  jak wspomniałam wcześniej  nie chodzi o to, by nie sprzątać, nie zmywać, siedzieć na kupce brudu i przeglądać Karty Aniołów. Chodzi o to, by znaleźć przestrzeń na wprowadzenie wysokiej energii do swojego życia. Kłopot ze znalezieniem czasu na duchową praktykę, czy jakąś dowolną przyjemność, która poprawi nastrój, mają osoby nadobowiązkowe, które robią tysiące przetworów na zimę i pastują sto razy podłogi, które i tak są czyste. Jak myślicie, co jest biletem do oświecenia: wypastowana podłoga czy medytacja nad miłością bezwarunkową?

Nie ma nic złego w wypastowanej podłodze i setkach słoików z kompotami, jednak pod warunkiem, że nie są to rzeczy wykonywane po to, by zasłużyć na miłość domowników lub partnera. W mojej praktyce nie spotkałam się z takim przypadkiem. Każda znana mi „idealna” pani domu, u której można jeść z podłogi, a piwnice pękają w szwach od przetworów, to osoba, która szczególnym wysiłkiem i staraniem chce pokazać, że jest godna i zasługuje na to, by oddychać. A przecież wystarczy być, by zasługiwać na miłość, szczęście i to, co najlepsze.

Na wszelki wypadek dodam też, że nie jest dla mnie żadnym argumentem pucowanie do połysku podłóg i robienia tysięcy słoików „dla dobra dzieci”. Każde dziecko bardziej ucieszy się ze spaceru z mamą, z gry w planszówkę albo z długiej rozmowy przy herbatce, kiedy jest starsze. To, czego dzieci najbardziej pragną, to naszego czasu i uwagi, a nie wypasionych obiadków i lśniących podłóg. Warto o tym pamiętać. To też moment dokonywania wyboru, czy umęczyć się przy kuchni lub w łazience, czy też być wypoczętą i z uśmiechem poczytać wspólnie bajki.

Na koniec tematu podpowiem też, że najpiękniejszym wyborem jest współpraca z dzieckiem. Wspólne robienie obiadu, a nie podtykanie pod nos gotowych przysmaczków, uczy pracowitości, odpowiedzialności, dzielenia się obowiązkami. Uczy pomagania, a nie wyręczania. Takie dziecko, kiedy dorośnie będzie umiało wszystko zrobić, będzie mądre i samodzielne. Ale będzie też umiało docenić potrzebę odpoczywania i wspólnego cieszenia się życiem. Bywa często, że uczymy wygodnictwa, poprzez podawanie wszystkiego pod nos. To wcale młodym osobom nie pomaga w życiu. 

Setki słoików i pastowanie podłogi to tylko pewna metafora. Być może robimy coś zupełnie innego, co odczuwamy jako obowiązek i powinność. Jeśli to presja dyktowana znanym dobrze „bo tak wypada”,  „bo tak trzeba”, „bo co ludzie powiedzą”, to niech się zapali czerwone światło. Przyjrzyjmy się wówczas takim wyborom i zadajmy sobie pytanie, czy to co robimy, sprawia nam radość i satysfakcję? Czy nadaje sens naszemu życiu? Czy też robimy coś, bo boimy się oceny innych i krzywego spojrzenia znudzonej sąsiadki. Żyjemy tutaj dla siebie, a nie dla innych. Zawsze o tym pamiętajmy.

Podsumowując, rzecz w tym, by znaleźć czas na to, co kochamy robić i co wywołuje na naszej twarzy radosny uśmiech. Warto mieć zawsze choć trochę przestrzeni na odczuwanie zachwytu i jak najczęściej doświadczać piękna. Ważne są te wszystkie działania, które robimy dla siebie, dla własnego szczęścia i spełnienia. To nas wznosi, rozwija i uzdrawia. To nas też chroni przed depresją, poczuciem wypalenia i utratą sensu życia. Dokonujmy mądrych wyborów.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Kryształowe mandale

Układanie mandal z kamieni jest równie stare i powszechne, jak same kamienie. Odkąd na Ziemi istnieje człowiek i odkąd znalazł kolorowe kamyki – układa je, nawet dla czystej przyjemności zaspokojenia potrzeby piękna. Kryształy są szczególnie cudowne, a światło w nich migoczące sprawia, że z zachwytu zapominamy oddychać. Ja tak mam. Z ogromną radością podziwiam zatem różnorodne układanki, których pełny jest internet.

Moje koleżanki układają kamienie łącząc je z piórami, muszlami, owocami, płatkami kwiatów i listkami. Natura przepięknie współpracuje z nami, podsuwając inne bajecznie barwne cuda, dzięki którym możemy tworzyć kolorowe wzory. Układanie mandal wycisza, rozwija twórczość, pomaga odnaleźć w sobie harmonię. Jest swoistą medytacją, a przecież każda medytacja uzdrawia nas na swój sposób.

Jednak w układaniu kryształów możemy odnaleźć coś więcej, niż w układaniu kolorowych kwiatuszków. Każdy kontakt z minerałami jest wejściem w wysokowibracyjną przestrzeń, która pomaga nam dotknąć innego wymiaru. Śmiem zatem twierdzić, że układanie kamieni szlachetnych to bardzo energetyczny proces, który pozwala nam na uzdrowienie. Wystarczy wyciszenie i poddanie się fali kolorów i Światła, która zaczyna wypełniać naszą przestrzeń.

Katarzyna Bratumiła Barczyńska wspomina w jednej ze swoich książek o kryształach, że intuicyjne układanie kamieni jest porządkowaniem naszego pola energetycznego. Zgadzam się z tym, ponieważ w moim odczuciu proces taki jest zbliżony w działaniu do malowania z ciszy lub pracy z metodami kwantowymi. Kiedy wchodzimy w Pole Serca, łączymy się z Najwyższym Źródłem i sięgamy do idealnej, pełnej harmonii matrycy. Dlatego właśnie Dwupunkt porządkuje pewne problemy, dlatego malowanie uzdrawia, dlatego medytacja przynosi doskonałe rozwiązanie. W naszej rzeczywistości istnieje mnóstwo portali do wymiaru, w którym istnieje idealna harmonia. Są one po to, abyśmy uświadomili sobie, że w każdej chwili można przywrócić porządek w naszym zabałaganionym emocjami świecie.

