Przebudzenie 9

Duchowość jest obecnie dość modna. To oznacza niestety, że oprócz ludzi, którzy podążają prawdziwą ścieżką serca, spotkamy mnóstwo nadmuchanych joginów. Nadmuchanych czyli sztucznych. Spotkać ich można wszędzie  na każdym kursie i w każdej szkole ezoterycznej. Bywają także na praktykach medytacyjnych, ponieważ muszą uzbierać odpowiedni komplet dyplomów do powieszenia na ścianie. Sama wydaję dyplomy, nie mam więc nic przeciwko certyfikatom, natomiast nie jestem zwolenniczką rzekomej ścieżki duchowej. Z łatwością też odróżniam prawdziwą Duchowość od „duchowości”. Czuję to bardzo wyraźnie i bez cienia wątpliwości.

Może to odróznić każdy. Nie potrzeba do tego specjalnych zdolności. Wystarczy odrobina logiki i uważne przyjrzenie się drugiej osobie. W zasadzie nie chodzi mi tutaj o jakiekolwiek osoby, bo ktoś kto udaje i siedzi po uszy w „duchowości” zamiast w Duchowości, szkodzi przede wszystkim sobie. Bardziej chodzi mi o zjawisko, bo takie zachowanie wystawia też świadectwo ścieżce rozwoju. Oszołom biegający z wahadełkiem i liczący głośno, że ma parę milionów visów zniechęca ludzi do pracy nad sobą. „Nie chcę być takim czubem”  mówią do mnie znajomi.  „Ta cała duchowość to cyrk na kółkach”. I trudno im zaprzeczyć. Dlatego dzisiaj proste wskazówki, jak odróżnić ziarno od plew.

Nadałam tym dwóm ścieżkom cechy ludzkie, opisałam jak adeptów. Ale podkreślę bardzo wyraźnie, że w istocie nie opisuję żadnego człowieka. Opisuję tu dwa rodzaje rozwoju. To pewne stereotypy. Myślę też, że to zróżnicowanie bierze się przede wszystkim z lektur oraz z towarzystwa, jakie sobie wybieramy. Jeśli zatem spotkamy ludzi, którzy tak właśnie postępują, to już wiemy, co dadzą nam ich nauczyciele i książki, które czytają. To troszkę tak działa. Aczkolwiek nie w stu procentach, bo wielu uczniów odchodzi od swoich nauczycieli bardzo daleko.

Charakterystyczne cechy adepta nadmuchanej, czyli sztucznej „duchowości”.

  1. Skupia się na teorii. Biega na kursy, zbiera dyplomy, zawiesza nimi ścianę i popisuje się przed innymi. Nie urzeczywistnia niczego. Medytuje na pokaz. Mebluje gabinet na pokaz. Wypisuje piękne zdania, które nijak się mają do jego prawdziwych poglądów.
  2. Bardzo zadziera nosa i przy każdej okazji próbuje przekonać innych, że jest najbardziej rozwinięty w całej Polsce albo i na świecie. Biega z wahadełkiem i OCENIA nim ludzi. Sam ma  rzekomo miliony visów. Jest archaniołem wcielonym. Jest Mesjaszem i Zbawicielem.
  3. W relacjach z innymi bywa nieprzyjemny. Nie urzeczywistnia szacunku dla istot czujących, częściej poniża i obgaduje niż docenia. Nie chce pomóc chorej osobie, aby nie zaniżyć sobie energii. W ogóle nie lubi się zadawać z chorymi i biednymi, bo to niskie energie. W życiu rozpycha się łokciami.
  4. Krytykuje, narzeka, straszy, jęczy. Mówi o marności świata i ciemnocie „ziemniaków”, którzy nie chcą się rozwijać. Gardzi ludźmi, którzy mają inne poglądy. Uwielbia teorie spiskowe i z radością dzieli się takimi treściami. Najbardziej cieszy go opluwanie uznanych autorytetów duchowych, takich jak Dalaj Lama czy Eckhart Tolle.
  5. Jeśli pracuje z innymi, podkreśla wagę bólu, grzechu i cierpienia, ściągając tym energię. Podkreśla, że droga duchowa jest bardzo trudna i tylko dla wybranych. Straszy, że trzeba się spocić, zanim się cokolwiek osiągnie.
  6. Manipuluje emocjonalnie pacjentem (klientem), aby ten czuł się przy nim jak proch marny. Zazdrośnie strzeże swojej pozycji guru, ogrzewając się w pochwałach uczniów i klientów.
  7. Wystarczy spojrzeć na jego twarz lub zdjęcie i widać od razu szarą, mętną osobowość, która może wydawać się nieco odpychająca, kiedy przed spojrzeniem wejdziemy w Pole Serca. W zasadzie średnio wrażliwa osoba nie chce więcej mieć z kimś takim kontaktu.

– Wśród pseudoduchowych adeptów może być też osoba, która otwarcie krytykuje duchowość i uważa, że to ucieczka od problemów w iluzje. Uważa, że tylko cierpienie jest drogą, a duchowe ścieżki ze szczególnym naciskiem na miłość bezwarunkową i pozytywne myślenie to bzdury. Najczęściej to fan spiskowych teorii.

Charakterystyczne cechy osoby praktykującej Duchowość.

  1. Kończy szkolenia, aby w praktyce wykorzystać wiedzę – do zabiegów reiki, do sesji metodami kwantowymi, do analiz numerologicznych… itp. Pomaga innym, z całych sił stara się zmieniać świat na lepszy, zaczynając od siebie. Dyplomy służą mu do uwiarygodnienia kwalifikacji.
  2. Jest skromny. Więcej czasu poświęca na pracę z ludźmi niż na reklamę. Cały czas się uczy i rozwija, bo wie, że rozwój trwa do oświecenia i ani minuty krócej. Nie sprawdza wahadłem swojego poziomu, bo stan swojej energetyki rozpoznaje w sposób naturalny dany każdemu. I wie, że ile by nie było, trzeba dbać o swój poziom i nadal go podnosić.
  3. Kocha wszystkich miłością bezwarunkową i dostrzega w każdym człowieku Światło. Nie ocenia. Nie potępia. Pokazuje, co i jak można uzdrowić. Idzie tam, gdzie najwięcej biedy i cierpienia, aby dzielić się wiedzą, mocą i energią. Wie, że nikt i nic nie jest w stanie zubożyć go energetycznieim więcej da, tym więcej napłynie.
  4. Myśli pozytywnie i cieszy się życiem. Potrafi zachwycić się śpiewem ptaków lub tęczą w kałuży. Dostrzega wszędzie dobro i harmonię, więc nie uznaje spiskowych teorii. O każdym powie coś dobrego. Bez gniewu wytłumaczy człowieka, który zrobił coś niewłaściwego. Z zachwytem rozpoznaje Istoty o wysokich energiach.
  5. Pracując z innymi, prowadzi ich ścieżką sercapozytywną, pełną dobra, wybaczenia, radości i nadziei. POCIESZY każdego i każdemu podniesie samoocenę, chwaląc i motywując do pracy nad sobą. Zapewnia, że do rozwoju wystarczy kochać, a to potrafi każdy z nas.
  6. Widzi w każdym Dobro i przypomina„każdy z nas już jest oświecony, za chwilę, to zobaczysz.” Cieszy się sukcesami swoich uczniów, jest z nich dumny, pozwala im przerastać siebie i poleca ich klientom.
  7. Świeci. Lśni. Promieniuje. Ludzie lgną do niego i jego energii, ponieważ przy nim lepiej się czują.

– Bywają też osoby, które nie utożsamiają się z duchowością, ale nieświadomie podążają jej najpiękniejszą ścieżką. Są dobre, kochające, życzliwe, serdeczne i roześmiane. Myślą pozytywnie i wypełniają świat radością. Są cudownym Światłem, które wznosi wibracje świata.

Myślę, że to takie najważniejsze elementy, dzięki którym można zobaczyć, czym różni się rozwój od udawania. Na pewno jednak nie wyczerpałam wszystkich opcji. To dość trudne wejść na chwilę w buty takiego nadmuchanego jogina i zobaczyć jego priorytety. Rzadko widuję takich ludzi, nie przyciągam ich już od dawna, tylko słyszę od innych osób o wydarzeniach i zachowaniach, których doświadczyli.

Natomiast tak naprawdę nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, co tam ktoś sobie robi, co wiesza na ścianach i w co wierzy. Napisałam to wszystko po to, aby po raz kolejny przekazać, że duchowa ścieżka jest cudowna, prawdziwa i skutecznie uzdrawia, jeśli jest oparta na miłości. Nie potrzebujemy żadnych wydumanych książek i teorii do rozwoju, bo każdy z nas jest już oświecony. Tu i teraz. Wystarczy to w sobie zapalić jak lampę. Nie potrzebujemy wahadełek, dyplomów, skomplikowanych hipotez, bo to wszystko tylko utrudnia dostrzeżenie w sobie Światła.

Nie potrzebujemy nic, tylko samych siebie. Budda osiągnął oświecenie medytując pod drzewem dopiero wówczas, kiedy zrezygnował ze wszystkich religijnych nurtów, które wcześniej  wiele lat testował. Nie miał nic poza własnym umysłem. Dlatego prosty pasterz kóz z łatwością osiąga tęczowe ciało, bo ma tylko kochające serce i praktykuje dobroć. Kiedy zaczynamy kombinować i czytać kontrowersyjne książki, zaczynamy też teoretyzować i ściągamy sobie w dół energię. A  jak już pisałam  każdy ma w sobie doskonały kompas i każdy sam umie rozpoznać, co nas naprawdę wznosi. Korzystajmy z tego, korzystajmy z własnych mocy. Nie rezygnujmy z intuicji, bo ona potrafi od ręki wykluczyć wszystkie ślepe uliczki.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Sen o Mistrzu

Tym razem chciałam opisać swój własny sen. Śniłam go dawno, około 16-17 lat temu. Pamiętam jednak ten sen ze wszystkimi szczegółami, bo był inny niż wszystkie. Ale wiem też, że była to prawdziwa wizyta mojego Mistrza. Nie umiem klarowniej wyjaśnić, po czym poznać, że to nie figle podświadomości, lecz właśnie prawdziwe odwiedziny. To się po prostu wie. Jestem też pewna, że każdy w swoim sercu poczuje, kiedy tego sam doświadczy, że to nie tylko sen, ale prawdziwy kontakt z określoną istotą, która w ten sposób dociera do naszej świadomości. A przecież wszyscy wiemy, że właśnie nasze sny mogą być tą piękną przestrzenią, do której mają dostęp energie z wyższych poziomów.

Śniłam ten sen mniej więcej dwa lata po intensywnych praktykach w buddyjskim klasztorze. Uwielbiałam swojego Nauczyciela i pilnie wdrażałam otrzymane przez niego nauki. Mój szacunek połączony był z ogromnym dystansem i respektem. Nie chcę pisać, że bałam się Mistrza, bo przy nim czułam się najszczęśliwsza i najbardziej bezpieczna. Jednak nie miałam odwagi, by nie proszona podejść blisko. To była potężna oświecona istota ukryta w ciele schorowanego staruszka. Od dawna rozpoznaję energie i energetyczne poziomy. To, co przy Nim czułam, jest trudne do opisania. To taka energia, która jednym ruchem palca może wywołać tornado i zmieść z powierzchni Ziemi całe miasto. Oczywiście żaden nauczyciel buddyjski nie robi takich rzeczy, to istoty pełne miłości i współczucia. Ale ja wiedziałam, co potrafi, ile w nim niezwykłej mocy… Pogromca demonów, potężny mag i człowiek, który ruchem ręki zatrzymywał deszcz. Stąd respekt, który trudno z czymkolwiek porównać. I te same uczucia podziwu, szacunku i miłości do Mistrza były w moim śnie.

Śnię, że jestem na wykładzie mojego Nauczyciela. Z szacunkiem i uwagą słucham tego, co tłumaczy. Mówi o rozwoju duchowym, o wzrastaniu, o praktyce. Wszyscy siedzimy w starych ławkach w małej szkolnej sali na poddaszu. Jest nas może dwadzieścia osób, nie więcej.

W pewnym momencie mój Mistrz wywołuje mnie i prosi, żebym go zastąpiła i poprowadziła wykład. W tym śnie mam pełną świadomość i wiedzę o tym, że na ścieżce buddyjskiej jestem początkująca. Na sali na pewno są praktykujący z większym stażem i doświadczeniem. Ja nie posiadam wystarczającej wiedzy. Wstaję i nieśmiało szukam wyjaśnienia wiedząc, że przede mną stoi istota oświecona, która przecież wszystko na mój temat wie…

Mój Mistrz zapewnia mnie, że jestem wystarczająco gotowa i wyjaśnia, że nie oczekuje ode mnie przekazywania nauk buddyjskich, lecz nauczania wiedzy duchowej, takiej związanej z rozwojem, prowadzącej do oświecenia. Przyjmuję to z radością, bo bardzo lubię prowadzić szkolenia i wiem, że jestem w tym dobra. Zaczynam wykład o duchowej wiedzy, stojąc w tym samym miejscu, w którym poprzednio siedziałam – ze swojej ławki.

Tymczasem mój Mistrz znika mi z pola widzenia, jakby się schował. Zaniepokojona zaglądam za pierwsze rzędy ławek i widzę, że siedzi na podłodze i się rozpuszcza. Dosłownie tak, jak bryłka z lodu, kiedy znajdzie się w ciepłym miejscu – rozpuszcza się, staje coraz mniejsza, a kałuża wokół powiększa się…

Kiedy zachwycona opowiedziałam ten sen swojemu przyjacielowi, ten ze smutkiem stwierdził, że nasz Rinpocze uprzedził mnie o swojej śmierci. Nie chciałam w to wierzyć, ale rzeczywiście – w buddyzmie rozpuszczanie się jest dość jednoznaczne. Tak się przejęłam, że wyrzuciłam z pamięci całą resztę tego snu. Wkrótce potem mój Kochany Mistrz zmarł, potwierdzając senne proroctwo, a ja to bardzo przeżyłam. Czułam się jednocześnie wyróżniona, że należałam do nielicznych osób, które o tym zawiadomił przed czasem, kiedy jeszcze nikt tego nie oczekiwał.

Od tamtej pory prowadzę szkolenia i konsultacje, piszę książki i artykuły o duchowości, chociaż zupełnie wyrzuciłam z pamięci cały sen i jego sens. Teraz dopiero przypomniałam sobie to ważne przecież dla mnie przesłanie. Skupiona na śmierci Nauczyciela zapomniałam, że wyznaczył mnie na swojego zastępcę. Oczywiście w linii buddyjskiej mój Mistrz ma swoich spadkobierców i nauczycieli, którzy prowadzą dalej jego nauki. Ja – podobnie jak w tym śnie – nauczam ze swojego miejsca w ławce. Tam gdzie jestem, kontynuuję Jego pracę. Dzisiaj zobaczyłam dodatkowy sens swojego działania – wypełniam powierzoną mi wiele lat temu rolę. I cieszę się, że chociaż nie myślałam o tym śnie, realizowałam to wszystko, co powinnam.

Przyszła też do mnie nieuchronnie taka refleksja, że niskie poczucie wartości nie dopuszcza do nas myśli, że możemy być godni zastępować oświeconą istotę. Wiem doskonale, że część mnie wyparła ten element snu, bo… gdzież taka marna kobietka mogłaby być namaszczona przez Wielkiego Rinpocze do prowadzenia nauk? Gdzież mi do Oświeconej Istoty, która jednym ruchem ręki zatrzymuje deszcz?

Jednak jestem namaszczona… To się zadziało. A ja przecież jestem świetnym nauczycielem i ja także – jak mój Kochany Rinpocze – inicjuję ludzi, dając im doskonałe narzędzia rozwoju wewnętrznego. Dzisiaj jestem gotowa powiedzieć głośno, że jestem dobra w tym, co robię i pięknie kontynuuję dzieło wspaniałego oświeconego Mistrza, który uczył ludzi współczucia i bezwarunkowej miłości.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia Światła

W gruncie rzeczy sprawa wydaje się zupełnie prosta: albo jesteśmy po stronie Światła albo po tej całkiem drugiej. Do pierwszej zaliczamy wszystkie myśli i czyny wypływające z dobroci, życzliwości, współczucia, łagodności czy też zwykłej mądrości. Najczęściej prowadzi nas tą drogą liczenie się z innymi, z ich uczuciami. Spontanicznie podążamy taką ścieżką wtedy, kiedy nasza energia jest wysoko. A każdy przecież może o to dbać – narzędzia podnoszenia energii są nieskomplikowane. Pisałam o nich tutaj, ale piszę też w wielu innych miejscach na tej stronie. Oznacza to, że jeśli tak wybierzemy, to jesteśmy w stanie utrzymać tę energię wysoko.

Znam wiele osób, których działania i myśli są właściwe i tworzą te piękne zasługi, pomimo że osoby te nawet nie maja pojęcia o poziomach energetycznych. Tak po prostu zostały wychowane przez innych dobrych ludzi. Pomagają, współczują i odnoszą się życzliwie do każdej czującej istoty, bo wiedzą, że tak trzeba i nie wyobrażają sobie, że można inaczej. Światło jest ich naturalną częścią.

Druga strona – ta ciemniejsza – wyrasta z negatywnych emocji: zazdrości, agresji, pogardy, nienawiści, żalu i potrzeby zemsty. W gruncie rzeczy wyrasta z lęku, bo każda trudna emocja odżywia się lękiem. W niektórych ścieżkach filozoficznych demony to właśnie tego typu emocje. A zatem nie jakieś diabły czy inne rogate stwory, które mieszają nam w głowach, tylko coś takiego jak zawiść czy gniew, którym dajemy posłuch i robimy rzeczy niegodne człowieczeństwa. Tak czy owak ciemna strona mocy żywi się negatywnymi przekonaniami. Zatem przejście na stronę Światła to przede wszystkim umiejętne zarządzanie emocjami.

Druga istotna przyczyna wejścia w ciemność to niskie poczucie wartości. Niejednokrotnie zdumiewa mnie, jak bardzo nieadekwatnie reagują zakompleksione jednostki, ile niepotrzebnej agresji albo żalu wylewa się w odpowiedzi na niewinne i całkiem życzliwe zwrócenie uwagi lub na zwykły żart. Niskie poczucie wartości jest ziejącą raną w człowieku, która piecze i pali w reakcji na większość wypowiadanych słów. Nawet dobre intencje bywają niedostrzegane prze kogoś, kogo samoocena jest na wysokości podłogi. A stąd już krok do awantury i piekła. Zatem drugi niezbędny warunek podążania drogą Światła to samoakceptacja.

W praktyce ludzie rzadko kiedy są jednolici. Życie stawia przed nami tysiące wyzwań i skomplikowanych lekcji. Czasem wybieramy zgodnie ze Światłem, czasem zdarza nam się przejść kilka kroków ciemniejszą stroną. Są też osoby, które kierują się głównie adrenaliną, egoizmem i działają bardzo negatywnie. Nie możemy ich oceniać, tym bardziej, że rzadko kiedy wiemy, co naprawdę skłoniło człowieka do określonego zachowania. Jak mówią mądrzy nauczyciele: aby kogoś osądzać, musielibyśmy przejść wiele kilometrów w jego butach.

Możemy jednak obserwować i wyciągać wnioski. Uczymy się przecież także przez baczne przyglądanie się życiu. A dzięki takiej obserwacji możemy sami uniknąć pewnych błędów lub uchronić od nich własne dzieci czy przyjaciół. Czasem nasza dusza wybiera taką właśnie ścieżkę i stawia tuż koło nas despotę, kata czy egoistę, abyśmy wyraźnie zdecydowali: „nie chcę być takim i nigdy tak nie postąpię”. Bezpośrednie doświadczenie okrucieństwa przychodzi do nas właśnie po to, byśmy umiejętnie dokonali wyboru. Czasem rozumiemy lekcję, rozwijamy asertywność i decydujemy żyć dokładnie odwrotnie niż znany nam kat. Czasem jednak powielamy ten sam schemat, odpłacając innym przemocą za doznane krzywdy.

Jesteśmy Światłem. Harmonijna ścieżka to zawsze ta rozświetlona miłością i dobrocią, bo taka jest nasza prawdziwa natura. Nawet jeśli zemsta smakuje słodko, to jedynie przez chwilę, potem zamienia się w smak popiołu. Opada adrenalina i uświadamiamy sobie mniej lub bardziej, że jesteśmy Jednością. Cokolwiek zrobimy innej istocie, robimy sobie samemu. Człowiek bardziej wrażliwy wręcz czuje cierpienie innych – jestem więcej niż pewna, że wiele osób czytających te słowa zwija się z bólu, kiedy widzi jak ktoś rozcina sobie rękę do krwi. Podobnie reagujemy na widok zwłok przejechanego na ulicy psa. Jak zatem można świadomie zadawać cierpienie innym?

Najczęściej robimy to nieświadomie. Ponoszą nas emocje albo kompleksy. A potem często racjonalizujemy swoje zachowanie dorabiając hydrze głowę, której wcale nie posiadała. Czyli nakręcamy się i zasilamy gasnącą złość czy zawiść. Wszystko po to, by bronić się przed wstydem i poczuciem winy. Wstyd okropnie boli, więc zamiast zapaść się pod ziemię, tłumaczymy sami siebie. Warto zdawać sobie z tego zjawiska sprawę i jeśli już zachowaliśmy się głupio – wyhamować, krzyknąć do siebie „STOP!” dużymi literami, a potem powiedzieć: „przepraszam, nie chciałem cię zranić, po prostu jestem dzisiaj rozdrażniony…”. I po problemie.

Niestety to jest bardzo trudne dla tych o niskiej samoocenie. Bo jak przepraszać kogoś, kto nasypał nam soli na ranę! Niskie poczucie wartości nie umie wybaczać i nie chce wybaczać. Chce jak lew walczyć o swoją rację, żeby udowodnić całemu światu swoją wartość: „nie pozwolę, żeby on mi…! Nie dam sobie…! Gdzie on mi tu zajeżdża, mnie się tego nie robi! Za kogo on mnie ma?!” Klasyczna histeria zakompleksionej istoty. Tymczasem miłość do siebie nie obraża się na nikogo i na nic. Kochanie siebie jest ponad wszelką krytyką – wie, że jesteśmy doskonali, a to co mówią inni, to tylko ich słowa. Niech sobie mówią, nic mnie to nie obchodzi. Tak działa Światło.

Na koniec przypomnę raz jeszcze, że do Światła i Miłości każdy ma dostęp. Wystarczy wybrać właściwą ścieżkę – pokochać siebie i nie pozwolić, by rządziły nami emocje. To proste – uwierzcie. I warto pamiętać, że nie potrzebujecie żadnego pośrednika na tej ścieżce. Możemy skorzystać z pomocy psychologa, terapeuty lub coacha, ale nikt nas nie musi inicjować w Miłość czy Światło, ponieważ to nasza prawdziwa natura. Można uczyć się różnych metod: Dwupunktu, Theta Healing czy Reiki, ale nie musimy nikogo prosić, by dał nam dostęp do tego, co jest nasze.

Dla ułatwienia podaję prosty przepis na samodzielne pobieranie wszystkiego, czego potrzebujecie. To prosty schemat, którego używam od wielu lat ze znakomitym skutkiem – możecie go dowolnie zmienić, dopasowując do własnych potrzeb. Możecie z niego korzystać każdego dnia bez żadnych opłat, bez zastrzeżonego znaku towarowego (chociaż sama go wymyśliłam) i ze świadomością, że macie do tego prawo bez niczyjej zgody.

Usiądźcie z wyprostowanym kręgosłupem, stopy płasko, uziemienie – można też stać. Rozłóżcie ręce na boki w geście przyjmowania. Głęboko nabierzcie powietrza, powtarzając w myślach: „proszę o energię z Najwyższego Źródła”. Spokojny wydech. Powtórzcie trzy razy. To wszystko. Każdy z nas jest Światłem i może je przywołać w dowolnym momencie, odwołując się do swojej naturalnej boskiej cząstki.

Bogusława M. Andrzejewska 

 

Sen o zdradzie

Sny są magiczną księgą wiedzy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Pokazują nasze lęki, kompleksy, efekty minionych przeżyć, wspomnienia dobre i złe. W oparciu o pracę ze snami można poprowadzić terapię psychologiczną, dzięki której uleczymy traumatyczne problemy wyparte ze świadomości.

Sny pokazują też chwilę obecną, co jest jak najbardziej zrozumiałe. Jednakże jak można wyjaśnić fakt, ze w snach odnajdujemy sytuacje, które dopiero mają się wydarzyć? W jaki sposób sny sięgają do informacji, których nie ma i nie może być w naszej świadomości czy podświadomości? Jeśli ktoś ma w odległym mieście chorą matkę i w każdej chwili spodziewa się złych wieści, to proroczy sen uprzedzający to wydarzenie można jakoś uzasadnić. Gdzieś w głębi umysłu tej osoby czai się lęk. Jest tam też podświadome oczekiwanie tych wieści, których być może świadome myśli przyjąć nie chcą. Jak jednak wytłumaczyć historię jednej z moich klientek, która wydarzyła się naprawdę…

To było zgodne, normalne małżeństwo. Przeżyli od ślubu 10 lat, mieli dwoje dzieci. Kłócili się nie za często, kochali nie za rzadko. Któregoś dnia Ona ma sen… W tym śnie widzi swój dom, wchodzi do niego, a w środku sufit wali się na głowę jej i dzieciom. Przykry sen. Na drugi dzień znowu ma sen… Tym razem stoi na wzgórzu ze znajomymi i patrzy w dolinę. W dolinie jej dom płonie. Obok krzątają się strażacy, próbują ratować, ale z domu zostają zgliszcza.

Mija pięć dni i Ona znowu ma dziwny sen. Tym razem śni jej się mąż, który siedzi na krześle i trzyma na kolanach młodą dziewczynę. Obejmują się, dziewczyna go całuje. Ona w tym śnie szarpie męża za rękaw i prosi, aby przestał obejmować tę dziewczynę, żeby zeszła mu z kolan. Mąż jest głuchy na jej słowa. Ona prosi i płacze, powtarza, że to sprawia jej ból, bo przecież nie może bez niego żyć. Tymczasem obok pojawia się jakiś wysoki mężczyzna, staje za Nią i mówi, żeby przestała płakać, mówi też, że ją kocha i próbuje ją odciągnąć od męża. Ona nie zwraca uwagi na tego człowieka, kuli się z płaczem w kącie. Nagle czuje, jak mąż ją dotyka, przytula i mówi: „chodź, już sobie poszli, jesteśmy sami”.

Obudziła się rano spłakana. Fizycznie czuła swoją rozpacz, ale kiedy uświadomiła sobie, że to „tylko” sen, roześmiała się. Chciała opowiedzieć go mężowi, ale nie było go w domu, został na noc w pracy. Wieczorem tego samego dnia, mąż wrócił i powiedział  Jej, że odchodzi od niej do młodszej o 15 lat kobiety. Tak sprawdziła się prorocza część o domu, który runął (spłonął) i o zdradzie.

To jednak nie koniec historii. Pół roku później Ona poznaje wysokiego mężczyznę, który zakochuje się w Niej i powtarza jej to bardzo często. Nie mogła we śnie zobaczyć jego twarzy, bo kiedy śniła, nie znała go. Jednak ten romans nie układa się, Ona nadal kocha męża. To też nie koniec. Po trzech latach perypetii godnych prawdziwego brazylijskiego serialu, Ona i mąż wracają do siebie. Zaczynają wszystko od nowa…

Kiedy pierwszy raz usłyszałam tą historię, nie znałam jeszcze zakończenia. Wiedziałam, że sprawdziła się część snu oraz dwa pierwsze – symboliczne. Byłam jednak pod wrażeniem sceny zdrady, w której zgadzał się nawet wiek konkurentki. Po pół roku sprawdziła się dalsza część, jeszcze później reszta, włącznie z ostatnim sennym akcentem. Zastanawiam się, skąd w tym śnie tak odległa prognoza? Skąd informacje o zdradzie, której bohaterka w ogóle nie podejrzewała? Miałam tu zamiar napisać : „o której bohaterce w ogóle się nie śniło”… Paradoks. Właśnie wszystko się wyśniło…

I jeszcze jeden przykład. Dwoje młodych ludzi. Zamierzają się pobrać. On czasem wyjeżdża w góry – lubi się wspinać z kolegami, Ona zostaje w mieście, ponieważ ma pracę, która nie pozwala Jej na wyjazdy z ukochanym. Któregoś dnia Ona ma sen… Jest w górach, w schronisku. Rozmawia ze znajomymi, grzeje dłonie przy ogniu. Potem idzie szukać swojego chłopaka, który został w pokoju na górze. Wchodzi i zastaje go w czułym uścisku z jakąś dziewczyną w okularach. Na jej widok odskakują od siebie i widać, że to coś więcej niż pocałunek…

Ona budzi się rano i stwierdza, że jest po prostu zazdrosna, a jej lęki prowadzą do takich snów. Myśli też, że kiedy kogoś czeka egzamin, to ten egzamin też mu się śni i nie zawsze w sposób pozytywny. Po kilku dniach On wyjeżdża znowu w góry. Tym razem komórka nie odpowiada przez 5 dni. „Pewnie jest poza zasięgiem” myśli Ona. Jednak On wraca i nie odzywa się nadal poza krótkim służbowym telefonem związanym z pracą. To Ona przypadkiem otwiera mail skierowany do niego, bo nie zauważa, kto jest adresatem. Pierwsze słowa listu zmuszają ją jednak do naruszenia tajemnicy korespondencji: „Kochany, ta ostatnia wspólna noc w górach była cudowna!…”  On przyparty do muru przyznaje się nie tylko do zdrady. Ta historia nie ma happy endu. Młodzi rozstają się. Oczywiście nowa poznana w górach dziewczyna nosi okulary.

Cóż, chyba lepiej uważać na sny oszukiwanej żony czy narzeczonej. Potrafią powiedzieć to wszystko, co tak bardzo panowie chcieliby ukryć. Chociaż żaden mężczyzna nie opowiedział mi tak sugestywnego proroczego snu, zakładam, że mężczyźni też śnią i też widzą w snach swoje niewierne kobiety…

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o śmierci

Są sny przyjemne i koszmary. Są sny prorocze. Są też sny tajemnicze, które przenoszą nas w inny wymiar. Niektóre wydaja się być  magiczną chwilą zajrzenia na moment za kurtynę istnienia. Można powiedzieć, że czasem we śnie stajemy się na powrót duchem unoszącym się w oceanie stworzenia… Po obudzeniu zastanawiamy się, czy to tylko fantazja, reminiscencje z jakiegoś dawno oglądanego filmu, czy też nasz Anioł Stróż pozwolił nam zobaczyć prawdę. Taką prawdę, jakiej nigdy za życia nie poznamy… Oto jeden z takich trudnych do określenia snów, jaki opowiedziała mi moja klientka. Dajmy jej na imię Kasia.

W tym śnie Kasia zajmuje się codziennymi sprawami, siedzi przy stole, coś pisze. W pewnym momencie wstaje i nagle osuwa się na podłogę na oczach męża i córki. Przez moment widzi ich twarze pochylone nad sobą. Zaraz potem jest w innym miejscu – leży w czymś miękkim, czuje się dziwnie, a nawet … nie czuje w ogóle swojego ciała. Próbuje się podnieść, jest trudno, jednak po chwili ma wrażenie, że siedzi. Siedzi na czymś w rodzaju chmury, która unosi się kilkanaście metrów nad powierzchnią rzeki. Rzeki, płynącej w miasteczku, gdzie spędziła dzieciństwo. Dokoła rosną piękne lasy, kawałek dalej jest miasteczko. Kasia ma jednak świadomość, że to wszystko jest bez znaczenia, ponieważ… nie czuje ciała, chociaż pozornie ono gdzieś jest. Kilka metrów przed nią wisi druga chmurka. Na niej siedzi ubrany na brązowo człowiek. Patrzy na Kasię i uśmiecha się.

– Dziwnie się czujesz? Nie martw się, to przejdzie.

– Ale ja nie wiem, jak się ruszać, nie mam władzy w rękach, w ciele, w nogach… – odpowiada Kasia

– Skup się i pomyśl, co chcesz zrobić. Nauczysz się. Dasz radę – odpowiada człowiek przyjaźnie – zobacz, ja też musiałem się tego nauczyć.

Kasia za chwilę rzeczywiście spokojnie sie porusza, odwraca na wszystkie strony i co ważniejsze: odzyskuje poczucie bezpieczeństwa w tej nowej dla niej sytuacji. Po chwili przypomina sobie, że ma dom i córkę i że jeszcze niedawno nie siedziała na jakiejś chmurze, tylko była w domu…

Niemal w tej samej chwili jest w swoim domu. Widzi córkę, która strasznie płacze i woła: „Mamusiu, dlaczego umarłaś! Ja cię potrzebuję, tak  strasznie potrzebuję! Mamusiu, nie zostawiaj mnie!”

Staje obok córki i próbuje ją przytulić.

– Jestem tutaj Kochanie. Wszystko będzie dobrze. – powtarza i próbuje pogłaskać córkę po włosach. Jednak córka jej nie słyszy, nie widzi, nie reaguje. Szlocha jeszcze głośniej. Kasia cierpi, czuje niemal fizycznie, jak pęka jej serce na widok tak ogromnej rozpaczy ukochanego dziecka. Tak bardzo chciałaby jej powiedzieć, że wszystko jest dobrze, że przecież jej jest dobrze i jest tutaj, wszystko widzi, słyszy. Potworna bezradność i bezsilność! Kasia po długiej chwili i wielu nieudanych próbach rezygnuje z nawiązania z córką kontaktu. Zaczyna rozumieć, że to niemożliwe.

Zaczyna też nazywać swój stan po imieniu: śmierć. „Umarłam” – myśli Kasia – byłam na jakiejś chmurze, teraz jestem w domu i patrzę na rozpacz własnego dziecka. To nie do wytrzymania!” Kasia wychodzi z domu i idzie przed siebie. Jest jej ciężko, kiedy uświadamia sobie, że nie może w żaden sposób pomóc swoim bliskim i przekazać im wiadomości. Rozpacz córki jest dla niej bardzo bolesna…

Podchodzi do niej jakaś kobieta w kwiecistej sukience. Uśmiecha się i bierze Kasię pod rękę. Kasia czuje, że to jej dobra znajoma, chociaż nie pamięta ani jej twarzy, ani imienia. Idą razem chodnikiem, a potem skręcają na łąkę pełną kwiatów.

– Moja córka mnie nie słyszy, a tak bardzo rozpacza – skarży się Kasia

– Nic na to nie poradzisz. Ona sama musi przez to przejść. To jej życie i jej próba.

– To straszne, że jesteśmy tak odcięci od naszych najbliższych.

– Tak. Moi mnie też nie widzieli i nie słyszeli. Trudno się z tym pogodzić, ale nie mamy wyjścia.

– To co mogę zrobić?

– Teraz? – znajoma uśmiecha się pogodnie – teraz warto pójść zobaczyć, kto przyjdzie na twój pogrzeb i jak będzie wyglądał.

– A to już ? – dziwi się Kasia.

– Teraz, za moment. Tu czas płynie inaczej.

– To chodźmy – decyduje Kasia

Tu kończy się sen. Moja klientka nie zobaczyła we śnie swojego pogrzebu, ale obudziła się wystraszona i zszokowana… Odebrała to jak przekaz, proroctwo, zapowiedź  swojej śmierci. Przede wszystkim odbyła trudną rozmowę z córką i prosiła ją, żeby w razie czego… nie płakała, nie cierpiała. Rozmawiając ze mną powtórzyła wielokrotnie, że nie zdawała sobie nawet sprawy, że nie jest jeszcze gotowa na odejście. Ponieważ parę lat wcześniej przeszła dość poważna operację, w związku z którą porządkowała swoje sprawy, wydawało jej się, że jest gotowa na śmierć na tyle, na ile gotowy może być każdy człowiek. Tymczasem rozpacz córki, którą zobaczyła we śnie, sprawiła, że uświadomiła sobie inne aspekty tego faktu.

Moja klientka żyje do dzisiaj, chociaż minęło juz kilka lat od tego snu. Natomiast w ciągu tego czasu przeżyła śmierć paru innych ważnych dla niej osób. Czy sen był zapowiedzią tych doświadczeń? Nie wiem. Być może był swoistym przygotowaniem na doświadczanie śmierci bliskich. Postrzegam go też jako informację niezwykle istotną dla mojej klientki i dotykającą jej osobistych spraw, więzów rodzinnych, a także gotowości na nieuniknione. Przyznaję też, że ten sen wydał mi się niesamowicie realny, jakby w istocie pokazywał nam, co naprawdę dzieje się z nami po śmierci.

Przekaz ogólny, który mógłby zainteresować tym snem inne osoby, jest dla mnie związany z rozpaczą po śmierci bliskich nam ludzi. Wielu nauczycieli duchowych powtarza, że nie wolno tego robić. Od wieków wierzymy, że płacz, szlochanie, rozpaczanie „zatrzymuje” przy ziemi osoby, które powinny i chcą odejść do Światła. Ten sen zdaje się to potwierdzać. Samo przejście nie było dla Kasi cierpieniem. Jedyne cierpienie jakiego zaznaje w swoim śnie jest związane z zachowaniem szlochającej po jej śmierci córki. A przecież odejście jest częścią życia. Spotyka nas wszystkich bez wyjątku. Jest zatem czymś naturalnym – jak noc po dniu, jak zima po jesieni… Warto nauczyć się to akceptować, bo pogodzenie się z przemijaniem jest istotnym aspektem rozwoju duchowego każdego człowieka. Moim zdaniem zmarli przed odejściem nie oczekują od nas łez – chcą widzieć nas pogodnych i pogodzonych z faktem ich śmierci. Wtedy mogą spokojnie podążać dalej… I w tym aspekcie sen ten jest przesłaniem nie dla umierających, ale dla tych, którzy tu zostają i żegnają swoich bliskich…

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o samochodzie

Pracując ze snami, odkrywamy swoje pragnienia, możliwości, ale i lęki lub wątpliwości. Im bardziej są irracjonalne, tym więcej mamy w sobie lęku. Absurdalność sennych wydarzeń nie umniejsza ich sensu. Dramatyczne historie są sposobem na wyrażenie silnych emocji. Sny pokazują nam wiele ukrytych w podświadomości przekonań. Czasem to może wskazać temat, z którym warto pracować. Jedna z moich klientek – dajmy jej na imię Marta – miała właśnie tego typu sen…

W tym śnie Marta idzie do pracy (lub szkoły). Musi być punktualnie, więc jedzie samochodem. To piękny nowy model autka, co ciekawe – świeżo kupiony. Marta wysiada i zmierza do budynku w poczuciu satysfakcji i zadowolenia. Wygląda bardzo elegancko, ma piękna fryzurę i cieszy się nowym pojazdem. Podchodząc do drzwi ogląda się przez ramie na zaparkowany samochód i wtedy ze zdziwieniem zauważa, że auto samo odjeżdża z parkingu.

– Chyba zapomniałam zaciągnąć hamulec – myśli Marta z przerażeniem i biegnie do samochodu, który zatrzymuje się kilkanaście metrów dalej. Niestety on znowu rusza i jedzie kolejne kilkanaście metrów, jakby bawił się z właścicielką w wyścigi. Wtedy Marta odkrywa, że to nie kwestia hamulca, bo samochód nie stacza się na skutek nierówności. On jedzie samodzielnie w sobie tylko wiadomym kierunku.

Marta biegnie za samochodem, ale on niestety jest dużo szybszy i znika jej z pola widzenia, pomiędzy budynkami. Chciałaby zadzwonić do kogoś po pomoc, ale telefon został w aucie. Zaczepia więc stojących na chodniku ludzi i pyta, czy widzieli takie auto. Ktoś wskazuje kierunek, w którym pojechał jej samochód. Marta martwi się, czy niekontrolowany pojazd nie zrobi komuś krzywdy i podąża we wskazanym kierunku.

Dociera do budynku osiedlowego przedszkola, które znajduje się pomiędzy blokami. Nie widzi nigdzie auta, ale znowu kogoś o nie pyta. Zapytany mężczyzna zachęca ją, by weszła razem z nim do przedszkola. Tam spotykają dyrektorkę obiektu, która w pierwszej chwili nie chce z nią rozmawiać, ale potem wskazuje na stojący w kącie sali przedmiot. Marta odkrywa, że pomiędzy zabawkami stoi jej auto, przykryte jakimś materiałem, jak plandeką.

– Schowaliśmy je tutaj, żeby nikogo nie przejechało – mówi dyrektorka.

Tu kończy się sen. Nie ukrywam, rozbawił mnie, ponieważ jest dość jednoznaczny i może służyć za przykład intuicyjnej interpretacji. Pojazd, którym kierujemy, przedstawia we śnie najczęściej nasze własne życie. Pociąg i tramwaj także odnoszą się do naszej życiowej drogi. W tym konkretnym śnie samochód jadący samopas bez kierowcy oznacza lęk przed brakiem wpływu na własne życie. To tak, jakby wszystko, co nas spotyka, wyrwało się spod naszej kontroli. Lekiem na poczucie bezradności może okazać się praca z wewnętrznym dzieckiem, na co wskazuje odnalezienie auta w… przedszkolu.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Matrixie

Do jednych z najciekawszych snów należą te, które dotyczą ezoteryki i struktury wszechświata. Często zastanawiam się, czy to, co pojawia się w sennych marzeniach jest tylko pozbawioną sensu projekcją czy też składanką książek i filmów, które oglądamy? A może to rzeczywiście uchylenie kawałka zasłony skrywającej tajemnice istnienia? Jak jest w tym przypadku? Oto niezwykły sen, który wyśniła Beata.

Beata idzie z mężem i dwójką dzieci w wieku szkolnym. Idą kupić dom. Wychodzą z lasu, jakby wracali właśnie z wycieczki i widzą ładny dwupiętrowy domek w żółtym kolorze. Wpadają w zachwyt i wiedzą, że to ten dom jest na sprzedaż.

(Domek był zwykły, taka piętrowa kostka, ale Beata uświadamia to sobie po obudzeniu, we śnie wszyscy pieją wręcz z zachwytu).

Kiedy podchodzą do wejścia, Beata widzi obok drugi, jeszcze ładniejszy. Też żółty, ale z pięknymi balkonikami z ozdobnymi balustradami. Beata myśli, że tamten bardziej jej się podoba, ale wchodzą do tego pierwszego. 

Właściciele są na samej górze, bardzo sympatyczni, przyjaźnie nastawieni, gościnni. Dzieci biegną się bawić z innymi. Beata się zastanawia tylko, jak ma kupić dom, w którym ktoś jeszcze mieszka i na dodatek dopiero kończą kłaść kafelki. Trwają tam jakieś prace w łazience. 

Na wersalce leżą trzy piękne koty, w różnych kolorach. Beata je głaszcze. Jeden z kotów ma koci katar – siorbie nosem, jak człowiek. Koci katar to jedna z cięższych kocich chorób, a w tym śnie właścicielka mówi, że ten katar mu zaraz przejdzie i wszystko jest w porządku, nie ma się czym martwić. 

Właścicielka oprowadza Beatę po tym domu. Otwiera drzwi, za którymi jest szkoła dla dzieci. Potem prowadzi na dół do szpitala w piwnicy i mówi jej, że tu może pracować, jeśli zechce. Szpital normalny, jak szpital – łóżka, ludzie pod kroplówkami, a Beata może być pielęgniarką.

Potem są jeszcze inne pomieszczenia. Mnóstwo! Niemal kilka hektarów pokoi i sal – w tym jednym domku! I oczywiście jest w tym domu także mieszkanie dla Beaty i jej rodziny. Co istotne, okazuje się, że jeśli Beata tylko czegoś zapragnie, wystarczy otworzyć drzwi do odpowiedniego miejsca. Jest tu wszystko. Dokładnie wszystko.

Beata domyśla się, że coś tu nie gra, że to zbyt piękne i zbyt niezwykłe. Ukradkiem, kiedy nikt nie widzi, bierze jedną z córek za rękę i wymyka się z tego magicznego domu. Idzie do tego z balkonikami. Tamten jest normalnie urządzony. Jest w nim jakaś ładna kobieta, która wszystko wie i wyjaśnia, że ten magiczny dom, to budynek, w którym ludzie są hipnotyzowani jakimś środkiem i mają wszystko, czego pragną. Ale to iluzja. I zajmują się tym jakieś nieciekawe energie. Ta kobieta jest kimś w rodzaju Anioła. Beata jej wierzy.

Wraca do tego magicznego domu po męża i drugie dziecko. Pilnuje, żeby nie dać się omamić jakimś środkiem. Wchodząc po schodach, widzi przez okno morze i plażę. Dziwi się, a jedna z właścicielek (jest tych „opiekunek” więcej) mówi:

– Ty juz wiesz, na czym to polega. Na wyższym etapie współpracy z nami, na wyższych piętrach, jest dostęp do morza. Można spokojnie wyjść z domu na plażę i pływać.

Beata w międzyczasie „gubi” gdzieś córkę, która wymykała się z nią. Kiedy ją znajduje, zabiera ją i uciekają do tamtego domu z ozdobnymi balkonikami. Te kilka metrów, które dzieli te dwa domy, staje się odległością trudną do pokonania. Nagle obie biegną po śniegu (!), a za nimi biegną dwa demony… uciekają… W pewnym momencie Beata uświadamia sobie, że nie musi uciekać. Zatrzymuje się, odwraca i po prostu je przegania, krzycząc do nich „precz”. To skutkuje. 

Docierają do drugiego domu. Ale tam nie znajdują już Anielicy. Dom jest pusty – żadnych mebli i gołe ściany. Wchodzą na samą górę i przez okno patrzą na ten magiczny dom, w którym został mąż i drugie dziecko. Widzą setki pięter eterycznych i kolorowe energie wokół tego domu. Na samym szczycie na ostatnim piętrze formują się Anioły. Beata widzi, jak z tych kolorowych energii powstaje przepiękny Anioł z wielkimi skrzydłami, po czym frunie w kierunku tego domu, do którego uciekła. Uświadamia sobie, że także Anioły powstają w tym demonicznym (magicznym) domu i Anielica, którą wcześniej spotkała, także tam powstała.

Tu kończy się sen. Totalna magia. Tym razem bez mojej interpretacji, bo uważam, że każdy powinien sam go zrozumieć i wyciągnąć z tego swoje wnioski. Niektóre sny są prorocze, inne bardzo jednoznaczne i oczywiste. Są też sny, w czasie których wysypuje się śmietnik naszego umysłu. Bywają oczywiście też wizyty z zaświatów. Ale najważniejsze są takie sny, kiedy dostajemy dawkę duchowej wiedzy o sensie naszego istnienia. Czy to taki właśnie sen, każdy musi sam ocenić.

Bogusława M. Andrzejewska