Siła

Ile słów bym nie napisała na temat poczucia wartości, nigdy ich nie wystarczy, by wszyscy ludzie uświadomili sobie, jak bardzo istotny dla ich szczęścia to jest temat. We wszystkich obszarach życia. W każdej kwestii. Nie ma nic ważniejszego i nic bardziej mocarnego niż wysoka samoocena. Trudno przecenić umiejętność prawdziwego kochania siebie. To nasza największa siła! Od tego wszystko się zaczyna i tu, w tym dokładnie punkcie startujemy, by zdobyć świat, miłość, szczęście, pieniądze. Cokolwiek nam się akurat marzy. Jednak, aby to urzeczywistnić, potrzebujemy wiary w siebie i poczucia, że w pełni zasługujemy na to, by być spełnioną osobą.

Często obserwuję posty różnych osób na portalach społecznościowych. Dzięki znanym mi technikom analizy wiem, co czują i myślą ludzie, kiedy piszą określone słowa czy wstawiają takie a nie inne obrazki. I to, co najczęściej rzuca się w oczy, to powszechnie niskie poczucie wartości, pomimo że od wielu lat mówi się na ten temat na okrągło i chyba nie ma poradnika w którym autor nie podpowiadałby, jak ważne to pojęcie dla nas. Nie ma też chyba szkolenia rozwojowego, na którym nie omawiano by technik służących podnoszeniu samooceny. A jednak… Teoria sobie, a praktyka sobie, jakby trudno nam było naprawdę docenić siebie. Z jakiegoś powodu nie umiemy siebie pokochać z całą mocą.

Dużą popularnością na FB cieszą się zabawne testy, które rzekomo nas opisują i oczywiście zazwyczaj w superlatywach. Nie ma znaczenia, że są tylko zabawą, a wyniki są przypadkowe. Ich rolą jest przecież poprawienie nastroju. I tylko temu służą: rozrywce. A że wyniki podają pozytywne, to być może mają sens większy niż mogę w nich dostrzec. Tak czy owak – nic złego w testowaniu fejsbukowym nie ma. Lepiej żartować z siebie, że jest się Aniołem, niż myśleć o sobie negatywnie. Niemal wszystkie moje znajome bawią się w ten sposób i nic w tym nadzwyczajnego nie ma.

Jednak porusza mnie niesamowicie, kiedy jakaś osoba robi ten sam test kilka razy i publikuje go tylko po to, by na tle zdjęcia profilowego pochwalić się kolejno  napisami: “dobro”, “werwa” lub “uroda”… Wbrew pozorom to bardzo przykra informacja. Czy naprawdę potrzeba głupkowatego testu, aby pokazać, że nie jest się taką najgorszą z najgorszych? Koń jaki jest, każdy widzi – mawiano niegdyś. Jeśli jest w kobiecie uroda, to z całą pewnością nie ma potrzeby pisać sobie tego na czole ani na swoim zdjęciu. Jeśli człowiek ma dobre serce, to też widać po ilości przyjaciół, po tym, jak go traktują. Na tym właśnie polega wysokie poczucie wartości: wiem, że jestem dobra, mądra i piękna. Wiem. I to mi wystarcza, a wszechświat i tak to potwierdza setki razy. Nie potrzebuję transparentu.

Takie napisy pokazują, że właścicielka fotografii zwyczajnie uważa siebie za złą i brzydką osobę. Zainteresowanych szczegółami tej analizy odsyłam do podręcznika Nieinwazyjnej Analizy Osobowości, który jakiś czas temu przygotowałam. Myślę też, że nawet osoby, które nie znają metody NAO, na widok takich napisów, myślą sobie: “jakież to żałosne”, ale przez grzeczność nie mówią tego głośno. I rzecz nie w tym, by nie zajmować się publikacją śmiesznych testów – to tylko zabawa. Rzecz w tym, by zauważyć swój problem i umieć uczciwie sobie powiedzieć: nie kocham siebie, nie doceniam, a moja samoocena wymaga podniesienia. Rzecz też w tym, by zawinąć rękawy i zmienić ten stan dla własnego dobra.

Innymi słowy: zamiast pisać sobie na czole, że jesteśmy mądrzy czy urodziwi, lepiej popracować z podniesieniem poczucia wartości. Pójść na szkolenie albo wykonać kilka ćwiczeń. Poczytać coś na ten temat i zmienić swój wzorzec na taki, który będzie nam służył. Można to naprawdę zrobić samemu, nie wydając ani złotówki na pomoc psychologa. Najważniejsze, aby dostrzec problem i zrozumieć, że potrzebujemy tej zmiany w sobie. Tymczasem często bywa tak, że właśnie naklejając sobie etykietki z różnych testów, ogłupiamy samych siebie i wypieramy prawdę ze świadomości. Popadamy w absurdalną filozofię: “Skoro test mówi, że jestem urodziwa, opublikowałam to i moi przyjaciele to podlajkowali, to już nic nie muszę robić przecież wszyscy już widzą, że jestem taka piękna. A tylko o to mi chodziło, żeby mój były zobaczył, jaka ja cudna jestem….” Na takie podejście lekarstwo trudno znaleźć. A lekarstwa niestety wymaga i to bardzo.

Bez miłości do siebie nie będziemy szczęśliwi, nawet wtedy, kiedy staniemy się bogaci i sławni. Smutnym potwierdzeniem jest wiele gwiazd ekranu i sceny – tych, które cierpią lub cierpiały na depresję, uciekały w alkohol i narkotyki. Przecież są to ludzie, którym inni zazdroszczą popularności i ogromnych pieniędzy. Marząc o sławie i rozdawaniu autografów myślimy, że dla takiej osoby wszystko jest możliwe, a jej życie to pasmo nieustającej błogości. I pomijając tutaj oczywisty fakt, że praca aktora (piosenkarza, piłkarza, dziennikarza czy innego VIP-a) może być równie ciężka i stresująca, jak każda inna, zadajemy sobie tylko pytanie: dlaczego ludzie, będący na szczycie naszych marzeń, nie są obłędnie szczęśliwi? Odpowiedzią może być przede wszystkim brak miłości dla siebie.

A kochanie siebie jest moim zdaniem naszą największą siłą. To właśnie ono toruje nam drogę do błogości, zadowolenia i spełnienia. Jeśli nie lubimy siebie, to największe nawet bogactwo materialne nie da nam radości. Oczywiście o wiele łatwiej jest być zadowolonym z życia, kiedy czynniki zewnętrzne nam sprzyjają, czyli wtedy, kiedy jesteśmy zdrowi, zamożni i w dobrym związku. To jasne. Ale rzadko kiedy zauważamy, że to wysoka samoocena kształtuje te czynniki w odpowiedni sposób.

Każda relacja opiera się na tym, jak myślimy o sobie. Jeśli szanujemy siebie naprawdę, wówczas inni ludzie nas lubią i doceniają. Być może nie u wszystkich budzimy sympatię, ale niechętne nam osoby omijać nas będą szerokim łukiem. Wszechświat to zwierciadło naszych myśli. Jeśli nie ma we mnie podświadomej niechęci do siebie i poczucia winy, to w zewnętrznej rzeczywistości nie ma miejsca na wrogów. Nikt nas nie okradnie i nie skrzywdzi. Właśnie dlatego samoakceptacja to nasza największa siła. Nic nas tak nie chroni przed problemami i przykrościami jak miłość do siebie.

W związkach intymnych jest podobnie. Nie ułożą się one szczęśliwie, dopóki nie odnajdziemy w sobie tych wszystkich uczuć, których pragniemy doświadczać. Wiele razy w młodości słyszałam mądrość: “nie szukaj miłości u innych, sama ją sobie daj, pokochaj siebie”. Kiedyś nie rozumiałam, jakie to oczywiste. Słuchając takich słów myślałam, że jak sama sobie dam miłość, to już mi partner potrzebny do niczego nie będzie.  Tymczasem o to czasem chodzi, by pragnąć, ale nie potrzebować… Ponadto lustro wszechświata odbija tylko to, co mam w sobie. Dopóki nie kocham siebie, nikt naprawdę mnie nie pokocha. Oczywiście mogę być w “jakimś” związku, mogę nawet uprawiać radośnie seks, ale nie doświadczę miłości, bo nie mogę przyciągnąć czegoś, czego nie mam w sobie. Podobnie jak nie zobaczę w lustrze kapelusza na głowie, jeśli go tam nie włożę.

Największa siła wszechświata porządkuje też nasze zasoby i daje nam tyle, na ile zasługujemy. Oczywiście we własnych oczach. Na nic nam zapewnienia dobrych przyjaciół i ich pełne życzliwości serca. Jeśli czujemy, że jesteśmy nijacy, niegodni, gorsi od innych, to nasze dłonie ciągle będą puste. Będziemy stać na brzegu oceanu z sitkiem w rekach i zastanawiać się, jak nabrać dla siebie wody. A wystarczy wiadro pozytywnych myśli i opcja natychmiast staje się dla nas korzystna. Kochanie siebie to pewność, że zasługujemy na wszystko, co najlepsze. Tacy jacy jesteśmy. Tu i teraz.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Miłość do siebie

Prawdziwie wysokie poczucie wartości to bezwarunkowe kochanie samego siebie. Bez oczekiwań. Bez osądzania. Bez krytyki. Bez wahania. Na wszystkich płaszczyznach. Nie ma w tym miejscu znaczenia w czym jesteśmy dobrzy, a co nam w życiu nie wychodzi. Podstawą będzie akceptacja siebie takiego, jakim się jest – z całym dobrodziejstwem inwentarza. Trzeba sobie uświadomić, że zasługujemy na miłość i jesteśmy pełnowartościowi tacy, jacy jesteśmy. Nie trzeba być ideałem, utalentowanym artystą czy zasłużonym profesorem, aby być godnym kochania.

Często ludzie uważają, że są beznadziejni, ponieważ nie są znani, nie maja naukowego tytułu, nie zbawili świata, nie wynaleźli szczepionki… Jakże ogromnie się mylą… Jesteśmy tu na Ziemi dla rozwoju duchowego, poznawania i doświadczania. Można osiągnąć szczyty, pasąc kozy – jak wskazuje tradycja tybetańska, jedna z najciekawszych ścieżek wiodących do oświecenia. Ważne, aby być świadomym prawdziwego sensu życia.

Jeśli stawiamy sobie niebotycznie wysokie poprzeczki, wówczas nigdy nie będziemy szczęśliwi. Każde warunkowanie jest ograniczeniem. Tymczasem w istocie niczego nie potrzebujemy posiadać ani zdobywać. To my sami ustalamy swoje priorytety. Wszystko zabarwiamy swoimi myślami, które mogą nam służyć lub nie. Jesteśmy sobą i to wystarczy, aby być doskonałym. Trzeba to sobie uświadomić i uwolnić się od zewnętrznych wzorców, które mówią, co powinniśmy w tym zakresie.

Słyszałam kiedyś piękną metaforę. Wyobraźmy sobie, że mamy w ogrodzie jabłoń, która co roku daje nam smaczne jabłuszka. Niestety połowa owoców spada zanim dojrzeje i są one niesmaczne. Połowa. Czy zdecydujemy się ściąć drzewo, które daje nam także pyszne i zdrowe owoce? Zapewne nie. Nikt nie będzie pozbywał się pięknego drzewa, które rodzi dobre jabłka. Raczej przyjmiemy spokojnie, że część spada wcześniej i nadaje się tylko do wyrzucenia. Jednak z radością będziemy chrupać te jabłuszka, które dojrzały i nabrały smaku.

Każdy z nas jest taką jabłonią. Nikt nie odnosi samych sukcesów. Nikt nie jest zawsze opanowany i uśmiechnięty. Nikt nie jest najmądrzejszy. Jesteśmy jak drzewo, które daje owoce o różnych smakach: pyszne, dojrzałe, ale i kwaśne lub cierpkie, a czasem po prostu średnie i takie sobie. Podstawą wysokiej samooceny jest umiejętność zaakceptowania tego faktu i przyjęcie, że nasze słabości i wady są normą. Nie czynią z nas ludzi złych i niegodnych. Mamy do nich prawo. Aby podnieść poczucie wartości musimy dostrzec i docenić nasze dobre strony. Są w każdym z nas.

Trzeba umieć docenić siebie – tak zwyczajnie – za bycie kobietą (mężczyzną) czy po prostu za to… że się jest. Wystarczy być – jest moim zdaniem kluczowe dla zrozumienia, że wartość posiada każda osoba, niezależnie od tego, co potrafi, co robi czy co posiada. Zasługujemy na miłość tylko dlatego, że istniejemy.  A nie dlatego, że jesteśmy sławni albo bogaci, albo zdobyliśmy rekord świata w jakiejś dyscyplinie. To ważne, by wiedzieć, że nie trzeba być kimś wielkim, aby być wartościowym. Wystarczy być!

To nie oznacza wcale, że nie doceniamy różnych sukcesów. Esencja znaczenia leży w definicji tego, czym dla człowieka jest sukces. Wyobraźmy sobie piekarza, który kocha swoja pracę i z radością wypieka różne pyszne rzeczy. Klienci go cenią, dobrze zarabia dzięki temu i ma też w życiu osobistym wszystko, aby być spełnionym. Jest zatem szczęśliwy, chociaż nie ustalił nowego rekordu, nie pokazują go w telewizji i nie posiada żadnych dyplomów czy naukowych tytułów. Warto kochać siebie na tyle mocno, by zawsze zadawać sobie pytanie: “czy to mnie uszczęśliwi”, a nie: “ile zarobię”, “czy będę sławna?” lub nie daj Bóg! – “czy inni będą mi zazdrościć?”. Ambicja jest cudowną rzeczą, ale powinna wyrastać z miłości do siebie.

Człowiek, który kocha siebie, nie porównuje się z innymi. Wie, że jest unikalny. Jedyny w swoim rodzaju. Dostrzega w tej wyjątkowości piękno, bez względu na osądy innych. Otula siebie troską, która nie pozwala słuchać złośliwej krytyki innych. Nie ma ideałów – to już wiemy. A to, co w nas najpiękniejsze, zazwyczaj wcale nie jest wyznacznikiem doskonałości, lecz bardziej ludzką – tak po prostu najbardziej człowieczą – cechą. 

Bogusława M. Andrzejewska

Zapraszam do zakupu e-booka na temat podnoszenia poczucia własnej wartości.

Więcej informacji o książce tutaj.

Zapisz

Udawanie rozkoszy

Zachowanie to bardzo dziwne i niekorzystne dla nikogo. Właściwie jest to rzecz tak oczywista, że trudno pojąć, dlaczego kobiety nadal to robią. A jednak robią. Współczesne badania dowodzą, że w sytuacji intymnej niektóre panie wolą udawać orgazm, niż być naprawdę sobą. Pozornie nie sprzyja to niczemu, a najmniej związkowi, dlaczego zatem takie sytuacje mają w ogóle miejsce?

Jedną z często spotykanych przyczyn jest prozaiczna potrzeba przyspieszenia całej akcji. Kobiety wiedzą, że ich partner reaguje silnym podnieceniem, kiedy one umiejętnie udają szczytowanie, więc tym sposobem chcą skłonić mężczyznę do jak najszybszego zakończenia całej zabawy. W tym miejscu warto zadać sobie pytanie: po co nam akt seksualny, jeśli czujemy się do niego zmuszane i zależy nam głównie na tym, by trwał jak najkrócej?

Jedną z podstawowych zasad szczęśliwego związku jest prawo do odmowy, jeśli nie mamy ochoty się kochać. Godzenie się na współżycie w chwili, kiedy zupełnie nam to nie odpowiada, jest nadużyciem wobec siebie. Jeśli podejmujemy taką decyzję „dla świętego spokoju”, to od razu trafiamy w ślepą uliczkę. Seks jest radosną zabawą we dwoje – jak mawiał nasz największy autorytet od spraw intymnych dr Michalina Wisłocka. Jeśli chcemy się poświęcić, zagryzając zęby i odliczając: „kiedyż on wreszcie skończy”, to krzywdzimy same siebie. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że same dopuszczamy się gwałtu na sobie. Ale oszukujemy również partnera, któremu wraz ze zgodą na seks należy się nasze pogodne uczestnictwo w tym akcie, a nie jedynie niechętne: „bierz i spadaj”.

A przecież nie mamy obowiązku mieć zawsze ochoty. Ponadto odmowa seksu nie jest równoznaczna z odrzuceniem. Zbliżenie można zastąpić inną formą czułości i bliskości. Pospieszny niechętny akt, okraszony udawanymi oznakami przyjemności może na dłuższą metę okazać się najgorszym wyborem, a nawet zniszczyć związek.

Do udawania orgazmu dochodzi również wtedy, kiedy za wszelką cenę chcemy zadowolić partnera. Celują w tym kobiety, które mają problem ze swoją seksualnością. Zamiast cierpliwie uczyć swoje ciało odczuwania przyjemności, odkładają to na bok, jako rzecz mało ważną. Podświadomie odmawiają sobie prawa do rozkoszy i traktują siebie jako ofiarę składaną na ołtarzu miłości. Odgrywanie namiętnych przeżyć ma służyć dowartościowaniu mężczyzny, ponieważ to jego satysfakcja i poczucie bycia sprawnym kochankiem jest priorytetem. Taka partnerka zapomina całkiem o sobie i swoich potrzebach, starając się wyłącznie o jego dobro. Bywa, że myśli o sobie na zasadzie: „moja przyjemność wymaga od niego zbyt wiele czasu i wysiłku, to lepiej zajmiemy się tym  innym razem, niech tylko on ma teraz rozkosz”.

Takie oszustwo zazwyczaj obraca się przeciwko kobiecie, ponieważ jej partner uczy się egoizmu. Często nawet bez złej woli, a jedynie bazując na ślepym zaufaniu. Skoro on wierzy, że ona szczytuje, to uczy się takich właśnie określonych zachowań, aby ją zadowolić. I wcale nie wie, że jej nie sprawia przyjemności. Przecież włożyła wiele starań, by go w tym błędnym przekonaniu utrzymać. Niezwykle trudno będzie powiedzieć mu wreszcie prawdę i nakłonić do tego, aby zupełnie nowymi, cierpliwymi pieszczotami uczył swoją partnerkę rozkoszy. Czasem ujawnienie prawdy typu: „wszystkie moje orgazmy były udawane”, może być ciosem, który rozbije związek. Bo jak zaufać kobiecie, która w tak ważnej intymnej sferze okazała się okropną oszustką? Zapewne oszukuje też w innych obszarach życia.

Jest jeszcze jeden typ kobiet, które udają przyjemność. Taki z zaniżoną samooceną w sferze kobiecości. Najczęściej są to osoby, czujące się gorszymi i brzydszymi od innych, bądź takie, które rozpaczliwie rywalizują z innymi partnerkami swojego mężczyzny. Dobrym przykładem będzie tu kochanka żonatego pana, który nie tylko nie przejawia chęci odejścia od żony, ale wręcz wysyła sygnały, że chce zakończyć romans. Symulowanie rozkoszy jest w takiej sytuacji aktorskim popisem, mającym na celu zaimponowanie partnerowi i przekonanie go do siebie.

Z jednej strony – jak pisałam wyżej – kobieta taka wie, że jej (udawane) szczytowanie dowartościuje mężczyznę i sprawi, że poczuje się przy niej spełniony. W ten sposób zapunktuje u niego. Z drugiej strony – priorytetem jest tutaj zaspokojenie potrzeb własnego ego. Misternie dopracowana scena, pełna namiętnych jęków i wymyślnych pozycji ma za zadanie sprawić, by to właśnie ona poczuła się choć trochę wartościowa. Tą drogą chce bodaj przez chwilę dotknąć tego, co jest istotą kobiecości. Nietrudno się domyślić, że takie samooszukiwanie jest najgorszym wyborem. Po wszystkim można sobie powiedzieć: „jestem świetną aktorką”, ale nie można niestety poczuć się kobietą. Śmiem twierdzić, że po takim aktorskim popisie, kobieta może poczuć się jeszcze gorzej niż przed: „nie dość, że jestem oziębła, to jeszcze oszukuję”.

Dużym paradoksem w tej całej mistyfikacji jest fakt, że mężczyzna doskonale wie, kiedy się go oszukuje. Szczególnie ten troszkę doświadczony, który próbował już seksu z innymi kobietami i umie rozpoznać oznaki rozkoszy u swojej partnerki. Są one zresztą w każdym podręczniku na ten temat. Pewnych rzeczy niestety nie podrobimy, a same “jęki” niczego nie załatwią. Z tego punktu widzenia całe to udawanie wydaje się być całkiem anachroniczną głupotą.

Jedyną drogą jest akceptacja własnej seksualności, własnego ciała i cierpliwe szukanie swojej unikalnej drogi do rozkoszy. Warto poświęcić temu czas i uwagę. Moim zdaniem dobrze jest szukać tej drogi także wspólnie z partnerem. Tym bardziej, że dla kochającego mężczyzny każdy sukces w tej sferze będzie znaczył o niebo więcej, niż wszystkie udawane orgazmy razem wzięte. A nie zapominajmy, że seks to przede wszystkim bliskość i radość z wzajemnych pieszczot, a nie obowiązkowe zaliczenie orgazmu. Można czerpać szczęście z aktu, w którym nie dochodzi do szczytowania.

Podsumowując, pamiętajmy, że symulowanie rozkoszy niczemu nie służy. Odbieramy sobie w ten sposób prawo do czerpania przyjemności z seksualnego zbliżenia. Trudno będzie potem nakłonić partnera, by od nowa uczył się naszego ciała i szukał sposobów na obudzenie w nas prawdziwej namiętności. Ponadto oszukiwanie w sferze intymnej jest takim samym kłamstwem, jak to dotyczące pieniędzy, zdrowia, pracy czy dzieci. Nie ma tu naprawdę żadnego wytłumaczenia, bo jeśli kogoś kochamy, to go nie oszukujemy. Chociaż prawda jest taka, że ktoś, kto oszukuje w jednym temacie, zapewne będzie także kłamał w innym. A zatem osoba szczera i uczciwa nie udaje nawet w łóżku.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia wyglądu

Nasz wygląd bywa czasem największą pułapką wszechczasów. Niemal wszyscy nosimy w sobie jakieś wyobrażenie, jak powinien wyglądać mężczyzna lub kobieta. Ponadto media próbują nam wcisnąć własną wizję tego, co akurat ich zdaniem jest modne. To oczywista bzdura, której niespójności nikt nie zauważa. Wystarczy odrobina historii, by zrozumieć totalny brak logiki w naszym podejściu do samych siebie. Często krytykujemy swoją sylwetkę, włosy czy nogi. Biegamy na siłownię lub aerobik, katujemy się rozmaitymi dietami, zmieniamy fryzjera i ciągle wydaje nam się, że nie wyglądamy dość dobrze, że jesteśmy za grube, za chude…

Spójrzmy na obrazy flamandzkiego malarza Petera Rubensa. Uwiecznione przez niego nagie kobiety na pierwszy rzut oka są o wiele grubsze niż nakazuje dzisiejsza moda. Jeśli popatrzymy na obraz „Adam i Ewa”, będący kopią dzieła Tycjana, mamy w jednym dwie różne epoki – wiek XV i przełom wieku XVI i XVII. Ewa na tym obrazie uznana zostałaby dzisiaj za grubą i wysłana na siłownię. W tamtych czasach taki wygląd był zupełnie naturalny. A nawet więcej – był piękny i kobiecy. Bądźmy pewni, że matkę ludzkości przedstawiono zgodnie z ówczesnym kanonem wielkiej urody – to oczywiste.

W czasach, gdy Rubens malował swoje obrazy, panie, zajmujące obecnie czołowe miejsca na listach modelek, zostałyby uznane za brzydkie i chore. Głównie z powodu nadmiernej szczupłości. Przez wiele lat krągłe kształty były warunkiem uznania kobiety za atrakcyjną. Dzisiaj mamy zupełnie inne wzorce, ale pamiętajmy, że są to wzorce wymyślone przez ludzi. Kto wie, jak będzie wyglądał ideał kobiecości za sto lat?

Najwyższy czas uświadomić sobie, że nie wolno być uwięzionym w cudzych wizjach. Nie wolno poddawać się tyranii czegoś, co ktoś uznał za obowiązującą modę. Nie ma znaczenia, ile ważymy i jaką mamy budowę ciała, dopóki jesteśmy zdrowi i nie przekraczamy norm związanych z zagrożeniem chorobą. Tylko lekarz ma prawo decydować o tym, czy mamy za dużo lub za mało ciała. Nie jest natomiast ważne, ile mają nasze nogi w obwodzie na wysokości łydki czy uda, jeśli dobrze się czujemy. Nie ma znaczenia czy uszy przylegają nam płasko do głowy, czy też nie przylegają zupełnie. To nasze uszy i możemy je kochać takimi, jakie są. Zupełnie nieistotne jest też, jaki nosimy rozmiar stanika. Wszystkie rozmiary kobiecych piersi mają swoich fanów. Wszystkie bez wyjątku.

W każdym z nas jest mnóstwo piękna. Nie widzimy go, bo skupiamy całą swoją uwagę na drobiazgach, które odbiegają od narzuconych nam przez innych norm. Martwimy się odstającymi uszami, rzadkimi włosami, grubymi łydkami, brakiem wyraźnie zaznaczonej talii, bo niesłusznie uważamy, że te wszystkie rzeczy są niedobre. Otóż są dobre, takie jakie są. Włosy nie musza być gęste, uszy nie muszą przylegać, a łydki i talia nie mają wytycznych, co do ilości centymetrów czy też jakichś proporcji. Warto uwolnić się od reżimu pod hasłem: tak powinnam wyglądać i zastąpić go: jestem sobą i jestem cudowna! Możemy z radością uwypuklać swoje piękno i podkreślać te elementy swojego wyglądu, które uważamy za szczególnie interesujące. Wystarczy nam do tego dobrze dobrana fryzura, lekki makijaż, ładnie leżące ubranie, a czasem dobry dentysta.

Wysokie poczucie własnej wartości to akceptowanie swojego wyglądu dokładnie takim, jaki jest. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy wysocy czy niscy, szczupli czy zaokrągleni, nasze nogi są grube czy krzywe, nasza głowa mała czy duża, a włosy długie czy krótkie. Kluczowym słowem niech będzie tu różnorodność. Istniała ona od zawsze, również dlatego, że istnieje mnóstwo ras ludzkich, które różnią się między sobą. Czy ktoś może powiedzieć, że człowiek o ciemnej skórze jest ładniejszy lub lepszy od albinosa? A czy rude i kręcone włosy są brzydsze lub gorsze od prostych i jasnych? Oczywiście, mamy różne preferencje i określony typ urody podoba nam się bardziej niż inny, ale druga osoba może dokonać całkiem odmiennego wyboru. Nic nie jest w tym wyborze brzydkie. Dlatego każdy z nas – dokładnie każdy, kto czyta te słowa – może pełni zaakceptować siebie ze swoim wyglądem i uznać się za osobę ładną (lub przystojną). Każdy wygląd jest dobry. Harmonia wyglądu jest w naszym umyśle. Brzydcy (za grubi, za chudzi…) jesteśmy tylko wtedy, kiedy tak myślimy.

Bogusława M. Andrzejewska

Samoocena

Wysokie poczucie własnej wartości to zestaw pozytywnych myśli o sobie samym – absolutnie niezbędne wyposażenie każdego człowieka, który chce być szczęśliwym. Pamiętajmy, że nawet samo postrzeganie własnej osoby już nas odpowiednio nastraja. Jeśli lubimy siebie i podobamy się sobie, to jest nam miło w swoim własnym towarzystwie. A to wyznacza klimat całego naszego istnienia. To oczywiste, bo z kim spędzamy w życiu najwięcej czasu? Ze sobą.

Wysokie poczucie własnej wartości jest ogromnie ważne w relacjach, ponieważ postrzegamy drugą osobę poprzez pryzmat myśli o sobie samym. Jeśli lubimy siebie i widzimy w sobie dobro, to takie same pozytywy zobaczymy w innych. To sprzyja sympatii i dobrej komunikacji. Jeśli mamy mnóstwo kompleksów, to ten wewnętrzny ból staramy się zagłuszyć poniżaniem innych. W ten sposób pozornie podnosimy siebie, jednak to tylko złudzenie. Niska samoocena powoduje, że w innych ludziach widzimy zło, więc skłaniamy się do uprzedzeń i atakowania drugiej osoby. Stajemy się krytyczni i złośliwi.

Kiedy mamy wysokie poczucie wartości, jesteśmy pełni radości. Dobre myśli o sobie samym ładują nas pozytywną energią. Promieniujemy na innych, ponieważ jesteśmy wypełnieni światłem i jesteśmy tego świadomi. Zabawne jest to, że każdy człowiek na Ziemi jest w istocie pełen światła, tylko niektórzy o tym nie wiedzą. Energia podąża za myślą. Dopóki nie pomyślimy: „jestem wspaniały, promieniuję pięknem i dobrem” to się nie stanie. To magia Prawa Przyciągania – dzieje się wyłącznie to, w co wierzymy, o czym myślimy.

Postarajmy się stworzyć taką przestrzeń, w której harmonizujemy z bogactwem, miłością, zdrowiem czy sukcesem. Taka harmonia, to właśnie poczucie bycia miłością, światłem, wspaniałością. Kimś cudownym, komu należy się życie równie doskonałe, jak on sam. Jeśli uważamy, że jesteśmy inteligentni, życzliwi, serdeczni, pomocni, szlachetni… to wysyłamy wiadomość, że jesteśmy wystarczająco dobrzy i zasługujemy na wszystko, co najlepsze. Dopóki myślimy, że jesteśmy niedoskonali, ułomni, nieudani, leniwi, niedobrzy, informujemy pole wszelkich możliwości, że w gruncie rzeczy nic nam się nie należy.

Kiedy mamy wysokie poczucie wartości, jesteśmy twórczy i cieszymy się kolejnymi sukcesami. Nic ich nie blokuje, a my wierzymy w siebie i powtarzamy: chcę i zasługuję. A wtedy tak właśnie się dzieje. Zaufanie we własne możliwości owocuje samodzielnością, siłą psychiczną, dynamiką, pozytywnymi emocjami. Idziemy do przodu jak burza i nic nie jest nas w stanie zatrzymać, jeśli sami tego nie zapragniemy. Samoakceptacja chroni nas przed wyuczoną bezradnością – nie oglądamy się na wsparcie innych, bo nie jesteśmy bezbronnymi ofiarami i bezradnymi istotami potrzebującymi opieki. Kolejne sukcesy utwierdzają nas w tym, że jesteśmy dobrzy i potrafimy sobie poradzić z każdym wyzwaniem.

Aby skutecznie podnosić samoocenę, powinniśmy jak najczęściej przebywać z osobami, które myślą, mówią i postępują pozytywnie. To kawałek naszej rzeczywistości. Relacje z innymi działają na nas ogromnie intensywnie. Poruszają nasze emocje, ale także kształtują nasze poglądy. Jeśli często spotykamy się z krytycznymi zrzędami, które stale nas oceniają, rugają lub poniżają, to ich działania obniżają nam energię oraz kodują bardzo niekorzystnie. Powinniśmy za wszelką cenę unikać takich osób, nawet jeśli są nam bliskie. Ich działanie jest po prostu toksyczne.

Warto szukać wokół siebie dobrych ludzi. Takich, którzy dodają nam otuchy i zawsze w nas wierzą. Takich, którzy umieją nam wybaczyć potknięcia i stale nas wspierają. Takich, którzy mówią nam wartościowe słowa, pomagając nam w podnoszeniu samooceny. Dzięki przebywaniu w ich towarzystwie wzmacniamy pracę z poczuciem wartości i rozwijaniem pewności siebie. Każdy z nas potrzebuje akceptacji, przyjaźni i świadomości, że jest doceniany. Kiedy Mamy wokół siebie pozytywnie nastawione osoby, kodujemy w sobie właściwe wzorce, dlatego tak istotne jest staranne dobieranie sobie towarzystwa. Dodam jeszcze, że znaczenie ma nie tylko fakt wspierania nas czy jakże potrzebnej każdemu przyjaźni. Równie istotne jest przebywanie obok ludzi pogodnych, roześmianych, posiadających to, co nazywam prosperującą świadomością, ponieważ dzięki temu rozwijamy w sobie właściwe cechy. W takim samym stopniu można nas zakodować negatywnym marudzeniem, jak i pozytywnym postrzeganiem świata. Uczymy się poprzez przykład. Wybierajmy więc te najlepsze dla nas.

Pamiętajmy, że pozytywne nastawienie do siebie i świata jest wzmacniane przez dobre doświadczenia. Zadbajmy o to, aby nasze życie było szczęśliwe i spełnione. Zadbajmy przynajmniej w takim stopniu, w jakim umiemy. Oznacza to przede wszystkim robienie tego, co kochamy. Praca pełna radości, która sprawia nam przyjemność, podnosi nam energię, sprawia, że nabieramy chęci do życia. Chroni nas przed znudzeniem, zniechęceniem i poczuciem braku sensu i choćby dlatego warto. Realizujmy swoje pasje, bądźmy twórczy, bo każde takie działanie wzmacnia nasze zadowolenie z siebie.

Wysokie poczucie własnej wartości zawiera w sobie wiele elementów składowych. Z jednej strony dzieli się na tyle aspektów, ile ról pełnimy w życiu. Każdy z nas może być jednocześnie kobietą, matką, żoną, córką, dyrektorką, prezeską, nauczycielką… (mężczyzną, ojcem, mężem, bratem, szefem, wykładowcą, kierowcą… itd). Można zatem mieć zupełnie różną samoocenę w odniesieniu do każdej z tych ról. Świetny ojciec może czuć się kiepskim szefem lub odwrotnie. Pracując nad podnoszeniem poczucia wartości warto najpierw zdefiniować samego siebie. Odnaleźć wszystkie wątki, które są dla nas ważne i sprawdzić, w których obszarach mamy najwięcej do zrobienia.

W poczuciu wartości zawiera się wiara w siebie. Nie odwrotnie! To ważne rozróżnienie. Czasem umiemy docenić siebie za pewne umiejętności, bo wpajano nam to od dzieciństwa. Kiedy rodzice cierpliwie nagradzają dziecko za każde osiągnięcie, wyrasta człowiek, który w dorosłym życiu zalicza kolejne sukcesy. Wie, co potrafi i zna swoją wartość. Ma tez w sobie nawyk zdobywania nagród. Ale to nie wystarczy do spełnionego życia. Bywa, że sławne i bogate osoby wcale nie są szczęśliwe, chociaż mają tysiące fanów, którzy im zazdroszczą sukcesów. Skąd bierze się ten smutek? Otóż właśnie z tego, że każdy z nas w głębi duszy doskonale wie, że zasługuje na bycie kochanym, tylko dlatego, że istnieje. A jeśli nie czuje tej miłości, to życie staje się trudne i zaczyna boleć. Podstawą bycia szczęśliwym człowiekiem jest kochanie siebie. A miłość bezwarunkowa – jak sama nazwa wskazuje – nie wymaga spełnienia żadnych warunków i nie oczekuje żadnych zdolności, urody czy sukcesów na koncie.

Dbając o wysokie poczucie wartości nie zapominajmy zatem o tym, co najważniejsze – o pełnej akceptacji dla siebie, jako istoty. Jako człowieka. Nasza akceptacja nie może zależeć od naszych osiągnięć, ponieważ dotyka tylko jednej sfery naszej egzystencji. W każdym milionerze, pisarzu, aktorze, piosenkarzu, sportowcu jest w głębi także ludzka istota, spragniona miłości i doceniana za to, że jest, a nie za opublikowane książki, płyty, filmy, zarobione miliony czy sportowe rekordy.

Na koniec jeszcze jedna uwaga – warto zawsze być sobą, bo to właśnie świadczy o prawdziwej sile ducha. Bycie sobą wymaga docenienia samego siebie i dania sobie prawa do bycia autentycznym. Wszystkie maski, które zakładamy, wynikają z lęku przed odrzuceniem. Dlatego zerwanie tych masek pomaga zauważyć, jak wspaniałą istotą jesteśmy. Często niespodziewanie okazuje się, że ludzie zaczynają nas lubić bardziej właśnie wtedy, kiedy nikogo nie udajemy. Ci, którzy się odsuwają od nas po takim zabiegu, nigdy nie byli nam życzliwi. Jeśli nie akceptują nas takimi, jakimi jesteśmy naprawdę – nigdy nas nie akceptowali. Tolerowali maski. Ten proces pozwala odsiać ziarna od plew i zobaczyć, kto naprawdę jest nam bliski, kto nam sprzyja.

Bez wątpienia największą korzyścią z bycia autentycznym jest pozbycie się stresu przed brakiem akceptacji. Kiedy już przejdziemy przez to doświadczenie, zaczynamy spać spokojnie, bo jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, wszystko zostało zweryfikowane i ludzka ocena juz nas nie zaskoczy. Jakież to uwalniające! W sercu budzi się radość, bo okazuje się, że będąc sobą, nadal mamy przyjaciół, a ludzie traktują nas z sympatią. Stajemy przed lustrem i patrząc na własne odbicie, uśmiechamy się: “jest dobrze, o wiele lepiej niż myślałem“. Ten stan sprawia, że ludzie lgną do nas jeszcze bardziej i czujemy się jeszcze mocniej lubiani.

Bogusława M. Andrzejewska

Zaufanie

Kiedy jesteśmy w harmonii serca, pozostajemy w równowadze z całym Wszechświatem. To oznacza dobre i szczęśliwe życie, opierające się na samospełnieniu poprzez realizację naszej indywidualnej pieśni duszy. Harmonię tę odnajdujemy, słuchając uważnie swojego wnętrza, w którym znajdują się najdoskonalsze drogowskazy. To jest w istocie bardzo proste. Jedyny warunek, jaki trzeba spełnić, to zaufać samemu sobie.

