Wybór

Podstawową zasadą naszego rozwoju tu na Ziemi jest samostanowienie. Gdyby istniało jakieś przeznaczenie, jakiś przymus  to nie byłoby w ogóle mowy o rozwoju. Bo jakież to wzrastanie, kiedy robimy to, co musimy? Tylko nasze własne decyzje, które podejmujemy kilkanaście i kilkadziesiąt razy razy w ciągu dnia stanowią o tym, co rozumiemy, co czujemy, Kim W Istocie Jesteśmy. I to jest najwyższa szkoła życia dokonywanie właściwych wyborów.

Z jednej strony  nie ma złych decyzji, więc każdy wybór jest właściwy. Ale z drugiej są takie, które prowadza nas do szczęścia, wzrastania, błogości i takie, które pokazują, jak wiele jeszcze przed nami do nauki. Czasem te rozróżnienia są niejasne, trudne do uchwycenia, bo nie każda decyzja wydaje się być brzemienna w jakieś skutki. Niektóre tematy wydają się być błahe, tymczasem dla energii nie ma tematów ważnych i mniej ważnych. Każda decyzja jest ruchem energetycznym. Nawet taka, jakie buty założyć do sukienki albo czy obejrzeć film. I chyba na tych prostych decyzjach najczęściej się potykamy, bo nie wydają nam się ważne. A są.

Do codziennych drobnych pozornie decyzji należą takie na przykład, jak to, czy posprzątam i nastawię pranie, czy też pooglądam wysokowibracyjne Karty Aniołów i zadam im jakieś pytanie. Nie mówię tu o sytuacji skrajnej, kiedy przewracam się o rozsypane wszędzie śmieci. W przeciętnym domu odłożenie sprzątania o kilka godzin czy jeden dzień jest niewidoczne. To szczypta kurzu więcej. Ale jak zwykle zachęcam do znalezienia złotego środka, bo moje doświadczenie pokazuje, że można nastawić pranie, ogarnąć dom i znaleźć czas namedytację czy duchową praktykę. Setki ludzi tak właśnie układa swój dzień.

Poruszam ten temat, ponieważ zadziwia mnie, kiedy zachęcam klientkę do poświęcenia 20-30 minut na coś pozytywnego, co podniesie wibracje, a ta osoba mówi mi, że nie ma czasu, bo musi zrobić zakupy, ogarnąć dom, poprasować… i takie tam codzienne czynności, które wykonuje każdy z nas. Mogę to zrozumieć w przypadku matki małych dzieci, która nie ma czasu, by spokojnie wypić herbatę. Albo w sytuacji permanentnej opieki nad obłożnie chorą osobą. To skrajne sytuacje. Ale inaczej  odrzucanie czegoś, co podnosi energię na rzecz sprzątania czy prasowania jest błędem. To właśnie wybór, który prowadzi w niewłaściwą stronę.

Jeśli naprawdę chcemy być szczęśliwi, powinniśmy działać w harmonii z wszechświatem i wybierać jak najwięcej rzeczy, które sycą nas pięknem, miłością i radością. Jeśli obok tego są jakieś przykre, szare obowiązki  trudno, niech będą, ale na marginesie życia, a nie w jego centrum. Standardowo możemy spokojnie mieć czas na jedno i drugie. Nie trzeba codziennie stać przy kuchni, można gotować raz na dwa dni. Nie trzeba codziennie sprzątać, można utrzymywać porządek, odkładając od razu rzeczy na swoje miejsce i wycierając starannie buty z błota. Można! To tylko kwestia wyboru.

Jednak należy najpierw zrozumieć, że nie zeszliśmy na Ziemię, by gotować, prać i sprzątać lub wykonywać inne szare obowiązki. Zeszliśmy po to, by robić coś, co kochamy. Rozpoznajemy to po tym, że wyrastają nam skrzydła u ramion, a energia rośnie. To ładuje nasz wewnętrzny akumulator  podwójnie. Po pierwsze akumulator emocjonalny, który naładowany sprawia, że jesteśmy ludźmi pogodnymi i zadowolonymi z życia, że odczuwamy sens istnienia i szczęście. Jeśli akumulator się wyczerpie, a my będziemy kręcić się w ponurych obowiązkach, jak trybik w maszynie, to prędzej czy później poczujemy się wypaleni. Poczujemy się nieszczęśliwi. A w końcu zapadniemy w  depresję.

Uważam, że depresja jest wynikiem braku szczęśliwych i radosnych doświadczeń i dokucza tym osobom, które nigdy nie robiły nic dla siebie i swojego zadowolenia. Które nigdy nie napełniały radością swoich akumulatorów. Które żyły dla innych, starając się komuś dogodzić i w którymś momencie szaro bura pustka objawiła się w całej okazałości, wychodząc w ciele paskudnym schorzeniem. Jak wiadomo to niebezpieczna choroba, która nie leczona grozi śmiercią. A przecież wystarczy systematycznie dbać o napełnianie siebie radością, miłością izachwytem, a taki stan nigdy nam nie zagrozi. Wiem. Doświadczam. Jestem szczęśliwa.

Po drugie  te wszystkie pozytywne emocje, które tu wymieniam, napełniają też nasz zbiornik duchowy. Chociaż rozwijamy się wewnętrznie poprzez trudy codziennego życia, to owo wzrastanie powinno być wspierane także praktyką, ćwiczeniami, medytacją. Dla prawdziwego duchowego rozwoju należy codziennie starać się podnosić energię. A co nam podnosi energię? Oczywiście śmiech dziecka, spacer po sosnowym lesie, pływanie, ale też oglądanie pięknych grafik, słuchanie odpowiedniej muzyki, czytanie wysokoenergetycznej książki czy strony, medytacja, duchowa praktyka. Na to nie może zabraknąć czasu. Żadne sprzątanie czy prasowanie nie jest od tego ważniejsze.

Czasem myślę, że problemem są wzorce wyniesione z domu rodzinnego, w którym rządziła żelazna zasada: „najpierw obowiązek, potem przyjemność”, wzmocniona koniecznością robienia wszystkiego „na wysoki połysk”. Bo  jak wspomniałam wcześniej  nie chodzi o to, by nie sprzątać, nie zmywać, siedzieć na kupce brudu i przeglądać Karty Aniołów. Chodzi o to, by znaleźć przestrzeń na wprowadzenie wysokiej energii do swojego życia. Kłopot ze znalezieniem czasu na duchową praktykę, czy jakąś dowolną przyjemność, która poprawi nastrój, mają osoby nadobowiązkowe, które robią tysiące przetworów na zimę i pastują sto razy podłogi, które i tak są czyste. Jak myślicie, co jest biletem do oświecenia: wypastowana podłoga czy medytacja nad miłością bezwarunkową?

Nie ma nic złego w wypastowanej podłodze i setkach słoików z kompotami, jednak pod warunkiem, że nie są to rzeczy wykonywane po to, by zasłużyć na miłość domowników lub partnera. W mojej praktyce nie spotkałam się z takim przypadkiem. Każda znana mi „idealna” pani domu, u której można jeść z podłogi, a piwnice pękają w szwach od przetworów, to osoba, która szczególnym wysiłkiem i staraniem chce pokazać, że jest godna i zasługuje na to, by oddychać. A przecież wystarczy być, by zasługiwać na miłość, szczęście i to, co najlepsze.