Kryształy swoją silną wibracją pomagają nam wejść w przestrzeń Wszystkiego Co Jest. Jeśli pozwalam się im prowadzić, one „same się układają”, tworząc wzór idealny na ten moment. Doświadczyłam tego wielokrotnie, kiedy w dysharmonii zwracałam się do nich po pomoc. Samo układanie mnie wyciszało, ale wibracja kryształów porządkowała też energię wokół mnie. To wyczuwalne dla każdego, kto pracuje z energią i umie ją rozpoznać. Jest to niesłychanie prosta metoda uzdrawiania i harmonizowania przestrzeni w nas i wokół nas. Jeśli pozwolimy się prowadzić wysokim wibracjom kryształów, możemy odnaleźć prawdziwą uzdrawiającą magię. To jak zawsze zależy od nas, ponieważ to my decydujemy za czym podążamy: za egotycznymi pragnieniami, czy za tym, co wyłania się z ciszy.

Oprócz energii samego kamienia, działa tutaj też moc kolorów. Kolory to Światło i świadoma praca z kryształami to też interpretacja Języka Światła, możliwego do odczytania wyłącznie na poziomie serca. Podobnie jak w uzdrawiających metodach malowania, tak i przy układaniu kamieni uruchamia fale świetlistych barw, które są bardzo mocno odbierane przez naszą podświadomość. Mandala z przejrzystych kwarców obdarza nas klarownością i mądrością, z różowych  – otwiera nas na radość i zachwyt, z fioletowych – wzmacnia intuicję i pozwala się bardziej wyciszyć. Niebieskie kamienie pobudzają kreatywność, szmaragdowe relaksują, a cytrynowe pomagają osadzić się w tu i teraz. Ciemne, dymne i całkiem czarne kamienie ugruntowują nas i ułatwiają zmierzenie się z cieniem wewnątrz nas. To tylko kilka ogólnych przykładów. Możliwości układów jest o wiele więcej, kolorów również.

Jednym z piękniejszych doświadczeń jest medytacja wewnątrz mandali z kamieni. Wbrew nazwie nie musi to być koło, może to być kształt owalny, nieregularny. Można siedzieć lub leżeć w okręgu czy jaju stworzonym z kryształów. Silna sieć wysokich wibracji otula nas wówczas charakterystyczną poświatą, zgodną najczęściej z częstotliwością kamieni. Trudno opisać to uczucie, warto go samemu doświadczyć. Ale jest to bardzo mocne zasilanie energetyczne, które przenosi nas w inne wymiary. Skoro samo patrzenie na kryształ powoduje, że wyraźnie odczuwamy bycie częścią wszechświata, to cóż dopiero, kiedy otacza nas ze wszystkich stron pulsujący Światłem kokon potężnej krystalicznej energii…

Koło mojego łóżka, w odległości metra znajduje się przeszklona witryna, w której poukładałam większość moich kryształów. Niemal każdej nocy czuję ich energetyczną obecność. Często mi się śnią lub rozsnuwają wokół mnie tęczowe poświaty. W ten sposób zaczęły mi opowiadać o Kryształowych Komnatach. Ich aura jest tak ogromna, że ląduję w niej z całym łóżkiem, a ciasny peerelowski metraż mojego mieszkanka stał się w tym względzie wielkim moim sprzymierzeńcem.

Oczywiście niejedną noc spędziłam też otoczona kamieniami ze wszystkich stron. zwykle wybieram tylko kilka kamieni i nie układam całej ogromnej mandali. Od strony głowy kładę ametyst lub kwarc górski, a potem już zależnie od tego, co mi w danej chwili najbardziej jest potrzebne. Czasem są to fluoryty, czasem różowe kwarce, czasem labradoryty lub obsydian. Kamienie same prowadza i przywołują, podpowiadając, że to właśnie one w tej konkretnej chwili mogą pomóc mi wprowadzić harmonię, której najbardziej potrzebuję. Polecam. Otoczenie całego miejsca snu taką krystaliczną siecią to magiczne doświadczenie.

Bogusława M. Andrzejewska

Kryształowe czaszki

Kryształowe czaszki pochodzą ze złotej epoki Atlantydy. Cały ten mistyczny kontynent był zasilany zaawansowaną technologią krystaliczną, która wykraczała daleko poza nasze obecne naukowe zrozumienie. Ogromne kryształy i piramidy wykorzystywały moc Słońca i gwiazd, wlewając potężną siłę do miedzianych matryc, aby zapewnić nam czystą energię i nieograniczone zasoby. Były to praktyczne i ekologiczne sposoby, o których dzisiaj nawet nam się nie śni. Ale każda „stara dusza” zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że obecna rabunkowa gospodarka zasobów i zanieczyszczenie środowiska wskazują na niewłaściwe źródła pozyskiwania energii. W jakiś sposób pamiętamy, że można było inaczej.

W świątyni Posejdona znajdował się potężny kryształ, który możemy wyobrazić sobie jako mega komputer, zasilający całą wyspę oraz zawierający w sobie całą zgromadzoną wiedzę. Był on oczywiście połączony z innymi  kryształami w świątyniach, a te z kryształami w domach, w których mieszkali ludzie. Ta krystaliczna sieć zdawała świetnie egzamin, zapewniając ludziom wszystko, czego potrzebowali do szczęśliwego życia i rozwoju.

W każdej z 12 świątyń znajdowała się kryształowa czaszka, którą opiekował się wyznaczony do tego Najwyższy Kapłan lub Kapłanka. Były one zbiornikami ponadczasowej wiedzy, z której w tamtym czasie korzystano. Wszystkie czaszki tworzyły sieć krystaliczną, łącząc się z nadrzędną ametystową czaszką, która podobno gromadziła w sobie wiedzę oraz historię z 260 000 lat.

Jak wiemy, Atlantyda zatonęła, kiedy zakończyła się nadzorowana przez Radę Intergalaktyczną kolejna próba zachowania integralności kontynentu. Uczestnicy eksperymentu popełnili pewne poważne błędy, dlatego została podjęta taka właśnie decyzja. I podobnie jak w historii o Noe  nie wszyscy zatonęli. Ci, którzy zdali egzamin z rozwoju, w tym Najwyżsi Kapłani  zdążyli ewakuować się na inne lądy, dając początek rozmaitym megalitycznym cywilizacjom. Szczątki ich wiedzy są widoczne w archeologicznych znaleziskach.

Ostatnia zanurzyła się w falach oceanu świątynia Posejdona, w której znajdowała się słynna ametystowa czaszka, gromadząca wiedzę z setek tysięcy lat. Według przekazów owa czaszka została teleportowana do eterycznego schronienia w szóstej częstotliwości. Jest oczywiste, że na trzecim poziomie wibracji nie bylibyśmy w stanie skorzystać z zawartej w niej wiedzy. Jednak Ziemia ostatnio mocno podniosła swoją częstotliwość, a razem z nią duża ilość ludzi budzi się do ponownego połączenia z Najwyższym Źródłem. Dzięki temu otwierają się kosmiczne portale i uzyskujemy dostęp do coraz większej ilości pięknej energii.

