Siła

Ile słów bym nie napisała na temat poczucia wartości, nigdy ich nie wystarczy, by wszyscy ludzie uświadomili sobie, jak bardzo istotny dla ich szczęścia to jest temat. We wszystkich obszarach życia. W każdej kwestii. Nie ma nic ważniejszego i nic bardziej mocarnego niż wysoka samoocena. Trudno przecenić umiejętność prawdziwego kochania siebie. To nasza największa siła! Od tego wszystko się zaczyna i tu, w tym dokładnie punkcie startujemy, by zdobyć świat, miłość, szczęście, pieniądze. Cokolwiek nam się akurat marzy. Jednak, aby to urzeczywistnić, potrzebujemy wiary w siebie i poczucia, że w pełni zasługujemy na to, by być spełnioną osobą.

Często obserwuję posty różnych osób na portalach społecznościowych. Dzięki znanym mi technikom analizy wiem, co czują i myślą ludzie, kiedy piszą określone słowa czy wstawiają takie a nie inne obrazki. I to, co najczęściej rzuca się w oczy, to powszechnie niskie poczucie wartości, pomimo że od wielu lat mówi się na ten temat na okrągło i chyba nie ma poradnika w którym autor nie podpowiadałby, jak ważne to pojęcie dla nas. Nie ma też chyba szkolenia rozwojowego, na którym nie omawiano by technik służących podnoszeniu samooceny. A jednak… Teoria sobie, a praktyka sobie, jakby trudno nam było naprawdę docenić siebie. Z jakiegoś powodu nie umiemy siebie pokochać z całą mocą.

Dużą popularnością na FB cieszą się zabawne testy, które rzekomo nas opisują i oczywiście zazwyczaj w superlatywach. Nie ma znaczenia, że są tylko zabawą, a wyniki są przypadkowe. Ich rolą jest przecież poprawienie nastroju. I tylko temu służą: rozrywce. A że wyniki podają pozytywne, to być może mają sens większy niż mogę w nich dostrzec. Tak czy owak – nic złego w testowaniu fejsbukowym nie ma. Lepiej żartować z siebie, że jest się Aniołem, niż myśleć o sobie negatywnie. Niemal wszystkie moje znajome bawią się w ten sposób i nic w tym nadzwyczajnego nie ma.

Jednak porusza mnie niesamowicie, kiedy jakaś osoba robi ten sam test kilka razy i publikuje go tylko po to, by na tle zdjęcia profilowego pochwalić się kolejno  napisami: “dobro”, “werwa” lub “uroda”… Wbrew pozorom to bardzo przykra informacja. Czy naprawdę potrzeba głupkowatego testu, aby pokazać, że nie jest się taką najgorszą z najgorszych? Koń jaki jest, każdy widzi – mawiano niegdyś. Jeśli jest w kobiecie uroda, to z całą pewnością nie ma potrzeby pisać sobie tego na czole ani na swoim zdjęciu. Jeśli człowiek ma dobre serce, to też widać po ilości przyjaciół, po tym, jak go traktują. Na tym właśnie polega wysokie poczucie wartości: wiem, że jestem dobra, mądra i piękna. Wiem. I to mi wystarcza, a wszechświat i tak to potwierdza setki razy. Nie potrzebuję transparentu.

Takie napisy pokazują, że właścicielka fotografii zwyczajnie uważa siebie za złą i brzydką osobę. Zainteresowanych szczegółami tej analizy odsyłam do podręcznika Nieinwazyjnej Analizy Osobowości, który jakiś czas temu przygotowałam. Myślę też, że nawet osoby, które nie znają metody NAO, na widok takich napisów, myślą sobie: “jakież to żałosne”, ale przez grzeczność nie mówią tego głośno. I rzecz nie w tym, by nie zajmować się publikacją śmiesznych testów – to tylko zabawa. Rzecz w tym, by zauważyć swój problem i umieć uczciwie sobie powiedzieć: nie kocham siebie, nie doceniam, a moja samoocena wymaga podniesienia. Rzecz też w tym, by zawinąć rękawy i zmienić ten stan dla własnego dobra.

Innymi słowy: zamiast pisać sobie na czole, że jesteśmy mądrzy czy urodziwi, lepiej popracować z podniesieniem poczucia wartości. Pójść na szkolenie albo wykonać kilka ćwiczeń. Poczytać coś na ten temat i zmienić swój wzorzec na taki, który będzie nam służył. Można to naprawdę zrobić samemu, nie wydając ani złotówki na pomoc psychologa. Najważniejsze, aby dostrzec problem i zrozumieć, że potrzebujemy tej zmiany w sobie. Tymczasem często bywa tak, że właśnie naklejając sobie etykietki z różnych testów, ogłupiamy samych siebie i wypieramy prawdę ze świadomości. Popadamy w absurdalną filozofię: “Skoro test mówi, że jestem urodziwa, opublikowałam to i moi przyjaciele to podlajkowali, to już nic nie muszę robić przecież wszyscy już widzą, że jestem taka piękna. A tylko o to mi chodziło, żeby mój były zobaczył, jaka ja cudna jestem….” Na takie podejście lekarstwo trudno znaleźć. A lekarstwa niestety wymaga i to bardzo.

Bez miłości do siebie nie będziemy szczęśliwi, nawet wtedy, kiedy staniemy się bogaci i sławni. Smutnym potwierdzeniem jest wiele gwiazd ekranu i sceny – tych, które cierpią lub cierpiały na depresję, uciekały w alkohol i narkotyki. Przecież są to ludzie, którym inni zazdroszczą popularności i ogromnych pieniędzy. Marząc o sławie i rozdawaniu autografów myślimy, że dla takiej osoby wszystko jest możliwe, a jej życie to pasmo nieustającej błogości. I pomijając tutaj oczywisty fakt, że praca aktora (piosenkarza, piłkarza, dziennikarza czy innego VIP-a) może być równie ciężka i stresująca, jak każda inna, zadajemy sobie tylko pytanie: dlaczego ludzie, będący na szczycie naszych marzeń, nie są obłędnie szczęśliwi? Odpowiedzią może być przede wszystkim brak miłości dla siebie.

A kochanie siebie jest moim zdaniem naszą największą siłą. To właśnie ono toruje nam drogę do błogości, zadowolenia i spełnienia. Jeśli nie lubimy siebie, to największe nawet bogactwo materialne nie da nam radości. Oczywiście o wiele łatwiej jest być zadowolonym z życia, kiedy czynniki zewnętrzne nam sprzyjają, czyli wtedy, kiedy jesteśmy zdrowi, zamożni i w dobrym związku. To jasne. Ale rzadko kiedy zauważamy, że to wysoka samoocena kształtuje te czynniki w odpowiedni sposób.

Każda relacja opiera się na tym, jak myślimy o sobie. Jeśli szanujemy siebie naprawdę, wówczas inni ludzie nas lubią i doceniają. Być może nie u wszystkich budzimy sympatię, ale niechętne nam osoby omijać nas będą szerokim łukiem. Wszechświat to zwierciadło naszych myśli. Jeśli nie ma we mnie podświadomej niechęci do siebie i poczucia winy, to w zewnętrznej rzeczywistości nie ma miejsca na wrogów. Nikt nas nie okradnie i nie skrzywdzi. Właśnie dlatego samoakceptacja to nasza największa siła. Nic nas tak nie chroni przed problemami i przykrościami jak miłość do siebie.

W związkach intymnych jest podobnie. Nie ułożą się one szczęśliwie, dopóki nie odnajdziemy w sobie tych wszystkich uczuć, których pragniemy doświadczać. Wiele razy w młodości słyszałam mądrość: “nie szukaj miłości u innych, sama ją sobie daj, pokochaj siebie”. Kiedyś nie rozumiałam, jakie to oczywiste. Słuchając takich słów myślałam, że jak sama sobie dam miłość, to już mi partner potrzebny do niczego nie będzie.  Tymczasem o to czasem chodzi, by pragnąć, ale nie potrzebować… Ponadto lustro wszechświata odbija tylko to, co mam w sobie. Dopóki nie kocham siebie, nikt naprawdę mnie nie pokocha. Oczywiście mogę być w “jakimś” związku, mogę nawet uprawiać radośnie seks, ale nie doświadczę miłości, bo nie mogę przyciągnąć czegoś, czego nie mam w sobie. Podobnie jak nie zobaczę w lustrze kapelusza na głowie, jeśli go tam nie włożę.

Największa siła wszechświata porządkuje też nasze zasoby i daje nam tyle, na ile zasługujemy. Oczywiście we własnych oczach. Na nic nam zapewnienia dobrych przyjaciół i ich pełne życzliwości serca. Jeśli czujemy, że jesteśmy nijacy, niegodni, gorsi od innych, to nasze dłonie ciągle będą puste. Będziemy stać na brzegu oceanu z sitkiem w rekach i zastanawiać się, jak nabrać dla siebie wody. A wystarczy wiadro pozytywnych myśli i opcja natychmiast staje się dla nas korzystna. Kochanie siebie to pewność, że zasługujemy na wszystko, co najlepsze. Tacy jacy jesteśmy. Tu i teraz.

Bogusława M. Andrzejewska

Miłość do siebie

Prawdziwie wysokie poczucie wartości to bezwarunkowe kochanie samego siebie. Bez oczekiwań. Bez osądzania. Bez krytyki. Bez wahania. Na wszystkich płaszczyznach. Nie ma w tym miejscu znaczenia w czym jesteśmy dobrzy, a co nam w życiu nie wychodzi. Podstawą będzie akceptacja siebie takiego, jakim się jest – z całym dobrodziejstwem inwentarza. Trzeba sobie uświadomić, że zasługujemy na miłość i jesteśmy pełnowartościowi tacy, jacy jesteśmy. Nie trzeba być ideałem, utalentowanym artystą czy zasłużonym profesorem, aby być godnym kochania.

Często ludzie uważają, że są beznadziejni, ponieważ nie są znani, nie maja naukowego tytułu, nie zbawili świata, nie wynaleźli szczepionki… Jakże ogromnie się mylą… Jesteśmy tu na Ziemi dla rozwoju duchowego, poznawania i doświadczania. Można osiągnąć szczyty, pasąc kozy – jak wskazuje tradycja tybetańska, jedna z najciekawszych ścieżek wiodących do oświecenia. Ważne, aby być świadomym prawdziwego sensu życia.

Jeśli stawiamy sobie niebotycznie wysokie poprzeczki, wówczas nigdy nie będziemy szczęśliwi. Każde warunkowanie jest ograniczeniem. Tymczasem w istocie niczego nie potrzebujemy posiadać ani zdobywać. To my sami ustalamy swoje priorytety. Wszystko zabarwiamy swoimi myślami, które mogą nam służyć lub nie. Jesteśmy sobą i to wystarczy, aby być doskonałym. Trzeba to sobie uświadomić i uwolnić się od zewnętrznych wzorców, które mówią, co powinniśmy w tym zakresie.

Słyszałam kiedyś piękną metaforę. Wyobraźmy sobie, że mamy w ogrodzie jabłoń, która co roku daje nam smaczne jabłuszka. Niestety połowa owoców spada zanim dojrzeje i są one niesmaczne. Połowa. Czy zdecydujemy się ściąć drzewo, które daje nam także pyszne i zdrowe owoce? Zapewne nie. Nikt nie będzie pozbywał się pięknego drzewa, które rodzi dobre jabłka. Raczej przyjmiemy spokojnie, że część spada wcześniej i nadaje się tylko do wyrzucenia. Jednak z radością będziemy chrupać te jabłuszka, które dojrzały i nabrały smaku.

Każdy z nas jest taką jabłonią. Nikt nie odnosi samych sukcesów. Nikt nie jest zawsze opanowany i uśmiechnięty. Nikt nie jest najmądrzejszy. Jesteśmy jak drzewo, które daje owoce o różnych smakach: pyszne, dojrzałe, ale i kwaśne lub cierpkie, a czasem po prostu średnie i takie sobie. Podstawą wysokiej samooceny jest umiejętność zaakceptowania tego faktu i przyjęcie, że nasze słabości i wady są normą. Nie czynią z nas ludzi złych i niegodnych. Mamy do nich prawo. Aby podnieść poczucie wartości musimy dostrzec i docenić nasze dobre strony. Są w każdym z nas.

Trzeba umieć docenić siebie – tak zwyczajnie – za bycie kobietą (mężczyzną) czy po prostu za to… że się jest. Wystarczy być – jest moim zdaniem kluczowe dla zrozumienia, że wartość posiada każda osoba, niezależnie od tego, co potrafi, co robi czy co posiada. Zasługujemy na miłość tylko dlatego, że istniejemy.  A nie dlatego, że jesteśmy sławni albo bogaci, albo zdobyliśmy rekord świata w jakiejś dyscyplinie. To ważne, by wiedzieć, że nie trzeba być kimś wielkim, aby być wartościowym. Wystarczy być!

To nie oznacza wcale, że nie doceniamy różnych sukcesów. Esencja znaczenia leży w definicji tego, czym dla człowieka jest sukces. Wyobraźmy sobie piekarza, który kocha swoja pracę i z radością wypieka różne pyszne rzeczy. Klienci go cenią, dobrze zarabia dzięki temu i ma też w życiu osobistym wszystko, aby być spełnionym. Jest zatem szczęśliwy, chociaż nie ustalił nowego rekordu, nie pokazują go w telewizji i nie posiada żadnych dyplomów czy naukowych tytułów. Warto kochać siebie na tyle mocno, by zawsze zadawać sobie pytanie: “czy to mnie uszczęśliwi”, a nie: “ile zarobię”, “czy będę sławna?” lub nie daj Bóg! – “czy inni będą mi zazdrościć?”. Ambicja jest cudowną rzeczą, ale powinna wyrastać z miłości do siebie.

Człowiek, który kocha siebie, nie porównuje się z innymi. Wie, że jest unikalny. Jedyny w swoim rodzaju. Dostrzega w tej wyjątkowości piękno, bez względu na osądy innych. Otula siebie troską, która nie pozwala słuchać złośliwej krytyki innych. Nie ma ideałów – to już wiemy. A to, co w nas najpiękniejsze, zazwyczaj wcale nie jest wyznacznikiem doskonałości, lecz bardziej ludzką – tak po prostu najbardziej człowieczą – cechą. 

Bogusława M. Andrzejewska

Zapraszam do zakupu e-booka na temat podnoszenia poczucia własnej wartości.

Więcej informacji o książce tutaj.

Zapisz

Niezależność

Uznawana za zdecydowanie pozytywną i potrzebną w życiu jakość, nie zawsze bywa właściwie rozumiana. Bardzo często jest mylona z całkowitą wolnością i wyrwaniem się spod jakiejkolwiek kontroli. Trąca często anarchią i arogancją. Grzeszy głupotą i lękiem przed odrzuceniem. Tego typu „niezależność” jest pozorna i nie mniej skomplikowana od owczego pędu i braku własnego zdania.

Podstawowe założenie jest oczywiście słuszne: mieć własne poglądy, własne zarobki, być samodzielnym i móc samemu podejmować wszystkie ważne decyzje. Pragnie tego niemal każdy, odkąd wyjdzie z domu i zobaczy na ulicy lub w szkole coś innego, niż widzi na co dzień w domu. Jednak ciekawość świata i potrzeba wyrwania się spod kontroli rodziców nie zawsze popycha we właściwym kierunku.

Z jednej strony samodzielność jest  budująca.  Uczy nas radzenia sobie z najbardziej inspirującymi doświadczeniami. Z drugiej – często cena, jaką płacimy za poznawanie i smakowanie życia bez opiekuńczego parasola rodziców – bywa wysoka. Być może wsadzenie palca do kontaktu jest lepszym sposobem na poznanie działania prądu, niż słuchanie zakazu starszych od siebie, ale może być niebezpieczne. Z całą pewnością wiemy, że nadopiekuńczość z kolei rodzi osoby bezradne i niedojrzałe. Ta droga zatem też nie jest właściwa. Może więc lepiej znaleźć złoty środek i wyprowadzać się z rodzicielskiego domu, ale nie przedwcześnie? Może warto szanować autorytety, słuchać ich, uczyć się, a w pewnym momencie odważyć się samemu rozwinąć skrzydła i zdobywać własne ostrogi?

Prawdziwa niezależność to także droga środka. Z jednej strony mamy osoby całkowicie zależne, które jak małe dzieci wieszają się na swoich rodzicach. Niby studiują, niby pracują, a w gruncie rzeczy, zginęliby, gdyby zostali zdani tylko na siebie. Szczególnie wtedy, kiedy nie umieją sami siebie zabezpieczyć finansowo na tyle, by przetrwać. W tej grupie często spotykamy wyuczoną bezradność, która jest przejawem przede wszystkim życiowej niedojrzałości. To ogrom pracy dla terapeuty. Chociaż bywa też, że egzamin zdaje prosty ruch – wyrzucenie z gniazda silnym kopniakiem i zdecydowanym: „radź sobie sam”. Czasem przynosi to zbawienny skutek.

A z drugiej strony widzimy anarchistów, którzy nikogo nie słuchają i z niczym się nie liczą, ponieważ „nikt im nie będzie mówił, co mają robić”. W tym przypadku jest teoretycznie łatwiej odnaleźć właściwe podejście do życia i uświadomienie sobie, że żyjąc w społeczeństwie, nie jesteśmy sami dla siebie. Zazwyczaj wystarczy usunąć lęk przed odrzuceniem poprzez podniesienie poczucia własnej wartości. To pozwala na współpracę i naukę tolerancji oraz rozumienia drugiego człowieka. Bez obawy, że nas skrzywdzi tylko dlatego, że ma inne zdanie. Jednak jest to teoria, bo wśród tego typu myślenia są zarówno spokojni, lecz lekko zakompleksieni ludzie, jak i cała masa różnego rodzaju osób z zaburzeniami aspołecznymi. Żadna to oczywiście niezależność. To raczej niedostosowanie.

W codziennym funkcjonowaniu najczęściej spotykamy się z zależnością od ludzkiej opinii – dotyka to także te osoby, które w sensie materialnym i życiowym są całkowicie samodzielne, zaradne i wykształcone. Kluczowa jest tutaj potrzeba akceptacji i bycia docenianym. Aby być lubianym człowiekiem, staramy się często zaspokajać oczekiwania innych, nawet wtedy, kiedy są w sprzeczności z tym, czego sami potrzebujemy. Dotykam tu tematu braku asertywności i bycia wykorzystywanym, ponieważ problem ten także rodzi się z zależności. Chcemy czyjejś akceptacji, więc przyjmujemy cudzy punkt widzenia i cudzy sposób życia. Naginamy się do czyjegoś życzenia, chociaż w środku w nas wszystko krzyczy z niezadowolenia. I nie umiemy się wyrwać z tego kręgu, ponieważ boimy się stracić sympatię przyjaciela, koleżanki, kogoś bliskiego. Jesteśmy emocjonalnie zależni od cudzego zdania i cudzej oceny, bo chcemy tej magicznej akceptacji.

Temat to bardzo obszerny, ale zamknę go wielkim skrótem. Warto działać w harmonii ze swoim wnętrzem i rozwijać asertywność, podnosząc swoją samoocenę. Aby przyciągać do swojego życia ludzi, którzy nie będą nas wykorzystywać, trzeba nauczyć się naprawdę szanować siebie. Prawdziwy szacunek do siebie samego wywoła odpowiednie traktowanie u innych – ponieważ wszechświat działa zgodnie z zasadą lustra. Inaczej być nie może – jeśli doceniam siebie i traktuję z godnością, to i każdy, kogo spotkam, też tak mnie będzie traktował. To działa – jak prawo grawitacji. Czy w to wierzymy, czy nie – po prostu się dzieje.

A jak to jest z cudzymi opiniami? Czy rzeczywiście warto mieć tylko swoje zdanie i być nieustępliwym w głoszeniu swojej prawdy? I tu najlepszym sposobem jest poszukanie tego złotego środka. Nie da się żyć w oderwaniu od opinii innych ludzi. Jesteśmy istotami społecznymi. Potrzebujemy sympatii, akceptacji, zrozumienia i wspólnych ścieżek w pracy. Warto zatem ustalić sobie listę priorytetów i wybrać to, co dla nas najważniejsze. W tych kwestiach pilnujemy własnych wyborów dla własnego dobra, aby móc żyć w pełnej harmonii z tym, czego pragniemy. Pozostanie jednak całe mnóstwo błahostek, o które nie warto kruszyć kopii.

Oto ktoś zachwyca się filmem, który my uważamy za totalny kinowy niewypał. A niech się zachwyca – ma prawo. Tak, jak my mamy prawo mieć inne zdanie. Możemy je powiedzieć głośno lub też nie – jeśli nikt nas o zdanie nie pyta. Możemy zdecydować, że pozwolimy tej osobie na radość i subiektywną ocenę. Cóż to ma za znaczenie? Czy przez to jakość naszego życia się zmieni? Często w takich przypadkach zadaję sobie pytanie: chcę mieć rację, czy pozwolić komuś na chwilę zadowolenia? I wybieram tę drugą opcję. Natomiast nie pozwoliłabym, aby ktoś pokierował moimi ważnymi sprawami inaczej, niż bym chciała. Myślę, że takie rozróżnienie warto w sobie uczynić, inaczej stajemy się pieniaczami i anarchistami. Dobrze jest też nauczyć się czasem pójścia na kompromis. To tylko inna forma współpracy, niczego nam nie ujmuje z naszej godności, a pozwala na znalezienie wspólnej drogi z kimś dla nas ważnym.

Na drugim końcu są z kolei ludzie, którzy jak owce wędrują za innymi, nie mając własnego zdania. Wynika to najczęściej z braku świadomości samego siebie. Warto nauczyć się słuchać głosu swojego serca, właśnie po to, aby być w harmonii z samym sobą. Dobrze jest znać siebie, swoje upodobania i potrzeby, aby móc szukać najlepszych dla siebie rozwiązań i podejmować samodzielnie decyzje. Jeśli nie zrobimy tego wystarczająco wcześnie, to może nam uciec większość życia – uciec na powielaniu cudzych dróg. Któregoś dnia możemy nagle odkryć, że podążamy cudzymi ścieżkami i czujemy z tego powodu pustkę w sobie. Czasem wchodzimy w taką ślepą uliczkę tylko po to, by się dowartościować, bo boimy się zrobić to, czego naprawdę pragniemy. Boimy się poczucia bycia gorszym lub innym od reszty stada…

Najzabawniejszym przykładem ogromnej potrzeby podziwu ze strony innych jest znakomita postać z angielskiego serialu „Co ludzie powiedzą?” – rewelacyjnie zagrana Hiacynta Bukiet. Oto skrajny przykład życia pod dyktando wymyślonych wzorców bycia kimś lepszym od reszty świata. Głowna bohaterka staje niemal na głowie, aby przekonać wszystkich dookoła, że jest personą z wyższych sfer. Robi wiele, tylko nigdy nie jest naprawdę sobą. Znam kilka takich Hiacynt… I podziwiam je za wytrwałość w noszeniu masek, które wcale im nie służą. Serial znakomity – polecam na długie zimowe wieczory.

Bywają też ludzie, którzy głośno mówią, że nic ich nie obchodzą inni ani cudze opinie na ich temat. To najczęściej tylko poza. Im bardziej ekscentrycznie zachowuje się lub ubiera taka osoba, tym bardziej chce zwrócić na siebie uwagę. Swoista prowokacja i pozorne lekceważenie drugiego człowieka jest tylko formą obrony przed krytyka, której taka osoba przyjąć nie potrafi. Nie rozumie, że konstruktywna krytyka może być cenna, bo pokazuje lęki naszej podświadomości lub problem wewnętrznego dziecka i pomaga uzdrowić te wzorce, które nam w żaden sposób nie służą.

Prawdziwa niezależność to silna osobowość, która samodzielnie decyduje o sobie, ale ma na tyle wysoką samoocenę, że jest serdeczna, tolerancyjna i wyrozumiała wobec innych. Ceni zdanie autorytetów i w oparciu o doświadczenie lub mądrość innych, w połączeniu z własnymi wyborami buduje swoje poglądy. Szanuje siebie i innych. Jest otwarta na nowe doświadczenia i nieznaną wcześniej wiedzę. Nie musi nikogo kontrolować, by czuć się niezależną. Słucha uważnie, czyta i uczy się przez całe życie, nie bojąc się przyznać, że czegoś nie wie lub nie rozumie. Chętnie ustąpi w drobiazgach, nie bojąc się, że przez to straci szacunek u innych, ponieważ jest świadoma swojej wartości.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia wyglądu

Nasz wygląd bywa czasem największą pułapką wszechczasów. Niemal wszyscy nosimy w sobie jakieś wyobrażenie, jak powinien wyglądać mężczyzna lub kobieta. Ponadto media próbują nam wcisnąć własną wizję tego, co akurat ich zdaniem jest modne. To oczywista bzdura, której niespójności nikt nie zauważa. Wystarczy odrobina historii, by zrozumieć totalny brak logiki w naszym podejściu do samych siebie. Często krytykujemy swoją sylwetkę, włosy czy nogi. Biegamy na siłownię lub aerobik, katujemy się rozmaitymi dietami, zmieniamy fryzjera i ciągle wydaje nam się, że nie wyglądamy dość dobrze, że jesteśmy za grube, za chude…

Spójrzmy na obrazy flamandzkiego malarza Petera Rubensa. Uwiecznione przez niego nagie kobiety na pierwszy rzut oka są o wiele grubsze niż nakazuje dzisiejsza moda. Jeśli popatrzymy na obraz „Adam i Ewa”, będący kopią dzieła Tycjana, mamy w jednym dwie różne epoki – wiek XV i przełom wieku XVI i XVII. Ewa na tym obrazie uznana zostałaby dzisiaj za grubą i wysłana na siłownię. W tamtych czasach taki wygląd był zupełnie naturalny. A nawet więcej – był piękny i kobiecy. Bądźmy pewni, że matkę ludzkości przedstawiono zgodnie z ówczesnym kanonem wielkiej urody – to oczywiste.

W czasach, gdy Rubens malował swoje obrazy, panie, zajmujące obecnie czołowe miejsca na listach modelek, zostałyby uznane za brzydkie i chore. Głównie z powodu nadmiernej szczupłości. Przez wiele lat krągłe kształty były warunkiem uznania kobiety za atrakcyjną. Dzisiaj mamy zupełnie inne wzorce, ale pamiętajmy, że są to wzorce wymyślone przez ludzi. Kto wie, jak będzie wyglądał ideał kobiecości za sto lat?

Najwyższy czas uświadomić sobie, że nie wolno być uwięzionym w cudzych wizjach. Nie wolno poddawać się tyranii czegoś, co ktoś uznał za obowiązującą modę. Nie ma znaczenia, ile ważymy i jaką mamy budowę ciała, dopóki jesteśmy zdrowi i nie przekraczamy norm związanych z zagrożeniem chorobą. Tylko lekarz ma prawo decydować o tym, czy mamy za dużo lub za mało ciała. Nie jest natomiast ważne, ile mają nasze nogi w obwodzie na wysokości łydki czy uda, jeśli dobrze się czujemy. Nie ma znaczenia czy uszy przylegają nam płasko do głowy, czy też nie przylegają zupełnie. To nasze uszy i możemy je kochać takimi, jakie są. Zupełnie nieistotne jest też, jaki nosimy rozmiar stanika. Wszystkie rozmiary kobiecych piersi mają swoich fanów. Wszystkie bez wyjątku.

W każdym z nas jest mnóstwo piękna. Nie widzimy go, bo skupiamy całą swoją uwagę na drobiazgach, które odbiegają od narzuconych nam przez innych norm. Martwimy się odstającymi uszami, rzadkimi włosami, grubymi łydkami, brakiem wyraźnie zaznaczonej talii, bo niesłusznie uważamy, że te wszystkie rzeczy są niedobre. Otóż są dobre, takie jakie są. Włosy nie musza być gęste, uszy nie muszą przylegać, a łydki i talia nie mają wytycznych, co do ilości centymetrów czy też jakichś proporcji. Warto uwolnić się od reżimu pod hasłem: tak powinnam wyglądać i zastąpić go: jestem sobą i jestem cudowna! Możemy z radością uwypuklać swoje piękno i podkreślać te elementy swojego wyglądu, które uważamy za szczególnie interesujące. Wystarczy nam do tego dobrze dobrana fryzura, lekki makijaż, ładnie leżące ubranie, a czasem dobry dentysta.

Wysokie poczucie własnej wartości to akceptowanie swojego wyglądu dokładnie takim, jaki jest. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy wysocy czy niscy, szczupli czy zaokrągleni, nasze nogi są grube czy krzywe, nasza głowa mała czy duża, a włosy długie czy krótkie. Kluczowym słowem niech będzie tu różnorodność. Istniała ona od zawsze, również dlatego, że istnieje mnóstwo ras ludzkich, które różnią się między sobą. Czy ktoś może powiedzieć, że człowiek o ciemnej skórze jest ładniejszy lub lepszy od albinosa? A czy rude i kręcone włosy są brzydsze lub gorsze od prostych i jasnych? Oczywiście, mamy różne preferencje i określony typ urody podoba nam się bardziej niż inny, ale druga osoba może dokonać całkiem odmiennego wyboru. Nic nie jest w tym wyborze brzydkie. Dlatego każdy z nas – dokładnie każdy, kto czyta te słowa – może pełni zaakceptować siebie ze swoim wyglądem i uznać się za osobę ładną (lub przystojną). Każdy wygląd jest dobry. Harmonia wyglądu jest w naszym umyśle. Brzydcy (za grubi, za chudzi…) jesteśmy tylko wtedy, kiedy tak myślimy.

Bogusława M. Andrzejewska

Samoocena

Wysokie poczucie własnej wartości to zestaw pozytywnych myśli o sobie samym – absolutnie niezbędne wyposażenie każdego człowieka, który chce być szczęśliwym. Pamiętajmy, że nawet samo postrzeganie własnej osoby już nas odpowiednio nastraja. Jeśli lubimy siebie i podobamy się sobie, to jest nam miło w swoim własnym towarzystwie. A to wyznacza klimat całego naszego istnienia. To oczywiste, bo z kim spędzamy w życiu najwięcej czasu? Ze sobą.

Wysokie poczucie własnej wartości jest ogromnie ważne w relacjach, ponieważ postrzegamy drugą osobę poprzez pryzmat myśli o sobie samym. Jeśli lubimy siebie i widzimy w sobie dobro, to takie same pozytywy zobaczymy w innych. To sprzyja sympatii i dobrej komunikacji. Jeśli mamy mnóstwo kompleksów, to ten wewnętrzny ból staramy się zagłuszyć poniżaniem innych. W ten sposób pozornie podnosimy siebie, jednak to tylko złudzenie. Niska samoocena powoduje, że w innych ludziach widzimy zło, więc skłaniamy się do uprzedzeń i atakowania drugiej osoby. Stajemy się krytyczni i złośliwi.

Kiedy mamy wysokie poczucie wartości, jesteśmy pełni radości. Dobre myśli o sobie samym ładują nas pozytywną energią. Promieniujemy na innych, ponieważ jesteśmy wypełnieni światłem i jesteśmy tego świadomi. Zabawne jest to, że każdy człowiek na Ziemi jest w istocie pełen światła, tylko niektórzy o tym nie wiedzą. Energia podąża za myślą. Dopóki nie pomyślimy: „jestem wspaniały, promieniuję pięknem i dobrem” to się nie stanie. To magia Prawa Przyciągania – dzieje się wyłącznie to, w co wierzymy, o czym myślimy.

Postarajmy się stworzyć taką przestrzeń, w której harmonizujemy z bogactwem, miłością, zdrowiem czy sukcesem. Taka harmonia, to właśnie poczucie bycia miłością, światłem, wspaniałością. Kimś cudownym, komu należy się życie równie doskonałe, jak on sam. Jeśli uważamy, że jesteśmy inteligentni, życzliwi, serdeczni, pomocni, szlachetni… to wysyłamy wiadomość, że jesteśmy wystarczająco dobrzy i zasługujemy na wszystko, co najlepsze. Dopóki myślimy, że jesteśmy niedoskonali, ułomni, nieudani, leniwi, niedobrzy, informujemy pole wszelkich możliwości, że w gruncie rzeczy nic nam się nie należy.

Kiedy mamy wysokie poczucie wartości, jesteśmy twórczy i cieszymy się kolejnymi sukcesami. Nic ich nie blokuje, a my wierzymy w siebie i powtarzamy: chcę i zasługuję. A wtedy tak właśnie się dzieje. Zaufanie we własne możliwości owocuje samodzielnością, siłą psychiczną, dynamiką, pozytywnymi emocjami. Idziemy do przodu jak burza i nic nie jest nas w stanie zatrzymać, jeśli sami tego nie zapragniemy. Samoakceptacja chroni nas przed wyuczoną bezradnością – nie oglądamy się na wsparcie innych, bo nie jesteśmy bezbronnymi ofiarami i bezradnymi istotami potrzebującymi opieki. Kolejne sukcesy utwierdzają nas w tym, że jesteśmy dobrzy i potrafimy sobie poradzić z każdym wyzwaniem.

Aby skutecznie podnosić samoocenę, powinniśmy jak najczęściej przebywać z osobami, które myślą, mówią i postępują pozytywnie. To kawałek naszej rzeczywistości. Relacje z innymi działają na nas ogromnie intensywnie. Poruszają nasze emocje, ale także kształtują nasze poglądy. Jeśli często spotykamy się z krytycznymi zrzędami, które stale nas oceniają, rugają lub poniżają, to ich działania obniżają nam energię oraz kodują bardzo niekorzystnie. Powinniśmy za wszelką cenę unikać takich osób, nawet jeśli są nam bliskie. Ich działanie jest po prostu toksyczne.

Warto szukać wokół siebie dobrych ludzi. Takich, którzy dodają nam otuchy i zawsze w nas wierzą. Takich, którzy umieją nam wybaczyć potknięcia i stale nas wspierają. Takich, którzy mówią nam wartościowe słowa, pomagając nam w podnoszeniu samooceny. Dzięki przebywaniu w ich towarzystwie wzmacniamy pracę z poczuciem wartości i rozwijaniem pewności siebie. Każdy z nas potrzebuje akceptacji, przyjaźni i świadomości, że jest doceniany. Kiedy Mamy wokół siebie pozytywnie nastawione osoby, kodujemy w sobie właściwe wzorce, dlatego tak istotne jest staranne dobieranie sobie towarzystwa. Dodam jeszcze, że znaczenie ma nie tylko fakt wspierania nas czy jakże potrzebnej każdemu przyjaźni. Równie istotne jest przebywanie obok ludzi pogodnych, roześmianych, posiadających to, co nazywam prosperującą świadomością, ponieważ dzięki temu rozwijamy w sobie właściwe cechy. W takim samym stopniu można nas zakodować negatywnym marudzeniem, jak i pozytywnym postrzeganiem świata. Uczymy się poprzez przykład. Wybierajmy więc te najlepsze dla nas.

Pamiętajmy, że pozytywne nastawienie do siebie i świata jest wzmacniane przez dobre doświadczenia. Zadbajmy o to, aby nasze życie było szczęśliwe i spełnione. Zadbajmy przynajmniej w takim stopniu, w jakim umiemy. Oznacza to przede wszystkim robienie tego, co kochamy. Praca pełna radości, która sprawia nam przyjemność, podnosi nam energię, sprawia, że nabieramy chęci do życia. Chroni nas przed znudzeniem, zniechęceniem i poczuciem braku sensu i choćby dlatego warto. Realizujmy swoje pasje, bądźmy twórczy, bo każde takie działanie wzmacnia nasze zadowolenie z siebie.

Wysokie poczucie własnej wartości zawiera w sobie wiele elementów składowych. Z jednej strony dzieli się na tyle aspektów, ile ról pełnimy w życiu. Każdy z nas może być jednocześnie kobietą, matką, żoną, córką, dyrektorką, prezeską, nauczycielką… (mężczyzną, ojcem, mężem, bratem, szefem, wykładowcą, kierowcą… itd). Można zatem mieć zupełnie różną samoocenę w odniesieniu do każdej z tych ról. Świetny ojciec może czuć się kiepskim szefem lub odwrotnie. Pracując nad podnoszeniem poczucia wartości warto najpierw zdefiniować samego siebie. Odnaleźć wszystkie wątki, które są dla nas ważne i sprawdzić, w których obszarach mamy najwięcej do zrobienia.

W poczuciu wartości zawiera się wiara w siebie. Nie odwrotnie! To ważne rozróżnienie. Czasem umiemy docenić siebie za pewne umiejętności, bo wpajano nam to od dzieciństwa. Kiedy rodzice cierpliwie nagradzają dziecko za każde osiągnięcie, wyrasta człowiek, który w dorosłym życiu zalicza kolejne sukcesy. Wie, co potrafi i zna swoją wartość. Ma tez w sobie nawyk zdobywania nagród. Ale to nie wystarczy do spełnionego życia. Bywa, że sławne i bogate osoby wcale nie są szczęśliwe, chociaż mają tysiące fanów, którzy im zazdroszczą sukcesów. Skąd bierze się ten smutek? Otóż właśnie z tego, że każdy z nas w głębi duszy doskonale wie, że zasługuje na bycie kochanym, tylko dlatego, że istnieje. A jeśli nie czuje tej miłości, to życie staje się trudne i zaczyna boleć. Podstawą bycia szczęśliwym człowiekiem jest kochanie siebie. A miłość bezwarunkowa – jak sama nazwa wskazuje – nie wymaga spełnienia żadnych warunków i nie oczekuje żadnych zdolności, urody czy sukcesów na koncie.

Dbając o wysokie poczucie wartości nie zapominajmy zatem o tym, co najważniejsze – o pełnej akceptacji dla siebie, jako istoty. Jako człowieka. Nasza akceptacja nie może zależeć od naszych osiągnięć, ponieważ dotyka tylko jednej sfery naszej egzystencji. W każdym milionerze, pisarzu, aktorze, piosenkarzu, sportowcu jest w głębi także ludzka istota, spragniona miłości i doceniana za to, że jest, a nie za opublikowane książki, płyty, filmy, zarobione miliony czy sportowe rekordy.

Na koniec jeszcze jedna uwaga – warto zawsze być sobą, bo to właśnie świadczy o prawdziwej sile ducha. Bycie sobą wymaga docenienia samego siebie i dania sobie prawa do bycia autentycznym. Wszystkie maski, które zakładamy, wynikają z lęku przed odrzuceniem. Dlatego zerwanie tych masek pomaga zauważyć, jak wspaniałą istotą jesteśmy. Często niespodziewanie okazuje się, że ludzie zaczynają nas lubić bardziej właśnie wtedy, kiedy nikogo nie udajemy. Ci, którzy się odsuwają od nas po takim zabiegu, nigdy nie byli nam życzliwi. Jeśli nie akceptują nas takimi, jakimi jesteśmy naprawdę – nigdy nas nie akceptowali. Tolerowali maski. Ten proces pozwala odsiać ziarna od plew i zobaczyć, kto naprawdę jest nam bliski, kto nam sprzyja.

Bez wątpienia największą korzyścią z bycia autentycznym jest pozbycie się stresu przed brakiem akceptacji. Kiedy już przejdziemy przez to doświadczenie, zaczynamy spać spokojnie, bo jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, wszystko zostało zweryfikowane i ludzka ocena juz nas nie zaskoczy. Jakież to uwalniające! W sercu budzi się radość, bo okazuje się, że będąc sobą, nadal mamy przyjaciół, a ludzie traktują nas z sympatią. Stajemy przed lustrem i patrząc na własne odbicie, uśmiechamy się: “jest dobrze, o wiele lepiej niż myślałem“. Ten stan sprawia, że ludzie lgną do nas jeszcze bardziej i czujemy się jeszcze mocniej lubiani.

Bogusława M. Andrzejewska

Samoakceptacja

Jednym z najważniejszych tematów na drodze ludzkiego rozwoju jest akceptacja siebie. Zastanówmy się i szczerze odpowiedzmy, czy kochamy siebie takimi, jakimi jesteśmy? Czy podoba nam się nasze ciało, wygląd, uśmiech, reakcje, czy też wstydzimy się i denerwujemy, kiedy ktoś dłużej patrzy na nas? Nikt z nas zapewne nie jest idealny… a zresztą: jak wygląda ideał? Jak mówi ideał? Jak śmieje się ideał? Jak reaguje? Czy zdajemy sobie sprawę, że każdy z nas ma wewnątrz własną różną od innych wizję ideału? Czy zatem jest jakiś wzorzec, do którego za wszelką cenę musimy się dopasować, czy też wolno nam być sobą dokładnie takim, jakim jesteśmy? Czy jest gdzieś ściśle określone, że mamy mieć takie i takie wymiary, mówić takim tembrem głosu, w taki konkretny sposób dobierać słowa, tak się poruszać?

Wyobraźmy sobie przez chwilę, że obserwujemy zachód słońca w ciepły dzień nad morzem. Przyjrzyjmy się, jak złote promienie malują chmury w różne barwy. Zobaczmy, jak obłoki układają się w najdziwniejsze kształty. Czy kiedykolwiek, podobnie jak Dyzio Marzyciel, wyobrażaliśmy sobie, co przedstawiają? Ta chmura to głowa i pysk konia, tamta to zamek, jeszcze inna to lew w biegu… Przesuwający się przed nami kalejdoskop obłoków porusza fantazję i możemy tak godzinami obserwować coraz to inne postacie, wyłaniające się z kłębów chmur. Świetliste promienie zachodu także tworzą falbanki, miraże, aureole… Wracajmy jednak do tematu – mówimy o ideale. Zatem jakie są idealne chmury i idealne promienie? Jeśli jasno określimy, co podoba nam się najbardziej, zdecydujmy, że tak już będzie zawsze i że takie właśnie formy przybiorą chmury – raz jeden i na zawsze. Powiedzmy szczerze, po ilu godzinach poczujemy się rozczarowani i znudzeni brakiem zmian i ruchu na niebie?

Kobieta może wyobrazić sobie uroczyste przyjęcie, na którym wszystkie panie prezentują identyczne sukienki i jednakowe fryzury. Jednakowymi wystudiowanymi ruchami sięgają po kieliszki szampana, błyskając w świetle lamp identycznymi tipsami na końcach palców, ozdobionych takimi samymi złotymi pierścionkami. „Toż to freudowski koszmar!” – krzyknie niejedna z nas. Sięgając dalej, przypomnijmy sobie film pt. „Dzień Świstaka”, którego bohater utknął w pętli czasowej i każdego dnia budził się w tej samej dacie i przeżywał po kolei te same doświadczenia, spotykał tych samych ludzi. Podstawowym sensem bycia stało się dla niego maksymalne urozmaicenie i odwracanie wydarzeń. Ta głęboko mądra komedia pokazuje w istocie, jak większość z nas tkwi w bylejakości codziennych takich samych wydarzeń, podporządkowując się ustalonemu dawno rytmowi: budzik, prysznic, śniadanie, droga do pracy, praca, powrót do domu, obiad… Doskonale opanowane czynności, które można wykonywać z zamkniętymi oczami. Wielką sprawą staje się impreza imieninowa u koleżanki, która raz na miesiąc zmienia utarty rytuał codzienności. Jak niewielu z nas ma odwagę wyrwać się z takiego schematu i zmienić… choćby drogę do pracy…

A teraz zastanówmy się, czy piękno świata nie polega przede wszystkim na jego różnorodności? Czy największym urokiem ludzkości nie jest przypadkiem fakt, że każdy z nas jest inny, że różnie się ubieramy, zachowujemy, śmiejemy, mamy różne zainteresowania? A kiedy poznajemy nowego kumpla, nową koleżankę, nowego współpracownika, to czy nie jest największą w nim atrakcją – niewiadoma? Ciekawość, jak się zachowa, o czym powie, jak się uśmiecha i czy lubi taką samą kawę, jak my? Zapewne – choć czujemy się swojsko i pewnie wśród starych przyjaciół – wszyscy jednak lubimy poznawać nowych ludzi. Właśnie dlatego, że są … inni.

Przypominam też sobie wypowiedź jednej z moich mądrych nauczycielek, która na lekcji dotyczącej ideału człowieka, nie obawiała się uczciwie nas przestrzec: „Jeśli spotkacie kiedyś człowieka, który jest ideałem, uciekajcie od niego jak najdalej, bo to okropna postać i nikt z nią nie może wytrzymać!”. Paradoksem jest przy tym, że każdy z nas uparcie dąży, by osiągnąć idealny poziom… Dobrze, jeśli tylko w jednej dziedzinie, np. wiedzy, wykształcenia, czy wyglądu. Zatem precz z szablonami, a tym samym przecz z … ideałami! Niech każdy pozostanie sobą – dokładnie takim, jakim jest, bo tylko wtedy wnosi swój osobisty wkład do ludzkiego istnienia. Tylko wtedy przejawia swój indywidualizm wobec innych ludzi.

Zapewne każdy z nas ma sobie do zarzucenia, że coś zrobił nie tak, jak powinien, że nie był w porządku wobec innej osoby. Może też czujemy, że jesteśmy leniwi, złośliwi, nerwowi, impulsywni. Oczywiście, jeśli ktoś inny robi nam wymówki, będziemy się zasłaniać pracą, przemęczeniem, trudnymi warunkami domowymi, brakiem pieniędzy, niewyrozumiałym szefem… Sami ze sobą jednak stajemy się krytyczni i nietolerancyjni. Zauważyłam, że najtrudniej jest człowiekowi powiedzieć dobre słowo o sobie. Tak łatwo jest chwalić innych, a tak trudno docenić siebie. Jesteśmy przecież tacy ułomni, tacy nieudani…

Zastanówmy się uważnie i zobaczmy, że wcale nie jesteśmy kimś złym, tylko po prostu życie jest takie, jakie jest i czasem „siadają” nerwy, brakuje cierpliwości lub pracowitości. No cóż, to wszystko jest takie ludzkie i takie normalne. Zatem nie ma wśród nas za dużo ideałów, a my nie jesteś ani lepsi ani gorsi – jesteśmy po prostu ludźmi. Jeśli uświadomimy sobie tę prostą prawdę, to już tylko krok do prawdziwej akceptacji siebie.

Namówię jednak, aby pójść dalej, aby docenić siebie, ba nawet pokochać! Jesteśmy wspaniałymi ludźmi, tylko jeszcze tego nie odkryliśmy, bo nasze otoczenie przywykło do tego, że wszystko i wszystkich wokół należy krytykować. Nie wiem kto i kiedy wymyślił, że jeśli człowieka pochwalimy, powiemy mu coś miłego, to on niechybnie „obrośnie w piórka” i odleci do ciepłych krajów. Nic bardziej błędnego! Mówienie człowiekowi miłych słów, docenianie go, to nie tylko motywacja i zachęta, ale też i puszczanie w obieg dobrej energii ciepła i życzliwości. Zastanówmy się, kogo wśród swoich znajomych lubimy najbardziej. Zamknijmy na chwilkę oczy i wyobraźmy sobie tę osobę blisko nas. Posłuchajmy, co mówi i jak to robi. Czy krytykuje kogoś, poniża, wyśmiewa? Czy też wspiera, chwali, pomaga nam dobrym słowem? Skąd w nas dla niej tyle życzliwości, czy nie w odpowiedzi na jej sympatyczne zachowanie? Pomyślmy też o tym, że w osobach które lubimy niewiele nas drażni, a kiedy ktoś raz zaszedł nam za skórę, to cokolwiek zrobi potem, mamy do tego krytyczny stosunek. Tak działają relacje… Wykorzystajmy tę wiedzę do polubienia siebie. Warto w tym celu popracować nad swoimi dobrymi stronami, bo przecież zalety to nasz największy kapitał, w oparciu o który znajdujemy dobrą pracę, uwodzimy naszego partnera, zyskujemy sukces i sławę.

Wielokrotnie w czasie psychologicznej konsultacji opartej na analizie osobowości klienta za pomocą technik alternatywnych, padały słowa: „cały czas mówi pani same dobre rzeczy, a jakie mam wady, proszę powiedzieć coś złego.” Ludzie przyzwyczajeni do stałej krytyki, do wszelkiego rodzaju werbalnych ataków ze strony innych, nie potrafią zaakceptować, że można w drugim człowieku widzieć tylko dobro. Smutne to, bo przecież w każdym z nas jest choćby mała iskierka światełka. Niejednokrotnie wystarczy ją rozdmuchać, aby zamieniła się w piękny ogrzewający płomień.

Nie oznacza to, że jesteśmy bez wad, oznacza tylko, że pozytywy są korzystniejszą energią do działania niż negatywy i to na pozytywach warto się skupiać. Po co na przykład leniowi powtarzać to, co słyszy codziennie od matki, żony czy szefa. On doskonale wie, że jest leniwy i jeśli dotąd nic z tym nie zrobił, to wątpliwe, że zmieni się, kiedy psycholog powtórzy: „jest pan leniwy”. Słuchanie ciągłej krytyki nie tylko nie podnosi na duchu, ale wręcz zniechęca. Niewykluczone, że taka osoba właśnie dlatego nie próbuje nic zmienić. Poza tym wysyłanie ciągle negatywnych sygnałów koduje w człowieku jego negatywne cechy. Jestem zdania, że jeśli całkiem uczciwemu człowiekowi będziemy codziennie powtarzać, że jest złodziejem, to po jakimś dłuższym lub krótszym czasie – mogą to być miesiące lub lata – osoba ta naprawdę może zacząć kraść. Będzie to dla niej zupełnie naturalne…

I wreszcie ostatni argument przemawiający za tym, aby skupiać się na swoich dobrych stronach. Każdy, kto kiedykolwiek zajmował się psychologią, marketingiem czy jakąkolwiek formą socjotechniki wie, że kiedy chcemy osiągnąć jakiś cel, ważne jest to, jakich słów używamy. Powszechnie stosowaną zasadą jest unikanie określeń o negatywnym wydźwięku. Zatem projektując choćby ulotkę reklamową dobieramy same pozytywne wyrażenia, proponujemy zdrowie, zadowolenie, odpoczynek, urodę, wygodę, funkcjonalność. Profesjonalizm reklamowy wyklucza (za wyjątkiem oczywiście produktów tak specyficznych jak np. lekarstwa) opisy tego, czego chcemy uniknąć, czyli chorób, przemęczenia, bólu. Badania rynku dowiodły, że na pozytywne określenia reagujemy chętniej. Wizja rozrywki, odpoczynku pod palmami, prowadzenia szczególnie atrakcyjnego samochodu bardziej przyciąga niż coś, co jest przede wszystkim antidotum na kłopoty. Skoro tak jest, dlaczego nie wykorzystać tej wiedzy dla własnej korzyści i nie punktować w sobie swoich dobrych stron, zapominając o wadach? Dlaczego nie skupiać się na swoich zaletach, rozwijając je jednocześnie dla siebie i naszych bliskich? Wzmacniamy przecież to wszystko, na czym zatrzymujemy myśli. Zatrzymujmy je zatem na tym, co najpiękniejsze w nasi wokół nas.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapraszam do zakupu e-booka na temat podnoszenia poczucia własnej wartości.

Więcej informacji o książce tutaj.

 

Zaufanie

Kiedy jesteśmy w harmonii serca, pozostajemy w równowadze z całym Wszechświatem. To oznacza dobre i szczęśliwe życie, opierające się na samospełnieniu poprzez realizację naszej indywidualnej pieśni duszy. Harmonię tę odnajdujemy, słuchając uważnie swojego wnętrza, w którym znajdują się najdoskonalsze drogowskazy. To jest w istocie bardzo proste. Jedyny warunek, jaki trzeba spełnić, to zaufać samemu sobie.

Czasem wydaje mi się, że właśnie brak zaufania do siebie blokuje nas na czerpanie mądrości ze swojej duszy. O wiele łatwiej jest szukać autorytetów na zewnątrz. Tym bardziej, że mnóstwo ludzi wokół nas sprzedaje nam swoje własne programy i marzenia. Zazwyczaj ludzie tacy mają w sobie aż tyle arogancji, że twierdzą, iż wiedzą doskonale, co jest dla nas najlepsze. Najczęściej to nasi rodzice, wujkowie albo osoby, którym nie udało sie czegoś zrealizować. Bardzo łatwo rozpoznać, czy to, co nam doradzają jest rzeczywiście dobre dla nas. Wystarczy położyć dłoń na sercu, przymknąć oczy i pozwolić sobie poczuć tę ścieżkę, którą ktoś nam rekomenduje. A potem trzeba zaufać tym uczuciom. Jeśli są pełne ciepła, radości i poczucia zadowolenia, to możemy śmiało za takim marzeniem podążać. Jeśli czujemy, chłód, lęk i niechęć, to lepiej trzymać sie od takich doradców z daleka.

Rzecz jasna to duże uproszczenie. Warto włożyć więcej starania i rozpoznać, co jest naszym celem w życiu. Jednak problem nie polega na tym, że za mało sie zastanawiamy, a raczej na tym, że bezkrytycznie przyjmujemy argumenty, płynące z rozumu. Na przykład sugestie: “zostań prawnikiem, to dobre pieniądze” albo “studiuj medycynę, to daje prestiż i kasę”. To rzecz jasna piękne zawody i bardzo potrzebne, ale jak w każdym przypadku, tak i tutaj – jeśli chcemy być szczęśliwi, powinniśmy zajmować się tym, co naprawdę sprawia nam radość.

Doskonale rozumiem, że żyjemy w czasach, w których priorytetem są zawsze i wszędzie pieniądze. Niemniej nie warto pracować tylko dla pieniędzy. Znam mnóstwo osób, które są bardzo zamożne, a jednocześnie ogromnie smutne i nieszczęśliwe. Oczywiście “kufereczek stóweczek” zawsze jest mile widziany i o pieniądzach myśleć należy z miłością. Jednak o pracy też należy myśleć z miłością. A to oznacza, aby wybierać sobie takie zajęcia, które budzą w nas miłość bezwarunkową – bez względu na to, czy są to prestiżowe zawody i pozwalają dużo zarobić, czy też nie.

Jeśli już jako dziecko przyklejamy misiom plasterki i dajemy lalkom zastrzyki – to niewykluczone, że właśnie bycie lekarzem jest pieśnią naszej duszy. I nie jest ważne, kim jest wujek i co doradza ojciec – istotne, aby podążać za swoimi marzeniami. Ale warto najpierw sprawdzić, dokąd nasze marzenia prowadzą i czy są rzeczywiście prawdziwie naszą ścieżką. Sztuka polega na tym, aby szukać dla siebie takich dróg, które dają nam szczęście i spełnienie. Podpowiedź drzemie w naszym sercu. Czasem wystarczy wyobrazić sobie przez chwilę, że mamy mnóstwo czasu i mnóstwo pieniędzy, a potem zapytać siebie, co chcielibyśmy robić. To właśnie zaufanie do siebie.

Oczywiście są też psychologowie, trenerzy, motywatorzy – ludzie na tyle doświadczeni, że umieją pokazać nam nasze własne unikalne talenty i zaproponować nam sensowną realizację swojej życiowej drogi. Jest wielu mądrych ludzi, dlatego warto mieć oczy szeroko otwarte na świat i słuchać, co inni mają do powiedzenia. Czasem nie uświadamiamy sobie własnych zdolności i nie mamy pojęcia, po co zeszliśmy na Ziemię. Może być trudno odkryć własną wyjątkowa misję, szczególnie wtedy, kiedy większość planet układa się w niesprzyjających aspektach do naszego karmicznego programu. Właśnie wtedy warto posłuchać o tym, co możemy osiągnąć, a następnie zwrócić się do swojego wnętrza po potwierdzenie i zapytać, na ile możemy siebie w tym odnaleźć.

Czasem na przeszkodzie w odnalezieniu zaufania do samego siebie staje niskie poczucie własnej wartości. Bywa głęboko ukryte. Nie zawsze uświadamiamy sobie, jak niska jest nasza samoocena. A może być silną barierą na drodze do szczęścia. Myślenie o sobie, jak o kimś niegodnym czy niemądrym, wcale nie pomaga w przyciąganiu szczęścia do swojego życia. Przecież trzeba mieć mocne przekonanie, że zasługujemy na to, czego pragniemy. Podobnie, aby sobie zaufać i słuchać samego siebie, trzeba być dla siebie wiarygodnym. W pewien sposób warto poczuć się autorytetem.

Jest to też kawałek duchowości. Jeśli zrozumiemy, Kim w Istocie Jesteśmy, to poczujemy się integralną częścią Wszechświata. Poczujemy też pełną harmonię ze wszystkim, co jest. Zrozumiemy, że wszystko, co się wydarza jest harmonijne, że dobro i zło nie istnieje, to tylko pozorny dualizm. Zrozumienie takie pociąga za sobą głęboka ufność i poczucie bezpieczeństwa. Nie zadajemy wtedy żadnych pytań, tylko otwieramy swoje serce jak wielką księgę i płyniemy, niesieni mądrością, akceptacją i bezwarunkową miłością.

Bogusława M. Andrzejewska