Na wszelki wypadek dodam też, że nie jest dla mnie żadnym argumentem pucowanie do połysku podłóg i robienia tysięcy słoików „dla dobra dzieci”. Każde dziecko bardziej ucieszy się ze spaceru z mamą, z gry w planszówkę albo z długiej rozmowy przy herbatce, kiedy jest starsze. To, czego dzieci najbardziej pragną, to naszego czasu i uwagi, a nie wypasionych obiadków i lśniących podłóg. Warto o tym pamiętać. To też moment dokonywania wyboru, czy umęczyć się przy kuchni lub w łazience, czy też być wypoczętą i z uśmiechem poczytać wspólnie bajki.

Na koniec tematu podpowiem też, że najpiękniejszym wyborem jest współpraca z dzieckiem. Wspólne robienie obiadu, a nie podtykanie pod nos gotowych przysmaczków, uczy pracowitości, odpowiedzialności, dzielenia się obowiązkami. Uczy pomagania, a nie wyręczania. Takie dziecko, kiedy dorośnie będzie umiało wszystko zrobić, będzie mądre i samodzielne. Ale będzie też umiało docenić potrzebę odpoczywania i wspólnego cieszenia się życiem. Bywa często, że uczymy wygodnictwa, poprzez podawanie wszystkiego pod nos. To wcale młodym osobom nie pomaga w życiu. 

Setki słoików i pastowanie podłogi to tylko pewna metafora. Być może robimy coś zupełnie innego, co odczuwamy jako obowiązek i powinność. Jeśli to presja dyktowana znanym dobrze „bo tak wypada”,  „bo tak trzeba”, „bo co ludzie powiedzą”, to niech się zapali czerwone światło. Przyjrzyjmy się wówczas takim wyborom i zadajmy sobie pytanie, czy to co robimy, sprawia nam radość i satysfakcję? Czy nadaje sens naszemu życiu? Czy też robimy coś, bo boimy się oceny innych i krzywego spojrzenia znudzonej sąsiadki. Żyjemy tutaj dla siebie, a nie dla innych. Zawsze o tym pamiętajmy.

Podsumowując, rzecz w tym, by znaleźć czas na to, co kochamy robić i co wywołuje na naszej twarzy radosny uśmiech. Warto mieć zawsze choć trochę przestrzeni na odczuwanie zachwytu i jak najczęściej doświadczać piękna. Ważne są te wszystkie działania, które robimy dla siebie, dla własnego szczęścia i spełnienia. To nas wznosi, rozwija i uzdrawia. To nas też chroni przed depresją, poczuciem wypalenia i utratą sensu życia. Dokonujmy mądrych wyborów.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Wzorce

O wzorcach w kontekście rozwoju osobistego mówimy stale i piszę o tym niemal w każdym artykule, tu więc tylko pewne podsumowanie. To niezbyt dobrane słowo oznacza taką wewnętrzną matrycę, która zakorzeniona w podświadomości przyciąga do nas określone wydarzenia. Jeśli ten wzorzec brzmi np. „jestem niemądra”, to życie przynosi doświadczenia, które to potwierdzają. Wzorzec jest jak kapelusz założony na głowę, kiedy przeglądamy się w lustrze, a owym lustrem jest życie. To mogą być ludzie, którzy tak do mnie powiedzą. Nawet bardziej dosadnie, np. :”jesteś głupia, jesteś idiotką”, a mnie to zaboli, bo to osoby dla mnie ważne. Ta emocja, ten ból jest wskazówką, że wzorzec jest dla mnie aktywny. Jeśli ktoś mnie wyzwie, a po mnie to spłynie, jak po gęsi, to oznacza, że takiego akurat wzorca nie posiadam. Kluczowe zatem są emocje. Po to właśnie przychodzą.

Wzorce można nazywać także kodem lub przekonaniem czy poglądem, ponieważ rzecz jasna nie są zwykłą przelotną myślą, lecz właśnie czymś, w co wierzymy. Słowo „przekonanie” wydaje mi się najbardziej trafione. Z tym wszakże zastrzeżeniem, że przekonania kojarzą nam się z czymś ułożonym logicznie w świadomości, a wzorce często są głęboko schowane w warstwach podświadomych i nie mamy do nich dostępu na poziomie umysłu. Wzorce to także rozmaite nawyki, które weszły na stałe do naszego funkcjonowania. Dlatego tymczasem nazywajmy to zjawisko nadal wzorcem.

Wzorce najczęściej powstają bez udziału naszej świadomości w różnych powtarzających się sytuacjach, ponieważ nasz umysł uczy się przez ponawianie zdarzeń i czynności. Jeśli jako małe dziecko za każdy razem po rozbiciu kolanka dostajemy czekoladkę na pociechę, to wytwarza się wzorzec: „ból jest nagradzany”. Podaję go w dużym uproszczeniu, ale łatwo się domyślić, że taki wzorzec prowokuje świadomość do przyciągania bólu (pechowych wydarzeń), aby dostać nagrodę.

Innym przykładem może być czuła obecność mamy w czasie chorowania. Mamy, która na co dzień jest bardzo zapracowana i nie ma dla nas czasu. Podświadomość może wywoływać choroby, aby doświadczyć troski, miłości i czułej obecności. Prawdę mówiąc bardzo często w procesie uzdrawiania odnajdujemy u człowieka opór przed zdrowiem. Taki opór nie bywa logiczny i taka osoba powtarza głośno, że ma już dość chorowania, chce stanąć na nogi. Tymczasem wewnątrz, w podświadomości tkwi taki właśnie kod: „choruj, będą cię przytulać i okazywać ci miłość”. Taki wzorzec mógł powstać w dzieciństwie, ale wzorce tworzymy na bieżąco na każdym etapie życia. Starsza samotna osoba może w ten sam sposób przyciągać uwagę swoich dorosłych dzieci, które na co dzień nie mają dla niej czasu.

Wzorce można umownie podzielić na podstawowe i wtórne. U takiej starszej osoby wzorcem wtórnym może być poczucie zmęczenia i potrzeba odpoczynku albo gniew na kogoś z rodziny. Uzdrowiciel oczyści ten wzorzec i oczekujemy, że chory poczuje się lepiej. Tymczasem okazuje się, że nie ma efektu lub poprawa samopoczucia pojawia się tylko na chwilę. Aktywny jest bowiem wzorzec podstawowy, schowany głęboko i niewidoczny – przekonanie, że jeśli chorujemy, to dzieci okazują nam miłość. Potrzeba miłości jest tu silniejsza niż uzdrowienie gniewu albo zmęczenia.

Innym przykładem może być praca z odkrytym wzorcem dotyczącym pieniędzy. Może być tak, że zauważamy lęk przez biedą i zaczynamy aktywnie uzdrawiać ten wzorzec, zastępując go poczuciem obfitości. Pomimo tego jednak sytuacja finansowa wcale się nie poprawia albo (co jest dość częstym zjawiskiem) poprawia się na krótki czas, a potem wracamy do punktu wyjścia. Okazuje się, że ten wzorzec jest wtórny, a pod spodem jest silniejsza blokada – wzorzec pierwotny. Wzorcem pierwotnym może być np. niskie poczucie wartości i przekonanie, że nie zasługujemy na żadne luksusy.

