Chwila

Któregoś dnia przeczytałam informację, że według najnowszych badań pracy mózgu, czas trwania emocji od wywołującego ją bodźca, do wypłukania związanych z nią neurotransmiterów, nie przekracza 90 sekund. To oznacza, że sama emocja, jeśli nic z nią robić nie będziemy, wygaśnie po krótkiej chwili. Jest w istocie jak motyl, który przysiadł na rękawie płaszcza i sam odlatuje. Często porównuję emocje do takiego motyla.

Jest to też potwierdzenie, że emocje nie zostały nam dane za karę. Nie są dopustem, który zmusza nas do ciągłego cierpienia. Emocje to drogowskazy do uzdrowienia konkretnego wzorca. Jak widać 90 sekund wystarczy, by zwrócić naszą uwagę na ważny temat. Oczywiście, kiedy już zauważymy emocję, to warto zająć się w wolnej chwili odszukaniem właściwego kodu, który wymaga zmiany na inny taki, który będzie nam lepiej służył, przyciągając tylko dobre doświadczenia.

Ma to też znaczenie dla psychosomatyki. Choroby są wywoływane tymi emocjami, które w nas się rozgoszczą na dłużej. Jeśli przez moment poczujemy złość na coś i zaraz nam to mija, nie ma to wielkiego wpływu na zdrowie. Mamy prawo doświadczać całej gamy uczuć i określać samych siebie wobec świata i ludzi. Oczywiście negatywna emocja zaburza pracę komórek, co zostało już udowodnione ponad wszelką wątpliwość przez Bruce’a Liptona, ale jeśli trwa krótko, cząsteczki naszego ciała wracają do normy i nie pociąga to za sobą żadnych konsekwencji. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy emocja trwa długo lub wracamy do niej często. Wówczas nasze ciało fizyczne jest poddawane wyzwaniu, które polega na tym, że komórki funkcjonują często lub stale w ekstremalnie szkodliwych warunkach. Ulegają wówczas uszkodzeniu, co my postrzegamy jako chorobę.

Warto w tym miejscu podkreślić, że ta “chwila”, w której trwa emocja jest w istocie czysto naukową teorią, którą trudno wykorzystać w praktyce. Nasza natura jest tak skonstruowana, że emocja pozostaje w nas dłuższy czas. Nie znika wcale. Mówiąc obrazowo, najczęściej pozwalamy, by ten motyl siedział nam na rękawie, nie chcemy go w żaden sposób odgonić. Obserwuję, że trwanie w emocji jest czymś naturalnym dla większości z nas. Znam doprawdy niewiele osób, które machają ręką i mówią: “nie warto się przejmować”. Przejmowanie się jest obowiązującą powszechnie zasadą, jakże często myloną z odpowiedzialnością. Mamy XXI wiek, a ciągle jeszcze spotykam się z mitem, że dojrzałość to troska i martwienie się. Nie zgadzam się z tym, ale moje stanowisko nie należy do tych popularnych.

Na trwanie w emocjach na pewno wpływają też inne czynniki. Na przykład hormony. Kto doświadczył smaku adrenaliny, wie, o czym próbuję powiedzieć. Ludzie agresywni, którzy szybko wpadają w złość, zauważają, że gniew potrafi napędzać i dodawać siły. Osoby zdradzone i skrzywdzone wolą złość niż żal, ponieważ rozpacz zabiera energię, a gniew wzmacnia. To oczywiście w pewnej mierze iluzja, ponieważ w efekcie złość pozbawia nas zdrowia, a zastrzyk sił jest długiem zaciągniętym z zasobów, które wcale nie są nieograniczone. Złość nie czerpie z wszechświata, jak miłość, lecz z naszych własnych zapasów. Każdy organizm ma taki zbiornik schowany na wypadek niebezpieczeństwa czy zagrożenia życia. W sytuacji krytycznej, choćbyśmy padali na nos ze zmęczenia, adrenalina stawia nas na nogi i pozwala biec z dużą szybkością lub odepchnąć silniejszego napastnika. Silny gniew jest podbieraniem energii z takiego właśnie zasobu, dlatego często daje poczucie przyjemności i mocy. Kiedy jednak opadnie, czujemy się jeszcze bardziej wyczerpani.

Podobnie działają inne emocje. Każdy, kto kiedykolwiek płakał gorąco do utraty sił, doświadczył miłego działania endorfin, które dostajemy jako lekarstwo na smutek. Po płaczu czujemy się zazwyczaj lepiej, lżej, jakbyśmy byli na specyficznym “haju”. Nasza podświadomość to zapamiętuje, dlatego popycha nas w stronę silnych emocji, by doświadczyć błogiego działania adrenaliny czy endorfin.

Innym, często spotykanym powodem tkwienia w niekorzystnych dla nas emocjach jest taki specyficzny bezwład, czyli działanie wbrew rozsądkowi i poddawanie się temu, co w nas szaleje. Na trudnym przykładzie kobiety, która dajmy na to, zostaje porzucona z małym dzieckiem, możemy zobaczyć wyraźnie, jak emocje w niej eskalują. A przecież wiadomo, że złość czy rozpacz nie zapewnią dziecku jedzenia ani nie sprawią, że nieodpowiedzialny partner wróci do domu. Po co zatem ulegać takim emocjom? Czy nie lepiej posłuchać dobrej muzyki? Poszukać sobie ciekawego zajęcia? Pójść na randkę, by nie myśleć o samotności i nie odczuwać jej skutków? A jednak zamiast tego, widzimy cały ogromny wachlarz najtrudniejszych emocji, które niczemu nie służą.

One są i będą, bo ktoś, kto uznał, że został skrzywdzony, wchodzi świadomie w cykl doświadczania psychicznego bólu. W zależności od natury przeżywać będzie więcej żalu lub więcej złości, a najczęściej naprzemiennie obie te emocje. Pomimo całej wiedzy psychologicznej nie jesteśmy w stanie zatrzymać rozpędzonego raz pociągu uczuć, dopóki nie doświadczymy wszystkich barw cierpienia. Po co? Każdy odpowie: po nic, to się po prostu dzieje samo. Na tym polega człowieczeństwo. Gdyby kobieta w takiej sytuacji wzruszyła ramionami i zajęła się tym, co sprawia jej radość, gdyby się po prostu uśmiechała, jak radzi pozytywne myślenie  i postępowała tak, jakby nic się nie stało, zostałaby nazwana osobą niespełna rozumu. Jest tu zatem element dopasowania się do społecznych oczekiwań, ale jest i nawyk reagowania zgodnie z tym, co spontanicznie przychodzi.

Nie ma w tym nic złego. To jest ludzkie, by przeżywać emocje, także te trudne. Z całą pewnością zdrowsze jest doświadczanie ich, niż tłumienie, to też nie ulega wątpliwości. Reagujemy tak wszyscy od lat. Właśnie dlatego naukowe odkrycia, że po 90 sekundach możemy wyjść z emocji, nie są wiele warte w praktyce. Chcemy przeżywać nawet wtedy, kiedy posiadamy wiedzę o tym, że takie emocje niczemu nie służą. Bo one służą. Nam. Pozwalają doświadczać i przeglądać się w sobie i swoich uczuciach. Rozpoznawać siebie. Często bywają też inspiracją dla sztuki. Im więcej bólu, tym piękniejszy i głębszy wiersz, bardziej poruszająca muzyka. To wszystko ma sens. Potrzebujemy naszych emocji w pełni.

Jest jeszcze jeden element, który utrudnia odejście od emocji w minutę, a którego absolutnie nie popieram zaciekłość. Wiele osób świadomie nie chce odpuścić, lecz nakręca się negatywnymi emocjami, uzasadniając to bzdurnym zupełnie powodem: “przecież nie można na to pozwolić”. Argument bez sensu. Nasze emocje nie mają nic wspólnego z naszym światopoglądem, wyborami czy priorytetami. Możemy podejmować dowolne decyzje i wcale przy tym nie wchodzić w złość czy żal. Możemy wierzyć, w co chcemy i robić, co chcemy bez negatywnych emocji. Naprawdę. Szkoda, że nikt tego nie chce dostrzec i wykorzystać dla swojego dobra.

