Przebudzenie 10

Duchowość jest w nas. To my zawsze jesteśmy dla siebie mistrzem, szczególnie wtedy, kiedy słuchamy swojego serca. Faktycznie nie potrzebujemy niczego i nikogo z zewnątrz. Wystarczy, że zanurzymy się w ciszy i dotkniemy swojego prawdziwego “Ja”. Stan buddy drzemie ukryty pod emocjami, pragnieniami, uprzedzeniami i poglądami. Czeka na odkrycie i urzeczywistnienie. I absolutnie nie ma dla niego znaczenia, jak go nazwiemy i czy w ogóle będziemy go jakkolwiek definiować. Czasem wystarczy nawet uczucie bez ubierania w słowa. Uczucie, które pozwoli zrozumieć, że to już…

Jednak myliłby się ten, kto myśli, że skoro wszystko mamy w sobie, to nie są nam potrzebne kursy, książki i nauczyciele. Rolą doświadczonego przewodnika na duchowej ścieżce jest pokazywanie drogi lub podpowiedzenie właściwej metody. Żaden guru nie oświeci się za nas ani nic nam nie włoży do głowy. Jednak może bardzo pomóc. Właśnie dlatego potrzebni są Posłańcy Światła i duchowi nauczyciele. I nie mówię tu o kocie, który jest najlepiej medytującą istotą, ani o dziecku, które przypadkiem pokaże nam prawdę o nas samych. Mówię tu o tych, którzy uczyli się teorii oraz doświadczyli praktyki. Oni są tu na Ziemi po to, by pokazywać właściwe ścieżki tym, którzy idą za nimi.

Czasem kompleksy i zwykła ludzka zazdrość prowokuje kogoś do narzekania, że “ci wszyscy nauczyciele to naciągacze, robią kursy, aby zarabiać, a my nikogo nie potrzebujemy, tylko żyjmy i doświadczajmy”. Nie ma w tym prawdy. Człowiek szuka przewodnika na duchowej drodze, bo nie zawsze rodzi się z wiedzą, jak dotrzeć do tego, co jest głęboko w nas. Gdyby każdy miał bez niczyjej pomocy dostęp do swoich zasobów, to wszyscy dawno bylibyśmy oświeceni. A świat przecież jest pełen chorych, biednych i nieszczęśliwych ludzi. Mówienie im wszystkim  “cierp swoje, w końcu odrobisz swoje lekcje i się oświecisz” jest okrucieństwem. I na to okrucieństwo tylko tu reaguję. Bo jeśli ktoś jest tak mądry, że nie potrzebuje nauczyciela, to chwała mu i buty na drogę  niech sobie sam zdobywa duchowe doświadczenie. To jego suwerenna decyzja. Ale nie odciągajmy od Światła tych, którzy potrzebują drogowskazów.

I rzecz nie w tym, że wśród duchowych nauczycieli wielu takich, którzy energię mają niższą niż adept, który przychodzi do nich po naukę. Pisałamjuż o tym. Bo obok mamy na Ziemi piękne autorytety, które urzeczywistniły cudowny poziom. Nie sztuka je dostrzec. Świecą z daleka… A wśród buddystów spacerują oświecone istoty, które dosłownie mogą nas popchnąć w rozwoju, dotykając naszego czoła. Dlaczego nie korzystać z ich pomocy?

Rzecz w tym, że nikt nie jest samotną wyspą. Jesteśmy istotami społecznymi, a najpiękniejszym przejawem tej jakości jest wspieranie siebie i wzajemne prowadzenie do Światła. A też współdziałanie i twórcze przejawianie swojego daru. Jeden rodzi się z talentem do uprawiania roślin, inny z umiejętnością malowania obrazów, ktoś inny szyje buty, a czasem na świat przychodzi człowiek, którego zadaniem tu na Ziemi jest prowadzenie innych w wewnętrznym rozwoju. Od 20 lat robię analizy numerologiczne i astrologiczne, widzę wyraźnie karmiczne programy duchowych nauczycieli. Oni spacerują pomiędzy nami i pracują jak każdy inny.

W mojej psychologicznej praktyce obserwuję czasem osoby, które umierając, są w punkcie zero  w tym samym miejscu, w którym zeszli na Ziemię. Niestety tak bywa, kiedy otrzymując lekcje, skupiamy się na cierpieniu i wołamy do Nieba: “za co mnie to spotyka?”, zamiast zadać rzeczowe pytanie: “czym to przyciągnąłem i jak mam to w sobie uzdrowić?” Albo nawet: “jak usunąć te przeszkody w rozwoju, by osiągnąć oświecenie?” Takie pytanie nie pada. Nie ma w tym winy tego człowieka. Skąd miałby wiedzieć, jaki jest sens wszystkiego, czego doświadczył? Nikt mu tego nie wytłumaczył, a rodzice ciągnęli do jakiejś świątyni, w której kazano mu bić się w piersi i wołać: “moja wina”. A gdyby tak z zaufaniem podeszli do duchowego nauczyciela i zapytali: “dlaczego mi się to dzieje?”, nic nie zostałoby zmarnowane. Tak to widzę. Nie jesteśmy zawsze i we wszystkim samowystarczalni.

Są wśród nas tacy, którzy zbierając w poprzednich wcieleniach dobrą karmę, spontanicznie wchodzą w medytację i patrząc wieczorem w gwiazdy szukają odpowiedzi na właściwe pytania. Tak, są. To właśnie Posłańcy Światła. Ponieważ wypracowali sobie stałe połączenie z Najwyższym Źródłem  wiedzą i czują więcej. Sami z siebie. I mogą pokazać innym, czego szukać i jakie pytania zadawać. Na wschodzie, który tak bardzo chcemy naśladować w duchowych trendach, to rzecz oczywista. Są nauczyciele i uczniowie. Podstawą jest szacunek dla bardziej doświadczonych. A przecież nauczyciel tylko pokazuje drogę, możemy pójść za jego palcem lub nie. To my wybieramy. Jednak w duchowości, jak w każdej innej dziedzinie istnieją przewodnicy i moim zdaniem są i będą potrzebni, aby  jak powiedział kiedyś Gibran  usuwać z drogi kamienie dla tych, co idą z tyłu…

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Przebudzenie 9

Duchowość jest obecnie dość modna. To oznacza niestety, że oprócz ludzi, którzy podążają prawdziwą ścieżką serca, spotkamy mnóstwo nadmuchanych joginów. Nadmuchanych czyli sztucznych. Spotkać ich można wszędzie  na każdym kursie i w każdej szkole ezoterycznej. Bywają także na praktykach medytacyjnych, ponieważ muszą uzbierać odpowiedni komplet dyplomów do powieszenia na ścianie. Sama wydaję dyplomy, nie mam więc nic przeciwko certyfikatom, natomiast nie jestem zwolenniczką rzekomej ścieżki duchowej. Z łatwością też odróżniam prawdziwą Duchowość od “duchowości”. Czuję to bardzo wyraźnie i bez cienia wątpliwości.

Może to odróznić każdy. Nie potrzeba do tego specjalnych zdolności. Wystarczy odrobina logiki i uważne przyjrzenie się drugiej osobie. W zasadzie nie chodzi mi tutaj o jakiekolwiek osoby, bo ktoś kto udaje i siedzi po uszy w “duchowości” zamiast w Duchowości, szkodzi przede wszystkim sobie. Bardziej chodzi mi o zjawisko, bo takie zachowanie wystawia też świadectwo ścieżce rozwoju. Oszołom biegający z wahadełkiem i liczący głośno, że ma parę milionów visów zniechęca ludzi do pracy nad sobą. “Nie chcę być takim czubem”  mówią do mnie znajomi.  “Ta cała duchowość to cyrk na kółkach”. I trudno im zaprzeczyć. Dlatego dzisiaj proste wskazówki, jak odróżnić ziarno od plew.

Nadałam tym dwóm ścieżkom cechy ludzkie, opisałam jak adeptów. Ale podkreślę bardzo wyraźnie, że w istocie nie opisuję żadnego człowieka. Opisuję tu dwa rodzaje rozwoju. To pewne stereotypy. Myślę też, że to zróżnicowanie bierze się przede wszystkim z lektur oraz z towarzystwa, jakie sobie wybieramy. Jeśli zatem spotkamy ludzi, którzy tak właśnie postępują, to już wiemy, co dadzą nam ich nauczyciele i książki, które czytają. To troszkę tak działa. Aczkolwiek nie w stu procentach, bo wielu uczniów odchodzi od swoich nauczycieli bardzo daleko.

Charakterystyczne cechy adepta nadmuchanej, czyli sztucznej “duchowości”.

  1. Skupia się na teorii. Biega na kursy, zbiera dyplomy, zawiesza nimi ścianę i popisuje się przed innymi. Nie urzeczywistnia niczego. Medytuje na pokaz. Mebluje gabinet na pokaz. Wypisuje piękne zdania, które nijak się mają do jego prawdziwych poglądów.
  2. Bardzo zadziera nosa i przy każdej okazji próbuje przekonać innych, że jest najbardziej rozwinięty w całej Polsce albo i na świecie. Biega z wahadełkiem i OCENIA nim ludzi. Sam ma  rzekomo miliony visów. Jest archaniołem wcielonym. Jest Mesjaszem i Zbawicielem.
  3. W relacjach z innymi bywa nieprzyjemny. Nie urzeczywistnia szacunku dla istot czujących, częściej poniża i obgaduje niż docenia. Nie chce pomóc chorej osobie, aby nie zaniżyć sobie energii. W ogóle nie lubi się zadawać z chorymi i biednymi, bo to niskie energie. W życiu rozpycha się łokciami.
  4. Krytykuje, narzeka, straszy, jęczy. Mówi o marności świata i ciemnocie “ziemniaków”, którzy nie chcą się rozwijać. Gardzi ludźmi, którzy mają inne poglądy. Uwielbia teorie spiskowe i z radością dzieli się takimi treściami. Najbardziej cieszy go opluwanie uznanych autorytetów duchowych, takich jak Dalaj Lama czy Eckhart Tolle.
  5. Jeśli pracuje z innymi, podkreśla wagę bólu, grzechu i cierpienia, ściągając tym energię. Podkreśla, że droga duchowa jest bardzo trudna i tylko dla wybranych. Straszy, że trzeba się spocić, zanim się cokolwiek osiągnie.
  6. Manipuluje emocjonalnie pacjentem (klientem), aby ten czuł się przy nim jak proch marny. Zazdrośnie strzeże swojej pozycji guru, ogrzewając się w pochwałach uczniów i klientów.
  7. Wystarczy spojrzeć na jego twarz lub zdjęcie i widać od razu szarą, mętną osobowość, która może wydawać się nieco odpychająca, kiedy przed spojrzeniem wejdziemy w Pole Serca. W zasadzie średnio wrażliwa osoba nie chce więcej mieć z kimś takim kontaktu.

– Wśród pseudoduchowych adeptów może być też osoba, która otwarcie krytykuje duchowość i uważa, że to ucieczka od problemów w iluzje. Uważa, że tylko cierpienie jest drogą, a duchowe ścieżki ze szczególnym naciskiem na miłość bezwarunkową i pozytywne myślenie to bzdury. Najczęściej to fan spiskowych teorii.

Charakterystyczne cechy osoby praktykującej Duchowość.

  1. Kończy szkolenia, aby w praktyce wykorzystać wiedzę – do zabiegów reiki, do sesji metodami kwantowymi, do analiz numerologicznych… itp. Pomaga innym, z całych sił stara się zmieniać świat na lepszy, zaczynając od siebie. Dyplomy służą mu do uwiarygodnienia kwalifikacji.
  2. Jest skromny. Więcej czasu poświęca na pracę z ludźmi niż na reklamę. Cały czas się uczy i rozwija, bo wie, że rozwój trwa do oświecenia i ani minuty krócej. Nie sprawdza wahadłem swojego poziomu, bo stan swojej energetyki rozpoznaje w sposób naturalny dany każdemu. I wie, że ile by nie było, trzeba dbać o swój poziom i nadal go podnosić.
  3. Kocha wszystkich miłością bezwarunkową i dostrzega w każdym człowieku Światło. Nie ocenia. Nie potępia. Pokazuje, co i jak można uzdrowić. Idzie tam, gdzie najwięcej biedy i cierpienia, aby dzielić się wiedzą, mocą i energią. Wie, że nikt i nic nie jest w stanie zubożyć go energetycznieim więcej da, tym więcej napłynie.
  4. Myśli pozytywnie i cieszy się życiem. Potrafi zachwycić się śpiewem ptaków lub tęczą w kałuży. Dostrzega wszędzie dobro i harmonię, więc nie uznaje spiskowych teorii. O każdym powie coś dobrego. Bez gniewu wytłumaczy człowieka, który zrobił coś niewłaściwego. Z zachwytem rozpoznaje Istoty o wysokich energiach.
  5. Pracując z innymi, prowadzi ich ścieżką sercapozytywną, pełną dobra, wybaczenia, radości i nadziei. POCIESZY każdego i każdemu podniesie samoocenę, chwaląc i motywując do pracy nad sobą. Zapewnia, że do rozwoju wystarczy kochać, a to potrafi każdy z nas.
  6. Widzi w każdym Dobro i przypomina“każdy z nas już jest oświecony, za chwilę, to zobaczysz.” Cieszy się sukcesami swoich uczniów, jest z nich dumny, pozwala im przerastać siebie i poleca ich klientom.
  7. Świeci. Lśni. Promieniuje. Ludzie lgną do niego i jego energii, ponieważ przy nim lepiej się czują.

– Bywają też osoby, które nie utożsamiają się z duchowością, ale nieświadomie podążają jej najpiękniejszą ścieżką. Są dobre, kochające, życzliwe, serdeczne i roześmiane. Myślą pozytywnie i wypełniają świat radością. Są cudownym Światłem, które wznosi wibracje świata.

Myślę, że to takie najważniejsze elementy, dzięki którym można zobaczyć, czym różni się rozwój od udawania. Na pewno jednak nie wyczerpałam wszystkich opcji. To dość trudne wejść na chwilę w buty takiego nadmuchanego jogina i zobaczyć jego priorytety. Rzadko widuję takich ludzi, nie przyciągam ich już od dawna, tylko słyszę od innych osób o wydarzeniach i zachowaniach, których doświadczyli.

Natomiast tak naprawdę nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, co tam ktoś sobie robi, co wiesza na ścianach i w co wierzy. Napisałam to wszystko po to, aby po raz kolejny przekazać, że duchowa ścieżka jest cudowna, prawdziwa i skutecznie uzdrawia, jeśli jest oparta na miłości. Nie potrzebujemy żadnych wydumanych książek i teorii do rozwoju, bo każdy z nas jest już oświecony. Tu i teraz. Wystarczy to w sobie zapalić jak lampę. Nie potrzebujemy wahadełek, dyplomów, skomplikowanych hipotez, bo to wszystko tylko utrudnia dostrzeżenie w sobie Światła.

Nie potrzebujemy nic, tylko samych siebie. Budda osiągnął oświecenie medytując pod drzewem dopiero wówczas, kiedy zrezygnował ze wszystkich religijnych nurtów, które wcześniej  wiele lat testował. Nie miał nic poza własnym umysłem. Dlatego prosty pasterz kóz z łatwością osiąga tęczowe ciało, bo ma tylko kochające serce i praktykuje dobroć. Kiedy zaczynamy kombinować i czytać kontrowersyjne książki, zaczynamy też teoretyzować i ściągamy sobie w dół energię. A  jak już pisałam  każdy ma w sobie doskonały kompas i każdy sam umie rozpoznać, co nas naprawdę wznosi. Korzystajmy z tego, korzystajmy z własnych mocy. Nie rezygnujmy z intuicji, bo ona potrafi od ręki wykluczyć wszystkie ślepe uliczki.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 8

Praktyka czyni mistrza i dotyczy to wszystkich obszarów naszego życia, nie tylko tych zawodowych i materialnych. Duchowy wzrost wymaga także praktykowania i to bardzo systematycznego. Oznacza to między innymi, że ktoś, kto nie praktykuje duchowości, nie rozwinie się dzięki szkoleniom czy czytaniom setek książek. Człowiek, który posiądzie tony ezoterycznej wiedzy, ale nie przekłada jej na praktykę, jest w punkcie wyjścia przez cały czas.

Bo duchowość nie może być mylona z ezoteryką. Znajomość run czy astrologii nie rozwija nas duchowo ani o centymetr. W pewien sposób ludzie łączą podręczniki ezo z rozwojem wewnętrznym, chociaż nie ma to sensu. Jest iluzją, która próbuje nam wmówić, że duchowości można się nauczyć z książek. Nie można. Jednak przyznaję, że na szkoleniach tego typu można złapać tyle energii duchowej, że rozwijamy się, chociaż nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Bo jest coś, co nas wznosi bez żadnego naszego udziału  prawdziwie duchowy nauczyciel. To ten dar i przywilej. Kiedy spotykamy rozwiniętą duchowo osobę  a najczęściej trafiamy na takie osoby na szkoleniach i konsultacjach  to nasza energia duchowa rośnie. Oczywiście warto pamiętać, że takiego człowieka możemy spotkać na towarzyskiej herbatce, w pracy i w każdym dowolnym miejscu. To ktoś przy kim “wystarczy być”. Nic nie musimy robić, tylko nastawić się na przyjmowanie. I wzrastamy.

Możemy to mądrze wykorzystać i iść za impulsem sięgając do odpowiednich praktyk. Jedną z takich praktyk skutecznie wspierających duchowy wzrost jest Reiki. To energia, która dosłownie “popycha” nas w rozwoju. Przy odrobinie szczęścia możemy też trafić na mistrza, który pracuje nad sobą i jest tak mocny energetycznie, że podnosi nas za sobą. A potem wystarczy systematycznie przekazywać energię sobie lub innym, a będziemy inspirowani do rozwoju. Nie każdy słucha tej inspiracji, ponieważ nie każdy jest świadomy mocy, jaką daje Reiki. Ludziom wydaje się najczęściej, że Reiki jest metodą uzdrawiania ciała, a to tylko pozytywny efekt uboczny metody, której esencją jest sublimowanie naszej energii. Jeśli jednak nie ma wiedzy i zgody  nie ma sublimacji.

Dla mnie najsilniejszym bodźcem rozwoju była inicjacja mistrzowska. Odkąd zostałam nauczycielem Reiki, kilkanaście razy dziennie zadawałam sobie pytanie: co zrobiłby w tej sytuacji mistrz duchowy? Bo takim się czułam i bardzo dobrze to wpływało na rozwijanie mojej pokory, wdzięczności i dobroci. Chciałam za wszelką cenę być godna tego tytułu. I chociaż mistrzów na świecie są miliony, a większość to zwykli, słabi ludzie, to dla mnie było to coś wielkiego. Poczułam się namaszczona na spadkobierczynię Istot Oświeconych i Duchowych Przewodników. Wzięłam się za siebie i mocno weszłam w duchowe jakości.

Podstawową praktyką rozwijającą duchowość jest medytacja. Taka, w której wchodzimy w przestrzeń poza myślami. Podobnie działa prawidłowo rozumiane Pole Serca, co oznacza, że metody kwantowe też nas mogą wznosić. Niesamowicie efektywne są praktyki buddyjskie  to wiem z własnego doświadczenia, ale wiem też, ze nie są one dostępne dla każdego. Myślę jednak, że są też inne ścieżki duchowych ćwiczeń. Jest wiele praktyk, które rozwijają nas duchowo w piękny i skuteczny sposób.

