Przebudzenie 8

Praktyka czyni mistrza i dotyczy to wszystkich obszarów naszego życia, nie tylko tych zawodowych i materialnych. Duchowy wzrost wymaga także praktykowania i to bardzo systematycznego. Oznacza to między innymi, że ktoś, kto nie praktykuje duchowości, nie rozwinie się dzięki szkoleniom czy czytaniom setek książek. Człowiek, który posiądzie tony ezoterycznej wiedzy, ale nie przekłada jej na praktykę, jest w punkcie wyjścia przez cały czas.

Bo duchowość nie może być mylona z ezoteryką. Znajomość run czy astrologii nie rozwija nas duchowo ani o centymetr. W pewien sposób ludzie łączą podręczniki ezo z rozwojem wewnętrznym, chociaż nie ma to sensu. Jest iluzją, która próbuje nam wmówić, że duchowości można się nauczyć z książek. Nie można. Jednak przyznaję, że na szkoleniach tego typu można złapać tyle energii duchowej, że rozwijamy się, chociaż nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Bo jest coś, co nas wznosi bez żadnego naszego udziału  prawdziwie duchowy nauczyciel. To ten dar i przywilej. Kiedy spotykamy rozwiniętą duchowo osobę  a najczęściej trafiamy na takie osoby na szkoleniach i konsultacjach  to nasza energia duchowa rośnie. Oczywiście warto pamiętać, że takiego człowieka możemy spotkać na towarzyskiej herbatce, w pracy i w każdym dowolnym miejscu. To ktoś przy kim “wystarczy być”. Nic nie musimy robić, tylko nastawić się na przyjmowanie. I wzrastamy.

Możemy to mądrze wykorzystać i iść za impulsem sięgając do odpowiednich praktyk. Jedną z takich praktyk skutecznie wspierających duchowy wzrost jest Reiki. To energia, która dosłownie “popycha” nas w rozwoju. Przy odrobinie szczęścia możemy też trafić na mistrza, który pracuje nad sobą i jest tak mocny energetycznie, że podnosi nas za sobą. A potem wystarczy systematycznie przekazywać energię sobie lub innym, a będziemy inspirowani do rozwoju. Nie każdy słucha tej inspiracji, ponieważ nie każdy jest świadomy mocy, jaką daje Reiki. Ludziom wydaje się najczęściej, że Reiki jest metodą uzdrawiania ciała, a to tylko pozytywny efekt uboczny metody, której esencją jest sublimowanie naszej energii. Jeśli jednak nie ma wiedzy i zgody  nie ma sublimacji.

Dla mnie najsilniejszym bodźcem rozwoju była inicjacja mistrzowska. Odkąd zostałam nauczycielem Reiki, kilkanaście razy dziennie zadawałam sobie pytanie: co zrobiłby w tej sytuacji mistrz duchowy? Bo takim się czułam i bardzo dobrze to wpływało na rozwijanie mojej pokory, wdzięczności i dobroci. Chciałam za wszelką cenę być godna tego tytułu. I chociaż mistrzów na świecie są miliony, a większość to zwykli, słabi ludzie, to dla mnie było to coś wielkiego. Poczułam się namaszczona na spadkobierczynię Istot Oświeconych i Duchowych Przewodników. Wzięłam się za siebie i mocno weszłam w duchowe jakości.

Podstawową praktyką rozwijającą duchowość jest medytacja. Taka, w której wchodzimy w przestrzeń poza myślami. Podobnie działa prawidłowo rozumiane Pole Serca, co oznacza, że metody kwantowe też nas mogą wznosić. Niesamowicie efektywne są praktyki buddyjskie  to wiem z własnego doświadczenia, ale wiem też, ze nie są one dostępne dla każdego. Myślę jednak, że są też inne ścieżki duchowych ćwiczeń. Jest wiele praktyk, które rozwijają nas duchowo w piękny i skuteczny sposób.

Jednak najważniejsze są zupełnie inne działania. Po pierwsze dobroć. Dobroć, serdeczne słowa i bezinteresowna życzliwość podnoszą naszą duchową energię. Podobnie działa odczuwanie miłości bezwarunkowej i wdzięczności. Bardzo łatwo się tego nauczyć. Nawyk kochania i wyrażania wdzięczności można w sobie rozwinąć w ciągu 28 dni. Jak każdy inny nawyk zresztą. Na zajęciach prosperity uczę też specjalnych ćwiczeń, które pomagają nam rozwijać w sobie i wzmacniać piękne jakości serca: radość, harmonię, pokój i miłość.

Zatem podstawowa duchowa praktyka to działania pełne kochania, wdzięczności, dobroci i radości. To utrzymywanie wysokiej energii i bycie w przepływie. To także pozytywne myśli, pogodny nastrój i dobry humor, ponieważ takie nastawienie trzyma nam wysoko energię, podczas gdy narzekanie, smucenie się i zamartwianie  obniża. I tu też mamy odpowiedź, dlaczego dla duchowego rozwoju ważne są pozytywne myśli. Ludzie, którzy krytykują te nauki, nie maja po prostu odpowiedniej wiedzy. Wydaje im się, że rozwój duchowy wiedzie przez cierpienie, stękanie i męki. Stereotyp: coś cennego musi być opłacone bólem i wysiłkiem. To tak nie działa. Doga do duchowości jest drogą przez radość i miłość.

Praktyka rozwoju duchowego to zastępowanie każdej negatywnej emocji wybaczeniem, miłością i akceptacją, poprzez natychmiastowe podniesienie wibracji i reagowanie z poziomu duchowego. Oto przebudzenie i droga, ta najważniejsza i najskuteczniejsza. Dodam, że emocje są naturalne i mamy prawo je odczuwać. Natomiast jest wiele sposobów pracy z nimi  piszę o tym w innych artykułach. Najprostsza ścieżka duchowa polega na rozpuszczaniu w Światło wszystkiego, co nam nie służy i zastąpienie tego bezwarunkową miłością, która uzdrawia wszystko.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Przebudzenie 7

Jednym z ciekawszych aspektów przebudzenia jest umiejętność wyciszenia umysłu. Mówią o tym wszyscy duchowi nauczyciele. Właśnie po to stosujemy w pracy nad sobą medytacje i mantry. Oczywiście medytacje mają też inne dobroczynne działania, więc ze wszech miar warto się ich nauczyć, ale to wyciszenie umysłu zaczyna wysuwać się na plan pierwszy, kiedy mówimy o przebudzeniu.

Nasz umysł bez przerwy “gada”. Proszę się nie obrażać o to  dotyczy to wszystkich. Ludzie, którzy nie ćwiczą umysłu, noszą w sobie wielkiego gadułę, który cierpi na słowotok. Gaduła opowiada bez przerwy różne rzeczy, zadaje pytania, zamartwia się, przypomina rozmaite stare  i nowe historie i zajmuje nas tym gadaniem bez przerwy. Nawet pod prysznicem i w toalecie. Milknie dopiero wtedy, kiedy zasypiamy. Przywykliśmy do tego i na co dzień korzystamy z tych wszystkich informacji, którymi gaduła nas zalewa.

Tymczasem pod spodem, pod rozgadanym umysłem jest cudowna uzdrawiająca cisza. A pod tą ciszą znajdziemy Wszystko Co Jest. Jesteśmy jednością z całym wszechświatem. To połączenie nie może być niezauważone  to byłoby co najmniej dziwne. To jak mieć rękę i nie czuć własnych palców. A jednak… najczęściej nie czujemy nikogo i niczego poza nami samymi, ponieważ to odczucie zagłusza świadomy umysł. Jego gadanie chroni nas i izoluje od Wszystkiego Co Jest. Ma to sens, dopóki nie jesteśmy przebudzeni.

Praktykowanie medytacji pozwala wyciszyć gadający wiecznie umysł. Kiedy wreszcie zamilknie, usłyszymy głos Boga, dotkniemy wieczności i uzyskamy wgląd w esencję wszechświata. Poczujemy swoją boskość, rozpoznamy własną istotę i zrozumiemy, Czym W Istocie Jesteśmy. Wszystkie odpowiedzi znajdują się po drugiej stronie ciszy. Nie ma zatem przebudzenia bez ciszy, ponieważ dopiero ona odsłania to wszystko, czego tak uporczywie poszukujemy w książkach i na kursach.

Jedną z przykładowych ścieżek, która stosunkowo szybko prowadzi do oświecenia, są buddyjskie praktyki. One właśnie pozwalają wyciszyć umysł i sięgnąć do takiej energetyki, która prowadzi nas do tego, co jest poza ciszą. Buddyjscy nauczyciele perfekcyjnie dopracowali techniki, układające naszą energię duchową w najbardziej optymalny sposób. Zapewne nie jest to jedyna taka dobra ścieżka, jest ich więcej. Każdy powinien wybrać sobie to, co dla niego najlepsze, ponieważ jesteśmy różni i nie będzie nas wszystkich satysfakcjonować czy rozwijać to samo. Jednak piszę o tym, bo to właśnie praktyka duchowa przynosi efekty, a nie dyskusje czy książki.

Oczywiście książki bezsprzecznie warto czytać  szczególnie gorąco polecam Eckharta Tolle, który pięknie mówi o sensie ciszy i tym wszystkim, co kryje się za nią. Warto też uczestniczyć w rozwojowych warsztatach czy dyskusjach, dzięki którym wymieniamy się doświadczeniami. Tu szczególnie polecam takiego sympatycznego pana, który nazywa się Mooji. Rzecz jednak w tym, że książki i kursy czy rozmowy karmią świadomy umysł. Tego wiecznego gadułę, który dostaje kolejną pożywkę do trajkotania, rozkminiania i wątpliwości. Dopiero praktykowanie ciszy pozwala dotknąć i urzeczywistnić to, czego tak pragniemy.

Dla tych, którzy są na ścieżce do przebudzenia, kwestia ciszy może być też sprawdzianem tego, na ile opanowali swój umysł, poprzez zweryfikowanie, czy umieją pozostać bodaj przez kilka minut nie myśląc o niczym. To prosty test. Zwróćmy też uwagę, że umysł dysponuje boskimi mocami. Praktykowanie ciszy i umiejętność wyłączenia “gaduły” na zawołanie, to odblokowanie dostępu do ogromnych możliwości. Dlatego właśnie osoby przebudzone często umieją zrobić coś, co wymyka się logice, jak chodzenie po wodzie.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 6

Często spotykam się z twierdzeniem, że przebudzenie to samotność i na drodze rozwoju osobistego trzeba rozstać się z partnerem, partnerką i samotnie zmierzać do celu. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia i obserwacje z całą pewnością nie jest to żaden warunek. Znam wiele oświeconych istot żyjących w pełnych miłości związkach. A moim prywatnym zdaniem  to właśnie umiejętność tworzenia dobrego, udanego związku jest dowodem na prawdziwe przebudzenie. Bliskość i miłość przejawiane wobec najpotężniejszego szlifierza naszego diamentu jest największą wygraną w pracy nad sobą. Posunę się jeszcze dalej  dla mnie tylko człowiek, który umie dbać o własny związek i kochać prawdziwie wiele lat, jest tym, który naprawdę pokonał własne demony.

Proszę jednak potraktować to elastycznie. Nie wszystkie związki ratujemy i trwamy w nich. Niektóre uczą nas asertywności, samostanowienia, podnoszenia poczucia wartości i po spełnieniu swojej roli rozpadają się. Nic zatem na siłę. Jednak spotykam też często takie relacje, gdzie dwie dusze umówiły się na wspólne wrastanie poprzez trudną naukę. Jeśli odrobią wszystkie lekcje, stanowią piękny przykład “starego, dobrego małżeństwa”, w którym ludzie są ze sobą, bo chcą, a nie dlatego, że muszą. Nic ich nie trzyma, dzieci dorosły, są niezależni finansowo i są razem szczęśliwi. Oto dla mnie Mount Everest rozwoju, bo tu najczęściej się poddajemy i odchodzimy, szukać rozwiązania swoich lekcji z kimś innym.

A lekcje idą za nami i z tym kimś innym dotykamy tego samego, tylko w innej scenerii, więc czasem nawet nie widzimy, że kręcimy się w kółko jak pies za własnym ogonem. W związku intymnym najmocniej przerabiamy swoje wzorce. Jeśli nie widzimy konieczności nauki miłości bezwarunkowej do siebie i innych, to właśnie partner osobisty będzie nas bezlitośnie szkolił, nie przebierając w środkach. I ta nauka boli, bo w bliskiej relacji otwieramy swoje serca, zrzucamy gardy i cios trafia w najbardziej wrażliwe miejsce.

Na ścieżce rozwoju, kiedy w człowieku wzrasta siła i zrozumienie swojej mocy, ludzie odchodzą od trudnych partnerów. Potem, cierpiąc w samotności, ogłaszają dokoła wydumane prawdy, że samotność jest ceną jaką trzeba zapłacić za wzrastanie duchowe. To nieprawda, chyba że ktoś jest mnichem albo mniszką i składa na ołtarzu ślubowanie celibatu. Z całym szacunkiem dla wszystkich mądrych mnichów  nikt, kto nie trenował na poligonie związku małżeńskiego (intymnego) nie ma wiedzy o życiu i rozwoju. Nikt. To poligon o najwyższym stopniu trudności. I żadna szkoła jogi, oddechu czy medytacji nie da nam nawet procenta tego, co daje nam życie w stadle.

Czasem bycie samemu jest nam potrzebne, by zrozumieć siebie, by odnaleźć swoje prawdziwe wzorce i potrzeby i przejrzeć się we własnych oczach. I my  żyjący w małżeństwach  także czasem bierzemy taki urlop od relacji, aby pobyć w ciszy ze sobą. Ale to nie może trwać wieczność, bo tutaj, w ziemskich realiach pracujemy w materii i pracujemy w związkach. Dusza, która zeszła na Ziemię, świadomie wybrała takie warunki i tego potrzebuje do pełni rozwoju. I dodam, że nie każdy musi mieć męża czy żonę, to nie kwestia obrączki. Można być samym, ale nie samotnym i można praktycznie uczyć się kochania z kimś, kto z nami nie mieszka na co dzień.

Bogusława M. Andrzejewska

Sen o Mistrzu

Tym razem chciałam opisać swój własny sen. Śniłam go dawno, około 16-17 lat temu. Pamiętam jednak ten sen ze wszystkimi szczegółami, bo był inny niż wszystkie. Ale wiem też, że była to prawdziwa wizyta mojego Mistrza. Nie umiem klarowniej wyjaśnić, po czym poznać, że to nie figle podświadomości, lecz właśnie prawdziwe odwiedziny. To się po prostu wie. Jestem też pewna, że każdy w swoim sercu poczuje, kiedy tego sam doświadczy, że to nie tylko sen, ale prawdziwy kontakt z określoną istotą, która w ten sposób dociera do naszej świadomości. A przecież wszyscy wiemy, że właśnie nasze sny mogą być tą piękną przestrzenią, do której mają dostęp energie z wyższych poziomów.

Śniłam ten sen mniej więcej dwa lata po intensywnych praktykach w buddyjskim klasztorze. Uwielbiałam swojego Nauczyciela i pilnie wdrażałam otrzymane przez niego nauki. Mój szacunek połączony był z ogromnym dystansem i respektem. Nie chcę pisać, że bałam się Mistrza, bo przy nim czułam się najszczęśliwsza i najbardziej bezpieczna. Jednak nie miałam odwagi, by nie proszona podejść blisko. To była potężna oświecona istota ukryta w ciele schorowanego staruszka. Od dawna rozpoznaję energie i energetyczne poziomy. To, co przy Nim czułam, jest trudne do opisania. To taka energia, która jednym ruchem palca może wywołać tornado i zmieść z powierzchni Ziemi całe miasto. Oczywiście żaden nauczyciel buddyjski nie robi takich rzeczy, to istoty pełne miłości i współczucia. Ale ja wiedziałam, co potrafi, ile w nim niezwykłej mocy… Pogromca demonów, potężny mag i człowiek, który ruchem ręki zatrzymywał deszcz. Stąd respekt, który trudno z czymkolwiek porównać. I te same uczucia podziwu, szacunku i miłości do Mistrza były w moim śnie.

Śnię, że jestem na wykładzie mojego Nauczyciela. Z szacunkiem i uwagą słucham tego, co tłumaczy. Mówi o rozwoju duchowym, o wzrastaniu, o praktyce. Wszyscy siedzimy w starych ławkach w małej szkolnej sali na poddaszu. Jest nas może dwadzieścia osób, nie więcej.

W pewnym momencie mój Mistrz wywołuje mnie i prosi, żebym go zastąpiła i poprowadziła wykład. W tym śnie mam pełną świadomość i wiedzę o tym, że na ścieżce buddyjskiej jestem początkująca. Na sali na pewno są praktykujący z większym stażem i doświadczeniem. Ja nie posiadam wystarczającej wiedzy. Wstaję i nieśmiało szukam wyjaśnienia wiedząc, że przede mną stoi istota oświecona, która przecież wszystko na mój temat wie…

Mój Mistrz zapewnia mnie, że jestem wystarczająco gotowa i wyjaśnia, że nie oczekuje ode mnie przekazywania nauk buddyjskich, lecz nauczania wiedzy duchowej, takiej związanej z rozwojem, prowadzącej do oświecenia. Przyjmuję to z radością, bo bardzo lubię prowadzić szkolenia i wiem, że jestem w tym dobra. Zaczynam wykład o duchowej wiedzy, stojąc w tym samym miejscu, w którym poprzednio siedziałam – ze swojej ławki.

Tymczasem mój Mistrz znika mi z pola widzenia, jakby się schował. Zaniepokojona zaglądam za pierwsze rzędy ławek i widzę, że siedzi na podłodze i się rozpuszcza. Dosłownie tak, jak bryłka z lodu, kiedy znajdzie się w ciepłym miejscu – rozpuszcza się, staje coraz mniejsza, a kałuża wokół powiększa się…

Kiedy zachwycona opowiedziałam ten sen swojemu przyjacielowi, ten ze smutkiem stwierdził, że nasz Rinpocze uprzedził mnie o swojej śmierci. Nie chciałam w to wierzyć, ale rzeczywiście – w buddyzmie rozpuszczanie się jest dość jednoznaczne. Tak się przejęłam, że wyrzuciłam z pamięci całą resztę tego snu. Wkrótce potem mój Kochany Mistrz zmarł, potwierdzając senne proroctwo, a ja to bardzo przeżyłam. Czułam się jednocześnie wyróżniona, że należałam do nielicznych osób, które o tym zawiadomił przed czasem, kiedy jeszcze nikt tego nie oczekiwał.

Od tamtej pory prowadzę szkolenia i konsultacje, piszę książki i artykuły o duchowości, chociaż zupełnie wyrzuciłam z pamięci cały sen i jego sens. Teraz dopiero przypomniałam sobie to ważne przecież dla mnie przesłanie. Skupiona na śmierci Nauczyciela zapomniałam, że wyznaczył mnie na swojego zastępcę. Oczywiście w linii buddyjskiej mój Mistrz ma swoich spadkobierców i nauczycieli, którzy prowadzą dalej jego nauki. Ja – podobnie jak w tym śnie – nauczam ze swojego miejsca w ławce. Tam gdzie jestem, kontynuuję Jego pracę. Dzisiaj zobaczyłam dodatkowy sens swojego działania – wypełniam powierzoną mi wiele lat temu rolę. I cieszę się, że chociaż nie myślałam o tym śnie, realizowałam to wszystko, co powinnam.

Przyszła też do mnie nieuchronnie taka refleksja, że niskie poczucie wartości nie dopuszcza do nas myśli, że możemy być godni zastępować oświeconą istotę. Wiem doskonale, że część mnie wyparła ten element snu, bo… gdzież taka marna kobietka mogłaby być namaszczona przez Wielkiego Rinpocze do prowadzenia nauk? Gdzież mi do Oświeconej Istoty, która jednym ruchem ręki zatrzymuje deszcz?

Jednak jestem namaszczona… To się zadziało. A ja przecież jestem świetnym nauczycielem i ja także – jak mój Kochany Rinpocze – inicjuję ludzi, dając im doskonałe narzędzia rozwoju wewnętrznego. Dzisiaj jestem gotowa powiedzieć głośno, że jestem dobra w tym, co robię i pięknie kontynuuję dzieło wspaniałego oświeconego Mistrza, który uczył ludzi współczucia i bezwarunkowej miłości.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 5

Internet jest pełen doradców i specjalistów od rozwoju, którzy próbują innych uczyć duchowości. Niektórzy być może wiedzą, o czym piszą. Niektórzy nie. Nawet sama definicja przebudzenia jest trudna, bo czy to już oświecenie, czy tylko pierwsza przymiarka? Logicznie rzecz biorąc przebudzenie to otwarcie oczu i uświadomienie sobie, że rzeczywistość, którą wciąż czujemy pod powiekami, była tylko snem. A zatem w duchowym rozwoju to uświadomienie sobie, że wszystko jest iluzją, a prawdziwe Ja jest boskie i nieśmiertelne. Prawdziwe przebudzenie to wyjście poza dualizm i spokojna obserwacja tego, co nas otacza.

Jeśli za punkt wyjścia przyjąć teorię, to mamy wokół siebie setki przebudzonych. Ludzie czytają, uczęszczają na kursy, medytują i rozumieją jaki jest sens naszego istnienia. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę praktykę, to trudno znaleźć istotę, która tę jakość urzeczywistniła. Nie jest problemem wyrobić sobie nawyk pozytywnego myślenia, wybaczyć ludziom i zacząć akceptować skomplikowane wydarzenia jako konieczne nam do rozwoju lekcje. Nie jest też problemem wyciszyć umysł i zacząć doświadczać odmiennych stanów świadomości. Trudność pojawia się wtedy, kiedy trzeba uwolnić wszystkie emocje i z prawdziwym spokojem przyjmować ludzkie zachowania pełne złości i zazdrości. Rzecz nie polega przecież na tłumieniu tych emocji, lecz mówiąc dość obrazowo  na dostrzeganiu w drugim człowieku boskiej istoty. I na prawdziwym odczuwaniu, że wszystko jest w harmonii. Bo oczywiście można udawać, ale czy zawsze czujemy, że tak jest?

Czytałam niedawno artykuł pewnej pani, która próbowała opisać, jak zachowuje się przebudzony człowiek. Pięknie pokazała pozytywne myślenie, wybaczanie, wewnętrzny spokój i akceptację takich zjawisk jak np. śmierć. Podkreśliła jednak też, że przebudzona osoba nie je mięsa, nie ogląda telewizji, nie przejmuje się politykami. I tu już zobaczyłam, jak opisuje samą siebie, nie rozumiejąc zupełnie o co chodzi. Szczególnie kiedy zaprzeczyła temu, co napisała wcześniej, podkreślając nie tolerowanie kłamstwa. Zonk! Jak można ignorować zachowania polityków i oburzać się na kłamstwo  jedno drugi wyklucza.

Przebudzenie jest przede wszystkim akceptacją tego, co jest i dostrzeganiem świata jako niedualnego. Dla przebudzonej istoty nie istnieje pojęcie kłamstwa ani prawdy  wszystko jest tym samym. Jest zjawiskiem poza oceną. Nie ma znaczenia jedzenie lub niejedzenie mięsa, czy oglądanie telewizji. To opis wymyślony z poziomu osoby nie przebudzonej  tak ona sobie wyobraża ten stan. Chciałaby go wstawić w swojego ramki wyrastające mocno z ego i niemal biblijnych zasad, które dzielą życie na zło i dobro.

No właśnie. Ludzie próbują nazywać coś, czego nie czują i o czym nie mają pojęcia. Osoba przebudzona to dla nich ładna, wyciszona laleczka, która nie okazuje emocji i ze szklanym uśmiechem łyka jak żabę wszystko, co się wydarza. A potem dokładają do tego opisu moralne zasady rodem z biblii: nie kłamie, nie kopie, nie kradnie. A to tak nie działa. Przebudzenie pozwala nam uzyskać wgląd i działać zgodnie z tym wglądem. Jak pisałam wcześniej spędziłam trochę czasu przy osobie oświeconej. Rozpoznawał nasze myśli, porozumiewał się telepatycznie, czarował, ale potrafił też rzucić w drugiego człowieka kamyczkiem, aby go przywołać do rzeczywistości i krzyczeć na kogoś, jeśli taka była potrzeba. Wiem też, że okazywał rozmaite emocje, jadł chyba też czasem mięso i oglądał telewizję. Nie zatem od diety zależy oświecenie i nie od zaniechania oglądania telewizji.

Przebudzenie to miłość bezwarunkowa do wszystkich czujących istot. To bycie boską istotą i zarazem jednością ze Wszystkim Co Jest. To poczucie, że jesteśmy jednym z każdym mordercą, kłamcą, złodziejem i z każdym uzdrowicielem, zbawcą, bohaterem. To patrzenie z zachwytem na wszystko i wielka cisza, która kołysze nas w środku, zamieniając się w błogość z każdym głębszym oddechem. To pulsujące poczucie rozkoszy, które nas łączy z falowaniem wszechświata i którego wręcz nie umiem opisać. Jedno jest pewne: przebudzenie to stan poza oceną. Z poziomu przebudzenia nic nie jest złe ani dobre. Jeśli ktoś Wam powie, że człowiek przebudzony wybiera tylko grzeczne i przyzwoite zachowania  nie wierzcie. Kiedy się przebudzicie, nic nie będzie grzeczne ani niegrzeczne. Wszystko będzie tym samym przejawianiem miłości na różne sposoby.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia wzrastania

Wśród moich znajomych znakomita większość to osoby zainteresowane duchowym rozwojem. Często rozmawiamy o tym, co mamy do odrobienia z lekcji wewnętrznego wzrastania albo dzielimy się ćwiczeniami czy doświadczeniami. Praktyka czyni mistrza, więc im dalej na drodze, tym doświadczenie bogatsze. Z tego bogactwa zrodziło się kilka spostrzeżeń, które być może okażą się ważne dla innych. Jak w moim ulubionym cytacie – warto odsunąć kamienie, aby oczyścić innym drogę.

Pierwsza rzecz, na którą już dawno zwróciłam uwagę, to lekkość i radość, która powinna nam na tej ścieżce towarzyszyć. Moim klientom zawsze podpowiadam, aby z szerokiego wachlarza metod wybierali takie, które najbardziej im się podobają. Nie można na siłę męczyć samego siebie metodami, których zupełnie nie czujemy. Jeśli mam wykonać jakieś ćwiczenie, np. podnoszące samoocenę, to jest ogromnie ważne, aby mi się naprawdę chciało. Pamiętajmy, że podświadomość będzie stawiała na początku opór, ponieważ bardzo nie lubi zmian. Jeśli do tego dołożymy niechęć do jakieś techniki, to trudno będzie taki mur przełamać.

Warto zatem działać odwrotnie: szukać czegoś, czym osłabimy i zniwelujemy opór podświadomości. Tę rolę często spełniają wszelkiego rodzaju zabawy, czyli takie sposoby, które zaciekawiają naszego wewnętrznego sabotażystę. Frapują go na tyle, że opuszcza gardę i zaczyna się z nami bawić. Dobrym przykładem może być tu śpiewanie afirmacji lub układanie ich w formie zabawnych rymowanek. O ile pisanie afirmacji w zeszycie bardzo nudzi i nie potrafi przykuć uwagi, więc roli nie spełnia, o tyle śpiewanie czy powtarzanie wierszyków wciąga podświadomość do twórczego działania.

Zatem korzyść podwójna – zniwelowanie oporu i zwiększenie zaangażowania, co owocuje dość szybkim wprowadzeniem nowego, pozytywnego wzorca. Warto wymyślać różne nowe metody kodowania naszej wewnętrznej matrycy, ponieważ kreatywność jest ważną cechą podświadomości. Angażuje się w tworzenie i tym samym od razu „kupuje” nowe wzorce.

Ale jest jeszcze jeden bardzo oczywisty powód dla wybierania tego, co nam sprawia przyjemność w rozwojowej pracy: zachęta. Nie przesadzę, jeśli powiem, że rozwój wewnętrzny zajmuje nam całe życie. Od pewnego punktu staje się świadomy. Jednak zajęcie to będzie trwałe do ostatniej chwili. Warto zatem świadomie tak je układać, by było czymś miłym, a nie tylko gorzkim lekarstwem. Lekarstwo może być pełne goryczy, kiedy bierzemy je raz, a kiedy trzeba łykać je każdego dnia, nie może nam obrzydzać życia.

Istotną częścią duchowej ścieżki jest zmaganie się z życiowymi trudnościami. Niektóre moje klientki mówią wprost: „mam już dosyć; rozumiem, że to mnie rozwija, ale czy ta nauka nie mogłaby być ciut lżejsza?”. No właśnie. Jeśli do przewlekłej choroby czy innych przykrości dołożymy konieczność codziennego męczącego procesu – całość straci sens. Bo po co tak cierpieć? W imię czego? Czy jest tam gdzieś jakieś „Niebo”, jakieś „Oświecenie”? Czy warto? Choćby dlatego trzeba znaleźć sobie metodę, która nam podniesie energię, rozbawi i sprawi, że poczujemy się lepiej. Jest dużo takich metod – np. Reiki. Ścieżka ogromnie przyjemna. Albo twórcze malowanie. Albo uzdrawiający świadomy taniec. Co kto woli.

Radość i zabawa podnoszą nam energię, a to jest czasem niezbędne do tego, by metody zadziałały. Np. afirmacje – nie przyniosą efektu, jeśli są wypowiadane czy pisane we łzach lub gniewie. Dlatego też dobry nastrój powinien być w pracy nad rozwojem zasadą. I to tak mocno, aby buzia nam się śmiała na myśl o tym, że zaraz będziemy ćwiczyć albo medytować.

A medytacje czy praca z Fioletowym Płomieniem albo z inną energią powinny być integralną częścią naszej pracy nad sobą. Nie wszystko można załatwić z pomocą psychologii. Moje doświadczenie wskazuje, że właściwie to duchowe metody dają lepsze efekty. Pisałam już o tym, że wiele lat temu po powrocie od psychologa, który w zasadzie mi w niczym nie pomógł, wyciągnęłam praktyki buddyjskie i po trzech dniach problem, z którym zmagałam się miesiącami zniknął… Od tamtej pory cenię sobie ogromnie duchowe ścieżki. Ale szanuję też techniki psychologiczne, takie jak praca z wewnętrznym dzieckiem. Wiem też, że wszystko zależy od sytuacji, problemu i samego człowieka. Jesteśmy różni, różnie reagujemy na to samo.

Drugi temat, którego pominąć nie można to konieczna motywacja. Wchodzimy na ścieżkę rozwoju wewnętrznego dobrowolnie i bez presji. Dlatego, że naprawdę chcemy, a nie dlatego, że robi to koleżanka. Robimy to nie ze strachu przed piekłem, bo piekło jeśli jest, to tylko na Ziemi i w naszym umyśle. Robimy to, bo… No właśnie, niech każdy sam oceni, dlaczego i czy warto. To odpowiedź, która przychodzi z serca i tylko wtedy da nam siłę do realizacji kolejnych etapów.

Najczęściej trafiamy na taką ścieżkę, kiedy szukamy sposobu na uzdrowienie kogoś kochanego albo wtedy, kiedy chcemy pomóc sobie w jakimś życiowym problemie. Młodzi ludzie trafiają tu z ciekawości, poszukując adrenaliny i magii. Dla nich najważniejsze są odloty i moce parapsychiczne, więc przypomnę, że to nie jest właściwy powód rozwoju. Czasem takie zjawiska bywają potwierdzeniem wznoszenia energii i wzmacniania potęgi umysłu, ale są efektem ubocznym, nigdy natomiast celem samym w sobie. To często spotykana pułapka, która może ściągnąć nas na ciemną stronę mocy – tam są dopiero odloty! Jednak prawdziwa ścieżka serca daje o wiele większą prawdziwą Moc i silniejsze pozytywne doznania.

Kolejna ważna rzecz to być systematycznym i wytrwałym. Nie zniechęcać się. Stałość w pracy nad sobą jest ważna, ponieważ tylko wtedy osiągniemy kolejne wybrane cele. Medytacja raz w miesiącu nie da tego, co codzienna praktyka. I chociaż to nie są wyścigi, pamiętajmy, że działając systematycznie, szybciej będziemy mieli efekty. Ponadto dorywcze działania mogą przejść całkiem bez echa, ponieważ przekodowanie wzorców wymaga ciągłej pracy przez minimum 28 dni.

Nie można się też zniechęcać. Czasem trzeba zmienić metodę, poszukać innego nauczyciela, kiedy po długim czasie nic się nie zmienia. Każdy z nas wchodzi w ślepe uliczki, ale żadna nie jest do końca pozbawiona sensu, bo każda nas czegoś uczy. Każda jest potrzebna. Nie tracimy czasu, tylko odsuwamy termin osiągnięcia wybranego celu po to, by dotknąć innej lekcji i doświadczyć czegoś równie ważnego. Jesteśmy prowadzeni w rozwoju, warto zaufać, że wszystko na tej drodze jest w harmonii z nami.

Nie warto rezygnować z duchowej ścieżki, bo to wyjątkowa droga, na której nie ma przegranych. Nie ma też lepszych i gorszych. Nie musimy się z nikim porównywać, bo każdy z nas jest we właściwym miejscu i czasie, najlepszym dla siebie i swojego wzrastania. Nie warto oglądać się przez ramię i zazdrościć albo kroku przyspieszać, by kogoś wyprzedzić. Harmonia wzrastania zasadza się na indywidualnym, niepowtarzalnym rytmie dla każdego, kto pracuje nad swoim rozwojem. Dlatego właśnie mamy słuchać siebie i swojego serca. I dlatego właśnie nie wolno nam naśladować innych, ale powinniśmy szukać swojej własnej drogi.

Czasu mamy dość, całe życie. Kiedy więc poczujemy się zmęczeni, możemy zwolnić albo całkiem na kilka dni odpuścić po to, by potem wrócić ze świeżymi siłami. I dalej cierpliwie, ale przede wszystkim z ogromną radością pracować nad sobą, szukając najlepszych dla siebie opcji. Nikt nie przegra. Każdy z nas dążąc do doskonałości jest skazany na sukces. Od naszej woli zależy tylko jak długo pójdziemy i jakie elementy wybierzemy do nauki. Prędzej czy później spotykamy się wszyscy na mecie, gdzie prędkość i kolejność dotarcia nie ma żadnego znaczenia. Jest tylko świadomość, że wszyscy jesteśmy Jednym.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Kryształowe Siatki

Jedną z najciekawszych metod pracy z minerałami są kryształowe siatki. Inaczej nazywane są Kryształowymi Kręgami Mocy i porównywane do Stonehenge w wersji mini, którą możemy ustawić na półce w naszym mieszkaniu. Mocno rozpowszechnione na wschodzie i zachodzie świata, co wyraźnie widać w internecie – u nas jakby ledwo znane. Spotkałam je już wcześniej, ale obecnie zaintrygowała mnie duża ilość angielskojęzycznych poradników na ten temat. Poza tym widuję w sklepach internetowych całe zestawy do przygotowania siatek: wybrane kamienie, wydrukowany wzór do układania lub wypalona deseczka oraz instrukcja.

Podłożem takiej siatki są wzory oparte na Świętej Geometrii. Najczęściej wykorzystuje się Kwiat Życia i Sześcian Metatrona, ale widziałam używane do tego celu także: kabalistyczne drzewo życia, pentagram, znak nieskończoności, triskelion, spiralę Fibonaciego oraz mandalę Sri Yantra. Święta Geometria jest metafizyczną nauką, wzmocnioną wiarą, że geometryczne wzory, które występują w przyrodzie i kosmosie, są niczym boski odcisk palca. Działając jak ramy stworzenia, wzmacniają manifestację w naszej rzeczywistości. Różne geometryczne kształty i symbole mają swoje specjalne zastosowania i mogą przyciągać oraz wspierać różne rodzaje energii.

Wzór taki jest drukowany na papierze albo wypalany na deseczce z odpowiednio dobranego drzewa. Można również dostać specjalne obrusy i plastikowe koła z kolorowym nadrukiem wzoru. Każdy może wybrać sobie to, co mu najbardziej odpowiada. Ja zaczęłam skromnie od grubego papieru, który  całkiem dobrze mi służył. Myślę jednak, że energia kształtu zadziała niezależnie od podłoża, chociaż na pewno płótno czy drewno mają lepsze wibracje niż folia.

Celem takiej siatki jest wzmocnienie energetyczne, kluczowa jest zatem intencja. Taką siatkę można zrobić w celu ochronnym, aby zabezpieczyć mieszkanie czy samego siebie. Można też ułożyć ją w określonym temacie. Np. na przyciągnięcie pieniędzy albo sukcesu, na zdrowie, na miłość, na wsparcie rozwoju i prowadzenie duchową ścieżką. Zatem zanim zaczniemy robić takie siatki, zastanówmy się, czy są nam potrzebne i jaki jest ich cel. Dodam tutaj jeszcze, że nasza pozytywna intencja ma swoją prawdziwą potęgę. Kamienne kręgi mocy działają bardzo silnie, ale to my sami mamy w sobie najwięcej energetycznej siły. To nasze myśli stwarzają światy. Taka siatka jest tylko dopalaczem energetycznym tego, co kreujemy.

Kamienie dobieramy zależnie od intencji i zazwyczaj używa się co najmniej dwóch-trzech rodzajów kryształów. Powinny się wzajemnie wspierać. Jeśli np. układamy krąg mocy na dobrobyt, możemy użyć kamieni przyciągających bogactwo, ale także minerałów sukcesu, kreatywności, pracowitości. To jest multiplikacja ich siły, ponieważ cała grupa kryształów pomnaża swoją moc. Krystaliczna struktura użytych kamieni zostaje w tym procesie zaprogramowana i wzmacnia intencję tak, jak stale powtarzane afirmacje.

Staramy się przygotować odpowiednią ilość kryształów. Tutaj kłania się numerologia. Ogólnie tylko podpowiem, że miłości i rodzinie służy liczba trzy, a finansom i pracy liczba cztery. Podróżom i zmianom sprzyja piątka, a rozwojowi duchowemu i nauce siódemka. Nie wszyscy wykorzystują wiedzę numerologiczną, czasem taki krąg mocy jest układany intuicyjnie, ale jest to dodatkowy magiczny element, który wzmacnia cały proces.

Moc takiej siatki bazuje zatem na kilku elementach i działa – warto wspomnieć – cały czas, czyli dwadzieścia cztery godziny na dobę, wysyłając naszą intencję do wszechświata. Źródłem działania takiej siatki jest:

  1. Moc świętej geometrii i kształtu
  2. Działanie poszczególnych kamieni
  3. Zwielokrotnienie działania kamieni poprzez ich ilość
  4. Wzmocnienie innymi kryształami
  5. Działanie wibracji liczbowej (numerologia)
  6. Prawo Przyciągania (intencja)

Powyżej zdjęcie siatki ułożonej w intencji finansowej. W centrum znajduje się “portfel” z tygrysiego oka. Cztery (materia i pieniądze w numerologii) inne kawałki tego minerału otaczają centrum, razem z kwarcem cytrynowym (osiem kawałków – w numerologii także finanse i materia), który również wspiera bogactwo. Kryształ górski pełni tutaj rolę wzmacniacza, zasilającego główne kamienie intencyjne.

Proces przygotowania takiej siatki składa się z kilku prostych etapów, które mogą być też doskonałą inspiracją dla podświadomości. Zanim przystąpimy do rytuału warto wcześniej przygotować sobie podłoże i odpowiednie kamienie oraz dopilnować wysokiego poziomu energii u siebie. Można np. przed ułożeniem siatki zrobić sobie krótką medytacje czy praktykę. Podobnie jak w przypadku afirmacji czy wizualizacji najlepsze efekty osiągniemy działając z wysokiego poziomu energii.

  1. Ustalamy intencję i układamy ją (lub piszemy) jako pozytywny program tego, czego pragniemy.
  2. Zapraszamy do współpracy i pomocy przyjazne energie–Duchy Żywiołów, Anioły, Mistrzów…
  3. W wybranym miejscu kładziemy podłoże siatki: specjalny obrus, deseczkę lub kartkę z wydrukowanym wzorem.
  4. Układamy centralny kamień, który reprezentuje intencję. Powinien być większy, najlepiej jeśli jest to obelisk lub piramidka albo serce–jeśli pracujemy w intencji miłości.
  5. Dookoła zgodnie z intuicją rozkładamy wybrane kamienie, dopasowane kolorem i mocą do tematyki siatki. (Działanie kamieni podajętutaj).
  6. Aktywujemy siatkę wykorzystując do tego np. kryształową różdżkę. Można też aktywować cały układ wypowiadając głośno ułożoną wcześniej intencję.

Kryształowe Kręgi Mocy są potężnymi narzędziami, które pomagają przekształcić energię sytuacji, aby pojawiła się oczekiwana przez nas zmiana. Są bardzo skuteczne zdaniem tych, którzy je układają. Jest to też zrozumiałe, biorąc pod uwagę siłę wibracji, które zostają połączone w procesie układania. Myślę, że można je porównać do metod kwantowych, z których tak często korzystamy z zadowalającymi efektami.

Bogusława M. Andrzejewska