Najbardziej wyraźnie widać to wtedy, kiedy ktoś ma inne zdanie. Ileż to razy wchodzimy w gniew tylko dlatego, że ktoś ma inne poglądy, popiera innego polityka lub drwi z naszego ulubieńca? A przecież wiemy, że każdemu wolno myśleć po swojemu i mieć swoje upodobania. Nie mamy na to wpływu. A jednak często bywa, że nie chcemy odpuścić zaciekłej dyskusji tylko po to, by sobie pokrzyczeć i potupać wyłącznie dlatego, że ktoś się z nami nie zgadza. Wszystkim, którzy miewają taki problem, polecam przerobienie ważnej lekcji pod nazwą tolerancja. Warto nauczyć się dawać innym prawo do własnego zdania.

Podobnie bywa w przypadku konfliktów. Zdarza się, że ktoś nas oszuka, okradnie, porzuci lub w inny sposób wyrządzi nam przykrość. Ważne, by zrozumieć lekcję i odpowiedzieć sobie na pytanie, czym to przyciągnęliśmy i co możemy w sobie uzdrowić, by tego więcej nie doświadczać. Nie ma potrzeby przy tym zanurzać się po uszy w trudnych emocjach. A jednak robimy to i kiedy ktoś nam powie: “odpuść, zapomnij“, to krzyczymy: “nigdy, to niedopuszczalne“. Bardzo często odejście od niepotrzebnych emocji traktujemy, jak akceptację tego niegodnego zachowania. Uważamy, że skoro ktoś uczynił coś nieetycznego, to należy odczuwać gniew i koniec! W takim przypadku polecam wszystkim lekcję wybaczenia.

Może nas skutecznie zmotywuje wiedza o szkodliwości negatywnych emocji, właśnie tych, którym dajemy paliwo pełnymi złości i żalu myślami? Świadomość, że z takich uczuć biorą się rozmaite choroby, powinna nas wyhamować w zaciekłości, bierności i pozwalaniu na to, by lawina niekorzystnych odczuć przelewała się przez nasze ciało. Emocje są nakręcane myślami, a nad myślami powinniśmy mieć kontrolę. Przecież potrafimy. Zamiast rozkminiać stare krzywdy czy niewłaściwe poglądy innych, można skupić się na przyjemnej stronie życia. I to całkiem świadomie, wybierając najpiękniejsze aspekty naszego istnienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Advertisements

Zawiść i zazdrość

Zawiść jest bliska zazdrości, jednak zdaniem psychologów o wiele gorsza. O ile zazdrość o to, że ktoś ma coś ładniejszego bywa motywacją do zdobywania podobnej rzeczy dla siebie, o tyle zawiść jest destrukcyjna i prowadzi do niszczenia tego, czego zazdrościmy innej osobie. Mamy tu najczęściej do czynienia z bezpodstawnym atakiem. Zwykle łączy się z głębokim przekonaniem, że obiekt naszych westchnień jest poza naszym zasięgiem. Jest też oporna w terapii, ponieważ zawistna osoba nie potrafi przyjąć dobra. Chce je odrzucić i zniszczyć. Podobnie jak odrzuca życzliwych sobie ludzi, tylko dlatego, że uważa ich za lepszych od siebie.

To emocja, która najbardziej mnie zadziwia. Głównie dlatego, że nigdy jej nie doświadczyłam, najczęściej przyglądam się innym i próbuję zrozumieć, dlaczego tak działa. Mój przywilej bierze się z dzieciństwa miałam cudownego, kochanego brata, a moi rodzice uczyli nas wzajemnego dzielenia się i starali się jednakowo traktować nas oboje. Mój brat był moim wielkim przyjacielem, nie mogłam więc czuć zazdrości, bo sama przychyliłabym mu nieba. Ponadto los sprawił, że życie ciężko go doświadczyło i to on mógłby mi pozazdrościć zdrowia, a nie ja jemu czegokolwiek.

Miałam też dobre doświadczenia w szkole byłam lubiana, świetnie się uczyłam i umiałam cieszyć się tym, co posiadam. A przecież byli wokół mnie lepsi ode mnie. Moja przyjaciółka z jednej ławki była wyjątkowo utalentowana plastycznie. Malowała i rysowała tak pięknie, że wszyscy nauczyciele stawali koło niej z zachwytem i zamawiali rozmaite dekoracje klasowe. Podziwiałam ją, przyjaźniłam się z nią i uważałam jej talent za niekwestionowany, ale i zupełnie oczywisty. Ktoś inny w klasie był znakomity z matematyki, ktoś jeszcze inny był prymusem i zbierał same najlepsze oceny, ktoś podróżował z rodzicami po świecie, ktoś miał cudnego psa, a ja…. pisałam ładne wypracowania. Miałam swój talent i nie zazdrościłam nikomu niczego, rozumiejąc, że każdy coś ma, każdy coś potrafi. Tak mnie nauczono i wychowano. To mój wielki dar od losu i od moich rodziców.

Opisuję tu swoje dzieciństwo, bo to jest czas, kiedy w ludziach kształtuje się tendencja do tej paskudnej emocji. Oczywiście jak każda emocja ta też może być pożytecznym drogowskazem do rozwoju. Zanim jednak ktokolwiek zajmie się tym rozwojem, najpierw sieje wokół siebie potworne spustoszenie. A my doświadczamy potem dziwnych rzeczy. Chociaż sama nie zazdrościłam nikomu, to jednak odsunęły się ode mnie bez powodu osoby, którym zawiść nie pozwoliła być ze mną w przyjaźni. To ich lekcja, nie moja, ponieważ we mnie nie wywołało to żadnych emocji, a co charakterystyczne te osoby po prostu zniknęły z mojej przestrzeni, nie atakując mnie w żaden sposób otwarcie. Zrozumienie tego zniknięcia przyszło z czasem, kiedy dotarły do mnie ich wypowiedzi i zachowania. Stąd też moje wielkie zainteresowanie tą dziwną dla mnie emocją.

Obserwuję często sytuacje, w których zawiść koduje się w ludziach właśnie wtedy, kiedy rodzice wyróżniają innego malucha. To ten pierwszy moment poczucia odrzucenia, który rozrasta się czasem w paskudne uczucie zawiści. Dziecko zawsze łaknie miłości i jeśli rodzic nie ma dla niego czasu, bo zajmuje się młodszym bratem lub siostrą, to utrwala się w nim silny ból, który potrafi trwać przez całe dorosłe życie.  Jednak oprócz bólu, rodzi się też potrzeba walki o stracone zainteresowanie, które przejawia się atakowaniem rodzeństwa. To “bardziej kochane” maleństwo staje się wrogiem, a nie przyjacielem, jakim być powinno. Jakie to przykre, nienawidzić własnego brata czy siostry.  Dodać tu warto, że w dorosłym życiu przenosi się tę agresję na dowolnych innych ludzi w pracy, w rodzinie, wśród znajomych.

Ale przyczyną może być też porównywanie z innymi, czasem nawet z obcymi dziećmi. Jedna z moich znajomych ma rodziców, którzy nie umieli jej pochwalić za całkiem niezłe oceny, lecz zawsze podnosili poprzeczkę i stale dopytywali, jakie oceny dostały najlepsze dzieci w klasie. Jakie to było bolesne dla tej dziewczynki, która miała takie zdolności, jakie miała i nie była w stanie dorównać prymusom, mówić nie muszę. Rozwijała po cichu i cierpliwie nienawiść do każdej osoby, która była od niej w czymś zdolniejsza. Dziś nosi w sobie ułomny wzorzec, który niszczy każdą relację, bo w każdej porównuje się do innych i w każdej czegoś zazdrości. Nie umie zaakceptować siebie i zainspirować się sukcesem drugiego człowieka, ponieważ nauczono ją zawiści. Kiedy spotka osobę, która w czymś jest dobra, natychmiast krytykuje ją i poniża.