Bardzo wyraźnie widać to w przypadku odchudzania, kiedy wzorcem wtórnym staje się poczucie winy, że przejadamy się słodyczami. Nawiasem mówiąc nie rozumiem zupełnie, jak można mieć sobie za złe, że lubi się słodycze? A gdzie jest napisane, że trzeba odżywiać się tylko zieleniną? Przecież kakaowiec, z którego robi się czekoladki to też roślinka. Jednak poważnie rzecz biorąc mnóstwo ludzi obciąża się wyrzutami, że nie je tak, jak zalecają dietetycy. Po zastosowaniu diety na jakiś czas waga spada. Potem jednak pojawia się powrót do stan wyjściowego – tzw. „efekt jo-jo”. Jest to standard, ponieważ do głosu dochodzi wzorzec pierwotny, czyli ten, który spowodował przytycie. Najczęściej jest to lęk – lęk przed ośmieszeniem, lęk przed odrzuceniem, lęk przed popełnieniem błędu, lęk przed brakiem… Warstwa tłuszczu to obrazowo mówiąc wały obronne, którymi chronimy się przed światem. Warto wziąć to pod uwagę, zanim zaczniemy katować się dietami lub wydawać ogromne sumy na preparaty odchudzające.

Jak zatem zmieniać te wzorce, które nam nie służą? Metod jest mnóstwo. Najstarsze i najbardziej znane są afirmacje. Szybkie i łatwe jestdekodowanie. Nowe i bardzo skuteczne jest Pure Art – zachwyca mnie efektywność tej metody. A po drodze setki innych sposobów, bo każda nowopowstała metoda rozwoju musi zawierać w sobie taki myk, który pozwoli zmienić niekorzystny wzorzec. Wszystko się na nim przecież opiera. Nie ruszymy do przodu bez ogarnięcia pracy z matrycą. Dopiero uwolnienie (skasowanie, zdekodowanie, wypchnięcie, pozbycie się) negatywnego wzorca otwiera nam drzwi do zmiany na lepsze.

Dla porządku dodam, że nazwa „negatywny” jest dość umowna. Jak wszystko w dualnym świecie. Bardziej odpowiednie jest powiedzenie: „wzorzec, który obecnie mi nie służy”. Bo niektóre z tych nie odpowiadających nam teraz wzorców kiedyś były potrzebne i dobre. Każdy kod powstaje z jakiegoś powodu i czemuś służy. Wiedzą o tym doskonale osoby DDA, które do perfekcji opanowały dyplomację, uniki i odwracanie uwagi. Potrzebowały tego do przeżycia. Na tamtą chwilę wykształcone nawyki ratowały bardzo wiele. Być może dzisiaj zaczynają przeszkadzać w obrębie relacji, ale nie warto myśleć o tych kodach ze złością. Sugerowałabym wdzięczność i szacunek dla siebie samej, że umieliśmy funkcjonować w takim survivalu, jaki był naszym udziałem. Wszystko ma swój sens.

Wzorce wbrew pozorom bywają także przydatne. Takim wzorcem jest nawyk porannej gimnastyki czy biegania, po którym dobrze się czujemy. Muzyka, która automatycznie powoduje radość, ładne afirmacje, nawyk codziennego dziękowania za dobro, które nas spotyka, roześmiana zabawa z kotem, która podnosi nastrój, śmiech o poranku – jest tysiące wspaniałych rzeczy, które stają się pozytywnymi wzorcami. Nasz umysł uczy się powtarzając i warto jak najczęściej wymyślać i powtarzać dobre rzeczy. W ten sposób tworzymy nawyki, które nam potem doskonale służą. Na przykład można codziennie po umyciu zębów przez pięć minut mówić do swojego odbicia w lustrze piękne słowa o sobie i nadchodzącym dniu. Po dwóch lub trzech tygodniach to stanie się wzorcem układającym nam pozytywnie dzień i pilnującym naszego poczucia wartości.

To nie mój wymysł ani pobożne życzenie. Na tej samej zasadzie działają pytania kwantowe, czyli otwarte pytania do wszechświata, które układają naszą energetykę w pozytywny sposób. Jeśli powtarzamy je codziennie stają się wzorcem. Jak wszystko inne. Bo już tacy jesteśmy, że szybko się uczymy. Doskonałym przykładem może być choćby prowadzenie samochodu. Nikt nie urodził się z tą umiejętnością i pierwsze próby zmiany biegów powodują zgrzytanie zębami. A z czasem jedziemy drogą słuchając radia, rozmawiając i nasza ręka automatycznie wrzuca biegi, a stopy spontanicznie przechodzą z gazu na sprzęgło. Taka to cudowna zdolność naszego mózgu

Świadomość, że wzorce możemy sami tworzyć bardzo się przydaje w życiu. Przetestowałam to w moim jakże zatłoczonym stale sklepie. Zdarzyło się „przypadkiem”, że kiedy stałam w baaardzo długiej kolejce do kasy, otworzono nową i po dwóch minutach wyszłam ze sklepu z zakupami. Mam szczęście” – powiedziałam do siebie kilka razy – „Jak tylko stanę w kolejce, otwierają nową kasę”. Zbudowałam z tego przekonanie, bo nowe programy umiem wpisywać w swój wewnętrzny komputer z łatwością. Od tamtej pory stale to powtarzam i moja podświadomość sprawia, że ilekroć utknę w dłuuugiej kolejce, otwierają obok mnie nową kasę. Moc umysłu? Nie, zwykłe zasady wszechświata i rozumienie, czym jest wzorzec i jak go stworzyć.

Bogusława M. Andrzejewska

W głębi

Każdy z nas nosi w sobie nieuświadomionego sabotażystę, który na poczekaniu produkuje rozmaite blokady. Trudny temat. Nieuchwytny. Szczególnie wtedy, kiedy uczymy się psychologii albo czytamy książki o rozwoju i usilnie pracujemy nad sobą, aby uzdrowić wszystkie niekorzystne wzorce. Zauważamy go przypadkiem, kiedy sprawdzone metody zawodzą i przestajemy rozumieć, dlaczego nic nie działa, chociaż autorzy poczytnych poradników obiecywali złote góry.

Mamy co najmniej dwa głosy w sobie. Jeden to nasze świadome myśli, a drugi to myśli ukryte w głębi. I wcale nie mówię o wewnętrznym krytyku. Mówię o wewnętrznych mocno zakorzenionych przekonaniach, które umieją schować się tak sprytnie, że po prostu zapominamy o ich istnieniu. Kiedy je odkryjemy, możemy je przekodować, zmienić, uzdrowić, ale wbrew pozorom nie zawsze chcemy. Przekonania, o których tu mówię są integralną częścią tego, kim jesteśmy. Nie chcemy rezygnować z czegoś, co stanowi o nas samych i naszej dla siebie wartości.

Pięknym przykładem może być zwykła życzliwość. Kiedy człowiek ma dobre serce i został wychowany w domu, w którym serdeczność była normą, wówczas wspieranie innych staje się jego drugą naturą. Osoba, która bezinteresownie pochyla się nad cierpieniem innych, rzadko kiedy umie być spontanicznie asertywna. A ta asertywność jest przecież czasem niezbędna. I taki człowiek może na siłę przyswoić sobie pewne nauki, może rozumieć i chcieć chronić siebie, ale w kluczowym momencie ścierają się dwie energie: ta ze świadomego umysłu i ta z głębi duszy.

