Tęsknota

Spełnianie marzeń i realizacja celów jest dużo ważniejsza, niż może się wydawać. Nie chodzi w tym procesie wyłącznie o nasz komfort i dogadzanie próżności. W istocie można porównać to raczej do napełniania zbiorników, z którymi nasza dusza zeszła na Ziemię. Dopóki tego nie zrobimy, czujemy pustkę podobną do głodu. Przypomina to takie wewnętrzne ssanie, które utrudnia nam rozwój, odwracając uwagę od tego, co dla nas ważne. Podobnie, jak w przypadku, kiedy burczy nam w brzuchu i przez to nie umiemy skupić się na pracy.

Uwielbiam wodę od urodzenia, a właściwie od wszystkich minionych wcieleń. Niestety w każdym od nowa muszę uczyć się pływać, a że w ostatnim zostałam utopiona, to w obecnym pływać zaczęłam przed pięćdziesiątką dopiero. Przez wszystkie lata życia czułam w sobie to nieprzyjemne „ssanie”, które bardzo chciało pływać. Ilekroć pojechałam nad jezioro, biegłam do wody zanim jeszcze mój mąż dobrze zaparkował samochód. Czułam się tak, jakbym wiecznie była głodna dotyku jakiegoś akwenu, a jednocześnie szerokim łukiem omijałam baseny. Odkąd jednak nauczyłam się pływać, zniknęła owa niekomfortowa tęsknota. Dzisiaj potrafię siedzieć nad wodą i patrzeć na nią bez wewnętrznego przymusu, aby szybko się w niej zanurzyć. Potrafię też być szczęśliwa i spokojna z daleka od wody. Mój głód pływania został zaspokojony na zawsze. Teraz po prostu to lubię i tyle.

Podobnie doświadczam wielu innych zjawisk i wierzę, że nie jestem w tym odosobniona. Przemożna tęsknota znika, kiedy pozwolimy sobie na dotknięcie tego, co dla nas ważne. Pojawia się spokój i poczucie spełnienia. Ponieważ ufam temu, co czuję i staram się podążać za sercem, wiem doskonale, że marzenia należy spełniać. Te które nie są tylko pustką zachcianką, ale prawdziwym pragnieniem. Jak je odróżniać, piszę tutaj. Niespełnione marzenia są jak płacz duszy i moim zdaniem należą one do jej planu na wcielenie.

Czasem nawet pojawia się presja, zaburzająca całą hierarchię ważności, bo okazuje się, że nie dostrzegamy tego, co naprawdę istotne. W sensie energetycznym, będzie to silne napięcie, które utrudnia prawidłowy przepływ energii. Możemy też tworzyć opór wobec innych tematów, ponieważ podświadomie walczymy ze wszystkim, co nie jest naszym upragnionym celem. Widać to wyraźnie na przykładzie dziecka, które tupie nóżkami, bo chce lizaka. Jeśli rodzice nie odwrócą jego uwagi albo nie zablokują karceniem, to będzie ono tupać tak długo, dopóki owego lizaka nie dostanie.

W każdym z nas jest to małe tupiące dziecko, które nadal pragnie wszystkiego, czego nie dostało, chociaż zamieniło lizaka na samochód, buty czy nowy model komórki. I warto wiedzieć, że im częściej jako małe dziecko nie dostawaliśmy tego, czego tak bardzo chcieliśmy, tym trudniej nam w dorosłym życiu spełniać marzenia. Pomimo dojrzałości, dyplomów i setek przeczytanych podręczników nadal stoimy z nosem na wysokości sklepowej lady i z żalem patrzymy na lizaki za szybką. Tak działa wzorzec niespełnienia i wewnętrzne przekonanie, że nigdy nie będziemy mieć tego, czego pragniemy.

Nie oznacza to, że należy bez wahania zaspokajać wszystkie oczekiwania maluchów. Żyjemy w czasach, kiedy dzieci są zasypywane coraz droższymi zabawkami. Lizak nie bywa już problemem. To z kolei rozwija w młodym człowieku postawę roszczeniową. W obu przypadkach wzorce takie mogą popchnąć do zdobywania wszystkiego za wszelką cenę, poprzez oszustwo, kradzież, manipulację. Każda droga prowadząca do finansowego bogactwa bywa uświęcana. Lub odwrotnie – nic się nie robi, czekając, aż ktoś inny zrobi za nas, bo… „przecież i tak się nie uda” czy też „inni zrobią i podadzą pod nos”.

O wiele łatwiej jest tym osobom, które w dzieciństwie nauczono, że mogą mieć wszystko, jeśli cierpliwie poczekają lub wykonają w tym celu jakieś działania. Dobrze ilustruje to słynny eksperyment z piankami marschmallow. Tym, którzy go nie znają, przypomnę, że ideą ćwiczenia była cierpliwość. Dzieciom rozdawano po jednej piance, obiecując, że jeśli powstrzymają się od jej natychmiastowego zjedzenia i odłożą ją na jutro, dostaną nagrodę w postaci kolejnej. Dorośli zapewne nie mieliby z tym problemu, jednak dla dzieci było to nie lada wyzwanie. Najważniejszym wnioskiem płynącym z ćwiczenia było odkrycie, że te osoby, które umiały odmówić sobie przyjemności szybkiego zjedzenia pianki, w dorosłym życiu lepiej sobie radziły z wyzwaniami, wiedząc, że za każdym życiowym zakrętem i każdym wyrzeczeniem czeka nagroda. Niecierpliwi i w dorosłym życiu chcieli mieć wszystko natychmiast, lecz równie szybko się zniechęcali do jakiegokolwiek działania.

Przysłowia i stare mądrości gloryfikują cierpliwość, ale warto podkreślić, że jak zawsze optymalny jest złoty środek. Wytrwałość i umiejętność czekania może przynieść korzyści – to jasne. Ale wcale nie musi. Bywa, że pozbawia nas aktywności i staje się wygodną zasłoną, za którą czai się wystraszona lub bierna osoba, odkładająca wszystko „na później”. Czekanie uwalnia od obowiązku działania i może stać się wygodną wymówką. A powszechnie wiadomo, że nic samo do nas nie przyjdzie, jeśli to my nie wykonamy ruchu w stronę tego, co dla nas ważne. I tu pojawią się mówcy motywacyjni, pokrzykując do nas ochoczo: „nie czekaj! Działaj”. Ale jeśli polecimy za tym okrzykiem na oślep, możemy wpaść w kłopoty. Zatem ani czekanie bez końca, ani wyścig nie przyniesie nam szczęścia.

Wniosek nasuwa się wyraźnie jeden – należy realizować marzenia, bez odwlekania ich w nieskończoność, ale też bez pośpiechu, wybierając to, czego jesteśmy pewni. I chociaż z punktu widzenia prosperującej świadomości nie ma złych decyzji, lepiej dla nas kiedy płyną z serca. A do głębi tego serca warto spokojnie zajrzeć, wyciszając się w medytacji.

Bogusława M. Andrzejewska

Skupienie

Duchowi nauczyciele często powtarzają, że wystarczy nam 60 sekund skupienia na obiekcie naszych pragnień, a uda się nam go zmaterializować. Obecnie fizyka kwantowa zdaje się potwierdzać taką teorię, podkreślając, że to nasze zogniskowane myśli stwarzają cząsteczki materii. Innymi słowy, że to obserwator stwarza to, co obserwuje. Dlatego też zapewne praktyka często to potwierdza i nasze stałe rozmyślania lub wizualizacje rzeczywiście przyciągają do nas to, o czym marzymy. Doświadczyłam tego wiele razy. Myślę zresztą, że inni też znają takie historie. Myśl stwarza. Co do tego nie mamy już wątpliwości.

Jednak na co dzień trudno jest nam posługiwać się taką metodą, bo ona nie chce działać w najprostszy sposób. Wielokrotnie tworzymy Mapy Marzeń, afirmujemy coś, a tego i tak ciągle nie ma. Ucieka nam z rąk wiele razy to, o co na okrągło się modlimy. Spotykam się często z osobami, które mówią mi, że stosują zasady Prosperity, ale one nie chcą wcale działać. Udowadniają mi pozorną sprzeczność. Pozorną tylko…

Niedawno jedna moja znajoma pokazała mi cytat z duchowego poradnika, którego treść oznajmiała, że “to co daję światu, także od świata otrzymuję”. Ponieważ akurat przechodziła przez trudny okres w życiu, szybko udowodniła, że chociaż rozdaje ludziom dobro i życzliwość, w zamian dostaje cierpienie. Zapytała mnie przewrotnie: “czy ja komuś zadałam takie cierpienie, jakiego sama doświadczam? Może nieświadomie, ale nie sądzę“. I oczywiście pozornie miała rację.

Dlaczego pozornie? Ponieważ zapominamy, że Prawo Przyciągania bazuje na wibracjach a nie na działaniach. Skupienie, o którym próbuję tutaj napisać, wymaga od nas umiejętności tworzenia określonych wibracji myślami i emocjami, a nie czynami. Są nawet hipotezy, że nasze działania wcale nie maja żadnego znaczenia. Możemy robić cokolwiek chcemy, ważne przede wszystkim, aby być we właściwej wibracji. Dlatego też czasem obserwujemy ludzi, którzy niewiele dobrego robią, a czasem nie robią zgoła nic godnego uwagi, ale są szczęśliwi i powodzi im się całkiem nieźle.

Oznacza to, że moja znajoma dostaje dokładnie to, co myśli i czuje, a nie to, co robi. Pomimo tego, że jest bardzo szlachetną i wspierająca innych osobą przyciąga cierpienie, ponieważ jej myśli stale zajęte są smutnymi refleksjami o pełnym bólu i problemów życiu. To zresztą nie tylko jej myśli, ale także nakręcone nimi negatywne emocje, które wypełniają jej całe dni. Wiem o tym, ponieważ dzieli się ze mną swoimi smutkami.

Najczęściej popełnianym przez nas błędem jest rozmyślanie o brakach i zmartwieniach. Kiedy pojawia się problem standardowo rozkminiamy sytuację, która napawa nas smutkiem, żalem czy złością i w tych emocjach tworzymy swoje życie, przyciągając zgodnie z wibracjami myśli i emocji następne podobne doświadczenia. Jeśli nawet zrobimy sobie przerwę i przez pół godziny pośmiejemy się przy piwie ze znajomymi, to i tak za mało. Chociaż warto podkreślić, że dobrze, jeśli bodaj pół godziny dziennie poświęcimy na tworzenie pozytywnych wibracji. Lepiej tyle niż wcale.

Pisałam już o tym, że przyciągamy to, na czym skupiamy uwagę. Jeśli chcemy pomyślnie rozwiązać problem, to powinniśmy rozmyślać o tym rozwiązaniu, którego pragniemy. Skupianie się na celu, który chcemy osiągnąć jest najlepszym sposobem na zbudowanie w sobie odpowiedniej częstotliwości. Oznacza to, że w sytuacji braków finansowych nie rozmyślamy o długach czy rachunkach do zapłacenia, lecz o chwili, w której mamy w dłoniach mnóstwo pieniędzy. Tworzymy taki obraz i cieszymy się całym sercem z trzymanych w dłoni banknotów. Jeśli czujemy się samotni, to nie rozmyślamy o swoim stanie i pustych wieczorach, lecz wyobrażamy sobie siebie w pełnym miłości towarzystwie na zabawie, na plaży czy w innym cudownie nastrajającym miejscu. Nasze skupienie powinno zasilać to, czego pragniemy, a nie to, od czego chcemy uciec.

W praktyce sprawia to trudność tylko dlatego, że poddajemy się nawykowo przeżywanym emocjom. Kiedy pojawia się kłopot, zamiast wejść w radosną wizualizację i tworzenie pożądanego efektu, martwimy się i narzekamy. To naturalne. Tak jesteśmy stworzeni i tego nauczyliśmy się przez kolejne pokolenia. Jednak warto pamiętać, że zawsze można coś zmienić. Wbrew pozorom jesteśmy w stanie władać swoimi emocjami. To my sami możemy w dowolnym momencie powiedzieć sobie: “Nie będę się martwić! Nie chcę! Obejrzę dobra komedię!” To zawsze mój wybór, jak zareaguję. Oczywiście nie jest to proste i z pewnością nauczenie się wyjścia poza schematy emocjonalne wymagać będzie czasu. Warto jednak wiedzieć, że to jest możliwe. Warto spróbować. Chociaż w ślad za Mistrzem Yodą powiem: “Rób albo nie rób, nie próbuj”.

Bardzo często popełniamy też błąd polegający na oczekiwaniu, że wszechświat zmieni zasady i będzie nas wynagradzał za nasze starania, które to my oceniamy jako właściwe. Na przykład pracujemy ciężko ponad siły i oczekujemy miłości, zdrowia i bogactwa. Mówimy sobie w myślach: “przecież jestem taka pracowita, zasługuję na wszystko, co najlepsze, tyram jak wół..” No właśnie. Jeśli pracuję z radością, to przyciągnę dobro, ale jeśli z rozgoryczeniem patrzę na tych, którzy leżą do góry brzuszkiem, to cała moja ciężka praca psu na buty… Ileż to razy widzimy dobrych, uczciwych i pracowitych ludzi, którzy chorują, tracą i cierpią. Ponieważ nie ma znaczenia ilość włożonego wysiłku, a wyłącznie wibracja, jaka towarzyszy nam w życiu.

Jesteśmy tu na Ziemi dla Miłości i radości. To oznacza, że mamy cieszyć się i kochać, a nie tyrać jak woły. Ludzie zapominają, jakie są naprawdę zasady wszechświata i próbują stosować prawa, które sami wymyślili. Ktoś kiedyś zapewne w czasach niewolnictwa orzekł, że pracowitość jest dobrą cechą. To nieprawda. Nie musimy być pracowici. Mamy być twórczy, a to zupełnie inna jakość. Schodzimy na Ziemię z talentami, które zostały nam dane, abyśmy tworzyli świat i dzielili się z innymi wewnętrznym pięknem budując domy, przyrządzając potrawy, pisząc wiersze, sadząc kwiaty, hodując zwierzęta… A nie po to, by się zamęczać. Ludzie tego nie rozumieją. Wmówili sobie, że muszą ciężko pracować, by na cokolwiek zasłużyć i w ten sposób kreują swoje życie. A jednocześnie z żalem patrzą na bogaczy, którzy leniwie sączą drinka pod palmą i szepczą o niesprawiedliwości wszechświata. 

