Harmonia wzrastania

Wśród moich znajomych znakomita większość to osoby zainteresowane duchowym rozwojem. Często rozmawiamy o tym, co mamy do odrobienia z lekcji wewnętrznego wzrastania albo dzielimy się ćwiczeniami czy doświadczeniami. Praktyka czyni mistrza, więc im dalej na drodze, tym doświadczenie bogatsze. Z tego bogactwa zrodziło się kilka spostrzeżeń, które być może okażą się ważne dla innych. Jak w moim ulubionym cytacie – warto odsunąć kamienie, aby oczyścić innym drogę.

Pierwsza rzecz, na którą już dawno zwróciłam uwagę, to lekkość i radość, która powinna nam na tej ścieżce towarzyszyć. Moim klientom zawsze podpowiadam, aby z szerokiego wachlarza metod wybierali takie, które najbardziej im się podobają. Nie można na siłę męczyć samego siebie metodami, których zupełnie nie czujemy. Jeśli mam wykonać jakieś ćwiczenie, np. podnoszące samoocenę, to jest ogromnie ważne, aby mi się naprawdę chciało. Pamiętajmy, że podświadomość będzie stawiała na początku opór, ponieważ bardzo nie lubi zmian. Jeśli do tego dołożymy niechęć do jakieś techniki, to trudno będzie taki mur przełamać.

Warto zatem działać odwrotnie: szukać czegoś, czym osłabimy i zniwelujemy opór podświadomości. Tę rolę często spełniają wszelkiego rodzaju zabawy, czyli takie sposoby, które zaciekawiają naszego wewnętrznego sabotażystę. Frapują go na tyle, że opuszcza gardę i zaczyna się z nami bawić. Dobrym przykładem może być tu śpiewanie afirmacji lub układanie ich w formie zabawnych rymowanek. O ile pisanie afirmacji w zeszycie bardzo nudzi i nie potrafi przykuć uwagi, więc roli nie spełnia, o tyle śpiewanie czy powtarzanie wierszyków wciąga podświadomość do twórczego działania.

Zatem korzyść podwójna – zniwelowanie oporu i zwiększenie zaangażowania, co owocuje dość szybkim wprowadzeniem nowego, pozytywnego wzorca. Warto wymyślać różne nowe metody kodowania naszej wewnętrznej matrycy, ponieważ kreatywność jest ważną cechą podświadomości. Angażuje się w tworzenie i tym samym od razu „kupuje” nowe wzorce.

Ale jest jeszcze jeden bardzo oczywisty powód dla wybierania tego, co nam sprawia przyjemność w rozwojowej pracy: zachęta. Nie przesadzę, jeśli powiem, że rozwój wewnętrzny zajmuje nam całe życie. Od pewnego punktu staje się świadomy. Jednak zajęcie to będzie trwałe do ostatniej chwili. Warto zatem świadomie tak je układać, by było czymś miłym, a nie tylko gorzkim lekarstwem. Lekarstwo może być pełne goryczy, kiedy bierzemy je raz, a kiedy trzeba łykać je każdego dnia, nie może nam obrzydzać życia.

Istotną częścią duchowej ścieżki jest zmaganie się z życiowymi trudnościami. Niektóre moje klientki mówią wprost: „mam już dosyć; rozumiem, że to mnie rozwija, ale czy ta nauka nie mogłaby być ciut lżejsza?”. No właśnie. Jeśli do przewlekłej choroby czy innych przykrości dołożymy konieczność codziennego męczącego procesu – całość straci sens. Bo po co tak cierpieć? W imię czego? Czy jest tam gdzieś jakieś „Niebo”, jakieś „Oświecenie”? Czy warto? Choćby dlatego trzeba znaleźć sobie metodę, która nam podniesie energię, rozbawi i sprawi, że poczujemy się lepiej. Jest dużo takich metod – np. Reiki. Ścieżka ogromnie przyjemna. Albo twórcze malowanie. Albo uzdrawiający świadomy taniec. Co kto woli.

Radość i zabawa podnoszą nam energię, a to jest czasem niezbędne do tego, by metody zadziałały. Np. afirmacje – nie przyniosą efektu, jeśli są wypowiadane czy pisane we łzach lub gniewie. Dlatego też dobry nastrój powinien być w pracy nad rozwojem zasadą. I to tak mocno, aby buzia nam się śmiała na myśl o tym, że zaraz będziemy ćwiczyć albo medytować.

A medytacje czy praca z Fioletowym Płomieniem albo z inną energią powinny być integralną częścią naszej pracy nad sobą. Nie wszystko można załatwić z pomocą psychologii. Moje doświadczenie wskazuje, że właściwie to duchowe metody dają lepsze efekty. Pisałam już o tym, że wiele lat temu po powrocie od psychologa, który w zasadzie mi w niczym nie pomógł, wyciągnęłam praktyki buddyjskie i po trzech dniach problem, z którym zmagałam się miesiącami zniknął… Od tamtej pory cenię sobie ogromnie duchowe ścieżki. Ale szanuję też techniki psychologiczne, takie jak praca z wewnętrznym dzieckiem. Wiem też, że wszystko zależy od sytuacji, problemu i samego człowieka. Jesteśmy różni, różnie reagujemy na to samo.

Drugi temat, którego pominąć nie można to konieczna motywacja. Wchodzimy na ścieżkę rozwoju wewnętrznego dobrowolnie i bez presji. Dlatego, że naprawdę chcemy, a nie dlatego, że robi to koleżanka. Robimy to nie ze strachu przed piekłem, bo piekło jeśli jest, to tylko na Ziemi i w naszym umyśle. Robimy to, bo… No właśnie, niech każdy sam oceni, dlaczego i czy warto. To odpowiedź, która przychodzi z serca i tylko wtedy da nam siłę do realizacji kolejnych etapów.

Najczęściej trafiamy na taką ścieżkę, kiedy szukamy sposobu na uzdrowienie kogoś kochanego albo wtedy, kiedy chcemy pomóc sobie w jakimś życiowym problemie. Młodzi ludzie trafiają tu z ciekawości, poszukując adrenaliny i magii. Dla nich najważniejsze są odloty i moce parapsychiczne, więc przypomnę, że to nie jest właściwy powód rozwoju. Czasem takie zjawiska bywają potwierdzeniem wznoszenia energii i wzmacniania potęgi umysłu, ale są efektem ubocznym, nigdy natomiast celem samym w sobie. To często spotykana pułapka, która może ściągnąć nas na ciemną stronę mocy – tam są dopiero odloty! Jednak prawdziwa ścieżka serca daje o wiele większą prawdziwą Moc i silniejsze pozytywne doznania.

Kolejna ważna rzecz to być systematycznym i wytrwałym. Nie zniechęcać się. Stałość w pracy nad sobą jest ważna, ponieważ tylko wtedy osiągniemy kolejne wybrane cele. Medytacja raz w miesiącu nie da tego, co codzienna praktyka. I chociaż to nie są wyścigi, pamiętajmy, że działając systematycznie, szybciej będziemy mieli efekty. Ponadto dorywcze działania mogą przejść całkiem bez echa, ponieważ przekodowanie wzorców wymaga ciągłej pracy przez minimum 28 dni.

Nie można się też zniechęcać. Czasem trzeba zmienić metodę, poszukać innego nauczyciela, kiedy po długim czasie nic się nie zmienia. Każdy z nas wchodzi w ślepe uliczki, ale żadna nie jest do końca pozbawiona sensu, bo każda nas czegoś uczy. Każda jest potrzebna. Nie tracimy czasu, tylko odsuwamy termin osiągnięcia wybranego celu po to, by dotknąć innej lekcji i doświadczyć czegoś równie ważnego. Jesteśmy prowadzeni w rozwoju, warto zaufać, że wszystko na tej drodze jest w harmonii z nami.

Nie warto rezygnować z duchowej ścieżki, bo to wyjątkowa droga, na której nie ma przegranych. Nie ma też lepszych i gorszych. Nie musimy się z nikim porównywać, bo każdy z nas jest we właściwym miejscu i czasie, najlepszym dla siebie i swojego wzrastania. Nie warto oglądać się przez ramię i zazdrościć albo kroku przyspieszać, by kogoś wyprzedzić. Harmonia wzrastania zasadza się na indywidualnym, niepowtarzalnym rytmie dla każdego, kto pracuje nad swoim rozwojem. Dlatego właśnie mamy słuchać siebie i swojego serca. I dlatego właśnie nie wolno nam naśladować innych, ale powinniśmy szukać swojej własnej drogi.

