Harmonia Światła

W gruncie rzeczy sprawa wydaje się zupełnie prosta: albo jesteśmy po stronie Światła albo po tej całkiem drugiej. Do pierwszej zaliczamy wszystkie myśli i czyny wypływające z dobroci, życzliwości, współczucia, łagodności czy też zwykłej mądrości. Najczęściej prowadzi nas tą drogą liczenie się z innymi, z ich uczuciami. Spontanicznie podążamy taką ścieżką wtedy, kiedy nasza energia jest wysoko. A każdy przecież może o to dbać – narzędzia podnoszenia energii są nieskomplikowane. Pisałam o nich tutaj, ale piszę też w wielu innych miejscach na tej stronie. Oznacza to, że jeśli tak wybierzemy, to jesteśmy w stanie utrzymać tę energię wysoko.

Znam wiele osób, których działania i myśli są właściwe i tworzą te piękne zasługi, pomimo że osoby te nawet nie maja pojęcia o poziomach energetycznych. Tak po prostu zostały wychowane przez innych dobrych ludzi. Pomagają, współczują i odnoszą się życzliwie do każdej czującej istoty, bo wiedzą, że tak trzeba i nie wyobrażają sobie, że można inaczej. Światło jest ich naturalną częścią.

Druga strona – ta ciemniejsza – wyrasta z negatywnych emocji: zazdrości, agresji, pogardy, nienawiści, żalu i potrzeby zemsty. W gruncie rzeczy wyrasta z lęku, bo każda trudna emocja odżywia się lękiem. W niektórych ścieżkach filozoficznych demony to właśnie tego typu emocje. A zatem nie jakieś diabły czy inne rogate stwory, które mieszają nam w głowach, tylko coś takiego jak zawiść czy gniew, którym dajemy posłuch i robimy rzeczy niegodne człowieczeństwa. Tak czy owak ciemna strona mocy żywi się negatywnymi przekonaniami. Zatem przejście na stronę Światła to przede wszystkim umiejętne zarządzanie emocjami.

Druga istotna przyczyna wejścia w ciemność to niskie poczucie wartości. Niejednokrotnie zdumiewa mnie, jak bardzo nieadekwatnie reagują zakompleksione jednostki, ile niepotrzebnej agresji albo żalu wylewa się w odpowiedzi na niewinne i całkiem życzliwe zwrócenie uwagi lub na zwykły żart. Niskie poczucie wartości jest ziejącą raną w człowieku, która piecze i pali w reakcji na większość wypowiadanych słów. Nawet dobre intencje bywają niedostrzegane prze kogoś, kogo samoocena jest na wysokości podłogi. A stąd już krok do awantury i piekła. Zatem drugi niezbędny warunek podążania drogą Światła to samoakceptacja.

W praktyce ludzie rzadko kiedy są jednolici. Życie stawia przed nami tysiące wyzwań i skomplikowanych lekcji. Czasem wybieramy zgodnie ze Światłem, czasem zdarza nam się przejść kilka kroków ciemniejszą stroną. Są też osoby, które kierują się głównie adrenaliną, egoizmem i działają bardzo negatywnie. Nie możemy ich oceniać, tym bardziej, że rzadko kiedy wiemy, co naprawdę skłoniło człowieka do określonego zachowania. Jak mówią mądrzy nauczyciele: aby kogoś osądzać, musielibyśmy przejść wiele kilometrów w jego butach.

Możemy jednak obserwować i wyciągać wnioski. Uczymy się przecież także przez baczne przyglądanie się życiu. A dzięki takiej obserwacji możemy sami uniknąć pewnych błędów lub uchronić od nich własne dzieci czy przyjaciół. Czasem nasza dusza wybiera taką właśnie ścieżkę i stawia tuż koło nas despotę, kata czy egoistę, abyśmy wyraźnie zdecydowali: „nie chcę być takim i nigdy tak nie postąpię”. Bezpośrednie doświadczenie okrucieństwa przychodzi do nas właśnie po to, byśmy umiejętnie dokonali wyboru. Czasem rozumiemy lekcję, rozwijamy asertywność i decydujemy żyć dokładnie odwrotnie niż znany nam kat. Czasem jednak powielamy ten sam schemat, odpłacając innym przemocą za doznane krzywdy.

Jesteśmy Światłem. Harmonijna ścieżka to zawsze ta rozświetlona miłością i dobrocią, bo taka jest nasza prawdziwa natura. Nawet jeśli zemsta smakuje słodko, to jedynie przez chwilę, potem zamienia się w smak popiołu. Opada adrenalina i uświadamiamy sobie mniej lub bardziej, że jesteśmy Jednością. Cokolwiek zrobimy innej istocie, robimy sobie samemu. Człowiek bardziej wrażliwy wręcz czuje cierpienie innych – jestem więcej niż pewna, że wiele osób czytających te słowa zwija się z bólu, kiedy widzi jak ktoś rozcina sobie rękę do krwi. Podobnie reagujemy na widok zwłok przejechanego na ulicy psa. Jak zatem można świadomie zadawać cierpienie innym?

Najczęściej robimy to nieświadomie. Ponoszą nas emocje albo kompleksy. A potem często racjonalizujemy swoje zachowanie dorabiając hydrze głowę, której wcale nie posiadała. Czyli nakręcamy się i zasilamy gasnącą złość czy zawiść. Wszystko po to, by bronić się przed wstydem i poczuciem winy. Wstyd okropnie boli, więc zamiast zapaść się pod ziemię, tłumaczymy sami siebie. Warto zdawać sobie z tego zjawiska sprawę i jeśli już zachowaliśmy się głupio – wyhamować, krzyknąć do siebie „STOP!” dużymi literami, a potem powiedzieć: „przepraszam, nie chciałem cię zranić, po prostu jestem dzisiaj rozdrażniony…”. I po problemie.

Niestety to jest bardzo trudne dla tych o niskiej samoocenie. Bo jak przepraszać kogoś, kto nasypał nam soli na ranę! Niskie poczucie wartości nie umie wybaczać i nie chce wybaczać. Chce jak lew walczyć o swoją rację, żeby udowodnić całemu światu swoją wartość: „nie pozwolę, żeby on mi…! Nie dam sobie…! Gdzie on mi tu zajeżdża, mnie się tego nie robi! Za kogo on mnie ma?!” Klasyczna histeria zakompleksionej istoty. Tymczasem miłość do siebie nie obraża się na nikogo i na nic. Kochanie siebie jest ponad wszelką krytyką – wie, że jesteśmy doskonali, a to co mówią inni, to tylko ich słowa. Niech sobie mówią, nic mnie to nie obchodzi. Tak działa Światło.

Na koniec przypomnę raz jeszcze, że do Światła i Miłości każdy ma dostęp. Wystarczy wybrać właściwą ścieżkę – pokochać siebie i nie pozwolić, by rządziły nami emocje. To proste – uwierzcie. I warto pamiętać, że nie potrzebujecie żadnego pośrednika na tej ścieżce. Możemy skorzystać z pomocy psychologa, terapeuty lub coacha, ale nikt nas nie musi inicjować w Miłość czy Światło, ponieważ to nasza prawdziwa natura. Można uczyć się różnych metod: Dwupunktu, Theta Healing czy Reiki, ale nie musimy nikogo prosić, by dał nam dostęp do tego, co jest nasze.

Dla ułatwienia podaję prosty przepis na samodzielne pobieranie wszystkiego, czego potrzebujecie. To prosty schemat, którego używam od wielu lat ze znakomitym skutkiem – możecie go dowolnie zmienić, dopasowując do własnych potrzeb. Możecie z niego korzystać każdego dnia bez żadnych opłat, bez zastrzeżonego znaku towarowego (chociaż sama go wymyśliłam) i ze świadomością, że macie do tego prawo bez niczyjej zgody.

Usiądźcie z wyprostowanym kręgosłupem, stopy płasko, uziemienie – można też stać. Rozłóżcie ręce na boki w geście przyjmowania. Głęboko nabierzcie powietrza, powtarzając w myślach: „proszę o energię z Najwyższego Źródła”. Spokojny wydech. Powtórzcie trzy razy. To wszystko. Każdy z nas jest Światłem i może je przywołać w dowolnym momencie, odwołując się do swojej naturalnej boskiej cząstki.

Bogusława M. Andrzejewska 

 

Advertisements

Sen o zdradzie

Sny są magiczną księgą wiedzy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Pokazują nasze lęki, kompleksy, efekty minionych przeżyć, wspomnienia dobre i złe. W oparciu o pracę ze snami można poprowadzić terapię psychologiczną, dzięki której uleczymy traumatyczne problemy wyparte ze świadomości.

Sny pokazują też chwilę obecną, co jest jak najbardziej zrozumiałe. Jednakże jak można wyjaśnić fakt, ze w snach odnajdujemy sytuacje, które dopiero mają się wydarzyć? W jaki sposób sny sięgają do informacji, których nie ma i nie może być w naszej świadomości czy podświadomości? Jeśli ktoś ma w odległym mieście chorą matkę i w każdej chwili spodziewa się złych wieści, to proroczy sen uprzedzający to wydarzenie można jakoś uzasadnić. Gdzieś w głębi umysłu tej osoby czai się lęk. Jest tam też podświadome oczekiwanie tych wieści, których być może świadome myśli przyjąć nie chcą. Jak jednak wytłumaczyć historię jednej z moich klientek, która wydarzyła się naprawdę…

 

To było zgodne, normalne małżeństwo. Przeżyli od ślubu 10 lat, mieli dwoje dzieci. Kłócili się nie za często, kochali nie za rzadko. Któregoś dnia Ona ma sen… W tym śnie widzi swój dom, wchodzi do niego, a w środku sufit wali się na głowę jej i dzieciom. Przykry sen. Na drugi dzień znowu ma sen… Tym razem stoi na wzgórzu ze znajomymi i patrzy w dolinę. W dolinie jej dom płonie. Obok krzątają się strażacy, próbują ratować, ale z domu zostają zgliszcza.

Mija pięć dni i Ona znowu ma dziwny sen. Tym razem śni jej się mąż, który siedzi na krześle i trzyma na kolanach młodą dziewczynę. Obejmują się, dziewczyna go całuje. Ona w tym śnie szarpie męża za rękaw i prosi, aby przestał obejmować tę dziewczynę, żeby zeszła mu z kolan. Mąż jest głuchy na jej słowa. Ona prosi i płacze, powtarza, że to sprawia jej ból, bo przecież nie może bez niego żyć. Tymczasem obok pojawia się jakiś wysoki mężczyzna, staje za Nią i mówi, żeby przestała płakać, mówi też, że ją kocha i próbuje ją odciągnąć od męża. Ona nie zwraca uwagi na tego człowieka, kuli się z płaczem w kącie. Nagle czuje, jak mąż ją dotyka, przytula i mówi: „chodź, już sobie poszli, jesteśmy sami”.

Obudziła się rano spłakana. Fizycznie czuła swoją rozpacz, ale kiedy uświadomiła sobie, że to „tylko” sen, roześmiała się. Chciała opowiedzieć go mężowi, ale nie było go w domu, został na noc w pracy. Wieczorem tego samego dnia, mąż wrócił i powiedział  Jej, że odchodzi od niej do młodszej o 15 lat kobiety. Tak sprawdziła się prorocza część o domu, który runął (spłonął) i o zdradzie.

To jednak nie koniec historii. Pół roku później Ona poznaje wysokiego mężczyznę, który zakochuje się w Niej i powtarza jej to bardzo często. Nie mogła we śnie zobaczyć jego twarzy, bo kiedy śniła, nie znała go. Jednak ten romans nie układa się, Ona nadal kocha męża. To też nie koniec. Po trzech latach perypetii godnych prawdziwego brazylijskiego serialu, Ona i mąż wracają do siebie. Zaczynają wszystko od nowa…

Kiedy pierwszy raz usłyszałam tą historię, nie znałam jeszcze zakończenia. Wiedziałam, że sprawdziła się część snu oraz dwa pierwsze – symboliczne. Byłam jednak pod wrażeniem sceny zdrady, w której zgadzał się nawet wiek konkurentki. Po pół roku sprawdziła się dalsza część, jeszcze później reszta, włącznie z ostatnim sennym akcentem. Zastanawiam się, skąd w tym śnie tak odległa prognoza? Skąd informacje o zdradzie, której bohaterka w ogóle nie podejrzewała? Miałam tu zamiar napisać : „o której bohaterce w ogóle się nie śniło”… Paradoks. Właśnie wszystko się wyśniło…

 

I jeszcze jeden przykład. Dwoje młodych ludzi. Zamierzają się pobrać. On czasem wyjeżdża w góry – lubi się wspinać z kolegami, Ona zostaje w mieście, ponieważ ma pracę, która nie pozwala Jej na wyjazdy z ukochanym. Któregoś dnia Ona ma sen… Jest w górach, w schronisku. Rozmawia ze znajomymi, grzeje dłonie przy ogniu. Potem idzie szukać swojego chłopaka, który został w pokoju na górze. Wchodzi i zastaje go w czułym uścisku z jakąś dziewczyną w okularach. Na jej widok odskakują od siebie i widać, że to coś więcej niż pocałunek…

Ona budzi się rano i stwierdza, że jest po prostu zazdrosna, a jej lęki prowadzą do takich snów. Myśli też, że kiedy kogoś czeka egzamin, to ten egzamin też mu się śni i nie zawsze w sposób pozytywny. Po kilku dniach On wyjeżdża znowu w góry. Tym razem komórka nie odpowiada przez 5 dni. „Pewnie jest poza zasięgiem” myśli Ona. Jednak On wraca i nie odzywa się nadal poza krótkim służbowym telefonem związanym z pracą. To Ona przypadkiem otwiera mail skierowany do niego, bo nie zauważa, kto jest adresatem. Pierwsze słowa listu zmuszają ją jednak do naruszenia tajemnicy korespondencji: „Kochany, ta ostatnia wspólna noc w górach była cudowna!…”  On przyparty do muru przyznaje się nie tylko do zdrady. Ta historia nie ma happy endu. Młodzi rozstają się. Oczywiście nowa poznana w górach dziewczyna nosi okulary.

Cóż, chyba lepiej uważać na sny oszukiwanej żony czy narzeczonej. Potrafią powiedzieć to wszystko, co tak bardzo panowie chcieliby ukryć. Chociaż żaden mężczyzna nie opowiedział mi tak sugestywnego proroczego snu, zakładam, że mężczyźni też śnią i też widzą w snach swoje niewierne kobiety…

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o śmierci

Są sny przyjemne i koszmary. Są sny prorocze. Są też sny tajemnicze, które przenoszą nas w inny wymiar. Niektóre wydaja się być  magiczną chwilą zajrzenia na moment za kurtynę istnienia. Można powiedzieć, że czasem we śnie stajemy się na powrót duchem unoszącym się w oceanie stworzenia… Po obudzeniu zastanawiamy się, czy to tylko fantazja, reminiscencje z jakiegoś dawno oglądanego filmu, czy też nasz Anioł Stróż pozwolił nam zobaczyć prawdę. Taką prawdę, jakiej nigdy za życia nie poznamy… Oto jeden z takich trudnych do określenia snów, jaki opowiedziała mi moja klientka. Dajmy jej na imię Kasia.

W tym śnie Kasia zajmuje się codziennymi sprawami, siedzi przy stole, coś pisze. W pewnym momencie wstaje i nagle osuwa się na podłogę na oczach męża i córki. Przez moment widzi ich twarze pochylone nad sobą. Zaraz potem jest w innym miejscu – leży w czymś miękkim, czuje się dziwnie, a nawet … nie czuje w ogóle swojego ciała. Próbuje się podnieść, jest trudno, jednak po chwili ma wrażenie, że siedzi. Siedzi na czymś w rodzaju chmury, która unosi się kilkanaście metrów nad powierzchnią rzeki. Rzeki, płynącej w miasteczku, gdzie spędziła dzieciństwo. Dokoła rosną piękne lasy, kawałek dalej jest miasteczko. Kasia ma jednak świadomość, że to wszystko jest bez znaczenia, ponieważ… nie czuje ciała, chociaż pozornie ono gdzieś jest. Kilka metrów przed nią wisi druga chmurka. Na niej siedzi ubrany na brązowo człowiek. Patrzy na Kasię i uśmiecha się.

– Dziwnie się czujesz? Nie martw się, to przejdzie.

– Ale ja nie wiem, jak się ruszać, nie mam władzy w rękach, w ciele, w nogach… – odpowiada Kasia

– Skup się i pomyśl, co chcesz zrobić. Nauczysz się. Dasz radę – odpowiada człowiek przyjaźnie – zobacz, ja też musiałem się tego nauczyć.

Kasia za chwilę rzeczywiście spokojnie sie porusza, odwraca na wszystkie strony i co ważniejsze: odzyskuje poczucie bezpieczeństwa w tej nowej dla niej sytuacji. Po chwili przypomina sobie, że ma dom i córkę i że jeszcze niedawno nie siedziała na jakiejś chmurze, tylko była w domu…

Niemal w tej samej chwili jest w swoim domu. Widzi córkę, która strasznie płacze i woła: “Mamusiu, dlaczego umarłaś! Ja cię potrzebuję, tak  strasznie potrzebuję! Mamusiu, nie zostawiaj mnie!”

Staje obok córki i próbuje ją przytulić.

– Jestem tutaj Kochanie. Wszystko będzie dobrze. – powtarza i próbuje pogłaskać córkę po włosach. Jednak córka jej nie słyszy, nie widzi, nie reaguje. Szlocha jeszcze głośniej. Kasia cierpi, czuje niemal fizycznie, jak pęka jej serce na widok tak ogromnej rozpaczy ukochanego dziecka. Tak bardzo chciałaby jej powiedzieć, że wszystko jest dobrze, że przecież jej jest dobrze i jest tutaj, wszystko widzi, słyszy. Potworna bezradność i bezsilność! Kasia po długiej chwili i wielu nieudanych próbach rezygnuje z nawiązania z córką kontaktu. Zaczyna rozumieć, że to niemożliwe.

Zaczyna też nazywać swój stan po imieniu: śmierć. “Umarłam” – myśli Kasia – byłam na jakiejś chmurze, teraz jestem w domu i patrzę na rozpacz własnego dziecka. To nie do wytrzymania!” Kasia wychodzi z domu i idzie przed siebie. Jest jej ciężko, kiedy uświadamia sobie, że nie może w żaden sposób pomóc swoim bliskim i przekazać im wiadomości. Rozpacz córki jest dla niej bardzo bolesna…

Podchodzi do niej jakaś kobieta w kwiecistej sukience. Uśmiecha się i bierze Kasię pod rękę. Kasia czuje, że to jej dobra znajoma, chociaż nie pamięta ani jej twarzy, ani imienia. Idą razem chodnikiem, a potem skręcają na łąkę pełną kwiatów.

– Moja córka mnie nie słyszy, a tak bardzo rozpacza – skarży się Kasia

– Nic na to nie poradzisz. Ona sama musi przez to przejść. To jej życie i jej próba.

– To straszne, że jesteśmy tak odcięci od naszych najbliższych.

– Tak. Moi mnie też nie widzieli i nie słyszeli. Trudno się z tym pogodzić, ale nie mamy wyjścia.

– To co mogę zrobić?

– Teraz? – znajoma uśmiecha się pogodnie – teraz warto pójść zobaczyć, kto przyjdzie na twój pogrzeb i jak będzie wyglądał.

– A to już ? – dziwi się Kasia.

– Teraz, za moment. Tu czas płynie inaczej.

– To chodźmy – decyduje Kasia

Tu kończy się sen. Moja klientka nie zobaczyła we śnie swojego pogrzebu, ale obudziła się wystraszona i zszokowana… Odebrała to jak przekaz, proroctwo, zapowiedź  swojej śmierci. Przede wszystkim odbyła trudną rozmowę z córką i prosiła ją, żeby w razie czego… nie płakała, nie cierpiała. Rozmawiając ze mną powtórzyła wielokrotnie, że nie zdawała sobie nawet sprawy, że nie jest jeszcze gotowa na odejście. Ponieważ parę lat wcześniej przeszła dość poważna operację, w związku z którą porządkowała swoje sprawy, wydawało jej się, że jest gotowa na śmierć na tyle, na ile gotowy może być każdy człowiek. Tymczasem rozpacz córki, którą zobaczyła we śnie, sprawiła, że uświadomiła sobie inne aspekty tego faktu.

Moja klientka żyje do dzisiaj, chociaż minęło juz kilka lat od tego snu. Natomiast w ciągu tego czasu przeżyła śmierć paru innych ważnych dla niej osób. Czy sen był zapowiedzią tych doświadczeń? Nie wiem. Być może był swoistym przygotowaniem na doświadczanie śmierci bliskich. Postrzegam go też jako informację niezwykle istotną dla mojej klientki i dotykającą jej osobistych spraw, więzów rodzinnych, a także gotowości na nieuniknione. Przyznaję też, że ten sen wydał mi się niesamowicie realny, jakby w istocie pokazywał nam, co naprawdę dzieje się z nami po śmierci.

Przekaz ogólny, który mógłby zainteresować tym snem inne osoby, jest dla mnie związany z rozpaczą po śmierci bliskich nam ludzi. Wielu nauczycieli duchowych powtarza, że nie wolno tego robić. Od wieków wierzymy, że płacz, szlochanie, rozpaczanie “zatrzymuje” przy ziemi osoby, które powinny i chcą odejść do Światła. Ten sen zdaje się to potwierdzać. Samo przejście nie było dla Kasi cierpieniem. Jedyne cierpienie jakiego zaznaje w swoim śnie jest związane z zachowaniem szlochającej po jej śmierci córki. A przecież odejście jest częścią życia. Spotyka nas wszystkich bez wyjątku. Jest zatem czymś naturalnym – jak noc po dniu, jak zima po jesieni… Warto nauczyć się to akceptować, bo pogodzenie się z przemijaniem jest istotnym aspektem rozwoju duchowego każdego człowieka. Moim zdaniem zmarli przed odejściem nie oczekują od nas łez – chcą widzieć nas pogodnych i pogodzonych z faktem ich śmierci. Wtedy mogą spokojnie podążać dalej… I w tym aspekcie sen ten jest przesłaniem nie dla umierających, ale dla tych, którzy tu zostają i żegnają swoich bliskich…

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o samochodzie

Pracując ze snami, odkrywamy swoje pragnienia, możliwości, ale i lęki lub wątpliwości. Im bardziej są irracjonalne, tym więcej mamy w sobie lęku. Absurdalność sennych wydarzeń nie umniejsza ich sensu. Dramatyczne historie są sposobem na wyrażenie silnych emocji. Sny pokazują nam wiele ukrytych w podświadomości przekonań. Czasem to może wskazać temat, z którym warto pracować. Jedna z moich klientek – dajmy jej na imię Marta – miała właśnie tego typu sen…

W tym śnie Marta idzie do pracy (lub szkoły). Musi być punktualnie, więc jedzie samochodem. To piękny nowy model autka, co ciekawe – świeżo kupiony. Marta wysiada i zmierza do budynku w poczuciu satysfakcji i zadowolenia. Wygląda bardzo elegancko, ma piękna fryzurę i cieszy się nowym pojazdem. Podchodząc do drzwi ogląda się przez ramie na zaparkowany samochód i wtedy ze zdziwieniem zauważa, że auto samo odjeżdża z parkingu.

– Chyba zapomniałam zaciągnąć hamulec – myśli Marta z przerażeniem i biegnie do samochodu, który zatrzymuje się kilkanaście metrów dalej. Niestety on znowu rusza i jedzie kolejne kilkanaście metrów, jakby bawił się z właścicielką w wyścigi. Wtedy Marta odkrywa, że to nie kwestia hamulca, bo samochód nie stacza się na skutek nierówności. On jedzie samodzielnie w sobie tylko wiadomym kierunku.

Marta biegnie za samochodem, ale on niestety jest dużo szybszy i znika jej z pola widzenia, pomiędzy budynkami. Chciałaby zadzwonić do kogoś po pomoc, ale telefon został w aucie. Zaczepia więc stojących na chodniku ludzi i pyta, czy widzieli takie auto. Ktoś wskazuje kierunek, w którym pojechał jej samochód. Marta martwi się, czy niekontrolowany pojazd nie zrobi komuś krzywdy i podąża we wskazanym kierunku.

Dociera do budynku osiedlowego przedszkola, które znajduje się pomiędzy blokami. Nie widzi nigdzie auta, ale znowu kogoś o nie pyta. Zapytany mężczyzna zachęca ją, by weszła razem z nim do przedszkola. Tam spotykają dyrektorkę obiektu, która w pierwszej chwili nie chce z nią rozmawiać, ale potem wskazuje na stojący w kącie sali przedmiot. Marta odkrywa, że pomiędzy zabawkami stoi jej auto, przykryte jakimś materiałem, jak plandeką.

– Schowaliśmy je tutaj, żeby nikogo nie przejechało – mówi dyrektorka.

Tu kończy się sen. Nie ukrywam, rozbawił mnie, ponieważ jest dość jednoznaczny i może służyć za przykład intuicyjnej interpretacji. Pojazd, którym kierujemy, przedstawia we śnie najczęściej nasze własne życie. Pociąg i tramwaj także odnoszą się do naszej życiowej drogi. W tym konkretnym śnie samochód jadący samopas bez kierowcy oznacza lęk przed brakiem wpływu na własne życie. To tak, jakby wszystko, co nas spotyka, wyrwało się spod naszej kontroli. Lekiem na poczucie bezradności może okazać się praca z wewnętrznym dzieckiem, na co wskazuje odnalezienie auta w… przedszkolu.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Matrixie

Do jednych z najciekawszych snów należą te, które dotyczą ezoteryki i struktury wszechświata. Często zastanawiam się, czy to, co pojawia się w sennych marzeniach jest tylko pozbawioną sensu projekcją czy też składanką książek i filmów, które oglądamy? A może to rzeczywiście uchylenie kawałka zasłony skrywającej tajemnice istnienia? Jak jest w tym przypadku? Oto niezwykły sen, który wyśniła Beata.

Beata idzie z mężem i dwójką dzieci w wieku szkolnym. Idą kupić dom. Wychodzą z lasu, jakby wracali właśnie z wycieczki i widzą ładny dwupiętrowy domek w żółtym kolorze. Wpadają w zachwyt i wiedzą, że to ten dom jest na sprzedaż.

(Domek był zwykły, taka piętrowa kostka, ale Beata uświadamia to sobie po obudzeniu, we śnie wszyscy pieją wręcz z zachwytu).

Kiedy podchodzą do wejścia, Beata widzi obok drugi, jeszcze ładniejszy. Też żółty, ale z pięknymi balkonikami z ozdobnymi balustradami. Beata myśli, że tamten bardziej jej się podoba, ale wchodzą do tego pierwszego. 

Właściciele są na samej górze, bardzo sympatyczni, przyjaźnie nastawieni, gościnni. Dzieci biegną się bawić z innymi. Beata się zastanawia tylko, jak ma kupić dom, w którym ktoś jeszcze mieszka i na dodatek dopiero kończą kłaść kafelki. Trwają tam jakieś prace w łazience. 

Na wersalce leżą trzy piękne koty, w różnych kolorach. Beata je głaszcze. Jeden z kotów ma koci katar – siorbie nosem, jak człowiek. Koci katar to jedna z cięższych kocich chorób, a w tym śnie właścicielka mówi, że ten katar mu zaraz przejdzie i wszystko jest w porządku, nie ma się czym martwić. 

Właścicielka oprowadza Beatę po tym domu. Otwiera drzwi, za którymi jest szkoła dla dzieci. Potem prowadzi na dół do szpitala w piwnicy i mówi jej, że tu może pracować, jeśli zechce. Szpital normalny, jak szpital – łóżka, ludzie pod kroplówkami, a Beata może być pielęgniarką.

Potem są jeszcze inne pomieszczenia. Mnóstwo! Niemal kilka hektarów pokoi i sal – w tym jednym domku! I oczywiście jest w tym domu także mieszkanie dla Beaty i jej rodziny. Co istotne, okazuje się, że jeśli Beata tylko czegoś zapragnie, wystarczy otworzyć drzwi do odpowiedniego miejsca. Jest tu wszystko. Dokładnie wszystko.

Beata domyśla się, że coś tu nie gra, że to zbyt piękne i zbyt niezwykłe. Ukradkiem, kiedy nikt nie widzi, bierze jedną z córek za rękę i wymyka się z tego magicznego domu. Idzie do tego z balkonikami. Tamten jest normalnie urządzony. Jest w nim jakaś ładna kobieta, która wszystko wie i wyjaśnia, że ten magiczny dom, to budynek, w którym ludzie są hipnotyzowani jakimś środkiem i mają wszystko, czego pragną. Ale to iluzja. I zajmują się tym jakieś nieciekawe energie. Ta kobieta jest kimś w rodzaju Anioła. Beata jej wierzy.

Wraca do tego magicznego domu po męża i drugie dziecko. Pilnuje, żeby nie dać się omamić jakimś środkiem. Wchodząc po schodach, widzi przez okno morze i plażę. Dziwi się, a jedna z właścicielek (jest tych “opiekunek” więcej) mówi:

– Ty juz wiesz, na czym to polega. Na wyższym etapie współpracy z nami, na wyższych piętrach, jest dostęp do morza. Można spokojnie wyjść z domu na plażę i pływać.

Beata w międzyczasie “gubi” gdzieś córkę, która wymykała się z nią. Kiedy ją znajduje, zabiera ją i uciekają do tamtego domu z ozdobnymi balkonikami. Te kilka metrów, które dzieli te dwa domy, staje się odległością trudną do pokonania. Nagle obie biegną po śniegu (!), a za nimi biegną dwa demony… uciekają… W pewnym momencie Beata uświadamia sobie, że nie musi uciekać. Zatrzymuje się, odwraca i po prostu je przegania, krzycząc do nich “precz”. To skutkuje. 

Docierają do drugiego domu. Ale tam nie znajdują już Anielicy. Dom jest pusty – żadnych mebli i gołe ściany. Wchodzą na samą górę i przez okno patrzą na ten magiczny dom, w którym został mąż i drugie dziecko. Widzą setki pięter eterycznych i kolorowe energie wokół tego domu. Na samym szczycie na ostatnim piętrze formują się Anioły. Beata widzi, jak z tych kolorowych energii powstaje przepiękny Anioł z wielkimi skrzydłami, po czym frunie w kierunku tego domu, do którego uciekła. Uświadamia sobie, że także Anioły powstają w tym demonicznym (magicznym) domu i Anielica, którą wcześniej spotkała, także tam powstała.

Tu kończy się sen. Totalna magia. Tym razem bez mojej interpretacji, bo uważam, że każdy powinien sam go zrozumieć i wyciągnąć z tego swoje wnioski. Niektóre sny są prorocze, inne bardzo jednoznaczne i oczywiste. Są też sny, w czasie których wysypuje się śmietnik naszego umysłu. Bywają oczywiście też wizyty z zaświatów. Ale najważniejsze są takie sny, kiedy dostajemy dawkę duchowej wiedzy o sensie naszego istnienia. Czy to taki właśnie sen, każdy musi sam ocenić.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Duchowa harmonia

Ścieżka duchowa wymaga od nas miłości bezwarunkowej. Rozwój i podnoszenie wibracji, to pełna akceptacja kochania i nauka tej właśnie jakości. Bez miłości nie ma duchowości – pamiętajcie, bo to najważniejsza zasada pracy nad sobą. Bądźcie wrażliwi i otwarci na to, co niesie ze sobą miłość i nie dajcie się zwieść ciemnej stronie mocy.

Ziemia podnosi swoja wibrację, ale to nie oznacza dla nas samych miłych duchowych doznań, to zapowiada także nasilenie wszelkiego rodzaju testów i konieczność nauczenia się oddzielania ziarna od plew. Podczas kiedy ludzie strzelają do siebie na wojnach, dręczą zwierzęta, wycinają drzewa i plują nienawiścią w mediach, co jest dla nas jednoznaczną jakością – ciemność skrada się też po cichu pod płaszczykiem duchowych przewodników i próbuje nam zrobić z mózgu wodę. To bardzo łatwe, kiedy jesteśmy owładnięci różnymi emocjami. A tych w ostatnim czasie nie brakuje. Bo dużo się dzieje i trudno w tym wszystkim zachować pełen spokój.

Jednak w gruncie rzeczy rozpoznawanie harmonijnej duchowości wcale nie jest trudne. Wszyscy dostaliśmy serce – kochające i wrażliwe, pragnące dobra ponad wszystko. Kiedy oczyścimy się z kompleksów i potrzeby zaimponowania komukolwiek czy też z potrzeby odwetu albo utarcia komuś nosa – zobaczymy jak na dłoni, kto świeci prawdziwym blaskiem, a kto jest tylko przerdzewiałą blaszką, odbijająca resztki gasnących promieni.

Jakiś czas temu poznałam miłą i piękną nauczycielkę duchową, która pisała cudne natchnione teksty. Często bardzo mądre, czasem ciut kontrowersyjne. I właśnie na poziomie serca trochę negatywnie odbierałam jej wypowiedzi na portalu społecznościowym. Zgrzytały mi jej pozornie grzeczne, ale pozbawione miłości słowa. Kapała z nich zimna energia, której moje serce nie lubi. Któregoś dnia przypadkiem trafiłam na jej antysemicką wypowiedź. Nie uwierzyłam – przyjęłam, że to jakiś haker robi głupie dowcipy – bo widzę w ludziach przede wszystkim dobro. Okazało się jednak, że takie właśnie są prawdziwe myśli tej osoby. Pozornie duchowa i medytująca, prowadząca zaawansowane szkolenia rozwojowe, w rzeczywistości nastawiona nacjonalistycznie, antysemicko, faszystowsko… Zaplątana w najniższe energie…

Nie jest moją rolą ocenianie kogokolwiek. Ta historia ma za zadanie zilustrować tylko to, co napisałam wcześniej. Fakt, że ktoś zajmuje się „duchowym nauczaniem”, nie oznacza, że taka osoba świadomie bardziej lub mniej nie służy ciemności. W duchowych naukach, które są nieweryfikowalne, najłatwiej się skryć i najłatwiej działać, bo do duchowych nauczycieli ludzie idą po Światło. Jeśli czegoś się obawiają, to finansowej chciwości albo pychy – tylko o tym się mówi. Tymczasem to nie ma znaczenia. Nauczyciel może sobie być chciwy albo zarozumiały, jeśli umie kochać i uczy bezwarunkowej miłości, to w praktyce jego wady nikomu szkody nie przyniosą, poza nim samym. A taka jakość jak antysemityzm… jest zaprzeczeniem Wszystkiego Co Dobre. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że duchowe wzrastanie wyklucza poniżanie jakiejkolwiek nacji. Wszyscy jesteśmy Światłem, tylko nasze czyny czasem biorą się z ciemności.

Inny przykład, który bardzo mnie ostatnio rozbawił, to osoba, która głosi duże zainteresowanie duchowością i przebudzeniem, ale bez miłości bezwarunkowej. To tak, jakby mówić: “kocham deszcz, ale nie znoszę gdy pada”.  Miłość tę osobę drażni, podobnie jak pozytywne myślenie. Jej rozwój polega na czytaniu i wstawianiu na portalu społecznościowym fragmentów różnych rozwojowych poradników. Trudno ocenić, jakiego klucza używa. Przestałam się tą panią interesować, kiedy zaczęła wklejać wypowiedzi autorów z ciemnej strony mocy. Jej życie. Jej wybory. Nie po drodze mi było z niektórymi jej lekturami.

Ostatnio przypadkiem znowu zobaczyłam jej wypowiedź i zaintrygowała mnie, chociaż nie dotyczyła mnie, lecz jej znajomych. Pani ta informowała, że wyrzuca z kontaktów tych, którzy wklejają serduszka i propagują pozytywne myślenie, ponieważ kocha psychologię i poważnie traktuje duchowe przebudzenie, a to nie wiąże się dla niej z wklejaniem tekstów o Aniołach czy miłości, tylko z prawdziwym życiem. Założyła z góry, że osoby, które propagują dobro, piękno i radość – oszukują samych siebie, bo przecież prawdziwe życie to zgoła coś innego. Sądzi też prawdopodobnie, że myślenie pozytywne wyklucza pracę nad sobą.

Śmiem twierdzić, że bardzo błądzi ta osoba. Już kiedyś o tym pisałam, że praca z pozytywnym myśleniem nie zakłada ślepoty i wypierania negatywnych emocji, a jedynie jest sposobem na życie ze wszystkimi jego elementami. Z kolei wklejanie serduszek jest wygodną formą okazania komuś sympatii jednym kliknięciem. Bycie uprzejmym, okazywanie ludziom, że się ich lubi, nie jest moim zdaniem żadnym zakłamaniem. Niektórym sprawia to po prostu przyjemność i wcale nie musi być udawane. Natomiast ciągłe krytykowanie symbolu pozytywnych uczuć, jakim jest serce, trąca mi diabłem, który parska na widok święconej wody.

Pisałam wiele razy o tym, że to właśnie miłość bezwarunkowa najmocniej nas oczyszcza i zmusza do pracy nad sobą. To dzięki znajomości Prawa PrzyciąganiaAniołom i medytacjikonfrontujemy się ze swoimi cieniami. Nie wiem, dlaczego niektórym ludziom wydaje się, że uśmiechnięty i kochający innych Lightworker, to tępy błazen, który całymi dniami podskakuje z wyszczerzonymi zębami i wypiera swoje cierpienia. Moim zdaniem, to właśnie ci, którzy piszą tak, jak pani z podanego przykładu, to zgorzkniałe, pozamykane na prawdę ignorantki, które próbują racjonalizować swoje życiowe klęski. Ponieważ pozamykały serca na miłość, ich dusze cierpliwie rzucają im kłody pod nogi, by zmusić je do kochania, radości i szczęścia… A one uparcie nie chcą, dorabiając do tego swoistą filozofię… Trochę na zasadzie: “skoro nie umiem być szczęśliwa, to znaczy, że szczęście nie istnieje”.

I znowu: nie mnie oceniać, co ktoś robi ze swoim życiem i co lubi, a co odrzuca. Zainspirowała mnie ta wypowiedź do tego, aby po raz kolejny zwrócić uwagę na ludzi, którzy odżegnują się od miłości – takie osoby nie mają nic wspólnego z rozwojem. Mają z duchowością tyle zbieżnego, ile brudny piasek z kryształem… Potencjał i nic ponadto. Nie jest to ani złe ani dobre. Jest takie, jakie jest. Jeśli jednak osoba taka głośno pozuje na przewodnika w temacie przebudzenia duchowego, to nie warto jej słuchać, bo nie ma duchowości bez miłości bezwarunkowej. Jeśli kogoś rażą serduszka, anioły i pozytywne wypowiedzi, to energia tej osoby jest bardzo niska. To proste. Nic w tym złego – powtórzę – każdy jest w najlepszym dla siebie punkcie rozwoju, ale na przewodnika lepiej wybrać sobie kogoś o wyższej wibracji.

Czy chcielibyście być operowani przez przedszkolaka, czy jednak do zabiegu wybralibyście doświadczonego chirurga? Wiele osób zakłada fanpejdże o tematyce rozwojowej, mając wiedzę i doświadczenie pięciolatka, który właśnie bawi się w piaskownicy w lekarza… I głośno krzyczy: “zabieraj swoje zabawki, bo ja tu jestem prawdziwym uzdrowicielem i tylko ja wiem, co jest prawdziwe”… Z serca dziękuję niektórym za rozbawianie mnie swoimi “mądrościami”, które mogłam zobaczyć na poziomie energetycznym. Wgląd pozwala jeszcze bardziej cieszyć się życiem. Ono naprawdę jest cudownie przezabawne, kiedy widzi się sercem.

Opisuję zjawisko, nie panią – która wcale nie jest odosobniona w takiej filozofii. Sporo osób takie rzeczy manifestuje, podążając mniej lub bardziej świadomie za jakimś podszeptem. Obserwuję ostatnio krytykę nawet uznanych duchowych nauczycieli, którym zarzuca się, że wprowadzają ludzi w trans i służą… „iluminatom”… Nie drażni mnie to, ale zastanawia. Myślę, że ciemność zdwoiła wysiłki, by przejąć jak najwięcej dusz, dlatego warto umieć poruszać się w gąszczu takich ocen i mieć swoje zdanie. Najlepiej, by było ono oparte na energii serca. Wystarczy zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech i położyć energię danej osoby na czakrze serca… Od razu poczujemy, czy jej nauki są dla nas dobre czy nie. To najbardziej harmonijny sposób rozpoznania tego, co dla nas odpowiednie.

Wiele lat temu, kiedy byłam jeszcze na początku swojej ścieżki, poświęciłam sporo energii temu, aby być właściwie prowadzoną w duchowym rozwoju. Pracowałam ze swoim Wyższym Ja, medytowałam i robiłam Reiki w  intencji prowadzenia mnie do najlepszych nauczycieli, przewodników i doświadczeń. Miałam cudownego, bogatego męża, wspaniałe córeczki, nie musiałam pracować – jedyne, czego pragnęłam to Oświecenie. I wtedy też dostałam informację, że rozwój duchowy jest tym, do czego każdy człowiek ma prawo bez żadnej szczególnej łaski. Pieniądze, zdrowie czy związki są zależne od wielu czynników, natomiast o prowadzenie w rozwoju wystarczy poprosić. Poprosiłam. I widzę wyraźnie, jak zgrabnie omijam w życiu rozmaitych hochsztaplerów. Jak przez szkło powiększające wyłapuję fałsz i pseudoduchowych guru, a moja czakra serca błyskawicznie reaguje na niskie energie. Skoro ja mogę – to może każdy.

Warto poprosić o takie prowadzenie, chociażby po to, by unikać dziwnych przewodników, wiodących na manowce. A także po to, by nie tracić czasu na czytanie niewłaściwych autorów, węszących wszędzie teorie spiskowe. Można też nauczyć się słuchać prawdziwego siebie. Nie tego wystraszonego, zakompleksionego i zazdrosnego, który odwraca się od prawdy, kiedy jest dla niego niewygodna. Tylko tego, pełnego miłości, który umie oprzeć się na swoim sercu i rozpoznać prawdziwe Dobro i prawdziwe Światło.

Bogusława M. Andrzejewska

Czas

Dla wszystkich niemal to zjawisko liniowe. Wyraźnie odróżniamy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, skupiając się najmocniej na chwili obecnej. Ten moment, w którym właśnie jesteśmy wydaje się najważniejszy. To on tworzy nasze jutro i tylko teraz możemy w określony sposób ukształtować to, co nadejdzie. Nie warto zamartwiać się tym, co jeszcze nie miało miejsca. Lepiej dla nas świadomie tworzyć swoją przyszłość pozytywnymi wyobrażeniami.

Z kolei przeszłości pozornie nie można zmienić. Bywa czasami tak, że zastygamy w minionych wydarzeniach i nie umiemy wybaczyć sobie popełnionych błędów, kręcąc się w kółko w myślach o tym, co można było zrobić inaczej. Poczucie winy lub żal niszczy naszą energetykę i przyciąga rozmaite dolegliwości. Niepotrzebnie. Kiedyś byliśmy inni niż dzisiaj i podjęliśmy decyzję najlepszą na dany moment. Nie można było inaczej, po co więc się martwić i rozpamiętywać? Czasem najłatwiej byłoby zapomnieć. Postawić grubą kreskę, odciąć się od tego, co minęło i powiedzieć: „niech to pozostanie w przeszłości”.

Temat czasu przypłynął do mnie spontanicznie, kiedy na urlopie trafiłam na dziwnych sąsiadów, słuchających w kółko muzycznych kawałków sprzed pięćdziesięciu lat. Okazało się, że stare piosenki otworzyły dawno pozamykane w umyśle zakładki. Takie, których nie spodziewałam się zobaczyć. Harcerska piosenka „Płonie ognisko i szumią knieje” przywołała inną o akacji i przez dobrych parę godzin zapomniane słowa wraz z muzyką kręciły się w kółko po mojej głowie. Gdybym podążyła tym śladem, pewnie wydobyłabym na wierzch także obrazy z młodości i harcerskich zlotów, na których w akompaniamencie gitary śpiewaliśmy w uniesieniu charakterystyczne pieśni.

Nie otworzyłam tej zakładki. Zdecydowałam, że wolę zanurzyć się w dzisiejszym słońcu, zapachu nagrzanej trawy i sosnowych igieł. Nie dlatego, że te wspomnienia nie są dobre. Są. Ale dlatego, że jestem świadoma wagi różnorodnych doświadczeń. Warto sięgać ciągle po nowe i wzbogacać siebie samego chwilą obecną. Nawet najpiękniejsze wspomnienia nie zastąpią tego, co może się wydarzyć. Ale, aby tego doświadczyć, trzeba z pełną otwartością przyjąć dzisiejszy dzień. Gdybym ciągle tkwiła w zachwycie nad moją pierwszą miłością, odebrałabym sobie samej szczęście kochania kolejnego chłopaka. Nie mogłabym też w pełni cieszyć się miłością mojego męża, która dzisiaj jest dla mnie największa i najlepsza.

Przeszłość żyje w nas, w tych wszystkich zakładkach i w każdej chwili możemy doń zajrzeć, uśmiechnąć się z rozrzewnieniem i westchnąć, że to był dobry czas. Jest jak książka, w której trzymamy zasuszone kwiaty, by raz na jakiś czas ująć je w dłoń, powąchać i na ułamek sekundy przywołać minione chwile. Potem jednak wracamy do tu i teraz, aby tworzyć nowe wspomnienia i zbierać kolejne kwiaty.

Dla mnie każda chwila jest bezcenna, bo każda mnie wzbogaca przynosząc to, co w tym momencie jest mi najbardziej potrzebne. Zdarzenia i uczucia, które miały miejsce dwadzieścia lat temu, wtedy były ważne. Bo wtedy było tamto „dzisiaj”. Obecnie mogą być nieaktualne, właśnie dlatego można z je z uśmiechem wspominać, ale nie warto zawieszać się energetycznie w przeszłości. Wystarczy zauważyć, że pewne sprawy dzisiaj postrzegamy inaczej niż kiedyś i inaczej reagujemy. To najczęściej efekt odrobionej lekcji. Wiem, że wszystko przychodzi w odpowiednim czasie.

Nic się nigdy nie powtarza, jak pisała nasza noblistka. Wydarzenia pozornie takie same różnią się, jak dwa spojrzenia, dwa pocałunki, dwa uderzenia w tą samą piłkę. Wspominając miło spędzony wieczór ze znajomymi, możemy umówić się w tym samym miejscu i w tym samym gronie, ale to będzie nowe doświadczenie. Będzie lepsze lub gorsze, ale przede wszystkim będzie inne. Rozumieją to sympatycy sportu, obserwując zmagania swoich ulubieńców. Mecz tej samej drużyny siatkówki z tym samym przeciwnikiem za każdym razem przebiega inaczej, bo … nic dwa razy się nie zdarza.

Niezmiennie fascynuje mnie fakt, że jakaś cząstka w nas doskonale wie, co wydarzy się kiedyś. Oto historia z życia. Ania, będąc nastolatką, często słuchała muzyki. Kiedyś zmęczona zaczęła na siedząco drzemać i przyśniło się jej, że wpada w jakieś błoto. Zaczęła wołać: Red, Red, pomóż. I chociaż po chwili się obudziła, wiedziała, że ów Red ją uratował. Nikogo takiego nie znała. Po kilku latach wyszła za mąż. Trafiła na pijaka, który bił ją przy każdej okazji. Któregoś dnia, kiedy rzucił się na nią z nożem, zasłonił ją kolega. Obezwładnił pięścią damskiego boksera i zabrał Anię do swoich rodziców. Ania nigdy więcej  nie wróciła do męża, szybko wystąpiła o rozwód. Dzielny obrońca miał na imię Radek. Znajomi wołali na niego Red, ponieważ był rudy.

Wszyscy znamy podobne historie, których nie można wytłumaczyć świadomym programowaniem umysłu. Myślę też, że każdy sam na sobie doświadczył, że czasem spontanicznie potrafi zobaczyć, co się wydarzy. Chociażby we śnie. Potwierdza to, że czas wcale nie jest liniowy, lecz wszystko dzieje się teraz. W tym momencie. Dlatego umiemy przewidywać przyszłość, bo wcale nie prognozujemy, ale widzimy to, co już jest. Teraz, ale w innym wymiarze. Zaglądamy za zasłonę i tyle. I dlatego tak trudno chwilami uwolnić się od doświadczeń przeszłości, bo wszystko odbywa się w tej jednej magicznej chwili, która właśnie trwa.

Ostatnio czuję się tak, jakby czas znacznie przyspieszył. Zanim dzień zacznie się na dobre, już zapada zmierzch, a nie zrobiłam nawet połowy tego, co zaplanowałam. Złudzenie? Czy zmiana wibracji? Można się zastanawiać, czemu niegdyś czas leciał wolniej, a można też przyjąć to jako charakterystyczną cechę zmian, które zachodzą na Ziemi. W pewien sposób czas się rozpuszcza i znika, jest go więc jakby mniej. Mniej przeszłości z rozmaitymi traumami, bo zaczynamy je zapominać. Mniej przyszłości, a co za tym idzie mniej lęków o jutro. Coraz więcej w nas chwili obecnej, tego magicznego i pełnego mocy „dzisiaj”.

Można też zauważyć względność naszego odczuwania i dostrzec, że szybciej leci na cudownych wczasach pod palmą, a wolniej na dentystycznym fotelu. Przede wszystkim jednak warto wykorzystać moc umysłu i zaprogramować wszystko korzystniej, powtarzając, że mam czas na wszystko, co kocham i co pragnę zrobić. To zawsze działa, bez względu na zmiany zachodzące na Ziemi.

Bogusława M. Andrzejewska