Akceptowanie

W każdej relacji ogromnie ważną sztuką jest akceptowanie. Na dwóch poziomach oczywiście. Pierwszy, absolutnie niezbędny, to wysokie poczucie wartości, czyli akceptowanie siebie takim, jakim się jest. Przyjmowanie z miłością całego siebie, włącznie z rozmaitymi wadami i słabościami to jedna z najważniejszych lekcji w życiu każdego człowieka. Tylko na bazie miłości do siebie możemy tworzyć dobre związki, ponieważ drugi człowiek jest tylko i aż lustrem naszych myśli o nas samych.

Drugi aspekt, o którym chciałam dzisiaj napisać parę słów, to umiejętność akceptowania rozmaitych słabości naszego partnera. To taki ważny element wspólnego, zgodnego bycia razem. I rzecz jasna, nie mówię tu akceptacji takich działań jak zdrada czy kradzież, lecz o prostych codziennych sprawach, w których ktoś po prostu nie jest idealny.

Ideałów nie ma, jak pisałam kiedyś, co oznacza, że każdy człowiek jest omylny i popełnia rozmaite błędy. Lenistwo jest rzeczą ze wszech miar ludzką. Chęć zabawy i przyjemności też. Łakomstwo też. I w ten sposób mogłabym wymieniać wszystkie grzechy główne, aby pokazać, że każdy z nich jest czymś zupełnie naturalnym, chociaż oczywiście niekoniecznie pożądanym. Warto jednak w drugiej osobie zobaczyć człowieka takiego, jakim jest  naturalnego, prawdziwego i pełnego absolutnie ludzkich cech. Warto dać mu prawo, aby czasem lenistwo czy łakomstwo wzięło górę. Tak po prostu.

Rzecz jednak głównie w pozytywnym podejściu do życia. Zauważmy, ile czasu, zdrowia i dobrej energii tracimy na kłótnie o drobiazgi. Szkoda życia. Uważam, że trzeba nauczyć się kontrolować swoje myśli również i w tym zakresie. Prosperująca świadomość to człowiek, który umie złapać negatywną myśl i zamienić ją na coś fajnego. Dla własnego dobra, bo przecież to, na czym się skupiamy, to zasilamy. Ciągle narzekanie na wszystko dookoła, ciągłe zrzędzenie niczemu nie sprzyja. Naprawdę o wiele zdrowiej machnąć ręką na drobne sprawy i poszukać czegoś, co da nam trochę radości i podniesie energię. Powiedziałabym, że to nawet higiena myśli.

Narzekanie na partnera idzie w tym względzie o wiele dalej, ponieważ przynosi nam w efekcie jeszcze więcej tego, czego nie chcemy. Paradoks? Ależ nic podobnego. To po prostu Prawo Przyciągania. Jeśli ciągle myślę o kimś, że jest leniwy, jeśli w emocjach to powtarzam, czy wręcz wykrzyczę, to wzmacniam ten schemat i takie zachowania. Przecież to oczywiste. A ludziom często się wydaje, że jeśli o czymś pokrzyczą, na coś pozrzędzą, ponarzekają, to w ten sposób naprawią problem. Dzieje się odwrotnie.

W gruncie rzeczy myślę też, że wiele osób nawet w tę naprawę nie wierzy. Powtarzają pewne zdania, jako określenie świata, w którym żyją i oczywiście w ten sposób wzmacniają te jakości. Opisują swoją rzeczywistość i każdego dnia tworzą ją na nowo. Zatem narzekając na partnera, opisujemy go i kreujemy. Budujemy swój związek w taki właśnie sposób, w jaki go widzimy. A chyba jednak nie tego chcemy.

Prosperująca świadomość myśli o tym, czego pragnie. I głośno artykułuje to, co chciałaby zobaczyć. Można przyjąć, że jeśli trafi na sytuację, w której ktoś czegoś nie zrobił, choć powinien, to nie zarzuci mu lenistwa. Raczej odwoła się do pozytywów i powie przekornie: “jesteś taki pracowity, zaradny i zorganizowany – pomóż mi z tym, proszę”. Odwoływanie się do dobrych cech ma trzy zalety. Po pierwsze wzmacnia w nas takie jakości. Po drugie – rozwija te zalety w drugim człowieku. Po trzecie – podnosi energię i zasila to wszystko, co wiąże się z pozytywnym myśleniem i tworzeniem dobra wokół siebie.

Konkludując – kiedy ktoś zrobi coś źle lub nie zrobi wcale, nie narzekamy, nie krytykujemy, nie karcimy, nie krzyczymy, tylko z uśmiechem odwołujemy się do dobrych aspektów w drugiej osobie. Kto tak potrafi? Chyba niewielu z nas, bo nawykowo działamy tak, jak nasi rodzice, a oni jak ich rodzice. Standardem jest krytyka, karcenie i ocenianie. Niewiele ludzi na całym świecie potrafi uśmiechnąć się życzliwie i zaakceptować, że coś jest inaczej niż oczekiwali. Mam to szczęście, że znam takie osoby.

Byłam u przyjaciółki w gościnie, kiedy jej mąż wrócił z zakupami, o które poprosiła. Kiedy wypakowała torbę, ze zdumieniem odkryła, że kupił zupełnie nie to, co trzeba. Westchnęła z uśmiechem tak pełnym miłości: “och, co on mi tu przyniósł”, po czym powiedziała do mnie: “nie zrobię ci tej potrawy, którą obiecałam, bo nie mam z czego”. Rozłożyła ręce, po czym szybko wymyśliła placuszki z tego, co miała akurat w domu. Nie było żadnego narzekania, krytyki, dokuczania. Kochała. Popatrzyła na niego z kochaniem w oczach i zadziałała dokładnie tak, jak działałaby miłość. To było cudne.

Często piszemy o tym, by działać tak, jak robi to miłość. Ja tego doświadczyłam w sposób tak jednoznaczny, że zapragnęłam to tutaj opisać. Mogłam popatrzeć na to z boku. I mam ogromną nadzieję, że i we mnie jest takie piękno, kiedy reaguję z miłością na sytuacje, które wcale do łatwych i miłych nie należą. Przyznaję się, że sama też to praktykuję najczęściej, jak się da, bo to tworzy w moim związku mnóstwo dobrej energii. To jest niemal namacalne i tak cudowne, że już nigdy z tego nie zrezygnuję. Oczywiście to podnosi energię i uzdrawia, bo uruchamia w nas pokłady kochania.

I jeden z wielu przykładów, aby nie być gołosłowną. Kiedy po dłuższym czasie udało mi się wreszcie wyremontować kuchnię, mój mąż i zięć poustawiali i skręcili nowo kupione piękne meble. Wycierałam z zachwytem śliczny blat, a mój mąż sprzątał narzędzia. Kiedy podnosił wiertarkę, zrobił to tak niefortunnie, że wyskoczyła mu z ręki i przejechała po nowym, lśniącym blacie zostawiając na nim wyrytą bruzdę. Rzecz nie do naprawienia… W pierwszej chwili łzy napłynęły mi do oczu i to był ten moment, kiedy zobaczyłam w sobie te wszystkie lata czekania na remont, te wszystkie raty do spłacenia i to piękno, którym nie zdążyłam się nacieszyć. A potem zobaczyłam rozpacz w oczach mojego męża… i już wiedziałam, co jest dla mnie ważniejsze. Odrzuciłam cały smutek i weszłam w miłość. Przytuliłam go, kiedy mnie przepraszał i powiedziałam: “to tylko meble, nie martw się, kocham cię”. To był taki skok energetyczny, jaki trudno opisać.

Mój mąż już chyba przywykł do tego, że nie robię mu awantur i nie zasypuję pretensjami. Mam swoje sztuczki na szczególnie trudne sprawy. Ale kiedy przychodzi nawet ewidentnie winny, mówię mu, że nic wielkiego się nie stało. Mówię po prostu: “trudno”. Uważam, że jeśli ktoś przeprasza, to znaczy  rozumie, co jest nie tak. Nie trzeba niczego tłumaczyć, po co więc tracić energię na krytykę czy awanturę? Niech następnym razem zadzieje się lepiej. Dodam też, że funkcjonuję na poziomie energii, a nie tylko słów bez pokrycia. Mój mąż nie jest ideałem i popełnia błędy. Ale kocham go i akceptuję takiego, jakim jest – z całym dobrodziejstwem inwentarza. Daję mu prawo do lenistwa, łakomstwa i wielu innych grzeszków. Stawiam granice, jasne, ale też dostrzegam i akcentuję najmniejsze dobro. I tego dobra z dnia na dzień jest więcej i więcej.

Na pewno pomaga w tym umiejętność zarządzania emocjami. Histeryk czy nerwus najpierw krzyczy, a dopiero potem zastanawia się nad tym, co właśnie wykrzyczał. Niedojrzałość emocjonalna nie pozwala też spojrzeć na wydarzenia z dystansu. Taka osoba myśli tylko o swoich oczekiwaniach i jak dziecko domaga się, aby było tak, jak ona chce. Warto nauczyć się medytować, wyciszać, dystansować, a w tym pomagają wszelkiego rodzaju duchowe praktyki, które uczą nas, że uczucia są ważniejsze od tych wszystkich drobiazgów, które pożerają nam tyle energii. Można też nauczyć się łagodności, czyli takiego spokojnego podejścia do życia i życiowych zawirowań.

Wzmacniamy i powielamy to, czemu dajemy najwięcej energii. To pewnik z Prawa Przyciągania. W praktyce oznacza to, że warto na zawołanie umieć przełączyć się na dobre aspekty. Kiedy zdarzy się coś przykrego i mam ochotę zrugać męża, to nawet jeśli tego nie zrobię, moje myśli poprowadzą mnie w dół energetyczny Tłumienie tego, co się czuje przecież do niczego nie prowadzi. Moim sprawdzonym sposobem jest zadanie sobie pytania: “czy on jest złym człowiekiem i zasługuje na coś złego?” Wiadomo, jaka jest odpowiedź. I natychmiast wyliczam wszystkie dobre rzeczy, które mój mąż zrobił i robi dla mnie cały czas. Lubię wyliczyć też to, za co go kocham. Zanim skończę, moja energia jest wysoko i moje nastawienie do niego bardzo pozytywne.

I o to chodzi, aby w każdym momencie zdawać sobie sprawę z dobra obok. Tego dobra jest dużo więcej niż zła, ale to my nawykowo skupiamy się na tym, co nas negatywnie porusza. Te emocje lgną do nas i nas absorbują, ale to tylko wzorzec, który oczywiście można zmienić. Lubimy przeżywać. Niepotrzebnie. Tracimy tyle pięknych minut w czasie których można kochać. Unikam tego. Zawsze znajdę jakąś ścieżkę, by powrócić do miłości.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Przebudzenie 9

Duchowość jest obecnie dość modna. To oznacza niestety, że oprócz ludzi, którzy podążają prawdziwą ścieżką serca, spotkamy mnóstwo nadmuchanych joginów. Nadmuchanych czyli sztucznych. Spotkać ich można wszędzie  na każdym kursie i w każdej szkole ezoterycznej. Bywają także na praktykach medytacyjnych, ponieważ muszą uzbierać odpowiedni komplet dyplomów do powieszenia na ścianie. Sama wydaję dyplomy, nie mam więc nic przeciwko certyfikatom, natomiast nie jestem zwolenniczką rzekomej ścieżki duchowej. Z łatwością też odróżniam prawdziwą Duchowość od “duchowości”. Czuję to bardzo wyraźnie i bez cienia wątpliwości.

Może to odróznić każdy. Nie potrzeba do tego specjalnych zdolności. Wystarczy odrobina logiki i uważne przyjrzenie się drugiej osobie. W zasadzie nie chodzi mi tutaj o jakiekolwiek osoby, bo ktoś kto udaje i siedzi po uszy w “duchowości” zamiast w Duchowości, szkodzi przede wszystkim sobie. Bardziej chodzi mi o zjawisko, bo takie zachowanie wystawia też świadectwo ścieżce rozwoju. Oszołom biegający z wahadełkiem i liczący głośno, że ma parę milionów visów zniechęca ludzi do pracy nad sobą. “Nie chcę być takim czubem”  mówią do mnie znajomi.  “Ta cała duchowość to cyrk na kółkach”. I trudno im zaprzeczyć. Dlatego dzisiaj proste wskazówki, jak odróżnić ziarno od plew.

