Fatalne partnerki

Fatalny partner to jakby rzecz oczywista – pije, bije, znęca się, uprawia hazard i nie interesuje się domem i rodziną. Co nie zmienia faktu, że dla niektórych pań lepszy taki niż żaden. To kwestia środowiska, wychowania i oczywiście poczucia wartości. Czasem wychodzi się z założenia, że lepiej mieć kogokolwiek, niż być samej. Kłaniać będzie się tu lekcja asertywności i oczywiście samooceny. Aczkolwiek uważam, że to coraz rzadsze przypadki i kobiety uczą się coraz bardziej kochać i szanować siebie.

A fatalne partnerki? O tym zwykle się nie mówi, jakby oczywistością było, że to kobiety są te dobre i czasem krzywdzone, a paskudny może być tylko partner. Otóż nie. Czasem spotykam w swojej praktyce panie, które zupełnie nie dojrzały do jakiejkolwiek relacji. Nie mam zamiaru nikogo oceniać czy krytykować – jak zwykle pokazuję tylko zjawisko i być może uzupełniam pewną lukę w wiedzy. Ponieważ fatalne partnerki istnieją.

Pokazuje je nawet astrologia. Jeśli ktoś troszkę interesuje się tą dziedziną – Czarny Księżyc w horoskopie mężczyzny to właśnie taka kobieta. W zależności od położenia w urodzeniowej mandali: może być zupełnie niegroźna. Właściciel horoskopu może jej nigdy nie spotkać. Ale bywa i tak, że jest niejako wpisana w przeznaczenie i przyciągać go będzie jak magnes. Szczególnie wtedy, kiedy tworzy aspekty z Wenus lub Księżycem albo usadowi się w siódmym domu.

Takim typem może być opisana już przeze mnie Kobieta Utopiec. Ale może też być zupełnie inną osobą, z całkiem odmiennymi problemami. Bo to problemy osobowości czynią człowieka kimś niezdatnym do normalnej relacji. Nikt z nas nie jest ideałem. Mamy rozmaite cechy, w tym oczywiście cały zestaw tych niekorzystnych też. Z niektórymi ludźmi nam nie po drodze i nigdy nie znajdziemy z nimi wspólnego języka. Z innymi będziemy ciągle w konflikcie. Ale znajdą się i tacy, z którymi zawsze się dogadamy i połączy nas silna więź sympatii. Bo każdy człowiek ma w sobie mnóstwo dobra i miłości. Jeśli trafi na odpowiednią osobę, to manifestuje na zewnątrz wszystkie najpiękniejsze jakości.

Fatalne kobiety nie tworzą z nikim dobrych relacji. Są wyrachowane i skupione na sobie. To przede wszystkim manipulantki. To istoty, które nie umieją pokochać samych siebie, a więc nie umieją też obdarzyć innych uczuciem. Jeśli tworzą związek to dla określonych wymiernych celów. Na przykład dla pieniędzy. Wybierają zamożnych partnerów i stawiają im wygórowane żądania. Umieją tak rozegrać sytuację, że uzależniają mężczyznę od siebie i żerują na nim jak larwy. To uzależnienie jest tu elementem kluczowym, ponieważ każdy pan może czasem trafić na chciwą panią, jednak może też szybko to zauważyć i zostawić ją samej sobie. Fatalna partnerka zarzuca na mężczyznę „magiczną” sieć wpływu, spod którego człowiek nie umie się wyzwolić, pomimo że widzi wyraźnie, jak niszczący jest taki związek.

Bardzo ciekawie opisuje to Mika Waltari w swojej książce „Egipcjanin Sinuhe”. Tytułowy bohater pada ofiarą kapłanki Bogini Bastet o pięknym imieniu Nefernefernefer. Uzależniony od jej uroku pozbywa się na jej rzecz wszystkiego, co posiada. Oddaje jej nawet majątek swoich rodziców i sam w efekcie ląduje na ulicy, czy nawet w przydrożnym rowie. Jakkolwiek absurdalnie brzmi ta opowieść, z zaskoczeniem obserwuję podobne przypadki w czasach współczesnych.

Zbliżonym przykładem – chociaż nie tak malowniczym jak w czasach starożytnego Egiptu – będą tak zwane „alimenciary”. Panie, które idą z mężczyzną do łóżka wyłącznie w celu prokreacji, aby następnie wykorzystując prawa dziecka doić mężczyznę finansowo. Z reguły żyją z alimentów. Osobiście znam taką panią, która posiada czworo dzieci, każde z innego ojca i nie skalała się nigdy pracą, ponieważ alimenty i zasiłki (obecnie też 500+) wystarczają jej na całkiem przyzwoite życie. Co charakterystyczne – pani ta nigdy nie była mężatką, nigdy nie założyła rodziny. Po prostu sypiała z mężczyznami i „robiła sobie” dzieci, aby móc utrzymywać się z alimentów. W naszym kraju to prosty sposób na dostatnie życie bez jakiegokolwiek wykształcenia.

Koniecznie chcę podkreślić, że temat nie dotyczy po prostu osób, które po rozwodzie pobierają alimenty na dzieci. Nie ma niczego niewłaściwego w rozwodzie i konieczności utrzymania wspólnego dziecka. Rzecz nie w alimentach, ale w podejściu do życia. „Alimenciara” to ktoś, kto żeruje na innych, kto nie umie kochać, kto nie ma w sobie współczucia czy zrozumienia i po czubki włosów wypełniony jest egoizmem. To ktoś, dla kogo dziecko jest tylko narzędziem służącym do zdobycia pieniędzy – także od hojnego w tym zakresie państwa.

Fatalna kobieta nie musi być oczywiście „alimenciarą”. Może być żoną lub kochanką, która na wszelkie sposoby niszczy mężczyznę. Najczęściej robi to trochę podświadomie, kierując się chciwością lub niskim poczuciem wartości. Jak wspominałam wielokrotnie – niska samoocena jest bardzo groźna. Człowiek owładnięty kompleksami potrafi nawet zabić, byle tylko siebie dowartościować. Nawet jeśli fizycznie nie popełnia mordu to i tak zmierza do celu „po trupach”.

Po czym ją rozpoznać? Po szantażowaniu – zdrowiem, dzieckiem, jakimś zdobytym sekretem. Bardzo często to kochanka, która grozi ujawnieniem wiarołomstwa prawowitej żonie. Zdrowa psychicznie i dojrzała emocjonalnie kobieta nie tworzy związku z żonatym mężczyzną. Może pozwolić sobie na przygodę i niezobowiązujący seks, ale nie będzie próbowała budować swojej satysfakcji na cierpieniu drugiej osoby. Dojrzały człowiek nie krzywdzi innego i nie rozpatruje swoich decyzji w kategoriach: „chcę tego i już, należy mi się, niech tamta mi go odda”. To bardzo niskie. Pisałam już o tym, że kiedy miłość wygaśnie i zakochamy się w kimś innym, mamy prawo zakończyć jeden związek i stworzyć inny. Fatalna kobieta to ktoś, kto w tajemnicy uprawia seks z żonatym mężczyzną, nie czekając aż ten zakończy poprzedni związek. Nie usprawiedliwiam tu mężczyzn, chociaż wiem, jak bardzo są poligamiczni z natury. Pokazuję jedynie, że bywają takie kobiety, które są o wiele bardziej okrutne i wyrachowane.

Fatalną kobietę można też rozpoznać po manipulacji i wykorzystywaniu na wszelkie możliwe sposoby. Cechą charakterystyczną tego zaburzenia jest skupienie wyłącznie na sobie i podporządkowanie wszystkiego tylko swoim potrzebom. Miłe i uwodzicielskie zachowania pojawiają się wyłącznie na początku znajomości. Kiedy partner jest już zakochany, wówczas zaczynają się żądania i szantaże. Problem widać wtedy, kiedy nie sposób uwolnić się od tej toksycznej znajomości, bo jest na przykład wspólne dziecko. Mężczyzna uwikłany w taką paskudną relację martwiąc się o dobro dziecka pozwala sobą manipulować.