Podsumowując, warto skupiać się na tym, czego pragniemy, co dla nas dobre i piękne. Tworzyć obrazy upragnionego stanu i nasycać je dobrymi emocjami. W pewien sposób piszą o tym wszyscy od wielu lat, odkąd zaczęto głośno mówić na temat Prawa Przyciągania. Jednak problemem jest chyba właśnie nieumiejętność tworzenia owego pozytywnego stanu emocjonalnego, który buduje określoną wibrację. Chyba o tym zapominamy i zanurzamy się nieświadomie w zmartwienia. To także, jak sadzę, prozaiczny właśnie brak skupienia. Nie zastanawiamy się nad tym, że nasze smutki i narzekanie przyciągają do nas kolejne trudne chwile. Robimy to bezmyślnie. Po prostu poddajemy się niekorzystnym emocjom. Dlatego właśnie podstawą zmiany życia na lepsze jest tzw. kontrola myślenia, czyli uważne wyłapywanie emocji, aby skupiać się na tym, co dobre i w ten sposób zasilać pozytywne aspekty naszego istnienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Komfort

Szczęście nosimy w sobie. Urodziliśmy się z nim. To jakość, która wypełnia naszą boską naturę. Jest częścią nas i dlatego każdy człowiek w teorii powinien umieć być szczęśliwy. W praktyce chyba tego nie wiemy i często zamartwiamy się różnymi rzeczami i oczekujemy, że wydarzy się coś, co nas uszczęśliwi. Co ciekawe małe dzieci z łatwością manifestują tę umiejętność. Zapewne dlatego mówi się o tym, że warto być jak dziecko, aby przejść przez bramy raju na Ziemi. Dla dzieci to proste, bo być może pamiętają to wszystko, z czym schodzą tutaj? A dorośli?

Dorosły człowiek dojrzewając wchodzi w kulturowe nawyki i zasady dualnego pojmowania świata. Przede wszystkim ocenia i rozdziela wszystko, na to co dobre i złe, przyjemne i przykre, ładne i brzydkie. A potem oczywiście dąży do tego, co określił jako pozytywne. Nie byłoby w tym nic złego, bo warto otaczać się tym, co ładne i miłe, gdyby to dążenie nie warunkowało poczucia zadowolenia. Jednak wybór zamienia się w pożądanie i gonitwę, która staje się meczącą szarpaniną. Całe życie przelatuje nam “obok”, bo w tej gonitwie zapominamy być szczęśliwi. Nie dotykamy życia. Nie zauważamy jego piękna. Ucieka nam cała harmonia.

Prawdziwe szczęście możemy bardzo ogólnie zdefiniować jako wewnętrzny spokój i akceptację. Taki stan, kiedy czujemy, że cokolwiek jest, jest dobrze. Niezależnie od zewnętrznych czynników. Człowiek szczęśliwy nie potrzebuje sukcesów, dyplomów, pieniędzy, nowego auta, partnera na wyłączność. Takie właśnie są całkiem malutkie dzieci, które cieszą się z byle powodu, jeśli nic ich nie boli i nie czują głodu. Zanim nauczą się wartościować i oceniać, zanim nauczą się pożądać przedmiotów potrafią być bardzo szczęśliwe. Wystarczy, że świeci słońce i można się bawić na trawie lub w piachu. Wystarczy równie rozbawione towarzystwo i pomysł. Dlatego te najmniejsze dzieciaczki naprawdę doświadczają szczęścia. Później zaczynają już zauważać, że ktoś ma lepsze wiadereczko albo ładniejsze autko i w ten sposób wkraczają w inny świat, który pozbawia ich spontanicznej radości z samego istnienia. Zaczynają szukać komfortu. Oceniają. Chcą czegoś lepszego, chociaż to, co mają w zupełności by wystarczyło…

Potem stają się dorosłymi i jest jeszcze trudniej, bo kiedy tylko poznają smak komfortu, nie umieją zadowolić się czymś mniejszym. Zaczyna się to, co nazywamy nieładnie “wyścigiem szczurów” – byle mieć jak najwięcej tego i tamtego. Często tylko po to, żeby zaimponować komuś, udowodnić swoją wartość. A przecież wystarczy podnieść swoją samoocenę, poczuć się wspaniałym, cudownym i boskim – każdy z nas taki jest w istocie. Człowiek szczęśliwy, to osoba świadoma swojej ważności i taka, która bez wątpliwości kocha i docenia siebie. Wysoka samoocena sprawia nam prawdziwą radość. Po co zatem ścigać się z kimkolwiek i cokolwiek udowadniać? Czy nie lepiej po prostu być szczęśliwym, niż ważnym, bogatym i sławnym?

Oczywiście komfort sam w sobie nie jest zły, jest tylko blokadą, której nie umiemy obejść. Na zajęciach z prosperity uczę, że mamy prawo pragnąć wygodnego mieszkania, nowego samochodu, dobrej pracy, szczęśliwego związku. Możemy w dowolny sposób pracować nad tym tematem i kreować wspaniałe i piękne rzeczy w swoim życiu. Jednak kluczowe jest, aby umieć chcieć czegoś tylko trochę. Punktem wyjścia powinno być założenie: “wspaniale jest mieć…, ale jeśli nie będę miał, to nic się nie stanie“. Myślę, że za wiele nieudanej pracy z kreowaniem dobrobytu odpowiada podświadomy lęk, że nie będzie efektu. Taki lęk kasuje energię, którą chcemy coś stworzyć.

A przecież człowiek naprawdę szczęśliwy nie uzależnia się od niczego zewnętrznego. Może chcieć większego mieszkania, ale jednocześnie nie popada w rozpacz, że ma to, co ma. Wielu nauczycieli prosperity powtarza, że istotne jest, aby być wdzięcznym za to, co jest. Tu i teraz. Nawet, jeśli to jest małe lub ciasne czy stare i zniszczone. Ważne, że jest. Mogę marzyć o nowym samochodzie i błogosławić przejeżdżające obok mnie nowe autka. Jednak równie istotne jest to, by z miłością i wdzięcznością myśleć o tym, którym jeżdżę. Dobrze, że jest. Jakiekolwiek by nie było – wozi mnie tam, gdzie potrzebuję. A jeśli chodzę pieszo, to mogę błogosławić sposobność spacerowania i ruchu, które dla mojego zdrowia na pewno są lepsze niż jeżdżenie samochodem.