Emocje te są bardzo powszechne. Widać je stale w rozmaitych sytuacjach wokół nas, dominują w filmach i powieściach obyczajowych. Z zazdrości ludzie mogą nienawidzić, a nawet mieć mordercze myśli. I nie mam tu na myśli klasycznego Otello, lecz codzienne złośliwe ataki przy każdej okazji. Według moich obserwacji zawiść jest drugim co do częstotliwości występowania powodem niechęci i agresji słownej pierwszym są odmienne poglądy polityczne. I niestety, zgodnie z zasadą lustra przyciąga to do nas bardzo charakterystyczne odzwierciedlenie. Ludzie, którzy zazdroszczą innym sami są zdradzani, by jeszcze bardziej zazdrościć.

Dla klarowności wyjaśnię, że pisząc o zdradzie nie mam na myśli tylko spraw wierności małżeńskiej. Zdradą jest przecież zachowanie rodzica, który coś obiecuje i nie dotrzyma. Zdradzają nas niesłowni przyjaciele, oszuści wszelkiej maści, a nawet nasza rodzina. Jeśli zatem ktoś bliski nam emocjonalnie rodzic, siostra, przyjaciel, małżonek wybiera kogoś innego, zamiast być lojalnym wobec nas, u podstaw leży schowana głęboko w sercu zazdrość.

Jak sobie pomóc i jak wyleczyć się z tendencji do zazdrości? Przede wszystkim warto zrozumieć, że nie czujemy zawiści o coś lub o kogoś. Osoba, przedmiot czy sukces, które powodują, że zieleniejemy, to tylko zewnętrzne objawy. Prawdziwa trucizna jest w środku nas. To ten ból z dzieciństwa, to przemożne poczucie odrzucenia, bycia gorszym i niepotrzebnym, to przekonanie, że nikt nas nie chce i nie kocha.

Jedna z moich klientek zapytana, co naprawdę czuje, kiedy mówi, że jest zazdrosna o męża, który flirtuje z inną, opisała mi ciekawy obrazek. Powiedziała, że jest jak mały, głodny szczeniaczek, który leży wyrzucony w błocie i na deszczu, z daleka od jakiejkolwiek pomocy. Dookoła tylko błoto i woda i bardzo zimny wiatr. Ta przejmująca wizja pokazuje prawdziwe podłoże zazdrości, ponieważ odwołuje się do naszego wewnętrznego dziecka. To metafora jakiegoś zdarzenia z dzieciństwa, kiedy ta kobieta poczuła się porzucona i odepchnięta przez rodziców. Mały piesek na deszczu to ktoś bezradny, kochający, kto liczył na miłość i wsparcie, a dostał wielkiego kopniaka. Jest to wyraźnie układ: malutkie i bezbronne dziecko – rodzic. A nie żona i mąż, bo dlaczego żona miałaby być wobec swojego partnera malutka i bezbronna? Warto dodać, że trafiłam na wyjątkowo wrażliwą i szczera osobę. Większość z nas ukrywa takie uczucia pod agresją i w chwili zazdrości ujawnia jedynie gniew.

Jak zatem sprawić, by zagubiony w deszczu szczeniaczek stał się na powrót silnym, dużym i szczęśliwym psem? Odnaleźć w sobie swoją moc. To, czego zazdrościmy innym, jest naszym potencjałem. Ludzie sukcesu nas inspirują do tego, byśmy odkrywali własne możliwości. To, co widzimy u innych, możemy rozwijać w sobie, zamiast tracić energię na atakowanie tamtych osób. Zobaczmy w osiągnięciach drugiego człowieka piękno, zachwyćmy się nim. To, co kochamy i podziwiamy, przyciągamy do siebie.

Ważne, by poczuć się doskonałą istotą, która nikomu niczego zazdrościć nie musi, bo ma w sobie wszystko, czego pragnie i potrzebuje. Przychodzimy na świat wyposażeni idealnie we wszystko, co może sprawić, że będziemy szczęśliwi i spełnieni. Nie musimy z nikim się porównywać. Jesteśmy absolutnie doskonali. Wystarczy podnieść poczucie wartości i nauczyć się doceniać swoje piękno. A jeśli ktoś ma problem z rozwijaniem samooceny polecam dobry podręcznik z odpowiednimi, skutecznymi ćwiczeniami.

Odczuwanie zazdrości przenosi nas w czasie w przeszłość do tej chwili, kiedy rodzice nas odrzucili, zdradzili i zawiedli. Warto jednak pamiętać, że to oni popełnili błąd, nie umiejąc pochwalić własnego dziecka, porównując je z kimś obcym lub faworyzując jedną z pociech, kosztem drugiej. W tym pierwszym przypadku rodzice bez wątpienia sami padli ofiarą kompleksów, skoro zamiast miłości i starań we własnym potomku, szukali ideału zawyżając wymagania. Swoim córkom zawsze powtarzałam, że mają być szczęśliwe i nie obchodziły mnie ich oceny w szkole. Owszem, chwaliłam za każdy sukces, ale gdy sukcesów nie było, chwaliłam za to, że są dobre i mądre. Wymagający rodzice to zakompleksione nieudaczniki, które chcą sobie podnieść poczucie wartości kosztem własnego dziecka. Przepraszam musiałam to napisać. Dziecko ma być szczęśliwe i dobre dla innych, a nie najlepsze w klasie, by się nim chwalić sąsiadkom. 

Na koniec jeszcze słów parę na temat zazdrości w związku. Nie warto tracić na nią czasu. Nie mamy wpływu na to, co, gdzie i z kim robi nasz partner. Nie upilnujemy nikogo. A im bardziej będziemy prześladować i kontrolować, tym szybciej partner od nas ucieknie. Możemy natomiast pracować nad sobą i to jest moim zdaniem najskuteczniejszy sposób. Podniesienie poczucia wartości sprawi, że poczujemy się najpiękniejsze/najlepsi. Nie znajdzie się na świecie żaden rywal/rywalka, która mogłaby zagrozić naszej miłości. W rozwijaniu poczucia wartości istotne jest prawdziwe kochanie siebie. Jeśli kocham siebie to mój partner mnie kocha, ponieważ jak lustro odbija moje przekonania. Jeśli jestem wierna sobie, to i mój partner odzwierciedli takie podejście. Może zatem spędzać czas w pracy z kim chce, a ja nie muszę się martwić o nasz związek. 

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Gniew

Gniew może być naszym przyjacielem, jeśli nauczymy się go rozumieć. Żadne to zresztą zaskoczenie, bo z pewnego punktu widzenia, nic nie jest dobre ani złe, to tylko człowiek próbuje wszystko oceniać i dzielić na czarne i białe. Wszystko ma swój cel i sens. Celem gniewu – jak zresztą każdej innej trudnej emocji – jest pokazanie, co mamy w sobie do uzdrowienia. Pojawia się właśnie wtedy, kiedy dana sytuacja uruchamia wewnętrzny wzorzec, wymagający korekty.

Wielu ludziom jest bardzo trudno polubić gniew. Ach, czasem nawet trudno go im zaakceptować. Bo jak można lubić coś tak okropnego! I jaki to wstyd dla osoby, która zajmuje się rozwojem. Tymczasem problemem nie jest wcale emocja, która się pojawia, lecz to, co z nią zrobimy. Bo dopóki chodzimy po Ziemi, będziemy odczuwać rożne emocje – w większym lub mniejszym natężeniu.

To prawda, że osoby, które systematycznie medytują, są bardziej opanowane i rzadziej odczuwają tego typu rzeczy. Wynika to przede wszystkim z nabierania dystansu do rzeczywistości. Na jakimś etapie duchowej praktyki zaczynamy rozumieć, że wszystko jest iluzją, grą i zabawą, a dla naszej prawdziwej esencji nie ma znaczenia, co się dzieje, co kto mówi i jak nas traktuje. Dlatego polecam gorąco medytację wszystkim, którzy chcieliby odnaleźć w sobie prawdziwy spokój. Nie taki, który jest ucieczką od rzeczywistości, ale który jest totalną akceptacją wszystkiego, co jest. To najlepsze lekarstwo na wszystkie trudne emocje. Jeśli naprawdę wszystko akceptujemy, to nie mamy powodu, by odczuwać gniew czy żal. Te rzeczy przestają dla nas istnieć. Oto prosta recepta na szczęście i wolność od zmartwień.

Prostota rozumienia nie idzie oczywiście w parze z praktyką, dlatego większość ludzi stale odczuwa różnego rodzaju emocje i nie ma w tym niczego niewłaściwego. Niewłaściwe natomiast jest ich tłumienie lub wypieranie i udawanie, że ich nie ma, bo to wstyd. Co ciekawe, taka osoba, która stale zaprzecza, że doświadcza gniewu, najczęściej nie dostrzega setek zjawisk wokół siebie, wyraźnie wskazujących obecność złości w jej wewnętrznej matrycy. I wtedy jest zabawnie, bo wszyscy dookoła widzą lustrzane odbicie gniewu, a ona stale powtarza: „och, nie ma we mnie takich uczuć, ja wszystko akceptuję i wszystkim wybaczyłam”. Krzywdzi tym zaprzeczaniem tylko sama siebie. Ma do tego prawo. I nie ma sensu takiego człowieka przekonywać, że jest inaczej. Do uzdrowienia potrzebuje niestety zauważenia tego, co tak zapamiętale wypiera.

W tym miejscu przypomnę, że stłumione emocje prowadzą do różnych schorzeń. Psychosomatyka wyraźnie pokazuje, jak wysoką cenę płacimy za udawanie, że jesteśmy spokojni i niczym się nie przejmujemy, bo nam wstyd przyznać się do prawdziwych uczuć. Czasem to nie kwestia wstydu, lecz podświadoma obrona przed cierpieniem. Kiedy na co dzień musimy mierzyć się z niesympatycznymi atakami, na które reagujemy płaczem i gniewem, to po pewnym czasie dystansujemy się do zjawiska, udając, że nic nas to nie obchodzi. Zachowujemy spokój, robimy swoje i wydaje nam się, że już uporaliśmy się z problemem. To często tylko złudzenie, bo dopóki ataki trwają, to w nas jest wzorzec, który je wywołuje. Nie ominiemy uzdrowienia udawaniem akceptacji i spokoju – to tylko tłumienie.

Największym problemem jest wyrażanie gniewu. To tutaj znaleźć można okrucieństwo, przemoc, sadyzm, bicie, kopanie, a nawet pozbawianie życia. Myślę, że właśnie dlatego ta emocja jest traktowana z tak wielką niechęcią i wstydem. Tymczasem można ją wyrażać bezpiecznie, nie raniąc nikogo. Można ją wykrzyczeć, ile sił w płucach, stając jak Liza Minelli w „Kabarecie” pod wiaduktem, którym przejeżdża pociąg. Można tłuc pięścią w poduszkę lub bardziej praktycznie: wytrzepać dywany. Moja znajoma, kiedy dotyka ją takie uczucie, zaczyna przestawiać meble w pokoju. Sposobów jest wiele. Ważne, by sobie uświadomić, że odwrotną stroną złości jest siła witalna. Wykonanie ciężkiej pracy, walenie pięściami w gruszkę czy trzepaczką w dywan prowadzi do zmęczenia, a to uwalnia gniew.

Czasem wystarczy z kimś porozmawiać, nazwać swoje problemy lub tupnąć nogą i zakląć, ale bez przesady. Trzeba umieć werbalnie pracować ze złością, ponieważ słowa nasycone emocjami mogą nas jeszcze bardziej nakręcać, niż rozładowywać. Poza tym myślami i słowami tworzymy swoją rzeczywistość. Jeśli będziemy kląć jak szewcy, to w krótkim czasie zaśmiecimy swoją przestrzeń i będziemy żyć na kupce mentalnego brudu. Już o tym pisałam.

Warto natomiast zwrócić uwagę, że posiadamy niejako dwa umysły. Jeden umysł to ten emocjonalny – nasze “wewnętrzne dziecko“, które może fajnie wyrażać to, co czujemy. To ważne, bo dzięki temu widzimy, co jest do uzdrowienia, co nam przeszkadza. Tłumienie złości i udawanie, że wszystko jest OK nie prowadzi do niczego dobrego. Wewnętrzne dziecko pomaga nam potupać i pokrzyczeć, abyśmy poczuli, co się w nas i z nami dzieje. Ale uwaga! Nie wyżywamy się na nikim i nie bijemy słowami! Nikogo nie obrażamy i nie poniżamy. Krzyk może być dobrym czynnikiem spustowym, ale nie może być narzędziem przemocy.

I tu właśnie włącza się drugi umysł. Umysł świadomy, racjonalny i posiadający wiedzę. Powinien mieć duży wpływ na ten pierwszy. Ten umysł łagodzi gniew rozsądnym podejściem. Zadaje pytania typu: „no i co z tego? A komu to przeszkadza? A czy warto tracić zdrowie? A nie lepiej odpuścić?” Może też czasem podsunąć merytoryczną analizę problemu, która udowadnia, że właściwie to nie ma powodu do złości. Ot, zdarzyło się coś… i szkoda czasu. Może też pokazać, że nie mamy żadnego interesu w zajmowaniu się gniewem.

Przykład: po kłótni z partnerem wykrzyczymy do przyjaciółki, że czujemy wielką złość i najchętniej odeszłybyśmy, dokąd nas oczy poniosą! Nie chcemy partnera więcej widzieć! Tak mówi umysł emocjonalny. Jednocześnie słuchamy umysłu racjonalnego, który szepcze: “nie chcę się z nim rozstawać, chcę go zrozumieć, kocham go i jest mi z nim dobrze”. Kiedy opadną emocje, zostanie tylko głos zdrowego rozsądku. Dlatego nie warto w emocjach podejmować decyzji, bo potem nigdy nie będziemy z niej zadowoleni.

Najbardziej optymalnym rozwiązaniem jest dopuszczenie do głosu obu umysłów. Żaden nie podejmuje decyzji samodzielnie. Najpierw uwolnijmy gniew, nazwijmy go i zaakceptujmy. Natomiast potem warto pomedytować, wyciszyć się i wreszcie znaleźć prawdziwą przyczynę emocji. Jak pisałam wyżej – gniew wskazuje, że nosimy w sobie jakiś wzorzec, który wymaga uzdrowienia. Kiedy go odnajdziemy i zmienimy na właściwy, efekty mogą nas cudownie zaskoczyć. Skończą się kłótnie i problemy w związku, rodzinie czy pracy. Znikną powody do odczuwania jakiejkolwiek niewygodnej emocji. Relacje poukładają się całkiem przyjemnie i odnajdziemy dla siebie komfort.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Magia Spokoju

Dopóki nie staniemy się istotami oświeconymi, przeżywamy różne emocje i mamy do nich pełne prawo. Moim zdaniem nie ma nic niewłaściwego w odczuwaniu gniewu, smutku czy zazdrości – to tylko drogowskazy prowadzące nas do uzdrowienia. Oczywiście, jeśli faktycznie się rozwijamy i rozumiemy, o co naprawdę chodzi w emocjach, to te trudne uczucia pojawiają się coraz rzadziej i rzadziej. Wygasają w sposób zupełnie naturalny. Bezwarunkowa miłość sprawia, że nie czujemy złości ani zazdrości, bo akceptujemy to, co się pojawia.