Czasu mamy dość, całe życie. Kiedy więc poczujemy się zmęczeni, możemy zwolnić albo całkiem na kilka dni odpuścić po to, by potem wrócić ze świeżymi siłami. I dalej cierpliwie, ale przede wszystkim z ogromną radością pracować nad sobą, szukając najlepszych dla siebie opcji. Nikt nie przegra. Każdy z nas dążąc do doskonałości jest skazany na sukces. Od naszej woli zależy tylko jak długo pójdziemy i jakie elementy wybierzemy do nauki. Prędzej czy później spotykamy się wszyscy na mecie, gdzie prędkość i kolejność dotarcia nie ma żadnego znaczenia. Jest tylko świadomość, że wszyscy jesteśmy Jednym.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Reklamy

Wszystko

Mamy w sobie wszystko – każdą umiejętność czy zdolność i ogromny potencjał. Jesteśmy przeogromnym bogactwem rozmaitych opcji do wykorzystania. W tym także każdy z nas posiada moc kreowania własnego życia. I ta wiedza jest czymś, co każdy powinien sobie uświadomić.  To wyposażenie niezbędne do podnoszenia poczucia własnej wartości i rozwijania miłości do samego siebie.

Człowiek czuje się niedoskonały, ponieważ stale porównuje się z innymi i widzi obok ludzi, którzy pięknie malują, tańczą, jeżdżą na łyżwach czy znają świetnie wyższą matematykę. Wydaje mu się, że jest gorszy, że na fascynującym bankiecie życia przeznaczono mu tylko sprzątanie. Nie ujmując nic sprzątaniu (to też trzeba umieć), każdy z nas może być artystą w mniejszym lub większym stopniu. Kiedyś pomagałam znajomemu przygotować prace zaliczeniowe z plastyki. Namalowałam za niego ludzkie twarze i dłonie, wzorując się na obrazach Leonarda da Vinci. Namalowałam mu też konia w biegu z rozwianą grzywą, a mój obraz wzbudził powszechny zachwyt. Nie było to szczególnym wyzwaniem, myślę że do zrobienia dla każdego. To oznacza, że gdybym przez wiele godzin w tygodniu malowała i rysowała, to osiągnęłabym w tym biegłość, jak każdy malarz. Nie maluję pięknie tylko dlatego, że nie ćwiczę tej sztuki.

Podobnie rzecz ma się z zadaniami matematycznymi, gotowaniem, rzeźbieniem, pisaniem powieści, szyciem i wszystkim innym. To praktyka czyni mistrza. Jeśli się czegoś uczymy i teorię wzbogacamy solidnym działaniem, to osiągamy w tym wysoki poziom. Rzecz jasna nie można robić wszystkiego, bo taka nauka wymaga czasu i zaangażowania. Jesteśmy zatem zmuszeni, by z przebogatej oferty różnych działań wybrać coś dla siebie, coś szczególnego. Ma to też głęboki sens, bo przecież nie możemy być wszyscy malarzami albo lekarzami. Różnorodność jest konieczna. Zatem szukamy kilku rzeczy, które są nam szczególnie bliskie, które nam się podobają i na tym skupiamy swoją uwagę. Ale to nie oznacza, że dobry inżynier nie mógłby być też dobrym pisarzem, gdyby miał czas, by tę zdolność rozwijać. Znamy zresztą takie osoby, które mają więcej niż jedną pasję i sprawdzają się w kilku dziedzinach.

Jako wszechstronny zodiakalny Bliźniak przekonałam się, że mogę wszystko, jeśli tylko poświęcę temu odpowiednio dużo czasu. Jestem nie tylko psychologiem, astrologiem i numerologiem, ale sprawnie posługuję się też psychografologią i metodami NAO. Zajmuję się angelologią, Reiki i innymi ezoterycznymi tematami. Prowadzę szkolenia, piszę książki i artykuły, układam wiersze, robię grafiki, sama tworzę swoją stronę www, fotografuję, a ostatnio także maluję obrazy, które się podobają. Na tym nie kończą się moje zdolności, ponieważ mam wiele jeszcze innych dobrze opanowanych umiejętności. Jest wiele takich osób jak ja.

Jesteśmy zdolni, wszyscy bez wyjątku. Różnica polega na tym, że jedni wierzą w siebie i uczą się tak długo, aż się nauczą zadowalająco rysować (malować, pisać, komponować muzykę, projektować, szyć…), a inni zakładają, że nie dadzą rady i nawet nie próbują. Być może jedni mają lepszy słuch, a inni bardziej zwinne palce – jesteśmy przecież różni. Ale to i tak nie zmienia faktu, że każdy, każdy bez wyjątku, może być mistrzem w kilku dziedzinach. Jeśli zupełnie nie wychodzi nam śpiewanie, to możemy pisać wspaniałe humoreski albo malować genialne obrazy. I nawet jeśli osiągniemy w czymś ten mistrzowski poziom, warto szukać dalej i rozwijać kolejne talenty. Mamy ich wiele.

Nie dostrzegamy tego, ponieważ inwestujemy w siebie najmniej czasu i energii. Nie szukamy swoich możliwości, o ile życie nas do tego nie zmusi. Idziemy przez codzienność utartym szlakiem. Jeśli już mamy dobry zawód, to zamykamy się na tej jednej zdolności. Jeśli to ceniona społecznie profesja, która przynosi nam uznanie, to nie odczuwamy potrzeby szukania czegokolwiek. Jesteśmy najczęściej spełnieni. Jeśli jednak giniemy w tłumie podobnych do nas ludzi, a praca zaczyna nas wypalać, wówczas warto zapytać siebie: czego jeszcze chciałabym się nauczyć? Bo nasza samorealizacja może być ukryta w nowej pasji, do której jeszcze w swoich poszukiwaniach nie dotarliśmy.

Bywa też i tak, że wydaje nam się, że skoro półmetek już za nami i dzieci odchowane, to jedyne, czego warto się uczyć, to dzierganie na drutach czapeczek dla wnuków. Tymczasem warto pamiętać, że jesteśmy tu na Ziemi dla siebie i własnego spełnienia. I chociaż miłość do wnuków daje nam dużo radości, to jeszcze więcej satysfakcji da pierwszy własnoręcznie namalowany obraz albo wreszcie wydany na papierze autorski tomik wierszy. Nie ma limitu czasowego. Uniwersytety trzeciego wieku pokazują, że chociaż zdolności przyswajania wiedzy się zmieniają z wiekiem, to otwartość na uczenie się już nie. Dopóki żyjemy, interesujemy się światem i tym wszystkim, co może okazać się fascynujące. Ludzie, którzy także na starość czytają książki, rozwiązują krzyżówki, prowadzą z innymi dyskusje i uczą się nowych rzeczy, zachowują sprawny umysł. Udowodniono, że mózg wymaga gimnastyki. Jeśli odpuszczamy i ograniczamy się do liczenia wydzierganych na drutach oczek, to nagle zaczynamy zapominać, trudniej kojarzymy fakty, a umysł zaczyna się coraz częściej wyłączać. Ale nie o tym…

Chcę przede wszystkim zwrócić uwagę na wszechstronność naszych umysłów i ogrom możliwości. Jeśli coś nam się podoba, próbujmy. Próbujmy tak długo, aż będziemy w tym dobrzy. Jestem świadoma, że pośród nas pojawiają się wyjątkowe talenty, np. genialni kompozytorzy czy malarze czy tancerze.  Nie każdemu możemy dorównać, ale nie o porównywania i dorównywanie w tym chodzi, ale o osiąganie swojego własnego maksimum. Nie jestem Leonardo da Vinci, ale kiedy namalowałam swój pierwszy obraz, byłam taka dumna i szczęśliwa, że aż taki dobry mi wyszedł. A kiedy z kolei patrzę na prace Van Gogha… no cóż… dorównałabym mu bez trudu, gdyby to miało jakikolwiek sens, a nie na tym sztuka polega. Jednak sens ma to, że samo malowanie sprawia mi mnóstwo radości, a po namalowaniu kilku kolejnych twarzy zaczynam malować je coraz lepiej. I już niedługo namaluję naprawdę dobry portret, wiem i widzę to w kolejnych pracach. Fascynuje mnie niezmiernie cudowna zdolność ludzkiego umysłu do nauki. Wiem, że można nauczyć się wszystkiego, chociaż mistrzostwo osiągniemy tylko w tym, co pokochamy i co jest tą prawdziwą częścią nas. To jakby oczywiste.

Wszystko mamy w sobie. Nie tylko zdolności artystyczne, którym poświęciłam tu tyle uwagi, ale też inne umiejętności. Na przykład ktoś, kto się spóźnia ma w sobie zdolność bycia punktualnym. Naprawdę ma. Oczywiście wymaga to – jak każdy inny talent – trochę wysiłku, aby rozwinąć tę jakość, ale jest to realna możliwość i znam osoby, które tego dokonały. Podobnie – każdy leniwy człowiek ma zdolność bycia pracowitym, a każdy nieśmiały nosi w sobie dar towarzyskości. Można wymieniać bez końca. Każda potrzebna jakość jest w nas jako potencjał. Jak malowanie, którego można się nauczyć albo jak jazda na rowerze czy łyżwach. Wystarczy chcieć i włożyć trochę wysiłku w nauczenie się tego, czego potrzebujemy, nie zrażając się początkowym niepowodzeniem.

Nie opisuję tu sposobów nauki, bo za każdym razem wymaga to czegoś innego. Sztuka grafiki czy rysunku wymaga cierpliwości i wielu, wielu godzin żmudnego szkicowania i trenowania ręki. Do tego trzeba koniecznie dołożyć wiarę w siebie i głębokie przekonanie, że każdy może się tego nauczyć. Gotowanie czy pieczenie ciast jest o wiele łatwiejsze – wystarczą dobrze opracowane przepisy i dobry humor. Z kolei nauka punktualności czy łatwej komunikacji może wymagać przekodowania wewnętrznych negatywnych wzorców. Zawsze na pewno pomoże wysoka samoocena.

Jednym ze sposobów podnoszenia poczucia wartości jest wypisywanie swoich pozytywnych cech. Przy tym ćwiczeniu szczególnie warto pamiętać o posiadaniu w sobie każdej zdolności. Jeśli uważamy, że jesteśmy umiarkowanie pracowici i średnio inteligentni, to możemy się zawahać przed wypisaniem tych jakości. Świadomość, że potencjalnie je posiadamy, może przechylić szalę w dobrą stronę. A warto pamiętać, że myśl kreuje rzeczywistość, więc wzmacniamy to, w co wierzymy. Dosłownie oznacza to właśnie, że zasilamy swoją myślą i wiarą uznanie potencjału. W tym przykładzie pracowitości czy inteligencji. Im częściej myślę, że jestem inteligentna, tym bardziej staję się właśnie taka. Brzmi jak żart? Ale to tak właśnie działa.

Wszystko mamy w sobie. Cały potencjał kosmosu, ponieważ to nasze myśli stwarzają wszechświaty. Nawet jeśli wylądujemy na wyspie bezludnej w jednej koszuli, możemy przetrwać i uratować życie. Możemy nauczyć się łowienia ryb, hodowania roślin, budowania szałasu – chociaż nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Ale możemy też mocą umysłu przyciągnąć statek czy samolot, który nas z tej wsypy uratuje. Całe nasze życie jest wielokrotnością takich wysp, na których czujemy się osamotnieni i bezsilni. Właśnie dlatego warto zapamiętać, że w istocie ta bezradność jest tylko złudzeniem. Mamy w sobie moc i ogromne możliwości. Możemy w każdym momencie odwrócić niekorzystną sytuację o 180 stopni i od podstaw zbudować nowe szczęśliwe istnienie. Nie potrzebujemy niczego z zewnątrz. Wszyscy terapeuci i doradcy mają nam tylko przypomnieć, że w sobie mamy dar kształtowania rzeczywistości, a wszystkie techniki uzdrawiania służą uruchamianiu naszej własnej wewnętrznej siły.

Bogusława M. Andrzejewska

Wycenianie

Ceny bywają różne, czasem są bardzo wysokie a czasem niskie i to te niskie najbardziej nam się podobają. A co to znaczy niska cena? I dlaczego uważamy, że jest niska? Głównie dlatego, że ktoś gdzieś podał kwotę wyższą. A te wszystkie drogie rzeczy wydają nam się drogie tylko dlatego, że możemy je dostać taniej. Czyli kluczowe jest tutaj porównywanie. Rynkowe różnice w cenach budzą mnóstwo emocji, a te emocje często pokazują nasze nieprzerobione kawałki świadomości ubóstwa. Spróbujmy je zauważyć i zrozumieć.

Kiedy kupujemy chleb, łatwo przeliczyć jego wartość. Jeśli tak samo smakuje, bierzemy pod uwagę to, ile waży, a jeśli taki sam bochenek można kupić taniej, to nie ma sensu przepłacać. Jeśli jednak ten tańszy dostać można tylko w sklepie odległym o 5 kilometrów, to warto zapytać siebie, ile warte są nasze nogi i nasz czas. Może rozsądniej zapłacić więcej w sklepie obok? Podobnie w przypadku, jeśli chcemy kupić książkę przez internet. Spotykamy rozmaite ceny tego samego tytułu i wybieramy najtańszą, ale w praktyce okazuje się, że ta o wyższej cenie ma o wiele niższy koszt wysyłki. Może też się okazać, że na tą tanią czekamy aż dwa lub trzy tygodnie. W ten sposób zaczynamy rozumieć, dlaczego czasem warto zapłacić więcej.

Nie zawsze tanie jest dobre, pamiętajmy o tym. Nawet wtedy, kiedy żyjemy w kraju, w którym większość ludzi ma świadomość ubóstwa i zawsze będzie polowała na wszelkie rodzaje taniości. W kraju, w którym najlepiej sprzedają się chińskie podróbki, bo ludzie żyją w przeświadczeniu, że nie zasługują na rzeczy dobrej jakości, tylko liczą i liczą, i „liczą kasę”, aby mieć jej jak najwięcej. Zapominają przy tym, że właśnie przy niskich zarobkach nie możemy sobie pozwalać na tandetę, bo nie stać nas będzie na kolejne naprawy albo częste wymiany sprzętu na nowy. Człowiek mniej zamożny powinien zdroworozsądkowo inwestować w to, co przetrwa więcej lat użytkowania.

A jak wycenić inne rzeczy, które są niemierzalne? Jak ustalić cenę swojej usługi, np. analizy astrologicznej horoskopu, którą robimy według autorskiego pomysłu? Fakt, że inny astrolog pisze 20 stron, a my tylko 10, nie oznacza, że nasza praca ma być wyceniona na 50% ceny tamtego. Kto bowiem zaręczy, że tamten horoskop wnosi więcej niż nasz? A może właśnie jest odwrotnie?

Kiedy to my coś sprzedajemy, wówczas warto pomyśleć, czy chcemy zarabiać na tym, bo wówczas potrzebny jest złoty środek i dostosowanie cen nie tylko do włożonego wysiłku, ale też do możliwości grupy docelowej. Nie namawiam do obniżania cen, bo to tak nie działa. Jeśli ktoś chce robić złoty manicure za 6 tysięcy, wówczas wystarczy, że znajdzie jedną lub dwie klientki miesięcznie i się utrzyma. A mając prosperującą świadomość – znajdzie je bez problemu. Ale jeśli chcemy pomagać zwykłym ludziom, mieszkańcom skromnych osiedli, bo to postrzegamy jako swoją grupę docelową, wówczas cena musi być dopasowana do ich portfeli. Warto o tym pamiętać i nie reklamować „złotego manicure” tam, gdzie ludzie żyją z renty lub zasiłku.

Na drugim stopniu Prosperity dla zaawansowanych robimy czasem takie ćwiczenie, które polega na wycenianiu swoich usług. Warto pamiętać, że za każdym razem sprzedajemy siebie samą, siebie samego. Łatwość wyceny jest nierozerwalnie związana z poczuciem wartości. Jeśli naprawdę cenię siebie i to, co robię, to wiem, że moja usługa jest profesjonalna i godna odpowiedniej zapłaty. Nie waham się wystawić takiej ceny, która jest adekwatna do włożonego wysiłku i czasu pracy, a także harmonizuje z tym, ile kosztowała mnie nauka i zdobywanie doświadczenia potrzebnych do wykonania takiego zadania. W zasadzie nikt inny poza mną samą nie może wycenić mojej pracy, bo tylko ja wiem, ile to dla mnie znaczy, jaki ponoszę koszt własny oraz za ile pieniędzy chcę w ogóle coś takiego robić. A to, że ktoś inny robi to samo taniej – to jego prawo i jego sprawa. To nie oznacza, że ja mam równać do kogoś, kto ma takie kompleksy, że pracuje za pół darmo. Nie chcę też dopasowywać cen w górę do kogoś, kto właśnie wrócił ze Stanów i przekłada dolarową cenę na złotówki zapominając, że w USA zarobki są o wiele wyższe niż u nas. Moja cena ma być w harmonii ze mną.

W czasie warsztatu Prosperity cała grupa ocenia propozycję produktu lub usługi oraz proponowaną wartość. Grupa jest lustrem naszej podświadomości, tu nic się nie ukryje. Jeśli ktośnie wierzy w siebie, jeśli nie jest pewny, czy to co proponuje, jest dobre i ciekawe – grupa natychmiast mu to wytknie i odrzuci propozycję. Inni ludzie powiedzą wprost: „za drogo, ja bym ci tyle nie zapłaciła, nie przekonałeś mnie”. Jeśli natomiast mamy świadomość prosperującą – grupa przytaknie i przyklaśnie, nawet jeśli fizycznie nikogo stać nie będzie na taką opcję.

Pamiętam z takich warsztatów ciekawy opis wycieczki do Ameryki Południowej, którą uczestnik wycenił na ponad 20 tysięcy złotych. Wszyscy byliśmy zachwyceni tą prezentacją, wszyscy potwierdziliśmy cenę. Dopiero po zajęciach dotarło do mnie, że taką wyprawę można wykupić w biurze podróży za połowę tej kwoty. To jednak nie miało znaczenia – uczestnik sprzedawał przecież siebie, a nie prawdziwą wycieczkę. Wzbudził zaufanie. Pięknie wyprowadził energię. Wierzył, że może nam dać coś niezwykłego. Przyjęliśmy to. I między innymi o to chodzi w pracy z budowaniem prosperującej świadomości.