Jednak najważniejsze są zupełnie inne działania. Po pierwsze dobroć. Dobroć, serdeczne słowa i bezinteresowna życzliwość podnoszą naszą duchową energię. Podobnie działa odczuwanie miłości bezwarunkowej i wdzięczności. Bardzo łatwo się tego nauczyć. Nawyk kochania i wyrażania wdzięczności można w sobie rozwinąć w ciągu 28 dni. Jak każdy inny nawyk zresztą. Na zajęciach prosperity uczę też specjalnych ćwiczeń, które pomagają nam rozwijać w sobie i wzmacniać piękne jakości serca: radość, harmonię, pokój i miłość.

Zatem podstawowa duchowa praktyka to działania pełne kochania, wdzięczności, dobroci i radości. To utrzymywanie wysokiej energii i bycie w przepływie. To także pozytywne myśli, pogodny nastrój i dobry humor, ponieważ takie nastawienie trzyma nam wysoko energię, podczas gdy narzekanie, smucenie się i zamartwianie  obniża. I tu też mamy odpowiedź, dlaczego dla duchowego rozwoju ważne są pozytywne myśli. Ludzie, którzy krytykują te nauki, nie maja po prostu odpowiedniej wiedzy. Wydaje im się, że rozwój duchowy wiedzie przez cierpienie, stękanie i męki. Stereotyp: coś cennego musi być opłacone bólem i wysiłkiem. To tak nie działa. Doga do duchowości jest drogą przez radość i miłość.

Praktyka rozwoju duchowego to zastępowanie każdej negatywnej emocji wybaczeniem, miłością i akceptacją, poprzez natychmiastowe podniesienie wibracji i reagowanie z poziomu duchowego. Oto przebudzenie i droga, ta najważniejsza i najskuteczniejsza. Dodam, że emocje są naturalne i mamy prawo je odczuwać. Natomiast jest wiele sposobów pracy z nimi  piszę o tym w innych artykułach. Najprostsza ścieżka duchowa polega na rozpuszczaniu w Światło wszystkiego, co nam nie służy i zastąpienie tego bezwarunkową miłością, która uzdrawia wszystko.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 7

Jednym z ciekawszych aspektów przebudzenia jest umiejętność wyciszenia umysłu. Mówią o tym wszyscy duchowi nauczyciele. Właśnie po to stosujemy w pracy nad sobą medytacje i mantry. Oczywiście medytacje mają też inne dobroczynne działania, więc ze wszech miar warto się ich nauczyć, ale to wyciszenie umysłu zaczyna wysuwać się na plan pierwszy, kiedy mówimy o przebudzeniu.

Nasz umysł bez przerwy “gada”. Proszę się nie obrażać o to  dotyczy to wszystkich. Ludzie, którzy nie ćwiczą umysłu, noszą w sobie wielkiego gadułę, który cierpi na słowotok. Gaduła opowiada bez przerwy różne rzeczy, zadaje pytania, zamartwia się, przypomina rozmaite stare  i nowe historie i zajmuje nas tym gadaniem bez przerwy. Nawet pod prysznicem i w toalecie. Milknie dopiero wtedy, kiedy zasypiamy. Przywykliśmy do tego i na co dzień korzystamy z tych wszystkich informacji, którymi gaduła nas zalewa.

Tymczasem pod spodem, pod rozgadanym umysłem jest cudowna uzdrawiająca cisza. A pod tą ciszą znajdziemy Wszystko Co Jest. Jesteśmy jednością z całym wszechświatem. To połączenie nie może być niezauważone  to byłoby co najmniej dziwne. To jak mieć rękę i nie czuć własnych palców. A jednak… najczęściej nie czujemy nikogo i niczego poza nami samymi, ponieważ to odczucie zagłusza świadomy umysł. Jego gadanie chroni nas i izoluje od Wszystkiego Co Jest. Ma to sens, dopóki nie jesteśmy przebudzeni.

Praktykowanie medytacji pozwala wyciszyć gadający wiecznie umysł. Kiedy wreszcie zamilknie, usłyszymy głos Boga, dotkniemy wieczności i uzyskamy wgląd w esencję wszechświata. Poczujemy swoją boskość, rozpoznamy własną istotę i zrozumiemy, Czym W Istocie Jesteśmy. Wszystkie odpowiedzi znajdują się po drugiej stronie ciszy. Nie ma zatem przebudzenia bez ciszy, ponieważ dopiero ona odsłania to wszystko, czego tak uporczywie poszukujemy w książkach i na kursach.

Jedną z przykładowych ścieżek, która stosunkowo szybko prowadzi do oświecenia, są buddyjskie praktyki. One właśnie pozwalają wyciszyć umysł i sięgnąć do takiej energetyki, która prowadzi nas do tego, co jest poza ciszą. Buddyjscy nauczyciele perfekcyjnie dopracowali techniki, układające naszą energię duchową w najbardziej optymalny sposób. Zapewne nie jest to jedyna taka dobra ścieżka, jest ich więcej. Każdy powinien wybrać sobie to, co dla niego najlepsze, ponieważ jesteśmy różni i nie będzie nas wszystkich satysfakcjonować czy rozwijać to samo. Jednak piszę o tym, bo to właśnie praktyka duchowa przynosi efekty, a nie dyskusje czy książki.

Oczywiście książki bezsprzecznie warto czytać  szczególnie gorąco polecam Eckharta Tolle, który pięknie mówi o sensie ciszy i tym wszystkim, co kryje się za nią. Warto też uczestniczyć w rozwojowych warsztatach czy dyskusjach, dzięki którym wymieniamy się doświadczeniami. Tu szczególnie polecam takiego sympatycznego pana, który nazywa się Mooji. Rzecz jednak w tym, że książki i kursy czy rozmowy karmią świadomy umysł. Tego wiecznego gadułę, który dostaje kolejną pożywkę do trajkotania, rozkminiania i wątpliwości. Dopiero praktykowanie ciszy pozwala dotknąć i urzeczywistnić to, czego tak pragniemy.

Dla tych, którzy są na ścieżce do przebudzenia, kwestia ciszy może być też sprawdzianem tego, na ile opanowali swój umysł, poprzez zweryfikowanie, czy umieją pozostać bodaj przez kilka minut nie myśląc o niczym. To prosty test. Zwróćmy też uwagę, że umysł dysponuje boskimi mocami. Praktykowanie ciszy i umiejętność wyłączenia “gaduły” na zawołanie, to odblokowanie dostępu do ogromnych możliwości. Dlatego właśnie osoby przebudzone często umieją zrobić coś, co wymyka się logice, jak chodzenie po wodzie.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 6

Często spotykam się z twierdzeniem, że przebudzenie to samotność i na drodze rozwoju osobistego trzeba rozstać się z partnerem, partnerką i samotnie zmierzać do celu. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia i obserwacje z całą pewnością nie jest to żaden warunek. Znam wiele oświeconych istot żyjących w pełnych miłości związkach. A moim prywatnym zdaniem  to właśnie umiejętność tworzenia dobrego, udanego związku jest dowodem na prawdziwe przebudzenie. Bliskość i miłość przejawiane wobec najpotężniejszego szlifierza naszego diamentu jest największą wygraną w pracy nad sobą. Posunę się jeszcze dalej  dla mnie tylko człowiek, który umie dbać o własny związek i kochać prawdziwie wiele lat, jest tym, który naprawdę pokonał własne demony.

Proszę jednak potraktować to elastycznie. Nie wszystkie związki ratujemy i trwamy w nich. Niektóre uczą nas asertywności, samostanowienia, podnoszenia poczucia wartości i po spełnieniu swojej roli rozpadają się. Nic zatem na siłę. Jednak spotykam też często takie relacje, gdzie dwie dusze umówiły się na wspólne wrastanie poprzez trudną naukę. Jeśli odrobią wszystkie lekcje, stanowią piękny przykład “starego, dobrego małżeństwa”, w którym ludzie są ze sobą, bo chcą, a nie dlatego, że muszą. Nic ich nie trzyma, dzieci dorosły, są niezależni finansowo i są razem szczęśliwi. Oto dla mnie Mount Everest rozwoju, bo tu najczęściej się poddajemy i odchodzimy, szukać rozwiązania swoich lekcji z kimś innym.

A lekcje idą za nami i z tym kimś innym dotykamy tego samego, tylko w innej scenerii, więc czasem nawet nie widzimy, że kręcimy się w kółko jak pies za własnym ogonem. W związku intymnym najmocniej przerabiamy swoje wzorce. Jeśli nie widzimy konieczności nauki miłości bezwarunkowej do siebie i innych, to właśnie partner osobisty będzie nas bezlitośnie szkolił, nie przebierając w środkach. I ta nauka boli, bo w bliskiej relacji otwieramy swoje serca, zrzucamy gardy i cios trafia w najbardziej wrażliwe miejsce.

Na ścieżce rozwoju, kiedy w człowieku wzrasta siła i zrozumienie swojej mocy, ludzie odchodzą od trudnych partnerów. Potem, cierpiąc w samotności, ogłaszają dokoła wydumane prawdy, że samotność jest ceną jaką trzeba zapłacić za wzrastanie duchowe. To nieprawda, chyba że ktoś jest mnichem albo mniszką i składa na ołtarzu ślubowanie celibatu. Z całym szacunkiem dla wszystkich mądrych mnichów  nikt, kto nie trenował na poligonie związku małżeńskiego (intymnego) nie ma wiedzy o życiu i rozwoju. Nikt. To poligon o najwyższym stopniu trudności. I żadna szkoła jogi, oddechu czy medytacji nie da nam nawet procenta tego, co daje nam życie w stadle.

Czasem bycie samemu jest nam potrzebne, by zrozumieć siebie, by odnaleźć swoje prawdziwe wzorce i potrzeby i przejrzeć się we własnych oczach. I my  żyjący w małżeństwach  także czasem bierzemy taki urlop od relacji, aby pobyć w ciszy ze sobą. Ale to nie może trwać wieczność, bo tutaj, w ziemskich realiach pracujemy w materii i pracujemy w związkach. Dusza, która zeszła na Ziemię, świadomie wybrała takie warunki i tego potrzebuje do pełni rozwoju. I dodam, że nie każdy musi mieć męża czy żonę, to nie kwestia obrączki. Można być samym, ale nie samotnym i można praktycznie uczyć się kochania z kimś, kto z nami nie mieszka na co dzień.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 5

Internet jest pełen doradców i specjalistów od rozwoju, którzy próbują innych uczyć duchowości. Niektórzy być może wiedzą, o czym piszą. Niektórzy nie. Nawet sama definicja przebudzenia jest trudna, bo czy to już oświecenie, czy tylko pierwsza przymiarka? Logicznie rzecz biorąc przebudzenie to otwarcie oczu i uświadomienie sobie, że rzeczywistość, którą wciąż czujemy pod powiekami, była tylko snem. A zatem w duchowym rozwoju to uświadomienie sobie, że wszystko jest iluzją, a prawdziwe Ja jest boskie i nieśmiertelne. Prawdziwe przebudzenie to wyjście poza dualizm i spokojna obserwacja tego, co nas otacza.

Jeśli za punkt wyjścia przyjąć teorię, to mamy wokół siebie setki przebudzonych. Ludzie czytają, uczęszczają na kursy, medytują i rozumieją jaki jest sens naszego istnienia. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę praktykę, to trudno znaleźć istotę, która tę jakość urzeczywistniła. Nie jest problemem wyrobić sobie nawyk pozytywnego myślenia, wybaczyć ludziom i zacząć akceptować skomplikowane wydarzenia jako konieczne nam do rozwoju lekcje. Nie jest też problemem wyciszyć umysł i zacząć doświadczać odmiennych stanów świadomości. Trudność pojawia się wtedy, kiedy trzeba uwolnić wszystkie emocje i z prawdziwym spokojem przyjmować ludzkie zachowania pełne złości i zazdrości. Rzecz nie polega przecież na tłumieniu tych emocji, lecz mówiąc dość obrazowo  na dostrzeganiu w drugim człowieku boskiej istoty. I na prawdziwym odczuwaniu, że wszystko jest w harmonii. Bo oczywiście można udawać, ale czy zawsze czujemy, że tak jest?

Czytałam niedawno artykuł pewnej pani, która próbowała opisać, jak zachowuje się przebudzony człowiek. Pięknie pokazała pozytywne myślenie, wybaczanie, wewnętrzny spokój i akceptację takich zjawisk jak np. śmierć. Podkreśliła jednak też, że przebudzona osoba nie je mięsa, nie ogląda telewizji, nie przejmuje się politykami. I tu już zobaczyłam, jak opisuje samą siebie, nie rozumiejąc zupełnie o co chodzi. Szczególnie kiedy zaprzeczyła temu, co napisała wcześniej, podkreślając nie tolerowanie kłamstwa. Zonk! Jak można ignorować zachowania polityków i oburzać się na kłamstwo  jedno drugi wyklucza.

Przebudzenie jest przede wszystkim akceptacją tego, co jest i dostrzeganiem świata jako niedualnego. Dla przebudzonej istoty nie istnieje pojęcie kłamstwa ani prawdy  wszystko jest tym samym. Jest zjawiskiem poza oceną. Nie ma znaczenia jedzenie lub niejedzenie mięsa, czy oglądanie telewizji. To opis wymyślony z poziomu osoby nie przebudzonej  tak ona sobie wyobraża ten stan. Chciałaby go wstawić w swojego ramki wyrastające mocno z ego i niemal biblijnych zasad, które dzielą życie na zło i dobro.

No właśnie. Ludzie próbują nazywać coś, czego nie czują i o czym nie mają pojęcia. Osoba przebudzona to dla nich ładna, wyciszona laleczka, która nie okazuje emocji i ze szklanym uśmiechem łyka jak żabę wszystko, co się wydarza. A potem dokładają do tego opisu moralne zasady rodem z biblii: nie kłamie, nie kopie, nie kradnie. A to tak nie działa. Przebudzenie pozwala nam uzyskać wgląd i działać zgodnie z tym wglądem. Jak pisałam wcześniej spędziłam trochę czasu przy osobie oświeconej. Rozpoznawał nasze myśli, porozumiewał się telepatycznie, czarował, ale potrafił też rzucić w drugiego człowieka kamyczkiem, aby go przywołać do rzeczywistości i krzyczeć na kogoś, jeśli taka była potrzeba. Wiem też, że okazywał rozmaite emocje, jadł chyba też czasem mięso i oglądał telewizję. Nie zatem od diety zależy oświecenie i nie od zaniechania oglądania telewizji.

Przebudzenie to miłość bezwarunkowa do wszystkich czujących istot. To bycie boską istotą i zarazem jednością ze Wszystkim Co Jest. To poczucie, że jesteśmy jednym z każdym mordercą, kłamcą, złodziejem i z każdym uzdrowicielem, zbawcą, bohaterem. To patrzenie z zachwytem na wszystko i wielka cisza, która kołysze nas w środku, zamieniając się w błogość z każdym głębszym oddechem. To pulsujące poczucie rozkoszy, które nas łączy z falowaniem wszechświata i którego wręcz nie umiem opisać. Jedno jest pewne: przebudzenie to stan poza oceną. Z poziomu przebudzenia nic nie jest złe ani dobre. Jeśli ktoś Wam powie, że człowiek przebudzony wybiera tylko grzeczne i przyzwoite zachowania  nie wierzcie. Kiedy się przebudzicie, nic nie będzie grzeczne ani niegrzeczne. Wszystko będzie tym samym przejawianiem miłości na różne sposoby.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 4

Nie odkryję Ameryki mówiąc, że sens pozytywnego myślenia podważają wyłącznie osoby, które nie umieją się tą metoda posługiwać i zdążyły doświadczyć rozczarowania. Kluczem jest tutaj właściwe podejście i konsekwentna praca z miłością. Nie ma innej drogi. Im bardziej się odsuwamy, im mocniej zaprzeczamy, tym bardziej życie będzie nas doświadczać tym samym. Tak działa dusza. Powtarza i powtarza lekcje, aż do zrozumienia. Nie ma przed tym ucieczki. Ktoś, kto trochę poczytał, powinien o tym wiedzieć i nie miotać się na oślep. To nie ma sensu. A już głupotą jest racjonalizacja własnego lęku przed miłością i dorabianie do tego jakiejś hipotezy o tym, że pozytywne myślenie służy ogłupianiu ludzi, aby ich zniewolić czy wyzyskiwać.

Nie chcę tu dyskutować o światowej polityce ekonomicznej i oczywistej chciwości niektórych grup społecznych, czy o wycinaniu lasów albo koncernach farmaceutycznych. Koń jaki jest – każdy widzi. Chcę natomiast wyraźnie podkreślić, że właściwa praca z miłością bezwarunkową, podnoszeniem samooceny i pozytywnym myśleniem wyciąga nas spod władzy jakiegokolwiek systemu. Wysoka energia chroni człowieka. Jeśli tworzę w sobie przestrzeń miłości i akceptacji, to nikt i nic mnie nie zaatakuje, nie oszuka i nie wyzyska. Tak działają zasady wszechświata, czy chcemy w nie wierzyć, czy też nie. Dostaliśmy wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. Mamy w sobie moc stwarzania światów  cokolwiek zbudujemy w sobie, realizuje się na zewnątrz w otaczającej nas materii. Jeśli nie podoba nam się to, co widzimy wokół, stwarzajmy w sobie to, czego pragniemy.

Rozwijamy się duchowo między innymi po to, aby zmienić oblicze tej Ziemi. Nie stworzymy na naszej planecie pokoju, jeśli będziemy wredni, zgorzkniali i złośliwi. Pokój można zbudować jedynie tworząc taki właśnie pokój wewnątrz siebie. A to wymaga pozytywnego myślenia, miłości i akceptacji. Jeśli nauczymy się budować w sobie raj, to wszechświat jak lustro odzwierciedli naszą wizję i znajdziemy się w utopii. A że ciągle trudno tego doświadczyć, to właśnie dlatego, że mnóstwo ludzi zamiast cierpliwie i konsekwentnie pracować z pozytywnym myśleniem, kochaniem siebie i z twórczą wizualizacją, woli wymyślać teorie spiskowe. Byle nic nie robić. Tak przecież najłatwiej  krytykować wszystko i powtarzać: nic nie ma sensu, to i tak nic nie da. Znamy to i takie osoby? Znamy wszyscy…

Dobro całego świata potrzebuje też, by osoba, która zajmuje się własnym rozwojem i rzekomo pracuje nad sobą, przyznała to, co oczywiste. I znowu posłużę się przykładem. Krytykowanie miłości bezwarunkowej i sprzeciwianie się pozytywnemu myśleniu, jest jak uparte powtarzanie, że dwa razy dwa równa się pięć… tylko dlatego, że ktoś kogo nie lubimy obwieścił, że dwa razy dwa równa się cztery. Ludzkie kompleksy i negatywne emocje są tak potężną siłą, że nawet inteligentne osoby powtarzają bzdury, byle tylko nie przyznać racji komuś, kto im podpadł. Albo czemuś, co ich zraniło. Przyznanie się do błędu albo przyznanie racji komuś nie lubianemu wymaga bardzo wysokiej inteligencji i bardzo wysokiego poziomu rozwoju wewnętrznego. Koło się zamyka.

I w ten sposób Stwórcy oraz Mistrzowie Energii grają w szachy i plotkują zamiast tworzyć nowe światy. A kiedy pojawia się młody, pełen entuzjazmu adept i woła: “co robicie? Twórzcie pokój, zdrowie i radość, budujmy razem nową, pełną miłości erę!“, rzucają do niego drwiąco: “jesteś idiotą z głową napchaną frazesami, system zmanipulował cię, żebyś mu służył. Nie przeszkadzaj nam, my jesteśmy ci mądrzy, którzy zjedli wszystkie rozumy i wiemy, że nic światu nie pomoże, to wszystko matrix, z którego nigdy się nie obudzimy…” Tak przecież najłatwiej.

Bogusława M. Andrzejewska