Fatalne partnerki

Fatalny partner to jakby rzecz oczywista – pije, bije, znęca się, uprawia hazard i nie interesuje się domem i rodziną. Co nie zmienia faktu, że dla niektórych pań lepszy taki niż żaden. To kwestia środowiska, wychowania i oczywiście poczucia wartości. Czasem wychodzi się z założenia, że lepiej mieć kogokolwiek, niż być samej. Kłaniać będzie się tu lekcja asertywności i oczywiście samooceny. Aczkolwiek uważam, że to coraz rzadsze przypadki i kobiety uczą się coraz bardziej kochać i szanować siebie.

A fatalne partnerki? O tym zwykle się nie mówi, jakby oczywistością było, że to kobiety są te dobre i czasem krzywdzone, a paskudny może być tylko partner. Otóż nie. Czasem spotykam w swojej praktyce panie, które zupełnie nie dojrzały do jakiejkolwiek relacji. Nie mam zamiaru nikogo oceniać czy krytykować – jak zwykle pokazuję tylko zjawisko i być może uzupełniam pewną lukę w wiedzy. Ponieważ fatalne partnerki istnieją.

Pokazuje je nawet astrologia. Jeśli ktoś troszkę interesuje się tą dziedziną – Czarny Księżyc w horoskopie mężczyzny to właśnie taka kobieta. W zależności od położenia w urodzeniowej mandali: może być zupełnie niegroźna. Właściciel horoskopu może jej nigdy nie spotkać. Ale bywa i tak, że jest niejako wpisana w przeznaczenie i przyciągać go będzie jak magnes. Szczególnie wtedy, kiedy tworzy aspekty z Wenus lub Księżycem albo usadowi się w siódmym domu.

Takim typem może być opisana już przeze mnie Kobieta Utopiec. Ale może też być zupełnie inną osobą, z całkiem odmiennymi problemami. Bo to problemy osobowości czynią człowieka kimś niezdatnym do normalnej relacji. Nikt z nas nie jest ideałem. Mamy rozmaite cechy, w tym oczywiście cały zestaw tych niekorzystnych też. Z niektórymi ludźmi nam nie po drodze i nigdy nie znajdziemy z nimi wspólnego języka. Z innymi będziemy ciągle w konflikcie. Ale znajdą się i tacy, z którymi zawsze się dogadamy i połączy nas silna więź sympatii. Bo każdy człowiek ma w sobie mnóstwo dobra i miłości. Jeśli trafi na odpowiednią osobę, to manifestuje na zewnątrz wszystkie najpiękniejsze jakości.

Fatalne kobiety nie tworzą z nikim dobrych relacji. Są wyrachowane i skupione na sobie. To przede wszystkim manipulantki. To istoty, które nie umieją pokochać samych siebie, a więc nie umieją też obdarzyć innych uczuciem. Jeśli tworzą związek to dla określonych wymiernych celów. Na przykład dla pieniędzy. Wybierają zamożnych partnerów i stawiają im wygórowane żądania. Umieją tak rozegrać sytuację, że uzależniają mężczyznę od siebie i żerują na nim jak larwy. To uzależnienie jest tu elementem kluczowym, ponieważ każdy pan może czasem trafić na chciwą panią, jednak może też szybko to zauważyć i zostawić ją samej sobie. Fatalna partnerka zarzuca na mężczyznę „magiczną” sieć wpływu, spod którego człowiek nie umie się wyzwolić, pomimo że widzi wyraźnie, jak niszczący jest taki związek.

Bardzo ciekawie opisuje to Mika Waltari w swojej książce „Egipcjanin Sinuhe”. Tytułowy bohater pada ofiarą kapłanki Bogini Bastet o pięknym imieniu Nefernefernefer. Uzależniony od jej uroku pozbywa się na jej rzecz wszystkiego, co posiada. Oddaje jej nawet majątek swoich rodziców i sam w efekcie ląduje na ulicy, czy nawet w przydrożnym rowie. Jakkolwiek absurdalnie brzmi ta opowieść, z zaskoczeniem obserwuję podobne przypadki w czasach współczesnych.

Zbliżonym przykładem – chociaż nie tak malowniczym jak w czasach starożytnego Egiptu – będą tak zwane „alimenciary”. Panie, które idą z mężczyzną do łóżka wyłącznie w celu prokreacji, aby następnie wykorzystując prawa dziecka doić mężczyznę finansowo. Z reguły żyją z alimentów. Osobiście znam taką panią, która posiada czworo dzieci, każde z innego ojca i nie skalała się nigdy pracą, ponieważ alimenty i zasiłki (obecnie też 500+) wystarczają jej na całkiem przyzwoite życie. Co charakterystyczne – pani ta nigdy nie była mężatką, nigdy nie założyła rodziny. Po prostu sypiała z mężczyznami i „robiła sobie” dzieci, aby móc utrzymywać się z alimentów. W naszym kraju to prosty sposób na dostatnie życie bez jakiegokolwiek wykształcenia.

Koniecznie chcę podkreślić, że temat nie dotyczy po prostu osób, które po rozwodzie pobierają alimenty na dzieci. Nie ma niczego niewłaściwego w rozwodzie i konieczności utrzymania wspólnego dziecka. Rzecz nie w alimentach, ale w podejściu do życia. „Alimenciara” to ktoś, kto żeruje na innych, kto nie umie kochać, kto nie ma w sobie współczucia czy zrozumienia i po czubki włosów wypełniony jest egoizmem. To ktoś, dla kogo dziecko jest tylko narzędziem służącym do zdobycia pieniędzy – także od hojnego w tym zakresie państwa.

Fatalna kobieta nie musi być oczywiście „alimenciarą”. Może być żoną lub kochanką, która na wszelkie sposoby niszczy mężczyznę. Najczęściej robi to trochę podświadomie, kierując się chciwością lub niskim poczuciem wartości. Jak wspominałam wielokrotnie – niska samoocena jest bardzo groźna. Człowiek owładnięty kompleksami potrafi nawet zabić, byle tylko siebie dowartościować. Nawet jeśli fizycznie nie popełnia mordu to i tak zmierza do celu „po trupach”.

Po czym ją rozpoznać? Po szantażowaniu – zdrowiem, dzieckiem, jakimś zdobytym sekretem. Bardzo często to kochanka, która grozi ujawnieniem wiarołomstwa prawowitej żonie. Zdrowa psychicznie i dojrzała emocjonalnie kobieta nie tworzy związku z żonatym mężczyzną. Może pozwolić sobie na przygodę i niezobowiązujący seks, ale nie będzie próbowała budować swojej satysfakcji na cierpieniu drugiej osoby. Dojrzały człowiek nie krzywdzi innego i nie rozpatruje swoich decyzji w kategoriach: „chcę tego i już, należy mi się, niech tamta mi go odda”. To bardzo niskie. Pisałam już o tym, że kiedy miłość wygaśnie i zakochamy się w kimś innym, mamy prawo zakończyć jeden związek i stworzyć inny. Fatalna kobieta to ktoś, kto w tajemnicy uprawia seks z żonatym mężczyzną, nie czekając aż ten zakończy poprzedni związek. Nie usprawiedliwiam tu mężczyzn, chociaż wiem, jak bardzo są poligamiczni z natury. Pokazuję jedynie, że bywają takie kobiety, które są o wiele bardziej okrutne i wyrachowane.

Fatalną kobietę można też rozpoznać po manipulacji i wykorzystywaniu na wszelkie możliwe sposoby. Cechą charakterystyczną tego zaburzenia jest skupienie wyłącznie na sobie i podporządkowanie wszystkiego tylko swoim potrzebom. Miłe i uwodzicielskie zachowania pojawiają się wyłącznie na początku znajomości. Kiedy partner jest już zakochany, wówczas zaczynają się żądania i szantaże. Problem widać wtedy, kiedy nie sposób uwolnić się od tej toksycznej znajomości, bo jest na przykład wspólne dziecko. Mężczyzna uwikłany w taką paskudną relację martwiąc się o dobro dziecka pozwala sobą manipulować.

