Duchowa harmonia

Ścieżka duchowa wymaga od nas miłości bezwarunkowej. Rozwój i podnoszenie wibracji, to pełna akceptacja kochania i nauka tej właśnie jakości. Bez miłości nie ma duchowości – pamiętajcie, bo to najważniejsza zasada pracy nad sobą. Bądźcie wrażliwi i otwarci na to, co niesie ze sobą miłość i nie dajcie się zwieść ciemnej stronie mocy.

Ziemia podnosi swoja wibrację, ale to nie oznacza dla nas samych miłych duchowych doznań, to zapowiada także nasilenie wszelkiego rodzaju testów i konieczność nauczenia się oddzielania ziarna od plew. Podczas kiedy ludzie strzelają do siebie na wojnach, dręczą zwierzęta, wycinają drzewa i plują nienawiścią w mediach, co jest dla nas jednoznaczną jakością – ciemność skrada się też po cichu pod płaszczykiem duchowych przewodników i próbuje nam zrobić z mózgu wodę. To bardzo łatwe, kiedy jesteśmy owładnięci różnymi emocjami. A tych w ostatnim czasie nie brakuje. Bo dużo się dzieje i trudno w tym wszystkim zachować pełen spokój.

Jednak w gruncie rzeczy rozpoznawanie harmonijnej duchowości wcale nie jest trudne. Wszyscy dostaliśmy serce – kochające i wrażliwe, pragnące dobra ponad wszystko. Kiedy oczyścimy się z kompleksów i potrzeby zaimponowania komukolwiek czy też z potrzeby odwetu albo utarcia komuś nosa – zobaczymy jak na dłoni, kto świeci prawdziwym blaskiem, a kto jest tylko przerdzewiałą blaszką, odbijająca resztki gasnących promieni.

Jakiś czas temu poznałam miłą i piękną nauczycielkę duchową, która pisała cudne natchnione teksty. Często bardzo mądre, czasem ciut kontrowersyjne. I właśnie na poziomie serca trochę negatywnie odbierałam jej wypowiedzi na portalu społecznościowym. Zgrzytały mi jej pozornie grzeczne, ale pozbawione miłości słowa. Kapała z nich zimna energia, której moje serce nie lubi. Któregoś dnia przypadkiem trafiłam na jej antysemicką wypowiedź. Nie uwierzyłam – przyjęłam, że to jakiś haker robi głupie dowcipy – bo widzę w ludziach przede wszystkim dobro. Okazało się jednak, że takie właśnie są prawdziwe myśli tej osoby. Pozornie duchowa i medytująca, prowadząca zaawansowane szkolenia rozwojowe, w rzeczywistości nastawiona nacjonalistycznie, antysemicko, faszystowsko… Zaplątana w najniższe energie…

Nie jest moją rolą ocenianie kogokolwiek. Ta historia ma za zadanie zilustrować tylko to, co napisałam wcześniej. Fakt, że ktoś zajmuje się „duchowym nauczaniem”, nie oznacza, że taka osoba świadomie bardziej lub mniej nie służy ciemności. W duchowych naukach, które są nieweryfikowalne, najłatwiej się skryć i najłatwiej działać, bo do duchowych nauczycieli ludzie idą po Światło. Jeśli czegoś się obawiają, to finansowej chciwości albo pychy – tylko o tym się mówi. Tymczasem to nie ma znaczenia. Nauczyciel może sobie być chciwy albo zarozumiały, jeśli umie kochać i uczy bezwarunkowej miłości, to w praktyce jego wady nikomu szkody nie przyniosą, poza nim samym. A taka jakość jak antysemityzm… jest zaprzeczeniem Wszystkiego Co Dobre. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że duchowe wzrastanie wyklucza poniżanie jakiejkolwiek nacji. Wszyscy jesteśmy Światłem, tylko nasze czyny czasem biorą się z ciemności.

Inny przykład, który bardzo mnie ostatnio rozbawił, to osoba, która głosi duże zainteresowanie duchowością i przebudzeniem, ale bez miłości bezwarunkowej. To tak, jakby mówić: “kocham deszcz, ale nie znoszę gdy pada”.  Miłość tę osobę drażni, podobnie jak pozytywne myślenie. Jej rozwój polega na czytaniu i wstawianiu na portalu społecznościowym fragmentów różnych rozwojowych poradników. Trudno ocenić, jakiego klucza używa. Przestałam się tą panią interesować, kiedy zaczęła wklejać wypowiedzi autorów z ciemnej strony mocy. Jej życie. Jej wybory. Nie po drodze mi było z niektórymi jej lekturami.

Ostatnio przypadkiem znowu zobaczyłam jej wypowiedź i zaintrygowała mnie, chociaż nie dotyczyła mnie, lecz jej znajomych. Pani ta informowała, że wyrzuca z kontaktów tych, którzy wklejają serduszka i propagują pozytywne myślenie, ponieważ kocha psychologię i poważnie traktuje duchowe przebudzenie, a to nie wiąże się dla niej z wklejaniem tekstów o Aniołach czy miłości, tylko z prawdziwym życiem. Założyła z góry, że osoby, które propagują dobro, piękno i radość – oszukują samych siebie, bo przecież prawdziwe życie to zgoła coś innego. Sądzi też prawdopodobnie, że myślenie pozytywne wyklucza pracę nad sobą.

Śmiem twierdzić, że bardzo błądzi ta osoba. Już kiedyś o tym pisałam, że praca z pozytywnym myśleniem nie zakłada ślepoty i wypierania negatywnych emocji, a jedynie jest sposobem na życie ze wszystkimi jego elementami. Z kolei wklejanie serduszek jest wygodną formą okazania komuś sympatii jednym kliknięciem. Bycie uprzejmym, okazywanie ludziom, że się ich lubi, nie jest moim zdaniem żadnym zakłamaniem. Niektórym sprawia to po prostu przyjemność i wcale nie musi być udawane. Natomiast ciągłe krytykowanie symbolu pozytywnych uczuć, jakim jest serce, trąca mi diabłem, który parska na widok święconej wody.

Pisałam wiele razy o tym, że to właśnie miłość bezwarunkowa najmocniej nas oczyszcza i zmusza do pracy nad sobą. To dzięki znajomości Prawa PrzyciąganiaAniołom i medytacjikonfrontujemy się ze swoimi cieniami. Nie wiem, dlaczego niektórym ludziom wydaje się, że uśmiechnięty i kochający innych Lightworker, to tępy błazen, który całymi dniami podskakuje z wyszczerzonymi zębami i wypiera swoje cierpienia. Moim zdaniem, to właśnie ci, którzy piszą tak, jak pani z podanego przykładu, to zgorzkniałe, pozamykane na prawdę ignorantki, które próbują racjonalizować swoje życiowe klęski. Ponieważ pozamykały serca na miłość, ich dusze cierpliwie rzucają im kłody pod nogi, by zmusić je do kochania, radości i szczęścia… A one uparcie nie chcą, dorabiając do tego swoistą filozofię… Trochę na zasadzie: “skoro nie umiem być szczęśliwa, to znaczy, że szczęście nie istnieje”.

I znowu: nie mnie oceniać, co ktoś robi ze swoim życiem i co lubi, a co odrzuca. Zainspirowała mnie ta wypowiedź do tego, aby po raz kolejny zwrócić uwagę na ludzi, którzy odżegnują się od miłości – takie osoby nie mają nic wspólnego z rozwojem. Mają z duchowością tyle zbieżnego, ile brudny piasek z kryształem… Potencjał i nic ponadto. Nie jest to ani złe ani dobre. Jest takie, jakie jest. Jeśli jednak osoba taka głośno pozuje na przewodnika w temacie przebudzenia duchowego, to nie warto jej słuchać, bo nie ma duchowości bez miłości bezwarunkowej. Jeśli kogoś rażą serduszka, anioły i pozytywne wypowiedzi, to energia tej osoby jest bardzo niska. To proste. Nic w tym złego – powtórzę – każdy jest w najlepszym dla siebie punkcie rozwoju, ale na przewodnika lepiej wybrać sobie kogoś o wyższej wibracji.

Czy chcielibyście być operowani przez przedszkolaka, czy jednak do zabiegu wybralibyście doświadczonego chirurga? Wiele osób zakłada fanpejdże o tematyce rozwojowej, mając wiedzę i doświadczenie pięciolatka, który właśnie bawi się w piaskownicy w lekarza… I głośno krzyczy: “zabieraj swoje zabawki, bo ja tu jestem prawdziwym uzdrowicielem i tylko ja wiem, co jest prawdziwe”… Z serca dziękuję niektórym za rozbawianie mnie swoimi “mądrościami”, które mogłam zobaczyć na poziomie energetycznym. Wgląd pozwala jeszcze bardziej cieszyć się życiem. Ono naprawdę jest cudownie przezabawne, kiedy widzi się sercem.

Opisuję zjawisko, nie panią – która wcale nie jest odosobniona w takiej filozofii. Sporo osób takie rzeczy manifestuje, podążając mniej lub bardziej świadomie za jakimś podszeptem. Obserwuję ostatnio krytykę nawet uznanych duchowych nauczycieli, którym zarzuca się, że wprowadzają ludzi w trans i służą… „iluminatom”… Nie drażni mnie to, ale zastanawia. Myślę, że ciemność zdwoiła wysiłki, by przejąć jak najwięcej dusz, dlatego warto umieć poruszać się w gąszczu takich ocen i mieć swoje zdanie. Najlepiej, by było ono oparte na energii serca. Wystarczy zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech i położyć energię danej osoby na czakrze serca… Od razu poczujemy, czy jej nauki są dla nas dobre czy nie. To najbardziej harmonijny sposób rozpoznania tego, co dla nas odpowiednie.

Wiele lat temu, kiedy byłam jeszcze na początku swojej ścieżki, poświęciłam sporo energii temu, aby być właściwie prowadzoną w duchowym rozwoju. Pracowałam ze swoim Wyższym Ja, medytowałam i robiłam Reiki w  intencji prowadzenia mnie do najlepszych nauczycieli, przewodników i doświadczeń. Miałam cudownego, bogatego męża, wspaniałe córeczki, nie musiałam pracować – jedyne, czego pragnęłam to Oświecenie. I wtedy też dostałam informację, że rozwój duchowy jest tym, do czego każdy człowiek ma prawo bez żadnej szczególnej łaski. Pieniądze, zdrowie czy związki są zależne od wielu czynników, natomiast o prowadzenie w rozwoju wystarczy poprosić. Poprosiłam. I widzę wyraźnie, jak zgrabnie omijam w życiu rozmaitych hochsztaplerów. Jak przez szkło powiększające wyłapuję fałsz i pseudoduchowych guru, a moja czakra serca błyskawicznie reaguje na niskie energie. Skoro ja mogę – to może każdy.

Warto poprosić o takie prowadzenie, chociażby po to, by unikać dziwnych przewodników, wiodących na manowce. A także po to, by nie tracić czasu na czytanie niewłaściwych autorów, węszących wszędzie teorie spiskowe. Można też nauczyć się słuchać prawdziwego siebie. Nie tego wystraszonego, zakompleksionego i zazdrosnego, który odwraca się od prawdy, kiedy jest dla niego niewygodna. Tylko tego, pełnego miłości, który umie oprzeć się na swoim sercu i rozpoznać prawdziwe Dobro i prawdziwe Światło.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Czas

Dla wszystkich niemal to zjawisko liniowe. Wyraźnie odróżniamy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, skupiając się najmocniej na chwili obecnej. Ten moment, w którym właśnie jesteśmy wydaje się najważniejszy. To on tworzy nasze jutro i tylko teraz możemy w określony sposób ukształtować to, co nadejdzie. Nie warto zamartwiać się tym, co jeszcze nie miało miejsca. Lepiej dla nas świadomie tworzyć swoją przyszłość pozytywnymi wyobrażeniami.

Z kolei przeszłości pozornie nie można zmienić. Bywa czasami tak, że zastygamy w minionych wydarzeniach i nie umiemy wybaczyć sobie popełnionych błędów, kręcąc się w kółko w myślach o tym, co można było zrobić inaczej. Poczucie winy lub żal niszczy naszą energetykę i przyciąga rozmaite dolegliwości. Niepotrzebnie. Kiedyś byliśmy inni niż dzisiaj i podjęliśmy decyzję najlepszą na dany moment. Nie można było inaczej, po co więc się martwić i rozpamiętywać? Czasem najłatwiej byłoby zapomnieć. Postawić grubą kreskę, odciąć się od tego, co minęło i powiedzieć: „niech to pozostanie w przeszłości”.

Temat czasu przypłynął do mnie spontanicznie, kiedy na urlopie trafiłam na dziwnych sąsiadów, słuchających w kółko muzycznych kawałków sprzed pięćdziesięciu lat. Okazało się, że stare piosenki otworzyły dawno pozamykane w umyśle zakładki. Takie, których nie spodziewałam się zobaczyć. Harcerska piosenka „Płonie ognisko i szumią knieje” przywołała inną o akacji i przez dobrych parę godzin zapomniane słowa wraz z muzyką kręciły się w kółko po mojej głowie. Gdybym podążyła tym śladem, pewnie wydobyłabym na wierzch także obrazy z młodości i harcerskich zlotów, na których w akompaniamencie gitary śpiewaliśmy w uniesieniu charakterystyczne pieśni.

Nie otworzyłam tej zakładki. Zdecydowałam, że wolę zanurzyć się w dzisiejszym słońcu, zapachu nagrzanej trawy i sosnowych igieł. Nie dlatego, że te wspomnienia nie są dobre. Są. Ale dlatego, że jestem świadoma wagi różnorodnych doświadczeń. Warto sięgać ciągle po nowe i wzbogacać siebie samego chwilą obecną. Nawet najpiękniejsze wspomnienia nie zastąpią tego, co może się wydarzyć. Ale, aby tego doświadczyć, trzeba z pełną otwartością przyjąć dzisiejszy dzień. Gdybym ciągle tkwiła w zachwycie nad moją pierwszą miłością, odebrałabym sobie samej szczęście kochania kolejnego chłopaka. Nie mogłabym też w pełni cieszyć się miłością mojego męża, która dzisiaj jest dla mnie największa i najlepsza.

Przeszłość żyje w nas, w tych wszystkich zakładkach i w każdej chwili możemy doń zajrzeć, uśmiechnąć się z rozrzewnieniem i westchnąć, że to był dobry czas. Jest jak książka, w której trzymamy zasuszone kwiaty, by raz na jakiś czas ująć je w dłoń, powąchać i na ułamek sekundy przywołać minione chwile. Potem jednak wracamy do tu i teraz, aby tworzyć nowe wspomnienia i zbierać kolejne kwiaty.

Dla mnie każda chwila jest bezcenna, bo każda mnie wzbogaca przynosząc to, co w tym momencie jest mi najbardziej potrzebne. Zdarzenia i uczucia, które miały miejsce dwadzieścia lat temu, wtedy były ważne. Bo wtedy było tamto „dzisiaj”. Obecnie mogą być nieaktualne, właśnie dlatego można z je z uśmiechem wspominać, ale nie warto zawieszać się energetycznie w przeszłości. Wystarczy zauważyć, że pewne sprawy dzisiaj postrzegamy inaczej niż kiedyś i inaczej reagujemy. To najczęściej efekt odrobionej lekcji. Wiem, że wszystko przychodzi w odpowiednim czasie.

Nic się nigdy nie powtarza, jak pisała nasza noblistka. Wydarzenia pozornie takie same różnią się, jak dwa spojrzenia, dwa pocałunki, dwa uderzenia w tą samą piłkę. Wspominając miło spędzony wieczór ze znajomymi, możemy umówić się w tym samym miejscu i w tym samym gronie, ale to będzie nowe doświadczenie. Będzie lepsze lub gorsze, ale przede wszystkim będzie inne. Rozumieją to sympatycy sportu, obserwując zmagania swoich ulubieńców. Mecz tej samej drużyny siatkówki z tym samym przeciwnikiem za każdym razem przebiega inaczej, bo … nic dwa razy się nie zdarza.

Niezmiennie fascynuje mnie fakt, że jakaś cząstka w nas doskonale wie, co wydarzy się kiedyś. Oto historia z życia. Ania, będąc nastolatką, często słuchała muzyki. Kiedyś zmęczona zaczęła na siedząco drzemać i przyśniło się jej, że wpada w jakieś błoto. Zaczęła wołać: Red, Red, pomóż. I chociaż po chwili się obudziła, wiedziała, że ów Red ją uratował. Nikogo takiego nie znała. Po kilku latach wyszła za mąż. Trafiła na pijaka, który bił ją przy każdej okazji. Któregoś dnia, kiedy rzucił się na nią z nożem, zasłonił ją kolega. Obezwładnił pięścią damskiego boksera i zabrał Anię do swoich rodziców. Ania nigdy więcej  nie wróciła do męża, szybko wystąpiła o rozwód. Dzielny obrońca miał na imię Radek. Znajomi wołali na niego Red, ponieważ był rudy.

Wszyscy znamy podobne historie, których nie można wytłumaczyć świadomym programowaniem umysłu. Myślę też, że każdy sam na sobie doświadczył, że czasem spontanicznie potrafi zobaczyć, co się wydarzy. Chociażby we śnie. Potwierdza to, że czas wcale nie jest liniowy, lecz wszystko dzieje się teraz. W tym momencie. Dlatego umiemy przewidywać przyszłość, bo wcale nie prognozujemy, ale widzimy to, co już jest. Teraz, ale w innym wymiarze. Zaglądamy za zasłonę i tyle. I dlatego tak trudno chwilami uwolnić się od doświadczeń przeszłości, bo wszystko odbywa się w tej jednej magicznej chwili, która właśnie trwa.

Ostatnio czuję się tak, jakby czas znacznie przyspieszył. Zanim dzień zacznie się na dobre, już zapada zmierzch, a nie zrobiłam nawet połowy tego, co zaplanowałam. Złudzenie? Czy zmiana wibracji? Można się zastanawiać, czemu niegdyś czas leciał wolniej, a można też przyjąć to jako charakterystyczną cechę zmian, które zachodzą na Ziemi. W pewien sposób czas się rozpuszcza i znika, jest go więc jakby mniej. Mniej przeszłości z rozmaitymi traumami, bo zaczynamy je zapominać. Mniej przyszłości, a co za tym idzie mniej lęków o jutro. Coraz więcej w nas chwili obecnej, tego magicznego i pełnego mocy „dzisiaj”.

Można też zauważyć względność naszego odczuwania i dostrzec, że szybciej leci na cudownych wczasach pod palmą, a wolniej na dentystycznym fotelu. Przede wszystkim jednak warto wykorzystać moc umysłu i zaprogramować wszystko korzystniej, powtarzając, że mam czas na wszystko, co kocham i co pragnę zrobić. To zawsze działa, bez względu na zmiany zachodzące na Ziemi.

Bogusława M. Andrzejewska

Sens życia

W fascynującym wielobarwnym życiu dominuje doświadczanie, jako najważniejszy powód naszego istnienia. Są tacy nauczyciele duchowi, którzy w ogóle podważają sens naszego rozwoju zakładając, że jedyne po co zeszliśmy na Ziemię to właśnie przeżywanie i poznawanie. Z tego punktu widzenia cokolwiek się dzieje jest dobre i godne uwagi. Nawet to, co postrzegamy jako zło czy cierpienie dla nas, dla duszy jest radością nowego doświadczenia. Ta hipoteza ma jedną dobrą stronę: nie musimy się wysilać, wystarczy być i już spełniamy wymogi istnienia.

Ja jednak jestem zdania, że Ziemia jest dla duszy poligonem rozwoju i w moim postrzeganiu świata wzrastanie, rozpoznawanie w sobie mocy dobra i nauka bezwarunkowej miłości są najważniejszym celem życia. Jesteśmy tutaj po to, aby uczyć się kochania pomimo wszystkiego, czego doświadczamy. Czasem nawet niejako na przekór trudnym wydarzeniom.

Moja hipoteza sensu życia może stać się logicznym wyjaśnieniem tego wszystkiego, co w naszym dualnym pojmowaniu świata jawi się koszmarem. Te wszystkie wojny, kataklizmy, nieuleczalne choroby i inne nieszczęścia nie są przecież przypadkiem ani jakąś karą dla nas. Są odzwierciedleniem jakiejś cząstki, którą w sobie nosimy jako istoty wielowątkowe. Nawet jeśli świadomie pragniemy wyłącznie dobra, to na głębszym poziomie mamy w sobie lęk albo potrzebę odwetu, albo żal czy gniew, którego nie jesteśmy gotowi uwolnić.

To ludzie wywołują wojny, okradają siebie nawzajem, niszczą planetę i kłócą się ze sobą. To ludzie kształtują swoje ciało zabarwiając je chorobą, co wyraźnie pokazuje psychosomatyka. I najprostsze, co przychodzi na myśl w takim kontekście, to mozolne uczenie się zasad życia tak, aby przestać niszczyć Ziemię, zabijać czy krzywdzić innych, ranić samych siebie chorobami. Wiedzę zdobywamy najdosłowniej poprzez doświadczenie. Cierpiąc, zadajemy sobie pytanie: co robić, aby to uzdrowić? Odpowiedzią zawsze jest miłość i dobroć. Tego właśnie się tutaj uczymy: wyjścia poza negatywne emocje, chęć zemsty czy udowodnienia innym swojej siły.

Temu też służy cała ta „ciemna strona”, która budzi w ludziach tyle wątpliwości. Czasem zadajemy w stronę Nieba rozpaczliwe pytanie: „skąd tyle zła? Dlaczego i po co ono?” Każdy z nas, kiedy wsłucha się w siebie wie, że Najwyższe Źródło jest bezmiernym oceanem miłości bezwarunkowej. Skąd zatem tyle cierpienia? Kto nas tak karze i za co? Powstały nawet wyznania, które próbują nas przekonać, że Ziemia jest planetą, która nie podlega Bogu-Stwórcy, lecz została oddana ciemnym siłom. Inne hipotezy głoszą, że jesteśmy hodowlą „złych” istot, które nas wykorzystują. A że energetyka naszej planety jest specyficzna, to takie teorie wydają się niektórym bardzo prawdopodobne.

Tymczasem najrozsądniejsze może być wyjaśnienie najprostsze, czyli zauważenie, że nasz świat to właśnie poligon treningowy, gdzie uczymy się kochać i być dobrymi, pomimo całego zła, jakie tylko można wymyślić. I w tym ćwiczeniu biorą udział te dusze, które się kształcą, rozwijając w sobie dobro i te, które przyjęły na siebie trudną rolę „katów”. Bo przecież w raju niczego nauczyć się nie można. Leżąc na pachnącej trawie wśród kwiatów i rozmaitego bogactwa, w pełnym bezpieczeństwie – cóż można poza rozkoszowaniem się istnieniem? Dopiero w trudnych warunkach uczymy się szlifowania swoich umiejętności.

Wcale nie ukrywam, że chętnie poleżałabym w raju na trawce. Oczywiście. Ale moja dusza wybrała sobie całą masę skomplikowanych wyzwań, które raz po raz rzucają mnie twarzą o ziemię i to wcale nie na miękką trawę. Nie mam innej opcji, muszę podążać za wyborem swojej duszy i zaakceptować wszystkie lekcje, które mi stawia na drodze. Jednak sens życia nie polega wyłącznie na pogodzeniu z losem, lecz na odnajdowaniu wszędzie dobrej energii. To nie poddanie trudnym doświadczeniom zapewnia nam punkty w treningu, lecz radość życia, zachwyt, odczuwanie miłości i wdzięczności czy nawet wybaczenie katowi, który ma jeszcze dłonie mokre od naszej krwi.

W tym wybaczeniu bardzo pomaga świadomość harmonii wszechświata i dostrzeganie logiki wydarzeń. Kiedy widzimy i rozumiemy swoją lekcję, to nie możemy mieć żalu do nauczyciela. Możemy jedynie odczuwać wdzięczność do niego za to, co nam pokazał. I w gruncie rzeczy potrzeba wybaczania znika całkiem. Bo po co wybaczać komuś, do kogo czujemy jedynie wdzięczność?

Wiem, że moje słowa dalekie są od praktycznego przeżywania emocji. Łatwo się pisze o wybaczaniu i nauczaniu, o wiele trudniej doświadczać tego wszystkiego i przy tych uczuciach odkrywać w sobie dobro. To czasem niezwykle trudne doznania, które owocują dużą ilością silnych negatywnych emocji. Mam jednak w sobie ogromną pewność, że właśnie o to chodzi w tej fascynującej grze, aby umieć wyjść poza to, co się czuje i świadomie wejść na boski poziom istnienia. Czyli właśnie w chwili największego żalu i gniewu pokłonić się z wdzięcznością duszy „kata” i pobłogosławić go bezwarunkową miłością.

Bez względu na to, w co wierzymy, każdy zgodzi się ze mną, że to bardzo trudne zadanie – spontanicznie wychodzić poza negatywne emocje i złe oceny innych ludzi i sytuacji. Bo sytuacje też nas drażnią – śnieg w środku wiosny, kiedy złaknieni jesteśmy ciepła, spóźniający się pociąg, kiedy jesteśmy zmęczeni, brak prądu, kiedy mamy mnóstwo pracy… Wszystko wokół nas toczy się swoim rytmem, nie zawsze zgodnym z naszymi oczekiwaniami. I rzadko kiedy udaje nam się zachować spokój i pozostać z rozsądnym pytaniem: czego mnie to uczy? Co mi pokazuje? Najczęściej poddajemy się uczuciom i szarpiemy sami ze sobą w gniewie, żalu lub rozpaczy. Tworzymy w sobie opór i nie pozwalamy płynąć energii. Tymczasem właśnie wiara w harmonię wszechświata jest tym, co powinno nam zawsze towarzyszyć.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Druga zasada

CHOCIAŻBY DZIŚ NIE ZŁOŚĆ SIĘ

Chociażby dziś dajemy sobie prawo do pogodnego nastroju, wolnego od niepotrzebnych i szkodliwych emocji. A potem powtarzamy to każdego dnia, skupiając się za każdym razem na Tu i Teraz. Bo tylko chwila obecna jest tą chwilą, w której możemy zmienić swoje życie, doświadczenie i świat. To czas największej mocy i możliwości. Właśnie dlatego: „chociażby dziś”.

Te emocje, które określamy jako pozytywne, np.: radość, sympatia, zadowolenie, poczucie wolności i bezpieczeństwa, itp. – są harmonijne przez sam fakt swojego istnienia. Z zasady zbliżają nas do miłości bezwarunkowej, która przecież jest celem naszego życia. Kiedy się pojawiają, podnoszą nam energię. Sprawiają, że czujemy się lepiej. W skrajnych przypadkach dzięki nim “kochamy cały świat”, co z pewnością jest niesłychanie dobrym zjawiskiem.

Te emocje, które nazywamy negatywnymi – np. złość, zazdrość, żal, wstyd, poczucie winy, strach, rozczarowanie itp. – są w gruncie rzeczy przykre i ściągają nam energię. Jednak warto pamiętać, że są bardzo potrzebne. Pojawiają się nieprzypadkowo. Spełniają ważne zadanie. Wszechświat jest pełen harmonii i rozumiejąc rolę tych trudnych emocji, dostrzeżemy w ich istnieniu także pewną harmonię. Pojawiają się jako istotny nauczyciel. Nie poradzilibyśmy sobie bez nich.

Są jak drogowskazy, które podpowiadają nam, z czym w danym momencie powinniśmy pracować. Zjawiska, które wywołują w nas gniew, mają za zadanie skierować nas w stronę rozwoju i odnalezienia prawdziwej przyczyny tego, co się wydarzyło. Nikt nas nie zaczepia i nie obraża bez powodu. Zawsze, ale to zawsze jest to spowodowane koniecznością podniesienia poczucia własnej wartości. Człowiek o wysokiej samoocenie tworzy taką przestrzeń energetyczną, w której nikt go nie zaatakuje. Podobnie dzieje się w przypadku innych denerwujących zdarzeń – każde z nich pokazuje nam lekcję do odrobienia. Uczy nas cierpliwości, asertywności, hojności, tolerancji, łagodności, akceptacji. Tak działa lustro wszechświata.

Czy zatem złość ma w ogóle sens? Tylko wówczas, kiedy rozumiemy, że taka emocja wskazuje nam ułomny wzorzec w nas i umiejętnie go szukamy, by uzdrowić. Natomiast trzymanie się energii gniewu niczemu dobremu nie służy. Jak uczy psychosomatyka: złość odkładana w podświadomości wpływa fatalnie na nasze ciało, powodując rozwijanie się różnych chorób. Bardzo szczegółowo opisuje to w swoich opracowaniach (a także w filmach i prezentacjach) dr Bruce Lipton. Jest to zatem potwierdzone naukowo.

Reiki dąży do uzdrawiania naszego ciała i wprowadzania weń pełnej harmonii. Dlatego też będzie niwelować wszystkie szkodliwe emocje. To wielka zaleta tej pięknej energii, że pomaga nam w wyciszeniu i odzyskaniu spokoju. Wystarczy na moment położyć dłonie na splocie słonecznym i już po chwili odnajdujemy wewnętrzny pokój. W podobny sposób poradzimy sobie z innymi niechcianymi emocjami – Reiki pomoże nam w odzyskaniu równowagi.

Dodam tylko, że odzyskanie spokoju nie zwalnia nas z pracy nad sobą i poszukiwania odpowiedzi na pytanie: co mnie tak rozzłościło i dlaczego? Jaki aspekt domaga się uzdrowienia? Natomiast można wykorzystać drugi stopień Reiki, aby pomóc sobie w pozytywnej zmianie niewłaściwego wzorca na korzystny.

Wielu ludziom jest bardzo trudno zaakceptować gniew. Bo jak można lubić coś tak okropnego! I jaki to wstyd dla osoby, która zajmuje się rozwojem. Tymczasem problemem nie jest wcale emocja, która się pojawia, lecz to, co z nią zrobimy. Bo dopóki chodzimy po Ziemi, będziemy odczuwać różne rzeczy – w większym lub mniejszym natężeniu. Tylko Istoty Oświecone są całkowicie wolne od emocjonalnego zawirowania. Głównie dlatego, że wyszły poza dualizm. Z duchowego punktu widzenia, nic nie jest dobre ani złe, to tylko człowiek próbuje wszystko oceniać i dzielić na czarne i białe. Wszystko ma swój cel i sens. Wszystko jest w harmonii.

Osoby, które systematycznie medytują i pracują z energią Reiki, są bardziej opanowane i rzadziej odczuwają trudne emocje. Wynika to przede wszystkim z systematycznego podnoszenia energetycznego poziomu. Im wyżej jest nasza energia, tym lepszy nastrój, tym większa dystans do problemów, tym więcej w nas bezwarunkowej miłości i akceptacji dla innych. W ślad za tym idzie też wyciszenie, wielkoduszność, spontaniczna tolerancja i bycie ponad problemami. Czasem sięgamy nawet stanu błogości, w której wszystko jest dla nas w całkowitej harmonii i nie ma tam miejsca na negatywne emocje. A przecież to właśnie Reiki jest znakomitym i niezawodnym narzędziem podnoszenia energii.

Na jakimś etapie duchowej praktyki zaczynamy rozumieć, że wszystko jest iluzją, grą i zabawą, a dla naszej prawdziwej esencji nie ma znaczenia, co się dzieje, co kto mówi i jak nas traktuje. Dlatego polecam gorąco Reiki wszystkim, którzy chcieliby odnaleźć w sobie prawdziwy spokój. Nie taki, który jest ucieczką od rzeczywistości, ale który jest totalną akceptacją wszystkiego, co jest. To najlepsze lekarstwo na wszystkie trudne emocje. Jeśli naprawdę wszystko akceptujemy, to nie mamy powodu, by odczuwać gniew czy żal. Te rzeczy przestają dla nas istnieć. Oto prosta recepta na szczęście i wolność od zmartwień.

Bogusława M. Andrzejewska

Pierwsza zasada

CHOCIAŻBY DZIŚ NIE MARTW SIĘ.

W takiej właśnie formie usłyszałam po raz pierwszy jedną z pięciu zasad Reiki od mojego nauczyciela. Zafascynował mnie ten zwrot, ponieważ cudownie oddaje ideę mądrego życia. Życia w miłości bezwarunkowej i pozytywnej energii. Co prawda współcześni badacze historii twierdzą, że zasady Reiki podane przez Mikao Usui są w istocie regułami wymyślonymi przez jednego z japońskich cesarzy, ale nie ma to żadnego znaczenia. Rzecz bowiem nie w autorstwie, a w treści.

Chociażby dziś… Ta forma pozwala nam zatrzymać się w chwili obecnej. To najważniejszy moment, o największej mocy. Tu i Teraz. Tylko w tej chwili jesteśmy władni zarządzać swoim życiem i świadomie je kształtować. W teraźniejszości kryje się potencjał, który nakreśli nasze jutro. Jeśli umiemy mądrze przeżyć dany nam obecny czas, stworzymy świadomie szczęśliwe życie, pełne najpiękniejszych możliwości. Wielu z nas martwi się przyszłością, oszczędzając i zabezpieczając dzień jutrzejszy na tysiąc sposobów. O wiele łatwiej skupić się na tym, czego doświadczamy właśnie dziś, wierząc tym samym, że pozytywne zdarzenia wyrastają z naszego optymistycznego podejścia.

Chociażby dziś… Możemy to powtarzać każdego dnia. W ten sposób afirmujemy codziennie spełnione życie. Jeśli powiem, że dzisiaj jestem szczęśliwa, to powtarzając to jutro i pojutrze, uczynię te dni równie pogodne i pomyślne. Bo każdy dzień staje się dzisiaj. To określenie ma o wiele większą moc niż „zawsze”. Nie w nim presji, jest natomiast przyzwolenie, by tylko dzisiaj…

Chociażby dziś… To symbol medytacji uważności, skupienia na tym, co właśnie robię. To jedna z najbardziej popularnych buddyjskich praktyk. Buddyści za podstawę rozwoju mocy umysłu uważają bycie w chwili, która właśnie się dzieje. I w tym, co robimy. Jeśli zmywamy naczynia – zmywajmy, bądźmy strumieniem wody, która opłukuje talerz i gąbką, która pociera sztućce. Nie rozmyślajmy o tym, co mamy jeszcze do zrobienia ani o tym, co powiedziała koleżanka. Jeśli grabimy liście – bądźmy w tej czynności, w szmerze liści, w trawie pochylającej się pod naszymi stopami, w regularnym ruchu ramion. Nie planujmy kolejnego projektu. Nie wspominajmy plotek. Umiejętność uważnego bycia w Tu i Teraz otwiera nas na światło Wyższej Jaźni. W ten sposób docieramy do prawdziwego źródła naszej mocy.

Większość z nas żyje przeszłością, wspominając i przeżywając na nowo minione chwile. Jeśli były dobre, mogą dać nam siłę i nadzieję. Jeśli natomiast wiążą się z cierpieniem, zabierają nam energię. Nie warto jej tracić na to, co bezpowrotnie minęło. Nie możemy zmienić tego, co już się wydarzyło, bo żadne myśli nie odwrócą biegu czasu. Nie ma na to skutecznej metody. Możemy natomiast zaakceptować przeszłość i wybaczyć sobie, a także innym, każde trudne doświadczenie. Tylko w tym celu można odwracać się za siebie – by odpuścić i zamknąć drzwi. Liczy się dzisiaj. Wyciąganie wniosków z minionego czasu ma służyć chwili obecnej, a nie ponownemu przeżywaniu tego, co było kiedyś.

Samo martwienie się jest już dzisiaj czymś niemodnym i niepraktycznym. Każdy, kto przeczytał Sekret i wie o Prawie Przyciągania, rozumie doskonale, że smutki i troski przyciągają negatywne wydarzenia. To na czym skupiamy myśli, kreujemy w swojej rzeczywistości. Martwienie się jakąś trudną sprawą czy brakiem wzmacnia problem lub deficyt. W teorii jest to zrozumiałe dla każdego. W praktyce bywa nieco trudniej, bo nawykowo rozmyślamy o wszystkim, co jest dla nas wyzwaniem. I nawykowo uruchamiamy wyobraźnię, by zobaczyć wszystkie niekorzystne opcje. A potem obawiamy się, czy uda się ominąć różne życiowe pułapki, czyli zamartwiamy się.

Reiki uzdrawia nasze ciało, myśli i emocje. Pod warunkiem jednak, że pozwolimy tej pięknej energii działać w naszym polu energetycznym. Nic nie zrobimy tu na siłę, ponieważ Reiki szanuje wolną wolę człowieka. Jeśli ktoś ustawicznie się zamartwia, utrudnia komórkom swojego ciała zdrowienie, a w życiu wzmacnia problemy i braki. Reiki pomoże, ale wymaga, by otworzyć jej drzwi. Takim otwarciem jest właśnie pozytywne myślenie, radość i optymizm. To jakości harmonijne z tą piękną energią. Im więcej w nas dobrych, pogodnych myśli, tym silniej i skuteczniej działa Reiki.

Buddyści powiadają, że jeśli można coś zmienić na lepsze, to należy to zmienić. A jeśli nie można, to należy to zaakceptować, a w żadnym przypadku nie warto się martwić, bo to nic nie pomoże. To tylko niepotrzebna strata energii. Akceptacja jest natomiast wejściem w harmonię wszechświata. A zatem chociażby dziś nie martwmy się niczym.

Bogusława M. Andrzejewska

Bezpiecznie

Ten artykuł powtórzy wiele z tego, o czym już pisałam. Jednak jest taka potrzeba, ponieważ pewne tematy i pytania stale wracają.  Być może niektórym osobom trudno uwierzyć, że Reiki jest cudowną i bezpieczną energią, bo przyzwyczaili się do dualistycznego pojmowania świata i uważają, że wszędzie i we wszystkim musi być coś szkodliwego. No cóż – moim zdaniem energia Reiki płynie z Najwyższego Źródła i jako taka nie może nikomu zaszkodzić ani w ogóle nieść w sobie niczego złego.

Z energią Reiki pracuję od 20 lat. Za jej największą zaletę uważam prostotę. Klarowność, która nie wymaga żadnej skomplikowanej wiedzy, prowadzi nas w sposób niesłychanie oczywisty. W żaden sposób nie można zrobić Reiki źle. Można przyłożyć dłonie niezgodnie z opisami pozycji, oczywiście. I co z tego? Inaczej położone ręce nie sprawią, ze Reiki zaszkodzi. Po prostu nie znajda się na punktach akupunkturowych. Pozycje dłoni w Reiki są starannie dopracowane pod kątem chińskiej medycyny i dopasowane do meridianów. Punkty akupunkturowe, to takie miejsca, w których energia szybciej dociera do celu. Jednak możemy zrobić Reiki jedynie miejscowo – na jakiejś części ciała, gdzie tych punktów nikt nie ustalił – i też sobie popłynie. Jakkolwiek położymy ręce, nic złego nie zrobimy.

Energia podąża za myślą. To podstawa pracy z Reiki. Jeśli zatem przykładam dłonie, wierzę, że Reiki przyniesie przyjmującemu zabieg tylko pozytywne efekty. Jeśli sama przyjmuję – otwieram się na dobro płynące w Reiki. Proste. A co się stanie, jeśli ktoś pomyśli sobie, że Reiki to coś złego i może mu zaszkodzić?  Taka myśl wytworzy blokadę, która może objawić się nawet bólem. Dlatego jedna z ważnych zasad, to pytanie o zgodę na zabieg. Dotyczy to również przekazywania energii na odległość, co jest możliwe po drugim stopniu.

Jeśli jednak jesteś „reikowcem” , czyli sam przekazujesz innym Reiki i korzystasz z jej dobrodziejstwa, to oznacza, że ufasz tej energii i nie wytworzysz w sobie takiej blokady. Zasadniczo spontanicznie otworzysz się na tę energię, jeśli tylko ktoś prześle ją w Twoim kierunku. Otworzysz się z korzyścią dla siebie. Inaczej być nie może. Reiki to Dobro, Miłość i Światło. Jeśli ktoś powiada, że razem z przesyłaną energią można wysłać Ci coś złego, jakieś byty czy inne rzeczy – to jest to bzdura. Reiki sama w sobie jest czysta, a gości na sobie nie wozi. To Reiki jest dla nas narzędziem, które wykorzystujemy do ochrony, a nawet do oczyszczania. Jaki miałoby to sens, gdyby Reiki „woziła” na sobie negatywne energetycznie byty.

Jednak pamiętaj, że energia idzie za myślą. Każda energia, także energia klątwy, słów, życzeń. Jeśli ktoś myśli o Tobie negatywnie i złorzeczy Tobie, a Ty otwierasz się na tę osobę i jej energie to niewykluczone, że dotknie Cię efekt takich wibracji. Ktoś, kto ma Reiki także powinien się zabezpieczać przed takim doświadczeniem, pamiętając jednocześnie, że to nie z Reiki płynie taka energia, lecz z życzeniami tamtej negatywnie myślącej osoby. Niestety wśród tych, którzy pracują z Reiki są też biedni ludzie, którzy noszą w sobie mnóstwo negatywnych emocji do całego świata. Otwieraj się zatem na Reiki, a nie na myśli i życzenia innych ludzi. Jak to zrobić? Myślą. Pomyśl o tym, czego pragniesz i na co wyrażasz zgodę.

Te same zasady dotyczą „oczyszczania”. Oczyszczamy się po każdym skoku energetycznym – nie tylko przy Reiki. Wystarczy pójść na kurs, na którym są osoby o wysokich wibracjach. Wystarczy porządnie pomedytować. Och, wystarczy pójść na imieniny i przez parę godzin siedzieć obok osoby o wysokich wibracjach…. I już proces oczyszczania ruszy, bo łyknęliśmy energię. Nie warto zatem bać się Reiki, bo… „oczyszcza”. Nie można tez przypisywać działaniu Reiki każdego spadku energetycznego i mówić, ze to efekt oczyszczania. To słowo moim zdaniem jest totalnie nadużywane.

Oczywiście ma sens, bo ten proces jest częścią naszego rozwoju, natomiast moim zdaniem nie jest przypisany tylko do Reiki. Nie można nim straszyć siebie i innych. Czego się boimy, to przyciągamy. A ja jestem żywym działaniem mocy słów. Mój nauczyciel Reiki nigdy mnie nie straszył energią, lecz zapewniał, ze Reiki będzie mnie wspierać i chronić. Nigdy się nie oczyszczałam po zabiegach w taki sposób, by można tym straszyć dzieci. Jeśli gorzej się czuję, to nie pytam, czy to oczyszczający efekt wcześniejszego reikowania, tylko od razu przykładam sobie dłonie i robię zabieg. Zawsze pomaga. Im bardziej się „oczyszczam”, tym więcej zabiegów robię i dzięki temu czuje się znacznie lepiej. Uciekanie przed Reiki, bo „będzie oczyszczanie”, jest jak uciekanie przed lekarzem, który ma w dłoni kojące lekarstwo.

Energia idzie za myślą. Jeśli wierzysz, że po zabiegu będziesz się „strasznie” oczyszczać, to tak będzie. Jeśli wierzysz, że po przekazie, będziesz połamany i do niczego – będziesz. Twój umysł ma potężną moc, a Reiki go zasila. Jednak to Ty decydujesz na co przeznaczysz energię. Proponuję w czasie zabiegu pomyśleć o tym, że będziesz zdrowy, szczęśliwy i bogaty. Zobaczysz, co się stanie…

Po inicjacji potrzebujemy umownych 21 dni, aby nasz organizm przyzwyczaił się do pracy z energią. To szczególny czas, w którym należy codziennie robić zabiegi sobie i innym, poznawać to, co „mówią” dłonie, oswajać się i doświadczać. Nie należy niczego się bać, lecz z ciekawością dziecka słuchać siebie, swojego ciała, swojego serca i wszechświata. Niektórzy mówią, że w czasie tych dni nie wolno robić zabiegów innym osobom, bo będąc w procesie oczyszczania „sypiemy na innych swoimi brudami”. Nic bardziej głupiego! Jak pisałam wyżej, oczyszczamy się przez całe życie. Oznacza to, że rzadko kiedy moglibyśmy innym osobom przykładać ręce. Reiki tak nie działa, nie przekazuje naszych „brudów” innym osobom.

To tylko my sami możemy to zrobić poprzez brak umiejętności zarządzania emocjami. Jednym z najczęściej spotykanych problemów przy oczyszczaniu jest rozdrażnienie. Ktoś, kto nad tym nie panuje, pokrzykuje i warczy na innych. Reiki łagodzi także te stany, więc im bardziej przykre oczyszczanie, tym więcej Reiki zalecam. Przykładanie rąk innym – zaraz po inicjacji – pomaga nauczyć się pracy z energią. Na innych osobach lepiej czujemy energię niż na sobie. To jasne. Powtórzę: nikomu nie zaszkodzimy – nie ma takiej opcji! Nigdy nikomu nie zaszkodzimy, robiąc Reiki.

W czasie tych 21 dni możemy jeść wszystko, na co mamy ochotę i apetyt. Oczywiście są książki, które podają specjalne diety na ten czas, ale najlepszą dietą jest słuchanie własnego ciała. Nie każdy po zainicjowaniu przejdzie od razu na wegetarianizm, a wegetarianin i tak ma swój jadłospis, którego powinien przestrzegać. Dajmy sobie prawo być po Reiki sobą tak samo, jak byliśmy sobą przed inicjacją. Jeśli z czegoś powinniśmy zrezygnować, energia nas od tego odrzuci.

Najważniejsze, to zaufać sobie i energii. Uwierzyć, że niesie w sobie tylko Dobro, że jest Światłem miłości, dzięki któremu, może w naszym życiu być już tylko lepiej i lepiej, i lepiej… Myśl kreuje rzeczywistość. Dbajmy o nasze właściwe myślenie, także przy Reiki.

Bogusława M. Andrzejewska

Reiki i Anioły

Niedawno jedna z moich uczennic zapytała mnie, czy można pracować jednocześnie z Reiki i Aniołami, ponieważ gdzieś wyczytała, że te dwie energie nie są ze sobą harmonijne. To kolejny mit, który chciałabym tutaj wyjaśnić. Przepełnia mnie przy tym ogromne zdziwienie, skąd ludzie czerpią takie absurdalne teorie, jakby zupełnie nie mieli pojęcia, czym jest energia Reiki. Wierzyć się nie chce, że te osoby, które czują się gotowe, by pisać o Reiki tak niewiele wiedzą o działaniu tej pięknej energii.

Mój wspaniały nauczyciel, pierwszy polski Mistrz Reiki Jan Peterko powtarzał często, że „Reiki jest wszystkim i Reiki nie jest wszystkim”. Ta cudowna metafora jest podstawą do rozumienia prawdziwej istoty Reiki. Ta energia jest wszędzie i wszystko wypełnia, wszystko zasila. Sama nazwa oznacza metodę, dzięki której pobieramy więcej energii KI, niż pobiera jej zwykły człowiek, zwierzę, roślina. Nie ulega jednak wątpliwości, że czerpie sobie tę energię każdy – także ksiądz, który z wyżyn ambony krzyczy, że Reiki pochodzi od piekielnych mocy, co jest jednym z największych paradoksów naszego wieku.

Pobieranie energii KI można w wielkim uproszczeniu porównać do płytkiego oddychania. Praktykę Reiki do głębokiego przeponowego oddechu, który dostarcza nam o wiele więcej tlenu. Zadajmy sobie zatem pytanie, czy jeśli oddycham płytko, to praca z Aniołami, Tai Chi, medytacją, modlitwą, wiarą w Boga czy czymkolwiek innym jest dobra? Zakładam, że wszyscy tu przytaknęli. Dlaczego zatem głęboki oddech ma automatycznie sprawiać, że wszystko, co wymieniłam, przestaje być harmonijne?

Cokolwiek robi człowiek, który nie zna Reiki, może także robić osoba zainicjowana. Silniejszy przepływ Reiki nie zmienia nas w ten sposób, że przestajemy harmonizować z Wszechświatem i różnymi jego aspektami. Wręcz przeciwnie. Uczono mnie, że Reiki wzmacnia i zabarwia miłością wszystko cokolwiek robię. Wypraktykowałam to wielokrotnie. Dzisiaj robię Reiki na każdy horoskop i każdy portret numerologiczny, zanim zacznę analizę. Przed każdą praktyką medytacyjną wchodzę w przepływ Reiki. Nawet kiedy gotuję obiad, robię Reiki na wszystkie jego składniki. Mogłabym tu wymieniać pół dnia, na co robię Reiki. Ale łatwiej chyba będzie, jeśli powiem, że w moim życiu nie istnieje taka rzecz, taki temat, na który nigdy nie robiłam Reiki. Nie ma takich spraw, ponieważ nawet moje komputery są już oswojone z energią, którą działam na nie, kiedy odmawiają posłuszeństwa. Dlaczego zatem nie łączyć Reiki z medytacją z Aniołami? To także robię od lat z pozytywnym skutkiem. Nie wierzcie zatem ignorantom, którzy próbują zakreślić ograniczenia dla Reiki. One nie istnieją. Reiki jest dobra na wszystko.

Bardzo istotną kwestią jest fakt, że sama metoda Usui Reiki jest w pełni kompletna. Stosując się do zasad przekazu w linii: Usui – Hayashi – Takata – Furumoto nie potrzebujemy niczego więcej ponad to, czego nauczyliśmy się na seminarium. Oznacza to, że nie ma potrzeby wzbogacania tej metody pracą z Aniołami czy czymkolwiek innym. Metoda jest idealna taka, jaka jest.

Jak wiemy powstało dużo różnych odmian Reiki, w których pracuje się z różnymi symbolami, Aniołami, tradycjami, ale też noszą one charakterystyczne dla siebie nazwy: Raku Kei Reiki, Usui Tybetańskie, Karuna Reiki, Jo Reiki, Blue Star Reiki, Golden Age Reiki, Anielskie Reiki… To jest moim zdaniem ogromnie ważne, aby metodę rozbudowaną innymi technikami i znakami nazywać inaczej i dzięki temu odróżnić od podstawowej metody Usui Reiki. Każdy z nas ma prawo wyboru, z jaką linią czy techniką Reiki chce pracować.

Tu jednak nie mówimy o takich mieszanych metodach, w których na bazie Reiki stworzono coś nowego. Ja sama pracuję wyłącznie w systemie Usui Reiki i nie chcę zabierać głosu na temat metod, których nie znam. Mówimy o codziennej pracy z Reiki Usui i korzystaniu z tej energii w różnych sytuacjach. Możemy ją łączyć dokładnie ze wszystkim, co robimy. Łączyć nie oznacza tworzyć nowego systemu i mieszać zasad pracy. Łączyć, oznacza dla mnie: wejść w przepływ Reiki zgodnie z zasadami Reiki Usui, a następnie zrobić medytację z Aniołami lub astrologiczną analizę czy cokolwiek innego. Lub odwrotnie: pomodlić się do Aniołów i wejść w przepływ Reiki.

Wielu terapeutów osiąga piękne efekty, kiedy układają na ciele klienta kamienie szlachetne, rozpylają zapachy, włączają relaksującą muzykę i tak robią zabieg Reiki. Mamy tu cztery odrębne metody złączone w całość. A przecież można trzymając dłonie na ciele przyjmującego dodać jeszcze modlitwę do Aniołów. Takie sposoby pracy od wielu lat zdają pomyślnie egzamin. Dlaczego nie korzystać z pozytywnych doświadczeń innych ludzi? Powtórzę dla jasności, że nie tworzymy tu nowej metody pracy z Reiki – zabieg wykonujemy dokładnie wg zasad, nie dodajemy żadnych innych znaków. Jednak równolegle korzystamy z muzyki, aromaterapii, minerałów i mocy modlitwy.

Moim zdaniem jedną z największych zalet Reiki jest jej spójność i harmonia ze Wszystkim Co Jest. Nie ma znaczenia, czy jest to medytacja, gimnastyka, jazda na rowerze, czy praca z Aniołami, z elementalami, z minerałami, z kolorami. Warto pamiętać, że Reiki jest harmonijna ze wszystkim, co pojawia się na Ziemi. Dotąd nie spotkałam sytuacji, w której Reiki nie byłaby spójna z czymkolwiek. I jest to dla mnie całkiem zrozumiałe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Reiki jest wszystkim i we wszystkim.

Zainteresowanych tematem i niedowiarków odsyłam do książki mojego nieżyjącego już przyjaciela Andrzeja Bednarza pt. „Życie z Reiki”, który przepięknie opisał pracę z energią. Polecam także książki Diany Cooper i Doreen Virtue – jasnowidzące specjalistki od angelologii, które kontaktują się z Aniołami i bezpośrednio od nich przekazują wiedzę miedzy innymi na temat Reiki. Poczytajcie, co mówią inni. Nie musicie wierzyć mi i moim doświadczeniom, w których Aniołowie i Archaniołowie z radością towarzyszą mi przy każdej inicjacji. Nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że zostały zaproszone i chcą. Anioły bardzo lubią Reiki. Dlaczego lubią – o tym napiszę innym razem.

Są sytuacje, kiedy ktoś nie chce Reiki lub boi się jej. Nie robimy nigdy zabiegów na siłę i wbrew woli danej osoby. To jednak nie zmienia faktu, że ta osoba nie wiedząc o tym, pobiera cały czas energię KI. Ponieważ energia płynie za myślą, to jakakolwiek niechęć do Reiki płynąca z ignorancji, może wytworzyć bolesną blokadę. Ta sama osoba przyjmie z błogością energię, kiedy tylko straci przytomność i w miejsce niemądrego „ego” kontrolę przejmie Wyższe Ja człowieka, które wie i rozumie czym jest Reiki.

Moim największym zaskoczeniem było odkrycie, że Reiki potrafi współegzystować nawet ze „złem”. Niektórzy nauczyciele Reiki bawią się „czarna magią”, krzywdząc innych. Są też tacy reikowcy, którzy nieświadomie zabrnęli w ciemne energie i pracują dla nich. Reiki przed tym niestety nie obroni – to ludzie dokonują wyboru, mają przecież wolną wolę. Jednak przepływając przez te osoby, uzdrawia ich tak, jak tylko może. Najczęściej prowokując oczyszczanie, stawiając im na drodze mądrych ludzi, podpowiadając, co mają zrobić. Rzadko kiedy subtelne działanie Reiki spełni rolę egzorcyzmu. Jednak chcę tu tylko pokazać, że Światło nie boi się ciemności. Światło w formie Reiki wpływa w sam jej środek i ją rozświetla. Tym bardziej absurdalne wydaje się wymyślanie rzeczy, tematów i miejsc, które mogłyby być nieharmonijne z tą piękną energią.

Bogusława M. Andrzejewska