Człowiek szczęśliwy nie szuka komfortu, nie wymyśla, jak by sobie bardziej uprzyjemnić życie. Cieszy się tym, co ma. Wszystko, czego do szczęścia potrzebuje, nosi w sobie. Siada na trawie pod drzewem, słucha śpiewu ptaków i jest mu błogo. Docenia to, że jest zdrowy, że ma czas, by pod drzewem usiąść i że ma dobry słuch, który pozwala mu cieszyć się radosnymi trelami. Tak rodzi się prawdziwy zachwyt, który wypełnia serce niepowtarzalną rozkoszą i tak rozpoznajemy miłość bezwarunkową do Wszystkiego, co Jest.

W Prawie Przyciągania ponadto istnieje zasada, o której wiele osób zupełnie nie pamięta.  Nie spotkałam też tej informacji na coraz liczniejszych portalach o bogactwie i kreowaniu. Zasada ta mówi o tym, by nie pragnąć niczego zbyt mocno, ponieważ jeśli chcemy czegoś za bardzo, wówczas wytwarzamy napięcie, które blokuje przepływ energii. I wtedy nie ma spodziewanego efektu. Mam wrażenie, że ludzie nie wiedzą o tym, ponieważ często spinają się maksymalnie, by coś osiągnąć i uważają, że to konieczne. Sprzyja temu powtarzany dookoła mit, że jeśli czegoś bardzo silnie pragniemy, to cały wszechświat będzie nam pomagał. To niestety tak nie działa. Możemy i powinniśmy tworzyć wizje i marzenia, ale nie powinniśmy nasycać ich silnym pragnieniem, lecz energią radości i spełnienia. To zupełnie różne jakości.

Powtórzę ponownie, że pragnienie komfortu jest dobrą rzeczą. Inspiruje nas, popycha do działania, sprawia, że jesteśmy twórczy. Ludzie, którzy niczego nie pragną, zwykle nie są ambitni, niczego nie osiągają i często także nie rozwijają się. Trzeba trochę wyjść poza całkowite lenistwo. Jak zawsze najlepszy jest złoty środek. Jak najbardziej warto marzyć i szukać nowych dróg, doświadczać i tworzyć. Jednak w tym wszystkim trzeba pamiętać, że przede wszystkim liczy się droga, a nie sam cel. Radość daje nam tworzenie i podążanie za swoim planem. Nie warto uzależniać swojego szczęścia od osiągnięcia tego celu. Pamiętajmy, że: “ważne jest, by gonić króliczka…”

Często wszechświat ma dla nas w zanadrzu coś o wiele lepszego niż sobie wymyśliliśmy, dlatego nie należy przywiązywać się do efektu swoich działań. Mogę pragnąć nowego samochodu i przez większość życia próbować go wykreować. Jeśli jednak moje zdrowie wymaga systematycznych spacerów, to moje Wyższe Ja zrobi wszystko, by ten samochód nie trafił do mnie. Szczęśliwy człowiek zaakceptuje, zrozumie i odczuje wdzięczność, że może chodzić. Jeśli natomiast uzależniamy swoje zadowolenie wyłącznie od komfortu, będziemy złościć się i narzekać, że jest nam źle i metody nie działają.

Na koniec warto przypomnieć sobie, że wszystko, co posiadamy, mamy tu tylko w dzierżawie. Kiedy odejdziemy na drugą stronę, zostawimy mieszkania, biżuterię i samochody. Dlatego nie można poświęcać siebie i swojego szczęścia na zdobywanie materialnych bogactw. Można dążyć do komfortu w wolnym czasie, ale nie za wszelką cenę. Pisałam o tym, że o wiele ważniejsze niż posiadanie, jest przytulanie kogoś kochanego, beztroskie siedzenie na trawie, zabawa z dzieckiem czy psem albo spacer po górach. Jesteśmy tu na ziemi nie po to, by gonić za pieniądzem, ale po to, byśmy byli szczęśliwi.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia Pragnień

Najprawdopodobniej wszyscy pragniemy szczęścia. Szukamy go poprzez różne zewnętrzne czynniki. Pragniemy zatem pieniędzy, awansu, podróży do ciepłych krajów, nowej sukienki, wygranej w totka, zdrowia, pokonania konkurencji. Najczęściej bywa jednak tak, że po zdobyciu „upragnionego celu” (sukienki, awansu, podróży, wygranej) wcale nie odczuwamy szczęścia. Czujemy się jałowi i niespełnieni, więc szukamy następnego celu do zdobycia. Jak wiecznie głodny demon, któremu ciągle burczy w brzuchu. To oznacza, że nie są to wcale prawdziwe pragnienia, lecz zwykłe bezwartościowe zachcianki.

Oczywiście nie są one dla nas dobre. Być może nasze pragnienia mobilizują nas do działania, ale sprawiają, że stale tkwimy w poczuciu braku, w presji pożądania. To trudny stan i niekorzystny z punktu widzenia psychologicznego. Jeśli coś jest szczególnie kłopotliwe do zdobycia, to niedosyt się pogłębia. Budzi się także zniechęcenie, brak wiary w siebie, przeświadczenie o pechu, a to już prosta droga do kształtowania swojej rzeczywistości według negatywnego wzorca smutnych myśli.

Czasem warto po prostu zapragnąć poczucia szczęścia i zadowolenia. Zapragnąć odnaleźć je w sobie i wydobyć na powierzchnię. Nie trzeba do tego żadnych zewnętrznych czynników. Wszystko mamy w sobie. Obudzeni nagle na wyspie bezludnej, nie potrzebujemy w istocie niczego, bo wewnątrz samego siebie odnajdziemy dokładnie cały Wszechświat. Nie trzeba niczego chcieć i niczego szukać, bo z duchowego punktu widzenia wszystko już jest.

Ale oczywiście takie podejście byłoby wrogiem postępu, dlatego dobrze jest, że mamy marzenia i pragnienia, bo dzięki temu się rozwijamy. Szukając odpowiedzi na swoje oczekiwania, stajemy się często wynalazcami i odkrywcami. Przede wszystkim jednak jako istoty ze wszech miar twórcze dążymy do samospełnienia. Jednym z powodów, dla których zeszliśmy na Ziemię jest rozwijanie naszych unikalnych talentów, poprzez twórcze działanie.

W tym miejscu chcę podkreślić, że ogromnie ważne jest, aby umieć odkryć swoje prawdziwe zdolności. Jest to nam  potrzebne, abyśmy podążali swoją wyjątkową, piękną drogą – w harmonii z sercem i duszą. Jeśli nie umiemy dostrzec swoich talentów, wówczas naśladujemy innych i powielamy cudze ścieżki, co u schyłku życia zaowocuje poczuciem niespełnienia.

Dotyczy to także różnych drobnych rzeczy i spraw. W prospericie ogromnie ważnym jest, czy to czego pragniemy, jest naszą prawdziwą potrzebą, pozostającą w harmonii z sercem, czy zwykła zachcianką. Jest to bardzo istotne, ponieważ ta pierwsza ma nasze wewnętrzne przyzwolenie i zaspokojenie jej w dużym stopniu przyczynia się do naszego rozwoju. Jest realizacją planu duszy i częścią naszej twórczej wędrówki. To naprawdę nie musi być nic wielkiego – nowe buty czy elektroniczny gadżet albo nowy samochód mogą całkowicie pozostawać w harmonii z naszym sercem. Rzeczy materialne nie są wcale niczym złym czy niegodnym. Często służą nam do pracy, inspirują w stopniu nie mniejszym niż wzniosłe wykłady czy natchnione widoki. Ich zdobycie powoduje długotrwałe poczucie zadowolenia i szczęścia.

Jednak wcale nie musza to być poważne narzędzia. Istotnym jest, aby przedmioty te wywoływały w nas dobre uczucia. Tam gdzie jest miłość i radość – tam jest harmonia serca, niezwykłe łatwo to rozpoznać. Mam takich przykładów setki, ponieważ wiele drobiazgów, które sobie kupuję, budzi we mnie takie uczucia. Kiedyś sprawiłam sobie w prezencie kurtkę. Uwielbiałam ją i przez wiele lat, przy każdym założeniu na siebie gładziłam jej rękaw, myśląc o tym, jak bardzo ją lubię. Radość, którą budziło jej założenie nie pozostawia wątpliwości, że takie zwykłe ubranko także pozostaje w harmonii z moim sercem.

Natomiast zachcianki sprawiają, że ciągle czujemy niedosyt. Jedna rodzi drugą, druga kolejne i tak w nieskończoność. Niczego nie zaspokajają. Nie gaszą wewnętrznej pustki i bólu niespełnienia. Nie ma tu śladu radości, jest tylko kupowanie sobie zbędnych rzeczy. Powodem powstawania zachcianek jest najczęściej niskie poczucie wartości i potrzeba zaimponowania komuś. W ten sposób zamiast prawdziwego pragnienia rodzi się tylko nieudolna próba uleczenia wewnętrznego bólu, wynikającego z poczucia bycia gorszym.

Podam tu konkretny przykład dwóch koleżanek. Działo się to wiele lat temu, kiedy nie istniały jeszcze smartfony z wypasionym aparatem i wieloma możliwościami fotograficznymi. Jedna z kobiet, mniej zamożna, posiadająca duszę artystyczną i szukająca swojej osobistej drogi realizacji, rozważała pomysł kupienia kamery, aby nakręcać filmy, wyrażające to wszystko, co przepełniało jej wnętrze. Miał to być sposób na rozładowanie twórczej ekspresji i praktyczne ukazanie artystycznych wizji. Zwierzyła się przyjaciółce ze swoich marzeń. Ta natomiast, pozbawiona większych talentów, za to bardzo oszczędna, pragmatyczna i zamożna wyśmiała ten pomysł: „po co ci kamera, przecież to tylko zabawka, to do niczego nie służy!” Po czym, dwa tygodnie później, kupiła sobie „wyśmianą” kamerę, żeby pochwalić się mniej zamożnej koleżance: „widzisz, mnie stać na wszystko, nawet jeśli nie wiem, co z tym fantem zrobić”. Kamerę wykorzystała do nakręcenia rodzinnych uroczystości i wspomnień z wakacji, po czym wrzuciła do szafy, bo przecież „nic sensownego” nie można robić kamerą.

Nie wyobrażam sobie nawet, że mogłabym się tak dziwacznie zachować wobec kogokolwiek. Nie tylko dlatego, że robienie znajomym przykrości i granie im na nosie jest dla mnie pozbawione klasy. Także dlatego, że nie miewam potrzeby popisywania się przed kimkolwiek. Moje poczucie wartości jest takie, że dobrze mi samej ze sobą i z ludźmi i nie miewam ochoty, by komuś coś udowadniać. Mam sporo znajomych mniej zamożnych ode mnie. Czuję się skrępowana, kiedy przyjeżdżam do nich moim pięknym samochodem lub jestem zbyt elegancko ubrana. Unikam takich sytuacji. Dlatego ogromnie dziwią mnie ludzie, którzy zachowują się tak, jak opisana wyżej kobieta.

Co bardzo ważne – kupuję sobie dużo rzeczy, często luksusowych i niekoniecznie potrzebnych – jednak zawsze kupuję je DLA SIEBIE. Nie interesuje mnie, co ktoś inny powie na mój nowy telefon, komputer czy buty. Kupuję sobie rzeczy tak, jakbym mieszkała na wyspie bezludnej – mają cieszyć mnie, a czy ktoś je zobaczy i oceni, nie ma znaczenia. Piszę tutaj o tym, ponieważ wiem, że taki sposób traktowania realizacji pragnień jest w zgodzie z moim wnętrzem. To podpowiedź dla wszystkich, którzy chcą pozostać w harmonii własnego serca.

Warto nauczyć się rozgraniczać, czego naprawdę potrzebujemy, a co jest wyłącznie wyciem niskiego poczucia wartości i próbą dodania sobie ważności przez manifestację materialnego bogactwa. Aby to rozpoznać, wystarczy zrobić sobie krótki relaks i pozwolić na spokojne przemyślenie tematu. Postarajmy się poczuć, czym jest dla nas nasze pragnienie awansu, sukienki, nowej komórki czy wycieczki do Meksyku.

  • Prawdziwa tęsknota duszy charakteryzuje się tym, że jeśli o tym choćby pomyślimy, czujemy, jak w nas rośnie radość, jak energia nas wypełnia! Kiedy już to mamy, cieszymy się tym wiele tygodni lub miesięcy. Radość powoduje sama myśl o posiadaniu tej rzeczy i wiemy, że będziemy się nią cieszyć także tam, gdzie nikomu się nią nie pochwalimy.
  • Zachcianka zachowuje się jak wiecznie głodny demon. Osiągamy to i chcemy więcej, więcej, więcej… Nawet nie zostawiamy sobie czasu na radość ze zdobycia upragnionych rzeczy. Po kupieniu tego czegoś czujemy jedynie przez chwilę negatywną satysfakcję, że mamy coś, na co sąsiad (koleżanka, znajomy, współpracownik) nie może sobie pozwolić. Przez chwilę wydaje nam się, że jesteśmy od kogoś lepsi, bo my to mamy, a on nie ma i mieć nie może.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Spełnienie

Niemal każdy z nas chce być piękny, sławny i bogaty. Rzucamy się na oślep w wyścig szczurów, by mieć więcej, by być bardziej popularnym, by okazać się lepszym od innych… i ze zdziwieniem budzimy się któregoś dnia w rozpaczy. Oto mamy mnóstwo pieniędzy, stanowisko, sławę… Ludzie nam wszystkiego zazdroszczą, a my jesteśmy samotni i nieszczęśliwi. Chociaż całe tłumy zabiegają o spotkanie właśnie z nami, czujemy się bardziej opuszczeni niż wtedy, kiedy w młodości z ostatnim groszem w portfelu jechaliśmy z przyjaciółmi, równie obdartymi jak my, autostopem po przygodę, śpiąc pod drzewem i zjadając byle co.

