Wiara w siebie

Wiosna to tradycyjnie czas porządków i otwierania się na nowe, piękne chwile. Takie, które będą pełne słońca i zapachu kwiatów. Dla mnie w tym roku to moment refleksji nad relacjami. Spływają teraz silne fale energii i uwalniają mnóstwo trudnych emocji. Ludzie świadomi wiedzą, że to, co czują ma źródło w starym głęboko schowanym w podświadomości wzorcu. Można go uwolnić miłością do siebie, ponieważ jest ona najsilniejszym uzdrowicielem. Czasem myślę, że jest też wszystkim, czego nasza dusza chce się nauczyć w swojej ziemskiej wędrówce, bo kiedy naprawdę pokochamy siebie, znikają wszystkie problemy.

Jestem Światłem, które uzdrawia mrok i niesie Miłość. Słyszę to każdego dnia… Od innych ludzi i od Moich Duchowych Mistrzów. Jestem im wdzięczna za to, że pomagają mi odnaleźć mój wewnętrzny blask. Jestem zwykle pełna pokory i wątpliwości. Kiedy ktoś podważa moje naturalne dobro, zadaję sobie pytanie: gdzie  popełniam błąd? Potrafię tygodniami wątpić w siebie, bo nauczono mnie, że dobro drugiego człowieka jest zawsze na pierwszym miejscu. Tym razem szukając odpowiedzi trafiłam do Świetlistych Istot, które pokazały mi, że to właśnie test wiary w siebie. Że moje decyzje były właściwe i etyczne, a ktoś inny dokonał wyboru właściwego dla swojego etapu rozwoju. Zgodnego z lekcją jego duszy. A moją lekcją jest wiara w siebie.

Wszyscy mamy takie lekcje, dlatego zdecydowałam się o tym napisać. Lekcje, które polegają na tym, że podążając za wewnętrznym głosem wchodzimy w spór z drugim człowiekiem. Rzecz nie w kłótni, bo czasem taki spór odbywa się w milczeniu, zaraz po tym, kiedy ustalimy, że mamy odmienne zdanie. Dając prawo wyboru drugiej osobie można żyć w zgodzie i iść odmiennymi drogami. Jednak rzadko kiedy mamy przywilej, by spotkać osobę tak mądrą i dojrzałą duchowo, by to się udało. Prędzej czy później dochodzą do nas informacje, że jesteśmy złymi ludźmi, bo… mamy inne zdanie.  A to zawsze budzi poczucie winy. Każdy spór je budzi. Bo wrażliwy człowiek wie, że nic nie wie. Dopuszcza, że może się mylić.

Uwolnieniem jest uświadomienie sobie, że nie ma złych decyzji. Każda jest właściwa na dany moment i odpowiednia do naszego poziomu, czy też miejsca na drodze rozwoju. Jeśli dwie osoby mają odmienne zdanie, to oznacza tylko, że nie są w harmonii do siebie. Natomiast każdy jest w harmonii z pieśnią swojej duszy. Konflikt bywa wyzwoleniem starych wzorców, jeśli wywołuje w nas emocje. Warto zadać sobie pytanie: co mnie w tej osobie drażni? Odpowiedź będzie drogowskazem, co można uzdrowić w sobie. Jeśli chcemy tę lekcję wykorzystać dla swojego wzrostu, to wspaniała do tego okazja.

Warto pamiętać, że każdy z nas jest Światłem. Każdy bez wyjątku. Jeśli  kochamy siebie i celebrujemy swoje Piękno, akceptujemy cały świat taki, jakim jest I nie oceniamy innych ludzi. Dostrzegamy jasność w każdym. Świat jest dobry i ludzie też niosą w swoim sercu Dobro. Czasem tylko nie umieją go wydobyć na zewnątrz. Kiedy brakuje im miłości do siebie, krzywdzą i poniżają, by siebie dowartościować. Kochając siebie, skupiając się na swoim Świetle, spontanicznie widzimy je w innych. Tak działa przeniesienie i jest to zupełnie niezależne od nas. Dlatego jedyne, co mamy robić, to mieć w sercu miłość dla samego siebie.

Możemy też dostrzegać nieetyczne działania – to oczywiste. One są i jeszcze długo będą się pojawiać, ponieważ ludzie ciągle szukają pieczonego lodu – jak mawiała jedna moja znajoma. Czyli biegną za błyskotkami bez wartości, by u schyłku życia ocknąć się z pustymi rękami. Przyczyną jest najczęściej lęk i brak miłości do siebie. Ludzie, którzy tworzą konflikty, by wyrwać więcej pieniędzy, boją się bezwartościowości, która dla nich wyraża się manifestacją dobrobytu. Mogą też zwyczajnie bać się biedy, której kiedyś doświadczyli. To czego potrzebują – to uwierzyć, że są dobrzy sami z siebie, a nie dlatego, że mają wypchany portfel.

Ludzie, którzy kłócą się z nami, bo nam czegoś zazdroszczą – powodzenia, popularności, pieniędzy, udanego związku – wyrastają z poczucia braku i przemożnego lęku, że dla nich zabraknie. To najczęściej świadomość ubóstwa, która boi się odrzucenia wyrażanego staniem w naszym cieniu. Nie widzi swojego Światła. Nie widzi swojego piękna i doskonałości. Sięga po nasze, by oświetlić swój lęk cudzym blaskiem. Takim ludziom często się wydaje, że kiedy nas strącą ze sceny, to automatycznie sami tam wylądują. W praktyce nigdy tak się nie dzieje, ponieważ do szczęścia prowadzi wyłącznie kochanie siebie, a nie zazdrość.

Ludzie, którzy kłócą się z nami, bo ośmieliliśmy się zwrócić im na coś grzecznie uwagę, to osoby o niskim poczuciu wartości, które nie są gotowe na to, by wzrastać. Konstruktywna krytyka jest dla nich jak bicz, który grozi odrzuceniem. Boją się bycia ośmieszonymi, niekochanymi, niepotrzebnymi, gorszymi. Boją się, bo nie mają pojęcia, że to iluzja. Każdy człowiek jest doskonały taki, jaki jest. Nikt nie musi wiedzieć wszystkiego ani działać w zgodzie z jakimiś odgórnymi zasadami. Mamy prawo sprawdzać, testować, próbować i uczyć się. Mamy też prawo się mylić.

Wszyscy popełniamy błędy. Nie ma ideałów. Ideał to tylko ramka, którą ktoś wymyślił, żeby oceniać innych. W gruncie rzeczy nawet idealne postacie z książek o herosach mają wady, ponieważ to, czym jedna osoba się zachwyca, dla drugiej może być niemiłe. Nawet mistrzowie duchowi mają swoich zwolenników i przeciwników, a ewidentny stan oświecenia nie załatwia sprawy. Bycie człowiekiem, to bycie wielobarwną postacią, która manifestuje siebie twórczo i pozwala sobie popełniać błędy.

Warto pamiętać, że każdy kto mówi o nas złe słowa, kto nas rani, krzywdzi lub osądza, robi to, ponieważ na tę chwilę inaczej nie potrafi. Działa poprzez pryzmat swojego bólu czy trudnych doświadczeń, których nie umiał uzdrowić. To człowiek, który nie umie kochać siebie, ponieważ miłość do siebie wyklucza krzywdzenie drugiej osoby. Człowiek o niskim poczuciu wartości widzi w innych to wszystko, czego nie chce zobaczyć w sobie. Przerzuca na innych to, na czym ogniskuje swoją uwagę. To, co w sobie najmocniej zasilamy, to widzimy w drugiej osobie.

Dlatego ludzie, którzy kochają siebie sprawiają wrażenie naiwnych. Uśmiechają się do wszystkich, wszystkich wspierają, polecają, każdemu pomagają. Zdroworozsądkowi patrzą na nich z politowaniem i pytają: „dlaczego ją polecasz? To zarozumiała, zła osoba jest!” A kochający siebie mówi: „ależ nie, jest piękna i dobra”, bo patrzy na kogoś przez pryzmat swojego świetlistego serca. Czas to weryfikuje. Wilk w owczej skórze prędzej czy później pokaże zęby. Nigdy natomiast nie zacznie jeść trawy. Jest wilkiem. Doświadczałam tego wielokrotnie, zachwycając się ludźmi, którzy potem obnażali nieetyczne zachowania wobec innych.

Nie przeszkadza mi moja „naiwność”. Lubię widzieć w ludziach Dobro. Lubię zachwycać się Światłem w sobie i w innych. Lubię wierzyć, że dobra jest więcej niż zła. I chociaż na pewno nie lubię się rozczarowywać, to wiem, że i tego można uniknąć, jeśli nie będę niczego oczekiwać. Jak pisałam wcześniej: każdy ma swoją drogę i swój punkt w czasoprzestrzeni. Każdy jest na właściwej dla siebie drodze. Każdy czegoś uczy. Także mnie. Uczy wierzyć sobie i w siebie. Uczy mnie coraz bardziej kochać siebie i swoje wybory. Uczy mnie ufać, że jestem Światłem nawet wtedy, kiedy ktoś widzi we mnie swoje własne demony.