Zapewne dlatego tak często mówi się, że miłość wszystko uzdrawia. Ma w sobie taką niezwykłą moc, która zamienia przykrości w zwyczajne zdarzenia. Wystarczy przypomnieć sobie chwilę, kiedy byliśmy zakochani. To niezwykły stan, który sprawia, że kochamy cały świat i akceptujemy wszystko, nawet to, co zazwyczaj nas denerwuje. Jak cudownie byłoby być stale zakochanym! Czy to możliwe? Oczywiście. Można po prostu zakochać się w życiu i wszystkich jego przejawach. Uważam, że zawsze jest obok nas ktoś do kochania. A oprócz ludzi jest mnóstwo rzeczy, które budzą w nas wspaniałe uczucia: świetna książka, dobry film, wygodny fotel, piękna medytacja…

Zanim zaczęłam pisać ten artykuł, myślałam o tym, jak bardzo jestem szczęśliwa – mam sprawnego, lekkiego laptopa, słucham dobrej muzyki, a obok pali się pachnąca świeca. Rozejrzałam się po swoim malutkim pokoiku i uświadomiłam sobie, jaki jest wygodny i przytulny. Wszystko w nim jest zrobione dokładnie tak, jak chciałam, jak lubię. Taki drobny komfort może otworzyć w nas prawdziwe okno do pozytywnych emocji. Wystarczy się na nich skupić.

W moim życiu nie brakuje zmartwień i problemów. Są – jak u wszystkich. Rozwiązuję je, jeśli tylko mogę. Ale poza tym staram się dostrzegać to, co dobre. Szukam piękna i miłości. A przez miłość rozumiem tu też wszystkie pozytywne uczucia: zachwyt, sympatię, podziw. Doceniam też prosty zewnętrzny urok rzeczy ładnych i wygodnych. Cieszy mnie nawet taki drobiazg, jak wazon z kwiatami czy stojąca naprzeciwko taca ze słodyczami. Nie, nie mam teraz ochoty na cukierki, ale to ładny widok, a słodycze dają mi poczucie obfitości. Na tym skupiam swoją uwagę i to zasilam – całe dobro i piękno, jakie mnie otacza w takiej zwykłej codzienności.

Wielu psychologów podkreśla dobroczynny wpływ wdzięczności na nasze życie. Dotyczy to nie tylko prosperity i Prawa Przyciągania, ale właśnie uruchamiania mocy serca. Wdzięczność działa tak, jak zebranie całej swojej energii i wysłanie w jedną stronę: w stronę bezwarunkowej miłości. To właśnie taka chwila. W pełni dobrych uczuć zauważam całe dobro, jakiego doświadczam i zasilam je mocą pozytywnych emocji – miłości, radości, satysfakcji. Skupienie uwagi na tym, co piękne, podnosi moją energię.

Nie jest to tylko kwestia materii, bo doceniam także muzykę i bardzo lubię rozmowy z przyjaciółmi, a najwięcej dobrej energii czerpię z miłości mojego partnera. Wystarczy jeden jego telefon z pracy i jedno: „Kocham cię skarbie”, a moje pozytywne akumulatory są naładowane na cały dzień. Czasem jest trudniej – coś idzie nie tak, jesteśmy oboje zmęczeni, boli głowa, ludzie się czepiają o drobiazgi… Wtedy także najłatwiej odzyskać spokój poprzez szukanie tego, co jest dobre. Jeśli partner ma zły humor i warczy, wówczas zaczynam wyliczać wszystkie rzeczy, które kocham. Im szybciej podniosę swoją energię do maksimum, tym bardziej i jemu pomogę odzyskać dobry nastrój. Jesteśmy przecież połączeni wspólną przestrzenią i emocjonalną bliskością.

Zróbcie to samo: rozejrzyjcie się dookoła, odnajdując wszystko to, co lubicie i co sprawia Wam przyjemność. Ulubiony długopis, sprawny komputer, puszysty dywan, piękny obraz na ścianie, najnowszy model telewizora… Wszyscy jesteśmy otoczeni mnóstwem ładnych i wygodnych rzeczy. Żyjemy w komfortowych mieszkaniach. Mamy mądre i dobre dzieci. A pomimo tego znajdujemy sobie jeden bodaj powód do cierpienia i decydujemy, że będziemy tarzać się w emocjach. Czasem wygląda to tak, jakby radość sprawiała, że czujemy się dziecinni (och, co za wstyd!) i dopiero zmarszczka zmartwienia na czole odbudowywała godną i poważną dorosłość. Ale dojrzałość nie polega na powadze, tylko na umiejętności radzenia sobie z trudnymi emocjami i na umiejętnym budowaniu własnego szczęścia.

Dorastanie pozwala nam uwalniać się od wielu emocji. Być może ktoś z Was jako dziecko płakał na widok deszczu, ponieważ nie mógł pobiec bawić się na podwórku. Kiedy staliśmy się dorośli, deszcz już nas nie złości i nie smuci. Jest tylko deszczem. Nie mając wpływu na pogodę, nie tracimy zdrowia na martwienie się takimi drobiazgami. Być może jest to podpowiedź, co zrobić, by nie przejmować się także innymi rzeczami, którymi nie możemy władać. Wystarczy nabrać dystansu. Być prawdziwie dorosłym i traktować wszystko, jak deszcz za oknem.

Istnieje genialna zasada, która czasem krąży w sieci jako cytat z kogoś lub jako buddyjska mądrość. Brzmi ona: Jeśli coś ci się nie podoba – nie martw się, lecz zmień to. Jeśli nie możesz tego zmienić – spokojnie zaakceptuj. W żadnym wypadku zmartwienie nie poprawi sytuacji. Często to powtarzam, także samej sobie. Jest w tym oczywista prawda, że choćby największe i najgłośniejsze tupanie nogami nie zmieni rzeczywistości. Po cóż zatem denerwować się czymś, na co nie mamy wpływu? To absurdalna strata energii. A jeśli dodamy do tego fakt, że nasze negatywne emocje wpływają niekorzystnie na zdrowie, to cała ta zabawa przestaje być w najmniejszym stopniu opłacalna. Wystarczy odrobina zdrowego rozsądku i odczuwam spokój.

Warto pamiętać, że nie jesteśmy bezsilni wobec emocji. Są tysiące sposobów, by nie pozwolić im sobą zawładnąć. Ot, choćby głęboki przeponowy oddech, który pomaga szybko odzyskać spokój. Równie skuteczne jest zajęcie się czymś, co pochłonie myśli na tyle, by negatywne emocje opadły. Coś, co działa jak rozwiązywanie matematycznego zadania – absorbuje całą mentalną energię. Można na chwilę podjąć jakieś intelektualne zadanie. Bardzo dobrym sposobem jest też słuchanie muzyki lub krótki spacer. Mi najszybciej pomaga podniesienie nastroju poprzez krótką pracę z Aniołami lub z energią Reiki. Ważne, by nie poddawać się i nie nakręcać, lecz samemu decydować, że: “nie wchodzę w te emocje”. Czasem to właśnie zdrowy rozsądek okazuje się kluczowy: po co się denerwować, przecież to nic nie da. Nie zawsze to działa i nie na każdego. Jesteśmy przecież różni, ale warto spróbować.

Mnie najbardziej dotyka bezradność, ponieważ to, co mogę zmienić – zmieniam. Pracowicie i uparcie buduję swoje szczęście na wszystkich obszarach. Nie odkładam na bok niczego, na co mam wpływ. Czasem jednak… nic nie mogę. To czas na akceptację i pogodzenie się z rzeczywistością. Choćby taką, jak wyniki wyborów, które totalnie mi się nie podobają. Jestem zmuszona istnieć w brzydkiej rzeczywistości i umieć pomimo tego odnaleźć swoje piękno życia. Zatem to właśnie robię. Z całą pewnością nie pomoże mi płacz i zgrzytanie zębów, a magii nie chcę używać. A jeśli już – to tylko magii spokoju.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Bez lęku

Lęk leży u podłoża wszystkich negatywnych emocji. To z niego wyrastają najtrudniejsze odczucia. Kiedy w naszym sercu pojawia się rozpacz albo żal lub złość, to najprawdopodobniej jest wynikiem lęku przed samotnością, odrzuceniem, poczuciem bezwartościowości czy przed wstydem. Jest to też bardzo silna blokada, uniemożliwiająca przepływ ożywiającej wszystko energii. Jeśli rozgości się w nas na dłuższy czas, prowadzi do poważnych schorzeń. Nie warto zatem trwać w lęku. Warto natomiast szukać sposobów na uzdrowienie.

