Świadomość

Często mówimy o świadomym życiu i świadomym rozwoju, chociaż nie każdy pewnie ma na ten temat takie samo wyobrażenie. Jak w wielu przypadkach, tak i tutaj mamy tyle definicji, ile zainteresowanych osób. Szukamy własnych priorytetów, zakładając możliwość pozytywnej ścieżki w dowolnej wersji, jaką wybierzemy. Z całą pewnością każda droga, którą podążamy, jest dla nas najlepsza na dany moment. A sama świadomość może kojarzyć się nam głównie z kontrolą własnego działania i uważnego podejmowania decyzji. Czasem słyszę też jakąś teorię o duchowości i ezoterycznych zainteresowaniach, skąd blisko już do reklamy weganizmu i uprawiania jogi.

A co, jeśli świadomość oznacza bycie faktycznie przebudzoną osobą? Kimś kto przestał spać i otwierając oczy wkracza w świadomą rzeczywistość? Czym przejawia się taka realność? O samym przebudzeniu piszę w innej części strony, ale w pewien sposób taka wersja interpretacyjna jest mi bardzo bliska. Mam wrażenie, że to taki sposób funkcjonowania, który zakłada wielowymiarowe postrzeganie świata i działanie zgodne z prawem przyciągania i spontaniczną mocą kreacji. Na przykład, bo przebudzenie dotyczy nie tylko rozumienia naszego wpływu na materię, ale właściwe postrzeganie energetyki we wszystkich obszarach. Być świadomym, to nie tylko wiedzieć, ale też rozumieć, co się widzi.

Świadome życie to dla mnie swoista dojrzałość. To jak spacer boso po trawie, kiedy z uwagą dotykam stopami ziemi i czuję miękkość trawy, jej chłód, drobne kamyczki i wszystkie moje myśli, wszystkie zmysły kieruję w ten dotyk, w jedność z ziemią. Czuję, jak Ziemia oddycha i jak jej energia przenika przez moje stopy do samego serca. Staję się z nią jednością, a każdy krok jest pogłębieniem oddechu. Uważność. Dla mnie świadomość to właśnie uważność.

Świadome życie jest dla mnie uważnym kontaktem zarówno z zewnętrznym, jak i wewnętrznym światem. To wnikliwa obserwacja i wyciąganie wniosków lub zanurzenie w zachwycie. To doświadczanie całą sobą po to, by wzrastać, by zmieniać się i z każdym dniem być bliżej boskości. To odsłanianie swojej prawdziwej natury krok po kroku, każdego dnia. Bez rozumienia całego procesu i bez transformacji nie ma mowy o świadomości.

Są takie nauki, które pomagają poukładać logicznie kolejne stopnie życiowego wtajemniczenia. Ale zawsze na pierwszym miejscu znajduje się w nich wysokie poczucie wartości. Bez wiary w siebie nie sposób podążać żadną pozytywną drogą, ponieważ niska samoocena wypacza wgląd, zakłamuje rzeczywistość i skłania do szukania iluzji. To miłość do samego siebie pozwala nam kochać innych, uzdrawiać, przyciągać, kreować i transformować. Poznanie siebie pomaga tworzyć szczęśliwe relacje.

Drugi poziom świadomego życia to przeglądanie się w oczach innego człowieka z pełnym rozumieniem, że wszyscy jesteśmy jednością. To nade wszystko tolerancja i pozwalanie drugiej osobie, by podążała swoją własną ścieżką. To poznawanie innych, ich widzenia świata i akceptacja odmienności. Ale i życzliwość, serdeczność, uprzejmość. To dobre gesty i taktowne zachowanie. To empatia, która pozwala nieść pomoc w mądry sposób oraz otwartość na potrzeby drugiego człowieka. To wyrażanie emocji w taki sposób, by nikogo nie ranić.

Kolejny poziom to radość, która wypełnia każdy dzień i każdą chwilę. To optymizm i pozytywne myślenie, bez którego nic przecież dobrego nie da się wykreować. To napełnianie uśmiechem wszystkiego, czego doświadczamy i dziecięcy niemalże zachwyt każdym kolorowym drobiazgiem. Zachwyt uzdrawia i podnosi nam energetykę, a cieszenie się życiem sprawia, że staje się ono coraz lepsze. Nie ma rozwoju wewnętrznego bez pozytywnego, uśmiechniętego podejścia do otaczającej nas rzeczywistości.

Materia jest przestrzenią, która uczy nas naszej prawdziwej mocy. Bez rozumienia materii niczego nie osiągniemy, dlatego właśnie zeszliśmy na Ziemię – konkretną i pełną przedmiotów, które możemy brać do ręki, dotykać, zabarwiać naszą energią i kształtować mocą umysłu. Jednym z największych wyzwań jest ciało. Szczególnie wtedy, kiedy choruje. Uzdrawianie naszych tkanek jest ogromnie istotną lekcją. Świadome życie, to takie, w którym nasze emocje oraz mentalne wzorce kształtujemy harmonijnie, aby tworzyły matrycę zdrowia dla naszego ciała.

Następny etap to poznawanie świata z pomocą zmysłów. To umiejętne wykorzystanie każdego z nich, by podnosić swoje energetyczne wibracje. Oczy zachwycają się widokami, uszy zanurzają w dźwiękach, smaki uczą wdzięczności, zapachy sublimują emocje, a wreszcie dotyk pozwala cieszyć się prawdziwie materią. Zakreślamy własne przestrzenie. Na tym etapie doceniamy też moc naszego umysłu i potęgę przyswajania wiedzy. Uczymy się i rozwijamy inteligencję.

Potem uczymy się kochać prawdziwie i głęboko. Poprzez macierzyństwo i partnerstwo dorastamy do odpowiedzialności za drugiego człowieka. Dotykamy prawdziwej miłości, chociaż jeszcze nie rozumiemy, że ma ona moc stwarzania nowych światów. Tymczasem uruchamiamy moce twórcze i rozjaśniamy świat artystyczną kreacją, która powstała na bazie zmysłowego poznania. Doceniamy harmonię i piękno.

Kolejny etap, to wyjście poza zmysły, to intuicyjny wgląd pod zamkniętymi powiekami. To droga medytującego pustelnika, który zagłębia się w sobie, by znaleźć odpowiedź, co jeszcze jest poza światem widzialnym. To poszukiwania duchowe i jedna z niebezpiecznych ścieżek wiodących na manowce uzależnień, kiedy nasze pragnienia pozostają niezaspokojone. Tu jednak rodzi się też mądrość doświadczania i wglądu.

Kolejny etap rozwoju to droga poznawania i rozumienia transformacji. To władza nad materią, która pomaga kształtować rzeczywistość według naszej potrzeby. To może być praca z Reiki i umiejętność uzdrawiania ciała z pomocą energii. To może być pomnażanie materii finansowej. To może być charyzmatyczny wpływ na innych ludzi i kierowanie ich życiem. To może być nawet olśnienie u progu oświecenia. Jest to jednak niemal koniec drogi, ponieważ na tym etapie dzieje się magia. Tylko od nas zależy, czy jest biała czy czarna.