Ma prawo. To jego demony. Może je w swoich oczach przenosić na wszystkich, na których zechce. Naszym prawem jest świecić nadal swoim Światłem. Jeśli ktoś ma oczy w mroku i widzi w nas rogi, to nie umniejsza w nas Dobra. Nie stajemy się automatycznie złymi ludźmi tylko dlatego, że ktoś nas osądza. Żyjemy tutaj dla siebie, a nie dla oceny drugiej – często nieobiektywnej – osoby, zaplątanej w swoje nieprzerobione wzorce. Naszym zadaniem jest być sobą najlepiej jak potrafimy i cudze pomówienia są tylko pułapką, w które wpada brak miłości do siebie. Kiedy nie kochamy siebie wystarczająco mocno, wątpimy w siebie i zastanawiamy się skąd u nas rogi? Nie ma żadnych rogów. W nikim. To iluzja, to nauka kochania siebie i bycia poza oceną drugiego człowieka.

Jest w tym jeszcze jedna ważna lekcja. Człowiek, który w naszych oczach postępuje nieetycznie, uczy nie oczekiwania idealnych zachowań. Pokazuje nam też lekcję akceptacji dla wielowątkowości wszechświata. Uczy tolerancji i wybaczania, jeśli obraca się przeciwko nam. A właściwie uczy, że niczego nigdy nie musimy wybaczać, bo wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno. Żeby to zobaczyć, trzeba najpierw dostrzec Światło w swoim własnym sercu. Dopiero wtedy poprzez pryzmat prawdziwego kochania siebie, możemy w pełni zaakceptować cokolwiek się pojawi. Możemy zauważyć harmonię wszechświata.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Tajemnica

Myślę, że każdy z nas nosi w sobie takie doświadczenia, których nie chce upubliczniać. Nawet w dobie wszechwładnych portali społecznościowych, na których niektórzy informują cały świat o tym, co jedli na obiad i gdzie idą do lekarza  mimo wszystko nie chcemy o pewnych rzeczach opowiadać. Nie każdy z nas. To jest zupełnie naturalne, że niektóre informacje nie nadają się do ogłaszania światu i nie ma w tym niczego niezwykłego. Pewne historie czy fakty są niesmaczne lub nieciekawe. Być może do dobrego tonu należy, by o pewnych rzeczach nie opowiadać dookoła. A rzeczywistość oczywiście swoje… Jednak zwracam tu też uwagę na różnicę pomiędzy zjawiskiem nie obnoszenia się z czymś, a ukrywaniem czegoś. To jednak zupełnie różne sprawy.

Drugim obszarem zjawisk, o których nie chcemy mówić, to niechlubne historie, rzeczy wstydliwe. To wszystko, z czego nie jesteśmy dumni. Każdy z nas chce być postrzegany jako człowiek dobry i uczciwy. Mądra osoba nie chwali się na lewo i prawo popełnionymi niegdyś błędami, ale otwarcie przyznaje się do nich w stosownej sytuacji, np. w gabinecie psychologicznym, ponieważ wyrzuty sumienia budują bardzo mocne negatywne wzorce, które uszkadzają naszą zdolność kochania samych siebie. Warto na spokojnie skonfrontować się z tym, co minęło i wybaczyć, odpuścić, rozpuścić w Świetle. Nie ma ideałów. Każdy z nas ma na swoim koncie coś, o czym nie chciałby nikomu mówić.

Trzeci rodzaj tajemnic jest najzabawniejszy. To obszar absurdu i groteskowe ukrywanie przed światem normalności. Kiedy odkryłam, że są tacy ludzie, zrozumiałam, że to zjawisko mocno zakręcone psychologicznie, ale też i coś tak dziwacznego, że warto o nim napisać. Stąd też pomysł na artykuł. Tak, są takie osoby, które ukrywają przed światem na przykład to, że są po rozwodzie. Czy kogoś jeszcze oburza rozwód? Albo fakt, że syn pracuje fizycznie na budowie nowego osiedla. A co jest złego w pracy na budowie? Oczywiście to nie są rzeczy, które musimy mieć napisane na czole, ale zapytani wprost chyba nie musimy kłamać. O ile mogę zrozumieć zatajenie faktu, że córka zajmuje się najstarszym zawodem świata, o tyle nie widzę powodu, by wstydzić się uczciwego budowlańca. Przyznaję, przeżyłam szok, kiedy na pewnym spotkaniu znajoma pani poprosiła mnie scenicznym szeptem: „tylko nie mów, że on tam pracuje, oni nie mogą się dowiedzieć”. Na szczęście nie było takiego tematu.

Inny paradoks to zachowanie osoby, która ukrywa, że spotyka się z rodziną, o której poza tym bardzo źle mówi. No cóż, zwykła hipokryzja rzec by można. Jednak nadal niezrozumiałe jest, po co ukrywać coś tak normalnego? W dobie internetu trudno cokolwiek schować przed światem, a odwiedzana rodzina opowiada o tym, jak o kupnie chleba. Tworzenie w takim przypadku tajemnicy jest równie bezsensowne, jak utrzymywanie w sekrecie spaceru w biały dzień środkiem miasta, spaceru połączonego z donośną grą na trąbie.

Podobnie dziwaczne są ciągłe prośby do różnych osób w rozmaitych okolicznościach: „tylko nikomu nie mów”. Taka osoba czyni sekret z tego, że dała wazon w prezencie, że otrzymała wazon w prezencie, że zjadła obiad w towarzystwie, że zjadła obiad sama, że wyszła z sąsiadką do sklepu, że poszła do sklepu sama… Czasem pajęczyna tajemnic, którymi się owija plącze się tak bardzo, że nikt już nic nie rozumie, a lawina kłamstw przysypuje zainteresowaną życiem w ustawicznym sekrecie. Ludzie nie widzą potrzeby ukrywania rzeczy bez znaczenia. Wazon to wazon  na proste pytanie „gdzie kupiłaś?” pada prosta odpowiedź: „dostałam od…”.

Bez wątpienia jest to rodzaj patologii, która utrudnia życie w społeczeństwie. Zaobserwowałam w tym chorobliwą potrzebę otaczania się na co dzień tajemnicami. To ukrywanie nawet tego, że zjadło się kromkę więcej na śniadanie lub skonsumowało cukierka. Może to wynikać z patologicznego dzieciństwa, w którym rodzic każdego dnia powtarzał: „tylko nikomu nie mów”. Niewykluczone, że dziecko takie było karane za błahostki i trzymanie wszystkiego w sekrecie jest dla dorosłej osoby formą ochrony przed karą. Jednak nie ulega też kwestii, że wzorzec ukrywania wszystkiego jest silniejszy w takim przypadku od zdrowego rozsądku.

Może być też wzorcem niesionym przez wieki w całym rodzie, począwszy od jakiejś dramatycznej niewoli, w której praprzodek był karany za wszystko, na co nie otrzymał oficjalnego pozwolenia. Odkąd wiemy, że wzorce przenikają genetycznie z pokolenia na pokolenie, możemy wyobrazić sobie jakieś skrajne podporządkowanie i poważne naruszenie poczucia bezpieczeństwa. To może być także wzorzec szpiega  człowieka, który większość swojego życia spędza w cudzej tożsamości i kilkanaście razy dziennie gryzie się w język: „tylko nic nie mów nikomu”.  Dobrą metodą uzdrowienia takiego chorego nawyku mogą być Ustawienia Systemowe, podczas których można go uwolnić i wprowadzić korzystny wzorzec: „Wszystko mogę robić jawnie. Cokolwiek wybieram jest dobre dla mnie”. Pomoże też metoda Pure Art.

Przyglądając się takim osobom od strony energetycznej, zobaczyłam oczywiście zaniżone poczucie wartości. Bo te wszystkie tajemnice to nie tylko kwestia bezpieczeństwa. Czasem w ten sposób dodajemy sobie niezwykłości. Być może robiąca ze wszystkiego sekret kobieta czuje się jak niezwykła Mata Hari? A może patrząc na sąsiadkę robi to z wyższością na zasadzie: „ha, co ty o mnie wiesz? Nic”. A może ratuje w ten sposób nadwątlone poczucie winy wobec kogoś? Bo jeśli inni nie widzą i nie wiedzą, to nie mogą przecież mnie osądzić. Z całą pewnością człowiek świadomy swojej wartości, pewny siebie i tego, że postępuje właściwie, nie ma potrzeby niczego ukrywać. To proste. W Świetle wszystko jest widoczne. Ten, kto stoi w Świetle nic ukryć nie może. Tajemnice czają się tylko w mroku.

Jest i czwarty obszar tajemnic  rzeczy, których nie mówimy dla prawdziwego dobra innych. Piszę o nim opowiadając o znaczeniu Prawdy. I piąty  cudze sekrety. Ten ostatni wydaje się być bezsporny. Czyjeś sprawy należą do właściciela i tylko on ma prawo je ujawniać. A jednak życie weryfikuje wszystko. Przekonałam się, że nie istnieją żadne zasady, których los by nie spróbował podważyć. Nie ma takiej recepty na życie, której stosowanie pomaga zawsze i wszędzie. Po prostu nie ma. Jako ilustrację przytoczę tu autentyczną historię, która udowadnia, że są sytuacje, w których mamy prawo naruszyć cudze tajemnice.

Było sobie małżeństwo z trójką małych dzieci. Po dwunastu latach zgodnego życia mąż poznał inną kobietę i się zakochał. Spotykał się z kochanką w tajemnicy przed żoną, ale kiedy kochanka urodziła mu dziecko, poznał ją ze swoimi rodzicami. Rodzice zgodnie utrzymywali romans syna w sekrecie przed synową, chociaż synową lubili i żyli z nią w dobrych stosunkach. W pewnym momencie mężczyzna zażądał od swojej ciągle niczego nieświadomej żony, aby sprzedała mieszkanie otrzymane po rodzicach i pomogła mu spłacić długi. Kobieta rozmawiała o tym także z teściami. Nie popierali sprzedaży, ale nie zająknęli się nawet, że nie powinna pozbawiać siebie i dzieci dachu nad głową, bo ich syn planuje nowy związek z inna kobietą.

