Tęsknota

Spełnianie marzeń i realizacja celów jest dużo ważniejsza, niż może się wydawać. Nie chodzi w tym procesie wyłącznie o nasz komfort i dogadzanie próżności. W istocie można porównać to raczej do napełniania zbiorników, z którymi nasza dusza zeszła na Ziemię. Dopóki tego nie zrobimy, czujemy pustkę podobną do głodu. Przypomina to takie wewnętrzne ssanie, które utrudnia nam rozwój, odwracając uwagę od tego, co dla nas ważne. Podobnie, jak w przypadku, kiedy burczy nam w brzuchu i przez to nie umiemy skupić się na pracy.

Uwielbiam wodę od urodzenia, a właściwie od wszystkich minionych wcieleń. Niestety w każdym od nowa muszę uczyć się pływać, a że w ostatnim zostałam utopiona, to w obecnym pływać zaczęłam przed pięćdziesiątką dopiero. Przez wszystkie lata życia czułam w sobie to nieprzyjemne „ssanie”, które bardzo chciało pływać. Ilekroć pojechałam nad jezioro, biegłam do wody zanim jeszcze mój mąż dobrze zaparkował samochód. Czułam się tak, jakbym wiecznie była głodna dotyku jakiegoś akwenu, a jednocześnie szerokim łukiem omijałam baseny. Odkąd jednak nauczyłam się pływać, zniknęła owa niekomfortowa tęsknota. Dzisiaj potrafię siedzieć nad wodą i patrzeć na nią bez wewnętrznego przymusu, aby szybko się w niej zanurzyć. Potrafię też być szczęśliwa i spokojna z daleka od wody. Mój głód pływania został zaspokojony na zawsze. Teraz po prostu to lubię i tyle.

Podobnie doświadczam wielu innych zjawisk i wierzę, że nie jestem w tym odosobniona. Przemożna tęsknota znika, kiedy pozwolimy sobie na dotknięcie tego, co dla nas ważne. Pojawia się spokój i poczucie spełnienia. Ponieważ ufam temu, co czuję i staram się podążać za sercem, wiem doskonale, że marzenia należy spełniać. Te które nie są tylko pustką zachcianką, ale prawdziwym pragnieniem. Jak je odróżniać, piszę tutaj. Niespełnione marzenia są jak płacz duszy i moim zdaniem należą one do jej planu na wcielenie.

Czasem nawet pojawia się presja, zaburzająca całą hierarchię ważności, bo okazuje się, że nie dostrzegamy tego, co naprawdę istotne. W sensie energetycznym, będzie to silne napięcie, które utrudnia prawidłowy przepływ energii. Możemy też tworzyć opór wobec innych tematów, ponieważ podświadomie walczymy ze wszystkim, co nie jest naszym upragnionym celem. Widać to wyraźnie na przykładzie dziecka, które tupie nóżkami, bo chce lizaka. Jeśli rodzice nie odwrócą jego uwagi albo nie zablokują karceniem, to będzie ono tupać tak długo, dopóki owego lizaka nie dostanie.

W każdym z nas jest to małe tupiące dziecko, które nadal pragnie wszystkiego, czego nie dostało, chociaż zamieniło lizaka na samochód, buty czy nowy model komórki. I warto wiedzieć, że im częściej jako małe dziecko nie dostawaliśmy tego, czego tak bardzo chcieliśmy, tym trudniej nam w dorosłym życiu spełniać marzenia. Pomimo dojrzałości, dyplomów i setek przeczytanych podręczników nadal stoimy z nosem na wysokości sklepowej lady i z żalem patrzymy na lizaki za szybką. Tak działa wzorzec niespełnienia i wewnętrzne przekonanie, że nigdy nie będziemy mieć tego, czego pragniemy.

Nie oznacza to, że należy bez wahania zaspokajać wszystkie oczekiwania maluchów. Żyjemy w czasach, kiedy dzieci są zasypywane coraz droższymi zabawkami. Lizak nie bywa już problemem. To z kolei rozwija w młodym człowieku postawę roszczeniową. W obu przypadkach wzorce takie mogą popchnąć do zdobywania wszystkiego za wszelką cenę, poprzez oszustwo, kradzież, manipulację. Każda droga prowadząca do finansowego bogactwa bywa uświęcana. Lub odwrotnie – nic się nie robi, czekając, aż ktoś inny zrobi za nas, bo… „przecież i tak się nie uda” czy też „inni zrobią i podadzą pod nos”.

O wiele łatwiej jest tym osobom, które w dzieciństwie nauczono, że mogą mieć wszystko, jeśli cierpliwie poczekają lub wykonają w tym celu jakieś działania. Dobrze ilustruje to słynny eksperyment z piankami marschmallow. Tym, którzy go nie znają, przypomnę, że ideą ćwiczenia była cierpliwość. Dzieciom rozdawano po jednej piance, obiecując, że jeśli powstrzymają się od jej natychmiastowego zjedzenia i odłożą ją na jutro, dostaną nagrodę w postaci kolejnej. Dorośli zapewne nie mieliby z tym problemu, jednak dla dzieci było to nie lada wyzwanie. Najważniejszym wnioskiem płynącym z ćwiczenia było odkrycie, że te osoby, które umiały odmówić sobie przyjemności szybkiego zjedzenia pianki, w dorosłym życiu lepiej sobie radziły z wyzwaniami, wiedząc, że za każdym życiowym zakrętem i każdym wyrzeczeniem czeka nagroda. Niecierpliwi i w dorosłym życiu chcieli mieć wszystko natychmiast, lecz równie szybko się zniechęcali do jakiegokolwiek działania.

Przysłowia i stare mądrości gloryfikują cierpliwość, ale warto podkreślić, że jak zawsze optymalny jest złoty środek. Wytrwałość i umiejętność czekania może przynieść korzyści – to jasne. Ale wcale nie musi. Bywa, że pozbawia nas aktywności i staje się wygodną zasłoną, za którą czai się wystraszona lub bierna osoba, odkładająca wszystko „na później”. Czekanie uwalnia od obowiązku działania i może stać się wygodną wymówką. A powszechnie wiadomo, że nic samo do nas nie przyjdzie, jeśli to my nie wykonamy ruchu w stronę tego, co dla nas ważne. I tu pojawią się mówcy motywacyjni, pokrzykując do nas ochoczo: „nie czekaj! Działaj”. Ale jeśli polecimy za tym okrzykiem na oślep, możemy wpaść w kłopoty. Zatem ani czekanie bez końca, ani wyścig nie przyniesie nam szczęścia.

Wniosek nasuwa się wyraźnie jeden – należy realizować marzenia, bez odwlekania ich w nieskończoność, ale też bez pośpiechu, wybierając to, czego jesteśmy pewni. I chociaż z punktu widzenia prosperującej świadomości nie ma złych decyzji, lepiej dla nas kiedy płyną z serca. A do głębi tego serca warto spokojnie zajrzeć, wyciszając się w medytacji.