W tym kontekście rodzi się pytanie: jak podejść do tych cenników, które są ustalane przez usługodawcę, a my nie możemy ich z niczym porównać, bo to autorskie pomysły? Na pewno warto wykorzystać intuicję i poczuć, czy to coś dobrego dla nas. Ale kwestia podjęcia decyzji i skorzystania lub nie skorzystania nie jest tematem moich rozważań. Interesuje mnie bowiem reakcja emocjonalna na ceny, jeśli nie są zgodne z naszymi oczekiwaniami.

Nie tak dawno znalazłam ciekawą stronę duchowej nauczycielki, która oferowała chętnym autorski proces uzdrawiania. Cena… no cóż… była taka, jaką uznała za adekwatną. W porównaniuz innymi podobnymi usługami była bardzo wysoka. Powtórzę – w porównaniu, to słowo jest tu kluczowe. Bo w gruncie rzeczy trudno to porównać z czymkolwiek, jeśli nie doświadczymy i nie zobaczymy efektów. To, co chcę Wam wyraźnie w tym miejscu napisać: zobaczyłam tę cenę, uniosłam brwi do góry i wzruszyłam ramionami. Bo każdy ma prawo ustalać swoje ceny tak, jak chce. Nic mi do tego. I komukolwiek innemu też nic. To jak ten „złoty manicure” – kto chce i ma na to środki, niech korzysta na zdrowie. Jeśli mnie nie stać lub nie chcę tyle zapłacić – nie muszę przecież.

Najistotniejsze są nasze emocje. Jeśli na widok ceny, która przekracza nasze możliwości, czujemy złość i mamy ochotę dokopać usługodawcy – to mamy wielki problem. Gniew, wściekłość, żal, łzy dławiące w gardle, jako odpowiedź na to, że nie możemy czegoś mieć, pokazują bardzo mocny negatywny wzorzec finansowy. To jak poczucie krzywdy, że nie dosięgamy czegoś. Pokazuje świadomość ofiary, osoby przegranej, która już ustawiła się zdecydowanie na pozycji ubóstwa i wyrzeczenia. Warto to jak najszybciej uzdrowić, inaczej stale będziemy doświadczać braku.

Zdumiewa mnie to, jak wiele osób, które – zdawać by się mogło, pracują z rozwojem i wiedzą energetyczną – atakuje takich ludzi, którzy mają ceny porównywalnie wyższe niż inni. Wylewają cały swój syndrom finansowej biedy, zamieniając go w potworny hejt. Obnażają całe swoje wewnętrzne ubóstwo, zasłaniając się troską o tych mniej zarabiających. To fałsz, który widać gołym okiem, ponieważ zawsze mówimy o sobie. Jeśli bezsensownie krytykujemy czyjeś cenniki, to obnażamy swoją biedę. Jeśli krzyczymy: „kogo stać na twoje ceny?!” – to znaczy dosłownie: „dlaczego masz ceny, na które mnie nie stać?”. Pomyślcie o tym, zanim zrugacie kogoś, że chce za swoją pracę więcej, niż Wy chcieliście mu zapłacić. Wasze emocje to tylko Wasz problem, niczyj więcej. „Biedni”, w których imieniu krzyczycie, w ogóle nie bywają zainteresowani takim zakupem i takie ceny mają tam, gdzie światło nie zagląda.

Właściwa reakcja to taka, o której pisałam: obojętne przyzwolenie. Spokojna akceptacja tego, że ktoś wycenia siebie na taką a nie inną kwotę. Ma prawo. A my mamy prawo nic u tej osoby nie kupić. Jednak warto uczciwie zauważyć swoje emocje. Nie każdy od razu hejtuje. Czasem wystarczy, że poczujemy żal i smutek, że nie możemy sobie na to pozwolić. To przecież pokazuje szkodliwy wzorzec i warto włożyć trochę energii w to, aby go zmienić na taki: „Stać mnie na wszystko, czego pragnę”. Ten moment może być punktem zwrotnym, w którym zauważamy, że ciągle nie mamy w sobie poczucia obfitości. Przecież świadomość bogactwa stać na wszystko, czego pragnie i co jej służy.

Nie zapominajmy, że wysoka cena bywa energetyczną barierą, która chroni nas przed wpakowaniem się w coś, co nie będzie dla nas korzystne. Zdarzyło mi się co najmniej dwa razy bardzo pragnąć pewnego szkolenia i … tak się jakoś dziwnie układało, że w decydującym momencie wpadły mi ważniejsze wydatki. To ja musiałam wybrać i zdecydować. Wybierałam. Dzisiaj – patrząc z perspektywy czasu – widzę, że te szkolenia byłyby tylko bezproduktywną przyjemnością, bo nie mogłabym z tym dalej pracować ani w żaden sposób pomagać innym. Mam aktywny program: „jeśli to jest dobre dla mnie, to stać mnie na to i wpływają potrzebne środki”. Tak też się dzieje. Nie rozpaczam, jeśli jakieś szkolenie ma wysoki finansowy próg. Bywa przydatny. A ja coraz rzadziej potrzebuję szkoleń i coraz mniej wiedzy mogę zdobyć z zewnątrz. Coraz więcej mam w sobie… Taki to proces…

Zamiast więc atakować kogoś, kto ma porównywalnie wysokie ceny, lepiej spojrzeć na to realnie i przyjąć, że to nie jest dla nas. Albo sama usługa, albo prowadząca osoba, albo to w ogóle nie ten czas, w którym możemy konstruktywnie skorzystać. Nie dostrzegamy pewnych rzeczy i często jak dzieci kierujemy się prostym chceniem. Oto nowy warsztat, oto nowe czytanie duszy, och to nowa zabawka… Chcę! A czasem sami lepiej czytamy duszę i więcej mamy wiedzy, niż w proponowanej usłudze.

Obserwowałam kiedyś pewną „trenerkę”, która tworzyła programy odblokowania bogactwa w cenie trzykrotnie wyższej niż moje pełne szkolenia. Aż buzię ze zdziwienia otworzyłam, że można takie ceny proponować ludziom, którzy mają problemy finansowe. Bo jednak czym innym jest uzdrawianie problemów miłosnych, seksualnych czy przyjemnościowych, a czym innym pomaganie tym, którym brakuje na życie. Ale – powtarzam – to jej sprawa, jakie ceny proponuje. I wiem też doskonale, że jeśli kogoś stać na kupno takiego programu, to nie jest w żadnej biedzie, a potrzebuje właśnie tej nauczycielki. Wszechświat jest pełen harmonii i każdy trafia tam, gdzie powinien. Nie ma przypadków – jesteśmy chronieni i prowadzeni.

A może być jeszcze inaczej: ktoś proponuje jakieś uzdrawianie za 600 zł i postrzegamy tę cenę jako nieadekwatną. Poszukajmy, bo nagle okaże się, że ktoś pracuje tą samą techniką, ale za 100 zł. To oznacza, że to właśnie ta osoba będzie z nami lepiej rezonować. Energetyczna harmonia wyraża się często w pieniądzach i najlepiej dogadują się ze sobą osoby na tym samym poziomie finansowym. Lepiej rozumieją nas, nasze potrzeby i bolączki i właśnie dlatego to z nimi mamy współpracować. Zatem porównywalnie wysoka cena jest czasem po to, abyśmy zaczęli szukać, bo w tym poszukiwaniu możemy trafić na coś ważnego dla siebie.

 Bogusława M. Andrzejewska

Docenianie

Pozornie wszyscy znamy ten temat i staramy się rozwijać w sobie jakość doceniania tego wszystkiego, co dobre. Szczególnie praktyka wdzięczności pozwala zauważać proste i drobne stany, rzeczy i sytuacje, które możemy ocenić jako pozytywne. Praktykowanie wdzięczności przynosi nam otwartość na dostrzeganie codzienności i wyciąganie z niej wszystkiego, co może wzmocnić nasze myśli w sposób korzystny dla nas, podnosząc nastrój.

Polecam wszystkim taką praktykę  najlepiej oczywiście wykonywaną każdego dnia. Tym razem rzecz nie w systematyczności, tylko w dawaniu sobie tego, co najlepsze. I podobnie, jak dostarczamy swojemu ciału najlepszy pokarm każdego dnia, aby było silne i zdrowe, tak samo warto dostarczać najlepszą energię swojej duszy i karmić swoje myśli docenianiem wszystkiego, co nas otacza. To proste: wystarczy wymienić po kolei wszystkie piękne i dobre rzeczy, poczynając od zdrowia, poprzez dach nad głową, pełną lodówkę, nową sukienkę czy sprawny komputer… Każdy z nas ma wokół siebie mnóstwo dobrych i pięknych rzeczy.