Dla mnie to jest kluczowy moment historii. Ja na miejscu owej teściowej zdradziłabym sekret własnego syna. Dla dobra moich własnych wnuków. Rozmawiałam o tym przypadku z moimi córkami i powiedziałam im wyraźnie, że w takiej sytuacji opowiedziałabym się po stronie Dobra, a nie dochowania ich tajemnic. Nie pozwoliłabym pozbawić dachu nad głową małych dzieci. Być może nie mamy wpływu na dorosłe osoby, które nie słuchają naszych rad, ale zawsze możemy ujawnić to, co ma kluczowy wpływ na życie drugiego człowieka. Jako kobieta i matka wiem, jakiego wyboru bym dokonała. Uważam, że zawsze należy zadawać sobie pytanie: „czy to przyniesie Dobro innym?”. Jest to ważniejsze niż wszelkie tajemnice.

Na marginesie dodam, że umiałabym w takiej sytuacji zmusić swojego syna do tego, by ujawnił sekretny romans, zanim przyszło na świat kolejne dziecko. Albo zrobiłabym to sama. Tajemnice niczemu nie służą. Są przyczyną wielu nieszczęść. Podobnie było w opowiadanej tu historii. Po wielu perturbacjach zdradzana, ale nieświadoma tego żona zgodziła się sprzedać mieszkanie i razem z małymi dziećmi zamieszkała w wynajętym pokoju. Wtedy dopiero dowiedziała się od męża, że zaplanował życie z inną i odchodzi. Reszty dramatu łatwo się domyślić. A przecież tajemnica odkryta we właściwym czasie zapobiegłaby nieszczęściu i kobieta z trójką maluszków ocaliłaby dach nad głową.

Czasem cudze sekrety są nam dane nie po to, byśmy mogli szczycić się swoją dyskrecją i lojalnością wobec nieuczciwych osób. Dostajemy dostęp do takich informacji po to, by chronić słabszych, by nieść Dobro, by zmieniać świat na lepsze. Nie mam co do tego wątpliwości. Nie dotyczy to rzecz jasna osób obcych, o których niewiele wiemy i których postępowania nie mamy prawa oceniać. Przedstawiona tutaj historia jest jednoznaczna, a teściowie wiedzieli wszystko, co powinni. Pozwalając synowi na wybór nowej partnerki, powinni też chronić synową i wnuki przed utratą dachu nad głową. Na tym moim zdaniem polega Człowieczeństwo.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Dystans

Niedawno byłam z mężem na romantycznej wycieczce w Kotlinie Kłodzkiej. Romantyzm mamy między sobą na co dzień, więc taki wyjazd to nie tylko masa czułości, ale przede wszystkim zmiana klimatu i kontakt z naturą, którą oboje uwielbiamy. Wracając do domu, przejeżdżałam przez miasteczko, w którym 30 lat temu spędziliśmy wolny weekend. To, co utkwiło mi w pamięci z tamtej wycieczki, to kłótnia. Zupełnie nie kojarzę, o co poszło, ale o jakiś drobiazg, słowo, krytykę… Nic ważnego. Pamiętam tylko, że przez pół dnia nie odzywaliśmy się do siebie. Ponieważ w tamtym czasie kochaliśmy się i nie było między nami istotnych sporów, to naprawdę musiała być jakaś błahostka.

Przypomniałam to sobie i zadałam w duszy pytanie, dlaczego dzisiaj jest między nami tak spokojnie i miłośnie, przecież ciągle jesteśmy tymi samymi osobami? A za nami trudne doświadczenia, o których w młodości nawet nie mieliśmy pojęcia. To dzisiaj moglibyśmy warczeć na siebie, a nie wtedy, kiedy byliśmy tacy w sobie zakochani. A jednak od tamtego momentu dzieli nas nie tylko 30 lat czasoprzestrzeni, ale przede wszystkim coś, co nazwałabym mądrością dystansu.

Przyznaję, że dzisiaj nie przejmuję się drobiazgami. Nie histeryzuję i nie robię afery wokół różnych drobnych spraw. Dość dawno zrozumiałam, że radość życia wymaga, by umieć spokojnie traktować rozmaite niedogodności czy nawet nieprzyjemności. Lubię cieszyć się chwilą i świadomie nie chcę wchodzić w kłótnie o cokolwiek. Nauczyłam się bezkonfliktowości dla własnej wygody i własnego zadowolenia. Jeśli muszę czasem o coś „zawalczyć” robię to ze spokojem i bardziej z pomocą dobrej energii, niż przez agresywne szarpanie z kimkolwiek i czymkolwiek. Tak jest po prostu lepiej i lżej żyć.

Dystans jest wspaniałą jakością, która pomaga nam odnaleźć spokój w sobie. Dla większości ludzi teoria pod hasłem „nie przejmuj się” jest czymś praktycznie niemożliwym do zrealizowania. Bo jak się nie przejmować, kiedy przecież… Czujemy się zobowiązani do tego, by się denerwować, martwić, zabiegać, starać… Najczęściej dlatego, że to ciągłe zamartwianie się jest dla nas tożsame z odpowiedzialnością i troską. A to tak nie działa. Odpowiedzialność i staranie nie musi być powiązane ze stresem i ciągłym napięciem. Można i warto zastąpić je pasją, radością i ekscytacją związaną z robieniem czegoś, co jest ważne.

Na marginesie dodam, że to także kwestia prosperity. Jeśli robimy coś z radosnym zaangażowaniem, to osiągamy lepsze wyniki. Taką energią przyciągamy też więcej klientów. Ekscytacja działaniem jest siłą napędową sukcesu, podczas kiedy przejmowanie się wszystkim jest blokadą. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jeśli nasze starania przepełnia zmartwienie i stres, to nic dobrego nam z tego nie wyjdzie. Silna potrzeba osiągnięcia celu wymieszana z ukrytym lękiem, że może się nie udać sabotuje to, co robimy. Presja jest najsilniejszym blokerem. Nic tak nie zabija energii jak wewnętrzne napięcie, które przecież często nam towarzyszy, kiedy przyjmiemy, że coś musimy.

Wracając do relacji – bardzo często kłócimy się i obrażamy „o nic”. Przyczyną stają się mało znaczące drobiazgi. Jakieś rzucone w niewłaściwym miejscu skarpety, jakiś bałagan… Ktoś o czymś zapomni albo zrobi inaczej. Jasne, że chcielibyśmy, aby świat był idealny i wszystko zawsze było idealne, w idealnym czasie. Czy to jednak nie byłoby nudne? Niech się czasem zadzieje inaczej niż wymyśliliśmy. W tym miejscu warto nauczyć się jednej z najmądrzejszych życiowych refleksji: ważne, że jesteś cały i zdrowy.

Najczęściej mówią tak starsi ludzie, którzy wiele doświadczyli. Być może podobnie, jak ja w tej chwili, zastanawiają się, co w życiu jest najważniejsze? Być może odkrywają, że niepotrzebnie denerwowali się i złościli, kłócili o błahostki i tracili zdrowie, tracili energię? Po co? Uwierzcie, lepiej machnąć ręką na zabłocony dywan i zachować spokój. To machnięcie to dawka zdrowia, bo każda złość, każde rozczarowanie, każdy żal i pretensja zabierają nam siły witalne i kładą cegiełkę pod jakąś chorobę. Zapytam raz jeszcze: po co nam to? Warto nauczyć się dystansu i odpuszczania drobiazgów. Tak, piękny drogi dywan jest drobiazgiem. Nie jest nim natomiast nasze ciało, nasze zdrowie i samopoczucie. Co jest w istocie ważniejsze, chyba nikt nie ma wątpliwości.

Nie upraszczam. Drobiazgi to codzienne sprawy, które nie rujnują nam życia. Np fakt, że ktoś zapomniał kupić chleb albo naniósł błota na świeżo wymytą podłogę. Nie jest drobiazgiem poważna choroba, śmierć, rozwód, zdrada, strata pracy i parę innych trudnych lekcji. Nie unikniemy przykrych emocji, kiedy doświadczamy pewnych dramatycznych wydarzeń. Świadomość prosperująca zna sposoby, by sobie w takiej sytuacji pomóc, ale też nikt nie może stosować wówczas zasady dystansu. To po prostu nie jest możliwe. Natomiast w codziennych niedogodnościach – nie tylko warto, ale nawet można wykształcić w sobie nawyk spojrzenia z innego poziomu.

Dystans jest umiejętnością obserwowania życia tak, jakby rozgrywało się na scenie, obok nas. Jakoś tam oceniamy i podejmujemy decyzje, ale nie angażujemy się emocjonalnie w zdarzenia. Np. w to, że na drodze przed nami korek. Nasza złość i cała masa przekleństw nie rozpuści tego korka. Jeśli chcemy sobie pomóc – zróbmy spokojnie Reiki na sytuację. To lepsze niż bezsilne miotanie się za kierownicą i przeklinanie wszystkich dookoła. Warto spokojnie szukać rozwiązań. Z naciskiem na „spokojnie”, ponieważ z poziomu spokoju widzimy o wiele więcej i nasze możliwości energetyczne są większe, niż z poziomu stresu i nerwów.