Bogusława M. Andrzejewska

Poziom

Każdy z nas jest w najbardziej właściwym dla siebie miejscu i czasie, jeśli spojrzymy z perspektywy rozwoju i programu duszy. Oznacza to także, że nie ma ludzi duchowo zacofanych ani duchowo rozwiniętych. Każdy jest w najlepszym dla niego punkcie swojej ziemskiej wędrówki. Oczywiście różnimy się między sobą poziomem wiedzy, doświadczenia życiowego lub duchowego, zaawansowaniem w praktykach czy choćby poziomem świadomości wewnętrznej. To jasne. Jednak nie zmienia to faktu, że każdy podąża swoją ścieżką zgodnie z wewnętrzną gotowością.

Jakoś tak jesteśmy skonstruowani, że stale patrzymy przez ramię na tych, co żyją obok nas. Odkąd świat stał się jedną wielką wioską połączoną wewnątrz sieciami internetu i komórek, widzimy o wiele więcej ludzi i sytuacji. Mamy więc jeszcze większe pole do oceniania i porównywania się z innymi. Skwapliwie z tego korzystamy, ponieważ wypatrywanie osób, które radzą sobie gorzej niż my, jest najprostszym sposobem dowartościowania samego siebie. I najgorszym z możliwych, ponieważ skupiając się na słabościach drugiej osoby, nieświadomie rozwijamy je w sobie.

Z kolei patrzenie na tych, którym bardziej w życiu się powiodło, jest także trudnym wyzwaniem, ponieważ gdzieś w głębi duszy budzi się dziecięcy żal i pytanie: „dlaczego on ma coś/jest kimś, a ja nie?”. Czasem popycha nas to do zazdrości i poczucia, że świat jest niesprawiedliwy. Na pewno nie zawsze tak się dzieje, bo nie każdy wchodzi w negatywne emocje tylko dlatego, że komuś dobrze się wiedzie. Są ludzie, którzy umieją skwitować to wzruszeniem ramion i akceptującym: „widać taka karma”. Akceptacja jest piękną sztuką, która daje nam spokój wewnętrzny i nie ma tu znaczenia, jak sobie wytłumaczymy sytuację. Ważne, by wypełnić się bezwarunkowa miłością do siebie i Wszystkiego Co Jest. Bez akceptacji to niemożliwe, bo wielobarwność świata zawsze postawi obok nas coś, czego pragniemy, a mieć nie możemy… W tym miejscu łatwo pojąć, dlaczego buddyjscy nauczyciele zachęcają, by uwolnić się od wszelkich przywiązań. Jeśli niczego nie pragniemy – nie cierpimy. Proste.

Świadomość prosperująca to człowiek, który czerpie inspirację z cudzego sukcesu oraz wypełnia się najwyższymi wibracjami i umie szczerze cieszyć się, że kogoś spotyka szczęście. Ma to taką jeszcze zaletę oprócz dobrego samopoczucia, że pozwala nam kreować w życiu to, czego z radością gratulujemy innym. Miłość bezwarunkowa przyciąga do nas to, co kochamy. Jeśli miłością obdarzę awans kolegi, to w ten sposób kreuję swój własny. Być może niekoniecznie w tej samej firmie, ale z całą pewnością – kreuję. Jeśli radością i miłością obdarzam nowy samochód sąsiada i łączę się z jego szczęściem, wówczas kładę podwaliny pod własny fart i uczucie entuzjazmu towarzyszące kupieniu nowego autka – mojego. Tak to działa.

W tym wszystkim jednak najważniejsza jest umiejętność dostrzegania swojej unikalności. Każdy z nas jest niepowtarzalny i ma swoją własną drogę, którą zaplanowała dusza. Nie pytajmy: „dlaczego nie mam talentu plastycznego, a ona ma?”. Nie pytajmy: „dlaczego on ma bogatą żonę i nic nie musi robić?”. Nie pytajmy: „dlaczego on jest sławny i zarabia miliony, a ja nie?”. Bo wtedy musimy też zapytać: „dlaczego tamten urodził się bez nóg, a ktoś inny mieszka w rogu Afryki i umiera z pragnienia”…. Każda dusza ma swój plan i podstawą jest zrozumienie, czego ma się tu na Ziemi nauczyć i jak twórczo wykorzystać talenty, które otrzymaliśmy w darze. Bo to, że każdy z nas ma jakiś talent nie ulega wątpliwości. Pamiętajmy przy tym, że nie może słoń porównywać się do pszczoły ani papuga do psa, a przecież każda z tych istot jest równie ważna w wielkiej harmonii wszechświata i każda ma swoje piękne i potrzebne miejsce. Chyba wszyscy wiedzą, że jeśli zginą pszczoły, to życie wielu zwierząt , a także ludzi będzie zagrożone. Czy zatem malutka pszczółka jest mniej ważna od dużego słonia, a może bardziej istotna?

Jednym z często popełnianych błędów jest ocenianie poziomu rozwoju wewnętrznego na zasadzie kontrastu z innymi ludźmi. Tak przyjemnie czasem spojrzeć na tych, którzy zaczęli później i są w tyle za nami. Taka perspektywa podbudowuje nasze poczucie wartości. I nie mam wątpliwości, że dla tych, których samoocena jest wysoko, takie patrzenie na innych nie ma żadnego znaczenia, ponieważ skupiają się na sobie, na swojej roli i nie mają ani czasu ani ochoty by jakkolwiek oceniać innych ludzi. Wiedzą, że każdy poziom jest właściwy.

Inaczej rzecz ma się z działaniem. Konsekwencją określonego etapu rozwoju jest dopasowane do niego postępowanie. Nie każde nosi znamiona miłości. Ale z punktu widzenia duchowości, każde jest najlepsze dla danej duszy na ten moment. Często także dla innych, stając się przełomowym punktem na ich drodze do Światła. Jest w tej chwili na rynku kilka książek, które traktują o odwadze dusz decydujących się na bolesne wcielenia, dlatego nie będę rozwijać tego tematu. Podpowiem tylko, że jeśli czyjeś działanie jest pełne okrucieństwa, to najprawdopodobniej ta osoba na ten moment inaczej nie potrafi. I najważniejsze, to zadać sobie pytanie, czego nas to uczy, co powinniśmy zmienić w sobie, aby nie doświadczać tego, czego nikt doświadczać nie chce.   Nie jest naszą rolą potępianie drugiego człowieka, tylko znalezienie w sobie maksimum miłości dla siebie, aby nasze życie było pełne dobra, radości i zdrowia.

Patrzenie z góry na osoby będące „niżej” w rozwoju przypomina trochę sytuację, w której uczeń piątej klasy uważa, że jest lepszy niż pierwszoklasista. A przecież to nonsens – jest tylko starszy, a to zupełnie coś innego. Warto też dodać, że to „bycie starszym” zobowiązuje do opiekowania się tym młodszym i dawaniu mu właściwego przykładu, a nie do krytykowania czy wyśmiewania się z młodszego kolegi. I rzecz ma się podobnie z naszym rozwojem: ci z nas, którzy doszli na tej ścieżce dalej, powinni pomagać i pokazywać drogę tym, którzy dopiero zaczynają. Taka też przyświecała mi idea, kiedy w 2000 roku założyłam swoją pierwszą stronę i wpisałam na niej wiersz Khalila Gibrana:

Jak w procesji razem zdążacie ku swemu boskiemu ja.
Jesteście drogą i wędrowcami.
I jeśli jeden z was pada, to czyni to dla tych, co są za nim, jako przestrogę przed zawadzającym kamieniem.
Tak, pada też dla tych, co idą przed nim, co choć szybciej i pewniej kroczą, nie usunęli jednak zawadzającego kamienia.

