Slow

To jest to, co kocham najbardziej. Działanie powolne, spokojne, ze starannym smakowaniem życia. Zmysłowe do granic rozkoszy. Życie, w którym nie przeoczę zapachu kawy parzonej przez córkę ani lekkiej mgiełki aromatu nowej kwiatowej świecy. Życie, w którym delektuję się smakiem świeżej bułki i mrużę oczy, kiedy jem maliny. Życie przynoszące dźwięki dobrej muzyki i śpiew ptaków za oknem nad ranem. Zauważę i docenię promienie słońca przenikające przez liście drzew i odbijające się w szybach zaparkowanych przed domem samochodów. Podniosę brwi w zachwycie, kiedy przypomnę sobie, że tak właśnie wygląda środek lata nad jeziorem, kiedy słoneczny blask kąpie się w wodzie.

Piękno codzienności. Kto je zauważa, zagoniony pomiędzy kolejnymi sprawami do załatwienia? Tysiące rzeczy, urzędy, sklepy, szkoła, przychodnia… Biegniemy, bo musimy, bo potrzebujemy. W popłochu spoglądamy na zegarek. Kiedy wreszcie znajdziemy czas, by przysiąść nad kawą, jedyne co zaprząta naszą uwagę to ulga w zmęczonych stopach i kojące ciepło na podniebieniu. Małe radości też są ważne. Ale jeszcze ważniejsze jest to, by nie umykała nam reszta cudownego życia.

Wiele lat temu, kiedy pracowałam w pewnej firmie, przechodziłam jak każdy pracownik psychologiczne badania. Zdałam wszystkie poza jednym – działaniem na czas. Pani psycholog poleciła mi zbierać szczypczykami malutkie kuleczki i wrzucać do specjalnego otworka. Zauważyłam, że włączyła stoper, ale przekornie bawiłam się, zgarniając kuleczki powolnymi leniwymi ruchami.

– Czy pani widziała, że mierzę czas? – zapytała mnie zaskoczona.

– Oczywiście. Ale nie lubię się spieszyć. – odpowiedziałam.

Mina pani była oczywiście bezcenna, ale przecież nie robiłam jej na złość. Chciałam być uczciwa wobec samej siebie, czyli postępować zgodnie z tym, co uważam za słuszne. Nigdy nie lubiłam pośpiechu. Jest dla mnie kwintesencją braku harmonii. Kiedy się spieszę, wszystko leci mi z rąk, mówię głupoty, denerwuję się z byle powodu i serce zaczyna mi wpadać w arytmię. Uważałam od lat, że pośpiech jest zły. I jak zwykle doczekałam się naukowego potwierdzenia, że tak właśnie jest. A nawet czegoś więcej: informacji, że pośpiech szkodzi zdrowiu. Cóż… stara dusza zawsze wie, co jest harmonijne, bo po prostu czuje energię rzeczy, działań i zjawisk.

Życie „slow” jest czymś takim jak duńskie hygge i szwedzkie lagom, czyli życie zmysłowe, wygodne, sprawiające przyjemność. Zanim jeszcze ktoś ukuł takie określenie, ja już tak właśnie sobie żyłam, ciesząc się każdą chwilą. Nie ma nic złego w dążeniu do przyjemności, choćby dlatego, że to przyjemność nas inspiruje, warto o tym wiedzieć. Czasem lęk lub ból też jest motywacją, ale to słabsza opcja niż pragnienie piękna, lekkości, zachwytu. Kiedy siadam przed płótnem, by namalować obraz, to inspirują mnie dwie rzeczy: pierwsza to oczekiwana przyjemność dotyku i zapachu farb, a drugą jest cudne uczucie podziwiania efektu końcowego. Uwielbiam zatem to moje „slow” we wszystkich obszarach życia.

Zresztą nie chcę się spieszyć, jak pisałam wcześniej. Od wielu lat nie jest to dla mnie problemem, ponieważ sama ustalam sobie plan dnia, włączając w to czas wolny na wszystko, co kocham. A na umówione spotkania przygotowuję się na tyle wcześnie, aby być gotową przed czasem. Moi znajomi wiedzą, że nie zwykłam się spóźniać i zazwyczaj czekam kilka minut przed umówioną godziną. W moim slow jest miejsce na to, by spokojnie się przygotować. Co ciekawe, jako nastolatka byłam bardzo spóźnialska. Zmieniłam wzorzec właśnie dlatego, że zaczęłam doceniać powolne smakowanie życia, bez nerwowości. Można tak wszystko poukładać, by nigdy się nie spieszyć. Poza ewentualną sytuacją awaryjną, ale dziś nie o tym.

Niektórym wydaje się, że „slow” to lenistwo, ponieważ ktoś, kto jest powolny robi przecież mniej niż też, który pracuje szybko. Ale to nieprawda. Wbrew angielskiemu znaczeniu tego słowa styl „slow” nie oznacza, że ruszamy się jak leniwce. Można uprawiać jogging, jeździć na rowerze, spacerować z kijkami i robić tysiące innych rzeczy. Ważne, by umieć w tym wszystkim zatrzymać się na chwilę zachwytu i czerpać przyjemność ze swoich poczynań. Uważam, że jestem niesłychanie twórcza: piszę książki, maluję, fotografuję, prowadzę bloga i cztery fanpejdże, a oprócz tego konsultuję, szkolę i robię horoskopy. O nowych projektach nie wspomnę. Wyśmiałabym radośnie każdego, kto zarzuciłby mi lenistwo. A jednak smakuję w tym wszystkim życie i bardzo tego smakowania pilnuję.

Człowiek „slow” nie jest leniwy. Jest – jak pisałam – zmysłowy i uważnie podąża przez życie, dostrzegając jego piękno. I już sam ten fakt sprawia, że efektywniej rozwija się duchowo. Po pierwsze dlatego, że zeszliśmy tu na Ziemię, by doświadczać jak najwięcej. Wyścig szczurów, codzienna pogoń z listą zakupów w ręce to nie jest to, co rozwija duszę. Może czasem, ale nie w kółko to samo każdego dnia. celem duszy jest między innymi usłyszeć gdzieś w oddali piękną muzykę, poczuć zapach pieczonego ciasta i zauważyć tęczę w kałuży. Tysiąc małych ale urozmaiconych doznań – oto czego pragnie dusza.

Po drugie – jedną z najpiękniejszych ścieżek do oświecenia jest zachwyt. To właśnie on pozwala poczuć szczęście, miłość i odkryć, że jesteśmy Wszystkim Co Jest. Tu i teraz. W jednym momencie, kiedy słodki trel ptaka splata się z zapachem kawy i promieniami słońca prześlizgującymi się przez liście. Zauważanie piękna i pełne odczuwanie go, poprzez przeniesienie ze zmysłów na głębszy poziom, pozwala nam wejść spontanicznie w Pole Serca, w którym dzieje się prawdziwa magia. To tutaj tworzymy swoje szczęście i spełnienie. Właśnie dlatego slow jest tym, co naprawdę dobre.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Harmonia siebie w sobie

Harmonia ze sobą to szczęście i zadowolenie, które wypływa z połączenia ze Wszystkim, Co Jest. Kiedy myślimy pozytywnie i mówimy słowa pełne piękna, pozostajemy w harmonii z wszechświatem. Kiedy wyrażamy wdzięczność lub wyznajemy miłość, również wznosimy swoją energię, dotykając tego magicznego punktu. Kiedy cieszymy się spontanicznie i śmiejemy, to także harmonia. A wreszcie wpadając w zachwyt i zanurzając się w podziwie, sięgamy boskiej jakości. Kiedyś nazywano to byciem w przepływie. Obecnie najczęściej określa się ten stan wejściem w pole serca. Tak czy owak jest to podniesienie energetyki na tyle wysoko, by poczuć magię wszechświata poprzez połączenie się ze Wszystkim Co Jest.

Bycie w harmonii wymaga takiego połączenia, aczkolwiek możemy sobie bez tego leżeć wygodnie na kanapie i czuć się całkiem normalnie. Jednak wejście na wyższy poziom daje nam dostęp do tego, z czego dobrze jest móc korzystać na co dzień. To dostęp do boskiej mocy, która pomaga nam spełniać marzenia i pozwala wyraźnie poczuć Prawo Przyciągania. Ten stan harmonii z wszechświatem pomaga nam podejmować decyzje, tworzyć arcydzieła, załatwiać od ręki różne skomplikowane sprawy, kochać z wzajemnością i widzieć niewidzialne. To w tym stanie właśnie rozwijamy jasnowidzenie. Ale dziś nie o tym.

Chciałabym zwrócić uwagę na to, jak łatwo jest wejść w ów przepływ lub pole serca. Prowadzą nas tam dobre myśli i piękne emocje. Można od razu zauważyć, że cała prosperita jest drogą do takiego punktu, a prosperująca świadomość to człowiek, który częściej doświadcza harmonii niż dysharmonii. Ta druga przejawia się chorobami, kłopotami, brakami… Tym wszystkim, czego nie lubimy. W ten sposób pokazałam proste lekarstwo na każdy problem – być w harmonii. A jak? Jeśli ktoś nie zrozumiał, to zapraszam do ponownego przeczytania pierwszego akapitu.

Ta rewelacyjna, choć bardzo ogólna recepta dotyczy naszych indywidualnych spraw. Nie zmienimy od ręki sytuacji na świecie swoim pozytywnym myśleniem, nie zlikwidujemy wojen, głodu i wyzysku. Aczkolwiek gdyby oczywiście wszyscy tę receptę zechcieli zastosować, to stałby się taki właśnie cud. Pisałam już o tym – gdyby wszyscy ludzi pokochali siebie, czyli pięknie i z miłością myśleli o sobie, Ziemia stałaby się rajem. To oczywiste. Podobno tak właśnie wyglądała Złota Era i do tego w gruncie rzeczy dążymy. Do stworzenia raju bez wojen, chorób i głodu, poprzez pokochanie siebie i pozytywne podejście do życia.

Być w harmonii ze sobą, to po pierwsze połączenie z naturą i wszechświatem, poprzez podniesienie energii i stałe wchodzenie w przepływ. To radość życia i cieszenie się każdą chwilą. Znakomicie pomaga w tym świadoma praca z Reiki. Kluczowe jest tu słowo „świadoma”, ponieważ często spotykam ludzi, którzy nie umieją docenić tej pięknej energii i nie korzystają z jej ogromnej mocy. A jest to cudowne narzędzie do połączenia nas z Najwyższym Źródłem i natychmiastowego przeniesienia w pole serca. Zwolennicy metod kwantowych mogą tu znaleźć podpowiedź, jak ułatwić sobie pracę i wyjaśnienie, dlaczego Reiki nie koliduje z Dwupunktem.

Bycie w harmonii ze sobą, to po drugie bycie autentycznym. Wymaga to podniesienia poczucia wartości i zaakceptowania siebie takim, jakim się jest. Nie ma ludzi idealnych, natomiast moim zdaniem każdy jest doskonały. Wszyscy jesteśmy Światłem mniej lub bardziej stłumionym przez brak miłości do siebie. Próbując wpasować się w iluzje i cudze oczekiwania zatracamy siebie. Zakładamy maski, aby inni nas podziwiali. Potrzebujemy tego podziwu wtedy, kiedy nie umiemy sami pokochać siebie. Ten podziw jest zabezpieczeniem przed samotnością, odrzuceniem i wstydem. Ludzie robią niewiarygodne rzeczy dla tego podziwu – kradną, wyzyskują, zabijają – byle tylko poświecić innym w oczy światłem odbitym od bogactwa czy władzy. I chociaż doskonale wiedzą, że ten podziw jest fałszywy, zabiegają o niego, by poczuć się bezpiecznie. A bezpiecznie jest dla nich tylko na szczycie.

Tymczasem wystarczy kochać. Kiedy naprawdę obdarzę siebie miłością, to przyjmę siebie taką jaką jestem i już nic nie muszę udawać. Mogę być trochę mądra, trochę głupia, trochę głośna, trochę cicha, trochę ładna, trochę brzydka… Jestem doskonała, bo jestem sobą. Jednym będę się podobać, innym nie i to jest w porządku. Zaprzyjaźnię się z tymi, którzy ze mną rezonuję i nie będę płakać po tych, którzy się ode mnie odwrócą. Wszystko będzie w harmonii. Tak łatwo znaleźć szczęście, kiedy wyjdę poza lęk odrzucenia i zrozumiem, że można być dobrym w każdej postaci. Piękno wszechświata opiera się na różnorodności. Nie ma jednej idealnej matrycy, która pokazuje, jakim trzeba być. Każda wersja jest dobra.

Jednak kluczem jest nasza własna akceptacja i poczucie komfortu, kiedy patrzymy na swoje odbicie w lustrze. Jesteśmy różni – jedni dobrze się czują z krótkimi włosami, inni z długimi. Jedni stawiają na staranne wykształcenie, inni na pomaganie słabszym, a jeszcze inni na luz i lekkość. Każda opcja jest dobra, jeśli uśmiechamy się w niej do siebie. Warto nauczyć się myśleć o sobie w harmonii z wszechświatem. Być świadomym tego połączenia i szukać go we wszystkich swoich przejawach. Boskość jest Wszystkim Co Jest, dlatego boska jest zarówno poważna, elegancka lady, jak i roześmiana dziewczyna w podartych spodniach. O ile obie czują się szczęśliwe same ze sobą.

To, co jest dobre dla nas, podnosi nam energię i samoistnie wprowadza w pole serca. Każde działanie, każde hobby, każdy wygląd jest właściwy, jeśli nas uskrzydla. Ten prosty kompas idealnie pokazuje, co nam służy, a co nie. Bo jeśli kopiemy psa, to nas nie uskrzydli. Proste. I jakkolwiek to poczujemy, bez wątpliwości nie będziemy w tym działaniu w harmonii ze sobą i wszechświatem.

Bycie autentycznie sobą, to odnalezienie swoich niepowtarzalnych aspektów. Boskość chce być przejawiona w takiej formie, jaką nam ofiarowała, a nie w innej. Nie trzeba wcale być jak sąsiadka czy koleżanka, najlepiej być sobą. Kiedy jesteśmy sobą – takimi normalnymi, pełnymi słabości, nie będąc sławnymi ani bogatymi – jesteśmy bardziej harmonijni niż wtedy, kiedy kogoś naśladujemy i udajemy obcą jakość. Gdybym na przykład na siłę malowała abstrakcyjne obrazy, rywalizując z kimś, to wypadam z harmonii. Nawet wtedy, kiedy moje obrazy będą się bardziej podobały niż dzieła tego kogoś, komu chciałam udowodnić, że jestem lepsza. Nie będę lepsza. Zeszłabym ze ścieżki duchowej w błoto tak mocno, że tylko czołg energetyczny mógłby mnie stamtąd wydostać. Pisałam o naśladownictwie – to paskudna jakość.

Bycie sobą w harmonii to po trzecie nie tylko kroczenie własną niepowtarzalną ścieżką w oparciu o wewnętrzny kompas. To także odwaga połączenia się ze swoim Prawdziwym Ja i wyrażaniem tego w swój unikalny sposób. To także własne zdanie. Nie trzeba go wykrzykiwać na ulicy ani spierać się z innymi. Można je zachować dla siebie do czasu, aż ktoś nie zapyta. Widzę wokół siebie dużo zachowań, których nie popieram, jednak nie zwracam ludziom uwagi. Są dorośli. Dokonują wyboru z jakiegoś powodu. Nie chcę ich oceniać i krytykować. Pozwalam innym być sobą do jakiejś granicy, którą zakreślam na poziomie wielkości wyrządzanego komuś zła. Generalnie jednak rozumiem harmonię wszechświata i nie walczę z niczym. Odsuwam się od tego, co jest w moim odbiorze brzydkie. Wolę pracować na poziomie energetycznym, niż kogoś rugać. Przekonałam się, że krytyka zjawiska jest odbierana personalnie i zamiast zrozumienia i zmiany przynosi obrażanie się i nierzadko małe niesympatyczne wojenki. Ludzie nie dostrzegają swoich błędów, za to przesadnie reagują nawet na dyplomatyczne zwrócenie uwagi. Nauczyłam się, żeby zostawiać ludzi samych sobie z ich decyzjami. Życie wszystko zweryfikuje.

Bycie sobą, to odczuwanie własnej tożsamości, indywidualności i niepowtarzalności. To akceptacja własnych myśli i poglądów. To dawanie sobie prawa do własnego spojrzenia na świat i własnego odczuwania. To wyjście poza kiwanie głową dla świętego spokoju i podążanie za swoim sercem. To świadome dokonywanie wyborów każdego dnia, bez oglądania się przez ramię, co inni na to powiedzą. To wzięcie odpowiedzialności za siebie bez lęku i z pełną świadomością, że każda decyzja jest najlepsza na dany moment. To wybieranie sobie autorytetów i nauczycieli z pełnym uznaniem, że uczenie się od innych wzbogaca nas wewnętrznie. To rozumienie, że kochając siebie dajemy sobie wszystko, co najlepsze – w tym także wiedzę – przez całe życie. To poczucie, że odpowiadamy za swoje dobro i za to, by stale być w przepływie, który nas uskrzydla. Oto harmonia siebie w sobie.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Dostrzeganie

Obserwuję ciekawe zjawisko, polegające na tym, że nie widzimy rzeczy, które nie są dla nas wygodne lub nie potwierdzają naszych przekonań. Oznacza to, że te wszystkie wzorce, które wpływają na kreowanie naszej rzeczywistości mają swoje własne mechanizmy obronne. Nie dosyć, że bywają mocno zakorzenione, to jeszcze zniekształcają skutecznie nasz obraz świata. To może utrudniać rozwój, ponieważ nie pozwala dostrzegać tego, co wymaga uzdrowienia.

Ale to przede wszystkim tłumaczy, dlaczego tak wiele osób pozostaje całkowicie głuchych na pozytywne myślenie i ślepych na ścieżki tak dobrze potwierdzone przez innych. Każdy z nas styka się z ludźmi, którzy nie są szczęśliwi i pozornie szukają pomocy, jednak w praktyce nie chcą nic zmieniać, bo nie widzą w tym sensu. Nie mogą go zobaczyć, nie mogą uwierzyć, ponieważ to zburzyłoby ten podstawowy mocno zakodowany w podświadomości wzorzec.

Wiele lat temu miałam znajomego, który całkiem dobrze zarabiał, ale generalnie był nieszczęśliwy. Nie umiał znaleźć radości ani w swoim związku, ani w rodzinie, ani nawet w swojej pracy. Przydreptał kiedyś do mnie na zajęcia z Prosperity i zafascynowany moją energią na krótki czas zakochał się w pozytywnym myśleniu i tym wszystkim, czego uczę. Trudno powiedzieć, ile to trwało… Dwa lata? Może trzy? Po pewnym czasie wrócił w stare koleiny i zaczął ze mną ostrą polemikę, próbując mi udowodnić, że to, czego uczę, nie działa. Koronnym argumentem był fakt, że jako prezes wielkiej firmy zarabiał kilkanaście razy więcej niż ja. Sama polemika nawet mnie bawiła, ponieważ inspirowała moją inteligencję do poszukiwania odpowiedzi. Natomiast tego jednego argumentu odbić nie umiałam, chociaż doskonale wiedziałam, że racja jest po mojej stronie. Ja byłam szczęśliwa, choć z jego perspektywy biedna – on cierpiał, za to był bardzo zamożny i mógł sobie pozwolić na wszystko.

Myślę, że każdy z nas zna bogatych ludzi, którzy wcale nie są szczęśliwi. Ilość posiadanych dóbr nie świadczy o wysokim poziomie świadomości prosperującej, a moc wewnętrzna nie przekłada się na materialne bogactwo, jak chcą wierzyć niektórzy. Cierpliwie powtarzam na wszystkich szkoleniach, że uczę przede wszystkim bycia szczęśliwym, a w tym temacie zawiera się także dostatek, rozumiany jako bycie wolnym od braku. Dlatego uczę, jak pracować z energią pieniędzy, aby mieć to, czego pragniemy. Aby nie mieć długów czy nie cierpieć głodu – bo z takimi doświadczeniami o szczęściu nie może być mowy.

Podkreślam tu wyraźnie różnicę pomiędzy wolnością od braku, a byciem krezusem. To dwie zupełnie różne jakości. Świadomość prosperująca nie gromadzi i nie upycha po skarpetach. Posiada i obraca pieniędzmi, aby były one w ruchu. Czasem doświadcza luksusu, ale skupia się także na wszystkich pozostałych wartościach – przede wszystkim na miłości i twórczości. Wśród moich uczniów są osoby zamożne, które mają piękne domy czy samochody i beztrosko realizują marzenia. Są też ludzie, który żyją nieco skromniej, ale niczego im nie brakuje. Wszystko zależy od indywidualnego programu duszy i naszych osobistych lekcji.

Moim zdaniem prawdziwe rozumienie życia i prawdziwa świadomość polega na tym, że odsłaniamy wszystkie okna duszy. Nie tylko to jedno związane z pieniędzmi, ale także to, za którym jest miłość. I to, za którym jest spełnienie twórcze. I to, za którym są dobre relacje z innymi. I wszystkie pozostałe. Mój znajomy odsłonił tylko jedno, pieniężne i powiedział: nic nie muszę zmieniać w sobie, wszystko jest OK. Po czym rozpaczliwie zaglądał na różne szkolenia i warsztaty, gdzie – jak łatwo się domyślić – nikt mu nie pomógł.

I nie dlatego, że w tym czasie akurat Prosperita była dla niego najlepszą i najbardziej skuteczną szkołą życia. Ale dlatego, że zaliczał różne kursy, żeby coś komuś udowodnić, a nic z nich nie wynosił. Nie pozwalał sobie dostrzec tego, co dla niego ważne. Mój znajomy mocno trzymał się swoich przekonań, próbując mi wmówić, że to ja powinnam od niego pobierać lekcje, to stanę się bogatsza. Nigdy mnie to nie śmieszyło, bo ufam sobie i swojej wiedzy. Było mi przykro, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc, ale to był jego suwerenny wybór.

Z pewnością każdy, kto zna Prosperitę, wie, jaki będzie koniec tej opowieści. Nie rozczaruję Was. Mój znajomy nagle zbiedniał. Musiał sprzedać drogi samochód i zrezygnować z luksusów. Doszły mu także inne rodzinne tragedie i cała masa kłopotów. Zrealizowało się to wszystko, co pieczołowicie tworzył negatywnym nastawieniem do świata i ludzi. Nie pozwoliłam sobie na satysfakcję i nie powiedziałam mu: należało mnie słuchać i ufać mojej wiedzy i mojemu doświadczeniu. Przeraża mnie nieuchronność działania kosmicznych praw, a ludzkie cierpienie nie sprawia mi satysfakcji nawet wtedy, kiedy cierpią ci, którzy wyśmiewali mnie i to, czego uczę.

Często spotykam ludzi, którzy zapewniają mnie o swoim wysokim poczuciu wartości, chociaż ich wygląd zewnętrzny aż krzyczy, że jest zupełnie inaczej. Słucham naciąganych argumentów, w które moi klienci naprawdę wierzą. A skoro wierzą, to jest to ich przekonanie i to najpierw ono powinno być uzdrowione i zamienione na zaufanie do terapeuty. Jak dać narzędzia do pracy nad sobą komuś, kto nie widzi potrzeby tej pracy? Kto szuka przyczyn zupełnie nie tam, gdzie powinien? Jak pomóc komuś, kto nie dostrzega swojego problemu? Taki człowiek jest jak alkoholik, który powtarza wszystkim: przecież ja nie jestem wcale uzależniony, mogę nie pić, tylko nie chcę.

Widzę też wyraźnie, że w takim momencie to podświadomość człowieka rozpaczliwie broni się przed zmianą tkwiących w niej przekonań. Wykorzystuje do tego zewnętrzne zjawiska, które nie mają nic wspólnego ze szczęściem. Są tylko iluzją, która nie pozwala nam dostrzegać tego, co naprawdę domaga się uzdrowienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Piękno

Każdy człowiek potrafi zdefiniować bogactwo, jako odpowiednią ilość pieniędzy czy dóbr materialnych. Czasem dodajemy do tego także ogólne  wyobrażenie obfitości przeróżnych jakości. Dla mnie największym bogactwem jest piękno, którego możemy doświadczać, ponieważ to właśnie ono sprawia nam najwięcej radości.

Bez wątpienia najważniejszą jakością w naszym rozwoju jest i będzie miłość bezwarunkowa. Stale powtarzam, że to właśnie miłość uzdrawia nasze ciała i dusze. Jednak piękno jest splecione z miłością nierozerwalnie i w każdym aspekcie. I chociaż kiedy wypowiemy te dwa różne przecież słowa, to każdy pomyśli o dwóch różnych zjawiskach, jednak w rzeczywistości my tylko nie zauważamy niezwykłej spójności piękna, dobra i miłości.

Uważam, że każda miłość jest piękna. Na tym ona polega, by wznosić naszą wibrację najwyżej jak to możliwe. Wliczam w to także miłość romantyczną, która przecież nas uwzniośla, inspiruje do artystycznej twórczości i po prostu uszczęśliwia. Każde takie uczucie pozwala nam doświadczyć pełni i dotknąć najlepszych dla nas wibracji. Być może właśnie po to istnieje na Ziemi kochanie, aby pokazać człowiekowi jego prawdziwą boską naturę. I dodam tylko, że nie jest dla mnie miłością zaborcza chęć pożądania kogoś na własność, zaobrączkowania się i zabezpieczenia ekonomicznego swojego przychówku. Miłość to miłość, nie ma w niej zakulisowych interesów i potrzeb. I tylko o tym tutaj mówimy.

To, co kocham, jest dla mnie zawsze piękne. Czasem patrzę po prostu przez różowe okulary, ponieważ uczucia mogą zmienić optykę. Nie dostrzegam tego, co widzi ktoś inny – widzę tylko cudowne strony swojego ukochanego medalu. Dostrzegam w tym harmonię, ład, atrakcyjność, ciepło… i wszystko to, co dla mnie szczególnie bliskie i ważne. I chociaż mogłabym różnie definiować kolejne jakości, w gruncie rzeczy zawsze sprowadzam to do jednego: „podoba mi się, jest piękne”. Tak działa miłość. A celowo piszę o przedmiotach czy miejscach, ponieważ możemy kochać również rzeczy i zjawiska, a nie tylko ludzi. To ważne. Kiedy uświadomimy sobie moc naszego serca, wówczas nie musimy szukać kogoś do kochania – możemy obdarzać tą mocą Wszystko Co Jest.

Piękno znajduje swoje miejsce tuż obok miłości, ponieważ z pomocą zachwytu potrafi błyskawicznie podnieść naszą duchową częstotliwość na wyżyny. Wiele razy mówiłam w uniesieniu, że kocham ten widok, to miejsce czy ten przedmiot. Stale powtarzam, że kocham pisanie albo pływanie. Od zachwytu i błogości płynnie przechodzę do odczuwania miłości, wiedząc, że kiedy nazywam swoje uczucia, wzmacniam je i utrwalam. Wszystko, na czym skupiamy swoje myśli i emocje – zasilamy i urzeczywistniamy. Dlatego z taką łatwością zamieniamy lubienie na kochanie, a jeśli coś nam się podoba równie prosto udaje nam się ogarnąć to miłością. To dobrze. Ponieważ – jak pisałam wielokrotnie – miłość uzdrawia.

Czasem może to się wydać egzaltacją, kiedy na proste rzeczy i zjawiska reagujemy okrzykiem zachwytu i wyznaniem uczuć. Oczywiście i tak bywa, że spotykamy się z przesadą. Jednak łatwo rozpoznać różnice. Nadmierna i nieprawdziwa ekspresja gaśnie równie szybko jak się pojawiła. Widok nadal ten sam, okoliczności podobne, a osoba już znudzona i zniechęcona, bo w gruncie rzeczy przejawiała tylko swoje pobudzone emocje. Miłość jest czymś innym. Czymś stałym i wzmacniającym. Jeśli kocham morze i nadmorskie widoki, to zawsze, wszędzie i nieustająco. Czasem mogę być zmęczona i nie mieć sił na spacer brzegiem oceanu, ale nadal jest to dla mnie coś cudownego, na co będę reagować westchnieniem zachwytu. I za każdym razem, kiedy będzie mi dane tego doświadczyć, będę reagować tak samo.

Ta cecha piękna wydaje mi się najważniejsza – stałość i wzmocnienie energetyczne. Piękny widok, na który reagujemy świadomie i mocno, powoduje znaczny wzrost energii. Podobnie jak odczuwanie miłości. Dlatego, pomimo zupełnie różnych definicji, dla mnie to splecione ze sobą jakości. Wzrost energii jest wskaźnikiem takiej cechy, która prowadzi nas do wewnętrznego rozwoju, ale przede wszystkim zbliża nas do naszej prawdziwej istoty. Zapewne nie wszystko, co sprawia nam przyjemność, musi być dla nas korzystne, bo przecież czasem czerpiemy rozkosz z tego, co szkodzi naszej duszy lub ciału – to jasne. Jednak wszystko, co podnosi nam energię jest dla nas dobre i pokazuje właściwy wybór. W tym miejscu powtórzę, że to, co jest piękne, dobre i pełne miłości – jest zawsze dla nas korzystne. I chyba to dla każdego oczywiste.

Umiejętność dostrzegania piękna i intensywnego reagowania zależy od indywidualnej wrażliwości. Z doświadczenia wiem, że ludzie rozmaicie reagują. Bywa, że tylko pokiwają z uznaniem głową nad ładnym widokiem, który u mnie wyciska łzy zachwytu i wzruszenia. Jesteśmy różni, stąd i reakcje nie są identyczne. Myślę też, że wrażliwym osobom łatwiej rozwijać w sobie miłość poprzez piękno. I to właśnie ci najbardziej wrażliwi posiadają artystyczne zdolności, dzięki którym tworzą niepowtarzalne dzieła sztuki, dzieląc się z innymi wewnętrznym bogactwem. Cena za to też bywa wysoka, bo osoby wrażliwe na piękno, silniej przeżywają wszystko, czego doświadczają. Mogą być mniej odporne na stres, podatne na załamanie, delikatne. Łatwo je zranić, ponieważ takie osoby chodzą z sercem otwartym na oścież. Tym sercem chłoną piękno i dzięki pięknu wzrastają. Jeśli trafią w miejsce,  w którym piękna jest mniej niż trudności, wówczas zostaje w nich zachwiana harmonia i życie bywa szczególnym wyzwaniem.

Jest na to metoda. Po to między innymi istnieje pozytywne myślenie, aby nauczyć się dostrzegać piękno niemal wszędzie, a tym samym dawać sobie więcej wzmacniającej energii. Prosperita to sposób na przechylenie tej wagi w stronę dobra i radości. To zaspokojenie potrzeby serca, nasycenie wrażliwości z jednoczesnym budowaniem dystansu do tego, co zasad harmonii nie spełnia. Ścieżka Serca bywa wymagająca, ale równocześnie jest niesamowicie piękna i daje nam mnóstwo szczęścia. Wystarczy zadbać o tę równowagę i nie pozwalać, by ludzie i zdarzenia rozbieżne z oczekiwaniami nas raniły. Najprościej nie oczekiwać. Jeszcze prościej akceptować Wszystko Co Jest. Wówczas możemy pełnymi garściami chłonąć piękno i odczuwać przede wszystkim błogość i spełnienie.

Bogusława M. Andrzejewska

Samopoczucie

Jesteśmy tutaj na Ziemi dla radości. Po to przychodzimy na świat i chyba nie ma nic ważniejszego niż pozytywne nastawienie i dobry humor. W istocie ani pracowitość, ani mądrość, ani zapobiegliwość nie ma takiego znaczenia jak nasze myśli i emocje, ponieważ to właśnie one tworzą rzeczywistość i przyciągają do naszego życia różne sytuacje. Wielu nauczycieli prosperity powtarza, że myśli znaczą o wiele więcej niż czyny.

Patrząc z takiej perspektywy najważniejszym tematem naszego rozwoju powinno być zatem samopoczucie. Dbanie o to, aby było zawsze dobre. Im więcej miłych i przyjemnych dni, im więcej radosnych chwil, im więcej pozytywnego nastawienia – tym więcej w efekcie dobra tworzymy w sobie i wokół siebie. W pewien sposób potwierdza to oczywiście psychosomatyka, która wyraźnie udowadnia, że zdrowie wynika z dobrych emocji, a choroby z negatywnych. Jest to także podstawa Prawa Przyciągania, więc nie wymaga chyba żadnego dodatkowego wyjaśniania.

Pomimo oczywistości tego stwierdzenia wcale nie jest łatwo utrzymać w sobie dobre nastawienie do świata i ludzi. Jakby w nas wewnątrz był taki specjalny czujnik, który wyłapuje problemy i je akcentuje. Albo czujnik reagujący na niewłaściwe zachowania innych osób. To jeden z ulubionych tematów na portalach społecznościowych – głównie rozprawia się o tym, że ktoś kogoś obraził albo niewłaściwie się zachował. Uwielbiamy plotkować.

A do tego wymyślamy często jakieś bezsensowne hipotezy, aby odwrócić kota ogonem. W temacie, o którym piszę przejawia się to pisaniem „mądrości”, które krytykują pozytywne myślenie. Ich autorzy próbują przekonać czytelników, że smutek jest dobry, że gniew jest twórczy, a prawdziwa świadomość nie ma nic wspólnego z radością. Bezmyślni czytacze ochoczo przytakują: „o właśnie, zawsze tak myślałem, przecież być radosnym to takie trudne”.

Wystarczy odrobina inteligencji, by zobaczyć jaką bzdurą są tego typu odkrycia. Radość uzdrawia, a smutki i inne negatywne emocje wywołują w naszym ciele choroby. Pozytywne myśli przyciągają miłość, szczęście, pieniądze i zadowolenie, a te negatywne coś wręcz przeciwnego. I jeśli ktoś nie wierzy, to ma oczywiście do tego prawo, ale lepiej dla takiej osoby, aby zastanowiła się nad swoim podejściem do życia. Moim zdaniem odrzucanie Prawa Przyciągania wynika właśnie z usprawiedliwiania samego siebie, a to, że ktoś zaprzeczy istnieniu takiego prawa nie oznacza, że ono działać nie będzie. Podobnie jak w przypadku grawitacji: nieznajomość fizyki nie uchroni nas przed uderzeniem przez kamień, jeśli łudzić się będziemy, że możemy bezkarnie podrzucić go nad swoją głową i on sobie zawiśnie w powietrzu.

Skąd się bierze to usprawiedliwianie? Otóż moim zdaniem całą historię zaprzeczania Prawu Przyciągania tworzą ludzie, którzy nie umieją cieszyć się życiem. Jest ich wbrew pozorom bardzo dużo. Nawet wśród nauczycieli duchowych widać pełno krytyki i negatywnego podejścia… choćby do konkurencji. Są też zwolennicy teorii, że aby cokolwiek osiągnąć, trzeba się najpierw nacierpieć. Dlaczego? Tego już nie umieją logicznie wyjaśnić, więc być może teoria ta jest tylko racjonalizacją osobistych niepowodzeń autorów, którzy chcą uchodzić za tych, którzy wiedzą, ale niewiele im w życiu wychodzi. Nawyki zrzędzenia, narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich są w nich tak silne, że nie umieją się z tego wyzwolić w żaden sposób. Ogłaszają więc, że pozytywne myślenie i tak nie działa, więc po co się męczyć, skoro tak przyjemnie jest opluwać innych, oceniać negatywnie zdarzenia, a potem można nazwać siebie osobą rozsądną i świadomą.

Brzmi to może paradoksalnie dla inteligentnego człowieka, ale zauważam wielokrotnie, że niektórzy czerpią mnóstwo przyjemności z wchodzenia w negatywne emocje. Adrenalina, która wytwarza się podczas ostrej kłótni z oponentem, potrafi niesamowicie nakręcić. I już nie wiem, czy na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, która umieją świadomie wyjść ponad to… Nie wiem doprawdy. Tym bardziej, że czas w naszym kraju specyficzny i większość ludzi przedkłada rację nad spokój i akceptację.

A radość wymaga starań. Należy ją w sobie pielęgnować jak piękny kwiat. Zaczynamy od dokonania wyboru, że we wszystkich sytuacjach szukać będziemy dobrej strony. Potem uczymy się najmniejszej bodaj akceptacji tego, co niekoniecznie nam się podoba. A wreszcie zaczynamy konsekwentnie tworzyć nowe ścieżki neuronowe w naszym umyśle. Do tego potrzeba czasu – około miesiąca. I przez 30 dni warto reagować na świat z radością i miłością. Choćby na siłę. Potem już będzie łatwiej. Ale te pierwsze tygodnie są najtrudniejsze. W tym okresie ludzie się poddają, aby potem pocieszać się fałszywym: „prawdziwy rozwój nie ma nic wspólnego z pozytywnym myśleniem”. Otóż ma. I nic tego nie zmieni. Nie istnieje rozwój bez radości, miłości i pozytywnego postrzegania Wszystkiego Co Jest.

Chociaż codzienne życie jest praktycznie niemożliwe bez spadku nastroju, to zawsze my wybieramy, jak potem zareagujemy. Smutek, złość i rozdrażnienie dotykają każdego – są przecież naturalną konsekwencją obniżenia energii. Ale właśnie dlatego nie można szukać wymówek, tylko warto zadbać o własne samopoczucie. Bo to kluczowe dla wszystkiego, co chcemy tworzyć i czego chcemy doświadczać. Kiedy ogarniają nas negatywne emocje, wówczas podświadomie tworzymy w sobie opór, który blokuje miłość, szczęście, czy pieniądze. Najmądrzejszą reakcją jest ucieczka od takich rzeczy w stronę jak najlepszego nastroju. Lepiej obejrzeć głupią, ale śmieszną komedię, niż spędzić godzinę na poważnych i pełnych rozpaczy rozmyślaniach.

Dlatego właśnie robię wszystko, aby jak najszybciej poprawić sobie samopoczucie, bo tylko w ten sposób mogę sobie pomóc. Racjonalizowanie i powtarzanie, że smutek jest Ok to pułapka. I co z tego, że sobie pochwalę taki smuteczek, kiedy jest on podstępnym sabotażystą, zabierającym mi w najbliższym czasie zarobki lub miłe chwile z ukochanym. Po co mi taka emocja? Traktuję ją wyłącznie jako drogowskaz – jeśli pojawia się nie sama z siebie, lecz jako odpowiedź na sytuację. Smutek czy złość bywają wskazówkami, że należy w sobie uzdrowić jakiś wzorzec. Ale wystarczy, że je zauważę i zapamiętam konieczność pracy z wzorcami. Niech potem jak najszybciej znikają z mojej rzeczywistości.

Dobrym porównaniem byłby tu drobny deszcz. Czasem wystawiamy rękę i sprawdzamy czy pada. Kiedy na dłoń spadną krople, już mamy odpowiedź. Zostajemy w pomieszczeniu lub rozkładamy parasol. Nikt z nas nie trzyma ręki na zewnątrz i nie czeka, aż będzie cała mokra, aż przemoczymy rękawy, a zimne strużki popłyną pod ubranie. Ta ręka jest jak negatywna emocja – pokazuje siłę deszczu. Kiedy spełni swoją rolę, zabieramy ją z deszczu. Podobnie z emocjami – kiedy pokażą, co maja pokazać – uwalniamy je, a nie kisimy się w złości, smutku czy rozpaczy. Nie miałoby to żadnego sensu.

Kiedy pojawia się negatywna emocja, można zadać sobie pytanie o to, co ona pokazuje. Jednak zaraz potem warto skierować całą swoją uwagę na to, czego pragniemy. Jeśli na przykład poczuję złość, że mam za mało czasu na robienie tego, co kocham, jak tylko zidentyfikuję ów wzorzec, przestaję skupiać się na tej emocji. Zamiast tego, zaczynam sobie wyobrażać, że mam dużo czasu na wszystko, co chciałabym robić. Myślę o tym przez dłuższy czas, odczuwam płynącą z tego radość, planuję to wszystko i podnoszę energię tak długo, aż poczuję się z tym marzeniem szczęśliwa. W ten sposób zatrzymuję negatywne tworzenie swojej rzeczywistości, zastępując je pozytywnym.

Bogusława M. Andrzejewska

Zadowolenie

Co to znaczy być zadowolonym? To nie marudzić, nie narzekać, nie krytykować, lecz cieszyć się chwilą, radować każdym dniem i doceniać swoje życie. To szukać w każdym momencie powodów do radości. To umieć poczuć się szczęśliwym tylko dlatego, że świeci słońce lub śpiewają ptaki. To nie zamartwiać się problemami, lecz je rozwiązywać i akceptować wielobarwność życia. To nie skupiać się na trudnościach, ale wierzyć, że na wszystko jest dobry sposób. Tak w wielkim skrócie wygląda świadomość prosperująca. Po tym możemy poznać osobę, która naprawdę myśli pozytywnie.

Szczęście jest w nas. Wcale nie trzeba go szukać gdzieś bardzo głęboko. Wystarczy zdecydować, że skupimy się na tym, co dobre i spróbujemy się nie martwić. Przecież zmartwienie w niczym nie pomaga. To, że musimy mierzyć się z wyzwaniami jest częścią naszej rzeczywistości. Spokojne podejmowanie kolejnych wyzwań jest mądrością, która pomaga być szczęśliwym.

Świat przynosi nam różne sprawy i nie za każdym razem są one przyjemne, ale zawsze gdzieś obok jest coś, co może podnieść nam nastrój i sprawić, że poczujemy się lżej. Obok złośliwych ludzi, stoją życzliwi przyjaciele, trzeba ich tylko zauważyć. Obok głupich polityków – profesjonalni lekarze. Obok niesympatycznych znajomych – serdeczni sąsiedzi. Istnienie jest wielobarwne. Nie warto skupiać się wyłącznie na tym, co złe. Nauczyły nas tego media, które pokazują głównie trudne sytuacje, aby silnie uruchomić nasze emocje. A wszechświat daje nam wszystkie możliwości. To my decydujemy, co wybrać.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, w której zabrakło nam pieniędzy na ważne rachunki. Zamiast się martwić i tracić tym samym zdrowie, pomyślmy, skąd je wziąć. Na pewno znajdzie się na to jakiś sposób. Zamiast nakręcać się smutkiem i wstydem, że tak się dzieje, poszukajmy czegoś dobrego w swoim życiu. Poczujmy wdzięczność za zdrowe oczy, piękne dzieci, ciepło słońca na policzku. Podnieśmy sobie energię dobrymi myślami i pięknymi elementami życia. Warto. Nie tylko po to, by poczuć się lepiej. Ale także dlatego, że kiedy poprawi nam się humor i nakręcimy się pozytywnymi myślami, mamy duża szansę na przyciągnięcie tego, czego potrzebujemy.

Wdzięczność to fenomenalny multiplikator. Im bardziej umiemy dziękować w sercu za wszystko, co mamy i czego doświadczamy, im mocniej doceniamy każde dobro w swoim życiu, tym więcej szczęśliwych zdarzeń przyciągamy. Takie uczucie przynosi niezwykłe efekty. Warto wyrobić sobie nawyk codziennego dziękowania za każdy pomyślny drobiazg, za każdy ciepły uśmiech, za każdy promień słońca. To najprostszy i zarazem bardzo energetyczny sposób na poprawę jakości życia – być wdzięcznym.

Zauważyłam, pracując z Dzienniczkiem Wdzięczności, że codzienne pisanie o tym, za co dziękuję, rozwija niesamowicie pozytywne myślenie. Im więcej wyrazów wdzięczności piszę, tym więcej dobra spostrzegam wokół siebie. Skupiając się na pomyślnych doświadczeniach, zaczynam doceniać swoje życie i spontanicznie wybieram optymizm. Wdzięczność jest zatem jakością nierozerwalnie związaną z miłością do siebie i świata, z Prawem Przyciągania, szczęściem i dobrobytem. Pomaga poczuć zadowolenie z tego, co jest – tu i teraz.

Doskonałym sposobem na podniesienie energii jest bycie w kontakcie z tym, co dobre i piękne. Można sprawić, aby mieć takie cuda zawsze pod ręką, nawet wtedy, kiedy pada deszcz lub przyjaciele nie mają dla nas czasu. Ja mam pewien magiczny folder w komputerze, w którym przechowuję swoją ulubioną muzykę, taką, która niesamowicie poprawia mi nastrój. Obok muzyki, mam w nim pozytywne filmy, które także pełnią swoja rolę wtedy, kiedy potrzebuję dawki optymizmu i radości. A wreszcie mam tam najpiękniejsze obrazy i zdjęcia. Kiedy je oglądam, buzia natychmiast mi się uśmiecha. Proponuję takie właśnie narzędzie, by moc pilnować swojego dobrego nastroju.

Zamiast folderu, może być specjalna „szczęśliwa półka” w domu. Niech znajda się na niej dobre, wartościowe książki, takie jak „Siła” Rhondy Byrne – pełna mocy i dobrej energii pozycja. Można do niej wracać wiele razy, by naładować mocą swój wewnętrzny akumulator. Obok książek możemy położyć tam pudełko ze zdjęciami, które utrwaliły chwile naszego największego szczęścia i buzie tych, których kochamy. Mogą się tam znaleźć płyty z dobrą muzyką, słonie z podniesiona trąbą i figurki Aniołów. Możemy tam umieścić drobiazgi, które dobrze nam się kojarzą i przynoszą pozytywne wspomnienia – nawet kamyczki podniesione z ziemi w czasie romantycznej wycieczki z ukochaną osobą. A wreszcie proponuję ułożyć tam wybrane specjalnie dla siebie minerały i olejki zapachowe lub preparaty Aura-Soma. Warto pamiętać, że mają one moc uzdrawiania naszych emocji. Są to więc nie tylko „pocieszajki”, ale konkretne narzędzia, które pomagają nam zachować dobry humor i pozytywne nastawienie do świata.

Dobrze jest położyć na takiej półce Karty Aniołów, które cudownie pomagają w czasie, kiedy spada nam energia. Pisałam o tym w innym miejscu, że rozmowa z Aniołami połączona z rozkładem dobrej energetycznie talii, świetnie działa na nasz nastrój i odradza nadzieję wtedy, kiedy najbardziej potrzebujemy wsparcia. Taka półka wówczas sama w sobie promieniuje pięknym światłem i korzystanie z niej ogólnie pomaga utrzymać w sobie radość życia.

A co przeszkadza? Przede wszystkim nieustanne porównywanie się z innymi. Mamy taki niedobry zwyczaj, że zamiast skupiać się na swoim życiu i jego zaletach, stale zaglądamy innym przez ramię, co też oni dostali. A bywają ludzie bogatsi od nas, którzy spędzają życie na podróżach lub imprezach czy twórczym działaniu. Patrzymy na nich i od razu chcemy mieć to samo lub tak samo, bo przecież nam też się należy. Natychmiast wchodzimy z niskie energie i zaczynamy pożądać tego, co ma ktoś inny. Zazdrość, to jedna z tych najpaskudniejszych emocji – największy bodaj wróg prosperującej świadomości.

Rzadko kiedy doświadczenie drugiej osoby nas inspiruje. A powinno. Bo po to powstała różnorodność. Jeśli oglądamy podróżnika, pomyślmy, jak zrealizować swoje marzenie o wędrówkach po świecie. Nie zawsze potrzebne są do tego nasze własne pieniądze, bo jest sporo zawodów, które wiążą się z podróżowaniem po świecie. Warto nauczyć się języków, skończyć odpowiednie szkolenia i realizować swoje pragnienie. Jeśli widzimy kobietę w pięknej sukni, warto pomyśleć, czy można taką uszyć. Jeśli widzimy kochająca się parę, postarajmy się nauczyć tego, co zapewni nam szczęśliwy związek.

Zazdrość popycha nas w ślepe uliczki, bo niejednokrotnie widząc u znajomych coś ładnego, chcemy to samo, ale jeszcze lepsze. Chcemy zabłysnąć i podnieść sztucznie poczucie wartości, popisując się tym, że zdobyliśmy coś większego – niech nam zazdroszczą! A po co? Czy rzeczywiście warto ponosić trud i tracić energię na wywołanie zawiści u drugiego człowieka? Aby być szczęśliwym trzeba dokonywać wyborów tylko dla siebie. Zdobywać tylko to, co nam przynosi szczęście, a nie to, czym możemy się popisać przed kimś innym. Jesteśmy doskonali tu i teraz – tacy, jacy jesteśmy. Nie potrzebujemy niczego, dokładnie niczego, by tę doskonałość naprawiać.

Każdy z nas dostaje w życiu swój kawałek tortu. Każdy inny, ale zawsze idealnie dopasowany do potrzeb duszy i planu naszego rozwoju. Kluczem do zadowolenia jest umiejętność cieszenia się tym, co mamy i twórcze wykorzystanie swoich zdolności i możliwości. Nie potrzebujemy niczego więcej ponad to, z czym przyszliśmy na świat. Jesteśmy w stanie nauczyć się tego, co nam pomoże w realizacji marzeń. Jesteśmy w stanie zarobić i zdobyć tyle majątku, by żyć dostatnio. Jesteśmy w stanie przyciągnąć do siebie ukochaną osobę i cieszyć się miłością. A to w zupełności wystarcza, by być szczęśliwym człowiekiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Długowieczność

Nie każdy chce żyć sto lat. Niektórzy uważają, że starość jest okrutna i przykra, chcą więc czerpać jak najwięcej z chwili obecnej i zachować w pamięci tylko młodość. Stawiają bardziej na jakość niż na długość istnienia. Jednak są i tacy, którzy chcieliby być nieśmiertelni. A w każdym razie żyć jak najdłużej. Okazuje się, że do tego wystarczy mieć prosperującą świadomość.

Jakiś czas temu ukazała się bardzo ciekawa książka, napisana przez podróżnika Dana Buettnera, która zawiera wyniki ciekawych badań na ten temat. Autor zwiedził pół świata, przeprowadzając wywiady z wieloma stuletnimi osobami. Każdą pytał o dietę i styl życia, szukając charakterystycznych cech wspólnych, które mają znaczenie dla długości życia. Oczywiście na pewno istotne jest to, że wszyscy, z którymi rozmawiał mają się zupełnie dobrze – są zdrowi, chodzą, śmieją się, wykonują drobne prace i są samowystarczalni.

Okazało się, że rodzaj jedzenia czy klimat nie ma większego wpływu na jakość naszego życia. Badani stulatkowie mieszkają w różnych częściach świata: w górach, na równinach, nad morzem i w bardziej suchych obszarach. Ze względu na położenie geograficzne ich miejsca pobytu, także ich dieta jest rozmaita. Jedne osoby są wegetarianami, ale inne żywią się głównie mięsem, a jeszcze inne przede wszystkim owocami morza. Jedni polecają wypić codziennie kieliszek wina, inni propagują kozie mleko, a jeszcze inni używanie oleju z pestek moreli. Jak widać nie ma jednej skutecznej diety, a jedynie bardzo ogólna informacja, że nie służy nam przejadanie się.

Oczywiście informacje, o których piszę nie wykluczają, że istnieją na naszym globie szczególnie zdrowe miejsca, w których niemal wszyscy dożywają sędziwego wieku.  Dan Buettner znalazł kilka tzw. „niebieskich stref”. To między innymi Ikaria, Sardynia, Kostaryka, japońska wyspa Okinawa i pewne miasto w Kaliforni. Bez wątpienia jest tam lepsze powietrze lub lepsza ziemia, rodząca bardziej zdrowe pożywienie. Wierzę, że są rejony świata bardziej energetyczne lub bardziej czyste, gdzie ludzie – nawet z braku pieniędzy – spożywają rzeczy zdrowsze, naturalne, pobawione trującej chemii. Być może im dalej do hipermaketu, a im bliżej do własnego ogródka, tym bardziej zdrowo? To całkiem możliwe, oczywiście.

Nie wymieniłam wcześniej Pakistanu i żyjącego tam niewielkiego plemienia Hunzów, o którym wiemy, że słynie z długowieczności, a co ważniejsze: z braku chorób. Ludzie dożywają tam w zdrowiu nawet 140 lat i nie jest to niczym niezwykłym. Do śmierci są czynni fizycznie. Ponieważ rejon zamieszkiwany przez Hunzów to trudnodostępne rejony Himalajów, od razu przychodzi nam na myśl, że surowe warunki spowodowały wytworzenie genów zupełnie innych niż u przeciętnego mieszczucha, który pół dnia spędza przed komputerem. Do tego ludzie ci oddychają krystalicznie czystym powietrzem. Z dala od cywilizacji, nie mają okazji, by zatruwać się chemią. Żyją w zgodzie z naturą i w naturze.

Hunzowie jedzą bardzo skromnie, często głodują, pracują ciężko – a nawet jeśli nie muszą pracować, to pokonują wiele kilometrów, chodząc po górach. To zawsze wysiłek. Moim zdaniem nie przetrwaliby, gdyby ich geny nie zmieniły swojej struktury tak, aby rodziły się jednostki silne i wytrwałe fizycznie, odporne na niskie temperatury i skromne jedzenie. Tutaj dieta jest bardzo charakterystyczna. Hunzowie nie są wegetarianami z wyboru – po prostu nie mają mięsa do jedzenia. Od święta zdarza się możliwość zjedzenia zwierzęcia, które standardowo dostarcza wyłącznie nabiał. Ta specyficzna dieta i w tym wypadku także klimat, mogą mieć wpływ na długowieczność tych ludzi.

Wracam jednak do badań Dana Buettnera. Ruch fizyczny jest chyba jednym z czynników, który powtarza się u wszystkich stulatków. Każdy z nich, to osoba, która codziennie pokonuje parę kilometrów pieszo. Najczęściej wymaga tego codzienność. Jedna z sędziwych pań każdego dnia drepcze na położone w dużej odległości poletko, by własnoręcznie nazbierać świeże warzywa na śniadanie i obiad. Inna codziennie spaceruje, by spotkać się z przyjaciółmi. A jak pisałam wyżej, również i Hunzowie cechują się tym, że stale są aktywni fizycznie. Często z konieczności.

W tym miejscu docieram do najciekawszych dla mnie wątków tego tematu – do psychologicznych aspektów długiego życia. Rzeczą wspólną dla wszystkich rześkich staruszków jest pozytywne nastawienia do świata, radość, cieszenie się każda chwilą, śmiech do upadłego. Nic nowego pod słońcem. Dla mnie to oczywiste. Człowiek szczęśliwy jest zdrowy. Psychosomatyka wskazuje, że za choróbska odpowiadają negatywne emocje: stresy, zmartwienia, złość, frustracja. Człowiek prawdziwie pogodny nie ma możliwości, by zachorować, bo takich uczuć do siebie nie dopuszcza. Badania przeprowadzone przez Dana Buettnera potwierdzają to, co mówię i piszę tutaj od roku 2000.

Kolejny wspólny element dla wszystkich długowiecznych to duchowość. Każdy z badanych na potrzeby tej książki jest osobą, która wyznaje jakąś wiarę i stanowi to ważny wątek w jej życiu. Myślę, że ten element jest dość czytelny dla wszystkich. Potrzebujemy wiary w Najwyższe Źródło i świadomości, że świat jest przepełniony dobrą energią. Dzięki temu czujemy się bardziej bezpieczni. Łatwiej jest nam zaakceptować to, co się dzieje, cokolwiek by to nie było, ponieważ, kiedy wierzymy w harmonię wszechświata, wiemy, że nic nie dzieje się na próżno, a wszystko ma sens. Esencją tego procesu jest sama wiara, która ma niezwykłą moc wzmacniania naszego jestestwa. Każda szczera modlitwa (oczywiście nie bezmyślne klepanie pacierza) czy medytacja ma uzdrawiającą moc. Duchowość to przepiękna jakość, która wypełnia nasze serca i sublimuje nasze uczucia.

Równie skutecznie na długość życia wpływają najlepsze uczucia, takie jak miłość czy bliskość. Niemal każdy stulatek podkreśla wagę dobrych więzi rodzinnych. Oczywiście działa tutaj samo kochanie, ale także radość z potomków i wolność od stresu. Najwięcej negatywnych energii produkujemy wtedy, kiedy nie możemy dogadać się z najbliższymi, kiedy ciągle oczekujemy czegoś, czego nie dostajemy. To z bliskimi tworzymy najwięcej konfliktów. Ci zdrowi staruszkowie umieją układać swoje relacje pozytywnie, opierając je na miłości i szacunku. Sądzę, że informacje o tym, jak traktują swoich bliskich są cenniejszą informacją dla nas niż to, co jedzą. Bo – moim zdaniem – to nasze emocje nas zabijają, a nie słodycze, tłuszcz czy cokolwiek tam na talerzu. Mówiąc bardziej pozytywnie – to miłość przedłuża nam życie, a nie jakakolwiek dieta.

Kolejnym powtarzającym się u wszystkich aspektem jest przyjaźń. Długowieczni mają swoje grupy przyjaciół, z którymi chętnie i radośnie spędzają czas. Żartują, śmieją się, bawią, śpiewają. Pojawia się tu dobroczynny wpływ zarówno wesołości, pozytywnych energii, jak i element bliskości. Człowiek jest istotą społeczną, potrzebuje grupy, która go akceptuje i obdarza sympatią. Samotność, jak się okazuje, nie służy ani zdrowiu, ani długości życia.

Wszyscy też podkreślają ważność celu życia. To jakby oczywiste – aby chcieć żyć, trzeba mieć po co. Radość i spotkania z przyjaciółmi to jedno, ale każdy z nas chce także czuć się potrzebny. Bycie odstawionym na boczny tor staje się często dla ludzi powodem do załamania lub ucieczki w nałóg. Według psychosomatyki alkoholizm pojawia się jako odpowiedź na poczucie bycia niepotrzebnym, nieudanym, przegranym. Oczywiście stulatkowie nie nadużywają alkoholu czy narkotyków i nigdy ich nie używali. Niektórzy przez większość życia są abstynentami. I każdy z nich stara się robić coś ciekawego i pożytecznego. Każdy dąży do samospełnienia w jakimś działaniu. Bardzo często są to różne formy pomagania innym, co rzecz jasna daje człowiekowi najwięcej satysfakcji.

Na zajęciach z prosperity powtarzam często, jak ważną rolę w życiu odgrywa pasja. Mówię o tym, że pasja chroni nas przed smutkiem, depresją, poczuciem bezsensu. Uważam też, że pasja jest motorem napędzającym szczęśliwe życie. Sprawia ona, że kiedy rano otwieramy oczy, to od razu uśmiechamy się sami do siebie, bo myśli o tym, co dzisiaj zrobimy wywołują radość, szczęście i zadowolenie. Wiem coś o tym! Doświadczam! Bez wątpienia jest w moim życiu więcej rzeczy, które czynią mnie szczęśliwą, ale to jedna z nich. Dlatego cieszę się, że oto w tak ciekawy sposób potwierdza się waga tego, czego uczę na własnym przykładzie. Nikt mi tego nie powiedział – to moje własne odkrycie.

Na koniec jeszcze jedno takie moje odkrycie, którego chyba nikt na świecie nie uczy, a które jak się okazuje, wpływa pozytywnie na długowieczność. Jest to życie bez pośpiechu.  Nigdy nie lubiłam się spieszyć, ponieważ wywołuje to we mnie napięcie. A wiadomo, że tam, gdzie pojawia się napięcie, tam zanika przepływ energii. Napięcie jest zatem zabójcze dla nas. Jeśli posłuchamy stulatków, to okazuje się, że nie tylko nie pozwalają sobie na pośpiech, ale wręcz smakują chwile i rozkoszują się życiem. I znowu – jest to przejaw pozytywnego myślenia i doceniania roli zachwytu. To piękna jakość, która pozwala nam cieszyć się istnieniem. Ludzie, którzy umieją żyć wolniej, spokojniej, przyjemniej – rzadziej wpadają w stresy i tym samym rzadziej chorują. Jest w tym umiejętność akceptacji, że wszystko przychodzi dokładnie wtedy, kiedy ma swój czas. Nie ma zatem żadnego powodu do pośpiechu – będzie, kiedy będzie. Wszystko jest tu niesłychanie logiczne.

Jak widać, najważniejsze elementy tej układanki długowieczności to też podstawowe założenia prosperującej świadomości. Dobre relacje z bliskimi i posiadanie przyjaciół, jest dowodem na to, że człowiek potrafi wybaczać i ma odpowiednie poczucie własnej wartości. Od tego przecież zależy jakość stosunków, jakie łączą nas z innymi. Ktoś, kto kocha siebie, ma też dużo ciepłych uczuć dla innych. Bycie dobrym człowiekiem sprawia, że jesteśmy szczęśliwi i lubimy swoje życie. Wszystko tu uzupełnia się nawzajem i przeplata ze sobą, tworząc spójną całość. Nie zajmowałam się nigdy czymś takim, jak dietetyka, ale to, czego uczę na zajęciach prosperity, okazuje się być biletem do długiego życia. Jeśli przyjmiemy, że to ludzie szczęśliwi żyją najdłużej, to nic w tym zaskakującego, bo prosperująca świadomość to sposób na bycie szczęśliwym człowiekiem.

Bogusława M. Andrzejewska