Dystans pozwala podejmować właściwe decyzje także w relacjach. Jeśli partner po powrocie z pracy krzyczy na nas trochę bezzasadnie, a my nie czujemy się winni, to dystans jest najlepszym rozwiązaniem. Pozwala dostrzec, że coś złego się zadziało i ten krzyk nie jest atakiem na nas, tylko wyrażaniem napięcia i bezradności tamtej strony. Tak czy owak w takiej sytuacji mamy co najmniej trzy możliwości. Pierwsza to podjęcie walki „o swoją rację” i krzyk głośniejszy z silniejszą jeszcze agresją a nawet z rękoczynami, bo… „niech sobie nie myśli, że może mnie obrażać krzykiem”. Nie stosuję, bo takie coś przeradza się w piekło i jest przejawem emocjonalnej niedojrzałości rodem z piaskownicy.

Druga opcja to obrażenie się. Foch utrze krzykaczowi nosa i pokaże mu, jak głupio postąpił. Albo nie, bo on nic nie zrozumie. Także nie stosuję, bo taki ruch energetyczny jest atakiem na energię serca. Ilekroć się obrażamy, zabieramy naszemu sercu energię i kładziemy podwaliny pod rozwój choroby. Stąd biorą się później zawały, omdlenia, rozmaite sercowe niewydolności. Kiedyś byłam w tym specjalistką. Ilekroć mój mąż powiedział mi coś przykrego, zwijałam energię i atakowałam własne serce, siadając w cichym żalu i rozkminiając: „jak on mógł?!”. To w mojej rodzinie karmiczny wzorzec użalania się nad sobą i brania do siebie cudzych nastrojów, pomysłów, ocen, czy wręcz głupiego gadania. Pisałam o tym wzorcu. Dzisiaj mam to już za sobą i od lat nie strzelam też focha. Nie widzę w tym sensu. Wolę porozmawiać.

Najlepiej wybrać trzecią opcję – dystans. Kiedy ktoś z naszych bliskich miota się i krzyczy, nie bierzemy tego do siebie. Czekamy, aż się uspokoi. Najczęściej taka osoba przeprasza, kiedy emocje opadną i sama wyjaśnia, co ją tak zdenerwowało. I okazuje się, że faktycznie nie było najmniejszego powodu do tego, abyśmy mieli czuć się dotknięci. Cały problem był poza nami – coś złego w pracy, zmęczenie, ból głowy. Dystans pozwala opaść emocjom. Daje przestrzeń na zrozumienie samego siebie i spojrzenie z poziomu dorosłej osoby, a nie rozwrzeszczanego dziecka. Umożliwia też zrozumienie, że ta druga osoba ma prawo do słabości i wyrażania swoich emocji. Nikt nie jest manekinem ze sztucznym uśmiechem na plastikowej twarzy. Miewamy gorsze dni. Wszyscy.

Dystans pozwala na wyciszenie i spokojne spojrzenie na problem także wtedy, kiedy ktoś faktycznie ma pretensję do nas. Czasem wystarczy, że druga strona powie niewłaściwe słowo, że krzywo popatrzy, zaśmieje się w nieodpowiednim momencie i już czujmy potrzebę obrony. Najczęściej rozpoczynamy spór, a nawet wręcz awanturę, by udowodnić, że partner się myli lub jest niesprawiedliwy. Po co? Zadajmy sobie pytanie: po co udowadniać komuś, że nie ma racji? Niech sobie mówi, co chce. Nawet jeśli mówi bezsensowne rzeczy o nas, przypomnijmy sobie, że jesteśmy poza oceną i nikt nie może tego zmienić.

Jednak potrzebujemy do tego wysokiej samooceny. Potrzebujemy świadomości, że tacy jacy jesteśmy, jesteśmy naprawdę dobrzy. Tylko wtedy umiemy machnąć ręką na czyjąś krzywdzącą opinię czy złośliwe słowa. Tylko wtedy nie czujemy się zranieni. Nasza ludzka natura jest taka, że bardzo mocno reagujemy na ocenianie. Im niższa samoocena, tym bardziej jesteśmy drażliwi i tym szybciej się obrażamy, przejmujemy, złościmy. Im więcej samoakceptacji, tym większy dystans do samego siebie i większa świadomość, że nie obchodzi nas, co inni mówią.

Wysokie poczucie własnej wartości pomaga także wtedy, kiedy popełnimy błąd i doskonale wiemy, co zrobiliśmy źle. W długotrwałym związku nikt nie cedzi słów. Kiedy na jakiejś wycieczce dwa razy pod rząd źle pokazałam kierunek, w którym chcę jechać i wyprowadziłam męża w ślepe uliczki, w których trudno było zawrócić, mój skorpion rozzłościł się. I cóż z tego? Przeprosiłam. Rozbawiłam go i po minucie rozmawialiśmy ze śmiechem na zupełnie inny temat. Po prostu nie przejęłam się tym zdarzeniem. Moja wysoka samoocena nie poczuła się zagrożona słuszną skądinąd krytyką i nie traciłam czasu na rozważania o tym, jakaż to ja jestem nieuważna. Każdemu się zdarzy i tyle. Minęło. Po co się tym zajmować?

Tymczasem niska samoocena nie pozwala przejść nad taką sytuacją do porządku dziennego. Uświadomiłam sobie wówczas, że 30 lat temu siedziałabym nadąsana w poczuciu winy i poczuciu żalu co najmniej godzinę. Z powodu błahostki. Tak wyglądałby brak dystansu do drobnej sprawy, o której w istocie po pięciu minutach nikt nie pamięta. Całe nasze życie składa się z setek takich spraw. A my sterowani określonym stosunkiem do samych siebie przejmujemy się lub nie. Co w istocie przekłada się na: cierpimy lub cieszymy się życiem. Wysokie poczucie wartości pomaga nam złapać dystans. A dystans w tym kontekście jawi się jako klucz do radosnego i szczęśliwego bycia sobą.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia relacji

Bliska relacja, np. relacja przyjacielska to temat pozornie wszystkim doskonale znany i opisywany na różne sposoby. Ja także poświęciłam przyjaźni jeden z podrozdziałów w swojej książce, którą jako podręcznik do prosperity wszystkim serdecznie polecam. Teraz nadal obserwuję ciekawe zjawiska z tym związane. Takie, o których się nie mówi, których być może się nie dostrzega, choć przyjaźń to rzecz stara jak świat. Może warto poszukać w takim układzie harmonii?

Stereotypem w temacie jest kwestia pomagania w biedzie. Rzekomo po tym właśnie poznajemy prawdziwego przyjaciela. I tak… i na szczęście nie. Zauważam, że ludzie są tak po prostu dobrzy i wrażliwi na cierpienie. Pomagają spontanicznie również całkiem obcym. Oto widzimy starszą, zmęczoną osobę, która dźwiga ciężary i nie pytając jej o imię niesiemy jej siatki do domu, by pożegnała nas z wdzięcznością pod drzwiami. Oto słyszymy, że ktoś umierając osierocił starszawego kocurka i w te pędy załatwiamy mu nowy dom u znajomych. A nie znaliśmy wcześniej osób, które zamieściły ogłoszenie. Oto ktoś zwija się z bólu w tramwaju, a my wzywamy pogotowie, prowadzimy do zacienionego miejsca i wachlujemy mu twarz, nie wiedząc, kto zacz. Zwykłe i niezwykłe dobro. Nici więc z definicji, że w biedzie poznamy przyjaźń. W biedzie zauważamy, że w ludziach jest dobro. Po prostu, ale to akurat pozytywna konkluzja.

A jeśli akurat to nas spotyka trudna sytuacja, np. partner odchodzi niespodziewanie do innej kobiety, to po czym poznać przyjaciela? Pewnie po tym, że znajduje czas, by być z nami i zrobić nam ciepłą herbatę, czy okryć nogi kocem, kiedy szlochamy sobie zwinięte w precel na kanapie. Może zająć się kolacją dla dzieci i wyprowadzeniem psa, może pomóc załatwić dobrego adwokata. A co jeszcze? I tu wyjdę poza stereotypy. Dobry przyjaciel przede wszystkim słucha. Słucha naszego rozpaczania w milczeniu i przytula lub podaje chusteczki. Może delikatnie pocieszać: „zobaczysz, wszystko się ułoży”. Ale nie lekceważy naszych emocji słowami: „uspokój się, co tak histeryzujesz?”.

Dla mnie szczególnie cenne jest, kiedy usłyszę: „rozumiem, co czujesz, wiem, jakie to trudne”. Oznacza to wsparcie i akceptację mnie i mojego odbioru sytuacji. Tak rozumiem współczucie. To dawanie mi prawa do mojej własnej interpretacji zdarzenia. Nawet jeśli za dwa dni stanę na nogi i dojdę do wniosku, że nie ma powodu do łez, to w tym momencie chcę, by moja rozpacz była traktowana poważnie. Osoba, która mi mówi: „przesadzasz, nie ma nad czym tak szlochać” staje mi się obca, nie daje mi tak potrzebnego w trudnej chwili zrozumienia. Przyjaciel nadąża za zmianą poziomu emocji i wyłapuje moment, w którym może z szacunkiem dla moich uczuć powiedzieć: „spróbuj zobaczyć to z innej strony”.

Dobry przyjaciel nigdy nie powie: „I dobrze, że dziad sobie poszedł precz, nie wart był ciebie, nie żałuj, świętuj!”. W pierwszej fazie i jeszcze długo potem nie jesteśmy gotowi na prawdę. Widzimy tylko swój ból, tęsknimy i wolimy usłyszeć: „nie martw się, wróci do ciebie, wróci”. Przyjaciel nas nie okłamuje, ale prędzej ugryzie się w język niż skala nasze świętości. A szczególnie wtedy, kiedy nasz umysł jest wyłączony przez psychiczny ból.

Przyjaciel w takiej sytuacji nie będzie pocieszał nas opowieściami o swoim rozwodzie, bo wie, że to ostatnie, czego chcemy słuchać. W silnym stresie trudno nam skupić się na cudzych problemach. Aczkolwiek wiadomo też, że kiedy minie pierwszy szok, to właśnie zajęcie się pracą i obowiązkami odciąga naszą uwagę od tarzania się w cierpieniu. I często okazuje się, że można nadal żyć, a życie pomalutku się wygładza i wycisza. Czas leczy rany. A przyjaciel, który w milczeniu trzymał nas za rękę nie oceniając – staje się szczególnie bliski.

W swojej książce podkreślam jeszcze jedną zaletę prawdziwej przyjaźni, która nadaje relacji prawdziwą harmonię – to akceptacja. Pełna akceptacja nas z całym dobrodziejstwem inwentarza. Przyjacielem nie jest ten, który ceni nas, kiedy zbieramy nagrody i dzielimy się ze światem pieniędzmi, lecz ten, który ceni nas i szanuje, kiedy popełniamy błędy i zaciągamy długi. Jeśli przyjaźń jest prawdziwa, to taki człowiek trwa przy nas w momencie największych życiowych pomyłek. Znosi nasze kaprysy i emocjonalne huśtawki, nie obrażając się o niebacznie wypowiedziane słowa. Myślę, że każdy z nas popełnia błędy i każdemu zdarzy się powiedzieć coś, czego mówić nie powinniśmy. Ale właśnie po to są przyjaciele, by pomogli przetrwać zły czas i zobaczyli pod gniewem czy rozpaczą prawdziwych nas – tych dobrych i kochających. Oto harmonia.

W dobie portali społecznościowych dostrzegam jeszcze inną twarz przyjaźni – bezinteresowne wsparcie w internecie. Prawdziwy przyjaciel pomaga nam reklamować nasze działania, udostępnia naszą twórczość czy link do firmowej strony i jest to całkiem naturalne. A my możemy zrewanżować się tym samym. W ten sposób wzajemnie wymieniamy się energią.

Dlaczego piszę o tak banalnej sprawie? Bo dzięki niej nauczyłam się rozpoznawać bezinteresownie życzliwych ludzi oraz relacje, w których nie ma harmonii. Od dawna czuję energie i wiem więcej, niż widać gołym okiem, ale czując – weryfikuję obserwując realne postępki i teraz mogę dać tutaj praktyczną podpowiedź, po czym poznać takie relacje, które są pełne harmonii i takie, których należy unikać. Nie zawsze dotyczy to przyjaciół. Czasem to kwestia osób, które ledwo znamy, ale zasada jest podobna…

Wyobraźcie sobie, że mamy firmowy fanpejdż i zamieszczamy na nim wartościowe informacje. Skąd wiadomo, że wartościowe? Bo sporo osób (nawet całkiem nieznanych) podaje je dalej. Jeśli ktoś podaje dalej nasze reklamy, nie mając z tego żadnego zysku, to taka relacja pokazuje harmonię. A jeszcze bardziej pokazuje życzliwego człowieka, który kieruje się zasadą: to jest dobre, warto się tym podzielić z innymi. Mamy tu szacunek i sympatię – ogromne walory dobrej relacji. A czy nie jest dziwne, kiedy osoba, którą znamy wiele lat i mieni się naszym przyjacielem, omija nasz fanpejdż i nigdy, ale to nigdy nie poda dalej niczego, co udostępniamy? I dla jasności – mam wielu znajomych, którzy nikogo nie polecają, nie reklamują, skupiają się na swoich zainteresowaniach. I to jest w porządku.

Harmonia znika, kiedy nasz „przyjaciel” reklamuje wszystkich dookoła tylko nie nas. A takie poparcie jest tylko symbolem przyjaźni. Jest życzliwym gestem: szanuję ciebie i to co robisz. A kiedy tego szacunku nie ma, to o harmonii też mowy być nie może. Nie będę w tym miejscu robiła analizy takiej osobie, bo kwestia zawiści wydaje się być oczywista. Chcę tylko moim Czytelnikom zwrócić uwagę, że tacy ludzie też istnieją.

I dodam rzecz oczywistą – w poparciu internetowym nie chodzi o kopiowanie naszych stron. Wystarczy, by życzliwa osoba raz na jakiś czas pokazała swoim znajomym, że istniejemy i jesteśmy dla niej ważni, że ceni to, co robimy. Raz na miesiąc? Na dwa? Raz na pół roku? To ważny gest. W realnym świecie to jak zaproszenie nas na herbatę do swojego domu i przedstawienie znajomym: „poznajcie, to moja przyjaciółka. Robi znakomite horoskopy, polecam, jeśli kiedyś będziecie potrzebować”. Internetowe strony (np. nasza oś na FB) są naszą przestrzenią prywatną, do której zapraszamy tylko tych, których cenimy. Jeśli ktoś mieszkając przy tej samej ulicy nigdy nas nie zaprasza, chociaż mieszka sam, ma miejsce, porządek i nie ukrywa trupa w szafie, to warto zadać sobie pytanie o jakość takiej relacji.

Jak wiecie Kochani Moi, ja nie mam konkurencji i nie rywalizuję z nikim. Na swoich stronach pokazuję z przyjemnością znajomych i przyjaciół, także tych, którzy zajmują się tym samym, co ja. Bo wierzę, że ktoś potrzebuje innego podejścia niż moje. Bo wiem, że moje koleżanki są równie dobre, a energia prowadzi człowieka do takiego nauczyciela, który jest na ten moment najbardziej odpowiedni. Bo doskonale rozumiem, że świat jest wystarczająco wielki, by wszystkich wykarmić. Bo nie zazdroszczę innym tego, co osiągnęli i lubię pomagać. Kiedyś znajoma zwróciła mi uwagę, żebym nie reklamowała innych, a tylko siebie. A ja tak nie chcę. Jesteśmy Jednością i powinniśmy współpracować wszędzie, gdzie to możliwe. Powinniśmy się wspierać wzajemnie. Nie umiem inaczej.

W pozytywnej wersji współbycia w sieci wymieniamy się poparciem, reklamą i harmonijnie budujemy społeczność, w której każdy odnajdzie coś dla siebie. Na tym to polega. I nie ukrywam, że właśnie w sieci znalazłam fantastyczne osoby, z którymi od lat spotykam się na żywo, a nasza przyjaźń jest dla mnie ogromnie cenna. I widuję też cudowne sytuacje, w których ktoś ogłasza, że szuka mieszkania, samochodu, transportu, zgubionego psa, a cała grupa fantastycznie reaguje, spontanicznie dając wsparcie. Niedawno zamieściłam u siebie zdjęcie pięknej biżuterii, którą robi własnoręcznie moja znajoma. Inna zachwyciła się szmaragdowym wisiorem i  zamówiła go dla córki. Te panie nie znały się wcześniej, to moja maleńka zasługa, że się odnalazły. Takich sytuacji mam wiele na koncie, bo uwielbiam takie małe cuda, które sprawiają ludziom radość. To bezinteresowność. To harmonia.

Ale wśród pięknych ludzi są też wyrachowane i zakompleksione osoby, które nie umieją nikomu życzyć dobrze, bo boją się, że kiedy ktoś będzie szczęśliwy, to dla nich może tej jakości zabraknąć. Zaprzyjaźniają się tylko na niby, by podebrać nam listę znajomych lub dostać do elitarnej zamkniętej grupy. Interesowność takiej „przyjaźni” po tym właśnie poznamy, że taka osoba prędzej zje własną myszkę, niż udostępni naszą reklamę, wpis czy wiersz. Warto iść z duchem czasu i umieć interpretować internetowe zachowania choćby po to, by nie dać się zwieść iluzji i szybko rozpoznawać tych, którzy za cel wybrali sobie potrzebę podłożenia nam nogi. Wybierajmy harmonijne relacje. Dzielmy się szczęściem i radością z dobrymi ludźmi.

Bogusława M. Andrzejewska

Akceptowanie

W każdej relacji ogromnie ważną sztuką jest akceptowanie. Na dwóch poziomach oczywiście. Pierwszy, absolutnie niezbędny, to wysokie poczucie wartości, czyli akceptowanie siebie takim, jakim się jest. Przyjmowanie z miłością całego siebie, włącznie z rozmaitymi wadami i słabościami to jedna z najważniejszych lekcji w życiu każdego człowieka. Tylko na bazie miłości do siebie możemy tworzyć dobre związki, ponieważ drugi człowiek jest tylko i aż lustrem naszych myśli o nas samych.

Drugi aspekt, o którym chciałam dzisiaj napisać parę słów, to umiejętność akceptowania rozmaitych słabości naszego partnera. To taki ważny element wspólnego, zgodnego bycia razem. I rzecz jasna, nie mówię tu akceptacji takich działań jak zdrada czy kradzież, lecz o prostych codziennych sprawach, w których ktoś po prostu nie jest idealny.

Ideałów nie ma, jak pisałam kiedyś, co oznacza, że każdy człowiek jest omylny i popełnia rozmaite błędy. Lenistwo jest rzeczą ze wszech miar ludzką. Chęć zabawy i przyjemności też. Łakomstwo też. I w ten sposób mogłabym wymieniać wszystkie grzechy główne, aby pokazać, że każdy z nich jest czymś zupełnie naturalnym, chociaż oczywiście niekoniecznie pożądanym. Warto jednak w drugiej osobie zobaczyć człowieka takiego, jakim jest  naturalnego, prawdziwego i pełnego absolutnie ludzkich cech. Warto dać mu prawo, aby czasem lenistwo czy łakomstwo wzięło górę. Tak po prostu.