Lęk jest czymś innym niż strach. Ten drugi jest czynnikiem fizjologicznym i pojawia się wówczas, kiedy stajemy wobec realnego zagrożenia. Kiedy wybuchnie pożar, kiedy nas atakuje dzikie zwierzę, kiedy ktoś chce naruszyć naszą nietykalność, wtedy strach uruchamia w naszym ciele działanie hormonów niezbędnych do ratowania życia i zdrowia.

Ten pierwszy jest irracjonalny. Jest najczęściej odruchem nawykowym, wykształconym w dzieciństwie. Działa jako odpowiedź na ślad trudnych doświadczeń. Zapamiętujemy negatywne gesty, zachowania, ton głosu i potem w dorosłym życiu reagujemy jak zagrożone, wystraszone dziecko, kiedy tylko napotkamy coś, co kojarzy się nam z przykrą sytuacją z przeszłości.

Bywa często, że nasze lęki są bezzasadne. Dlatego warto zacząć od uważnego przyjrzenia się temu, czego się boimy. Być może to coś ma tylko wielkie oczy. Najczęściej boimy się naszych myśli o czymś, a nie tego czegoś. Przykładem niech będzie dentysta. Największą torturą bywa dzisiaj siedzenie w poczekalni i słuchanie dochodzących z gabinetu dźwięków. Panicznie boimy się tego, co nas za tymi drzwiami spotka. A kiedy już nadchodzi ta okropna chwila, okazuje się, że dostajemy znieczulenie i cały zabieg nie jest wcale straszny. Dlatego właśnie punktem wyjścia do życia bez lęku jest przyjrzenie się swoim myślom i obiektywne stwierdzenie, czy nie boimy się jakiegoś strasznego wyobrażenia, a nie samej sprawy.

Bywa, że boimy się ludzi. Boimy się podejść i zagadnąć kogoś obcego, bo… no właśnie. Bo co? Co się może stać złego? Ta osoba w najgorszym wypadku może wzruszyć ramionami i nas zignorować lub być nieuprzejma i nas obrazić. I co z tego? Czy nas zje? Uderzy? Skrzywdzi? Raczej wątpliwe. Dlaczego zatem paraliżuje nas strach? Przykładem może być tutaj trema, która w istocie jest absurdalnym strachem przed ośmieszeniem. Ludziom występującym publicznie wydaje się końcem świata sytuacja, kiedy strzelą gafę, pomylą się, rozbawią swoja pomyłka publiczność. Nie zdają sobie sprawy, że widownia pośmieje się przez kilka minut, a potem zapomni, bo każdy zajmie się swoimi sprawami. Egocentryzm każe nam wierzyć, że nasza pomyłka będzie w centrum uwagi dłużej i aż do końca świata. Kolejnym sposobem na zmniejszenie lęku może być zatem realne przyjrzenie się sprawie i ocena, czy nie wyolbrzymiamy tu czegoś.

Patrząc nieco filozoficznie, lęk bierze się z pragnienia pozostania w strefie komfortu. Boimy się zmian, ponieważ niosą ze sobą nieznane. Przewidywalność daje nam poczucie bezpieczeństwa. To co nowe – przeraża. Niewielu spośród nas umie płynnie dostroić się do procesu życia. A warto pamiętać, że życie ma być twórcze, a nie wygodne. Trudności są po to, abyśmy mogli rozwijać w sobie najpiękniejsze jakości. Są dobrodziejstwem i przygodą, która pozwala nam uruchomić swoją wewnętrzną moc. Zmiana optyki pozwala pozbyć się lęku. Jest to jedna z ciekawszych metod uwalniania od tego niechcianego uczucia: w miejsce napięcia wprowadzamy ekscytację. Przynosi to niezwykłe efekty – warto spróbować. Polecam.

Często mówi się też o oswajaniu lęków, czyli zaakceptowaniu ich, jako czegoś naturalnego. Nie warto przed nimi uciekać, czy zamiatać ich pod dywan. Będą nas wówczas nękały z ukrycia. Natomiast wtedy, kiedy zaakceptujemy je i obejrzymy z każdej strony – cichną, tracą siłę i moc, gasną, przestają zatruwać nam życie. Dotyczy to też samego życia i sytuacji, które nas przerażają. Warto je zaakceptować, przyjąć, przestać stawiać im opór. Kiedy nauczymy się płynąć z nurtem i zaczniemy dostrzegać harmonię wszechświata, odzyskujemy wiarę w to, że mogą nas spotykać tylko dobre rzeczy.

Pozytywne myślenie jest doskonałym sposobem na uwolnienie od lęku. Człowiek, który żyje w radości i bez napięcia, rzadko wpada w neurozy. Świadomość ubóstwa wszędzie widzi zagrożenie, świat jest dla niej zły, jedzenia naszpikowane chemią, a piękne chmury na niebie są wynikiem chemtrails. Można i tak. Ale właśnie wtedy zaczynamy wszystkiego się bać, bo skoro za każdym rogiem czai się zło, a tajemne siły chcą nas zniszczyć, to jak można się nie bać? Świadomość prosperująca wie, że sama kreuje swoje życie. Jeśli tworzy tylko dobre myśli, to nic złego nie może jej spotkać. Czego zatem ma się lękać? Pięknej pogody? Dobrych ludzi? Pysznego jedzenia? Aniołów, które rozpościerają na niebie skrzydełka?

Im bardziej czegoś pragniemy, tym gorzej znosimy sytuację, kiedy tego nie dostajemy. Stąd bierze się opór, to nasz bunt przeciwko temu, co się dzieje, jeśli nie dzieje się po naszej myśli. Aby sobie pomóc, można nabrać dystansu do świata, a szczególnie do własnych oczekiwań. Buddyzm uczy, by do niczego się nie przywiązywać. To bardzo mądre, ponieważ nie oczekując nadmiernie niczego, nie cierpimy, jeśli tego nie dostaniemy. Nie czujemy też bólu, kiedy coś tracimy, ponieważ to właśnie przywiązanie do ludzi i rzeczy wywołuje trudne emocje.

Nasze pragnienia są często wygórowane. Szczególnie wówczas, kiedy są sposobem na dowartościowanie siebie. Człowiek, który ma niską samoocenę szuka na zewnątrz siebie czegoś, co sprawi, że poczuje się lepiej sam ze sobą. To mogą być pieniądze lub awans – coś, czym może pomachać innym przed nosem. Kiedy nie osiągnie celu i wymarzony sukces rozwieje się jak dym, staje się podwójnie nieszczęśliwy. Władzę nad takim człowiekiem przejmuje lęk przed bezwartościowością. Nie muszę przypominać, że szukanie pewności siebie poza sobą jest ślepą uliczką. Warto natomiast podkreślić, że praca z poczuciem własnej wartości sprawia, że lęki znikają.