Oczywiście temat zwykle jest karmiczny. Jeśli taka osoba staje na drodze mężczyzny, z reguły spłaca on jakiś karmiczny dług z przeszłości, w której wykorzystał, zaniedbał i porzucił kogoś zależnego od niego. Wymaga to skomplikowanej terapii, włącznie z energetycznym oczyszczaniem linii rodowych. W praktyce pomaga często inna kobieta, na przykład żona, która cierpliwie wspiera partnera w uwolnieniu od toksycznej kochanki. Brzmi absurdalnie? Ktoś kto naprawdę kocha, potrafi wiele i jest zdecydowanie skuteczny, chociaż taka rola z całą pewnością jest ogromnie trudna. A życie jak zwykle pisze takie scenariusze, jakich sami nie umiemy sobie wyobrazić.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Sens związku

Dla niektórych z nas najważniejszą rzeczą na świecie jest miłość. Ta cudowna romantyczna miłość, która unosi nas w poetyckie przestworza i spełnia dziewczęce marzenia o księciu i księżniczce, którzy rozkochani w sobie z nieprzerwanym zachwytem patrzą sobie w oczy. Nieuchronnie przeżyją rozczarowanie, kiedy  dopadnie ich ziemska rzeczywistość, konieczność jedzenia, wnoszenia opłat za czynsz i zmywania naczyń. Ból upadku może być wprost proporcjonalny do głębi marzeń.

Są też osoby bardziej pragmatyczne, stąpające mocno nogami po gruncie. Widzą i wiedzą, że najważniejsza na świecie jest tradycyjna rodzina. Łączą się w pary po pierwsze po to, by wyprawić ogromne, huczne wesele, na którym wszystkie przyjaciółki pękną z zazdrości. Po drugie po to, by urodzić dzieci. Po trzecie, by wspólnymi siłami wybudować dom większy niż domy wszystkich sąsiadów w okolicy. Trudno dokonać tego wszystkiego z jednej pensji, więc związek wydaje się niezbędną częścią egzystencji.

A wreszcie są tacy ludzie, dla których związek jest sposobem na radosne, spełnione bycie. W ich pojęciu życie jest stworzone na dwoje i lepiej, lżej żyć w parze. Jest wtedy koło nas ktoś, z kim można dzielić się każdą radością. Kogo można obdarzać ciepłem, czułością, miłością. A czasem można też wypłakać się na jego ramieniu. Tak po prostu żyć, dzieląc się chwilą i ciesząc bliskością.

To tylko przykłady. Każdy z nas ma swoją wizję związku i swoje własne oczekiwania. Z punktu widzenia kobiety stereotypowym marzeniem jest spijanie sobie z dzióbków i wieczna miłość aż po grób. Z upływem czasu zamienia się w pragnienie przyzwoitej emerytury i świętego spokoju. U panów ewolucja marzeń przebiega nieco podobnie, lecz punktem wyjścia jest codzienne ćwiczenie Kamasutry. Najczęściej w różnych porach dnia. Z czasem zamienia się to w oczekiwanie dobrego jedzenie i święty spokój.

Chwała tym, którzy wychodząc poza stereotypy odnajdują w związku przyjaźń i bliskość. Dla których nie jest ważne „co robimy”, byle razem. Tacy ludzie mogą z czasem powiedzieć o swoim szczęśliwym pożyciu. Bo związki mogą być naprawdę dobre. To kwestia dopasowania wzajemnie swoich oczekiwań, to równowaga pomiędzy dawaniem i braniem, a wreszcie odnalezienie przyjemności w bliskości. Proste. I do zrobienia.

Moim zdaniem najtrudniej jest po prostu zobaczyć w swoim związku sens i dobro. Czasem jesteśmy zmęczeni i mamy zwyczajnie dosyć wysiłku. Kiedy po latach pojawia się znowu jakiś problem, mamy ochotę wszystko rzucić i zacząć od nowa w innym miejscu. Jakoś tak… wydaje się, że w nowym miejscu z nową osobą można jakoś lepiej, inaczej, z czystą kartą, a więc świeżutko, przyjemnie, słodko i pachnąco. Chyba każda z nas i każdy z nas tego doświadczył przynajmniej raz.

Opierając się na własnym przykładzie, wiem, ile pracy trzeba włożyć w to, aby po 30 latach nadal patrzeć na siebie z miłością. To nie przychodzi samo, nie spada z nieba, kiedy stoimy z wyciągnięta w oczekiwaniu dłonią. To coś, co tworzymy cierpliwie, rzeźbiąc swoje życie dzień po dniu. Warto zaufać sobie i swojej mocy, swojej umiejętności uzdrawiania własnego życia.

Nie tak dawno mój kochany mąż zrobił mi bezmyślnie dużą przykrość. Rozżalona powiedziałam sobie: „dość, coś trzeba z tym zrobić”. A potem weszłam w Kroniki Akaszy, by dopytać, co z tego dla mnie wynika. I pierwsze, co usłyszałam: „Twój związek jest bardzo dobry. Doceń jego piękno”. To jakby oczywiste. W wielu związkach pojawiają się przelotne problemy czy kłótnie. Wcale nie przekreślają uczuć czy wartości związku. Rzecz w tym, że czasem każdy z nas chce to usłyszeć z wysokowibracyjnego poziomu. Ja usłyszałam i to potwierdzenie z Najwyższego Źródła bardzo mi pomogło spojrzeć inaczej na całe moje życie. Dostrzegłam sens swojej pracy i wieloletniego wysiłku zmierzającego do poukładania szczęśliwie swoich uczuć.

Jestem szczęśliwa w związku. Nie dlatego, że w ogóle jestem szczęśliwa i potrafię się cieszyć każdym zielonym listkiem na drzewie. Czuję się szczęśliwa, bo czuję się kochana. Bo nasza bliskość jest miła nam obojgu. Bo mogę kochać i moje uczucie jest przyjmowane z radością i błyskiem w oku. Bo ciągle jest między nami mnóstwo ciepła i czułości. Odnaleźliśmy swój sens bycia razem dość dawno temu, pomimo że wcale nie spijamy sobie z dzióbków. Kłócimy się i godzimy. Martwimy i cieszymy. Wkurzamy nawzajem i rozkochujemy w sobie na nowo. Ot, cała dynamika życia.

Jednak zmierzam do tego, by podzielić się czymś, co usłyszałam w swoich Kronikach. Moi Mistrzowie pokazali mi, dlaczego mój związek jest dobry i cenny dla mnie. Pokazali mi, jak rzetelnym lustrem jest dla mnie mój mąż. Bo jego fascynującą jakością jest rzeczywiście stuprocentowe odzwierciedlanie wszystkich moich wzorców. To się w naszym małżeństwie dzieje książkowo. Cokolwiek pomyślę, mój mąż natychmiast to przejawia w sposób bezpośredni, nie pozostawiający cienia wątpliwości. Gdzie mogłabym znaleźć lepszego przewodnika na ścieżce rozwoju wewnętrznego?

Z poziomu duchowego najważniejszym celem każdego związku jest rozwój. Nauka samego siebie. Łączymy się w pary, by przeglądać się wzajemnie w swoich oczach i dostrzegać to, czego na co dzień nie umiemy zobaczyć. Bliskość i przekroczenie intymnych granic pozwala partnerowi (partnerce) z ogromna wnikliwością wyłapać wszystko, co wyparliśmy i schowaliśmy w najciemniejszym zakamarku podświadomości. Partner to latarnia, która rozświetla nasz cień i pozwala nam się z nim świadomie zmierzyć. Dzieci, domy, mieszkania… to rzecz dodatkowa i niekonieczna.

Docenianie związku można zacząć od zauważania tego, na ile partner nas wzmacnia, buduje, uzdrawia, pokazując to, co mamy do zrobienia. To mogą być rozmaite lęki i wątpliwości, drobne i większe spory, problemy rodzinne, trudne decyzje. Warto zobaczyć, co odkrywamy, będąc blisko tego człowieka, które jakości rozwijamy w sobie najmocniej. W tym wszystkim najpiękniejszą nauką może być właśnie kochanie. Bywa tak, że dopiero prawdziwie kochający partner uczy nas zauważania swojego piękna i doskonałości. Bywa i tak, że czuła i wrażliwa partnerka pomaga otworzyć serce na uczucie.

Lekcje bywają rozmaite, ponieważ związek w swojej dynamice dotyka codzienności, a ta utkana jest niemal ze wszystkich dostępnych doświadczeń. To właśnie w codzienności sprawdzamy siebie i rozwijamy najmocniej. Nie wybieramy wydarzeń, bo nie mamy takiej możliwości, lecz przyjmujemy to wszystko, co zaserwuje nam wszechświat. A nasze wewnętrzne wzrastanie bazuje na tym, jak reagujemy na to wszystko, co życie przynosi nam w darze. Szczególnie – jak reagujemy na to, co nie spełnia naszych oczekiwań.

W dojrzałym związku zmagamy się z trudnościami wspólnie. Nie szukamy winnych, nie obrzucamy obelgami, lecz razem wymyślamy rozwiązanie sytuacji. Jest w tym też i pewna magia, bo kiedy działamy wspólnie, to łącząc swoją energię, wzmacniamy i przyspieszamy osiągnięcie celu. Dlatego też starzy ludzie, bogaci doświadczeniem powtarzają: „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Łączenie mocy zwielokrotnia efekt.

Czasem parter (partnerka) nie wspiera, lecz staje w opozycji, ucząc nas w ten sposób wiary w siebie, samodzielności i odwagi. Bywa, że zamiast stanąć murem przy nas – kontruje i krytykuje. To lekcja poczucia własnej wartości, przyjrzenia się sobie poprzez pryzmat negatywnej oceny, która zawsze znajdzie odbicie w naszym wnętrzu. To właśnie partner wykrzyczy nam to, czego nie powie żadna inna osoba, żaden przyjaciel. Bo to partner jest najbardziej wnikliwym lustrem i największym szlifierzem naszego wewnętrznego diamentu.

Unikam tu słowa „nauczyciel”, ponieważ zwykle nie kojarzy się ono najlepiej. Bywają związki, w których nauka polega na przykład na tym, że mąż znęca się nad żoną. Uczy ją oczywiście pokochania siebie. Ale uczy ją też wiary w siebie, w swoją wewnętrzną moc, w samodzielność. Uczy ją asertywności i odwagi, by odejść od toksycznego partnera i znaleźć szczęście gdzie indziej. Dziś piszę o docenianiu tego, co jest, ale to nie oznacza, że zawsze tak właśnie należy działać. Czasem utkniemy w trującym związku i wtedy szkoda każdej godziny spędzonej na iluzji ratowania czegoś, co nie istnieje. Albo co jest dla nas zabójcze. Czasem trzeba uciekać jak najdalej. Każdy przypadek jest inny.

A czasem po prostu w całkiem przyzwoitym związku miłość wygasa i najlepsze, co można zrobić, to z kulturą podziękować sobie za wszystkie dobre chwile i odejść. Warto pamiętać, że sensem i celem związku jest nauka i rozwój. Kiedy lekcje zostaną odrobione, dusza chce iść dalej. W naszej realności przejawia się to właśnie odkochaniem i potrzebą odejścia, poszukania dla siebie innego miejsca. Czasem bywa to też odejście do kogoś innego. To nie zdrada, nie świństwo, tylko potrzeba nauki u innego nauczyciela. Nie warto próbować zatrzymywać tej osoby za wszelką cenę. Nic na siłę. Zrobienie przestrzeni w swoim życiu, przyniesie do niego Dobro i Miłość. Czasem trzeba po prostu zaufać harmonii wszechświata.

Bogusława M. Andrzejewska

Akceptowanie

W każdej relacji ogromnie ważną sztuką jest akceptowanie. Na dwóch poziomach oczywiście. Pierwszy, absolutnie niezbędny, to wysokie poczucie wartości, czyli akceptowanie siebie takim, jakim się jest. Przyjmowanie z miłością całego siebie, włącznie z rozmaitymi wadami i słabościami to jedna z najważniejszych lekcji w życiu każdego człowieka. Tylko na bazie miłości do siebie możemy tworzyć dobre związki, ponieważ drugi człowiek jest tylko i aż lustrem naszych myśli o nas samych.

Drugi aspekt, o którym chciałam dzisiaj napisać parę słów, to umiejętność akceptowania rozmaitych słabości naszego partnera. To taki ważny element wspólnego, zgodnego bycia razem. I rzecz jasna, nie mówię tu akceptacji takich działań jak zdrada czy kradzież, lecz o prostych codziennych sprawach, w których ktoś po prostu nie jest idealny.

Ideałów nie ma, jak pisałam kiedyś, co oznacza, że każdy człowiek jest omylny i popełnia rozmaite błędy. Lenistwo jest rzeczą ze wszech miar ludzką. Chęć zabawy i przyjemności też. Łakomstwo też. I w ten sposób mogłabym wymieniać wszystkie grzechy główne, aby pokazać, że każdy z nich jest czymś zupełnie naturalnym, chociaż oczywiście niekoniecznie pożądanym. Warto jednak w drugiej osobie zobaczyć człowieka takiego, jakim jest  naturalnego, prawdziwego i pełnego absolutnie ludzkich cech. Warto dać mu prawo, aby czasem lenistwo czy łakomstwo wzięło górę. Tak po prostu.

Rzecz jednak głównie w pozytywnym podejściu do życia. Zauważmy, ile czasu, zdrowia i dobrej energii tracimy na kłótnie o drobiazgi. Szkoda życia. Uważam, że trzeba nauczyć się kontrolować swoje myśli również i w tym zakresie. Prosperująca świadomość to człowiek, który umie złapać negatywną myśl i zamienić ją na coś fajnego. Dla własnego dobra, bo przecież to, na czym się skupiamy, to zasilamy. Ciągle narzekanie na wszystko dookoła, ciągłe zrzędzenie niczemu nie sprzyja. Naprawdę o wiele zdrowiej machnąć ręką na drobne sprawy i poszukać czegoś, co da nam trochę radości i podniesie energię. Powiedziałabym, że to nawet higiena myśli.

Narzekanie na partnera idzie w tym względzie o wiele dalej, ponieważ przynosi nam w efekcie jeszcze więcej tego, czego nie chcemy. Paradoks? Ależ nic podobnego. To po prostu Prawo Przyciągania. Jeśli ciągle myślę o kimś, że jest leniwy, jeśli w emocjach to powtarzam, czy wręcz wykrzyczę, to wzmacniam ten schemat i takie zachowania. Przecież to oczywiste. A ludziom często się wydaje, że jeśli o czymś pokrzyczą, na coś pozrzędzą, ponarzekają, to w ten sposób naprawią problem. Dzieje się odwrotnie.

W gruncie rzeczy myślę też, że wiele osób nawet w tę naprawę nie wierzy. Powtarzają pewne zdania, jako określenie świata, w którym żyją i oczywiście w ten sposób wzmacniają te jakości. Opisują swoją rzeczywistość i każdego dnia tworzą ją na nowo. Zatem narzekając na partnera, opisujemy go i kreujemy. Budujemy swój związek w taki właśnie sposób, w jaki go widzimy. A chyba jednak nie tego chcemy.

Prosperująca świadomość myśli o tym, czego pragnie. I głośno artykułuje to, co chciałaby zobaczyć. Można przyjąć, że jeśli trafi na sytuację, w której ktoś czegoś nie zrobił, choć powinien, to nie zarzuci mu lenistwa. Raczej odwoła się do pozytywów i powie przekornie: „jesteś taki pracowity, zaradny i zorganizowany – pomóż mi z tym, proszę”. Odwoływanie się do dobrych cech ma trzy zalety. Po pierwsze wzmacnia w nas takie jakości. Po drugie – rozwija te zalety w drugim człowieku. Po trzecie – podnosi energię i zasila to wszystko, co wiąże się z pozytywnym myśleniem i tworzeniem dobra wokół siebie.

Konkludując – kiedy ktoś zrobi coś źle lub nie zrobi wcale, nie narzekamy, nie krytykujemy, nie karcimy, nie krzyczymy, tylko z uśmiechem odwołujemy się do dobrych aspektów w drugiej osobie. Kto tak potrafi? Chyba niewielu z nas, bo nawykowo działamy tak, jak nasi rodzice, a oni jak ich rodzice. Standardem jest krytyka, karcenie i ocenianie. Niewiele ludzi na całym świecie potrafi uśmiechnąć się życzliwie i zaakceptować, że coś jest inaczej niż oczekiwali. Mam to szczęście, że znam takie osoby.

Byłam u przyjaciółki w gościnie, kiedy jej mąż wrócił z zakupami, o które poprosiła. Kiedy wypakowała torbę, ze zdumieniem odkryła, że kupił zupełnie nie to, co trzeba. Westchnęła z uśmiechem tak pełnym miłości: „och, co on mi tu przyniósł”, po czym powiedziała do mnie: „nie zrobię ci tej potrawy, którą obiecałam, bo nie mam z czego”. Rozłożyła ręce, po czym szybko wymyśliła placuszki z tego, co miała akurat w domu. Nie było żadnego narzekania, krytyki, dokuczania. Kochała. Popatrzyła na niego z kochaniem w oczach i zadziałała dokładnie tak, jak działałaby miłość. To było cudne.

Często piszemy o tym, by działać tak, jak robi to miłość. Ja tego doświadczyłam w sposób tak jednoznaczny, że zapragnęłam to tutaj opisać. Mogłam popatrzeć na to z boku. I mam ogromną nadzieję, że i we mnie jest takie piękno, kiedy reaguję z miłością na sytuacje, które wcale do łatwych i miłych nie należą. Przyznaję się, że sama też to praktykuję najczęściej, jak się da, bo to tworzy w moim związku mnóstwo dobrej energii. To jest niemal namacalne i tak cudowne, że już nigdy z tego nie zrezygnuję. Oczywiście to podnosi energię i uzdrawia, bo uruchamia w nas pokłady kochania.

I jeden z wielu przykładów, aby nie być gołosłowną. Kiedy po dłuższym czasie udało mi się wreszcie wyremontować kuchnię, mój mąż i zięć poustawiali i skręcili nowo kupione piękne meble. Wycierałam z zachwytem śliczny blat, a mój mąż sprzątał narzędzia. Kiedy podnosił wiertarkę, zrobił to tak niefortunnie, że wyskoczyła mu z ręki i przejechała po nowym, lśniącym blacie zostawiając na nim wyrytą bruzdę. Rzecz nie do naprawienia… W pierwszej chwili łzy napłynęły mi do oczu i to był ten moment, kiedy zobaczyłam w sobie te wszystkie lata czekania na remont, te wszystkie raty do spłacenia i to piękno, którym nie zdążyłam się nacieszyć. A potem zobaczyłam rozpacz w oczach mojego męża… i już wiedziałam, co jest dla mnie ważniejsze. Odrzuciłam cały smutek i weszłam w miłość. Przytuliłam go, kiedy mnie przepraszał i powiedziałam: „to tylko meble, nie martw się, kocham cię”. To był taki skok energetyczny, jaki trudno opisać.

Mój mąż już chyba przywykł do tego, że nie robię mu awantur i nie zasypuję pretensjami. Mam swoje sztuczki na szczególnie trudne sprawy. Ale kiedy przychodzi nawet ewidentnie winny, mówię mu, że nic wielkiego się nie stało. Mówię po prostu: „trudno”. Uważam, że jeśli ktoś przeprasza, to znaczy  rozumie, co jest nie tak. Nie trzeba niczego tłumaczyć, po co więc tracić energię na krytykę czy awanturę? Niech następnym razem zadzieje się lepiej. Dodam też, że funkcjonuję na poziomie energii, a nie tylko słów bez pokrycia. Mój mąż nie jest ideałem i popełnia błędy. Ale kocham go i akceptuję takiego, jakim jest – z całym dobrodziejstwem inwentarza. Daję mu prawo do lenistwa, łakomstwa i wielu innych grzeszków. Stawiam granice, jasne, ale też dostrzegam i akcentuję najmniejsze dobro. I tego dobra z dnia na dzień jest więcej i więcej.

Na pewno pomaga w tym umiejętność zarządzania emocjami. Histeryk czy nerwus najpierw krzyczy, a dopiero potem zastanawia się nad tym, co właśnie wykrzyczał. Niedojrzałość emocjonalna nie pozwala też spojrzeć na wydarzenia z dystansu. Taka osoba myśli tylko o swoich oczekiwaniach i jak dziecko domaga się, aby było tak, jak ona chce. Warto nauczyć się medytować, wyciszać, dystansować, a w tym pomagają wszelkiego rodzaju duchowe praktyki, które uczą nas, że uczucia są ważniejsze od tych wszystkich drobiazgów, które pożerają nam tyle energii. Można też nauczyć się łagodności, czyli takiego spokojnego podejścia do życia i życiowych zawirowań.

Wzmacniamy i powielamy to, czemu dajemy najwięcej energii. To pewnik z Prawa Przyciągania. W praktyce oznacza to, że warto na zawołanie umieć przełączyć się na dobre aspekty. Kiedy zdarzy się coś przykrego i mam ochotę zrugać męża, to nawet jeśli tego nie zrobię, moje myśli poprowadzą mnie w dół energetyczny Tłumienie tego, co się czuje przecież do niczego nie prowadzi. Moim sprawdzonym sposobem jest zadanie sobie pytania: „czy on jest złym człowiekiem i zasługuje na coś złego?” Wiadomo, jaka jest odpowiedź. I natychmiast wyliczam wszystkie dobre rzeczy, które mój mąż zrobił i robi dla mnie cały czas. Lubię wyliczyć też to, za co go kocham. Zanim skończę, moja energia jest wysoko i moje nastawienie do niego bardzo pozytywne.

I o to chodzi, aby w każdym momencie zdawać sobie sprawę z dobra obok. Tego dobra jest dużo więcej niż zła, ale to my nawykowo skupiamy się na tym, co nas negatywnie porusza. Te emocje lgną do nas i nas absorbują, ale to tylko wzorzec, który oczywiście można zmienić. Lubimy przeżywać. Niepotrzebnie. Tracimy tyle pięknych minut w czasie których można kochać. Unikam tego. Zawsze znajdę jakąś ścieżkę, by powrócić do miłości.

Bogusława M. Andrzejewska

Ojcostwo

Dzień Ojca skłania do refleksji. Czasem wspominam wtedy swojego Tatę, który nosił mnie na barana, pomagał w lekcjach i niezmiennie rozbawiał wyjątkowym poczuciem humoru. Był człowiekiem łagodnym i życzliwym światu. Myślę, że odziedziczyłam po nim nie tylko kształt nosa, ale i nawyk pozytywnego myślenia, szybkiego wybaczania i nie przejmowanie się drobiazgami.

Dzisiaj jednak chcę napisać o ojcostwie w kontekście związków, które tworzymy. Bo tak naprawdę to my kobiety wybieramy ojca swoim dzieciom. Jestem więcej niż pewna, że ta oczywista prawda jest całkowicie obca większości młodych kobiet, dla których czasem zaobrączkowanie się jest celem samym w sobie. Już przed wiekami panny na wydaniu zaklinały los wierszykami tego typu: „Święty Emeryku daj nam po chłopczyku. Łysego czy garbatego, byle roku tego”. Efekt takiego związku łatwo sobie wyobrazić.

Warto budować bliskość i być na co dzień z partnerem, poznawać go od kuchni i łazienki. Warto też zadać sobie rzetelnie pytanie: czy chcę, aby mój syn był właśnie taki, a moja córeczka tak się zachowywała? Kiedy decydujemy się założyć rodzinę, wybieramy partnera, który przekaże naszym dzieciom swoje DNA. I obdaruje je nie tylko kolorem oczu, ale też dobrocią i łagodnością lub tendencją do tycia, niecierpliwością, lenistwem, a co gorsza brakiem szacunku do kobiet. Czasem zawirowane w miłości, nie myślimy o tym zupełnie. Taki to urok romantycznego kochania, trudno nawet się temu dziwić. Dlatego zachęcam, aby spojrzeć uważnie na przyszłego męża i zapytać samej siebie: czy chcę mieć z nim dzieci?

Najbardziej charakterystycznym błędem, o którym wielokrotnie pisałam, jest zajście w ciążę bez zgody mężczyzny, kiedy on wyraźnie powtarza, że nie jest gotowy, by być ojcem. Najczęściej wie, co mówi. Jeszcze gorszym wyborem jest zajście w ciążę z żonatym mężczyzną, aby zmusić go do rozwodu. To dla mnie patologia i tutaj nie umiem podać żadnej recepty, bo taka decyzja przynosi wyłącznie zwielokrotnione cierpienie. Jeśli chcemy, by nasze dzieci były szczęśliwe, nie róbmy tego. Naprawdę można – jest tylu wolnych mężczyzn i tylu panów, którzy chcą doświadczyć bycia ojcem.

Nikt nam nie może zabronić być z kimś, z kim akurat chcemy. Nawet jeśli psycholog straszy toksycznym partnerem, to mamy prawo kochać się z kim chcemy. To nasz wybór i tylko my poniesiemy konsekwencje swoich decyzji. Natomiast zajście w ciążę to zupełnie co innego. To powołanie nowego życia i w dużej mierze wrzucanie dziecku określonego doświadczenia. Tatuś alkoholik albo furiat to nieciekawy prezent dla dziecka. Jeszcze gorsza opcja to tatuś żonaty z inną panią i posiadający już rodzinę. Dajemy wówczas naszemu dziecku życie pełne zazdrości, rozczarowania i oglądania w bólu zdjęć naszego ojca tulącego obce dzieci. To trauma, którą leczy się latami. Jestem psychologiem, który potrafi zrozumieć różne dziwne ludzkie zachowania, ale nigdy nie zrozumiem, jak matka może coś takiego zafundować swojemu dziecku. Trzeba nie mieć serca.

Jak zatem właściwie wybierać ojca swoim dzieciom? Korzystając ze zdrowego rozsądku. Nie ma ludzi idealnych, ale jest mnóstwo ludzi dobrych i bardzo dobrych. Czułych, kochających, wrażliwych. Znam mnóstwo świetnych ojców, dla których dzieci są centrum wszechświata. Ojcowskie uczucia i gotowość do wychowawczego trudu nie są więc żadnym ewenementem. Wystarczy, jeśli partner powie: chcę mieć z Tobą dziecko, boję się, czy dam sobie radę, ale chcę spróbować. I już jest dobrze. Myślę, że wystarczy nieco uwagi. Miłość zasłania nam oczy, ale jeśli coś budzi nasz niepokój, jeśli np. jesteśmy w związku z alkoholikiem, to lepiej wstrzymać się z zakładaniem rodziny. Można też uruchomić wyobraźnię i ocenić, czy z tego pana będzie dobry tato, czy też centrum jego życia będzie zawsze skrzynka piwa. Co wówczas może dać swojemu synowi czy córce?

Patrząc na ukochanego pod kątem ojcostwa, można zobaczyć, jak reaguje na dzieci znajomych czy sąsiadów, czy potrafi naprawić bratankowi rowerek, czy dzieci go lubią? Świetnymi ojcami są panowie, którzy zajmowali się młodszym rodzeństwem, ponieważ mają w sobie nawyk troski i opieki, a to procentuje we własnej rodzinie. Z reguły panowie wychowywani w domach wielopokoleniowych, gdzie zawsze jest dużo dzieci, mają łatwość w podejściu do maluchów. Dobrze spełniają tę rolę wszyscy, którzy mają w życiu dużo do czynienia z dziećmi, np. lekarze rodzinni czy pediatrzy. Ale kluczem jest tu po prostu fakt, czy ktoś lubi dzieci, a nie konkretny zawód. A wreszcie warto wiedzieć, że czasem ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z maluszkami, przechodzi prawdziwe katharsis, kiedy zostaje ojcem i nagle odkrywa, że w tej właśnie roli czuje się najlepiej.

A w zasadzie to jest bardzo proste. Kochający człowiek zawsze będzie kochającym człowiekiem. Ktoś, kto naprawdę troszczy się o mnie i daje mi dużo uwagi, ciepła, miłości, będzie tak samo troszczył się o nasze dzieci. Mężczyźni mają bardzo klarowną logikę i postępują tak, jak czują. Mój mąż powiedział mi kiedyś: dziecko jest cząsteczką ciebie. Skoro tak bardzo kocham ciebie, jak mógłbym nie kochać tej cząsteczki?  Odkąd to usłyszałam jestem o jego ojcostwo spokojna – zawsze będzie pełne miłości, tak jak on jest pełen miłości dla mnie. Ktoś, kto spotyka się ze mną tylko na seks i niewiele go obchodzą moje sprawy czy problemy, nie zainteresuje się potem dzieckiem, które z tego seksu się przydarzy. Proste? Proste.

Bardzo ważną rzeczą jest nasze zachowanie po ewentualnym rozwodzie. Bywa przecież, że my dorośli nie umiemy się ze sobą dogadać, ale to nie oznacza wcale, że mamy włączać dzieci w swoje paskudne rozgrywki. Prawdziwa dojrzałość jest wtedy, kiedy z byłym partnerem pozostajemy w dobrej relacji. Właśnie po to, by mógł widywać się z dzieckiem i nadal być dla niego ojcem. Trzeba umieć przełknąć swój żal i gniew, czy nawet zazdrość, kiedy partner odszedł do innej. To największy dar dla dziecka. I tylko taka matka jest w moich oczach prawdziwie dobrą i mądrą, która mimo trudnych emocji powtarza dziecku z przekonaniem: „tatuś cię kocha i jesteś dla niego ważny, szanuj tatusia i słuchaj go”.

Każde dziecko zasługuje na to, by mieć swojego tatusia. I ten tatuś buduje w nim potem określone wzorce odpowiedzialności, opieki, pracowitości, budowania związku. Dla dziewczynki to matryca jej przyszłego partnera. Jeśli ojciec kocha córkę i ma dla niej trochę czasu, to ona przyciągnie sobie potem dobrego, uważnego męża. Dla chłopca to wzorzec męskości, stosunku do kobiet i potem w dorosłym życiu – do własnych dzieci. Nawet kiedy rodzice nie mieszkają razem, można być kochanym przez oboje i tworzyć w sobie dobre kody.

Przykładów z życia, które pokazują powielanie wzorców, mogłabym podać setki. Podam jeden – mojego męża. Bardzo lubiłam swojego teścia, który był odpowiedzialnym i troskliwym ojcem. Zawsze szanował rodzinę i stawiał ją zwykle na pierwszym miejscu. Spontanicznie pomagał we wszystkim teściowej, zakładając, że to on jest ten silny, który ma wspierać i chronić. Przyglądałam mu się uważnie, zastanawiając się wielokrotnie, czy taki właśnie będzie mój mąż. Jest. To odzwierciedlenie widzę bardzo wyraźne. Dla mojego męża nasze córki są bardzo ważne i przez większość życia był mi wielkim oparciem. Kiedy urodziłam drugą córeczkę, robił w domu niemal wszystko: prał pieluchy, sprzątał, mył okna, robił zakupy. Ja tylko gotowałam. Nie zapomnę tego, bo wiem, że to wyjątkowe. Zresztą mój mąż nadal mi pomaga we wszystkim.

Myślę też, że większość mężczyzn umie odnaleźć się w tej pięknej tatusiowej roli. Lepiej lub gorzej – ale dogadują się ze swoimi dziećmi, jeśli tylko im na to pozwolimy. Czasem trzeba im po prostu dać szansę i zostawić w swoim towarzystwie. Na pewno sobie poradzą i wypracują własne metody działania i komunikacji. Konkludując – większość mężczyzn świetnie się sprawdza w roli ojca. Jeśli nie pchamy się w patologiczne zachowania lub nie jesteśmy całkiem zaślepione, to bez problemu umiemy wybrać swoim dzieciom świetnego tatusia. Pamiętajmy tylko, że to nasza rola – nas kobiet. Nie zrzucajmy winy na pecha, na złych facetów czy przeznaczenie. Bądźmy pełne miłości dla dzieci, które dopiero przyjdą na świat i poszukajmy dla nich najlepszego ojca na świecie.

Bogusława M. Andrzejewska

Po rozstaniu

Rozstania w związkach uczuciowych dzielą się na takie, których sami chcemy i takie, z którymi trudno nam się pogodzić. Te pierwsze często są łatwiejsze. Decydujemy się pójść różnymi drogami, kiedy wygasną uczucia, kiedy kogoś nowego poznamy albo kiedy partner jest tak toksyczny, że życie z nim staje się piekłem. Jednak bywa i tak, że patologiczna relacja też jest trudna do rozerwania, bo pomimo dostrzegania szkodliwych zachowań męża czy żony my nadal kochamy i odejście sprawia ból. Dlatego też tego typu doświadczenie ewidentnie zaliczyć można do drugiej grupy, czyli do tej, która wymaga szczególnych starań.

Związki tego typu bywają karmiczne. Oznacza to, że jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują nam odejście, a my z uporem godnym lepszej sprawy kurczowo trzymamy się toksycznego mężczyzny (lub toksycznej kobiety), to najczęściej stoi za tym silna karmiczna lekcja, domagająca się przepracowania. Nie mówię tu oczywiście o prostym lęku przed zmianą, a raczej o tych osobach, które odeszły, a po odejściu tak rozpaczliwie tęskniły, że … wróciły. Bo odkryły, że bycie bitą czy zdradzaną jest mniej bolesne niż życie bez ukochanego.

Pewnie zaprotestują w tym miejscu psycholodzy, udowadniając, że takie cierpienie bierze się z lęku przed samotnością, przed niezależnością, z niedojrzałości emocjonalnej albo właśnie ze strachu przed zmianą. Jednak moje doświadczenie wskazuje, że bywa czasem jeszcze inaczej – czyli karmicznie. Znam piękne, silne i ustabilizowane finansowo kobiety, które nie umiały zapomnieć o partnerze, którego zostawiły. Miały dobre warunki, świetną pracę, pieniądze i nawet nowych kochanków na zawołanie, a pomimo tego wracały w stary, paskudny związek.

Wytłumaczeniem takiego nieadekwatnego postępowania jest właśnie więź karmiczna, widoczna często w horoskopie porównawczym. Karma nie jest karą ani przeznaczeniem, tylko lekcją. Zatem więź ta jest specyficzną umową dusz, które zobowiązują się wspierać tak długo, dopóki temat nie zostanie odrobiony. W praktyce może wyglądać to tak, że piękna, mądra i niezależna kobieta żyje z kimś, kto ją bije albo zdradza i nawet jeśli od niego odejdzie, to tęskni i nadal kocha, ponieważ jej dusza lgnie do „nauczyciela”, z którym umówiła się na „korepetycje”. Oczywiście więź znika, kiedy taka osoba odrobi lekcje, czyli pokocha siebie tak mocno, że własne dobro będzie dla niej ważniejsze niż romantyczne uczucie. To pozwala też wygasnąć emocjom i pójść nową drogą w spokoju i satysfakcji.

Uczucie tego typu jest bardzo specyficzne i rozpoznajemy je najszybciej właśnie wtedy, kiedy wokół nas jest mnóstwo innych adoratorów i wcale nie grozi nam samotność czy bezradność. Życie bez toksycznego partnera jawić się powinno jak sielanka, a tak nie jest. Giniemy z tęsknoty i nic nas nie cieszy. Dotyczy to człowieka niezależnie od płci, ponieważ czasem to kobieta bywa toksyczną partnerką, a jej mąż nie umie bez niej żyć.

Ta „druga grupa”, wspomniana na początku, to pełne cierpienia rozstania, których nigdy nie chcieliśmy doświadczyć. Zwykle pojawiają się wtedy, kiedy to my zostajemy porzuceni. Porzucenia bardzo bolą i zabierają nam mnóstwo energii życiowej. W większości przypadków są połączone ze zdradą, o której już pisałam. Jednak nie każda zdrada wiąże się ze skruszonym powrotem do żony (męża), chociaż takich jest najwięcej. Czasem zdrada jest początkiem nowego związku dla naszego partnera. W moim pojęciu, z poziomu energetycznego nie jest już wcale zdradą, tylko otworzeniem nowego rozdziału życia, który niekoniecznie nam się podoba. Jest też koszmarem, który nas zabija od środka, o ile nie postaramy się przejść przez cały proces świadomie.

Czasem zdarza się, że to zdradzona osoba odchodzi mówiąc, że nie mogłaby więcej dotknąć swojego małżonka po tym, co zrobił. Chociaż to był tylko incydent, a nie kwestia toksycznego seksoholika, alkoholika czy innej recydywy. Wówczas jedno jest pewne: w takim układzie nie było nigdy miłości, a jedynie jakaś umowa o wspólny lokal. Rozwiązanie umowy nie powinno zatem boleć i nie wymaga psychologa, a co najwyżej prawnika. Kochając, umiemy wybaczać. Jeśli nie umiemy wybaczyć partnerowi błędu, to nie kochamy, a tym samym nie zasługujemy na bycie ani z nim, ani z kimkolwiek innym.

Jeśli dla kogoś te słowa brzmią surowo – zaprzeczę, że nie ma tu grama surowości. Prawdziwe uczucie przyjmuje drugiego człowieka takim, jakim jest, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie ma ideałów i my sami też popełniamy błędy, które partner toleruje. Związek intymny jest kuźnią dwóch dusz, które przeglądają się wzajemnie w swoich oczach ucząc bycia dobrym i pełnym miłości. Kochając siebie, rozwijamy wielkoduszność i poszanowanie dla drugiej osoby. Oczywiście to my sami zakreślamy granice i kiedy zostaną przekroczone – mamy prawo odejść, szukając miłości gdzie indziej. Ale jeśli odchodzimy po pierwszym poważnym potknięciu, to trudno tu w ogóle mówić o kochaniu.

Mówiąc prostym językiem: jeśli partner nas zdradzi (oszuka, okłamie, skrzywdzi), to warto zadać sobie pytanie, czym przyciągamy takie doświadczenie? Pojawiło się po to, aby nauczyć nas na przykład miłości do siebie. Jest lustrem wszechświata, które pokazuje wzorzec do uzdrowienia. Jeśli zamiast przekodować wzorzec, spakujemy walizkę i uciekniemy, to lekcja ta będzie nas ścigać w kolejnych związkach. Albo nawet i bez. Warto zatem przekodować taki wzorzec i włożyć nieco wysiłku w naprawienie swojej relacji z partnerem i odbudowanie miłości.

Wracając do bycia porzuconym, warto pamiętać, że porzucenie rodzi się już w dzieciństwie, kiedy któreś z rodziców odchodzi albo nie akceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Buduje się wówczas w podświadomości matryca, która w dorosłym życiu przyciąga takie właśnie doświadczenie. Kiedy tylko obetrzemy łzy, znajdźmy czas dla siebie, by coś takiego uzdrowić. Można to zrobić samemu poprzez afirmacjękodowanieczy Dwupunkt. Można też skorzystać z pomocy terapeuty. Niemniej bez tego nie da się ruszyć do przodu.

Wiem i rozumiem, że przez pierwsze tygodnie po rozstaniu jesteśmy w prawdziwej żałobie. Trzeba sobie dać na to chwilę czasu i wypłakać wszystkie łzy. Byle nie za długo. Potem – jak w typowej żałobie po śmierci bliskiej osoby – trzeba się podnieść, otrzepać z pyłu rozpaczy i wrócić do życia. Najlepiej wtedy rozwijać swoje pasje lub poszukać nowych zainteresowań. Podróżować. Pracować. Robić coś sensownego i wartościowego. Zająć myśli i emocje, aby zminimalizować oczywiste cierpienie.

Warto też być wśród ludzi. Kiedy serce boli, najchętniej uciekamy, chowając się z głową pod kołdrę i nie chcemy nikogo widzieć. To jednak nie pomaga, bo jest rozdrapywaniem ran. Bycie wśród ludzi – chociaż początkowo męczy – na dłuższą metę działa uzdrawiająco. Pomaga wyżalenie się i rozmowa z życzliwymi osobami, ale jeszcze bardziej uzdrawia śmiech i zabawa. A prędzej czy później zaczynamy się śmiać.

Na koniec dodam jeszcze, że w tym trudnym czasie niezwykle cenne są wszystkie energetyczne praktyki. Polecam szczególnie Reiki, która mi wiele razy uratowała życie i stale podnosi mi energię, kiedy jest mi bardzo ciężko. Ale równie wspaniała może być praca z Kartami Aniołów i z samymi Aniołamimedytacja, praktyka buddyjska, modlitwa czy energetyczne warsztaty z dowolnej techniki. Pozytywna grupa ludzi pięknie podnosi nastrój i pomaga wyjść poza cierpienie. To wszystko działa na nas korzystnie i dzięki takim metodom odnajdujemy nie tylko nadzieję, ale też skutecznie budujemy wizję nowego lepszego jutra. A przecież wszystko mija i nawet największy ból serca kiedyś wygasa. Któregoś dnia zbudzimy się z uśmiechem i ze świadomością, że oto zaczął się nowy cudowny dzień, który niesie nam tylko same dobre chwile.

Bogusława M. Andrzejewska

Uprzejmość

Jednym z najważniejszych filarów dobrego, szczęśliwego związku jest komunikacja. Tak, powtarzam to zdanie po raz setny, ale wiem też, że to ogromnie ważne. I tym razem chcę słów parę napisać nie o tym, by artykułować to, co dla nas istotne, ale o rodzaju i jakości tej komunikacji. Bo szczęście i trwałość naszego związku zależy w dużej mierze także od tego, w jaki sposób się do siebie zwracamy.

Zauważyłam, że ludzie, którzy na zewnątrz są bardzo uprzejmi i grzeczni, w domu zrzucają wszystkie zasady, jak ciężki, niewygodny płaszcz i pozwalają sobie zupełnie nie przebierać w słowach. W pewien sposób rozumiem takie zachowanie, bo sama też kiedyś się na tym złapałam, że bezmyślnie warknęłam na męża, kiedy mi w czymś przeszkodził. Od razu go przeprosiłam, ale zrozumiałam też, że w domu pozwalam sobie na mniejszą kontrolę swojego zachowania. Totalna swoboda nie sprzyja konwenansom. A wobec partnera czy partnerki postępujemy często gorzej niż wobec szefa czy klienta, bo nie musimy zakładać żadnych masek.

Problem jednak nie w maskach, lecz w tym, że w gruncie rzeczy nie chce nam się starać. Odpoczywamy po całym dniu pracy z klientami i innymi obcymi osobami wobec których musimy być zawsze w porządku. Musimy, czy chcemy? To zawsze nasz wybór. A któż bardziej zasługuje na nasz szacunek i dobre słowo, jeśli nie ukochana osoba? Czy dzieci? Czy rodzina? To właśnie wchodząc do domu warto zostawić za progiem wszystkie negatywne emocje i w stronę partnera skierować tylko miłość. Pomyśleć, że w jego czy jej ramionach odnajdujemy swój azyl i zadbać o to, aby wszystkie słowa niosły wyłącznie dobro.

