Reiki dla dzieci

Osoby, które wiele lat pracują z Reiki, nie mają najmniejszych wątpliwości – Reiki jest dobrem. Jest cudowną, uzdrawiającą energią, która pomaga nam odnaleźć w sobie miłość. Wiedząc o tym, nie musimy sobie zadawać pytania, czy można robić zabiegi energetyczne małym dzieciom. Oczywiście można. Można każdemu – zarówno niemowlętom, jak i staruszkom. Ponieważ Reiki jest tylko dobrem.

Małe dzieci są bardziej otwarte na energię niż dorośli. Przede wszystkim dlatego, że nie wymyślają sztucznych przeszkód i nie kombinują. Jak już wiemy, Reiki jest metodą pobierania naturalnej, ożywiającej energii, z której korzystają wszystkie istoty żywe. Również te, które nie mają o tym pojęcia, a także wszyscy ci, którzy uważają, ze to coś złego. Ponieważ jednak energia płynie za myślą, osoby, które boją się Reiki lub jej nie chcą, nie są w stanie skorzystać ze zwiększonego poboru tego, co naturalnie i tak biorą z otoczenia. Dzieci nie mają tego problemu, ponieważ nie ma w nich strachu i błędnych przekonań.

Dzieci spontanicznie lgną do miłości i dobra, ponieważ kierują się bardziej instynktem. W pewien sposób czują, co dla nich dobre. Podobnie jak zwierzęta. Zwróćmy uwagę, że także psy, koty, konie, a nawet świnki morskie chętnie przyjmują Reiki. Często powtarzam, że reakcja zwierząt powinna nas upewnić w tym, czym jest Reiki. A jest częścią mocy natury, czymś oczywistym. Kiedy ufamy swojej intuicji, nie mamy tych niepotrzebnych wątpliwości, które blokują nasz rozwój i uzdrowienie.

Dlatego dzieci pięknie przyjmują Reiki. Można im z powodzeniem robić zabiegi wszelkiego rodzaju. Jedyną przeszkodą może być fakt, że dzieci nie usiedzą spokojnie w jednym miejscu, dlatego łatwiej przekazywać im energię na odległość z pomocą drugiego stopnia. Maluszki można reikować, trzymając je na rękach lub na kolanach. W tym drugim przypadku, przekazujemy energię całym sobą, nie tylko poprzez dłonie.

Dzieci mogą być również inicjowane. Aczkolwiek sugerowałabym robić to dopiero po siódmym roku życia. Dzieci rodzą się otwarte na energię. Niektórzy nauczyciele uważają, że każde dziecko jest w Reiki, a umiejętność ta wygasa wraz ze wzrostem dziecka i chłonięciem wszystkich energetycznych blokad od rodziców. Przyznaję, że nie wiem, na ile można to odnieść do każdego dziecka, ale rozpoznaję piękny przepływ energii u maluszków, których matki zostały zainicjowane przez zajściem w ciążę i cały czas intensywnie pracują z energią. Bez wątpienia dziecko reikowane w okresie prenatalnym przez zainicjowaną mamę jest w Reiki. To widać.

Wspaniałym doświadczeniem jest ciąża przebyta pod opieką Reiki. Przyszła mama, która może sama przykładać sobie dłonie do brzuszka i wypełniać maleństwo tą piękną formą miłości, doświadcza czegoś naprawdę cudownego. Zazwyczaj zarówno ciąża przebiega bez powikłań, jak i sam poród nie sprawia większych kłopotów.

Warto pamiętać, że dzieci do siódmego roku życia są jednym układem energetycznym ze swoją mamą. Dopiero po tym czasie następuje prawdziwe „odpępowienie”. W wielu kulturach ta wiedza jest oczywista i zaznaczana przez rytuały. W naszej historii symbolem podkreślającym życie na własny rachunek energetyczny były „postrzyżyny” – obrzęd przekazania dziecka spod opieki matki pod opiekę ojca. Dzisiaj niemal nikt o tym nie pamięta. A to ważne.

Jeśli małe dziecko choruje, to zazwyczaj pokazuje psychosomatyczne problemy swojej matki. Trudno zresztą wyobrazić sobie, że trzy- lub czterolatek nagromadził w swojej małej główce tyle kompleksów, że zaczynają one przejawiać się w postaci choroby. Jest raczej delikatniejszą częścią energetyczno-fizycznego układu, dlatego czasem to on cierpi, a nie matka. To ogromnie istotne, ponieważ, aby pomóc dziecku, należy pracować z matką i uzdrawiać jej niewłaściwe wzorce. Zmiana, której dokona w sobie matka dziecka, spowoduje szybsze wyzdrowienie maluszka.

Między siódmym a dziewiątym rokiem życia dziecko staje się istotą społeczną. Wchodzi w różne zależności, poczynając od szkoły i nauczycieli, a kończąc na układach koleżeńskich. W tym czasie pojawiają się pierwsze problemy, związane z samoakceptacją i poczuciem ważności. Później dojdą tematy związane z rozpoznawaniem własnej seksualności i określaniem siebie jako kobiety czy mężczyzny. To bardzo obszerny temat, trudno go tutaj szczegółowo omówić. Chcę jedynie podkreślić, że poczynając od siódmego roku życia, dziecko zaczyna pracować na własny rachunek energetyczny. Pojawiają się pierwsze kompleksy, pierwsze niedowartościowania i negatywne myśli, które mogą stać się w czasie późniejszym podłożem choroby. Wtedy możemy już szukać wzorców psychosomatycznych u dziecka, a nie u matki.

Dzieci, które często są poddawane działaniu Reiki, są odporniejsze na choroby, silniejsze i lepiej się rozwijają. Mają też lepszy kontakt z własną intuicją i są bardziej wrażliwe.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Po rozwodzie

Przez kilka lat byłam ławnikiem w sądzie. Napatrzyłam się na rozwody i rozwodzących się ludzi. Z pewnością niełatwe to sytuacje dla nikogo, a według badań naukowców znajdują się one w grupie najbardziej stresogennych, zaraz po żałobie. Biorąc pod uwagę własne doświadczenie, rozumiem doskonale, czym jest taki moment i staram się także odnaleźć w sobie spokojną akceptację dla rozmaitych ludzkich emocji, które się z tym wiążą. Przyznaję jednak, że trudno mi pojąć tak ogromne pokłady nienawiści, jakie temu procesowi towarzyszą.

Przez ten czas spotkałam zaledwie kilka par, które rozstawały się w zgodzie, spokojnie potwierdzając własne słowa i przedstawiając wspólnie uzgodnione warunki opieki nad dziećmi oraz kwestie finansowe. Przyznaję, że takie przypadki były dla nas miłym zaskoczeniem, które chciało się uhonorować wyrazami podziwu i nagrodą, a przecież to właśnie powinno być normą. Bez względu na przyczynę, warto rozstawać się w zgodzie.

Po pierwsze robimy to dla siebie. Dla własnego psychicznego komfortu. Jeśli decydujemy się na rozwód, to kończymy jakiś etap w życiu. Najlepiej jest zakończyć go ze spokojną akceptacją i postawić mocną granicę, nie wracając myślami do trudnych doświadczeń. Rozgrzebywanie przeszłości niczemu nie służy. Jeśli odchodzimy od toksycznego partnera warto odkorkować szampana i cieszyć się z wolności i zakończenia skomplikowanej lekcji. Aby więcej do takiej żmudnej nauki nie wracać, można spokojnie przepracować swoje wzorce, zwracając szczególną uwagę na wysokie poczucie wartości oraz wybaczenie byłemu partnerowi, że bez litości nas szkolił.

Warto pamiętać, że karmienie się nienawiścią zabiera nam energię. Zabiera nam także zdrowie. Zgodnie z psychosomatyką trzymanie w sobie żalu i uporczywe rozpamiętywanie win drugiej osoby jest przyczyną chorób nowotworowych. Nie znajduję najmniejszego powodu, dla którego warto byłoby rozmyślać o zemście i traktować byłego męża lub żonę z pogardą i gniewem. Rzecz jasna czasem są to osoby, z którymi nie chcemy mieć więcej do czynienia (np. alkoholik lub sadysta), więc wcale nie musimy ich widywać. Jednak nasze uczucia należą do nas samych. Działają w obrębie naszego ciała, dlatego wpływają na nas i nasze zdrowie. Wybaczenie nie oznacza ponownego wejścia w minione cierpienie, lecz zakończenie procesu. Wybaczamy zawsze dla siebie, by więcej nie wypełniać się piekącą rzeką jadu i niszczącymi energiami gniewu i nienawiści.

Dodam jeszcze, że to samo dotyczy innych osób zamieszanych w nasze życie. Jeśli partner odchodzi do innej kobiety (partnerka do innego mężczyzny), warto poświęcić czas samemu sobie, by tę trudną lekcję zrozumieć i uwolnić się od cierpienia. Nie warto wypełniać się złością i żalem do rywalki (rywala). Tu też korzystnie jest wejść w proces wybaczenia. Życie pokazuje, że jeśli ktoś nas zostawia, to na jego miejsce przychodzi ktoś o wiele lepszy, pod warunkiem, że zaakceptujemy to doświadczenie, podniesiemy poczucie wartości i otworzymy się na nowe, lepsze życie. Wysoka samoocena bywa kluczowa, chociaż czasem przyczyną zdrady jest i to, że sami wobec siebie nie byliśmy lojalni. Nad tym też warto popracować.

Mam koleżankę, która utrzymuje dobre kontakty z byłym mężem, a on pomaga jej w różnych życiowych sprawach, jeśli ona tego akurat potrzebuje. Powiedziała mi wprost, że są przyjaciółmi. Czy to nie jest wygodne i przyjemne? A warto wiedzieć, że małżeństwo to należało do bardzo burzliwych, na granicy rękoczynów niemalże. Rozwód sprawił, że tych dwoje ludzi przestało wzbudzać w sobie nawzajem skrajne emocje. Bardzo podobają mi się ich zgodne i sympatyczne relacje.

Po drugie: robimy to dla dzieci. Dla nich to bardzo ważne, aby mieć kontakt z obojgiem rodziców. Rzeczą oczywistą jest, że nie wolno pod żadnym pozorem oczerniać rodzica, wyzywać i lżyć w obecności dziecka. Nasze kłótnie i zdrady to nasza sprawa dorosłych. Dzieci do tego nie mieszajmy. Dziecko ma prawo kochać oboje rodziców, także tego tatę, który znalazł sobie “inną panią” czy mamę, która odeszła do “innego pana”. Niewierność dorosłego nie ma nic wspólnego z byciem ojcem czy matką. I absolutnie nie jest dla mnie żadnym argumentem stwierdzenie, że dla dobra dziecka nie odchodzi się od żony (czy męża). To kompletna bzdura, która nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Praktyka wskazuje, że dla dziecka lepsze są dwa domy i patchworkowa zgodna, pełna miłości rodzina, niż mieszkanie pod jednym dachem z dwojgiem nienawidzących się rodziców, którzy zaciskając zęby czekają, kiedy dziecko dorośnie i wyprowadzi się na swoje, by mogli wreszcie wziąć rozwód.

Dla dobra dzieci przede wszystkim powinniśmy traktować siebie wzajemnie z szacunkiem. Należy wówczas schować wszystkie żale do kieszeni, by móc spokojnie powiedzieć do pociechy: “mama nie może porozumieć się z tatą, więc nie będą razem mieszkać, ale oboje bardzo cię kochają i nadal jesteś dla nich tak samo ważny“.  W obecności dziecka nie ma miejsca na gniewy i pretensje. Warto wybaczyć i zamknąć za sobą jakiś rozdział życia. Jest to zresztą o wiele łatwiejsze, kiedy nie mieszkamy razem.

Pomijam tutaj sytuacje skrajne, kiedy ojciec czy matka są jednostkami na tyle patologicznymi, że lepiej odsunąć ich od dziecka. W pozostałych wariantach człowiek spontanicznie kieruje się rozsądkiem. Panowie dzielą się na takich, którzy bez względu na to, jaka jest matka, kochają swoje dziecko ponad wszystko oraz na takich, którzy nie czują swojego ojcostwa, nie są odpowiedzialni i nie chcą mieć z dziećmi nic wspólnego. To nieliczne grupy. Najwięcej jest takich, którzy traktują swoje dzieci trochę tak, jak są traktowani przez byłe żony. Jeśli kobieta ma klasę i zachowuje się mądrze, wówczas płacą alimenty bez dyskusji i chętnie widują się z dzieckiem. Jeśli są traktowani ze złośliwością i podłością, unikają płacenia i zaniedbują dzieci.

Znam bardzo ciekawy przypadek pana, który z wielkim zaangażowaniem i miłością wychował jedno swoje dziecko oraz pasierbicę córkę swojej żony, natomiast nie chce mieć nic wspólnego ze swoimi biologicznymi dziećmi urodzonymi przez inną kobietę. Kiedy poprosiłam o wyjaśnienie, dlaczego jest wobec jednych dzieci tak dobrym i czułym ojcem, a wobec innych tak nieodpowiedzialnym, usłyszałam, że tamta kobieta jest podła i chciwa, więc jej dzieci są takie same. Ciekawa filozofia, która bez względu na jej sensowność powinna być cenną informacją dla rozwiedzionych kobiet. Wielu mężczyzn tak podchodzi do tematu: mniej lub bardziej świadomie przenoszą uczucia do matki na dzieci. Złośliwość, chciwość i chęć zemsty absolutnie nie popłacają. A wystarczy odrobina szacunku i uprzejmości, by nasze dzieci miały obok siebie upragnionego ojca, za którym często bardzo tęsknią.

Zauważyłam w swojej praktyce, że rozwiedzione panie często bez żadnych zahamowań plują jadem nienawiści na byłego małżonka i jednocześnie oczekują, że będzie widywał dziecko i płacił ogromne alimenty. Tymczasem zasada jest prosta: jeśli chcemy, by ojciec traktował z miłością swoje dziecko, a ta miłość wyrażała się zarówno zainteresowaniem, jak i hojnością, wówczas trzeba wybaczyć partnerowi i traktować go naturalnie. Każdy przychodzi tam, gdzie jest uprzejmie traktowany. Stamtąd, gdzie spotyka go wrogość i tylko chciwie wyciągnięte po pieniądze ręce, ucieka. To proste.

Kłania się tutaj zasada lustra. Jeśli jesteśmy pełni nienawiści, to doświadczamy niechęci i skąpstwa. To oczywiste, że ojciec chętnie płaci na dziecko, jeśli z byłą żoną ma dobre stosunki, a skąpi, jeśli wie, że dziecko jest nastawiane przeciwko niemu. Tymczasem większość pań zupełnie tego nie rozumie, wychodząc z założenia, że skoro je zdradził, czy skrzywdził, to musi zostać ukarany i ma dosłownie za wszystko zapłacić. Taka polityka obraca się przeciwko samotnym matkom, które swoim działaniem odpychają ojca od dziecka.

Jest też bardzo krzywdząca dla dzieci, które w ten sposób tracą kontakt z ojcem. Negatywne efekty wyjdą w wieku późniejszym, kiedy dziecko dorośnie i będzie miało problemy w relacjach. Zadziwia mnie fakt, że chociaż wielokrotnie tłumaczyliśmy rozwodzącym się paniom, jak powinny postępować dla dobra swoich pociech, to po pełnych nienawiści oczach widać było, że przedłożą zemstę ponad komfort swój i dziecka. I zastanawiałam się wówczas: co łączyło tych dwoje? Czy prawdziwa miłość może zamienić się w tyle złych uczuć?

Stąd sporo smutnych refleksji. Bo warto czasem posłuchać mądrzejszych od siebie dla własnego dobra i dla dobra swoich dzieci.  To my kształtujemy swoje życie. Każdego dnia. Także wtedy, kiedy wychodzimy z sali sądowej po rozwodzie. To od nas zależy, czy będziemy jeszcze w życiu szczęśliwi, czy też zarówno my, jak i nasze dzieci płacić będziemy karne odsetki od emocji, nad którymi nie umiemy zapanować. Warto rozumieć drugiego człowieka. Warto wybaczać. A nade wszystko warto żyć pogodnie, bez gniewu i bez nienawiści.

Bogusława M. Andrzejewska

Kiedy mama jedno kocha bardziej…

Milena była wrażliwą i niezwykle bystrą dziewczynką. Już mając  5 lat, zauważyła, że mama ewidentnie wyróżnia jej starszego brata. Dziecko nie rozumiało, dlaczego tak się dzieje, ale wyartykułowało swoje poczucie krzywdy na głos:

– Mamusia zawsze Wojtkowi na wszystko pozwala. Wojtek to król, a ja to nikt.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić?! – oburzyła się mama – natychmiast mnie przeproś! A potem marsz do kąta!

Być może inna mama zachowałaby się inaczej. Mama Mileny jednak miała monopol na jedynie słuszną rację. Dzieci wychowywała surowo, zgodnie z zasadą absolutnego szacunku dla matki, włącznie z całowaniem codziennym po rękach i mówieniem do siebie w trzeciej osobie. Wojtek i Milena nigdy nie byli chwaleni, ponieważ to mogłoby spowodować, że staną się nieposłuszni i zarozumiali. Dzieci nie miały prawa nie pytane zabierać głosu i podważać matczynego autorytetu. Nie wolno im było używać słowa „nieprawda” w stosunku do starszych, nawet jeśli mówiliby oni, że śnieg ma kolor czerwony. Dzieci miały natomiast obowiązek dobrze się uczyć i wyrosnąć na chwałę rodziców.

Z tym ostatnim problemu nie było, ponieważ oboje byli bardzo inteligentni i bez wysiłku przynosili ze szkoły świadectwa z czerwonym paskiem oraz różne zdobywane w konkursach nagrody. Jednak Milena, bardziej niesforna i przekorna niż jej grzeczny brat, potrafiła uciec z lekcji w dzień wagarowicza. Oczywiście razem z innymi uczniami. Chociaż któż wie, kto tak naprawdę podsunął całej grupie uciekinierów taki pomysł? Potrafiła też zapomnieć odrobić zadanie albo wylać atrament na nowy dywan.

– Bierz przykład z Wojtka, zobacz jaki on jest grzeczny! Zobacz jaki on ma porządek w rzeczach, ty bałaganiaro! Zmień się! Popraw! – nieustannie łajała ją matka.

Myliłby się ten, kto by podejrzewał, że tak rugana Milena znienawidzi brata. Wręcz przeciwnie. Ponieważ chodzili do tej samej szkoły, na przerwie dziewczynka biegła pod klasę Wojtka, by tam na oczach wszystkich przytulić się do brata.

– To jest on, to jest ona, to jest jego narzeczona – śmiały się inne dzieci. Ale bez złośliwości. Zarówno Wojtek, jak i Milena byli bardzo lubiani przez wszystkich. Pomimo najlepszych w klasie ocen, zawsze dawali ściągnąć na klasówce i absolutnie nie byli kujonami. Prawdę mówiąc w ogóle się nie uczyli. Wiedza sama wchodziła im do głowy. Życzliwi dla wszystkich, roześmiani, oboje należeli do harcerstwa, pracowali społecznie. Idealiści. Utopiści.

Mama miała jednak wymagania, które czasem przerastały dzieci. Zdarzyło się im dostać czwórkę, zamiast piątki. Wówczas po powrocie z wywiadówki dom trząsł się od awantury. Wojtek obrywał burę mniejszą od siostry, ledwo podniesionym głosem zwracano mu uwagę, że czwórka to wstyd i hańba, że ma ją natychmiast poprawić, bo jak to wygląda w dzienniku! Milena była surowo karana. Zakaz wyjścia na podwórko, zero kieszonkowego, często klęczenie w kącie na worku z grochem… Miała brać przykład z Wojtka, który jest bardzo dobrym piątkowym uczniem i któremu wstydu przynosić nie wolno.

Któregoś dnia Milena dostała list z urzędową pieczątką. Zanim go otworzyła, matka wyrwała jej z rąk kopertę:

– Pokaż natychmiast! Na pewno jakaś kara za przetrzymanie książki z biblioteki! Wiecznie z tobą same kłopoty. Jesteś okropna!

W liście było podziękowanie dla Mileny i pochwała z Komendy Hufca za wzorowe pełnienie obowiązków instruktorskich. Dziewczyna spojrzała z satysfakcją na mamę, ale nie doczekała się uznania ani tym bardziej przeprosin. Matka w milczeniu oddała jej kopertę i odwróciwszy się na pięcie, poszła do swoich spraw. W tym domu dorośli nigdy nie przepraszali dzieci. Dorośli byli przecież nieomylni.

Milena uwielbiała brata, jakby podświadomie czując, że nie ponosi on winy za to, że matka jego kocha bardziej. Z rodzicielką stosunki miała chłodne. „Nie chcesz mnie kochać, to nie, obejdzie się”, mówiły zielone oczy Mileny do matki. Nie przejmowała się też ciągłą krytyką i niedocenianiem. Osiągała kolejne sukcesy w szkole, zbierała dyplomy, zajmowała punktowane miejsca w konkursach literackich. Pracowała nad sobą, starała się zmieniać na lepsze, wyrosła na piękną i świadomą swojej wartości osobę. Wyszła za mąż, urodziła dziecko, a brat nadal był jej największym oparciem przyjacielem na dobre i złe.

Milena przeczytała mnóstwo książek o psychologii, skończyła studia, zaliczyła dobre kursy rozwoju osobistego. Wiedziała, że musi uzdrowić w sobie to wszystko, co wlecze się za nią z przeszłości. Dzisiaj Milena jest psychologiem i doradcą. Cenionym, szanowanym i podziwianym. Uczy kolejne pokolenia, jak pomagać innym ludziom. Wydała kilka doskonałych poradników. Jest kobietą pełną pasji i miłości do życia. Jej dni są wypełnione mnóstwem nowych pomysłów, które z radością realizuje. Od 30 lat trwa w szczęśliwym związku i nadal kocha swojego brata. Ma udanego syna, dla którego jest największym przyjacielem i powierniczką.

Przyszedł wreszcie czas, że zbudowała także pełną ciepła więź ze swoją mamą. Odkąd Milena pokochała siebie taką, jaką jest, jej rodzicielka zaczęła dostrzegać dobro i piękno swojej córki. Stosunki między kobietami zmieniły się na lepsze. Milena powiedziała mi, że kropla drąży skałę i ona właśnie cierpliwie wydrążyła piękną matczyną miłość. Jest szczęśliwa i spełniona.

***

Czytałam ostatnio artykuł o faworyzowaniu przez rodziców jednego z rodzeństwa. Wynika z niego, że te gorzej traktowane dzieci, przez całe dorosłe życie trwają w koszmarnej nienawiści i zazdrości. Wydało mi się to wręcz niemożliwe, bo znając Milenę, wiedziałam, że można inaczej. Dlaczego zatem ludzie niepotrzebnie cierpią? A dlaczego Milena jest szczęśliwa, pomimo takiego dzieciństwa, jakie jej przypadło w udziale?

Przyczyna tkwi w samym człowieku. Odpowiedź jest tutaj banalnie prosta. Milena pracowała nad sobą i włożyła nieco wysiłku, by zmienić swoje ułomne podświadome wzorce. Zrozumiała, że jeśli chce być szczęśliwa, musi coś w sobie uzdrowić. Znalazła to „coś” i uzdrowiła. Wymagało to od niej pracy nad sobą i cierpliwości. Wymagało to też świadomości: to mój problem, to jest we mnie, tylko ja mogę to zmienić.

Piszę o tym, abyście zrozumieli, że jesteście w pełni odpowiedzialni za wszystkie swoje wybory i również za to, jacy jesteście. Obecnie nastała moda psychologicznego tłumaczenia podłości, zawiści, egoizmu. Mówi się powszechnie: ona jest taka, bo miała trudne dzieciństwo, bo nie była kochana i wspierana. Pokazałam wam los kobiety, która miała dość trudną przeszłość, a pomimo tego jest wspaniałą i szlachetną osobą. To nieprawda, że niedobry, popełniający błędy rodzic piętnuje nas psychicznie na całe życie. Wszystko można uzdrowić, trzeba tylko chcieć. Jeśli rzetelnie nad sobą pracujemy, wówczas uzdrawiamy siebie na wszystkich poziomach. Można uporać się z brakiem wsparcia, ale również z zazdrością.

Zastanawiam się raczej, jak można kierować się w życiu takimi paskudnymi odczuciami? Jakie to daje korzyści, poza nakręcaniem negatywnych emocji? Nie wytrzymałabym w energii zawiści ani jednego dnia! Taki stan należy w sobie natychmiast rozpoznawać i uzdrawiać, zanim pochłonie nas szkodliwa adrenalina!

Jeden z moich przyjaciół uważa, że poziom  rozwoju widoczny jest po naszym stosunku do rodziców. Wysoko rozwinięta osoba kocha i akceptuje rodziców, rozumiejąc, że wszystkie błędy które popełnili, były ich sposobem na dobre w ich mniemaniu wychowanie dziecka. Jeśli nawet ich czyny wykraczały poza zasady moralne i etyczne (o czym tutaj nie mówimy), to pozostaje wybaczenie, od którego nie powinno się w żaden sposób uciekać.

Moim zdaniem nie może mówić o rozwoju duchowym nikt, kto babrze się bez końca w zazdrości czy nienawiści i przez całe życie odsuwa się od bliskich, nie umiejąc zapomnieć, że ośmielili się nie spełniać oczekiwań lub kochać kogoś innego, niż my. Jeśli Milena może kochać swoje rodzeństwo, może wybaczyć matce brak wsparcia, to każdy może to zrobić. Stawiajmy sobie wyżej poprzeczkę w tym względzie. Jesteśmy tu na Ziemi dla miłości, a nie dla nienawiści. Dopóki nie nauczymy się wybaczać i kochać, jesteśmy tu na darmo…

Bogusława M. Andrzejewska

Manipulacje

Nasza seksualność to nie tylko cudowne doświadczanie bliskości, ale – jak pokazuje życie – także ogromne pole wszelkich nadużyć i manipulacji. Być może dlatego, że dopóki jesteśmy młodzi i zdrowi, kochamy seks, czerpiąc z niego mnóstwo rozkoszy. Wiedzą o tym Ci, którzy chcą wykorzystać nasze pragnienia. Pozornie dla swojej korzyści. Czasem owa manipulacja obraca się przeciwko nim – tak działa harmonia Wszechświata. Ale nie zmienia to faktu, że warto umieć dostrzec manipulacje i umknąć przed nimi w podskokach.

W tym miejscu przypominają mi się legendy o wypijającym ludzką energię sukkubie – seksownej demonicznej kobiecie, która wabi mężczyzn swoim roznegliżowanym ciałem, aby pożywić się ich siłą życiową. Mówi ona zmysłowym szeptem do swojej ofiary: „znam twoje pragnienia, wiem, czego pożądasz najbardziej”… Jak w każdej legendzie, tak i tutaj znajdziemy ziarno prawdy. Ów magiczny sukkub to bardzo często zakompleksiona kobieta, która żeruje na mężczyźnie. To wbrew pozorom bardzo często spotykany model działania.

Oczywiście mężczyźni też manipulują kobietami seksualnie, ale ze względu na jakość naszej kulturowej tradycji, robią to o wiele rzadziej. Zachodem rządzi ciągle patriarchalne podejście do spraw seksu – w tym obszarze mężczyźnie wolno więcej i bardziej otwarcie, dlatego też nie ma w nich potrzeby, by cokolwiek wymuszać. Ponadto kobieca biologia bywa tu cichym wspólnikiem pokrętnych zachowań, bo wiele kobiet potrafi długo obejść się bez seksu. Przynajmniej tak im się wydaje.

Najczęściej spotykany model to gra w stałym związku – gra polegająca na: „jeśli zrobisz…, to dostaniesz”. Standardem jest, że warunki stawia kobieta. Dla  mężczyzny seks bywa na tyle ważny, że jest w stanie wiele poświęcić, by dostać to, czego pragnie. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że to mężczyzna powie: „jeśli zrobisz to i to, to wieczorem się pokochamy”. Być może się mylę, ale odpowiedzią byłoby ironiczne parsknięcie i wzruszenie ramion.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że wygrywa tu kobieta. Manipulacja i szantaż to ślepa uliczka. Kiedy on wykona to „coś”, a ona w nagrodę udostępni mu swoje ciało, to zbliżenie będzie miało smak popiołu… Zero romantyzmu, zero, ciepła, zero zaufania. On będzie się zastanawiał, czy warto być wykorzystywanym i gdzie jest granica, której nie zechce przekroczyć. Ona – jeśli posiada sumienie – będzie miała poczucie winy, które zepsuje miłosne spotkanie we dwoje. Jeśli sumienia nie ma, to i tak będzie czuła niezadowolenie, ponieważ akt seksualny nie wyniknął z naturalnej potrzeby – jest jedynie zapłatą za wykonaną przez męża usługę. Nie widzę tu miejsca na bodaj ślad uczucia. Fakt odkrycia przez kobietę, że posiada ona coś, na czym zależy jej partnerowi, mógłby prowadzić do bliskości, intymności i większego zaangażowania. Jeśli jednak ktoś decyduje się szantażować drugą osobę, wówczas – moim zdaniem – nie ma tu mowy o miłości.

Jest jeszcze inny rodzaj manipulacji. Dotyka on osób, które nie są ze sobą na stałe. Czasem kobietom wydaje się, że jedyne, co mają do zaoferowania, to ciało. Poznają kogoś, i natychmiast idą z nim do łóżka, aby udowodnić, jakie są seksowne i kobiece. Chcą zapunktować w czyichś oczach i skłonić w ten sposób do stałego związku. O tak – nie piszę tu o singielkach, które świadomie wybierają przypadkowy seks, lecz o tych, które poszukują partnera na stałe. Znam historię pewnej pani, która zabierała poznanego na dyskotece mężczyznę na noc do wynajmowanego przez siebie mieszkania tylko po to, by rano po upojnej nocy zapytać go: „ożenisz się ze mną?” Zamiast pracować nad bliskością i budować więzi, najłatwiej przecież zdjąć majtki.

To kolejna ślepa uliczka. Mężczyźni nie ufają kobietom, które oddają im się na pierwszej randce. Nie na tyle, by tworzyć z nimi rodzinę. Można stworzyć w ten sposób sympatyczny układ bez zobowiązań, jeśli dopasujemy się seksualnie i jeśli ktoś lubi takie relacje. Jednak miłość i bliskość wymaga nieco czasu i tego, co najprościej nazywamy wzajemnym poznaniem siebie. Wspomniana przeze mnie wyżej pani, szukająca męża na dyskotekach, ma dzisiaj czworo dzieci, każde z innym panem. Nigdy nie wyszła za mąż. Jest samotna i przeszła właśnie poważną operację ginekologiczną. Kłania się tutaj psychosomatyka – od razu zobaczymy, gdzie jest największy psychologiczny problem. Nikomu nie życzę takiego losu i takiego błędnego podejścia do tematu.

Istnieje także inny rodzaj manipulacji. Jest to seks uprawiany z premedytacją, wyłącznie w tym celu, aby zajść w ciążę – w tajemnicy przed partnerem oczywiście i wbrew jego woli. Wszystko po to, by zmusić go ową ciążą do ślubu. Jak dalekie jest to od miłości, intymności, bliskości, tłumaczyć nie muszę. Wydaje mi się, że tego typu oszustwo dyskwalifikuje kobietę, jako kobietę i człowieka zarazem. Gdybym była mężczyzną, wyżej ceniłabym partnerkę, która ukradłaby mi z portfela 1000 zł, niż taką, która „wrabia” mnie w niechciane dziecko, niszcząc życie moje i oczywiście tego dziecka.

A idąc tym tokiem myślenia – przysięgam: nie chciałabym urodzić się jako efekt manipulacji niedojrzałej mamusi. Każdy z nas ma prawo, by przyjść na świat jako upragniony owoc prawdziwej miłości. Niechby nawet nieplanowany – ale słodki efekt bliskości. Wpadka między dwojgiem ludzi, którzy naprawdę się kochają, nigdy nie będzie tragedią, a maleństwo będzie uwielbiane. Natomiast oszustwo typu: “zajdę w ciążę, może mnie zechce” – jest atakiem przede wszystkim na dziecko, bo to ono będzie całe swoje życie dźwigać ten ból. Mężczyzna może po prostu powiedzieć: “mówiłem wyraźnie, że nie chcę i ojcem nie będę”, co sprowadzi ojcostwo wyłącznie do obowiązkowo zasądzonych alimentów. I wtedy wszyscy są przegrani: odrzucona kobieta, oszukany mężczyzna, który przez dwadzieścia najbliższych lat płaci haracz za wątpliwej jakości seks i wreszcie najbardziej skrzywdzone – nikomu niepotrzebne dziecko.

Obrażą się na mnie zapewne wszystkie panie, ale staję tutaj po stronie mężczyzny. Nie można zmuszać się do kochania dziecka, choć dziecko niczemu winne nie jest. Manipulantka na to właśnie liczy: “może i nie chce, ale jak już urodzę, to będzie musiał się zająć i mną i synkiem, przecież musi, inaczej nie wypada”. Otóż – nic nie musi. Im mocniej mężczyźni odetną się od takich kobiet, tym szybciej inne przestaną naśladować tego typu toksyczne zachowania. To tylko moje zdanie. Być może ktoś woli poświęcić siebie dla dobra dziecka, ma prawo. Niech tylko pamięta, że poświęca też setki innych mężczyzn i dzieci, ponieważ to popyt kształtuje podaż. Dopóki manipulacje odnoszą efekt – będą stosowane. Nie oduczymy ludzi podłości, mówiąc im, że postępują niewłaściwie – i tak nam nie uwierzą, żyjąc w swoim chorym świecie złudzeń. Jedynym znanym mi sposobem na manipulację jest nie uleganie jej, bez względu na koszty.

Związek to MY, a nie “ja i ty”. Oznacza to respektowania prawa do wolności partnera. Decyzje tak ważne, jak posiadanie dziecka należy podejmować wspólnie. Jeśli mój partner dziecka nie chce i mówi o tym wyraźnie, to nie mam prawa zmuszać go do tego. Jeśli macierzyństwo jest dla mnie bardzo ważne, to zawsze mogę zmienić partnera na takiego, który z radością powita na świecie gromadkę potomstwa. Tylko taką decyzję wolno mi podjąć. Wszelkie kombinacje, aby postawić na swoim, świadczą nie tylko o niedojrzałości kobiety, ale przede wszystkim o jej okrucieństwie. Okrucieństwie wobec własnego dziecka, które powołuje na świat wiedząc, że dawca nasienia dziecka nie chce. To jak tłuc swoje dziecko młotkiem po głowie i oczekiwać, że będzie się z tego cieszyło. Uczuć macierzyńskich także tutaj nie dostrzegam.

Bywały takie czasy, gdy to mężczyzna traktował kobietę, jako narzędzie do przedłużenia rodu. Żenił się głównie po to, aby żona dała mu potomka, najlepiej męskiego. Często mówimy o tym ze zgorszeniem i pogardą, wskazując postacie takie, jak choćby Henryk VIII Tudor, który nie wahał się zgładzić bezpłodnej partnerki. To nie jedyna historyczna sytuacja, w której zauważamy szowinizm i potępiamy traktowanie kobiety wyłącznie jak rzeczy potrzebnej do osiągnięcia celu. Czy opisane przez mnie wyżej zachowanie jest w czymś lepsze bodaj o jeden gest?

Podsumowując, warto by podkreślić, że wykorzystywanie seksu do osiągnięcia swojego materialnego celu jest przedmiotowym traktowaniem partnera. Nie ma nic wspólnego z uczuciem. Nie zbudujemy bliskości na cierpieniu drugiego człowieka. A przyjdzie czas, że dojrzejemy i zrozumiemy, co jest najważniejsze. Będziemy wtedy szukać miłości, zaufania, intymności, bezpieczeństwa – tych wszystkich wartości, których odmówiliśmy komuś, dla kogo byliśmy ważni. Pilnujmy swojej szansy na bycie szczęśliwymi, umiejąc odróżnić ciepło, serdeczności i miłość od kupczenia własnym ciałem. Miłość jest często na wyciągnięcie ręki, tylko nie umiemy jej zauważyć i potraktować z szacunkiem tak, aby przyniosła nam szczęście.

Bogusława M. Andrzejewska

Wybaczyć rodzicom

Wróciłam niedawno z ciekawego szkolenia, na którym tematem głównym były relacje z rodzicami. Jak to najczęściej bywa, to co stale przewijało się w każdym przypadku, to brak akceptacji dla zachowania rodziców, żal, pretensje, nieprzerobione sprawy. Jakoś tak układają się nasze związki z matką i ojcem, że zawsze znajdziemy tam coś do krytykowania. I chociaż od dawna jestem wolna od tego problemu, to przecież kiedyś również myślałam takimi kategoriami. Rozumiem więc doskonale, że temat ten jest wiecznie żywy i każdy na swój sposób powinien poukładać to w sobie.

Jak zatem wybaczyć rodzicom? Jak poczuć całym sobą, że starają się najlepiej jak potrafią i jeśli popełniają błędy, to dlatego, że inaczej nie umieją? Myślę, że nie ma na to jednolitej recepty dla wszystkich. Mi bardzo pomógł proces wewnętrznego dziecka, który dwadzieścia lat temu fachowo przeprowadziła ze mną koleżanka psycholożka. A potem wystarczyła już tylko praca duchowa i otwieranie serca na miłość, zrozumienie i współczucie. I chociaż sporo trudnych rzeczy uwalniałam, dzisiaj czuję głównie wdzięczność dla moich rodziców.

Jedna z ważnych refleksji, jaka do mnie przyszła niedawno, dotyczy próby wejścia w cudze buty. Postawmy się w sytuacji osoby, do której mamy pretensje. Tak łatwo oceniamy innych, przyklejając im etykietkę podłych, czy bezmyślnych. Tymczasem życie często pokazuje, że w podobnej sytuacji dokonujemy identycznego wyboru. Warto czasem bez hipokryzji przyjrzeć się drugiej osobie, poczuć tak, jak ona i pomyśleć, co na jej miejscu byśmy zrobili. Bardzo łatwo napełnić sobie usta frazesami o uczciwości czy sumieniu. Życie jednak nie zawsze pozwala nam wyrzekać się tego, co dla nas ważne.

Jedną z często spotykanych pretensji do rodzica jest żal o to, że zostało się porzuconym, że w dzieciństwie zabrakło kochającej obecności, zabawy, bliskości. Obiektywnie patrząc, łatwo ocenić, że obowiązkiem kogoś, kto dał życie, jest wychować i być obok. Jasne. Mamy nawet paragrafy na konieczność utrzymywania małoletnich. Ale wyobraźmy sobie siebie w sytuacji, w której bez naszej woli i zgody grozi nam zostanie ojcem. Nie czujemy się gotowi, nie ma w nas radości z tego powodu. Natomiast przeraża nas wrzeszczące, pomarszczone niemowlę… Jeden bierze to na klatę i próbuje podołać temu ciężkiemu obowiązkowi, a inny ucieka gdzie pieprz rośnie.

Jeśli ktoś w tym momencie zacznie pokrzykiwać, że trzeba wcześniej pomyśleć o konsekwencjach radosnego seksu z kim popadnie, to natychmiast zapytam: a jak to jest u ciebie? Ręka w górę ten, kto kocha się wyłącznie w celach prokreacji! I nie pytam szczęśliwie żonatych. Każdy z nas chce cieszyć się życiem. Czasem po prostu zawodzi antykoncepcja. A bywa też, że ktoś liczyć nie umie. Siłą rzeczy biologia sprawia, że kobieta chcąc nie chcąc dostaje dziecko w darze i uciec od niego nie może, a mężczyźnie czasem taka ucieczka się zdarza. I chociaż tego popierać nie można, można to spróbować zrozumieć.

Próba pojmowania drugiego człowieka i postawienia się na jego miejscu pomaga w wybaczeniu. Być może ja nigdy nie porzuciłabym swojego dziecka, ale rozumiem, że ktoś inny nie potrafi stawić temu czoła i podejmuje odmienną decyzję. Ma do tego prawo. Być może dla niego strach przed odpowiedzialnością, uwięzieniem w pieluchach, przed całymi latami kaszek, kupek i zabawek wydaje się nie do ogarnięcia. To nie tylko usprawiedliwienie dla kogoś, kto postąpił niewłaściwie. To także ogromnie ważne dla poczucia wartości. Wiele dzieci porzuconych przez ojców czuje się kimś gorszym, kogo ojciec nie chciał i nie kochał. A naprawdę to nic personalnego. Ten człowiek, który nie chciał podjąć ojcowskich obowiązków, nic nie miał przeciwko małej Biance czy Kubie. On bał się swoich własnych demonów. Dorosła Bianka i Kuba może to zrozumieć i przyznać: „wiem, że bardzo chciałeś mnie kochać, ale twoje lęki były silniejsze i dlatego uciekłeś”. To uwalnia nas od bycia gorszym, przegranym, niechcianym. Jest to naprawdę bardzo istotne dla naszego szczęścia – umieć zrozumieć cudze słabości i zaakceptować je, jako zwyczajny kawałek życia.

Czasem tą słabością nie jest ucieczka od rodzicielstwa, lecz działania, które zadają ból. Nadmierne ambicje, które każą bezustannie krytykować dziecko, a ono bezsilnie stara się być coraz lepsze i lepsze, by zasłużyć wreszcie na pochwałę. Surowość, która rzuca maluszka na ziemię, by czuł się marnych prochem wobec wszystkowiedzących i nieomylnych rodzicieli. Zaniedbanie, które ślepymi oczami nie dostrzega ewidentnego krzywdzenia małej istoty przez innych dorosłych. A nawet uzależnienia, które stwarzają piekło na Ziemi. Za tym wszystkim stoją ludzie, przepełnieni lękiem, fobiami, złymi emocjami, głupotą, naiwnością. Każdy z nich to tylko człowiek.

Kiedy nauczymy się w rodzicach widzieć zwykłych, omylnych ludzi, kiedy damy im prawo do błędów, uwolnimy wreszcie swój ból i żal. Pozwolimy sobie na odpuszczenie matce lub ojcu tego, że bali się, nienawidzili, faworyzowali, uciekali, oczekiwali, żądali, wyobrażali sobie niestworzone rzeczy. Że widzieli świat swoimi oczami. Że nie domyślali się naszych potrzeb. Że nie reagowali tak, jak chcieliśmy. Że okazywali miłość po swojemu, a nie tak, jakby nam się najbardziej podobało. A przecież kochali. Tak, jak umieli.

Czasem dziwię się, o jakie rzeczy mają do rodziców pretensje moi klienci. O drobiazgi – o to, że mama wszystko wie najlepiej i ciągle poucza. Niech poucza, przecież chce dobrze, chce jak najlepiej, nawet jeśli racji nie ma. O to, że ojciec bardziej kocha siostrę lub brata niż mnie. A niech sobie kocha, wolno mu. Ja też jednych lubię bardziej, innych mniej. To mnie nie umniejsza, bo moją wartość kształtuję ja sama, a nie stosunek do mnie innych ludzi, nawet rodziców. Zastanówmy się też, dlaczego dorosłych tak bardzo denerwuje to, że ledwo chodząca staruszka, która nie wie, co to jest internet, próbuje im doradzać, co mają robić, a czasem nawet karci słowami za jakiś postępek. Przecież ona nadal jest matką i zawsze będzie swoje dziecko traktować przez pryzmat poczucia macierzyńskiego obowiązku. Nawet wtedy, kiedy to dziecko będzie miało pięćdziesiąt lat. Zauważenie tej prostej zależności otworzy nas na rozumienie i współczucie.

W wybaczeniu pomocna jest także świadomość odłączenia działania od samego człowieka. Zobaczmy w nim kogoś dobrego, jasnego, kto naprawdę chce dobrze, lecz ulega swoim słabościom, lękom, błędnym przekonaniom. Dotyczy to zresztą nie tylko rodziców, ale każdej osoby, której chcemy wybaczyć. Jeśli ktoś wyrządza nam to, co nazywamy krzywdą, to rzadko kiedy ma na celu świadome zadanie nam bólu. Najczęściej kieruje się lękiem bądź nawykiem wyniesionym z domu. Ojciec, który bezlitośnie bije pasem, zapewne też był bity jako dziecko. Tak go nauczono, powtarzając mu, że bez dyscypliny rosną tylko chwasty. Może i serce mu się kroi przy tym biciu, ale jest przekonany, że dla naszego dobra – musi. Znałam takich ojców. Dzisiaj już rzadko stosuje się kary cielesne, ale można tu wstawić każde inne działanie. Rodzice zazwyczaj robią to, czego ich nauczono w domu, w co wierzą i co – w ich przekonaniu – służy naszemu dobru. A przy tym mają i swoje trudne emocje lub cechuje ich egoizm, a czasem zabraknie im zwykłej ludzkiej mądrości. Bo mądrość – niestety – nie jest dawana każdemu. Nic na to nie poradzimy… Stąd też wiele działań nacechowanych jest brakiem rozsądku lub lękiem.

W krytycznej ocenie rodziców zauważyłam jeszcze jeden wątek – patrzenie oczami innych ludzi. Moją znajomą wychowywała babcia, która nie lubiła zięcia, czyli ojca tej mojej znajomej. Małe dziecko każdego dnia słyszało krytyczne uwagi pod adresem taty. Zakodowało sobie, że ma ojca lenia, brudasa i chama tak mocno, że nie zauważyło, jak ojciec rysuje jej obrazki, nosi na barana, opowiada bajki, zabiera na spacer i śpiewa piosenki. Kiedy dorosła, powtarzała, że miała złego ojca, lecz na pytanie, co było złego w nim odpowiadała cudzymi słowami: leń, brudas, cham, nogi mu śmierdzą. Kiedy zapytałam: „a co zrobił złego tobie?”, nie umiała odpowiedzieć. Okazało się, że nigdy jej nie skrzywdził, nie zaniedbał, pomagał w nauce i chętnie się z nią bawił.

Bardzo trudno jest oddzielić cudze wzorce zakodowane mocno w dzieciństwie, od naszych własnych uczuć. Podobnie jak z każdym negatywnym przekonaniem, to w nas działa niestety i nam przeszkadza. Jeśli nauczymy dziecko, że psy są złe i mogą ugryźć, dorosła osoba będzie bała się psów, chociaż być może nigdy z żadnym nie będzie miała kontaktu. Podobnie z kodami wszczepionymi przez niechętne teściowe – wypaczają prawdziwy obraz któregoś z rodziców. Dobrze byłoby, gdyby każda babcia wzięła to sobie do serca i nigdy nie krytykowała przy dziecku żadnego z rodziców.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Dlaczego się zakochujemy?

Być może zastanawiamy się chwilami, jak to jest, że człowiek niespodziewanie szaleje z miłości, nagle czuje się jak na karuzeli i tak po prostu zakochuje się w kimś. Na pewno wpływ na to ma otaczający nas cud życia, piękno tętniące w każdym kwitnącym krzewie, trele ptaszków, feerie barw… Czasem romantyczny wieczór, cudowna muzyka. A może ciepłe promienie słońca budzą w naszym mózgu odczucia szczęścia i upojenia. Chcemy wzmocnić to upojenie, czy może po prostu wszystko spontanicznie dzieje się samo?

Tyle poezji. Od strony naukowej istnieją teorie, które zakładają, że wybieramy partnera podświadomie. Dlatego też dzieje się tak, że jedna osoba od razu wpada nam w oko, a inna nas w ogóle nie zainteresuje, pomimo że zabiega o nasze względy. Z racjonalnego punktu widzenia bywa nawet tak, że nie zgadzamy się ze swoim stanem zakochania. Często mówimy sami sobie: „dlaczego właśnie w nim musiałam się zakochać? Przecież tamten byłby o wiele lepszym mężem.” Nasz świadomy umysł kieruje się rozsądkiem, matematycznymi obliczeniami, wiedzą społeczną i rzadko kiedy wybrałby sobie toksycznego partnera. A jednak czasami wpadamy w takie niewygodne związki…

Według teorii biologicznej, nasza podświadomość sprawia, że wybieramy partnera, który zwiększałby szansę przetrwania gatunku. Zatem mężczyzna wybiera kobietę, która jest ładna, młoda, ma gładką skórę, lśniące włosy, czerwone usta, różowe policzki i błyszczące oczy. Stąd w kobietach podświadome zamiłowanie do kosmetyków, które maskują przeciętny stan zdrowia. Stąd róże do policzków, szminki, farby do włosów.
Kobieta natomiast będzie szukała mężczyzny, który umie zgromadzić dobra materialne (pożywienie, pieniądze). Wybierze mężczyznę, górującego nad pozostałymi. To gwarantuje jej zabezpieczenie ekonomiczne założonej rodziny.

Ponieważ teoria ta degraduje nas i nasze oczekiwania wyłącznie do instynktu przetrwania, nie zaspokaja wszystkich potrzeb człowieka. Myślę, że dobrze uzupełnia ją tzw. teoria wymiany, która zakłada, że wybieramy partnerów równych sobie.
Jeśli kobieta lub mężczyzna ma pewne braki, wynikające z teorii biologicznej (np. w urodzie, czy w statusie społecznym) – będzie szukać przyszłego partnera z cechami, które zrównoważą te braki. I tak, jeśli kobieta nie czuje się szczególnie piękna, wybierze mężczyznę, który również nie jest najprzystojniejszym przedstawicielem swojego gatunku. Będzie szukać u niego uprzejmości, inteligencji, poczucia humoru – cech, które zrównoważą brak urody.

Kolejna teoria – teoria persony – zakłada, że najchętniej wybieramy osobę, która zwiększa nasze poczucie własnej wartości. Najlepiej czujemy się przy kimś, kto nas docenia, podziwia, chwali. Wówczas mamy w sobie radość i chęć do życia. Taki związek bywa często pozytywny, ponieważ buduje w nas motywację do działania. Myślę, że każdy z nas dobrze się czuje wtedy, kiedy wie, że jest akceptowany i lubiany. Mając takiego partnera u boku, jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi. Bywa więc, że podświadomie szukamy sobie partnera lub partnerki wśród tych, którzy nas chwalą i podziwiają.

Istnieje jeszcze jedna teoria – teoria Imago. Opiera się ona na budowie i funkcjonowaniu mózgu, a w głównej mierze na jego podziale na tzw. „stary mózg”  i „nowy mózg”. Ten pierwszy to warstwa ewolucyjnie najstarsza. Odpowiada za reprodukcję, instynkt samozachowawczy, krążenie krwi, oddychanie, skurcze mięśni w odpowiedzi na bodźce zewnętrzne. Nowy mózg to świadoma część, tam powstaje myślenie, reagowanie, nasze obserwacje, plany, przewidywania, pomysły, porządkowanie informacji, analizowanie różnych sytuacji.
Główne zadanie starego mózgu (naszej nieświadomości) to zapewnienie nam przetrwania. Jest on niemal cały czas w gotowości i “troszczy się” o nasze bezpieczeństwo. Żyje w stałym czasie, pozostaje niejako zawieszony w „teraźniejszości” – nie odróżnia przeszłości i przyszłości, nie tworzy planów, nie analizuje.

Gdy więc wybieramy partnera (zakochujemy się) – w dużej mierze nasz stary mózg odtwarza okres i sytuację z dzieciństwa. Okazuje się, że poszukujemy osoby, której dominujące cechy charakteru są podobne do cech osób, które nas wychowały. To, co spotkało nas w dzieciństwie, jest znane staremu mózgowi, a w związku z tym, że dla niego nie istnieje przeszłość – traktuje nasze dzieciństwo jak matrycę, do której się odwołuje. Stąd też bardzo często podświadomie wybieramy partnera podobnego do ojca lub partnerkę podobną do mamy…
Teoria Imago w dużej mierze tłumaczy, dlaczego spośród wielu ludzi, których spotykamy, wybieramy naprawdę niewielu. Zdawać by się mogło, że mamy bardzo wyrafinowany gust. Nie zakochujemy się przecież w przypadkowych osobach. Wystarczy, że ktoś gestami, sposobem mówienia, intonacją głosu a nawet zapachem przypomina nam beztroski czas dzieciństwa – okres kojarzony podświadomie z bezpieczeństwem – a już odzywają się w nas ciepłe uczucia…

Jak widać nasze rozsądne plany zakochania się we właściwej osobie niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Jak dotąd nikt jeszcze nie połączył zakochania się z rozumem. Nazywamy ten stan szaleństwem, czujemy się bezradni wobec amoku, który spada nam na głowę i zakłada na nos różowe okulary.  Choćbyśmy skończyli specjalne kursy wyboru partnera/partnerki i tak nasza podświadomość skieruje nas w inną stronę. Dlatego też często mówi się, że „serce nie sługa, bo chodzi własnymi drogami”… Co nie zmienia faktu, że bycie zakochanym, to bycie szczęśliwym człowiekiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Wiecznie młodzi

Kiedy nasz związek osiąga wieloletni staż, wydaje nam się, ze epoka miłości jest dawno za nami. Zaczynamy bazować na przywiązaniu, przyzwyczajeniu i wierze w lojalność. Ceniąc stabilizację i święty spokój, zaczynamy funkcjonować leniwie, nie przywiązując wagi do tego, że więzi, niegdyś gorące, zaczynają przygasać. Przyjmujemy, że okres namiętności minął bezpowrotnie. Wiele małżeństw rozpada się właśnie dlatego, że rezygnujemy z dbania o nasze relacje.

Tymczasem w wieku pięćdziesięciu, sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu lat możemy kochać z równą siłą, jak wtedy, kiedy byliśmy całkiem młodzi. Oczywiście jakość takiej miłości będzie inna, zmienią się priorytety. Z pewnością chemia i seks przestaną odgrywać główną rolę, jak to bywa wśród dwudziestolatków, jednak nadal możemy się przytulać równie często, jak kiedyś oraz spędzać ze sobą radosne chwile.

Bliskość to nie tylko intymne zbliżenia, ale właśnie dotyk, przytulenie, ciekawe rozmowy, spędzanie wspólnie czasu. Kiedy dwoje ludzi odsuwa się od siebie, to jako główną przyczynę podają spadek zainteresowania ze strony partnera. Mówią: „on mnie nie zauważa” lub „ona nie ma dla mnie czasu”. Jak można domniemywać, ten proces dzieje się samoistnie, kiedy zapominamy o tym, aby zadbać o związek. Pogrążeni w codziennych obowiązkach odsuwamy na plan dalszy okazywanie sobie nawzajem uczuć i ciepła.

Tymczasem paradoksalnie do naszego zachowania, każdy pragnie kochać i być kochanym, niezależnie od wieku. Kiedy mąż, przyzwyczajony do ciepłych kapci, nie zabiega o względy żony, która przecież jest już dawno przez niego zdobyta, wówczas ona odsuwa się od niego, gorzknieje i czuje niekochana. Czasem przyjmuje, że to naturalne i godzi się na chłodny, uprzejmy związek, w którym nic jej nie cieszy.

Kiedy żona, zajęta dziećmi, domem i pracą zawodową, nie stara się okazywać mężowi uczuć, a jedynie pilnuje, aby wykonywał swoje obowiązki, wtedy on czuje się niedoceniany, niekochany i najczęściej próbuje znaleźć miłość poza związkiem, czyli u innej kobiety, dla której będzie atrakcyjny. Nie jest to oczywiście główny czynnik, który wpływa na zdrady, ale czasem tak może się stać.

Warto zatem uświadomić sobie, że niezależnie od tego, jak długo jesteśmy razem, możemy być w sobie zakochani, jak za młodych lat. Warunkiem jednak jest dbanie o ten stan i podsycanie żaru miłości na wiele sposobów. Nic nie zadzieje się samo z siebie. Nad miłością w związku pracujemy tak, jak nad każdą inna rzeczą, aczkolwiek moim zdaniem ta praca należy do najprzyjemniejszych.

Pierwszy skuteczny czynnik, wpływający na utrwalenie uczuć, to stałe okazywanie sobie miłości. Warto mieć swoje rytuały i nie zapominać o tym, by partnera jak najczęściej przytulać, całować, powtarzać, jak bardzo jest dla nas ważny. Zgodnie z zasadą równowagi pomiędzy dawaniem i braniem, to musi działać w obie strony. To oznacza, że oboje okazują sobie uczucie i zapewniają o kochaniu, a nie tylko jedna strona. Znam związki, które nie lubią się przytulać, ale nie wyobrażają sobie wieczoru bez wspólnej herbaty i gawędzenia o ostatnio przeczytanych książkach. To rytuał równie cenny jak każdy inny.

Drugi element podtrzymywania miłości to wspólne działanie, czyli robienie razem różnych rzeczy. Zarówno tych obowiązkowych, jak np. remont, jak i tych przyjemnych, jak wycieczki, spacery, wyjścia do kina. Kiedy człowiek, myśląc o związku, pierwsze skojarzenia lokuje w przyjemnym spędzaniu czasu, wówczas stara się dbać o ten związek – jest to odruch naturalny.

Trzeci wspaniały czynnik, który pomaga nam zadbać o szczęście w związku, to radość, śmiech i zabawa. Pozytywne myślenie, żartowanie, cieszenie się życiem wspólnie z partnerem (partnerką) zbliża nas do siebie, wzmacnia więzi i sprzyja dbałości o piękno w związku. Śmiejąc się, budzimy w sobie wewnętrzne dziecko i emocjami wracamy do czasów wczesnej młodości, kiedy śmieszyły nas te same dowcipy. Radość jest jedną z najpiękniejszych jakości. Wzmacnia w nas najlepsze uczucia.

Związkom, które zaniedbały troskę o bliskość i nie umiały pielęgnować swoich uczuć, warto podpowiedzieć, że na ożywienie gasnącej miłości nigdy nie jest za późno. Można zacząć od dzisiaj, od teraz i cierpliwie, konsekwentnie rozbudzać ją na nowo. Szczególnie skuteczne mogą się okazać wszelkie spontaniczne działania, które przypomną czasy młodości i zakochania. Najlepsze efekty przyniesie zaproszenie partnerki (partnera) na randkę do kawiarni, restauracji lub innego miejsca, w którym bywaliśmy w okresie narzeczeństwa. Można też wybrać się w jakiekolwiek inne romantyczne miejsce lub sprawić małżonkowi niespodziankę, zabierając go na wymarzony wyjazd.

Sposobów jest mnóstwo. Najważniejsze, aby pozwolić sobie poczuć w sercu tę samą radość, jaka ożywiała nas, kiedy byliśmy w sobie zakochani. To naprawdę możliwe.

Bogusława M. Andrzejewska