Wiara w siebie

Wiosna to tradycyjnie czas porządków i otwierania się na nowe, piękne chwile. Takie, które będą pełne słońca i zapachu kwiatów. Dla mnie w tym roku to moment refleksji nad relacjami. Spływają teraz silne fale energii i uwalniają mnóstwo trudnych emocji. Ludzie świadomi wiedzą, że to, co czują ma źródło w starym głęboko schowanym w podświadomości wzorcu. Można go uwolnić miłością do siebie, ponieważ jest ona najsilniejszym uzdrowicielem. Czasem myślę, że jest też wszystkim, czego nasza dusza chce się nauczyć w swojej ziemskiej wędrówce, bo kiedy naprawdę pokochamy siebie, znikają wszystkie problemy.

Jestem Światłem, które uzdrawia mrok i niesie Miłość. Słyszę to każdego dnia… Od innych ludzi i od Moich Duchowych Mistrzów. Jestem im wdzięczna za to, że pomagają mi odnaleźć mój wewnętrzny blask. Jestem zwykle pełna pokory i wątpliwości. Kiedy ktoś podważa moje naturalne dobro, zadaję sobie pytanie: gdzie  popełniam błąd? Potrafię tygodniami wątpić w siebie, bo nauczono mnie, że dobro drugiego człowieka jest zawsze na pierwszym miejscu. Tym razem szukając odpowiedzi trafiłam do Świetlistych Istot, które pokazały mi, że to właśnie test wiary w siebie. Że moje decyzje były właściwe i etyczne, a ktoś inny dokonał wyboru właściwego dla swojego etapu rozwoju. Zgodnego z lekcją jego duszy. A moją lekcją jest wiara w siebie.

Wszyscy mamy takie lekcje, dlatego zdecydowałam się o tym napisać. Lekcje, które polegają na tym, że podążając za wewnętrznym głosem wchodzimy w spór z drugim człowiekiem. Rzecz nie w kłótni, bo czasem taki spór odbywa się w milczeniu, zaraz po tym, kiedy ustalimy, że mamy odmienne zdanie. Dając prawo wyboru drugiej osobie można żyć w zgodzie i iść odmiennymi drogami. Jednak rzadko kiedy mamy przywilej, by spotkać osobę tak mądrą i dojrzałą duchowo, by to się udało. Prędzej czy później dochodzą do nas informacje, że jesteśmy złymi ludźmi, bo… mamy inne zdanie.  A to zawsze budzi poczucie winy. Każdy spór je budzi. Bo wrażliwy człowiek wie, że nic nie wie. Dopuszcza, że może się mylić.

Uwolnieniem jest uświadomienie sobie, że nie ma złych decyzji. Każda jest właściwa na dany moment i odpowiednia do naszego poziomu, czy też miejsca na drodze rozwoju. Jeśli dwie osoby mają odmienne zdanie, to oznacza tylko, że nie są w harmonii do siebie. Natomiast każdy jest w harmonii z pieśnią swojej duszy. Konflikt bywa wyzwoleniem starych wzorców, jeśli wywołuje w nas emocje. Warto zadać sobie pytanie: co mnie w tej osobie drażni? Odpowiedź będzie drogowskazem, co można uzdrowić w sobie. Jeśli chcemy tę lekcję wykorzystać dla swojego wzrostu, to wspaniała do tego okazja.

Warto pamiętać, że każdy z nas jest Światłem. Każdy bez wyjątku. Jeśli  kochamy siebie i celebrujemy swoje Piękno, akceptujemy cały świat taki, jakim jest I nie oceniamy innych ludzi. Dostrzegamy jasność w każdym. Świat jest dobry i ludzie też niosą w swoim sercu Dobro. Czasem tylko nie umieją go wydobyć na zewnątrz. Kiedy brakuje im miłości do siebie, krzywdzą i poniżają, by siebie dowartościować. Kochając siebie, skupiając się na swoim Świetle, spontanicznie widzimy je w innych. Tak działa przeniesienie i jest to zupełnie niezależne od nas. Dlatego jedyne, co mamy robić, to mieć w sercu miłość dla samego siebie.

Możemy też dostrzegać nieetyczne działania – to oczywiste. One są i jeszcze długo będą się pojawiać, ponieważ ludzie ciągle szukają pieczonego lodu – jak mawiała jedna moja znajoma. Czyli biegną za błyskotkami bez wartości, by u schyłku życia ocknąć się z pustymi rękami. Przyczyną jest najczęściej lęk i brak miłości do siebie. Ludzie, którzy tworzą konflikty, by wyrwać więcej pieniędzy, boją się bezwartościowości, która dla nich wyraża się manifestacją dobrobytu. Mogą też zwyczajnie bać się biedy, której kiedyś doświadczyli. To czego potrzebują – to uwierzyć, że są dobrzy sami z siebie, a nie dlatego, że mają wypchany portfel.

Ludzie, którzy kłócą się z nami, bo nam czegoś zazdroszczą – powodzenia, popularności, pieniędzy, udanego związku – wyrastają z poczucia braku i przemożnego lęku, że dla nich zabraknie. To najczęściej świadomość ubóstwa, która boi się odrzucenia wyrażanego staniem w naszym cieniu. Nie widzi swojego Światła. Nie widzi swojego piękna i doskonałości. Sięga po nasze, by oświetlić swój lęk cudzym blaskiem. Takim ludziom często się wydaje, że kiedy nas strącą ze sceny, to automatycznie sami tam wylądują. W praktyce nigdy tak się nie dzieje, ponieważ do szczęścia prowadzi wyłącznie kochanie siebie, a nie zazdrość.

Ludzie, którzy kłócą się z nami, bo ośmieliliśmy się zwrócić im na coś grzecznie uwagę, to osoby o niskim poczuciu wartości, które nie są gotowe na to, by wzrastać. Konstruktywna krytyka jest dla nich jak bicz, który grozi odrzuceniem. Boją się bycia ośmieszonymi, niekochanymi, niepotrzebnymi, gorszymi. Boją się, bo nie mają pojęcia, że to iluzja. Każdy człowiek jest doskonały taki, jaki jest. Nikt nie musi wiedzieć wszystkiego ani działać w zgodzie z jakimiś odgórnymi zasadami. Mamy prawo sprawdzać, testować, próbować i uczyć się. Mamy też prawo się mylić.

Wszyscy popełniamy błędy. Nie ma ideałów. Ideał to tylko ramka, którą ktoś wymyślił, żeby oceniać innych. W gruncie rzeczy nawet idealne postacie z książek o herosach mają wady, ponieważ to, czym jedna osoba się zachwyca, dla drugiej może być niemiłe. Nawet mistrzowie duchowi mają swoich zwolenników i przeciwników, a ewidentny stan oświecenia nie załatwia sprawy. Bycie człowiekiem, to bycie wielobarwną postacią, która manifestuje siebie twórczo i pozwala sobie popełniać błędy.

Warto pamiętać, że każdy kto mówi o nas złe słowa, kto nas rani, krzywdzi lub osądza, robi to, ponieważ na tę chwilę inaczej nie potrafi. Działa poprzez pryzmat swojego bólu czy trudnych doświadczeń, których nie umiał uzdrowić. To człowiek, który nie umie kochać siebie, ponieważ miłość do siebie wyklucza krzywdzenie drugiej osoby. Człowiek o niskim poczuciu wartości widzi w innych to wszystko, czego nie chce zobaczyć w sobie. Przerzuca na innych to, na czym ogniskuje swoją uwagę. To, co w sobie najmocniej zasilamy, to widzimy w drugiej osobie.

Dlatego ludzie, którzy kochają siebie sprawiają wrażenie naiwnych. Uśmiechają się do wszystkich, wszystkich wspierają, polecają, każdemu pomagają. Zdroworozsądkowi patrzą na nich z politowaniem i pytają: „dlaczego ją polecasz? To zarozumiała, zła osoba jest!” A kochający siebie mówi: „ależ nie, jest piękna i dobra”, bo patrzy na kogoś przez pryzmat swojego świetlistego serca. Czas to weryfikuje. Wilk w owczej skórze prędzej czy później pokaże zęby. Nigdy natomiast nie zacznie jeść trawy. Jest wilkiem. Doświadczałam tego wielokrotnie, zachwycając się ludźmi, którzy potem obnażali nieetyczne zachowania wobec innych.

Nie przeszkadza mi moja „naiwność”. Lubię widzieć w ludziach Dobro. Lubię zachwycać się Światłem w sobie i w innych. Lubię wierzyć, że dobra jest więcej niż zła. I chociaż na pewno nie lubię się rozczarowywać, to wiem, że i tego można uniknąć, jeśli nie będę niczego oczekiwać. Jak pisałam wcześniej: każdy ma swoją drogę i swój punkt w czasoprzestrzeni. Każdy jest na właściwej dla siebie drodze. Każdy czegoś uczy. Także mnie. Uczy wierzyć sobie i w siebie. Uczy mnie coraz bardziej kochać siebie i swoje wybory. Uczy mnie ufać, że jestem Światłem nawet wtedy, kiedy ktoś widzi we mnie swoje własne demony.

Ma prawo. To jego demony. Może je w swoich oczach przenosić na wszystkich, na których zechce. Naszym prawem jest świecić nadal swoim Światłem. Jeśli ktoś ma oczy w mroku i widzi w nas rogi, to nie umniejsza w nas Dobra. Nie stajemy się automatycznie złymi ludźmi tylko dlatego, że ktoś nas osądza. Żyjemy tutaj dla siebie, a nie dla oceny drugiej – często nieobiektywnej – osoby, zaplątanej w swoje nieprzerobione wzorce. Naszym zadaniem jest być sobą najlepiej jak potrafimy i cudze pomówienia są tylko pułapką, w które wpada brak miłości do siebie. Kiedy nie kochamy siebie wystarczająco mocno, wątpimy w siebie i zastanawiamy się skąd u nas rogi? Nie ma żadnych rogów. W nikim. To iluzja, to nauka kochania siebie i bycia poza oceną drugiego człowieka.

Jest w tym jeszcze jedna ważna lekcja. Człowiek, który w naszych oczach postępuje nieetycznie, uczy nie oczekiwania idealnych zachowań. Pokazuje nam też lekcję akceptacji dla wielowątkowości wszechświata. Uczy tolerancji i wybaczania, jeśli obraca się przeciwko nam. A właściwie uczy, że niczego nigdy nie musimy wybaczać, bo wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno. Żeby to zobaczyć, trzeba najpierw dostrzec Światło w swoim własnym sercu. Dopiero wtedy poprzez pryzmat prawdziwego kochania siebie, możemy w pełni zaakceptować cokolwiek się pojawi. Możemy zauważyć harmonię wszechświata.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Cisza

Spróbujmy odnaleźć w sobie ciszę. Taką piękną, jasną, wolną od jakiejkolwiek oceny. Wolną od dualizmu. Ciszę, której nie przerywa narzekanie, zamartwianie się i lęki. Której nie rozprasza też egzaltowane planowanie przyjemności chociaż to nic złego. Ale na tę chwilę pozostańmy w ciszy, która pozwoli odnaleźć największe skarby wewnętrznego świata. Cisza otwiera drzwi do naszego serca i pomaga zobaczyć Kim Jesteśmy w Istocie.

A co znajdziemy za tymi drzwiami? Piękną, boską istotę, która lśni prawdziwym blaskiem i wie, że jest doskonała na ten moment. Każdy z nas jest we właściwym miejscu i czasie, każdy zatem jest piękny i dobry. Każdy z nas jest niewinny, jak w chwili swoich narodzin. Każdy z nas jest wspaniały i błyszczy wewnętrznym Światłem swojej prawdziwej natury.

Kiedy wracamy do codzienności, zapominamy o swojej boskiej doskonałości. Bo wszystkimi zmysłami postrzegamy swoją ludzką ułomność, wady i emocjonalne reakcje, których wcale nie chcielibyśmy doświadczać. Jednak one są i w naszym ludzkim wglądzie są o całe niebo oddalone od ideału, jaki stworzyliśmy zgodnie ze swoimi wyobrażeniami. No właśnie tu drzemie istota natury. To tylko nasza wizja tego, jacy powinniśmy być. I dla każdego ta wizja jest inna. Ktoś kładzie nacisk na artystyczne zdolności, ktoś inny na pracowitość, ktoś jeszcze inny na zaradność i asertywność. A być może dla kogoś istotna jest ładna buzia i zgrabna sylwetka. Taka, jak na okładce kobiecego tygodnika.

Dla duszy nie ma znaczenia ani wygląd, ani zdolności, ani pracowitość. W istocie tu i teraz jesteśmy „idealni” tacy, jacy jesteśmy. Warto przynajmniej raz dziennie to sobie uświadomić. Jest to ogromnie ważne dla naszego rozwoju, szczęścia i doświadczania. Dopóki bowiem podchodzimy do rozmaitych życiowych sytuacji z poziomu kogoś niedoskonałego, wadliwego, odnosimy często porażki, dotykamy rozczarowania i smutku, wpadamy w poczucie beznadziejności. Wszechświat jest lustrem i odzwierciedla to, co mu przynosimy.

W artykułach o podnoszeniu poczucia własnej wartości, a także w książce Samoakceptacja podkreślam wagę naszych myśli o nas samych. Podaję wypróbowane metody poprawiania tego najważniejszego ze wszystkich wzorców. Dzisiaj chcę pokazać jeszcze jedną ścieżkę do zmiany myślenia o sobie. Ścieżkę duchową, opartą na medytacji, wyciszeniu i połączeniu ze Wszystkim Co Jest. Zwróćcie proszę uwagę, że w duchowych praktykach zawsze jesteście częścią Boskości. Doskonałą. Wspaniałą. We właściwym miejscu i czasie. W najlepszym dla siebie punkcie wewnętrznego wzrastania. Pełną harmonii z wszechświatem.

Odwołanie się do subtelnych doświadczeń z medytacyjnych peregrynacji pozwala poczuć swoją prawdziwą naturę i spojrzeć na siebie oczami Najwyższego Źródła. Na początku to może być szokujące i niewiarygodne. Po pewnym czasie jednak przynosi miłość do siebie i zrozumienie swojego miejsca we wszechświecie. Przynosi też uwolnienie od ciągłego napięcia. Bo kiedy staramy się za wszelką cenę dogonić swój wymarzony ideał, to spinamy się i blokujemy, przewracamy i podnosimy potłuczeni i biegniemy dalej w opętańczym wyścigu.

Niczego nie musimy gonić. Nic nie musimy wypełniać. Niczego nie musimy osiągać. Jesteśmy doskonali tu i teraz. Jedyne co mamy robić, to kochać i jeszcze raz kochać. I z radością doświadczać. Czasem pokonywać życiowe wyzwania, które wybrała nam dusza. Czasem śmiać się beztrosko. Często tworzyć i szukać tego, co przynosi nam autentyczne spełnienie. Być sobą w harmonii ze Wszystkim Co Jest i cieszyć się każdą chwilą istnienia. Jak najczęściej zanurzać się w ciszę, by dotykać swojego Prawdziwego Ja i uświadamiać sobie swoją doskonałość.

Mamy marzenia. Warto je realizować. Mamy dążenia, które wyrastają z potrzeby serca. To też piękna motywacja do tego, by biec przed siebie i działać, robić wspaniałe rzeczy, uczyć się i rozwijać, stawać się coraz lepszym. Ale z radością. I koniecznie ze świadomością, że jesteśmy doskonali i jako doskonałe istoty dążymy do szczęścia w określony i wymyślony przez siebie sposób. Nigdy jednak po to, by coś komuś udowodnić nigdy! Nic nie musimy udowadniać. Jesteśmy już u celu. Mamy wszystko, co potrzebujemy, a cokolwiek robimy, to wyłącznie dla większej radości, nauki i rozwoju.

Jest rzeczą oczywistą to, że posiadamy pewne cechy, które ludzkość nazywa wadami. Na przykład możemy być leniwi i odkładać na później obowiązki, aby bawić się beztrosko. Możemy być nerwowi i złościć się o każde głupstwo. Możemy być podejrzliwi i oskarżać ludzi o coś, czego nie zrobili, aby później ze wstydem odwracać twarz. Możemy tak bardzo kochać ładne przedmioty, ubrania i ciekawe wycieczki, że stajemy się chciwi, widząc w pieniądzach klucz do tego, co lubimy. I wiele więcej. Czy wobec tego możemy mówić o sobie, że jesteśmy doskonali?

Zdecydowanie tak. Nasza prawdziwa natura jest doskonała, a do niej odwołujemy się w ciszy. Zauważmy, że nasza prawdziwa natura nie jest leniwa ani nerwowa, nikogo nie oskarża ani nie bywa chciwa. Jest Światłem i Miłością. To, co nazywamy wadami jest poukładane w nakładce nazywanej przez niektórych „ego”. Mamy moc i możliwości, aby przetransformować naszą nakładkę. Jest plastyczna, pozwala na wprowadzanie zmian, które nazywamy uzdrowieniem.

Zwróćmy jednak uwagę na jedną istotną rzecz, by zmieniać tylko to, co rzeczywiście nam nie służy. Jesteśmy zaprogramowani różnymi powszechnymi przekonaniami, które narzucają nam nieprawdziwe treści. Na przykład nie lubimy pracy fizycznej: sprzątania, grabienia liści, dźwigania. Ludzie mogą nam powtarzać: „jesteś leniwy, bo pracowity to taki, co lubi się zmęczyć”. To bzdura. To mit, ukuty przez ludzi, dla których ważne było, by inni podejmowali niechciany wysiłek. Prawdziwa obiektywna pracowitość dotyczy jedynie podejmowania działań. Ktoś, kto nie lubi kopać ogródka, może uwielbiać malować i w ciągu dnia tworzy trzy piękne obrazy. Czy jest leniwy? Ktoś, kto nie lubi gotować, może fantastycznie prowadzić szkolenia, dając z siebie wszystko w profesjonalnym wykładzie. Czy jest leniwy? Zanim zaczniemy „uzdrawiać w sobie lenistwo”, odpowiedzmy sobie uczciwie, czy rzeczywiście taką cechę posiadamy.

O wiele bardziej oczywiste są takie jakości, które utrudniają nam życie. Osoba nerwowa może być po prostu kłótliwa, bo nie umiejąc zarządzać swoimi emocjami chlapie językiem i niechcący obraża ludzi. A potem jej przykro. I myśli sobie: „zły ze mnie człowiek, pyskaty, ranię innych, chociaż wcale tego nie chcę”. Jednak to nie jest tak. Taka osoba nie jest wcale zła, ułomna czy wadliwa. Jest doskonała, tylko pewne cechy jej nakładki utrudniają jej relacje. Jeśli zechce, może to zmienić dla siebie, aby było jej łatwiej żyć, aby jej relacje nabrały radości. Może nauczyć się zarządzać emocjami, wyciszać i bardziej liczyć z uczuciami innych osób. Stanie się po prostu inna. Czy lepsza? Cały czas była dobra, tylko zasłaniały to jej nerwowe zachowania. Tak po prostu warto spojrzeć na siebie od tej strony. I zmieniać to, co się nam w sobie nie podoba. Po to przecież się rozwijamy, po to uzdrawiamy, aby było nam lepiej żyć tu na tej planecie, w tych warunkach, wśród innych podobnych nam ludzi.

Najtrudniej odnieść pojęcie doskonałości ludzkiej istoty do osób, które nas krzywdzą w oczywisty sposób. Oto Jaś uderzył w gniewie Małgosię. Staniemy murem przy Małgosi, mówiąc, że Jaś jest zły?  A jeśli dowiemy się, że dusza Małgosi ma umowę z duszą Jasia, że będzie ją uczył asertywności i kochania samej siebie tak długo, aż się nauczy? Taki argument wyjaśnia najwięcej. Kiedy mamy świadomość tego typu kontraktów, przestajemy oceniać ludzi.

Z jednaj strony Kochani Moi, chciałabym bardzo, aby nigdy, nigdy żaden Jaś nie uderzył żadnej Małgosi bo to dla mnie już taki punkt krytyczny. Na poziomie ludzkim nie toleruję damskich bokserów. Natomiast z poziomu wiedzy, którą posiadam, takie zjawisko to sygnał dla Małgosi, aby zrobiła wszystko co może i nigdy więcej nie pozwoliła, by ktokolwiek ją uderzył. I tylko ona sama to może zrobić, podnosząc poczucie własnej wartości, rozwijając miłość i szacunek dla samej siebie. Bo nawet jeśli zasłonię ją własną piersią 10 razy, to za jedenastym Małgosia uderzy się o drzwi albo nastąpi na grabie i poczuje ból, który ma ją obudzić.

Małgosia jest doskonała, ale w to nie wierzy. Jej dusza pragnie, aby była też szczęśliwa i aby nie czuła się zła, grzeszna, godna cierpienia. Bijący ją Jaś to wskaźnik takich przekonań. Niczemu one nie służą, Jaś je pokazuje boleśnie, by nią potrząsnąć. Jeśli obronię Małgosię przed Jasiem, z drugiej strony podejdzie Adaś i zastąpi Jasia. A jeśli zasłonię ją i przed Adasiem, to jak napisałam ta kobieta stanie na grabie. Dusza jest cierpliwa i konsekwentna. Kiedy ktoś nie chce rozumieć i uczyć się z książek lub od mądrych nauczycieli, uczy się przez trudne doświadczenie. Wszystko po to, aby wreszcie się obudził i zapytał: „dlaczego tak? i co mogę z tym zrobić?”

I jeszcze o Jasiu. Wyrasta w bólu, bo jego dusza wzięła na siebie trudny kontrakt uczenia się kochania siebie, poprzez cierpienie. Nie udaje mu się, nie rozumie lekcji. Jako dorosła osoba przerzuca swój ból na innych i podświadomie mści się za swój trudny los. Bywa ciężkim nauczycielem dla tych, którzy z nim podpisali swoje kontrakty. Uczy ich kochania siebie, którego sam sobie nie dał. Jednak jako istota doskonała czuje cierpienie każdej duszy, jaką w swoim życiu uderzył. Przychodzą do niego wszystkie te ciosy w koszmarnych snach. Zagłusza to alkoholem, ale kiedy trzeźwieje, ból wraca. Czasem udaje mu się spotkać na swojej drodze mądrego człowieka, który swoimi słowami trafia do serca i uwalnia z Jasiowej nakładki całe niezamierzone okrucieństwo. Doskonałość Jasia odnajduje swoje miejsce w każdym pełnym życzliwości geście, którym próbuje wynagrodzić to, co robił wcześniej. Ekspiacja jest dla niego, dla jego nakładki, czasem jako spłata karmicznych kontraktów. Sam w sobie jest doskonały i bez niej.

Trudny to temat, wiem. Przyjmijcie tyle, na ile jesteście gotowi. Polecam jako uzupełnienie ciekawe lektury o kontraktach dusz, czy choćby znaną dobrze wszystkim pierwszą część „Rozmów z Bogiem” Neala Donalda Walscha. Nie ma złych ludzi. Każdy z nas jest w swojej istocie niewinny. Każdy z nas jest prawdziwym Światłem. Odnajdziecie to w swojej ciszy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Wygrana

To piękne słowo kojarzy nam się zazwyczaj bardzo pozytywnie. Najmilej usłyszeć je oczywiście w kontekście gier liczbowych, np. w opcji: „wygrałam w Lotto”. Cieszy nas to zjawisko także w rozmaitych innych grach, których pełen jest internet i nasze komórki. Przyznaję, że umiem je też docenić w sporcie, chociaż poza ulubioną siatkówką mojego męża rzadko kiedy sport mnie zajmuje. To nie moje obszary zainteresowań. Ale zakładam, że każdy lubi wygrywać.

Tymczasem słowo to ma także inny kontekst – wygrywać z kimś. Poza sportową rywalizacją, którą ostatecznie toleruję, postrzegam je zatem najczęściej… negatywnie niestety. O ile nie jest to wygrana na loterii, kiedy usłyszę o wygrywaniu, czuję bardzo złą energię. Niską energię rywalizacji, bezwartościowości, a nawet walki, ponieważ pierwsze co może skojarzyć się z tym pojęciem to wojna – co najmniej z inną osobą. I to ze wszech miar niewłaściwe, bo pozytywny jest pokój, zgoda i akceptacja, a nie walka.

Skąd bierze się potrzeba walki? Z niskiego poczucia wartości. Zakompleksieni ludzie ciągle toczą wojny i ciągle się kłócą, by udowodnić światu, że są coś warci. To logiczne, chociaż z założenia absurdalne. Wyobraźmy sobie, że wyznaję jakąś religię, a po drugiej stronie ulicy mieszka ktoś, kto wyznaje coś zupełnie innego. Jeśli mam wysokie poczucie wartości, życzę sąsiadowi dobrego dnia, a czasem nawet pytam o go o podejście do różnych spraw, by więcej wiedzieć o świecie i tym, co odmienne. O ile nie jest kanibalem, w żaden sposób mi nie zagraża. Możemy żyć w zgodzie. Możemy uśmiechać się do siebie nawzajem i to z przyjemnością. Osoba o wysokiej samoocenie lubi ludzi i lubi się do nich uśmiechać.

Jeśli jednak mam niskie poczucie wartości, to odmienne poglądy odbieram jako urąganie mi i temu co dla mnie ważne. Bo jeśli ktoś wyznaje coś innego i uważa, że jakaś inna religia jest słuszna, to… „to może moja nie jest słuszna? To może ja jestem niemądra? A co jeśli ktoś pomyśli, że się mylę i jestem głupia? To straszne! To boli! To niedopuszczalne! Najlepiej zabić i zakopać głęboko tego, co myśli inaczej. Dzięki temu nikt nie pomyśli, że ja się mogłam pomylić. Tak, trzeba usunąć tego, co obraża mnie bezczelnie swoimi odmiennymi poglądami„. Cudzysłów, jak sądzę, jest tutaj niezbędny, ponieważ to nieco żartobliwe spojrzenie. Ale odzwierciedla w uproszczeniu tok rozumowania i odczuwania osoby o niskiej samoocenie.

Religia jest tylko przykładem. To może być inny obóz polityczny albo inne podejście do wychowania dzieci, albo inny dowolny temat. Przerażające dla mnie jest to, jak często ludzie myślą w ten sposób, który zamknęłam cudzysłowem. Być może nie zabijają już dosłownie, ale obrażają się, odwracają, oczerniają. Szeptem przekazują sobie informacje o tym, jaki to zły jest ten osobnik. Często dorabiają mu rogi, których nigdy nie posiadał. A któż im udowodni, że kłamią, kiedy wymyślają naprędce, że widzieli, jak kopał psa (bił żonę, kradł bułki w sklepie – niepotrzebne skreślić). W mniejszych społecznościach skazują „odmieńca” na ostracyzm – tak przecież najbezpieczniej: napiętnować jako dziwaka i głupka. A kiedy większość odwróci się od takiej osoby, mówią sobie: wygrałem. Bo to była walka, walka o rację.

Dowartościowywanie siebie kosztem drugiego człowieka jest nagminne. Stosują to także osoby, które uważają siebie za duchowych nauczycieli, osoby wykształcone i takie, które twierdzą, że posiadają wysokie poczucie wartości. Niestety więcej ludzi uważa, że ma wysoką samoocenę, niż ma ją rzeczywiście. A test jest prosty – jak wielokrotnie pisałam. Wystarczy pokazać wybranej osobie kogoś z tej samej branży i głośno pochwalić. Wysoka samoocena to człowiek, który poczuje się zaciekawiony i zainspirowany. Być może zechce poznać „konkurencję”, by czegoś mądrego się nauczyć. Być może uzna, że nie musi się niczego uczyć, więc tylko z szacunkiem się ukłoni.

Zakompleksiona osoba spieni się ze złości i rozpocznie kampanię wojenną, aby umniejszyć tę „konkurencję”. Zaplanuje oczernianie, poniżanie, obmawianie, wyśmiewanie, a czasem nawet otwarte krytyczne ataki. Poczuje bolesne emocje, ponieważ żal, zawiść, gniew są drogowskazami, które pokazują nam kierunek pracy nad sobą. Mądry człowiek wie, że jeśli chwalenie koleżanki wywołuje poczucie przykrości (niedocenianie) lub gniew, to należy czym prędzej pracować z poczuciem wartości. Podniesienie samooceny uleczy ból i przyciągnie do nas dobre słowa, wdzięcznych klientów i satysfakcję.

Moje obserwacje wskazują, że nawet pozornie zaawansowane w rozwoju osoby wybierają popłynięcie po niskich energiach. Samoocena to potężna siła – nie przesadzam, kiedy o tym mówię. Na palcach jednaj reki mogę policzyć ludzi, którzy z ciepłym uśmiechem przyjmują chwalenie kogoś innego niż oni sami. Standardem jest emocjonalna reakcja, kwaśne skrzywienie ust i cały stos krytycznych uwag. Bo przecież nikt nie może być lepszy od nas! To niedopuszczalne! Poziom poczucia wartości wśród znanych mi nauczycieli rozwoju jest żenująco niski i niestety trudny do uzdrowienia. Bo kto ma takiej osobie powiedzieć, że powinna popracować nad sobą? Ludzie o niskim poczuciu wartości nie mają autorytetów. Aby uszanować autorytet, trzeba dopuścić do siebie myśl: on jest mądry i wie więcej niż ja. Niska samoocena prędzej udławi się własnym butem, niż uzna, że ktoś wie lepiej. Przecież ona wie wszystko. Ale nie o tym.

Chcę bardzo wyraźnie podkreślić, że to pokój jest najbardziej pożądaną manifestacją. Jest jakością serca, która prowadzi nas bardzo mocno w rozwoju wewnętrznym. To pokój, a nie walka, uczy nas wszechogarniającej miłości i dobra. To pokój wycisza nasze serca i układa równiutko emocje, które jako drogowskazy do uzdrowienia nie są zupełnie potrzebne ludziom ogarniętym cichą błogością i harmonią ze Wszystkim Co Jest. To pokój jest fundamentem raju na Ziemi, ponieważ to z niego wyrasta zdrowie, dobrobyt i zgoda. Tam gdzie ktoś dąży do wygranej nad kimś, tam nie ma duchowości i pokoju. Pokój opiera się na bezwarunkowej miłości i wyklucza rywalizację.

Kwestia wygranej zawsze wiąże się z walką o coś. Najczęściej o jakąś rację. Jakiś pogląd. Albo po prostu o własną nieomylność. Ktoś kto dąży do wygranej w takim kontekście, dąży w istocie do pognębienie kogoś innego, kto ma odmienne spojrzenie na świat. I nie zauważa nawet, że czasem meritum jest dosłownie bez znaczenia. Jak w znanym wierszyku Mickiewicza „Golono strzyżono”. Upór jest jednym z najwyraźniejszych przejawów niskiego poczucia wartości. Podobnie jak zazdrość czy zawiść o to, że ktoś coś zrobił lepiej, ładniej, ciekawiej, bardziej profesjonalnie. Czyli w gruncie rzeczy o to, że otrzymał ludzki zachwyt czy pochwałę.

Nie chcę z nikim rywalizować. Chcę się przyjaźnić i współpracować. Uważam, że ważnym elementem wznoszących się wibracji jest właśnie umiejętne współistnienie z drugim człowiekiem. Raj, czy choćby zapowiadana Złota Era, to miejsce w którym ramię w ramię pracujemy ze sobą, szanując, tolerując, akceptując i wspierając jeden drugiego. Nie może być szczęścia i dobrobytu wśród mieszkańców tej planety, dopóki ludzie będą egoistycznie dowartościowywać się kosztem innych. Dopóki z zazdrością będą walczyć, by udowodnić, że są lepsi. Prawdziwa duchowość rozumie, że nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy jesteśmy doskonali i każdy jest w najwłaściwszym dla siebie miejscu i czasie.

Nie chcę z nikim wygrywać. Nigdy. Bo kiedy wygram, to po drugiej stronie staje ktoś przegrany. Świadomość, że ktoś poczuł się gorzej, że komuś jest przykro nie jest dla mnie niczym miłym. Dlatego nie rywalizuję w żadnej dziedzinie. Wszechświat jest piękny i ogromny, tak ogromny, że znajduje się w nim miejsce dla każdego. Mogę spokojnie pisać książki, wiedząc, że na moje prace znajdzie się przestrzeń w takim samym stopniu, jak na te pisane przez setki innych pisarzy. Mogę tworzyć wiersze jak setki innych poetów. Mogę malować obrazy, jak setki innych ludzi. Mogę prowadzić szkolenia jak inni nauczyciele… Mogę wszystko, czego pragnę i co mnie cieszy. Każdy z nas może. Dla nikogo nie zabraknie miejsca ani ludzkiego zachwytu.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia dobra

Dobro samo w sobie jest harmonijne, nie wymaga więc żadnego komentarza ani opisu, jednak nie każdy wie, czym jest dobro, a często nawet tworzy dla niego własne definicje. Tymczasem ta piękna jakość cudownie trzyma się złotego środka i jest dla mnie tak jednoznaczna, że wszelkie dyskusje wydaja mi się czasem zupełnie niepotrzebne. Jednak okazuje się, że to co dla mnie oczywiste, dla innych niekoniecznie. Dlatego piszę parę słów, aby każdy mógł popatrzeć na to swoimi oczami i ustalić, jak sam to widzi.

Złoty środek naszej życzliwości i troski o innych, to umiejętność okazania serca i pochylenia się nad drugim człowiekiem. To codzienne wsparcie, ale też spontanicznie rzucone dobre słowo, komplement, pochwała. Dobroć to dla mnie uśmiech, który poprawia komuś dzień i przytulenie, które podnosi energię.  Ale to także umiejętność akceptowania odmienności i pozwalanie innym, by byli szczęśliwi na swój sposób. Myślę zatem, że bycie dobrym to najczęściej powstrzymywanie się od złych słów, gestów, od krytyki i niemiłego zachowania, kiedy ktoś inny jest po prostu sobą.

Dobroć nie powinna być jednak poza asertywnością, nie jest więc poświęcaniem siebie, nadstawianiem policzka i podkładaniem się do bicia. Nie jest też dobroć ustawicznym zamartwianiem się i użalaniem nad inną osobą. Prawdziwie mądry człowiek wzmacnia innych, podaje rękę, ale nie niesie na swoich plecach. To dla mnie oczywiste.  Moi uczniowie wiedzą, że chwalę, wspieram, podpowiadam, ale nie pozwalam, by się ode mnie uzależnili w jakikolwiek sposób. Czasem nawet niektórzy są nieco rozczarowani, kiedy nie podejmuję za nich decyzji, lecz zachęcam do samodzielności. Jednak to jest właśnie złoty środek – być obok i dawać poczucie bezpieczeństwa, ale nie wyręczać nikogo.

Moja Babcia mówiła: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Ta wskazówka ładnie wpisuje się w złoty środek i pokazuje, czym jest dobroć. Nikt nie płacze, kiedy asertywnie nie poddajemy się manipulacji, ale cierpi, kiedy go najzwyczajniej w świecie skrzywdzimy. Kiedy poniżamy, ośmieszamy, dewaluujemy, aby dowartościować samych siebie. Nikt z nas nie jest w stanie zaspokoić oczekiwań wszystkich znajomych i nie po to żyjemy na świecie, by spełniać cudze zachcianki. Dobroć zatem to nie ten, który własnym kosztem zaspokaja kaprysy drugiej osoby. Dobroć to ten, który umie ugryźć się w język, jeśli wie, że jego zdanie sprawiłoby komuś przykrość. Nie ma nic gorszego niż nadmuchana prawda wygłoszona z patosem. To bardzo często okrucieństwo schowane pod korcem. Potwornie fałszywe, ponieważ usprawiedliwiane bezwzględnym: „przecież ja tylko mówię prawdę”.

Dobry człowiek nie mówi tego, co myśli, jeśli to komuś zaniży energię, ponieważ jego priorytetem jest szczęście innej osoby. Jeśli owa prawda nie jest niezbędna do wyjaśnienia ważnych okoliczności, nie powinna zostać wyartykułowana. Znam jednak ludzi, którzy wygłaszają swoje prawdy z ogromna satysfakcją, ciesząc się z tego, że komuś płyną łzy. „I cóż, niech sobie popłacze, życie to nie jest bajka” mówią, czerpiąc radość z cudzego nieszczęścia. Jest w tym też element zemsty za to, że ich życie było ciężkie. Cierpienie drugiej osoby jest dla nich wyrazem sprawiedliwości świata. Tacy ludzie nie są dobrzy i nie mają pojęcia, co to jest Dobro, nawet jeśli na co dzień odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki. To zwolennicy wyrównywania rachunków i biczowania innych. Z dumą powtarzają: „mam prawo mieć swoje zdanie i je wypowiadać”. Oczywiście. Mają prawo. Pytanie powstaje: jakim kosztem?

Po tym właśnie odróżniamy prawdziwe Dobro od tego, co zakompleksione, niskie i egocentryczne. To pierwsze zadaje sobie pytanie: czy moja racja jest tutaj ważna? Czy powinna zostać wygłoszona? Czy to co powiem przyniesie komuś coś dobrego? To pierwsze jest zazwyczaj ciche i łagodne, pełne akceptacji i pozytywnej troski. To drugie ma ludzkie uczucia tam, gdzie światło nie dochodzi i kieruje się wyłącznie potrzebą zwrócenia na siebie uwagi. To drugie jest pełne lęku przed odrzuceniem i rozpaczliwie potrzebuje aprobaty, więc wykrzykuje swoje poglądy, by chociaż na chwilę zyskać dla siebie trochę uwagi. Nikt naprawdę wrażliwy nie zachwyci się tym drugim, ale to już osobna historia.

Tym bardziej zachęcam do pracy z prosperitą i pozytywnym myśleniem, ponieważ człowiek szczęśliwy nigdy nikogo nie krzywdzi i na nikim nie bierze podświadomego odwetu za swoją trudną przeszłość. Umie tę przeszłość zapomnieć. Świadomość prosperująca szuka Światła wszędzie i sama je tworzy. Wspiera, podnosi i ociera łzy. Nie ma dla niej jakości ważniejszej od Dobra i bezwarunkowej miłości i nie kłapie buzią bez zastanowienia. Przede wszystkim jednak Świadomość Prosperująca to człowiek o wysokiej samoocenie, która pozwala schować swoje racje głęboko w sobie, jeśli ich wygłaszanie miałoby komuś zadać ból.

Wysokie poczucie wartości to ogromnie istotna jakość. Zwróćcie proszę uwagę na takie sytuacje, kiedy ktoś bezmyślnie i bezzasadnie rani drugą osobę, tylko po to, by pokazać, że sam jest lepszy, mądrzejszy, ważniejszy. Po co to robić? Jaki to ma sens? Koń jaki jest, każdy widzi, a ból zadany drugiemu człowiekowi wróci do nas zwielokrotniony, po co więc krzywdzić? Jest tylko jedna siła, która zaślepia i tworzy z normalnego człowieka kata: poczucie bycia gorszym, które tak boli, że chcemy ten ból uśmierzyć idąc po trupach. Niektórzy uważają, że to demony zwodzą ludzi z dobrej drogi, a ja uważam, że największym demonem ludzkości jest niskie poczucie wartości i rozpaczliwa potrzeba udowodnienia światu swojej wielkości i ważności. Stąd biorą się najgorsze zbrodnie. Stąd wyrastają codzienne złośliwości i ataki, którymi depczemy godność drugiej osoby.

Dobroć to pokazywanie drogi w ciemnościach, ale to także szacunek dla odmiennych poglądów i akceptacja innego zdania. Czasem to ogromnie trudna lekcja, kiedy np. nasz przyjaciel ma diametralnie odmienne poglądy polityczne. Jednak z własnego doświadczenia mogę powiedzieć – da się z tym żyć. Da się z tym pielęgnować przyjaźń, kiedy skupiamy się na tym wszystkim, za co kochamy przyjaciela, a nie na tym, co nas różni. Mam taką przyjaciółkę, która od zawsze ujmuje mnie swoją dobrocią i prowadzę z nią długie fascynujące rozmowy, w których omijamy po prostu to, co nas dzieli. Obie znamy swoje zdanie i wiemy, czego nie dotykać. Nie ma  w nas złośliwości i potrzeby udowadniania jedna drugiej, że nie ma racji. Trudne, ale możliwe. Myślę więc, że dobroć jest wtedy, kiedy ciepłe uczucia dla drugiej osoby są dla nas ważniejsze niż to, że ma „swoje dziwne” poglądy. Niech sobie ma, jeśli jest z tym szczęśliwa.

Dobroć nie wywiera nacisku i nie mówi: „kłamiesz”, jeśli to, co mówimy brzmi inaczej niż oczekujemy. Bywa tak, że chcielibyśmy, aby ktoś przyznał się do czegoś, co wyraźnie u niego widzimy. Ale on absolutnie tego nie potwierdza. Warto pamiętać, że człowiek wie o sobie najmniej. Emocje potrafią stworzyć skuteczny nieprzenikniony mur, spoza którego wielu nawet całkiem dużych jakości dostrzec nie sposób. Pewne rzeczy wypieramy. Innych po prostu nie chcemy widzieć, bo nie jesteśmy gotowi zmierzyć się ze swoim cieniem. Każdy ma do tego prawo. A mądry nauczyciel (przyjaciel, terapeuta) umie to zaakceptować i nie krytykuje takiej osoby. Dobro pozwala znaleźć wytłumaczenie, zamiast osądzania.

Dobroć to także ogromna cierpliwość i świadomość, że każdy ma swój czas i jest w najlepszym dla niego punkcie rozwoju. Zdarza się, że mój uczeń w kółko kręci się w swoim wzorcu i nie pomagają żadne tłumaczenia i zmiana metod pracy. Chociaż widzę przysłowiowe „rzucanie grochem o ścianę” – pozwalam. To jego życie. Nie ośmieliłabym się go wyśmiać, poniżyć czy skrytykować. Jest we właściwym miejscu i czasie. Jak każdy. Aby dostrzegać harmonię, trzeba samemu być harmonijnym. Czasem o tym zapominamy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Harmonia siebie w sobie

Harmonia ze sobą to szczęście i zadowolenie, które wypływa z połączenia ze Wszystkim, Co Jest. Kiedy myślimy pozytywnie i mówimy słowa pełne piękna, pozostajemy w harmonii z wszechświatem. Kiedy wyrażamy wdzięczność lub wyznajemy miłość, również wznosimy swoją energię, dotykając tego magicznego punktu. Kiedy cieszymy się spontanicznie i śmiejemy, to także harmonia. A wreszcie wpadając w zachwyt i zanurzając się w podziwie, sięgamy boskiej jakości. Kiedyś nazywano to byciem w przepływie. Obecnie najczęściej określa się ten stan wejściem w pole serca. Tak czy owak jest to podniesienie energetyki na tyle wysoko, by poczuć magię wszechświata poprzez połączenie się ze Wszystkim Co Jest.

Bycie w harmonii wymaga takiego połączenia, aczkolwiek możemy sobie bez tego leżeć wygodnie na kanapie i czuć się całkiem normalnie. Jednak wejście na wyższy poziom daje nam dostęp do tego, z czego dobrze jest móc korzystać na co dzień. To dostęp do boskiej mocy, która pomaga nam spełniać marzenia i pozwala wyraźnie poczuć Prawo Przyciągania. Ten stan harmonii z wszechświatem pomaga nam podejmować decyzje, tworzyć arcydzieła, załatwiać od ręki różne skomplikowane sprawy, kochać z wzajemnością i widzieć niewidzialne. To w tym stanie właśnie rozwijamy jasnowidzenie. Ale dziś nie o tym.

Chciałabym zwrócić uwagę na to, jak łatwo jest wejść w ów przepływ lub pole serca. Prowadzą nas tam dobre myśli i piękne emocje. Można od razu zauważyć, że cała prosperita jest drogą do takiego punktu, a prosperująca świadomość to człowiek, który częściej doświadcza harmonii niż dysharmonii. Ta druga przejawia się chorobami, kłopotami, brakami… Tym wszystkim, czego nie lubimy. W ten sposób pokazałam proste lekarstwo na każdy problem – być w harmonii. A jak? Jeśli ktoś nie zrozumiał, to zapraszam do ponownego przeczytania pierwszego akapitu.

Ta rewelacyjna, choć bardzo ogólna recepta dotyczy naszych indywidualnych spraw. Nie zmienimy od ręki sytuacji na świecie swoim pozytywnym myśleniem, nie zlikwidujemy wojen, głodu i wyzysku. Aczkolwiek gdyby oczywiście wszyscy tę receptę zechcieli zastosować, to stałby się taki właśnie cud. Pisałam już o tym – gdyby wszyscy ludzi pokochali siebie, czyli pięknie i z miłością myśleli o sobie, Ziemia stałaby się rajem. To oczywiste. Podobno tak właśnie wyglądała Złota Era i do tego w gruncie rzeczy dążymy. Do stworzenia raju bez wojen, chorób i głodu, poprzez pokochanie siebie i pozytywne podejście do życia.

Być w harmonii ze sobą, to po pierwsze połączenie z naturą i wszechświatem, poprzez podniesienie energii i stałe wchodzenie w przepływ. To radość życia i cieszenie się każdą chwilą. Znakomicie pomaga w tym świadoma praca z Reiki. Kluczowe jest tu słowo „świadoma”, ponieważ często spotykam ludzi, którzy nie umieją docenić tej pięknej energii i nie korzystają z jej ogromnej mocy. A jest to cudowne narzędzie do połączenia nas z Najwyższym Źródłem i natychmiastowego przeniesienia w pole serca. Zwolennicy metod kwantowych mogą tu znaleźć podpowiedź, jak ułatwić sobie pracę i wyjaśnienie, dlaczego Reiki nie koliduje z Dwupunktem.

Bycie w harmonii ze sobą, to po drugie bycie autentycznym. Wymaga to podniesienia poczucia wartości i zaakceptowania siebie takim, jakim się jest. Nie ma ludzi idealnych, natomiast moim zdaniem każdy jest doskonały. Wszyscy jesteśmy Światłem mniej lub bardziej stłumionym przez brak miłości do siebie. Próbując wpasować się w iluzje i cudze oczekiwania zatracamy siebie. Zakładamy maski, aby inni nas podziwiali. Potrzebujemy tego podziwu wtedy, kiedy nie umiemy sami pokochać siebie. Ten podziw jest zabezpieczeniem przed samotnością, odrzuceniem i wstydem. Ludzie robią niewiarygodne rzeczy dla tego podziwu – kradną, wyzyskują, zabijają – byle tylko poświecić innym w oczy światłem odbitym od bogactwa czy władzy. I chociaż doskonale wiedzą, że ten podziw jest fałszywy, zabiegają o niego, by poczuć się bezpiecznie. A bezpiecznie jest dla nich tylko na szczycie.

Tymczasem wystarczy kochać. Kiedy naprawdę obdarzę siebie miłością, to przyjmę siebie taką jaką jestem i już nic nie muszę udawać. Mogę być trochę mądra, trochę głupia, trochę głośna, trochę cicha, trochę ładna, trochę brzydka… Jestem doskonała, bo jestem sobą. Jednym będę się podobać, innym nie i to jest w porządku. Zaprzyjaźnię się z tymi, którzy ze mną rezonuję i nie będę płakać po tych, którzy się ode mnie odwrócą. Wszystko będzie w harmonii. Tak łatwo znaleźć szczęście, kiedy wyjdę poza lęk odrzucenia i zrozumiem, że można być dobrym w każdej postaci. Piękno wszechświata opiera się na różnorodności. Nie ma jednej idealnej matrycy, która pokazuje, jakim trzeba być. Każda wersja jest dobra.

Jednak kluczem jest nasza własna akceptacja i poczucie komfortu, kiedy patrzymy na swoje odbicie w lustrze. Jesteśmy różni – jedni dobrze się czują z krótkimi włosami, inni z długimi. Jedni stawiają na staranne wykształcenie, inni na pomaganie słabszym, a jeszcze inni na luz i lekkość. Każda opcja jest dobra, jeśli uśmiechamy się w niej do siebie. Warto nauczyć się myśleć o sobie w harmonii z wszechświatem. Być świadomym tego połączenia i szukać go we wszystkich swoich przejawach. Boskość jest Wszystkim Co Jest, dlatego boska jest zarówno poważna, elegancka lady, jak i roześmiana dziewczyna w podartych spodniach. O ile obie czują się szczęśliwe same ze sobą.

To, co jest dobre dla nas, podnosi nam energię i samoistnie wprowadza w pole serca. Każde działanie, każde hobby, każdy wygląd jest właściwy, jeśli nas uskrzydla. Ten prosty kompas idealnie pokazuje, co nam służy, a co nie. Bo jeśli kopiemy psa, to nas nie uskrzydli. Proste. I jakkolwiek to poczujemy, bez wątpliwości nie będziemy w tym działaniu w harmonii ze sobą i wszechświatem.

Bycie autentycznie sobą, to odnalezienie swoich niepowtarzalnych aspektów. Boskość chce być przejawiona w takiej formie, jaką nam ofiarowała, a nie w innej. Nie trzeba wcale być jak sąsiadka czy koleżanka, najlepiej być sobą. Kiedy jesteśmy sobą – takimi normalnymi, pełnymi słabości, nie będąc sławnymi ani bogatymi – jesteśmy bardziej harmonijni niż wtedy, kiedy kogoś naśladujemy i udajemy obcą jakość. Gdybym na przykład na siłę malowała abstrakcyjne obrazy, rywalizując z kimś, to wypadam z harmonii. Nawet wtedy, kiedy moje obrazy będą się bardziej podobały niż dzieła tego kogoś, komu chciałam udowodnić, że jestem lepsza. Nie będę lepsza. Zeszłabym ze ścieżki duchowej w błoto tak mocno, że tylko czołg energetyczny mógłby mnie stamtąd wydostać. Pisałam o naśladownictwie – to paskudna jakość.

Bycie sobą w harmonii to po trzecie nie tylko kroczenie własną niepowtarzalną ścieżką w oparciu o wewnętrzny kompas. To także odwaga połączenia się ze swoim Prawdziwym Ja i wyrażaniem tego w swój unikalny sposób. To także własne zdanie. Nie trzeba go wykrzykiwać na ulicy ani spierać się z innymi. Można je zachować dla siebie do czasu, aż ktoś nie zapyta. Widzę wokół siebie dużo zachowań, których nie popieram, jednak nie zwracam ludziom uwagi. Są dorośli. Dokonują wyboru z jakiegoś powodu. Nie chcę ich oceniać i krytykować. Pozwalam innym być sobą do jakiejś granicy, którą zakreślam na poziomie wielkości wyrządzanego komuś zła. Generalnie jednak rozumiem harmonię wszechświata i nie walczę z niczym. Odsuwam się od tego, co jest w moim odbiorze brzydkie. Wolę pracować na poziomie energetycznym, niż kogoś rugać. Przekonałam się, że krytyka zjawiska jest odbierana personalnie i zamiast zrozumienia i zmiany przynosi obrażanie się i nierzadko małe niesympatyczne wojenki. Ludzie nie dostrzegają swoich błędów, za to przesadnie reagują nawet na dyplomatyczne zwrócenie uwagi. Nauczyłam się, żeby zostawiać ludzi samych sobie z ich decyzjami. Życie wszystko zweryfikuje.

Bycie sobą, to odczuwanie własnej tożsamości, indywidualności i niepowtarzalności. To akceptacja własnych myśli i poglądów. To dawanie sobie prawa do własnego spojrzenia na świat i własnego odczuwania. To wyjście poza kiwanie głową dla świętego spokoju i podążanie za swoim sercem. To świadome dokonywanie wyborów każdego dnia, bez oglądania się przez ramię, co inni na to powiedzą. To wzięcie odpowiedzialności za siebie bez lęku i z pełną świadomością, że każda decyzja jest najlepsza na dany moment. To wybieranie sobie autorytetów i nauczycieli z pełnym uznaniem, że uczenie się od innych wzbogaca nas wewnętrznie. To rozumienie, że kochając siebie dajemy sobie wszystko, co najlepsze – w tym także wiedzę – przez całe życie. To poczucie, że odpowiadamy za swoje dobro i za to, by stale być w przepływie, który nas uskrzydla. Oto harmonia siebie w sobie.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Pełnia

Jestem Pełnią. Jestem Całością. Jestem doskonała taka, jaka jestem, w tym momencie i w każdym innym. Ponieważ nauczyłam się kochać bezwarunkowo jestem też kompletna. Nie jestem niczyją połówką, chociaż mój mąż żartobliwie może o mnie tak powiedzieć. Wolno mu. Jego słowa nie pozbawiają mnie mocy i poczucia bycia samodzielnym istnieniem. Nie tracę części siebie, kiedy on wychodzi do pracy, bo jestem Wszystkim Co Jest.

Jestem spełniona, bo robię mnóstwo fantastycznych rzeczy, które dają mi wiele radości. To nie oznacza, że usiadłam i napawam się własną urodą. Wręcz przeciwnie – stale szukam nowych doświadczeń, bo fascynuje mnie piękno świata i jego wielowątkowość. Jestem tak wszechstronna, że zaczynam robić rzeczy, o których nigdy wcześniej nie śniłam. Ale zatrzymuję się tylko na wybranych zagadnieniach. Nie można robić wszystkiego i nawet nie można interesować się wszystkim tak dosłownie. Czasem więc tylko próbuję, doznaję i zostawiam, wracając do tego, co mi najbliższe.

Jedyną stałą jest zmiana, a dotyczy to przede wszystkim naszego rozwoju. Zmieniamy się my i nasze poglądy, upodobania, zainteresowania. Niektóre rzeczy trwają w nas, inne odchodzą, robiąc przestrzeń dla nowych doświadczeń. Jeśli pracujemy świadomie nad swoim rozwojem, to zdobywamy nowe jakości. Na przykład poczucie siły, poczucie wartości, wiarę w siebie, dystans do problemów, spokój wewnętrzny, umiejętność zarządzania emocjami, samodzielność. Nigdy nie jesteśmy tacy sami i każdego dnia odkrywać możemy w sobie coś nowego. I możemy wręcz zaskakiwać siebie odmienną reakcją na te same wydarzenia.

W psychologii nie ma pewników ani stuprocentowych zasad. Każda analiza jest odpowiednia tylko na dany moment. Kiedy stosuję NAO (Nieinwazyjna Analiza Osobowości), to zwracam szczególną uwagę na powtarzalność pewnych elementów. Ale przede wszystkim biorę pod uwagę dzisiejszy wygląd, bo to on pokazuje to, co jest aktualne. To, co było ważne wczoraj, teraz może być bez znaczenia. Nawet terapia pojawia się jako odpowiedź na obecny stan. Stan, którego nie było jeszcze miesiąc lub rok temu.

Ta płynność i zmienność prowadzi do niesłychanie ważnej jakości, którą nazwałabym niepowtarzalnością. Każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju. I co ważne – każdy z nas jest pełnią. Nosi w sobie ten potencjał, o którym napisałam na początku. Fakt, że nie każdy może czuć się tak jak ja, wynika wyłącznie z tego, że nie uświadamia sobie swojej własnej mocy. Nazwa „spełnienie” oznacza właśnie odnalezienie swojej całości. To wydobycie na światło dzienne rozmaitych talentów, odkurzenie ich i urzeczywistnienie. Wiąże się to nierozerwalnie z poczuciem, że wszystko mamy w sobie. Wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. Wszechświat jest tak skonstruowany, że niczego nie musimy szukać na zewnątrz, ponieważ dostaliśmy każde potrzebne narzędzie. Mamy je w rękach.

Samorealizacja jest w moim odczuciu najważniejszym elementem odnalezienia swojego sensu w życiu. Kiedy odkryjemy, co nas cieszy, rozwija, nakręca, uszczęśliwia – to jesteśmy na najlepszej drodze. Potem wystarczy już tylko zawinąć rękawy i realizować dokładnie to, co czujemy, że jest tak bardzo nasze. Wtedy spontanicznie przerabiamy swój program karmiczny, co sprawia, że dusza daje nam mnóstwo mocy i możliwości. Najpiękniejsze w tym wszystkim jest jednak uczucie, które temu towarzyszy. Nazywam je szczęściem. Dlatego właśnie tak często powtarzam, że jestem szczęśliwa, bo stale mi ono towarzyszy. I chociaż nie omijają mnie życiowe zakręty i zawirowania i czasem spada mi energia, to ogólnie uczciwie stwierdzam: jestem bardzo szczęśliwa, bo robię to, co kocham. Bo jestem Pełnią. Jestem Wszystkim. Jestem mikrokosmosem w makrokosmosie.

Człowiek, który nie docenia siebie, czuje się nieszczęśliwy. Podświadomie wie, że coś ma znaleźć. Jednak zamiast w sobie najczęściej szuka na zewnątrz. Wypada wówczas z harmonii i zaczyna naśladować kogoś innego. Patrzy na ludzi szczęśliwych, czuje ich dobrą energię i zaczyna upodabniać się do nich. Gra cudzą rolę, zamiast realizować swój program. Odwzorowuje i zaczyna żyć nie swoim życiem. W najlepszym przypadku dostanie od życia kopniaka, zrozumie lekcję i wróci do swojego programu, odkrywając swoje niezmierzone bogactwo wewnętrzne. W najgorszym razie dusza zrezygnuje i odejdzie z tego świata, próbując w kolejnym wcieleniu, stwarzając odmienne okoliczności.

Zakładając cudze maski, wybieramy najczęściej ludzi znanych i podziwianych. Co samo w sobie może być pułapką, bo nie każda znana postać jest kimś, z kogo warto brać przykład. Świat materialny rządzi się swoimi prawami. Najbardziej popularni nie są ci, którzy mają najpiękniejszą energię, lecz ci, którzy do perfekcji opanowali zasady reklamy i PR. Widzę wiele popularnych postaci o przeciętnych wibracjach, którymi ludzie się zachwycają i widzę też wiele istot o przepięknej energii, które są mało znane i omijane. Rozumiem, że nie każdy widzi to wewnętrzne Światło, mam świadomość, że mój dar nie jest powszechny. Ale przecież widać „owoce” ludzkiego działania. Naprawdę widać, wystarczy odrobina uważności.

Działa tu też harmonia wibracyjna. Ludzie o niskich energiach przyciągają podobnych sobie. Ci o przeciętnych też. Zatem ci o wysokiej również są w stanie wejść w bliższe relacje tylko z pięknymi duszami. Innymi słowy – do pięknego nauczyciela trzeba samemu dorosnąć. Uczyłam się tego wiele lat temu, kiedy próbowałam zorganizować szkolenie dla pewnej niesamowitej i pełnej mocy osoby. Nie mogłam zebrać grupy, bo każdemu coś tam wypadało. Kiedy skruszona próbowałam się tłumaczyć tej pięknej energii, usłyszałam: „nie są jeszcze gotowi, bądź cierpliwa”. Dzisiaj jestem więc cierpliwa i spokojnie obserwuję fascynację byle jakością, dając pięknym motylom zgodę na to, by najpierw były poczwarkami.

Czasem naśladowca wybiera sobie też pełne Światła, rozwinięte istoty i kopiuje ich przesłania, przywłaszcza sobie ich odkrycia. Wydaje mu się, że kiedy ubierze siebie w ukradzione słowa, to zaświeci tak samo jak prawdziwy twórca. Nie zaświeci niestety. Obserwowałam takiego człowieka i widziałam wyraźnie, jak wypełnia się ciemną energią, jak gaśnie. Kradzież energetyczna jest tym najgorszym rodzajem przywłaszczania. Dlatego, że nauczyciele duchowi są rozliczani surowiej i według zupełnie innych zasad, niż reszta świata. Jeśli podkradniemy coś dla siebie, by zjeść, obejrzeć, nacieszyć się w zaciszu swojego domu, to wszechświat rozliczy nas tylko finansowo. Jeśli natomiast świadomie przywłaszczamy cudze odkrycia i twórczość, aby błyszczeć wśród wiernych wyznawców, to tworzymy pasmo negatywnej karmy dla siebie i dla tych, którzy pójdą za nami. Stąd i rozliczenie inne.

Nadrzędną lekcją na Ziemi jest miłość do samego siebie. Mamy pokochać siebie tak mocno, aby nasze dzieła były dla nas doskonałe takie, jakimi je stworzyliśmy. Wszelka zazdrość, rywalizacja, powielanie cudzych programów, by utrzeć nosa komuś innemu, stoi w opozycji do bezwarunkowego kochania. Jeśli obdarzam siebie miłością, to wiem, że jestem niepowtarzalna i nie muszę – i nie chcę – udawać kogoś, kim nie jestem. Rywalizacja jest zawsze wyrazem kompleksów, ponieważ stawia zwycięzcę powyżej przegranego i każe patrzeć z góry. Pełnia oznacza, że jesteśmy Wszystkim, Co Jest – pozornym zwycięzcą i iluzorycznym pokonanym. Na równej pozycji. Bez poczucia braku i zawiści, że ktoś ma podziw, którego my nie mamy.

Dlatego niezmiennie sama siebie szanuję i podziwiam, nie oczekując sławy ani doceniania od kapryśnego świata, który – jak wspomniałam – często nie odróżnia tombaku od złota. Mam też podziw i miłość wspaniałych ludzi o wysokiej energii i to jest dla mnie cenne. Nie tęsknię za oklaskami tych, którzy nie odróżniają klejnotu od blaszki, bo i tak niewiele im mogę dać, dopóki nie zrzucą masek. Jestem cierpliwa, bo wszyscy są skazani na doskonałość. To kwestia czasu.

Temat trudny, bo nikt nie wie, czym jest Pełnia, dopóki jej nie urzeczywistni. Nie sposób też o niej uczyć. Dlatego dzielę się tylko tym, co sama czuję, żyjąc między ludźmi. Chciałabym jednak, aby każdy uzmysłowił sobie, że nie musi w nieskończoność być poczwarką i naśladować innych pięknych motyli, przebierając się w ich szatki. Nie musi też rywalizować z nikim, kto lśni zachwycająco. Warto uświadomić sobie własną niepowtarzalność i tworzyć własne skrzydła. Jedyne takie we wszechświecie. Największe piękno zawiera się bowiem w tym, co zrodziło się z naszego serca.

Bogusława M. Andrzejewska

Wszystko

Mamy w sobie wszystko – każdą umiejętność czy zdolność i ogromny potencjał. Jesteśmy przeogromnym bogactwem rozmaitych opcji do wykorzystania. W tym także każdy z nas posiada moc kreowania własnego życia. I ta wiedza jest czymś, co każdy powinien sobie uświadomić.  To wyposażenie niezbędne do podnoszenia poczucia własnej wartości i rozwijania miłości do samego siebie.

Człowiek czuje się niedoskonały, ponieważ stale porównuje się z innymi i widzi obok ludzi, którzy pięknie malują, tańczą, jeżdżą na łyżwach czy znają świetnie wyższą matematykę. Wydaje mu się, że jest gorszy, że na fascynującym bankiecie życia przeznaczono mu tylko sprzątanie. Nie ujmując nic sprzątaniu (to też trzeba umieć), każdy z nas może być artystą w mniejszym lub większym stopniu. Kiedyś pomagałam znajomemu przygotować prace zaliczeniowe z plastyki. Namalowałam za niego ludzkie twarze i dłonie, wzorując się na obrazach Leonarda da Vinci. Namalowałam mu też konia w biegu z rozwianą grzywą, a mój obraz wzbudził powszechny zachwyt. Nie było to szczególnym wyzwaniem, myślę że do zrobienia dla każdego. To oznacza, że gdybym przez wiele godzin w tygodniu malowała i rysowała, to osiągnęłabym w tym biegłość, jak każdy malarz. Nie maluję pięknie tylko dlatego, że nie ćwiczę tej sztuki.

Podobnie rzecz ma się z zadaniami matematycznymi, gotowaniem, rzeźbieniem, pisaniem powieści, szyciem i wszystkim innym. To praktyka czyni mistrza. Jeśli się czegoś uczymy i teorię wzbogacamy solidnym działaniem, to osiągamy w tym wysoki poziom. Rzecz jasna nie można robić wszystkiego, bo taka nauka wymaga czasu i zaangażowania. Jesteśmy zatem zmuszeni, by z przebogatej oferty różnych działań wybrać coś dla siebie, coś szczególnego. Ma to też głęboki sens, bo przecież nie możemy być wszyscy malarzami albo lekarzami. Różnorodność jest konieczna. Zatem szukamy kilku rzeczy, które są nam szczególnie bliskie, które nam się podobają i na tym skupiamy swoją uwagę. Ale to nie oznacza, że dobry inżynier nie mógłby być też dobrym pisarzem, gdyby miał czas, by tę zdolność rozwijać. Znamy zresztą takie osoby, które mają więcej niż jedną pasję i sprawdzają się w kilku dziedzinach.

Jako wszechstronny zodiakalny Bliźniak przekonałam się, że mogę wszystko, jeśli tylko poświęcę temu odpowiednio dużo czasu. Jestem nie tylko psychologiem, astrologiem i numerologiem, ale sprawnie posługuję się też psychografologią i metodami NAO. Zajmuję się angelologią, Reiki i innymi ezoterycznymi tematami. Prowadzę szkolenia, piszę książki i artykuły, układam wiersze, robię grafiki, sama tworzę swoją stronę www, fotografuję, a ostatnio także maluję obrazy, które się podobają. Na tym nie kończą się moje zdolności, ponieważ mam wiele jeszcze innych dobrze opanowanych umiejętności. Jest wiele takich osób jak ja.

Jesteśmy zdolni, wszyscy bez wyjątku. Różnica polega na tym, że jedni wierzą w siebie i uczą się tak długo, aż się nauczą zadowalająco rysować (malować, pisać, komponować muzykę, projektować, szyć…), a inni zakładają, że nie dadzą rady i nawet nie próbują. Być może jedni mają lepszy słuch, a inni bardziej zwinne palce – jesteśmy przecież różni. Ale to i tak nie zmienia faktu, że każdy, każdy bez wyjątku, może być mistrzem w kilku dziedzinach. Jeśli zupełnie nie wychodzi nam śpiewanie, to możemy pisać wspaniałe humoreski albo malować genialne obrazy. I nawet jeśli osiągniemy w czymś ten mistrzowski poziom, warto szukać dalej i rozwijać kolejne talenty. Mamy ich wiele.

Nie dostrzegamy tego, ponieważ inwestujemy w siebie najmniej czasu i energii. Nie szukamy swoich możliwości, o ile życie nas do tego nie zmusi. Idziemy przez codzienność utartym szlakiem. Jeśli już mamy dobry zawód, to zamykamy się na tej jednej zdolności. Jeśli to ceniona społecznie profesja, która przynosi nam uznanie, to nie odczuwamy potrzeby szukania czegokolwiek. Jesteśmy najczęściej spełnieni. Jeśli jednak giniemy w tłumie podobnych do nas ludzi, a praca zaczyna nas wypalać, wówczas warto zapytać siebie: czego jeszcze chciałabym się nauczyć? Bo nasza samorealizacja może być ukryta w nowej pasji, do której jeszcze w swoich poszukiwaniach nie dotarliśmy.

Bywa też i tak, że wydaje nam się, że skoro półmetek już za nami i dzieci odchowane, to jedyne, czego warto się uczyć, to dzierganie na drutach czapeczek dla wnuków. Tymczasem warto pamiętać, że jesteśmy tu na Ziemi dla siebie i własnego spełnienia. I chociaż miłość do wnuków daje nam dużo radości, to jeszcze więcej satysfakcji da pierwszy własnoręcznie namalowany obraz albo wreszcie wydany na papierze autorski tomik wierszy. Nie ma limitu czasowego. Uniwersytety trzeciego wieku pokazują, że chociaż zdolności przyswajania wiedzy się zmieniają z wiekiem, to otwartość na uczenie się już nie. Dopóki żyjemy, interesujemy się światem i tym wszystkim, co może okazać się fascynujące. Ludzie, którzy także na starość czytają książki, rozwiązują krzyżówki, prowadzą z innymi dyskusje i uczą się nowych rzeczy, zachowują sprawny umysł. Udowodniono, że mózg wymaga gimnastyki. Jeśli odpuszczamy i ograniczamy się do liczenia wydzierganych na drutach oczek, to nagle zaczynamy zapominać, trudniej kojarzymy fakty, a umysł zaczyna się coraz częściej wyłączać. Ale nie o tym…

Chcę przede wszystkim zwrócić uwagę na wszechstronność naszych umysłów i ogrom możliwości. Jeśli coś nam się podoba, próbujmy. Próbujmy tak długo, aż będziemy w tym dobrzy. Jestem świadoma, że pośród nas pojawiają się wyjątkowe talenty, np. genialni kompozytorzy czy malarze czy tancerze.  Nie każdemu możemy dorównać, ale nie o porównywania i dorównywanie w tym chodzi, ale o osiąganie swojego własnego maksimum. Nie jestem Leonardo da Vinci, ale kiedy namalowałam swój pierwszy obraz, byłam taka dumna i szczęśliwa, że aż taki dobry mi wyszedł. A kiedy z kolei patrzę na prace Van Gogha… no cóż… dorównałabym mu bez trudu, gdyby to miało jakikolwiek sens, a nie na tym sztuka polega. Jednak sens ma to, że samo malowanie sprawia mi mnóstwo radości, a po namalowaniu kilku kolejnych twarzy zaczynam malować je coraz lepiej. I już niedługo namaluję naprawdę dobry portret, wiem i widzę to w kolejnych pracach. Fascynuje mnie niezmiernie cudowna zdolność ludzkiego umysłu do nauki. Wiem, że można nauczyć się wszystkiego, chociaż mistrzostwo osiągniemy tylko w tym, co pokochamy i co jest tą prawdziwą częścią nas. To jakby oczywiste.

Wszystko mamy w sobie. Nie tylko zdolności artystyczne, którym poświęciłam tu tyle uwagi, ale też inne umiejętności. Na przykład ktoś, kto się spóźnia ma w sobie zdolność bycia punktualnym. Naprawdę ma. Oczywiście wymaga to – jak każdy inny talent – trochę wysiłku, aby rozwinąć tę jakość, ale jest to realna możliwość i znam osoby, które tego dokonały. Podobnie – każdy leniwy człowiek ma zdolność bycia pracowitym, a każdy nieśmiały nosi w sobie dar towarzyskości. Można wymieniać bez końca. Każda potrzebna jakość jest w nas jako potencjał. Jak malowanie, którego można się nauczyć albo jak jazda na rowerze czy łyżwach. Wystarczy chcieć i włożyć trochę wysiłku w nauczenie się tego, czego potrzebujemy, nie zrażając się początkowym niepowodzeniem.

Nie opisuję tu sposobów nauki, bo za każdym razem wymaga to czegoś innego. Sztuka grafiki czy rysunku wymaga cierpliwości i wielu, wielu godzin żmudnego szkicowania i trenowania ręki. Do tego trzeba koniecznie dołożyć wiarę w siebie i głębokie przekonanie, że każdy może się tego nauczyć. Gotowanie czy pieczenie ciast jest o wiele łatwiejsze – wystarczą dobrze opracowane przepisy i dobry humor. Z kolei nauka punktualności czy łatwej komunikacji może wymagać przekodowania wewnętrznych negatywnych wzorców. Zawsze na pewno pomoże wysoka samoocena.

Jednym ze sposobów podnoszenia poczucia wartości jest wypisywanie swoich pozytywnych cech. Przy tym ćwiczeniu szczególnie warto pamiętać o posiadaniu w sobie każdej zdolności. Jeśli uważamy, że jesteśmy umiarkowanie pracowici i średnio inteligentni, to możemy się zawahać przed wypisaniem tych jakości. Świadomość, że potencjalnie je posiadamy, może przechylić szalę w dobrą stronę. A warto pamiętać, że myśl kreuje rzeczywistość, więc wzmacniamy to, w co wierzymy. Dosłownie oznacza to właśnie, że zasilamy swoją myślą i wiarą uznanie potencjału. W tym przykładzie pracowitości czy inteligencji. Im częściej myślę, że jestem inteligentna, tym bardziej staję się właśnie taka. Brzmi jak żart? Ale to tak właśnie działa.

Wszystko mamy w sobie. Cały potencjał kosmosu, ponieważ to nasze myśli stwarzają wszechświaty. Nawet jeśli wylądujemy na wyspie bezludnej w jednej koszuli, możemy przetrwać i uratować życie. Możemy nauczyć się łowienia ryb, hodowania roślin, budowania szałasu – chociaż nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Ale możemy też mocą umysłu przyciągnąć statek czy samolot, który nas z tej wsypy uratuje. Całe nasze życie jest wielokrotnością takich wysp, na których czujemy się osamotnieni i bezsilni. Właśnie dlatego warto zapamiętać, że w istocie ta bezradność jest tylko złudzeniem. Mamy w sobie moc i ogromne możliwości. Możemy w każdym momencie odwrócić niekorzystną sytuację o 180 stopni i od podstaw zbudować nowe szczęśliwe istnienie. Nie potrzebujemy niczego z zewnątrz. Wszyscy terapeuci i doradcy mają nam tylko przypomnieć, że w sobie mamy dar kształtowania rzeczywistości, a wszystkie techniki uzdrawiania służą uruchamianiu naszej własnej wewnętrznej siły.

Bogusława M. Andrzejewska