Nadałam tym dwóm ścieżkom cechy ludzkie, opisałam jak adeptów. Ale podkreślę bardzo wyraźnie, że w istocie nie opisuję żadnego człowieka. Opisuję tu dwa rodzaje rozwoju. To pewne stereotypy. Myślę też, że to zróżnicowanie bierze się przede wszystkim z lektur oraz z towarzystwa, jakie sobie wybieramy. Jeśli zatem spotkamy ludzi, którzy tak właśnie postępują, to już wiemy, co dadzą nam ich nauczyciele i książki, które czytają. To troszkę tak działa. Aczkolwiek nie w stu procentach, bo wielu uczniów odchodzi od swoich nauczycieli bardzo daleko.

Charakterystyczne cechy adepta nadmuchanej, czyli sztucznej “duchowości”.

  1. Skupia się na teorii. Biega na kursy, zbiera dyplomy, zawiesza nimi ścianę i popisuje się przed innymi. Nie urzeczywistnia niczego. Medytuje na pokaz. Mebluje gabinet na pokaz. Wypisuje piękne zdania, które nijak się mają do jego prawdziwych poglądów.
  2. Bardzo zadziera nosa i przy każdej okazji próbuje przekonać innych, że jest najbardziej rozwinięty w całej Polsce albo i na świecie. Biega z wahadełkiem i OCENIA nim ludzi. Sam ma  rzekomo miliony visów. Jest archaniołem wcielonym. Jest Mesjaszem i Zbawicielem.
  3. W relacjach z innymi bywa nieprzyjemny. Nie urzeczywistnia szacunku dla istot czujących, częściej poniża i obgaduje niż docenia. Nie chce pomóc chorej osobie, aby nie zaniżyć sobie energii. W ogóle nie lubi się zadawać z chorymi i biednymi, bo to niskie energie. W życiu rozpycha się łokciami.
  4. Krytykuje, narzeka, straszy, jęczy. Mówi o marności świata i ciemnocie “ziemniaków”, którzy nie chcą się rozwijać. Gardzi ludźmi, którzy mają inne poglądy. Uwielbia teorie spiskowe i z radością dzieli się takimi treściami. Najbardziej cieszy go opluwanie uznanych autorytetów duchowych, takich jak Dalaj Lama czy Eckhart Tolle.
  5. Jeśli pracuje z innymi, podkreśla wagę bólu, grzechu i cierpienia, ściągając tym energię. Podkreśla, że droga duchowa jest bardzo trudna i tylko dla wybranych. Straszy, że trzeba się spocić, zanim się cokolwiek osiągnie.
  6. Manipuluje emocjonalnie pacjentem (klientem), aby ten czuł się przy nim jak proch marny. Zazdrośnie strzeże swojej pozycji guru, ogrzewając się w pochwałach uczniów i klientów.
  7. Wystarczy spojrzeć na jego twarz lub zdjęcie i widać od razu szarą, mętną osobowość, która może wydawać się nieco odpychająca, kiedy przed spojrzeniem wejdziemy w Pole Serca. W zasadzie średnio wrażliwa osoba nie chce więcej mieć z kimś takim kontaktu.

– Wśród pseudoduchowych adeptów może być też osoba, która otwarcie krytykuje duchowość i uważa, że to ucieczka od problemów w iluzje. Uważa, że tylko cierpienie jest drogą, a duchowe ścieżki ze szczególnym naciskiem na miłość bezwarunkową i pozytywne myślenie to bzdury. Najczęściej to fan spiskowych teorii.

Charakterystyczne cechy osoby praktykującej Duchowość.

  1. Kończy szkolenia, aby w praktyce wykorzystać wiedzę – do zabiegów reiki, do sesji metodami kwantowymi, do analiz numerologicznych… itp. Pomaga innym, z całych sił stara się zmieniać świat na lepszy, zaczynając od siebie. Dyplomy służą mu do uwiarygodnienia kwalifikacji.
  2. Jest skromny. Więcej czasu poświęca na pracę z ludźmi niż na reklamę. Cały czas się uczy i rozwija, bo wie, że rozwój trwa do oświecenia i ani minuty krócej. Nie sprawdza wahadłem swojego poziomu, bo stan swojej energetyki rozpoznaje w sposób naturalny dany każdemu. I wie, że ile by nie było, trzeba dbać o swój poziom i nadal go podnosić.
  3. Kocha wszystkich miłością bezwarunkową i dostrzega w każdym człowieku Światło. Nie ocenia. Nie potępia. Pokazuje, co i jak można uzdrowić. Idzie tam, gdzie najwięcej biedy i cierpienia, aby dzielić się wiedzą, mocą i energią. Wie, że nikt i nic nie jest w stanie zubożyć go energetycznieim więcej da, tym więcej napłynie.
  4. Myśli pozytywnie i cieszy się życiem. Potrafi zachwycić się śpiewem ptaków lub tęczą w kałuży. Dostrzega wszędzie dobro i harmonię, więc nie uznaje spiskowych teorii. O każdym powie coś dobrego. Bez gniewu wytłumaczy człowieka, który zrobił coś niewłaściwego. Z zachwytem rozpoznaje Istoty o wysokich energiach.
  5. Pracując z innymi, prowadzi ich ścieżką sercapozytywną, pełną dobra, wybaczenia, radości i nadziei. POCIESZY każdego i każdemu podniesie samoocenę, chwaląc i motywując do pracy nad sobą. Zapewnia, że do rozwoju wystarczy kochać, a to potrafi każdy z nas.
  6. Widzi w każdym Dobro i przypomina“każdy z nas już jest oświecony, za chwilę, to zobaczysz.” Cieszy się sukcesami swoich uczniów, jest z nich dumny, pozwala im przerastać siebie i poleca ich klientom.
  7. Świeci. Lśni. Promieniuje. Ludzie lgną do niego i jego energii, ponieważ przy nim lepiej się czują.

– Bywają też osoby, które nie utożsamiają się z duchowością, ale nieświadomie podążają jej najpiękniejszą ścieżką. Są dobre, kochające, życzliwe, serdeczne i roześmiane. Myślą pozytywnie i wypełniają świat radością. Są cudownym Światłem, które wznosi wibracje świata.

