Obowiązek

Obowiązkowość i podążanie za powinnościami to nasza cecha niemal narodowa i uświęcona tradycją wielu pokoleń. Każdy z nas, im jest starszy, tym lepiej wie, co należy, co się powinno robić, co wypada, a nawet co „musimy” zrobić. I chociaż podążając za nowoczesnymi trendami przestajemy używać słowa „muszę”, to nadal jesteśmy niewolnikami presji i hołdujemy zasadzie: najpierw obowiązek, potem przyjemność.

Jak zwykle, zgodnie z moją buntowniczą naturą będę namawiać do odejścia od przymusu i obowiązkowości, bo wbrew pozorom nie jest to wcale dobre dla naszego rozwoju. Obowiązek, mocno presją podlany, wywołuje w nas uczucia absolutnie negatywne i ściąga nam na dół energię, bez której nie jesteśmy w stanie nie tylko choćby dotknąć szczęścia, ale nawet pomyśleć pozytywnie. Obowiązki zabierają nam wolność i radość. Powodują, że człowiek czytając o pozytywności, prycha z ironią: a gdzież w tym zapracowanym życiu miejsce na wesołość?!

Oczywiście radość życia bierze się z codziennego pogodnego nastawienia do świata. Z tego, że kiedy wstaję rano, to umiem cieszyć się promieniami słońca przenikającymi przez gałęzie i ciepłem pachnącej miodem herbaty. I to mi wystarcza na początek. A potem szukam w ciągu dnia powodów do szczęścia. To sposób na istnienie albo po prostu taki nawyk – jak kto woli. Jednak ogromne znaczenie ma także świadomość decydowania o sobie i robienie tego, co się kocha.  Dla mnie powodem do odczuwania szczęścia jest moja twórczość – kocham ją ponad wszystko. Możliwość pisania czy robienia grafik (a ostatnio także malowanie) powoduje, że wszystko we mnie skacze z radości.

Jeśli życie składa się wyłącznie z obowiązków i z tego, co musimy, to po prostu się spalamy w nicości. Nic zatem dziwnego, że żyjąc w ten sposób, człowiek jest rozżalony, zniechęcony, a słysząc  o pozytywnym myśleniu puka się znacząco w czółko. Nie można żyć wyłącznie obowiązkami. Każdy człowiek zasługuje na to, aby mieć trochę czasu tylko dla siebie i na to, co kocha najbardziej. To jest nam potrzebne jak powietrze do oddychania. Tylko wtedy, kiedy robimy to, co kochamy – ładujemy swoje akumulatory. Bez tego ładowania, niestety, długo nie pociągniemy… I nie będę rozwijać kwestii, każdy potrafi się domyślić, jak kończy się szare, wypełnione tylko obowiązkami życie.

Serdecznie namawiam wszystkich nie tyle do lenistwa, ile do mądrego uzupełniania energii dobrymi, pełnymi miłości działaniami. Najczęściej nazywamy to pasją, czasem hobby. A czasem mówimy najzwyczajniej w świecie: bardzo lubię długie spacery, kocham górskie wędrówki, uwielbiam malować mandale… Cokolwiek robię z przyjemnością, robię naprawdę dla siebie. I tylko to ma znaczenie w moim życiu. Reszta jest egzystencją.

Jeśli ktoś kocha swoją pracę, to idealnie. Wówczas nie czuje presji, a słowo obowiązek też bywa mu obce. Idzie rano do tej pracy, bo chce i lubi. Myśli o tym, co chciałby dzisiaj zrobić i jak, nie rozpatrując tego w kategoriach powinności, lecz wyborów. Jest to chyba najważniejsze rozróżnienie: obowiązek kontra własny, świadomy wybór. To pierwsze jest klątwą zabierającą radość i życiową energię. To drugie daje siłę do działania i popycha w stronę dostrzegania jasnej, pięknej strony naszego istnienia.

Czasem obowiązek łączy się z pięknymi uczuciami i wówczas przestaje dla mnie być przymusem. Na przykład opieka nad ciężko chorym, ale przecież bardzo kochanym dzieckiem. Oczywiście te wszystkie czynności można obowiązkiem nazwać, ale w gruncie rzeczy robimy to, bo… chcemy. Bo chcemy sami umyć, przytulić, pocałować w czoło przy zmienianiu koszulki. Nie prosimy o wyręczenie, bo mamy w sobie potrzebę, by zrobić to sami. I to już przestaje być obowiązkiem, zaczyna być wyborem.

Nie jest dla mnie żadnym argumentem, że wszyscy mamy swoje obowiązki. To rzadko jest prawda, a jeśli nawet, to zabierają nam tylko część życia, ucząc nas pewnych ważnych lekcji. Reszta czasu powinna być przez nas twórczo wykorzystywana, właśnie na to, co daje nam najwięcej radości. I podkreślę ponownie, że praca zarobkowa także może dawać mnóstwo frajdy i satysfakcji. Wcale nie musi być “przykrym obowiązkiem”. Od dawna wszyscy nauczyciele duchowi powtarzają zdania o równowadze pomiędzy obowiązkiem a przyjemnością. To bardzo istotne, aby nie wpaść w ślepą uliczkę tego, co rzekomo „musimy”, a co potrafi zająć nam cały czas. Budzimy się potem na starość z ręką w nocniku życia zmarnowanego na bezsensownym sprzątaniu, gotowaniu i załatwianiu spraw dla innych.

To, o czym piszę, w praktyce uczy nas wielu istotnych lekcji. Moim zdaniem są one ważniejsze dla duszy i dla nas niż tak mocno przereklamowana pracowitość, która duszy nie daje kompletnie nic, a jedynym jej zyskiem może stać się (tylko może) bycie docenionym przez innych ciężko pracujących ludzi. Ewentualnie może przynieść pieniądze, no ale to już duszy nic nie daje kompletnie…

Wyjście poza obowiązkowość uczy nas po pierwsze asertywności i umiejętności domagania się pomocy od członków rodziny tak, abyśmy mieli czas dla siebie. Uczy nas także pracy zespołowej i działania w grupie. Po drugie uczy nas ustalania własnych priorytetów i stawiania na pierwszym miejscu tego, co jest dla nas ważne. Po trzecie pozwala nam ustalać własne cele rozwoju i być wiernym sobie. Po czwarte uczy nas prawdziwej wolności, niezależności i samodzielności, czyli szukania własnych dróg, które wybierając świadomie, będziemy lubić i doceniać.

I kilka przykładów z praktyki. Podział obowiązków w domu, szczególnie wtedy, kiedy są małe dzieci, wydaje się być tematem nie wymagającym żadnych wyjaśnień. Nie można się zabijać tylko po to, aby było posprzątane na błysk i smacznie ugotowane. Czasem trzeba umieć odpuścić i doładować akumulatory tym, co się naprawdę kocha. Nikt jeszcze nie umarł od tego, że zamiast dwudaniowego obiadu zjadł sobie kanapki albo poszedł na pizzę do baru.

Innym charakterystycznym przykładem mogą być nasze polskie cmentarze. Nikogo nie muszę przekonywać, że te wszystkie bajeranckie nagrobki są tak potrzebne zmarłemu, jak przysłowiowe kadzidło. Wszystkie zabiegi na ogromnych w naszym kraju nekropoliach robi się na pokaz, bo… „co ludzie powiedzą”.  Pamięć o bliskich, którzy odeszli, nosimy w sercu, a można ją pielęgnować na tysiąc sposobów innych, niż cotygodniowe czyszczenie grobu. Kiedy zmarł mój ukochany brat, zrobiłam album o nim. Zamieściłam w nim swoje wiersze, cytaty i ulubione zdjęcia mojego brata. Kiedy zatęsknię za nim, z miłością zapalam świecę i przeglądam nasze wspólne fotografie. Uważam, że jest w tym więcej sensu, niż w bieganiu na cmentarz, na który oczywiście też czasem chodzę.

Oprócz cmentarnych obowiązków mamy też wiele innych – zaczynając od zamiatania ulicy czy przedświątecznego mycia okien, a kończąc na zapraszaniu nielubianych członków rodziny na imieniny. Robimy to, bo tak wypada, bo trzeba. A przecież bardziej logiczne byłoby sprzątanie dla siebie, wtedy kiedy chcemy mieć czysto, a nie dlatego, żeby „ludzie nie gadali”. Niech gadają – ich problem. Prosperująca świadomość otacza się pozytywnymi ludźmi, którzy ją lubią i doceniają. Nie siada na kawie z kimś, z kim nie chce, tylko dlatego, że tak wypada. To ważna lekcja – kochać siebie na tyle mocno, aby nie kierować się w życiu opinią innych, tylko własnymi wyborami. Zapewne to też kwestia definicji, ale dla mnie słowo „obowiązek” łączy się zawsze z działaniem wbrew sobie.

I ostatni przykład: z terapii związków. Jeśli zwrócimy uwagę na to, jaki typ kobiety jest najczęściej zdradzany przez męża, to zobaczymy taką osobę, która zdradza sama siebie. To zwykle zabiegana, przepracowana i przemęczona pani domu, która chce, żeby wszystko było jak najsumienniej zrobione. Dba o czystość łazienki, pyszne trzydaniowe obiady, chce wszystko mieć uprzątnięte, wyprane, wymyte, wyprasowane… Ale nic nie robi dla siebie. Nie ma czasu na rozwijanie własnych zainteresowań, na malowanie obrazów, na leniwe poleżenie z partnerem i godzinne pieszczoty i przytulasy, bo musi dopucować do połysku okna lub podłogę. Bywa, że nie ma czasu na fryzjera czy kosmetyczkę. A to wszystko oznacza, że w jej grafiku nie ma miejsca na nią samą, na jej miłość i zaspokojenie jej emocjonalnych potrzeb. Pomijając i zaniedbując siebie sprawia, że jej duchowe lustro – mąż robi dokładnie to samo: pomija ją i zaniedbuje.

Jak zawsze warto być elastycznym. Wszyscy wykonujemy pewne czynności, które wykonać trzeba: myjemy zęby i naczynia, szorujemy toaletę, idziemy w deszczu do piekarni czy wyprowadzamy psa na spacer. Czasem odrabiamy lekcje z dziećmi, chociaż wszystko się w nas przewraca do góry nogami, kiedy czytamy zadania z matematyki… A czasem chodzimy też do pracy zarobkowej, której mimo wszystko nie lubimy. To ostatnie warto zmienić, najszybciej jak to tylko jest możliwe. Jednak warto też dostrzec w tym logikę i korzyści, zamiast obowiązku. Myję ręce po wyjściu z toalety nie dlatego, że tak trzeba albo że powinnam, tylko dlatego, że chcę, aby były czyste i pachniały mydełkiem. Proste, prawda?

Jeśli mam w domu kota, to karmię go codziennie, nie wchodząc w skomplikowane analizy: „Czy naprawdę muszę?” Jednak karmię go z radością, bo go kocham. Nie jest to dla mnie żaden obowiązek, chociaż inni tak to będą nazywać. Jest to dla mnie wejście w cudowną relację. Na przykład wtedy, kiedy skupiona piszę kolejny rozdział książki i nagle obok słyszę donośne: „m-niaum”, a rude puchate futro ociera się o moją nogę. Najpierw są głaski, potem rozmowa, co też kot by chciał ode mnie, a kiedy kieruje się w stronę miski lub lodówki, patrząc na mnie znacząco, wchodzę w zabawną rolę otwieracza do puszek z kocim jedzeniem. Czy to obowiązek? Zdecydowanie nie – to tworzenie relacji.

Dodam też, że dla swojego męża gotuję, bo lubię sprawiać mu radość. Czasem patrzę na zimny deszczowy dzień za oknem i myślę o tym, że fajnie byłoby zrobić mu gorący rosół. Wróci zmarznięty, zmęczony i … na widok garnka z rosołem uśmiechnie się, a oczy mu błysną tak, jak lubię najbardziej… Przede wszystkim jednak pichcę tylko wtedy, kiedy chcę, a kiedy nie chcę, bo robię coś innego – on sam odgrzewa sobie pierogi od mamusi. Albo pyzy z Biedronki. A jeśli go poproszę, to i dla mnie przygotuje coś ze swojego skromnego wachlarza kulinarnych umiejętności, np. jajecznicę. Nie mam przymusu stania przy garach i nie mam na czole napisane „kucharka domowa”. Żyję dla siebie. Rozwijam się dla siebie. Nie wyobrażam sobie, że mój czas mógłby upływać na codziennym szykowaniu jedzenia. Jemy, aby żyć, a nie odwrotnie. W moim domu gotujemy na zmianę i sprzątamy też na zmianę. Każdy.

Z astrologicznego punktu widzenia patrząc, dostrzegam w sobie ten złoty środek, do którego zachęcam innych. Słoneczny znak Bliźniąt nie cierpi rutyny i gniewnie parska na wszystkie obowiązki. Bliźnięta uwielbiają grać i bawić się każdą minuta życia, starają się zatem tak poukładać wszystkie swoje sprawy, aby nic „nie musieć”. Chcą przy tym tak wiele, że są stale w biegu, a w aktywnym działaniu i zdobywają kolejne szczyty. Ascendent w Wadze domaga się natomiast ode mnie ładu, więc chociaż nie lubię obowiązków, to dla własnej przyjemności robię wokół siebie porządek. Sprzątam często, aby było ładnie i harmonijnie. Ponadto popycha mnie ta Waga do twórczego sprawdzania siebie w różnych działaniach. I to w tym wszystkim chodzi – nie o lenistwo, niechlujność i zaniedbanie, ale o umiejętność kierowania się pasją i świadomym dokonywaniem wyborów tego, co nam sprawia radość. Człowiek jest twórczy i zawsze chce robić dobre i ciekawe rzeczy. Nic nie muszę. Wszystko mogę. I dlatego moje życie jest pełne pasji, a nie obowiązków.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Przebudzenie 4

Nie odkryję Ameryki mówiąc, że sens pozytywnego myślenia podważają wyłącznie osoby, które nie umieją się tą metoda posługiwać i zdążyły doświadczyć rozczarowania. Kluczem jest tutaj właściwe podejście i konsekwentna praca z miłością. Nie ma innej drogi. Im bardziej się odsuwamy, im mocniej zaprzeczamy, tym bardziej życie będzie nas doświadczać tym samym. Tak działa dusza. Powtarza i powtarza lekcje, aż do zrozumienia. Nie ma przed tym ucieczki. Ktoś, kto trochę poczytał, powinien o tym wiedzieć i nie miotać się na oślep. To nie ma sensu. A już głupotą jest racjonalizacja własnego lęku przed miłością i dorabianie do tego jakiejś hipotezy o tym, że pozytywne myślenie służy ogłupianiu ludzi, aby ich zniewolić czy wyzyskiwać.

Nie chcę tu dyskutować o światowej polityce ekonomicznej i oczywistej chciwości niektórych grup społecznych, czy o wycinaniu lasów albo koncernach farmaceutycznych. Koń jaki jest – każdy widzi. Chcę natomiast wyraźnie podkreślić, że właściwa praca z miłością bezwarunkową, podnoszeniem samooceny i pozytywnym myśleniem wyciąga nas spod władzy jakiegokolwiek systemu. Wysoka energia chroni człowieka. Jeśli tworzę w sobie przestrzeń miłości i akceptacji, to nikt i nic mnie nie zaatakuje, nie oszuka i nie wyzyska. Tak działają zasady wszechświata, czy chcemy w nie wierzyć, czy też nie. Dostaliśmy wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. Mamy w sobie moc stwarzania światów  cokolwiek zbudujemy w sobie, realizuje się na zewnątrz w otaczającej nas materii. Jeśli nie podoba nam się to, co widzimy wokół, stwarzajmy w sobie to, czego pragniemy.

Rozwijamy się duchowo między innymi po to, aby zmienić oblicze tej Ziemi. Nie stworzymy na naszej planecie pokoju, jeśli będziemy wredni, zgorzkniali i złośliwi. Pokój można zbudować jedynie tworząc taki właśnie pokój wewnątrz siebie. A to wymaga pozytywnego myślenia, miłości i akceptacji. Jeśli nauczymy się budować w sobie raj, to wszechświat jak lustro odzwierciedli naszą wizję i znajdziemy się w utopii. A że ciągle trudno tego doświadczyć, to właśnie dlatego, że mnóstwo ludzi zamiast cierpliwie i konsekwentnie pracować z pozytywnym myśleniem, kochaniem siebie i z twórczą wizualizacją, woli wymyślać teorie spiskowe. Byle nic nie robić. Tak przecież najłatwiej  krytykować wszystko i powtarzać: nic nie ma sensu, to i tak nic nie da. Znamy to i takie osoby? Znamy wszyscy…

Dobro całego świata potrzebuje też, by osoba, która zajmuje się własnym rozwojem i rzekomo pracuje nad sobą, przyznała to, co oczywiste. I znowu posłużę się przykładem. Krytykowanie miłości bezwarunkowej i sprzeciwianie się pozytywnemu myśleniu, jest jak uparte powtarzanie, że dwa razy dwa równa się pięć… tylko dlatego, że ktoś kogo nie lubimy obwieścił, że dwa razy dwa równa się cztery. Ludzkie kompleksy i negatywne emocje są tak potężną siłą, że nawet inteligentne osoby powtarzają bzdury, byle tylko nie przyznać racji komuś, kto im podpadł. Albo czemuś, co ich zraniło. Przyznanie się do błędu albo przyznanie racji komuś nie lubianemu wymaga bardzo wysokiej inteligencji i bardzo wysokiego poziomu rozwoju wewnętrznego. Koło się zamyka.

I w ten sposób Stwórcy oraz Mistrzowie Energii grają w szachy i plotkują zamiast tworzyć nowe światy. A kiedy pojawia się młody, pełen entuzjazmu adept i woła: “co robicie? Twórzcie pokój, zdrowie i radość, budujmy razem nową, pełną miłości erę!“, rzucają do niego drwiąco: “jesteś idiotą z głową napchaną frazesami, system zmanipulował cię, żebyś mu służył. Nie przeszkadzaj nam, my jesteśmy ci mądrzy, którzy zjedli wszystkie rozumy i wiemy, że nic światu nie pomoże, to wszystko matrix, z którego nigdy się nie obudzimy…” Tak przecież najłatwiej.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 3

Ludzie, którzy odcinają się od miłości, są puści w środku i nieszczęśliwi. Potrzebują pomocy w pracy nad sobą i z pewnością nie ma w tym żadnej ich winy. Czasem życie tak właśnie nas doświadcza, że zamiast stać się miłością, bywamy lękiem. To wszystko można uzdrowić i myślę, że wiele osób doświadczyło tego pozytywnego zwrotu w swoim życiu. Ja mogę tylko po raz kolejny potwierdzić  to miłość jest drogą. Jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi  nie ma sposobu poza kochaniem. To prawda. Im dłużej pracuję z miłością bezwarunkową, tym więcej odnajduję na to potwierdzeń.

Czasem moją uwagę przyciągają osoby, które rzekomo zajmują się przebudzeniem i duchowością, a pomimo tego także odcinają się od miłości. Oczywiście, takie osoby też mogą mieć za sobą trudne doświadczenia, w wyniku których pozamykały serca. Jednak twierdzenie, że interesują się rozwojem duchowym jest w tym przypadku absurdem. To jakby powiedzieć: kocham deszcz, ale nie cierpię, kiedy pada. To szukanie pieczonego lodu… Albo ślepa uliczka. Nic nam oczywiście do tego, kto w co wierzy i co robi. Problem rodzi się wtedy, kiedy taki człowiek zaczyna uczyć lub pouczać innych, bo jest dajmy na to nauczycielem, doradcą, coachem lub po prostu autorem, który publikuje swoje mądrości. Jeśli mamy takie wyzwanie, by korzystać z nauk tej osoby, trzeba być bardzo ostrożnym, by nie przyswoić jego goryczy i nie wdrukować sobie jego negatywnych wzorców. Dlatego to takie ważne, kto jest naszym nauczycielem.

Są też osoby, które głośno wyśmiewają wszystkich zajmujących się pozytywnym myśleniem. Dorabiają do tego jakąś chorą filozofię, że ludzie szczęśliwi i pozytywni są otumanionymi owcami, które służą jakiejś organizacji. To znowu odpycha ludzi od dobrej energii, szczególnie tych, którzy nie mają w sobie dość siły, by zignorować takie ataki. Nie piszę tu o nikim konkretnym  pokazuję raczej zjawisko, aby je zrozumieć i umieć się temu przeciwstawić. Bez względu na ogrom stosowanej demagogii nie wierzmy w absurdalne argumenty o rzekomym służeniu jakiemuś systemowi, lecz słuchajmy własnego serca. Nie robimy tego na co dzień, bo od ręki kupujemy takie teksty i takich ludzi, poprzez ich agresywną energię. Namawiam zatem, by się zatrzymać, zamknąć oczy i zapytać samego siebie: czy taka teoria mi służy? Czy przyniesie mi dobro? Jeśli ktoś pracuje z metodami kwantowymi może po prostu zadać otwarte pytanie do pola. Nie musicie mi wierzyć, ale pytajcie samych siebie  nie łykajcie wszystkiego, co brzmi oryginalnie.

Wiele lat temu i mnie skrytykowano, kiedy na pewnym ezoterycznym forum w jakimś kontekście napisałam, że w rozwoju duchowym kluczowa jest miłość. Wściekły admin krzyczał i wyzywał mnie od różowych landrynek, jakby mu ktoś szpilkę wsadził tam, gdzie plecy się kończą. Czy nie przypomina to diabła skropionego święconą wodą? Czemu aż tak go zabolało słowo miłość? Jeśli miał inne zdanie, mógł po prostu zignorować mój post, który nikogo nie obrażał. Tak postępują dorośli normalni ludzie  ignorują. Ta przesadzona reakcja pokazała tylko, jak trudna jest dla niego energia miłości i jak bardzo potrzebował terapii w tym temacie. Emocje są przecież drogowskazem.

Myślę też – patrząc na to zjawisko od strony psychologicznej – że czasem u jego podłoża leży zwykła ludzka zazdrość i rozczarowanie. A pod nią trudne doświadczenia typu: “nie byłam kochana, nie umiem kochać, więc miłość jest bzdurą i mam na to dowód w postaci swojego życia“. Rozumiem też, że takie osoby bardzo kłuje w oczy fakt, że ktoś inny tryska szczęściem i co chwilę krzyczy radośnie: “ach, ja kocham, kocham i jestem taka wniebowzięta”. Trudno na to patrzeć, kiedy samemu się cierpi, to jasne. To jednak nie zmienia faktu, że oponenci miłości pracują – często nieświadomie – dla ciemnej strony mocy, bo utrącają swoimi atakami właściwą duchową ścieżkę. Może warto uzdrowić siebie z lęku, z bezmiłości i nauczyć się kochać, zamiast wyśmiewać innych za kochanie? To nie takie trudne, jak się wydaje. Zachęcam wszystkich zgorzkniałych – warto zmienić swoje podejście i doświadczyć prawdziwego szczęścia. Pozytywne myślenie to nie żadne otumanianie czy zakłamywanie samego siebie, to konsekwentna i ciężka praca, która przynosi dobre efekty.

Widzę bardzo wyraźnie, że osoby, które odcinają się od miłości i pozytywnego myślenia są nie tylko nieszczęśliwe, smutne i rozgoryczone. Są też bardzo złośliwe. To tylko potwierdza, że w ich życiu jest pustka, którą próbują rozpaczliwie zapełnić wymyśloną filozofią lub spiskową teorią. No cóż… nie mamy wpływu na innych ludzi, każdy ma prawo do własnych poglądów, a nawet do bycia nieszczęśliwym, jeśli tak sobie życzy. Ale zawsze mamy wpływ na siebie i na to, co sami kreujemy. Warto się na chwile zatrzymać i zastanowić, aby wybrać dobrze.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 2

Wiele osób intuicyjnie podąża za Światłem, którego jest częścią. Jak krople zmierzamy do wielkiego oceanu, z którego wyłoniło się Wszystko Co Jest. Intuicyjnie też jesteśmy dobrzy, życzliwi, serdeczni i pełni miłości. Okazujemy ludziom sympatię prostym gestem i czasem, jak filip z konopi wyskakuje pseudorozwojowiec i wytyka nas palcem: “ha, wklejasz na fejsie serduszka, bo tylko na to cię stać! Udajesz! Masz maskę, a pod nią jesteś przegranym idiotą, bo mądrzy ludzie nie wierzą w miłość. Prawdziwe przebudzenie nie wkleja serduszek, tylko cierpi i przerabia swoje wady!”. Oto najnowsza pułapka zastawiona przez ciemność. Czy po takim tekście ktoś ma jeszcze odwagę wkleić na FB komuś serduszko? Albo napisać coś miłego? Albo powiedzieć, że kocha? Albo ujawnić jakiekolwiek dobre uczucie? Lepiej przecież zamknąć serce i przestać odczuwać, by nie zostać wyśmianym, wykpionym i poniżonym. W ten sposób cień zamyka ludziom serca i odwraca ich od miłości.

Tak przegrywamy swój rozwój, a ciemność zaciera kosmate łapki, bo oto kolejna osoba schodzi z właściwej ścieżki. Wstyd jest, Kochani Moi, największym psychicznym bólem. Kto doznał  ten wie. Naprawdę można ze świecą szukać ludzi, którzy potrafią zmierzyć się ze swoim wstydem i pomimo jawnej krytyki, robić nadal to, co robią. To jedna z najtrudniejszych lekcji rozwoju. Mi się udało, ponieważ od dawna pracuję z poczuciem własnej wartości, z asertywnością i mam gdzieś (przepraszam wszystkich za te słowa) to, co o mnie mówią inni. Niech mówią. To ich problem, nie mój. Jestem świadoma tego, czego uczę i zdumiona, że nawet można myśleć inaczej. Przecież rozdaję wodę na brzegu rzeki, jak można nie widzieć rzeki? Dlatego cudza ignorancja nie może sprowadzić mnie z właściwej ścieżki.

Oczywiście fejsbukowe serduszka to tylko metafora, ale przyjmijmy na chwilę, że dosłownie o tym właśnie mówimy. Jak myślicie, po co ludzie wklejają serduszka, pieski, kotki i inne słodkie pierdułki? Czy nie po to, żeby sobie i innym w prosty sposób podnieść energię? Czy nie po to, żeby komuś okazać sympatię? Żeby kogoś wirtualnie chociaż przytulić? Zatem co w tym złego? Być może nie jest to najnowszy lek na ciężka chorobę ani setki tysięcy dolarów dla głodujących, ale w naszym istnieniu liczy się każdy drobny gest. Z tych gestów składa się świat. Tymi gestami podnosimy naszą duszę i dusze innych ludzi.

I przyznam się tutaj wszystkim moim Czytelnikom, że kiedy spadnie mi energia, kiedy robi mi się smutno, to wchodzę na Fb i przeglądam wpisy tych wszystkich osób, które wklejają Anioły, pozytywne afirmacje, serca, Jednorożce i tęcze. Robię to świadomie, bo wiem, co podnosi energię. Każdemu z nas. Bywa, że zatrzymuję się przy pełnym Światła zdjęciu i chłonę z Najwyższego Źródła tak długo, aż poczuję swoje skrzydła u ramion. I z ogromną wdzięcznością dziękuję wszechświatowi za każdą osobę, która niezależnie od własnego nastroju i trudnych czasem doświadczeń, wkleja to, co nam wszystkim pomaga. Błogosławię takie osoby z głębi serca, bo  świadomie lub nie  każdym serduszkiem, kotkiem i kwiatuszkiem podnoszą wibracje Ziemi.

Po raz kolejny powtórzę, że wiedza ezoteryczna nie świadczy o poziomie duchowym i nie podnosi naszej energii tak mocno, jak proste, drobne gesty pełne życzliwości. Ludzie intuicyjnie to robią i tego oczekują od innych. Mądrzy i dobrzy ludzie. Kiedyś to był uśmiech i proste “dzień dobry, jak zdrowie?” rzucane zza płotu. Dzisiaj tę role pełnią właśnie serduszka na internetowych portalach. Za jakiś czas pojawi się być może jeszcze inna forma międzyludzkich kontaktów. Tak czy owak bezinteresowna życzliwość będzie zawsze wyznacznikiem naszego duchowego poziomu, ponieważ to właśnie ona tworzy kręgi wysokiej energii. Kto widzi lub czuje  ten wie.

Jak w zamieszczonym niżej cytacie  jeśli wklejone przez Ciebie serduszko, hasełko bądź ciepłe słowa wywołają uśmiech na czyjejś twarzy, to zrobiłeś więcej dobrego dla świata, niż pani “pseudorozwojówka”, która wkleja fragmenty kontrowersyjnych poradników, wyśmiewa pozytywne myślenie i z pogardą krytykuje fakt wklejania serduszek. Nie mam co do tego wątpliwości. I nie ma we mnie wystarczająco dużo pokory, aby wdawać się na ten temat w jakąkolwiek dyskusję. Natomiast pochylam się z wdzięcznością przed taką osobą, ponieważ jej ignorancja jest dla mnie inspiracją. A jej zachowanie pokazuje, że świat w tym zakresie ciągle wymaga uzdrowienia. Nie czas spocząć na laurach. A już tak myślałam…

Chcę też bardzo wyraźnie powiedzieć, że kierowanie się życzliwością i pozytywnym nastawieniem dotyczy każdego człowieka tu na Ziemi, bo chociaż wszechświatów jest wiele, to na naszej planecie liczy się przede wszystkim Dobro i Miłość. Warto o tym pamiętać i nie dać się zbić z tropu zgorzkniałym ludziom, którzy głośno obwieszczają, że interesują się przebudzeniem, ale zupełnie nie rozumieją zasad duchowego rozwoju. Nie ufajcie nikomu, kto gardzi miłością w jakiejkolwiek postaci.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 1

Tym, co nazywa się rozwojem duchowym zajęłam się prawie 30 lat temu, zanim w Polsce pojawił się internet. Tak, Kochani, były kiedyś czasy bez internetu. Ezoteryki uczyłam się z książek i na kursach mądrych nauczycieli, którzy nie nabyli wiedzy z sieci, lecz w wyniku medytacji. Ja też medytowałam i robię to nadal. Zaliczyłam też buddyjskie praktyki pod okiem Istoty Oświeconej. A piszę to wszystko tylko po to, by zapewnić, że chociaż przede mną jeszcze długa droga, to dotknęłam Oświecenia i wiem, jak smakuje… Wiem, o czym Was uczę i w jaką stronę prowadzi miłość bezwarunkowa.

Od 2000 roku dzielę się swoją wiedzą z każdym, kto chce czytać i słuchać moich wykładów. Moja strona jest dostępna bezpłatnie, można chłonąć do woli i uczyć się tego, co szczególnie ważne w czasie, kiedy Ziemia wznosi swoją wibrację. To, co przekazuję, jest wynikiem tego, czego doświadczam na wszystkich poziomach. Nie jestem ofiarą manipulacji jakiegoś miliardera (według niepotwierdzonych plotek zapewne Żyda), który chce zawładnąć światem. Pracuję z Wysokimi Energiami, przy których każdy ziemski miliarder jest tylko ziarnkiem piasku – drobiną, energetyczną molekułą, która ma w sobie zaledwie potencjał bycia kryształem.

Zdecydowałam się pisać więcej o duchowości i rozwoju w odpowiedzi na coraz częściej pojawiające się ataki na pracę z pozytywnym myśleniem, z samoakceptacją, z wyciszeniem umysłu, a nawet z samą miłością bezwarunkową, która jest esencją naszego wzrastania. Nie zamierzam z nikim polemizować, bo każdy ma prawo do własnych poglądów. Nikt też nie ośmiela się otwarcie krytykować tego, co robię, więc nie muszę się bronić, a prawda – jak wiemy wszyscy – broni się sama. Myślę jedynie o tych ludziach, którzy stoją na rozdrożu. O tych, którzy lubią zarówno mnie, jak i tych zwalczających wszystko, co pozytywne. Widząc sprzeczne przekazy, nie wiedzą, dokąd mają się udać w swojej duchowej wędrówce. Dla nich ten artykuł o przebudzeniu. I każdy następny.

Każdy artykuł, który tu zamieszczę, będzie energetycznym usunięciem zawadzającego na Waszej drodze kamienia. W każdym chcę dać Wam logiczne argumenty, aby mądry człowiek, mający w sobie minimum inteligencji, wyzwolił się spod wszystkich spiskowych teorii. Świat jest wielowątkowy, wielobarwny, multienergetyczny. Doświadczamy tu wszystkich odcieni istnienia. Zmagamy się też z rozmaitymi demonami – wewnętrznymi i zewnętrznymi. Ale naszą siłą jest Miłość Bezwarunkowa i Dobro. To koherencja naszego serca daje nam niespotykaną nigdzie indziej moc stwarzania światów i pokonywania przeciwieństw. Każdy kto zaprzecza Miłości, świadomie lub nie służy ciemnej stronie. To absolutna podstawa duchowości. Nie ma przebudzenia u ludzi, którzy nie chcą uznać siły miłości. Są tam tylko puste słowa. I nie wiedząc tego, nie zrobimy kroku naprzód.

Wiele rozmaitych energii wkłada sporo wysiłku w to, żeby ośmieszyć wszystko, co jest naszą największą Mocą. Dlatego pojawiają się pseudoduchowi nauczyciele i książki pełne teorii spiskowych. Początkujący adepci rozwoju rzucają się na takie wynalazki, jak szczerbaty na suchary i łamią resztki swoich zębów na magicznie brzmiących bzdurach. A potem zakładają własne strony i fanpejdże, aby grzmieć z nich, jak z ambony, że ci którzy propagują miłość, radość i szczęście są na usługach jakichś dziwnych organizacji, chcących zawładnąć światem.

Tymczasem duchowość jest zupełnie nieskomplikowana. Każdy może rozpoznać ją sam w prostym procesie medytacji lub poprzez podążanie za miłością i za tym, co naprawdę dobre. Mamy też w sobie taki magiczny kompas  pokazuje on wyraźnie, co jest właściwe: to, co nas uskrzydla. A niewłaściwe jest to, co powoduje żal, smutek, zniechęcenie, czyli mówiąc po ludzku  spadek energii. Kiedyś przekazywano sobie tę wiedzę z pokolenia na pokolenie. Często po cichutku lub w symbolach, ponieważ wiedza ta nie w smak była różnym religiom, które z duchowości próbowały zrobić interes lub narzędzie zarządzania innymi.

Dawno temu jeden wspaniały Mistrz powiedział: po owocach ich poznacie. Co jest owocem pracy z prosperitą? Szczęście. Spełnienie. Wzrost duchowy. Mam na to potwierdzenia od setek moich uczniów. Co jest owocem tkwienia w spiskowych teoriach i zaprzeczaniu miłości? Smutne życie. Gorycz. Tęsknota za śmiercią. Też mam takie informacje od osób, które zamiast zmienić swoje życie na lepsze, wolą czytać niewłaściwe lektury. Nigdy nikogo nie zmuszam i nie przekonuję. Pokazuję swoje i pozwalam samodzielnie wybrać. A potem patrzę, co się dzieje. Po 30 latach obserwacji zebrałam wystarczająco dużo materiału, by utwierdzić się w tym, w co wierzę. Wątpliwości, które w oczywisty sposób towarzyszyły mi przez wiele lat zaczynają ulatniać się jedna po drugiej…

Bogusława M. Andrzejewska

Duchowa harmonia

Ścieżka duchowa wymaga od nas miłości bezwarunkowej. Rozwój i podnoszenie wibracji, to pełna akceptacja kochania i nauka tej właśnie jakości. Bez miłości nie ma duchowości – pamiętajcie, bo to najważniejsza zasada pracy nad sobą. Bądźcie wrażliwi i otwarci na to, co niesie ze sobą miłość i nie dajcie się zwieść ciemnej stronie mocy.

Ziemia podnosi swoja wibrację, ale to nie oznacza dla nas samych miłych duchowych doznań, to zapowiada także nasilenie wszelkiego rodzaju testów i konieczność nauczenia się oddzielania ziarna od plew. Podczas kiedy ludzie strzelają do siebie na wojnach, dręczą zwierzęta, wycinają drzewa i plują nienawiścią w mediach, co jest dla nas jednoznaczną jakością – ciemność skrada się też po cichu pod płaszczykiem duchowych przewodników i próbuje nam zrobić z mózgu wodę. To bardzo łatwe, kiedy jesteśmy owładnięci różnymi emocjami. A tych w ostatnim czasie nie brakuje. Bo dużo się dzieje i trudno w tym wszystkim zachować pełen spokój.

Jednak w gruncie rzeczy rozpoznawanie harmonijnej duchowości wcale nie jest trudne. Wszyscy dostaliśmy serce – kochające i wrażliwe, pragnące dobra ponad wszystko. Kiedy oczyścimy się z kompleksów i potrzeby zaimponowania komukolwiek czy też z potrzeby odwetu albo utarcia komuś nosa – zobaczymy jak na dłoni, kto świeci prawdziwym blaskiem, a kto jest tylko przerdzewiałą blaszką, odbijająca resztki gasnących promieni.

Jakiś czas temu poznałam miłą i piękną nauczycielkę duchową, która pisała cudne natchnione teksty. Często bardzo mądre, czasem ciut kontrowersyjne. I właśnie na poziomie serca trochę negatywnie odbierałam jej wypowiedzi na portalu społecznościowym. Zgrzytały mi jej pozornie grzeczne, ale pozbawione miłości słowa. Kapała z nich zimna energia, której moje serce nie lubi. Któregoś dnia przypadkiem trafiłam na jej antysemicką wypowiedź. Nie uwierzyłam – przyjęłam, że to jakiś haker robi głupie dowcipy – bo widzę w ludziach przede wszystkim dobro. Okazało się jednak, że takie właśnie są prawdziwe myśli tej osoby. Pozornie duchowa i medytująca, prowadząca zaawansowane szkolenia rozwojowe, w rzeczywistości nastawiona nacjonalistycznie, antysemicko, faszystowsko… Zaplątana w najniższe energie…

Nie jest moją rolą ocenianie kogokolwiek. Ta historia ma za zadanie zilustrować tylko to, co napisałam wcześniej. Fakt, że ktoś zajmuje się „duchowym nauczaniem”, nie oznacza, że taka osoba świadomie bardziej lub mniej nie służy ciemności. W duchowych naukach, które są nieweryfikowalne, najłatwiej się skryć i najłatwiej działać, bo do duchowych nauczycieli ludzie idą po Światło. Jeśli czegoś się obawiają, to finansowej chciwości albo pychy – tylko o tym się mówi. Tymczasem to nie ma znaczenia. Nauczyciel może sobie być chciwy albo zarozumiały, jeśli umie kochać i uczy bezwarunkowej miłości, to w praktyce jego wady nikomu szkody nie przyniosą, poza nim samym. A taka jakość jak antysemityzm… jest zaprzeczeniem Wszystkiego Co Dobre. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że duchowe wzrastanie wyklucza poniżanie jakiejkolwiek nacji. Wszyscy jesteśmy Światłem, tylko nasze czyny czasem biorą się z ciemności.

Inny przykład, który bardzo mnie ostatnio rozbawił, to osoba, która głosi duże zainteresowanie duchowością i przebudzeniem, ale bez miłości bezwarunkowej. To tak, jakby mówić: “kocham deszcz, ale nie znoszę gdy pada”.  Miłość tę osobę drażni, podobnie jak pozytywne myślenie. Jej rozwój polega na czytaniu i wstawianiu na portalu społecznościowym fragmentów różnych rozwojowych poradników. Trudno ocenić, jakiego klucza używa. Przestałam się tą panią interesować, kiedy zaczęła wklejać wypowiedzi autorów z ciemnej strony mocy. Jej życie. Jej wybory. Nie po drodze mi było z niektórymi jej lekturami.

Ostatnio przypadkiem znowu zobaczyłam jej wypowiedź i zaintrygowała mnie, chociaż nie dotyczyła mnie, lecz jej znajomych. Pani ta informowała, że wyrzuca z kontaktów tych, którzy wklejają serduszka i propagują pozytywne myślenie, ponieważ kocha psychologię i poważnie traktuje duchowe przebudzenie, a to nie wiąże się dla niej z wklejaniem tekstów o Aniołach czy miłości, tylko z prawdziwym życiem. Założyła z góry, że osoby, które propagują dobro, piękno i radość – oszukują samych siebie, bo przecież prawdziwe życie to zgoła coś innego. Sądzi też prawdopodobnie, że myślenie pozytywne wyklucza pracę nad sobą.

Śmiem twierdzić, że bardzo błądzi ta osoba. Już kiedyś o tym pisałam, że praca z pozytywnym myśleniem nie zakłada ślepoty i wypierania negatywnych emocji, a jedynie jest sposobem na życie ze wszystkimi jego elementami. Z kolei wklejanie serduszek jest wygodną formą okazania komuś sympatii jednym kliknięciem. Bycie uprzejmym, okazywanie ludziom, że się ich lubi, nie jest moim zdaniem żadnym zakłamaniem. Niektórym sprawia to po prostu przyjemność i wcale nie musi być udawane. Natomiast ciągłe krytykowanie symbolu pozytywnych uczuć, jakim jest serce, trąca mi diabłem, który parska na widok święconej wody.

Pisałam wiele razy o tym, że to właśnie miłość bezwarunkowa najmocniej nas oczyszcza i zmusza do pracy nad sobą. To dzięki znajomości Prawa PrzyciąganiaAniołom i medytacjikonfrontujemy się ze swoimi cieniami. Nie wiem, dlaczego niektórym ludziom wydaje się, że uśmiechnięty i kochający innych Lightworker, to tępy błazen, który całymi dniami podskakuje z wyszczerzonymi zębami i wypiera swoje cierpienia. Moim zdaniem, to właśnie ci, którzy piszą tak, jak pani z podanego przykładu, to zgorzkniałe, pozamykane na prawdę ignorantki, które próbują racjonalizować swoje życiowe klęski. Ponieważ pozamykały serca na miłość, ich dusze cierpliwie rzucają im kłody pod nogi, by zmusić je do kochania, radości i szczęścia… A one uparcie nie chcą, dorabiając do tego swoistą filozofię… Trochę na zasadzie: “skoro nie umiem być szczęśliwa, to znaczy, że szczęście nie istnieje”.

I znowu: nie mnie oceniać, co ktoś robi ze swoim życiem i co lubi, a co odrzuca. Zainspirowała mnie ta wypowiedź do tego, aby po raz kolejny zwrócić uwagę na ludzi, którzy odżegnują się od miłości – takie osoby nie mają nic wspólnego z rozwojem. Mają z duchowością tyle zbieżnego, ile brudny piasek z kryształem… Potencjał i nic ponadto. Nie jest to ani złe ani dobre. Jest takie, jakie jest. Jeśli jednak osoba taka głośno pozuje na przewodnika w temacie przebudzenia duchowego, to nie warto jej słuchać, bo nie ma duchowości bez miłości bezwarunkowej. Jeśli kogoś rażą serduszka, anioły i pozytywne wypowiedzi, to energia tej osoby jest bardzo niska. To proste. Nic w tym złego – powtórzę – każdy jest w najlepszym dla siebie punkcie rozwoju, ale na przewodnika lepiej wybrać sobie kogoś o wyższej wibracji.

Czy chcielibyście być operowani przez przedszkolaka, czy jednak do zabiegu wybralibyście doświadczonego chirurga? Wiele osób zakłada fanpejdże o tematyce rozwojowej, mając wiedzę i doświadczenie pięciolatka, który właśnie bawi się w piaskownicy w lekarza… I głośno krzyczy: “zabieraj swoje zabawki, bo ja tu jestem prawdziwym uzdrowicielem i tylko ja wiem, co jest prawdziwe”… Z serca dziękuję niektórym za rozbawianie mnie swoimi “mądrościami”, które mogłam zobaczyć na poziomie energetycznym. Wgląd pozwala jeszcze bardziej cieszyć się życiem. Ono naprawdę jest cudownie przezabawne, kiedy widzi się sercem.

Opisuję zjawisko, nie panią – która wcale nie jest odosobniona w takiej filozofii. Sporo osób takie rzeczy manifestuje, podążając mniej lub bardziej świadomie za jakimś podszeptem. Obserwuję ostatnio krytykę nawet uznanych duchowych nauczycieli, którym zarzuca się, że wprowadzają ludzi w trans i służą… „iluminatom”… Nie drażni mnie to, ale zastanawia. Myślę, że ciemność zdwoiła wysiłki, by przejąć jak najwięcej dusz, dlatego warto umieć poruszać się w gąszczu takich ocen i mieć swoje zdanie. Najlepiej, by było ono oparte na energii serca. Wystarczy zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech i położyć energię danej osoby na czakrze serca… Od razu poczujemy, czy jej nauki są dla nas dobre czy nie. To najbardziej harmonijny sposób rozpoznania tego, co dla nas odpowiednie.

Wiele lat temu, kiedy byłam jeszcze na początku swojej ścieżki, poświęciłam sporo energii temu, aby być właściwie prowadzoną w duchowym rozwoju. Pracowałam ze swoim Wyższym Ja, medytowałam i robiłam Reiki w  intencji prowadzenia mnie do najlepszych nauczycieli, przewodników i doświadczeń. Miałam cudownego, bogatego męża, wspaniałe córeczki, nie musiałam pracować – jedyne, czego pragnęłam to Oświecenie. I wtedy też dostałam informację, że rozwój duchowy jest tym, do czego każdy człowiek ma prawo bez żadnej szczególnej łaski. Pieniądze, zdrowie czy związki są zależne od wielu czynników, natomiast o prowadzenie w rozwoju wystarczy poprosić. Poprosiłam. I widzę wyraźnie, jak zgrabnie omijam w życiu rozmaitych hochsztaplerów. Jak przez szkło powiększające wyłapuję fałsz i pseudoduchowych guru, a moja czakra serca błyskawicznie reaguje na niskie energie. Skoro ja mogę – to może każdy.

Warto poprosić o takie prowadzenie, chociażby po to, by unikać dziwnych przewodników, wiodących na manowce. A także po to, by nie tracić czasu na czytanie niewłaściwych autorów, węszących wszędzie teorie spiskowe. Można też nauczyć się słuchać prawdziwego siebie. Nie tego wystraszonego, zakompleksionego i zazdrosnego, który odwraca się od prawdy, kiedy jest dla niego niewygodna. Tylko tego, pełnego miłości, który umie oprzeć się na swoim sercu i rozpoznać prawdziwe Dobro i prawdziwe Światło.

Bogusława M. Andrzejewska

Dostrzeganie

Obserwuję ciekawe zjawisko, polegające na tym, że nie widzimy rzeczy, które nie są dla nas wygodne lub nie potwierdzają naszych przekonań. Oznacza to, że te wszystkie wzorce, które wpływają na kreowanie naszej rzeczywistości mają swoje własne mechanizmy obronne. Nie dosyć, że bywają mocno zakorzenione, to jeszcze zniekształcają skutecznie nasz obraz świata. To może utrudniać rozwój, ponieważ nie pozwala dostrzegać tego, co wymaga uzdrowienia.

Ale to przede wszystkim tłumaczy, dlaczego tak wiele osób pozostaje całkowicie głuchych na pozytywne myślenie i ślepych na ścieżki tak dobrze potwierdzone przez innych. Każdy z nas styka się z ludźmi, którzy nie są szczęśliwi i pozornie szukają pomocy, jednak w praktyce nie chcą nic zmieniać, bo nie widzą w tym sensu. Nie mogą go zobaczyć, nie mogą uwierzyć, ponieważ to zburzyłoby ten podstawowy mocno zakodowany w podświadomości wzorzec.

Wiele lat temu miałam znajomego, który całkiem dobrze zarabiał, ale generalnie był nieszczęśliwy. Nie umiał znaleźć radości ani w swoim związku, ani w rodzinie, ani nawet w swojej pracy. Przydreptał kiedyś do mnie na zajęcia z Prosperity i zafascynowany moją energią na krótki czas zakochał się w pozytywnym myśleniu i tym wszystkim, czego uczę. Trudno powiedzieć, ile to trwało… Dwa lata? Może trzy? Po pewnym czasie wrócił w stare koleiny i zaczął ze mną ostrą polemikę, próbując mi udowodnić, że to, czego uczę, nie działa. Koronnym argumentem był fakt, że jako prezes wielkiej firmy zarabiał kilkanaście razy więcej niż ja. Sama polemika nawet mnie bawiła, ponieważ inspirowała moją inteligencję do poszukiwania odpowiedzi. Natomiast tego jednego argumentu odbić nie umiałam, chociaż doskonale wiedziałam, że racja jest po mojej stronie. Ja byłam szczęśliwa, choć z jego perspektywy biedna – on cierpiał, za to był bardzo zamożny i mógł sobie pozwolić na wszystko.

Myślę, że każdy z nas zna bogatych ludzi, którzy wcale nie są szczęśliwi. Ilość posiadanych dóbr nie świadczy o wysokim poziomie świadomości prosperującej, a moc wewnętrzna nie przekłada się na materialne bogactwo, jak chcą wierzyć niektórzy. Cierpliwie powtarzam na wszystkich szkoleniach, że uczę przede wszystkim bycia szczęśliwym, a w tym temacie zawiera się także dostatek, rozumiany jako bycie wolnym od braku. Dlatego uczę, jak pracować z energią pieniędzy, aby mieć to, czego pragniemy. Aby nie mieć długów czy nie cierpieć głodu – bo z takimi doświadczeniami o szczęściu nie może być mowy.

Podkreślam tu wyraźnie różnicę pomiędzy wolnością od braku, a byciem krezusem. To dwie zupełnie różne jakości. Świadomość prosperująca nie gromadzi i nie upycha po skarpetach. Posiada i obraca pieniędzmi, aby były one w ruchu. Czasem doświadcza luksusu, ale skupia się także na wszystkich pozostałych wartościach – przede wszystkim na miłości i twórczości. Wśród moich uczniów są osoby zamożne, które mają piękne domy czy samochody i beztrosko realizują marzenia. Są też ludzie, który żyją nieco skromniej, ale niczego im nie brakuje. Wszystko zależy od indywidualnego programu duszy i naszych osobistych lekcji.

Moim zdaniem prawdziwe rozumienie życia i prawdziwa świadomość polega na tym, że odsłaniamy wszystkie okna duszy. Nie tylko to jedno związane z pieniędzmi, ale także to, za którym jest miłość. I to, za którym jest spełnienie twórcze. I to, za którym są dobre relacje z innymi. I wszystkie pozostałe. Mój znajomy odsłonił tylko jedno, pieniężne i powiedział: nic nie muszę zmieniać w sobie, wszystko jest OK. Po czym rozpaczliwie zaglądał na różne szkolenia i warsztaty, gdzie – jak łatwo się domyślić – nikt mu nie pomógł.

I nie dlatego, że w tym czasie akurat Prosperita była dla niego najlepszą i najbardziej skuteczną szkołą życia. Ale dlatego, że zaliczał różne kursy, żeby coś komuś udowodnić, a nic z nich nie wynosił. Nie pozwalał sobie dostrzec tego, co dla niego ważne. Mój znajomy mocno trzymał się swoich przekonań, próbując mi wmówić, że to ja powinnam od niego pobierać lekcje, to stanę się bogatsza. Nigdy mnie to nie śmieszyło, bo ufam sobie i swojej wiedzy. Było mi przykro, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc, ale to był jego suwerenny wybór.

Z pewnością każdy, kto zna Prosperitę, wie, jaki będzie koniec tej opowieści. Nie rozczaruję Was. Mój znajomy nagle zbiedniał. Musiał sprzedać drogi samochód i zrezygnować z luksusów. Doszły mu także inne rodzinne tragedie i cała masa kłopotów. Zrealizowało się to wszystko, co pieczołowicie tworzył negatywnym nastawieniem do świata i ludzi. Nie pozwoliłam sobie na satysfakcję i nie powiedziałam mu: należało mnie słuchać i ufać mojej wiedzy i mojemu doświadczeniu. Przeraża mnie nieuchronność działania kosmicznych praw, a ludzkie cierpienie nie sprawia mi satysfakcji nawet wtedy, kiedy cierpią ci, którzy wyśmiewali mnie i to, czego uczę.

Często spotykam ludzi, którzy zapewniają mnie o swoim wysokim poczuciu wartości, chociaż ich wygląd zewnętrzny aż krzyczy, że jest zupełnie inaczej. Słucham naciąganych argumentów, w które moi klienci naprawdę wierzą. A skoro wierzą, to jest to ich przekonanie i to najpierw ono powinno być uzdrowione i zamienione na zaufanie do terapeuty. Jak dać narzędzia do pracy nad sobą komuś, kto nie widzi potrzeby tej pracy? Kto szuka przyczyn zupełnie nie tam, gdzie powinien? Jak pomóc komuś, kto nie dostrzega swojego problemu? Taki człowiek jest jak alkoholik, który powtarza wszystkim: przecież ja nie jestem wcale uzależniony, mogę nie pić, tylko nie chcę.

Widzę też wyraźnie, że w takim momencie to podświadomość człowieka rozpaczliwie broni się przed zmianą tkwiących w niej przekonań. Wykorzystuje do tego zewnętrzne zjawiska, które nie mają nic wspólnego ze szczęściem. Są tylko iluzją, która nie pozwala nam dostrzegać tego, co naprawdę domaga się uzdrowienia.

Bogusława M. Andrzejewska