Problem ukrywa się też czasem w braku kontroli i nieumiejętności zarządzania emocjami. A przecież każdy z nas może nimi prawidłowo zarządzać, jeśli tylko zechce. Wystarczy odrobina kontroli i świadomego rozsądnego działania. Wyobraźmy sobie, że posiadamy nowego, świetnego smartfona. Dzwoni do nas ktoś niemiły i swoimi słowami doprowadza nas do furii. Rozłączamy rozmowę i mamy wielka ochotę rzucić telefonem o podłogę. Jednak nie robimy tego, bo komórka jest świetna, ładna i droga. Szkoda byłoby ją niszczyć. No właśnie – warto umieć powiedzieć „stop” zanim cokolwiek zdewastujemy. Szczególnie, jeśli dotyczy to ludzkich uczuć.

Warto zatem pilnie zwracać uwagę na to, jakie słowa kierujemy do najbliższej osoby i nie przenosić na nią gniewu przywleczonego z pracy czy ulicy. Dobrze jest świadomie traktować swój dom jak najlepsze i najbezpieczniejsze miejsce, do którego nie wnosimy żadnego brudu z zewnętrznego świata. Można nawet symbolicznie potupać na wycieraczce tak, jak wtedy, kiedy otrzepujemy śnieg z butów, aby zrzucić z siebie wszystko to, co nam nie służy.

Kocham mojego męża za jego cierpliwość do mnie i za ogromne poczucie humoru, z którym powtarza to, co i ja czasem mówię do niego: „jestem do kochania, a nie do rugania”. To proste credo naszego związku, które rozbraja każdą kłótnię, kiedy nasze emocje nie dają się ujarzmić, kiedy dominuje zmęczenie i rozdrażnienie zewnętrznym światem. To zawsze działa, ponieważ przypomina, że jesteśmy razem właśnie po to, aby dzielić się miłością, a nie gniewem, żalem czy pretensjami. To takie proste.

Kiedyś było inaczej. Wiele lat temu, kiedy oboje byliśmy młodzi, kłóciliśmy się zawzięcie o różne rzeczy, bo oboje mamy taki właśnie nieustępliwy temperament. Jednak nigdy nie zdarzyło mi się powiedzieć do męża w sposób obraźliwy. Nigdy nie używałam słów, które mogłyby go poniżyć. W czasie największej nawet awantury nie mogły paść słowa powszechnie uważane za wulgarne. To trochę tak, jak z tym smartfonem – kontrolowałam to, co mówię do męża, ponieważ go kocham. Jeśli kogoś szanujemy, to pilnujemy rzucanych słów. I chociaż ideałów nie ma i popełniamy rożne błędy, chociaż w związkach zawsze siebie troszkę ranimy, wcale nie jest trudno upilnować, by nie przekroczyć granicy. Można stać przy niej i kontrolować, by nie została naruszona. Na tym polega świadome zarządzanie emocjami i rozsądna komunikacja. Wyrażanie gniewu nie musi być obraźliwe ani wulgarne.

W dobrym związku ludzie zauważają siebie i swoje uczucia. Starają się być dla siebie życzliwi. Liczą się ze sobą. Nigdy świadomie nie robią sobie przykrości, chociaż nie uda się uniknąć kłótni czy rozmaitych problemów. Życie przynosi nam swoje lekcje, to oczywiste. Ważne, by być dla drugiej osoby oparciem, kochaniem i pomocą, a nie sędzią czy uporczywym krytykiem. Kiedy zdarzy nam się „warknąć” w emocjach, warto szybko przeprosić i wyjaśnić. Najzwyczajniej w świecie dbajmy, by ukochanej osobie nie było przykro.

Piękną rzeczą w związku jest zauważanie siebie nawzajem i witanie buziakiem za każdym razem, kiedy partner czy partnerka wraca z pracy. Równie ważne jest czasem podanie sobie herbaty i czy okrycie kocem, kiedy ktoś odpoczywa. Te wszystkie drobne gesty świadczą o bliskości i o tym, że ktoś jest dla nas naprawdę ważny. Tak budujemy dobro w relacji.

Na koniec temat najprostszy: uprzejmość. Tego można się bardzo szybko nauczyć, bo działamy tu nawykowo. Jeśli stale do swoich domowników mówię „proszę” i „dziękuję” przy codziennych czynnościach, to nie sprawia mi to żadnego wysiłku. Obserwuję czasem rodziny, w których mężowie mówią do żon tak zwyczajnie: „podaj mi to”, zapominając o tym magicznym słówku, które wszystko zmienia. Inna rzecz, że takie osoby do znajomych też zwracają się w taki sposób i uważają, że są grzeczne, bo przecież mówią miłym tonem. Ton jest ważny, ale czarodziejskie słowa także. Warto się ich nauczyć. Jeśli kogoś kocham i szanuję, to mówię „podaj mi to, proszę”, a nie po prostu „podaj”.

Dodam na marginesie, że uprzejme zwracanie się do siebie między domownikami jest wspaniałą lekcją dla dzieci, które przecież uczą się przez przykład. Ileż to czasem wkładamy wysiłku w to, by młody człowieczek mówił ładnie „proszę i dziękuję. A przecież wystarczy samemu używać tego za każdym razem – głośno i wyraźnie. Niczego więcej nie trzeba, by dziecko wyrosło na kulturalną i uprzejmą osobę.

Lubię swojemu partnerowi dziękować za wszystko, co robi. Nawet jeśli jest to banalne wyniesienie śmieci, co zresztą stale robi. Chcę, by wiedział, że widzę i doceniam takie proste sprawy. Chcę, by czuł się kochany. I nawet gdyby te przykładowe śmieci wyniósł po dwóch dniach proszenia, to nie stanę nad nim, by warczeć: „no wreszcie, ile można mówić!”, ale podziękuję. Taki mam nawyk i jak sądzę jest to dobry nawyk, ponieważ wiem, że każde dobre słowo wzmacnia i procentuje kolejnym dobrem w przyszłości. A wyrażanie wdzięczności, jak wiemy doskonale, przynosi jeszcze więcej pozytywów w życiu. Dlatego zwykła kalkulacja podpowiada, że uprzejmość, docenianie drugiej osoby za każdy drobiazg i bycie zwyczajnie miłym przynosi nam w efekcie piękną relację i zadowolenie ze związku.

 Bogusława M. Andrzejewska

Komunikacja

Jednym z najważniejszych filarów dobrego, szczęśliwego związku jest komunikacja. Właściwa, mądra komunikacja, która polega na otwartym mówieniu tego, co dla nas ważne, czyli tego, czego pragniemy i tego, czego nie chcemy. Chodzi przede wszystkim o to, aby partner miał pełną jasność względem naszych oczekiwań. Chociaż nie oznacza to, że wszystkie nasze zachcianki będą natychmiast realizowane, to możemy zostać mile zaskoczeni tym, jak wiele z nich jednak zostaje spełnionych.

Nauczył mnie tego mój mąż, który wcale nie jest ideałem z bajki. To zwykły facet, który lubi poleżeć przed telewizorem, nie chce tańczyć ani chodzić na długie spacery, a na dodatek nie interesuje go porządek w domu. Jednak nie ma oporów przed tym, żeby zrobić to, o co go poproszę. Bez wykrętów robi zakupy, myje okna, odkurza, zmywa naczynia i załatwia tysiące innych spraw, bo ja po prostu mówię, że to właśnie chciałabym, aby zrobił. Bez błagalnego tonu, ale i bez pretensji, że śmieci same z kosza wypełzły na środek kuchni… Umiem też dziękować za codziennie przynoszone z piekarni świeże bułki.

Myślę dlatego, że największą przeszkodą w dobrej komunikacji jest przekonanie o oczywistości pewnych faktów oraz to, że o oczywistościach się w ogóle nie mówi. Oznacza to, że jeśli na dywanie jest pełno okruchów, to przecież jasne, że wymaga odkurzania i anonsować tego nie trzeba. Każdy wie. A jeśli partner tego nie robi, to trzeba go zrugać za ślepotę lub lenistwo. Nie zdajemy sobie zupełnie sprawy, że ludzie różnie postrzegają świat i mają rozmaite priorytety. Okruchy na dywanie czy śmieci wysypujące się z kosza mogą… ale nie muszą być widoczne. Podobnie jak niektóre panie patrząc na mecz rozgrywany na ekranie telewizora, dostrzegają tylko małe ludziki poruszające się na zielonym tle i w ogóle nie widzą ani spalonego ani nawet gola… Dlatego podstawa – absolutna podstawa w każdym związku – to mówienie wprost: „odkurz proszę dywan”, „odbierz dzieci ze szkoły, proszę”.

Ale nie tylko domowe obowiązki wymagają otwartości. Niedawno byłam niechcący świadkiem pewnej dziwnej rozmowy, która niesamowicie ilustruje totalny brak właściwej komunikacji w związku. Odbywała się na korytarzu za drzwiami hotelowego pokoju, w którym miałam okazję nocować. Leżałam już w łóżku i nie chciałam wychodzić w nocnym stroju, by przyznawać się, że słyszę całą dyskusję, a tym samym utrudnić młodym ludziom i tak skomplikowaną wymianę zdań. Jednak zacytuję ją tutaj, nie naruszając przy tym niczyjej prywatności, bo ani twarzy ani imion w tej opowieści nie będzie. Ot, przypadkowa kobieta i przypadkowy mężczyzna.

Zaczęło się od kobiecego płaczu. A zaraz potem przyszedł za kobietą jej facet i ciepłym, pełnym troski tonem zapytał:

– Kotku, co ci się stało? Co się dzieje?

Zamiast odpowiedzi, otrzymał milczenie i ostentacyjne chlipanie. Wielki minus dla pani za to, że nie powiedziała wprost: „zrobiłeś to i to, a ja sobie tego nie życzę”. Z reguły wywołuje to przeprosiny lub szukanie sposobu na wyjaśnienie i pojednanie.

– Kotku, no powiedz, co się stało? – pytał mężczyzna wiele razy. Pani, jak Hitchcock budowała napięcie modulacją chlipania i wycierania nosa.

– Jestem przez ciebie cała roztrzęsiona – padły w końcu słowa. Drugi minus dla pani, która nie tylko nie udzieliła odpowiedzi na pytanie, ale jeszcze próbowała wywołać w mężczyźnie poczucie winy. Jakby nie wiedziała, że poczucie winy najczęściej zamienia się w agresję. Mężczyzna zaczął się denerwować i chociaż nadal pytał, to zmienił ton z troskliwego na rozdrażniony.

– O co ci chodzi? Powiedz mi, o co ci chodzi?

– Wiesz… bo my chyba do siebie nie pasujemy – odpowiedziała pani i zarobiła u mnie trzeci minus, ponieważ nadal nie udzieliła partnerowi odpowiedzi, tylko podjęła próbę szantażu emocjonalnego. Tak jak się spodziewałam, partner poczuł się dotknięty. Po chwili zaskoczenia, rzucił ze złością:

– Tak uważasz?

– Tak – chlipnęła pani.

– No dobrze, skoro tak, to nie będę ci się narzucał. – Wnioski facet wyciągnął oczywiste. Ale nie takie, jak oczekiwała kobieta… – Jeśli nie chcesz, to nie będziemy razem – powiedział pan i chyba wstał, by odejść.

– Ja nie chcę?! – to był krzyk kobiety na cały korytarz – Ja nie chcę?! To ty nie chcesz!

– No przecież to ty powiedziałaś, że do siebie nie pasujemy. A nie ja. Skoro tak, to wracam do domu. – Chyba zaczął się oddalać.

– Gdzie idziesz?! Nie odchodź! Ja cię kocham – krzyczała żałośnie pani. Jej partner wrócił i znowu zapytał:

– No to powiedz mi w końcu, o co ci chodzi, dlaczego robisz problem?

– Ja nie robię problemu, tylko ty – odbijała piłeczkę absurdalnie pani.

– O co ci chodzi? – nie rezygnował z pytania pan. Podziwiam. Ja już bym zrezygnowała i powiedziała, by napisała do mnie list, kiedy wymyśli, czego tak właściwie chce. Pan u mnie zapunktował za cierpliwość.

– Bo mnie źle traktujesz – wychlipała kobieta. Zarobiła czwarty minus, bo to ogólnik i znowu nic nie powiedziała. Padło więc oczywiste pytanie:

– Ale co ja ci zrobiłem?

Nie wiem do dzisiaj, co się stało. Ten mężczyzna mógł być okropnym człowiekiem, mógł tę panią zdradzić na jej oczach, pobić, wyśmiać, poniżyć, mógł wszystko. Ale jeśli tak było, to należało to wyartykułować. Tymczasem zgodnie z moimi najgorszymi obawami pani powiedziała najpaskudniejszą możliwą rzecz i zarobiła kolejny minus, wielki jak pas startowy:

– Wszyscy mi mówią, że nie powinnam być z tobą.

W ten sposób własną głupotę przełożyła na odpowiedzialność zbiorową w znaczeniu: „to nie ja nie wiem, czego chcę, o co mi chodzi i czemu się czepiam, to właściwie wszyscy nie wiedzą, czego ja chcę… „

– Ale kto? Jacy wszyscy? – rozzłościł się mężczyzna.

– No… w pracy i w ogóle… – jąkała się pani, po czym zrobiła coś jeszcze gorszego, chociaż sądziłam, że głupszej odpowiedzi nie da się udzielić. Znalazła ofiarę. Wydumaną lub prawdziwą. – Wojtek mi też mówi, że nie powinnam być z tobą. Ten twój kolega, Wojtek.

Od razu wiedziałam, czym się to skończy i jestem więcej niż pewna, że każdy czytający też wie. Pan się zerwał i zawył:

Obiję Wojtkowi mordę!

Po czym oddalił się, a pani biegła za nim, próbując go zatrzymać.

I chociaż mogłabym panu przydzielić tu minus za chęć fizycznej przemocy, to jakoś nie zdziwiła mnie jego reakcja. Natomiast zachowanie kobiety jest dla mnie absolutnie niedojrzałe i świadczy tylko o konieczności zwracania na siebie uwagi i domagania się – jak mawiała babcia – pieczonego lodu. Cała ta rozmowa nie wniosła do związku niczego konstruktywnego, a jedynie spowodowała silny konflikt. I po raz kolejny powtórzę: jeśli coś mi się u partnera nie podoba, mam prawo mu to powiedzieć, a krążenie wokół tematu i okazywanie niezadowolenia nie wiadomo z czego prowadzi jedynie do podkopania zaufania i bliskości. Niczemu nie służy.

W całym tym dialogu to zdecydowanie pani nazbierała minusów, ale wiem też, że płeć nie ma znaczenia w umiejętnościach komunikacyjnych. Zacytowana rozmowa nie pokazuje kobiecej głupoty, lecz nieumiejętność wyrażania myśli i artykułowania tego, czego się chce lub czego sobie nie życzymy – zjawisko, które dopada ludzi niezależnie od płci. Zatem równie dobrze można założyć, że czasem to mężczyzna nie umie powiedzieć wprost, o co mu chodzi. Myślę, że to cecha po prostu ludzka.

Moje doświadczenie wskazuje jednak, że kobiety częściej stwarzają dramaturgię sytuacji, nie chcąc wprost nazywać spraw, o które mają pretensje. Kobiecy foch najczęściej nosi tytuł: „a domyśl się, o co mam do ciebie pretensję” i jest najsroższą karą dla partnera, który naprawdę kocha. Jest też przejawem niedojrzałości emocjonalnej. Cokolwiek jest powodem łez, można to zawsze zwerbalizować. Każdy partner, który jakoś „skrzywdził” swoją kobietę, chce jej to zazwyczaj wynagrodzić. Ale jak to zrobić, kiedy nie wiadomo w czym rzecz? Dlatego podstawą – powtarzam: absolutną podstawą – jest mówienie wprost. Jeśli potrzebujemy przeprosin, to musimy powiedzieć, co nas rani. Jeśli rana jest zbyt wielka, by przeprosiny pomogły, to można odejść od człowieka, informując go, czego nie chcemy zaakceptować. Należy mu się to, niezależnie od tego, jak głęboko nas skrzywdził.

Oczywiście panowie też czasem milczą, kiedy powinni mówić. Ciekawym przykładem niech będzie mąż pewnej pani, z którą przyszedł na terapię małżeńską wieloletniego związku. Na moje pytanie, kiedy ostatni raz powiedział żonie, że ją kocha, spojrzał na mnie zdziwiony:

– Ale po co? Przecież ona to wie.

Kiedy poprosiłam, by wymienił wszystkie rzeczy, za które kocha swoją żonę, znowu popatrzył na mnie, jakbym była Jednorożcem.

– No jak to? No całą przecież kocham.

Tymczasem prawdziwy związek to właśnie komunikacja. Kochanie wyrasta z gestów, ale i ze słów, które niosą w sobie najcenniejsze uczucia. Im więcej w naszych słowach zrozumienia, ciepła i miłości, tym lepsza relacja. Im więcej radości, piękna i dzielenia się szczęśliwymi wydarzeniami – tym chętniej wracamy do domu, by się przytulić do ukochanej osoby. Im więcej uznania, szacunku i przyjaźni dla partnera – tym mocniejsza więź powstaje. A mocnej więzi nie rozerwie nic i nikt.

Bogusława M. Andrzejewska