Z mojej obserwacji wynika, że częściej wygrywa ta druga. Czasem wydaje nam się, że nawet nie ma to wielkiego znaczenia, ponieważ zapominamy, że wszystko jest jednym, a wszechświat przejawia się w każdym człowieku i w każdej sytuacji. Oto na przykład machniemy ręką na to, że coś nam przeszło koło nosa, że ktoś nam nie zapłacił za usługę. To „tylko” niewielka kwota. A przecież w ten sposób pokazujemy wszechświatowi, że nie musi być adekwatny i obdarzać nas dobrymi rzeczami. Kiedy przychodzi moment, że czegoś zapragniemy: miłości, zdrowia, dziecka, dobrej pracy, wyciągamy ręce i dziwimy się niepomiernie, że nic nie dostajemy. Przecież jesteśmy tacy dobrzy, nigdy niczego nie chcieliśmy, więc teraz nam się należy, a tu… pustka. Tymczasem nauczyliśmy wszechświat machania ręką. Machnął za nas  a co tam jakaś miłość, dziecko, zdrowie. Przecież nic nie potrzebujemy.

Paradoksem jest tu fakt, że gdyby cofnąć czas, postąpilibyśmy tak samo. Nie chcemy być chciwi. Nie chcemy być małostkowi. Nie chcemy być nieżyczliwi. My ludzie starannie posegregowaliśmy i ponazywaliśmy wszystkie zachowania. To jest dobre, a to paskudne. Nie chcemy być po tej drugiej stronie. I chociaż podręczniki rozwoju uczą nas pracy nad sobą, to w głębi duszy kryje się taki głos, który zawsze z pokorą pochyli głowę i powie: trzeba być dobrym, choćby i swoim kosztem.

Dobroć jest niekwestionowana, ale czasem tylko nadrabiamy miną nazywając tak własną naiwność. Bywa, że nikomu nie pomogliśmy, a jedynie daliśmy się wykorzystać, bo złote serca zwykle myślą, że inni są tak samo uczciwi jak my. A wszechświat cierpliwie próbuje nas nauczyć kochania samych siebie, stawiając nam na drodze oszustów, złodziei i kłamców. Naszym zadaniem jest odnaleźć dobroć dla samych siebie i stworzyć taką energetyczną przestrzeń, w której żadne oszustwo nie znajdzie miejsca. Zawsze powinniśmy zaczynać od obdarowania siebie, a dopiero później dzielimy się z innymi zbudowanym w sercu bogactwem.

Granice są cienkie i nieuchwytne. Sama wielokrotnie doświadczyłam poczucia słuszności, kiedy zrobiłam coś z dobrego serca, a doznałam niemiłej odpłaty. Mówiłam sobie, że działałam w zgodzie z tym, co czułam, że to właściwe, a podłe zachowania takiej osoby są jej problemem. Jednak to nieprawda. To moja lekcja, to mój drogowskaz, który prowadził mnie do pokochania siebie tak, by nikt nigdy mnie nie skrzywdził i nie wykorzystał. Tymczasem moje reakcje nie płynęły z głębi duszy, lecz słuchały tego ukrytego głosu, który dobrotliwym tonem mówił: „bądź życzliwa, pomóż”. Nabrałam się na to, bo chciałam być pozytywnym człowiekiem i takie działanie było spójne ze mną, z tym, Kim Jestem. I chociaż nie musimy żałować uczynionego dobra, to warto nauczyć się słuchać swojego serca i dawać dobro we właściwy sposób i we właściwym czasie.

Inny przykład to setki i tysiące zasad. To trzeba, a tamto wypada. I niezależnie od całej psychologicznej wiedzy zawsze wracamy w stare koleiny. Oto przeczytaliśmy, że umarłemu ani kwiaty ani kadzidła nie są potrzebne. Wierzymy szczerze, że ważniejsza jest świeca zapalona z miłością. Ale ciągniemy z tłumem na Wszystkich Świętych, żeby położyć wieniec na płycie. Dla obcych ludzi, bo tak wypada. I nie ma to wielkiego znaczenia oczywiście, poza stratą czasu. I dysharmonią, którą tworzymy w sobie, kiedy postępujemy sprzecznie z tym, co czujemy. A dysharmonia ta przekłada się na inne obszary naszego życia, tworząc niekorzystne wzorce.

Jeszcze inny przykład  matczyna miłość. Niekoniecznie ta zaborcza, która jest widoczna przez wszystkich dookoła. Taka zwykła, która tęskni, kiedy dziecko dorasta i wylatuje z gniazda. Ileż to razy zatrzymujemy to dorosłe dziecko u siebie, ileż razy ściągamy do siebie bez potrzeby. Bo przecież kochamy i głos z głębi powtarza: „kochaj, kochanie jest właściwe, chcesz tylko jego dobra”. I choćby sto podręczników uczyło nas dawania dziecku wolności i tak większość z nas podąży za macierzyńskim instynktem, zapominając o jakimkolwiek obiektywizmie. To przecież normalne  słyszymy z głębi.

Ten drugi głos nie jest głosem duszy. Czasem tak nam się wydaje i powtarzamy: „tak czuję, robię to, co czuję”. Ale jest to tylko mocno wpisany wzorzec, który czasem niestety wymaga uzdrowienia. Problemem bywa fakt, że jest niejednoznaczny. Gdyby ów głos powiedział: „kopnij go w kostkę”, nie mielibyśmy wątpliwości. Nasz wewnętrzny kompas wyłapuje niewłaściwe pomysły, a jeśli go nie posłuchamy, obdarzy nas wyrzutami sumienia. W tym względzie wszyscy doskonale wiemy, co należy. Czasem tylko coś innego bardziej się opłaca i dokonujemy decyzji niezgodnej z tym, w co naprawdę wierzymy.

Jak zatem odróżnić głos duszy od fałszywego wzorca, który pozorną dobrocią i mądrością wiedzie nas na manowce? Najprościej wejść w Pole Serca. Dzisiaj potrafi to chyba każdy. W Polu Serca, w wysokiej energii, kiedy jesteśmy połączeni ze wszystkim co jest, odnajdujemy prawdziwą klarowność. Podobnie działa wejście w przepływ Reiki. Pomaga poczuć, co jest prawdziwe. Nasz wewnętrzny kompas staje się maksymalnie czytelny i pokazuje nam najlepszą dla nas drogę.

Bogusława M. Andrzejewska

Akceptowanie

W każdej relacji ogromnie ważną sztuką jest akceptowanie. Na dwóch poziomach oczywiście. Pierwszy, absolutnie niezbędny, to wysokie poczucie wartości, czyli akceptowanie siebie takim, jakim się jest. Przyjmowanie z miłością całego siebie, włącznie z rozmaitymi wadami i słabościami to jedna z najważniejszych lekcji w życiu każdego człowieka. Tylko na bazie miłości do siebie możemy tworzyć dobre związki, ponieważ drugi człowiek jest tylko i aż lustrem naszych myśli o nas samych.

Drugi aspekt, o którym chciałam dzisiaj napisać parę słów, to umiejętność akceptowania rozmaitych słabości naszego partnera. To taki ważny element wspólnego, zgodnego bycia razem. I rzecz jasna, nie mówię tu akceptacji takich działań jak zdrada czy kradzież, lecz o prostych codziennych sprawach, w których ktoś po prostu nie jest idealny.

Ideałów nie ma, jak pisałam kiedyś, co oznacza, że każdy człowiek jest omylny i popełnia rozmaite błędy. Lenistwo jest rzeczą ze wszech miar ludzką. Chęć zabawy i przyjemności też. Łakomstwo też. I w ten sposób mogłabym wymieniać wszystkie grzechy główne, aby pokazać, że każdy z nich jest czymś zupełnie naturalnym, chociaż oczywiście niekoniecznie pożądanym. Warto jednak w drugiej osobie zobaczyć człowieka takiego, jakim jest  naturalnego, prawdziwego i pełnego absolutnie ludzkich cech. Warto dać mu prawo, aby czasem lenistwo czy łakomstwo wzięło górę. Tak po prostu.