Czasem wydaje mi się, że właśnie brak zaufania do siebie blokuje nas na czerpanie mądrości ze swojej duszy. O wiele łatwiej jest szukać autorytetów na zewnątrz. Tym bardziej, że mnóstwo ludzi wokół nas sprzedaje nam swoje własne programy i marzenia. Zazwyczaj ludzie tacy mają w sobie aż tyle arogancji, że twierdzą, iż wiedzą doskonale, co jest dla nas najlepsze. Najczęściej to nasi rodzice, wujkowie albo osoby, którym nie udało sie czegoś zrealizować. Bardzo łatwo rozpoznać, czy to, co nam doradzają jest rzeczywiście dobre dla nas. Wystarczy położyć dłoń na sercu, przymknąć oczy i pozwolić sobie poczuć tę ścieżkę, którą ktoś nam rekomenduje. A potem trzeba zaufać tym uczuciom. Jeśli są pełne ciepła, radości i poczucia zadowolenia, to możemy śmiało za takim marzeniem podążać. Jeśli czujemy, chłód, lęk i niechęć, to lepiej trzymać sie od takich doradców z daleka.

Rzecz jasna to duże uproszczenie. Warto włożyć więcej starania i rozpoznać, co jest naszym celem w życiu. Jednak problem nie polega na tym, że za mało sie zastanawiamy, a raczej na tym, że bezkrytycznie przyjmujemy argumenty, płynące z rozumu. Na przykład sugestie: “zostań prawnikiem, to dobre pieniądze” albo “studiuj medycynę, to daje prestiż i kasę”. To rzecz jasna piękne zawody i bardzo potrzebne, ale jak w każdym przypadku, tak i tutaj – jeśli chcemy być szczęśliwi, powinniśmy zajmować się tym, co naprawdę sprawia nam radość.

Doskonale rozumiem, że żyjemy w czasach, w których priorytetem są zawsze i wszędzie pieniądze. Niemniej nie warto pracować tylko dla pieniędzy. Znam mnóstwo osób, które są bardzo zamożne, a jednocześnie ogromnie smutne i nieszczęśliwe. Oczywiście “kufereczek stóweczek” zawsze jest mile widziany i o pieniądzach myśleć należy z miłością. Jednak o pracy też należy myśleć z miłością. A to oznacza, aby wybierać sobie takie zajęcia, które budzą w nas miłość bezwarunkową – bez względu na to, czy są to prestiżowe zawody i pozwalają dużo zarobić, czy też nie.

Jeśli już jako dziecko przyklejamy misiom plasterki i dajemy lalkom zastrzyki – to niewykluczone, że właśnie bycie lekarzem jest pieśnią naszej duszy. I nie jest ważne, kim jest wujek i co doradza ojciec – istotne, aby podążać za swoimi marzeniami. Ale warto najpierw sprawdzić, dokąd nasze marzenia prowadzą i czy są rzeczywiście prawdziwie naszą ścieżką. Sztuka polega na tym, aby szukać dla siebie takich dróg, które dają nam szczęście i spełnienie. Podpowiedź drzemie w naszym sercu. Czasem wystarczy wyobrazić sobie przez chwilę, że mamy mnóstwo czasu i mnóstwo pieniędzy, a potem zapytać siebie, co chcielibyśmy robić. To właśnie zaufanie do siebie.

Oczywiście są też psychologowie, trenerzy, motywatorzy – ludzie na tyle doświadczeni, że umieją pokazać nam nasze własne unikalne talenty i zaproponować nam sensowną realizację swojej życiowej drogi. Jest wielu mądrych ludzi, dlatego warto mieć oczy szeroko otwarte na świat i słuchać, co inni mają do powiedzenia. Czasem nie uświadamiamy sobie własnych zdolności i nie mamy pojęcia, po co zeszliśmy na Ziemię. Może być trudno odkryć własną wyjątkowa misję, szczególnie wtedy, kiedy większość planet układa się w niesprzyjających aspektach do naszego karmicznego programu. Właśnie wtedy warto posłuchać o tym, co możemy osiągnąć, a następnie zwrócić się do swojego wnętrza po potwierdzenie i zapytać, na ile możemy siebie w tym odnaleźć.

Czasem na przeszkodzie w odnalezieniu zaufania do samego siebie staje niskie poczucie własnej wartości. Bywa głęboko ukryte. Nie zawsze uświadamiamy sobie, jak niska jest nasza samoocena. A może być silną barierą na drodze do szczęścia. Myślenie o sobie, jak o kimś niegodnym czy niemądrym, wcale nie pomaga w przyciąganiu szczęścia do swojego życia. Przecież trzeba mieć mocne przekonanie, że zasługujemy na to, czego pragniemy. Podobnie, aby sobie zaufać i słuchać samego siebie, trzeba być dla siebie wiarygodnym. W pewien sposób warto poczuć się autorytetem.

Jest to też kawałek duchowości. Jeśli zrozumiemy, Kim w Istocie Jesteśmy, to poczujemy się integralną częścią Wszechświata. Poczujemy też pełną harmonię ze wszystkim, co jest. Zrozumiemy, że wszystko, co się wydarza jest harmonijne, że dobro i zło nie istnieje, to tylko pozorny dualizm. Zrozumienie takie pociąga za sobą głęboka ufność i poczucie bezpieczeństwa. Nie zadajemy wtedy żadnych pytań, tylko otwieramy swoje serce jak wielką księgę i płyniemy, niesieni mądrością, akceptacją i bezwarunkową miłością.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia Serca

Dawno temu zauważyłam, że wszystko opiera się na wewnętrznej równowadze. To takie oczywiste, że prawie nikt tego nie dostrzega. Żyjemy w świecie masek, ułudy, gry i uważamy to za normę. Zwróćcie proszę uwagę, kto zarabia najwięcej pieniędzy i cieszy się największą popularnością? Aktorzy. A zaraz potem – sportowcy. Czyli ludzie, którzy grają. Wśród VIP-ów znajdzie się też miejsce dla biznesmanów i szefów wielkich korporacji, ale i oni są stale graczami, każdy z nich to potwierdzi. A przykład płynie z góry. Przeciętny człowiek, który nie umie sam określić swojego szczęścia, zapożycza definicję z mediów i myśli: będę zadowolony, kiedy będę sławny i bogaty. A to nie jest prawda – przynajmniej nie dla wszystkich. I niestety rozpoczyna się gra… Zakładamy cudze maski i udajemy, że jest dla nas dobre to, co wybrali inni.