Pisałam już o tym, że warto mieć takie swoje magiczne miejsce, w którym trzymamy dobre książki, karty anielskie i inne szczęśliwe akumulatory dobrej energii. Sięganie każdego dnia do takiego miejsca jest najlepszym karmieniem swojego serca radością, pozytywnością i zadowoleniem. To tworzy też specyficzną moc w naszej aurze. Taką, która nas chroni przed nieprzyjemnościami. Pewnie nie ochroni nas przed wszystkimi lekcjami, bo niektóre trzeba odrobić, ale jakość życia z całą pewnością stanie się lepsza.

Pozornie i tylko pozornie wiemy, o co chodzi. W rzeczywistości – zapewne nawykowo – gubimy umiejętność cieszenia się tym, co w naszym życiu jest naprawdę dobre. Zagłębiamy się w zmartwienia, problemy, braki i pozwalamy, by trudne emocje rządziły naszym istnieniem. A to prędzej czy później prowadzi do rozczarowania lub nawet złego samopoczucia na poziomie fizycznym.

Zacznę od swojego przykładu. Zdarzyło mi się kiedyś zapomnieć o docenianiu w takim właśnie znaczeniu. To był zwykły dzień. Wcale nie negatywny i ja wcale nie byłam naburmuszona. Pamiętam, jak dziś, że była wiosna, świeciło słoneczko i kwiaty mocno pachniały. Cieszyłam się życiem i zachwycałam zielonymi listeczkami, które nieśmiało pokazywały się na gałęziach. To ważne, bo być może niektórym wydaje się, że albo jesteśmy nastawieni negatywnie albo pozytywnie i trzeciej opcji nie ma. Jest. Ta trzecia opcja nazywa się nawykowym błędnym działaniem, które psuje nam dobre nastawienie do świata i niweczy efekty właściwego myślenia.

Otóż w takim pięknym dniu, w którym praktykowałam radość – a jakże, od rana! – spotkała mnie przykrość. Taka drobna niemiła sytuacja, która popsuła mi humor. Wszyscy miewamy takie lekcje. Nie wpadłam w rozpacz z tego powodu, ale weszłam na chwilę w ciężkie emocje rozżalenia i rozczarowania. Nawykowo. Kiedy zorientowałam się, że nie warto psuć sobie całego dnia, energię miałam już bardzo nisko. Zrobiłam parę fajnych rzeczy, by ją trochę podnieść i poczuć się normalnie. A potem… wieczorem zamówiłam sobie u pewnej Pięknej Energii sen, który pomógłby mi zrozumieć, dlaczego spotkało mnie takie doświadczenie.

Moja Piękna Kochana Energia nie zawiodła mnie. Przyśniło mi się, że mieszkam za granicą, w wynajętym pokoju. Przyśniły mi się skromne meble, wspólna łazienka, samotność i zmęczeni ciężka pracą współlokatorzy. Nic strasznego. Zwykłe proste życie. Nie był to żaden koszmar, ale kiedy się obudziłam, doznałam olśnienia. I zrozumiałam to, co najważniejsze.  Zrozumiałam, że mam cudowne, szczęśliwe życie, a drobne przykrości są tylko iluzją i zabawą niskich energii.

Nagle dostrzegłam, że nie muszę pracować na chleb za granicą, pomieszkiwać w wynajętym mieszkanku i być ciągle zmęczona. Doceniłam, że mogę robić to, co kocham. Doceniłam, że mieszkam w otoczeniu, które sama sobie urządziłam i jest bajecznie kolorowe. Doceniłam wspaniałego męża i cudowne córki, którzy są zawsze blisko mnie. Doceniłam szczęście, które jest mi dane dzięki temu, czym się zajmuję i czego uczę innych. Doceniłam setki rzeczy i spraw – nawet swój komputer i kolekcję ulubionych kryształów i minerałów. Wymieniałam te rzeczy po kolei uśmiechnięta i szczęśliwa. A na końcu pomyślałam o przykrości, która mnie spotkała i roześmiałam się na całe gardło. To nie było warte niczego więcej.

Kiedyś jedna z moich redaktorek napisała do Medium świetny artykuł. Był także o śnie, w którym autorka nie miała nóg. Kiedy się obudziła, z radością doceniała każdy krok i nawet to, że boleśnie uderzyła się w mały palec. Takie sny dostajemy właśnie po to, byśmy przestali narzekać i zamartwiać się drobnymi rzeczami. Abyśmy rozejrzeli się dookoła i zobaczyli, ile mamy wszędzie dobra, piękna i miłości. Bo wszyscy mamy dobre rzeczy. Jeśli nie mamy pieniędzy, to mamy zdrowe oczy i nogi. Jeśli nie mamy dobrej pracy, to mamy obok kogoś kochającego i troskliwego. Jeśli nie mamy zdrowia, to mamy mądre i wdzięczne dzieci. Jeśli nie mamy urody, to mamy pieniądze na zwiedzanie świata. Każdy coś ma, tylko nawykowo skupia się na tym, czego mu brakuje.

Jestem pewna, że doświadczamy tego wszyscy. Zapominamy o tym, co dobre, aby dawać energię zmartwieniom, roszczeniom, rozczarowaniom i oczekiwaniom. Byle drobiazg wytrąca nas z równowagi i tracimy cenne minuty na niepotrzebne emocje, zamiast cieszyć się każdą chwilą i zachwycać tym, co nas otacza. I wcale to nie oznacza – jak pisałam wcześniej – że cały dzień chodzimy smutni. O nie. Myślimy pozytywnie, śmiejemy się, uważamy że mamy prosperująca świadomość i dziwimy się niepomiernie, dlaczego przytrafia się nam jakaś przykrość. Im więcej w nas dobrych myśli, tym więcej szoku i niezadowolenia. Najbardziej boli przecież „upadek z wysokiego konia”. Rozżalenie i oburzenie zabiera nam całą energię. A przecież różne trudne doświadczenia są wpisane w nasze życie do samego końca. Bo całe życie jest szkołą i nie możemy jej zakończyć zanim nie zamkniemy oczu na dobre. Nasz duchowy wzrost zmienia co prawda jakość doświadczeń i zamiast wielkiego cierpienia doznajemy tylko drobnych przykrości. Ale to, jak na nie reagujemy, zależy już tylko i wyłącznie od nas.

Zauważam, że osoby, które pracują z Prosperitą i starają się myśleć pozytywnie, też czasem mają spadki właściwej uwagi. To naturalne. Ale zjawisko takie pokazuje, że przestajemy kontrolować nasze myśli, że nie dostrzegamy właściwego rytmu naszego rozwoju. Bo cóż z tego, że – jak w moim przykładzie – starałam się cieszyć życiem? Cóż z tego, że szybko podniosłam sobie nastrój do przyzwoitego poziomu, kiedy pozostałam w energii rozczarowania i… krzywdy. Analizując zdarzenie i szukając wzorca utknęłam w poczuciu rozżalenia na to, co mnie spotkało. I za co, skoro tak nad sobą pracuję? I chociaż nie było we mnie buntu i wierzyłam, że znajdę właściwą harmonię, to kręciłam się w kółko w niskich energiach. A wystarczyło powiedzieć sobie: to nic nie znaczy, mam cudowne życie pomimo takich drobiazgów.

Z jednej strony warto umieć być ponad to. Właśnie dlatego, że życie jest utkane z takich niewielkich szpileczek, które nas szkolą, trenują i sprawdzają poziom naszego rozumienia struktury wszechświata. A przecież umiejętność nie przejmowania się jest w pełni zależna od  naszej praktyki i prawdziwej pozytywności. Zatem jeśli od lat zmierzamy wytrwale tą duchową drogą, to nie warto potykać się o proste lekcje. Czyli szukając wzorca – co słuszne – nie obniżajmy sobie energii.

Z drugiej strony natomiast jest to też praktyka codzienności. Jeśli każdy dzień zaczynamy od wypisania trzydziestu co najmniej rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni, wówczas nie poddajemy się żalom i smutkom. Jeśli wypiszemy co najmniej trzydzieści pięknych cech, które doceniamy w sobie, to takie zjawisko jak przykrość raczej nas nie spotka. Bo tak działa wysokie poczucie wartości – tworzy przestrzeń miłości, szacunku i uwagi. I nawet gdyby ktoś coś złego zrobił czy powiedział, to w nas nie byłoby cierpienia czy żalu. Emocje przecież pojawiają się tylko wtedy, kiedy ktoś dotyka wewnętrznej rany – wzorca niskiej samooceny.