Rzecz jednak głównie w pozytywnym podejściu do życia. Zauważmy, ile czasu, zdrowia i dobrej energii tracimy na kłótnie o drobiazgi. Szkoda życia. Uważam, że trzeba nauczyć się kontrolować swoje myśli również i w tym zakresie. Prosperująca świadomość to człowiek, który umie złapać negatywną myśl i zamienić ją na coś fajnego. Dla własnego dobra, bo przecież to, na czym się skupiamy, to zasilamy. Ciągle narzekanie na wszystko dookoła, ciągłe zrzędzenie niczemu nie sprzyja. Naprawdę o wiele zdrowiej machnąć ręką na drobne sprawy i poszukać czegoś, co da nam trochę radości i podniesie energię. Powiedziałabym, że to nawet higiena myśli.

Narzekanie na partnera idzie w tym względzie o wiele dalej, ponieważ przynosi nam w efekcie jeszcze więcej tego, czego nie chcemy. Paradoks? Ależ nic podobnego. To po prostu Prawo Przyciągania. Jeśli ciągle myślę o kimś, że jest leniwy, jeśli w emocjach to powtarzam, czy wręcz wykrzyczę, to wzmacniam ten schemat i takie zachowania. Przecież to oczywiste. A ludziom często się wydaje, że jeśli o czymś pokrzyczą, na coś pozrzędzą, ponarzekają, to w ten sposób naprawią problem. Dzieje się odwrotnie.

W gruncie rzeczy myślę też, że wiele osób nawet w tę naprawę nie wierzy. Powtarzają pewne zdania, jako określenie świata, w którym żyją i oczywiście w ten sposób wzmacniają te jakości. Opisują swoją rzeczywistość i każdego dnia tworzą ją na nowo. Zatem narzekając na partnera, opisujemy go i kreujemy. Budujemy swój związek w taki właśnie sposób, w jaki go widzimy. A chyba jednak nie tego chcemy.

Prosperująca świadomość myśli o tym, czego pragnie. I głośno artykułuje to, co chciałaby zobaczyć. Można przyjąć, że jeśli trafi na sytuację, w której ktoś czegoś nie zrobił, choć powinien, to nie zarzuci mu lenistwa. Raczej odwoła się do pozytywów i powie przekornie: „jesteś taki pracowity, zaradny i zorganizowany – pomóż mi z tym, proszę”. Odwoływanie się do dobrych cech ma trzy zalety. Po pierwsze wzmacnia w nas takie jakości. Po drugie – rozwija te zalety w drugim człowieku. Po trzecie – podnosi energię i zasila to wszystko, co wiąże się z pozytywnym myśleniem i tworzeniem dobra wokół siebie.

Konkludując – kiedy ktoś zrobi coś źle lub nie zrobi wcale, nie narzekamy, nie krytykujemy, nie karcimy, nie krzyczymy, tylko z uśmiechem odwołujemy się do dobrych aspektów w drugiej osobie. Kto tak potrafi? Chyba niewielu z nas, bo nawykowo działamy tak, jak nasi rodzice, a oni jak ich rodzice. Standardem jest krytyka, karcenie i ocenianie. Niewiele ludzi na całym świecie potrafi uśmiechnąć się życzliwie i zaakceptować, że coś jest inaczej niż oczekiwali. Mam to szczęście, że znam takie osoby.

Byłam u przyjaciółki w gościnie, kiedy jej mąż wrócił z zakupami, o które poprosiła. Kiedy wypakowała torbę, ze zdumieniem odkryła, że kupił zupełnie nie to, co trzeba. Westchnęła z uśmiechem tak pełnym miłości: „och, co on mi tu przyniósł”, po czym powiedziała do mnie: „nie zrobię ci tej potrawy, którą obiecałam, bo nie mam z czego”. Rozłożyła ręce, po czym szybko wymyśliła placuszki z tego, co miała akurat w domu. Nie było żadnego narzekania, krytyki, dokuczania. Kochała. Popatrzyła na niego z kochaniem w oczach i zadziałała dokładnie tak, jak działałaby miłość. To było cudne.

Często piszemy o tym, by działać tak, jak robi to miłość. Ja tego doświadczyłam w sposób tak jednoznaczny, że zapragnęłam to tutaj opisać. Mogłam popatrzeć na to z boku. I mam ogromną nadzieję, że i we mnie jest takie piękno, kiedy reaguję z miłością na sytuacje, które wcale do łatwych i miłych nie należą. Przyznaję się, że sama też to praktykuję najczęściej, jak się da, bo to tworzy w moim związku mnóstwo dobrej energii. To jest niemal namacalne i tak cudowne, że już nigdy z tego nie zrezygnuję. Oczywiście to podnosi energię i uzdrawia, bo uruchamia w nas pokłady kochania.

I jeden z wielu przykładów, aby nie być gołosłowną. Kiedy po dłuższym czasie udało mi się wreszcie wyremontować kuchnię, mój mąż i zięć poustawiali i skręcili nowo kupione piękne meble. Wycierałam z zachwytem śliczny blat, a mój mąż sprzątał narzędzia. Kiedy podnosił wiertarkę, zrobił to tak niefortunnie, że wyskoczyła mu z ręki i przejechała po nowym, lśniącym blacie zostawiając na nim wyrytą bruzdę. Rzecz nie do naprawienia… W pierwszej chwili łzy napłynęły mi do oczu i to był ten moment, kiedy zobaczyłam w sobie te wszystkie lata czekania na remont, te wszystkie raty do spłacenia i to piękno, którym nie zdążyłam się nacieszyć. A potem zobaczyłam rozpacz w oczach mojego męża… i już wiedziałam, co jest dla mnie ważniejsze. Odrzuciłam cały smutek i weszłam w miłość. Przytuliłam go, kiedy mnie przepraszał i powiedziałam: „to tylko meble, nie martw się, kocham cię”. To był taki skok energetyczny, jaki trudno opisać.

Mój mąż już chyba przywykł do tego, że nie robię mu awantur i nie zasypuję pretensjami. Mam swoje sztuczki na szczególnie trudne sprawy. Ale kiedy przychodzi nawet ewidentnie winny, mówię mu, że nic wielkiego się nie stało. Mówię po prostu: „trudno”. Uważam, że jeśli ktoś przeprasza, to znaczy  rozumie, co jest nie tak. Nie trzeba niczego tłumaczyć, po co więc tracić energię na krytykę czy awanturę? Niech następnym razem zadzieje się lepiej. Dodam też, że funkcjonuję na poziomie energii, a nie tylko słów bez pokrycia. Mój mąż nie jest ideałem i popełnia błędy. Ale kocham go i akceptuję takiego, jakim jest – z całym dobrodziejstwem inwentarza. Daję mu prawo do lenistwa, łakomstwa i wielu innych grzeszków. Stawiam granice, jasne, ale też dostrzegam i akcentuję najmniejsze dobro. I tego dobra z dnia na dzień jest więcej i więcej.

Na pewno pomaga w tym umiejętność zarządzania emocjami. Histeryk czy nerwus najpierw krzyczy, a dopiero potem zastanawia się nad tym, co właśnie wykrzyczał. Niedojrzałość emocjonalna nie pozwala też spojrzeć na wydarzenia z dystansu. Taka osoba myśli tylko o swoich oczekiwaniach i jak dziecko domaga się, aby było tak, jak ona chce. Warto nauczyć się medytować, wyciszać, dystansować, a w tym pomagają wszelkiego rodzaju duchowe praktyki, które uczą nas, że uczucia są ważniejsze od tych wszystkich drobiazgów, które pożerają nam tyle energii. Można też nauczyć się łagodności, czyli takiego spokojnego podejścia do życia i życiowych zawirowań.

Wzmacniamy i powielamy to, czemu dajemy najwięcej energii. To pewnik z Prawa Przyciągania. W praktyce oznacza to, że warto na zawołanie umieć przełączyć się na dobre aspekty. Kiedy zdarzy się coś przykrego i mam ochotę zrugać męża, to nawet jeśli tego nie zrobię, moje myśli poprowadzą mnie w dół energetyczny Tłumienie tego, co się czuje przecież do niczego nie prowadzi. Moim sprawdzonym sposobem jest zadanie sobie pytania: „czy on jest złym człowiekiem i zasługuje na coś złego?” Wiadomo, jaka jest odpowiedź. I natychmiast wyliczam wszystkie dobre rzeczy, które mój mąż zrobił i robi dla mnie cały czas. Lubię wyliczyć też to, za co go kocham. Zanim skończę, moja energia jest wysoko i moje nastawienie do niego bardzo pozytywne.

I o to chodzi, aby w każdym momencie zdawać sobie sprawę z dobra obok. Tego dobra jest dużo więcej niż zła, ale to my nawykowo skupiamy się na tym, co nas negatywnie porusza. Te emocje lgną do nas i nas absorbują, ale to tylko wzorzec, który oczywiście można zmienić. Lubimy przeżywać. Niepotrzebnie. Tracimy tyle pięknych minut w czasie których można kochać. Unikam tego. Zawsze znajdę jakąś ścieżkę, by powrócić do miłości.

Bogusława M. Andrzejewska

Ojcostwo

Dzień Ojca skłania do refleksji. Czasem wspominam wtedy swojego Tatę, który nosił mnie na barana, pomagał w lekcjach i niezmiennie rozbawiał wyjątkowym poczuciem humoru. Był człowiekiem łagodnym i życzliwym światu. Myślę, że odziedziczyłam po nim nie tylko kształt nosa, ale i nawyk pozytywnego myślenia, szybkiego wybaczania i nie przejmowanie się drobiazgami.

Dzisiaj jednak chcę napisać o ojcostwie w kontekście związków, które tworzymy. Bo tak naprawdę to my kobiety wybieramy ojca swoim dzieciom. Jestem więcej niż pewna, że ta oczywista prawda jest całkowicie obca większości młodych kobiet, dla których czasem zaobrączkowanie się jest celem samym w sobie. Już przed wiekami panny na wydaniu zaklinały los wierszykami tego typu: „Święty Emeryku daj nam po chłopczyku. Łysego czy garbatego, byle roku tego”. Efekt takiego związku łatwo sobie wyobrazić.

Warto budować bliskość i być na co dzień z partnerem, poznawać go od kuchni i łazienki. Warto też zadać sobie rzetelnie pytanie: czy chcę, aby mój syn był właśnie taki, a moja córeczka tak się zachowywała? Kiedy decydujemy się założyć rodzinę, wybieramy partnera, który przekaże naszym dzieciom swoje DNA. I obdaruje je nie tylko kolorem oczu, ale też dobrocią i łagodnością lub tendencją do tycia, niecierpliwością, lenistwem, a co gorsza brakiem szacunku do kobiet. Czasem zawirowane w miłości, nie myślimy o tym zupełnie. Taki to urok romantycznego kochania, trudno nawet się temu dziwić. Dlatego zachęcam, aby spojrzeć uważnie na przyszłego męża i zapytać samej siebie: czy chcę mieć z nim dzieci?

Najbardziej charakterystycznym błędem, o którym wielokrotnie pisałam, jest zajście w ciążę bez zgody mężczyzny, kiedy on wyraźnie powtarza, że nie jest gotowy, by być ojcem. Najczęściej wie, co mówi. Jeszcze gorszym wyborem jest zajście w ciążę z żonatym mężczyzną, aby zmusić go do rozwodu. To dla mnie patologia i tutaj nie umiem podać żadnej recepty, bo taka decyzja przynosi wyłącznie zwielokrotnione cierpienie. Jeśli chcemy, by nasze dzieci były szczęśliwe, nie róbmy tego. Naprawdę można – jest tylu wolnych mężczyzn i tylu panów, którzy chcą doświadczyć bycia ojcem.

Nikt nam nie może zabronić być z kimś, z kim akurat chcemy. Nawet jeśli psycholog straszy toksycznym partnerem, to mamy prawo kochać się z kim chcemy. To nasz wybór i tylko my poniesiemy konsekwencje swoich decyzji. Natomiast zajście w ciążę to zupełnie co innego. To powołanie nowego życia i w dużej mierze wrzucanie dziecku określonego doświadczenia. Tatuś alkoholik albo furiat to nieciekawy prezent dla dziecka. Jeszcze gorsza opcja to tatuś żonaty z inną panią i posiadający już rodzinę. Dajemy wówczas naszemu dziecku życie pełne zazdrości, rozczarowania i oglądania w bólu zdjęć naszego ojca tulącego obce dzieci. To trauma, którą leczy się latami. Jestem psychologiem, który potrafi zrozumieć różne dziwne ludzkie zachowania, ale nigdy nie zrozumiem, jak matka może coś takiego zafundować swojemu dziecku. Trzeba nie mieć serca.

Jak zatem właściwie wybierać ojca swoim dzieciom? Korzystając ze zdrowego rozsądku. Nie ma ludzi idealnych, ale jest mnóstwo ludzi dobrych i bardzo dobrych. Czułych, kochających, wrażliwych. Znam mnóstwo świetnych ojców, dla których dzieci są centrum wszechświata. Ojcowskie uczucia i gotowość do wychowawczego trudu nie są więc żadnym ewenementem. Wystarczy, jeśli partner powie: chcę mieć z Tobą dziecko, boję się, czy dam sobie radę, ale chcę spróbować. I już jest dobrze. Myślę, że wystarczy nieco uwagi. Miłość zasłania nam oczy, ale jeśli coś budzi nasz niepokój, jeśli np. jesteśmy w związku z alkoholikiem, to lepiej wstrzymać się z zakładaniem rodziny. Można też uruchomić wyobraźnię i ocenić, czy z tego pana będzie dobry tato, czy też centrum jego życia będzie zawsze skrzynka piwa. Co wówczas może dać swojemu synowi czy córce?

Patrząc na ukochanego pod kątem ojcostwa, można zobaczyć, jak reaguje na dzieci znajomych czy sąsiadów, czy potrafi naprawić bratankowi rowerek, czy dzieci go lubią? Świetnymi ojcami są panowie, którzy zajmowali się młodszym rodzeństwem, ponieważ mają w sobie nawyk troski i opieki, a to procentuje we własnej rodzinie. Z reguły panowie wychowywani w domach wielopokoleniowych, gdzie zawsze jest dużo dzieci, mają łatwość w podejściu do maluchów. Dobrze spełniają tę rolę wszyscy, którzy mają w życiu dużo do czynienia z dziećmi, np. lekarze rodzinni czy pediatrzy. Ale kluczem jest tu po prostu fakt, czy ktoś lubi dzieci, a nie konkretny zawód. A wreszcie warto wiedzieć, że czasem ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z maluszkami, przechodzi prawdziwe katharsis, kiedy zostaje ojcem i nagle odkrywa, że w tej właśnie roli czuje się najlepiej.

A w zasadzie to jest bardzo proste. Kochający człowiek zawsze będzie kochającym człowiekiem. Ktoś, kto naprawdę troszczy się o mnie i daje mi dużo uwagi, ciepła, miłości, będzie tak samo troszczył się o nasze dzieci. Mężczyźni mają bardzo klarowną logikę i postępują tak, jak czują. Mój mąż powiedział mi kiedyś: dziecko jest cząsteczką ciebie. Skoro tak bardzo kocham ciebie, jak mógłbym nie kochać tej cząsteczki?  Odkąd to usłyszałam jestem o jego ojcostwo spokojna – zawsze będzie pełne miłości, tak jak on jest pełen miłości dla mnie. Ktoś, kto spotyka się ze mną tylko na seks i niewiele go obchodzą moje sprawy czy problemy, nie zainteresuje się potem dzieckiem, które z tego seksu się przydarzy. Proste? Proste.

Bardzo ważną rzeczą jest nasze zachowanie po ewentualnym rozwodzie. Bywa przecież, że my dorośli nie umiemy się ze sobą dogadać, ale to nie oznacza wcale, że mamy włączać dzieci w swoje paskudne rozgrywki. Prawdziwa dojrzałość jest wtedy, kiedy z byłym partnerem pozostajemy w dobrej relacji. Właśnie po to, by mógł widywać się z dzieckiem i nadal być dla niego ojcem. Trzeba umieć przełknąć swój żal i gniew, czy nawet zazdrość, kiedy partner odszedł do innej. To największy dar dla dziecka. I tylko taka matka jest w moich oczach prawdziwie dobrą i mądrą, która mimo trudnych emocji powtarza dziecku z przekonaniem: „tatuś cię kocha i jesteś dla niego ważny, szanuj tatusia i słuchaj go”.

Każde dziecko zasługuje na to, by mieć swojego tatusia. I ten tatuś buduje w nim potem określone wzorce odpowiedzialności, opieki, pracowitości, budowania związku. Dla dziewczynki to matryca jej przyszłego partnera. Jeśli ojciec kocha córkę i ma dla niej trochę czasu, to ona przyciągnie sobie potem dobrego, uważnego męża. Dla chłopca to wzorzec męskości, stosunku do kobiet i potem w dorosłym życiu – do własnych dzieci. Nawet kiedy rodzice nie mieszkają razem, można być kochanym przez oboje i tworzyć w sobie dobre kody.

Przykładów z życia, które pokazują powielanie wzorców, mogłabym podać setki. Podam jeden – mojego męża. Bardzo lubiłam swojego teścia, który był odpowiedzialnym i troskliwym ojcem. Zawsze szanował rodzinę i stawiał ją zwykle na pierwszym miejscu. Spontanicznie pomagał we wszystkim teściowej, zakładając, że to on jest ten silny, który ma wspierać i chronić. Przyglądałam mu się uważnie, zastanawiając się wielokrotnie, czy taki właśnie będzie mój mąż. Jest. To odzwierciedlenie widzę bardzo wyraźne. Dla mojego męża nasze córki są bardzo ważne i przez większość życia był mi wielkim oparciem. Kiedy urodziłam drugą córeczkę, robił w domu niemal wszystko: prał pieluchy, sprzątał, mył okna, robił zakupy. Ja tylko gotowałam. Nie zapomnę tego, bo wiem, że to wyjątkowe. Zresztą mój mąż nadal mi pomaga we wszystkim.

Myślę też, że większość mężczyzn umie odnaleźć się w tej pięknej tatusiowej roli. Lepiej lub gorzej – ale dogadują się ze swoimi dziećmi, jeśli tylko im na to pozwolimy. Czasem trzeba im po prostu dać szansę i zostawić w swoim towarzystwie. Na pewno sobie poradzą i wypracują własne metody działania i komunikacji. Konkludując – większość mężczyzn świetnie się sprawdza w roli ojca. Jeśli nie pchamy się w patologiczne zachowania lub nie jesteśmy całkiem zaślepione, to bez problemu umiemy wybrać swoim dzieciom świetnego tatusia. Pamiętajmy tylko, że to nasza rola – nas kobiet. Nie zrzucajmy winy na pecha, na złych facetów czy przeznaczenie. Bądźmy pełne miłości dla dzieci, które dopiero przyjdą na świat i poszukajmy dla nich najlepszego ojca na świecie.

Bogusława M. Andrzejewska

Po rozstaniu

Rozstania w związkach uczuciowych dzielą się na takie, których sami chcemy i takie, z którymi trudno nam się pogodzić. Te pierwsze często są łatwiejsze. Decydujemy się pójść różnymi drogami, kiedy wygasną uczucia, kiedy kogoś nowego poznamy albo kiedy partner jest tak toksyczny, że życie z nim staje się piekłem. Jednak bywa i tak, że patologiczna relacja też jest trudna do rozerwania, bo pomimo dostrzegania szkodliwych zachowań męża czy żony my nadal kochamy i odejście sprawia ból. Dlatego też tego typu doświadczenie ewidentnie zaliczyć można do drugiej grupy, czyli do tej, która wymaga szczególnych starań.

Związki tego typu bywają karmiczne. Oznacza to, że jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują nam odejście, a my z uporem godnym lepszej sprawy kurczowo trzymamy się toksycznego mężczyzny (lub toksycznej kobiety), to najczęściej stoi za tym silna karmiczna lekcja, domagająca się przepracowania. Nie mówię tu oczywiście o prostym lęku przed zmianą, a raczej o tych osobach, które odeszły, a po odejściu tak rozpaczliwie tęskniły, że … wróciły. Bo odkryły, że bycie bitą czy zdradzaną jest mniej bolesne niż życie bez ukochanego.

Pewnie zaprotestują w tym miejscu psycholodzy, udowadniając, że takie cierpienie bierze się z lęku przed samotnością, przed niezależnością, z niedojrzałości emocjonalnej albo właśnie ze strachu przed zmianą. Jednak moje doświadczenie wskazuje, że bywa czasem jeszcze inaczej – czyli karmicznie. Znam piękne, silne i ustabilizowane finansowo kobiety, które nie umiały zapomnieć o partnerze, którego zostawiły. Miały dobre warunki, świetną pracę, pieniądze i nawet nowych kochanków na zawołanie, a pomimo tego wracały w stary, paskudny związek.

Wytłumaczeniem takiego nieadekwatnego postępowania jest właśnie więź karmiczna, widoczna często w horoskopie porównawczym. Karma nie jest karą ani przeznaczeniem, tylko lekcją. Zatem więź ta jest specyficzną umową dusz, które zobowiązują się wspierać tak długo, dopóki temat nie zostanie odrobiony. W praktyce może wyglądać to tak, że piękna, mądra i niezależna kobieta żyje z kimś, kto ją bije albo zdradza i nawet jeśli od niego odejdzie, to tęskni i nadal kocha, ponieważ jej dusza lgnie do „nauczyciela”, z którym umówiła się na „korepetycje”. Oczywiście więź znika, kiedy taka osoba odrobi lekcje, czyli pokocha siebie tak mocno, że własne dobro będzie dla niej ważniejsze niż romantyczne uczucie. To pozwala też wygasnąć emocjom i pójść nową drogą w spokoju i satysfakcji.

Uczucie tego typu jest bardzo specyficzne i rozpoznajemy je najszybciej właśnie wtedy, kiedy wokół nas jest mnóstwo innych adoratorów i wcale nie grozi nam samotność czy bezradność. Życie bez toksycznego partnera jawić się powinno jak sielanka, a tak nie jest. Giniemy z tęsknoty i nic nas nie cieszy. Dotyczy to człowieka niezależnie od płci, ponieważ czasem to kobieta bywa toksyczną partnerką, a jej mąż nie umie bez niej żyć.

Ta „druga grupa”, wspomniana na początku, to pełne cierpienia rozstania, których nigdy nie chcieliśmy doświadczyć. Zwykle pojawiają się wtedy, kiedy to my zostajemy porzuceni. Porzucenia bardzo bolą i zabierają nam mnóstwo energii życiowej. W większości przypadków są połączone ze zdradą, o której już pisałam. Jednak nie każda zdrada wiąże się ze skruszonym powrotem do żony (męża), chociaż takich jest najwięcej. Czasem zdrada jest początkiem nowego związku dla naszego partnera. W moim pojęciu, z poziomu energetycznego nie jest już wcale zdradą, tylko otworzeniem nowego rozdziału życia, który niekoniecznie nam się podoba. Jest też koszmarem, który nas zabija od środka, o ile nie postaramy się przejść przez cały proces świadomie.

Czasem zdarza się, że to zdradzona osoba odchodzi mówiąc, że nie mogłaby więcej dotknąć swojego małżonka po tym, co zrobił. Chociaż to był tylko incydent, a nie kwestia toksycznego seksoholika, alkoholika czy innej recydywy. Wówczas jedno jest pewne: w takim układzie nie było nigdy miłości, a jedynie jakaś umowa o wspólny lokal. Rozwiązanie umowy nie powinno zatem boleć i nie wymaga psychologa, a co najwyżej prawnika. Kochając, umiemy wybaczać. Jeśli nie umiemy wybaczyć partnerowi błędu, to nie kochamy, a tym samym nie zasługujemy na bycie ani z nim, ani z kimkolwiek innym.

Jeśli dla kogoś te słowa brzmią surowo – zaprzeczę, że nie ma tu grama surowości. Prawdziwe uczucie przyjmuje drugiego człowieka takim, jakim jest, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie ma ideałów i my sami też popełniamy błędy, które partner toleruje. Związek intymny jest kuźnią dwóch dusz, które przeglądają się wzajemnie w swoich oczach ucząc bycia dobrym i pełnym miłości. Kochając siebie, rozwijamy wielkoduszność i poszanowanie dla drugiej osoby. Oczywiście to my sami zakreślamy granice i kiedy zostaną przekroczone – mamy prawo odejść, szukając miłości gdzie indziej. Ale jeśli odchodzimy po pierwszym poważnym potknięciu, to trudno tu w ogóle mówić o kochaniu.

Mówiąc prostym językiem: jeśli partner nas zdradzi (oszuka, okłamie, skrzywdzi), to warto zadać sobie pytanie, czym przyciągamy takie doświadczenie? Pojawiło się po to, aby nauczyć nas na przykład miłości do siebie. Jest lustrem wszechświata, które pokazuje wzorzec do uzdrowienia. Jeśli zamiast przekodować wzorzec, spakujemy walizkę i uciekniemy, to lekcja ta będzie nas ścigać w kolejnych związkach. Albo nawet i bez. Warto zatem przekodować taki wzorzec i włożyć nieco wysiłku w naprawienie swojej relacji z partnerem i odbudowanie miłości.

Wracając do bycia porzuconym, warto pamiętać, że porzucenie rodzi się już w dzieciństwie, kiedy któreś z rodziców odchodzi albo nie akceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Buduje się wówczas w podświadomości matryca, która w dorosłym życiu przyciąga takie właśnie doświadczenie. Kiedy tylko obetrzemy łzy, znajdźmy czas dla siebie, by coś takiego uzdrowić. Można to zrobić samemu poprzez afirmacjękodowanieczy Dwupunkt. Można też skorzystać z pomocy terapeuty. Niemniej bez tego nie da się ruszyć do przodu.

Wiem i rozumiem, że przez pierwsze tygodnie po rozstaniu jesteśmy w prawdziwej żałobie. Trzeba sobie dać na to chwilę czasu i wypłakać wszystkie łzy. Byle nie za długo. Potem – jak w typowej żałobie po śmierci bliskiej osoby – trzeba się podnieść, otrzepać z pyłu rozpaczy i wrócić do życia. Najlepiej wtedy rozwijać swoje pasje lub poszukać nowych zainteresowań. Podróżować. Pracować. Robić coś sensownego i wartościowego. Zająć myśli i emocje, aby zminimalizować oczywiste cierpienie.

Warto też być wśród ludzi. Kiedy serce boli, najchętniej uciekamy, chowając się z głową pod kołdrę i nie chcemy nikogo widzieć. To jednak nie pomaga, bo jest rozdrapywaniem ran. Bycie wśród ludzi – chociaż początkowo męczy – na dłuższą metę działa uzdrawiająco. Pomaga wyżalenie się i rozmowa z życzliwymi osobami, ale jeszcze bardziej uzdrawia śmiech i zabawa. A prędzej czy później zaczynamy się śmiać.

Na koniec dodam jeszcze, że w tym trudnym czasie niezwykle cenne są wszystkie energetyczne praktyki. Polecam szczególnie Reiki, która mi wiele razy uratowała życie i stale podnosi mi energię, kiedy jest mi bardzo ciężko. Ale równie wspaniała może być praca z Kartami Aniołów i z samymi Aniołamimedytacja, praktyka buddyjska, modlitwa czy energetyczne warsztaty z dowolnej techniki. Pozytywna grupa ludzi pięknie podnosi nastrój i pomaga wyjść poza cierpienie. To wszystko działa na nas korzystnie i dzięki takim metodom odnajdujemy nie tylko nadzieję, ale też skutecznie budujemy wizję nowego lepszego jutra. A przecież wszystko mija i nawet największy ból serca kiedyś wygasa. Któregoś dnia zbudzimy się z uśmiechem i ze świadomością, że oto zaczął się nowy cudowny dzień, który niesie nam tylko same dobre chwile.

Bogusława M. Andrzejewska