Od dawna wiadomo, że pieniądze nie dają szczęścia, a jedynie umożliwiają nam życie w komforcie. Komfort jest ważny, ale nie warunkuje satysfakcji i spełnienia. Zaskakujące jest to, że tak wiele osób ciągle się na to nabiera i rozpoczyna na oślep pogoń za pieniędzmi. Bogactwo daje nam pewne możliwości, to prawda, ale to tylko możliwości. Są one do zdobycia także w inny sposób. Znam wiele zadowolonych i szczęśliwych ludzi, którzy żyją skromnie. Wiem też, że mnóstwo bogatych ludzi cierpi, zabijając wewnętrzny ból alkoholem, zakupami, rozczarowującymi romansami i skandalami towarzyskimi. Pieniądze są częścią tego świata, nie są ani dobre ani złe, a w najmniejszym stopniu nie mają wpływu na nasze poczucie spełnienia. Gdzie zatem jest schowane szczęście?

Szczęśliwość uwarunkowana jest pozostawaniem w harmonii ze sobą samym. To zgodność z rytmem duszy i jedność z pieśnią serca. To temat tylko pozornie drugoplanowy i nie mający większego wpływu na osiąganie sukcesu czy miłość albo przyjaźń. W istocie bywa kluczowy dla wielu osób. Kiedy działamy w zgodzie ze sobą, wszystko zaczyna nam sprzyjać, ponieważ każdą komórką swojego ciała wspieramy i potwierdzamy to, co robimy. Energia płynie wówczas z ogromną siłą, tworząc to, czego pragniemy. Nasze myśli i działania są spójne, pełne mocy, więc w sposób oczywisty przyciągają sukces. Jednak rzadko kiedy działamy w takiej harmonii, ponieważ nawykowo podążamy cudzymi ścieżkami.

Dwadzieścia pięć lat temu miałam sąsiadkę, która biegnąc do centrum miasta w swoich sprawach, niemal codziennie pukała do mnie i próbowała narzucić swój styl życia. „Czemu siedzicie w domu, zamiast iść na koncert? Tak fajnie grają, chodźcie.” – namawiała. „Czemu nie pojedziecie nad wodę, taka ładna pogoda, a wy ciągle w domu z nosem w książce, jedźcie z nami.” – zapraszała. Była tak sugestywna i tak pełna pogardy dla mojego domatorstwa, że kilka razy dałam się namówić i przekonałam męża, abyśmy zmienili swoje przyzwyczajenia i robili to samo, co Jola. Nawet przez moment uwierzyłam, że źle postępuję, odnajdując przyjemność we wspólnym z mężem oglądaniu filmów, czytaniu książek, leżeniu w ogrodzie na trawie. Efekt był żałosny. Spędzaliśmy wolny czas tak, jak Jola, wracaliśmy znudzeni bezsensownym trajkotaniem i zmęczeni realizowaniem cudzych pomysłów. Nie dawały nam one zadowolenia, lecz poczucie zmarnowanego czasu. Olśniło mnie dopiero wtedy, kiedy podczas wizyty u Joli zorientowałam się, że jedyną książką, jaką posiada jest książka kucharska. „Nie lubię czytać, nudzi mnie to” – przyznała się od razu. Wtedy zrozumiałam, że jestem inna i mam prawo mieć inne sposoby na spędzanie wolnego czasu. Od tamtej pory nigdy więcej nie słuchałam porad na temat tego, co powinnam robić i co jest dobre dla mnie. Słuchałam siebie i tylko z mężem uzgadniałam, gdzie i kiedy pojedziemy odpocząć. Jesteśmy oboje domatorami, dobraliśmy się w korcu maku, a każde z nas ma swoje zainteresowania i w niczym sobie nie przeszkadzamy. Wakacje spędzamy wśród ludzi, których lubimy i w taki sposób, który nam obojgu odpowiada. Od lat. Nie reagujemy na przytyki typu: “Wy ciągle jeździcie w to samo miejsce, nie nudzi was to? Jedźcie gdzie indziej”. Jola to jeden z najważniejszych nauczycieli w moim życiu. Nauczyła mnie ufać sobie i słuchać siebie.

Ludzie stale próbują mi dawać dobre rady. „Zetnij włosy” – mówią – „będzie Ci ładnie w krótkich.” Może będzie, ale lubię długie włosy, więc nie słucham. Mówiono mi też, co powinnam studiować, gdzie pracować, dokąd jechać na wycieczkę i z kim się rozwieść, a z kim pobrać. Nie słuchałam tych życzliwych rad i dobrze na tym wyszłam. Dzisiaj mogę powiedzieć zupełnie spokojnie, że jestem szczęśliwa i robię to, co kocham. Szukałam dość długo swojego sposobu na życie, ponieważ początkowo nie umiałam słuchać samej siebie. Myślę, że wszyscy ci, którzy tracą czas, realizując cudze ścieżki, też tego nie umieją. Nie ufamy sobie, nie słyszymy głosu swojej intuicji, a nade wszystko nie akceptujemy samych siebie. Wysokie poczucie własnej wartości to początek wszystkiego. Jeśli umiemy szanować i doceniać siebie, to stajemy się dla siebie autorytetem, którego warto posłuchać. Jeśli nie wierzymy sobie, to rozglądamy się dookoła i pytamy innych o drogę. To prowadzi nas w ślepą uliczkę.

Działanie w harmonii serca jest ogromnie ważne. Już dawno zauważyłam, że Wszechświat słucha moich prawdziwych myśli, a nie sprzyja mi, kiedy powielam cudze pomysły, z którymi wcale się nie utożsamiam. Kiedy próbowałam robić coś, czego „nie czułam”, nic mi nie wychodziło. Innym ludziom czasem wychodzi, bo są wytrwali, pracowici i zdeterminowani. Potrafią latami chodzić do pracy, której nie znoszą, tylko dlatego, że wydaje im się, że muszą i nie da się inaczej. Wewnętrzna presja daje im siłę. Ale pamiętajmy, że presja to nie to samo co pasja. Przymus potrafi nas zmobilizować, ale nigdy nie da nam radości i szczęścia. To się wyklucza. Pasja to prawdziwa bezwarunkowa miłość, która daje spełnienie. Każdy z nas powinien coś takiego mieć i podążać za swoim wewnętrznym głosem.

Bogusława M. Andrzejewska