Ostatni punkt świadomości to rozumienie, że wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno i wyjście poza wszystkie ograniczenia. To wypełnienie na wszystkich poziomach miłością bezwarunkową, która zawiera w sobie kochanie siebie, tolerancję, radość, kreowanie, wiedzę, odpowiedzialność, mądrość i transformację. Która w istocie jest tym wszystkim, jak białe światło, które skupia w sobie wszystkie kolory tęczy. Miłość wszechogarniająca do Wszystkiego Co Jest, to wyznacznik pełnej świadomości, że niczego nie potrzebujemy, bo mamy w sobie każdą jakość. Świadome życie sięga do tych jakości spontanicznie, wypełniając wszystko najwyższymi wibracjami.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Przebudzenie 11

Nauczyciel jogi czy medytacji pracuje i zarabia tak samo jak piekarz czy szewc. Różnica polega na tym, że piekarzom i szewcom ludzie płacą bez oporów, a duchowy nauczyciel wydaje się utkany z mgły  nie musi wiec jeść ani opłacać rachunków. Tymczasem ciągle jeszcze niewielu wśród nas odżywia się Światłem. A w polskim klimacie mieszkać pod chmurką raczej byłoby trudno. Dlatego Nauczyciel Duchowy pobiera opłaty za szkolenia, analizy, konsultacje. I nie należy go za to potępiać, oczekując, że skoro Duchowy, to da nam wszystko za darmo.

Uczestniczyłam w wielu szkoleniach buddyjskich urzeczywistnionych nauczycieli. Za każdym razem wnosiłam opłaty za miejsce, za jedzenie, ale i dla nauczyciela, który też jadł i korzystał z linii lotniczych, aby do nas dotrzeć. Przy inicjowaniu w nowe praktyki tradycją jest dawanie nauczycielowi prezentów. Jasna sprawa, że niezamożne osoby zrywały garść malin i wręczały bukiet kwiatów. Ale większość z nas ofiarowywała to, co uważała za wartościowe, ponieważ to, co dostawaliśmy też było wartościowe. Ja najczęściej dawałam kamienie  kryształowe piramidki, duże ametysty o dwóch wierzchołkach, pięknie rzeźbione bursztyny. Jednak inni często dawali po prostu pieniądze.

Ustalenie ceny jest komfortowe dla każdego. Zamawiający usługę nie musi się martwić o to, ile powinien dać i czy nie dał za mało. Jest też pomocne w ustaleniu gotowości energetycznej, tworząc naturalny próg. A wreszcie pomaga też podjąć decyzję. Bo nawet jeśli coś wydaje nam się za drogie, to jest to informacja nie tylko o świadomości ubóstwa, nad którą warto popracować, ale także o tym, że to akurat nie jest dla nas najlepsze na ten moment.

Odłączanie pieniędzy od duchowego rozwoju i twierdzenie, jakoby duchowość nie miała nic wspólnego z finansami jest ignorancją. Zeszliśmy na fizyczną planetę właśnie po to, aby nauczyć się rozumieć materie i tą materią władać. Prawdziwy Duchowy Nauczyciel traktuje pieniądze w sposób równie naturalny jak jabłko, krzesło, chmury na niebie czy obraz wiszący na ścianie. Korzystanie z pieniędzy jest dla niego równie normalne i oczywiste jak oddychanie. Czyli  podkreślę na wszelki wypadek  nie skupia się zanadto na zarabianiu i pieniądze nie są dla niego celem życia. Podobnie jak krzesło czy chmury nie znaczą dla nas więcej niż znaczą. Ale traktuje je z szacunkiem i miłością, podobnie jak traktujemy jabłka, drzewa czy słońce na niebie. Największym błędem rzekomego przebudzenia jest traktowanie pieniędzy jako czegoś gorszego… A nie istnieją energie gorsze czy niegodne.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że każdy  dokładnie każdy z nas  ma dostęp do obfitości i bogactwa. Ono nie jest czymś na zewnątrz, co trzeba sobie wydrapać albo o co trzeba walczyć. Bogactwo jest naszą prawdziwą naturą. Tak samo jak zdrowie. Oznacza to, że mając w sobie harmonię i będąc połączonym z Najwyższym Źródłem mamy dostęp do tego, czego pragniemy. Duchowy Nauczyciel wie o tym, że dostęp do pieniędzy nie różni się niczym od dostępu do powietrza, którym chcemy oddychać. Jeśli się dusimy, to należy to uzdrowić w sobie i poprzez miłość bezwarunkową odbudować harmonię, która pozwoli zaczerpnąć głęboki oddech. Dlatego Mistrz Duchowy oczekuje zapłaty za swoją pracę wiedząc, że obfitość finansowa nie jest niczym trudnym czy niedostępnym dla człowieka.

Dotyczy to również naszego materialnego ciała, które mamy nauczyć się uzdrawiać z pomocą duchowych umiejętności. Po to zeszliśmy na Ziemię, by rozwijać Moc uzdrawiania miłością bezwarunkową. Mamy w sobie wszystko, by nigdy nie chorować, ale i cały zestaw niezbędny do naprawiania ciała. Paradoksalne jest przy tym to, że ludzie tak młodo umierają na różne schorzenia. To pokazuje, jak bardzo zaniedbaliśmy rozwój i to właśnie najpilniejszy temat do prawdziwego wzrastania. Na już. Nie siedzenie w kwiecie lotosu, nie teorie spiskowe, nie kombinowanie, jakie są rodzaje dusz (egregorów, monad…), tylko uzdrawianie tu i teraz  w tych okolicznościach, które zostały nam dane przez duszę.

Zeszliśmy na Ziemię, by w warunkach skrajnego survivalu rozwijać moce, które pielęgnują boskość w nas. By nie zapominać Kim W Istocie Jesteśmy i że możemy wszystko, czego pragniemy. Że naszą prawdziwą naturą jest siła stwórcza. Celem życia jest  powrót do naturalnej wrodzonej, boskiej Doskonałości, w której możemy wszystko z pomocą świetlistej mocy bezwarunkowej miłości. I przeraża mnie, kiedy ludzie uciekają od tego, szukając winnych swoich problemów na zewnątrz.

Gdybym chciała posłużyć się metaforą survivalu, to naszym zadaniem jest zachować w tej trudnej podróży klasę, uczciwość i człowieczeństwo, by nie zjadać siebie nawzajem, tylko podawać sobie ręce na najtrudniejszych odcinkach. Mamy też być świadomi, że spokojnie poradzimy sobie z każdą przeszkodą, bo posiadamy w sobie wystarczająco dużo wiedzy i zdolności, by dotrzeć do celu zwycięsko. Stare dusze są po to, by użyczać opracowanych wcześniej map. Młode po to, by z szacunkiem z tych map korzystać, bez pyskowania w stylu: „ja wiem lepiej”. I największym wrogiem przebudzenia są pseudoezoterycy, którzy podważają wszystkie mapy i pomstują na to, że ktoś wymyślił błoto i każda stroma ścieżka to dla nich spisek obcych, którzy chcą nas zjeść. A mapy starych dusz to dla nich kłamstwo wiodące w przepaść…

To, co zaprawdę warto i co gorąco polecam, to nauczyć się rozpoznawać mądre, stare dusze, które chętnie użyczają swoich map. Czasem trzeba im za to zapłacić, a czasem wystarczy rozmowa, innym razem można przeczytać za darmo artykuł lub mądrą książkę. Lecz  jak pisałam w innym miejscu  lektury są dobre i niedobre. Są takie, które wiodą na manowce, a poznamy je po tym, że pozbawiają nas radości i nadziei. Ale są i takie, przy czytaniu których rosną nam skrzydła i odkrywamy naszą boską Moc. Jeśli książka powoduje wzrost energii i wiary w siebie, to jest właściwym przewodnikiem w rozwoju. Proste, prawda?

Bogusława M. Andrzejewska

O dzieleniu się wiedzą

Należę do osób, które od zawsze dzielą się tym, co posiadają. Także wiedzą. Moja strona jest dostępna za darmo. Elektroniczny magazyn Medium także zawsze był bezpłatny, a pisaliśmy w nim na wiele ciekawych tematów. Swoim klientom chętnie rozdaję gratisy w postaci książek i płyt z wykładami. Osoby korzystające z moich konsultacji dostają w cenie wykładu rozmaite materiały. Piszę o tym, by pokazać, że mam pełne prawo wypowiadać się na temat dzielenia się wiedzą. Uważam, że jestem bardziej Dawcą niż Biorcą i ciągle uczę się podciągnąć tę nierównowagę w stronę przyjmowania.

Nie tak dawno pewna osoba przywłaszczyła sobie przekaz innej osoby. Nie książkę. Nie artykuł. Nie obraz. Nic, co można zastrzec prawami autorskimi, lecz bardzo osobisty i głęboki przekaz, którego nie można opatentować. Coś, co można nazwać Pieśnią Duszy. Nie jest to moja sprawa i nie moja lekcja. Pominęłabym milczeniem – niech każdy sobie sam uzdrawia swoje wzorce. Ale osoba ta, aby usprawiedliwić tę kradzież, opublikowała pozornie bardzo ładny tekst o udostępnianiu wiedzy ezoterycznej. Pozornie. Wypowiedź ta wprowadza czytających w błąd, a stado bezmyślnych owiec podążyło z radosnym tupotem za tym tekstem. I zrobiło mi się bardzo smutno, że tak łatwo ludźmi manipulować. Chociaż Ziemia podnosi energię, to ludzie nadal nie umieją odczuwać energii na poziomie serca. A może po prostu im się nie chce.

Rzecz nie w dzieleniu się wiedzą w ogóle. W dobie internetu ten problem nie istnieje. Wystarczy chcieć i mieć jakąkolwiek przeglądarkę. I nie żyjemy w czasach faraonów. Dzisiaj nikt nikogo na zaćmienie słońca nie nabierze. Wiedza jest ogólnie dostępna. Za darmo. Mamy szkoły i setki kursów, także on-line. Kto chce, ten nie ruszając się z wygodnego fotela może nauczyć się wszystkiego.

Tekst tej osoby przekonuje, że wiedza mistyczna powinna być dostępna dla wszystkich, bo wszyscy są gotowi. Przecież poczują. Przecież mają świadomość. Przecież jeśli coś zobaczą, to znaczy że ich wibracje są odpowiednie. A to niestety tak nie działa. Piszę ten artykuł, aby zwrócić uwagę na rzecz niezmiernej wagi. Dzielenie się wiedzą ezoteryczną jest czymś zupełnie innym, niż nauka matematyki czy biologii. Czy ktoś jeszcze pamięta znaczenie słowa „ezoteryka”? Pochodzi od greckiego słowa „esotericos” – wewnętrzny i oznacza wiedzę hermetyczną. Powtórzę raz jeszcze dużymi literami: HERMETYCZNĄ. Zamkniętą jak Puszka Pandory dla bezpieczeństwa, a nie po to, by manipulować kimś.

Poznawanie niektórych elementów wiedzy hermetycznej, jest jak umiejętność korzystania z ognia. Jeśli ktoś pozna ogień, to pierwsze co zrobi, włoży weń palec. Podobnie z mistyczną wiedzą. Można nie tylko się poparzyć. W ciągu trzydziestu lat pracy z ezoteryką widziałam ludzi, którzy po samodzielnych zaawansowanych medytacjach trafili do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Mój dobry znajomy, który zdecydował, że nie chce nauczycieli i samodzielnie będzie się rozwijał – rzucił się z wieżowca. Wspaniały, roześmiany człowiek, w ciągu kilku miesięcy samodzielnych medytacji w miejscach mocy, zamienił się w opętaną istotę, która nie pozwoliła sobie pomóc. Nie miałam wtedy dzisiejszej wiedzy. Nie miałam też na niego wpływu. Ale zapamiętałam tę lekcję.

Dotykanie płaszczyzn z innych wymiarów jest niebezpieczne, uwierzcie.  Dlatego od lat uczą tej wiedzy osoby odpowiednio przygotowane. I bez nauczyciela nie warto ryzykować wchodzenia w niektóre obszary. Dlatego kiedy ktoś nawołuje do dzielenia się mistyczną wiedzą i próbuje powiedzieć, że wyłącznie dla władzy trzymamy pewne metody i praktyki duchowe dla siebie, to nie wie zupełnie o czym mówi. Jak długo ludzkość istnieje – zawsze byli duchowi nauczyciele. Wśród Druidów, wśród Kahunów, wśród buddystów – wszędzie, w każdym zakątku świata. I zawsze trzymano w ukryciu pewną mistyczną wiedzę, bo gdyby ją oddano nieprzygotowanym do tego ludziom, spłonęliby. To mądrość i miłość powoduje, że matka nie daje dwulatkowi do rąk zapalonej świecy.

Nawet wiedza psychologiczna może zadać mnóstwo bólu. Ucząc grafologii czy metod NAO kładę bardzo duży nacisk na etykę pracy. A jednak trafił mi się raz student, który zdobyte na zajęciach informacje wykorzystywał, aby manipulować kobietą. Ponieważ nie chciała z nim być, zastraszał ją opowiadając niestworzone historie rzekomo wyczytane w jej charakterze pisma. Doprowadził ją do rozpaczy. To potwierdza, że wiedza w niewłaściwych rękach może być niebezpieczna. Jak zatem można twierdzić, że miłość każe się wszystkim dzielić? Chlebem – tak. Tabliczką mnożenia – tak. Ale nie wiedzą psychologiczną czy ezoteryczną!

W krytykowanym tekście autorka wspomina o paleniu na stosach – podobno za to, że czarownice były buntowniczkami, które chciały, by wiedza mistyczna dostępna była dla każdego. A przecież jest wręcz przeciwnie! Wiedzące palono za to, że posiadając wiedzę hermetyczną, nie chciały jej powszechnie udostępniać. Szkoliły następczynie, ale nie pospólstwo. Wiedziały to, czego inni im zazdrościli. Palono je głównie przez zawiść i strach. Czyli dokładnie z tego powodu, z którego ta osoba napisała ów tekst. Nie mam wątpliwości, że kieruje nią zawiść… I dziwi mnie, że nikt nie dostrzega niespójności w jej słowach i argumentach wywleczonych z sufitu.

Wiem i rozumiem, że wśród tych, co mianują siebie nauczycielami duchowym jest wielu oszołomów, naciągaczy i oszustów. Jest tak w każdym zawodzie. Właśnie dlatego warto rozwijać moc serca, aby umieć odróżnić ziarno od plew. I powiem to, co zawsze powtarzam – jeśli ja mogę zobaczyć w „śliczniutkim” tekście błoto, to każdy może. Można zadać pytanie kwantowe. Można powierzyć się Wyższej energii i poprosić o przekaz. Jeśli spojrzycie z poziomu Pola Serca – to zobaczycie tylko prawdę.

Wiem, że będę nudna, ale znając analizę wypowiedzi z łatwością umiem rozszyfrować taki manipulacyjny tekst i rozpoznać, co leży u podstaw takiej zawiści. Jak zwykle niskie poczucie wartości. Tylko człowiek zakompleksiony nie uznaje autorytetów. Każdy psycholog to Wam potwierdzi, że prawdziwa dojrzałość pojawia się wtedy, kiedy doceniamy mających więcej jakiejś wiedzy. Każdy z nas jest w czymś dobry. Bycie autorytetem w jakiejś dziedzinie nie oznacza zadzierania nosa i byciem guru wszechświata. Oznacza tylko gotowość, by kogoś swojego fachu nauczyć.

Ktoś, kto nie umie z pokorą poprosić o wiedzę, ale mówi: „oddaj te nauki, należą mi się, bo wszystko jest wspólne”, ma samoocenę na poziomie podłogi. Chce pozować na mesjasza, który zjadł wszystkie rozumy i dorabia do tego filozofię, za którą idą tłumy. Bo któż nie przyklaśnie, kiedy mu się powie: „Zasługujemy, jesteśmy mądrzy i gotowi, oni nas okłamują i traktują jak kogoś gorszego od siebie”?

A kto pamięta legendę O Ewie i jabłku z Drzewa Dobra i Zła? Takie legendy powstały właśnie po to, by pokazywać ponadczasowe, uniwersalne informacje. Metafora jest tu oczywista – Ewa to zakompleksiona babka, która daje się skusić wężowi, bo… nikt nie będzie jej mówił, że czegoś jej nie wolno. Nikt nie będzie jej odbierał mistycznej wiedzy, skoro ona wie lepiej niż Bóg, że jest gotowa. Jaki jest efekt? Raj zamienia się w padół łez.

I ta opowieść uczy, aby zaufać tym, którzy chcą nas uczyć i prowadzić. Powierzać siebie, a nie buntować się na oślep. Najpierw wzrastać, a wiedza przyjdzie sama. Nie wyrywajmy przed czasem czegoś, do czego gotowi nie jesteśmy. Role też są tu jednoznaczne. Komu wolicie zaufać: Bogu (Najwyższemu Źródłu, Aniołowi Stróżowi, Archaniołom…) czy wężowi? Autorka krytykowanego tekstu jest jak wąż, który namawia do buntu i reklamuje ów bunt, jako wyrwanie się z jarzma tych, którzy wiedzą więcej. Jeśli nałożyć ten tekst na legendę o raju, to wszystkie klocki wskakują na swoje miejsce.

Przeraża mnie, jak bardzo niska samoocena sprowadza ludzi z właściwej ścieżki. Wystarczy, że diabeł szepnie do ucha: „on ci nie chce dać tej wiedzy, bo myśli, że jest kimś lepszym, wywyższa się. Nie pozwól, pokaż mu, że jesteś mądrzejszy!” – i stado lemingów szturmuje. Na próżno im tłumaczyć, że to dla ich bezpieczeństwa… Trochę mnie przeraża stan ludzkiej inteligencji, która całkowicie znika, kiedy w grę wchodzą kompleksy. Dlatego nauczyciele duchowi mówią, by zapomnieć o ego. Kiedy rozpatrujemy zjawisko z poziomu serca jesteśmy wolni od zawiści i z podziwem patrzymy na różnych nauczycieli. Ja tak mam Kochani Moi – z szacunkiem i wdzięcznością uczę się od innych i wcale nie czuję się od nich gorsza. Dlatego zawiść jest mi całkiem obca.

Człowiek chciwy i leniwy, który sam niczego nie osiągnął, krzyczy jeszcze: „wszystko jest wspólne! Oddajcie nam swoje księgi i sekrety! Oddajcie nam owoce swoich medytacji i ćwiczeń. Wszyscy jesteśmy Jednością, więc Wasze odkrycia są naszymi i jestem gotowa”. Paradoksem jest tutaj fakt, że to wszystko rzeczywiście jest wspólne. Tak, wspólne. Jeśli ja wymedytuję coś ważnego, to nawet jeśli będę milczeć, moje doświadczenie przejdzie Polem Serca do wszystkich ludzi. Kto będzie naprawdę gotowy energetycznie, odbierze moje odkrycie, jak telegram. Wszechświat jest idealnie skonstruowany – to gotowość jest bramą do mistycznej wiedzy. Osoba, która na siłę domaga się dzielenia ezoteryką, wyważa naturalne bramy i bez wewnętrznej gotowości wyciąga chciwe dłonie po coś, do czego nie dorosła. To obróci się przeciwko niej, bo zasad wszechświata łamać nie należy. Nie podążajcie za takimi ludźmi – taka moja rada. Ale jak zawsze – nikogo nie przekonuję – możecie robić wszystko, cokolwiek chcecie.

W tekście, który uznałam za niewłaściwy i niebezpieczny, znalazły się jeszcze odwołania do Atlantydy, z którą mam głęboki kontakt od lat. Jest wśród nas wiele dusz z tego mistycznego kontynentu. I nie mam wątpliwości, że ci z Was, którzy odnaleźli więź ze swoim starożytnym rodowodem, zgodzą się ze mną. Otóż zupełnie odwrotnie niż w krytykowanym przeze mnie tekście – na Atlantydzie eksperymentowano z dostępnością wiedzy. W każdym domu był kryształ, coś na kształt dzisiejszego komputera z dostępem do sieci. Nie wchodząc w szczegóły, bo to byłaby długa historia, powiem tylko, że upadek Atlantydy nastąpił w wyniku niewłaściwego wykorzystania zaawansowanej wiedzy przez istoty zupełnie do tego nie przygotowane.

Dlatego zawsze będę przed tym przestrzegać i odcinać się od ludzi, którzy próbują zniweczyć wysiłki wielu pięknych energii i zniszczyć Ziemię, zawłaszczając sobie to, do czego nie dorośli i ciągnąc za sobą stado naiwnych owiec. Mogę milczeć, ponieważ ta sprawa mnie nie dotyka. Jest poza mną. Ale czasem milczenie, kiedy ktoś propaguje zło jest współuczestniczeniem w zbrodni. A wątki rozwoju duchowego są mi szczególnie bliskie, ponieważ od lat usuwam ludziom zawadzające kamienie z drogi wewnętrznego wzrastania. Ten tekst, o którym tu opowiadam tak krytycznie, jest kamieniem, o który potknęło się już ponad sto osób. Tyle istnień ludzkich bezmyślnie zgodziło się z jego treścią. Smutne.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 10

Duchowość jest w nas. To my zawsze jesteśmy dla siebie mistrzem, szczególnie wtedy, kiedy słuchamy swojego serca. Faktycznie nie potrzebujemy niczego i nikogo z zewnątrz. Wystarczy, że zanurzymy się w ciszy i dotkniemy swojego prawdziwego „Ja”. Stan buddy drzemie ukryty pod emocjami, pragnieniami, uprzedzeniami i poglądami. Czeka na odkrycie i urzeczywistnienie. I absolutnie nie ma dla niego znaczenia, jak go nazwiemy i czy w ogóle będziemy go jakkolwiek definiować. Czasem wystarczy nawet uczucie bez ubierania w słowa. Uczucie, które pozwoli zrozumieć, że to już…

Jednak myliłby się ten, kto myśli, że skoro wszystko mamy w sobie, to nie są nam potrzebne kursy, książki i nauczyciele. Rolą doświadczonego przewodnika na duchowej ścieżce jest pokazywanie drogi lub podpowiedzenie właściwej metody. Żaden guru nie oświeci się za nas ani nic nam nie włoży do głowy. Jednak może bardzo pomóc. Właśnie dlatego potrzebni są Posłańcy Światła i duchowi nauczyciele. I nie mówię tu o kocie, który jest najlepiej medytującą istotą, ani o dziecku, które przypadkiem pokaże nam prawdę o nas samych. Mówię tu o tych, którzy uczyli się teorii oraz doświadczyli praktyki. Oni są tu na Ziemi po to, by pokazywać właściwe ścieżki tym, którzy idą za nimi.

Czasem kompleksy i zwykła ludzka zazdrość prowokuje kogoś do narzekania, że „ci wszyscy nauczyciele to naciągacze, robią kursy, aby zarabiać, a my nikogo nie potrzebujemy, tylko żyjmy i doświadczajmy”. Nie ma w tym prawdy. Człowiek szuka przewodnika na duchowej drodze, bo nie zawsze rodzi się z wiedzą, jak dotrzeć do tego, co jest głęboko w nas. Gdyby każdy miał bez niczyjej pomocy dostęp do swoich zasobów, to wszyscy dawno bylibyśmy oświeceni. A świat przecież jest pełen chorych, biednych i nieszczęśliwych ludzi. Mówienie im wszystkim  „cierp swoje, w końcu odrobisz swoje lekcje i się oświecisz” jest okrucieństwem. I na to okrucieństwo tylko tu reaguję. Bo jeśli ktoś jest tak mądry, że nie potrzebuje nauczyciela, to chwała mu i buty na drogę  niech sobie sam zdobywa duchowe doświadczenie. To jego suwerenna decyzja. Ale nie odciągajmy od Światła tych, którzy potrzebują drogowskazów.

I rzecz nie w tym, że wśród duchowych nauczycieli wielu takich, którzy energię mają niższą niż adept, który przychodzi do nich po naukę. Pisałamjuż o tym. Bo obok mamy na Ziemi piękne autorytety, które urzeczywistniły cudowny poziom. Nie sztuka je dostrzec. Świecą z daleka… A wśród buddystów spacerują oświecone istoty, które dosłownie mogą nas popchnąć w rozwoju, dotykając naszego czoła. Dlaczego nie korzystać z ich pomocy?

Rzecz w tym, że nikt nie jest samotną wyspą. Jesteśmy istotami społecznymi, a najpiękniejszym przejawem tej jakości jest wspieranie siebie i wzajemne prowadzenie do Światła. A też współdziałanie i twórcze przejawianie swojego daru. Jeden rodzi się z talentem do uprawiania roślin, inny z umiejętnością malowania obrazów, ktoś inny szyje buty, a czasem na świat przychodzi człowiek, którego zadaniem tu na Ziemi jest prowadzenie innych w wewnętrznym rozwoju. Od 20 lat robię analizy numerologiczne i astrologiczne, widzę wyraźnie karmiczne programy duchowych nauczycieli. Oni spacerują pomiędzy nami i pracują jak każdy inny.

W mojej psychologicznej praktyce obserwuję czasem osoby, które umierając, są w punkcie zero  w tym samym miejscu, w którym zeszli na Ziemię. Niestety tak bywa, kiedy otrzymując lekcje, skupiamy się na cierpieniu i wołamy do Nieba: „za co mnie to spotyka?”, zamiast zadać rzeczowe pytanie: „czym to przyciągnąłem i jak mam to w sobie uzdrowić?” Albo nawet: „jak usunąć te przeszkody w rozwoju, by osiągnąć oświecenie?” Takie pytanie nie pada. Nie ma w tym winy tego człowieka. Skąd miałby wiedzieć, jaki jest sens wszystkiego, czego doświadczył? Nikt mu tego nie wytłumaczył, a rodzice ciągnęli do jakiejś świątyni, w której kazano mu bić się w piersi i wołać: „moja wina”. A gdyby tak z zaufaniem podeszli do duchowego nauczyciela i zapytali: „dlaczego mi się to dzieje?”, nic nie zostałoby zmarnowane. Tak to widzę. Nie jesteśmy zawsze i we wszystkim samowystarczalni.

Są wśród nas tacy, którzy zbierając w poprzednich wcieleniach dobrą karmę, spontanicznie wchodzą w medytację i patrząc wieczorem w gwiazdy szukają odpowiedzi na właściwe pytania. Tak, są. To właśnie Posłańcy Światła. Ponieważ wypracowali sobie stałe połączenie z Najwyższym Źródłem  wiedzą i czują więcej. Sami z siebie. I mogą pokazać innym, czego szukać i jakie pytania zadawać. Na wschodzie, który tak bardzo chcemy naśladować w duchowych trendach, to rzecz oczywista. Są nauczyciele i uczniowie. Podstawą jest szacunek dla bardziej doświadczonych. A przecież nauczyciel tylko pokazuje drogę, możemy pójść za jego palcem lub nie. To my wybieramy. Jednak w duchowości, jak w każdej innej dziedzinie istnieją przewodnicy i moim zdaniem są i będą potrzebni, aby  jak powiedział kiedyś Gibran  usuwać z drogi kamienie dla tych, co idą z tyłu…

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Mistrzu

Tym razem chciałam opisać swój własny sen. Śniłam go dawno, około 16-17 lat temu. Pamiętam jednak ten sen ze wszystkimi szczegółami, bo był inny niż wszystkie. Ale wiem też, że była to prawdziwa wizyta mojego Mistrza. Nie umiem klarowniej wyjaśnić, po czym poznać, że to nie figle podświadomości, lecz właśnie prawdziwe odwiedziny. To się po prostu wie. Jestem też pewna, że każdy w swoim sercu poczuje, kiedy tego sam doświadczy, że to nie tylko sen, ale prawdziwy kontakt z określoną istotą, która w ten sposób dociera do naszej świadomości. A przecież wszyscy wiemy, że właśnie nasze sny mogą być tą piękną przestrzenią, do której mają dostęp energie z wyższych poziomów.

Śniłam ten sen mniej więcej dwa lata po intensywnych praktykach w buddyjskim klasztorze. Uwielbiałam swojego Nauczyciela i pilnie wdrażałam otrzymane przez niego nauki. Mój szacunek połączony był z ogromnym dystansem i respektem. Nie chcę pisać, że bałam się Mistrza, bo przy nim czułam się najszczęśliwsza i najbardziej bezpieczna. Jednak nie miałam odwagi, by nie proszona podejść blisko. To była potężna oświecona istota ukryta w ciele schorowanego staruszka. Od dawna rozpoznaję energie i energetyczne poziomy. To, co przy Nim czułam, jest trudne do opisania. To taka energia, która jednym ruchem palca może wywołać tornado i zmieść z powierzchni Ziemi całe miasto. Oczywiście żaden nauczyciel buddyjski nie robi takich rzeczy, to istoty pełne miłości i współczucia. Ale ja wiedziałam, co potrafi, ile w nim niezwykłej mocy… Pogromca demonów, potężny mag i człowiek, który ruchem ręki zatrzymywał deszcz. Stąd respekt, który trudno z czymkolwiek porównać. I te same uczucia podziwu, szacunku i miłości do Mistrza były w moim śnie.

Śnię, że jestem na wykładzie mojego Nauczyciela. Z szacunkiem i uwagą słucham tego, co tłumaczy. Mówi o rozwoju duchowym, o wzrastaniu, o praktyce. Wszyscy siedzimy w starych ławkach w małej szkolnej sali na poddaszu. Jest nas może dwadzieścia osób, nie więcej.

W pewnym momencie mój Mistrz wywołuje mnie i prosi, żebym go zastąpiła i poprowadziła wykład. W tym śnie mam pełną świadomość i wiedzę o tym, że na ścieżce buddyjskiej jestem początkująca. Na sali na pewno są praktykujący z większym stażem i doświadczeniem. Ja nie posiadam wystarczającej wiedzy. Wstaję i nieśmiało szukam wyjaśnienia wiedząc, że przede mną stoi istota oświecona, która przecież wszystko na mój temat wie…

Mój Mistrz zapewnia mnie, że jestem wystarczająco gotowa i wyjaśnia, że nie oczekuje ode mnie przekazywania nauk buddyjskich, lecz nauczania wiedzy duchowej, takiej związanej z rozwojem, prowadzącej do oświecenia. Przyjmuję to z radością, bo bardzo lubię prowadzić szkolenia i wiem, że jestem w tym dobra. Zaczynam wykład o duchowej wiedzy, stojąc w tym samym miejscu, w którym poprzednio siedziałam – ze swojej ławki.

Tymczasem mój Mistrz znika mi z pola widzenia, jakby się schował. Zaniepokojona zaglądam za pierwsze rzędy ławek i widzę, że siedzi na podłodze i się rozpuszcza. Dosłownie tak, jak bryłka z lodu, kiedy znajdzie się w ciepłym miejscu – rozpuszcza się, staje coraz mniejsza, a kałuża wokół powiększa się…

Kiedy zachwycona opowiedziałam ten sen swojemu przyjacielowi, ten ze smutkiem stwierdził, że nasz Rinpocze uprzedził mnie o swojej śmierci. Nie chciałam w to wierzyć, ale rzeczywiście – w buddyzmie rozpuszczanie się jest dość jednoznaczne. Tak się przejęłam, że wyrzuciłam z pamięci całą resztę tego snu. Wkrótce potem mój Kochany Mistrz zmarł, potwierdzając senne proroctwo, a ja to bardzo przeżyłam. Czułam się jednocześnie wyróżniona, że należałam do nielicznych osób, które o tym zawiadomił przed czasem, kiedy jeszcze nikt tego nie oczekiwał.

Od tamtej pory prowadzę szkolenia i konsultacje, piszę książki i artykuły o duchowości, chociaż zupełnie wyrzuciłam z pamięci cały sen i jego sens. Teraz dopiero przypomniałam sobie to ważne przecież dla mnie przesłanie. Skupiona na śmierci Nauczyciela zapomniałam, że wyznaczył mnie na swojego zastępcę. Oczywiście w linii buddyjskiej mój Mistrz ma swoich spadkobierców i nauczycieli, którzy prowadzą dalej jego nauki. Ja – podobnie jak w tym śnie – nauczam ze swojego miejsca w ławce. Tam gdzie jestem, kontynuuję Jego pracę. Dzisiaj zobaczyłam dodatkowy sens swojego działania – wypełniam powierzoną mi wiele lat temu rolę. I cieszę się, że chociaż nie myślałam o tym śnie, realizowałam to wszystko, co powinnam.

Przyszła też do mnie nieuchronnie taka refleksja, że niskie poczucie wartości nie dopuszcza do nas myśli, że możemy być godni zastępować oświeconą istotę. Wiem doskonale, że część mnie wyparła ten element snu, bo… gdzież taka marna kobietka mogłaby być namaszczona przez Wielkiego Rinpocze do prowadzenia nauk? Gdzież mi do Oświeconej Istoty, która jednym ruchem ręki zatrzymuje deszcz?

Jednak jestem namaszczona… To się zadziało. A ja przecież jestem świetnym nauczycielem i ja także – jak mój Kochany Rinpocze – inicjuję ludzi, dając im doskonałe narzędzia rozwoju wewnętrznego. Dzisiaj jestem gotowa powiedzieć głośno, że jestem dobra w tym, co robię i pięknie kontynuuję dzieło wspaniałego oświeconego Mistrza, który uczył ludzi współczucia i bezwarunkowej miłości.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 5

Internet jest pełen doradców i specjalistów od rozwoju, którzy próbują innych uczyć duchowości. Niektórzy być może wiedzą, o czym piszą. Niektórzy nie. Nawet sama definicja przebudzenia jest trudna, bo czy to już oświecenie, czy tylko pierwsza przymiarka? Logicznie rzecz biorąc przebudzenie to otwarcie oczu i uświadomienie sobie, że rzeczywistość, którą wciąż czujemy pod powiekami, była tylko snem. A zatem w duchowym rozwoju to uświadomienie sobie, że wszystko jest iluzją, a prawdziwe Ja jest boskie i nieśmiertelne. Prawdziwe przebudzenie to wyjście poza dualizm i spokojna obserwacja tego, co nas otacza.

Jeśli za punkt wyjścia przyjąć teorię, to mamy wokół siebie setki przebudzonych. Ludzie czytają, uczęszczają na kursy, medytują i rozumieją jaki jest sens naszego istnienia. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę praktykę, to trudno znaleźć istotę, która tę jakość urzeczywistniła. Nie jest problemem wyrobić sobie nawyk pozytywnego myślenia, wybaczyć ludziom i zacząć akceptować skomplikowane wydarzenia jako konieczne nam do rozwoju lekcje. Nie jest też problemem wyciszyć umysł i zacząć doświadczać odmiennych stanów świadomości. Trudność pojawia się wtedy, kiedy trzeba uwolnić wszystkie emocje i z prawdziwym spokojem przyjmować ludzkie zachowania pełne złości i zazdrości. Rzecz nie polega przecież na tłumieniu tych emocji, lecz mówiąc dość obrazowo  na dostrzeganiu w drugim człowieku boskiej istoty. I na prawdziwym odczuwaniu, że wszystko jest w harmonii. Bo oczywiście można udawać, ale czy zawsze czujemy, że tak jest?

Czytałam niedawno artykuł pewnej pani, która próbowała opisać, jak zachowuje się przebudzony człowiek. Pięknie pokazała pozytywne myślenie, wybaczanie, wewnętrzny spokój i akceptację takich zjawisk jak np. śmierć. Podkreśliła jednak też, że przebudzona osoba nie je mięsa, nie ogląda telewizji, nie przejmuje się politykami. I tu już zobaczyłam, jak opisuje samą siebie, nie rozumiejąc zupełnie o co chodzi. Szczególnie kiedy zaprzeczyła temu, co napisała wcześniej, podkreślając nie tolerowanie kłamstwa. Zonk! Jak można ignorować zachowania polityków i oburzać się na kłamstwo  jedno drugi wyklucza.

Przebudzenie jest przede wszystkim akceptacją tego, co jest i dostrzeganiem świata jako niedualnego. Dla przebudzonej istoty nie istnieje pojęcie kłamstwa ani prawdy  wszystko jest tym samym. Jest zjawiskiem poza oceną. Nie ma znaczenia jedzenie lub niejedzenie mięsa, czy oglądanie telewizji. To opis wymyślony z poziomu osoby nie przebudzonej  tak ona sobie wyobraża ten stan. Chciałaby go wstawić w swojego ramki wyrastające mocno z ego i niemal biblijnych zasad, które dzielą życie na zło i dobro.

No właśnie. Ludzie próbują nazywać coś, czego nie czują i o czym nie mają pojęcia. Osoba przebudzona to dla nich ładna, wyciszona laleczka, która nie okazuje emocji i ze szklanym uśmiechem łyka jak żabę wszystko, co się wydarza. A potem dokładają do tego opisu moralne zasady rodem z biblii: nie kłamie, nie kopie, nie kradnie. A to tak nie działa. Przebudzenie pozwala nam uzyskać wgląd i działać zgodnie z tym wglądem. Jak pisałam wcześniej spędziłam trochę czasu przy osobie oświeconej. Rozpoznawał nasze myśli, porozumiewał się telepatycznie, czarował, ale potrafił też rzucić w drugiego człowieka kamyczkiem, aby go przywołać do rzeczywistości i krzyczeć na kogoś, jeśli taka była potrzeba. Wiem też, że okazywał rozmaite emocje, jadł chyba też czasem mięso i oglądał telewizję. Nie zatem od diety zależy oświecenie i nie od zaniechania oglądania telewizji.

Przebudzenie to miłość bezwarunkowa do wszystkich czujących istot. To bycie boską istotą i zarazem jednością ze Wszystkim Co Jest. To poczucie, że jesteśmy jednym z każdym mordercą, kłamcą, złodziejem i z każdym uzdrowicielem, zbawcą, bohaterem. To patrzenie z zachwytem na wszystko i wielka cisza, która kołysze nas w środku, zamieniając się w błogość z każdym głębszym oddechem. To pulsujące poczucie rozkoszy, które nas łączy z falowaniem wszechświata i którego wręcz nie umiem opisać. Jedno jest pewne: przebudzenie to stan poza oceną. Z poziomu przebudzenia nic nie jest złe ani dobre. Jeśli ktoś Wam powie, że człowiek przebudzony wybiera tylko grzeczne i przyzwoite zachowania  nie wierzcie. Kiedy się przebudzicie, nic nie będzie grzeczne ani niegrzeczne. Wszystko będzie tym samym przejawianiem miłości na różne sposoby.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia Światła

W gruncie rzeczy sprawa wydaje się zupełnie prosta: albo jesteśmy po stronie Światła albo po tej całkiem drugiej. Do pierwszej zaliczamy wszystkie myśli i czyny wypływające z dobroci, życzliwości, współczucia, łagodności czy też zwykłej mądrości. Najczęściej prowadzi nas tą drogą liczenie się z innymi, z ich uczuciami. Spontanicznie podążamy taką ścieżką wtedy, kiedy nasza energia jest wysoko. A każdy przecież może o to dbać – narzędzia podnoszenia energii są nieskomplikowane. Pisałam o nich tutaj, ale piszę też w wielu innych miejscach na tej stronie. Oznacza to, że jeśli tak wybierzemy, to jesteśmy w stanie utrzymać tę energię wysoko.

Znam wiele osób, których działania i myśli są właściwe i tworzą te piękne zasługi, pomimo że osoby te nawet nie maja pojęcia o poziomach energetycznych. Tak po prostu zostały wychowane przez innych dobrych ludzi. Pomagają, współczują i odnoszą się życzliwie do każdej czującej istoty, bo wiedzą, że tak trzeba i nie wyobrażają sobie, że można inaczej. Światło jest ich naturalną częścią.

Druga strona – ta ciemniejsza – wyrasta z negatywnych emocji: zazdrości, agresji, pogardy, nienawiści, żalu i potrzeby zemsty. W gruncie rzeczy wyrasta z lęku, bo każda trudna emocja odżywia się lękiem. W niektórych ścieżkach filozoficznych demony to właśnie tego typu emocje. A zatem nie jakieś diabły czy inne rogate stwory, które mieszają nam w głowach, tylko coś takiego jak zawiść czy gniew, którym dajemy posłuch i robimy rzeczy niegodne człowieczeństwa. Tak czy owak ciemna strona mocy żywi się negatywnymi przekonaniami. Zatem przejście na stronę Światła to przede wszystkim umiejętne zarządzanie emocjami.

Druga istotna przyczyna wejścia w ciemność to niskie poczucie wartości. Niejednokrotnie zdumiewa mnie, jak bardzo nieadekwatnie reagują zakompleksione jednostki, ile niepotrzebnej agresji albo żalu wylewa się w odpowiedzi na niewinne i całkiem życzliwe zwrócenie uwagi lub na zwykły żart. Niskie poczucie wartości jest ziejącą raną w człowieku, która piecze i pali w reakcji na większość wypowiadanych słów. Nawet dobre intencje bywają niedostrzegane prze kogoś, kogo samoocena jest na wysokości podłogi. A stąd już krok do awantury i piekła. Zatem drugi niezbędny warunek podążania drogą Światła to samoakceptacja.

W praktyce ludzie rzadko kiedy są jednolici. Życie stawia przed nami tysiące wyzwań i skomplikowanych lekcji. Czasem wybieramy zgodnie ze Światłem, czasem zdarza nam się przejść kilka kroków ciemniejszą stroną. Są też osoby, które kierują się głównie adrenaliną, egoizmem i działają bardzo negatywnie. Nie możemy ich oceniać, tym bardziej, że rzadko kiedy wiemy, co naprawdę skłoniło człowieka do określonego zachowania. Jak mówią mądrzy nauczyciele: aby kogoś osądzać, musielibyśmy przejść wiele kilometrów w jego butach.

Możemy jednak obserwować i wyciągać wnioski. Uczymy się przecież także przez baczne przyglądanie się życiu. A dzięki takiej obserwacji możemy sami uniknąć pewnych błędów lub uchronić od nich własne dzieci czy przyjaciół. Czasem nasza dusza wybiera taką właśnie ścieżkę i stawia tuż koło nas despotę, kata czy egoistę, abyśmy wyraźnie zdecydowali: „nie chcę być takim i nigdy tak nie postąpię”. Bezpośrednie doświadczenie okrucieństwa przychodzi do nas właśnie po to, byśmy umiejętnie dokonali wyboru. Czasem rozumiemy lekcję, rozwijamy asertywność i decydujemy żyć dokładnie odwrotnie niż znany nam kat. Czasem jednak powielamy ten sam schemat, odpłacając innym przemocą za doznane krzywdy.

Jesteśmy Światłem. Harmonijna ścieżka to zawsze ta rozświetlona miłością i dobrocią, bo taka jest nasza prawdziwa natura. Nawet jeśli zemsta smakuje słodko, to jedynie przez chwilę, potem zamienia się w smak popiołu. Opada adrenalina i uświadamiamy sobie mniej lub bardziej, że jesteśmy Jednością. Cokolwiek zrobimy innej istocie, robimy sobie samemu. Człowiek bardziej wrażliwy wręcz czuje cierpienie innych – jestem więcej niż pewna, że wiele osób czytających te słowa zwija się z bólu, kiedy widzi jak ktoś rozcina sobie rękę do krwi. Podobnie reagujemy na widok zwłok przejechanego na ulicy psa. Jak zatem można świadomie zadawać cierpienie innym?

Najczęściej robimy to nieświadomie. Ponoszą nas emocje albo kompleksy. A potem często racjonalizujemy swoje zachowanie dorabiając hydrze głowę, której wcale nie posiadała. Czyli nakręcamy się i zasilamy gasnącą złość czy zawiść. Wszystko po to, by bronić się przed wstydem i poczuciem winy. Wstyd okropnie boli, więc zamiast zapaść się pod ziemię, tłumaczymy sami siebie. Warto zdawać sobie z tego zjawiska sprawę i jeśli już zachowaliśmy się głupio – wyhamować, krzyknąć do siebie „STOP!” dużymi literami, a potem powiedzieć: „przepraszam, nie chciałem cię zranić, po prostu jestem dzisiaj rozdrażniony…”. I po problemie.

Niestety to jest bardzo trudne dla tych o niskiej samoocenie. Bo jak przepraszać kogoś, kto nasypał nam soli na ranę! Niskie poczucie wartości nie umie wybaczać i nie chce wybaczać. Chce jak lew walczyć o swoją rację, żeby udowodnić całemu światu swoją wartość: „nie pozwolę, żeby on mi…! Nie dam sobie…! Gdzie on mi tu zajeżdża, mnie się tego nie robi! Za kogo on mnie ma?!” Klasyczna histeria zakompleksionej istoty. Tymczasem miłość do siebie nie obraża się na nikogo i na nic. Kochanie siebie jest ponad wszelką krytyką – wie, że jesteśmy doskonali, a to co mówią inni, to tylko ich słowa. Niech sobie mówią, nic mnie to nie obchodzi. Tak działa Światło.

Na koniec przypomnę raz jeszcze, że do Światła i Miłości każdy ma dostęp. Wystarczy wybrać właściwą ścieżkę – pokochać siebie i nie pozwolić, by rządziły nami emocje. To proste – uwierzcie. I warto pamiętać, że nie potrzebujecie żadnego pośrednika na tej ścieżce. Możemy skorzystać z pomocy psychologa, terapeuty lub coacha, ale nikt nas nie musi inicjować w Miłość czy Światło, ponieważ to nasza prawdziwa natura. Można uczyć się różnych metod: Dwupunktu, Theta Healing czy Reiki, ale nie musimy nikogo prosić, by dał nam dostęp do tego, co jest nasze.

Dla ułatwienia podaję prosty przepis na samodzielne pobieranie wszystkiego, czego potrzebujecie. To prosty schemat, którego używam od wielu lat ze znakomitym skutkiem – możecie go dowolnie zmienić, dopasowując do własnych potrzeb. Możecie z niego korzystać każdego dnia bez żadnych opłat, bez zastrzeżonego znaku towarowego (chociaż sama go wymyśliłam) i ze świadomością, że macie do tego prawo bez niczyjej zgody.

Usiądźcie z wyprostowanym kręgosłupem, stopy płasko, uziemienie – można też stać. Rozłóżcie ręce na boki w geście przyjmowania. Głęboko nabierzcie powietrza, powtarzając w myślach: „proszę o energię z Najwyższego Źródła”. Spokojny wydech. Powtórzcie trzy razy. To wszystko. Każdy z nas jest Światłem i może je przywołać w dowolnym momencie, odwołując się do swojej naturalnej boskiej cząstki.

Bogusława M. Andrzejewska