Emanacja

Nauczyciele duchowi często opowiadają o oczyszczaniu. Ci mniej duchowi lubią nawet postraszyć oczyszczaniem, aby pokazać wagę i trud wewnętrznej ścieżki, co może zniechęcić tych mniej wytrwałych do różnych duchowych praktyk. Tymczasem oczyszczanie dotyka nas niezależnie od wszystkiego za każdym razem, kiedy pokonujemy kolejny energetyczny stopień. Nie trzeba kończyć kolejnego poziomu Reiki ani wchodzić w skomplikowany proces, by go doświadczyć. To prosty kawałek życia. Taki sam jak deszcz i słońce po deszczu. Po prostu się dzieje.

Po pierwszym burzliwym okresie, w którym dopadają nas trudne emocje albo nawet gorączka czy rozwolnienie, przychodzi etap asymilacji. Kończą się trudne doświadczenia, a zaczyna życie według nowego wzorca. Lubię ten czas. Czuję się wtedy jak dziecko, które poznaje świat na nowo. Postrzegam życie wielowymiarowo, wielobarwnie. Dostrzegam nieznane wcześniej kolory, a w tle wydarzeń widzę przeszłość i przyszłość. To magiczny czas, kiedy moja intuicja wydaje się być absolutnie niezawodna, a wszechświat staje się przejrzysty jak kryształ.

Wydaje mi się, że wiele osób zatrzymuje się na tym etapie, zapominając, że nie on jest celem podróży. Jest tylko wskaźnikiem, jak słupek milowy na drodze do oświecenia. Prawdziwy adept rozwoju podąża z pokorą dalej. Bo jeśli oczyszczanie nie przebiegło prawidłowo, jeśli zaplątaliśmy się w starych emocjach i zwątpieniu, wówczas postrzeganie jest przekrzywione. Stąd tyle pomyłek i błędów u ludzi, którzy uważają się za jasnowidzów.

Potem przychodzi trzeci etap – etap emanacji. Prawidłowo przepracowane oczyszczanie i spokojnie przyjęta asymilacja pozwala wzrosnąć energii serca i otworzyć mocniej czwartą czakrę. Miłość bezwarunkowa wylewa się przez ten najpiękniejszy ze wszystkich portali i wypełnia człowieka na wszystkich poziomach. Wszechświat jak lustro odpowiada miłością, pięknem, harmonią i poukładaniem. Oto cel, ten najważniejszy – pokonanie kolejnego stopnia na drodze do Światła.

Z poziomu ludzkiego największe znaczenie może mieć końcowy efekt lustra. Oczyszczanie prowadzi do manifestacji nowego wzorca w praktyce. To może być dobrobyt, nowa praca, wspaniali przyjaciele, spotkanie miłości, rozwiązanie problemów, wyzdrowienie. Zasady wszechświata działają niezawodnie. Emanacja przyciąga pomyślną zmianę w życiu. Doświadczałam i doświadczam tego setki razy. To się dzieje. To działa.

Z poziomu duchowego jednak to coś o wiele więcej. To kolejna „randka” z Najwyższym Źródłem. Tak to postrzegam, kiedy płynnie przechodzę z etapu asymilacji do emanacji. Moje wewnętrzne Światło osiąga takie ziemskie maksimum, w którym się rozpuszczam. Wszystko, cokolwiek robię, jest rozświetlone. Moje dłonie i oczy lśnią. A to, co jest w zasięgu mroku znika zupełnie z pola widzenia. To jak patrzenie na świat poprzez oczy Boga. Poprzez oczy pełne miłości bezwarunkowej do Wszystkiego Co Jest.

Emanacja. Stan urzeczywistnienia na chwilę tego, czym jest każdy z nas: Miłości i Światła. Stan, który pozwala zrozumieć, po co to wszystko robimy. Stan, który pomaga uwierzyć, że Moc mamy w sobie i zarządzamy nią każdego dnia. Stan, który przypomina nam nasz Boski rodowód. Na chwilę łapiemy w płuca wiatr oświecenia i zachłystujemy się jego miękkością. Nic już nie jest potem takie samo. Pozostaje tylko ogromna tęsknota za tym, co jest naszą prawdziwą istotą.

Paradoksalnie – ten cud bywa niemal niezauważany. Większość ludzi skupia się na pierwszej trudnej fazie oczyszczania. W zależności od rozmiaru niedogodności, ludzie narzekają lub zaciskają zęby i niecierpliwie czekają na koniec. Kiedy wreszcie nastąpi, pojawia się ogromna ulga, która przesłania wszystko inne. Moja praktyka wskazuje, że ludzie w ogóle nie zauważają podziału na trzy etapy – jest „trudne oczyszczanie” i wreszcie koniec, można w spokoju iść dalej.

Energetyczne procesy wykonuje się zwykle w określonym celu – poprawienia finansów, znalezienia partnera, uzdrowienia ciała. To jest ważne, aby zrobione ćwiczenie (zabieg) okazało się skuteczne. Efekt zaprząta niemal całkowicie uwagę człowieka, który testuje, czy już zaczął zarabiać? Czy już mniej boli? Czy wyniki są lepsze? Czy dzisiaj spotkam swoją miłość na ulicy? Zupełnie nie zauważa, że jego dłonie zaczęły lśnić mocnym blaskiem.

Jeszcze inna grupa osób – jak wspomniałam – fascynuje się wyostrzoną częściowo intuicją i zmienioną percepcją, która wydaje się nadawać niemal boskie cechy. Zaplątani w iluzję „wszystkowidzenia i wszystkowiedzenia” także nie zauważają tego, co najważniejsze. Jedni potrzebują tej iluzorycznej mocy, by napełnić sobie jak najszybciej konto. Inni – spełniają swoje marzenie o wielkości. Marzenie wyrosłe na górze kompleksów i braku wiary w siebie. Jak wspaniale jest dla nich spojrzeć z góry na innych i poczuć się „wielkim magiem” lub „jasnowidzącą uzdrowicielką”.

Pilne przestrzeganie zasad rozwoju chroni przed takimi błędami. Doskonałym przykładem jest mój ulubiony buddyzm, w którym bardzo wyraźnie powtarza się, że wszystkie „magiczne” zdolności to tylko potwierdzenia na ścieżce. Co drugi lama z łatwością unosi się w powietrzu, zatrzymuje deszcz, teleportuje przedmioty, a nawet znika z oczu rozmodlonych mnichów. I cóż z tego? Każdy z nich wie, że nie to jest celem wewnętrznej wędrówki. Celem jest najpierw emanacja – przedsionek oświecenia, a potem oświecenie samo w sobie.

Warto wspomnieć, że z definicji emanacja może być niezależna od rozwoju i etapów oczyszczania. To swoiste promieniowanie tym, czym jesteśmy. Jak kwiat wydziela zapach, tak człowiek emanuje sobą. Takim prawdziwym bez żadnych masek i nakładek. W pewien sposób jest to coś harmonijnego z nami, część nas, której w żaden sposób nie można zmienić, przekłamać, czy ukryć. I podobnie jak róża schowana głęboko do kieszeni będzie pachnieć na cały pokój, tak i człowiek będzie emanował sobą, bez względu na wszystkie próby ukrycia tego, kim jest w istocie.

Można emanować mrokiem, nie tylko Światłem. Można emanować agresją, niechęcią, lękiem i bólem. To, co jest w nas najsilniejsze, tym promieniujemy. I znowu porównanie do zapachu będzie tu trafne. Nie tylko kwiat wydziela charakterystyczną woń, wydziela ją także kupka nawozu lub paląca się opona. Wszechświat jest klarowny i czytelny. Wyraźnie pokazuje, co jest czym. I przechytrzył człowieka, który emanuje sobą niezależnie od tego, ile flakonów perfum wyleje na siebie. Emanacja jest obnażeniem prawdy. Na to nikt nie ma wpływu.

Przypomnę w tym miejscu, że każdy jest we właściwym dla siebie punkcie czasoprzestrzeni. Nie ma ludzi złych i dobrych, jednak są tacy, z którymi nam nie po drodze. Być może ktoś, kto oszukuje, kradnie czy znęca się nad słabszymi nadaje na innej częstotliwości niż ja. Ale łatwo go rozpoznać po tym, czym promieniuje. Tak też wybieramy sobie przyjaciół i nauczycieli. Trzeba tylko wyjść poza zamęt umysłu i poczuć na poziomie serca, czy to, czym dana osoba emanuje jest spójne z nami. Jesteśmy różni. Dlatego nasze wybory są rozmaite.

To jednak tylko dygresja, ponieważ najważniejszym zjawiskiem jest dla mnie ta właśnie emanacja – o której pisałam na początku artykułu – będąca trzecim etapem procesu oczyszczania. Warto zwrócić na nią uwagę i poczuć ją mocno w sobie. Nie przegapić tej boskiej chwili zjednoczenia z Najwyższym Źródłem. To ważne i piękne doświadczenie. Powtarza się ono raz po raz w kolejnych stopniach pracy nad sobą i za każdym razem wznosi nas mocniej i wyżej. Pozwala nam dotknąć Wszystkiego Co Jest poprzez uruchomienie bezwarunkowej miłości.

Z duchowego poziomu celem i sensem całego procesu jest właśnie stanie się Prawdziwym Sobą. Boską Pełną Miłości Istotą. Taka jest nasza prawdziwa natura. Dane jest nam tego doświadczać i dotykać. Nie musimy wierzyć „w ciemno”, nie musimy kupować kota w worku. Możemy poczuć Kim W Istocie Jesteśmy po to, by wiedzieć, dokąd zdążamy. Życie ma głęboki sens. Nie jest turlaniem się na oślep po pachnącej trawie. Nie jest też patrzeniem z górskiego szczytu na to, co migocze w dolinie. Jest lśnieniem. Coraz mocniejszym. Każdego dnia z nową siłą wydobywaną z głębi serca. Jest kruszeniem murów i ścian, które blokują dostęp do własnej Mocy. Jest emanacją tym, Czym W Istocie jesteśmy.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Dobrodziejstwa medytacji

Dobrodziejstwa systematycznej medytacji trudno przecenić. Wszyscy wiemy, że jest to ścieżka do spokoju i duchowych odkryć. Ludzie, którzy medytują, poznają moc swojego umysłu i wykraczają poza schematy, nierzadko wytyczając dla siebie pozazmysłowe szlaki. Ich wewnętrzne doświadczenia zapełniają czasem piękne ksiązki o rozwoju i pracy nad sobą. W jakiś sposób widzimy, że takie osoby lśnią tym wyjątkowym blaskiem, który rodzi się z wewnętrznego pokoju.

Medytacja w pewien sposób odmładza nas, ponieważ jest tym dla umysłu, czym ćwiczenia fizyczne dla ciała – treningiem. Kto medytuje, jest sprawny umysłowo do późnego wieku. A co ciekawe medytowanie działa także u dzieci z ADHD, czyli może okazać się świetnym sposobem na poprawę koncentracji w każdym wieku. Pomaga podejmować świadome decyzje. Dyscyplinuje umysł i sprawia, że stajemy się bardziej uważni. Przestajemy działać na autopilocie.

Badania naukowe dowodzą, że w wyniku systematycznej medytacji zwiększa się ilość szarych komórek w mózgu. Efekty zaobserwowano juz po 8 tygodniach. Ponadto badacze stwierdzili, że zwiększa się także ilość połączeń neuronowych. To być może wyjaśnia, dlaczego medytacja gwarantuje nam sprawny intelekt do późnych lat i generalnie jest metodą pomagającą utrzymać zdrowie umysłowe.

Moim zdaniem najcenniejszym efektem regularnej medytacji jest zmniejszenie stresu. Sama doświadczyłam już wiele lat temu, że wystarczą mi dwa tygodnie medytacji, aby negatywne emocje całkiem się wyciszyły. Nabieram dystansu do świata i nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Potwierdzają to także naukowe badania – medytacja uczy spokoju, obniża ciśnienie, zmniejsza ryzyko zawału, a ponadto zmniejsza uczucie bólu.

Jeśli spojrzymy przez pryzmat psychosomatyki, to zobaczymy rzecz oczywistą: dystans do świata i zmniejszenie negatywnych emocji jest najlepszym sposobem uzdrawiania. Przyjmując, że każde schorzenie bierze się z trudnych emocji, medytacja nie tylko zapobiega powstawaniu chorób, ale ma też szansę stać się jednym z wielu sposobów na zdrowienie. Na chwilę obecną medycyna nie odnotowała jeszcze wyleczenia ciała i jego organów z pomocą samej medytacji, ale tu i tam pojawiają się informacje o pojedynczych przypadkach, kiedy to właśnie medytacja okazała się punktem zwrotnym w powrocie do zdrowia.

Na poziomie psychologicznym juz doceniamy ten mechanizm. Zaobserwowano i uznano leczącą moc medytacji w przypadku stresu pourazowego i napięcia przedmiesiączkowego. Zauważono, że pomaga ona w stanach lękowych, oczyszczając z obaw i zwiększając spokój. Co za tym idzie – poprzez zmniejszanie napięcia lękowego medytacja zapobiega depresji. Każdy szpital kliniczny w USA prowadzi obecnie sesje mindfullness (trening uważności), ponieważ traktuje się tę metodę, jako formę leczniczą. Eksperymentalnie dowiedziono też pozytywnego wpływu medytacji na geny.

Jednym z ważnych dla nas czynników jest fakt, że medytacja poprawia nastrój. Nie tylko wycisza i wyłącza negatywne emocje, ale też podnosi poziom energii. Pozytywne nastawienie do świata to cześć prosperującej świadomości. To wspaniały stan, nie do przecenienia. Zwróćmy uwagę, że kiedy nasze myśli są piękne i dobre, to tworzą dla nas doskonałe zdrowie i przyjemną rzeczywistość, obfitująca w pomyślne wydarzenia. Jeśli zatem medytacja jest narzędziem, które wyrabia w nas nawyk właściwego myślenia, jest także sposobem na szczęśliwe życie.

 Bogusława M. Andrzejewska

Święta przestrzeń

Kiedyś, dawno temu oglądałam rysunkowy żart, na którym ktoś umieścił mnóstwo gadżetów do medytacji. Była tam mata, były kryształy, była świeca i sprzęt z muzyką. Leżało poskładane specjalne ubranie i stały posążki z bóstwami. Obok w specjalnie zaprojektowanej fontannie w stylu zen chlupotała woda. Nie było tam tylko medytującego człowieka. Długo kontemplowałam ten rysunek, by zrozumieć, gdzie zaczyna się przerost formy nad treścią. Dzisiaj mogę Wam powiedzieć: w umyśle.

Dopóki czegokolwiek potrzebujemy do medytacji, wszystko jest zbędne, a nasza medytacja nie jest prawdziwa. Jeśli nie umiemy medytować bez swojej ulubionej muzyki albo bez maty, albo bez kamieni czy świecy, to warto jeszcze raz podejść do nauki medytacji i poszukać takiej opcji, która napełni nas światłem bez żadnych dodatków z zewnątrz. Medytacja jest procesem w nas. W środku. Nie potrzebuje niczego z zewnątrz.

W pewien sposób nie potrzebujemy nawet ciszy. Prawdziwie medytujący umysł umie wyłączyć się ze wszystkiego, co go otacza. Nawet na środku chodnika ruchliwej ulicy w centrum miasta. Ale to nie oznacza, że tam mamy medytować. To byłoby specyficzne wyzwanie. Możemy wybrać sobie taki czas i takie miejsce, gdzie jest w miarę spokojnie, pamiętając, że nawet na łonie przyrody życie buzuje w całej okazałości. Biegają mrówki, skaczą wiewiórki, a ptaki strącają na nasze głowy kawałki listków i kory. Nie ma idealnej ciszy nigdzie. Chyba tylko floating zapewnia nam całkowite odcięcie od otaczającego świata. Sensem medytacji jest odnalezienie tej ciszy w sobie, bez wielkiej pomocy z zewnątrz. Ale malutka pomoc jest wskazana. Taka, jak np. zamknięty pokój i wyłączona komórka. Może jeszcze trochę relaksacyjnej muzyki, która zagłuszy gwar dochodzący z ulicy?

Tworzenie świętej przestrzeni nie jest budowaniem uwarunkowania, warto o tym pamiętać. Święta przestrzeń ma na celu oczyścić i podnieść nam energię. Bez wątpienia jest to ułatwienie, szczególnie dla tych, którzy medytują od niedawna. Dzięki zbudowaniu świętej przestrzeni szybciej podnosimy wibracje, łatwiej wyciszamy umysł i lepiej się czujemy. Moja święta przestrzeń jest miejscem, w którym przebywam przez cały czas, kiedy jestem w domu. Co jest o tyle ważne, że ja też w domu pracuję, a moja praca jest mocno oparta na wysokich wibracjach.

Dla niektórych nieodzownym elementem medytacyjnego pokoju jest ołtarzyk. A nawet ołtarz. Widziałam u kogoś takie właśnie dzieło sztuki zajmujące całą ścianę. Jeśli człowiek tak czuje, to tak wybiera. Jakkolwiek nazwie swoje święte gadżety, są one akumulatorami energii jego modlitw. Są czymś, co kocha i na co chce stale patrzeć. Bo zwróćmy proszę uwagę na jedną istotną rzecz: otaczamy się tym, co nam bliskie, a to co nam najbliższe i najważniejsze układamy na ołtarzu. Zawsze tak było. Od wieków, niezależnie od kultury i religii. Robimy to podświadomie.

I co ciekawe – każdy wyobraża sobie teraz posągi bóstw i magiczne kryształy, tymczasem bywa, że na ołtarzu w domu stoi… telewizor. Nazywa się to regałem lub szafką, ale umiejscowienie, rytuały, szacunek, częstotliwość zakochanego spojrzenia nie pozostawia wątpliwości – to ołtarz. Zatem wszyscy mamy w domu ołtarze i stawiamy na nich to, co dla nas istotne. Nie ma rzeczy lepszych i gorszych. To, czym jeden gardzi, dla drugiego może być sacrum. To my sami suwerennie wybieramy sobie nasze świętości.

Jednak święta przestrzeń, o której tu opowiadam, to nie sam ołtarz, lecz pomieszczenie lub jakiś jego wydzielony kawałek, w którym szczególnie dbamy o podniesienie energii. Ołtarz nie jest wcale konieczny, wystarczy półeczka, kącik, kawałek biurka. Bardzo często są to miejsca, w których trzymamy swoje cenne książki o duchowości lub karty anielskie. A warto pamiętać, że takie Karty Aniołów same w sobie mają piękną energię, którą przecież zabarwiają wnętrze. Znam też kilka świetnych tytułów, które niosą dobrą energię. Zatem na te elementy warto zwrócić uwagę.

Zaczynamy od aranżacji, w której wykorzystujemy wysokowibracyjne przedmioty. Jest ich tak dużo, że trudno wszystkie tutaj wyliczyć. Z całą pewnością będą to kryształy i kamienie szlachetne, odpowiednio oczyszczone i dobrane. Następnie figurki Aniołów lub bóstw czy manifestacji, które są nam bliskie. U jednej osoby to może być Mahakala, u innej Tańczący Sziwa, a jeszcze u innej Jednorożec lub Smok. Wbrew temu, co mogą sądzić osoby postronne, to nie oznacza, że modlimy się do figurek. Ich obecność po prostu podnosi energię. Uważam też, że wnosi określoną jakość do pomieszczenia. Sugeruję, by osoba, która nie wie, kim jest np. Strażnik Dharmy, nie stawiała jego figury tylko dlatego, że wygląda modnie i oryginalnie. Warto być spójnym energetycznie i trzymać się swojej linii duchowej także w wystroju wnętrza.

Ciekawym elementem są wzory świętej geometrii. Są niezwykle mocne i dostępne w tysiącach rozmaitych form – od obrazów, przez biżuterię, do świeczników i podstawek pod kadzidła. Tutaj też warto wybierać to, co jest spójne z naszą duchową linią. Mówimy tu trochę o czymś takim jak Feng Shui – aranżacja przestrzeni działa na podświadomość. O ile kwiat lotosu czy symbol OM wydają się być uniwersalne, o tyle wadżra czy oryginalny zapis jakiejś buddyjskiej mantry już niekoniecznie. Mogą w podświadomości budzić lęk czy niepewność. W świętej przestrzeni powinno znaleźć się tylko to, co jest bliskie sercu i daje poczucie bezpieczeństwa czy boskiej lub kosmicznej opieki. Bo taki jest sens tego miejsca.

Warto zwrócić uwagę na obrazy energetyczne. Jest ich obecnie mnóstwo, ponieważ ludzie otwierają się na swoje wewnętrzne piękno i zaczynają bez obaw wyrażać siebie twórczo. Istnieje mnóstwo pięknych malowanych Aniołów, mandal i bajecznie kolorowych abstrakcji. Pisałam już o tym, że nie każdy obraz, który autor nazywa energetycznym, jest takim w istocie. Ale to nam ma się podobać. Jeśli zachwyca albo wycisza, jeśli dodaje energii i oczy lecą ku niemu z radością – to dobry obraz. Nic więcej nie trzeba. Taki obraz fantastycznie rozświetli przestrzeń.

Ciekawą opcją mogą być zapachy, jeśli korzystamy z tej przestrzeni sami. Jeśli natomiast urządzamy ją na spotkanie w grupie, na jakieś medytacyjne zajęcia, należy uważać. Bardzo lubię kadzidła, ale w istocie rzadko korzystam. Wiedząc, że inne osoby mogą ich nie tolerować, przestawiłam się na aromaterapię i olejki. Tutaj niestety też spotkałam się z negatywną reakcją osób, które były u mnie gośćmi. Stosuję zatem olejki tylko sama dla siebie. Częściej korzystam natomiast ze świec zapachowych i świeżych kwiatów. Ich delikatny aromat nikogo nie drażni.

Kolejny ważny element to oczyszczanie. Można okadzić białą szałwią lub czymś innym, co nam odpowiada. Można przejść się po pokoju grając na misie tybetańskiej. Można zrobić Reiki w intencji oczyszczenia. Można wypełnić pomieszczenie Fioletowym Płomieniem. Metod jest sporo. Na koniec dobrze jest zapalić świecę, ponieważ ogień wchłania i spala emocje, a przynosi radość. Dlatego też na wszystkich ołtarzach znajdują się rozmaite świeczniki. To taki najbardziej konieczny element wyposażenia świętej przestrzeni. Często mówię, że nic tak naprawdę nie trzeba – żadnych kryształów, muzyki, posążków. Ale trzeba zapalić bodaj zwykłą świeczkę na zwykłym talerzyku. W czasie medytacji, modlitwy, czy praktyki duchowej ogień powinien się palić.

Wyjątkiem jest oczywiście natura. Kiedy siedzimy pod drzewem czy na łące, nie potrzebujemy żadnego ognia. Natura jest czysta i potężna w swej istocie. Na bieżąco oczyszcza wszystko, co tylko się pojawia w naszych emocjach, w naszej aurze. To najlepsze miejsce, jakie można sobie wymarzyć na medytację. Myślę, że każdy doskonale wie to, co teraz chcę tutaj napisać – natura to najświętsza przestrzeń sama w sobie. Niczego nie potrzebuje, poza naszą miłością, dbałością i szacunkiem.

Kiedy jednak wykonujemy praktyki pod dachem, we własnym domu, gabinecie, salce do ćwiczeń, warto po oczyszczeniu napełnić to miejsce dobrą energią. Do tego można wykorzystać te same metody, które działają oczyszczająco: gra na misie, modlitwa, Reiki. Można poustawiać misy z kryształami w różnych miejscach pokoju i uruchomić deszcz energii. Pamiętajmy jednak, że przestrzeń zostanie i tak napełniona energią naszych praktyk i medytacji, jeśli po prostu będziemy je często robić. To działa najsilniej. Czy możecie sobie wyobrazić, że po pięciu dniach codziennego wykonywania zabiegu Reiki w szpitalnej sali wypełniłam tę salę energia jak akumulator? Pomimo że zabieg robiłam tylko przez godzinę dziennie, a szpital ma fatalną energetykę – ta jedna sala świeciła jak sanktuarium, a ludzie w niej leżący wracali do zdrowia szybciej, niż spodziewali się lekarze.

Moc jest w nas. Święta przestrzeń to celebracja naszych duchowych wartości i otaczanie się pięknem. To ukojenie dla naszych oczu i wzmocnienie dla serca. To energetyczne doładowanie, która ułatwia wyciszenie rozszczebiotanego umysłu. To przyciąganie dobrych energii i dostrajanie podświadomości do tego, co dla nas szczególnie ważne. W świętej przestrzeni Anioły otaczają nas skrzydłami, zanim je zawołamy, a pozytywne wibracje układają się miękko na naszym sercu.

 Bogusława M. Andrzejewska

Przesłania o Aniołach

Z KRONIK AKASZY

„Anioły są przy Tobie każdego dnia. To Twoi Potężni Sprzymierzeńcy. Nie myśl, że są gdzieś daleko, bo każdego dnia oblewają Cię swoim Światłem i chronią.  Każdy człowiek widzi tylko kawałek rzeczywistości. Anioły mają szerszy wgląd i wyłapują ciemne iskry z czasoprzestrzeni, zanim zdążą się one zamanifestować w materialnym świecie. Anioły są jak tarcze, stąd spójna jest nazwa Anioł Stróż. Ludzie bardziej wrażliwi widzą, jak rozpostarte skrzydła chronią ich przed tym, co na ten moment nie jest korzystne.

Anioły są Światłem samym w sobie. Nikomu nie służą, poza Najwyższym Źródłem. Spełniają swoją rolę zgodnie z planem stworzenia. Ich rolą jest pielęgnować i chronić życie na Ziemi tak, jak Ogrodnik chroni drzewa z miłością i troskliwością. Bezwarunkowo. Ogrodnik troszczy się o drzewo bez względu na to, czy ma kolce albo trujący sok. Daje dobro i opiekę, nie oczekując niczego w zamian. Drzewo ma tylko rosnąć i być zdrowe. To jest ważne. Człowiek ma wzrastać wewnętrznie. Anioły jak najlepsi Ogrodnicy niosą opiekę, by człowiek miał wszystko, czego potrzebuje dla duchowego rozwoju. Czasem tworzy się głębsza więź, kiedy człowiek szczególnie ukocha Anioły.[…]

Metod duchowego rozwoju jest dużo. Anioły i Anielska pomoc jest pracą ze Światłem. To wysokie wibracje. Z poziomu człowieka to poziomy tak wysokie, jak Kroniki Akaszy. Ale całkiem inne.”

(spisała Bo Andrzejewska luty 2019)

„Anioły były, są i będą. Istnieją w oceanie nieskończoności dla tych, którzy chcą otworzyć się na Ich Światło. Na Ziemi nie ma żadnego przymusu. Jest prawo samostanowienia. To człowiek wybiera, czy chce wierzyć Aniołom i schronić się w Ich Świetle, czy nie. To człowiek suwerennie decyduje, czy chce rozwijać się duchowo przy pomocy Aniołów, czy wybiera inne metody. Nic nie jest konieczne. Zawsze jest wybór.

W gruncie rzeczy nie ma znaczenia ludzka wiara, ponieważ Anioły nie są i nigdy nie były żadnymi myślokształtami. One istnieją niezależnie od stwórczej mocy myśli człowieka. Ci, którzy nie wierzą w Anioły na Ziemi, po powrocie do Wielkiej Jedności, śmiać się będą ze swojej ziemskiej przygody.

Równowaga to zasada Ziemi. Im bardziej rośnie w siłę Światło, tym bardziej wzmacnia się przeciwwaga ta druga strona, dzięki której człowiek może określać siebie i to Kim Jest W Istocie. Anioły stoją na straży tej równowagi. Nie pozwalają, by ciemność przekroczyła krytyczne granice.

Rola Aniołów jest jednoznaczna. Niosą Światło do ludzkich serc. Wiara w Anioły i otwarcie na ich uzdrawiające działanie daje dużą moc sprawczą. Im bardziej wysublimowana energia człowieka, tym łatwiej mu zobaczyć i poczuć Anioły obok siebie. Im większa otwartość na Światło, tym bardziej oczywiste są doświadczenia ze Światła. „

(spisała Bo Andrzejewska marzec 2019)

„Anioł Stróż, najważniejszy z Aniołów i zepchnięty na najdalszy plan… Anioł Stróż stoi przy każdym człowieku, chroni go i wspiera. Jest najważniejszy, ponieważ jest wibracyjnie dostrojony do  do myśli człowieka. Rozumie je. Słyszy ludzkie modlitwy. To Anioł Stróż może przenosić je dalej do innych wymiarów. Towarzyszy człowiekowi przez całe życie do chwili śmierci.

Jest Jeden. Opowieści o wielu Aniołach Stróżach biorą się stąd, że ktoś widzi wiele energii. Są ludzie, którzy odbierają obecność energetyczną Mistrzów i Opiekunów. Anioł Stróż chroni. Odbija pasma ciemnej energii. Dba o równowagę i o to, aby każdy człowiek realizował plan duszy. Jeśli w planie duszy jest cierpienie, to ono następuje. Jednak świadome zwracanie się do Anioła Stróża przynosi ulgę i ukojenie.

Jedną z piękniejszych ról Anioła Stróża jest podnoszenie energii. Anioł Stróż to właśnie robi podnosi energię, aby człowieka przenieść w wyższe wibracje.”

(spisała Bo Andrzejewska marzec 2019)

Świadomość

Często mówimy o świadomym życiu i świadomym rozwoju, chociaż nie każdy pewnie ma na ten temat takie samo wyobrażenie. Jak w wielu przypadkach, tak i tutaj mamy tyle definicji, ile zainteresowanych osób. Szukamy własnych priorytetów, zakładając możliwość pozytywnej ścieżki w dowolnej wersji, jaką wybierzemy. Z całą pewnością każda droga, którą podążamy, jest dla nas najlepsza na dany moment. A sama świadomość może kojarzyć się nam głównie z kontrolą własnego działania i uważnego podejmowania decyzji. Czasem słyszę też jakąś teorię o duchowości i ezoterycznych zainteresowaniach, skąd blisko już do reklamy weganizmu i uprawiania jogi.

A co, jeśli świadomość oznacza bycie faktycznie przebudzoną osobą? Kimś kto przestał spać i otwierając oczy wkracza w świadomą rzeczywistość? Czym przejawia się taka realność? O samym przebudzeniu piszę w innej części strony, ale w pewien sposób taka wersja interpretacyjna jest mi bardzo bliska. Mam wrażenie, że to taki sposób funkcjonowania, który zakłada wielowymiarowe postrzeganie świata i działanie zgodne z prawem przyciągania i spontaniczną mocą kreacji. Na przykład, bo przebudzenie dotyczy nie tylko rozumienia naszego wpływu na materię, ale właściwe postrzeganie energetyki we wszystkich obszarach. Być świadomym, to nie tylko wiedzieć, ale też rozumieć, co się widzi.

Świadome życie to dla mnie swoista dojrzałość. To jak spacer boso po trawie, kiedy z uwagą dotykam stopami ziemi i czuję miękkość trawy, jej chłód, drobne kamyczki i wszystkie moje myśli, wszystkie zmysły kieruję w ten dotyk, w jedność z ziemią. Czuję, jak Ziemia oddycha i jak jej energia przenika przez moje stopy do samego serca. Staję się z nią jednością, a każdy krok jest pogłębieniem oddechu. Uważność. Dla mnie świadomość to właśnie uważność.

Świadome życie jest dla mnie uważnym kontaktem zarówno z zewnętrznym, jak i wewnętrznym światem. To wnikliwa obserwacja i wyciąganie wniosków lub zanurzenie w zachwycie. To doświadczanie całą sobą po to, by wzrastać, by zmieniać się i z każdym dniem być bliżej boskości. To odsłanianie swojej prawdziwej natury krok po kroku, każdego dnia. Bez rozumienia całego procesu i bez transformacji nie ma mowy o świadomości.

Są takie nauki, które pomagają poukładać logicznie kolejne stopnie życiowego wtajemniczenia. Ale zawsze na pierwszym miejscu znajduje się w nich wysokie poczucie wartości. Bez wiary w siebie nie sposób podążać żadną pozytywną drogą, ponieważ niska samoocena wypacza wgląd, zakłamuje rzeczywistość i skłania do szukania iluzji. To miłość do samego siebie pozwala nam kochać innych, uzdrawiać, przyciągać, kreować i transformować. Poznanie siebie pomaga tworzyć szczęśliwe relacje.

Drugi poziom świadomego życia to przeglądanie się w oczach innego człowieka z pełnym rozumieniem, że wszyscy jesteśmy jednością. To nade wszystko tolerancja i pozwalanie drugiej osobie, by podążała swoją własną ścieżką. To poznawanie innych, ich widzenia świata i akceptacja odmienności. Ale i życzliwość, serdeczność, uprzejmość. To dobre gesty i taktowne zachowanie. To empatia, która pozwala nieść pomoc w mądry sposób oraz otwartość na potrzeby drugiego człowieka. To wyrażanie emocji w taki sposób, by nikogo nie ranić.

Kolejny poziom to radość, która wypełnia każdy dzień i każdą chwilę. To optymizm i pozytywne myślenie, bez którego nic przecież dobrego nie da się wykreować. To napełnianie uśmiechem wszystkiego, czego doświadczamy i dziecięcy niemalże zachwyt każdym kolorowym drobiazgiem. Zachwyt uzdrawia i podnosi nam energetykę, a cieszenie się życiem sprawia, że staje się ono coraz lepsze. Nie ma rozwoju wewnętrznego bez pozytywnego, uśmiechniętego podejścia do otaczającej nas rzeczywistości.

Materia jest przestrzenią, która uczy nas naszej prawdziwej mocy. Bez rozumienia materii niczego nie osiągniemy, dlatego właśnie zeszliśmy na Ziemię – konkretną i pełną przedmiotów, które możemy brać do ręki, dotykać, zabarwiać naszą energią i kształtować mocą umysłu. Jednym z największych wyzwań jest ciało. Szczególnie wtedy, kiedy choruje. Uzdrawianie naszych tkanek jest ogromnie istotną lekcją. Świadome życie, to takie, w którym nasze emocje oraz mentalne wzorce kształtujemy harmonijnie, aby tworzyły matrycę zdrowia dla naszego ciała.

Następny etap to poznawanie świata z pomocą zmysłów. To umiejętne wykorzystanie każdego z nich, by podnosić swoje energetyczne wibracje. Oczy zachwycają się widokami, uszy zanurzają w dźwiękach, smaki uczą wdzięczności, zapachy sublimują emocje, a wreszcie dotyk pozwala cieszyć się prawdziwie materią. Zakreślamy własne przestrzenie. Na tym etapie doceniamy też moc naszego umysłu i potęgę przyswajania wiedzy. Uczymy się i rozwijamy inteligencję.

Potem uczymy się kochać prawdziwie i głęboko. Poprzez macierzyństwo i partnerstwo dorastamy do odpowiedzialności za drugiego człowieka. Dotykamy prawdziwej miłości, chociaż jeszcze nie rozumiemy, że ma ona moc stwarzania nowych światów. Tymczasem uruchamiamy moce twórcze i rozjaśniamy świat artystyczną kreacją, która powstała na bazie zmysłowego poznania. Doceniamy harmonię i piękno.

Kolejny etap, to wyjście poza zmysły, to intuicyjny wgląd pod zamkniętymi powiekami. To droga medytującego pustelnika, który zagłębia się w sobie, by znaleźć odpowiedź, co jeszcze jest poza światem widzialnym. To poszukiwania duchowe i jedna z niebezpiecznych ścieżek wiodących na manowce uzależnień, kiedy nasze pragnienia pozostają niezaspokojone. Tu jednak rodzi się też mądrość doświadczania i wglądu.

Kolejny etap rozwoju to droga poznawania i rozumienia transformacji. To władza nad materią, która pomaga kształtować rzeczywistość według naszej potrzeby. To może być praca z Reiki i umiejętność uzdrawiania ciała z pomocą energii. To może być pomnażanie materii finansowej. To może być charyzmatyczny wpływ na innych ludzi i kierowanie ich życiem. To może być nawet olśnienie u progu oświecenia. Jest to jednak niemal koniec drogi, ponieważ na tym etapie dzieje się magia. Tylko od nas zależy, czy jest biała czy czarna.

Ostatni punkt świadomości to rozumienie, że wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno i wyjście poza wszystkie ograniczenia. To wypełnienie na wszystkich poziomach miłością bezwarunkową, która zawiera w sobie kochanie siebie, tolerancję, radość, kreowanie, wiedzę, odpowiedzialność, mądrość i transformację. Która w istocie jest tym wszystkim, jak białe światło, które skupia w sobie wszystkie kolory tęczy. Miłość wszechogarniająca do Wszystkiego Co Jest, to wyznacznik pełnej świadomości, że niczego nie potrzebujemy, bo mamy w sobie każdą jakość. Świadome życie sięga do tych jakości spontanicznie, wypełniając wszystko najwyższymi wibracjami.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 11

Nauczyciel jogi czy medytacji pracuje i zarabia tak samo jak piekarz czy szewc. Różnica polega na tym, że piekarzom i szewcom ludzie płacą bez oporów, a duchowy nauczyciel wydaje się utkany z mgły  nie musi wiec jeść ani opłacać rachunków. Tymczasem ciągle jeszcze niewielu wśród nas odżywia się Światłem. A w polskim klimacie mieszkać pod chmurką raczej byłoby trudno. Dlatego Nauczyciel Duchowy pobiera opłaty za szkolenia, analizy, konsultacje. I nie należy go za to potępiać, oczekując, że skoro Duchowy, to da nam wszystko za darmo.

Uczestniczyłam w wielu szkoleniach buddyjskich urzeczywistnionych nauczycieli. Za każdym razem wnosiłam opłaty za miejsce, za jedzenie, ale i dla nauczyciela, który też jadł i korzystał z linii lotniczych, aby do nas dotrzeć. Przy inicjowaniu w nowe praktyki tradycją jest dawanie nauczycielowi prezentów. Jasna sprawa, że niezamożne osoby zrywały garść malin i wręczały bukiet kwiatów. Ale większość z nas ofiarowywała to, co uważała za wartościowe, ponieważ to, co dostawaliśmy też było wartościowe. Ja najczęściej dawałam kamienie  kryształowe piramidki, duże ametysty o dwóch wierzchołkach, pięknie rzeźbione bursztyny. Jednak inni często dawali po prostu pieniądze.

Ustalenie ceny jest komfortowe dla każdego. Zamawiający usługę nie musi się martwić o to, ile powinien dać i czy nie dał za mało. Jest też pomocne w ustaleniu gotowości energetycznej, tworząc naturalny próg. A wreszcie pomaga też podjąć decyzję. Bo nawet jeśli coś wydaje nam się za drogie, to jest to informacja nie tylko o świadomości ubóstwa, nad którą warto popracować, ale także o tym, że to akurat nie jest dla nas najlepsze na ten moment.

Odłączanie pieniędzy od duchowego rozwoju i twierdzenie, jakoby duchowość nie miała nic wspólnego z finansami jest ignorancją. Zeszliśmy na fizyczną planetę właśnie po to, aby nauczyć się rozumieć materie i tą materią władać. Prawdziwy Duchowy Nauczyciel traktuje pieniądze w sposób równie naturalny jak jabłko, krzesło, chmury na niebie czy obraz wiszący na ścianie. Korzystanie z pieniędzy jest dla niego równie normalne i oczywiste jak oddychanie. Czyli  podkreślę na wszelki wypadek  nie skupia się zanadto na zarabianiu i pieniądze nie są dla niego celem życia. Podobnie jak krzesło czy chmury nie znaczą dla nas więcej niż znaczą. Ale traktuje je z szacunkiem i miłością, podobnie jak traktujemy jabłka, drzewa czy słońce na niebie. Największym błędem rzekomego przebudzenia jest traktowanie pieniędzy jako czegoś gorszego… A nie istnieją energie gorsze czy niegodne.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że każdy  dokładnie każdy z nas  ma dostęp do obfitości i bogactwa. Ono nie jest czymś na zewnątrz, co trzeba sobie wydrapać albo o co trzeba walczyć. Bogactwo jest naszą prawdziwą naturą. Tak samo jak zdrowie. Oznacza to, że mając w sobie harmonię i będąc połączonym z Najwyższym Źródłem mamy dostęp do tego, czego pragniemy. Duchowy Nauczyciel wie o tym, że dostęp do pieniędzy nie różni się niczym od dostępu do powietrza, którym chcemy oddychać. Jeśli się dusimy, to należy to uzdrowić w sobie i poprzez miłość bezwarunkową odbudować harmonię, która pozwoli zaczerpnąć głęboki oddech. Dlatego Mistrz Duchowy oczekuje zapłaty za swoją pracę wiedząc, że obfitość finansowa nie jest niczym trudnym czy niedostępnym dla człowieka.

Dotyczy to również naszego materialnego ciała, które mamy nauczyć się uzdrawiać z pomocą duchowych umiejętności. Po to zeszliśmy na Ziemię, by rozwijać Moc uzdrawiania miłością bezwarunkową. Mamy w sobie wszystko, by nigdy nie chorować, ale i cały zestaw niezbędny do naprawiania ciała. Paradoksalne jest przy tym to, że ludzie tak młodo umierają na różne schorzenia. To pokazuje, jak bardzo zaniedbaliśmy rozwój i to właśnie najpilniejszy temat do prawdziwego wzrastania. Na już. Nie siedzenie w kwiecie lotosu, nie teorie spiskowe, nie kombinowanie, jakie są rodzaje dusz (egregorów, monad…), tylko uzdrawianie tu i teraz  w tych okolicznościach, które zostały nam dane przez duszę.

Zeszliśmy na Ziemię, by w warunkach skrajnego survivalu rozwijać moce, które pielęgnują boskość w nas. By nie zapominać Kim W Istocie Jesteśmy i że możemy wszystko, czego pragniemy. Że naszą prawdziwą naturą jest siła stwórcza. Celem życia jest  powrót do naturalnej wrodzonej, boskiej Doskonałości, w której możemy wszystko z pomocą świetlistej mocy bezwarunkowej miłości. I przeraża mnie, kiedy ludzie uciekają od tego, szukając winnych swoich problemów na zewnątrz.

Gdybym chciała posłużyć się metaforą survivalu, to naszym zadaniem jest zachować w tej trudnej podróży klasę, uczciwość i człowieczeństwo, by nie zjadać siebie nawzajem, tylko podawać sobie ręce na najtrudniejszych odcinkach. Mamy też być świadomi, że spokojnie poradzimy sobie z każdą przeszkodą, bo posiadamy w sobie wystarczająco dużo wiedzy i zdolności, by dotrzeć do celu zwycięsko. Stare dusze są po to, by użyczać opracowanych wcześniej map. Młode po to, by z szacunkiem z tych map korzystać, bez pyskowania w stylu: „ja wiem lepiej”. I największym wrogiem przebudzenia są pseudoezoterycy, którzy podważają wszystkie mapy i pomstują na to, że ktoś wymyślił błoto i każda stroma ścieżka to dla nich spisek obcych, którzy chcą nas zjeść. A mapy starych dusz to dla nich kłamstwo wiodące w przepaść…

To, co zaprawdę warto i co gorąco polecam, to nauczyć się rozpoznawać mądre, stare dusze, które chętnie użyczają swoich map. Czasem trzeba im za to zapłacić, a czasem wystarczy rozmowa, innym razem można przeczytać za darmo artykuł lub mądrą książkę. Lecz  jak pisałam w innym miejscu  lektury są dobre i niedobre. Są takie, które wiodą na manowce, a poznamy je po tym, że pozbawiają nas radości i nadziei. Ale są i takie, przy czytaniu których rosną nam skrzydła i odkrywamy naszą boską Moc. Jeśli książka powoduje wzrost energii i wiary w siebie, to jest właściwym przewodnikiem w rozwoju. Proste, prawda?

Bogusława M. Andrzejewska

Złe lektury

Duchowe nauki powtarzają często: mów tylko dobre słowa, przebywaj z dobrymi ludźmi, czytaj tylko dobre książki. Jeśli pilnujemy, by czerpać wyłącznie z czystego źródła, pełnego Światła i miłości, wówczas otaczamy się najlepszą energią. Wzrastamy. Rozwijamy się wewnętrznie w najlepszy dla siebie sposób. Niektóre książki i strony są pisane właśnie po to, by wspierać człowieka. Działają jak wspaniałe pozytywne akumulatory.

Nie ukrywam, że staram się tak właśnie tworzyć. Pilnuję energii i nawet wtedy, kiedy wypowiadam się krytycznie, próbuję odnaleźć też w sobie dobro, miłość i zrozumienie, aby napełnić słowa dobrą energią. Tak też maluję obrazy. Tak też piszę poradniki, aby napełnić je mocą uzdrawiania. Ale dzisiaj nie o reklamie mojej twórczości. Dzisiaj kilka słów przestrogi z nadzieją, że być może ktoś zwróci na nie uwagę.

Wczoraj dostałam maila od mojej przyjaciółki – mądrej osoby o dobrym sercu, która od wielu lat interesuje się rozwojem i kiedyś prowadziła terapię dla innych ludzi. List rozpaczliwie smutny. List pełen bełkotliwych cytatów o bezsensie życia. Nie pierwszy taki list od niej. Co jakiś czas moja przyjaciółka rzuca się na wydawane w setkach egzemplarzy modne książki napisane przez autorów-frustratów i podważające całą radość życia. Potem dzieli się ze mną tym, co wyczytała i niemal zawsze konkluduje: „widzisz, ten zły świat jest pułapką, jesteśmy tylko skafandrami (niewolnikami, cieniami, ofiarami, przegranymi, sobowtórami pozbawionymi mocy….itp.). To całe prawo przyciągania to bzdury i manipulacje”.

Niezmiennie budzi to mój gniew. Nie na przyjaciółkę, tylko na moją własną bezsilność. Czasem też trochę na ludzi, którzy piszą takie straszne książki! Oczywiście nikt nikogo nie zmusza do czytania tego paskudztwa, ale to tak samo jak z paleniem papierosów. Nikt nikogo nie zmusza do palenia, jednak gdyby nie hodowano tytoniu i nie produkowano papierosów, problem by nie istniał, prawda? Oczywiście rozumiem, że żyjemy w świecie wyboru i obok piękna, staje brzydota. Obok życzliwych ludzi – cyniczni dranie. Obok dobrych, wartościowych książek –paskudne zżerające energię lektury. Wszystko po to, byśmy nauczyli się wybierać właściwie, pokazując, Kim W Istocie jesteśmy. Rozumiem i gniew opada.

Moja przyjaciółka ma wolną wolę. Nie chce czytać o radości i miłości, woli szukać dla siebie potwierdzeń negatywnych. Ma smutne nieudane życie i nie chce tego zmienić. Z jakiegoś powodu nie chce i już. A ja nie mogę jej zmusić. W tym smutnym życiu próbuje samą siebie przekonać, że jest jej źle nie dlatego, że czegoś zaniedbała, nie zrobiła, nie zmieniła, tylko dlatego, że tak musi być. W kolejnych listach cytuje mi różnych autorów – takich, których ja nie czytam, bo ich książki mnie odrzucają. Mam ten dar, że czuję energię i nie czytam pozycji nawet najmodniejszej, kiedy wylewa się z niej szary dym. Czytam tylko to, z czego płynie Białe Światło. Moja przyjaciółka nie słucha mnie w tym względzie i czyta głównie to, co smutne, szare i złe. W takich lekturach znajduje potwierdzenie, że życie jest bez sensu. Że jej cierpienie jest winą obcych (złego boga, demonów, jaszczurów, obcych). Ostatnio napisała, że wszystko jest z góry przesądzone, na nic nie mamy wpływu, a wolna wola to iluzja. Zapewne daje jej to poczucie pewnej ulgi…

Z wielką satysfakcją cytuje mi fragmenty, które zaprzeczają Światłu, Dobru i Mocy. I nie robi tego z zazdrości czy braku szacunku do mnie. Nie czyta przecież mojej strony, podobnie jak inne moje przyjaciółki. Nigdy nie jesteśmy prorokiem dla najbliższych i ja nigdy nie będę dla niej autorytetem. Z pobłażliwym uśmiechem słucha, kiedy mówię jej o kolejnych uzdrowionych osobach, o nowych skutecznych metodach, o tym, że jestem szczęśliwa. Ożywia się dopiero wtedy, kiedy w moim życiu pojawia się jakiś kłopot. „O widzisz – mówi do mnie ze współczuciem –”życie jest złe, ludzie okropni… Och, pomyśl, jak by się z tego piekła wywinąć wreszcie”.

Czytane przez nią niewłaściwe lektury zasilają w niej to, co jej nie służy. Pomimo że zmienia poglądy i nie przywiązuje się do jednej hipotezy czy teorii spiskowej, to w gruncie rzeczy wymienia jeden smutek na inny i jednego frustrata na innego. Frustrat to autor, który nie odnalazł w życiu szczęścia. To ktoś, kto nie umie lub nie chce pracować nad sobą i uzdrawiać tego, co można uzdrowić, by być szczęśliwym. Wymyśla wówczas teorię, która uzasadnia jego porażkę i przerzuca odpowiedzialność na kogoś lub coś innego. To może być rząd, to może być mafia albo zły bóg, albo brak boga, albo kosmici… Takie wymyślanie dziwacznych hipotez to naturalny proces psychologiczny nazywany fachowo racjonalizacją.

W ten sposób powstają złe lektury. Bardzo złe! To okropne książki, które zabierają nam energię, pozbawiają siły, wysysają resztki radości. A na dodatek – co najbardziej przerażające – utwierdzają czytelnika w przekonaniu, że nic nie zależy od niego. Że jest tylko nieszczęśliwym liściem niesionym przez wiatr od cierpienia do cierpienia. I jedyne, o co powinien zabiegać, to szybka śmierć. Nie powinniśmy ich czytać pod żadnym pozorem! Są szkodliwe. Moja przyjaciółka jest – na własne życzenie oczywiście – ofiarą takich książek. I nie ona jedna. Ludzie łykają takie negatywne treści jak żabę, bo to uwalnia ich od odpowiedzialności za własne życie.

Opisuję to zjawisko, bo wiele osób postępuje tak samo. Widzę na portalach społecznościowych, jak moi znajomi chwalą się nowo zakupionym modnym tytułem, z którego wypływa szara maź złej energii. A przecież nie mogę pod takim zdjęciem napisać: „nie czytaj tego! To Ci zabierze radość życia, to zje Twoją energię”. Nie mogę i wszyscy wiemy dlaczego. Bo nikt mi nie uwierzy. „Jakim prawem oceniasz?” – zapytają – „Mnie się ta książka podoba”. Moja przyjaciółka twierdzi, że mi wierzy i tłumaczy się, że chce czytać także ksiązki o złej energii, bo chce wiedzieć, jak świat wygląda z drugiej strony. Zgrabny argument, który wszakże nie uwzględnia wpływu takiej lektury na nas.  A ten wpływ jest i to niestety dość silny. Po to właśnie ze szczegółami opisałam tu konkretny przykład, by pokazać, co się dzieje, kiedy czytamy złe słowa, a spomiędzy kartek wypływa zła energia i owija nasze serca i umysly.

Ludzie bardzo chcą mieć rację. Przyznanie się, że kupuje się na ślepo, bo „koleżanka taką ma”, nie wchodzi w grę. To jak przyznanie się, że ktoś się nie zna. Nikt nie pozwoli sobie zwrócić uwagi na to, że kupił niewłaściwą książkę. „Przecież jest modna, przecież sprzedano tyle milionów egzemplarzy…” Jakby to był argument! Autor-frustrat może być zamożny i może wydać książkę w dużym nakładzie, a jej popularność potwierdza tylko, jak wiele jest na świecie nieszczęśliwych ludzi, u których „Prawo Przyciągania nie chce działać…” Czy fakt, że tysiące ludzi lubi chipsy i one stale się doskonale sprzedają oznacza, że chipsy są zdrowe? A czy popyt na alkohol jest dowodem wysokiej wartości tego produktu?

Powiedzmy sobie wprost – istnieją złe, bardzo szkodliwe książki, których czytanie działa na nas paskudnie. I podobnie, jak nie jemy trucizny czy nie wypijamy płynu do mycia naczyń, tak też nie powinniśmy czytać złych lektur. To nie jest tak, że wydawcy wydają tylko pozytywne rzeczy. Oni wydają to, co się dobrze sprzedaje. A przykład mojej przyjaciółki pokazuje, że smutni ludzie chętnie czytają smutne książki, by pogłębić swój stan i wejść w depresję. To im daje satysfakcję płynąca z tego, że mają rację. Mieć rację jest ważniejsze, niż być szczęśliwym – to niestety powszechne podejście. Dlatego negatywne książki, negatywne filmy i negatywne obrazy sprzedają się równie dobrze – nie chcę myśleć, że lepiej – niż pozytywne.

Ponadto ludzie wybierają to, co harmonizuje z ich wibracją. Z ich aktualnym poziomem. Niedawno ktoś wstawił na FB pewien demoniczny koszmar, na widok którego przeszły mnie ciarki. I zdziwiłam się niezmiernie, że kilka znanych mi osób podlajkowało to i nawet napisało: „ładne”. Przyznaję, że rozdziawiłam ze zdziwienia buzię. Bo to tak, jakby na psią kupę powiedzieć: „ciasteczko”. Ale uświadomiłam sobie, że jeśli ktoś ma nisko energię, to w istocie zobaczy lukrowaną babeczkę w psich odchodach. Tak działa wszechświat. Nie jesteśmy ślepi, lecz nasz aktualny poziom określa to, z czym harmonizujemy.

Właśnie dlatego trzeba koniecznie dbać o podnoszenie energii, by harmonizować ze Światłem. By zawsze wybierać Światło, a nie ciemność. Także w lekturach. To takie trochę koło energetyczne. Jeśli mam wysoko energię, to wybieramy pozytywne rzeczy i bez wahania odrzucamy te, które są szkodliwe. A potem wzmacniamy Światło w sobie czytając piękną książkę czy oglądając piękny film lub obraz. Ale w drugą stronę dzieje się tak samo – niska energia powoduje wybieranie smutnej lektury, która dodatkowo obniża energię jeszcze bardziej… Taki to proces.

Napisałam tu wiele krytycznych słów. Tylko po to, byście nauczyli się odróżniać ziarno od plew. Bardzo łatwo zobaczyć, czy książka ma dobrą wibrację. Jeśli jest wspierająca, jeśli utwierdza Was w Mocy, jeśli przy czytaniu rośnie Wam energia, jeśli popiera miłość bezwarunkową i Dobro, jeśli zachęca do radości, piękna, cieszenia się życiem – to pochodzi ze Światła. Jeśli natomiast podważa miłość i radość, snuje wątki bezsensowności życia, bezradności i przedstawia nasze istnienie jako koszmar na padole łez – to warto jak najszybciej wrzucić ją do kominka. Papier dobrze się pali, a ciepło ognia będzie największą wartością takiej lektury.

Bogusława M. Andrzejewska