Rzecz jednak głównie w pozytywnym podejściu do życia. Zauważmy, ile czasu, zdrowia i dobrej energii tracimy na kłótnie o drobiazgi. Szkoda życia. Uważam, że trzeba nauczyć się kontrolować swoje myśli również i w tym zakresie. Prosperująca świadomość to człowiek, który umie złapać negatywną myśl i zamienić ją na coś fajnego. Dla własnego dobra, bo przecież to, na czym się skupiamy, to zasilamy. Ciągle narzekanie na wszystko dookoła, ciągłe zrzędzenie niczemu nie sprzyja. Naprawdę o wiele zdrowiej machnąć ręką na drobne sprawy i poszukać czegoś, co da nam trochę radości i podniesie energię. Powiedziałabym, że to nawet higiena myśli.

Narzekanie na partnera idzie w tym względzie o wiele dalej, ponieważ przynosi nam w efekcie jeszcze więcej tego, czego nie chcemy. Paradoks? Ależ nic podobnego. To po prostu Prawo Przyciągania. Jeśli ciągle myślę o kimś, że jest leniwy, jeśli w emocjach to powtarzam, czy wręcz wykrzyczę, to wzmacniam ten schemat i takie zachowania. Przecież to oczywiste. A ludziom często się wydaje, że jeśli o czymś pokrzyczą, na coś pozrzędzą, ponarzekają, to w ten sposób naprawią problem. Dzieje się odwrotnie.

W gruncie rzeczy myślę też, że wiele osób nawet w tę naprawę nie wierzy. Powtarzają pewne zdania, jako określenie świata, w którym żyją i oczywiście w ten sposób wzmacniają te jakości. Opisują swoją rzeczywistość i każdego dnia tworzą ją na nowo. Zatem narzekając na partnera, opisujemy go i kreujemy. Budujemy swój związek w taki właśnie sposób, w jaki go widzimy. A chyba jednak nie tego chcemy.

Prosperująca świadomość myśli o tym, czego pragnie. I głośno artykułuje to, co chciałaby zobaczyć. Można przyjąć, że jeśli trafi na sytuację, w której ktoś czegoś nie zrobił, choć powinien, to nie zarzuci mu lenistwa. Raczej odwoła się do pozytywów i powie przekornie: „jesteś taki pracowity, zaradny i zorganizowany – pomóż mi z tym, proszę”. Odwoływanie się do dobrych cech ma trzy zalety. Po pierwsze wzmacnia w nas takie jakości. Po drugie – rozwija te zalety w drugim człowieku. Po trzecie – podnosi energię i zasila to wszystko, co wiąże się z pozytywnym myśleniem i tworzeniem dobra wokół siebie.

Konkludując – kiedy ktoś zrobi coś źle lub nie zrobi wcale, nie narzekamy, nie krytykujemy, nie karcimy, nie krzyczymy, tylko z uśmiechem odwołujemy się do dobrych aspektów w drugiej osobie. Kto tak potrafi? Chyba niewielu z nas, bo nawykowo działamy tak, jak nasi rodzice, a oni jak ich rodzice. Standardem jest krytyka, karcenie i ocenianie. Niewiele ludzi na całym świecie potrafi uśmiechnąć się życzliwie i zaakceptować, że coś jest inaczej niż oczekiwali. Mam to szczęście, że znam takie osoby.

Byłam u przyjaciółki w gościnie, kiedy jej mąż wrócił z zakupami, o które poprosiła. Kiedy wypakowała torbę, ze zdumieniem odkryła, że kupił zupełnie nie to, co trzeba. Westchnęła z uśmiechem tak pełnym miłości: „och, co on mi tu przyniósł”, po czym powiedziała do mnie: „nie zrobię ci tej potrawy, którą obiecałam, bo nie mam z czego”. Rozłożyła ręce, po czym szybko wymyśliła placuszki z tego, co miała akurat w domu. Nie było żadnego narzekania, krytyki, dokuczania. Kochała. Popatrzyła na niego z kochaniem w oczach i zadziałała dokładnie tak, jak działałaby miłość. To było cudne.

Często piszemy o tym, by działać tak, jak robi to miłość. Ja tego doświadczyłam w sposób tak jednoznaczny, że zapragnęłam to tutaj opisać. Mogłam popatrzeć na to z boku. I mam ogromną nadzieję, że i we mnie jest takie piękno, kiedy reaguję z miłością na sytuacje, które wcale do łatwych i miłych nie należą. Przyznaję się, że sama też to praktykuję najczęściej, jak się da, bo to tworzy w moim związku mnóstwo dobrej energii. To jest niemal namacalne i tak cudowne, że już nigdy z tego nie zrezygnuję. Oczywiście to podnosi energię i uzdrawia, bo uruchamia w nas pokłady kochania.

I jeden z wielu przykładów, aby nie być gołosłowną. Kiedy po dłuższym czasie udało mi się wreszcie wyremontować kuchnię, mój mąż i zięć poustawiali i skręcili nowo kupione piękne meble. Wycierałam z zachwytem śliczny blat, a mój mąż sprzątał narzędzia. Kiedy podnosił wiertarkę, zrobił to tak niefortunnie, że wyskoczyła mu z ręki i przejechała po nowym, lśniącym blacie zostawiając na nim wyrytą bruzdę. Rzecz nie do naprawienia… W pierwszej chwili łzy napłynęły mi do oczu i to był ten moment, kiedy zobaczyłam w sobie te wszystkie lata czekania na remont, te wszystkie raty do spłacenia i to piękno, którym nie zdążyłam się nacieszyć. A potem zobaczyłam rozpacz w oczach mojego męża… i już wiedziałam, co jest dla mnie ważniejsze. Odrzuciłam cały smutek i weszłam w miłość. Przytuliłam go, kiedy mnie przepraszał i powiedziałam: „to tylko meble, nie martw się, kocham cię”. To był taki skok energetyczny, jaki trudno opisać.

Mój mąż już chyba przywykł do tego, że nie robię mu awantur i nie zasypuję pretensjami. Mam swoje sztuczki na szczególnie trudne sprawy. Ale kiedy przychodzi nawet ewidentnie winny, mówię mu, że nic wielkiego się nie stało. Mówię po prostu: „trudno”. Uważam, że jeśli ktoś przeprasza, to znaczy  rozumie, co jest nie tak. Nie trzeba niczego tłumaczyć, po co więc tracić energię na krytykę czy awanturę? Niech następnym razem zadzieje się lepiej. Dodam też, że funkcjonuję na poziomie energii, a nie tylko słów bez pokrycia. Mój mąż nie jest ideałem i popełnia błędy. Ale kocham go i akceptuję takiego, jakim jest – z całym dobrodziejstwem inwentarza. Daję mu prawo do lenistwa, łakomstwa i wielu innych grzeszków. Stawiam granice, jasne, ale też dostrzegam i akcentuję najmniejsze dobro. I tego dobra z dnia na dzień jest więcej i więcej.

Na pewno pomaga w tym umiejętność zarządzania emocjami. Histeryk czy nerwus najpierw krzyczy, a dopiero potem zastanawia się nad tym, co właśnie wykrzyczał. Niedojrzałość emocjonalna nie pozwala też spojrzeć na wydarzenia z dystansu. Taka osoba myśli tylko o swoich oczekiwaniach i jak dziecko domaga się, aby było tak, jak ona chce. Warto nauczyć się medytować, wyciszać, dystansować, a w tym pomagają wszelkiego rodzaju duchowe praktyki, które uczą nas, że uczucia są ważniejsze od tych wszystkich drobiazgów, które pożerają nam tyle energii. Można też nauczyć się łagodności, czyli takiego spokojnego podejścia do życia i życiowych zawirowań.