Badacze kryształów, którzy sublimują swoje energie i pracują z Wniebowstąpionymi Mistrzami, podają nam obecnie informacje o tym, że owa magiczna ametystowa czaszka nadal działa i przekazuje nam część swoich wibracji. Te wibracje mają służyć oczywiście do duchowego rozwoju, ochrony planety i budowania kolejnej Złotej Ery. I to rzeczywiście się dzieje. Kiedy odkryto, że pojawiło się działanie ametystowej czaszki, to w tym czasie wibracja Ziemi gwałtownie wzrosła. Moc Atlantydzkiej czaszki trudno więc przecenić.

Informacje te są dla nas ważne nie tylko dlatego, że są piękną legendą. Otóż warto wiedzieć, że kryształy potrafią łączyć się ze sobą energetycznie, co oznacza, że świadoma praca z kwarcem górskim lub ametystem może połączyć nas z siecią głównych dwunastu czaszek, które nadal istnieją, chociaż dotąd nie zostały odnalezione. Mając ametysty, a jeszcze lepiej ametystowe czaszki, możemy próbować nawiązać łączność z atlantydzkim zbiornikiem wiedzy. I to może być niesłychanie inspirujące doświadczenie, na które już się ogromnie cieszę. Stare dusze z łatwością wchodzą w tego typu wibracje, ponieważ  jak wspominałam wielokrotnie  to osoby, które w innych wcieleniach żyły na Atlantydzie i korzystały na co dzień z kryształowych czaszek, tak jak my dzisiaj korzystamy ze smartfonów. W pewien sposób tęsknię więc za powrotem do Atlantydy, która niesamowicie porusza moje serce.

Kryształowa czaszka jest świadomym narzędziem. Wyrzeźbiona z odpowiednią intencją i z miłością, może stanowić wspaniałe połączenie ze spuścizną Atlantydy, ułatwiając nam poprzez medytację dostęp do mistycznego zbiornika wiedzy. Dlatego też jest ich coraz więcej  różnej wielkości i koloru. Ludzie rzeźbią je z rozmaitych kamieni  agatów, fluorytów, kwarców. Niektóre są piękne, inne krzywe i nieudolnie oddane. Myślę, że im bardziej podobne do oryginału, tym mocniejsze jej połączenie z atlantydzką siecią. Jednak podpowiem zdecydowanie, że sieć krystaliczna najlepiej pracuje z kryształami. Dlatego też agaty i inne piękne kamienie nie spełnią tutaj swojej roli. Czaszka powinna być zdecydowanie kryształowa – z kwarcu górskiego lub ametystu.

Oprócz form medytacyjnych warto wykorzystać czaszki w układach na siatkach. Czaszka jako kształt jest bardzo silna i tworzy mocny układ energetyczny z pozostałymi kryształami. Możemy mieć dzięki niej niezwykle silny przenośny akumulator, który wzmocni energetycznie biuro, mieszkanie czy każde inne ważne dla nas miejsce. Szczególnie dobrze sprawdza się w tzw. miejscach mocy. Przeprowadzone doświadczenia wykazały, że czaszki potęgują tam swoje działanie. Warto je wypróbować i doświadczyć tych niesamowitych wibracji.

Bogusława M. Andrzejewska

Kryształowa Prosperita

Prosperita obejmuje wiele dziedzin naszego życia. Skupiając się na interpretacji Prawa Przyciągania, dotyka naszych relacji, pracy, finansów, spełnienia, zdrowia i wielu innych tematów. Najczęściej jednak jest kojarzona ze standardowym dobrobytem, zatem tu w tym rozdziale będzie o przyciąganiu pieniędzy w połączeniu z minerałami. O działaniu kamieni szlachetnych na uzdrawianie relacji i emocji można przeczytać tutaj. A o zdrowiu tutaj.

Aby cieszyć się bogactwem, warto myśleć pozytywnie, rozwijać wdzięczność i pilnować wysokiego poczucia wartości. Zwykle trzeba też pracowicie odkryć i uzdrowić wszystkie wzorce związane ze świadomością ubóstwa. Czasem to mogą być negatywne myśli o pieniądzach i zamożnych ludziach, a czasem lęk przed biedą lub poczucie, że się na nic dobrego nie zasługuje. Jesteśmy różni, mamy różne pochodzenie, obracamy się w rozmaitych  środowiskach – to wszystko ma wpływ na kształtowanie się naszego podejścia do bogactwa. Z całą pewnością ukształtowanie odpowiednich wzorców myślowych wymaga od nas nieco starań i pracy.

Kryształy niczego za nas nie załatwią, ale swoją wysoką wibracją mogą nas skutecznie wspierać w tym, czego pragniemy. Energia kamieni wzmacnia energię naszych myśli, co w epoce rozwoju wiedzy o fizyce kwantowej nie jest wcale niezwykłą informacją. Dlatego właśnie ludzie wierzą w talizmany i lubią nosić przy sobie kamienie. Warto zwrócić uwagę na prosty fakt, że gdyby to była tylko zwykła bajka, to przez setki lat ludzie przestaliby coś takiego robić. Musi być zatem sporo praktycznych potwierdzeń, skoro nadal wybieramy sobie określone minerały, oczekując, że zadzieje się magia. Oczywiście owa magia to dla mnie wzmocnienie naszych myśli, które – jak wszyscy doskonale wiemy – kreują rzeczywistość. Minerały spełniają tu rolę turbodoładowania.

To oczywiście najprostsze wyjaśnienie, aczkolwiek wierzę również w to, że kryształy łączą nas z innymi wymiarami, dzięki temu otwieramy się na ponadczasowa wiedzę i rozwijamy wewnętrznie. Noszenie przy sobie wysokowibracyjnego akumulatora może działać prawdziwe cuda i powodować przyspieszenie w przepracowaniu określonych lekcji. Medytacja z kamieniami ułożonymi na ciele, czy dookoła niego albo aktywowanie siatek kryształowych to niesamowite energetyczne doświadczenie, które otwiera naszą świadomość na wiedzę z innych obszarów istnienia.

W finansach najbardziej pomocny bywa cytryn – piękny kwarc o żółtym zabarwieniu, który od wieków pomagał ludziom w przyciąganiu pieniędzy. Jego złota barwa wypełnia naszą aurę i tym samy na zasadzie harmonii może przyciągać do nas złoto lub to, co posiada częstotliwość złota. Moim zdaniem jednak o wiele skuteczniej działa dla nas taka zdolność cytrynu, która polega na odkrywaniu źródła finansowych problemów. Kwarc ten pomaga z jasnością umysłu spojrzeć na finansowe blokady i ograniczenia, łącząc nas z takim poziomem wibracji, w którym nareszcie je dostrzegamy. Myślę też, że tak pięknie działa ten prawdziwy kryształ, który nabierał mocy leżąc przez całe epoki w głębi skał, a nie ten zrobiony naprędce przez podgrzanie ametystu. Jednak nie będę się upierać, ponieważ ametyst jest niesamowicie mocnym kryształem, więc nawet po zmianie koloru nadal będzie silnie wibrował. Aczkolwiek jego wibracje prowadzą nas w zupełnie innym kierunku niż pieniądze.

Bardzo podobnie do cytrynu działa kalcyt miodowy. Tutaj również znajdziemy wsparcie w odkrywaniu blokad finansowych oraz klarowność oglądu całej sytuacji. Kalcyt daje nam bardzo sprawny intelekt, może więc także wpływać pozytywnie na biznes wszelkiego rodzaju, pomagać w negocjacjach i reklamie. Jak większość żółtych kamieni przynosi radość, czyli otwiera takie poziomy wibracji, w których zaczynamy myśleć pozytywnie, zwiększając szanse, by Prawo Przyciągania spełniło nasze marzenia.

W podobnym obszarze działa karneol. Rzadko kiedy jest uznawany za kamień sukcesu czy pieniędzy, ale mocno podnosi nastrój, uczy optymizmu i sprawia, że zaczynamy myśleć we właściwy sposób. Prosperita pokazuje, że nie wystarczy rozumieć na intelektualnym poziomie, jakie posunięcia są finansowo opłacalne. Trzeba jeszcze być optymistą i każdego dnia tworzyć dobre zdarzenia roześmianymi myślami. Oto przestrzeń dla takiego kamienia jak karneol.

W żółtym paśmie kolorów mieści się też Tygrysie Oko – kolejny minerał uważany za talizman sukcesu i bogactwa. Tradycja uznaje go za szczególnie szczęśliwy kamień, który przynosi powodzenie w obszarze biznesu i zarabiania. Działa poprzez otwierania nas na optymizm, radość i pozytywne spojrzenie na świat oraz wspieranie jasności myślenia. Dodatkowo uczy wytrwałości, rozwijając silną wolę i łącząc mocno z żywiołem Ziemi.

Zielone kamienie także sprzyjają przyciąganiu bogactwa. Z finansami od wieków wiązany jest oliwin (peridot). Ten piękny kamień przynosi nam pozytywną energię i pozytywne myśli. Stąd jak wiadomo – prosta droga, by mieć to, czego się pragnie. Oliwin sprzyja obfitości zarówno duchowej jak i materialnej, zapewne dlatego jest taki pomocny w obszarze prosperity, ponieważ w zewnętrznym świecie zamanifestujemy wyłącznie to, co posiadamy w sobie. Oliwin otwiera na obfitość, pomagając podnieść energię i nastrój, pomagając uwierzyć, że mamy prawo być bogaci.

Zielony jadeit, znany szczególnie w Chinach, gdzie rzeźbiono w nim piękne smoki i bóstwa, od dawna cieszy się sławą szczęśliwego kamienia, który przyciąga pieniądze. Związany z energią przyrody pomaga nam korzystać z mocy natury. Finanse są częścią żywiołu Ziemi, dlatego też kontakt z jadeitem pomaga nam poprzez siłę tego elementu rozszerzać we wnętrzu aspekty obfitości, co w efekcie kreuje dobrobyt.

Silnie uzdrawiający malachit o szerokim spektrum działania także potrafi pomóc nam w kreowaniu bogactwa. Pracuje w obszarze emocji, przynosząc radość i ukojenie, niwelując wszelkiego rodzaju stresy. Jego wpływ na naszą prosperitę działa przez wzmacnianie pozytywnych myśli oraz inspirowanie osobistego wzrastania. Jest to kamień transformujący emocje, dzięki czemu pomaga nam wyzdrowieć (psychosomatyka), ale także zbudować nowe korzystne wzorce finansowe. Przyspiesza materializację pragnień.

Awenturyn pomaga rozwijać karierę i osiągnąć wymarzony sukces. Według niektórych źródeł wzmaga kreatywność i przynosi nowe pomysły do działania w obszarze biznesu i innych obszarów dających nam dochody. Jego największą zaletą jest jednak budzenie poczucia obfitości w człowieku. Pozwala on poczuć w sobie tę piękną jakość, dzięki czemu możemy próbować ją zamanifestować.

W finansach wspiera również popularny Agat Muszlowy. Ponieważ jest tani i dostępny, bywa często noszony w portfelu. Działa w obszarze przyciągania pieniędzy, zapewne przez silny związek z energią Ziemi. Ale także i charakterystyczne plamki przypominające pieniążki mogą powodować, że ludzie od dawna widzą w nim finansowy talizman. Agat ten daje zdrowy stosunek do pieniędzy, jest skuteczny w magii obfitości.

A wreszcie kamień, który wygląda jak bryłka złota – piryt. Zapewne właśnie z powodu tego podobieństwa od wieków uważano go za talizman przyciągający bogactwo. Jego tęczowy kuzyn – chalkopiryt (pawi kamień) zapewnia bezpieczeństwo materialne, chroniąc przed negatywną energią i stratą. Pomaga rozwijać wdzięczność, która jak wiemy, sama z siebie powoduje przyciąganie dóbr materialnych. Piryt budzi w człowieku świadomość bogactwa, czyli zespół takich przekonań, które pomagają wykreować dobrobyt i poczuć się naprawdę szczęśliwym człowiekiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Prawda i wybaczenie

Tym razem nie o kłamstwie i jego skutkach, ale o tej prawdzie, która w istocie jest sensem naszych lekcji. O tej prawdzie, której poszukiwanie nazywa się dumnie rozwojem duchowym. O tej prawdzie, która oświetla właściwą ścieżkę i jest tak głęboko ukryta, jak tylko dusza potrafi sobie wymyślić. Bo dusza kocha łamigłówki, sekrety, kombinacje i wbrew wzniosłym tekstom nic w naszej życiowej wędrówce nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. A może właśnie jest, tylko nie umiemy zobaczyć? Zdecydujcie sami. Oto opowieść o szukaniu prawdy, odkrywaniu i wybaczaniu.

Pewna moja reikowa znajoma została wiele lat temu zdradzona. Mąż dopuścił się wiarołomstwa z sekretarką i z tego romansu urodziło się dziecko. Moja znajoma przeżyła koszmar, ponieważ kochanka męża nie przebierając w środkach próbowała zniszczyć zarówno ją, jak i jej rodzinę. Dokuczała, gnębiła, zastraszała, szantażowała. Ostatecznie jednak, po kilku dramatycznych latach małżonkowie wrócili do siebie, a tamta kobieta ułożyła sobie życie z kimś innym. Moja znajoma, jak przystało na osobę rozwijającą się duchowo, przeszła cały długi proces wybaczania  najpierw mężowi, a potem tamtej kobiecie, która poza zdradą, wyrządziła jej mnóstwo innej krzywdy, publicznie upokarzając i dokuczając.

W tym czasie jeden z naszych nauczycieli duchowych pokręcił na jej pytanie wahadłem i powiedział, że to karma jej męża. Że w poprzednim wcieleniu jej mąż porzucił tę kobietę z małymi dziećmi i dlatego ona teraz ponownie weszła w jej życie, by go odzyskać. Moja znajoma łyknęła to jak świeże poziomki, a ja razem z nią. Nie umiem powiedzieć, dlaczego temu nie zaprzeczyłam, skoro w horoskopie znajomej widziałam dług karmiczny, a w horoskopie męża już nie… Jakoś nie zwróciłam na to uwagi. Mój błąd. A ponadto ja nie uznaję niczego, co zostało „wykręcone” przez wahadło. Wiem i widzę, że wahadło mówi to, w co my wierzymy. Jednak autorytet owego nauczyciela był dla nas obu w tym czasie bardzo mocny. Chyba to przesądziło, bo ja w tym czasie jeszcze nauczycielem nie byłam.

Zatem moja znajoma przyjęła ową historię za sensowne wytłumaczenie i pracowała nad sobą, aby wszystko rozpuścić. Mężowi wybaczyła szybko, tamtej kobiecie nie mogła. Każdy proces przynosił ulgę na parę miesięcy, po czym trudne emocje wracały ze zdwojoną siłą. Podsuwałam jej coraz to bardziej zaawansowane sposoby wybaczania, włącznie z wejściem w przestrzeń poza osobową, gdzie wybaczenie następuje na poziomie dusz. Wszystko pomagało, jak plaster na ranę, która nie chce się goić.

Niestety żadna z nas nie zwróciła uwagi na to, że mężowi moja znajoma wybaczyła z łatwością  to być może pokierowałoby nas we właściwą stronę. Jednak oczy zamydliły nam odkrywcze psychologiczne artykuły, gdzie cytowano mądre statystyki, a  wynikało z nich, że zdradzona kobieta z łatwością wybacza wiarołomnemu mężowi, cała winę zrzucając na kochankę. Moja znajoma biła się w piersi: „to ja taka jestem”  mówiła. A potem zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, że wróciła do męża, bo skoro on juz raz tamtą kobietę porzucił w innym wcieleniu, to w tym powinien odpracować winę. I tu mi zgrzytało mocno, ponieważ owa kochanka to bardzo wredny typ człowieka, z którym nikt nie może wytrzymać. Najgorszemu wrogowi nie życzyłam życia z taką wstrętną osobą, a najmniej mężowi koleżanki, który poza tym, że kochliwy i niewierny to całkiem dobry i serdeczny dla ludzi człowiek.

Koleżanka moja miała też nieco poczucia winy, bo sytuacja niejasna, karmiczna i czort wie, co robić, żeby było dobrze i żeby gorszej jeszcze karmy nie gromadzić. Zastanawiała się w swoim złotym sercu czy to nie zdarzyło się po to, by zrezygnowała ze swojego szczęścia dla innej osoby. Tak, uwierzcie mi, są jeszcze tacy ludzie. Pocieszałam ją, mówiąc: „dopóki kierujesz się w życiu miłością, nie tworzysz złej karmy. Widać takie lekcje tamtej osoby”.

Minęło wiele lat. Runęły stare autorytety i zmieniło się moje spojrzenie na wiele spraw. Kiedy znowu się spotkałyśmy, w jej energetyce wiele się zmieniło, ale temat niechęci do tamtej kobiety był nadal żywy. „Przerobiłam już wszystko, co mogłam, wybaczałam na tysiąc sposobów  wszystko działa na trochę, a potem temat wychodzi na powierzchnię. Poddałam się, bo nic więcej nie wymyślę, trudno.”  powiedziała. A mnie wówczas olśniło. Zajrzałam w oba horoskopy i zobaczyłam, że ten temat w ogóle nie dotyczy jej męża, że to wyłącznie jej historia. Przez chwilę zastanawiałam się, jaką odegrała w tym rolę i dostrzegłam, że to ona w poprzednim wcieleniu została zdradzona i porzucona. Kolejne wcielenie powtarzało ten sam ból, a jej krzywdzicielem była ta właśnie kochanka, która dzisiaj doświadcza wszystkiego z drugiej strony.

Jak się domyślacie, kiedy opowiedziałam to wszystko mojej znajomej, uwolniłam ją od wielkiego ciężaru i poczucia winy wobec tamtej kobiety. To sprawiło, że bez żadnych dodatkowych ćwiczeń i procesów puściła wszystko. Wybaczenie stało się rzeczywistością. Moja znajoma odzyskała spokój już na stałe, a przeszłość mogła zniknąć. Wszystko zostało odrobione.

Wybaczenie to zrozumienie. Dlatego można też głośno powiedzieć, że to uświadomienie sobie, że nie ma nic do wybaczania, że wszystko jest w harmonii. Bez świadomości, to nie może mieć miejsca. Dopóki nie wiemy, co wybaczamy, nie możemy puścić energii zdarzenia. Rzecz nie w szczegółach, bo nie musimy pamiętać każdego złośliwego kopniaka. Rzecz w sensie lekcji. Moja znajoma ma w horoskopie karmę rodową, co oznacza, że dobrowolnie podjęła się odrobienia tematu  krzywdzi mnie po raz kolejny ten sam krzywdziciel, a ja uzdrawiam siebie, by nigdy więcej nie zostać zranioną i z miłością odpuszczam dla dobra całego rodu. Ta lekcja nie była widoczna w tej postaci, ponieważ blokowało ją poczucie winy wobec rzekomo skrzywdzonej kochanki. Poczucie winy jest bardzo silnym mechanizmem, który potrafi mocno sabotować nasz rozwój. Dlatego nawet szczere, rzetelnie przeprowadzone medytacje wybaczania nie przynosiły oczekiwanego efektu.

Dusza stale przywoływała kolejne doświadczenia, by zmusić moją znajomą do zauważenia prawdziwego sensu lekcji. Ten sens był pomijany. A cała ta historia pokazuje, że nie możemy zlekceważyć zrozumienia, zakładając  wybaczam, cokolwiek tam jest… Można wybaczać „wszystko”, ale nie „cokolwiek, choć nie wiem co”. Być może komuś wydaje się słuszne i pełne harmonii takie wybaczanie „czegokolwiek”, bo celem jest przecież odpuszczenie, a nie skupianie się na szczegółach. Ale celem karmy jest nauka. Karma to nie kara. Karma to lekcja. Nie można przejść do następnej klasy bez zrozumienia. Dlatego właśnie wybaczenie w tym przypadku nie zadziałało.

I jeszcze słów parę o karmie rodowej. Polega ona na tym, że dusza dobrowolnie bierze na siebie jakąś lekcję, z której przepracowania cała zasługa spływa na linię rodową, oczyszczając tę linię z jakiegoś długu. Z reguły ktoś z rodu zrobił kiedyś coś niegodnego. W przypadku mojej znajomej jeden z jej pradziadków porzucił kobietę z dzieckiem. Być może zmarła śmiercią głodową, być może cierpiała, być może go przeklęła. Co ciekawe  to nie mąż jednak, tylko dziadek, a więc machający wahadełkiem nie miał racji. Obecny mąż to życzliwa dusza, która pomaga odrobić karmę dla całego rodu, dlatego w jego horoskopie nie ma żadnych karmicznych długów. A gdyby coś był winien owej kobiecie, to horoskop by to ewidentnie pokazał. Ta kochanka była zazdrosną kobietą, która odciągnęła mężczyznę od rodziny i szantażem zmusiła do porzucenia żony i dziecka. To samo próbowała zrobić w tym wcieleniu z innym mężczyzną.

Zabrzmiało jak melodramat wymyślony przez bujną wyobraźnię romantycznego pisarza. Ale przyznaję, że lubię takie kolorowe obrazy, ponieważ pomagają nam dobrze zrozumieć sens naszych lekcji. Nie ma tu znaczenia, na ile wierzymy w minione wcielenia. Ważne, by uchwycić sens tego, co chce poczuć dusza. Czasem czujemy i przeżywamy głęboko oglądając dobrze zrobiony, wzruszający film. Nasze życie też jest tylko filmem, w którym rozgrywają się niewiarygodne sceny. Naszym zadaniem jest podejmować właściwe decyzje poprzez głębokie zrozumienie lekcji i dostrzeganie prawdy, a nie wymyślanie jej machając wahadełkiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Astro Art

Szukałam tej metody od lat, odkąd nauczyłam się harmonizować karty numerologiczne. Metoda korekty portretu funkcjonuje jak walizka z narzędziami do przepracowania życiowych lekcji i pomaga lżej przebrnąć przez wszystkie losowe zakręty.  Zachwycona skutecznością zmian numerologicznych próbowałam znaleźć coś, co w ten sam sposób będzie można odnieść do astrologii. Bo dlaczego horoskop ma być tylko bezradną analizą, która wskazuje wybrane trudne doświadczenia, nie dając człowiekowi nic oprócz informacji? W czym jest lepsza numerologia? Dlaczego wystarczy kilka nowych imion i zaczynamy czuć się lżej, radośniej? Dlaczego po harmonizacji znika uporczywy pech, odnajdujemy nagle dobrą pracę i miłość? Tu i tu mamy do czynienia z wibracjami, które w odpowiedni sposób wpływają na naszą podświadomość. Zatem wiedziałam, że istnieje taka właśnie metoda, która oswoi planetarne działanie.

Od wielu lat rozmyślałam o tym, jak sensownie zamienić horoskop na barwny obraz. Jednak nie chodziło mi o rozpisanie mapy nieba  robią to rozmaite programy astrologiczne. Większość z nich ma wbudowaną opcję kolorową, a wydruk kosmogramu wygląda w kolorach po prostu bajecznie. Szukałam przełożenia, które uzdrowi to, co dla nas jest największym wyzwaniem. Czegoś, co zniweluje wpływy Plutona czy Saturna, pomagając nieinwazyjnie przepracować lekcję, jakie ze sobą niosą „złoczynne” planety.

Odkąd maluję obrazy metodami Pure Art oraz He Art, doświadczam nieustannie cudu artystycznego uzdrawiania. Moją apteczką stało się pudło z farbami. Moją terapią  malowanie. Magia sztuki wypełniła mnie na wszystkich poziomach, pozwalając dotknąć niewysłowionej ciszy we wnętrzu serca. Tam odnalazłam metodę Astro Art, która harmonizuje horoskop astrologiczny w takim stopniu, aby łatwiej nam było uwolnić wszystkie szkodliwe wzorce.

Każdy obraz namalowany z ciszy uzdrawia. Piszę o tym w wielu miejscach na tej stronie. Malowanie uruchamia podświadomość. Obraz  bardziej niż jakiekolwiek słowa czy afirmacje  dociera do naszego wnętrza i kształtuje je, pomagając odnaleźć pierwotny idealny wzorzec. W podobny sposób działa przecież Mapa Marzeń. Każdy, kto kiedykolwiek wypróbował tę metodę wie doskonale, jak skuteczne jest stworzenie obrazkowego przewodnika dla naszej podświadomości. Prowadzona taką mapą podąża ona w wybranym przez nas kierunku.

Dzieje się tak, ponieważ zostaliśmy zaprojektowani idealnie. Mamy w sobie moc korygowania wszystkiego, co zostało uszkodzone w jakikolwiek sposób. Wystarczy zaobserwować, co dzieje się w przypadku skaleczenia. Krew krzepnie, rana się zasklepia, zabliźnia i w krótkim czasie skóra i naskórek zostają odbudowane. Jeśli uszkodzenie jest niewielkie, to po rozcięciu zazwyczaj nie ma nawet śladu. Cząsteczki naszego DNA niosą w sobie zapis, jak mają odbudować uszkodzone tkanki.

Jeśli ktoś słusznie zauważy, że malowanie obrazu nie jest zapisem tak doskonałym jak kody DNA, to spieszę przypomnieć, że terapeutyczne działanie ma wyłącznie malowanie „z ciszy”, czyli połączone z Najwyższym Źródłem tworzenie w Polu Serca. Tutaj można znaleźć analogię do metod kwantowych, których nikt już nie podważa. Jeśli uzdrawia nas połączenie dwóch punktów, to tym bardziej twórcze działanie może nas poprowadzić do odnalezienia właściwego wzorca. Kluczowe jest tutaj przejście na wyższy poziom świadomości i oddanie prowadzenia energii. To nie my malujemy. Podobnie jak w metodach kwantowych nie uzdrawia człowiek, który złączył dwa punkty. Uzdrawia Pole.

Jest wiele metod terapeutycznych, których zadaniem jest w gruncie rzeczy wejście w Pole i z tamtego poziomu uporządkowanie tego, co wypadło z harmonii. Z całą pewnością bazują na tym metody kwantowe. Ale i Ustawienia Hellingerowskie odtwarzają układy naszych relacji z ludźmi i ze światem, a następnie uzdrawiają poprzez poukładanie ich w Polu. Kto raz bodaj doświadczył, ten wie, jaką Moc niesie w sobie owo magiczne Pole, w którym znajdziemy prawdziwie boskie możliwości. Naszym zadaniem jest jedynie odnaleźć spójne połączenie i oddać prowadzenie Najwyższemu Źródłu. Ustawienia, Astro Art, He Art, Dwupunkt  to tylko sztuka połączenia z Polem, w którym wszystko wraca do harmonii. Jest to też jak wejście do ogromnego skarbca, z którego możemy czerpać bez ograniczeń. Jak zanurzenie się w oceanie wszechogarniającej miłości. I tu pojawia się przestrzeń dla terapeuty.

Zadaniem terapeuty jest właściwa interpretacja tego, co niesie ponadczasową wiedzę i mądrość. To nie jest to samo, co zobaczenie ładnego obrazka pod powiekami i chęć namalowania sobie kwiatka czy piórka. To oddanie prowadzenia energii Pola. Łagodne i mądre wycofanie się z wymyślania kształtów. To wymaga odpowiedniego przygotowania, praktyki, ale i czegoś więcej  wrażliwości na subtelne energie. Po to są odpowiednie kursy, inicjacje i ćwiczenia, które pozwalają na pełną akceptację tego, co przychodzi oraz na uchwycenie Światła, by rozproszyć mrok.

Niedawno przeczytałam fragment duchowego przekazu na temat Języka Światła, który w gruncie rzeczy jest dostępny dla każdego z nas, jeśli nauczymy się łączyć z naszym Wyższym Ja. Manifestuje się on najczęściej poprzez sztukę, pracę z Reiki i działania w Polu Serca. Język Światła jest międzywymiarowym językiem zrozumiałym dla każdego na poziomie duszy. Dopasowuje się on automatycznie do wibracji każdego człowieka, inicjując, aktywując i porządkując nas na poziomach energetycznych. Dociera on przede wszystkim do naszego ciała świetlistego, ponieważ jego częstotliwość tam jest najbardziej potrzebna.

Uświadomiłam sobie, że kolory to światło. W tym momencie domknęły się we mnie wszystkie informacje i ostatecznie poczułam całą sobą, jak i dlaczego działa Astro Art. Ta metoda  podobnie jak Pure Art i He Art  łączy w sobie moc interpretacji Języka Światła i przenosi go bezpośrednio w naszą podświadomość, oczyszczając nas z tego, co nam nie służy. Na zakończenie dodam, że posługiwanie się Językiem Światła jest możliwe wyłącznie z poziomu serca. Nie każdy obraz nazywany intuicyjnym czy energetycznym jest taki w istocie, bo „czytania z Pola” trzeba się z pokorą i szacunkiem nauczyć. Połączenie sztuki ze znajomością astrologii zawęża krąg osób, które mogłyby malować obrazy o negatywnej zawartości i próbować je sprzedawać jako uzdrawiające. Astro Art jest unikalną sztuką, której nie można podrobić.

Bogusława M. Andrzejewska

Obwinianie

Kiedy wydarzy się coś, czego sobie nie życzymy, większość ludzi natychmiast szuka winnych zaistniałej sytuacji. Ba, czasem nawet nic nie musi się wydarzyć, wystarczy moment krytyki. Pamiętam sprzed lat sytuację, kiedy znajome małżeństwo spóźniło się na umówione spotkanie. Ktoś rzucił z odrobiną złośliwości do męża: „Ty to zawsze musisz przyjść po czasie”. Mąż natychmiast zripostował: „Bo żona mnie nie obudziła” i oskarżycielsko wskazał na nią palcem. Kuriosum tego zdarzenia wyraźnie przedstawia, jak absurdalne jest szukanie winnych.

Zacznę małymi krokami, tłumacząc, że to my i tylko my ponosimy odpowiedzialność za to, co się wydarza. Nawet jeśli spóźniamy się, bo nieoczekiwanie złapaliśmy gumę w drodze do celu, to przecież nie ulega wątpliwości, że sami to wykreowaliśmy. Nie ma innych winnych i nie będą nimi ani producenci opon ani drogowcy. Przyczyną spóźnienia jest coś, co nosimy w sobie, jakiś wzorzec, który sprawia, że czas funkcjonuje zupełnie inaczej niż powinien. To może być nawet lęk przed tym właśnie spotkaniem albo wewnętrzny opór przed sprawą, która miała być na spotkaniu załatwiana.

Charakterystyczną cechą osób obwiniających innych jest oczywiście niskie poczucie wartości. Człowiek, który się się spóźnia, zapomina o czymś, źle coś zrobi – boi się negatywnej oceny. A krytyka boli wyłącznie tych, którzy mają niską samoocenę. Ludzie o wysokim poziomie samoakceptacji wzruszają ramionami na zarzuty i mówią: „to twój problem, ja jestem ok”. Albo bez uniżenia ze spokojem przepraszają, że nie udało się tak, jak wszyscy oczekiwali. Kiedy ktoś boi się krytyki, to podobnie jak w podanym na początku przykładzie, szuka kogoś, na kogo będzie mógł zepchnąć tę krytykę – ” to ona jest winna, nie ja”.

Jednak istotą rzeczy jest fakt, że nie ma też żadnej winy. Uważam, że to słowo jest odpowiednikiem jakiejś psychologicznej iluzji, którą wymyśliliśmy, aby uwolnić się od odpowiedzialności. Jest to bowiem niesłychanie wygodne, kiedy nie musimy nad sobą pracować, zmieniać się, uzdrawiać rozmaitych problemów. Możemy uznać, że nie mamy wpływu na rzeczywistość, a winą jakiejś skomplikowanej sytuacji jest druga osoba, rząd, koniunktura, pech albo całkiem coś innego. Jednak w gruncie rzeczy nie jest nam to do niczego potrzebne. Jeśli nie ma winy, wszystko pozostaje w harmonii i nie musimy się usprawiedliwiać.

Najtrudniejsze i zarazem najgorsze jest obwinianie samego siebie. Poczucie winy jest naszym wrogiem. Wzmacnia kompleksy i poczucie bycia złą osobą. Jest też energetycznym sabotażystą, ponieważ zgodnie z Prawem Przyciągania kreuje w naszym życiu same przykrości. Działa tutaj coś więcej niż poczucie nie zasługiwania na dobro. Pojawia się wręcz przekonanie o konieczności bycia ukaranym. Jeśli jest wina, jeśli jest niechlubny czyn, muszą zostać poniesione konsekwencje.

Bardzo pomocne jest uświadomienie sobie własnej niewinności i absurdu karania samych siebie. Jeśli popełnimy błąd, to jest to nasze doświadczenie. Zazwyczaj w ślad za pomyłką pojawia się jakaś trudność, będąca konsekwencją tego, co zrobiliśmy. Podobnie jak w przypadku małego dziecka, które ucząc się chodzenia, przewraca się i rozbija kolano. Po co zatem dodatkowa kara? Nikt z nas nie ośmieliłby się nawet pomyśleć o tym, by ukarać dziecko, które się przewraca.

To jedna z największych pułapek, jakie zastawia na nas nasza cywilizacja. Nie życie i nie przeznaczenie, tylko stereotypy, w których funkcjonujemy. Rodzimy się niewinni i tacy powinniśmy pozostać, tymczasem od dziecka wbija się nam do głowy, co jest złe, brzydkie lub niewłaściwe. Dualizm jest sztucznym postrzeganiem świata przez ludzi, którzy zostali oddzieleni od Najwyższego Źródła. Moim zdaniem nic nie jest złe ani niewłaściwe, o ile nie czyni krzywdy innej czującej istocie.

Zrozumienie, że wina nie istnieje, nie jest filozoficznym rozkminianiem. Jest zrobieniem kolejnego kroku na ścieżce wewnętrznego wzrastania. Jest uznaniem, że wszystko jest w harmonii. Jeśli ktoś „się spóźnia”, pamiętajmy, że wszyscy są we właściwym miejscu i czasie. Jeśli o czymś zapomnimy, to znaczy najczęściej, że tak miało być. Jeśli coś zrobimy inaczej, niż ktoś oczekiwał, to taka lekcja była nam właśnie potrzebna. Wina jest odpowiedzią na negatywną ocenę – coś jest „nie tak”, zatem dlaczego? Jeśli przyjmiemy, że wszystko jest „tak”, to nie ma potrzeby szukać winnych. Na tym polega prawdziwa lekcja akceptacji.

Temat harmonii jest trudny do pojęcia. Jeśli ktoś, kogo kochamy ciężko choruje, to nie ma w nas otwartości na to, by uznać, że to harmonijne zdarzenie. Szukamy winnych: lekarze, sąsiedzi, odżywianie, pogoda, ktoś nie zamknął okna i zrobił przeciąg… A w ostateczności nawet okrutny Bóg, który zesłał choróbsko. A przecież choroba jest psychosomatyczną odpowiedzią na dysonans w człowieku. Na jego nie uzdrowione urazy, lęki, i stłumione emocje. Nie szukajmy winy i winnych. Poszukajmy przyczyny! W przypadku choroby jest ona dosyć łatwa do odkrycia. Polecam poczytanie książek Louisy Hay na tematpsychosomatyki. To z reguły się sprawdza.

Kiedy mamy do czynienia z niesympatyczną teściową, wystarczy spojrzeć na nią z boku, obiektywnie. Jest tylko zaborczą matką, która rywalizuje z synową o ukochanego synka. Czasem przejawia przerost matczynej miłości, czasem jest niesprawiedliwa i okrutna. Ale taka jej natura. Jak można mieć pretensję, że ktoś ma wredną naturę? To jakby mieć pretensję, że człowiek jest, jaki jest. Ktoś ma rude włosy, ktoś jest bardzo wysoki, a ktoś inny jest po prostu wredny. To nie jest wina, to jakość. Możemy tego człowieka z taką jakością omijać z daleka. Możemy pracować nad sobą i podnosić poczucie wartości, aby nie doświadczać manifestacji tego, czego sobie nie życzymy. Obwinianie natomiast nie przyniesie żadnych wymiernych efektów, poza złudzeniem satysfakcji, że… „to ona jest ta zła, a nie ja”. A przecież doskonale wiemy, jacy jesteśmy. Czy trzeba kogoś innego obwiniać, aby podkreślić swoje zalety? No chyba nie.

Inny przykład: zatrudniamy w swoim sklepie człowieka, który kradnie wszystkie pieniądze i ucieka. Dostrzeganie harmonii nie polega na tym, że odpuszczamy i nie szukamy złodzieja. Warto próbować odzyskać to, co należy do nas. Jednak wydarzenie takie jest spójne z czymś, co nosimy w sobie. To może być jakiś lęk przed stratą, jakaś karmiczna lekcja, jakiś wzorzec przyciągania do siebie kary. Ważne, by w tym momencie nie szukać winnych, lecz przyczyny. Zwykle taki wzorzec daje się bez większego trudu uzdrowić i lekcja więcej nie wraca. Szukanie winnych odwraca uwagę od sensu wydarzenia. Złapanie złodzieja i odzyskanie pieniędzy, nie uzdrowi wzorca. Jest wielce prawdopodobne, że ukradnie je ktoś inny lub stracimy je w wyniku nietrafionej inwestycji.

Niedawno przypomniałam sobie sytuację, w której ktoś mnie okłamał i utrzymywał w nieprawdzie przez dłuższy czas. Podjęłam wówczas określone decyzje, kierując się tym kłamstwem. Nie mam jednak do tej osoby żalu, bo wiem, że gdybym wówczas znała prawdę, moje decyzje byłyby całkiem inne. Byłabym dzisiaj w innym miejscu. Nie wiem, czy lepszym, bo jestem dzisiaj szczęśliwa, więc wcale nie chcę zmieniać przeszłości i rujnować drogi, która doprowadziła mnie do TU I TERAZ. Wierzę, że to kłamstwo było moim zapakowanym prezentem, dzięki któremu osiągnęłam to, co mam. Oto harmonia. Oto akceptacja bez obwiniania. Wszystko jest takie, jakie powinno być.

Bogusława M. Andrzejewska