W moim doświadczeniu to też miało miejsce. Wówczas nie pisałam tego, za co jestem wdzięczna i wydawało mi się, że moja samoakceptacja jest na właściwym poziomie. Nie była. A przypomnę tutaj rzecz ważną – samoocenę należy pielęgnować i utrwalać cierpliwie jej poziom. On spada po każdym trudnym doświadczeniu. I chociaż wszyscy dookoła uśmiechają się do nas i poczucie wartości wydaje się być całkiem niezłe, to być może gdzieś tam jest jakaś luka, przez którą może wedrzeć się przykrość, zranienie, upokorzenie. Nie zapominajmy, że kochanie siebie i wdzięczność są zawsze na pierwszym miejscu, a dopiero potem jest wszystko inne. Docenianie samego siebie i docenianie piękna swojego życia tworzy cudowną przestrzeń, w której nie ma miejsca na cierpienie.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Inspiracja

Inspiracją może być wszystko: promień słońca padający na taflę wody, śpiew ptaka o świcie, telefon od przyjaciółki czy artykuł przeczytany w sieci. Jeśli uruchamia w nas niezmierzone pokłady twórcze, to spełnia swoją rolę. Można nauczyć się widzieć we wszystkim coś na tyle fascynującego, aby napisać nowy tekst czy namalować obraz albo zaplanować kolejny wykład. Dla osoby, która realizuje się poprzez malarstwo, grafikę czy literaturę wszystko może być zaczynem natchnienia.

Ale można też poczuć się zainspirowanym do zmiany swojego życia. Promień słońca przeświecający przez liście i rozświetlający mrok może obudzić w nas optymizm i zachęcić do pozytywnego myślenia. Motywację można odnaleźć w sobie zawsze, a we wszystkim, co nas otacza zobaczymy zachętę do tego, żeby nasze życie stawało się coraz lepsze. Tym bardziej, że w sieci znajdziemy mnóstwo tekstów o tym, jak pracować z wewnętrznym rozwojem, aby to przynosiło satysfakcjonujące efekty.

Mnie inspirują nawet zjawiska średnio przyjemne. Kiedy zaczęłam sobie zadawać pytanie: dlaczego tego doświadczam lub czemu obserwuję coś takiego, uświadomiłam sobie, że wszystko czemuś służy. Często właśnie zrozumieniu jak działa prawo przyciągania. A przecież wszystko można opisać po to, aby pokazać to innym ludziom. Wiedzy o życiu nigdy za wiele. I w ten sposób nawet z negatywnych zjawisk czerpię inspirację.

Można też samemu być inspiracją dla innych i wówczas to pokazuje, że podążamy właściwą ścieżką. Szczególnie wtedy, kiedy wyrasta z tego miłość i piękno. I ja także czerpię pomysły z tego, co pojawia się u innych ludzi. Na przykład malowanie…. Nie malowałam od czasów szkoły podstawowej. Ale któregoś dnia zobaczyłam obraz mojej znajomej. Oglądałam go ze wszystkich stron. Było w nim coś niezwykłego. Przyciągał mnie jak magnes. I zalśniła we mnie myśl, że mogę spróbować też coś takiego namalować. Wiele tygodni minęło, zanim zdecydowałam się kupić farby, pędzle i inne potrzebne materiały. Wracałam do magicznego obrazu i patrzyłam na niego, a on szeptał do mnie… Jak żaden inny wcześniej, a przecież widziałam setki obrazów. Aż w końcu zrozumiałam bezgłośne przesłanie i namalowałam swój…

Czasem jednak zamiast inspiracji pojawia się naśladownictwo. Ślepe i wyrastające z niskich energii, takich jak zazdrość i potrzeba dowartościowania siebie. Manifestuje się jako rywalizacja w obszarach, w których rywalizować nie warto. Pisałam już o tym, że w ogóle nie znoszę rywalizacji, bo to wbrew mojej naturze. Ponadto każdy jest doskonałym sobą taki, jaki jest. Przychodzimy tu na Ziemię ze swoim planem duszy i to właśnie mamy do zrobienia. Wchodzenie w cudze programy poprzez „małpowanie” innych – jak mawiała moja babcia – jest stratą czasu i energii. Rywalizowanie z innymi jest zaprzeczaniem swojej doskonałości.

Przez wiele lat naśladowała mnie pewna koleżanka. Śledziła pilnie, co robię i piszę, aby odtwarzać moje pomysły. O czymkolwiek napisałam w swoich tekstach na stronie – wkrótce po mnie pisała o tym na swoim blogu. Kiedy zajęłam się prosperitą – stworzyła nowy blog o bogactwie. Kiedy napisałam pierwszego ebooka – wydała swojego. I tak wydawać by się mogło – bez końca. Ale koniec jednak nastąpił. Wiedząc, że pilnie czyta wszystko, co wstawiam, pisałam także o tym, że trzeba realizować WŁASNE niepowtarzalne ścieżki. I któregoś dnia zrozumiała, przerobiła swoje lekcje, podniosła samoocenę i zajęła się swoim programem. Dzisiaj robi coś zupełnie innego niż ja – coś, po co zeszła tutaj na Ziemię.

Na jej miejsce wskoczyła potem inna naśladowniczka, by znowu tracić czas, bo zamiast być sobą, chce być mną… Moja córka mówi z podziwem: „mamo jesteś idolem, jesteś gwiazdą, masz swoje fanki, które chcą być jak Ty…”. Ale to całkiem nie tak. Można raz uczesać się jak ktoś inny, można jak ktoś inny namalować obraz czy napisać coś albo stworzyć własnego bloga o podobnej tematyce. To jest właśnie inspiracja. Jeśli jednak robimy po kolei wszystkie te rzeczy, aby ostatecznie nawet na wakacje pojechać w to samo miejsce, co nasz „idol”, to staje się chore. Taki człowiek zatraca siebie, aby udowodnić coś, co całkiem nie ma sensu. Bo nigdy nie będzie mną. Nawet malując lepiej, pisząc ciekawiej, nauczając mądrzej – będzie tylko moją nieudolną kopią. A jeśli co chwilę będzie sprawdzał na facebooku, czy już mnie w tym chorym wyścigu wyprzedził, to zabrnął w ślepą uliczkę i szybko odczuje karmicznego kopniaka, bo dusza upomni się o swój program.

Po czym jeszcze poznać naśladownictwo? Po personalnych zawoalowanych rozgrywkach rodem z piaskownicy. Marzymy o tym, by kupić sobie samochód? Naśladowca szybko nas wyprzedzi, chociaż wcale tego samochodu nie potrzebuje (bo na przykład ma dwa inne) i będzie pod nos nam podtykał jego zdjęcia: patrz, ja już mam, ja kupiłam, ja jestem lepsza – a ty nie masz, tralala! Masz problemy w związku? Naśladowca umówi się na kawę, by przez dwie godziny opowiadać, jak mu dobrze z partnerem, znacząco pokazując – jestem lepsza od ciebie, tralala…!  Ewidentnie dowartościowuje siebie, wykorzystując do tego nasze problemy i słabe punkty. Jak dziecko w piaskownicy, które macha drugiemu przed nosem nowym wiadereczkiem: „ja mam, a ty nie masz, tralala!”.

Trochę to zabawne, kiedy patrzymy z boku i przyznaję, że w takich chwilach cieszy mnie mój pozazmysłowy wgląd, bo mam z tego kupę śmiechu. Widzę rozzłoszczoną, niedowartościowaną dziewczynkę, która na oślep wali kogoś łopatką po głowie… Chociaż ostatecznie przychodzi smuteczek, bo widać przed taką osobą długą drogę do rozumienia. Według moich obserwacji w taką pułapkę najczęściej wpadają osoby, które wychowywały się w domu dziecka albo miały wymagających, surowych rodziców, którzy nie umieli ich docenić. Ponieważ ja jestem doceniana i podziwiana, reprezentuję w ich oczach to wszystko, czego najbardziej pragną. Ale nie rozumieją, że ten stan wynika z wysokiego poczucia wartości. Wydaje im się, że jeśli podobnie jak ja napiszą wiersz, czy poprowadzą szkolenie, a nawet pojadą w to samo miejsce co ja, to spłynie na nich ten cały splendor. To tak nie działa.

Jest też w tym pewien paradoks. Patetycznie nazwałabym to mieszanką fascynacji i nienawiści. Przecież naśladowca ogromnie nas podziwia, skoro próbuje być nami. Jak podpowiada moja córka, możemy być dumni z tego, że inni są tak nami zachwyceni, że nas kopiują. Mamy swoich fanów. Ale to złudne, ponieważ ta fascynacja jest w istocie obrzydliwą manifestacją zwykłej zazdrości. Może wręcz powodować obsesje, które ciągną się latami. Tak – latami. I taka osoba kopie pod nami dołki, próbując nas zniszczyć, więc trzeba bardzo uważać. Trzeba też stale podnosić poczucie wartości, aby kolejne „ja mam, a ty nie masz, tralala” nie zabolało. Bo jesteśmy tylko ludźmi i dobrze wycelowane „tralala” uderza nas w najczulszy punkt. Nie jest łatwo być „idolem”. Właśnie dlatego warto umieć odróżnić naśladownictwo od inspiracji.