Wzmacniamy i powielamy to, czemu dajemy najwięcej energii. To pewnik z Prawa Przyciągania. W praktyce oznacza to, że warto na zawołanie umieć przełączyć się na dobre aspekty. Kiedy zdarzy się coś przykrego i mam ochotę zrugać męża, to nawet jeśli tego nie zrobię, moje myśli poprowadzą mnie w dół energetyczny Tłumienie tego, co się czuje przecież do niczego nie prowadzi. Moim sprawdzonym sposobem jest zadanie sobie pytania: „czy on jest złym człowiekiem i zasługuje na coś złego?” Wiadomo, jaka jest odpowiedź. I natychmiast wyliczam wszystkie dobre rzeczy, które mój mąż zrobił i robi dla mnie cały czas. Lubię wyliczyć też to, za co go kocham. Zanim skończę, moja energia jest wysoko i moje nastawienie do niego bardzo pozytywne.

I o to chodzi, aby w każdym momencie zdawać sobie sprawę z dobra obok. Tego dobra jest dużo więcej niż zła, ale to my nawykowo skupiamy się na tym, co nas negatywnie porusza. Te emocje lgną do nas i nas absorbują, ale to tylko wzorzec, który oczywiście można zmienić. Lubimy przeżywać. Niepotrzebnie. Tracimy tyle pięknych minut w czasie których można kochać. Unikam tego. Zawsze znajdę jakąś ścieżkę, by powrócić do miłości.

Bogusława M. Andrzejewska

Ojcostwo

Dzień Ojca skłania do refleksji. Czasem wspominam wtedy swojego Tatę, który nosił mnie na barana, pomagał w lekcjach i niezmiennie rozbawiał wyjątkowym poczuciem humoru. Był człowiekiem łagodnym i życzliwym światu. Myślę, że odziedziczyłam po nim nie tylko kształt nosa, ale i nawyk pozytywnego myślenia, szybkiego wybaczania i nie przejmowanie się drobiazgami.

Dzisiaj jednak chcę napisać o ojcostwie w kontekście związków, które tworzymy. Bo tak naprawdę to my kobiety wybieramy ojca swoim dzieciom. Jestem więcej niż pewna, że ta oczywista prawda jest całkowicie obca większości młodych kobiet, dla których czasem zaobrączkowanie się jest celem samym w sobie. Już przed wiekami panny na wydaniu zaklinały los wierszykami tego typu: „Święty Emeryku daj nam po chłopczyku. Łysego czy garbatego, byle roku tego”. Efekt takiego związku łatwo sobie wyobrazić.

Warto budować bliskość i być na co dzień z partnerem, poznawać go od kuchni i łazienki. Warto też zadać sobie rzetelnie pytanie: czy chcę, aby mój syn był właśnie taki, a moja córeczka tak się zachowywała? Kiedy decydujemy się założyć rodzinę, wybieramy partnera, który przekaże naszym dzieciom swoje DNA. I obdaruje je nie tylko kolorem oczu, ale też dobrocią i łagodnością lub tendencją do tycia, niecierpliwością, lenistwem, a co gorsza brakiem szacunku do kobiet. Czasem zawirowane w miłości, nie myślimy o tym zupełnie. Taki to urok romantycznego kochania, trudno nawet się temu dziwić. Dlatego zachęcam, aby spojrzeć uważnie na przyszłego męża i zapytać samej siebie: czy chcę mieć z nim dzieci?

Najbardziej charakterystycznym błędem, o którym wielokrotnie pisałam, jest zajście w ciążę bez zgody mężczyzny, kiedy on wyraźnie powtarza, że nie jest gotowy, by być ojcem. Najczęściej wie, co mówi. Jeszcze gorszym wyborem jest zajście w ciążę z żonatym mężczyzną, aby zmusić go do rozwodu. To dla mnie patologia i tutaj nie umiem podać żadnej recepty, bo taka decyzja przynosi wyłącznie zwielokrotnione cierpienie. Jeśli chcemy, by nasze dzieci były szczęśliwe, nie róbmy tego. Naprawdę można – jest tylu wolnych mężczyzn i tylu panów, którzy chcą doświadczyć bycia ojcem.

Nikt nam nie może zabronić być z kimś, z kim akurat chcemy. Nawet jeśli psycholog straszy toksycznym partnerem, to mamy prawo kochać się z kim chcemy. To nasz wybór i tylko my poniesiemy konsekwencje swoich decyzji. Natomiast zajście w ciążę to zupełnie co innego. To powołanie nowego życia i w dużej mierze wrzucanie dziecku określonego doświadczenia. Tatuś alkoholik albo furiat to nieciekawy prezent dla dziecka. Jeszcze gorsza opcja to tatuś żonaty z inną panią i posiadający już rodzinę. Dajemy wówczas naszemu dziecku życie pełne zazdrości, rozczarowania i oglądania w bólu zdjęć naszego ojca tulącego obce dzieci. To trauma, którą leczy się latami. Jestem psychologiem, który potrafi zrozumieć różne dziwne ludzkie zachowania, ale nigdy nie zrozumiem, jak matka może coś takiego zafundować swojemu dziecku. Trzeba nie mieć serca.

Jak zatem właściwie wybierać ojca swoim dzieciom? Korzystając ze zdrowego rozsądku. Nie ma ludzi idealnych, ale jest mnóstwo ludzi dobrych i bardzo dobrych. Czułych, kochających, wrażliwych. Znam mnóstwo świetnych ojców, dla których dzieci są centrum wszechświata. Ojcowskie uczucia i gotowość do wychowawczego trudu nie są więc żadnym ewenementem. Wystarczy, jeśli partner powie: chcę mieć z Tobą dziecko, boję się, czy dam sobie radę, ale chcę spróbować. I już jest dobrze. Myślę, że wystarczy nieco uwagi. Miłość zasłania nam oczy, ale jeśli coś budzi nasz niepokój, jeśli np. jesteśmy w związku z alkoholikiem, to lepiej wstrzymać się z zakładaniem rodziny. Można też uruchomić wyobraźnię i ocenić, czy z tego pana będzie dobry tato, czy też centrum jego życia będzie zawsze skrzynka piwa. Co wówczas może dać swojemu synowi czy córce?

Patrząc na ukochanego pod kątem ojcostwa, można zobaczyć, jak reaguje na dzieci znajomych czy sąsiadów, czy potrafi naprawić bratankowi rowerek, czy dzieci go lubią? Świetnymi ojcami są panowie, którzy zajmowali się młodszym rodzeństwem, ponieważ mają w sobie nawyk troski i opieki, a to procentuje we własnej rodzinie. Z reguły panowie wychowywani w domach wielopokoleniowych, gdzie zawsze jest dużo dzieci, mają łatwość w podejściu do maluchów. Dobrze spełniają tę rolę wszyscy, którzy mają w życiu dużo do czynienia z dziećmi, np. lekarze rodzinni czy pediatrzy. Ale kluczem jest tu po prostu fakt, czy ktoś lubi dzieci, a nie konkretny zawód. A wreszcie warto wiedzieć, że czasem ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z maluszkami, przechodzi prawdziwe katharsis, kiedy zostaje ojcem i nagle odkrywa, że w tej właśnie roli czuje się najlepiej.