Nadal uważam, że te słowa pokazują ważny element naszego istnienia i rozwoju. A szczególnie widać to, kiedy przyglądamy się roli „Starych Dusz”, których zadaniem jest prowadzenie innych, opiekowanie się, chronienie i nauczanie. Informacja, czy jesteśmy taką duszą, jest na pewno ważna, a można ją poznać między innymi dzięki numerologii. Warto się nad tym zastanowić, ponieważ to szczególny rodzaj służby. To właśnie odsuwanie tych wszystkich zawadzających kamieni, aby liczbom zwykłym szło się naszym śladem lepiej i lżej. Bez oceniania.

Zakończę zabawną historią nie o duchowości, lecz o codzienności. Przeczytałam dzisiaj opowieść o pewnej pani, która żaliła się terapeutce, że nie ma przyjaciół, ponieważ ma bardzo bogatego męża, nie musi pracować i wszyscy jej tego zazdroszczą. Na pytanie terapeutki, dlaczego tak myśli, odpowiedziała bez wahania: “bo mam lepiej niż inni, jestem w lepszej sytuacji”. To też ocenianie poziomu – tutaj przez pryzmat posiadanych pieniędzy – i stawianie siebie wyżej od innych. Złudne oczywiście, bo szczęście nie wynika z posiadania. Jak wiemy, szczęśliwy jest ten, który umie cieszyć się tym, co ma, cokolwiek by to nie było i w jakiejkolwiek ilości. Owa pani widać ma problem z cieszeniem się życiem i tymi wszystkimi dobrami, które zapewnia jej mąż-milioner, skoro potrzebuje pomocy terapeutki. I trudno jej tego zazdrościć.

Morał z tej historii taki, że nasza ocena jest zawsze SUBIEKTYWNA. Być może są osoby, które zazdroszczą tej pani posiadanego majątku, ale wątpię, by ktokolwiek zazdrościł jej życia. Mamy swoje priorytety i upodobania. Mamy swoje unikalne ścieżki i wielu spośród nas nie oddałoby swojego pięknego życia za nudną i pełną narzekania samotność bogatej żony milionera. Pisałam wielokrotnie, opierając się na własnym doświadczeniu, że to co daje nam najwięcej szczęścia to umiejętność bezwarunkowego kochania, dar zachwytu oraz samospełnienie, czyli możliwość robienia tego, co się naprawdę kocha. Miliony są bardzo fajne i mile widziane, ale tylko wtedy, kiedy te pozostałe rzeczy mamy w sobie. Inaczej nie mają znaczenia. Wystarczy przyjrzeć się tym wszystkim bardzo bogatym i sławnym, którzy odebrali sobie życie. Jakoś wielkie pieniądze nie uratowały ich przed emocjonalnym cierpieniem. A miłość bezwarunkowa umie to zrobić. Pasja także.

Dlatego też, kiedy oceniamy swój poziom rozwoju, to w pewien sposób tracimy czas, ponieważ musimy się odnieść do kogoś/czegoś innego. Podobnie jak wysokość górskiego szczytu możemy poznać odnosząc go do poziomu morza. A to wymaga porównań, które nigdy obiektywne nie będą. To co dobre i ważne dla nas, dla kogoś innego jest bez znaczenia. Jeden szuka milionów i wielkomiejskiego gwaru, inny duchowości i leśnej ciszy. A ponadto trzeba by wskoczyć w cudze buty, by wiedzieć, jak jest naprawdę. Nie każdy obnosi się ze swoimi duchowymi praktykami, traktując je jako bardzo osobistą cześć życia.  Wiele osób na zewnątrz nosi uśmiechnięte maski duchowego nauczyciela, by w domu wiecznie narzekać, przeklinać i wrzeszczeć na najbliższych. Jak można kogokolwiek zweryfikować? Nie można. Możemy ludzi lubić, kochać, wybierać na przyjaciół lub omijać szerokim łukiem, ale nie możemy ich w żaden sposób oceniać.

Bogusława M. Andrzejewska

Intencja

Energia podąża za uwagą. Oznacza to, że nasze myśli kreują rzeczywistość, a my mamy duży wpływ na to, jak wygląda nasze życie czy stan zdrowia. W zabiegach Reiki wykorzystujemy świadome myśli, które nazywamy „intencją”. Jest to określona afirmacja, życzenie lub prośba do Wszechświata, która może zostać spełniona dzięki mocy Reiki.

Ale można też to słowo rozumieć całkiem dosłownie. Przykładając ręce, powinniśmy myśleć pozytywnie i skupiać się na tym, czego pragniemy dla siebie lub przyjmującego Reiki. Pomimo że metoda ta nie wymaga od nas wielkiego skupienia, a energia płynie samodzielnie, nie będąc kierowana w żaden sposób, to jednak ważne jest, aby nasze myśli były odpowiednie.

Mój pierwszy nauczyciel Reiki powtarzał często: „pamiętajcie, aby przykładając ręce nie myśleć o głupotach”. I nie miał na myśli tzw. „niebieskich migdałów”. Przestrzegał przed smuceniem się, zamartwianiem i drążeniem trudnych kwestii. Energia zasila nasze myśli, kreuje, opierając się na nich. Jeśli przykładając dłonie, bo czujemy lekki ból, będziemy rozmyślać o najgorszych możliwych chorobach, to niestety w pewien sposób zaczynamy je tworzyć. Nie poprzez Reiki, ale poprzez własne myśli.

Największym bezsensem jest robienie zabiegów z myślą o tym, że nie zadziałają lub mogą nie zadziałać. To programowanie energii. Obrazowo mówiąc jest to sytuacja, w której przekazujemy energii intencję: „przeleć przez ciało potrzebującego, ale nie pomagaj, nie działaj”. Po co zatem w ogóle przykładać ręce? Chociaż nie jesteśmy wszechmocni i nie każde schorzenie uda nam się uleczyć na poziomie fizycznym w takim stopniu, w jakim byśmy sobie życzyli, to Reiki zawsze pomaga. Harmonizuje na tyle, na ile pozwala jej przyjmujący i jego wzorce myślowe.

Czasem o intencji mówimy, że to wiara. Istnieje przekonanie, że jeśli ktoś robiąc sobie zabieg, wierzy w jego dobroczynny skutek, to rzeczywiście zdrowieje. To logiczne. Nasze myśli i poglądy tworzą nasze zdrowie, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Skuteczność Reiki polega głównie na tym, że działa wielopoziomowo, a więc wpływa korzystnie także na nasze emocje, nastawienie i tworzenie oglądu rzeczywistości. Reiki pomaga nam myśleć pozytywnie, a w ten sposób uruchamia najważniejszy proces stawania się zdrowym, harmonijnym człowiekiem.

Idąc dalej, zachęcam wszystkich, aby wykorzystali do uzdrawiania najpiękniejszą moc Reiki – moc miłości bezwarunkowej. Niejednokrotnie pisałam o tym, że ta piękna energia, nie bez powodu nazywana Światłem Miłości, uruchamia w nas takie właśnie uczucia. Istnieje między innymi po to, aby nauczyć nas kochania. Miłość bezwarunkowa to sposób na harmonizację. Uzdrawia dosłownie wszystko, pod warunkiem, że umiemy zanurzyć się w niej po same uszy i wypełnić kochaniem każdą komórkę swojego ciała. Im dłużej będziemy w tym stanie, tym szybciej wyzdrowiejemy. Udowodniono wielokrotnie, że miłość bezwarunkowa regeneruje nasze ciało, wyprowadzając je nawet z terminalnego stadium raka. Jeśli umiemy w tym stadium pokochać siebie wystarczająco mocno.

Wiem, że to proste tylko wtedy, kiedy się o tym czyta. Ale można się tego nauczyć i zapewniam wszystkich – warto. Miłość ma najwyższa znaną mi wibrację, aby ją poczuć, musimy podnieść swoją energetykę. Reiki nam w tym pomaga. Możemy wykorzystać chwile zabiegu do tego, aby będąc w przepływie, myśleć o tych, których kochamy. Potem spróbujmy to uczucie przenieść na siebie. To wszystko. Siła Reiki wzmocni miłość bezwarunkowa i zwielokrotni jej cudowne działanie.

Kluczem do terapii jest zrozumienie, że nasza największa miłość do drugiej osoby nie zastąpi stanu, w którym ta osoba pokocha samą siebie. Dlatego tak trudno jest uzdrowić kogoś innego, jeśli w tym kimś nie ma na to gotowości. Bezradnie patrzymy, jak nasi bliscy cierpią i umierają, choć otulamy ich swoim kochaniem z całego serca. Ale to nie nasze serce ma ich kochać, ale ich własne.

Życząc wszystkim jak najlepszego zdrowia, podaję tu zatem gotową receptę na nie. Bezgraniczne kochanie siebie całego, na poziomie każdej komórki pozwala zachować radość życia. Warto jednak każdego dnia znaleźć chwilę czasu na to, aby każdej cząstce swojego ciała powiedzieć w myślach, jak bardzo jest nam droga.

Bogusława M. Andrzejewska

Źródło młodości

Zdarza się czasem, że praktycy Reiki traktują tę cudowną energię jako świętość i nie mają odwagi nawet, by pomyśleć o wykorzystaniu jej do czegoś innego niż uzdrawianie i to wyjątkowo poważnych schorzeń. Spotkałam się już z opinią, że „szkoda marnować energię na prozaiczny katar”. Tymczasem katar może być bardziej meczący niż inne nawet przewlekłe schorzenia, które spędzamy w łóżku. Tym bardziej, że mając katar zazwyczaj pracujemy równie intensywnie jak wtedy, kiedy jesteśmy zdrowi, a jednak stan przeziębienia bardzo utrudnia nam funkcjonowanie i każde wsparcie jest mile widziane. Nie powinniśmy zatem w żaden sposób oceniać, jaka dolegliwość zasługuje wystarczająco na zabieg energetyczny.

Nie o katarze chcę jednak pisać, ale o pracy z energią Reiki w tematach, które ze zdrowiem nie mają nic wspólnego. Dla kobiet kwestią równie ważną jak samopoczucie bywa wygląd. W pewien sposób to właśnie uroda pośrednio działa na nasz nastrój. Im lepiej wyglądamy, tym lepiej się czujemy. I chociaż trudno porównywać zdrowie z wyglądem, to nie ma powodu, by zaniedbywać własną urodę.

Energia Reiki jest jak ocean – nigdy jej nie zabraknie. Nie znajduje się w żadnym zbiorniku, jest zatem niewyczerpana. To my decydujemy, gdzie popłynie, kiedy przykładamy ręce do określonych osób lub przedmiotów lub adresujemy ją z pomocą znaków drugiego stopnia. Dlaczego zatem nie działać na wszystko, co dla nas ważne, nawet jeśli ze zdrowiem nie ma nic wspólnego? Z pomocą Reiki możemy pracować w każdym obszarze, jeśli nikomu przy tym nie czynimy krzywdy. Nie ma tu żadnych ograniczeń.

Panie, które były u mnie na inicjacji, wiedzą doskonale jak pracować z energią, aby ich włosy były gęste, zdrowe i lśniące, a skóra młoda i gładka. Mam też uczennice, które dotarły właśnie do mnie tylko dlatego, że marzą o jędrnych, kształtnych piersiach, chcą je powiększyć bez skalpela. Nie dla każdej kobiety ma to znaczenie. Są też osoby w pełni zadowolone ze swojego wyglądu i nic nie chcą w nim poprawiać. Jednak warto wiedzieć, jakie są możliwości energii Reiki.

Napisałam, że jest to ocean, a teraz dodam, że to także źródło młodości. Dla kobiet w średnim wieku wszystko, co daje gładką skórę, lśniące włosy, piękne piersi jest eliksirem odejmującym lata. Warto zauważyć, że wymienione tu elementy urody są charakterystyczne dla pań w młodym wieku. Starsze osoby potrzebują chemii, operacji plastycznej lub nieco magii, by wyeliminować zmarszczki i poprawić kondycję skory czy włosów. Reiki okazuje się być szczyptą tej magii, która bez efektów ubocznych poprawia nasz wygląd.

Ktoś może powiedzieć, że przesadne dbanie o urodę i brak akceptacji naturalnego procesu starzenia to próżność, ale pamiętajmy też, że czasem kwestia wyglądu wpływa na stan naszej samooceny. A ta z kolei jest punktem wyjścia do szczęśliwego życia, samospełnienia i osiągania sukcesów. Dlaczego zatem nie pomóc sobie zabiegiem energetycznym, skoro dysponujemy taką możliwością?

Jak napisałam wyżej, mamy prawo korzystać z energii dla dowolnego celu, jeśli nikomu tym nie szkodzimy. A sam fakt, że Reiki działa na nas odmładzająco jest też dowodem, że to coś dla nas właściwego, ponieważ ta energia niesie tylko dobro. Gdybyśmy próbowali cokolwiek poprawiać energetycznie z negatywnych powodów, Reiki nie zadziała. Wiemy o tym doskonale, wiele praktykujących osób udowodniło, że kiedy ich intencje są nieodpowiednie, energia przestaje działać i wspierać.

Moje doświadczenie wskazuje, że poprawa urody bywa też czasem nieoczekiwanym zupełnie efektem dodatkowym pracy z energią. Nie wykonywałam nigdy specjalnych zabiegów, dotyczących wyglądu, ponieważ mam to szczęście, że przez większość życia byłam zadowolona ze swojej aparycji. Nigdy też o tym nie myślałam, ponieważ życie dostarczyło mi wielu spraw i tematów do uzdrawiania energią, które odwracały moja uwagę od wyglądu. Jednak po dwudziestu kilku latach codziennego wykonywania Reiki obserwuję u siebie zwolniony proces starzenia. Nie mam zmarszczek, nie mogę doczekać się menopauzy, nie potrzebuję biustonosza – grawitacja nie istnieje dla mnie, a nieznane osoby mówią, że wyglądam na trzydzieści kilka lat. Nic w tym kierunku nie robiłam. Ale codziennie robię Reiki.

Zapewne nie jest to sposób na nieśmiertelność, ale wydaje się całkiem logiczne, że energia, odżywiając i uzdrawiając komórki naszego ciała, pozwala nam dłużej cieszyć się młodością.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Asertywność

Z definicji asertywność to umiejętność chronienia własnej przestrzeni i samego siebie przed wykorzystaniem. Większość z nas pojmuje tę cechę jako zdecydowane odmawianie wtedy, kiedy czegoś nie chcemy zrobić. W gruncie rzeczy to wystarczy do zrozumienia, że jest to działanie nie tylko w obronie własnej, ale też wzmacnianie własnej indywidualności. To trochę chronienie swojego prawa do własnych wyborów: robię to, co ja chcę, a nie to, czego życzy sobie ode mnie ktoś inny.

Do tematu warto podchodzić elastycznie. Nie jest bowiem asertywnością lenistwo, chamstwo czy egoizm. Takiej wymówki można oczywiście wygodnie używać, kiedy nam się czegoś nie chce. Jednak asertywność to raczej działanie zgodne z harmonią serca – czyli wybieranie tego, co ważne dla nas, o ile nikomu nie robimy w ten sposób krzywdy. To moim zdaniem jedyny warunek ograniczający robienie dokładnie tego, na co mamy ochotę – dobro drugiego człowieka, ale i własne dobro.

Asertywność nie jest agresywna. Polega na spokojnej rozmowie lub pozbawionym emocji wyjaśnieniu naszego punktu widzenia. Możemy spokojnie odmówić komuś, kto nas o coś prosi, jeśli tak właśnie chcemy. Szczególnie wtedy, kiedy ktoś próbuje nas wykorzystać. Nie ma znaczenia, czy nasza odpowiedź się komuś podoba czy nie. Jeśli ustępujemy „dla świętego spokoju”, aby nie zrobić komuś przykrości, wówczas nadużywamy siebie. A miłość do siebie wyklucza takie zachowanie. Wysokie poczucie wartości wymaga przede wszystkim szacunku dla siebie.

Jednak ów szacunek należy wyrażać spokojnie. Jeśli nas ktoś obraża, możemy łagodnie lecz stanowczo zwrócić uwagę lub zignorować tę osobę, wg uznania. Natomiast rzucanie się z pięściami, obrażanie drugiej osoby i pełna złośliwości kłótnia nie ma nic wspólnego z asertywnością. Warto o tym pamiętać. Niektórym się wydaje, że odpowiadanie atakiem na atak jest asertywnym bronieniem swojej godności. Nic podobnego. Tam, gdzie w grę wchodzą negatywne emocje i nieetyczne zachowania, tam nie ma już mowy o żadnej godności. Dojrzała osoba potrafi spokojnie wyrazić swoje zdanie i to jest jej największą obroną. Zignorowanie napastnika i zaniechanie sprzeczki nie jest ucieczką. Jest pokazaniem prawdziwej klasy. Dodam też, że jeśli skutecznie podniesiemy poczucie własnej wartości, nikt nas nie będzie zaczepiał i atakował.

Otwartość na rozmowę i szukanie kompromisu jest ogromnie ważne, ponieważ inni ludzie mają swoje priorytety, swoje plany i odmienne podejście. Nie każdy myśli tak, jak my i nikt nie przyszedł na świat po to, by nam służyć i tańczyć tak, jak my mu zagramy. Każdy ma prawo do własnych wyborów, dlatego szacunek dla innego człowieka wymaga zrozumienia, że możemy prosić, negocjować, lecz nie wolno nam manipulować ani wywierać presji. Oczywiście szacunek dla innych powstaje wtedy, kiedy mamy szacunek dla samych siebie. Poziom samooceny wyznacza sposób zachowania i traktowania drugiego człowieka.

Niedawno zwróciłam uwagę na pewną mniej lub bardziej świadomą manipulację w dyskusji na FB. Ktoś wyraźnie zapowiedział, że nie życzy sobie na swojej osi krytyki znanej publicznie osoby, ponieważ ją ceni. Nie zastosowanie się do tego życzenia miało skutkować wyrzuceniem ze znajomych. I tutaj pojawiła się pani manipulantka, która natychmiast przewrotnie próbowała zdyskredytować człowieka pisząc, że należy szanować odmienne poglądy, bo przecież ludzie są ważniejsi od przekonań. Pozornie piękne i mądre hasło, w istocie jest wyzwaniem właśnie dla bycia asertywnym. Na mojej osi, podobnie jak we własnym domu, mam prawo przyjmować wyłącznie tych, którzy stosują się do moich życzeń. I podobnie jak mogę zażądać, by gość zdjął buty, mam prawo oczekiwać, że nie będzie ze mną rozmawiał o polityce, a z całą pewnością nie będzie obrażał tych, których szanuję. Jeśli ktoś nie chce ściągać butów, nie musi przecież do mnie przychodzić. A jeśli chce krytycznie wyśmiewać tych, którzy są mi bliscy, może to robić w innym towarzystwie, a nie w mojej obecności. Proste.

Zdumiewa mnie często bezczelne szafowanie górnolotnymi hasłami, które w ostatnim czasie staje się nawet trochę modne. Bo czymś zupełnie innym jest prawo do posiadania własnych poglądów, a czym innym wygłaszanie ich wobec tych, którzy sobie tego nie życzą słuchać. Ta druga opcja jest moim zdaniem celowym atakiem na inną osobę. Nie bez powodu od lat mówi się, że dżentelmeni nie rozmawiają o polityce. Właśnie dlatego, że kulturalni ludzie nie zaczepiają i nie prowokują innych. A tym przecież jest ostentacyjne wygłaszanie swoich poglądów wobec osoby, która ma inne zdanie – a my doskonale o tym wiemy – werbalnym atakiem, zaczepką, złośliwością.

Żyjemy w trudnych czasach. Nasz kraj jest podzielony na dwa obozy, ludzie stale się kłócą, a o kulturze trudno nawet marzyć. Ale tu właśnie wkracza asertywność. Tu mamy okazję, by zdecydowanie wyprosić kogoś, kto narusza święte prawo gościnności, zaczepiając mnie i atakując. Rzecz jasna nie namawiam do kłótni czy agresji. Agresywna reakcja na złośliwość stawia nas na równi z zaczepiającym. Wystarczy spokojnie zwrócić uwagę. A jeśli nie zadziała, zignorować napastliwego człowieka lub usunąć ze swojej przestrzeni.

To wszystko przy tym jest tylko metaforą – nie zwykłam zrzucać ludzi ze schodów. Jednak przyznaję się, że bez złości wyłączam ze znajomych osoby, których zachowanie i wypowiedzi mi nie odpowiadają. Mam do tego prawo, skoro nie po drodze mi z nimi. To ja wybieram sobie znajomych i wybieram osoby o podobnych poglądach i zainteresowaniach. O czym mam rozmawiać z kimś, kto na przykład popiera faszyzm lub propaguje antysemityzm? Nie znajdę z takim człowiekiem wspólnego zdania. Szkoda naszego czasu. Drażnić mnie będą wypowiedzi takiej osoby, a ją zdenerwują zapewne moje poglądy. Lepiej, jeśli każde z nas spotykać się będzie w gronie znajomych, z którymi dzieli przekonania. To właśnie asertywność. Świadome dokonywanie wyboru z kim chcę się spotykać, a dla kogo wolę nie mieć czasu.

W pseudoduchowych tekstach pisze się dużo o miłości, wybaczaniu i tolerancji. Czasem autorzy sugerują, że człowiek na wysokim poziomie akceptuje osobnika o odmiennych poglądach, milutko się uśmiechając. Dopóki to drobiazgi, a dyskusja dotyczy wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem, można się uśmiechać. Jeśli jednak uznam, że nie chcę słuchać historii o tym, jak bardzo obrzydliwi są obcokrajowcy – mam prawo nie słuchać. Mam prawo wyjść ze spotkania lub usunąć z niego taką osobę, jeśli to mój dom. To właśnie asertywność – prawo do decydowania o tym, w jakiej energii przebywam. Rozwój nie polega na kuleniu się w sobie i rozpaczliwej walce z chmurą negatywnych wibracji. Rozwój polega na dbałości o siebie, o swoich bliskich i swoją przestrzeń.

Jednak znowu powiem, że warto być w tej kwestii elastycznym. Czasem lepiej udawać, że się czegoś nie słyszy. To nie oznacza braku asertywności, tylko właśnie kulturę. Czasem puszczenie mimo uszu złośliwości jest lepszym wyborem, niż zrzucenie kogoś ze schodów. Wszystko zależy od sytuacji. Jeśli to incydent, bo ktoś jest nie w humorze – lepiej odpuścić. Jeśli jednak z kimś nam nie po drodze – można dać temu wyraz odcinając się od takiej osoby.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Hymn do miłości

Znany doskonale wielu z nas tekst, cytowany z okazji ślubów i rocznic, odnoszony do miłości małżeńskiej, jest najbardziej doskonałą definicją bezwarunkowej miłości. Tej, która odnosi się do całości naszego istnienia – nie tylko w związku intymnym. To właśnie ta miłość, której powinniśmy się uczyć i rozwijać ją w sobie – miłość do siebie, do drugiego człowieka, do świata, do każdego przejawu istnienia. Choćby dlatego warto go z uwagą przeczytać i przemyśleć. Dostrzegam w tym hymnie wspaniałą wskazówkę duchowego rozwoju.

Biblia Tysiąclecia
1 List do Koryntian 13

Hymn o miłości

1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.

2 Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił. a miłości bym nie miał, byłbym niczym.

3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.

4 Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;

5 nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;

6 nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.

7 Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

8 Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.

9 Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy.

10 Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.

11 Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.

12 Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany .

13 Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.

***

W opracowaniach literackich znajdziemy wiele wersji interpretacyjnych tego niezwykłego tekstu, dlatego też nie będę rozwijać różnego rodzaju analiz. Nie o interpretacji myślę, lecz o inspiracji, którą znajduję w “Pieśni Nad Pieśniami”. To mój własny bardzo indywidualny odbiór, który jest dla mnie potwierdzeniem tego, o czym stale powtarzam.

A powtarzając, spodziewam się wielu lekceważących parsknięć: “po co tyle o miłości? To ckliwe i nudne”. Pamiętam też, jak pewien założyciel ezoterycznego forum, który z dumą podkreślał, że interesuje się rozwojem i posiada bogatą wiedzę na ten temat, wyśmiał mnie wprost, twierdząc, że pisanie o miłości to frazesy dla nastolatek i różowych landrynek. Do dzisiaj bawi mnie ta sytuacja, która przypomina człowieka, chwalącego się dużymi umiejętnościami gry w szachy i nie wiedzącego zupełnie, jakimi ruchami porusza się na planszy hetman.

Cierpliwie powtarzam, że w rozwoju duchowym najważniejsza jest miłość bezwarunkowa. To podstawa. To klucz. Bez niej nie ma rozwoju, może być tylko teoretyczna wiedza o czakrach, medytacji czy energetyce. Wiedza taka może być przydatna, ale sens duchowego wzrastania dostrzec można dopiero w tym, co czujemy i jak działamy. “Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.” Często mówię, że ważniejsze jest samo kochanie i życzliwe pochylanie się nad istotą słabszą od nas, niż ćwiczenia jogi, miliony odmówionych mantr i perfekcyjna znajomość zaawansowanych praktyk. Zaczynamy od kochania siebie i tę miłość przenosimy na wszystkie inne istoty i zjawiska. Kiedy to urzeczywistnimy naprawdę, a nie tylko na chwilę i na pokaz, wówczas staniemy się istotami oświeconymi. Joga, medytacja i inne praktyki są świetnymi narzędziami wiodącymi do celu. Ale celem jest miłość.

A dowodem na to jest chociażby fakt, że kiedy kochamy, to nasza energia jest najwyżej. Nasze życiowe doświadczenia wyraźnie pokazują nam, dokąd zmierzać. Czasem ludzie narzekają, że oczywiście chcą się rozwijać, ale nie mają wiedzy i odpowiednich wskazówek. Ależ mają! Każdy człowiek doświadcza radości lub smutku, miłości lub niechęci. Kiedy przyjrzymy się temu, co dla nas dobre, co podnosi nam widocznie nastrój (a tym samym energię), to podążając za tym, co nam służy, zmierzamy do Oświecenia. To takie proste! I wśród tych wskaźników miłość ma notowania najwyższe.

Wystarczy przypomnieć sobie chwilę, kiedy byliśmy zakochani… Czy w takim pełnym euforii stadium nie kochamy całego świata, nie wybaczamy, wrogom, nie bagatelizujemy problemów? Rzecz jasna przemijający stan zakochania to tylko przedsmak tego, co ofiaruje nam uczucie miłości bezwarunkowej, takiej, którą obdarowujemy nie tylko partnera, ale matkę, dziecko, przyjaciela, ulubione zwierzątko, a nawet miejsca i rzeczy. Bo możemy kochać wszystko, cokolwiek zapragniemy, nie tylko ludzi – wbrew pozorom.

Istotna różnica pomiędzy tradycyjną, romantyczną miłością, a tą prawdziwą, polega głównie na tym, że ta druga jest bezwarunkowa. Kochając bezwarunkowo niczego nie oczekujemy, lecz rozkoszujemy się samym stanem kochania. “Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; 5 nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego“. Podczas, gdy w związkach przelewają się przeróżne emocje. Mówimy o uczuciach i jednocześnie zazdrościmy, oczekujemy oddania, robimy awantury, wykorzystujemy – wszystko ponoć w imię uczuć. Bardzo znamienne, że “kochając”, zawłaszczamy sobie drugą osobę i wymagamy, by traktowała nas jak bóstwo. Bycie kochanym to dla nas lekceważenie i poniżenie całego pozostałego świata na naszą rzecz. Widzę to wyraźnie w wypowiedziach młodych osób, dla których miłość obowiązkowo musi być też cierpieniem, kiedy ukochany/ukochana nie chce nas uwielbiać i stawiać na piedestale, lecz ma czelność podziwiać inne/innych. Często kochaniem nazywamy układ, w którym nie tylko wybrany/wybrana należy do nas, ale także jego/jej pieniądze, czas i uwaga. To nie jest miłość.

O związkach piszę w innym miejscu, tutaj chcę tylko wyraźnie podkreślić, że miłość bezwarunkowa, która prowadzi do rozwoju nie ma nic wspólnego z tym, o czym rozmawiają różowe landrynki i co wyczytamy w romansach. Nie umniejszam romantycznych uniesień. Wszystkie nasze uczucia są ważne, a te akurat szczególnie przyjemne – kochajmy więc całym sercem tak, jak umiemy. Jeśli jednak decydujemy się wejść na duchową ścieżkę, to zacząć trzeba od pokochania bez żadnych warunków – także tych ludzi, których nie lubimy.

Jedną z najpiękniejszych cech bezwarunkowej miłości jest wybaczanie, poprzez rozumienie, że wszystko czegokolwiek doświadczamy, przyciągnęliśmy sami do swojej rzeczywistości. “Miłość… nie unosi się gniewem, nie pamięta złego…” Oznacza to, że potrafimy ciepłym uczuciem akceptacji otoczyć każdą istotę czującą. Nie musimy się z nią spotykać ani rozmawiać, ale w sercu nie czujemy żalu i życzymy także tej osobie jak najlepiej. W tym miejscu wyraźnie widać rozdźwięk z miłością romantyczną, która karmi się zazdrością i chętnie obraża, dramatycznie łkając: “on złamał mi serce“. Miłość bezwarunkowa nie doświadcza złamania serca, bo kocha bez względu na wszystko. Kocha tego, który jest miły i dobry, ale także i tego, który nie ma dla nas czasu lub hołubi inne osoby, a nawet oszukuje czy kłamie. Naprawdę nie kocha się za coś, lecz po prostu.

Z pewnością bliższa miłości bezwarunkowej jest ta, którą matka żywi do własnego dziecka, bo będzie je chronić zawsze i wszędzie, bez względu na to, co ono uczyni. Nie ma żalu ani pretensji, a nawet jeśli ich doświadcza, to i tak kocha. Pomimo tego. “Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.” Oto miłość. Jeśli potrafimy takim uczuciem obdarzyć nie tylko własne dzieci, to jesteśmy na najlepszej drodze. Miłość bezwarunkowa kocha wiele osób, każdą z taką samą siłą i niczego w zamian nie oczekując.

Na koniec moja własna wizja Oświecenia, które jest dla mnie kompletnym poznaniem wszystkiego. Powrót do Źródła lub całkowite z Nim połączenie w Złotej Erze, daje nam pełnię. Stajemy się Jednością ze Wszystkim Co Jest. “Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.” Jak widać z listu św. Pawła prowadzi do tego właśnie miłość. Nie bez powodu ta wskazówka znalazła się w tak krótkim tekście, który pozornie opiewa damsko-meskie uczucia. Pozornie. Bo w gruncie rzeczy niewiele ma z nimi wspólnego, co wyżej udowodniłam. Aczkolwiek bez wątpienia byłoby bardzo pożądanym, aby taka romantyczna miłość stała się bezwarunkowa, wówczas i związek byłby szczęśliwy i na najwyższym poziomie.

Co szczególnie ważne: prawdziwa miłość nie ma końca. “Miłość nigdy nie ustaje”. Oznacza to, że nie znika nawet po śmierci. Jest tą wartością, którą zabieramy ze sobą na druga stronę. Potwierdza to dokładnie to, co stale powtarzam: jesteśmy tu na Ziemi dla miłości, byśmy się nauczyli kochać. Umierając, zostawiamy tu swoje ciała, dyplomy, majątki i dorobek kulturowy. Zabieramy wyłącznie energię miłości, taką, jaką udało nam się za życia rozwinąć. Im bardziej kochaliśmy bezwarunkowo, tym lepiej odrobione zadanie w tym wcieleniu, tym bliżej jesteśmy Oświecenia.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zapisz

Zaufanie

Jeden z moich kolegów nikomu nie ufał. Kiedy zapewniałam go o czymś, mówił zazwyczaj: ależ ja nawet sobie nie ufam, a co dopiero komuś innemu. Protestowałam bezskutecznie, zapewniając go, że czas zacząć wierzyć… Przede wszystkim sobie. Nie zawsze umiemy, bo łatwiej nam zaufać autorytetom, przerzucając w ten sposób nieco odpowiedzialności na tych, którzy naszym zdaniem udźwigną, to co im na barki zechcemy włożyć. Czasem nas rozczarowują, bo przecież są ludźmi, a ich moc ogranicza się do tego, co ważne dla nich.

Najłatwiej chyba zaufać Wszechmocy. Kiedy wzrastamy wewnętrznie, uczymy się pięknej sztuki powierzania siebie i swoich spraw Wyższej Instancji. Z wiarą i spokojem oddajemy różne trudne dla nas problemy, wiedząc doskonale, że Najwyższe Źródło znajdzie najlepsze rozwiązanie. Jest w tym też i pokora, ponieważ nie oczekując niczego, pogodnie przyjmujemy wszystko, co się przydarza. Wiemy, że cokolwiek będzie, jest dokładnie tym, co ma być – co dla nas najlepsze. Nawet jeśli nie spełnia naszych pragnień, przyjmujemy, że to po prostu doświadczenie, którego potrzebujemy. Ufamy.

To kawałek duchowej ścieżki: rozumienie, że wszystko ma swój sens i cel. To spoglądanie poza wydarzenia i dostrzeganie oczywistej prawdy, że któregoś dnia nic nie będzie miało znaczenia… Któregoś dnia, zostawimy wszystkie piękne przedmioty, pieniądze, a także długi i problemy. Zostawimy choroby i troski. Zostawimy przyjaciół. I pewnie jedyne, co będzie miało znaczenie, to szybka myśl: moje życie było dobre, zostawiłam po sobie kilka miłych wspomnień.

Jednak zaufanie ma także ważny aspekt dla naszego życia tutaj, w tej materialnej rzeczywistości. Mam na myśli przede wszystkim zaufanie do samego siebie. Pozwala ono zobaczyć nasze prawo do życia takim, jakie ono być powinno. Jest to jak zwykle owoc wysokiego poczucia wartości i wiary w siebie. To umiejętność dostrzegania w sobie potencjału i mądrości. To odkrywanie, że tylko my sami wiemy najlepiej, co jest dobre dla nas. Mamy przecież w głębi serca najlepszego przewodnika.

Bez wysokiej samooceny nie dajemy sobie prawa do godnego istnienia. Szukamy zewnętrznych autorytetów i pytamy ich o zgodę, o radę. Podejmujemy decyzje w oparciu o to, co mówią inni. Staramy się też zaspokoić oczekiwania innych i dopasować do ogólnie przyjętych standardów. Znikamy w tłumie. Zamiatamy pod dywan własne talenty. Stajemy w równym szeregu podobnych sobie owiec i podążamy z nimi na kolejne nudne pastwisko.

Zaufanie do siebie to odwaga w rozwijaniu indywidualnych zdolności. To uparte szukanie ich w sobie i odkrywanie niezmierzonych pokładów mocy, dzięki którym możemy budować swoje samospełnienie. To także świadomość, że każdy przychodzi na świat z unikalnymi umiejętnościami i każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny. Właśnie dlatego warto siebie samego pytać o to, co jest ważne dla nas. W głębi serca mamy swoje najlepsze drogowskazy.

W zaufaniu do siebie jest jeszcze coś, co mocno opiera się na poczuciu własnej wartości: prawo do bycia sobą. Więcej piszę o tym w artykule o harmonii serca. Tutaj chcę zwrócić uwagę przede wszystkim na wyjście poza schematy. Trochę zachęcam nawet do buntu przeciwko tym wszystkim, którzy chcą nas wtłoczyć w jakieś ramki, które tylko im się podobają. Oczywiście żyjemy w społeczeństwie i w jakiś sposób powinniśmy szanować tę przynależność, poprzez nie naruszanie porządku, wzajemne wspieranie, tolerancję i życzliwość. Ale poza tym mamy zawsze prawo do tego, by być sobą. Zasługujemy na własną unikalną ścieżkę i na bycie szczęśliwym człowiekiem. 

Wyraża się to najczęściej w prostych decyzjach. Nawet takich jak kolor włosów czy rodzaj butów. I cóż z tego, że wszystkie kobiety do sukni zakładają szpilki? Jeśli ich nie lubię, to nie ubieram. Przedkładam zdrowie, ponad wygląd. Przedkładam także energetykę ponad modę czy zwyczaj, bo przecież wiadomo, że wysoki obcas odcina nas od energii Ziemi. W ten sposób kobieta na szpilkach jest pozbawiona siły, godności, pewności siebie. Staje się podatna na manipulacje i wykorzystanie. I chociaż trudno zaprzeczyć, że szpilki są bardzo seksowne i dodają uroku wydłużając nogi, to ważne, by móc samodzielnie zdecydować, co wybieramy. Czasem bardziej niż zmysłowy wygląd przyda się energia Ziemi.

Oczywiście są ważniejsze wybory: praca, mieszkanie, związki. W tych obszarach także panują zwyczaje, które próbują nas popchnąć w jakąś stronę. To można, a to nie wypada. Staramy się dopasować do oczekiwań innych, bo przecież każdy z nas potrzebuje akceptacji i sympatii. A przecież możemy tę potrzebę zaspokoić podnosząc samoocenę. Wówczas nie czujemy potrzeby, by dogadzać innym, by podobać się komuś – robimy to, co nam służy i zaspokaja nasze własne oczekiwania. To bardzo ważne, aby akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy i ufać, że jesteśmy wystarczająco dobrzy. Tu i Teraz.

Poczucie przynależności jest też dla nas ważne, dlatego jeśli na przykład mieszkamy na wsi, gdzie wszyscy urządzają huczne wesele, to i my je urządzamy. Bo tak trzeba, aby poczuć się częścią społeczności. Bo ta społeczność tego właśnie od nas oczekuje. I chociaż moglibyśmy zupełnie inaczej wydać pieniądze i całkiem odmiennie przysięgać sobie miłość, to uginamy się pod presją zwyczaju.

To nie zawsze jednak tylko tradycja. W każdej grupie, w każdej kulturze są ludzie, którzy próbują zmusić innych, by zatracili własną indywidualność i zniknęli w tłumie pokornych owiec. Najczęściej kieruje nimi zazdrość lub potrzeba kontroli, a w gruncie rzeczy – strach przed silną osobowością. Tłumią ją w zarodku, popychając i strofując nawet w tak prozaicznych obszarach, jak ubranie, jedzenie, uczesanie czy spędzanie wolnego czasu. To tacy ludzie próbują nas przekonać co wypada, a czego robić nie powinniśmy. Tymczasem zasada jest niesłychanie prosta i w moim odczuciu tylko jedna – możemy robić wszystko, czego pragniemy, o ile nikomu, włącznie ze sobą, nie czynimy tym krzywdy.

Zaufanie do siebie polega na tym, że robię to, co lubię, ubieram się tak, jak lubię i czuję się z tym dobrze. Nie oglądam się na innych, nie słucham cudzych komentarzy i zupełnie nie przejmuję się krytyką. Jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził – mówi stare porzekadło i jest ono dla nas ważną nauką niezależności. Rozumiem też, że w pełni zasługuję na swoje własne kreowanie sposobu życia tu na Ziemi. Mam prawo być taka, jak chcę i lubię – nikomu nic do tego. To moje życie i chcę je przeżyć najlepiej, jak umiem.

Zaufanie do siebie to podążanie za swoim wewnętrznym głosem z wiarą, że ten głos ma rację. To szukanie swojej własnej drogi, swojego własnego wyglądu, sposobu spędzania wolnego czasu. To wybór lektury, kinowego repertuaru i menu w restauracji. To jednak przede wszystkim świadomość, że nasze serce wie najlepiej, co dla nas dobre. Niektórzy pokrzykują w emocjach, zachowują się opryskliwie, a potem czują niesmak do samych siebie. To jest wewnętrzna wskazówka, która pokazuje: tego nie rób, bo to ci nie służy. Bywa, że udajemy, że jej nie słyszymy i powtarzamy sobie, że trzeba być pyskatym, bo inaczej nas zjedzą. Tymczasem właśnie wtedy, kiedy okażemy komuś życzliwość, pomożemy, przytulimy, pocieszymy – wtedy czujemy się najlepiej. Błogość rozlewa się jak miód po naszym wnętrzu. To bardzo jednoznaczna podpowiedź. Warto zaufać i uwierzyć, że gdzieś tam w głębi siebie nosimy kapitalny kompas, który bezbłędnie wskaże, co jest dla nas dobre.

Życie jest proste, kiedy nauczymy się podążać za tym wewnętrznym przewodnikiem. W istocie wystarczy zwracać uwagę na to, kiedy czujemy się dobrze, radośnie, kiedy jesteśmy szczęśliwi. To właśnie przyjemne odczucia pokazują, co jest właściwe. To nasza droga. To też ścieżka wzrastania i działanie zgodne z harmonią serca. Niczego więcej nam nie trzeba, jak tylko zaufać i podążać za tym głosem. 

Bogusława M. Andrzejewska