Myślę, że to takie najważniejsze elementy, dzięki którym można zobaczyć, czym różni się rozwój od udawania. Na pewno jednak nie wyczerpałam wszystkich opcji. To dość trudne wejść na chwilę w buty takiego nadmuchanego jogina i zobaczyć jego priorytety. Rzadko widuję takich ludzi, nie przyciągam ich już od dawna, tylko słyszę od innych osób o wydarzeniach i zachowaniach, których doświadczyli.

Natomiast tak naprawdę nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, co tam ktoś sobie robi, co wiesza na ścianach i w co wierzy. Napisałam to wszystko po to, aby po raz kolejny przekazać, że duchowa ścieżka jest cudowna, prawdziwa i skutecznie uzdrawia, jeśli jest oparta na miłości. Nie potrzebujemy żadnych wydumanych książek i teorii do rozwoju, bo każdy z nas jest już oświecony. Tu i teraz. Wystarczy to w sobie zapalić jak lampę. Nie potrzebujemy wahadełek, dyplomów, skomplikowanych hipotez, bo to wszystko tylko utrudnia dostrzeżenie w sobie Światła.

Nie potrzebujemy nic, tylko samych siebie. Budda osiągnął oświecenie medytując pod drzewem dopiero wówczas, kiedy zrezygnował ze wszystkich religijnych nurtów, które wcześniej  wiele lat testował. Nie miał nic poza własnym umysłem. Dlatego prosty pasterz kóz z łatwością osiąga tęczowe ciało, bo ma tylko kochające serce i praktykuje dobroć. Kiedy zaczynamy kombinować i czytać kontrowersyjne książki, zaczynamy też teoretyzować i ściągamy sobie w dół energię. A  jak już pisałam  każdy ma w sobie doskonały kompas i każdy sam umie rozpoznać, co nas naprawdę wznosi. Korzystajmy z tego, korzystajmy z własnych mocy. Nie rezygnujmy z intuicji, bo ona potrafi od ręki wykluczyć wszystkie ślepe uliczki.

Bogusława M. Andrzejewska

Ojcostwo

Dzień Ojca skłania do refleksji. Czasem wspominam wtedy swojego Tatę, który nosił mnie na barana, pomagał w lekcjach i niezmiennie rozbawiał wyjątkowym poczuciem humoru. Był człowiekiem łagodnym i życzliwym światu. Myślę, że odziedziczyłam po nim nie tylko kształt nosa, ale i nawyk pozytywnego myślenia, szybkiego wybaczania i nie przejmowanie się drobiazgami.

Dzisiaj jednak chcę napisać o ojcostwie w kontekście związków, które tworzymy. Bo tak naprawdę to my kobiety wybieramy ojca swoim dzieciom. Jestem więcej niż pewna, że ta oczywista prawda jest całkowicie obca większości młodych kobiet, dla których czasem zaobrączkowanie się jest celem samym w sobie. Już przed wiekami panny na wydaniu zaklinały los wierszykami tego typu: “Święty Emeryku daj nam po chłopczyku. Łysego czy garbatego, byle roku tego”. Efekt takiego związku łatwo sobie wyobrazić.

Warto budować bliskość i być na co dzień z partnerem, poznawać go od kuchni i łazienki. Warto też zadać sobie rzetelnie pytanie: czy chcę, aby mój syn był właśnie taki, a moja córeczka tak się zachowywała? Kiedy decydujemy się założyć rodzinę, wybieramy partnera, który przekaże naszym dzieciom swoje DNA. I obdaruje je nie tylko kolorem oczu, ale też dobrocią i łagodnością lub tendencją do tycia, niecierpliwością, lenistwem, a co gorsza brakiem szacunku do kobiet. Czasem zawirowane w miłości, nie myślimy o tym zupełnie. Taki to urok romantycznego kochania, trudno nawet się temu dziwić. Dlatego zachęcam, aby spojrzeć uważnie na przyszłego męża i zapytać samej siebie: czy chcę mieć z nim dzieci?

Najbardziej charakterystycznym błędem, o którym wielokrotnie pisałam, jest zajście w ciążę bez zgody mężczyzny, kiedy on wyraźnie powtarza, że nie jest gotowy, by być ojcem. Najczęściej wie, co mówi. Jeszcze gorszym wyborem jest zajście w ciążę z żonatym mężczyzną, aby zmusić go do rozwodu. To dla mnie patologia i tutaj nie umiem podać żadnej recepty, bo taka decyzja przynosi wyłącznie zwielokrotnione cierpienie. Jeśli chcemy, by nasze dzieci były szczęśliwe, nie róbmy tego. Naprawdę można – jest tylu wolnych mężczyzn i tylu panów, którzy chcą doświadczyć bycia ojcem.

Nikt nam nie może zabronić być z kimś, z kim akurat chcemy. Nawet jeśli psycholog straszy toksycznym partnerem, to mamy prawo kochać się z kim chcemy. To nasz wybór i tylko my poniesiemy konsekwencje swoich decyzji. Natomiast zajście w ciążę to zupełnie co innego. To powołanie nowego życia i w dużej mierze wrzucanie dziecku określonego doświadczenia. Tatuś alkoholik albo furiat to nieciekawy prezent dla dziecka. Jeszcze gorsza opcja to tatuś żonaty z inną panią i posiadający już rodzinę. Dajemy wówczas naszemu dziecku życie pełne zazdrości, rozczarowania i oglądania w bólu zdjęć naszego ojca tulącego obce dzieci. To trauma, którą leczy się latami. Jestem psychologiem, który potrafi zrozumieć różne dziwne ludzkie zachowania, ale nigdy nie zrozumiem, jak matka może coś takiego zafundować swojemu dziecku. Trzeba nie mieć serca.

Jak zatem właściwie wybierać ojca swoim dzieciom? Korzystając ze zdrowego rozsądku. Nie ma ludzi idealnych, ale jest mnóstwo ludzi dobrych i bardzo dobrych. Czułych, kochających, wrażliwych. Znam mnóstwo świetnych ojców, dla których dzieci są centrum wszechświata. Ojcowskie uczucia i gotowość do wychowawczego trudu nie są więc żadnym ewenementem. Wystarczy, jeśli partner powie: chcę mieć z Tobą dziecko, boję się, czy dam sobie radę, ale chcę spróbować. I już jest dobrze. Myślę, że wystarczy nieco uwagi. Miłość zasłania nam oczy, ale jeśli coś budzi nasz niepokój, jeśli np. jesteśmy w związku z alkoholikiem, to lepiej wstrzymać się z zakładaniem rodziny. Można też uruchomić wyobraźnię i ocenić, czy z tego pana będzie dobry tato, czy też centrum jego życia będzie zawsze skrzynka piwa. Co wówczas może dać swojemu synowi czy córce?

Patrząc na ukochanego pod kątem ojcostwa, można zobaczyć, jak reaguje na dzieci znajomych czy sąsiadów, czy potrafi naprawić bratankowi rowerek, czy dzieci go lubią? Świetnymi ojcami są panowie, którzy zajmowali się młodszym rodzeństwem, ponieważ mają w sobie nawyk troski i opieki, a to procentuje we własnej rodzinie. Z reguły panowie wychowywani w domach wielopokoleniowych, gdzie zawsze jest dużo dzieci, mają łatwość w podejściu do maluchów. Dobrze spełniają tę rolę wszyscy, którzy mają w życiu dużo do czynienia z dziećmi, np. lekarze rodzinni czy pediatrzy. Ale kluczem jest tu po prostu fakt, czy ktoś lubi dzieci, a nie konkretny zawód. A wreszcie warto wiedzieć, że czasem ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z maluszkami, przechodzi prawdziwe katharsis, kiedy zostaje ojcem i nagle odkrywa, że w tej właśnie roli czuje się najlepiej.

A w zasadzie to jest bardzo proste. Kochający człowiek zawsze będzie kochającym człowiekiem. Ktoś, kto naprawdę troszczy się o mnie i daje mi dużo uwagi, ciepła, miłości, będzie tak samo troszczył się o nasze dzieci. Mężczyźni mają bardzo klarowną logikę i postępują tak, jak czują. Mój mąż powiedział mi kiedyś: dziecko jest cząsteczką ciebie. Skoro tak bardzo kocham ciebie, jak mógłbym nie kochać tej cząsteczki?  Odkąd to usłyszałam jestem o jego ojcostwo spokojna – zawsze będzie pełne miłości, tak jak on jest pełen miłości dla mnie. Ktoś, kto spotyka się ze mną tylko na seks i niewiele go obchodzą moje sprawy czy problemy, nie zainteresuje się potem dzieckiem, które z tego seksu się przydarzy. Proste? Proste.

Bardzo ważną rzeczą jest nasze zachowanie po ewentualnym rozwodzie. Bywa przecież, że my dorośli nie umiemy się ze sobą dogadać, ale to nie oznacza wcale, że mamy włączać dzieci w swoje paskudne rozgrywki. Prawdziwa dojrzałość jest wtedy, kiedy z byłym partnerem pozostajemy w dobrej relacji. Właśnie po to, by mógł widywać się z dzieckiem i nadal być dla niego ojcem. Trzeba umieć przełknąć swój żal i gniew, czy nawet zazdrość, kiedy partner odszedł do innej. To największy dar dla dziecka. I tylko taka matka jest w moich oczach prawdziwie dobrą i mądrą, która mimo trudnych emocji powtarza dziecku z przekonaniem: “tatuś cię kocha i jesteś dla niego ważny, szanuj tatusia i słuchaj go”.

Każde dziecko zasługuje na to, by mieć swojego tatusia. I ten tatuś buduje w nim potem określone wzorce odpowiedzialności, opieki, pracowitości, budowania związku. Dla dziewczynki to matryca jej przyszłego partnera. Jeśli ojciec kocha córkę i ma dla niej trochę czasu, to ona przyciągnie sobie potem dobrego, uważnego męża. Dla chłopca to wzorzec męskości, stosunku do kobiet i potem w dorosłym życiu – do własnych dzieci. Nawet kiedy rodzice nie mieszkają razem, można być kochanym przez oboje i tworzyć w sobie dobre kody.

Przykładów z życia, które pokazują powielanie wzorców, mogłabym podać setki. Podam jeden – mojego męża. Bardzo lubiłam swojego teścia, który był odpowiedzialnym i troskliwym ojcem. Zawsze szanował rodzinę i stawiał ją zwykle na pierwszym miejscu. Spontanicznie pomagał we wszystkim teściowej, zakładając, że to on jest ten silny, który ma wspierać i chronić. Przyglądałam mu się uważnie, zastanawiając się wielokrotnie, czy taki właśnie będzie mój mąż. Jest. To odzwierciedlenie widzę bardzo wyraźne. Dla mojego męża nasze córki są bardzo ważne i przez większość życia był mi wielkim oparciem. Kiedy urodziłam drugą córeczkę, robił w domu niemal wszystko: prał pieluchy, sprzątał, mył okna, robił zakupy. Ja tylko gotowałam. Nie zapomnę tego, bo wiem, że to wyjątkowe. Zresztą mój mąż nadal mi pomaga we wszystkim.

Myślę też, że większość mężczyzn umie odnaleźć się w tej pięknej tatusiowej roli. Lepiej lub gorzej – ale dogadują się ze swoimi dziećmi, jeśli tylko im na to pozwolimy. Czasem trzeba im po prostu dać szansę i zostawić w swoim towarzystwie. Na pewno sobie poradzą i wypracują własne metody działania i komunikacji. Konkludując – większość mężczyzn świetnie się sprawdza w roli ojca. Jeśli nie pchamy się w patologiczne zachowania lub nie jesteśmy całkiem zaślepione, to bez problemu umiemy wybrać swoim dzieciom świetnego tatusia. Pamiętajmy tylko, że to nasza rola – nas kobiet. Nie zrzucajmy winy na pecha, na złych facetów czy przeznaczenie. Bądźmy pełne miłości dla dzieci, które dopiero przyjdą na świat i poszukajmy dla nich najlepszego ojca na świecie.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 8

Praktyka czyni mistrza i dotyczy to wszystkich obszarów naszego życia, nie tylko tych zawodowych i materialnych. Duchowy wzrost wymaga także praktykowania i to bardzo systematycznego. Oznacza to między innymi, że ktoś, kto nie praktykuje duchowości, nie rozwinie się dzięki szkoleniom czy czytaniom setek książek. Człowiek, który posiądzie tony ezoterycznej wiedzy, ale nie przekłada jej na praktykę, jest w punkcie wyjścia przez cały czas.

Bo duchowość nie może być mylona z ezoteryką. Znajomość run czy astrologii nie rozwija nas duchowo ani o centymetr. W pewien sposób ludzie łączą podręczniki ezo z rozwojem wewnętrznym, chociaż nie ma to sensu. Jest iluzją, która próbuje nam wmówić, że duchowości można się nauczyć z książek. Nie można. Jednak przyznaję, że na szkoleniach tego typu można złapać tyle energii duchowej, że rozwijamy się, chociaż nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Bo jest coś, co nas wznosi bez żadnego naszego udziału  prawdziwie duchowy nauczyciel. To ten dar i przywilej. Kiedy spotykamy rozwiniętą duchowo osobę  a najczęściej trafiamy na takie osoby na szkoleniach i konsultacjach  to nasza energia duchowa rośnie. Oczywiście warto pamiętać, że takiego człowieka możemy spotkać na towarzyskiej herbatce, w pracy i w każdym dowolnym miejscu. To ktoś przy kim “wystarczy być”. Nic nie musimy robić, tylko nastawić się na przyjmowanie. I wzrastamy.

Możemy to mądrze wykorzystać i iść za impulsem sięgając do odpowiednich praktyk. Jedną z takich praktyk skutecznie wspierających duchowy wzrost jest Reiki. To energia, która dosłownie “popycha” nas w rozwoju. Przy odrobinie szczęścia możemy też trafić na mistrza, który pracuje nad sobą i jest tak mocny energetycznie, że podnosi nas za sobą. A potem wystarczy systematycznie przekazywać energię sobie lub innym, a będziemy inspirowani do rozwoju. Nie każdy słucha tej inspiracji, ponieważ nie każdy jest świadomy mocy, jaką daje Reiki. Ludziom wydaje się najczęściej, że Reiki jest metodą uzdrawiania ciała, a to tylko pozytywny efekt uboczny metody, której esencją jest sublimowanie naszej energii. Jeśli jednak nie ma wiedzy i zgody  nie ma sublimacji.

Dla mnie najsilniejszym bodźcem rozwoju była inicjacja mistrzowska. Odkąd zostałam nauczycielem Reiki, kilkanaście razy dziennie zadawałam sobie pytanie: co zrobiłby w tej sytuacji mistrz duchowy? Bo takim się czułam i bardzo dobrze to wpływało na rozwijanie mojej pokory, wdzięczności i dobroci. Chciałam za wszelką cenę być godna tego tytułu. I chociaż mistrzów na świecie są miliony, a większość to zwykli, słabi ludzie, to dla mnie było to coś wielkiego. Poczułam się namaszczona na spadkobierczynię Istot Oświeconych i Duchowych Przewodników. Wzięłam się za siebie i mocno weszłam w duchowe jakości.

Podstawową praktyką rozwijającą duchowość jest medytacja. Taka, w której wchodzimy w przestrzeń poza myślami. Podobnie działa prawidłowo rozumiane Pole Serca, co oznacza, że metody kwantowe też nas mogą wznosić. Niesamowicie efektywne są praktyki buddyjskie  to wiem z własnego doświadczenia, ale wiem też, ze nie są one dostępne dla każdego. Myślę jednak, że są też inne ścieżki duchowych ćwiczeń. Jest wiele praktyk, które rozwijają nas duchowo w piękny i skuteczny sposób.

Jednak najważniejsze są zupełnie inne działania. Po pierwsze dobroć. Dobroć, serdeczne słowa i bezinteresowna życzliwość podnoszą naszą duchową energię. Podobnie działa odczuwanie miłości bezwarunkowej i wdzięczności. Bardzo łatwo się tego nauczyć. Nawyk kochania i wyrażania wdzięczności można w sobie rozwinąć w ciągu 28 dni. Jak każdy inny nawyk zresztą. Na zajęciach prosperity uczę też specjalnych ćwiczeń, które pomagają nam rozwijać w sobie i wzmacniać piękne jakości serca: radość, harmonię, pokój i miłość.

Zatem podstawowa duchowa praktyka to działania pełne kochania, wdzięczności, dobroci i radości. To utrzymywanie wysokiej energii i bycie w przepływie. To także pozytywne myśli, pogodny nastrój i dobry humor, ponieważ takie nastawienie trzyma nam wysoko energię, podczas gdy narzekanie, smucenie się i zamartwianie  obniża. I tu też mamy odpowiedź, dlaczego dla duchowego rozwoju ważne są pozytywne myśli. Ludzie, którzy krytykują te nauki, nie maja po prostu odpowiedniej wiedzy. Wydaje im się, że rozwój duchowy wiedzie przez cierpienie, stękanie i męki. Stereotyp: coś cennego musi być opłacone bólem i wysiłkiem. To tak nie działa. Doga do duchowości jest drogą przez radość i miłość.

Praktyka rozwoju duchowego to zastępowanie każdej negatywnej emocji wybaczeniem, miłością i akceptacją, poprzez natychmiastowe podniesienie wibracji i reagowanie z poziomu duchowego. Oto przebudzenie i droga, ta najważniejsza i najskuteczniejsza. Dodam, że emocje są naturalne i mamy prawo je odczuwać. Natomiast jest wiele sposobów pracy z nimi  piszę o tym w innych artykułach. Najprostsza ścieżka duchowa polega na rozpuszczaniu w Światło wszystkiego, co nam nie służy i zastąpienie tego bezwarunkową miłością, która uzdrawia wszystko.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 7

Jednym z ciekawszych aspektów przebudzenia jest umiejętność wyciszenia umysłu. Mówią o tym wszyscy duchowi nauczyciele. Właśnie po to stosujemy w pracy nad sobą medytacje i mantry. Oczywiście medytacje mają też inne dobroczynne działania, więc ze wszech miar warto się ich nauczyć, ale to wyciszenie umysłu zaczyna wysuwać się na plan pierwszy, kiedy mówimy o przebudzeniu.

Nasz umysł bez przerwy “gada”. Proszę się nie obrażać o to  dotyczy to wszystkich. Ludzie, którzy nie ćwiczą umysłu, noszą w sobie wielkiego gadułę, który cierpi na słowotok. Gaduła opowiada bez przerwy różne rzeczy, zadaje pytania, zamartwia się, przypomina rozmaite stare  i nowe historie i zajmuje nas tym gadaniem bez przerwy. Nawet pod prysznicem i w toalecie. Milknie dopiero wtedy, kiedy zasypiamy. Przywykliśmy do tego i na co dzień korzystamy z tych wszystkich informacji, którymi gaduła nas zalewa.

Tymczasem pod spodem, pod rozgadanym umysłem jest cudowna uzdrawiająca cisza. A pod tą ciszą znajdziemy Wszystko Co Jest. Jesteśmy jednością z całym wszechświatem. To połączenie nie może być niezauważone  to byłoby co najmniej dziwne. To jak mieć rękę i nie czuć własnych palców. A jednak… najczęściej nie czujemy nikogo i niczego poza nami samymi, ponieważ to odczucie zagłusza świadomy umysł. Jego gadanie chroni nas i izoluje od Wszystkiego Co Jest. Ma to sens, dopóki nie jesteśmy przebudzeni.

Praktykowanie medytacji pozwala wyciszyć gadający wiecznie umysł. Kiedy wreszcie zamilknie, usłyszymy głos Boga, dotkniemy wieczności i uzyskamy wgląd w esencję wszechświata. Poczujemy swoją boskość, rozpoznamy własną istotę i zrozumiemy, Czym W Istocie Jesteśmy. Wszystkie odpowiedzi znajdują się po drugiej stronie ciszy. Nie ma zatem przebudzenia bez ciszy, ponieważ dopiero ona odsłania to wszystko, czego tak uporczywie poszukujemy w książkach i na kursach.

Jedną z przykładowych ścieżek, która stosunkowo szybko prowadzi do oświecenia, są buddyjskie praktyki. One właśnie pozwalają wyciszyć umysł i sięgnąć do takiej energetyki, która prowadzi nas do tego, co jest poza ciszą. Buddyjscy nauczyciele perfekcyjnie dopracowali techniki, układające naszą energię duchową w najbardziej optymalny sposób. Zapewne nie jest to jedyna taka dobra ścieżka, jest ich więcej. Każdy powinien wybrać sobie to, co dla niego najlepsze, ponieważ jesteśmy różni i nie będzie nas wszystkich satysfakcjonować czy rozwijać to samo. Jednak piszę o tym, bo to właśnie praktyka duchowa przynosi efekty, a nie dyskusje czy książki.

Oczywiście książki bezsprzecznie warto czytać  szczególnie gorąco polecam Eckharta Tolle, który pięknie mówi o sensie ciszy i tym wszystkim, co kryje się za nią. Warto też uczestniczyć w rozwojowych warsztatach czy dyskusjach, dzięki którym wymieniamy się doświadczeniami. Tu szczególnie polecam takiego sympatycznego pana, który nazywa się Mooji. Rzecz jednak w tym, że książki i kursy czy rozmowy karmią świadomy umysł. Tego wiecznego gadułę, który dostaje kolejną pożywkę do trajkotania, rozkminiania i wątpliwości. Dopiero praktykowanie ciszy pozwala dotknąć i urzeczywistnić to, czego tak pragniemy.

Dla tych, którzy są na ścieżce do przebudzenia, kwestia ciszy może być też sprawdzianem tego, na ile opanowali swój umysł, poprzez zweryfikowanie, czy umieją pozostać bodaj przez kilka minut nie myśląc o niczym. To prosty test. Zwróćmy też uwagę, że umysł dysponuje boskimi mocami. Praktykowanie ciszy i umiejętność wyłączenia “gaduły” na zawołanie, to odblokowanie dostępu do ogromnych możliwości. Dlatego właśnie osoby przebudzone często umieją zrobić coś, co wymyka się logice, jak chodzenie po wodzie.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Mocy

Sny bywają przeróżne i to co może się w nich pojawić to naprawdę wszystko dosłownie. Nawet najdziwniejsze stworzenia i nieistniejące w rzeczywistości istoty. Chyba też moc snów polega na tym, ze możemy w nich robić to, czego nie jesteśmy w stanie osiągnąć na jawie. Nagle możemy być mistrzami kung-fu, zdobywać szczyty lub pływać pod wodą bez potrzeby oddychania powietrzem.

Oglądałam kiedyś film z serii koszmarnych opowieści o Freddym Krugerze, który zabijał ludzi we śnie. W tym jednym odcinku autor usiłował pokazać, że we śnie możemy stać się bohaterami na niespotykaną skalę i rozwijać w sobie nowe umiejętności, nawet tak magiczne jak unoszenie się w powietrzu.

Chciałabym tu opowiedzieć sen o takiej właśnie magicznej mocy, który przyśnił się pewnej kobiecie…

We śnie kobieta jedzie samochodem na wycieczkę ze swoim mężem i kolegą. Mijają piękne zielone okolice i dojeżdżają do małego ładnego miasteczka, które wydaje się być odcięte od reszty świata. Uśmiechnięci mieszkańcy uprzejmie ich witają i oprowadzają po ulicach miasteczka. W pewnym momencie kobieta zdaje sobie sprawę, że nie wszystko jest takie miłe, jak się zdaje. Ma wrażenie, że mieszkańcy coś ukrywają. Kiedy dochodzą do niewielkiego cmentarza nagle – jak w klasycznym filmie grozy – wszyscy ludzie zmieniają się w upiory: sine, szare, w stanie rozkładu. Otaczają ją i obu mężczyzn, nie kryjąc wcale, że zamierzają ich zabić. Kobieta jednak wie, że jej nic nie są w stanie zrobić. Osłania więc obu mężczyzn, próbując schować ich za swoimi plecami. Nie boi się, nie czuje strachu, wie, że jest całkowicie bezpieczna – myśli tylko jak uratować męża i kolegę. W tym momencie przychodzi jej do głowy koleżanka o imieniu Zosia. Skupia myśli i telepatycznie próbuje wezwać ją na pomoc.

Tymczasem krąg upiorów się zacieśnia. Szare zakrzywione dłonie sięgają do schowanych za jej plecami mężczyzn. Kobieta jednym ruchem ręki potrafi odrzucić atakujących na kilka metrów, jednak jeden z nich dotyka męża kobiety. Pod tym dotykiem mąż upada na ziemię i zamienia się w pluszowego misia. Obrona trwa do czasu, kiedy przyjeżdża samochodem wzywana myślą Zosia i obie razem bez kłopotu stawiają czoła upiorom. Te natomiast jakby świadome, że nic już nie mogą zrobić przyznają się, że na ich miasto rzucono klątwę i że nikt ich nie może uratować. Śniąca kobieta i jej koleżanka Zosia biorą się za ręce i skupiając wewnętrzną Moc likwidują skutki klątwy, przywracając miasteczko i jego mieszkańców do normalnego stanu… Kobieta żegnana podziękowaniami odjeżdża, tuląc w ramionach pluszowego misia. Rozmyśla, jak może go odczarować. Wie, że potrafi to zrobić…

Sen, jak bajka albo raczej horror w kiepskim gatunku. Nie opowiadałabym go tutaj, gdyby nie przełożenie na życie. Otóż owa kobieta parę tygodni wcześniej zrobiła pierwszy stopień Reiki. To dało jej świadomość Mocy. Mocy nieziemskiej wprost, a także wyraźnie odczuwane we śnie poczucie bezpieczeństwa. Wzywana we śnie na pomoc koleżanka, to nie kto inny, jak przyjaciółka, z którą razem poddały się inicjacji. Zrozumiałe zatem, że w pojęciu śniącej, ta osoba także posiada Moc. Mąż śniącej nie interesował się pracą z energią. Pozostawał zatem pod opieką kobiety, bardziej narażony na ataki astralne i nie tylko. Zdarzyło się też, że wpadał czasem w opresje, z których go ratowała żona. Jeśli jeszcze spojrzymy na fakt, że we śnie Pan Mąż zamienił się w pluszowego nieruchomego misia, wiemy od razu, jak na poczucie wartości w związku wpłynął fakt zrobienia Reiki.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 6

Często spotykam się z twierdzeniem, że przebudzenie to samotność i na drodze rozwoju osobistego trzeba rozstać się z partnerem, partnerką i samotnie zmierzać do celu. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia i obserwacje z całą pewnością nie jest to żaden warunek. Znam wiele oświeconych istot żyjących w pełnych miłości związkach. A moim prywatnym zdaniem  to właśnie umiejętność tworzenia dobrego, udanego związku jest dowodem na prawdziwe przebudzenie. Bliskość i miłość przejawiane wobec najpotężniejszego szlifierza naszego diamentu jest największą wygraną w pracy nad sobą. Posunę się jeszcze dalej  dla mnie tylko człowiek, który umie dbać o własny związek i kochać prawdziwie wiele lat, jest tym, który naprawdę pokonał własne demony.

Proszę jednak potraktować to elastycznie. Nie wszystkie związki ratujemy i trwamy w nich. Niektóre uczą nas asertywności, samostanowienia, podnoszenia poczucia wartości i po spełnieniu swojej roli rozpadają się. Nic zatem na siłę. Jednak spotykam też często takie relacje, gdzie dwie dusze umówiły się na wspólne wrastanie poprzez trudną naukę. Jeśli odrobią wszystkie lekcje, stanowią piękny przykład “starego, dobrego małżeństwa”, w którym ludzie są ze sobą, bo chcą, a nie dlatego, że muszą. Nic ich nie trzyma, dzieci dorosły, są niezależni finansowo i są razem szczęśliwi. Oto dla mnie Mount Everest rozwoju, bo tu najczęściej się poddajemy i odchodzimy, szukać rozwiązania swoich lekcji z kimś innym.

A lekcje idą za nami i z tym kimś innym dotykamy tego samego, tylko w innej scenerii, więc czasem nawet nie widzimy, że kręcimy się w kółko jak pies za własnym ogonem. W związku intymnym najmocniej przerabiamy swoje wzorce. Jeśli nie widzimy konieczności nauki miłości bezwarunkowej do siebie i innych, to właśnie partner osobisty będzie nas bezlitośnie szkolił, nie przebierając w środkach. I ta nauka boli, bo w bliskiej relacji otwieramy swoje serca, zrzucamy gardy i cios trafia w najbardziej wrażliwe miejsce.

Na ścieżce rozwoju, kiedy w człowieku wzrasta siła i zrozumienie swojej mocy, ludzie odchodzą od trudnych partnerów. Potem, cierpiąc w samotności, ogłaszają dokoła wydumane prawdy, że samotność jest ceną jaką trzeba zapłacić za wzrastanie duchowe. To nieprawda, chyba że ktoś jest mnichem albo mniszką i składa na ołtarzu ślubowanie celibatu. Z całym szacunkiem dla wszystkich mądrych mnichów  nikt, kto nie trenował na poligonie związku małżeńskiego (intymnego) nie ma wiedzy o życiu i rozwoju. Nikt. To poligon o najwyższym stopniu trudności. I żadna szkoła jogi, oddechu czy medytacji nie da nam nawet procenta tego, co daje nam życie w stadle.

Czasem bycie samemu jest nam potrzebne, by zrozumieć siebie, by odnaleźć swoje prawdziwe wzorce i potrzeby i przejrzeć się we własnych oczach. I my  żyjący w małżeństwach  także czasem bierzemy taki urlop od relacji, aby pobyć w ciszy ze sobą. Ale to nie może trwać wieczność, bo tutaj, w ziemskich realiach pracujemy w materii i pracujemy w związkach. Dusza, która zeszła na Ziemię, świadomie wybrała takie warunki i tego potrzebuje do pełni rozwoju. I dodam, że nie każdy musi mieć męża czy żonę, to nie kwestia obrączki. Można być samym, ale nie samotnym i można praktycznie uczyć się kochania z kimś, kto z nami nie mieszka na co dzień.

Bogusława M. Andrzejewska