A jak wygląda inspiracja? Kiedy zainspirował mnie obraz koleżanki, to interesował mnie tylko obraz. Nie śledziłam co autorka robi ani dokąd jedzie. Nie zajmowałam się jej innymi działaniami czy innymi obrazami. Mam swoje pasje, mam swoją unikalną ścieżkę i sądzę nawet, że mam też własną markę. Nie chcę naśladować innych. A do tego ogromnie lubię ową koleżankę, głośno mówię, że jest cudowna i życzę jej, by była coraz piękniejsza i odnosiła kolejne sukcesy. Bez cienia zazdrości. Uwielbiam ją, podziwiam i nigdy nie będę z nią rywalizować – różnimy się ogromnie. Ale lubię też siebie i to, co sama robię. Nie czuję się gorsza od niej. Uważam, że obie jesteśmy cudowne, a nasze pasje nas określają, każdą inaczej.

Setki moich koleżanek maluje obrazy. Setki prowadzi szkolenia. Wiele z nich pisze i wydaje książki. Cieszą mnie ich sukcesy i dostrzegam w tym dla siebie wspaniałe przesłanie o tym, jak wiele pięknych rzeczy można zrobić i osiągnąć. Jednak nie chcę być żadną z nich – bo mam własne pasje i własne pomysły. Nie muszę nikogo naśladować. Sztuką inspiracji jest zasiać w sobie jedno małe ziarenko, a potem tworzyć własną unikalną ścieżkę, bez porównywania do kogokolwiek innego. Moje szkolenia są niepowtarzalne – robię je od 20 lat. I uważam, że każdy, kto robi to z serca, robi to świetnie. Nie muszę się interesować tym, jak prowadzą wykłady inni – poza wprowadzaniem nowych form pracy, które pojawiają się w każdej dziedzinie. Podobnie z pisaniem, z malowaniem, z prowadzeniem bloga – to wszystko jest tylko moje, tworzone z miłością dla mnie i innych, a nie po to, by coś komuś udowadniać.  Z nikim nie rywalizuję. Cieszę się tworzeniem – dla siebie. I znam wiele osób, które robią to tak samo pięknie jak ja. Z prawdziwą pasją i bez zawoalowanych intencji dowartościowywania siebie. Mogłabym tu od ręki wymienić kilkadziesiąt nazwisk wspaniałych szkoleniowców, pisarek, malarek czy trenerów.

Jednak brwi mi unoszą się do góry ze zdziwienia, kiedy osoba, która nigdy nie stanęła na katedrze, a jedynie zrobiła kilka webinarów, używa w ślad za mną określenia „moi studenci”. Jak zresztą wielu innych określeń. To taka moja wierna „kopiarka”. Niewtajemniczonych informuję, że kilka lat pracowałam w filiach pewnej Akademii w całej Polsce i wyszkoliłam setki osób. To moi studenci, którzy na facebooku czasem piszą do mnie: „pani profesor”, chociaż ja tego określenia w odniesieniu do siebie oczywiście nie używam… Nie jest problemem, że ktoś coś sobie nazywa na wyrost – „student” brzmi ładnie, a internet przyjmie wszystko. Problemem jest rozpaczliwie niski poziom samooceny u takiej osoby, która uczy innych rozwoju tępo mnie naśladując, co jest z góry pozbawione sensu. Można nie mieć wcale studentów i być wspaniałą osobą. Gdzie jest napisane, że uczenie innych dodaje nam wartości? Nigdzie. No właśnie. Na tym polega bezmyślne naśladownictwo. Mój mąż niedawno zażartował: „napisz na FB, że w eksperymencie duchowym skaczesz w przepaść jak leming, może te osoby wskoczą za tobą…” Przykre to. Tak nie wygląda rozwój wewnętrzny, a piszę tu o osobach, które mocno się tym chcą zajmować.

Namawiam zatem gorąco do tego, by pokochać siebie takim, jakim się jest i cieszyć się sobą nie porównując do nikogo. Nasza doskonałość nie podlega dyskusji. I nie wymaga poprawek. Najgorsze co możemy robić w życiu, to porównywać się do innych i próbować być lepszym od kogoś. Nigdy nie będziemy od nikogo lepsi. Ewa może być lepszą nauczycielką od Ani, ale nie może być lepszą Anią od Ani. Stając się Anią, staje się coraz słabszą i gorszą Ewą. A to jest bez wątpienia wejście w ślepą uliczkę. I jak to często bywa, najlepszym lekarstwem w tym wypadku jest podniesienie poczucia własnej wartości i pokochanie siebie w sobie.  

Bogusława M. Andrzejewska

Tęsknota

Spełnianie marzeń i realizacja celów jest dużo ważniejsza, niż może się wydawać. Nie chodzi w tym procesie wyłącznie o nasz komfort i dogadzanie próżności. W istocie można porównać to raczej do napełniania zbiorników, z którymi nasza dusza zeszła na Ziemię. Dopóki tego nie zrobimy, czujemy pustkę podobną do głodu. Przypomina to takie wewnętrzne ssanie, które utrudnia nam rozwój, odwracając uwagę od tego, co dla nas ważne. Podobnie, jak w przypadku, kiedy burczy nam w brzuchu i przez to nie umiemy skupić się na pracy.

Uwielbiam wodę od urodzenia, a właściwie od wszystkich minionych wcieleń. Niestety w każdym od nowa muszę uczyć się pływać, a że w ostatnim zostałam utopiona, to w obecnym pływać zaczęłam przed pięćdziesiątką dopiero. Przez wszystkie lata życia czułam w sobie to nieprzyjemne „ssanie”, które bardzo chciało pływać. Ilekroć pojechałam nad jezioro, biegłam do wody zanim jeszcze mój mąż dobrze zaparkował samochód. Czułam się tak, jakbym wiecznie była głodna dotyku jakiegoś akwenu, a jednocześnie szerokim łukiem omijałam baseny. Odkąd jednak nauczyłam się pływać, zniknęła owa niekomfortowa tęsknota. Dzisiaj potrafię siedzieć nad wodą i patrzeć na nią bez wewnętrznego przymusu, aby szybko się w niej zanurzyć. Potrafię też być szczęśliwa i spokojna z daleka od wody. Mój głód pływania został zaspokojony na zawsze. Teraz po prostu to lubię i tyle.

Podobnie doświadczam wielu innych zjawisk i wierzę, że nie jestem w tym odosobniona. Przemożna tęsknota znika, kiedy pozwolimy sobie na dotknięcie tego, co dla nas ważne. Pojawia się spokój i poczucie spełnienia. Ponieważ ufam temu, co czuję i staram się podążać za sercem, wiem doskonale, że marzenia należy spełniać. Te które nie są tylko pustką zachcianką, ale prawdziwym pragnieniem. Jak je odróżniać, piszę tutaj. Niespełnione marzenia są jak płacz duszy i moim zdaniem należą one do jej planu na wcielenie.

Czasem nawet pojawia się presja, zaburzająca całą hierarchię ważności, bo okazuje się, że nie dostrzegamy tego, co naprawdę istotne. W sensie energetycznym, będzie to silne napięcie, które utrudnia prawidłowy przepływ energii. Możemy też tworzyć opór wobec innych tematów, ponieważ podświadomie walczymy ze wszystkim, co nie jest naszym upragnionym celem. Widać to wyraźnie na przykładzie dziecka, które tupie nóżkami, bo chce lizaka. Jeśli rodzice nie odwrócą jego uwagi albo nie zablokują karceniem, to będzie ono tupać tak długo, dopóki owego lizaka nie dostanie.

W każdym z nas jest to małe tupiące dziecko, które nadal pragnie wszystkiego, czego nie dostało, chociaż zamieniło lizaka na samochód, buty czy nowy model komórki. I warto wiedzieć, że im częściej jako małe dziecko nie dostawaliśmy tego, czego tak bardzo chcieliśmy, tym trudniej nam w dorosłym życiu spełniać marzenia. Pomimo dojrzałości, dyplomów i setek przeczytanych podręczników nadal stoimy z nosem na wysokości sklepowej lady i z żalem patrzymy na lizaki za szybką. Tak działa wzorzec niespełnienia i wewnętrzne przekonanie, że nigdy nie będziemy mieć tego, czego pragniemy.

Nie oznacza to, że należy bez wahania zaspokajać wszystkie oczekiwania maluchów. Żyjemy w czasach, kiedy dzieci są zasypywane coraz droższymi zabawkami. Lizak nie bywa już problemem. To z kolei rozwija w młodym człowieku postawę roszczeniową. W obu przypadkach wzorce takie mogą popchnąć do zdobywania wszystkiego za wszelką cenę, poprzez oszustwo, kradzież, manipulację. Każda droga prowadząca do finansowego bogactwa bywa uświęcana. Lub odwrotnie – nic się nie robi, czekając, aż ktoś inny zrobi za nas, bo… „przecież i tak się nie uda” czy też „inni zrobią i podadzą pod nos”.

O wiele łatwiej jest tym osobom, które w dzieciństwie nauczono, że mogą mieć wszystko, jeśli cierpliwie poczekają lub wykonają w tym celu jakieś działania. Dobrze ilustruje to słynny eksperyment z piankami marschmallow. Tym, którzy go nie znają, przypomnę, że ideą ćwiczenia była cierpliwość. Dzieciom rozdawano po jednej piance, obiecując, że jeśli powstrzymają się od jej natychmiastowego zjedzenia i odłożą ją na jutro, dostaną nagrodę w postaci kolejnej. Dorośli zapewne nie mieliby z tym problemu, jednak dla dzieci było to nie lada wyzwanie. Najważniejszym wnioskiem płynącym z ćwiczenia było odkrycie, że te osoby, które umiały odmówić sobie przyjemności szybkiego zjedzenia pianki, w dorosłym życiu lepiej sobie radziły z wyzwaniami, wiedząc, że za każdym życiowym zakrętem i każdym wyrzeczeniem czeka nagroda. Niecierpliwi i w dorosłym życiu chcieli mieć wszystko natychmiast, lecz równie szybko się zniechęcali do jakiegokolwiek działania.

Przysłowia i stare mądrości gloryfikują cierpliwość, ale warto podkreślić, że jak zawsze optymalny jest złoty środek. Wytrwałość i umiejętność czekania może przynieść korzyści – to jasne. Ale wcale nie musi. Bywa, że pozbawia nas aktywności i staje się wygodną zasłoną, za którą czai się wystraszona lub bierna osoba, odkładająca wszystko „na później”. Czekanie uwalnia od obowiązku działania i może stać się wygodną wymówką. A powszechnie wiadomo, że nic samo do nas nie przyjdzie, jeśli to my nie wykonamy ruchu w stronę tego, co dla nas ważne. I tu pojawią się mówcy motywacyjni, pokrzykując do nas ochoczo: „nie czekaj! Działaj”. Ale jeśli polecimy za tym okrzykiem na oślep, możemy wpaść w kłopoty. Zatem ani czekanie bez końca, ani wyścig nie przyniesie nam szczęścia.

Wniosek nasuwa się wyraźnie jeden – należy realizować marzenia, bez odwlekania ich w nieskończoność, ale też bez pośpiechu, wybierając to, czego jesteśmy pewni. I chociaż z punktu widzenia prosperującej świadomości nie ma złych decyzji, lepiej dla nas kiedy płyną z serca. A do głębi tego serca warto spokojnie zajrzeć, wyciszając się w medytacji.

Bogusława M. Andrzejewska

Granica

Większość poradników sukcesu powtarza do znudzenia, że nie możemy się niczym ograniczać. W ćwiczeniach i afirmacjach stale powtarza się określenie  „nieograniczony”, które sugeruje, że powinniśmy podnosić sobie poprzeczkę pragnień do samego nieba. Trudno nie zgodzić się z nauczycielami, którzy osiągnęli w życiu tak wiele, że stają się wiarygodni poprzez własne doświadczenie.

Patrząc z poziomu duchowego także nie dostrzeżemy żadnej ściany, bo przecież duch ludzki jest nieograniczony. Jako kropla Boskości, która jest Wszystkim Co Jest, nie mamy żadnych limitów. Całkiem logiczne wydaje się uświadomić sobie, że mogę wszystko, czego tylko zapragnę. A przyzwyczajeni do podawania wyższych kwot, niż chcemy naprawdę, stawiamy niebotyczne żądania naszej podświadomości i oczekujemy wielu milionów – tak po prostu, przy okazji.

Ale też większość z nas przyzna po cichu, że to wcale nie takie proste. Nie czujemy tych „milionów”. Entuzjastycznie pokrzykujemy za mówcami motywacyjnymi, że zdobędziemy, że możemy, że zasługujemy… A potem wracamy do punktu wyjścia i ze smutkiem zadowalamy się stałą pensją. Bywają oczywiście zastrzyki niespodziewanej gotówki, które potwierdzają skok energetyczny przyciągający nieco więcej niż zwykle. Ale na tym zazwyczaj koniec.

Czasem mamy w sobie wzorce, które utrudniają zarabianie większych kwot. Takie prozaiczne, jak niskie poczucie wartości, poczucie nie zasługiwania, lęk przed bogactwem, czy inne popularne przeszkody. Innym razem mamy wręcz traumy finansowe, będące skutkiem bolesnych pieniężnych doświadczeń. Czasem jednak wzorce są przerobione, samoocena przyzwoita, lęki uwolnione, a pomimo tego pieniądze nie chcą płynąc złotą strugą. I nie pomagają kursy, książki i ćwiczenia. Utykamy w martwym punkcie i rozglądamy się za czarodziejem, który ściągnie z nas klątwę.

Tymczasem to wcale nie klątwa, tylko umowna granica, którą ustaliła sobie podświadomość, w oparciu o sobie tylko znane i specjalnie wybrane doświadczenia. Niektórzy nauczyciele nazywają to „termostatem”. Sytuacja ta przypomina bowiem ustawienie wewnętrznego urządzenia na określonej granicy, która w żaden sposób nie może zostać naruszona. Podobnie jak termostat gazowego ogrzewania, który pilnuje, aby temperatura w pomieszczeniu miała stały poziom. Ilekroć ten poziom spada, włącza piec. Ale nie pozwala go przekroczyć.

Czasem obserwujemy taką właśnie sytuację w swoich finansach. Bywa że w wyniku intensywnej pracy, medytacji i ćwiczeń magnetycznych zaczynamy więcej zarabiać. Z radością obserwujemy, jak przybywa nam na koncie pieniędzy. Jednak zanim na dobre nacieszymy się posiadanym bogactwem, coś się wydarza. Na przykład psuje się samochód. Albo dorosłe dziecko gwałtownie i rozpaczliwie potrzebuje gotówki. Albo ktoś choruje i trzeba kupić lekarstwo. I zanim się obejrzymy, ilość pieniędzy na koncie jest taka, jak przed rozpoczęciem pracy energetycznej.

Zatem zaczynamy jeszcze raz od początku. Ćwiczenia magnetyczne, wizualizacja, medytacja. I znowu pieniądze wpływają w większej ilości. Po czym znowu coś się wydarza i musimy natychmiast komuś pomóc albo kupić nową pralkę, a bywa nawet, że ktoś nas okrada… Pomimo wysiłku, pomimo prawidłowej pracy energetycznej wracamy do punktu wyjścia tak, jak byśmy nic nie robili. Tak działa termostat. Pilnuje, aby nie było więcej, niż wybrana „norma”.

Trudno ocenić, kto i kiedy tę normę wybrał. To nasze głęboko skrywane przekonania o tym, ile możemy zarobić, ile możemy posiadać pracując w określonym zawodzie. Jeśli wiemy, że w swojej pracy możemy „wyrobić” miesięcznie 6000 zł, to właśnie nasza „norma”, która ustawia termostat. Aby ją zmienić, musielibyśmy zobaczyć i poznać ludzi, którzy robią to samo, co my, w takich samych warunkach i zarabiają np. 10000. To może przekonać podświadomość i zmienić normę. Przede wszystkim jednak warto otworzyć się na inne źródła dochodu. Przecież zarabiamy nie tylko pracując. Możliwości jest dużo. Proponuję na początek wypisać co najmniej 5 możliwych źródeł przypływu pieniędzy. Wyjąwszy wygraną w Lotto – niech to będzie opcja szósta…

Czasem normę ustawiają nasi rodzice. Może to zabrzmieć paradoksalnie, ale bywa, że nie chcemy lub nie umiemy przekroczyć granicy zarabiania naszego ojca czy matki. Nie zdarza się to często, ale bywają takie przypadki. Warto się przyjrzeć swoim dochodom i je porównać z dochodami rodziców. Nie bez przyczyny powstała adekwatna do tego afirmacja: „Bezpiecznie przerastam dochody moich rodziców i czuję się z tym dobrze”. Widać takie wzorce czasem także nas dotyczą.

Jeśli nie znamy przyczyny powstania określonej „normy” finansowej, to nie szkodzi. I tak można poprawić sytuację za pomocą odpowiedniej wizualizacji, w której podkręcamy nasz termostat na wyższy poziom. Warto tylko pamiętać o trzech drobiazgach:

  1. Nie można wrzucać od razu horrendalnej kwoty, która jest dla podświadomości abstrakcyjna. Należy cierpliwie działać niewielkimi krokami i początkowo podnieść kwotę miesięcznych dochodów o tysiąc lub dwa tysiące złotych. Proporcjonalnie do aktualnych zarobków.
  2. Należy systematycznie codziennie powtarzać tę wizualizację przez co najmniej dwa miesiące lub tak długo, aż wybrana kwota zamanifestuje się w naszej rzeczywistości.
  3. Kolejny krok i kolejne podkręcenie termostatu wykonujemy najwcześniej po dwóch lub trzech miesiącach. Proces jest tak łatwy, że chcemy już po tygodniu podkręcić kurek, ale to nie zadziała. Każda kwota musi osadzić się w podświadomości, a to wymaga czasu.

Na warsztatach prosperity, a także na warsztatach Świadomości Bogactwa prowadzimy takie medytacje i uczymy, w jaki sposób pracować z termostatem. Jednak nie jest to trudne i każdy może zrobić to sam dla siebie.

Bogusława M. Andrzejewska