A w zasadzie to jest bardzo proste. Kochający człowiek zawsze będzie kochającym człowiekiem. Ktoś, kto naprawdę troszczy się o mnie i daje mi dużo uwagi, ciepła, miłości, będzie tak samo troszczył się o nasze dzieci. Mężczyźni mają bardzo klarowną logikę i postępują tak, jak czują. Mój mąż powiedział mi kiedyś: dziecko jest cząsteczką ciebie. Skoro tak bardzo kocham ciebie, jak mógłbym nie kochać tej cząsteczki?  Odkąd to usłyszałam jestem o jego ojcostwo spokojna – zawsze będzie pełne miłości, tak jak on jest pełen miłości dla mnie. Ktoś, kto spotyka się ze mną tylko na seks i niewiele go obchodzą moje sprawy czy problemy, nie zainteresuje się potem dzieckiem, które z tego seksu się przydarzy. Proste? Proste.

Bardzo ważną rzeczą jest nasze zachowanie po ewentualnym rozwodzie. Bywa przecież, że my dorośli nie umiemy się ze sobą dogadać, ale to nie oznacza wcale, że mamy włączać dzieci w swoje paskudne rozgrywki. Prawdziwa dojrzałość jest wtedy, kiedy z byłym partnerem pozostajemy w dobrej relacji. Właśnie po to, by mógł widywać się z dzieckiem i nadal być dla niego ojcem. Trzeba umieć przełknąć swój żal i gniew, czy nawet zazdrość, kiedy partner odszedł do innej. To największy dar dla dziecka. I tylko taka matka jest w moich oczach prawdziwie dobrą i mądrą, która mimo trudnych emocji powtarza dziecku z przekonaniem: „tatuś cię kocha i jesteś dla niego ważny, szanuj tatusia i słuchaj go”.

Każde dziecko zasługuje na to, by mieć swojego tatusia. I ten tatuś buduje w nim potem określone wzorce odpowiedzialności, opieki, pracowitości, budowania związku. Dla dziewczynki to matryca jej przyszłego partnera. Jeśli ojciec kocha córkę i ma dla niej trochę czasu, to ona przyciągnie sobie potem dobrego, uważnego męża. Dla chłopca to wzorzec męskości, stosunku do kobiet i potem w dorosłym życiu – do własnych dzieci. Nawet kiedy rodzice nie mieszkają razem, można być kochanym przez oboje i tworzyć w sobie dobre kody.

Przykładów z życia, które pokazują powielanie wzorców, mogłabym podać setki. Podam jeden – mojego męża. Bardzo lubiłam swojego teścia, który był odpowiedzialnym i troskliwym ojcem. Zawsze szanował rodzinę i stawiał ją zwykle na pierwszym miejscu. Spontanicznie pomagał we wszystkim teściowej, zakładając, że to on jest ten silny, który ma wspierać i chronić. Przyglądałam mu się uważnie, zastanawiając się wielokrotnie, czy taki właśnie będzie mój mąż. Jest. To odzwierciedlenie widzę bardzo wyraźne. Dla mojego męża nasze córki są bardzo ważne i przez większość życia był mi wielkim oparciem. Kiedy urodziłam drugą córeczkę, robił w domu niemal wszystko: prał pieluchy, sprzątał, mył okna, robił zakupy. Ja tylko gotowałam. Nie zapomnę tego, bo wiem, że to wyjątkowe. Zresztą mój mąż nadal mi pomaga we wszystkim.

Myślę też, że większość mężczyzn umie odnaleźć się w tej pięknej tatusiowej roli. Lepiej lub gorzej – ale dogadują się ze swoimi dziećmi, jeśli tylko im na to pozwolimy. Czasem trzeba im po prostu dać szansę i zostawić w swoim towarzystwie. Na pewno sobie poradzą i wypracują własne metody działania i komunikacji. Konkludując – większość mężczyzn świetnie się sprawdza w roli ojca. Jeśli nie pchamy się w patologiczne zachowania lub nie jesteśmy całkiem zaślepione, to bez problemu umiemy wybrać swoim dzieciom świetnego tatusia. Pamiętajmy tylko, że to nasza rola – nas kobiet. Nie zrzucajmy winy na pecha, na złych facetów czy przeznaczenie. Bądźmy pełne miłości dla dzieci, które dopiero przyjdą na świat i poszukajmy dla nich najlepszego ojca na świecie.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Mocy

Sny bywają przeróżne i to co może się w nich pojawić to naprawdę wszystko dosłownie. Nawet najdziwniejsze stworzenia i nieistniejące w rzeczywistości istoty. Chyba też moc snów polega na tym, ze możemy w nich robić to, czego nie jesteśmy w stanie osiągnąć na jawie. Nagle możemy być mistrzami kung-fu, zdobywać szczyty lub pływać pod wodą bez potrzeby oddychania powietrzem.

Oglądałam kiedyś film z serii koszmarnych opowieści o Freddym Krugerze, który zabijał ludzi we śnie. W tym jednym odcinku autor usiłował pokazać, że we śnie możemy stać się bohaterami na niespotykaną skalę i rozwijać w sobie nowe umiejętności, nawet tak magiczne jak unoszenie się w powietrzu.

Chciałabym tu opowiedzieć sen o takiej właśnie magicznej mocy, który przyśnił się pewnej kobiecie…

We śnie kobieta jedzie samochodem na wycieczkę ze swoim mężem i kolegą. Mijają piękne zielone okolice i dojeżdżają do małego ładnego miasteczka, które wydaje się być odcięte od reszty świata. Uśmiechnięci mieszkańcy uprzejmie ich witają i oprowadzają po ulicach miasteczka. W pewnym momencie kobieta zdaje sobie sprawę, że nie wszystko jest takie miłe, jak się zdaje. Ma wrażenie, że mieszkańcy coś ukrywają. Kiedy dochodzą do niewielkiego cmentarza nagle – jak w klasycznym filmie grozy – wszyscy ludzie zmieniają się w upiory: sine, szare, w stanie rozkładu. Otaczają ją i obu mężczyzn, nie kryjąc wcale, że zamierzają ich zabić. Kobieta jednak wie, że jej nic nie są w stanie zrobić. Osłania więc obu mężczyzn, próbując schować ich za swoimi plecami. Nie boi się, nie czuje strachu, wie, że jest całkowicie bezpieczna – myśli tylko jak uratować męża i kolegę. W tym momencie przychodzi jej do głowy koleżanka o imieniu Zosia. Skupia myśli i telepatycznie próbuje wezwać ją na pomoc.