Oczywiście temat zwykle jest karmiczny. Jeśli taka osoba staje na drodze mężczyzny, z reguły spłaca on jakiś karmiczny dług z przeszłości, w której wykorzystał, zaniedbał i porzucił kogoś zależnego od niego. Wymaga to skomplikowanej terapii, włącznie z energetycznym oczyszczaniem linii rodowych. W praktyce pomaga często inna kobieta, na przykład żona, która cierpliwie wspiera partnera w uwolnieniu od toksycznej kochanki. Brzmi absurdalnie? Ktoś kto naprawdę kocha, potrafi wiele i jest zdecydowanie skuteczny, chociaż taka rola z całą pewnością jest ogromnie trudna. A życie jak zwykle pisze takie scenariusze, jakich sami nie umiemy sobie wyobrazić.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Sens związku

Dla niektórych z nas najważniejszą rzeczą na świecie jest miłość. Ta cudowna romantyczna miłość, która unosi nas w poetyckie przestworza i spełnia dziewczęce marzenia o księciu i księżniczce, którzy rozkochani w sobie z nieprzerwanym zachwytem patrzą sobie w oczy. Nieuchronnie przeżyją rozczarowanie, kiedy  dopadnie ich ziemska rzeczywistość, konieczność jedzenia, wnoszenia opłat za czynsz i zmywania naczyń. Ból upadku może być wprost proporcjonalny do głębi marzeń.

Są też osoby bardziej pragmatyczne, stąpające mocno nogami po gruncie. Widzą i wiedzą, że najważniejsza na świecie jest tradycyjna rodzina. Łączą się w pary po pierwsze po to, by wyprawić ogromne, huczne wesele, na którym wszystkie przyjaciółki pękną z zazdrości. Po drugie po to, by urodzić dzieci. Po trzecie, by wspólnymi siłami wybudować dom większy niż domy wszystkich sąsiadów w okolicy. Trudno dokonać tego wszystkiego z jednej pensji, więc związek wydaje się niezbędną częścią egzystencji.

A wreszcie są tacy ludzie, dla których związek jest sposobem na radosne, spełnione bycie. W ich pojęciu życie jest stworzone na dwoje i lepiej, lżej żyć w parze. Jest wtedy koło nas ktoś, z kim można dzielić się każdą radością. Kogo można obdarzać ciepłem, czułością, miłością. A czasem można też wypłakać się na jego ramieniu. Tak po prostu żyć, dzieląc się chwilą i ciesząc bliskością.

To tylko przykłady. Każdy z nas ma swoją wizję związku i swoje własne oczekiwania. Z punktu widzenia kobiety stereotypowym marzeniem jest spijanie sobie z dzióbków i wieczna miłość aż po grób. Z upływem czasu zamienia się w pragnienie przyzwoitej emerytury i świętego spokoju. U panów ewolucja marzeń przebiega nieco podobnie, lecz punktem wyjścia jest codzienne ćwiczenie Kamasutry. Najczęściej w różnych porach dnia. Z czasem zamienia się to w oczekiwanie dobrego jedzenie i święty spokój.

Chwała tym, którzy wychodząc poza stereotypy odnajdują w związku przyjaźń i bliskość. Dla których nie jest ważne „co robimy”, byle razem. Tacy ludzie mogą z czasem powiedzieć o swoim szczęśliwym pożyciu. Bo związki mogą być naprawdę dobre. To kwestia dopasowania wzajemnie swoich oczekiwań, to równowaga pomiędzy dawaniem i braniem, a wreszcie odnalezienie przyjemności w bliskości. Proste. I do zrobienia.

Moim zdaniem najtrudniej jest po prostu zobaczyć w swoim związku sens i dobro. Czasem jesteśmy zmęczeni i mamy zwyczajnie dosyć wysiłku. Kiedy po latach pojawia się znowu jakiś problem, mamy ochotę wszystko rzucić i zacząć od nowa w innym miejscu. Jakoś tak… wydaje się, że w nowym miejscu z nową osobą można jakoś lepiej, inaczej, z czystą kartą, a więc świeżutko, przyjemnie, słodko i pachnąco. Chyba każda z nas i każdy z nas tego doświadczył przynajmniej raz.

Opierając się na własnym przykładzie, wiem, ile pracy trzeba włożyć w to, aby po 30 latach nadal patrzeć na siebie z miłością. To nie przychodzi samo, nie spada z nieba, kiedy stoimy z wyciągnięta w oczekiwaniu dłonią. To coś, co tworzymy cierpliwie, rzeźbiąc swoje życie dzień po dniu. Warto zaufać sobie i swojej mocy, swojej umiejętności uzdrawiania własnego życia.

Nie tak dawno mój kochany mąż zrobił mi bezmyślnie dużą przykrość. Rozżalona powiedziałam sobie: „dość, coś trzeba z tym zrobić”. A potem weszłam w Kroniki Akaszy, by dopytać, co z tego dla mnie wynika. I pierwsze, co usłyszałam: „Twój związek jest bardzo dobry. Doceń jego piękno”. To jakby oczywiste. W wielu związkach pojawiają się przelotne problemy czy kłótnie. Wcale nie przekreślają uczuć czy wartości związku. Rzecz w tym, że czasem każdy z nas chce to usłyszeć z wysokowibracyjnego poziomu. Ja usłyszałam i to potwierdzenie z Najwyższego Źródła bardzo mi pomogło spojrzeć inaczej na całe moje życie. Dostrzegłam sens swojej pracy i wieloletniego wysiłku zmierzającego do poukładania szczęśliwie swoich uczuć.

Jestem szczęśliwa w związku. Nie dlatego, że w ogóle jestem szczęśliwa i potrafię się cieszyć każdym zielonym listkiem na drzewie. Czuję się szczęśliwa, bo czuję się kochana. Bo nasza bliskość jest miła nam obojgu. Bo mogę kochać i moje uczucie jest przyjmowane z radością i błyskiem w oku. Bo ciągle jest między nami mnóstwo ciepła i czułości. Odnaleźliśmy swój sens bycia razem dość dawno temu, pomimo że wcale nie spijamy sobie z dzióbków. Kłócimy się i godzimy. Martwimy i cieszymy. Wkurzamy nawzajem i rozkochujemy w sobie na nowo. Ot, cała dynamika życia.

Jednak zmierzam do tego, by podzielić się czymś, co usłyszałam w swoich Kronikach. Moi Mistrzowie pokazali mi, dlaczego mój związek jest dobry i cenny dla mnie. Pokazali mi, jak rzetelnym lustrem jest dla mnie mój mąż. Bo jego fascynującą jakością jest rzeczywiście stuprocentowe odzwierciedlanie wszystkich moich wzorców. To się w naszym małżeństwie dzieje książkowo. Cokolwiek pomyślę, mój mąż natychmiast to przejawia w sposób bezpośredni, nie pozostawiający cienia wątpliwości. Gdzie mogłabym znaleźć lepszego przewodnika na ścieżce rozwoju wewnętrznego?

Z poziomu duchowego najważniejszym celem każdego związku jest rozwój. Nauka samego siebie. Łączymy się w pary, by przeglądać się wzajemnie w swoich oczach i dostrzegać to, czego na co dzień nie umiemy zobaczyć. Bliskość i przekroczenie intymnych granic pozwala partnerowi (partnerce) z ogromna wnikliwością wyłapać wszystko, co wyparliśmy i schowaliśmy w najciemniejszym zakamarku podświadomości. Partner to latarnia, która rozświetla nasz cień i pozwala nam się z nim świadomie zmierzyć. Dzieci, domy, mieszkania… to rzecz dodatkowa i niekonieczna.

Docenianie związku można zacząć od zauważania tego, na ile partner nas wzmacnia, buduje, uzdrawia, pokazując to, co mamy do zrobienia. To mogą być rozmaite lęki i wątpliwości, drobne i większe spory, problemy rodzinne, trudne decyzje. Warto zobaczyć, co odkrywamy, będąc blisko tego człowieka, które jakości rozwijamy w sobie najmocniej. W tym wszystkim najpiękniejszą nauką może być właśnie kochanie. Bywa tak, że dopiero prawdziwie kochający partner uczy nas zauważania swojego piękna i doskonałości. Bywa i tak, że czuła i wrażliwa partnerka pomaga otworzyć serce na uczucie.

Lekcje bywają rozmaite, ponieważ związek w swojej dynamice dotyka codzienności, a ta utkana jest niemal ze wszystkich dostępnych doświadczeń. To właśnie w codzienności sprawdzamy siebie i rozwijamy najmocniej. Nie wybieramy wydarzeń, bo nie mamy takiej możliwości, lecz przyjmujemy to wszystko, co zaserwuje nam wszechświat. A nasze wewnętrzne wzrastanie bazuje na tym, jak reagujemy na to wszystko, co życie przynosi nam w darze. Szczególnie – jak reagujemy na to, co nie spełnia naszych oczekiwań.

W dojrzałym związku zmagamy się z trudnościami wspólnie. Nie szukamy winnych, nie obrzucamy obelgami, lecz razem wymyślamy rozwiązanie sytuacji. Jest w tym też i pewna magia, bo kiedy działamy wspólnie, to łącząc swoją energię, wzmacniamy i przyspieszamy osiągnięcie celu. Dlatego też starzy ludzie, bogaci doświadczeniem powtarzają: „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Łączenie mocy zwielokrotnia efekt.

Czasem parter (partnerka) nie wspiera, lecz staje w opozycji, ucząc nas w ten sposób wiary w siebie, samodzielności i odwagi. Bywa, że zamiast stanąć murem przy nas – kontruje i krytykuje. To lekcja poczucia własnej wartości, przyjrzenia się sobie poprzez pryzmat negatywnej oceny, która zawsze znajdzie odbicie w naszym wnętrzu. To właśnie partner wykrzyczy nam to, czego nie powie żadna inna osoba, żaden przyjaciel. Bo to partner jest najbardziej wnikliwym lustrem i największym szlifierzem naszego wewnętrznego diamentu.

Unikam tu słowa „nauczyciel”, ponieważ zwykle nie kojarzy się ono najlepiej. Bywają związki, w których nauka polega na przykład na tym, że mąż znęca się nad żoną. Uczy ją oczywiście pokochania siebie. Ale uczy ją też wiary w siebie, w swoją wewnętrzną moc, w samodzielność. Uczy ją asertywności i odwagi, by odejść od toksycznego partnera i znaleźć szczęście gdzie indziej. Dziś piszę o docenianiu tego, co jest, ale to nie oznacza, że zawsze tak właśnie należy działać. Czasem utkniemy w trującym związku i wtedy szkoda każdej godziny spędzonej na iluzji ratowania czegoś, co nie istnieje. Albo co jest dla nas zabójcze. Czasem trzeba uciekać jak najdalej. Każdy przypadek jest inny.

A czasem po prostu w całkiem przyzwoitym związku miłość wygasa i najlepsze, co można zrobić, to z kulturą podziękować sobie za wszystkie dobre chwile i odejść. Warto pamiętać, że sensem i celem związku jest nauka i rozwój. Kiedy lekcje zostaną odrobione, dusza chce iść dalej. W naszej realności przejawia się to właśnie odkochaniem i potrzebą odejścia, poszukania dla siebie innego miejsca. Czasem bywa to też odejście do kogoś innego. To nie zdrada, nie świństwo, tylko potrzeba nauki u innego nauczyciela. Nie warto próbować zatrzymywać tej osoby za wszelką cenę. Nic na siłę. Zrobienie przestrzeni w swoim życiu, przyniesie do niego Dobro i Miłość. Czasem trzeba po prostu zaufać harmonii wszechświata.

Bogusława M. Andrzejewska

Kochając Zołzę

Dwie kobiety siedzą przy kawie i rozmawiają. Jedna z nich zadaje refleksyjne pytanie:

– Ciekawa jestem, co można zrobić, żeby mężczyzna był naprawdę szczęśliwy?

Druga bez wahania odpowiada:

– A kogo to obchodzi?

Uwielbiam ten żart, przyznaję, zupełnie bez złośliwości. Dbam o swojego męża i widzę po nim, że jest szczęśliwy. Jednak doceniam humor kobiety niezależnej, która rozumie, że jej celem tu na Ziemi nie jest uszczęśliwianie kogokolwiek innego poza sobą samą. My same powinnyśmy być dla siebie na pierwszym miejscu. Tymczasem biologia skłania nas do zajmowania się wszystkimi dookoła z takim przejęciem, że na szczyptę zadbania o siebie często brakuje czasu.

To nie jest artykuł feministyczny. Dla mężczyzn równie ważne jest, aby dbali o siebie i własne szczęście. Oni także są tu na Ziemi po to, by rozwijać w sobie miłość i radość, a w tym miłość do samych siebie. I równie często mają z tym problem. Jednak w przeciwieństwie do kobiet nie mają w sobie pędu, by zadowalać wszystkich dookoła. W pewien sposób jest im łatwiej znaleźć czas dla siebie i postawić swoje sprawy na pierwszym miejscu.

Większość z nas zna doskonałą książkę Sherry Argov „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?”. Nie muszę zatem wyjaśniać, że „zołza” to nie wredna baba, która złośliwie dokucza partnerowi, tylko kobieta silna i niezależna. Taka, która ma wysokie poczucie własnej wartości i umie być asertywna, która rozwija swoje pasje i czuje się spełniona, która nie jest bluszczem owijającym się emocjonalnie wokół partnera, lecz samodzielną, atrakcyjną osobą. To świetnie się sprawdza w związkach. Stąd zaczerpnęłam tytuł artykułu, lecz nie będę pisać o książce, tylko o własnych doświadczeniach.

Wielokrotnie podkreślam, że punktem wyjścia do szczęśliwej relacji jest wysokie poczucie własnej wartości. Dotyczy to obu płci. Bez tego, nigdy nie poczujemy się kochane czy kochani. Po pierwsze dlatego, że to nasza własna miłość i akceptacja dla siebie odbija się jak w lustrze w oczach partnera. Jeśli jej nie ma, to zamiast uczucia dostajemy lekceważenie, niechęć i znudzenie, a czasem nawet pogardę i przemoc. Po drugie tylko człowiek, który kocha sam siebie, potrafi naprawdę kochać drugiego.

W byciu zołzą jest jednak coś więcej niż tylko wysoka samoocena. To kobieta nieco zadziorna i z tak zwanym „pazurkiem”. Dynamiczna, pomysłowa, odważna. Jest atrakcyjna dla partnera przez szczyptę nieprzewidywalności. Mężczyźni lubią zdobywać i chcą być czasem zaskakiwani. Wyzwanie i odrobina adrenaliny potrafi zmysłowo nakręcić związek. Jest jak przysłowiowa sól dla potrawy – dodaje smaku. I ponownie ma to znaczenie dla obojga, ponieważ i kobieta oczekuje od swojego męża zainteresowania i tego charakterystycznego błysku w oku, którym kiedyś ją uwiódł. Dbanie o związek, to te wszystkie drobne czary-mary, które dodają mu świeżości nawet po wielu latach. Zołza ma to w sobie, to część jej natury. Potrafi spontanicznie zorganizować upojny wieczór zakończony w sypialni lub na nowo uwodzić „starego” małżonka w taki sposób, że ten czuje jak ubywa mu lat. Od niechcenia tworzy taką stylizację, że jej partner na nowo chce ją zdobywać. I robi to nie po to, by komuś lub czemuś służyć, lecz dla własnej przyjemności.

Każdy z nas chce mieć grzeczne dziecko. Jednak matki i wychowawczynie rzadko chwalą ugrzecznione pociechy, a często mówią, że najbardziej lubią te niespokojne dzieci, te wszędobylskie i inteligentne, bo zazwyczaj są zdolne i pomysłowe. To przyszli odkrywcy i zdobywcy, przyszli artyści. Podobnie jest w partnerstwie. Często zgłaszają się do mnie panie, których problemem jest to, że zdradzają swojego męża i żyją w wielkim poczuciu winy, bo mąż jest taki dobry i kochany. A czemu zatem zdradzają? Bo jest taki nudny jak flaki z olejem. Wszyscy szukamy pasji, zachwytu, dreszczyku emocji. Szukamy też czułości, okazywania miłości i uwodzenia się wzajemnie, niezależnie od trwania stażu małżeńskiego. Nie można o tym zapominać tylko dlatego, że założyliśmy na palec obrączkę. Dobry związek wymaga starania, ale nie poprzez systematyczne pranie koszul, tylko przez zaskoczenie, stworzenie wyzwania, zmuszenie do działania. Zołza robi to spontanicznie.

Moje własne doświadczenie doskonale to potwierdza. W pierwszych latach po ślubie byłam ofiarną żoną. Usłużnie i grzecznie robiłam to, czego sobie życzył mój mąż, dbałam o dom w pierwszej kolejności, gotowałam to, co lubił, układałam nasz związek pod kątem jego zainteresowań. Byłam „ideałem” i aniołem – tak mówili nasi znajomi. Bardzo mocno weszłam w rolę dawcy. Całkiem runęła harmonia pomiędzy dawaniem i braniem. Źle się to dla nas skończyło, omal nie odeszliśmy od siebie na zawsze. Kiedy daliśmy sobie drugą szansę i zaczęłam od nowa, postawiłam na zrównoważenie i nauczyłam się przyjmowania. Podniosłam poczucie wartości i teraz to ja jestem zołzą. Zauważam to, kiedy bez wahania zwracam mężowi uwagę na niewygodne dla mnie drobiazgi, a on usłużnie usuwa je spod moich nóg. Bo odnajduje sens i satysfakcję w tym, że może coś dla mnie zrobić. Dawanie jest przecież przyjemnością – my kobiety to wiemy, dlatego tak łapczywie zagarniamy je w całości dla siebie. A to błąd. Warto partnerowi pozwolić na dawanie.

Przyznaję się też, że to ja jestem bardziej zaczepna i złośliwa. Czasem aż gryzę się w język, bo kłapię nim szybciej niż uświadomię sobie, jak bardzo kocham mojego mężczyznę. Ale to kłapanie mu dobrze robi, ponieważ nie spoczywa na laurach. Stara się o mnie i zabiega o moje uczucie każdego dnia. Z jednej strony wie, co czuję, jednak z drugiej zdaje sobie sprawę, jak łatwo wszystko stracić, jak łatwo zniszczyć nawet najpiękniejszy związek. Bycie zołzą to utrzymywanie równowagi. Dawanie, ale i domaganie się miłości, szacunku, ciepła, czułości. Domaganie się wzmocnione silnym tupnięciem nogą.

W tym miejscu chcę przypomnieć, że nosimy w sobie wszystkie aspekty. Każda z nas ma w sobie trochę ofiarnej żony, która uwielbia dogadzać i rozpieszczać swojego mężczyznę, podsuwając mu pod nos smakołyki. Każda bywa też rozsądną i wyważoną panią domu, która doskonale wie, gdzie są nieprzekraczalne granice. Nosimy w sobie namiętną kochankę i filuterną, szaloną dziewczynkę, która chce płatać figle. A wreszcie każda z nas jest po trosze zołzą, która głośno domaga się swego i złośliwie ucina wszelkie dyskusje.

Bywa w nas i kapryśna rozwydrzona pannica, która strzela focha przy byle okazji, jest wiecznie niezadowolona i na wszystko narzeka. Tej ostatniej nie polecam dopuszczać do głosu, ponieważ bazując na kompleksach potrafi jedynie działać destrukcyjnie na związek. Pozytywne myślenie wyklucza takie zachowanie, jako niekorzystne.

Niemniej możemy korzystać ze wszystkich pozostałych opcji, ponieważ zależnie od okoliczności, każda znajdzie czas i miejsce dla siebie. Najważniejsza jest równowaga. Kiedy za mocno wejdziemy w rolę ofiarnej żony, znudzimy nie tylko partnera, ale i samą siebie, bo życie nie polega na usługiwaniu innym i życiu odbitym od słońca światłem. Każda z nas może świecić samoistnie, rozwijając swoje pasje, spotykając się z przyjaciółmi i ciesząc każdą chwilą życia. Szczęśliwa spełniona kobieta jest wyjątkowo atrakcyjna, a dla każdej z nas to istotne. Nawet wtedy, kiedy jesteśmy singlami. My kobiety chcemy się podobać. Tak po prostu.

Nie można też całkiem rezygnować z ciepła i łagodności charakterystycznych dla tego aspektu, bo ofiarna żona to także ciekawa postać. Powinna być jednak równoważona siłą i pomysłowością zołzy lub humorem i nieprzewidywalnością szalonej dziewczynki. Tylko wtedy związek świeci wszystkimi barwami tęczy, kiedy przejawia różnorodne jakości. Coś więcej niż: obiad – kapcie – gazeta. A jest to – powtórzę – ważne nie tylko dla mężczyzny. Bycie zołzą nie jest kreowaniem nowej rozrywki dla „pana i władcy”, lecz odnalezieniem równowagi i tworzeniem prawdziwego partnerstwa, w którym nikt nikim nie rządzi, nikt nikomu nie usługuje. W takim związku wszystko przeplata się w rytm fantazji, radości i miłości.

Bogusława M. Andrzejewska

Kobieta Utopiec

Magda miała przyjaciółkę. Taką od serca. Mogła jej opowiedzieć niemal o wszystkim. Odkąd się poznały w pracy, spędzały razem mnóstwo czasu, bo Alina bywała u niej w domu niemal codziennie. Znała i lubiła męża Magdy oraz jej dwóch synów, była więc kimś w rodzaju przyjaciela domu. Kobiety rozmawiały o najbardziej osobistych sprawach, także o mężczyznach. Alina była samotna. Miała za sobą kilka nieudanych związków i nieślubne dziecko. Często powtarzała, że nie chce więcej się z nikim wiązać, bo nie umie zaufać żadnemu mężczyźnie. Czasem opowiadała Magdzie o swoich przykrych doświadczeniach z kolejnymi partnerami.

Nic dziwnego zatem, że ilekroć  Magda pokłóciła się z Wojtkiem, to właśnie Alina stawała się powierniczką, która cierpliwie wysłuchuje rozżalonych wynurzeń. Na pewnym etapie tej przyjaźni Alina wiedziała niemal wszystko o relacji małżeńskiej koleżanki. Umiała dopytać nawet o tak intymne szczegóły, jak Wojtka preferencje seksualne i inne podobne rzeczy. Przy lampce wina Magdzie rozwiązał się język. Chichotały wspólnie nad męskimi upodobaniami i słabościami.

Związek Magdy nie należał do złych, kłótnie po prostu czasem się zdarzały. Jak wszędzie. Jakież więc było zdziwienie Magdy, kiedy któregoś dnia Wojtek przyznał się, że zdradził żonę z jej najlepszą przyjaciółką. Z Aliną. Konsekwencją tego wydarzenia była decyzja o odejściu od żony i przeprowadzka do Aliny. Magda w tej samej chwili straciła męża i przyjaciółkę, doświadczając podwójnej zdrady. Pogodne życie runęło w jednym krótkim momencie.

 

Oczywiście nie była to żadna prawdziwa przyjaciółka, tylko tzw. Kobieta-Utopiec. W psychologii tym mianem określa się zespół cech osobowościowych, polegający na permanentnym niszczeniu cudzych związków miłosnych, szczególnie tych szczęśliwych i udanych. Jest to swoista zemsta za własne niepowodzenia w tym obszarze życia. Utopce to niedowartościowane seksualnie, nieszczęśliwe istoty, które noszą w sobie traumy z przeszłości i wielki ból wypływający z poczucia bycia gorszymi od innych. Trudne wydarzenia z dzieciństwa i wczesnej młodości, a następnie cały łańcuch następujących po sobie doświadczeń, takich jak zdrada i odrzucenie, powoduje u nich silną zazdrość. Na bazie tej zazdrości rozwija się u nich przemożna potrzeba odwetu i destrukcji.

Ofiarą Utopca padają często całkiem dobre związki. Kobieta taka potrafi długo i cierpliwie pracować, aby zrealizować swój cel – zniszczenie szczęścia innej kobiety. Zaczyna od fałszywej przyjaźni z żoną, aby powoli zbierać najbardziej intymne informacje o mężu. Dąży do poznania ze szczegółami, co lubi i jak lubi pan domu. Siebie przedstawia, jako kogoś tak zniechęconego do mężczyzn, że właściwie – niemal zakonnica, patrzeć na facetów nie chce! Oswaja również i mężczyznę. Kiedy ten przyzwyczaja się do jej stałej obecności, a żona przestaje ich kontrolować, uznając niemal za domownika, wówczas przypuszcza szturm i zdobywa męża koleżanki. Potem pozostaje jej już tylko triumfalna mina zwycięzcy.

Utopce są bezlitosne i bezwzględne. Spotykamy przypadki, w których niszczą one związki własnej siostry czy kogoś równie bliskiego, komu zawdzięczają bardzo wiele dobra. W trakcie oswajania ofiary, zaprzyjaźniają się i doświadczają mnóstwo ciepła oraz wsparcia ze strony kobiety, którą pragną pokonać. Często stają się przyjaciółkami i powierniczkami nastoletnich dzieci takiego małżeństwa. To wszystko nie ma dla nich znaczenia. Będą po trupach dążyć do celu, depcząc najcenniejsze więzi i krzywdząc wszystkich po drodze. Stąd też taka niesamowita nazwa, nawiązująca do legendarnego odrażającego demona, który czyha na bagnach, aby złośliwie zwabić i utopić lekkomyślnego wędrowca.

Najważniejsze dla Utopca jest pokonanie rywalki. Nie ma większego szczęścia w jej smutnym i nędznym życiu, niż ta chwila, kiedy spłakana, pokonana kobieta wystawia walizki męża za drzwi. Ta jedna przejmująco dramatyczna chwila, kiedy szczęśliwej rywalce runął cały świat – jest dla Utopca celem życia. Myliłby się ten, kto sądzi, że potem Utopiec żyje z wyrwanym innej pani mężem długo i szczęśliwie. Liczy się tylko triumf wygranej i ten krótki moment spojrzenia z góry na kobietę, której udało się doszczętnie zniszczyć wszystko. To jest ulotne poczucie bycia tą wybraną i wygraną. Przez tę chwilę Utopiec przeżywa radośnie satysfakcję, bo oto wreszcie okazał się od kogoś lepszy: kochający mąż i ojciec porzucił dla niej, dla Utopca swoją rodzinę.

Zdobyty z takim wysiłkiem mężczyzna zostanie jednak bardzo szybko wyrzucony za drzwi, ponieważ Utopiec nie umie kochać. Nie umie tworzyć związków, jest absolutnie toksyczną partnerką. Niezwykle często zdarza się, że nie umie nawet czerpać radości z seksu. Wiecznie niezadowolona, udaje orgazm, aby dowartościować samą siebie. O mechanizmach udawania rozkoszy piszę tutaj. Psychologiczny obraz takiej kobiety jest dość zbieżny z postacią Utopca, ale to działa tylko w jedną stronę. Większość Utopców nie umie przeżywać przyjemności, ponieważ nie umie także przeżywać bliskości i nie umie kochać – ani siebie, ani innych. Natomiast nie każda kobieta, która udaje orgazm, jest Utopcem. Chcę to wyraźnie podkreślić.

Paradoksem jest też, że taka osoba ma ze swoich licznych nieudanych związków dzieci. Trudno ocenić, na ile potrafi być dobrą matką, jednak nie ulega kwestii, że poprzez własny przykład uczy te dzieci niewłaściwego stosunku do partnera, do związków i rzecz jasna do samego siebie. Utopiec to nie wrażliwa kobieta tylko rodzaj demona, dla którego liczy się jedynie destrukcja. Bardzo szybko szuka kolejnego związku, nadającego się do rozbicia. Chce ponownie całymi miesiącami szykować grunt do tego jednego ataku, w czasie którego na chwilę poczuje się lepsza od reszty świata. Tylko po to żyje. Znane mi z praktyki Utopce mają na koncie po kilka rozbitych małżeństw. A ich dzieci to obserwują, kodując określone schematy zachowań.

Opisałam tu dość obrazowo syndrom pewnej psychologicznej nieprawidłowości. Nie po to, by kogokolwiek oceniać, czy krytykować, a jedynie, abyśmy umieli tę przypadłość rozpoznać wystarczająco wcześnie. Osoba taka wymaga profesjonalnej terapii, o ile zrozumie, jak bardzo toksycznym jest człowiekiem. Dopóki jednak nie podejmie terapii, nie warto jej wpuszczać za próg własnego domu. Szczególnie, jeśli żyjemy w szczęśliwym związku. Jest po prostu niebezpieczna.

Bogusława M. Andrzejewska

Dlaczego się zakochujemy?

Być może zastanawiamy się chwilami, jak to jest, że człowiek niespodziewanie szaleje z miłości, nagle czuje się jak na karuzeli i tak po prostu zakochuje się w kimś. Na pewno wpływ na to ma otaczający nas cud życia, piękno tętniące w każdym kwitnącym krzewie, trele ptaszków, feerie barw… Czasem romantyczny wieczór, cudowna muzyka. A może ciepłe promienie słońca budzą w naszym mózgu odczucia szczęścia i upojenia. Chcemy wzmocnić to upojenie, czy może po prostu wszystko spontanicznie dzieje się samo?

Tyle poezji. Od strony naukowej istnieją teorie, które zakładają, że wybieramy partnera podświadomie. Dlatego też dzieje się tak, że jedna osoba od razu wpada nam w oko, a inna nas w ogóle nie zainteresuje, pomimo że zabiega o nasze względy. Z racjonalnego punktu widzenia bywa nawet tak, że nie zgadzamy się ze swoim stanem zakochania. Często mówimy sami sobie: „dlaczego właśnie w nim musiałam się zakochać? Przecież tamten byłby o wiele lepszym mężem.” Nasz świadomy umysł kieruje się rozsądkiem, matematycznymi obliczeniami, wiedzą społeczną i rzadko kiedy wybrałby sobie toksycznego partnera. A jednak czasami wpadamy w takie niewygodne związki…

Według teorii biologicznej, nasza podświadomość sprawia, że wybieramy partnera, który zwiększałby szansę przetrwania gatunku. Zatem mężczyzna wybiera kobietę, która jest ładna, młoda, ma gładką skórę, lśniące włosy, czerwone usta, różowe policzki i błyszczące oczy. Stąd w kobietach podświadome zamiłowanie do kosmetyków, które maskują przeciętny stan zdrowia. Stąd róże do policzków, szminki, farby do włosów.
Kobieta natomiast będzie szukała mężczyzny, który umie zgromadzić dobra materialne (pożywienie, pieniądze). Wybierze mężczyznę, górującego nad pozostałymi. To gwarantuje jej zabezpieczenie ekonomiczne założonej rodziny.

Ponieważ teoria ta degraduje nas i nasze oczekiwania wyłącznie do instynktu przetrwania, nie zaspokaja wszystkich potrzeb człowieka. Myślę, że dobrze uzupełnia ją tzw. teoria wymiany, która zakłada, że wybieramy partnerów równych sobie.
Jeśli kobieta lub mężczyzna ma pewne braki, wynikające z teorii biologicznej (np. w urodzie, czy w statusie społecznym) – będzie szukać przyszłego partnera z cechami, które zrównoważą te braki. I tak, jeśli kobieta nie czuje się szczególnie piękna, wybierze mężczyznę, który również nie jest najprzystojniejszym przedstawicielem swojego gatunku. Będzie szukać u niego uprzejmości, inteligencji, poczucia humoru – cech, które zrównoważą brak urody.

Kolejna teoria – teoria persony – zakłada, że najchętniej wybieramy osobę, która zwiększa nasze poczucie własnej wartości. Najlepiej czujemy się przy kimś, kto nas docenia, podziwia, chwali. Wówczas mamy w sobie radość i chęć do życia. Taki związek bywa często pozytywny, ponieważ buduje w nas motywację do działania. Myślę, że każdy z nas dobrze się czuje wtedy, kiedy wie, że jest akceptowany i lubiany. Mając takiego partnera u boku, jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi. Bywa więc, że podświadomie szukamy sobie partnera lub partnerki wśród tych, którzy nas chwalą i podziwiają.

Istnieje jeszcze jedna teoria – teoria Imago. Opiera się ona na budowie i funkcjonowaniu mózgu, a w głównej mierze na jego podziale na tzw. „stary mózg”  i „nowy mózg”. Ten pierwszy to warstwa ewolucyjnie najstarsza. Odpowiada za reprodukcję, instynkt samozachowawczy, krążenie krwi, oddychanie, skurcze mięśni w odpowiedzi na bodźce zewnętrzne. Nowy mózg to świadoma część, tam powstaje myślenie, reagowanie, nasze obserwacje, plany, przewidywania, pomysły, porządkowanie informacji, analizowanie różnych sytuacji.
Główne zadanie starego mózgu (naszej nieświadomości) to zapewnienie nam przetrwania. Jest on niemal cały czas w gotowości i „troszczy się” o nasze bezpieczeństwo. Żyje w stałym czasie, pozostaje niejako zawieszony w „teraźniejszości” – nie odróżnia przeszłości i przyszłości, nie tworzy planów, nie analizuje.

Gdy więc wybieramy partnera (zakochujemy się) – w dużej mierze nasz stary mózg odtwarza okres i sytuację z dzieciństwa. Okazuje się, że poszukujemy osoby, której dominujące cechy charakteru są podobne do cech osób, które nas wychowały. To, co spotkało nas w dzieciństwie, jest znane staremu mózgowi, a w związku z tym, że dla niego nie istnieje przeszłość – traktuje nasze dzieciństwo jak matrycę, do której się odwołuje. Stąd też bardzo często podświadomie wybieramy partnera podobnego do ojca lub partnerkę podobną do mamy…
Teoria Imago w dużej mierze tłumaczy, dlaczego spośród wielu ludzi, których spotykamy, wybieramy naprawdę niewielu. Zdawać by się mogło, że mamy bardzo wyrafinowany gust. Nie zakochujemy się przecież w przypadkowych osobach. Wystarczy, że ktoś gestami, sposobem mówienia, intonacją głosu a nawet zapachem przypomina nam beztroski czas dzieciństwa – okres kojarzony podświadomie z bezpieczeństwem – a już odzywają się w nas ciepłe uczucia…

Jak widać nasze rozsądne plany zakochania się we właściwej osobie niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Jak dotąd nikt jeszcze nie połączył zakochania się z rozumem. Nazywamy ten stan szaleństwem, czujemy się bezradni wobec amoku, który spada nam na głowę i zakłada na nos różowe okulary.  Choćbyśmy skończyli specjalne kursy wyboru partnera/partnerki i tak nasza podświadomość skieruje nas w inną stronę. Dlatego też często mówi się, że „serce nie sługa, bo chodzi własnymi drogami”… Co nie zmienia faktu, że bycie zakochanym, to bycie szczęśliwym człowiekiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Duchowo o związku

Osoby, które pracują nad sobą i rozwijają się, umieją także stworzyć zdrowy związek. Punktem wyjścia jest, jak wiemy, wysokie poczucie własnej wartości. Ale nie tylko. Piękny dojrzały związek powstaje wtedy, kiedy oboje widzą w nim coś dla siebie ważnego. Tworzą wspólną przestrzeń, w której nie ma „ty” i „ja”, lecz jest „my”. Przy takim podejściu szukamy tego, co dobre dla nas, a nie dla jednej lub drugiej strony.

Często mówi się o sztuce kompromisu. Ale to nie jest to samo. Kompromis zakłada pewne ustępstwo i spotkanie wpół drogi. Szukanie wspólnego kierunku z założenia jest czymś innym. Nie wchodzimy wówczas w role poświęcającej się dla dobra partnera ofiary, nie czujemy, że z czegoś rezygnujemy. Szukamy miejsca dla nas, wspólnego, w którym oboje będziemy czuć się dobrze. Przyjmujemy, że nasz związek jest najważniejszy i staramy się robić wszystko dla dobra związku – nie dla siebie i nie dla partnera w oderwaniu od zespołu, jaki stanowimy.

Charakterystyczna cechą takiego układu jest wspólne podejmowanie decyzji. Siadamy razem i rozważamy różne możliwości, nie bacząc na to, że dotyczą tylko jednej osoby, np. pracy Ewy. Adam powinien móc wyrazić swoje zdanie, a jeśli jest dobrym partnerem, będzie kierował się tym, co ważne dla dobra Ewy. Ostatecznie, to ona zdecyduje, lecz przychyli bacznie ucha do tego, co Adam jej podpowiada. Czasem ktoś z zewnątrz widzi szczegóły, których my nie dostrzegamy. A któż może być lepszym przyjacielem i bardziej wnikliwym obserwatorem naszych słabości, jeśli nie partner?

W pięknym duchowym związku pamiętamy o uzdrawiającej sile miłości. Jeśli pojawia się problem, to nie pozwalamy, by nakręcił wewnątrz nas emocjonalne szaleństwo, uderzające w partnera, lecz właśnie do niego zwracamy się o wsparcie. Może być całkiem milczące. Chwila wtulenia się w ciepłe ramiona, świadomość, ze nie jesteśmy sami – pomaga przetrwać największe zawieruchy. Nawet takie, na które nie ma zewnętrznego lekarstwa. Każdy z nas wie, że czasem nie można pomóc komuś w inny sposób, niż tylko trzymając go za rękę. Ale to wypełnione miłością trzymanie jest ogromnie ważne.

Jeśli związek jest wypełniony prawdziwa miłością, to w partnerze widzimy tylko dobre cechy. Szukamy samych dobrych intencji. Kiedy Adam się spóźnia i nie odbiera komórki, Ewa nie podejrzewa go od razu o to, że ma kochankę, lecz tłumaczy to sobie na korzyść męża. Przyjmuje, że utknął w korku i poza zasięgiem. Oczywiście wymaga to zaufania i posiadania dobrych doświadczeń. Wszyscy patrzymy na innych poprzez slajd własnego życia. Jeśli ktoś ma za sobą nieudany związek, w którym był notorycznie okłamywany, trudno mu wierzyć obecnemu partnerowi. Dlatego też powtórne związki są dużo trudniejsze.

Niemniej w dojrzałym związku dwóch duchowo rozwiniętych osób, patrzymy na partnera przez pryzmat miłości, zaufania i zrozumienia. Wyzbywamy się egoizmu. Ewa nie wykrzykuje w gniewie: „jak mogłeś? Ja tu czekam! Nie myślisz o mnie!”, bo wie, że spóźnienie Adama nie wynika z jego braku miłości, lecz z incydentalnej sytuacji. Oboje funkcjonują w kategoriach „my”, więc Ewa wie, że Adam stara się być w porządku i jeśli cos nie wypala, to nie ma  w tym jego lekceważenia.

W duchowym związku podstawę kochania stanowi przebaczenie. Kiedy wybaczamy, patrzymy oczami pełnymi miłości. Puszczamy w niepamięć różne przykrości, nie rozdrapujemy ran, a przede wszystkim wyzbywamy się chęci odwetu na partnerze. Jest to prawdziwe błogosławieństwo, które sprawia, ze dwoje ludzi przechodzi ponad krzywdami z przeszłości, pokonuje własna dumę, poskramia ego i odkrywa serce. To prawdziwy dar miłości.

Dlatego warto nauczyć sie przepraszać. Osoba o wysokim poczuciu wartości nie ma z tym problemu. Przyznanie się, że nie mieliśmy racji, nie przynosi nam ujmy. Upór natomiast, szkodzi związkowi i wszystkim innym relacjom, których dotyczy. Czasem pytam osobę, która skarży sie na ciągłe spory z partnerem: „chcesz kochać i być kochana, czy mieć rację?” Każdy z nas może świadomie odpowiedzieć sobie na takie pytanie i dokonać wyboru.

Bardzo ważnym elementem, potwierdzającym jakość naszego uczucia, jest wzajemny szacunek, który wzmacnia poczucie wartości w drugim człowieku.

Prawdziwa miłość to akceptacja drugiej osoby i zwracanie się do niej wyłącznie w sposób budujący bliskość. Kochający partner śmieje się, kiedy żona przypali ziemniaki i proponuje jej wyjście na obiad do restauracji. Ewentualnie kanapkę ze smalcem, kiedy portfel jest mniej zasobny. Przypalone ziemniaki nie będą powodem do kłótni, bo kiedy szanujemy człowieka, to akceptujemy to, że nie potrafi gotować lub jest roztargniony. Każdy z nas ma wady. Każdemu może przydarzyć się zniszczenie czegoś, zgubienie lub jakaś inna niefortunna pomyłka. Rozumiejąc to, mówimy po prostu: „to nic wielkiego, rozwiążemy to jakoś”.

Warto również zwrócić uwagę na łatwość bycia sobą. Jeśli z partnerem łączy nas prawdziwe uczucie, to w jego obecności czujemy się swobodnie. Mówimy to, co czujemy, pozwalamy sobie na odrobinę szczerości, okazanie zmęczenia czy choroby. Nie wstydzimy się porażki, czy prozaicznego „burczenia w brzuchu”. Wiemy bowiem, że partner widzi w nas człowieka z jego słabościami i w takiej formie nas akceptuje. Ta zasada – jak i pozostałe – działa oczywiście w obie strony. Zawstydzenie, pełne napięcia udawanie i granie kogoś innego, niż się jest w rzeczywistości, powinno być zatem sygnałem ostrzegawczym. Odprężenie emocjonalne w obecności partnera dowodzi natomiast poczucia swobody i bezpieczeństwa. Ludzie, których łączy prawdziwa bliskość nie czują się zmieszani wobec siebie, ponieważ rozmaite krepujące incydenty potrafią obrócić w żart i bawić się świetnie każdą gafą.

Dobry i pełen wartościowych uczuć związek buduje nas pozytywnie, sprawia, że dzięki partnerowi czujemy się lepsi, piękniejsi, mądrzejsi, bardziej wartościowi, a także atrakcyjni i pożądani.

Bogusława M. Andrzejewska

Poświęcenie

W naszej kulturze określenie „poświęcam się” kojarzy się zdecydowanie pozytywnie. Poświęcają się tylko dobre kochane osoby. Takie altruistyczne, zapatrzone życzliwie w dobro drugiego człowieka. Rezygnują z własnych przyjemności i starają się wspierać innych kosztem swojego czasu i sił. Czy to naprawdę jest takie pozytywne?

W wielu związkach są takie pomocne, dobre osoby. Pomagają stale, każdego dnia. Nie tylko zaspokajają potrzeby innych, wręcz je odgadują, uprzedzają życzenia. Doglądają ich, troszczą się, wspierają, są na każde zawołanie. Pozornie ich wspierają, wybawiają od kłopotów, potem jednak prześladują.

Ewa i Adam wyglądali na świetnie dobraną parę, idealne małżeństwo. Ewa czuła się szczęśliwa, mogąc dbać o swego męża. Dbała tez o cały dom, aby było w nim czyściutko i przytulnie. Kiedy wieczorem kładła się spać, zanosiła Adamowi, gorącą herbatę i dawała mu buziaka na dobranoc, bo on lubił dłużej posiedzieć przed telewizorem. Po sześciu latach od ślubu on dalej siedział przed telewizorem, ona dalej przynosiła mu herbatę, a dom, jak zawsze, był zadbany i ciepły. W międzyczasie Ewa urodziła dwójkę dzieci i wróciła do pracy na etacie. Dawniej wykorzystywała wolne chwile, aby pobyć w ciszy, poczytać dobra książkę. Teraz nie miewała chwil wolnych wcale. Wyjątkiem były soboty, kiedy Adam zabierał dzieci na plac zabaw albo do sklepu. Nie było ich zwykle dwie, trzy godziny. To był jej czas. Próbowała nieco ogarnąć dom, bo bałagan ją męczył. Zostawała jej godzina, czasem półtorej. Do książki zwykle nie zdążyła zajrzeć, ale chociaż przez moment był spokój. 

Zaczęli się wykłócać o różne rzeczy, najczęściej o nieporządek i o to, kto z dzieckiem odrobi lekcje. Ewa coraz częściej nie panowała nad sobą i robiła awantury. Adam nie pozostawał w tyle: oskarżał ją o to, że się ciągle czepia, demonizuje, nie mówi otwarcie o co jej chodzi a potem go rozlicza. Mówił, że robi się z niej zołza. Wtedy Ewa zamykała się w sobie. Szła do sypialni, aby się wypłakać. Następnego dnia czuła się stłamszona, nic nie warta, ale ponieważ Adam w dalszym ciągu nie okazywał skruchy, ani tym bardziej nie przejmował obowiązków domowych – robiła to, co zawsze. Coraz częściej opadała z sił, coraz częściej nie panowała nad sobą, była zła na dzieci, na siebie. Tylko jedna rzecz się nie zmieniła. Dbała, żeby wieczorem dom był posprzątany, a na dobranoc robiła mężowi oglądającemu telewizję gorącą herbatę.

Ewa jest przykładem osoby, która poświęca się dla innych. Takim opiekunem najwspanialszym na świecie. Możesz robić coś za kogoś, bo uważasz, że on sobie z tym nie poradzi, że ty jesteś bardziej kompetentna, silniejsza, zaradna albo ta druga osoba bardziej bezradna i zagubiona. Nie ma w tym nic zdrożnego, gdy twoja pomoc jest sporadyczna, okazjonalna. Patologia zaczyna się wtedy, kiedy systematycznie przejmujemy odpowiedzialność za innych. Częstokroć nikt się nami nie wysługuje, nikt nie prosi o przysługę. Same bierzemy na siebie dodatkowe zadanie, nieplanowany obowiązek. I nawet czujemy się z tym dobrze. Do czasu. Do czasu, kiedy ta biedna istota, której pomagamy odrzuca jakąś część pomocy, np. nie słucha naszych rad i co gorsze – nie okazuje nam wdzięczności. Nasze karkołomne wysiłki uważa za normę, nie dostrzega poświęcenia. Sugestii na temat dlaczego tak się dzieje może być wiele, ale skutek jest jeden, zawsze taki sam – popadamy we frustrację, czujemy się zranieni.

Wówczas pojawia się agresja i wściekłość. Zaczynamy zadawać sobie pytanie: dlaczego on mnie nie docenia, dlaczego nie podziękuje za moje starania. Uważamy za rzecz naturalna, ze w zamian za nasze codzienne wyrzeczenia należy nam się noszenie na rekach, całowanie po stopach i opowiadanie wszystkim dookoła, jakież to my jesteśmy wspaniałe i kochane. Tymczasem zamiast tego słyszymy często gniewny krzyk: gdzie znowu położyłaś moja ulubiona koszulę?! Wtedy bywa, ze wszystko w nas pęka na taka jawna niesprawiedliwość.

Rozpoczyna się atak na tego, kim dotąd się opiekowaliśmy. Zaczynamy wrzeszczeć nie przebierając w słowach i krytykować kogoś, kto nas nie docenia, nie szanuje nas i naszego wysiłku. Ba, nie docenia naszego „poświęcenia” i miast nosić na rekach na co w pocie czoła zasłużyliśmy, nadal rzuca brudne skarpetki na środek dywanu. To woła o pomstę do nieba!

Dopełnieniem koszmarnego scenariusza jest sytuacja, w której Adam odchodzi od Ewy, ponieważ nie może znieść jej wrzasków, ciągłego rozgoryczenia, skrzywionej stale twarzy, smutku w oczach roześmianej niegdyś dziewczyny… Brakuje mu inspirujących dyskusji z żoną, ponieważ ona od dawna nic nie przeczytała i nie wie, o czym on opowiada… Odchodzi do kobiety, która nie umie gotować, nigdy nie podaje mu herbaty i zagania do odkurzania mieszkania. Jednak jest pogodna, uśmiechnięta i zna swoja wartość. A to przyciąga do niej mężczyzn jak magnes… Ewa zastanawia się: jak on mógł zostawić mnie dla takiej zołzy, która go tak wykorzystuje?! I pociesza się ze łzami: dobrze mu tak, niech sprząta, niech daje sobą poniewierać, tak jak mną poniewierał przez cale nasze małżeństwo! Tymczasem Adam gotuje nowej partnerce obiady, odkurza i cieszy się, kiedy razem spędzają wieczór przy świecach, bo jego nowa kobieta ma w oczach tyle blasku, uśmiechu i łagodności. Powtarza mu ciepłym głosem, jaki jest dla niej ważny i jak bardzo smakuje jej ugotowana przez niego kasza gryczana… W porównaniu z ta diablicą – Ewą jest prawdziwym Aniołem…

Poświęcanie się tym się różni od prawdziwej pomocy, że ta druga jest okazjonalna i nie zostawia w nas rozpaczliwego oczekiwania na wdzięczność osoby, której pomagamy. Poświęcanie się jest rezygnacją z należnego nam odpoczynku, z ważnych dla nas spraw, z przyjemności, swoich zainteresowań – jest praktycznie wyrzeczeniem się siebie. Poświęcanie się – wbrew semantycznym skojarzeniom – nie ma nic wspólnego ze świętością, lecz zmierza ku oszukańczemu kontraktowi, który bywa niestety dotrzymywany tylko przez jedną stronę. Kontrakt ten brzmi: zrezygnuje z ważnych dla siebie spraw, dla Ciebie – sprzedam Ci własny czas, własny rozwój, własna przyjemność, w zamian za wdzięczność dozgonna, za rewanżowanie mi się tym samym, za przestrzeganie moich zasad, które rzadko głośno usłyszysz. Kontrakt z założenia jest nieuczciwy, albowiem wie o nim tylko osoba, która się poświęca. Aby był z logicznego punktu widzenia sensowny, należałoby poinformować druga stronę: „Ja Ewa będę prała, sprzątała, gotowała, podawała gorącą herbatkę do TV w zamian za…”. Wówczas Adam ma szansę określić, ile jest w stanie dać z siebie dla zrównoważenia wysiłku swojej partnerki. Niestety nigdy nie usłyszał, czego ona oczekuje. Być może powiedziałby: nie zależy mi na gorącej herbacie – poczytaj książkę, rozwijaj się, bo imponują mi kobiety inteligentne, a nie takie, których najwyższym priorytetem jest bieganie ze szmatą do kurzu…

Rzecz jasna problem dotyczy nie tylko związków. Równie często, a może nawet częściej pojawia się wśród matek, które poświęcają się dla swoich dzieci: rezygnują z miłości, kariery, zainteresowań, z własnego rozwoju. Myślicie, ze robią to bezinteresownie? Ależ nic podobnego! W zamian oczekują realizacji słodkiej wizji: oto siedzą w złoconym fotelu na honorowym miejscy przy kominku, otoczone wnukami, dostatkiem i dorosłymi dziećmi, które chylą się przed mamusia w pokorze. Pytają: czy to się mamusi podoba? Jak mamusia uważa? Jak powinienem zrobić? Oto władza absolutna w aksamitnych rękawiczkach. Znamienne jest, że synowie wychowywani przez samotne matki, które nie ułożyły sobie życia osobistego przez wzgląd na dziecko, nie akceptują żadnej narzeczonej swojego dorosłego syna…Konkurencję do władzy wszak należy dusić w zarodku.

Obowiązkiem matki jest kochać, troszczyć się, wychować, zatem: miłość – tak, troska – tak, opieka – tak, wychowanie – tak, poświęcanie się – nie!

 

Jak rozpoznać, czy jesteśmy demonami poświęcania się dla innych? Masz ten problem, jeśli:

  1. Nie umiesz odmawiać, kiedy ktoś cie prosi o pomoc.
  2. Pomagasz i robisz pewne rzeczy za innych, bo przecież… ty wiesz najlepiej co jest dobre dla innej osoby, ty jesteś najbardziej kompetentna i bez ciebie ta osoba zginie…
  3. Nadskakujesz i robisz dla innych rzeczy o które wcale nie proszą, bo chcesz być taka dobra i kochana.
  4. Stale myślisz o innych i przejmujesz się ich sprawami. Żyjesz swoją empatia i nawet nie wyobrażasz sobie, ze być może jakieś trudne doświadczenie jest potrzebną temu człowiekowi lekcja, że zasłużył sobie na to i musi je przejść samodzielnie.
  5. Rachunek dawania i brania wygląda u Ciebie nierówno – dajesz stale i bez przerwy, natomiast nie umiesz przyjmować. Nawet nie wiesz, co to znaczy otwierać się na miłość, wsparcie, przyjaźń, pomoc i troskę innych ludzi. To ty wszak jesteś od tego by kochać, wspierać i troszczyć się o drugiego człowieka…

 

Bogusława M. Andrzejewska