Rzadko bowiem zdajemy sobie sprawę, że te zewnętrzne rzeczy, których tak bardzo pragniemy, wcale nie dają nam spełnienia. Poczucie szczęścia nosimy w sobie, w głębi swojego serca. Nie potrzebujemy niczego – ani pieniędzy, ani ludzi, ani przedmiotów, ani nawet dobrego zdrowia – by je poczuć całym sobą. Szczęście wyrasta ze zrozumienia, że tylko bezwarunkowa miłość i radość mogą dać nam wszystko, co najpiękniejsze. Dlatego właśnie to małe dzieci, bawiące się w piaskownicy i umazane po uszy błotem potrafią być szczęśliwe, ponieważ ich życiem rządzi wesołość, przyjaźń i rozluźnienie.

Dorośli szukają szczęścia w zawodowych osiągnięciach. Pracują wiele godzin ponad siły, aby zdobyć awans i zarabiać więcej niż dotąd. To wszystko wymaga wysiłku. Starają się wytrwale robić więcej i więcej, wierząc, że za kolejnym zakrętem wyjdą na prostą. A potem, kiedy wreszcie mają chwilę urlopu, są tak ogromnie zmęczeni, że nie mają siły, aby cieszyć się tym, co za pieniądze mogą dostać. Zabierają swoją rodzinę na urlop w egzotyczne kraje i przesypiają ten czas, nie dostrzegając jak bardzo odsunęli się od bliskich, zaniedbali partnera lub partnerkę… Dołóżmy do tego choroby wynikające ze stresu i pracy w ciągłym napięciu. Życie rozsypuje się między palcami. Takich przykładów znajdziemy setki dookoła.

Pułapki odnajduję tutaj co najmniej dwie. Pierwsza to szukanie szczęścia na zewnątrz, przy czym cena, jaką płacimy jest doprawdy nie warta marnego zysku. Cóż nam po bogactwie, jeśli brakuje nam czasu, by te pieniądze wykorzystać? Cóż nam po luksusie, jeśli jesteśmy zbyt zmęczeni być zauważyć różnicę pomiędzy twardą pryczą a jedwabną pościelą? Cóż nam po awansie, jeśli nie czujemy się kochani i nie ma przy nas tej jedynej istoty, która akceptuje nas bezwarunkowo? A wreszcie: cóż nam po pozornym szczęściu, wynikającym z posiadania, jeśli nie ma przy nas kochających przyjaciół, z którymi możemy się nim dzielić?

Rozwiązaniem jest zrozumienie, że czasem lepiej mieć mniej, ale za to dysponować czasem na przytulenie żony, grę w piłkę z dziećmi, beztroskie wycieczki z dobrymi przyjaciółmi, dla których jesteśmy ważni my – a nie możliwość sponsorowania ich projektu… Trzeba mieć ten czas, by móc cieszyć się pięknem świata, błogo poleżeć latem na pachnącej trawie, poprzytulać się do drzew, pobawić z psem, wygłaskać kota, pospacerować po górach, popływać w morzu. Robić te wszystkie rzeczy, które budzą w nas zachwyt i rozkosz. Nie jesteśmy na Ziemi tylko po to, by pracować i pracować. Należy umieć stworzyć równowagę pomiędzy niezbędnym wysiłkiem, a zabawą, pomiędzy trudem, a odpoczynkiem, pomiędzy sprawami poważnymi, a radością.

Druga pułapka to złudzenie, że status społeczny lub zawartość portfela uleczy wewnętrzny ból, wynikający z braku miłości do samego siebie. To niestety nie zadziała. Jeśli nie zrozumiemy istoty naszego życia na Ziemi i nie nauczymy się kochać samych siebie, to nie pomogą żadne pieniądze i wielka sława. To najczęściej popełniany przez ludzi błąd. Kiedy kompleksy bardzo bolą, uciekamy w nabywanie gadżetów lub tytułów,  które mają za zadanie sprawić, że poczujemy się lepsi.

Oto przykład: dziewczyna, która urodziła się jako efekt jednorazowej przygody lekkomyślnej mamy i nigdy nie poznała swojego ojca, będzie czuła się odrzucona, niekochana i beznadziejna. Aby to zmienić, zacznie uprawiać jakiś sport, licząc na to, że kolejne dyplomy i puchary uleczą jej wewnętrzny ból. Sprawią, że poczuje się wartościowa. Ale tak się nie stanie. To błąd. Setki medali olimpijskich nie zastąpią miłości ojca. Jedyne, co uzdrowi sytuację – to bezwarunkowa miłość i akceptacja dla samej siebie. To zrozumienie, że w nas są wszystkie uczucia, jakich potrzebujemy. Wystarczy zmienić myślenie i pokochać siebie taką, jaką się jest. Każdy zasługuje na miłość, każdy jest doskonały. Kiedy nasza przykładowa sportsmenka to odkryje i urzeczywistni, poczuje się szczęśliwa, niezależnie od osiągnięć zdobywanych na stadionie.

Oczywiście samo uprawianie sportu nie jest niczym złym, podobnie jak intensywna praca. Jednak najważniejsza jest intencja. Jeśli pływamy wyczynowo, bo kochamy wodę, to jest to najpiękniejsza przyczyna, jaką można sobie wyobrazić. Jeśli pracujemy wiele godzin, bo uwielbiamy to, co robimy, to tak należy postępować. Jeśli zajmujemy się przez wiele godzin tym, co powoduje, że wyrastają nam u ramion skrzydła, to właśnie po to jesteśmy tutaj na Ziemi. Cokolwiek robimy z miłością lub z miłości – prowadzi nas do spełnienia. Samo w sobie jest spełnieniem. I piszę to z własnego doświadczenia, ponieważ mam w życiu ten przywilej, że robię to, co kocham. Moja praca sprawia mi prawdziwą rozkosz, więc wykonuję ją dla własnej przyjemności. To daje poczucie szczęścia – uwierzcie.

Nie warto oszukiwać samego siebie i mówić: „biegam, bo lubię”, jeśli w istocie chcemy tylko coś komuś udowodnić. Nie warto kłamać: „kocham swoją pracę”, jeśli przeliczamy ją tylko na pieniądze, za które chcemy kupić samochód lepszy i ładniejszy niż ostatnio nabył sąsiad. Zacznijmy od uwierzenia w to, że nie jesteśmy gorsi od sąsiada tylko dlatego, że on jeździ lepszym autkiem. Zaakceptujmy siebie z mniej zasobnym portfelem, skromnymi wczasami w Ustce, małym mieszkaniem, niewielką pensją. To tylko drobiazgi, które można zmienić. Jednak warunkiem takiej zmiany jest pokochanie siebie, odnalezienie w sobie wspaniałej istoty, która zasługuje na szczęście.

Bogusława M. Andrzejewska

Uwierzyć w Dobro

„Arcyczłowieczeństwo jest tuż za progiem. I wyraża się w małych gestach, które z nagła stają się wielkie i wymowne”.

Prof. Zbigniew Mikołejko

Czytałam niedawno świetny felieton profesora Zbigniewa Mikołejko. Autor zachęca w nim czytelników do chwili refleksji nad rzeczywistością i próby dostrzeżenia dobrych, jasnych stron świata. Zainspirował mnie ten tekst nie dlatego, że jest odkrywczy. Wszak od lat uczę pozytywnego podejścia do codziennego życia. Zainspirował mnie, ponieważ jest takim prostym i spokojnym otwarciem oczu na oczywiste aspekty naszej rzeczywistości.  Na to, czego nie dostrzegamy, zajęci nawykowym narzekaniem. O wiele łatwiej pójść na motywujące szkolenie i na energetycznym haju wykrzykiwać swoją miłość do świata, niż dostrzegać dobro w codziennych drobiazgach. Prawdziwa sztuka nie polega na tym, by okłamywać samego siebie i udawać, że żyjemy w raju, otoczeni przez idealnych ludzi, lecz na tym, by zauważając trudne sytuacje, nie załamywać się, nie uciekać od nich, ale wierzyć, że się uda. By doceniać proste akty dobroci i mądrości. Polega także na tym, by spotykając problematyczne osoby umieć powiedzieć sobie: „widać inaczej nie umie” i zwrócić się ku tym, którzy traktują nas z miłością.

Dobra jest wokół nas o wiele więcej niż zła. Nie dostrzegamy go, bo to raczej zło jest przez media notorycznie podkreślane. Rzadko mówi się o kimś, kto zrobił coś dobrego, natomiast z pasją snujemy opowieści o pobitych dzieciach, katowanych psach, oszustwach, kradzieżach. Sami dobrowolnie nakręcamy się negatywną stroną naszego życia. Nie byłoby w tym tragedii, gdybyśmy równoważyli te opowieści pozytywnymi historiami, których w istocie wcale nie brakuje. Nie tak dawno mój mąż uratował tonącego chłopczyka. Moja znajoma zasponsorowała chorą na raka koleżankę. Pani z sąsiedztwa przygarnęła chorego, bezdomnego kota, ratując mu życie. Kolejna klientka napisała do mnie z podziękowaniem za udzieloną pomoc i poprawę jakości życia. Proste, spontaniczne rzeczy niewarte rozgłosu. Ale warte odnotowania w naszym wewnętrznym umysłowym komputerze, by pamiętać, że bycie tu i teraz nie składa się  tylko ze złych zachowań. Tymczasem my patrzymy tylko w jedną stronę i mówimy: „świat jest coraz gorszy…” Nie jest. To tylko my zmieniamy optykę sterowani mediami.

Czasem tak jest po prostu wygodniej. Kiedy skupiamy się na negatywnej stronie rzeczywistości, możemy wytłumaczyć się z każdego niecnego postępku, każdego tchórzostwa i niewdzięczności.  Z każdego lenistwa i nawet z chciwości. Można po prostu zasłonić się nią jak tarczą i powiedzieć: ja się tylko bronię, bo muszę.

Mam znajomą, która razem ze mną kończyła studia psychologiczne. Wyjechała za granicę i robi tam to samo, co ja tutaj. Sam wyjazd za granicę nie jest niczym niewłaściwym. Mnóstwo ludzi szuka szczęścia i spełnienia w różnych miejscach na Ziemi. Jednak moja znajoma wyjechała głównie po to, aby zarabiać więcej, więcej i więcej… bo pieniądze zawsze były dla niej najważniejsze. Nie przyznaje się do tego, lecz zasłania negatywną oceną swojego kraju, w którym przecież można być szczęśliwym, jeśli tylko się chce. Myślę, że jest właśnie taką osobą, która woli narzekać i uciekać niż uwierzyć w dobro. Z przykrością zauważam, że nawet ktoś, kto uczy „pozytywnego myślenia” zakreśli granicę swoich nauk tam, gdzie mu pasuje.

Znajoma ta twierdzi, że nie mogła w Polsce znaleźć dla siebie pracy. A ja mogłam? Mogłam. Różnica świadomości między nami polega na tym, że ja wiem, wierzę i od lat powtarzam, że to, czym się zajmuję, mogę robić wszędzie, a więc także w ojczyźnie.

Mój mąż jest tego samego zdania. Żyjemy tu i zarabiamy, robiąc to, co umiemy, najlepiej jak potrafimy. Dostrzegamy dobro i piękno tego miejsca nawet wtedy, kiedy mamy trudności. Czy jesteśmy bardzo bogaci? Zdecydowanie nie, ale to nie jest dla nas najważniejsze i nigdy nie było.

Pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, ktoś proponował mojemu mężowi wyjazd za granicę, aby zarobił w euro, czyli trzy razy więcej niż zarabia tutaj. Spojrzeliśmy wtedy na siebie, a mąż mnie po prostu zapytał: chcesz? Pojadę i zarobię. Nie chciałam. Nie chciałam zostać sama, budzić się w pustym łóżku. Żadne pieniądze nie zastąpią mi ciepłych ramion mojego mężczyzny. Moim priorytetem jest miłość i bliskość – tak, do tego śmiało mogę się przyznać. Wolę żyć skromniej, mieć mniej, a móc rano przytulić się do ukochanego.

Czuję się spełniona, kocham to, co robię i nie narzekam na swoje życie. Nie widzę potrzeby krytykowania miejsca, w którym jestem, ponieważ wiem, że to ja swoimi myślami kształtuję to, co mnie spotyka. Jeśli ktoś ustawicznie narzeka, to gdziekolwiek pojedzie, będzie przyciągał trudności. To nie miejsce decyduje o naszym szczęściu, lecz nasze myśli. Wszędzie można kreować dostatek, szczęście, realizację pasji, samospełnienie, odwzajemnioną miłość.

Mam wszystko, czego pragnę i nie mam potrzeby, by gromadzić więcej dóbr materialnych. Wiem doskonale, że umierając, nie zabiorę ze sobą tych wszystkich mieszkań, samochodów, ubrań czy biżuterii. Wezmę na drugą stronę jedynie uczucia, które przeżywam. Miłość do bliskich, dobre słowa zapisane w sercach innych ludzi, wdzięczność, radość, pasje. Wybierając miłość zamiast pieniędzy, pozostaję w harmonii ze swoim sercem i duszą.

Oczywiście wiem i rozumiem, że moja znajoma nie umie spojrzeć tak, jak ja. Wychowana w ubogiej rodzinie, inaczej patrzy na świat. Z cała pewnością mogła tu spełniać swoje marzenia i budować swoje szczęście. Wystarczyłoby, aby zaczęła dostrzegać dobro wokół siebie – wspaniałe okazje, pięknych ludzi, cudowne możliwości. To wszystko, czego nie chcemy zauważyć, kiedy uciekamy w inne miejsce. Zmiana optyki sprawiłaby, że i tutaj odnalazłaby spełnienie. Jednak tu było jej źle, bo miała za mało dóbr materialnych. Oczywiście to jej wybór. Spełnia swoją rolę tu na Ziemi tak, jak potrafi.

Piszę o tym, abyśmy nie powielali takiego zachowania. Nie warto. Ucieczka do innego miasta czy kraju nie pozostawi za nami naszych smutnych myśli i negatywnych wzorców. Dokądkolwiek pójdziemy, zabierzemy je ze sobą. Spróbujmy nauczyć się dostrzegać dobro, bodaj najmniejsze tam, gdzie akurat jesteśmy. Spróbujmy zaufać i uwierzyć, że w nas są wszystkie możliwości budowania tego „arcyczłowieczeństwa”, dla którego zeszliśmy na Ziemię i zmagamy się z materią.