Tymczasem krąg upiorów się zacieśnia. Szare zakrzywione dłonie sięgają do schowanych za jej plecami mężczyzn. Kobieta jednym ruchem ręki potrafi odrzucić atakujących na kilka metrów, jednak jeden z nich dotyka męża kobiety. Pod tym dotykiem mąż upada na ziemię i zamienia się w pluszowego misia. Obrona trwa do czasu, kiedy przyjeżdża samochodem wzywana myślą Zosia i obie razem bez kłopotu stawiają czoła upiorom. Te natomiast jakby świadome, że nic już nie mogą zrobić przyznają się, że na ich miasto rzucono klątwę i że nikt ich nie może uratować. Śniąca kobieta i jej koleżanka Zosia biorą się za ręce i skupiając wewnętrzną Moc likwidują skutki klątwy, przywracając miasteczko i jego mieszkańców do normalnego stanu… Kobieta żegnana podziękowaniami odjeżdża, tuląc w ramionach pluszowego misia. Rozmyśla, jak może go odczarować. Wie, że potrafi to zrobić…

Sen, jak bajka albo raczej horror w kiepskim gatunku. Nie opowiadałabym go tutaj, gdyby nie przełożenie na życie. Otóż owa kobieta parę tygodni wcześniej zrobiła pierwszy stopień Reiki. To dało jej świadomość Mocy. Mocy nieziemskiej wprost, a także wyraźnie odczuwane we śnie poczucie bezpieczeństwa. Wzywana we śnie na pomoc koleżanka, to nie kto inny, jak przyjaciółka, z którą razem poddały się inicjacji. Zrozumiałe zatem, że w pojęciu śniącej, ta osoba także posiada Moc. Mąż śniącej nie interesował się pracą z energią. Pozostawał zatem pod opieką kobiety, bardziej narażony na ataki astralne i nie tylko. Zdarzyło się też, że wpadał czasem w opresje, z których go ratowała żona. Jeśli jeszcze spojrzymy na fakt, że we śnie Pan Mąż zamienił się w pluszowego nieruchomego misia, wiemy od razu, jak na poczucie wartości w związku wpłynął fakt zrobienia Reiki.

Bogusława M. Andrzejewska

Liczby Karmiczne

Wśród liczb są liczby szczególne, nazywane karmicznymi, symbolizujące nasze zaległe sprawy, coś, co w tym wcieleniu musimy przepracować. Są to tez nasze poprawki z poprzedniego życia, coś, czego  nie dokończyliśmy, co nam się nie udało… Obecność ich w portrecie numerologicznym pokazuje takie właśnie zaległości do przerobienia. 

Należy unikać tych liczb, jeśli wybieramy dla siebie ważne daty. numery telefonów komórkowych lub rejestracyjnych. Także nazwa firmy zawierająca liczbę karmiczną wymusi „odpracowanie”, niekoniecznie przyjemne dla nas. Najczęściej firmy takie bankrutują, borykają się z problemami prawnymi lub powodują kłopoty w życiu osobistym, np. rozpad związku. Oczywiście nadanie dziecku imienia zawierającego taki „prezent” rzutuje niewesoło na całe jego późniejsze życie…

Karmę trzeba przepracować, bez wątpienia. Niemniej lepiej to robić w sposób świadomy i w takiej dziedzinie, w której jesteśmy w stanie sobie poradzić (polecam rozdział Prosperita). Inaczej wskutek problemów spadających na nas bez ograniczeń, zamiast odpracować, gromadzimy kolejne długi karmiczne i kółko zaczyna się zamykać…

Zatem unikajmy liczb karmicznych tam, gdzie możemy o tym decydować. Karma nie odpracowana i tak nas dogoni, a przecież w międzyczasie możemy zgromadzić wystarczająco dużo dobrej zasługi, by wyjść z tego starcia zwycięsko…

 

13 / 4

Wysiłek i praca. 

Osoba posiadająca ją w portrecie, w poprzednim wcieleniu żyła na koszt innych. Zaniedbywała obowiązki, zrzucała je na drugiego człowieka, bawiła się, podczas gdy inni ciężko pracowali.

W tym życiu będzie borykać się z kłopotami związanymi z tą sferą (szczegóły zależą od portretu numerologicznego):

  • trudne, biedne dzieciństwo
  • brak pracy i pieniędzy
  • straty materialne
  • konieczność ciężkiej pracy do późnej starości

Sposób przepracowania:

Należy podejmować bez wahania ciężką nawet pracę, uczyć się cierpliwości, solidności, odpowiedzialności. Pracować bez względu na rezultaty i próbować znaleźć radość w tym, co się robi. Nie oczekiwać pochwał, lecz mieć satysfakcję z własnej solidności.

14 / 5

Wolność i zainteresowanie sferą nadzmysłową. 

Osoba posiadająca ją w portrecie, w poprzednim wcieleniu nadużywała wolności, sprawiając cierpienie innym. Nadużywała także innych przyjemności – narkotyków, alkoholu, seksu. Niekoniecznie uczciwie. Kierowała się wyłącznie zmysłową stroną życia, zaniedbując rozwój wewnętrzny.

W tym życiu będzie borykać się z kłopotami związanymi z tą sferą (szczegóły zależą od portretu numerologicznego):

  • nieszczęśliwa miłość
  • trudności w rozwijaniu talentów
  • bolesne straty materialne i uczuciowe
  • ciężkie doświadczenia związane z „tamtym wymiarem” (np. śmierć bliskiej osoby)

Sposób przepracowania:

Skupić się na rozwoju wewnętrznym, zainteresować duchowa strona życia. Zajmować się tym, co nas buduje. Sublimować emocje. Spróbować zapanować nad zmysłową stroną życia i nie nadużywać „przyjemności”.

16 / 7

Miłość i odpowiedzialność.

Osoba posiadająca tą liczbę w portrecie, w poprzednim wcieleniu zlekceważyła czyjeś uczucie. Być może opuściła rodzinę i dzieci. Skrzywdziła kogoś, niewykluczone, że więcej niż jedną osobę.

W tym życiu będzie borykać się z kłopotami związanymi z tą sferą (szczegóły zależą od portretu numerologicznego):

  • nieudane, nieszczęśliwe związki
  • izolacja i samotność
  • fałszywi przyjaciele, niekorzystne przyjaźnie

Sposób przepracowania:

Powinien uczyć się dokonywać mądrych wyborów. Ponad własne zachcianki i przyjemności przedkładać dobro innych, bliskich osób. Nie oczekiwać wzajemności, lecz dawać z siebie jak najwięcej. Koniecznie pracować nad odpowiedzialnością wobec innych.

19 / 1

Władza i zarządzanie innymi.

Osoba posiadająca tą liczbę w portrecie, w poprzednim wcieleniu nadużywała władzy, tyranizując ludzi. Wykorzystywała i krzywdziła bezlitośnie, nie zważając na krzywdę drugiego człowieka. Cechowało ją zarozumialstwo.

W tym życiu będzie borykać się z kłopotami związanymi z tą sferą (szczegóły zależą od portretu numerologicznego):

  • zależność od innych
  • brak akceptacji, wyśmiewanie i poniżanie przez innych
  • bycie lekceważonym i pomijanym

Sposób przepracowania:

Zauważyć drugiego człowieka i jego potrzeby. Otoczyć go ciepłem, wsparciem i miłością. Pracować, bez względu na brak akceptacji i dawać z siebie jak najwięcej dla świata. Jeśli na stanowisku – mądrze i z miłością zarządzać innymi, okazując im tolerancję i zrozumienie.

26 / 8

Władza, ekspansja, energia, relacje międzyludzkie.

Osoba posiadająca tą liczbę w portrecie, w poprzednim wcieleniu nie dokończyła pewnych karmicznych działań. W tym powinna osiągnąć mistrzostwo. Problemy mogą pojawiać się we wszystkich dziedzinach życia, zarówno w postaci chorób, jak i kłopotów uczuciowych lub strat materialnych. Wszystko cokolwiek się wydarza jest narzędziem niezbędnym do rozwoju i … osiągnięcia mistrzostwa. Osoby z tą liczbą często żyją w dostatku i są bardzo nieszczęśliwe z innych powodów.

Sposób przepracowania:

Panować nad sobą i swoimi emocjami. Kierować się sercem i wewnętrzną mądrością. Rozwijać w sobie tą mądrość, rozwijać się duchowo, szukać właściwych nauczycieli i dążyć do Światła!

Bogusława M. Andrzejewska