Empatia

O empatii mówi się najczęściej w kontekście wrażliwości. Czasem wydaje nam się, że odczuwamy więcej i rozumiemy lepiej drugiego człowieka. Bywa, że współodczuwamy tak głęboko, jakbyśmy stopili się z jego duszą. Emocje innych często nam się udzielają. A kiedy zaczynamy pracować z energią, wszystko staje się jeszcze bardziej klarowne. Bywa i tak, że odbieramy przeżycia i odczucia drugiej osoby, jakby były nasze i zadajemy sobie pytanie: dlaczego czuję to i tamto, przecież nic się nie wydarzyło? Granica wrażliwości jest zawsze bardzo indywidualna.

Chciałabym jednak spojrzeć na temat z innej strony. Poprzez pryzmat dobroci. To moje skojarzenie, ponieważ dla mnie bycie osobą empatyczną oznacza bycie dobrym człowiekiem. Nie przewrażliwioną neurotyczką, ale kimś, kto z troską pochyla się nad drugim człowiekiem. To działanie płynące z serca. Bez przesadnego brania na siebie cudzych problemów, jednak zauważanie z otwartością tego, co może odczuwać inny. Słowo „może” jest tutaj kluczowe. Osoba empatyczna najzwyczajniej w świecie liczy się z bliźnim obok siebie.

Słyszałam niedawno taką historię, w której jedna dziewczyna obgadała inną i naplotkowała brzydkich rzeczy, które w istocie nie miały miejsca. To pomówienie sprawiło, że wspólni znajomi zaczęli krzywo patrzeć na tę obgadaną. Kiedy po jakimś czasie pojawił się mądry mediator i zapytał plotkarę: „czemu to zrobiłaś? Przecież to ją zraniło? Czemu ją skrzywdziłaś?”, plotkara ze zdziwieniem odpowiedziała: „Ale ja nie wiedziałam, że ona będzie cierpieć. Ja nie chciałam, żeby jej było przykro, chciałam tylko, żeby mnie bardziej lubili”. Ludzie zapominają o tym, że drugi człowiek ma uczucia. Nie jest wirtualną postacią z komputerowej gry, której można odciąć wesoło głowę i skoczyć na kolejny level. Ludzie czują i cierpią. Empatia to świadomość życia i świadomość, że ktoś inny czuje tak jak my.

W dzisiejszym świecie taka oczywista jakość jest niestety czymś, czego trzeba uczyć się od nowa. Obserwuję z zaskoczeniem wzrost egoizmu i bezmyślnego krzywdzenia innych dla własnych korzyści. Niejednokrotnie pod płaszczykiem zakłamanych i przekręconych psychologicznych prawd. Kiedy byłam małą dziewczynką, uczono mnie, by dzielić się z drugą osobą, pomagać jej, wspierać. Powtarzano mi wiele razy, aby nikt przez mnie nie płakał. To dla mnie takie oczywiste, że ilekroć coś planuję, wymyślam coś nowego, chcę wykonać jakiś ruch, najpierw pytam: „czy nikogo tym nie zranię?”. Dlatego też nie uznaję rywalizacji ani wyścigu szczurów. Z nikim nie chcę się mierzyć, dostrzegając oczywisty fakt – dla każdego jest miejsce na świecie. Miejsce i wszystko, czego ktoś potrzebuje. Nikomu nie musimy nic wydzierać. Nikogo nie musimy utrącać, by nam było lepiej. Zawsze znajdzie się dobra droga, która przyniesie nam szczęście, bez ścielących się pod naszymi nogami trupów.

Empatia to dostrzeganie człowieczeństwa w innych. To świadomość, że koleżanka, sąsiadka, przyjaciel czy szef to czująca istota. Boi się i kocha, cierpi i zachwyca, martwi i cieszy… Pod tym względem wszyscy jesteśmy tacy sami, nawet jeśli jedni są bardziej wylewni, a inni ukrywają wszystko pod pokerową twarzą. Brak empatii to dla mnie poniżanie i obrażanie innych, bo tak nam pasuje. Bo chcemy coś komuś udowodnić. Bo chcemy, by nas zauważono i zachwycono się nami. Bo mamy władzę i możemy pokazać komuś, że jest wobec nas nikim. Przez wiele lat pracy z klientem nie znalazłam nigdy wystarczającego powodu, by kogoś celowo zranić. Nieświadomie zdarzy się to każdemu, mnie także, choć bardzo się staram, by nikt nie czuł się przy mnie źle. Na to jednak nie mamy wpływu i wtedy mówimy o lekcjach karmicznych. Krzywdzenie celowe w imię jakiejś swojej racji jest brakiem empatii.

W rozwijaniu życzliwości ogromnie ważne jest wysokie poczucie wartości. Im bardziej kochamy siebie, tym więcej dobra dajemy innym, ale też więcej przyciągamy od innych ludzi. Z prostego powodu: kochając mocno siebie, przenosimy to na innych i myślimy o nich w wysokich wibracjach. Patrzenie na drugiego człowieka oczami miłości pozwala mu obudzić w sobie najlepsze uczucia. Dlatego prawdziwa empatia to przede wszystkim docenianie drugiej osoby i świadomość Jedności ze Wszystkim Co Jest.

Każdy człowiek jest w swej istocie dobry. Aby zamanifestował dobro przed nami, musimy wierzyć, że to Światło w nim jest. Jeśli z góry zakładamy, że jakaś osoba jest nam wroga, tworzymy przestrzeń do niesympatycznej relacji. Kreujemy każdą myślą i każdym gestem. To w co głęboko wierzymy, to tworzymy w swojej rzeczywistości. Uważam, że ludzie są wielowątkowi. Każda istota ludzka jest jak wielkie menu: co wybiorę, to się pojawi na stole mojego życia. Jeśli oceniam krytycznie choćby tylko w myślach, wywołuję tym negatywne działania. Jeśli przyjmuję bezwarunkowo uśmiechając się sercem do drugiej osoby, prowokuję do dobra i do miłości.

W niektórych kulturach ludzie witają się słowami: „pozdrawiam Boga w Tobie”. Jest to jedna z najpiękniejszych metod otwierania się na Boskość, a tym samym na to wszystko, co w drugim człowieku najlepsze. Każdy z nas nosi w sobie Światło. Możemy je dostrzegać i wzmacniać, a możemy też skupiać się na mroku. Świadome myśli są ważnym narzędziem, które w całości zależy od nas, ponieważ tym, co odciąga nas od dobra są oczywiście egotyczne emocje. Jeśli ktoś czuje zazdrość, to zamiast Boskości, wywleka demona. A potem przed nim już tylko kłótnie i eskalujące coraz bardziej emocje. Dopóki nie przestanie wzmacniać demona zazdrości i nie uświadomi sobie, że oto przed nim stoi Boskość. Dopóki nie poczuje i nie powie: pozdrawiam Boga w Tobie.

Ktoś może powiedzieć w tym miejscu, że niektórzy ludzie są tak źli i tak podle postępują, że nie sposób myśleć o nich inaczej. Nie wchodząc w polemikę, bo każdy przypadek jest niepowtarzalny, powiem tylko, że zło rodzi się z bólu. Początkiem zawsze jest sytuacja, w której ktoś zostaje odepchnięty, odrzucony i dostaje informację: nie ma w tobie nic dobrego. Często taki wzorzec jest wielokrotnie powtarzany. Potem człowiek tylko realizuje ten program. Dopóki nie zobaczy w sobie Światła, dopóki my nie zobaczymy w nim Światła – nic się nie zmieni, zło będzie nakręcało kolejne zło.

Pewna pani udzieliła kiedyś wsparcia bezdomnemu. Nakarmiła go i przygarnęła, aby mógł się przespać w cieple. W zamian on ją okradł i uciekł. Gdzie popełniła błąd? Nie dostrzegła w człowieku Boskości, dostrzegła umęczonego, brudnego włóczęgę i opierając się o energię litości zapragnęła zrobić dobry uczynek. Moi duchowi nauczyciele zawsze powtarzali, że litość nie jest dobra. W litości zawiera się nuta pogardy i obrzydzenia. Litość to poczucie winy, że nam jest lepiej. Taka energia nie przynosi dobra. Po prostu nie może. Czym innym jest płynące z serca współczucie, kiedy czujemy się Jednością z inną osobą. Kiedy czujemy na wszystkich poziomach, że jesteśmy tym samym, co żebrak, a różnice są czysto zewnętrzne: jesteśmy umyci i najedzeni, mamy coś w portfelu, a on nie. Tworzymy więc nieco równowagi życzliwym gestem.

Dodam też, że nie jest to wykład o pomaganiu. Wbrew pozorom skuteczna i trwała pomoc wymaga też wiedzy psychologicznej. Człowiek, który od wielu lat żyje w nędzy. ma zupełnie inną mentalność i oczekiwania, niż przeciętna pracująca zwyczajnie osoba. Aby osiągnąć pozytywny efekt, należy zmienić sposób myślenia takiego człowieka i pokazać mu, że zasługuje na wszystko, co dobre oraz, że może sam to przyciągnąć uczciwą pracą, staraniem, szacunkiem do siebie i innych. Tego też uczą duchowi nauczyciele, podkreślając wagę wymiany energetycznej. Kiedy rozdajemy jałmużnę, uczymy stania z wyciągniętą ręką. Ale dziś nie o tym…

Naszą rzeczywistość tworzy rozumienie prawdziwej wewnętrznej istoty. Rozumienie tego, co jest esencją człowieka. Ubranie, wychowanie, wygląd, zasobność to tylko zewnętrzne nakładki. Nie umniejszam ich znaczenia. Lubię być dobrze ubrana. Lubię mieć pieniądze na swoje zainteresowania. Świadomość duchowa nie polega na ascezie, lecz na równowadze. Mogę być czysta, zadbana, bogata i nie zatracić swojej prawdziwej istoty. Mogę dostrzegać Boskość w każdym napotkanym człowieku, chociaż różnię się od niego tym, co jest w nas na zewnątrz.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Cisza

Spróbujmy odnaleźć w sobie ciszę. Taką piękną, jasną, wolną od jakiejkolwiek oceny. Wolną od dualizmu. Ciszę, której nie przerywa narzekanie, zamartwianie się i lęki. Której nie rozprasza też egzaltowane planowanie przyjemności chociaż to nic złego. Ale na tę chwilę pozostańmy w ciszy, która pozwoli odnaleźć największe skarby wewnętrznego świata. Cisza otwiera drzwi do naszego serca i pomaga zobaczyć Kim Jesteśmy w Istocie.

A co znajdziemy za tymi drzwiami? Piękną, boską istotę, która lśni prawdziwym blaskiem i wie, że jest doskonała na ten moment. Każdy z nas jest we właściwym miejscu i czasie, każdy zatem jest piękny i dobry. Każdy z nas jest niewinny, jak w chwili swoich narodzin. Każdy z nas jest wspaniały i błyszczy wewnętrznym Światłem swojej prawdziwej natury.

Kiedy wracamy do codzienności, zapominamy o swojej boskiej doskonałości. Bo wszystkimi zmysłami postrzegamy swoją ludzką ułomność, wady i emocjonalne reakcje, których wcale nie chcielibyśmy doświadczać. Jednak one są i w naszym ludzkim wglądzie są o całe niebo oddalone od ideału, jaki stworzyliśmy zgodnie ze swoimi wyobrażeniami. No właśnie tu drzemie istota natury. To tylko nasza wizja tego, jacy powinniśmy być. I dla każdego ta wizja jest inna. Ktoś kładzie nacisk na artystyczne zdolności, ktoś inny na pracowitość, ktoś jeszcze inny na zaradność i asertywność. A być może dla kogoś istotna jest ładna buzia i zgrabna sylwetka. Taka, jak na okładce kobiecego tygodnika.

Dla duszy nie ma znaczenia ani wygląd, ani zdolności, ani pracowitość. W istocie tu i teraz jesteśmy „idealni” tacy, jacy jesteśmy. Warto przynajmniej raz dziennie to sobie uświadomić. Jest to ogromnie ważne dla naszego rozwoju, szczęścia i doświadczania. Dopóki bowiem podchodzimy do rozmaitych życiowych sytuacji z poziomu kogoś niedoskonałego, wadliwego, odnosimy często porażki, dotykamy rozczarowania i smutku, wpadamy w poczucie beznadziejności. Wszechświat jest lustrem i odzwierciedla to, co mu przynosimy.

W artykułach o podnoszeniu poczucia własnej wartości, a także w książce Samoakceptacja podkreślam wagę naszych myśli o nas samych. Podaję wypróbowane metody poprawiania tego najważniejszego ze wszystkich wzorców. Dzisiaj chcę pokazać jeszcze jedną ścieżkę do zmiany myślenia o sobie. Ścieżkę duchową, opartą na medytacji, wyciszeniu i połączeniu ze Wszystkim Co Jest. Zwróćcie proszę uwagę, że w duchowych praktykach zawsze jesteście częścią Boskości. Doskonałą. Wspaniałą. We właściwym miejscu i czasie. W najlepszym dla siebie punkcie wewnętrznego wzrastania. Pełną harmonii z wszechświatem.

Odwołanie się do subtelnych doświadczeń z medytacyjnych peregrynacji pozwala poczuć swoją prawdziwą naturę i spojrzeć na siebie oczami Najwyższego Źródła. Na początku to może być szokujące i niewiarygodne. Po pewnym czasie jednak przynosi miłość do siebie i zrozumienie swojego miejsca we wszechświecie. Przynosi też uwolnienie od ciągłego napięcia. Bo kiedy staramy się za wszelką cenę dogonić swój wymarzony ideał, to spinamy się i blokujemy, przewracamy i podnosimy potłuczeni i biegniemy dalej w opętańczym wyścigu.

Niczego nie musimy gonić. Nic nie musimy wypełniać. Niczego nie musimy osiągać. Jesteśmy doskonali tu i teraz. Jedyne co mamy robić, to kochać i jeszcze raz kochać. I z radością doświadczać. Czasem pokonywać życiowe wyzwania, które wybrała nam dusza. Czasem śmiać się beztrosko. Często tworzyć i szukać tego, co przynosi nam autentyczne spełnienie. Być sobą w harmonii ze Wszystkim Co Jest i cieszyć się każdą chwilą istnienia. Jak najczęściej zanurzać się w ciszę, by dotykać swojego Prawdziwego Ja i uświadamiać sobie swoją doskonałość.

Mamy marzenia. Warto je realizować. Mamy dążenia, które wyrastają z potrzeby serca. To też piękna motywacja do tego, by biec przed siebie i działać, robić wspaniałe rzeczy, uczyć się i rozwijać, stawać się coraz lepszym. Ale z radością. I koniecznie ze świadomością, że jesteśmy doskonali i jako doskonałe istoty dążymy do szczęścia w określony i wymyślony przez siebie sposób. Nigdy jednak po to, by coś komuś udowodnić nigdy! Nic nie musimy udowadniać. Jesteśmy już u celu. Mamy wszystko, co potrzebujemy, a cokolwiek robimy, to wyłącznie dla większej radości, nauki i rozwoju.

Jest rzeczą oczywistą to, że posiadamy pewne cechy, które ludzkość nazywa wadami. Na przykład możemy być leniwi i odkładać na później obowiązki, aby bawić się beztrosko. Możemy być nerwowi i złościć się o każde głupstwo. Możemy być podejrzliwi i oskarżać ludzi o coś, czego nie zrobili, aby później ze wstydem odwracać twarz. Możemy tak bardzo kochać ładne przedmioty, ubrania i ciekawe wycieczki, że stajemy się chciwi, widząc w pieniądzach klucz do tego, co lubimy. I wiele więcej. Czy wobec tego możemy mówić o sobie, że jesteśmy doskonali?

Zdecydowanie tak. Nasza prawdziwa natura jest doskonała, a do niej odwołujemy się w ciszy. Zauważmy, że nasza prawdziwa natura nie jest leniwa ani nerwowa, nikogo nie oskarża ani nie bywa chciwa. Jest Światłem i Miłością. To, co nazywamy wadami jest poukładane w nakładce nazywanej przez niektórych „ego”. Mamy moc i możliwości, aby przetransformować naszą nakładkę. Jest plastyczna, pozwala na wprowadzanie zmian, które nazywamy uzdrowieniem.

Zwróćmy jednak uwagę na jedną istotną rzecz, by zmieniać tylko to, co rzeczywiście nam nie służy. Jesteśmy zaprogramowani różnymi powszechnymi przekonaniami, które narzucają nam nieprawdziwe treści. Na przykład nie lubimy pracy fizycznej: sprzątania, grabienia liści, dźwigania. Ludzie mogą nam powtarzać: „jesteś leniwy, bo pracowity to taki, co lubi się zmęczyć”. To bzdura. To mit, ukuty przez ludzi, dla których ważne było, by inni podejmowali niechciany wysiłek. Prawdziwa obiektywna pracowitość dotyczy jedynie podejmowania działań. Ktoś, kto nie lubi kopać ogródka, może uwielbiać malować i w ciągu dnia tworzy trzy piękne obrazy. Czy jest leniwy? Ktoś, kto nie lubi gotować, może fantastycznie prowadzić szkolenia, dając z siebie wszystko w profesjonalnym wykładzie. Czy jest leniwy? Zanim zaczniemy „uzdrawiać w sobie lenistwo”, odpowiedzmy sobie uczciwie, czy rzeczywiście taką cechę posiadamy.

O wiele bardziej oczywiste są takie jakości, które utrudniają nam życie. Osoba nerwowa może być po prostu kłótliwa, bo nie umiejąc zarządzać swoimi emocjami chlapie językiem i niechcący obraża ludzi. A potem jej przykro. I myśli sobie: „zły ze mnie człowiek, pyskaty, ranię innych, chociaż wcale tego nie chcę”. Jednak to nie jest tak. Taka osoba nie jest wcale zła, ułomna czy wadliwa. Jest doskonała, tylko pewne cechy jej nakładki utrudniają jej relacje. Jeśli zechce, może to zmienić dla siebie, aby było jej łatwiej żyć, aby jej relacje nabrały radości. Może nauczyć się zarządzać emocjami, wyciszać i bardziej liczyć z uczuciami innych osób. Stanie się po prostu inna. Czy lepsza? Cały czas była dobra, tylko zasłaniały to jej nerwowe zachowania. Tak po prostu warto spojrzeć na siebie od tej strony. I zmieniać to, co się nam w sobie nie podoba. Po to przecież się rozwijamy, po to uzdrawiamy, aby było nam lepiej żyć tu na tej planecie, w tych warunkach, wśród innych podobnych nam ludzi.

Najtrudniej odnieść pojęcie doskonałości ludzkiej istoty do osób, które nas krzywdzą w oczywisty sposób. Oto Jaś uderzył w gniewie Małgosię. Staniemy murem przy Małgosi, mówiąc, że Jaś jest zły?  A jeśli dowiemy się, że dusza Małgosi ma umowę z duszą Jasia, że będzie ją uczył asertywności i kochania samej siebie tak długo, aż się nauczy? Taki argument wyjaśnia najwięcej. Kiedy mamy świadomość tego typu kontraktów, przestajemy oceniać ludzi.

Z jednaj strony Kochani Moi, chciałabym bardzo, aby nigdy, nigdy żaden Jaś nie uderzył żadnej Małgosi bo to dla mnie już taki punkt krytyczny. Na poziomie ludzkim nie toleruję damskich bokserów. Natomiast z poziomu wiedzy, którą posiadam, takie zjawisko to sygnał dla Małgosi, aby zrobiła wszystko co może i nigdy więcej nie pozwoliła, by ktokolwiek ją uderzył. I tylko ona sama to może zrobić, podnosząc poczucie własnej wartości, rozwijając miłość i szacunek dla samej siebie. Bo nawet jeśli zasłonię ją własną piersią 10 razy, to za jedenastym Małgosia uderzy się o drzwi albo nastąpi na grabie i poczuje ból, który ma ją obudzić.

Małgosia jest doskonała, ale w to nie wierzy. Jej dusza pragnie, aby była też szczęśliwa i aby nie czuła się zła, grzeszna, godna cierpienia. Bijący ją Jaś to wskaźnik takich przekonań. Niczemu one nie służą, Jaś je pokazuje boleśnie, by nią potrząsnąć. Jeśli obronię Małgosię przed Jasiem, z drugiej strony podejdzie Adaś i zastąpi Jasia. A jeśli zasłonię ją i przed Adasiem, to jak napisałam ta kobieta stanie na grabie. Dusza jest cierpliwa i konsekwentna. Kiedy ktoś nie chce rozumieć i uczyć się z książek lub od mądrych nauczycieli, uczy się przez trudne doświadczenie. Wszystko po to, aby wreszcie się obudził i zapytał: „dlaczego tak? i co mogę z tym zrobić?”

I jeszcze o Jasiu. Wyrasta w bólu, bo jego dusza wzięła na siebie trudny kontrakt uczenia się kochania siebie, poprzez cierpienie. Nie udaje mu się, nie rozumie lekcji. Jako dorosła osoba przerzuca swój ból na innych i podświadomie mści się za swój trudny los. Bywa ciężkim nauczycielem dla tych, którzy z nim podpisali swoje kontrakty. Uczy ich kochania siebie, którego sam sobie nie dał. Jednak jako istota doskonała czuje cierpienie każdej duszy, jaką w swoim życiu uderzył. Przychodzą do niego wszystkie te ciosy w koszmarnych snach. Zagłusza to alkoholem, ale kiedy trzeźwieje, ból wraca. Czasem udaje mu się spotkać na swojej drodze mądrego człowieka, który swoimi słowami trafia do serca i uwalnia z Jasiowej nakładki całe niezamierzone okrucieństwo. Doskonałość Jasia odnajduje swoje miejsce w każdym pełnym życzliwości geście, którym próbuje wynagrodzić to, co robił wcześniej. Ekspiacja jest dla niego, dla jego nakładki, czasem jako spłata karmicznych kontraktów. Sam w sobie jest doskonały i bez niej.

Trudny to temat, wiem. Przyjmijcie tyle, na ile jesteście gotowi. Polecam jako uzupełnienie ciekawe lektury o kontraktach dusz, czy choćby znaną dobrze wszystkim pierwszą część „Rozmów z Bogiem” Neala Donalda Walscha. Nie ma złych ludzi. Każdy z nas jest w swojej istocie niewinny. Każdy z nas jest prawdziwym Światłem. Odnajdziecie to w swojej ciszy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Świadomość

Często mówimy o świadomym życiu i świadomym rozwoju, chociaż nie każdy pewnie ma na ten temat takie samo wyobrażenie. Jak w wielu przypadkach, tak i tutaj mamy tyle definicji, ile zainteresowanych osób. Szukamy własnych priorytetów, zakładając możliwość pozytywnej ścieżki w dowolnej wersji, jaką wybierzemy. Z całą pewnością każda droga, którą podążamy, jest dla nas najlepsza na dany moment. A sama świadomość może kojarzyć się nam głównie z kontrolą własnego działania i uważnego podejmowania decyzji. Czasem słyszę też jakąś teorię o duchowości i ezoterycznych zainteresowaniach, skąd blisko już do reklamy weganizmu i uprawiania jogi.

A co, jeśli świadomość oznacza bycie faktycznie przebudzoną osobą? Kimś kto przestał spać i otwierając oczy wkracza w świadomą rzeczywistość? Czym przejawia się taka realność? O samym przebudzeniu piszę w innej części strony, ale w pewien sposób taka wersja interpretacyjna jest mi bardzo bliska. Mam wrażenie, że to taki sposób funkcjonowania, który zakłada wielowymiarowe postrzeganie świata i działanie zgodne z prawem przyciągania i spontaniczną mocą kreacji. Na przykład, bo przebudzenie dotyczy nie tylko rozumienia naszego wpływu na materię, ale właściwe postrzeganie energetyki we wszystkich obszarach. Być świadomym, to nie tylko wiedzieć, ale też rozumieć, co się widzi.

Świadome życie to dla mnie swoista dojrzałość. To jak spacer boso po trawie, kiedy z uwagą dotykam stopami ziemi i czuję miękkość trawy, jej chłód, drobne kamyczki i wszystkie moje myśli, wszystkie zmysły kieruję w ten dotyk, w jedność z ziemią. Czuję, jak Ziemia oddycha i jak jej energia przenika przez moje stopy do samego serca. Staję się z nią jednością, a każdy krok jest pogłębieniem oddechu. Uważność. Dla mnie świadomość to właśnie uważność.

Świadome życie jest dla mnie uważnym kontaktem zarówno z zewnętrznym, jak i wewnętrznym światem. To wnikliwa obserwacja i wyciąganie wniosków lub zanurzenie w zachwycie. To doświadczanie całą sobą po to, by wzrastać, by zmieniać się i z każdym dniem być bliżej boskości. To odsłanianie swojej prawdziwej natury krok po kroku, każdego dnia. Bez rozumienia całego procesu i bez transformacji nie ma mowy o świadomości.

Są takie nauki, które pomagają poukładać logicznie kolejne stopnie życiowego wtajemniczenia. Ale zawsze na pierwszym miejscu znajduje się w nich wysokie poczucie wartości. Bez wiary w siebie nie sposób podążać żadną pozytywną drogą, ponieważ niska samoocena wypacza wgląd, zakłamuje rzeczywistość i skłania do szukania iluzji. To miłość do samego siebie pozwala nam kochać innych, uzdrawiać, przyciągać, kreować i transformować. Poznanie siebie pomaga tworzyć szczęśliwe relacje.

Drugi poziom świadomego życia to przeglądanie się w oczach innego człowieka z pełnym rozumieniem, że wszyscy jesteśmy jednością. To nade wszystko tolerancja i pozwalanie drugiej osobie, by podążała swoją własną ścieżką. To poznawanie innych, ich widzenia świata i akceptacja odmienności. Ale i życzliwość, serdeczność, uprzejmość. To dobre gesty i taktowne zachowanie. To empatia, która pozwala nieść pomoc w mądry sposób oraz otwartość na potrzeby drugiego człowieka. To wyrażanie emocji w taki sposób, by nikogo nie ranić.

Kolejny poziom to radość, która wypełnia każdy dzień i każdą chwilę. To optymizm i pozytywne myślenie, bez którego nic przecież dobrego nie da się wykreować. To napełnianie uśmiechem wszystkiego, czego doświadczamy i dziecięcy niemalże zachwyt każdym kolorowym drobiazgiem. Zachwyt uzdrawia i podnosi nam energetykę, a cieszenie się życiem sprawia, że staje się ono coraz lepsze. Nie ma rozwoju wewnętrznego bez pozytywnego, uśmiechniętego podejścia do otaczającej nas rzeczywistości.

Materia jest przestrzenią, która uczy nas naszej prawdziwej mocy. Bez rozumienia materii niczego nie osiągniemy, dlatego właśnie zeszliśmy na Ziemię – konkretną i pełną przedmiotów, które możemy brać do ręki, dotykać, zabarwiać naszą energią i kształtować mocą umysłu. Jednym z największych wyzwań jest ciało. Szczególnie wtedy, kiedy choruje. Uzdrawianie naszych tkanek jest ogromnie istotną lekcją. Świadome życie, to takie, w którym nasze emocje oraz mentalne wzorce kształtujemy harmonijnie, aby tworzyły matrycę zdrowia dla naszego ciała.

Następny etap to poznawanie świata z pomocą zmysłów. To umiejętne wykorzystanie każdego z nich, by podnosić swoje energetyczne wibracje. Oczy zachwycają się widokami, uszy zanurzają w dźwiękach, smaki uczą wdzięczności, zapachy sublimują emocje, a wreszcie dotyk pozwala cieszyć się prawdziwie materią. Zakreślamy własne przestrzenie. Na tym etapie doceniamy też moc naszego umysłu i potęgę przyswajania wiedzy. Uczymy się i rozwijamy inteligencję.

Potem uczymy się kochać prawdziwie i głęboko. Poprzez macierzyństwo i partnerstwo dorastamy do odpowiedzialności za drugiego człowieka. Dotykamy prawdziwej miłości, chociaż jeszcze nie rozumiemy, że ma ona moc stwarzania nowych światów. Tymczasem uruchamiamy moce twórcze i rozjaśniamy świat artystyczną kreacją, która powstała na bazie zmysłowego poznania. Doceniamy harmonię i piękno.

Kolejny etap, to wyjście poza zmysły, to intuicyjny wgląd pod zamkniętymi powiekami. To droga medytującego pustelnika, który zagłębia się w sobie, by znaleźć odpowiedź, co jeszcze jest poza światem widzialnym. To poszukiwania duchowe i jedna z niebezpiecznych ścieżek wiodących na manowce uzależnień, kiedy nasze pragnienia pozostają niezaspokojone. Tu jednak rodzi się też mądrość doświadczania i wglądu.

Kolejny etap rozwoju to droga poznawania i rozumienia transformacji. To władza nad materią, która pomaga kształtować rzeczywistość według naszej potrzeby. To może być praca z Reiki i umiejętność uzdrawiania ciała z pomocą energii. To może być pomnażanie materii finansowej. To może być charyzmatyczny wpływ na innych ludzi i kierowanie ich życiem. To może być nawet olśnienie u progu oświecenia. Jest to jednak niemal koniec drogi, ponieważ na tym etapie dzieje się magia. Tylko od nas zależy, czy jest biała czy czarna.

Ostatni punkt świadomości to rozumienie, że wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno i wyjście poza wszystkie ograniczenia. To wypełnienie na wszystkich poziomach miłością bezwarunkową, która zawiera w sobie kochanie siebie, tolerancję, radość, kreowanie, wiedzę, odpowiedzialność, mądrość i transformację. Która w istocie jest tym wszystkim, jak białe światło, które skupia w sobie wszystkie kolory tęczy. Miłość wszechogarniająca do Wszystkiego Co Jest, to wyznacznik pełnej świadomości, że niczego nie potrzebujemy, bo mamy w sobie każdą jakość. Świadome życie sięga do tych jakości spontanicznie, wypełniając wszystko najwyższymi wibracjami.

Bogusława M. Andrzejewska

Prawda

Prawda jest przereklamowana. Powiela się w memach, przysłowiach, cytatach tak często, jakby miała rzeczywiście wielkie znaczenie. Być może samo słowo stało się modne dla wszelkich mówców motywacyjnych i duchowych nauczycieli, ale ludzie przez to wcale się nie zmienili. Prawdomówni robią swoje, a kłamcy jak kłamali, tak kłamią. To pewne wzorce wdrukowane w naszą podświadomość określają, na ile trzymamy się rzeczywistości, na ile fantazjujemy lub mówiąc oględnie z ową prawdą mijamy się i to szerokim łukiem. Wzorce to nie kłopot, każdy można wymienić na lepszy, bardziej korzystny. Jest sporo skutecznych metod. Trudniej jednak orzec, co jest naprawdę dobre, bo moim zdaniem żadna wersja nie jest idealną receptą na szczęście.

Nie namawiam do kłamstwa. Nikt nie lubi kłamczuchów i życie z nimi jest upiorne. Jeśli ktoś zmaga się z tego typu bliską osobą, polecam znakomity podręcznik Susan Forward „Gdy twój partner łże jak pies”.  Doskonale napisana książka pomoże zrozumieć pewne toksyczne mechanizmy i podpowie, jak postępować z kimś, dla kogo prawda jest totalną abstrakcją.

Dla mnie nie jest. Uważam jedynie, że nie zawsze powinna być wygłaszana z patosem i nie wszystko należy mówić. Zacznę od bycia taktownym człowiekiem. Jeśli moja przyjaciółka ubierze się strasznie dziwnie i wygląda jak pracownica agencji towarzyskiej w trakcie szukania klienta, to nie chcę mówić jej prawdy, czyli tego co faktycznie myślę. Szukam delikatnych słów, by dyplomatycznie zasugerować jej zmianę wyglądu. A jeśli nie zechce, to po raz kolejny nie chcę przedstawiać jej swoich wniosków. Pozostawiam ją z jej wyglądem, bo ma do niego prawo. Patrząc z boku ukrywam prawdę, czyli kłamię z premedytacją. Jednak moim zdaniem wygłoszenie prawdy nie przyniesie niczego dobrego, a jedynie zrobi komuś przykrość.

Można oczywiście pofilozofować, że to, co mi się nie podoba wcale nie musi być straszne i moje zdanie wcale obiektywną prawdą nie jest. Wychodzę jednak z założenia, że prawda jest odwzorowaniem rzeczywistości. A w tym przykładzie rzeczywistość, to moje myśli. Człowiek taktowny nigdy nie mówi wszystkiego, co mu się w myślach pojawia. Starannie dobiera słowa, ponieważ liczy się z uczuciami innych. Tak, ludzie mają uczucia, gdyby ktoś zapomniał. Zranienie kogoś w myśl szczerości jest dla mnie niedopuszczalne. Można to zrobić w imię wyższego dobra jasne, ale nie wyłącznie dla zasady: „bo ja zawsze mówię, co myślę”.  To byłby przejaw niedojrzałości i egoizmu.

Istnieje też coś takiego jak „kłamstwo dla dobra sprawy”. To już nie jest przemilczenie, lecz podanie informacji niezgodnej z rzeczywistością. Pierwszy raz poznałam tę jakość, kiedy byłam dzieckiem i moja mama poprosiła mnie, żebym odwiedzając babcię powiedziała, że już jadłam obiad. Były żniwa, babcia była zapracowana i umęczona, ale jak zwykle przywitała nas pytaniem, czy nie jesteśmy głodni. Skłamałam i wiedziałam, że postąpiłam właściwie. To doświadczenie nauczyło mnie, że nic nie jest czarne ani białe. Nauczyło mnie też, że ważny jest człowiek, a nie zasada. Ważne, by liczyć się z dobrem drugiej osoby, a prawdomówność ma służyć nam, ludziom, a nie my jej. I nie może to stać się żadnym wytłumaczeniem dla powszedniego egoistycznego kłamczucha.

Wrócę jednak do przemilczeń, ponieważ są takie tajemnice które chronią dobro. Obserwuję często, jak jedno niepotrzebne wyznanie niszczy ludzkie losy. Zazwyczaj temat jest kontrowersyjny, bo kiedy sekret wychodzi na jaw, osoby okłamywane mają pretensje i głośno krzyczą, że wolą złą prawdę od słodkiego oszustwa. To iluzja. Nadmuchana iluzja, którą wmawiamy sobie, że jesteśmy bardzo porządni i uczciwi, bo popieramy prawdę. Często decyduje ciekawość i zachłanna potrzeba, by wszystko wiedzieć, by nic nie działo się poza nami. Brak poczucia bezpieczeństwa? Lęk przed odrzuceniem i brakiem akceptacji? Lęk przed ośmieszeniem? Potrzeba kontroli?

Nie mam z tym problemu. Doświadczyłam, nie teoretyzuję. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że o wielu rzeczach wolałabym nie wiedzieć, wielu wolałabym nie widzieć. Byłabym bardziej szczęśliwa, a na pewno uniknęłabym wylanych łez. Umiem się do tego przyznać, bo moje poczucie wartości nie czuje się naruszone przez to, że ktoś, coś, poza moimi plecami… To jego problem. Kocham siebie i szanuję na tyle mocno, że to, co inni robią przeciwko mnie w tajemnicy przede mną w ogóle mnie nie obchodzi. Niech sobie robią, niech sobie gadają. Wiem, ile jestem warta, po co zatem mam słuchać cudzego negatywnego zdania, z którym na pewno się nie zgodzę? Po co mam zajmować się ludźmi, którzy mnie nie lubią?

Czasem lepiej nie wiedzieć o tym, co może dramatycznie obrócić wszystko w ruinę. Naprawdę. I pierwszy lepszy przykład, trochę z sufitu… Wyobraźmy sobie, że czyjś mąż na jakimś służbowym wyjeździe pod wpływem alkoholu prześpi się z inną kobietą. Oboje tego żałują i chcą o tym zapomnieć, konsekwencji nie ma. Mąż taki wraca skruszony do żony, milczy, ale kocha ją dwa razy bardziej i dwa razy bardziej dba o rodzinę. Szczęśliwie dożywają późnej starości oni, a następnie ich dzieci i wnuki.

A teraz inna wersja. Wiarołomny mąż po powrocie skruszony przyznaje się żonie, że zbłądził. Mądra żona pocierpi, ale zrobi wszystko, by wspólnymi siłami uratować związek. Jednak zapłaci za odkrycie tej tajemnicy wieloma nieprzespanymi nocami i hektolitrami wylanych łez. Ta mniej mądra po wielkiej awanturze wystąpi o rozwód. Znam takie panie, które ponad miłością stawiają prawo własności do drugiego człowieka, który w istocie (warto pamiętać) przedmiotem nie jest. Rozwód i pretensje działają traumatycznie nie tylko na małżonków, ale także i na dzieci, a potem na kolejne pokolenia. O ile będą, bo dzieci z rozbitych dramatycznie związków boją się zakładać swoje rodziny. Dzieci uczą się przez przykład. Awantury i dramaty rodzą kolejne awantury i dramaty. A wystarczyło zamknąć buzię i wielopokoleniowa rodzina żyłaby szczęśliwie.

Cokolwiek sobie pomyślicie Kochani Moi, moim zdaniem nic strasznego się nie stało. Zdecydowanie dla siebie wybieram pierwszą wersję, ponieważ nie osądzam ludzi. Każdy z nas jest pełen słabości, ideałów nie ma. Rozumiem też, że takie doświadczenie nie dotyka nikogo przypadkiem, zawsze jest jakaś przyczyna, daleka więc jestem od potępiania. Wiarołomni partnerzy często przyznają się do winy głównie po to, aby uwolnić się od poczucia winy. Wyrzucenie z siebie takiej sprawy przynosi ulgę, ale tylko wyznającemu błąd. Ta druga strona dostaje po głowie obuchem. A czy musi? Taka historia to nie to samo co wielki pozamałżeński romans i zrodzone z tego dzieci. Nie jest warta stresu. Gdyby mnie to spotkało nie chcę wiedzieć.

Wybieram też pierwszą wersję dlatego, że zawsze zadaję sobie pytanie: co przyniesie więcej Dobra? W podanym przykładzie odpowiedź jest jednoznaczna. I jakkolwiek kontrowersyjnie to zabrzmi, Dobro jest dla mnie zawsze ważniejsze niż prawda. Moja Babcia mawiała, że „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. I nie zamierzam w tym miejscu bronić czy usprawiedliwiać wiarołomnego męża to osobny temat. Rzecz w tym, że w takim przykładzie dramat zaczyna się od wyznania prawdy, podczas kiedy jej zachowanie dla siebie chroni przed cierpieniem.

Jest taka piękna opowieść. Do mistrza przybiegł zaaferowany człowiek i zawołał:

Mistrzu, posłuchaj mnie, koniecznie muszę ci coś powiedzieć o jednym twoim uczniu…

Mistrz wyciągnął dłoń stanowczo i przerwał mu:

Zaczekaj powiedział. Czy to, co chcesz mi powiedzieć, przyniesie coś dobrego dla mnie?

Ależ nie! Ja właśnie, chcę ci powiedzieć, czego się dowiedziałem…

Zaczekaj powtórzył mistrz. Czy to, co chcesz powiedzieć, przyniesie coś dobrego dla ciebie?

Och nie, ja przecież chcę powiedzieć coś o twoim uczniu…

Zaczekaj. Czy to przyniesie coś dobrego dla tego ucznia?

Nie, wręcz przeciwnie.

A czy to przyniesie coś dobrego dla kogoś innego?

Nie, raczej nie.

W takim razie nic nie mów. Po co? Mówmy tylko to, co niesie coś dobrego.

Uwielbiam tę opowieść, ponieważ oddaje dokładnie moje nastawienie do tego, co przekazuję. Prawda jest dla mnie tylko pustym słowem, podczas gdy Dobro i Miłość są często celem samym w sobie. Jestem przeciwna mówieniu tego, co nie niesie w sobie pozytywów, o ile nie jest to do czegoś potrzebne. W artykule Tajemnica opisuję sytuację dokładnie odwrotną, w której zatajenie prawdy doprowadziło do nieszczęścia. Bo rzecz nie w tym, by stale zatajać czy kłamać lub zawsze mówić prawdę. Rzecz w tym, by wypowiadać słowa świadomie. By zadawać sobie pytanie: co powiedziałaby miłość w tej sytuacji? Lub jak w przypowieści: czy powiedzenie prawdy przyniesie komuś dobro czy może właśnie zachowanie czegoś dla siebie ochroni przed cierpieniem? Nie ma jednej recepty na życie. Byłoby one zbyt proste. A nasz rozwój polega na tym, by każdego dnia dokonywać suwerennych wyborów, stawiając sobie za cel Dobro, a nie zasadę.

Bogusława M. Andrzejewska

Tajemnica

Myślę, że każdy z nas nosi w sobie takie doświadczenia, których nie chce upubliczniać. Nawet w dobie wszechwładnych portali społecznościowych, na których niektórzy informują cały świat o tym, co jedli na obiad i gdzie idą do lekarza  mimo wszystko nie chcemy o pewnych rzeczach opowiadać. Nie każdy z nas. To jest zupełnie naturalne, że niektóre informacje nie nadają się do ogłaszania światu i nie ma w tym niczego niezwykłego. Pewne historie czy fakty są niesmaczne lub nieciekawe. Być może do dobrego tonu należy, by o pewnych rzeczach nie opowiadać dookoła. A rzeczywistość oczywiście swoje… Jednak zwracam tu też uwagę na różnicę pomiędzy zjawiskiem nie obnoszenia się z czymś, a ukrywaniem czegoś. To jednak zupełnie różne sprawy.

Drugim obszarem zjawisk, o których nie chcemy mówić, to niechlubne historie, rzeczy wstydliwe. To wszystko, z czego nie jesteśmy dumni. Każdy z nas chce być postrzegany jako człowiek dobry i uczciwy. Mądra osoba nie chwali się na lewo i prawo popełnionymi niegdyś błędami, ale otwarcie przyznaje się do nich w stosownej sytuacji, np. w gabinecie psychologicznym, ponieważ wyrzuty sumienia budują bardzo mocne negatywne wzorce, które uszkadzają naszą zdolność kochania samych siebie. Warto na spokojnie skonfrontować się z tym, co minęło i wybaczyć, odpuścić, rozpuścić w Świetle. Nie ma ideałów. Każdy z nas ma na swoim koncie coś, o czym nie chciałby nikomu mówić.

Trzeci rodzaj tajemnic jest najzabawniejszy. To obszar absurdu i groteskowe ukrywanie przed światem normalności. Kiedy odkryłam, że są tacy ludzie, zrozumiałam, że to zjawisko mocno zakręcone psychologicznie, ale też i coś tak dziwacznego, że warto o nim napisać. Stąd też pomysł na artykuł. Tak, są takie osoby, które ukrywają przed światem na przykład to, że są po rozwodzie. Czy kogoś jeszcze oburza rozwód? Albo fakt, że syn pracuje fizycznie na budowie nowego osiedla. A co jest złego w pracy na budowie? Oczywiście to nie są rzeczy, które musimy mieć napisane na czole, ale zapytani wprost chyba nie musimy kłamać. O ile mogę zrozumieć zatajenie faktu, że córka zajmuje się najstarszym zawodem świata, o tyle nie widzę powodu, by wstydzić się uczciwego budowlańca. Przyznaję, przeżyłam szok, kiedy na pewnym spotkaniu znajoma pani poprosiła mnie scenicznym szeptem: „tylko nie mów, że on tam pracuje, oni nie mogą się dowiedzieć”. Na szczęście nie było takiego tematu.

Inny paradoks to zachowanie osoby, która ukrywa, że spotyka się z rodziną, o której poza tym bardzo źle mówi. No cóż, zwykła hipokryzja rzec by można. Jednak nadal niezrozumiałe jest, po co ukrywać coś tak normalnego? W dobie internetu trudno cokolwiek schować przed światem, a odwiedzana rodzina opowiada o tym, jak o kupnie chleba. Tworzenie w takim przypadku tajemnicy jest równie bezsensowne, jak utrzymywanie w sekrecie spaceru w biały dzień środkiem miasta, spaceru połączonego z donośną grą na trąbie.

Podobnie dziwaczne są ciągłe prośby do różnych osób w rozmaitych okolicznościach: „tylko nikomu nie mów”. Taka osoba czyni sekret z tego, że dała wazon w prezencie, że otrzymała wazon w prezencie, że zjadła obiad w towarzystwie, że zjadła obiad sama, że wyszła z sąsiadką do sklepu, że poszła do sklepu sama… Czasem pajęczyna tajemnic, którymi się owija plącze się tak bardzo, że nikt już nic nie rozumie, a lawina kłamstw przysypuje zainteresowaną życiem w ustawicznym sekrecie. Ludzie nie widzą potrzeby ukrywania rzeczy bez znaczenia. Wazon to wazon  na proste pytanie „gdzie kupiłaś?” pada prosta odpowiedź: „dostałam od…”.

Bez wątpienia jest to rodzaj patologii, która utrudnia życie w społeczeństwie. Zaobserwowałam w tym chorobliwą potrzebę otaczania się na co dzień tajemnicami. To ukrywanie nawet tego, że zjadło się kromkę więcej na śniadanie lub skonsumowało cukierka. Może to wynikać z patologicznego dzieciństwa, w którym rodzic każdego dnia powtarzał: „tylko nikomu nie mów”. Niewykluczone, że dziecko takie było karane za błahostki i trzymanie wszystkiego w sekrecie jest dla dorosłej osoby formą ochrony przed karą. Jednak nie ulega też kwestii, że wzorzec ukrywania wszystkiego jest silniejszy w takim przypadku od zdrowego rozsądku.

Może być też wzorcem niesionym przez wieki w całym rodzie, począwszy od jakiejś dramatycznej niewoli, w której praprzodek był karany za wszystko, na co nie otrzymał oficjalnego pozwolenia. Odkąd wiemy, że wzorce przenikają genetycznie z pokolenia na pokolenie, możemy wyobrazić sobie jakieś skrajne podporządkowanie i poważne naruszenie poczucia bezpieczeństwa. To może być także wzorzec szpiega  człowieka, który większość swojego życia spędza w cudzej tożsamości i kilkanaście razy dziennie gryzie się w język: „tylko nic nie mów nikomu”.  Dobrą metodą uzdrowienia takiego chorego nawyku mogą być Ustawienia Systemowe, podczas których można go uwolnić i wprowadzić korzystny wzorzec: „Wszystko mogę robić jawnie. Cokolwiek wybieram jest dobre dla mnie”. Pomoże też metoda Pure Art.

Przyglądając się takim osobom od strony energetycznej, zobaczyłam oczywiście zaniżone poczucie wartości. Bo te wszystkie tajemnice to nie tylko kwestia bezpieczeństwa. Czasem w ten sposób dodajemy sobie niezwykłości. Być może robiąca ze wszystkiego sekret kobieta czuje się jak niezwykła Mata Hari? A może patrząc na sąsiadkę robi to z wyższością na zasadzie: „ha, co ty o mnie wiesz? Nic”. A może ratuje w ten sposób nadwątlone poczucie winy wobec kogoś? Bo jeśli inni nie widzą i nie wiedzą, to nie mogą przecież mnie osądzić. Z całą pewnością człowiek świadomy swojej wartości, pewny siebie i tego, że postępuje właściwie, nie ma potrzeby niczego ukrywać. To proste. W Świetle wszystko jest widoczne. Ten, kto stoi w Świetle nic ukryć nie może. Tajemnice czają się tylko w mroku.

Jest i czwarty obszar tajemnic  rzeczy, których nie mówimy dla prawdziwego dobra innych. Piszę o nim opowiadając o znaczeniu Prawdy. I piąty  cudze sekrety. Ten ostatni wydaje się być bezsporny. Czyjeś sprawy należą do właściciela i tylko on ma prawo je ujawniać. A jednak życie weryfikuje wszystko. Przekonałam się, że nie istnieją żadne zasady, których los by nie spróbował podważyć. Nie ma takiej recepty na życie, której stosowanie pomaga zawsze i wszędzie. Po prostu nie ma. Jako ilustrację przytoczę tu autentyczną historię, która udowadnia, że są sytuacje, w których mamy prawo naruszyć cudze tajemnice.

Było sobie małżeństwo z trójką małych dzieci. Po dwunastu latach zgodnego życia mąż poznał inną kobietę i się zakochał. Spotykał się z kochanką w tajemnicy przed żoną, ale kiedy kochanka urodziła mu dziecko, poznał ją ze swoimi rodzicami. Rodzice zgodnie utrzymywali romans syna w sekrecie przed synową, chociaż synową lubili i żyli z nią w dobrych stosunkach. W pewnym momencie mężczyzna zażądał od swojej ciągle niczego nieświadomej żony, aby sprzedała mieszkanie otrzymane po rodzicach i pomogła mu spłacić długi. Kobieta rozmawiała o tym także z teściami. Nie popierali sprzedaży, ale nie zająknęli się nawet, że nie powinna pozbawiać siebie i dzieci dachu nad głową, bo ich syn planuje nowy związek z inna kobietą.

Dla mnie to jest kluczowy moment historii. Ja na miejscu owej teściowej zdradziłabym sekret własnego syna. Dla dobra moich własnych wnuków. Rozmawiałam o tym przypadku z moimi córkami i powiedziałam im wyraźnie, że w takiej sytuacji opowiedziałabym się po stronie Dobra, a nie dochowania ich tajemnic. Nie pozwoliłabym pozbawić dachu nad głową małych dzieci. Być może nie mamy wpływu na dorosłe osoby, które nie słuchają naszych rad, ale zawsze możemy ujawnić to, co ma kluczowy wpływ na życie drugiego człowieka. Jako kobieta i matka wiem, jakiego wyboru bym dokonała. Uważam, że zawsze należy zadawać sobie pytanie: „czy to przyniesie Dobro innym?”. Jest to ważniejsze niż wszelkie tajemnice.

Na marginesie dodam, że umiałabym w takiej sytuacji zmusić swojego syna do tego, by ujawnił sekretny romans, zanim przyszło na świat kolejne dziecko. Albo zrobiłabym to sama. Tajemnice niczemu nie służą. Są przyczyną wielu nieszczęść. Podobnie było w opowiadanej tu historii. Po wielu perturbacjach zdradzana, ale nieświadoma tego żona zgodziła się sprzedać mieszkanie i razem z małymi dziećmi zamieszkała w wynajętym pokoju. Wtedy dopiero dowiedziała się od męża, że zaplanował życie z inną i odchodzi. Reszty dramatu łatwo się domyślić. A przecież tajemnica odkryta we właściwym czasie zapobiegłaby nieszczęściu i kobieta z trójką maluszków ocaliłaby dach nad głową.

Czasem cudze sekrety są nam dane nie po to, byśmy mogli szczycić się swoją dyskrecją i lojalnością wobec nieuczciwych osób. Dostajemy dostęp do takich informacji po to, by chronić słabszych, by nieść Dobro, by zmieniać świat na lepsze. Nie mam co do tego wątpliwości. Nie dotyczy to rzecz jasna osób obcych, o których niewiele wiemy i których postępowania nie mamy prawa oceniać. Przedstawiona tutaj historia jest jednoznaczna, a teściowie wiedzieli wszystko, co powinni. Pozwalając synowi na wybór nowej partnerki, powinni też chronić synową i wnuki przed utratą dachu nad głową. Na tym moim zdaniem polega Człowieczeństwo.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Wybór

Podstawową zasadą naszego rozwoju tu na Ziemi jest samostanowienie. Gdyby istniało jakieś przeznaczenie, jakiś przymus  to nie byłoby w ogóle mowy o rozwoju. Bo jakież to wzrastanie, kiedy robimy to, co musimy? Tylko nasze własne decyzje, które podejmujemy kilkanaście i kilkadziesiąt razy razy w ciągu dnia stanowią o tym, co rozumiemy, co czujemy, Kim W Istocie Jesteśmy. I to jest najwyższa szkoła życia dokonywanie właściwych wyborów.

Z jednej strony  nie ma złych decyzji, więc każdy wybór jest właściwy. Ale z drugiej są takie, które prowadza nas do szczęścia, wzrastania, błogości i takie, które pokazują, jak wiele jeszcze przed nami do nauki. Czasem te rozróżnienia są niejasne, trudne do uchwycenia, bo nie każda decyzja wydaje się być brzemienna w jakieś skutki. Niektóre tematy wydają się być błahe, tymczasem dla energii nie ma tematów ważnych i mniej ważnych. Każda decyzja jest ruchem energetycznym. Nawet taka, jakie buty założyć do sukienki albo czy obejrzeć film. I chyba na tych prostych decyzjach najczęściej się potykamy, bo nie wydają nam się ważne. A są.

Do codziennych drobnych pozornie decyzji należą takie na przykład, jak to, czy posprzątam i nastawię pranie, czy też pooglądam wysokowibracyjne Karty Aniołów i zadam im jakieś pytanie. Nie mówię tu o sytuacji skrajnej, kiedy przewracam się o rozsypane wszędzie śmieci. W przeciętnym domu odłożenie sprzątania o kilka godzin czy jeden dzień jest niewidoczne. To szczypta kurzu więcej. Ale jak zwykle zachęcam do znalezienia złotego środka, bo moje doświadczenie pokazuje, że można nastawić pranie, ogarnąć dom i znaleźć czas namedytację czy duchową praktykę. Setki ludzi tak właśnie układa swój dzień.

Poruszam ten temat, ponieważ zadziwia mnie, kiedy zachęcam klientkę do poświęcenia 20-30 minut na coś pozytywnego, co podniesie wibracje, a ta osoba mówi mi, że nie ma czasu, bo musi zrobić zakupy, ogarnąć dom, poprasować… i takie tam codzienne czynności, które wykonuje każdy z nas. Mogę to zrozumieć w przypadku matki małych dzieci, która nie ma czasu, by spokojnie wypić herbatę. Albo w sytuacji permanentnej opieki nad obłożnie chorą osobą. To skrajne sytuacje. Ale inaczej  odrzucanie czegoś, co podnosi energię na rzecz sprzątania czy prasowania jest błędem. To właśnie wybór, który prowadzi w niewłaściwą stronę.

Jeśli naprawdę chcemy być szczęśliwi, powinniśmy działać w harmonii z wszechświatem i wybierać jak najwięcej rzeczy, które sycą nas pięknem, miłością i radością. Jeśli obok tego są jakieś przykre, szare obowiązki  trudno, niech będą, ale na marginesie życia, a nie w jego centrum. Standardowo możemy spokojnie mieć czas na jedno i drugie. Nie trzeba codziennie stać przy kuchni, można gotować raz na dwa dni. Nie trzeba codziennie sprzątać, można utrzymywać porządek, odkładając od razu rzeczy na swoje miejsce i wycierając starannie buty z błota. Można! To tylko kwestia wyboru.

Jednak należy najpierw zrozumieć, że nie zeszliśmy na Ziemię, by gotować, prać i sprzątać lub wykonywać inne szare obowiązki. Zeszliśmy po to, by robić coś, co kochamy. Rozpoznajemy to po tym, że wyrastają nam skrzydła u ramion, a energia rośnie. To ładuje nasz wewnętrzny akumulator  podwójnie. Po pierwsze akumulator emocjonalny, który naładowany sprawia, że jesteśmy ludźmi pogodnymi i zadowolonymi z życia, że odczuwamy sens istnienia i szczęście. Jeśli akumulator się wyczerpie, a my będziemy kręcić się w ponurych obowiązkach, jak trybik w maszynie, to prędzej czy później poczujemy się wypaleni. Poczujemy się nieszczęśliwi. A w końcu zapadniemy w  depresję.

Uważam, że depresja jest wynikiem braku szczęśliwych i radosnych doświadczeń i dokucza tym osobom, które nigdy nie robiły nic dla siebie i swojego zadowolenia. Które nigdy nie napełniały radością swoich akumulatorów. Które żyły dla innych, starając się komuś dogodzić i w którymś momencie szaro bura pustka objawiła się w całej okazałości, wychodząc w ciele paskudnym schorzeniem. Jak wiadomo to niebezpieczna choroba, która nie leczona grozi śmiercią. A przecież wystarczy systematycznie dbać o napełnianie siebie radością, miłością izachwytem, a taki stan nigdy nam nie zagrozi. Wiem. Doświadczam. Jestem szczęśliwa.

Po drugie  te wszystkie pozytywne emocje, które tu wymieniam, napełniają też nasz zbiornik duchowy. Chociaż rozwijamy się wewnętrznie poprzez trudy codziennego życia, to owo wzrastanie powinno być wspierane także praktyką, ćwiczeniami, medytacją. Dla prawdziwego duchowego rozwoju należy codziennie starać się podnosić energię. A co nam podnosi energię? Oczywiście śmiech dziecka, spacer po sosnowym lesie, pływanie, ale też oglądanie pięknych grafik, słuchanie odpowiedniej muzyki, czytanie wysokoenergetycznej książki czy strony, medytacja, duchowa praktyka. Na to nie może zabraknąć czasu. Żadne sprzątanie czy prasowanie nie jest od tego ważniejsze.

Czasem myślę, że problemem są wzorce wyniesione z domu rodzinnego, w którym rządziła żelazna zasada: „najpierw obowiązek, potem przyjemność”, wzmocniona koniecznością robienia wszystkiego „na wysoki połysk”. Bo  jak wspomniałam wcześniej  nie chodzi o to, by nie sprzątać, nie zmywać, siedzieć na kupce brudu i przeglądać Karty Aniołów. Chodzi o to, by znaleźć przestrzeń na wprowadzenie wysokiej energii do swojego życia. Kłopot ze znalezieniem czasu na duchową praktykę, czy jakąś dowolną przyjemność, która poprawi nastrój, mają osoby nadobowiązkowe, które robią tysiące przetworów na zimę i pastują sto razy podłogi, które i tak są czyste. Jak myślicie, co jest biletem do oświecenia: wypastowana podłoga czy medytacja nad miłością bezwarunkową?

Nie ma nic złego w wypastowanej podłodze i setkach słoików z kompotami, jednak pod warunkiem, że nie są to rzeczy wykonywane po to, by zasłużyć na miłość domowników lub partnera. W mojej praktyce nie spotkałam się z takim przypadkiem. Każda znana mi „idealna” pani domu, u której można jeść z podłogi, a piwnice pękają w szwach od przetworów, to osoba, która szczególnym wysiłkiem i staraniem chce pokazać, że jest godna i zasługuje na to, by oddychać. A przecież wystarczy być, by zasługiwać na miłość, szczęście i to, co najlepsze.

Na wszelki wypadek dodam też, że nie jest dla mnie żadnym argumentem pucowanie do połysku podłóg i robienia tysięcy słoików „dla dobra dzieci”. Każde dziecko bardziej ucieszy się ze spaceru z mamą, z gry w planszówkę albo z długiej rozmowy przy herbatce, kiedy jest starsze. To, czego dzieci najbardziej pragną, to naszego czasu i uwagi, a nie wypasionych obiadków i lśniących podłóg. Warto o tym pamiętać. To też moment dokonywania wyboru, czy umęczyć się przy kuchni lub w łazience, czy też być wypoczętą i z uśmiechem poczytać wspólnie bajki.

Na koniec tematu podpowiem też, że najpiękniejszym wyborem jest współpraca z dzieckiem. Wspólne robienie obiadu, a nie podtykanie pod nos gotowych przysmaczków, uczy pracowitości, odpowiedzialności, dzielenia się obowiązkami. Uczy pomagania, a nie wyręczania. Takie dziecko, kiedy dorośnie będzie umiało wszystko zrobić, będzie mądre i samodzielne. Ale będzie też umiało docenić potrzebę odpoczywania i wspólnego cieszenia się życiem. Bywa często, że uczymy wygodnictwa, poprzez podawanie wszystkiego pod nos. To wcale młodym osobom nie pomaga w życiu. 

Setki słoików i pastowanie podłogi to tylko pewna metafora. Być może robimy coś zupełnie innego, co odczuwamy jako obowiązek i powinność. Jeśli to presja dyktowana znanym dobrze „bo tak wypada”,  „bo tak trzeba”, „bo co ludzie powiedzą”, to niech się zapali czerwone światło. Przyjrzyjmy się wówczas takim wyborom i zadajmy sobie pytanie, czy to co robimy, sprawia nam radość i satysfakcję? Czy nadaje sens naszemu życiu? Czy też robimy coś, bo boimy się oceny innych i krzywego spojrzenia znudzonej sąsiadki. Żyjemy tutaj dla siebie, a nie dla innych. Zawsze o tym pamiętajmy.

Podsumowując, rzecz w tym, by znaleźć czas na to, co kochamy robić i co wywołuje na naszej twarzy radosny uśmiech. Warto mieć zawsze choć trochę przestrzeni na odczuwanie zachwytu i jak najczęściej doświadczać piękna. Ważne są te wszystkie działania, które robimy dla siebie, dla własnego szczęścia i spełnienia. To nas wznosi, rozwija i uzdrawia. To nas też chroni przed depresją, poczuciem wypalenia i utratą sensu życia. Dokonujmy mądrych wyborów.

Bogusława M. Andrzejewska

Wzorce

O wzorcach w kontekście rozwoju osobistego mówimy stale i piszę o tym niemal w każdym artykule, tu więc tylko pewne podsumowanie. To niezbyt dobrane słowo oznacza taką wewnętrzną matrycę, która zakorzeniona w podświadomości przyciąga do nas określone wydarzenia. Jeśli ten wzorzec brzmi np. „jestem niemądra”, to życie przynosi doświadczenia, które to potwierdzają. Wzorzec jest jak kapelusz założony na głowę, kiedy przeglądamy się w lustrze, a owym lustrem jest życie. To mogą być ludzie, którzy tak do mnie powiedzą. Nawet bardziej dosadnie, np. :”jesteś głupia, jesteś idiotką”, a mnie to zaboli, bo to osoby dla mnie ważne. Ta emocja, ten ból jest wskazówką, że wzorzec jest dla mnie aktywny. Jeśli ktoś mnie wyzwie, a po mnie to spłynie, jak po gęsi, to oznacza, że takiego akurat wzorca nie posiadam. Kluczowe zatem są emocje. Po to właśnie przychodzą.

Wzorce można nazywać także kodem lub przekonaniem czy poglądem, ponieważ rzecz jasna nie są zwykłą przelotną myślą, lecz właśnie czymś, w co wierzymy. Słowo „przekonanie” wydaje mi się najbardziej trafione. Z tym wszakże zastrzeżeniem, że przekonania kojarzą nam się z czymś ułożonym logicznie w świadomości, a wzorce często są głęboko schowane w warstwach podświadomych i nie mamy do nich dostępu na poziomie umysłu. Wzorce to także rozmaite nawyki, które weszły na stałe do naszego funkcjonowania. Dlatego tymczasem nazywajmy to zjawisko nadal wzorcem.

Wzorce najczęściej powstają bez udziału naszej świadomości w różnych powtarzających się sytuacjach, ponieważ nasz umysł uczy się przez ponawianie zdarzeń i czynności. Jeśli jako małe dziecko za każdy razem po rozbiciu kolanka dostajemy czekoladkę na pociechę, to wytwarza się wzorzec: „ból jest nagradzany”. Podaję go w dużym uproszczeniu, ale łatwo się domyślić, że taki wzorzec prowokuje świadomość do przyciągania bólu (pechowych wydarzeń), aby dostać nagrodę.

Innym przykładem może być czuła obecność mamy w czasie chorowania. Mamy, która na co dzień jest bardzo zapracowana i nie ma dla nas czasu. Podświadomość może wywoływać choroby, aby doświadczyć troski, miłości i czułej obecności. Prawdę mówiąc bardzo często w procesie uzdrawiania odnajdujemy u człowieka opór przed zdrowiem. Taki opór nie bywa logiczny i taka osoba powtarza głośno, że ma już dość chorowania, chce stanąć na nogi. Tymczasem wewnątrz, w podświadomości tkwi taki właśnie kod: „choruj, będą cię przytulać i okazywać ci miłość”. Taki wzorzec mógł powstać w dzieciństwie, ale wzorce tworzymy na bieżąco na każdym etapie życia. Starsza samotna osoba może w ten sam sposób przyciągać uwagę swoich dorosłych dzieci, które na co dzień nie mają dla niej czasu.

Wzorce można umownie podzielić na podstawowe i wtórne. U takiej starszej osoby wzorcem wtórnym może być poczucie zmęczenia i potrzeba odpoczynku albo gniew na kogoś z rodziny. Uzdrowiciel oczyści ten wzorzec i oczekujemy, że chory poczuje się lepiej. Tymczasem okazuje się, że nie ma efektu lub poprawa samopoczucia pojawia się tylko na chwilę. Aktywny jest bowiem wzorzec podstawowy, schowany głęboko i niewidoczny – przekonanie, że jeśli chorujemy, to dzieci okazują nam miłość. Potrzeba miłości jest tu silniejsza niż uzdrowienie gniewu albo zmęczenia.

Innym przykładem może być praca z odkrytym wzorcem dotyczącym pieniędzy. Może być tak, że zauważamy lęk przez biedą i zaczynamy aktywnie uzdrawiać ten wzorzec, zastępując go poczuciem obfitości. Pomimo tego jednak sytuacja finansowa wcale się nie poprawia albo (co jest dość częstym zjawiskiem) poprawia się na krótki czas, a potem wracamy do punktu wyjścia. Okazuje się, że ten wzorzec jest wtórny, a pod spodem jest silniejsza blokada – wzorzec pierwotny. Wzorcem pierwotnym może być np. niskie poczucie wartości i przekonanie, że nie zasługujemy na żadne luksusy.

Bardzo wyraźnie widać to w przypadku odchudzania, kiedy wzorcem wtórnym staje się poczucie winy, że przejadamy się słodyczami. Nawiasem mówiąc nie rozumiem zupełnie, jak można mieć sobie za złe, że lubi się słodycze? A gdzie jest napisane, że trzeba odżywiać się tylko zieleniną? Przecież kakaowiec, z którego robi się czekoladki to też roślinka. Jednak poważnie rzecz biorąc mnóstwo ludzi obciąża się wyrzutami, że nie je tak, jak zalecają dietetycy. Po zastosowaniu diety na jakiś czas waga spada. Potem jednak pojawia się powrót do stan wyjściowego – tzw. „efekt jo-jo”. Jest to standard, ponieważ do głosu dochodzi wzorzec pierwotny, czyli ten, który spowodował przytycie. Najczęściej jest to lęk – lęk przed ośmieszeniem, lęk przed odrzuceniem, lęk przed popełnieniem błędu, lęk przed brakiem… Warstwa tłuszczu to obrazowo mówiąc wały obronne, którymi chronimy się przed światem. Warto wziąć to pod uwagę, zanim zaczniemy katować się dietami lub wydawać ogromne sumy na preparaty odchudzające.

Jak zatem zmieniać te wzorce, które nam nie służą? Metod jest mnóstwo. Najstarsze i najbardziej znane są afirmacje. Szybkie i łatwe jestdekodowanie. Nowe i bardzo skuteczne jest Pure Art – zachwyca mnie efektywność tej metody. A po drodze setki innych sposobów, bo każda nowopowstała metoda rozwoju musi zawierać w sobie taki myk, który pozwoli zmienić niekorzystny wzorzec. Wszystko się na nim przecież opiera. Nie ruszymy do przodu bez ogarnięcia pracy z matrycą. Dopiero uwolnienie (skasowanie, zdekodowanie, wypchnięcie, pozbycie się) negatywnego wzorca otwiera nam drzwi do zmiany na lepsze.

Dla porządku dodam, że nazwa „negatywny” jest dość umowna. Jak wszystko w dualnym świecie. Bardziej odpowiednie jest powiedzenie: „wzorzec, który obecnie mi nie służy”. Bo niektóre z tych nie odpowiadających nam teraz wzorców kiedyś były potrzebne i dobre. Każdy kod powstaje z jakiegoś powodu i czemuś służy. Wiedzą o tym doskonale osoby DDA, które do perfekcji opanowały dyplomację, uniki i odwracanie uwagi. Potrzebowały tego do przeżycia. Na tamtą chwilę wykształcone nawyki ratowały bardzo wiele. Być może dzisiaj zaczynają przeszkadzać w obrębie relacji, ale nie warto myśleć o tych kodach ze złością. Sugerowałabym wdzięczność i szacunek dla siebie samej, że umieliśmy funkcjonować w takim survivalu, jaki był naszym udziałem. Wszystko ma swój sens.

Wzorce wbrew pozorom bywają także przydatne. Takim wzorcem jest nawyk porannej gimnastyki czy biegania, po którym dobrze się czujemy. Muzyka, która automatycznie powoduje radość, ładne afirmacje, nawyk codziennego dziękowania za dobro, które nas spotyka, roześmiana zabawa z kotem, która podnosi nastrój, śmiech o poranku – jest tysiące wspaniałych rzeczy, które stają się pozytywnymi wzorcami. Nasz umysł uczy się powtarzając i warto jak najczęściej wymyślać i powtarzać dobre rzeczy. W ten sposób tworzymy nawyki, które nam potem doskonale służą. Na przykład można codziennie po umyciu zębów przez pięć minut mówić do swojego odbicia w lustrze piękne słowa o sobie i nadchodzącym dniu. Po dwóch lub trzech tygodniach to stanie się wzorcem układającym nam pozytywnie dzień i pilnującym naszego poczucia wartości.

To nie mój wymysł ani pobożne życzenie. Na tej samej zasadzie działają pytania kwantowe, czyli otwarte pytania do wszechświata, które układają naszą energetykę w pozytywny sposób. Jeśli powtarzamy je codziennie stają się wzorcem. Jak wszystko inne. Bo już tacy jesteśmy, że szybko się uczymy. Doskonałym przykładem może być choćby prowadzenie samochodu. Nikt nie urodził się z tą umiejętnością i pierwsze próby zmiany biegów powodują zgrzytanie zębami. A z czasem jedziemy drogą słuchając radia, rozmawiając i nasza ręka automatycznie wrzuca biegi, a stopy spontanicznie przechodzą z gazu na sprzęgło. Taka to cudowna zdolność naszego mózgu

Świadomość, że wzorce możemy sami tworzyć bardzo się przydaje w życiu. Przetestowałam to w moim jakże zatłoczonym stale sklepie. Zdarzyło się „przypadkiem”, że kiedy stałam w baaardzo długiej kolejce do kasy, otworzono nową i po dwóch minutach wyszłam ze sklepu z zakupami. Mam szczęście” – powiedziałam do siebie kilka razy – „Jak tylko stanę w kolejce, otwierają nową kasę”. Zbudowałam z tego przekonanie, bo nowe programy umiem wpisywać w swój wewnętrzny komputer z łatwością. Od tamtej pory stale to powtarzam i moja podświadomość sprawia, że ilekroć utknę w dłuuugiej kolejce, otwierają obok mnie nową kasę. Moc umysłu? Nie, zwykłe zasady wszechświata i rozumienie, czym jest wzorzec i jak go stworzyć.

Bogusława M. Andrzejewska