Ostatnim czynnikiem, który ma wpływ na nasze poczucie bezpieczeństwa jest uwolnienie od poczucia winy. Wyrzuty sumienia obniżają nam samoocenę, a co za tym idzie, sprawiają, że nasz komfort psychiczny znika. Pojawiają się negatywne myśli, a z podświadomości wypływa lęk przed karą. Jeśli zrobiliśmy coś, co uznajemy za złe, to czujemy, że należy się za to jakieś rozliczenie. Często sami je sobie wymierzamy nieświadomie przyciągając przykre wydarzenia i kłopoty. Czujemy to i poddajemy się lękom w przeświadczeniu, że sprawiedliwości musi stać się zadość. Przy czym sprawiedliwość postrzegamy tu jako karzącą nas dłoń opatrzności. Warto zmienić optykę i pomóc sobie. Uwolnienie od poczucia winy i wybaczenie sobie podnosi nam energię i pozwala cieszyć się życiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Plusy emocji

Patrząc z poziomu rozwoju wewnętrznego wszystkie negatywne emocje są dla nas drogowskazami, dzięki którym dostrzegamy wzorce wymagające uzdrowienia. To ważna zaleta, ponieważ w ten sposób emocja staje się dla nas istotnym nauczycielem, który pomaga nam wznosić się coraz wyżej i stawać się coraz lepszymi, mądrzejszymi i dojrzalszymi. Czy zatem rzeczywiście są one “negatywne” tak, jak je nazywamy? Dualizm wynikający z konieczności segregowania zjawisk na dobre i złe wprowadza często wiele zamieszania. W istocie każda emocja będzie harmonijna z naszą rzeczywistością, każda po prostu jest.

Te emocje, które określamy jako pozytywne – np. : radość, sympatia, zadowolenie, poczucie wolności i bezpieczeństwa itp. – są harmonijne przez sam fakt swojego istnienia. Z zasady zbliżają nas do miłości bezwarunkowej, która przecież jest celem naszego życia. Kiedy się pojawiają podnoszą nam energię. Sprawiają, że czujemy sie lepiej. W skrajnych przypadkach dzięki nim “kochamy cały świat”, co z pewnością jest niesłychanie dobrym zjawiskiem.

Te emocje, które nazywamy negatywnymi – np. złość, zazdrość, żal, wstyd, poczucie winy, strach, rozczarowanie itp. – są w gruncie rzeczy przykre i ściągają nam energię. Jednak warto pamiętać, że są bardzo potrzebne. Pojawiają sie nieprzypadkowo. Spełniają ważne zadanie. Wszechświat jest pełen harmonii i rozumiejąc rolę tych trudnych emocji, dostrzeżemy w ich istnieniu także pewną harmonię. Pojawiają się jako istotny nauczyciel. Nie poradzilibyśmy sobie bez nich.

Z całą pewnością określanie wybranych emocji jako negatywne wynika z ich niekorzystnego wpływu na nasze zdrowie. Jak wskazuje psychosomatyka: złość, żal czy poczucie winy itp. odkładane w podświadomości wpływają fatalnie na nasze ciało, powodując rozwijanie się różnych chorób. Bardzo szczegółowo opisuje to w swoich opracowaniach (a także w filmach i prezentacjach) dr Bruce Lipton. (Tutaj zamieszczam linki do wykładów Bruce’a Liptona) Polecam wszystkim zainteresowanie się podstawami psychosomatyki, ponieważ taka wiedza może mieć duże znaczenie dla naszego zdrowia.

Warto jednak podkreślić, że nasze komórki uszkadza stłumiona emocja, w której przebywamy przez dłuższy czas, a nie każda, która na chwilę się pojawi. Emocje są czymś zupełnie naturalnym. Mamy prawo je odczuwać, chociaż zrozumiałe jest, że czasem tęsknimy za niewzruszonym spokojem i z podziwem patrzymy na tych, którzy nie poddają się intensywnym uczuciom. Na pewno umiejętność zarządzania emocjami świadczy o rozsądku, wiedzy i dojrzałości. Z drugiej jednak strony emocje same w sobie są naszą ludzką cechą. Nie ma nic złego w ich przeżywaniu.

Moja klientka opowiedziała mi interesującą historię, która pokazuje, że emocje mają istotne znaczenie dla naszego rozwoju. Otóż któregoś dnia, kiedy była zmęczona po długotrwałej chorobie, bardzo zdenerwowała się na męża za prawdziwe głupstwo, jakim była zbita szklanka. W okropny sposób nakrzyczała na niego, nie przebierając w słowach. A potem zamknęła się w swoim pokoju, by się uspokoić. Ponieważ nigdy nie reagowała na przypadkiem stłuczone naczynia, wiedziała, że nie ma w sobie wzorca z tym związanego. Przyjęła, że złość została spowodowana złym samopoczuciem. Kiedy jesteśmy chorzy, mamy obniżoną energię, a co za tym idzie – jesteśmy bardziej wrażliwi i rozdrażnieni. Kiedy ochłonęła, zrobiło jej się przykro z powodu niemiłych słów, jakie wykrzyczała do partnera. Uświadomiła sobie, jak bardzo go kocha i ile dobrego mu zawdzięcza. Wraz z niesmakiem w stosunku do samej siebie za niepotrzebny krzyk pojawiły się w niej piękne emocje wobec męża. Jednocześnie ogromna falą napłynęły do niej najcieplejsze uczucia.

Moja klientka szybko przeprosiła partnera za swoją niepotrzebną złość i cała ta sprawa w ich związku nie miałaby żadnego znaczenia, gdyby nie fakt, że ta niewielka awantura zapoczątkowała nowy, bardzo dobry rozdział w ich życiu. Od tamtej pory moja klientka nie tylko pilnuje swoich słów i pracuje nad umiejętnym zarządzaniem emocjami, ale przede wszystkim pielęgnuje swoje uczucia do partnera. Stara się, aby w ich związku było wiele dobrych rzeczy i często powtarza mi, jak bardzo cieszy ją odkrycie swoich prawdziwych uczuć.

Sytuacja ta jest podobna do chwili, w której ktoś bliski nam choruje lub naraża się na niebezpieczeństwo. Często wówczas uświadamiamy sobie, jak ważny jest dla nas i staramy się zacząć okazywać nasze prawdziwe uczucia. Miewamy też potrzebę wynagrodzenia tej osobie wszystkiego i nadgonienia straconego czasu. W tym przypadku negatywne emocje (złość, a następnie poczucie winy) odblokowały pokłady czystej bezwarunkowej miłości. Spełniły więc wyjątkowo pozytywne zadanie.

Jesteśmy tu na Ziemi po to, by kochać. Każde zjawisko, które pomaga nam w odczuwaniu miłości lub otwiera nas na moc naszego serca jest wielkim dobrem, które zbliża nas do sensu naszego życia. 

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Gry emocjonalne

Nasze uczucia mają w sobie ogromną siłę. Zabarwiają nasze dni, uruchamiają nasze pasje, dają nam impuls do działania. Kiedy czujesz się smutny i zgaszony, wówczas nic ci się nie chce, dzień wydaje się szary, a ludzie nudni. Kiedy jesteś radosny wszystko staje się proste, świat nabiera blasku, sąsiedzi są mili i sympatyczni, a praca sprawia mnóstwo przyjemności. Przypomnij sobie moment, kiedy naprawdę rozsadzało cię takie cudowne uczucie. Może wtedy, kiedy byłeś zakochany? Może kiedy dostałeś premię? A może kiedy zdałeś szczególnie trudny egzamin?

Takie emocje to prawdziwy kapitał. Nasycają nas i wszystko cokolwiek robimy, promieniują na innych ludzi, z którymi wchodzimy w relacje. To siła, dzięki której możemy nie tylko osiągać sukcesy, ale po prostu być szczęśliwi. Jaka szkoda, ze częściej poddajemy się emocjom negatywnym: złości, smutkowi, żalowi, zazdrości. Czasem z upodobaniem niemal masochistycznym podtrzymujemy w sobie wściekłość i pretensje, jakbyśmy oczekiwali, że zaraz pojawi się mama z cukierkiem i pocieszy, pogłaszcze po głowie i przytuli do piersi.

Zdaniem psychologów dzieci „nagradzane” słodyczami i pieszczotami po stłuczeniu kolana czy innej przykrości, rozwijają w sobie cos na kształt „syndromu ofiary”. Jako dorośli ludzie podświadomie przyciągają do siebie pechowe wydarzenia, oczekując miłego ekwiwalentu. Gdzieś w głębi ich psychiki tkwi wzorzec: „najpierw ból, potem nagroda i przyjemność”. Osoby takie mają tendencję do nakręcania przykrych emocji. Nie chcą zrezygnować z odczuwanej złości czy żalu, ponieważ psychiczny i fizyczny ból zapowiada nagrodę, podczas kiedy radość czy zadowolenie nie obiecuje niczego.

Tymczasem negatywne emocje powstrzymują nas od stworzenia i utrzymania takiego życia, które byłoby dla nas naprawdę szczęśliwe. To radość, optymizm i wiara w siebie dają nam prawdziwa siłę do tworzenia i osiągania sukcesów. Można śmiało powiedzieć, że nasze emocje mogą nam dyktować kim jesteśmy. Cokolwiek robimy, wypełniamy to radością lub złością. Utożsamiamy się z uczuciami i mówimy wręcz: „jestem zła”, „jestem smutna”, „jestem zadowolona”. Jeśli wybieramy te bolesne, wówczas nic nam nie wychodzi, kłócimy się z partnerem lub szefem w pracy, robimy awanturę w sklepie, tłuczemy ulubiona szklankę, a ważny projekt zalewamy kawą. Wpadamy w zaklęty krąg pechowych wydarzeń.

Najlepszym sposobem jest w tej sytuacji zmiana emocji na pozytywne uczucia. Jakie to proste – wystarczy dobrze się poczuć, stać się w jednym momencie radosnym, zadowolonym i szczęśliwym człowiekiem, a pech i zły nastrój znika, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ba, ale jak to zrobić?

Uczucia to tylko uczucia – one nie są nami – i ławo możemy pozwolić im odejść. Możliwość wyboru uwalnia nas, pozwala dostrzec alternatywę i stosownie do tego działać lub powstrzymać się od działania. Przekłada się to na umiejętność radzenia sobie z życiem – na podejmowanie bardziej zdecydowanych i klarowniejszych decyzji. Zamiast sabotowania wyznaczonych celów, pozwala działać w sposób, który wspiera nas w ich osiągnięciu. Proces uwalniania emocji przeradza się w zdolność do posiadania większej ilości pieniędzy, lepszych relacji, lepszego zdrowia fizycznego i psychicznego oraz w zdolność bycia szczęśliwym, spokojnym i skupionym niezależnie od tego, co się dzieje wokół nas.

Jednym z ciekawych i niesłychanie prostych sposobów zmiany uczuć jest Metoda Sedony. W tej metodzie uwalnianie działa na poziomie uczuć. Jest łatwe. W przeciągu sekund możesz uwolnić lata umysłowego zaprogramowania i nagromadzonych emocji. Metoda Sedony nie zawiera skomplikowanych procedur, przeprogramowywania czy afirmacji do naklejania na monitorze komputera. Kiedy niepożądane uczucie pojawia się, uwalniasz je. Tylko tyle. Kiedy zniknie z drogi możesz stworzyć takie rezultaty jakie chcesz i kiedy chcesz.

Uwalnianie uczuć jest bowiem czymś zupełnie naturalnym. Przypomnijmy sobie z jaka łatwością dzieci okazują emocje. Jesteśmy postrzegani jako dorośli, czy dojrzali często właśnie wtedy, kiedy docieramy do punktu, w którym stajemy się dobrzy w tłumieniu naszej naturalnej ekspresji i tych wszystkich uczuć o których niedopuszczalności zostaliśmy przekonani przez innych. Wychodzimy bardziej naprzeciw cudzym oczekiwaniom, niż własnej potrzebie emocjonalnego dobrego samopoczucia.

Punktem równowagi i naturalną alternatywą dla niewłaściwego tłumienia jest uwolnienie lub pozwolenie, aby emocje odeszły – w tym zawiera się cała Metoda Sedony. Każde stłumione uczucie próbuje wydostać się na zewnątrz. Uwolnienie to nic innego, jak chwilowe zaprzestanie działania polegającego na zatrzymywaniu ich wewnątrz. Możesz wtedy pozwolić im wyjść, a przy odrobinie pomocy z własnej strony, okazuje się to bardzo łatwe. W trakcie stosowania Metody Sedony, w zależności od potrzeby, będziesz w stanie uwolnić zarówno tłumienie jak i wyrażanie emocji. Odkryjesz, że coraz częściej będziesz dokonywać korzystnego wyboru i pozwalać im odejść.

Poniżej w skrócie praca z metodą. Spróbuj odpowiedzieć na poniższe pytania – szczerze i spontanicznie. Przeniesienie uwagi z tego, co dręczy wewnątrz na logiczne rozważanie jest już pierwszym krokiem w kierunku uspokojenia i rozluźnienia. Wielu psychologów zadaje mnóstwo rzeczowych pytań zdenerwowanemu klientowi, ponieważ konieczność zastanowienia się i udzielenia konkretnych odpowiedzi, odciąga uwagę od tego, co przeżywane i negatywne odczucia przestają być zasilane. A tym samym słabną. Kiedy czujesz jakiekolwiek niechciane emocje po prostu wykonaj następujące kroki:

 

Krok 1: Skup się na swoich uczuciach. Zadaj sobie pytanie: co odczuwam w tej chwili. Nazwij to, najlepiej jak potrafisz. Przyjmij i zaakceptuj to uczucie.

Krok 2: Zadaj sobie następujące pytanie: “Czy mógłbym pozwolić temu uczuciu odejść?”

To pytanie ma jedynie otworzyć Cię na możliwość podjęcia takiego działania. Zarówno “tak”, jak i “nie” są dopuszczalnymi odpowiedziami. Tak naprawdę, pozwolisz odejść niechcianemu uczuciu nawet wtedy, gdy powiesz “nie”. Najlepiej, jeśli odpowiesz na pytanie jak najmniej myśląc, odsuwając na bok próby spekulacji i nie wchodząc w wewnętrzne dyskusje z samym sobą na temat wartości, czy konsekwencji tego, co teraz robisz. Przejdź do kroku 3 niezależnie od tego, jakiej odpowiedzi udzieliłeś na to pytanie.

Krok 3: Zadaj sobie pytanie : “Czy pozwolę mu odejść?” Innymi słowy: “Czy jestem skłonny, chętny do “puszczenia” tego uczucia?”

I znowu unikaj zastanawiania się nad tym tak bardzo, jak tylko potrafisz. Jeśli odpowiedź brzmi “nie” lub nie jesteś pewien, zapytaj siebie: ‘czy chciałbym czuć to, co czuję?’ lub ‘czy czując to będę szczęśliwy i osiągnę to, czego chcę?’. Nawet jeśli odpowiedź nadal brzmi “nie”, przejdź do następnego kroku.

Krok 4: Zadaj sobie pytanie: “Kiedy?”. Jest to zachęta do tego, żeby pozwolić uczuciu odejść TERAZ. Być może stwierdzisz, że pozwalasz mu odejść z łatwością.

Zawsze pamiętaj, że jest to decyzja, którą możesz podjąć w dowolnej, wybranej przez siebie chwili. Jeśli chcesz trwać przy określonym uczuciu, w porządku. Po prostu uznaj, że to, jak długo chcesz doświadczać danej emocji, jest Twoim wyborem.

Krok 5: Powtarzaj procedurę czterech kroków do momentu, aż poczujesz się wolny od niechcianej emocji.

 Prawdopodobnie po każdym kolejnym kroku odkryjesz, że wyrażenie zgody na odejście złości, żalu czy rozpaczy jest coraz łatwiejsze. Na początku efekty mogą być ledwo uchwytne. Bardzo szybko, jeśli jesteś wytrwały, rezultaty staną się coraz bardziej zauważalne. Możesz odkryć, że istnieje kilka warstw emocji związanych z określoną sprawą. To, czemu pozwolisz odejść, odejdzie na dobre. Odkryjesz, że stosowanie tej techniki pozwala utrzymać pozytywne nastawienie do życia przy najmniejszym wysiłku z twojej strony.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz