Migdałowo

Zdarzyło się w moim życiu całkiem niedawno, że bardzo silnie owładnęły mną trudne emocje. Poszło o jakiś drobiazg, o jakieś zignorowanie czegoś, o co bardzo prosiłam. Wypełnił mnie żal zupełnie nieadekwatny do sytuacji, bo niemal się rozpłakałam. Co istotne rzecz nie była warta łez ani nawet stresu. Piszę o tym, bo wielokrotnie zachęcam na tej stronie do zdroworozsądkowego wyjścia poza emocje, zatem ja też świadomie przywoływałam słowo „dystans” i „przecież to bez znaczenia”. Dół w jaki wpadłam, pochłonął mnie  kretesem na parę godzin. Pomogła mi niezawodna energia Reiki oraz odmawianie mantr.

To, co najbardziej nas w takim zdarzeniu zadziwia, to absurdalność naszych emocji. Jeśli doskonale wiemy, dlaczego coś się wydarza, a czasem nawet widzimy z pozycji rozsądku, że nic złego się nie stało, to jak mamy przyjąć ów dziwny stan? Skąd on i po co? I dlaczego nie poddaje się logice? Setki razy rozmawiałam z zapłakanymi osobami, które na wszystkie moje spokojne argumenty odpowiadały: „tak, wiem, oczywiście to prawda, ale nie mogę przestać płakać”. Albo: „Rozumiem go i wiem, o co chodzi, ale … serce i tak boli i jest mi tak strasznie przykro”.

Myślę, że doświadczył tego każdy z nas. Bywa, że wcale nie chcemy czuć tego, co czujemy i najchętniej wyrwalibyśmy z siebie takie emocje. Nie potrzebujemy ich i nie widzimy w nich sensu. Tym bardziej, kiedy rozsądek zaprzecza emocjom. Bo oczywiście bywa i tak, że czujemy oburzenie lub złość czy żal, a na poziomie umysłu nie ma żadnego argumentu, który by mógł te uczucia załagodzić. Wtedy cały proces jest bardziej oczywisty. Najtrudniej jednak jest wtedy, kiedy mamy poczucie utracenia władzy nad sobą, bo wiemy doskonale, że nic wielkiego się nie stało, a łzy ciekną po twarzy, gardło się zaciska i toniemy w poczuciu bezradności.

Wyjaśnienie podają tutaj badania naukowe, które dowodzą, że za nieopanowane emocje odpowiada tzw. „ciało migdałowate”, część układu limbicznego w kształcie migdała stąd nazwa i tytuł artykułu. Kiedy przejmuje ono władzę nad nami, wówczas żadne racjonalne przesłanki nie mają na nas wpływu. To właśnie dlatego można zapłakanej czy rozwścieczonej osobie tłumaczyć cierpliwie godzinami bezsens jej zachowania, a ona  w ogóle na to może nie reagować. Podobny proces zachodzi w nas samych. Odczuwamy złość lub rozpacz, tłumaczymy sobie, że nie ma do tego powodu, a emocje w ogóle nie słabną, jak były tak są.

Ciało migdałowate zapobiega aktywności racjonalnej części mózgu, co oznacza, że logiczne myślenie jest w pewien sposób zablokowane. Nie mamy dostępu do własnego rozsądku. To atawizm, pochodzący z czasów, kiedy musieliśmy szybko reagować na zagrożenie. Jak wiadomo w momencie zauważenia niebezpieczeństwa najważniejsze jest szybkie wydzielenie adrenaliny, która dodaje nam szybkości i siły do ucieczki lub walki. Nie ma tam miejsca na zastanawianie się nad strategią. I chociaż dzisiaj rzadko kiedy znajdujemy się w tak skrajnej sytuacji, to pojawiający się lęk czy złość uruchamia ten sam proces. Wyłącza się kora mózgowa, która odpowiada za zdrowy rozsądek. Nasze ciało natomiast wypełnia się kortyzolem i stan stresu przejmuje nas we władanie na co najmniej cztery godziny. A potem przez długi czas źle się czujemy, ponieważ hormony stresu krążą w nas, zabierając nam radość życia.

Skutecznym sposobem jest uruchomienie logiki, czyli zajęcie się czymś, co przenosi energię z układu limbicznego do kory mózgowej i pomaga jej odzyskać władzę. To powinno wymagać wysiłku umysłowego jak szarada, aczkolwiek specjaliści twierdzą, że pomaga nawet proste liczenie. Ja w takich sytuacjach zwykle odmawiam mantry i potwierdzam, że jeśli zacznę je odmawiać chwilę po tym, jak emocja się pojawia – uspokajam się bardzo szybko i mój rozsądek nie gaśnie. Wówczas ciało limbiczne w ogóle nie przejmuje władzy nade mną.

Inną dobrą i też polecaną przeze mnie opcją jest głębokie oddychanie. Pisałam już, że oddech przeponowy odcina od emocji. Tutaj można dodać, że wyłącza ciało limbiczne i oddaje władzę z powrotem do kory. Specjaliści potwierdzają, że skupienie na oddechu pomaga połączyć się z chwila obecną, włącza układ parasympatyczny i wyłącza układ emocjonalny. I w ten sposób – niezależnie od tego, czy analizujemy temat od strony energetycznej czy biologicznej – dochodzimy do tych samych wniosków.

Wzorzec odpowiedzialny za cierpienie bywa czasem oczywisty, ale to nie ma najmniejszego znaczenia na ten moment, bowiem mówimy tu o tym, jak sobie szybko i skutecznie pomóc, a nie dlaczego coś się dzieje. Świadomość wzorców i próba ich ogarnięcia na tym etapie mija się z celem. Jeśli odkryjemy, że za doświadczeniem stoi brak wiary w siebie, czy też jakiś kompleks, to w stanie żalu i tak nic z tym nie zrobimy. Trzeba podnieść energię i dopiero wtedy możemy pracować z afirmacją, programem, kodowaniem czy czymkolwiek innym. Bywa, że energia spada nam na kilka dni. Im dłużej jesteśmy w stresie, tym dłużej trwa wychodzenie z dołka.

Osobom, które od dawna pracują nad sobą jest w takiej chwili zwykle o wiele trudniej niż innym, ponieważ pierwsze, co się pojawia, to bunt i gniew: „ale jak to? Przecież uzdrawiam to już 10 lat!”. Albo rozczarowanie: „Daję sobie tyle miłości i uwagi, jak mogę przyciągać takie lekceważenie od wszechświata?!”. W efekcie grozi nam zwątpienie w zasadę lustra i w ogóle w sens pracy nad sobą. Bardzo przed tym przestrzegam. Nie można się nakręcać, trzeba za wszelką cenę zapalić sobie wielkie czerwone światło i powiedzieć: „STOP!”.

Zatem pierwsze, na co chcę zwrócić tutaj uwagę, to zatrzymanie rozżalonych czy rozgniewanych myśli, które rozpędzone jak stado bawołów tratują wszystko po drodze. Dajmy sobie prawo do cierpienia, które się pojawiło i przyjmijmy, że nawet tuż przed oświeceniem może pojawić się taka emocjonalna lekcja. To jest w porządku. Czas na analizę i zrozumienie, dlaczego nas to dotyka, przyjdzie później, kiedy się uspokoimy. Dla jednych będzie to nowy wzorzec, dla innych domknięcie starego w większości przepracowanego tematu. A może być jeszcze coś całkiem innego, na co sami nigdy byśmy nie wpadli.

Druga ważna rzecz przy takim doświadczeniu, to wybranie skutecznego sposobu zatrzymanie stada rozpędzonych bawołów. Warto go sobie wypracować i wyjąć z rękawa, jak tylko dopadnie nas emocjonalna tragedia. I tutaj zalecam przede wszystkim takie metody, które przenoszą uwagę na poziom umysłu. Często powtarzam, że w sytuacji emocjonalnego dołka należy zająć się czymś mocno absorbującym mózg, ale zupełnie nie połączonym z krytyczną sprawą, np. rozwiązywaniem zadań matematycznych czy wypełnianiem kratek Sudoku. To zawsze działa.

W moim przypadku błędem było rozważanie teoretyczne samego problemu. Założyłam, że mam wystarczającą wiedzę, by uspokoić się z poziomu racjonalnego umysłu. Długi czas poświęciłam na tłumaczenie samej sobie, że przecież nikt mi nie zrobił krzywdy, że to nie było wymierzone we mnie, więc problem nie istnieje, jest wydumany. Wewnętrzny głos kłapał mi nad uchem: „to twoje lustro, ha!” i złośliwie drwił: „I gdzie jest twoje poczucie wartości, no gdzie?!”. Miałam też świadomość, że znam tyle skutecznych metod, więc zaraz sobie poradzę. Poradziłam oczywiście, ale mogłam to zrobić dużo wcześniej. Zamiast skupiać się na problemie i go zasilać, mogłam po prostu od razu odmawiać swoje mantry albo… właśnie, zająć się rozwiązywaniem krzyżówki czy matematycznego zadania.

To, co przeżywają niemal wszyscy wrażliwi ludzie w takim stanie, to niechęć do jakiegokolwiek działania. Jedyne, czego pragniemy, to zakopać się pod kołdrę i szlochać do świtu. To też nieco biologiczne, ponieważ spadek energii niesie ze sobą osłabienie, a z kolei płacz uruchamia wydzielanie prolaktyny hormonu, który przynosi ulgę. Chcemy ją poczuć, więc chcemy sobie poszlochać. Podejrzewam oczywiście, że mężczyźni zamiast kołderki i szlochania wybierają szybkie upicie się czymś wysokoprocentowym, aby jak najszybciej zapomnieć.

Tak czy owak warto zmusić się do wysiłku umysłowego, ponieważ to jest najlepsze wyjście z sytuacji. Również na poziomie biologicznym zostaje zatrzymane wydzielanie kortyzolu i dość szybko poczujemy się lepiej. Zasada zresztą jest taka: im dłużej tkwimy we władzy ciała migdałowatego, tym silniejszy stres i tym gorsze, cięższe skutki z chorobą włącznie. Im szybciej uwolnimy się od niepotrzebnych emocji, tym mniej obciążone będzie ciało – na wszystkich poziomach.

Przypomnę też, że emocje nazywane negatywnymi są tak nazywane celowo, choć oczywiście umownie. Wszystkie emocje warto przyjąć i zaakceptować, z niczym nie walczymy. Wszystkie coś wnoszą do naszego życia te negatywne pokazują nasze wzorce i lekcje do odrobienia. Ale na tym kończy się słodka teoria. Negatywne emocje niosą negatywne następstwa dlatego tak właśnie się nazywają. Należy je minimalizować. Można sobie pozwolić na chwilę płaczu czy potupanie ze złości, ale poza tym warto jak najszybciej znaleźć sposób, by się od nich uwolnić.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Dystans

Niedawno byłam z mężem na romantycznej wycieczce w Kotlinie Kłodzkiej. Romantyzm mamy między sobą na co dzień, więc taki wyjazd to nie tylko masa czułości, ale przede wszystkim zmiana klimatu i kontakt z naturą, którą oboje uwielbiamy. Wracając do domu, przejeżdżałam przez miasteczko, w którym 30 lat temu spędziliśmy wolny weekend. To, co utkwiło mi w pamięci z tamtej wycieczki, to kłótnia. Zupełnie nie kojarzę, o co poszło, ale o jakiś drobiazg, słowo, krytykę… Nic ważnego. Pamiętam tylko, że przez pół dnia nie odzywaliśmy się do siebie. Ponieważ w tamtym czasie kochaliśmy się i nie było między nami istotnych sporów, to naprawdę musiała być jakaś błahostka.

Przypomniałam to sobie i zadałam w duszy pytanie, dlaczego dzisiaj jest między nami tak spokojnie i miłośnie, przecież ciągle jesteśmy tymi samymi osobami? A za nami trudne doświadczenia, o których w młodości nawet nie mieliśmy pojęcia. To dzisiaj moglibyśmy warczeć na siebie, a nie wtedy, kiedy byliśmy tacy w sobie zakochani. A jednak od tamtego momentu dzieli nas nie tylko 30 lat czasoprzestrzeni, ale przede wszystkim coś, co nazwałabym mądrością dystansu.

Przyznaję, że dzisiaj nie przejmuję się drobiazgami. Nie histeryzuję i nie robię afery wokół różnych drobnych spraw. Dość dawno zrozumiałam, że radość życia wymaga, by umieć spokojnie traktować rozmaite niedogodności czy nawet nieprzyjemności. Lubię cieszyć się chwilą i świadomie nie chcę wchodzić w kłótnie o cokolwiek. Nauczyłam się bezkonfliktowości dla własnej wygody i własnego zadowolenia. Jeśli muszę czasem o coś „zawalczyć” robię to ze spokojem i bardziej z pomocą dobrej energii, niż przez agresywne szarpanie z kimkolwiek i czymkolwiek. Tak jest po prostu lepiej i lżej żyć.

Dystans jest wspaniałą jakością, która pomaga nam odnaleźć spokój w sobie. Dla większości ludzi teoria pod hasłem „nie przejmuj się” jest czymś praktycznie niemożliwym do zrealizowania. Bo jak się nie przejmować, kiedy przecież… Czujemy się zobowiązani do tego, by się denerwować, martwić, zabiegać, starać… Najczęściej dlatego, że to ciągłe zamartwianie się jest dla nas tożsame z odpowiedzialnością i troską. A to tak nie działa. Odpowiedzialność i staranie nie musi być powiązane ze stresem i ciągłym napięciem. Można i warto zastąpić je pasją, radością i ekscytacją związaną z robieniem czegoś, co jest ważne.

Na marginesie dodam, że to także kwestia prosperity. Jeśli robimy coś z radosnym zaangażowaniem, to osiągamy lepsze wyniki. Taką energią przyciągamy też więcej klientów. Ekscytacja działaniem jest siłą napędową sukcesu, podczas kiedy przejmowanie się wszystkim jest blokadą. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jeśli nasze starania przepełnia zmartwienie i stres, to nic dobrego nam z tego nie wyjdzie. Silna potrzeba osiągnięcia celu wymieszana z ukrytym lękiem, że może się nie udać sabotuje to, co robimy. Presja jest najsilniejszym blokerem. Nic tak nie zabija energii jak wewnętrzne napięcie, które przecież często nam towarzyszy, kiedy przyjmiemy, że coś musimy.

Wracając do relacji – bardzo często kłócimy się i obrażamy „o nic”. Przyczyną stają się mało znaczące drobiazgi. Jakieś rzucone w niewłaściwym miejscu skarpety, jakiś bałagan… Ktoś o czymś zapomni albo zrobi inaczej. Jasne, że chcielibyśmy, aby świat był idealny i wszystko zawsze było idealne, w idealnym czasie. Czy to jednak nie byłoby nudne? Niech się czasem zadzieje inaczej niż wymyśliliśmy. W tym miejscu warto nauczyć się jednej z najmądrzejszych życiowych refleksji: ważne, że jesteś cały i zdrowy.

Najczęściej mówią tak starsi ludzie, którzy wiele doświadczyli. Być może podobnie, jak ja w tej chwili, zastanawiają się, co w życiu jest najważniejsze? Być może odkrywają, że niepotrzebnie denerwowali się i złościli, kłócili o błahostki i tracili zdrowie, tracili energię? Po co? Uwierzcie, lepiej machnąć ręką na zabłocony dywan i zachować spokój. To machnięcie to dawka zdrowia, bo każda złość, każde rozczarowanie, każdy żal i pretensja zabierają nam siły witalne i kładą cegiełkę pod jakąś chorobę. Zapytam raz jeszcze: po co nam to? Warto nauczyć się dystansu i odpuszczania drobiazgów. Tak, piękny drogi dywan jest drobiazgiem. Nie jest nim natomiast nasze ciało, nasze zdrowie i samopoczucie. Co jest w istocie ważniejsze, chyba nikt nie ma wątpliwości.

Nie upraszczam. Drobiazgi to codzienne sprawy, które nie rujnują nam życia. Np fakt, że ktoś zapomniał kupić chleb albo naniósł błota na świeżo wymytą podłogę. Nie jest drobiazgiem poważna choroba, śmierć, rozwód, zdrada, strata pracy i parę innych trudnych lekcji. Nie unikniemy przykrych emocji, kiedy doświadczamy pewnych dramatycznych wydarzeń. Świadomość prosperująca zna sposoby, by sobie w takiej sytuacji pomóc, ale też nikt nie może stosować wówczas zasady dystansu. To po prostu nie jest możliwe. Natomiast w codziennych niedogodnościach – nie tylko warto, ale nawet można wykształcić w sobie nawyk spojrzenia z innego poziomu.

Dystans jest umiejętnością obserwowania życia tak, jakby rozgrywało się na scenie, obok nas. Jakoś tam oceniamy i podejmujemy decyzje, ale nie angażujemy się emocjonalnie w zdarzenia. Np. w to, że na drodze przed nami korek. Nasza złość i cała masa przekleństw nie rozpuści tego korka. Jeśli chcemy sobie pomóc – zróbmy spokojnie Reiki na sytuację. To lepsze niż bezsilne miotanie się za kierownicą i przeklinanie wszystkich dookoła. Warto spokojnie szukać rozwiązań. Z naciskiem na „spokojnie”, ponieważ z poziomu spokoju widzimy o wiele więcej i nasze możliwości energetyczne są większe, niż z poziomu stresu i nerwów.

Dystans pozwala podejmować właściwe decyzje także w relacjach. Jeśli partner po powrocie z pracy krzyczy na nas trochę bezzasadnie, a my nie czujemy się winni, to dystans jest najlepszym rozwiązaniem. Pozwala dostrzec, że coś złego się zadziało i ten krzyk nie jest atakiem na nas, tylko wyrażaniem napięcia i bezradności tamtej strony. Tak czy owak w takiej sytuacji mamy co najmniej trzy możliwości. Pierwsza to podjęcie walki „o swoją rację” i krzyk głośniejszy z silniejszą jeszcze agresją a nawet z rękoczynami, bo… „niech sobie nie myśli, że może mnie obrażać krzykiem”. Nie stosuję, bo takie coś przeradza się w piekło i jest przejawem emocjonalnej niedojrzałości rodem z piaskownicy.

Druga opcja to obrażenie się. Foch utrze krzykaczowi nosa i pokaże mu, jak głupio postąpił. Albo nie, bo on nic nie zrozumie. Także nie stosuję, bo taki ruch energetyczny jest atakiem na energię serca. Ilekroć się obrażamy, zabieramy naszemu sercu energię i kładziemy podwaliny pod rozwój choroby. Stąd biorą się później zawały, omdlenia, rozmaite sercowe niewydolności. Kiedyś byłam w tym specjalistką. Ilekroć mój mąż powiedział mi coś przykrego, zwijałam energię i atakowałam własne serce, siadając w cichym żalu i rozkminiając: „jak on mógł?!”. To w mojej rodzinie karmiczny wzorzec użalania się nad sobą i brania do siebie cudzych nastrojów, pomysłów, ocen, czy wręcz głupiego gadania. Pisałam o tym wzorcu. Dzisiaj mam to już za sobą i od lat nie strzelam też focha. Nie widzę w tym sensu. Wolę porozmawiać.

Najlepiej wybrać trzecią opcję – dystans. Kiedy ktoś z naszych bliskich miota się i krzyczy, nie bierzemy tego do siebie. Czekamy, aż się uspokoi. Najczęściej taka osoba przeprasza, kiedy emocje opadną i sama wyjaśnia, co ją tak zdenerwowało. I okazuje się, że faktycznie nie było najmniejszego powodu do tego, abyśmy mieli czuć się dotknięci. Cały problem był poza nami – coś złego w pracy, zmęczenie, ból głowy. Dystans pozwala opaść emocjom. Daje przestrzeń na zrozumienie samego siebie i spojrzenie z poziomu dorosłej osoby, a nie rozwrzeszczanego dziecka. Umożliwia też zrozumienie, że ta druga osoba ma prawo do słabości i wyrażania swoich emocji. Nikt nie jest manekinem ze sztucznym uśmiechem na plastikowej twarzy. Miewamy gorsze dni. Wszyscy.

Dystans pozwala na wyciszenie i spokojne spojrzenie na problem także wtedy, kiedy ktoś faktycznie ma pretensję do nas. Czasem wystarczy, że druga strona powie niewłaściwe słowo, że krzywo popatrzy, zaśmieje się w nieodpowiednim momencie i już czujmy potrzebę obrony. Najczęściej rozpoczynamy spór, a nawet wręcz awanturę, by udowodnić, że partner się myli lub jest niesprawiedliwy. Po co? Zadajmy sobie pytanie: po co udowadniać komuś, że nie ma racji? Niech sobie mówi, co chce. Nawet jeśli mówi bezsensowne rzeczy o nas, przypomnijmy sobie, że jesteśmy poza oceną i nikt nie może tego zmienić.

Jednak potrzebujemy do tego wysokiej samooceny. Potrzebujemy świadomości, że tacy jacy jesteśmy, jesteśmy naprawdę dobrzy. Tylko wtedy umiemy machnąć ręką na czyjąś krzywdzącą opinię czy złośliwe słowa. Tylko wtedy nie czujemy się zranieni. Nasza ludzka natura jest taka, że bardzo mocno reagujemy na ocenianie. Im niższa samoocena, tym bardziej jesteśmy drażliwi i tym szybciej się obrażamy, przejmujemy, złościmy. Im więcej samoakceptacji, tym większy dystans do samego siebie i większa świadomość, że nie obchodzi nas, co inni mówią.

Wysokie poczucie własnej wartości pomaga także wtedy, kiedy popełnimy błąd i doskonale wiemy, co zrobiliśmy źle. W długotrwałym związku nikt nie cedzi słów. Kiedy na jakiejś wycieczce dwa razy pod rząd źle pokazałam kierunek, w którym chcę jechać i wyprowadziłam męża w ślepe uliczki, w których trudno było zawrócić, mój skorpion rozzłościł się. I cóż z tego? Przeprosiłam. Rozbawiłam go i po minucie rozmawialiśmy ze śmiechem na zupełnie inny temat. Po prostu nie przejęłam się tym zdarzeniem. Moja wysoka samoocena nie poczuła się zagrożona słuszną skądinąd krytyką i nie traciłam czasu na rozważania o tym, jakaż to ja jestem nieuważna. Każdemu się zdarzy i tyle. Minęło. Po co się tym zajmować?

Tymczasem niska samoocena nie pozwala przejść nad taką sytuacją do porządku dziennego. Uświadomiłam sobie wówczas, że 30 lat temu siedziałabym nadąsana w poczuciu winy i poczuciu żalu co najmniej godzinę. Z powodu błahostki. Tak wyglądałby brak dystansu do drobnej sprawy, o której w istocie po pięciu minutach nikt nie pamięta. Całe nasze życie składa się z setek takich spraw. A my sterowani określonym stosunkiem do samych siebie przejmujemy się lub nie. Co w istocie przekłada się na: cierpimy lub cieszymy się życiem. Wysokie poczucie wartości pomaga nam złapać dystans. A dystans w tym kontekście jawi się jako klucz do radosnego i szczęśliwego bycia sobą.

Bogusława M. Andrzejewska

Poza oceną

Nadwrażliwość jest dość ciekawą cechą, aczkolwiek nie ma wcale dobrej prasy. Niektórzy uduchowieni ludzie próbują podnieść wrażliwcom samoocenę, wypisując im błogosławieństwa i zapewniając, że ta jakość nie jest niczym złym. Bo pewnie nie jest, ale moim zdaniem bardzo utrudnia życie. Ze wszech miar warto podnieść poczucie własnej wartości i nauczyć się zarządzać emocjami w taki sposób, by móc normalnie funkcjonować. Z całą pewnością żaden nadwrażliwiec nie nabierze znieczulicy ani nie stanie się cynikiem, ale może odnaleźć wewnętrzny spokój. Głównie poprzez nauczenie się bycia poza cudzą oceną. O tym właśnie chcę napisać.

Wczoraj minęła kolejna rocznica śmierci mojego Dziadka, który zmarł kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką. Zapamiętałam go, ponieważ był cudownym, bardzo kochającym człowiekiem. Uwielbiali go wszyscy, a w kondukcie za jego trumną poszło całe miasteczko. Wspominam go stale z miłością i uśmiechem, ponieważ to on nauczył mnie czytać i pisać. Ba, nauczył mnie też podstaw języka rosyjskiego i wielu innych wartościowych rzeczy. Jednak wczoraj przyszła do mnie zupełnie inna ważna refleksja, którą chciałam się tutaj podzielić.

Mój Dziadek zmarł na zawał serca. Dostał go wkrótce po tym, jak pewna sąsiadka przyłapana na kłamstwie, powiedziała o moim Dziadku kilka złych słów. On po prostu nie przeżył tego, że padł ofiarą pomówienia. Chwilę przed śmiercią powiedział do pana, który dzielił z nim szpitalny pokój: umieram przez tę osobę. Ta nadwrażliwość na krzywdzące i niesprawiedliwe opinie jest w naszej rodzinie genetyczna. Obserwowałam to u innych i u siebie oczywiście też. I to co chciałabym dzisiaj wykrzyczeć na cały głos, aby wszyscy dobrze usłyszeli, to: przestańmy przejmować się słowami innych!

Mogłabym przytoczyć tu kilka opowieści z własnego życia i życia mojej rodziny, ale nie chcę pokazywać tych wszystkich dramatycznych scen. Chciałabym raczej odwrócić się od tego wzorca i powiedzieć głośno  z całym szacunkiem dla mojego Dziadka  że nie warto umierać za czyjeś słowa. Sądzę, że owa kobieta broniła się tak, jak umiała i nie zapanowała nad emocjami. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Zdarza się to każdemu z nas. Czy to oznacza, że mamy poddawać się ludzkim niesprawiedliwym osądom i cierpieć w imię słuszności? Czy nie byłoby lepiej machnąć ręką: gadaj sobie, co chcesz, ja wiem, jaka jestem i ile jestem warta.

Jak zwykle to jest taka sztuka, której warto się nauczyć. Pomoże w tym poczucie wartości i spojrzenie na siebie z miłością. Tak, takie proste spojrzenie i uznanie, że te wszystkie kalumnie nie mają sensu. Warto wtedy nabrać głęboko powietrza i powiedzieć sobie stanowczo i z mocą: jestem poza oceną, bo jestem doskonała taka, jaka jestem. Można też otulić siebie najlepszą energią i powtarzać sobie: jestem wspaniałym wartościowym człowiekiem, ale nie dla wszystkich moje Światło jest widoczne. Te osoby, które pracowały kiedykolwiek z poczuciem wartości i wypisywały sobie listę swoich najlepszych cech, mogą wykorzystać tę listę, by w takim właśnie momencie się do niej odwołać. Przeczytać lub na nowo napisać i zobaczyć, kim są i ile w nich dobra.

Nauczmy się wszyscy nie przejmować tym, co mówią inni. Kiedy spadają na nas niesprawiedliwe osądy, krzywdzące oceny i złe słowa  odciąć się od nich. Zatkać uszy i zamknąć serce. Otoczyć to serce wielkim murem i głośno powtarzać: „to bzdury, to mnie nie dotyczy”. Można. Zapewniam, że można, chociaż na początku możemy poczuć się dziwnie, kiedy nie pójdziemy jak przysłowiowy baranek na rzeź. Przywykliśmy, że kiedy ktoś nas oczernia, wchodzimy natychmiast w rolę ofiary i spuszczamy w cierpieniu głowę. To nawyk. To niekorzystny wzorzec, który warto zastąpić miłością do siebie.

Najtrudniejszym elementem w tym procesie jest poczucie niesprawiedliwości. Kiedy moja córka wstawiła się za kimś i wywalczyła dla tej osoby u szefa podwyżkę, pewna zazdrosna osoba przypisała sobie tę zasługę, oskarżając moją córkę o inne brzydkie działanie, które nie miało w ogóle miejsca. Kiedy próbowałam jej tłumaczyć: „zostaw tę osobę z jej energią, ty znasz prawdę”, odpowiadała mi: „ale wszyscy myślą, że ja to zrobiłam, a to nieprawda, źle mi z tym, jak na mnie patrzą”. Warto umieć wyjść poza ocenę innych. Żyjemy tu dla siebie i bez względu na wszystko, mamy być w porządku wobec siebie. Jeśli wiemy, że postąpiliśmy słusznie, powtarzajmy to jak mantrę. Nośmy wysoko głowę i promieniujmy na ludzi godnością i szacunkiem do siebie.

Mi w tym pomaga czasem odrobina wyższości. Wiem, że krowy nie umieją latać i nie nauczę żadnej rogacizny szybowania nad chmurami. Przyjmuję to. Jeśli ktoś mnie niesłusznie oskarża, a inni dobrzy ludzie to kupują, to przestają być dla mnie dobrzy. Bo dobry człowiek nie słucha pomówień. Dobry człowiek patrzy sercem i widzi jaka jestem. I nie potrzebuję obok siebie fałszywych przyjaciół, którzy nie umieją mnie docenić, a wierzą w plotki. Często powtarzam, że w istocie na poziomie serca wszystko wyczujemy. Ileż to razy popatrzymy tylko na czyjeś zdjęcie i już czujmy, czy ta osoba rezonuje z nami, czy też funkcjonuje na innych wibracjach.

Myślę zatem, że takie doświadczenie, jakie miała moja córka było dla niej prezentem od wszechświata i odsunęło ją od osób, które bez uprzedzeń polubiła, a które zawiodłyby ją na pierwszym zakręcie. Czas to zweryfikował i te osoby, które zawierzyły złym plotkom, popisały się wkrótce rażącym brakiem uczciwości. To tak działa – wszystko jest w harmonii. I dobry człowiek stoi za nami murem. A co mówi ten niedobry… to jego problem. Nie nasz. Nie uzależniajmy się od słów ludzi, którzy nie kierują się dobrem i miłością.

Powtórzę jednak, że takie doświadczenie wyraźnie pokazuje wzorce do uzdrowienia, a nierzadko dług karmiczny. Bycie niesłusznie oskarżanym zawsze pokazuje coś, co ciągnie się z pokolenia na pokolenie. Można się temu przyjrzeć i spróbować oczyścić karmiczne linie. Są na to metody. Ale przede wszystkim w takim czasie trzeba dać sobie bardzo dużo miłości i wzmacniać poczucie wartości. Pomoże podniesienie energii, np. z Reiki, ponieważ kiedy patrzymy z wyższego pułapu, przestajemy się rozczulać nad sobą i wchodzić w rolę ofiary. Dostrzegamy, że słowa nie muszą ranić, mogą ulecieć z wiatrem. To my i tylko my decydujemy o tym, czy poczujemy się zranieni. Nikt nie może nas skrzywdzić żadnym pomówieniem, jeśli my nie otworzymy się na krzywdę. Możemy nie dać na to przyzwolenia, wychodząc poza cudze oceny i przyjmując, że bzdury wylatują z ust ludzi częściej niż słowa miłości. Taki to świat, więc trzeba brać poprawkę na ludzkie słabości.

Często powtarzam, że wolę być szczęśliwa niż mieć rację. Nie wykłócam się z tymi, którzy heroicznie bronią swojego zdania. Nauczyłam się ustępować mojemu mężowi, bo uwielbiam, kiedy się uśmiecha. W rzeczach niewielkiej wagi nie walczę o prawdę. Pozwalam, by każdy miał swoją. W rzeczach większej wagi zamykam dyskusję, mówiąc, że pozostanę przy swoim. Kłócić się nie chcę i nie lubię.

Każdy z nas doświadczył w życiu niesprawiedliwości i sytuacji, kiedy zrobiono z niego potwora, chociaż w istocie nie uczynił niczego złego. Zawsze można obrócić kota ogonem, a dla wielu ludzi nie ma żadnej świętości. Bywa, że z logiką im też nie po drodze. Nie tak dawno pewna osoba całkiem opacznie zrozumiała moje życzliwe słowa. Kiedy przeprosiłam i wytłumaczyłam, co miałam na myśli, zachowała się jak niespełna rozumu, odwracając znaczenie tego, co napisałam. Każde moje słowo „dobra” zamieniła na „zła” i wykorzystała przeciwko mnie wszystko cokolwiek napisałam i powiedziałam. Przez całe swoje życie nie usłyszałam tylu inwektyw, ile wyczytałam w jednym jej liście, ale i nigdy też nie spotkałam się z takim brakiem logiki. Sądzę, że jest po prostu chorą osobą i nie czuję żadnej złości w związku z tym wydarzeniem.

Kiedy minął pierwszy szok, zapragnęłam odnaleźć swój wzorzec. A intuicyjnie zobaczyłam niespójny bełkot. Nie czułam się winna, czułam się zdziwiona, że ktoś nazywa czarne białym… Nasza rodzinna nadwrażliwość przyciąga takich ludzi do naszego życia właśnie po to, by pokazać karmiczną linię cierpienia i nakłonić do oczyszczenia rodowego wzorca. Bardzo szybko zrozumiałam, że w moim przypadku niewiele ma to wspólnego z poczuciem wartości.

Warto jednak pamiętać, że bardzo często tu może być klucz  oczywiście każdy może zweryfikować, jak jest u niego. Jeśli ktoś nas rani, obraża i opluwa, to właśnie samoocena jest tą przestrzenią, która domaga się uzdrowienia. Jak to sprawdzić? Najlepiej wejść w pole serca i zadać sobie pytania o wszystkie inwektywy, które spadły na naszą głowę. Spokojnie przeczytałam każdy zarzut i zadałam sobie pytanie: czy taka jestem? czy taka się czuję? Ponieważ nie znalazłam w sobie winy, mogłam tylko wyjść poza to. I uświadomić sobie, że nikt na całym świecie nie ma prawa mnie oceniać. Nikt! Dotyczy to każdego z nas. Cokolwiek druga osoba mówi o nas, mówi w gruncie rzeczy o sobie. Wykrzykuje swoje problemy, swój wstyd, swoją bezradność, a jeszcze częściej swój ból. Siłą nawyku bierzemy to do siebie. A to błąd. Bo to nie jest nasze.

I to, do czego z serca zachęcam, to zrozumienie, że nikt nie zna ani nas ani naszej prawdy i prawdziwej wartości. Ludzie zawsze wygłaszają swoje własne przekonania, które powstają na bazie ich własnych przeżyć. Patrzą poprzez filtr własnych słabości i poczucia winy, nie mając zupełnie pojęcia o nas, o naszych motywach, o naszych poglądach i priorytetach. Nawet osoby będące blisko ze sobą, nie wiedzą, co czuje ten drugi człowiek. Nawet małżeństwa z wieloletnim stażem, które wiele czasu spędziły w swojej energetyce, zupełnie nie rozumieją swoich potrzeb i oczekiwań. Rozstają się, kłócą, walczą ze sobą, bo nie znają kogoś, z kim przespali w jednym łóżku tysiące nocy. Ile zatem wie o nas obcy człowiek? Dlatego nikt, powtarzam nikt nie ma prawa nas oceniać.

Emocjonalna, pełna złości ocena ma się nijak do stanu faktycznego. Jest psychologiczną projekcją tego, co nosi w sobie zdenerwowany człowiek i co próbuje przerzucić na innych. Warto to wiedzieć. Warto wyjść poza taką ocenę i nie cierpieć cudzego bólu. Tysiące ludzi na całym świecie zwija się z rozpaczy: jak ona mogła powiedzieć, że jestem taka? A przecież ta osoba stojąc przed nami krzyczy wyłącznie o sobie. Nie ma innej wiedzy, bo mieć nie może. Ma jedynie własne zjawy, które nie dają jej spać. I własne bolesne doświadczenia, które chce przypisać innym. Dlaczego zatem ciągle bierzemy to za dobra monetę i szukamy w sobie cudzych grzechów? Można się od trudnych wzorców uwolnić, jest tyle dobrych metod. Wcale nie trzeba cierpieć w nieskończoność. Ale nie można też przerzucać swoich nie odrobionych zadań na innych ludzi.

Oczywiście istnieje zasada lustra. Jeśli wchodzimy w emocje, to warto zapytać siebie, na ile tak właśnie siebie oceniam. W gruncie rzeczy jednak, kiedy weźmiemy pod uwagę zasadę lustra, to dostrzeżemy tam harmonię. Lustro pokazuje tylko to, co mamy w sobie. Wszyscy popełniamy błędy. Czasem z pośpiechu, czasem z emocji. Jeśli lustro karci nas za coś, co zrobiliśmy nie tak, niezależnie od wszystkich wzorców jest to coś oczywistego. Akcja i reakcja. Jak kamień podrzucony nad głową, spada na nas pod wpływem grawitacji. Trzeba to przyjąć i iść spokojnie dalej, nie obwiniając siebie, lecz ze świadomością, że kamieniami się nie rzuca.

Czasem jednak, jak w opisanej sytuacji, ktoś na nas projektuje coś swojego. Jeśli zachowamy spokój i uczciwie zajrzymy w siebie, jeśli nasze intencje i czyny są dyktowane miłością, to o żadnym lustrze mowy być nie może. Może być natomiast wzorzec nadwrażliwości albo wzorzec wiecznego Dawcy, który każdemu chce pomagać i musi wreszcie dostać kopniaka w kostkę, aby odwrócił energię i zaczął przyjmować. Są też ludzie, którzy mają wzorzec brania na siebie cudzych grzechów. Tak, są, jakkolwiek dziwnie to brzmi. To tacy zbawiciele całego świata, którzy chcą nieść cudzą karmę albo cudzy krzyż. I oni spontanicznie otwierają się na złość, okrucieństwo i bezradność, których nie może unieść inna osoba. Rozkładają ramiona i pozwalają się ukrzyżować za cudze grzechy, przyjmując je jak swoje.

Uważam jednak, że nie na tym polega program ludzkiej duszy. Każdy z nas schodzi na Ziemię dla siebie i własnego rozwoju. Czym innym jest pomaganie ludziom, wspieranie ich, dzielenie się chlebem, pocieszanie, podnoszenie, kiedy się przewrócą, a czym innym poświęcanie lub branie na plecy nie swojej energii. To moje zdanie. Możecie mieć inne. Jednak obserwuję, że branie cudzej energii rzadko kończy się dobrze. A wzorzec tego typu wraca tak długo, dopóki w tym, czy w kolejnym wcieleniu nie zrozumiemy, że nic za nikogo nie przerobimy. Każdy ma swoją drogę i swoje lekcje.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Chwila

Któregoś dnia przeczytałam informację, że według najnowszych badań pracy mózgu, czas trwania emocji od wywołującego ją bodźca, do wypłukania związanych z nią neurotransmiterów, nie przekracza 90 sekund. To oznacza, że sama emocja, jeśli nic z nią robić nie będziemy, wygaśnie po krótkiej chwili. Jest w istocie jak motyl, który przysiadł na rękawie płaszcza i sam odlatuje. Często porównuję emocje do takiego motyla.

Jest to też potwierdzenie, że emocje nie zostały nam dane za karę. Nie są dopustem, który zmusza nas do ciągłego cierpienia. Emocje to drogowskazy do uzdrowienia konkretnego wzorca. Jak widać 90 sekund wystarczy, by zwrócić naszą uwagę na ważny temat. Oczywiście, kiedy już zauważymy emocję, to warto zająć się w wolnej chwili odszukaniem właściwego kodu, który wymaga zmiany na inny taki, który będzie nam lepiej służył, przyciągając tylko dobre doświadczenia.

Ma to też znaczenie dla psychosomatyki. Choroby są wywoływane tymi emocjami, które w nas się rozgoszczą na dłużej. Jeśli przez moment poczujemy złość na coś i zaraz nam to mija, nie ma to wielkiego wpływu na zdrowie. Mamy prawo doświadczać całej gamy uczuć i określać samych siebie wobec świata i ludzi. Oczywiście negatywna emocja zaburza pracę komórek, co zostało już udowodnione ponad wszelką wątpliwość przez Bruce’a Liptona, ale jeśli trwa krótko, cząsteczki naszego ciała wracają do normy i nie pociąga to za sobą żadnych konsekwencji. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy emocja trwa długo lub wracamy do niej często. Wówczas nasze ciało fizyczne jest poddawane wyzwaniu, które polega na tym, że komórki funkcjonują często lub stale w ekstremalnie szkodliwych warunkach. Ulegają wówczas uszkodzeniu, co my postrzegamy jako chorobę.

Warto w tym miejscu podkreślić, że ta „chwila”, w której trwa emocja jest w istocie czysto naukową teorią, którą trudno wykorzystać w praktyce. Nasza natura jest tak skonstruowana, że emocja pozostaje w nas dłuższy czas. Nie znika wcale. Mówiąc obrazowo, najczęściej pozwalamy, by ten motyl siedział nam na rękawie, nie chcemy go w żaden sposób odgonić. Obserwuję, że trwanie w emocji jest czymś naturalnym dla większości z nas. Znam doprawdy niewiele osób, które machają ręką i mówią: „nie warto się przejmować”. Przejmowanie się jest obowiązującą powszechnie zasadą, jakże często myloną z odpowiedzialnością. Mamy XXI wiek, a ciągle jeszcze spotykam się z mitem, że dojrzałość to troska i martwienie się. Nie zgadzam się z tym, ale moje stanowisko nie należy do tych popularnych.

Na trwanie w emocjach na pewno wpływają też inne czynniki. Na przykład hormony. Kto doświadczył smaku adrenaliny, wie, o czym próbuję powiedzieć. Ludzie agresywni, którzy szybko wpadają w złość, zauważają, że gniew potrafi napędzać i dodawać siły. Osoby zdradzone i skrzywdzone wolą złość niż żal, ponieważ rozpacz zabiera energię, a gniew wzmacnia. To oczywiście w pewnej mierze iluzja, ponieważ w efekcie złość pozbawia nas zdrowia, a zastrzyk sił jest długiem zaciągniętym z zasobów, które wcale nie są nieograniczone. Złość nie czerpie z wszechświata, jak miłość, lecz z naszych własnych zapasów. Każdy organizm ma taki zbiornik schowany na wypadek niebezpieczeństwa czy zagrożenia życia. W sytuacji krytycznej, choćbyśmy padali na nos ze zmęczenia, adrenalina stawia nas na nogi i pozwala biec z dużą szybkością lub odepchnąć silniejszego napastnika. Silny gniew jest podbieraniem energii z takiego właśnie zasobu, dlatego często daje poczucie przyjemności i mocy. Kiedy jednak opadnie, czujemy się jeszcze bardziej wyczerpani.

Podobnie działają inne emocje. Każdy, kto kiedykolwiek płakał gorąco do utraty sił, doświadczył miłego działania endorfin, które dostajemy jako lekarstwo na smutek. Po płaczu czujemy się zazwyczaj lepiej, lżej, jakbyśmy byli na specyficznym „haju”. Nasza podświadomość to zapamiętuje, dlatego popycha nas w stronę silnych emocji, by doświadczyć błogiego działania adrenaliny czy endorfin.

Innym, często spotykanym powodem tkwienia w niekorzystnych dla nas emocjach jest taki specyficzny bezwład, czyli działanie wbrew rozsądkowi i poddawanie się temu, co w nas szaleje. Na trudnym przykładzie kobiety, która dajmy na to, zostaje porzucona z małym dzieckiem, możemy zobaczyć wyraźnie, jak emocje w niej eskalują. A przecież wiadomo, że złość czy rozpacz nie zapewnią dziecku jedzenia ani nie sprawią, że nieodpowiedzialny partner wróci do domu. Po co zatem ulegać takim emocjom? Czy nie lepiej posłuchać dobrej muzyki? Poszukać sobie ciekawego zajęcia? Pójść na randkę, by nie myśleć o samotności i nie odczuwać jej skutków? A jednak zamiast tego, widzimy cały ogromny wachlarz najtrudniejszych emocji, które niczemu nie służą.

One są i będą, bo ktoś, kto uznał, że został skrzywdzony, wchodzi świadomie w cykl doświadczania psychicznego bólu. W zależności od natury przeżywać będzie więcej żalu lub więcej złości, a najczęściej naprzemiennie obie te emocje. Pomimo całej wiedzy psychologicznej nie jesteśmy w stanie zatrzymać rozpędzonego raz pociągu uczuć, dopóki nie doświadczymy wszystkich barw cierpienia. Po co? Każdy odpowie: po nic, to się po prostu dzieje samo. Na tym polega człowieczeństwo. Gdyby kobieta w takiej sytuacji wzruszyła ramionami i zajęła się tym, co sprawia jej radość, gdyby się po prostu uśmiechała, jak radzi pozytywne myślenie  i postępowała tak, jakby nic się nie stało, zostałaby nazwana osobą niespełna rozumu. Jest tu zatem element dopasowania się do społecznych oczekiwań, ale jest i nawyk reagowania zgodnie z tym, co spontanicznie przychodzi.

Nie ma w tym nic złego. To jest ludzkie, by przeżywać emocje, także te trudne. Z całą pewnością zdrowsze jest doświadczanie ich, niż tłumienie, to też nie ulega wątpliwości. Reagujemy tak wszyscy od lat. Właśnie dlatego naukowe odkrycia, że po 90 sekundach możemy wyjść z emocji, nie są wiele warte w praktyce. Chcemy przeżywać nawet wtedy, kiedy posiadamy wiedzę o tym, że takie emocje niczemu nie służą. Bo one służą. Nam. Pozwalają doświadczać i przeglądać się w sobie i swoich uczuciach. Rozpoznawać siebie. Często bywają też inspiracją dla sztuki. Im więcej bólu, tym piękniejszy i głębszy wiersz, bardziej poruszająca muzyka. To wszystko ma sens. Potrzebujemy naszych emocji w pełni.

Jest jeszcze jeden element, który utrudnia odejście od emocji w minutę, a którego absolutnie nie popieram zaciekłość. Wiele osób świadomie nie chce odpuścić, lecz nakręca się negatywnymi emocjami, uzasadniając to bzdurnym zupełnie powodem: „przecież nie można na to pozwolić”. Argument bez sensu. Nasze emocje nie mają nic wspólnego z naszym światopoglądem, wyborami czy priorytetami. Możemy podejmować dowolne decyzje i wcale przy tym nie wchodzić w złość czy żal. Możemy wierzyć, w co chcemy i robić, co chcemy bez negatywnych emocji. Naprawdę. Szkoda, że nikt tego nie chce dostrzec i wykorzystać dla swojego dobra.

Najbardziej wyraźnie widać to wtedy, kiedy ktoś ma inne zdanie. Ileż to razy wchodzimy w gniew tylko dlatego, że ktoś ma inne poglądy, popiera innego polityka lub drwi z naszego ulubieńca? A przecież wiemy, że każdemu wolno myśleć po swojemu i mieć swoje upodobania. Nie mamy na to wpływu. A jednak często bywa, że nie chcemy odpuścić zaciekłej dyskusji tylko po to, by sobie pokrzyczeć i potupać wyłącznie dlatego, że ktoś się z nami nie zgadza. Wszystkim, którzy miewają taki problem, polecam przerobienie ważnej lekcji pod nazwą tolerancja. Warto nauczyć się dawać innym prawo do własnego zdania.

Podobnie bywa w przypadku konfliktów. Zdarza się, że ktoś nas oszuka, okradnie, porzuci lub w inny sposób wyrządzi nam przykrość. Ważne, by zrozumieć lekcję i odpowiedzieć sobie na pytanie, czym to przyciągnęliśmy i co możemy w sobie uzdrowić, by tego więcej nie doświadczać. Nie ma potrzeby przy tym zanurzać się po uszy w trudnych emocjach. A jednak robimy to i kiedy ktoś nam powie: „odpuść, zapomnij„, to krzyczymy: „nigdy, to niedopuszczalne„. Bardzo często odejście od niepotrzebnych emocji traktujemy, jak akceptację tego niegodnego zachowania. Uważamy, że skoro ktoś uczynił coś nieetycznego, to należy odczuwać gniew i koniec! W takim przypadku polecam wszystkim lekcję wybaczenia.

Może nas skutecznie zmotywuje wiedza o szkodliwości negatywnych emocji, właśnie tych, którym dajemy paliwo pełnymi złości i żalu myślami? Świadomość, że z takich uczuć biorą się rozmaite choroby, powinna nas wyhamować w zaciekłości, bierności i pozwalaniu na to, by lawina niekorzystnych odczuć przelewała się przez nasze ciało. Emocje są nakręcane myślami, a nad myślami powinniśmy mieć kontrolę. Przecież potrafimy. Zamiast rozkminiać stare krzywdy czy niewłaściwe poglądy innych, można skupić się na przyjemnej stronie życia. I to całkiem świadomie, wybierając najpiękniejsze aspekty naszego istnienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zawiść i zazdrość

Zawiść jest bliska zazdrości, jednak zdaniem psychologów o wiele gorsza. O ile zazdrość o to, że ktoś ma coś ładniejszego bywa motywacją do zdobywania podobnej rzeczy dla siebie, o tyle zawiść jest destrukcyjna i prowadzi do niszczenia tego, czego zazdrościmy innej osobie. Mamy tu najczęściej do czynienia z bezpodstawnym atakiem. Zwykle łączy się z głębokim przekonaniem, że obiekt naszych westchnień jest poza naszym zasięgiem. Jest też oporna w terapii, ponieważ zawistna osoba nie potrafi przyjąć dobra. Chce je odrzucić i zniszczyć. Podobnie jak odrzuca życzliwych sobie ludzi, tylko dlatego, że uważa ich za lepszych od siebie.

To emocja, która najbardziej mnie zadziwia. Głównie dlatego, że nigdy jej nie doświadczyłam, najczęściej przyglądam się innym i próbuję zrozumieć, dlaczego tak działa. Mój przywilej bierze się z dzieciństwa miałam cudownego, kochanego brata, a moi rodzice uczyli nas wzajemnego dzielenia się i starali się jednakowo traktować nas oboje. Mój brat był moim wielkim przyjacielem, nie mogłam więc czuć zazdrości, bo sama przychyliłabym mu nieba. Ponadto los sprawił, że życie ciężko go doświadczyło i to on mógłby mi pozazdrościć zdrowia, a nie ja jemu czegokolwiek.

Miałam też dobre doświadczenia w szkole byłam lubiana, świetnie się uczyłam i umiałam cieszyć się tym, co posiadam. A przecież byli wokół mnie lepsi ode mnie. Moja przyjaciółka z jednej ławki była wyjątkowo utalentowana plastycznie. Malowała i rysowała tak pięknie, że wszyscy nauczyciele stawali koło niej z zachwytem i zamawiali rozmaite dekoracje klasowe. Podziwiałam ją, przyjaźniłam się z nią i uważałam jej talent za niekwestionowany, ale i zupełnie oczywisty. Ktoś inny w klasie był znakomity z matematyki, ktoś jeszcze inny był prymusem i zbierał same najlepsze oceny, ktoś podróżował z rodzicami po świecie, ktoś miał cudnego psa, a ja…. pisałam ładne wypracowania. Miałam swój talent i nie zazdrościłam nikomu niczego, rozumiejąc, że każdy coś ma, każdy coś potrafi. Tak mnie nauczono i wychowano. To mój wielki dar od losu i od moich rodziców.

Opisuję tu swoje dzieciństwo, bo to jest czas, kiedy w ludziach kształtuje się tendencja do tej paskudnej emocji. Oczywiście jak każda emocja ta też może być pożytecznym drogowskazem do rozwoju. Zanim jednak ktokolwiek zajmie się tym rozwojem, najpierw sieje wokół siebie potworne spustoszenie. A my doświadczamy potem dziwnych rzeczy. Chociaż sama nie zazdrościłam nikomu, to jednak odsunęły się ode mnie bez powodu osoby, którym zawiść nie pozwoliła być ze mną w przyjaźni. To ich lekcja, nie moja, ponieważ we mnie nie wywołało to żadnych emocji, a co charakterystyczne te osoby po prostu zniknęły z mojej przestrzeni, nie atakując mnie w żaden sposób otwarcie. Zrozumienie tego zniknięcia przyszło z czasem, kiedy dotarły do mnie ich wypowiedzi i zachowania. Stąd też moje wielkie zainteresowanie tą dziwną dla mnie emocją.

Obserwuję często sytuacje, w których zawiść koduje się w ludziach właśnie wtedy, kiedy rodzice wyróżniają innego malucha. To ten pierwszy moment poczucia odrzucenia, który rozrasta się czasem w paskudne uczucie zawiści. Dziecko zawsze łaknie miłości i jeśli rodzic nie ma dla niego czasu, bo zajmuje się młodszym bratem lub siostrą, to utrwala się w nim silny ból, który potrafi trwać przez całe dorosłe życie.  Jednak oprócz bólu, rodzi się też potrzeba walki o stracone zainteresowanie, które przejawia się atakowaniem rodzeństwa. To „bardziej kochane” maleństwo staje się wrogiem, a nie przyjacielem, jakim być powinno. Jakie to przykre, nienawidzić własnego brata czy siostry.  Dodać tu warto, że w dorosłym życiu przenosi się tę agresję na dowolnych innych ludzi w pracy, w rodzinie, wśród znajomych.

Ale przyczyną może być też porównywanie z innymi, czasem nawet z obcymi dziećmi. Jedna z moich znajomych ma rodziców, którzy nie umieli jej pochwalić za całkiem niezłe oceny, lecz zawsze podnosili poprzeczkę i stale dopytywali, jakie oceny dostały najlepsze dzieci w klasie. Jakie to było bolesne dla tej dziewczynki, która miała takie zdolności, jakie miała i nie była w stanie dorównać prymusom, mówić nie muszę. Rozwijała po cichu i cierpliwie nienawiść do każdej osoby, która była od niej w czymś zdolniejsza. Dziś nosi w sobie ułomny wzorzec, który niszczy każdą relację, bo w każdej porównuje się do innych i w każdej czegoś zazdrości. Nie umie zaakceptować siebie i zainspirować się sukcesem drugiego człowieka, ponieważ nauczono ją zawiści. Kiedy spotka osobę, która w czymś jest dobra, natychmiast krytykuje ją i poniża.

Emocje te są bardzo powszechne. Widać je stale w rozmaitych sytuacjach wokół nas, dominują w filmach i powieściach obyczajowych. Z zazdrości ludzie mogą nienawidzić, a nawet mieć mordercze myśli. I nie mam tu na myśli klasycznego Otello, lecz codzienne złośliwe ataki przy każdej okazji. Według moich obserwacji zawiść jest drugim co do częstotliwości występowania powodem niechęci i agresji słownej pierwszym są odmienne poglądy polityczne. I niestety, zgodnie z zasadą lustra przyciąga to do nas bardzo charakterystyczne odzwierciedlenie. Ludzie, którzy zazdroszczą innym sami są zdradzani, by jeszcze bardziej zazdrościć.

Dla klarowności wyjaśnię, że pisząc o zdradzie nie mam na myśli tylko spraw wierności małżeńskiej. Zdradą jest przecież zachowanie rodzica, który coś obiecuje i nie dotrzyma. Zdradzają nas niesłowni przyjaciele, oszuści wszelkiej maści, a nawet nasza rodzina. Jeśli zatem ktoś bliski nam emocjonalnie rodzic, siostra, przyjaciel, małżonek wybiera kogoś innego, zamiast być lojalnym wobec nas, u podstaw leży schowana głęboko w sercu zazdrość.

Jak sobie pomóc i jak wyleczyć się z tendencji do zazdrości? Przede wszystkim warto zrozumieć, że nie czujemy zawiści o coś lub o kogoś. Osoba, przedmiot czy sukces, które powodują, że zieleniejemy, to tylko zewnętrzne objawy. Prawdziwa trucizna jest w środku nas. To ten ból z dzieciństwa, to przemożne poczucie odrzucenia, bycia gorszym i niepotrzebnym, to przekonanie, że nikt nas nie chce i nie kocha.

Jedna z moich klientek zapytana, co naprawdę czuje, kiedy mówi, że jest zazdrosna o męża, który flirtuje z inną, opisała mi ciekawy obrazek. Powiedziała, że jest jak mały, głodny szczeniaczek, który leży wyrzucony w błocie i na deszczu, z daleka od jakiejkolwiek pomocy. Dookoła tylko błoto i woda i bardzo zimny wiatr. Ta przejmująca wizja pokazuje prawdziwe podłoże zazdrości, ponieważ odwołuje się do naszego wewnętrznego dziecka. To metafora jakiegoś zdarzenia z dzieciństwa, kiedy ta kobieta poczuła się porzucona i odepchnięta przez rodziców. Mały piesek na deszczu to ktoś bezradny, kochający, kto liczył na miłość i wsparcie, a dostał wielkiego kopniaka. Jest to wyraźnie układ: malutkie i bezbronne dziecko – rodzic. A nie żona i mąż, bo dlaczego żona miałaby być wobec swojego partnera malutka i bezbronna? Warto dodać, że trafiłam na wyjątkowo wrażliwą i szczera osobę. Większość z nas ukrywa takie uczucia pod agresją i w chwili zazdrości ujawnia jedynie gniew.

Jak zatem sprawić, by zagubiony w deszczu szczeniaczek stał się na powrót silnym, dużym i szczęśliwym psem? Odnaleźć w sobie swoją moc. To, czego zazdrościmy innym, jest naszym potencjałem. Ludzie sukcesu nas inspirują do tego, byśmy odkrywali własne możliwości. To, co widzimy u innych, możemy rozwijać w sobie, zamiast tracić energię na atakowanie tamtych osób. Zobaczmy w osiągnięciach drugiego człowieka piękno, zachwyćmy się nim. To, co kochamy i podziwiamy, przyciągamy do siebie.

Ważne, by poczuć się doskonałą istotą, która nikomu niczego zazdrościć nie musi, bo ma w sobie wszystko, czego pragnie i potrzebuje. Przychodzimy na świat wyposażeni idealnie we wszystko, co może sprawić, że będziemy szczęśliwi i spełnieni. Nie musimy z nikim się porównywać. Jesteśmy absolutnie doskonali. Wystarczy podnieść poczucie wartości i nauczyć się doceniać swoje piękno. A jeśli ktoś ma problem z rozwijaniem samooceny polecam dobry podręcznik z odpowiednimi, skutecznymi ćwiczeniami.

Odczuwanie zazdrości przenosi nas w czasie w przeszłość do tej chwili, kiedy rodzice nas odrzucili, zdradzili i zawiedli. Warto jednak pamiętać, że to oni popełnili błąd, nie umiejąc pochwalić własnego dziecka, porównując je z kimś obcym lub faworyzując jedną z pociech, kosztem drugiej. W tym pierwszym przypadku rodzice bez wątpienia sami padli ofiarą kompleksów, skoro zamiast miłości i starań we własnym potomku, szukali ideału zawyżając wymagania. Swoim córkom zawsze powtarzałam, że mają być szczęśliwe i nie obchodziły mnie ich oceny w szkole. Owszem, chwaliłam za każdy sukces, ale gdy sukcesów nie było, chwaliłam za to, że są dobre i mądre. Wymagający rodzice to zakompleksione nieudaczniki, które chcą sobie podnieść poczucie wartości kosztem własnego dziecka. Przepraszam musiałam to napisać. Dziecko ma być szczęśliwe i dobre dla innych, a nie najlepsze w klasie, by się nim chwalić sąsiadkom. 

Na koniec jeszcze słów parę na temat zazdrości w związku. Nie warto tracić na nią czasu. Nie mamy wpływu na to, co, gdzie i z kim robi nasz partner. Nie upilnujemy nikogo. A im bardziej będziemy prześladować i kontrolować, tym szybciej partner od nas ucieknie. Możemy natomiast pracować nad sobą i to jest moim zdaniem najskuteczniejszy sposób. Podniesienie poczucia wartości sprawi, że poczujemy się najpiękniejsze/najlepsi. Nie znajdzie się na świecie żaden rywal/rywalka, która mogłaby zagrozić naszej miłości. W rozwijaniu poczucia wartości istotne jest prawdziwe kochanie siebie. Jeśli kocham siebie to mój partner mnie kocha, ponieważ jak lustro odbija moje przekonania. Jeśli jestem wierna sobie, to i mój partner odzwierciedli takie podejście. Może zatem spędzać czas w pracy z kim chce, a ja nie muszę się martwić o nasz związek. 

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Gniew

Gniew może być naszym przyjacielem, jeśli nauczymy się go rozumieć. Żadne to zresztą zaskoczenie, bo z pewnego punktu widzenia, nic nie jest dobre ani złe, to tylko człowiek próbuje wszystko oceniać i dzielić na czarne i białe. Wszystko ma swój cel i sens. Celem gniewu – jak zresztą każdej innej trudnej emocji – jest pokazanie, co mamy w sobie do uzdrowienia. Pojawia się właśnie wtedy, kiedy dana sytuacja uruchamia wewnętrzny wzorzec, wymagający korekty.

Wielu ludziom jest bardzo trudno polubić gniew. Ach, czasem nawet trudno go im zaakceptować. Bo jak można lubić coś tak okropnego! I jaki to wstyd dla osoby, która zajmuje się rozwojem. Tymczasem problemem nie jest wcale emocja, która się pojawia, lecz to, co z nią zrobimy. Bo dopóki chodzimy po Ziemi, będziemy odczuwać rożne emocje – w większym lub mniejszym natężeniu.

To prawda, że osoby, które systematycznie medytują, są bardziej opanowane i rzadziej odczuwają tego typu rzeczy. Wynika to przede wszystkim z nabierania dystansu do rzeczywistości. Na jakimś etapie duchowej praktyki zaczynamy rozumieć, że wszystko jest iluzją, grą i zabawą, a dla naszej prawdziwej esencji nie ma znaczenia, co się dzieje, co kto mówi i jak nas traktuje. Dlatego polecam gorąco medytację wszystkim, którzy chcieliby odnaleźć w sobie prawdziwy spokój. Nie taki, który jest ucieczką od rzeczywistości, ale który jest totalną akceptacją wszystkiego, co jest. To najlepsze lekarstwo na wszystkie trudne emocje. Jeśli naprawdę wszystko akceptujemy, to nie mamy powodu, by odczuwać gniew czy żal. Te rzeczy przestają dla nas istnieć. Oto prosta recepta na szczęście i wolność od zmartwień.

Prostota rozumienia nie idzie oczywiście w parze z praktyką, dlatego większość ludzi stale odczuwa różnego rodzaju emocje i nie ma w tym niczego niewłaściwego. Niewłaściwe natomiast jest ich tłumienie lub wypieranie i udawanie, że ich nie ma, bo to wstyd. Co ciekawe, taka osoba, która stale zaprzecza, że doświadcza gniewu, najczęściej nie dostrzega setek zjawisk wokół siebie, wyraźnie wskazujących obecność złości w jej wewnętrznej matrycy. I wtedy jest zabawnie, bo wszyscy dookoła widzą lustrzane odbicie gniewu, a ona stale powtarza: „och, nie ma we mnie takich uczuć, ja wszystko akceptuję i wszystkim wybaczyłam”. Krzywdzi tym zaprzeczaniem tylko sama siebie. Ma do tego prawo. I nie ma sensu takiego człowieka przekonywać, że jest inaczej. Do uzdrowienia potrzebuje niestety zauważenia tego, co tak zapamiętale wypiera.

W tym miejscu przypomnę, że stłumione emocje prowadzą do różnych schorzeń. Psychosomatyka wyraźnie pokazuje, jak wysoką cenę płacimy za udawanie, że jesteśmy spokojni i niczym się nie przejmujemy, bo nam wstyd przyznać się do prawdziwych uczuć. Czasem to nie kwestia wstydu, lecz podświadoma obrona przed cierpieniem. Kiedy na co dzień musimy mierzyć się z niesympatycznymi atakami, na które reagujemy płaczem i gniewem, to po pewnym czasie dystansujemy się do zjawiska, udając, że nic nas to nie obchodzi. Zachowujemy spokój, robimy swoje i wydaje nam się, że już uporaliśmy się z problemem. To często tylko złudzenie, bo dopóki ataki trwają, to w nas jest wzorzec, który je wywołuje. Nie ominiemy uzdrowienia udawaniem akceptacji i spokoju – to tylko tłumienie.

Największym problemem jest wyrażanie gniewu. To tutaj znaleźć można okrucieństwo, przemoc, sadyzm, bicie, kopanie, a nawet pozbawianie życia. Myślę, że właśnie dlatego ta emocja jest traktowana z tak wielką niechęcią i wstydem. Tymczasem można ją wyrażać bezpiecznie, nie raniąc nikogo. Można ją wykrzyczeć, ile sił w płucach, stając jak Liza Minelli w „Kabarecie” pod wiaduktem, którym przejeżdża pociąg. Można tłuc pięścią w poduszkę lub bardziej praktycznie: wytrzepać dywany. Moja znajoma, kiedy dotyka ją takie uczucie, zaczyna przestawiać meble w pokoju. Sposobów jest wiele. Ważne, by sobie uświadomić, że odwrotną stroną złości jest siła witalna. Wykonanie ciężkiej pracy, walenie pięściami w gruszkę czy trzepaczką w dywan prowadzi do zmęczenia, a to uwalnia gniew.

Czasem wystarczy z kimś porozmawiać, nazwać swoje problemy lub tupnąć nogą i zakląć, ale bez przesady. Trzeba umieć werbalnie pracować ze złością, ponieważ słowa nasycone emocjami mogą nas jeszcze bardziej nakręcać, niż rozładowywać. Poza tym myślami i słowami tworzymy swoją rzeczywistość. Jeśli będziemy kląć jak szewcy, to w krótkim czasie zaśmiecimy swoją przestrzeń i będziemy żyć na kupce mentalnego brudu. Już o tym pisałam.

Warto natomiast zwrócić uwagę, że posiadamy niejako dwa umysły. Jeden umysł to ten emocjonalny – nasze „wewnętrzne dziecko„, które może fajnie wyrażać to, co czujemy. To ważne, bo dzięki temu widzimy, co jest do uzdrowienia, co nam przeszkadza. Tłumienie złości i udawanie, że wszystko jest OK nie prowadzi do niczego dobrego. Wewnętrzne dziecko pomaga nam potupać i pokrzyczeć, abyśmy poczuli, co się w nas i z nami dzieje. Ale uwaga! Nie wyżywamy się na nikim i nie bijemy słowami! Nikogo nie obrażamy i nie poniżamy. Krzyk może być dobrym czynnikiem spustowym, ale nie może być narzędziem przemocy.

I tu właśnie włącza się drugi umysł. Umysł świadomy, racjonalny i posiadający wiedzę. Powinien mieć duży wpływ na ten pierwszy. Ten umysł łagodzi gniew rozsądnym podejściem. Zadaje pytania typu: „no i co z tego? A komu to przeszkadza? A czy warto tracić zdrowie? A nie lepiej odpuścić?” Może też czasem podsunąć merytoryczną analizę problemu, która udowadnia, że właściwie to nie ma powodu do złości. Ot, zdarzyło się coś… i szkoda czasu. Może też pokazać, że nie mamy żadnego interesu w zajmowaniu się gniewem.

Przykład: po kłótni z partnerem wykrzyczymy do przyjaciółki, że czujemy wielką złość i najchętniej odeszłybyśmy, dokąd nas oczy poniosą! Nie chcemy partnera więcej widzieć! Tak mówi umysł emocjonalny. Jednocześnie słuchamy umysłu racjonalnego, który szepcze: „nie chcę się z nim rozstawać, chcę go zrozumieć, kocham go i jest mi z nim dobrze”. Kiedy opadną emocje, zostanie tylko głos zdrowego rozsądku. Dlatego nie warto w emocjach podejmować decyzji, bo potem nigdy nie będziemy z niej zadowoleni.

Najbardziej optymalnym rozwiązaniem jest dopuszczenie do głosu obu umysłów. Żaden nie podejmuje decyzji samodzielnie. Najpierw uwolnijmy gniew, nazwijmy go i zaakceptujmy. Natomiast potem warto pomedytować, wyciszyć się i wreszcie znaleźć prawdziwą przyczynę emocji. Jak pisałam wyżej – gniew wskazuje, że nosimy w sobie jakiś wzorzec, który wymaga uzdrowienia. Kiedy go odnajdziemy i zmienimy na właściwy, efekty mogą nas cudownie zaskoczyć. Skończą się kłótnie i problemy w związku, rodzinie czy pracy. Znikną powody do odczuwania jakiejkolwiek niewygodnej emocji. Relacje poukładają się całkiem przyjemnie i odnajdziemy dla siebie komfort.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Magia Spokoju

Dopóki nie staniemy się istotami oświeconymi, przeżywamy różne emocje i mamy do nich pełne prawo. Moim zdaniem nie ma nic niewłaściwego w odczuwaniu gniewu, smutku czy zazdrości – to tylko drogowskazy prowadzące nas do uzdrowienia. Oczywiście, jeśli faktycznie się rozwijamy i rozumiemy, o co naprawdę chodzi w emocjach, to te trudne uczucia pojawiają się coraz rzadziej i rzadziej. Wygasają w sposób zupełnie naturalny. Bezwarunkowa miłość sprawia, że nie czujemy złości ani zazdrości, bo akceptujemy to, co się pojawia.

Zapewne dlatego tak często mówi się, że miłość wszystko uzdrawia. Ma w sobie taką niezwykłą moc, która zamienia przykrości w zwyczajne zdarzenia. Wystarczy przypomnieć sobie chwilę, kiedy byliśmy zakochani. To niezwykły stan, który sprawia, że kochamy cały świat i akceptujemy wszystko, nawet to, co zazwyczaj nas denerwuje. Jak cudownie byłoby być stale zakochanym! Czy to możliwe? Oczywiście. Można po prostu zakochać się w życiu i wszystkich jego przejawach. Uważam, że zawsze jest obok nas ktoś do kochania. A oprócz ludzi jest mnóstwo rzeczy, które budzą w nas wspaniałe uczucia: świetna książka, dobry film, wygodny fotel, piękna medytacja…

Zanim zaczęłam pisać ten artykuł, myślałam o tym, jak bardzo jestem szczęśliwa – mam sprawnego, lekkiego laptopa, słucham dobrej muzyki, a obok pali się pachnąca świeca. Rozejrzałam się po swoim malutkim pokoiku i uświadomiłam sobie, jaki jest wygodny i przytulny. Wszystko w nim jest zrobione dokładnie tak, jak chciałam, jak lubię. Taki drobny komfort może otworzyć w nas prawdziwe okno do pozytywnych emocji. Wystarczy się na nich skupić.

W moim życiu nie brakuje zmartwień i problemów. Są – jak u wszystkich. Rozwiązuję je, jeśli tylko mogę. Ale poza tym staram się dostrzegać to, co dobre. Szukam piękna i miłości. A przez miłość rozumiem tu też wszystkie pozytywne uczucia: zachwyt, sympatię, podziw. Doceniam też prosty zewnętrzny urok rzeczy ładnych i wygodnych. Cieszy mnie nawet taki drobiazg, jak wazon z kwiatami czy stojąca naprzeciwko taca ze słodyczami. Nie, nie mam teraz ochoty na cukierki, ale to ładny widok, a słodycze dają mi poczucie obfitości. Na tym skupiam swoją uwagę i to zasilam – całe dobro i piękno, jakie mnie otacza w takiej zwykłej codzienności.

Wielu psychologów podkreśla dobroczynny wpływ wdzięczności na nasze życie. Dotyczy to nie tylko prosperity i Prawa Przyciągania, ale właśnie uruchamiania mocy serca. Wdzięczność działa tak, jak zebranie całej swojej energii i wysłanie w jedną stronę: w stronę bezwarunkowej miłości. To właśnie taka chwila. W pełni dobrych uczuć zauważam całe dobro, jakiego doświadczam i zasilam je mocą pozytywnych emocji – miłości, radości, satysfakcji. Skupienie uwagi na tym, co piękne, podnosi moją energię.

Nie jest to tylko kwestia materii, bo doceniam także muzykę i bardzo lubię rozmowy z przyjaciółmi, a najwięcej dobrej energii czerpię z miłości mojego partnera. Wystarczy jeden jego telefon z pracy i jedno: „Kocham cię skarbie”, a moje pozytywne akumulatory są naładowane na cały dzień. Czasem jest trudniej – coś idzie nie tak, jesteśmy oboje zmęczeni, boli głowa, ludzie się czepiają o drobiazgi… Wtedy także najłatwiej odzyskać spokój poprzez szukanie tego, co jest dobre. Jeśli partner ma zły humor i warczy, wówczas zaczynam wyliczać wszystkie rzeczy, które kocham. Im szybciej podniosę swoją energię do maksimum, tym bardziej i jemu pomogę odzyskać dobry nastrój. Jesteśmy przecież połączeni wspólną przestrzenią i emocjonalną bliskością.

Zróbcie to samo: rozejrzyjcie się dookoła, odnajdując wszystko to, co lubicie i co sprawia Wam przyjemność. Ulubiony długopis, sprawny komputer, puszysty dywan, piękny obraz na ścianie, najnowszy model telewizora… Wszyscy jesteśmy otoczeni mnóstwem ładnych i wygodnych rzeczy. Żyjemy w komfortowych mieszkaniach. Mamy mądre i dobre dzieci. A pomimo tego znajdujemy sobie jeden bodaj powód do cierpienia i decydujemy, że będziemy tarzać się w emocjach. Czasem wygląda to tak, jakby radość sprawiała, że czujemy się dziecinni (och, co za wstyd!) i dopiero zmarszczka zmartwienia na czole odbudowywała godną i poważną dorosłość. Ale dojrzałość nie polega na powadze, tylko na umiejętności radzenia sobie z trudnymi emocjami i na umiejętnym budowaniu własnego szczęścia.

Dorastanie pozwala nam uwalniać się od wielu emocji. Być może ktoś z Was jako dziecko płakał na widok deszczu, ponieważ nie mógł pobiec bawić się na podwórku. Kiedy staliśmy się dorośli, deszcz już nas nie złości i nie smuci. Jest tylko deszczem. Nie mając wpływu na pogodę, nie tracimy zdrowia na martwienie się takimi drobiazgami. Być może jest to podpowiedź, co zrobić, by nie przejmować się także innymi rzeczami, którymi nie możemy władać. Wystarczy nabrać dystansu. Być prawdziwie dorosłym i traktować wszystko, jak deszcz za oknem.

Istnieje genialna zasada, która czasem krąży w sieci jako cytat z kogoś lub jako buddyjska mądrość. Brzmi ona: Jeśli coś ci się nie podoba – nie martw się, lecz zmień to. Jeśli nie możesz tego zmienić – spokojnie zaakceptuj. W żadnym wypadku zmartwienie nie poprawi sytuacji. Często to powtarzam, także samej sobie. Jest w tym oczywista prawda, że choćby największe i najgłośniejsze tupanie nogami nie zmieni rzeczywistości. Po cóż zatem denerwować się czymś, na co nie mamy wpływu? To absurdalna strata energii. A jeśli dodamy do tego fakt, że nasze negatywne emocje wpływają niekorzystnie na zdrowie, to cała ta zabawa przestaje być w najmniejszym stopniu opłacalna. Wystarczy odrobina zdrowego rozsądku i odczuwam spokój.

Warto pamiętać, że nie jesteśmy bezsilni wobec emocji. Są tysiące sposobów, by nie pozwolić im sobą zawładnąć. Ot, choćby głęboki przeponowy oddech, który pomaga szybko odzyskać spokój. Równie skuteczne jest zajęcie się czymś, co pochłonie myśli na tyle, by negatywne emocje opadły. Coś, co działa jak rozwiązywanie matematycznego zadania – absorbuje całą mentalną energię. Można na chwilę podjąć jakieś intelektualne zadanie. Bardzo dobrym sposobem jest też słuchanie muzyki lub krótki spacer. Mi najszybciej pomaga podniesienie nastroju poprzez krótką pracę z Aniołami lub z energią Reiki. Ważne, by nie poddawać się i nie nakręcać, lecz samemu decydować, że: „nie wchodzę w te emocje”. Czasem to właśnie zdrowy rozsądek okazuje się kluczowy: po co się denerwować, przecież to nic nie da. Nie zawsze to działa i nie na każdego. Jesteśmy przecież różni, ale warto spróbować.

Mnie najbardziej dotyka bezradność, ponieważ to, co mogę zmienić – zmieniam. Pracowicie i uparcie buduję swoje szczęście na wszystkich obszarach. Nie odkładam na bok niczego, na co mam wpływ. Czasem jednak… nic nie mogę. To czas na akceptację i pogodzenie się z rzeczywistością. Choćby taką, jak wyniki wyborów, które totalnie mi się nie podobają. Jestem zmuszona istnieć w brzydkiej rzeczywistości i umieć pomimo tego odnaleźć swoje piękno życia. Zatem to właśnie robię. Z całą pewnością nie pomoże mi płacz i zgrzytanie zębów, a magii nie chcę używać. A jeśli już – to tylko magii spokoju.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz