Sen o samochodzie

Pracując ze snami, odkrywamy swoje pragnienia, możliwości, ale i lęki lub wątpliwości. Im bardziej są irracjonalne, tym więcej mamy w sobie lęku. Absurdalność sennych wydarzeń nie umniejsza ich sensu. Dramatyczne historie są sposobem na wyrażenie silnych emocji. Sny pokazują nam wiele ukrytych w podświadomości przekonań. Czasem to może wskazać temat, z którym warto pracować. Jedna z moich klientek – dajmy jej na imię Marta – miała właśnie tego typu sen…

W tym śnie Marta idzie do pracy (lub szkoły). Musi być punktualnie, więc jedzie samochodem. To piękny nowy model autka, co ciekawe – świeżo kupiony. Marta wysiada i zmierza do budynku w poczuciu satysfakcji i zadowolenia. Wygląda bardzo elegancko, ma piękna fryzurę i cieszy się nowym pojazdem. Podchodząc do drzwi ogląda się przez ramie na zaparkowany samochód i wtedy ze zdziwieniem zauważa, że auto samo odjeżdża z parkingu.

– Chyba zapomniałam zaciągnąć hamulec – myśli Marta z przerażeniem i biegnie do samochodu, który zatrzymuje się kilkanaście metrów dalej. Niestety on znowu rusza i jedzie kolejne kilkanaście metrów, jakby bawił się z właścicielką w wyścigi. Wtedy Marta odkrywa, że to nie kwestia hamulca, bo samochód nie stacza się na skutek nierówności. On jedzie samodzielnie w sobie tylko wiadomym kierunku.

Marta biegnie za samochodem, ale on niestety jest dużo szybszy i znika jej z pola widzenia, pomiędzy budynkami. Chciałaby zadzwonić do kogoś po pomoc, ale telefon został w aucie. Zaczepia więc stojących na chodniku ludzi i pyta, czy widzieli takie auto. Ktoś wskazuje kierunek, w którym pojechał jej samochód. Marta martwi się, czy niekontrolowany pojazd nie zrobi komuś krzywdy i podąża we wskazanym kierunku.

Dociera do budynku osiedlowego przedszkola, które znajduje się pomiędzy blokami. Nie widzi nigdzie auta, ale znowu kogoś o nie pyta. Zapytany mężczyzna zachęca ją, by weszła razem z nim do przedszkola. Tam spotykają dyrektorkę obiektu, która w pierwszej chwili nie chce z nią rozmawiać, ale potem wskazuje na stojący w kącie sali przedmiot. Marta odkrywa, że pomiędzy zabawkami stoi jej auto, przykryte jakimś materiałem, jak plandeką.

– Schowaliśmy je tutaj, żeby nikogo nie przejechało – mówi dyrektorka.

Tu kończy się sen. Nie ukrywam, rozbawił mnie, ponieważ jest dość jednoznaczny i może służyć za przykład intuicyjnej interpretacji. Pojazd, którym kierujemy, przedstawia we śnie najczęściej nasze własne życie. Pociąg i tramwaj także odnoszą się do naszej życiowej drogi. W tym konkretnym śnie samochód jadący samopas bez kierowcy oznacza lęk przed brakiem wpływu na własne życie. To tak, jakby wszystko, co nas spotyka, wyrwało się spod naszej kontroli. Lekiem na poczucie bezradności może okazać się praca z wewnętrznym dzieckiem, na co wskazuje odnalezienie auta w… przedszkolu.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Sen o Matrixie

Do jednych z najciekawszych snów należą te, które dotyczą ezoteryki i struktury wszechświata. Często zastanawiam się, czy to, co pojawia się w sennych marzeniach jest tylko pozbawioną sensu projekcją czy też składanką książek i filmów, które oglądamy? A może to rzeczywiście uchylenie kawałka zasłony skrywającej tajemnice istnienia? Jak jest w tym przypadku? Oto niezwykły sen, który wyśniła Beata.

Beata idzie z mężem i dwójką dzieci w wieku szkolnym. Idą kupić dom. Wychodzą z lasu, jakby wracali właśnie z wycieczki i widzą ładny dwupiętrowy domek w żółtym kolorze. Wpadają w zachwyt i wiedzą, że to ten dom jest na sprzedaż.

(Domek był zwykły, taka piętrowa kostka, ale Beata uświadamia to sobie po obudzeniu, we śnie wszyscy pieją wręcz z zachwytu).

Kiedy podchodzą do wejścia, Beata widzi obok drugi, jeszcze ładniejszy. Też żółty, ale z pięknymi balkonikami z ozdobnymi balustradami. Beata myśli, że tamten bardziej jej się podoba, ale wchodzą do tego pierwszego. 

Właściciele są na samej górze, bardzo sympatyczni, przyjaźnie nastawieni, gościnni. Dzieci biegną się bawić z innymi. Beata się zastanawia tylko, jak ma kupić dom, w którym ktoś jeszcze mieszka i na dodatek dopiero kończą kłaść kafelki. Trwają tam jakieś prace w łazience. 

Na wersalce leżą trzy piękne koty, w różnych kolorach. Beata je głaszcze. Jeden z kotów ma koci katar – siorbie nosem, jak człowiek. Koci katar to jedna z cięższych kocich chorób, a w tym śnie właścicielka mówi, że ten katar mu zaraz przejdzie i wszystko jest w porządku, nie ma się czym martwić. 

Właścicielka oprowadza Beatę po tym domu. Otwiera drzwi, za którymi jest szkoła dla dzieci. Potem prowadzi na dół do szpitala w piwnicy i mówi jej, że tu może pracować, jeśli zechce. Szpital normalny, jak szpital – łóżka, ludzie pod kroplówkami, a Beata może być pielęgniarką.

Potem są jeszcze inne pomieszczenia. Mnóstwo! Niemal kilka hektarów pokoi i sal – w tym jednym domku! I oczywiście jest w tym domu także mieszkanie dla Beaty i jej rodziny. Co istotne, okazuje się, że jeśli Beata tylko czegoś zapragnie, wystarczy otworzyć drzwi do odpowiedniego miejsca. Jest tu wszystko. Dokładnie wszystko.

Beata domyśla się, że coś tu nie gra, że to zbyt piękne i zbyt niezwykłe. Ukradkiem, kiedy nikt nie widzi, bierze jedną z córek za rękę i wymyka się z tego magicznego domu. Idzie do tego z balkonikami. Tamten jest normalnie urządzony. Jest w nim jakaś ładna kobieta, która wszystko wie i wyjaśnia, że ten magiczny dom, to budynek, w którym ludzie są hipnotyzowani jakimś środkiem i mają wszystko, czego pragną. Ale to iluzja. I zajmują się tym jakieś nieciekawe energie. Ta kobieta jest kimś w rodzaju Anioła. Beata jej wierzy.

Wraca do tego magicznego domu po męża i drugie dziecko. Pilnuje, żeby nie dać się omamić jakimś środkiem. Wchodząc po schodach, widzi przez okno morze i plażę. Dziwi się, a jedna z właścicielek (jest tych „opiekunek” więcej) mówi:

– Ty juz wiesz, na czym to polega. Na wyższym etapie współpracy z nami, na wyższych piętrach, jest dostęp do morza. Można spokojnie wyjść z domu na plażę i pływać.

Beata w międzyczasie „gubi” gdzieś córkę, która wymykała się z nią. Kiedy ją znajduje, zabiera ją i uciekają do tamtego domu z ozdobnymi balkonikami. Te kilka metrów, które dzieli te dwa domy, staje się odległością trudną do pokonania. Nagle obie biegną po śniegu (!), a za nimi biegną dwa demony… uciekają… W pewnym momencie Beata uświadamia sobie, że nie musi uciekać. Zatrzymuje się, odwraca i po prostu je przegania, krzycząc do nich „precz”. To skutkuje. 

Docierają do drugiego domu. Ale tam nie znajdują już Anielicy. Dom jest pusty – żadnych mebli i gołe ściany. Wchodzą na samą górę i przez okno patrzą na ten magiczny dom, w którym został mąż i drugie dziecko. Widzą setki pięter eterycznych i kolorowe energie wokół tego domu. Na samym szczycie na ostatnim piętrze formują się Anioły. Beata widzi, jak z tych kolorowych energii powstaje przepiękny Anioł z wielkimi skrzydłami, po czym frunie w kierunku tego domu, do którego uciekła. Uświadamia sobie, że także Anioły powstają w tym demonicznym (magicznym) domu i Anielica, którą wcześniej spotkała, także tam powstała.

Tu kończy się sen. Totalna magia. Tym razem bez mojej interpretacji, bo uważam, że każdy powinien sam go zrozumieć i wyciągnąć z tego swoje wnioski. Niektóre sny są prorocze, inne bardzo jednoznaczne i oczywiste. Są też sny, w czasie których wysypuje się śmietnik naszego umysłu. Bywają oczywiście też wizyty z zaświatów. Ale najważniejsze są takie sny, kiedy dostajemy dawkę duchowej wiedzy o sensie naszego istnienia. Czy to taki właśnie sen, każdy musi sam ocenić.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Wybaczyć naprawdę

Przy ogromnej ilości metod i poradników dotyczących wybaczania temat wydawałby się tak prosty, że już nic do dodania nie ma. Otóż jednak nie. Coraz częściej spotykam się z sytuacją, w której ktoś wybacza i wybacza, i wybacza, a efektu jak nie było, tak nie ma. A przecież intencje są szczere i taka osoba naprawdę chce uwolnić się od niepotrzebnej emocji, która zabiera jej radość i energię.

Po pierwsze warto pamiętać, że nie ma w tym naszej winy. Gdyby wybaczanie było takie proste, nie byłoby tych setek podręczników. Nie byłoby też tak powszechnym tematem do dyskusji. Pozornie wydaje się, że wystarczy zakasać rękawy i … myk! … wybaczone. Tymczasem to wcale tak nie wygląda. To ciężka i gęsta energia, która wolno się rusza i niechętnie opuszcza przyjazne ciepło naszych ciał subtelnych.

Po drugie – trzeba dać sobie czas, aby energia puściła, ponieważ to jest proces, a nie jeden gest czy jeden ruch. Ale też warto dopilnować, aby wybaczyć naprawdę. Aby nie czekać latami na coś, co nigdy nie nadejdzie. Stąd ten artykuł, w którym chcę podpowiedzieć, jak najłatwiej odpuścić drugiemu człowiekowi.

Po trzecie – najskuteczniejsze są metody duchowe. Takie jak np. praca z Fioletowym Płomieniem. A przede wszystkim taka, jak prawdziwe, pełne miłości współczucie. Mi to właśnie najbardziej pomogło. Wiedza o tym, że nie ma nic do wybaczania i współczucie, kiedy zobaczyłam w sieci emocjonalną i duchowa nędzę osoby, która zrobiła mi kiedyś wiele krzywdy. Zadałam sobie uczciwie pytanie: gdybyś mogła teraz dosięgnąć tej istoty swoją karzącą ręką, co byś jej zrobiła? Czego byś jej życzyła? I uświadomiłam sobie, że nie umiem życzyć niczego innego niż zrozumienia, którego tej osobie zabrakło. Co finalnie sprawiło, że jest teraz tu, gdzie jest… i tylko robi się jej żal.

Ale przy okazji wytropiłam jeszcze jeden aspekt rozumienia całego procesu, którym chciałabym się z Wami podzielić. Pisałam już o tym trochę w tym artykule. Dzisiaj jednak rozwinę go bardziej, oglądając z wielu stron. Kiedy po wielu latach emocjonalnej ciszy, pojawiła się w moim życiu na powrót nieżyczliwa mi osoba, zadałam sobie natychmiast pytanie, dlaczego wraca do mnie coś, co zostało dawno przepracowane? To pytanie, przed którym staje dzisiaj mnóstwo ludzi. Takie energie teraz schodzą i nas oczyszczają. Jasne. Ale czego chcą od nas, skoro odrobiliśmy swoje lekcje?

Otóż nie odrobiliśmy. Powszechne wybaczenie, którego doświadczamy stosując różne znane metody, jest jak odkurzanie środka dywanu. Przynosi zadowolenie z dobrze wykonanej pracy i satysfakcję, kiedy patrzymy na czyste kolorowe wzory na podłodze. Odstawiamy odkurzacz i cieszymy się życiem. Dopóki pieniążek nie upadnie nam na podłogę i nie potoczy się pod łóżko. Kiedy zejdziemy do parteru szukając monety, nagle widzimy całe obrzydliwe warstwy brudu i kocie ogony, które ciągną się po podłodze.

Owe kocie ogony, to iluzja wybaczenia. Kiedy ktoś zrobi coś naprawdę niefajnego, np. nas okradnie, wówczas wybaczamy z pozycji kogoś lepszego. Spoglądamy z wyżyn duchowej mądrości i mówimy: „widocznie inaczej nie umiał, bo to prostak”. Albo: „moja dusza potrzebowała takiej lekcji, więc musiałam spotkać takiego ohydnego złodzieja”. Nie mamy wątpliwości, że ten czyn jest okropny. I nie możemy postawić znaku równości pomiędzy sobą, a złodziejem. Przecież nie kradniemy! To on jest ten zły! Możemy tylko wspaniałomyślnie wybaczyć. To zadziała oczywiście. To odkurzy nasz dywan na środku. A jeśli zauważymy swoją lekcję i odrobimy uzdrawianie swoich wzorców, to odkurzymy także brzegi.

Aby wejść pod łóżka i szafy potrzebujemy rozumienia, że nie mamy czego wybaczać. W pewien sposób działanie złodzieja, to jego sprawa, a nie nasza. Naszym zadaniem jest kochać siebie tak mocno, aby nigdy nie zostać okradzionym. Nie są potrzebne żadne kary i żadne więzienia. Ludzie, którzy kradną, zabijają, molestują, gwałcą to dostawcy naszych zamówionych przez nas lekcji. Jeśli mamy w sobie na tyle mądrości, by nauczyć się pilnie wcześniej tego, co trzeba, wówczas nic nie mamy do doświadczania. Nie spotykają nas takie rzeczy. Nikt nas nie atakuje, nie okrada, nie oszukuje. To możliwe. I właściwie tak powinien wyglądać świat. Gdyby każdy człowiek kochał siebie wystarczająco mocno, wszyscy „przestępcy” wymarliby śmiercią naturalną. Nie znaleźliby lustra, w którym mogliby się przejrzeć i zniknęliby… Oto przepis na raj.

Wracając jednak do naszej rzeczywistości, w której chodzą po Ziemi różne nieetyczne osoby, chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt – na dawanie innym prawa do tego, by byli sobą. Jeśli ktoś kradnie, to jego wybór i jego ścieżka. Moim zadaniem jest bronić swojej własności i swojego rozwoju, a nie pilnowanie, aby ktoś inny był taki, jak tego bym chciała ja, czy jak chcą zasady. Jeśli jestem nauczycielem, to mogę nauczać tych zasad. Jeśli jestem rodzicem, to mogę odpowiednio wychowywać swoje dzieci. Nie mnie jednak oceniać, sądzić i karać innych za to, co robią.

Każda pretensja i żal, każdy brak wybaczenia to osądzanie. To wprowadzenie przekonania: „jesteś zły. Ja ci może wybaczam, ale musze to zrobić, bo jesteś zły”. Przecież gdyby nasza ocena drugiej osoby nie była krytyczna, to nie byłoby powodu do wybaczania, prawda? Za każdym razem, kiedy myślimy, że ktoś zrobił coś złego i powinniśmy wybaczyć – osądzamy. Oceniamy. A siebie wrzucamy do pudełka z napisem: „Ofiara krzywdy, ta lepsza osoba”. Nie warto być ofiarą, naprawdę! O wiele lepiej spojrzeć na wszystko, jak na zabawną historię, która tylko czegoś nas uczy.

I jako przykład kaliber może ciut lżejszy niż kradzieże czy gwałty. Wyobraźmy sobie zwykłą małżeńską zdradę. Jak trudno czasem wybaczyć, szczególnie jeśli ślubny partner dopuści się tego z naszą przyjaciółką. Kiedy przejdziemy przez pierwszy poziom, pt. „widocznie inaczej nie umieli, już tacy są wstrętni egoiści”, kiedy odkryjemy i przerobimy swoje lekcje, np. niskie poczucie wartości i zdradzanie samej siebie, przychodzi czas na dwa etapy duchowe. Jeden mówi o tym, że mąż i przyjaciółka to dwie przyjazne dusze, które w ten sposób uczą nas naszych lekcji. I nic im wybaczać nie trzeba – dostawili tylko zamówiony towar. A drugi, ten najtrudniejszy, ale finalny pokazuje, że wszystko jest w harmonii, kiedy wyjdziemy poza własne oczekiwania.

W tym przykładzie to wejście w cudze buty i zobaczenie – na spokojnie i bez emocji – że może u przyjaciółki mąż znalazł coś, czego nie dostał u nas. Ma prawo. Jakkolwiek by to nie bolało, niestety jest tylko człowiekiem, który ma prawo robić, co chce i żyć jak chce. Nie sprzyjają temu rozumieniu powszechne socjalne i religijne przekonania, że skoro to mój własny mąż, to nie ma prawa iść do łóżka z nikim poza mną. A gdzie to jest napisane? Nigdzie. Dlatego właśnie ma prawo. Tak jak ja mam prawo potem odejść od niego i powiedzieć: nigdy więcej nie ugotuję ci obiadu. I kto mi zabroni? Na tym polega samostanowienie.

Prawdziwe wybaczenie to zobaczenie w drugiej osobie po prostu człowieka. Normalnego. Emocjonalnego. Popełniającego błędy. Dokonującego wyborów dla siebie, a nie dla żony czy dla dzieci. Wybaczyć oznacza nie tylko rozumieć, ale dać drugiemu prawo do bycia sobą. Dlatego warto dostrzec w drugiej osobie człowieka, który ma prawo działać po swojemu i podejmować decyzje, które są niezgodne z naszymi oczekiwaniami. Żaden człowiek nie pojawił się tutaj na Ziemi po to, by spełniać nasze marzenia i zaspokajać nasze potrzeby. My sami odpowiadamy za własne szczęście, przez tworzenie w sobie odpowiedniej matrycy.

Ludzie to wędrujące lustra, w których przeglądają się nasze przekonania. Kiedy odrobimy swoje lekcje rzetelnie, nigdy więcej nie spotka nas takie doświadczenie. To mogę zagwarantować – potwierdzą to setki moich studentów, którzy pilnie pracują nad własnym rozwojem. Oznacza to, że jeśli po incydentalnej zdradzie odnajdę w sobie przyczynę i ją uzdrowię, to nigdy więcej zdradzona nie zostanę. To działa jak prawo grawitacji – bez pudła. Ale warto też prawdziwie zaakceptować inna osobę z tym co robi dla siebie, a nie dla nas i dać jej do tego prawo. Cokolwiek by to nie było. Umiejętność wyjścia poza społeczne mity, które zmuszają nas do poświęcania się dla kogokolwiek jest niezbędnym kawałkiem duchowej ścieżki.

Każdy z nas jest tutaj dla siebie i dla własnego rozwoju. Szukając swojej ścieżki, sprawdzając, co jest dla nas dobre, czasami możemy ranić innych. Naszą lekcją jest wówczas zrozumieć, że na bólu nic nie urośnie i prosić o wybaczenie. A rolą tej drugiej strony jest wybaczyć poprzez danie nam prawa do własnej drogi, choćby nawet mocno się ona komuś nie podobała. I dodam, że bardzo w tym pomaga prawdziwa miłość. Bo prawdziwa miłość nie ubolewa, że partner spędził z kimś miło czas. Prawdziwa miłość cieszy się szczęściem tego, kogo kocha. A paradoksalnie – kiedy prawdziwie kochamy siebie i partnera, to takie rzeczy w ogóle się nie zdarzają. Podobnie jak wtedy, kiedy ktoś naprawdę zaakceptuje stratę, to ona znika wypełniona obfitością. Tak działa wszechświat, ucząc nas akceptacji.

A po co w ogóle wchodzić pod te metaforyczne łóżka i szafy i uczyć się akceptacji cudzych wyborów? Aby temat wybaczania nie wracał do nas jak bumerang po latach i nie odbijał nam się czkawką w najmniej odpowiednim momencie. Powszechne odpuszczanie win działa na dłużej, czasem na kilka lat, oczyszczając nasze emocje, dając nam ulgę i komfort w samopoczuciu. Siadamy wówczas przekonani, że wszystko zostało zrobione. Dopóki nasz kot czy pies bawiąc się piłeczką, nie wywlecze spod szafy resztek zepsutej ryby… No właśnie. Tak to jest z resztkami nieprzerobionego wybaczenia.

Bogusława M. Andrzejewska