Pamiętajmy poza tym, że nie rozwijamy się duchowo, kiedy chcemy za wszelką cenę mieć jak najwięcej, ponieważ pogoń za pieniądzem zawsze wrzuci nas w ślepą uliczkę materializmu gdzieś bardzo daleko od właściwej ścieżki.

To najczęściej spotykana w prospericie pułapka: szybkie ominięcie złotego środka, aby wreszcie dopaść upragnionego bogactwa. Jest to szczególnie trudne dla tych, którzy przez wiele lat żyli w biedzie, przekonani o tym, że pieniądz jest zły i służy tylko nieuczciwym potentatom. Kiedy po wielu kursach i przeczytaniu setek pozytywnych książek uwierzą nareszcie, że mają prawo żyć w dostatku, rzucają się na oślep, aby nadrobić stracony czas. Mijają granice zdrowego rozsądku i biegną, aby mieć więcej i więcej… Zasłaniają się pozytywnymi poradnikami i Prawem Przyciągania, w których napisano: możesz być milionerem, masz prawo mieć nieskończoną ilość pieniędzy… Tak. Masz prawo, tylko po co?

Posiadanie dużo więcej niż naprawdę potrzebujemy, może stać się pułapką, w której zapominamy o tym, co najważniejsze i stajemy się częścią wielkiej bezdusznej maszyny… Z adepta duchowej ścieżki zamieniamy się w szczura, który goni własny ogon.

Pilnujmy swoich myśli i szukajmy wokół siebie codziennych cudów dobroci, radości i szczęścia. Szukajmy dla siebie wspaniałych możliwości realizacji tu, gdzie jesteśmy. Nie dajmy sobie za mocno zasłonić oczu pieniędzmi, albowiem wszystkie materialne rzeczy mamy tu na Ziemi wyłącznie w dzierżawie. Zauważajmy dobro i uczyńmy je swoim priorytetem. Raj jest tam, gdzie my jesteśmy, jeśli tylko umiemy go dostrzec.

Bogusława M. Andrzejewska

Myślenie Kwantowe

W psychologii sukcesu pojawiają się różne ścieżki i metody. Jedną z nich jest myślenie kwantowe, które w znaczący sposób wychodzi poza klasyczny życiowy optymizm. Różni się przede wszystkim wiarą w niespodziankę, opartą na tzw. „skoku kwantowym”. Zazwyczaj planujemy dokładnie nasze osiągnięcia lub dochody. Oceniamy realnie, że w tym roku, czy tez w tym miesiącu jesteśmy w stanie zarobić konkretna kwotę. Stawiamy pewną określoną barierę, poza którą nie wyjdziemy, bo inaczej byłby to „cud”. A cuda przecież się nie zdarzają.

Esencją fizyki kwantowej jest idea polegająca na tym, że zdarzenia wcale nie odbywają się w sposób sekwencyjny i dokładnie przewidywalny.  Mikro-cząstki dysponujące określoną energią są w stanie pokonywać bariery, których pokonanie wg zasad fizyki Newtona byłoby absolutnie niemożliwe.  W sposób niewytłumaczalny mogą następować skoki energii pojawiającej się z niewiadomego źródła. Reasumując: wszystko jest możliwe i każdy cud jest dopuszczalny.

Na poziomie psychologicznym myślenie kwantowe zakłada osiąganie niezwykłych sukcesów, jeśli tylko pokonamy ślepą wiarę w owe realne planowane bariery. Niezbędne jest by wyobrazić sobie coś niesamowitego. Jeśli zatem planujemy jakieś osiągnięcie, nie powinniśmy się ograniczać. Jeśli chcę mieć wspaniały samochód, to nie wybieram przechodzonych modeli, bo „tylko na taki będę mogła sobie pozwolić”, lecz odnajduję ten, który zawsze najbardziej mi się podobał. Nie przeliczam pragnienia na swoje realne zarobki, bo skok kwantowy dopuszcza np. nowy kontrakt lub wręcz wygraną na loterii. Myślę, że fakt, iż tak rzadko wygrywamy, jest związany z tym, że w gruncie rzeczy wcale w to nie wierzymy. Gdzieś tam głęboko dokonujemy rachunku prawdopodobieństwa, z którego wychodzi, że to niemożliwe. W myśleniu kwantowym nie ma rzeczy niemożliwych.

Trzeba również przezwyciężyć strach przed zmianą, przed nieoczekiwanym, bo taki sukces to niemała niespodzianka. Nie zawsze jesteśmy na to gotowi. Mówimy sobie:  „jak już wygram…” „jak spotkam tego jedynego…”, ale kiedy ten moment przychodzi, jesteśmy przerażeni, bo nie wiemy, jak sobie poradzić z ogromem dostępnej energii. Podświadomie ten strach nosimy w sobie, bo każdy skok kwantowy wyrywa nas ze strefy komfortu. Dlatego też boimy się działania, boimy się ryzyka, wolimy w istocie, kiedy wszystko jest „po staremu”.

Kolejnym warunkiem pozytywnych efektów kwantowego myślenia jest umiejętność zachowania w sobie swobody i cieszenia się życiem, bez ciągłego sprawdzania efektów. Niecierpliwość powoduje w nas napięcie. Można porównać tą sytuację z posadzeniem kwiatka w doniczce. Kto codziennie rozgrzebuje ziemię, by sprawdzić, czy nasionko wykiełkowało? Zazwyczaj czekamy spokojnie, aż urośnie i zakwitnie. Podobnie powinno być z naszym myśleniem. Po prostu niech się dzieje…

Oczywiście myślenie kwantowe wymaga aktywności. Nie wystarczy leżenie na tapczanie i wyobrażanie sobie niewiarygodnych sukcesów. Należy odważnie stawiać czoła wyzwaniom, dostrzegając w nich okazje i możliwości. Nie zniechęcać się niepowodzeniem, lecz traktować je jak cenne lekcje. Słynny wynalazca Thomas A Edison przyznał się kiedyś, że zanim jego pierwsza żarówka się zaświeciła, wykonał około 1000 nieudanych prób. Pomyślmy, co by było, gdyby zniechęcił się w połowie eksperymentu.

W myśleniu kwantowym, podobnie jak w każdej innej wersji optymizmu, pomaga ogromnie dobre towarzystwo, czyli takie, które podziela nasza wiarę w to, co niemożliwe. Przebywanie w obecności ludzi pełnych dobrych pomysłów, odważnych i roześmianych, pomaga nam dążyć do spełnienia swoich oczekiwań. Im częściej spotykamy się i spędzamy czas z osobami, które świadomie lub nie wykorzystują skok kwantowy do budowania swojego szczęścia, tym prędzej my się tego od nich nauczymy. Inni ludzie nas inspirują, dlatego warto otaczać się ludźmi sukcesu.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz