Empatia

O empatii mówi się najczęściej w kontekście wrażliwości. Czasem wydaje nam się, że odczuwamy więcej i rozumiemy lepiej drugiego człowieka. Bywa, że współodczuwamy tak głęboko, jakbyśmy stopili się z jego duszą. Emocje innych często nam się udzielają. A kiedy zaczynamy pracować z energią, wszystko staje się jeszcze bardziej klarowne. Bywa i tak, że odbieramy przeżycia i odczucia drugiej osoby, jakby były nasze i zadajemy sobie pytanie: dlaczego czuję to i tamto, przecież nic się nie wydarzyło? Granica wrażliwości jest zawsze bardzo indywidualna.

Chciałabym jednak spojrzeć na temat z innej strony. Poprzez pryzmat dobroci. To moje skojarzenie, ponieważ dla mnie bycie osobą empatyczną oznacza bycie dobrym człowiekiem. Nie przewrażliwioną neurotyczką, ale kimś, kto z troską pochyla się nad drugim człowiekiem. To działanie płynące z serca. Bez przesadnego brania na siebie cudzych problemów, jednak zauważanie z otwartością tego, co może odczuwać inny. Słowo „może” jest tutaj kluczowe. Osoba empatyczna najzwyczajniej w świecie liczy się z bliźnim obok siebie.

Słyszałam niedawno taką historię, w której jedna dziewczyna obgadała inną i naplotkowała brzydkich rzeczy, które w istocie nie miały miejsca. To pomówienie sprawiło, że wspólni znajomi zaczęli krzywo patrzeć na tę obgadaną. Kiedy po jakimś czasie pojawił się mądry mediator i zapytał plotkarę: „czemu to zrobiłaś? Przecież to ją zraniło? Czemu ją skrzywdziłaś?”, plotkara ze zdziwieniem odpowiedziała: „Ale ja nie wiedziałam, że ona będzie cierpieć. Ja nie chciałam, żeby jej było przykro, chciałam tylko, żeby mnie bardziej lubili”. Ludzie zapominają o tym, że drugi człowiek ma uczucia. Nie jest wirtualną postacią z komputerowej gry, której można odciąć wesoło głowę i skoczyć na kolejny level. Ludzie czują i cierpią. Empatia to świadomość życia i świadomość, że ktoś inny czuje tak jak my.

W dzisiejszym świecie taka oczywista jakość jest niestety czymś, czego trzeba uczyć się od nowa. Obserwuję z zaskoczeniem wzrost egoizmu i bezmyślnego krzywdzenia innych dla własnych korzyści. Niejednokrotnie pod płaszczykiem zakłamanych i przekręconych psychologicznych prawd. Kiedy byłam małą dziewczynką, uczono mnie, by dzielić się z drugą osobą, pomagać jej, wspierać. Powtarzano mi wiele razy, aby nikt przez mnie nie płakał. To dla mnie takie oczywiste, że ilekroć coś planuję, wymyślam coś nowego, chcę wykonać jakiś ruch, najpierw pytam: „czy nikogo tym nie zranię?”. Dlatego też nie uznaję rywalizacji ani wyścigu szczurów. Z nikim nie chcę się mierzyć, dostrzegając oczywisty fakt – dla każdego jest miejsce na świecie. Miejsce i wszystko, czego ktoś potrzebuje. Nikomu nie musimy nic wydzierać. Nikogo nie musimy utrącać, by nam było lepiej. Zawsze znajdzie się dobra droga, która przyniesie nam szczęście, bez ścielących się pod naszymi nogami trupów.

Empatia to dostrzeganie człowieczeństwa w innych. To świadomość, że koleżanka, sąsiadka, przyjaciel czy szef to czująca istota. Boi się i kocha, cierpi i zachwyca, martwi i cieszy… Pod tym względem wszyscy jesteśmy tacy sami, nawet jeśli jedni są bardziej wylewni, a inni ukrywają wszystko pod pokerową twarzą. Brak empatii to dla mnie poniżanie i obrażanie innych, bo tak nam pasuje. Bo chcemy coś komuś udowodnić. Bo chcemy, by nas zauważono i zachwycono się nami. Bo mamy władzę i możemy pokazać komuś, że jest wobec nas nikim. Przez wiele lat pracy z klientem nie znalazłam nigdy wystarczającego powodu, by kogoś celowo zranić. Nieświadomie zdarzy się to każdemu, mnie także, choć bardzo się staram, by nikt nie czuł się przy mnie źle. Na to jednak nie mamy wpływu i wtedy mówimy o lekcjach karmicznych. Krzywdzenie celowe w imię jakiejś swojej racji jest brakiem empatii.

W rozwijaniu życzliwości ogromnie ważne jest wysokie poczucie wartości. Im bardziej kochamy siebie, tym więcej dobra dajemy innym, ale też więcej przyciągamy od innych ludzi. Z prostego powodu: kochając mocno siebie, przenosimy to na innych i myślimy o nich w wysokich wibracjach. Patrzenie na drugiego człowieka oczami miłości pozwala mu obudzić w sobie najlepsze uczucia. Dlatego prawdziwa empatia to przede wszystkim docenianie drugiej osoby i świadomość Jedności ze Wszystkim Co Jest.

Każdy człowiek jest w swej istocie dobry. Aby zamanifestował dobro przed nami, musimy wierzyć, że to Światło w nim jest. Jeśli z góry zakładamy, że jakaś osoba jest nam wroga, tworzymy przestrzeń do niesympatycznej relacji. Kreujemy każdą myślą i każdym gestem. To w co głęboko wierzymy, to tworzymy w swojej rzeczywistości. Uważam, że ludzie są wielowątkowi. Każda istota ludzka jest jak wielkie menu: co wybiorę, to się pojawi na stole mojego życia. Jeśli oceniam krytycznie choćby tylko w myślach, wywołuję tym negatywne działania. Jeśli przyjmuję bezwarunkowo uśmiechając się sercem do drugiej osoby, prowokuję do dobra i do miłości.

W niektórych kulturach ludzie witają się słowami: „pozdrawiam Boga w Tobie”. Jest to jedna z najpiękniejszych metod otwierania się na Boskość, a tym samym na to wszystko, co w drugim człowieku najlepsze. Każdy z nas nosi w sobie Światło. Możemy je dostrzegać i wzmacniać, a możemy też skupiać się na mroku. Świadome myśli są ważnym narzędziem, które w całości zależy od nas, ponieważ tym, co odciąga nas od dobra są oczywiście egotyczne emocje. Jeśli ktoś czuje zazdrość, to zamiast Boskości, wywleka demona. A potem przed nim już tylko kłótnie i eskalujące coraz bardziej emocje. Dopóki nie przestanie wzmacniać demona zazdrości i nie uświadomi sobie, że oto przed nim stoi Boskość. Dopóki nie poczuje i nie powie: pozdrawiam Boga w Tobie.

Ktoś może powiedzieć w tym miejscu, że niektórzy ludzie są tak źli i tak podle postępują, że nie sposób myśleć o nich inaczej. Nie wchodząc w polemikę, bo każdy przypadek jest niepowtarzalny, powiem tylko, że zło rodzi się z bólu. Początkiem zawsze jest sytuacja, w której ktoś zostaje odepchnięty, odrzucony i dostaje informację: nie ma w tobie nic dobrego. Często taki wzorzec jest wielokrotnie powtarzany. Potem człowiek tylko realizuje ten program. Dopóki nie zobaczy w sobie Światła, dopóki my nie zobaczymy w nim Światła – nic się nie zmieni, zło będzie nakręcało kolejne zło.

Pewna pani udzieliła kiedyś wsparcia bezdomnemu. Nakarmiła go i przygarnęła, aby mógł się przespać w cieple. W zamian on ją okradł i uciekł. Gdzie popełniła błąd? Nie dostrzegła w człowieku Boskości, dostrzegła umęczonego, brudnego włóczęgę i opierając się o energię litości zapragnęła zrobić dobry uczynek. Moi duchowi nauczyciele zawsze powtarzali, że litość nie jest dobra. W litości zawiera się nuta pogardy i obrzydzenia. Litość to poczucie winy, że nam jest lepiej. Taka energia nie przynosi dobra. Po prostu nie może. Czym innym jest płynące z serca współczucie, kiedy czujemy się Jednością z inną osobą. Kiedy czujemy na wszystkich poziomach, że jesteśmy tym samym, co żebrak, a różnice są czysto zewnętrzne: jesteśmy umyci i najedzeni, mamy coś w portfelu, a on nie. Tworzymy więc nieco równowagi życzliwym gestem.

Dodam też, że nie jest to wykład o pomaganiu. Wbrew pozorom skuteczna i trwała pomoc wymaga też wiedzy psychologicznej. Człowiek, który od wielu lat żyje w nędzy. ma zupełnie inną mentalność i oczekiwania, niż przeciętna pracująca zwyczajnie osoba. Aby osiągnąć pozytywny efekt, należy zmienić sposób myślenia takiego człowieka i pokazać mu, że zasługuje na wszystko, co dobre oraz, że może sam to przyciągnąć uczciwą pracą, staraniem, szacunkiem do siebie i innych. Tego też uczą duchowi nauczyciele, podkreślając wagę wymiany energetycznej. Kiedy rozdajemy jałmużnę, uczymy stania z wyciągniętą ręką. Ale dziś nie o tym…

Naszą rzeczywistość tworzy rozumienie prawdziwej wewnętrznej istoty. Rozumienie tego, co jest esencją człowieka. Ubranie, wychowanie, wygląd, zasobność to tylko zewnętrzne nakładki. Nie umniejszam ich znaczenia. Lubię być dobrze ubrana. Lubię mieć pieniądze na swoje zainteresowania. Świadomość duchowa nie polega na ascezie, lecz na równowadze. Mogę być czysta, zadbana, bogata i nie zatracić swojej prawdziwej istoty. Mogę dostrzegać Boskość w każdym napotkanym człowieku, chociaż różnię się od niego tym, co jest w nas na zewnątrz.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Cisza

Spróbujmy odnaleźć w sobie ciszę. Taką piękną, jasną, wolną od jakiejkolwiek oceny. Wolną od dualizmu. Ciszę, której nie przerywa narzekanie, zamartwianie się i lęki. Której nie rozprasza też egzaltowane planowanie przyjemności chociaż to nic złego. Ale na tę chwilę pozostańmy w ciszy, która pozwoli odnaleźć największe skarby wewnętrznego świata. Cisza otwiera drzwi do naszego serca i pomaga zobaczyć Kim Jesteśmy w Istocie.

A co znajdziemy za tymi drzwiami? Piękną, boską istotę, która lśni prawdziwym blaskiem i wie, że jest doskonała na ten moment. Każdy z nas jest we właściwym miejscu i czasie, każdy zatem jest piękny i dobry. Każdy z nas jest niewinny, jak w chwili swoich narodzin. Każdy z nas jest wspaniały i błyszczy wewnętrznym Światłem swojej prawdziwej natury.

Kiedy wracamy do codzienności, zapominamy o swojej boskiej doskonałości. Bo wszystkimi zmysłami postrzegamy swoją ludzką ułomność, wady i emocjonalne reakcje, których wcale nie chcielibyśmy doświadczać. Jednak one są i w naszym ludzkim wglądzie są o całe niebo oddalone od ideału, jaki stworzyliśmy zgodnie ze swoimi wyobrażeniami. No właśnie tu drzemie istota natury. To tylko nasza wizja tego, jacy powinniśmy być. I dla każdego ta wizja jest inna. Ktoś kładzie nacisk na artystyczne zdolności, ktoś inny na pracowitość, ktoś jeszcze inny na zaradność i asertywność. A być może dla kogoś istotna jest ładna buzia i zgrabna sylwetka. Taka, jak na okładce kobiecego tygodnika.

Dla duszy nie ma znaczenia ani wygląd, ani zdolności, ani pracowitość. W istocie tu i teraz jesteśmy „idealni” tacy, jacy jesteśmy. Warto przynajmniej raz dziennie to sobie uświadomić. Jest to ogromnie ważne dla naszego rozwoju, szczęścia i doświadczania. Dopóki bowiem podchodzimy do rozmaitych życiowych sytuacji z poziomu kogoś niedoskonałego, wadliwego, odnosimy często porażki, dotykamy rozczarowania i smutku, wpadamy w poczucie beznadziejności. Wszechświat jest lustrem i odzwierciedla to, co mu przynosimy.

W artykułach o podnoszeniu poczucia własnej wartości, a także w książce Samoakceptacja podkreślam wagę naszych myśli o nas samych. Podaję wypróbowane metody poprawiania tego najważniejszego ze wszystkich wzorców. Dzisiaj chcę pokazać jeszcze jedną ścieżkę do zmiany myślenia o sobie. Ścieżkę duchową, opartą na medytacji, wyciszeniu i połączeniu ze Wszystkim Co Jest. Zwróćcie proszę uwagę, że w duchowych praktykach zawsze jesteście częścią Boskości. Doskonałą. Wspaniałą. We właściwym miejscu i czasie. W najlepszym dla siebie punkcie wewnętrznego wzrastania. Pełną harmonii z wszechświatem.

Odwołanie się do subtelnych doświadczeń z medytacyjnych peregrynacji pozwala poczuć swoją prawdziwą naturę i spojrzeć na siebie oczami Najwyższego Źródła. Na początku to może być szokujące i niewiarygodne. Po pewnym czasie jednak przynosi miłość do siebie i zrozumienie swojego miejsca we wszechświecie. Przynosi też uwolnienie od ciągłego napięcia. Bo kiedy staramy się za wszelką cenę dogonić swój wymarzony ideał, to spinamy się i blokujemy, przewracamy i podnosimy potłuczeni i biegniemy dalej w opętańczym wyścigu.

Niczego nie musimy gonić. Nic nie musimy wypełniać. Niczego nie musimy osiągać. Jesteśmy doskonali tu i teraz. Jedyne co mamy robić, to kochać i jeszcze raz kochać. I z radością doświadczać. Czasem pokonywać życiowe wyzwania, które wybrała nam dusza. Czasem śmiać się beztrosko. Często tworzyć i szukać tego, co przynosi nam autentyczne spełnienie. Być sobą w harmonii ze Wszystkim Co Jest i cieszyć się każdą chwilą istnienia. Jak najczęściej zanurzać się w ciszę, by dotykać swojego Prawdziwego Ja i uświadamiać sobie swoją doskonałość.

Mamy marzenia. Warto je realizować. Mamy dążenia, które wyrastają z potrzeby serca. To też piękna motywacja do tego, by biec przed siebie i działać, robić wspaniałe rzeczy, uczyć się i rozwijać, stawać się coraz lepszym. Ale z radością. I koniecznie ze świadomością, że jesteśmy doskonali i jako doskonałe istoty dążymy do szczęścia w określony i wymyślony przez siebie sposób. Nigdy jednak po to, by coś komuś udowodnić nigdy! Nic nie musimy udowadniać. Jesteśmy już u celu. Mamy wszystko, co potrzebujemy, a cokolwiek robimy, to wyłącznie dla większej radości, nauki i rozwoju.

Jest rzeczą oczywistą to, że posiadamy pewne cechy, które ludzkość nazywa wadami. Na przykład możemy być leniwi i odkładać na później obowiązki, aby bawić się beztrosko. Możemy być nerwowi i złościć się o każde głupstwo. Możemy być podejrzliwi i oskarżać ludzi o coś, czego nie zrobili, aby później ze wstydem odwracać twarz. Możemy tak bardzo kochać ładne przedmioty, ubrania i ciekawe wycieczki, że stajemy się chciwi, widząc w pieniądzach klucz do tego, co lubimy. I wiele więcej. Czy wobec tego możemy mówić o sobie, że jesteśmy doskonali?

Zdecydowanie tak. Nasza prawdziwa natura jest doskonała, a do niej odwołujemy się w ciszy. Zauważmy, że nasza prawdziwa natura nie jest leniwa ani nerwowa, nikogo nie oskarża ani nie bywa chciwa. Jest Światłem i Miłością. To, co nazywamy wadami jest poukładane w nakładce nazywanej przez niektórych „ego”. Mamy moc i możliwości, aby przetransformować naszą nakładkę. Jest plastyczna, pozwala na wprowadzanie zmian, które nazywamy uzdrowieniem.

Zwróćmy jednak uwagę na jedną istotną rzecz, by zmieniać tylko to, co rzeczywiście nam nie służy. Jesteśmy zaprogramowani różnymi powszechnymi przekonaniami, które narzucają nam nieprawdziwe treści. Na przykład nie lubimy pracy fizycznej: sprzątania, grabienia liści, dźwigania. Ludzie mogą nam powtarzać: „jesteś leniwy, bo pracowity to taki, co lubi się zmęczyć”. To bzdura. To mit, ukuty przez ludzi, dla których ważne było, by inni podejmowali niechciany wysiłek. Prawdziwa obiektywna pracowitość dotyczy jedynie podejmowania działań. Ktoś, kto nie lubi kopać ogródka, może uwielbiać malować i w ciągu dnia tworzy trzy piękne obrazy. Czy jest leniwy? Ktoś, kto nie lubi gotować, może fantastycznie prowadzić szkolenia, dając z siebie wszystko w profesjonalnym wykładzie. Czy jest leniwy? Zanim zaczniemy „uzdrawiać w sobie lenistwo”, odpowiedzmy sobie uczciwie, czy rzeczywiście taką cechę posiadamy.

O wiele bardziej oczywiste są takie jakości, które utrudniają nam życie. Osoba nerwowa może być po prostu kłótliwa, bo nie umiejąc zarządzać swoimi emocjami chlapie językiem i niechcący obraża ludzi. A potem jej przykro. I myśli sobie: „zły ze mnie człowiek, pyskaty, ranię innych, chociaż wcale tego nie chcę”. Jednak to nie jest tak. Taka osoba nie jest wcale zła, ułomna czy wadliwa. Jest doskonała, tylko pewne cechy jej nakładki utrudniają jej relacje. Jeśli zechce, może to zmienić dla siebie, aby było jej łatwiej żyć, aby jej relacje nabrały radości. Może nauczyć się zarządzać emocjami, wyciszać i bardziej liczyć z uczuciami innych osób. Stanie się po prostu inna. Czy lepsza? Cały czas była dobra, tylko zasłaniały to jej nerwowe zachowania. Tak po prostu warto spojrzeć na siebie od tej strony. I zmieniać to, co się nam w sobie nie podoba. Po to przecież się rozwijamy, po to uzdrawiamy, aby było nam lepiej żyć tu na tej planecie, w tych warunkach, wśród innych podobnych nam ludzi.

Najtrudniej odnieść pojęcie doskonałości ludzkiej istoty do osób, które nas krzywdzą w oczywisty sposób. Oto Jaś uderzył w gniewie Małgosię. Staniemy murem przy Małgosi, mówiąc, że Jaś jest zły?  A jeśli dowiemy się, że dusza Małgosi ma umowę z duszą Jasia, że będzie ją uczył asertywności i kochania samej siebie tak długo, aż się nauczy? Taki argument wyjaśnia najwięcej. Kiedy mamy świadomość tego typu kontraktów, przestajemy oceniać ludzi.

Z jednaj strony Kochani Moi, chciałabym bardzo, aby nigdy, nigdy żaden Jaś nie uderzył żadnej Małgosi bo to dla mnie już taki punkt krytyczny. Na poziomie ludzkim nie toleruję damskich bokserów. Natomiast z poziomu wiedzy, którą posiadam, takie zjawisko to sygnał dla Małgosi, aby zrobiła wszystko co może i nigdy więcej nie pozwoliła, by ktokolwiek ją uderzył. I tylko ona sama to może zrobić, podnosząc poczucie własnej wartości, rozwijając miłość i szacunek dla samej siebie. Bo nawet jeśli zasłonię ją własną piersią 10 razy, to za jedenastym Małgosia uderzy się o drzwi albo nastąpi na grabie i poczuje ból, który ma ją obudzić.

Małgosia jest doskonała, ale w to nie wierzy. Jej dusza pragnie, aby była też szczęśliwa i aby nie czuła się zła, grzeszna, godna cierpienia. Bijący ją Jaś to wskaźnik takich przekonań. Niczemu one nie służą, Jaś je pokazuje boleśnie, by nią potrząsnąć. Jeśli obronię Małgosię przed Jasiem, z drugiej strony podejdzie Adaś i zastąpi Jasia. A jeśli zasłonię ją i przed Adasiem, to jak napisałam ta kobieta stanie na grabie. Dusza jest cierpliwa i konsekwentna. Kiedy ktoś nie chce rozumieć i uczyć się z książek lub od mądrych nauczycieli, uczy się przez trudne doświadczenie. Wszystko po to, aby wreszcie się obudził i zapytał: „dlaczego tak? i co mogę z tym zrobić?”

I jeszcze o Jasiu. Wyrasta w bólu, bo jego dusza wzięła na siebie trudny kontrakt uczenia się kochania siebie, poprzez cierpienie. Nie udaje mu się, nie rozumie lekcji. Jako dorosła osoba przerzuca swój ból na innych i podświadomie mści się za swój trudny los. Bywa ciężkim nauczycielem dla tych, którzy z nim podpisali swoje kontrakty. Uczy ich kochania siebie, którego sam sobie nie dał. Jednak jako istota doskonała czuje cierpienie każdej duszy, jaką w swoim życiu uderzył. Przychodzą do niego wszystkie te ciosy w koszmarnych snach. Zagłusza to alkoholem, ale kiedy trzeźwieje, ból wraca. Czasem udaje mu się spotkać na swojej drodze mądrego człowieka, który swoimi słowami trafia do serca i uwalnia z Jasiowej nakładki całe niezamierzone okrucieństwo. Doskonałość Jasia odnajduje swoje miejsce w każdym pełnym życzliwości geście, którym próbuje wynagrodzić to, co robił wcześniej. Ekspiacja jest dla niego, dla jego nakładki, czasem jako spłata karmicznych kontraktów. Sam w sobie jest doskonały i bez niej.

Trudny to temat, wiem. Przyjmijcie tyle, na ile jesteście gotowi. Polecam jako uzupełnienie ciekawe lektury o kontraktach dusz, czy choćby znaną dobrze wszystkim pierwszą część „Rozmów z Bogiem” Neala Donalda Walscha. Nie ma złych ludzi. Każdy z nas jest w swojej istocie niewinny. Każdy z nas jest prawdziwym Światłem. Odnajdziecie to w swojej ciszy.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Harmonia rozwoju

Każdy terapeuta i trener ma swoje własne metody pracy. Być może najczęściej jakimś standardem jest wynajdywanie u człowieka trudności i obracanie ich na wszystkie strony. Ludzie przychodzą z problemem, a terapeuta, który go wzmacnia i niemal stawia na ołtarzu zaskarbia sobie pochwały, że nie lekceważy tego, co boli klienta. Ma to sens. A dodatkowo pomaga terapeucie kręcić się w tym, co jest bliskie jemu i jego świadomości ubóstwa. Tak, tylko świadomość ubóstwa ogniskuje uwagę na brakach i problemach, ale o tym wiemy – to oczywiste.

Ja pracuję inaczej. Od zawsze. Ponieważ od ponad dwudziestu lat uczę pozytywnego myślenia, na pozytywach się skupiam. Zgodnie z Prawem Przyciągania zasilam dobre słowa, dobre myśli, dobre aspekty, a nie to, co trudne. Zasilam rozwiązanie, przeciwwagę problemu i tam szukam uzdrowienia. To nie oznacza pomijania sedna, a wręcz przeciwnie. Pracuję w ten sposób, ponieważ ta forma niezmiennie przynosi efekty. A skuteczność jest dla mnie najważniejsza.

Mówiąc najprościej – Światłem rozpraszam ciemność. Bo jeśli wchodzisz do ciemnego pomieszczenia, a chcesz mieć w nim jasność, to czy stając w progu zachwalasz ciemność, mówisz o niej, analizujesz skąd się wzięła? A może klepiesz ją po pleckach powtarzając, że wszyscy nurzamy się w ciemności, więc i ja się ponurzam….? A może gloryfikujesz ciemność, powtarzając, że to ludzkie, prawdziwe, normalne, niech więc będzie, nic się nie stanie? A może po prostu przekręcasz kontakt i zapalasz Światło? Ja właśnie zapalam Światło. Taka jestem – to moja harmonia. Zawsze chcę być jak najbliżej Światła.

A teraz konkretne przykłady. Przychodzi do mnie ktoś, kto uskarża się na niepunktualność. Nie rozwijam tematu problemu, nie szukam przyczyn, ale zadaję ćwiczenia, które odwracają energię takiej osoby w stronę punktualności. Rozwijamy punktualność. Nie poświęcam uwagi cieniowi, lecz zapalam Światło. Proste, prawda?

Kiedy przychodzi ktoś owładnięty lękami, umie je nazwać, a często zna przyczynę – rozpuszczamy w Świetle tę przyczynę, a następnie rozwijamy odwagę. To też działa. I nie ma najmniejszej potrzeby sięgać do przeszłości, wywoływać traumatycznych wspomnień, które leżą u podłoża. Energia jest jedna. I chociaż proces uzdrawiania trwa o wiele dłużej, niż sam opis tutaj, to bez wątpienia nie wymaga on babrania się w przeszłości dłużej niż w jednym informacyjnym zdaniu.

Z wysokiego poziomu energetycznego świat wygląda lepiej, umysł pracuje klarowniej, a sposoby uzdrowienia pojawiają się w sposób oczywisty. Gdybyśmy zaczęli skupiać się na trudnościach, analizując je szczegół po szczególe, energia automatycznie zjedzie w dół i niewiele można będzie zrobić. To także oczywiste. Właśnie dlatego nauczyciele Prosperity pilnują, by być cały czas w tak zwanym przepływie, w wysokiej energii, która poprowadzi do najlepszych rozwiązań. Jest nawet takie powiedzenie, że problemów nie możemy rozwiązywać z tego poziomu, w którym powstały. To oznacza właśnie dokładnie to, co próbuję przekazać – aby znaleźć uzdrowienie, musimy wyjść poza tematykę problemu, poza ciemność i zapalić Światło. Światło dobrych myśli, dobrych słów i dobrego planu na przyszłość.

To nie oznacza wypierania problemu, czy zaprzeczania mu. To oznacza szukanie przeciwwagi, by w miejsce dysharmonii wprowadzić harmonię. W miejsce lęku – odwagę. W miejsce oporu – otwartość. W miejsce kompleksów – wiarę w siebie. W miejsce bierności – aktywność. W miejsce poddania – asertywność… Powołanie nowej jakości jest uzdrowieniem, ponieważ nowa energia mówiąc obrazowo „wypchnie” starą. To oznacza, że obudzenie w sobie odwagi, zastępuje lęk. Nie muszę więc nic robić z samym lękiem.

Można to wyjaśnić jeszcze inaczej. Wyobraźmy sobie skalę – jedną linię, gdzie po jednej stronie jest np. lęk, bieda, niska samoocena, a po drugiej odwaga, bogactwo, wysokie poczucie wartości. Harmonijny rozwój osobisty to przesuwanie suwaka na tej skali. Akcentując odwagę, bogactwo, wysoka samoocenę sprawiam, że energetyczny suwak wewnątrz mnie zmienia swoje położenie. Myśl kreuje rzeczywistość i prowadzi do tego, czego oczekuję. Jeśli zacznę analizować lęk, to siłą umysłu kieruję suwak w stronę lęku. Jaki to ma sens? Chwalenie się trudnościami jest jak gadanie do ciemnego pokoju, że ciemność jest fajna, zamiast przekręcić kontakt i zapalić Światło.

Nie do każdego przemawia to, co skuteczne. Ludzie czasem szukają kogoś lub czegoś, co wyolbrzymi ich cierpienie, wówczas czują się dowartościowani przez ogrom swojego bólu. Wydaje się absurdalne? Ale nie jest. Żyjemy w kraju, w którym martyrologia równała się zawsze sławie i chwale. Jeśli nie można walczyć na wojnie, można chociaż być wielkim cierpiętnikiem, który jest dumny ze swojego cierpienia. Zgodnie z harmonią przyciąga się wówczas terapeutę (przyjaciela, nauczyciela, słuchacza), który będzie dumny z tego obnoszenia się z trudnościami i cierpieniami. I będzie to w nas zasilał, zamiast uzdrawiać. Ale nam będzie z tym dobrze, bo rezonuje to z naszą wewnętrzną prawdą. A to, że nie ma nic wspólnego z prawdziwą harmonią – to bez znaczenia. Gdzie jest napisane, że każdy dąży do harmonii z Wszechświatem? Nigdzie. Dla niektórych szczęściem jest bycie cierpiętnikiem i nurzanie się w bólu.

Każdemu według potrzeb. Wszechświat obdarza nas tym, czego pragniemy. Jeśli chcemy być dumni z cierpienia – jesteśmy. Jeśli chcemy być naprawdę szczęśliwi – jesteśmy. Harmonia wewnętrzna polega na tym, że nasza matryca przyciąga do nas to czym promieniujemy. Cierpiętnik będzie przyciągał trudności, a świadomość prosperująca radosne i pomyślne wydarzenia. Wszystko będzie spójne, ale ten pierwszy utknie w energetycznym błocie, a ta druga będzie w harmonii z wszechświatem i Najwyższym Źródłem. Pierwsza postawa nie ma nic wspólnego z rozwojem. Druga prowadzi po prawdziwego pokonywania trudności i wzrastania.

Prędzej czy później nawet cierpiętnik straci cierpliwość i zada sobie pytanie, dlaczego tkwię w miejscu? Dlaczego nic się nie zmienia? Ale zmiana wymaga zgody na odejście od iluzji, w których trudność, ból, problematyczne emocje i paskudne wspomnienia są czymś OK. Nie są. Rozwijamy się po to, by odejść od tego, co nam nie służy. Akceptacja negatywnych emocji nie jest tym samym, co zgoda na to, by nami władały bez końca. Akceptacja jest rozumieniem, że pojawiły się jako istotne drogowskazy do zmiany i odejścia od cierpienia w stronę radości i zadowolenia.

Rozwój z definicji to pozytywna zmiana. Nie można więc nazwać rozwojem stanu, w którym zgadzamy się na trudności i cierpienia. Nie należy też z nimi walczyć, ponieważ to, z czym walczymy – zasilamy. Logicznie rzecz biorąc jest tylko jedna właściwa droga – zapalenie Światła. To czuję od zawsze i to u mnie działa bez pudła. Aczkolwiek z ogromną wdzięcznością pochylam się tutaj przed moimi nauczycielami, którzy mi to pokazali. Dziękuję im z serca, bo to dzięki nim jestem na takiej pięknej ścieżce. Gdybym mogła cofnąć czas, poszłabym tą samą drogą, by być tutaj gdzie jestem. Oto moja harmonia.

Prawdziwa dojrzałość szanuje autorytety, ponieważ to one są źródłem najbardziej harmonijnej Prawdy. Tej, która prowadzi do harmonii z Wszechświatem. Zatem choć samostanowienie uczy nas samodzielności, to ścieżki i przekonania należy kreować w szacunku dla tych, którzy idąc przed nami odsuwali nam spod nóg przeszkody. I czasem czuję się w tym jak Jednorożec, jak dziwoląg, kiedy inni obok mnie chwalą się cierpieniem lub chwalą trudności, kiedy  zasilają to, czego w gruncie rzeczy wcale nie chcą. Dostrzegam jednak i czuję całą sobą piękną harmonię z wszechświatem właśnie wtedy, kiedy uparcie trzymam się tego, czego mnie nauczono.

Skąd ten artykuł? Jako podziękowanie za cudowny przekaz od Mistrzów i Nauczycieli z Kronik Akaszy, którzy słowami pewnej miłej pani powiedzieli dokładnie to samo, co jedna z moich duchowych nauczycielek dwadzieścia lat temu: „Pracuj nad dobrymi cechami, a te „złe” same od Ciebie odejdą”. Tego się trzymam od lat, niezmiennie czując, że to jest właśnie prawdziwy rozwój i prawdziwe Dobro. Dziękuję za potwierdzenie z Najwyższego Źródła. Dziękuję za każde piękne doświadczenie, które zachęca mnie do tego, by nadal zapalać Światło, zamiast szarpać się z ciemnością.

Bogusława M. Andrzejewska

Wyrównanie krzywd

Kiedy ktoś nas zrani szczególnie mocno, życzliwi pocieszają nas starymi przysłowiami typu: „nie martw się, przyjdzie kryska na matyska” albo „Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy”. Tęsknota za sprawiedliwością rozumianą jako wyrównanie krzywd jest głęboko zakorzeniona w społeczeństwie ludzkim i stanowi coś tak naturalnego jak powietrze. Warto o tym pamiętać w nowej epoce, w której zamiast szukać zemsty, uczymy się wybaczać.

Z założenia oczekiwanie, że coś paskudnego stanie się krzywdzicielowi jest sprzeczne z ideą wybaczenia. Prawdziwe odpuszczenie ma miejsce tylko wówczas, kiedy pozbywamy się wszelkich pretensji i wręcz błogosławimy osobie, która dopuściła się wobec nas czegoś złego. Dlatego najlepsza znana mi metoda wybaczania (medytacja na Światło) zawiera w sobie taki właśnie element, w którym życzymy drugiej osobie tego, co dla niej najlepsze. Dzięki temu jest pełna. Szczere życzenia wszelkiego dobra są dowodem na to, że proces się dokonał. Dopóki bowiem nosimy w sobie jeszcze żal, takie dobre słowa nie przejdą nam przez gardło.

Czasem ludziom wydaje się, że rezygnacja z zemsty i ze złorzeczenia jest równoznaczna z wybaczeniem i możemy zamknąć się w cichym żalu. Tymczasem to tak nie działa. W procesie wybaczania rzecz polega na energetyce. Wprowadzając z serca szczere uczucie odpuszczenia, rozumienia lub jeszcze lepiej: świadomość, że nic złego się nie stało, niwelujemy toksyczne energie pretensji i złości. Oczyszczamy swoje wibracje i robimy to przede wszystkim dla siebie, dla własnego zdrowia i dobrobytu. Wszelkie zaniechania słów i czynów, które jednak nie eliminują negatywnych emocji, nie mają znaczenia i w niczym nam nie pomagają. Innymi słowy: skrzywdzona osoba, która siedzi w kącie i płacze nad swoją krzywdą zabija siebie w powolnym procesie zatruwania swojego ciała i duszy. Okrutna śmierć. Od zemsty różni się tym tylko, że zamiast ranić i krzywdzić w odwecie kogoś innego, krzywdzimy samych siebie.

Najbardziej sensowne dla mnie jest poczucie, że to, co zaszło, nic nie znaczy dla nas. Podobnie, kiedy ktoś nas niechcący leciutko potrąci i przeprasza, a my zupełnie szczerze uśmiechamy się mówiąc, że nic się nie stało. Nie ma w nas żadnych emocji, żadnych toksyn. Nie ma więc potrzeby oczyszczania siebie z czegokolwiek szkodliwego. Wielką i niezwykle cenną sztuką jest wejście na taki poziom rozumienia harmonii wszechświata, który pozwala nam identycznie potraktować kradzież, zdradę, odrzucenie…

Z duchowego poziomu to jest oczywiście możliwe. Wystarczy, że zobaczymy analogię. Ktoś kto nas niechcący trącił, nie chciał nas skrzywdzić. Skupił się na sobie, na pospiesznym dążeniu przed siebie w sprawie ważnej dla niego. Złodziej, który nas okrada, także nie chce nas skrzywdzić, chce tylko zapełnić swój pusty portfel i skupiony na celu nie myśli o tym, że kogoś tym rani. Bliski nam człowiek, który nas zdradza także nie chce nas skrzywdzić, chce tylko zaspokoić swoje potrzeby i gna przed siebie trącając nas boleśnie swoimi wyborami. Naciągane? Nie. Z poziomu energetycznego to jest to samo, jedynie skala czyni różnicę. Warto zrozumieć, że rzadko kiedy ludzie robią rzeczy celowo przeciwko nam. Zwykle myślą o sobie i nie dostrzegają, że dogadzając sobie ranią innych. Nasz ból nie jest niczyim celem, jest skutkiem ubocznym. Choć bywają oczywiście wyjątki.

Wracając do potrzeby doświadczenia sprawiedliwości, to jest wielka pułapka. Bywa, że głośno mówimy: „wybaczam mu”, a w głębi duszy oczekujemy, że świat wyrówna za nas rachunki. To taka zemsta w „białych rękawiczkach”, która zakłada maskę odpuszczenia, a w głębi modli się o wyrównanie krzywd. Nie różni się niczym od postawy: „nie uderzę go za to, bo nie chcę sobie brudzić rąk jego gębą”. Głęboka pogarda, którą maskujemy poczucie bezsilności i świadomość, że pewnych sytuacji i ludzi nie sposób zmienić. Udajemy odpuszczenie, a w środku nakręcamy się jeszcze bardziej. To często uderza w nasze zdrowie, ponieważ jest tylko stłumieniem złości i żalu.

Wybaczenie następuje tylko wtedy, kiedy odpuszczamy wszystkie bez wyjątku negatywne emocje. Kiedy poprzez rozumienie lub współczucie patrzymy na taką osobę, jak na zwykłego człowieka. Takiego, który miał po prostu ciężki dzień. Albo takiego, który nie umie inaczej. Albo takiego, którego trudne doświadczenie zmusiło do zrobienia czegoś złego. Albo takiego, który jest totalnie zagubiony lub zmanipulowany. Każda droga do tego, by w człowieku zobaczyć Człowieka jest ze wszech miar godna polecenia. 

Oczekiwanie wyrównania krzywd bywa częstym zjawiskiem. Niektórzy od dziecka uczeni są pewnej równowagi, która zakłada, że dobry zostanie nagrodzony, a zły ukarany, ponieważ każda bajka i każda baśń pokazuje jak dobro zwycięża zło. Głupi Jaś zostaje królem, a biedna sierotka żoną księcia. Negatywna postać najczęściej zły brat lub córka macochy zostaje srogo ukarana i pluje żabami albo zjada ją smok. W naszym doświadczeniu to my jesteśmy „ten dobry” i czekamy, kiedy nas koronują, a krzywdziciel zostanie pożarty przez smoka. A tu zonk. Nic takiego się nie dzieje.

W istocie czasem nasz punkt widzenia jest bardzo subiektywny i to, co bierzemy za zło, wcale złem nie jest, a więc nie prowadzi do wykreowania niekorzystnego losu. Czasem rzeczywiście po drugiej stronie staje okrutny nauczyciel, który karmi się negatywnymi emocjami, a one po pewnym czasie go zjadają jak smok zgodnie z zasadami psychosomatyki. Czasem człowieka pożera jego sumienie, a czasem wcale nie, ponieważ uważa, że postępuje słusznie. Pamiętajmy, że najczęściej zła dopuszczają się ludzie, którzy nie zaznali dobra i miłości. Jak mają mieć wyrzuty sumienia, skoro nie znają innej drogi niż ta, którą idą? Czasem więc oczekiwanie na wyrównanie krzywd nigdy się nie kończy.

Bywa i tak, że ktoś używa pojęć z duchowego obszaru i mówi z pozornym spokojem: „to jego karma, zapłaci za to”. Nic w tym duchowego. W takim zdaniu pobrzmiewa brzydka nadzieja zemsty, którą ktoś za nas wymierzy. Jest w tym fałszywe wybaczanie w stylu: „ja umywam ręce, ja się nie mszczę, bo wiem, że świat (Bóg, karma) zrobi to za mnie”. I jest tam głęboko schowane oczekiwanie na moment, kiedy to nastąpi. A nawet jeśli taka osoba nie skupia się na niecierpliwym odmierzaniu czasu do karmicznej spłaty, to i tak działa energetycznie tak samo, jak człowiek, który oddał swojego krzywdziciela katu i zaciera ręce: „to już nie moja sprawa, kat zrobi swoje”.

Wiele lat temu doświadczyłam zła z rąk pewnej osoby. Od razu weszłam w proces wybaczania i czułam całą sobą, że wcale nie chcę, by w jakikolwiek sposób cierpiała. Miałam jednak jedno marzenie: by doświadczyła tego, co mi wyrządziła. By ktoś uczynił jej to samo. Niech sobie będzie zdrowa i bogata i niech jej będzie dobrze, tylko to jedno niech do niej przyjdzie, to jedno, co mi zrobiła. „Chcę, by zrozumiała, by się nauczyła, tylko o to mi chodzi” okłamywałam siebie. Moje zranione ego kombinowało jak koń pod górę, aby tylko móc kopnąć w kostkę tę osobę. Chociaż troszeczkę. Pokrętne, prawda? Warto zauważyć tę pułapkę, ponieważ uniemożliwia ona prawdziwe wybaczenie.

To zawsze jest ślepą uliczką. Jesteśmy w punkcie wyjścia, bez względu na wszystkie wypowiadane w tej intencji afirmacje i bez względu na to, ile razy zagramy w Satori. Dopóki czekamy, aż krzywdziciel swoje odcierpi za nasz ból, dopóty nie ma mowy o odpuszczeniu. W swej prawdziwej naturze zdrowy psychicznie człowiek nie życzy nikomu cierpienia. Współczuje nawet obcej osobie, którą dotknie nieszczęście. Wybaczenie następuje wtedy, kiedy nie życzymy niczego złego także krzywdzicielowi i całym sercem pragniemy, by nigdy nie musiał zapłacić za naszą krzywdę. Czyli dokładnie odwrotnie niż wtedy, kiedy mniej lub bardziej świadomie czekamy na wyrównanie rachunków.

Prawdziwe odpuszczenie zakłada, że ta osoba, która coś nam wyrządziła jest dla nas takim samym człowiekiem, jak każdy inny. Jak nasze dziecko, nasz rodzic, nasz partner, sąsiad, znajoma ekspedientka. Człowiek jest w swej istocie dobry i z ochotą pomaga każdemu, kto tuż obok wyciąga rękę po pomoc. Jeśli podajemy ją bez wahania także temu, kto nas zranił wówczas wiemy, że szczerze wybaczyliśmy.

Bogusława M. Andrzejewska

Wygrana

To piękne słowo kojarzy nam się zazwyczaj bardzo pozytywnie. Najmilej usłyszeć je oczywiście w kontekście gier liczbowych, np. w opcji: „wygrałam w Lotto”. Cieszy nas to zjawisko także w rozmaitych innych grach, których pełen jest internet i nasze komórki. Przyznaję, że umiem je też docenić w sporcie, chociaż poza ulubioną siatkówką mojego męża rzadko kiedy sport mnie zajmuje. To nie moje obszary zainteresowań. Ale zakładam, że każdy lubi wygrywać.

Tymczasem słowo to ma także inny kontekst – wygrywać z kimś. Poza sportową rywalizacją, którą ostatecznie toleruję, postrzegam je zatem najczęściej… negatywnie niestety. O ile nie jest to wygrana na loterii, kiedy usłyszę o wygrywaniu, czuję bardzo złą energię. Niską energię rywalizacji, bezwartościowości, a nawet walki, ponieważ pierwsze co może skojarzyć się z tym pojęciem to wojna – co najmniej z inną osobą. I to ze wszech miar niewłaściwe, bo pozytywny jest pokój, zgoda i akceptacja, a nie walka.

Skąd bierze się potrzeba walki? Z niskiego poczucia wartości. Zakompleksieni ludzie ciągle toczą wojny i ciągle się kłócą, by udowodnić światu, że są coś warci. To logiczne, chociaż z założenia absurdalne. Wyobraźmy sobie, że wyznaję jakąś religię, a po drugiej stronie ulicy mieszka ktoś, kto wyznaje coś zupełnie innego. Jeśli mam wysokie poczucie wartości, życzę sąsiadowi dobrego dnia, a czasem nawet pytam o go o podejście do różnych spraw, by więcej wiedzieć o świecie i tym, co odmienne. O ile nie jest kanibalem, w żaden sposób mi nie zagraża. Możemy żyć w zgodzie. Możemy uśmiechać się do siebie nawzajem i to z przyjemnością. Osoba o wysokiej samoocenie lubi ludzi i lubi się do nich uśmiechać.

Jeśli jednak mam niskie poczucie wartości, to odmienne poglądy odbieram jako urąganie mi i temu co dla mnie ważne. Bo jeśli ktoś wyznaje coś innego i uważa, że jakaś inna religia jest słuszna, to… „to może moja nie jest słuszna? To może ja jestem niemądra? A co jeśli ktoś pomyśli, że się mylę i jestem głupia? To straszne! To boli! To niedopuszczalne! Najlepiej zabić i zakopać głęboko tego, co myśli inaczej. Dzięki temu nikt nie pomyśli, że ja się mogłam pomylić. Tak, trzeba usunąć tego, co obraża mnie bezczelnie swoimi odmiennymi poglądami„. Cudzysłów, jak sądzę, jest tutaj niezbędny, ponieważ to nieco żartobliwe spojrzenie. Ale odzwierciedla w uproszczeniu tok rozumowania i odczuwania osoby o niskiej samoocenie.

Religia jest tylko przykładem. To może być inny obóz polityczny albo inne podejście do wychowania dzieci, albo inny dowolny temat. Przerażające dla mnie jest to, jak często ludzie myślą w ten sposób, który zamknęłam cudzysłowem. Być może nie zabijają już dosłownie, ale obrażają się, odwracają, oczerniają. Szeptem przekazują sobie informacje o tym, jaki to zły jest ten osobnik. Często dorabiają mu rogi, których nigdy nie posiadał. A któż im udowodni, że kłamią, kiedy wymyślają naprędce, że widzieli, jak kopał psa (bił żonę, kradł bułki w sklepie – niepotrzebne skreślić). W mniejszych społecznościach skazują „odmieńca” na ostracyzm – tak przecież najbezpieczniej: napiętnować jako dziwaka i głupka. A kiedy większość odwróci się od takiej osoby, mówią sobie: wygrałem. Bo to była walka, walka o rację.

Dowartościowywanie siebie kosztem drugiego człowieka jest nagminne. Stosują to także osoby, które uważają siebie za duchowych nauczycieli, osoby wykształcone i takie, które twierdzą, że posiadają wysokie poczucie wartości. Niestety więcej ludzi uważa, że ma wysoką samoocenę, niż ma ją rzeczywiście. A test jest prosty – jak wielokrotnie pisałam. Wystarczy pokazać wybranej osobie kogoś z tej samej branży i głośno pochwalić. Wysoka samoocena to człowiek, który poczuje się zaciekawiony i zainspirowany. Być może zechce poznać „konkurencję”, by czegoś mądrego się nauczyć. Być może uzna, że nie musi się niczego uczyć, więc tylko z szacunkiem się ukłoni.

Zakompleksiona osoba spieni się ze złości i rozpocznie kampanię wojenną, aby umniejszyć tę „konkurencję”. Zaplanuje oczernianie, poniżanie, obmawianie, wyśmiewanie, a czasem nawet otwarte krytyczne ataki. Poczuje bolesne emocje, ponieważ żal, zawiść, gniew są drogowskazami, które pokazują nam kierunek pracy nad sobą. Mądry człowiek wie, że jeśli chwalenie koleżanki wywołuje poczucie przykrości (niedocenianie) lub gniew, to należy czym prędzej pracować z poczuciem wartości. Podniesienie samooceny uleczy ból i przyciągnie do nas dobre słowa, wdzięcznych klientów i satysfakcję.

Moje obserwacje wskazują, że nawet pozornie zaawansowane w rozwoju osoby wybierają popłynięcie po niskich energiach. Samoocena to potężna siła – nie przesadzam, kiedy o tym mówię. Na palcach jednaj reki mogę policzyć ludzi, którzy z ciepłym uśmiechem przyjmują chwalenie kogoś innego niż oni sami. Standardem jest emocjonalna reakcja, kwaśne skrzywienie ust i cały stos krytycznych uwag. Bo przecież nikt nie może być lepszy od nas! To niedopuszczalne! Poziom poczucia wartości wśród znanych mi nauczycieli rozwoju jest żenująco niski i niestety trudny do uzdrowienia. Bo kto ma takiej osobie powiedzieć, że powinna popracować nad sobą? Ludzie o niskim poczuciu wartości nie mają autorytetów. Aby uszanować autorytet, trzeba dopuścić do siebie myśl: on jest mądry i wie więcej niż ja. Niska samoocena prędzej udławi się własnym butem, niż uzna, że ktoś wie lepiej. Przecież ona wie wszystko. Ale nie o tym.

Chcę bardzo wyraźnie podkreślić, że to pokój jest najbardziej pożądaną manifestacją. Jest jakością serca, która prowadzi nas bardzo mocno w rozwoju wewnętrznym. To pokój, a nie walka, uczy nas wszechogarniającej miłości i dobra. To pokój wycisza nasze serca i układa równiutko emocje, które jako drogowskazy do uzdrowienia nie są zupełnie potrzebne ludziom ogarniętym cichą błogością i harmonią ze Wszystkim Co Jest. To pokój jest fundamentem raju na Ziemi, ponieważ to z niego wyrasta zdrowie, dobrobyt i zgoda. Tam gdzie ktoś dąży do wygranej nad kimś, tam nie ma duchowości i pokoju. Pokój opiera się na bezwarunkowej miłości i wyklucza rywalizację.

Kwestia wygranej zawsze wiąże się z walką o coś. Najczęściej o jakąś rację. Jakiś pogląd. Albo po prostu o własną nieomylność. Ktoś kto dąży do wygranej w takim kontekście, dąży w istocie do pognębienie kogoś innego, kto ma odmienne spojrzenie na świat. I nie zauważa nawet, że czasem meritum jest dosłownie bez znaczenia. Jak w znanym wierszyku Mickiewicza „Golono strzyżono”. Upór jest jednym z najwyraźniejszych przejawów niskiego poczucia wartości. Podobnie jak zazdrość czy zawiść o to, że ktoś coś zrobił lepiej, ładniej, ciekawiej, bardziej profesjonalnie. Czyli w gruncie rzeczy o to, że otrzymał ludzki zachwyt czy pochwałę.

Nie chcę z nikim rywalizować. Chcę się przyjaźnić i współpracować. Uważam, że ważnym elementem wznoszących się wibracji jest właśnie umiejętne współistnienie z drugim człowiekiem. Raj, czy choćby zapowiadana Złota Era, to miejsce w którym ramię w ramię pracujemy ze sobą, szanując, tolerując, akceptując i wspierając jeden drugiego. Nie może być szczęścia i dobrobytu wśród mieszkańców tej planety, dopóki ludzie będą egoistycznie dowartościowywać się kosztem innych. Dopóki z zazdrością będą walczyć, by udowodnić, że są lepsi. Prawdziwa duchowość rozumie, że nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy jesteśmy doskonali i każdy jest w najwłaściwszym dla siebie miejscu i czasie.

Nie chcę z nikim wygrywać. Nigdy. Bo kiedy wygram, to po drugiej stronie staje ktoś przegrany. Świadomość, że ktoś poczuł się gorzej, że komuś jest przykro nie jest dla mnie niczym miłym. Dlatego nie rywalizuję w żadnej dziedzinie. Wszechświat jest piękny i ogromny, tak ogromny, że znajduje się w nim miejsce dla każdego. Mogę spokojnie pisać książki, wiedząc, że na moje prace znajdzie się przestrzeń w takim samym stopniu, jak na te pisane przez setki innych pisarzy. Mogę tworzyć wiersze jak setki innych poetów. Mogę malować obrazy, jak setki innych ludzi. Mogę prowadzić szkolenia jak inni nauczyciele… Mogę wszystko, czego pragnę i co mnie cieszy. Każdy z nas może. Dla nikogo nie zabraknie miejsca ani ludzkiego zachwytu.

Bogusława M. Andrzejewska

Przeszłość

Każdy z nas wie doskonale, że to przeszłość kształtuje nasze obecne zachowania i jakość naszych relacji. Nie trzeba być psychologiem, by wiedzieć, jak mocno dzieciństwo wpływa na postępowanie dorosłego człowieka. Nasze związki są zabarwiane doświadczeniem nabytym, kiedy dorastając patrzyliśmy na to, jak sobie radzą nasi rodzice. Nasze sukcesy w pracy zależą od poczucia własnej wartości budowanego niemal od urodzenia. Nasza wiara w siebie to także efekt słów i zachowania naszych rodziców, nauczycieli, kolegów i innych bliskich osób, które otaczały nas w młodości. Jest zatem całkiem zasadne, aby uzdrawiać traumy z przeszłości, a w ich miejsce wprowadzać nowe pozytywne wzorce. To proces niezbędny do szczęśliwego życia.

Chcę zwrócić uwagę na jeden tylko szczegół – na prawdziwe domknięcie procesu, poprzez skasowanie go w swojej podświadomości. Nie mam na myśli wyparcia, tylko maksymalne umniejszenie znaczenia. Ponieważ dopóki istnieje pamięć o określonym wzorcu, dopóty wzorzec działa, wracając nieustannie poprzez naszą świadomość.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której ktoś jest DDA, czyli Dorosłym Dzieckiem Alkoholika, które niesie w sobie koszmar trudnego dzieciństwa, rozmaite lęki i mechanizmy obronne, dzięki którym udało się przetrwać i dorosnąć. Podejmuje terapię i odpowiedzialnie uzdrawia krok po kroku wszystko, co uzdrowienia wymaga. W pewnym momencie może nawet kreować szczęśliwe życie, ale nie wszystko się udaje, ponieważ wraca po własnych śladach w niekorzystne matryce. Dzieje się tak, ponieważ ta osoba w kółko powtarza, że jest DDA. W ten sposób utrwala w swojej podświadomości określone jakości i mechanizmy, które miały zostać uzdrowione.

Myśl kreuje rzeczywistość – to podstawa zarządzania swoim życiem, a my często o tym zapominamy. Zapominamy też, że naszą realność tworzą przekonania, które w sobie nosimy. Nie wystarczy więc przelotnie rzucona afirmacja: „Jestem zdrowa, bogata i szczęśliwa”. Potrzebne jest odczuwanie tego, co wyrażamy słowami. Jeśli boli mnie głowa, to nie czuję się zdrowa. Jeśli zamartwiam się długami, to nie czuję się bogata. Jeśli czuję dzieckiem alkoholika, to niosę wszystko to, czego w czasie terapii chciałam się pozbyć. To ciągłe tkwienie w świadomości braku.

Zatem podstawą skuteczności każdego uzdrawiania jest zdecydowane wejście w przestrzeń energetyczną, która odpowiada pozytywnym efektom określonego procesu. Jeśli chcę się pozbyć niekorzystnych mechanizmów, to po ukończeniu określonej terapii, tworzę nowe ścieżki neuronowe w umyśle, które budują moją nową jakość życia. W miejsce „jestem DDA” wprowadzam „jestem szczęśliwa i spełniona” – na przykład. Może tu być oczywiście inna wersja, np. „jestem wolna od przeszłości”, „jestem niezależna i odważna”, „mam otwarte serce i w pełni ufam życiu”. Możliwości mamy wiele, ważne, by były pozytywne.

Ogromnie istotną decyzją jest, by jednoznacznie zamknąć to, co minęło i do czego wracać nie chcemy. W tym przypadku absolutnie wskazane jest, by spalić wszystkie mosty, które prowadzą nas z powrotem w ślepe uliczki przeszłości. Nie można utożsamiać się z tym, co tworzy niekorzystne połączenia i odtwarza w nas na powrót trudne wspomnienia. Podświadomość reaguje na nasze myśli i emocje, nie rozumiejąc liniowej wersji czasu. Dla podświadomości wszystko jest TU I TERAZ. Jeśli myślimy o sobie w kategoriach tego, co minęło, podświadomość traktuje to, jako coś istniejącego w obecnym momencie. Możemy ukończyć najlepsze terapie i przejść najbardziej magiczne oczyszczanie – dopóki myślimy o sobie, jak o człowieku z problemem, to problem żyje i ma się dobrze.

Pamiętajmy, że niezależnie od psychologicznych pojęć, mamy prawo myśleć w określony pozytywny sposób. Możemy zachować rozsądek i tworzyć energię w sposób korzystny dla własnego zdrowia. Jeśli ktoś uważa np., że DDA czy alkoholikiem jest się do końca życia, to trochę zamyka się na uzdrowienie. To jak przekonanie: „zawsze muszę pić” lub „zawsze muszę cierpieć”. Czym innym jest pojmowanie problemu w kategoriach: „ponieważ kiedyś byłem uzależniony, to mogę bardziej niż inni dążyć do picia”, a czym innym stwierdzenie: „jestem alkoholikiem”. Nie chodzi zatem o okłamywanie siebie, lecz tworzenie pozytywnych wibracji.

W praktyce prosperity często szukamy sposobów na zmianę wewnętrznych odczuć i przekonań, które odzwierciedlają rzeczywistość taką, jaka jest. Człowiek zadłużony, by przyciągnąć pieniądze, powinien stworzyć w sobie poczucie bogactwa. Nie jest to proste poczuć obfitość, kiedy w istocie czegoś nie posiadamy. Ale oczywiście jest możliwe i znamy na to sposoby, bez uciekania się do kłamstwa, na które nasza podświadomość nie da się nabrać.

Wracając do kwestii przeszłości, bywa i tak, że utożsamiamy się bardzo mocno z grupą terapeutyczną i powtarzanie w kółko psychologicznych nazw daje nam poczucie przynależności do innych podobnych nam „ofiar” przeszłości. Jest to troszkę pułapka. Ktoś kto był alkoholikiem lub dzieckiem alkoholika, czuje się „inny”, często „gorszy” od reszty społeczeństwa. Niepotrzebnie. Uzdrowienie to proces, który wymaga także podniesienia poczucia wartości i uświadomienia sobie, że jesteśmy zwycięzcą, a nie ofiarą. Przekuwamy minione cierpienie w dar mądrości i dojrzałości.

A przecież nie ma ludzi idealnych. Każdy niesie w sobie jakieś brzemię przeszłości. To oznacza, że nasza potrzeba izolowania się i czucia się gorszymi jest zupełnie zbędna. Każdy z nas jest dobrym sobą taki, jaki jest. Nie musimy ukrywać się w grupie nam podobnych. Możemy z podniesioną głową iść pomiędzy ludźmi, zmierzając do takiego celu, jaki nam się najbardziej podoba. Warto odciąć się od niekorzystnej przeszłości, iść do przodu, tworzyć nowe wzorce i najlepsze dla siebie ścieżki.

Bogusława M. Andrzejewska

Samostanowienie

To najważniejsza zasada i najważniejsze prawo ludzkości na Ziemi prawo samostanowienia. Równie ważne może być jedynie prawo do rozwoju wewnętrznego, co w gruncie rzeczy wzajemnie się splata. Schodzimy tutaj, aby za pomocą suwerennych decyzji określać Kim w Istocie Jesteśmy. Dokonujemy określonych wyborów i w ten sposób kształtujemy swoją energetykę i swój osobisty kod duchowy. To co wybieramy, pokazuje na jakim jesteśmy etapie i jakich jeszcze lekcji potrzebujemy do osiągnięcia doskonałości. Niektóre wybory przynoszą duszy potrzebne doświadczenia i jak pisałam kiedyś nie ma złych decyzji. Każda reprezentuje nas i jest z nami harmonijna. Jeśli ktoś obok postrzega to inaczej, to dlatego, że nasz wybór nie harmonizuje z jego energetyką.

Rozwijając siebie, wzrastając duchowo, możemy zmieniać spojrzenie na wiele rzeczy to naturalna ewolucja. Nie musimy więc być uparcie przykuci do żadnej teorii. Czytamy książki, artykuły, chodzimy na szkolenia, prowadzimy dyskusje, szukamy autorytetów i zadajemy im pytania, a wszystko po to, by zbudować swoje unikalne podejście do życia. Jednak zdecydowanie najważniejsze jest to, by nasz światopogląd był tylko nasz, byśmy w oparciu i nabytą wiedzę i doświadczenie podejmowali swoje własne decyzje, nie oglądając się na to, co zrobiłby ktoś inny.

Samostanowienie dotyczy też codzienności, nie jest więc zarezerwowane dla adeptów duchowych ścieżek. Istnieją ludzie, którzy nie czytają żadnych książek, a ich światopogląd kształtują pogaduszki z sąsiadami przy piwie. Oni także mają prawo do samostanowienia i zresztą spontanicznie z niego korzystają układając swoje sprawy. Na tym polega podążanie życiowymi ścieżkami. Każdego dnia ludzie dokonują wyborów gdzie podjąć pracę, czy wyjechać za granicę, do którego lekarza udać się na badanie, czy wyjść za mąż. Każda decyzja jest najlepsza na dany moment, ale kluczowe jest samodzielne dokonanie wyboru. Można porozmawiać, popytać, przemyśleć temat, ale samodzielność polega na tym właśnie, że w którymś momencie zapada decyzja.

Jeśli jest tylko nasza, to ma też taką zaletę, że nikogo nie obciążamy odpowiedzialnością za ewentualne konsekwencje i za to, co się zadzieje później. To nasze życie i to my powinniśmy świadomie je kształtować. Czasem ktoś próbuje zmusić inne osoby, by powiedziały, co ma zrobić. Doświadczają tego powszechnie wróżki stawiające karty. Ktoś dzwoni, płaci i wymaga, by inna osoba powiedziała, co dokładnie zrobić. Tak działa świadomość ubóstwa i potem ma pokrętną wymówkę: to ona mi kazała. Oddawanie innym władzy nad naszym życiem bywa często ogromnie wygodne, ponieważ uwalnia nas od odpowiedzialności za nasz rozwój.

Każda decyzja jest ruchem energetycznym, który uruchamia przepływ. Tworzy się pasmo wibracji, które układa pojedyncze wątki przyszłości. Są one stale w ruchu i podlegają każdej zmianie wibracji, która pojawia się w myślach człowieka. Jeśli przychodzi zwątpienie i ochota, by wycofać się z podjętej decyzji, pasma energii słabną i plączą się, aż do całkowitego rozpadu. Jeśli wytrwale podążamy wybraną drogą, pasma stają się mocniejsze, gęstnieją i zaczynają kształtować określoną rzeczywistość. Im więcej pozytywnych myśli płynie za decyzją, tym bardziej wyraźny kształt się krystalizuje. W tym kontekście łatwo pojąć, dlaczego nie istnieje nic takiego jak stuprocentowa prekognicja. W danej chwili można zobaczyć tylko częściowo ukształtowane pasma, które mogą się rozsypać wystarczy zmienić decyzję. Łatwo też zrozumieć, dlaczego i jak tworzymy swoją rzeczywistość.

Świadomość prosperująca nigdy nie przekonuje nikogo do swoich poglądów, ponieważ w ten sposób naruszyłaby prawo człowieka do własnych decyzji i do indywidualnego zabarwiania siebie określonymi emocjami. Narzucanie swojego zdania jest blokowaniem rozwoju duchowego, dlatego jak ognia należy unikać wszystkowiedzących nauczycieli, którzy rozkazują nam, co mamy robić, jak myśleć lub czego nie robić. Dobry nauczyciel duchowy pozostawia adeptowi niczym nie skrępowaną samodzielność, mówiąc: „ja doświadczyłem tego i tego to było słodkie, to gorzkie, ale wybierz sam, bo to twoje życie”.

Ogólnie rzecz biorąc na tym polega każda nauka rozwoju i każde uzdrawianie. Nauczyciel lub terapeuta pokazuje swoje sprawdzone metody po to, by podzielić się doświadczeniem. To jak dzielenie się kawałkiem razowego chleba częstujemy. Ktoś zje ze smakiem, a ktoś odmówi: „nie lubię razowca, jem tylko bułki”. Ktoś jeszcze inny powie: „lubię, ale nie jestem głodny” to nie ten czas, może innym razem będzie energetycznie gotowy. Każdy jest we właściwym miejscu i czasie. Samostanowienie to prawo do wyboru szkolenia i terapii wtedy, kiedy nam odpowiada. Niedojrzały nauczyciel to ten, który w strachu przed utratą zarobku namawia, aby spróbować wbrew temu, co czujemy. Tym bardziej nie jest godny polecenia nauczyciel, który stosuje manipulacje emocjonalne i wywiera nacisk na potencjalnego ucznia: „a czemu się boisz? a czemu uciekasz? a czemu nie chcesz się uzdrowić? Dorośnij!”.

Danie przyzwolenia człowiekowi na samostanowienie wymaga prawdziwej duchowej dojrzałości. A przede wszystkim wymaga wysokiego poczucia wartości. Jest to więc swoisty tester każdego, kto nazywa siebie nauczycielem. Wystarczy od niechcenia powiedzieć potencjalnemu mentorowi, że byliśmy na cudownym warsztacie u cudownej osoby, która jest mniej lub bardziej konkurencją owego mentora. Jeśli powie: „świetnie, cieszę się, że masz dobre doświadczenie” to osoba dojrzała duchowo, której obce są niskie emocje zazdrości i dla której ważne jest dobro ucznia. Jeśli oburzy się i skrytykuje najpierw naszą głupotę, a potem niską jakość cudzego szkolenia to zapala się tu wielkie czerwone światło i polecam brać nogi za pas czym prędzej. Jest to ważna informacja, że taki człowiek nie da nam prawa do decydowania o sobie, ponieważ w tym właśnie momencie skrytykował nasz suwerenny wybór. Ktoś kto nie daje nam prawa do samostanowienia, niczego nas nie nauczy.

Jeśli ktoś zamknie nas w pieczarze i zmusi do medytacji, to nasza medytacja nie przyniesie żadnej korzyści. Rozwój pojawia się wtedy, kiedy z własnej i nie przymuszonej woli wybieramy …. coś. Wybieramy medytację albo udział w pijackiej imprezie. To nasza wolna wola przesądza, ponieważ to decyzja jest ruchem energetycznym. Jeśli nie ma decyzji, a jest przymus nie ma rozwoju. Człowiek zmuszony do polerowania podłogi świątyni nie gromadzi żadnej zasługi. Zasługa powstaje wtedy, kiedy adept sam podejmuje decyzję i zamiast iść na plażę, klęka i myje posadzkę przed posągiem Mistrza.

Bywały oczywiście jeszcze gorsze formy zniewolenia pod fałszywą maską duchowości. Zmuszanie do pobierania jedynie słusznych nauk filozoficznych jest znane od tysiącleci. Ta najbardziej popularna forma manipulacji grupami społecznymi jest nazywana najczęściej religią lub w mniejszej skali sektą. Nauczyciel, który mówi: „tylko ja mam rację, a cała reszta to poganie, oni się mylą”, nie jest godny słuchania. Ktoś, kto nie daje nam prawa wyboru i korzystania z rozmaitych form i metod rozwoju, nie jest duchowym nauczycielem, lecz potencjalnym twórcą sekty, a w łagodnej wersji towarzystwa wzajemnej adoracji. Tylko poprzez wybieranie spomiędzy wielu opcji i tylko poprzez doświadczanie różnych metod określamy Kim W Istocie Jesteśmy. Tylko tak wzrastamy poprzez podejmowanie suwerennych decyzji. Poprzez samostanowienie.

Bogusława M. Andrzejewska