Sen o zdradzie

Sny są magiczną księgą wiedzy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Pokazują nasze lęki, kompleksy, efekty minionych przeżyć, wspomnienia dobre i złe. W oparciu o pracę ze snami można poprowadzić terapię psychologiczną, dzięki której uleczymy traumatyczne problemy wyparte ze świadomości.

Sny pokazują też chwilę obecną, co jest jak najbardziej zrozumiałe. Jednakże jak można wyjaśnić fakt, ze w snach odnajdujemy sytuacje, które dopiero mają się wydarzyć? W jaki sposób sny sięgają do informacji, których nie ma i nie może być w naszej świadomości czy podświadomości? Jeśli ktoś ma w odległym mieście chorą matkę i w każdej chwili spodziewa się złych wieści, to proroczy sen uprzedzający to wydarzenie można jakoś uzasadnić. Gdzieś w głębi umysłu tej osoby czai się lęk. Jest tam też podświadome oczekiwanie tych wieści, których być może świadome myśli przyjąć nie chcą. Jak jednak wytłumaczyć historię jednej z moich klientek, która wydarzyła się naprawdę…

To było zgodne, normalne małżeństwo. Przeżyli od ślubu 10 lat, mieli dwoje dzieci. Kłócili się nie za często, kochali nie za rzadko. Któregoś dnia Ona ma sen… W tym śnie widzi swój dom, wchodzi do niego, a w środku sufit wali się na głowę jej i dzieciom. Przykry sen. Na drugi dzień znowu ma sen… Tym razem stoi na wzgórzu ze znajomymi i patrzy w dolinę. W dolinie jej dom płonie. Obok krzątają się strażacy, próbują ratować, ale z domu zostają zgliszcza.

Mija pięć dni i Ona znowu ma dziwny sen. Tym razem śni jej się mąż, który siedzi na krześle i trzyma na kolanach młodą dziewczynę. Obejmują się, dziewczyna go całuje. Ona w tym śnie szarpie męża za rękaw i prosi, aby przestał obejmować tę dziewczynę, żeby zeszła mu z kolan. Mąż jest głuchy na jej słowa. Ona prosi i płacze, powtarza, że to sprawia jej ból, bo przecież nie może bez niego żyć. Tymczasem obok pojawia się jakiś wysoki mężczyzna, staje za Nią i mówi, żeby przestała płakać, mówi też, że ją kocha i próbuje ją odciągnąć od męża. Ona nie zwraca uwagi na tego człowieka, kuli się z płaczem w kącie. Nagle czuje, jak mąż ją dotyka, przytula i mówi: „chodź, już sobie poszli, jesteśmy sami”.

Obudziła się rano spłakana. Fizycznie czuła swoją rozpacz, ale kiedy uświadomiła sobie, że to „tylko” sen, roześmiała się. Chciała opowiedzieć go mężowi, ale nie było go w domu, został na noc w pracy. Wieczorem tego samego dnia, mąż wrócił i powiedział  Jej, że odchodzi od niej do młodszej o 15 lat kobiety. Tak sprawdziła się prorocza część o domu, który runął (spłonął) i o zdradzie.

To jednak nie koniec historii. Pół roku później Ona poznaje wysokiego mężczyznę, który zakochuje się w Niej i powtarza jej to bardzo często. Nie mogła we śnie zobaczyć jego twarzy, bo kiedy śniła, nie znała go. Jednak ten romans nie układa się, Ona nadal kocha męża. To też nie koniec. Po trzech latach perypetii godnych prawdziwego brazylijskiego serialu, Ona i mąż wracają do siebie. Zaczynają wszystko od nowa…

Kiedy pierwszy raz usłyszałam tą historię, nie znałam jeszcze zakończenia. Wiedziałam, że sprawdziła się część snu oraz dwa pierwsze – symboliczne. Byłam jednak pod wrażeniem sceny zdrady, w której zgadzał się nawet wiek konkurentki. Po pół roku sprawdziła się dalsza część, jeszcze później reszta, włącznie z ostatnim sennym akcentem. Zastanawiam się, skąd w tym śnie tak odległa prognoza? Skąd informacje o zdradzie, której bohaterka w ogóle nie podejrzewała? Miałam tu zamiar napisać : „o której bohaterce w ogóle się nie śniło”… Paradoks. Właśnie wszystko się wyśniło…

I jeszcze jeden przykład. Dwoje młodych ludzi. Zamierzają się pobrać. On czasem wyjeżdża w góry – lubi się wspinać z kolegami, Ona zostaje w mieście, ponieważ ma pracę, która nie pozwala Jej na wyjazdy z ukochanym. Któregoś dnia Ona ma sen… Jest w górach, w schronisku. Rozmawia ze znajomymi, grzeje dłonie przy ogniu. Potem idzie szukać swojego chłopaka, który został w pokoju na górze. Wchodzi i zastaje go w czułym uścisku z jakąś dziewczyną w okularach. Na jej widok odskakują od siebie i widać, że to coś więcej niż pocałunek…

Ona budzi się rano i stwierdza, że jest po prostu zazdrosna, a jej lęki prowadzą do takich snów. Myśli też, że kiedy kogoś czeka egzamin, to ten egzamin też mu się śni i nie zawsze w sposób pozytywny. Po kilku dniach On wyjeżdża znowu w góry. Tym razem komórka nie odpowiada przez 5 dni. „Pewnie jest poza zasięgiem” myśli Ona. Jednak On wraca i nie odzywa się nadal poza krótkim służbowym telefonem związanym z pracą. To Ona przypadkiem otwiera mail skierowany do niego, bo nie zauważa, kto jest adresatem. Pierwsze słowa listu zmuszają ją jednak do naruszenia tajemnicy korespondencji: „Kochany, ta ostatnia wspólna noc w górach była cudowna!…”  On przyparty do muru przyznaje się nie tylko do zdrady. Ta historia nie ma happy endu. Młodzi rozstają się. Oczywiście nowa poznana w górach dziewczyna nosi okulary.

Cóż, chyba lepiej uważać na sny oszukiwanej żony czy narzeczonej. Potrafią powiedzieć to wszystko, co tak bardzo panowie chcieliby ukryć. Chociaż żaden mężczyzna nie opowiedział mi tak sugestywnego proroczego snu, zakładam, że mężczyźni też śnią i też widzą w snach swoje niewierne kobiety…

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Sen o śmierci

Są sny przyjemne i koszmary. Są sny prorocze. Są też sny tajemnicze, które przenoszą nas w inny wymiar. Niektóre wydaja się być  magiczną chwilą zajrzenia na moment za kurtynę istnienia. Można powiedzieć, że czasem we śnie stajemy się na powrót duchem unoszącym się w oceanie stworzenia… Po obudzeniu zastanawiamy się, czy to tylko fantazja, reminiscencje z jakiegoś dawno oglądanego filmu, czy też nasz Anioł Stróż pozwolił nam zobaczyć prawdę. Taką prawdę, jakiej nigdy za życia nie poznamy… Oto jeden z takich trudnych do określenia snów, jaki opowiedziała mi moja klientka. Dajmy jej na imię Kasia.

W tym śnie Kasia zajmuje się codziennymi sprawami, siedzi przy stole, coś pisze. W pewnym momencie wstaje i nagle osuwa się na podłogę na oczach męża i córki. Przez moment widzi ich twarze pochylone nad sobą. Zaraz potem jest w innym miejscu – leży w czymś miękkim, czuje się dziwnie, a nawet … nie czuje w ogóle swojego ciała. Próbuje się podnieść, jest trudno, jednak po chwili ma wrażenie, że siedzi. Siedzi na czymś w rodzaju chmury, która unosi się kilkanaście metrów nad powierzchnią rzeki. Rzeki, płynącej w miasteczku, gdzie spędziła dzieciństwo. Dokoła rosną piękne lasy, kawałek dalej jest miasteczko. Kasia ma jednak świadomość, że to wszystko jest bez znaczenia, ponieważ… nie czuje ciała, chociaż pozornie ono gdzieś jest. Kilka metrów przed nią wisi druga chmurka. Na niej siedzi ubrany na brązowo człowiek. Patrzy na Kasię i uśmiecha się.

– Dziwnie się czujesz? Nie martw się, to przejdzie.

– Ale ja nie wiem, jak się ruszać, nie mam władzy w rękach, w ciele, w nogach… – odpowiada Kasia

– Skup się i pomyśl, co chcesz zrobić. Nauczysz się. Dasz radę – odpowiada człowiek przyjaźnie – zobacz, ja też musiałem się tego nauczyć.

Kasia za chwilę rzeczywiście spokojnie sie porusza, odwraca na wszystkie strony i co ważniejsze: odzyskuje poczucie bezpieczeństwa w tej nowej dla niej sytuacji. Po chwili przypomina sobie, że ma dom i córkę i że jeszcze niedawno nie siedziała na jakiejś chmurze, tylko była w domu…

Niemal w tej samej chwili jest w swoim domu. Widzi córkę, która strasznie płacze i woła: „Mamusiu, dlaczego umarłaś! Ja cię potrzebuję, tak  strasznie potrzebuję! Mamusiu, nie zostawiaj mnie!”

Staje obok córki i próbuje ją przytulić.

– Jestem tutaj Kochanie. Wszystko będzie dobrze. – powtarza i próbuje pogłaskać córkę po włosach. Jednak córka jej nie słyszy, nie widzi, nie reaguje. Szlocha jeszcze głośniej. Kasia cierpi, czuje niemal fizycznie, jak pęka jej serce na widok tak ogromnej rozpaczy ukochanego dziecka. Tak bardzo chciałaby jej powiedzieć, że wszystko jest dobrze, że przecież jej jest dobrze i jest tutaj, wszystko widzi, słyszy. Potworna bezradność i bezsilność! Kasia po długiej chwili i wielu nieudanych próbach rezygnuje z nawiązania z córką kontaktu. Zaczyna rozumieć, że to niemożliwe.

Zaczyna też nazywać swój stan po imieniu: śmierć. „Umarłam” – myśli Kasia – byłam na jakiejś chmurze, teraz jestem w domu i patrzę na rozpacz własnego dziecka. To nie do wytrzymania!” Kasia wychodzi z domu i idzie przed siebie. Jest jej ciężko, kiedy uświadamia sobie, że nie może w żaden sposób pomóc swoim bliskim i przekazać im wiadomości. Rozpacz córki jest dla niej bardzo bolesna…

Podchodzi do niej jakaś kobieta w kwiecistej sukience. Uśmiecha się i bierze Kasię pod rękę. Kasia czuje, że to jej dobra znajoma, chociaż nie pamięta ani jej twarzy, ani imienia. Idą razem chodnikiem, a potem skręcają na łąkę pełną kwiatów.

– Moja córka mnie nie słyszy, a tak bardzo rozpacza – skarży się Kasia

– Nic na to nie poradzisz. Ona sama musi przez to przejść. To jej życie i jej próba.

– To straszne, że jesteśmy tak odcięci od naszych najbliższych.

– Tak. Moi mnie też nie widzieli i nie słyszeli. Trudno się z tym pogodzić, ale nie mamy wyjścia.

– To co mogę zrobić?

– Teraz? – znajoma uśmiecha się pogodnie – teraz warto pójść zobaczyć, kto przyjdzie na twój pogrzeb i jak będzie wyglądał.

– A to już ? – dziwi się Kasia.

– Teraz, za moment. Tu czas płynie inaczej.

– To chodźmy – decyduje Kasia

Tu kończy się sen. Moja klientka nie zobaczyła we śnie swojego pogrzebu, ale obudziła się wystraszona i zszokowana… Odebrała to jak przekaz, proroctwo, zapowiedź  swojej śmierci. Przede wszystkim odbyła trudną rozmowę z córką i prosiła ją, żeby w razie czego… nie płakała, nie cierpiała. Rozmawiając ze mną powtórzyła wielokrotnie, że nie zdawała sobie nawet sprawy, że nie jest jeszcze gotowa na odejście. Ponieważ parę lat wcześniej przeszła dość poważna operację, w związku z którą porządkowała swoje sprawy, wydawało jej się, że jest gotowa na śmierć na tyle, na ile gotowy może być każdy człowiek. Tymczasem rozpacz córki, którą zobaczyła we śnie, sprawiła, że uświadomiła sobie inne aspekty tego faktu.

Moja klientka żyje do dzisiaj, chociaż minęło juz kilka lat od tego snu. Natomiast w ciągu tego czasu przeżyła śmierć paru innych ważnych dla niej osób. Czy sen był zapowiedzią tych doświadczeń? Nie wiem. Być może był swoistym przygotowaniem na doświadczanie śmierci bliskich. Postrzegam go też jako informację niezwykle istotną dla mojej klientki i dotykającą jej osobistych spraw, więzów rodzinnych, a także gotowości na nieuniknione. Przyznaję też, że ten sen wydał mi się niesamowicie realny, jakby w istocie pokazywał nam, co naprawdę dzieje się z nami po śmierci.

Przekaz ogólny, który mógłby zainteresować tym snem inne osoby, jest dla mnie związany z rozpaczą po śmierci bliskich nam ludzi. Wielu nauczycieli duchowych powtarza, że nie wolno tego robić. Od wieków wierzymy, że płacz, szlochanie, rozpaczanie „zatrzymuje” przy ziemi osoby, które powinny i chcą odejść do Światła. Ten sen zdaje się to potwierdzać. Samo przejście nie było dla Kasi cierpieniem. Jedyne cierpienie jakiego zaznaje w swoim śnie jest związane z zachowaniem szlochającej po jej śmierci córki. A przecież odejście jest częścią życia. Spotyka nas wszystkich bez wyjątku. Jest zatem czymś naturalnym – jak noc po dniu, jak zima po jesieni… Warto nauczyć się to akceptować, bo pogodzenie się z przemijaniem jest istotnym aspektem rozwoju duchowego każdego człowieka. Moim zdaniem zmarli przed odejściem nie oczekują od nas łez – chcą widzieć nas pogodnych i pogodzonych z faktem ich śmierci. Wtedy mogą spokojnie podążać dalej… I w tym aspekcie sen ten jest przesłaniem nie dla umierających, ale dla tych, którzy tu zostają i żegnają swoich bliskich…

Bogusława M. Andrzejewska

Lustro

Człowiek jest w swej istocie doskonały, ale schodzi na tę wyjątkową planetę, by doświadczać i sprawdzać swoją wewnętrzną Moc. Życie jest jak survival – uczy przetrwania w miłości i mądrości pomimo skomplikowanych warunków i błota, wsypującego się za kołnierz. Celem i sensem naszego bycia w tu i teraz jest stałe przypominanie sobie Kim w Istocie Jesteśmy i jak bardzo możemy kochać. Rodzimy się bez instrukcji obsługi. Mamy jedynie kompas w sercu i mapę w otaczającym nas świecie. Mapę nazywaną Prawem Przyciągania lub Lustrem Wszechświata. To jedno i to samo.

O Prawie Przyciągania pierwszy raz usłyszałam ponad 25 lat temu na szkoleniu u mądrej joginki, która pobierała nauki u nauczycieli w Indiach. Nie istniał wtedy jeszcze „Sekret”, traktujący skądinąd kwestię bardzo powierzchownie. Nie było zresztą żadnych materiałów na ten temat. I ja także buntowałam się, kiedy usłyszałam, że wszystkie paskudne doświadczenia „sama przyciągam”. Ale zadałam sobie trud, aby zrozumieć, że to nie jest proces dosłowny. Od tamtej pory przekazuję te bezcenne informacje dalej i śmiem twierdzić, że nie ma na świecie ważniejszej wiedzy. Setki moich studentów i klientów potwierdza, że to wszystko, o czym niżej napiszę, naprawdę działa i można tę wiedzę wykorzystać dla własnego dobra.

Zanim jednak przejdę do sedna – jedna jeszcze uwaga. Rozwijamy się, wzrastamy duchowo jako ludzkość. Był czas, że lekcje karmiczne odrabiano systemem ząb za ząb. Zabiłeś? Zostaniesz zabity. Ugryzłeś? Ciebie ugryzą. Ukradłeś? Ciebie okradną. Kiedy sublimujemy energię, karma także owej sublimacji podlega. I wtedy pojawia się zasada lustra, która uczy poprzez umiejętną ocenę zdarzeń i własnej odpowiedzialności za swoje życie. Moim zdaniem w takiej erze obecnie się znajdujemy i dlatego ta wiedza jest taka istotna. Ale na tym nie koniec. Pojawia się coraz więcej świadomych istot, które czują na poziomie serca i nie potrzebują żadnych luster. Wychodzą poza dualizm i rozmaite zasady. Jednak są w mniejszości i choćby dlatego nie należy rezygnować z nauczania innych Prawa Przyciągania.

Temat lustra ciągle jest kontrowersyjny i na każdym większym szkoleniu trafia mi się co najmniej jedna osoba, która nie rozumie na czym ta zasada polega. W sieci coraz więcej bzdur, które utrudniają poukładanie w sobie tej tak oczywistej wiedzy. A Prawo Przyciągania działa – podobnie jak grawitacja  – także na tych, którzy mu zaprzeczają, którzy je wyśmiewają i przekręcają.

Schodzimy na Ziemię z planem nauczenia się tego i owego. Przed zejściem umawiamy się z innymi duszami, które w tej nauce mają nam pomagać. Bo wielu rzeczy nie zrobimy samodzielnie. Jak na przykład nauczyć się wybaczania bez prawdziwego cierpienia zadanego przez inną duszę? Znana wszystkim historia o duszyczce opublikowana w „Rozmowach z Bogiem” pięknie to tłumaczy. Może też być punktem wyjścia do zrozumienia Prawa Przyciągania. Wyobraźmy sobie, że ta druga życzliwa dusza dotkliwie pobije, zgwałci lub zdradzi naszą duszyczkę. Warto zrozumieć, że robi to zgodnie z umową, aby duszyczka mogła sobie powybaczać i doświadczyć pięknego katharsis, jakim jest odpuszczenie komuś, kto urządził nam w życiu prawdziwe piekło.

Dotąd jest łatwo, ale w tym miejscu zaczynają się schody. Jedni tupią nogami, że nie można pewnych rzeczy ot tak wybaczyć, inni z pochyloną głową nadstawiają drugi policzek, a jeszcze inni ogłaszają bezsensowne teorie, że Zasada Lustra uczy pokory wobec okrucieństwa. Otóż nie. Czas wyjść z piaskownicy i nauczyć się tabliczki rozwojowego mnożenia. Lekcje są wielostopniowe i wielowątkowe. Jeśli ktoś doświadczył takiego piekła jak pobicie czy gwałt, to na wybaczeniu się nie kończy. Lustro Wszechświata pokazuje tylko, że w takiej osobie jest „energetyczne zaproszenie” do doświadczenia przemocy. Tym zaproszeniem jest – często głęboko ukryty – wzorzec. Może to być wzorzec niskiego poczucia wartości i /lub lęk przed przemocą. Oznacza to, że ta druga dusza katuje nas po to, by ten wzorzec do nas dotarł, byśmy go zobaczyli i uzdrowili. Abyśmy pokochali siebie i uświadomili sobie własną wrodzoną niewinność oraz to, że jesteśmy bezpieczni, bo wszechświat jest w harmonii, jeśli tylko zechcemy to zobaczyć. To rzecz jasna ogólniki, każdy przypadek jest unikalny, ale sensem jest tutaj uzdrowienie, aby już nikt nigdy nas nie uderzył, nie zgwałcił, nie okradł. I to działa.

Kolejnym wzorcem czy tematem do nauki może być w tym przypadku asertywność, czyli umiejętność przeciwstawienia się tym, którzy nas wykorzystują. Czasem lustro wszechświata właśnie to pokazuje. Kobieta pyta: „mój mąż mnie bije, czy to oznacza, że ja też mam w sobie ukrytą agresję?” Często jej wzorcem jest lęk i nieumiejętność przeciwstawienia się temu, na co w nas zgody wcale nie ma. Nie ma sensu w przyjmowaniu niepotrzebnego cierpienia. Kiedy się pojawia, jest ważnym sygnałem do zmiany wewnętrznej matrycy, która przyciągnęła do nas ból. Do uwolnienia lęku. Do wzbudzenia w sobie siły, by powstrzymać przemoc. Czasem chodzi właśnie o to, by odejść od kata, zanim zdesperowani pójdziemy w jego ślady i sięgniemy po nóż. Czasem to jest lekcją – podjęcie decyzji dla własnego dobra. Wiele osób tego nie potrafi. A czy wiecie, że damski bokser to tchórz? Czy wiecie, że wystarczy pokazać mu siłę, a się wycofa? Bije, dopóki może to robić bezkarnie. W wielu przypadkach dla ofiary jest to lekcja odnalezienie w sobie mocy.

Czasem jednak jest to też ukryta agresja, bo bezsilne zaciskanie zębów i pięści może takie doświadczenie jak przemoc przyciągać. Warto wtedy rozluźnić napięcie i stać się miłością do siebie. DO SIEBIE! Nie do kata. Jeśli nie ma we mnie złości i agresji, to na zewnątrz też się to nie pokaże. Kiedy staniemy przed lustrem w czapce na głowie, to nasze odbicie będzie miało czapkę, ale kiedy ją zdejmiemy i schowamy do szafy, to w lustrze czapki nie ma. Proste. Wszechświat dokładnie tak działa. Nie wierzcie tym, którzy mówią, że będąc pełni miłości przyciągniecie i tak agresję, bo tak już jest i kropka. To nieprawda. Jeśli uważacie, że kochacie siebie, a ktoś was atakuje, to gdzieś w tej miłości jest luka, poczucie winy albo w ogóle tylko wam się wydaje, że kochacie i trzeba rękawy zawinąć i wziąć się do rzetelnej pracy nad sobą. Nie jesteśmy tu po to, by nosić jakiś krzyż. Urodziliśmy się, by mocą serca i umysłu zbudować szczęście. To jest cel naszego  życia. Bez Prawa Przyciągania trudno to osiągnąć. Lustro nigdy nie jest jednowątkowe. Pokazuje trójwymiarową przestrzeń: ścianę za nami, dywan pod stopami, meble i muchę siedzącą na suficie. To wszystko wzorce.

Miałam kiedyś ciekawą klientkę. Młoda ładna kobieta, która trzykrotnie została zgwałcona. Przyszła do mnie umęczona chorobą i powtarzającymi się doświadczeniami. Nie ukrywam – odnalazłyśmy wzorce, pomogłam je przekodować i uzdrowić, a jej życie zmieniło się na lepsze w wielu obszarach. Nie piszę po to, by się chwalić – to jeden z wielu znanych mi z praktyki przypadków, który pokazuje, że wszystko ma swój sens, a istotą naszego życia jest rozumienie Lustra Wszechświata. Kiedy ta kobieta zmieniła wzorce, zmieniło się jej doświadczenie. Zrobiłyśmy to w pełnej radości i pozytywnym nastawieniu do siebie. Bez obwiniania, bo fakt posiadania nieuświadomionych kodów nie może być i nie jest powodem do samobiczowania. Jest inspiracją do zmiany. Świadoma praca z Prawem Przyciągania to nie pogardliwe: „sama to wykreowałaś„, tylko mądre i spokojne szukanie metod zmiany matrycy na taką, który będzie dla nas korzystna. Bo kluczowe jest wprowadzanie nowego, pozytywnego wzorca, a nie babranie się w tym, co nam nie służy i rozkminianie kto winien. Winnych tu nie ma.

Nie mam wątpliwości, że jednym z najważniejszych tematów rozwoju jest pokochanie siebie. Takimi, jakimi jesteśmy. Jednak w 90 procentach przypadków, z jakimi mam  do czynienia, ludzie nie tylko nie umieją siebie kochać, ale także tego problemu nie widzą. Na poziomie świadomym mówią: „jestem ok, lubię siebie”, a w podświadomości szczerzy kły jungowski cień i charczy: „jesteś do kitu, należy ci się łomot”. I pojawia się – zgodnie z zasadą lustra – jakaś dusza w ciele bandyty i spuszcza nam łomot. Bo lustro wszechświata odbija to, co nieświadome, czego gołym okiem nie widzimy. I dlatego jest to taka istotna wiedza, bo gdyby nie to lustro, to cała nasze życie poszłoby na marne, niczego byśmy się nie nauczyli. Bo jak? Jak mamy zobaczyć swoje wzorce do uzdrowienia, skoro świadomym umysłem nie możemy ich wyłapać? A zeszliśmy na Ziemię po uzdrowienie właśnie. Chapeau bas Wszechświecie za to, że jesteś tak genialny…

Ludzie czasem rozumieją tę zasadę zbyt dosłownie. Znajoma pyta: „jestem zawsze punktualna, a wkurzają mnie osoby, które się spóźniają – to gdzie to lustro?” Tymczasem może to być gniew na to, że inni mogą się spóźniać. Kiedy porozmawiamy, okazuje się, że ta osoba w dzieciństwie była boleśnie karana za każdą minutę przyjścia po czasie. Została przez surowego ojca tak wytresowana, że teraz przychodzi na kilka minut przed umówioną godziną. I kiedy ktoś inny się beztrosko spóźnia, to w niej wyje poczucie krzywdy – „on może, a ja nie?!” Tak też może działać lustro. Oglądajmy je dokładnie.

Jeśli ktoś mnie okrada, to nie oznacza, że ja też mam w sobie złodzieja, lecz mam jakiś finansowy wzorzec związany z traceniem pieniędzy, lękiem przed bogactwem albo nawet uszkodzony pieniężny termostat. Jeśli ktoś się znęca nade mną, to nie oznacza, że ja też jestem sadystą, tylko, że przyciągam okrucieństwo lękiem, poczuciem winy, potrzebą ukarania siebie za jakieś grzechy czy przekonaniem, że na nic lepszego nie zasługuję. Albo wszystkim tym naraz, czy też całkiem czymś innym, czego tu nie wymieniłam. Za każdym razem warto przyjrzeć się indywidualnie takiemu doświadczeniu, bo możliwości jest sporo. I rzadko kiedy złodziej okrada złodzieja, a agresor bije agresora. Wzorce nie są dosłowne.

Niektórzy twierdzą, że na świecie zawsze byli źli ludzie i nadal będą, co byśmy nie robili, więc to wszystko z wzorcami to bzdury. Nieprawda. Źle postępujący ludzie oczywiście są, ale są tylko nauczycielami dla tych, którzy potrzebują lekcji. Kto swoje lekcje przerobi, wychodzi poza ich energetykę, czyli przestaje doświadczać gwałtu, kradzieży, pobicia i innych podobnych sytuacji. Innymi słowy praca nad sobą nie sprawi, że z ulic znikną złodzieje i gwałciciele. Sprawi natomiast, że będą nas omijać szerokim łukiem. Warto też zauważyć, że gdyby wszyscy ludzie na świecie podnieśli poczucie wartości i pokochali siebie, to nie byłoby wojen, chorób, kradzieży i przemocy. Udowodniono bowiem, że szczęśliwy człowiek nie dopuszcza się krzywdzenia innych. Utopia? Tylko dlatego, że wszędzie pełno mądrali, którzy zaprzeczają oczywistemu działaniu Prawa Przyciągania i zniechęcają ludzi do tego, by pozytywnie myśleli o sobie, życiu i świecie.

Spotkałam się też z dziwaczną teorią, jakoby uzdrowienie wzorca oznaczało jego akceptację. To nieprawda. Zaakceptowanie np. niskiego poczucia wartości w niczym mi nie pomoże. W niektórych terapiach akceptacja negatywnego wzorca jest CZĘŚCIĄ procesu, który uwalnia nas od poczucia winy. Akceptuję, że mam w sobie jakiś negatywny wzorzec, przyjmując, że to normalne i nie oznacza wcale, że jestem ułomna. Jestem taka jak wszyscy, a wzorzec jest naturalną częścią mojego rozwoju tu na Ziemi. Taki jest sens akceptacji. Natomiast prawdziwym uzdrowieniem jest dopiero zastąpienie tej wadliwej matrycy zdrowym kodem – na przykład wzorcem wysokiej samooceny. Dopiero wtedy będą w realnym życiu manifestować się pozytywne efekty. Akceptacja jest sensowna, kiedy pojmujemy ją jako rozumienie, a nie jako zgodę na to, by było coś, czego sobie nie życzymy. Jest też oczywiście częścią postrzegania świata na pewnym poziomie rozwoju. Ale to inny etap i chyba inna era w dziejach ludzkości…

Bardzo ważnym tematem w Zasadzie Lustra jest nasz stosunek do drugiego człowieka. Do tego, który nas skrzywdził. Wybaczenie i zrozumienie roli, jaką miał do odegrania w naszym uzdrowieniu jest nieodzowne. Natomiast wyraźnie powtórzę, że nie jest i nie będzie nadstawianiem policzka. Jest oczyszczeniem swojej energetyki i odrobieniem lekcji. Potem, zależnie od etapu naszego rozwoju możemy: ukarać tę osobę, oddając w ręce odpowiednich służb albo wyjść poza potrzebę karania kogokolwiek, rozumiejąc, że wszystko ma swój sens. Obie opcje są właściwe, chociaż mi bliższa jest druga, bo nie mam w sobie potrzeby karania kogokolwiek, przecież i tak wszystko wróci do człowieka, cokolwiek zrobi. Po co mu dokładać? Rozumiem jednak, że większość ludzi na tej planecie żyje jeszcze w epoce „wymierzania sprawiedliwości”, jako formy odpłaty i pouczania innych. Czasem też izolacja bywa jedynym sposobem, aby np. uchronić swoje dzieci przed kolejnymi atakami pedofila. I jest to całkiem zrozumiałe. Mogę tylko zapowiedzieć, że przyjdzie na Ziemi taki czas, kiedy będziemy umieli chronić się mocą umysłu i więzienia nie będą nikomu potrzebne. Warto iść w tę stronę, zasilając Dobro, niż rozkładać bezradnie ręce, mówiąc, że świat jest i będzie zły, bo ludzie są źli. Nasze myśli tworzą rzeczywistość, powinny więc być naprawdę mądre i dobre. Powinny obracać się wokół tego, co chcemy, a nie wokół tego, co nam szkodzi lub zagraża.

Wyrosłam z zemsty dawno temu. Jeśli ktoś zachowuje się wobec mnie nie w porządku, wystarcza mi w zupełności, że powie: „źle zrobiłem” – nawet nie musi przepraszać. Zrozumiał swoje. A jeśli nawet tego nie wyartykułuje – to skupiam się wyłącznie na tym, czego ma mnie nauczyć jego zachowanie. Skupiam się na sobie i swoich lekcjach. Bo jestem tu dla siebie. A nie dla niego. Niech sobie robi, co chce. Nie mam prawa niczego mu narzucać, a już z całą pewnością nie jestem w stanie zmusić go do przyspieszenia w rozwoju. Każdy idzie własnym tempem.

Mądrość serca bierze się z doświadczenia. Przeszłam przez piekło, co najmniej dwa razy. Niektórzy nazywają to „ciemną nocą”, inni „ukrzyżowaniem”. To był czas, kiedy chciałam tylko umrzeć. Pomogli mi przyjaciele swoją obecnością i energią Reiki. Kiedy stanęłam na nogi, zadałam sobie pytanie: co zrobić, aby już nigdy tak nie cierpieć? Prosperita i Prawo Przyciągania jest dla mnie sprawdzonym sposobem na szczęśliwe życie. Pomogłam tak nie tylko sobie, ale od 20 lat pomagam też innym. Zasada Lustra jest kluczem w mojej pracy i przynosi piękne efekty. Ale nie mam monopolu na rację. Nikt nie musi wierzyć w mój wgląd i moje doświadczenie. Każdy ma prawo do własnych poglądów, dlatego z nikim nie zamierzam polemizować. Daję swoją wiedzę, jak kanapki – częstujcie się, jeśli chcecie. Jeśli ktoś woli narzekać, zrzucać winę na zły świat i służyć ciemnej stronie mocy, powtarzając, że to wszystko bez sensu – może sobie to robić. Najważniejszym prawem tu na Ziemi jest samostanowienie i wolna wola.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Energia obrazów

Nie tak dawno ktoś na facebooku oburzał się i próbował  nie przebierając w ordynarnych słowach przekonać publiczność, że żadne obrazy i rzeczy nie działają, że tylko my sami możemy dla siebie coś zrobić. Do tego wylał wiadro pomyj na wygórowane ceny i zarabianie na naiwnych. Jak zwykle pod takim postem podpisało się kilkoro bezmyślnych „kiwaczków”, którzy potakiwali prawdopodobnie zmotywowani tymi samymi kompleksami i odnaleźli w tej wypowiedzi sens dla siebie. Obiektywnie rzecz biorąc wypowiedź merytorycznie była nieprawdą. I chociaż wyraźnie tutaj powtórzę, że każdy ma prawo do własnych poglądów,  to ja mam też ogromną potrzebę wypowiedzenia się na ten temat i wyprostowania pewnych błędnych założeń.

Odkąd na Ziemi pojawił się człowiek, istnieją akumulatory energii. Takim akumulatorem może być zwykły kamień znaleziony na polu. Jeśli go naładujemy odpowiednio, w innej sytuacji odda nam zgromadzoną energię. Świetnie w tej roli sprawdzają się minerały i kryształy, które ładnie gromadzą energię i dodatkowo wzmacniają ją swoimi osobistymi jakościami. Idąc dalej tym tropem, dochodzimy do kształtów, które nas szczególnie intrygują. A dalej do rozmaitych talizmanów i amuletów, które przecież działają. Miliony ludzkich istnień na przestrzeni wieków nie może się mylić…

Akumulatorami energii mogą być gadżety Feng Shui, które rozmieszczamy w pokoju. Ładujemy je głównie wiarą w ich działanie i to przynosi efekty, ponieważ energia płynie za myślą. To ważne. Ale działa też symbol. Jeśli moja podświadomość mocno łączy „złotą rybkę” ze szczęściem i powodzeniem, to ilekroć mój wzrok padnie na akwarium, w którym ona sobie pływa, tyle razy uruchamiam neuronową ścieżkę wiodąca do bogactwa. Podobnie rzecz ma się z kokosem, żabą trzymającą pieniążek czy bryłką złota albo wachlarzem banknotów. Jeśli przez setki lat ludzie patrząc na krzyż, widzą w nim cierpienie, to choćbyśmy go wyłożyli diamentami, zawsze będzie symbolem bólu. Jeśli natomiast róg obfitości budzi w nas myśl o bogactwie, to znaczy, że uruchamia dokładnie taką energię.

W ten sam sposób budujemy Mapę Marzeń wyklejając ją tym, co budzi w nas odpowiednie skojarzenia. Jeśli ktoś twierdzi, że energetyczne obrazy nie działają, to nie powinien stosować także tej popularnej techniki. A tutaj znowu znajdziemy wiele potwierdzeń od osób, które systematycznie robią sobie Mapę Marzeń. Działanie na podświadomość z pomocą różnych metod nazywamy uzdrawianiem albo przekodowaniem. Zajmuję się tym od wielu lat. Jest to fakt. Jestem też specjalistką od symboliki, pracuję z nią od ponad 20 lat i jeśli ktoś chciałby zaprzeczyć działaniu symboli, to w oczywisty sposób chcę zaprotestować.

Podobną funkcję spełniają obrazy nazywane energetycznymi. Są akumulatorami energii, jeśli ktoś  tak jak ja to robię  pracuje z energią w trakcie malowania, wkładając do obrazu np. mantry lub Reiki. Moim zdaniem obraz powinien też wywoływać pozytywne skojarzenia, dlatego sama chętniej maluję symbole, a nie abstrakcyjne kształty. Jestem pewna, że u wszystkich działają malowane Anioły, Smoki, kwiaty, gwiazdy, ptaki, pejzaże i inne wzory. Jeśli obraz przedstawia coś, co odwołuje się do symboliki i jest to połączone z odpowiednim kolorem, jego działanie jest bezsprzeczne. Barwy także działają i także uruchamiają podświadomość, dlatego trzeba wiedzieć nie tyko co namalować, ale jakim kolorem. Większość uzdolnionych malarzy, którzy pracują z energią, intuicyjnie dobiera paletę i robi to doskonale. A jeśli ktoś nie wierzy, jak może działać obraz, niech postudiuje przez pół godziny jakąkolwiek pracę Beksińskiego. To mocne doświadczenie, wyłącznie dla silnych osób.

Ogromnie intrygującą sztuką jest Pure Art, której niedawno się nauczyłam. Integralną częścią metody jest malowanie tego, co przynosi energia. Doświadczam cudu za każdym razem, kiedy wykonuję taki proces. I za każdym razem zdumiewa mnie to, co się pojawia. Jeśli mogę czegoś naprawdę dotknąć, to jak mam w to nie wierzyć i nie reagować na pokrzykiwania ludzi, którzy piszą: „nie wierzcie oszustom, niczego nie zrobią, żadne obrazy nie działają”? Przypomina mi się wówczas sytuacja z pewnym przemiłym panem, który będąc u mnie, powiedział, że nie wierzy w Anioły. Stojący nad nim jego Anioł Stróż westchnął głęboko, po czym pomaszerował za nim do łazienki. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu…

Nie ulega kwestii, że obraz uzdrawiający czy energetyczny wspiera nasze działania, a nie załatwia ich za nas. Warto też na to zwrócić uwagę. Podobnie jak w przypadku Feng Shui, nasza energia będzie zawsze silniejsza niż energia otoczenia, obrazów czy gadżetów. Ale wtedy, kiedy nam energia spada, to właśnie te wszystkie zewnętrzne rzeczy nas wspierają, oddając skumulowaną energię. Znam setki pięknych historii o tym, jak ochronnie działają pierścionki po babci czy właśnie obrazy namalowane przez kogoś pozytywnego. Jednak od lat obserwuję też, że określone symbole oddziałują na podświadomość, a ta z kolei uruchamia cały proces, którego pragniemy. Mam na to sporo dowodów z własnego życia, dlatego tak chętnie otaczam się obrazami tego, czego pragnę.

A czy słyszeliście o negatywnych przedmiotach? O klątwach miejsca? Obrazu? Mebla? Naszyjnika? To także udowadnia, że przedmioty są akumulatorami energii. Gromadzą tę energię niezależnie od jakości, nie wybierają. To my możemy wybierać, kierując się tym, co czujemy  jeśli umiemy odróżnić pozytywną energię od negatywnej. Jeśli nie umiemy, wybierajmy pozytywne osoby, do których mamy zaufanie  z ich rak przyjdą wyłącznie dobre rzeczy. Szczególnie jeśli jest to osoba, która celowo robi ochronną biżuterię czy tworzy energetyczne obrazy. Najczęściej wie, jak to zrobić, tym bardziej, że energia płynie za myślą, wystarczą więc często pozytywne życzenia dla przyszłego właściciela, modlitwa lub odrobina Reiki. A przy obrazach czy biżuterii warto też wybierać pozytywne symbole i kolory.

Nie w każdym dziele jest ta piękna moc, o której mówi twórca. Widzę w sieci wiele bohomazów, które dla mnie są puste, a autorzy nazywają je „energetycznymi”, ponieważ dali mu własną energię, kiedy go malowali. Wcale zatem nie kłamią, chociaż to inna energia niż ta, której poszukujemy. Nie przeszkadza mi to. Bo „pusty” obraz może być ładny i pięknie dekorować ścianę. Jeśli się podoba, to budzi dobre emocje, taka jest więc jego wartość  jak każdej ładnej rzeczy. Przecież kupujemy ładne buty, torebki, narzuty i koce, chociaż nie są one energetyczne. Warto więc kupić obraz czy bransoletkę albo medalion, jeśli nam się podoba, niech cieszy oczy. A jeśli nam się nie podoba  to nie kupujemy. I tyle. Nikt nas nie zmusza. To my decydujemy.

Na koniec chcę pokazać jeszcze jeden ważny wzorzec, któremu warto się przyjrzeć. Jeśli ktoś widzi wygórowaną cenę jakiegoś prostego obrazka, mandali czy medalionu, a sam nie zarabia tyle, ile by chciał, to czuje gniew. Oznacza on tylko nieprzerobione wzorce finansowe. Każdy rzemieślnik i każdy artysta ma prawo wyceniać swoje prace tak, jak chce. Czy nie widzimy w sklepach butów i torebek po 2000 zł? Czy budzą nasz gniew? Nie, po prostu kupujemy podobne rzeczy w rozsądnej kwocie. Wygórowana cena nie jest naciąganiem. Jest testerem naszego poziomu finansowego. Na taki widok możemy wzruszyć ramionami i poszukać czegoś tańszego albo właśnie ustanowić sobie taki cel: uzbieram na te buty (obraz, wisior, bransoletkę), bo to akurat chcę mieć. Przyznaję, że ja sama mając w ręce przykładowe 2000 zł, nie chciałabym wydać ich na torebkę, skoro taka za 150 zł jest równie ładna i spełnia swoją rolę. Taki mój rozsadek… Ale i otwartość na wiele innych rzeczy, bo w tej kwocie zmieściłabym kilkanaście książek, pięknych kamieni i mojej ulubionej biżuterii. I jest to rzecz indywidualna, bo dla odmiany w dobrze zaopatrzonej księgarni zostawiłabym 2000 bez wahania. Na torebkę …jednak nie. Torebki mnie nie kręcą. Co oznacza, że kogoś jednak kręcić mogą i nic w tym złego.

Konkludując  nie słuchajcie ludzi, którzy nazywają energetyczne rękodzieła naciąganiem. Nie u wszystkich działa wyrachowany marketing. Raczej popatrzcie na to, co takie osoby mają do zaoferowania. Ostatnio usłyszałam o pani jasnowidz, która wzięła za usługę 2000 zł i podobno nie było żadnych efektów. Oszustka czy nie? Jak to zweryfikować, jeśli ktoś nie ma odpowiedniego wglądu? Natomiast w przypadku obrazu czy bransoletki zawsze mamy w ręce przedmiot, za który zdecydowaliśmy się zapłacić. Działa czy nie  ważne, by się podobał. Wówczas będzie nam przynosił radość. A stąd już naprawdę bliska droga do szczęścia.

Bogusława M. Andrzejewska

Inspiracja

Inspiracją może być wszystko: promień słońca padający na taflę wody, śpiew ptaka o świcie, telefon od przyjaciółki czy artykuł przeczytany w sieci. Jeśli uruchamia w nas niezmierzone pokłady twórcze, to spełnia swoją rolę. Można nauczyć się widzieć we wszystkim coś na tyle fascynującego, aby napisać nowy tekst czy namalować obraz albo zaplanować kolejny wykład. Dla osoby, która realizuje się poprzez malarstwo, grafikę czy literaturę wszystko może być zaczynem natchnienia.

Ale można też poczuć się zainspirowanym do zmiany swojego życia. Promień słońca przeświecający przez liście i rozświetlający mrok może obudzić w nas optymizm i zachęcić do pozytywnego myślenia. Motywację można odnaleźć w sobie zawsze, a we wszystkim, co nas otacza zobaczymy zachętę do tego, żeby nasze życie stawało się coraz lepsze. Tym bardziej, że w sieci znajdziemy mnóstwo tekstów o tym, jak pracować z wewnętrznym rozwojem, aby to przynosiło satysfakcjonujące efekty.

Mnie inspirują nawet zjawiska średnio przyjemne. Kiedy zaczęłam sobie zadawać pytanie: dlaczego tego doświadczam lub czemu obserwuję coś takiego, uświadomiłam sobie, że wszystko czemuś służy. Często właśnie zrozumieniu jak działa prawo przyciągania. A przecież wszystko można opisać po to, aby pokazać to innym ludziom. Wiedzy o życiu nigdy za wiele. I w ten sposób nawet z negatywnych zjawisk czerpię inspirację.

Można też samemu być inspiracją dla innych i wówczas to pokazuje, że podążamy właściwą ścieżką. Szczególnie wtedy, kiedy wyrasta z tego miłość i piękno. I ja także czerpię pomysły z tego, co pojawia się u innych ludzi. Na przykład malowanie…. Nie malowałam od czasów szkoły podstawowej. Ale któregoś dnia zobaczyłam obraz mojej znajomej. Oglądałam go ze wszystkich stron. Było w nim coś niezwykłego. Przyciągał mnie jak magnes. I zalśniła we mnie myśl, że mogę spróbować też coś takiego namalować. Wiele tygodni minęło, zanim zdecydowałam się kupić farby, pędzle i inne potrzebne materiały. Wracałam do magicznego obrazu i patrzyłam na niego, a on szeptał do mnie… Jak żaden inny wcześniej, a przecież widziałam setki obrazów. Aż w końcu zrozumiałam bezgłośne przesłanie i namalowałam swój…

Czasem jednak zamiast inspiracji pojawia się naśladownictwo. Ślepe i wyrastające z niskich energii, takich jak zazdrość i potrzeba dowartościowania siebie. Manifestuje się jako rywalizacja w obszarach, w których rywalizować nie warto. Pisałam już o tym, że w ogóle nie znoszę rywalizacji, bo to wbrew mojej naturze. Ponadto każdy jest doskonałym sobą taki, jaki jest. Przychodzimy tu na Ziemię ze swoim planem duszy i to właśnie mamy do zrobienia. Wchodzenie w cudze programy poprzez „małpowanie” innych – jak mawiała moja babcia – jest stratą czasu i energii. Rywalizowanie z innymi jest zaprzeczaniem swojej doskonałości.

Przez wiele lat naśladowała mnie pewna koleżanka. Śledziła pilnie, co robię i piszę, aby odtwarzać moje pomysły. O czymkolwiek napisałam w swoich tekstach na stronie – wkrótce po mnie pisała o tym na swoim blogu. Kiedy zajęłam się prosperitą – stworzyła nowy blog o bogactwie. Kiedy napisałam pierwszego ebooka – wydała swojego. I tak wydawać by się mogło – bez końca. Ale koniec jednak nastąpił. Wiedząc, że pilnie czyta wszystko, co wstawiam, pisałam także o tym, że trzeba realizować WŁASNE niepowtarzalne ścieżki. I któregoś dnia zrozumiała, przerobiła swoje lekcje, podniosła samoocenę i zajęła się swoim programem. Dzisiaj robi coś zupełnie innego niż ja – coś, po co zeszła tutaj na Ziemię.

Na jej miejsce wskoczyła potem inna naśladowniczka, by znowu tracić czas, bo zamiast być sobą, chce być mną… Moja córka mówi z podziwem: „mamo jesteś idolem, jesteś gwiazdą, masz swoje fanki, które chcą być jak Ty…”. Ale to całkiem nie tak. Można raz uczesać się jak ktoś inny, można jak ktoś inny namalować obraz czy napisać coś albo stworzyć własnego bloga o podobnej tematyce. To jest właśnie inspiracja. Jeśli jednak robimy po kolei wszystkie te rzeczy, aby ostatecznie nawet na wakacje pojechać w to samo miejsce, co nasz „idol”, to staje się chore. Taki człowiek zatraca siebie, aby udowodnić coś, co całkiem nie ma sensu. Bo nigdy nie będzie mną. Nawet malując lepiej, pisząc ciekawiej, nauczając mądrzej – będzie tylko moją nieudolną kopią. A jeśli co chwilę będzie sprawdzał na facebooku, czy już mnie w tym chorym wyścigu wyprzedził, to zabrnął w ślepą uliczkę i szybko odczuje karmicznego kopniaka, bo dusza upomni się o swój program.

Po czym jeszcze poznać naśladownictwo? Po personalnych zawoalowanych rozgrywkach rodem z piaskownicy. Marzymy o tym, by kupić sobie samochód? Naśladowca szybko nas wyprzedzi, chociaż wcale tego samochodu nie potrzebuje (bo na przykład ma dwa inne) i będzie pod nos nam podtykał jego zdjęcia: patrz, ja już mam, ja kupiłam, ja jestem lepsza – a ty nie masz, tralala! Masz problemy w związku? Naśladowca umówi się na kawę, by przez dwie godziny opowiadać, jak mu dobrze z partnerem, znacząco pokazując – jestem lepsza od ciebie, tralala…!  Ewidentnie dowartościowuje siebie, wykorzystując do tego nasze problemy i słabe punkty. Jak dziecko w piaskownicy, które macha drugiemu przed nosem nowym wiadereczkiem: „ja mam, a ty nie masz, tralala!”.

Trochę to zabawne, kiedy patrzymy z boku i przyznaję, że w takich chwilach cieszy mnie mój pozazmysłowy wgląd, bo mam z tego kupę śmiechu. Widzę rozzłoszczoną, niedowartościowaną dziewczynkę, która na oślep wali kogoś łopatką po głowie… Chociaż ostatecznie przychodzi smuteczek, bo widać przed taką osobą długą drogę do rozumienia. Według moich obserwacji w taką pułapkę najczęściej wpadają osoby, które wychowywały się w domu dziecka albo miały wymagających, surowych rodziców, którzy nie umieli ich docenić. Ponieważ ja jestem doceniana i podziwiana, reprezentuję w ich oczach to wszystko, czego najbardziej pragną. Ale nie rozumieją, że ten stan wynika z wysokiego poczucia wartości. Wydaje im się, że jeśli podobnie jak ja napiszą wiersz, czy poprowadzą szkolenie, a nawet pojadą w to samo miejsce co ja, to spłynie na nich ten cały splendor. To tak nie działa.

Jest też w tym pewien paradoks. Patetycznie nazwałabym to mieszanką fascynacji i nienawiści. Przecież naśladowca ogromnie nas podziwia, skoro próbuje być nami. Jak podpowiada moja córka, możemy być dumni z tego, że inni są tak nami zachwyceni, że nas kopiują. Mamy swoich fanów. Ale to złudne, ponieważ ta fascynacja jest w istocie obrzydliwą manifestacją zwykłej zazdrości. Może wręcz powodować obsesje, które ciągną się latami. Tak – latami. I taka osoba kopie pod nami dołki, próbując nas zniszczyć, więc trzeba bardzo uważać. Trzeba też stale podnosić poczucie wartości, aby kolejne „ja mam, a ty nie masz, tralala” nie zabolało. Bo jesteśmy tylko ludźmi i dobrze wycelowane „tralala” uderza nas w najczulszy punkt. Nie jest łatwo być „idolem”. Właśnie dlatego warto umieć odróżnić naśladownictwo od inspiracji.

A jak wygląda inspiracja? Kiedy zainspirował mnie obraz koleżanki, to interesował mnie tylko obraz. Nie śledziłam co autorka robi ani dokąd jedzie. Nie zajmowałam się jej innymi działaniami czy innymi obrazami. Mam swoje pasje, mam swoją unikalną ścieżkę i sądzę nawet, że mam też własną markę. Nie chcę naśladować innych. A do tego ogromnie lubię ową koleżankę, głośno mówię, że jest cudowna i życzę jej, by była coraz piękniejsza i odnosiła kolejne sukcesy. Bez cienia zazdrości. Uwielbiam ją, podziwiam i nigdy nie będę z nią rywalizować – różnimy się ogromnie. Ale lubię też siebie i to, co sama robię. Nie czuję się gorsza od niej. Uważam, że obie jesteśmy cudowne, a nasze pasje nas określają, każdą inaczej.

Setki moich koleżanek maluje obrazy. Setki prowadzi szkolenia. Wiele z nich pisze i wydaje książki. Cieszą mnie ich sukcesy i dostrzegam w tym dla siebie wspaniałe przesłanie o tym, jak wiele pięknych rzeczy można zrobić i osiągnąć. Jednak nie chcę być żadną z nich – bo mam własne pasje i własne pomysły. Nie muszę nikogo naśladować. Sztuką inspiracji jest zasiać w sobie jedno małe ziarenko, a potem tworzyć własną unikalną ścieżkę, bez porównywania do kogokolwiek innego. Moje szkolenia są niepowtarzalne – robię je od 20 lat. I uważam, że każdy, kto robi to z serca, robi to świetnie. Nie muszę się interesować tym, jak prowadzą wykłady inni – poza wprowadzaniem nowych form pracy, które pojawiają się w każdej dziedzinie. Podobnie z pisaniem, z malowaniem, z prowadzeniem bloga – to wszystko jest tylko moje, tworzone z miłością dla mnie i innych, a nie po to, by coś komuś udowadniać.  Z nikim nie rywalizuję. Cieszę się tworzeniem – dla siebie. I znam wiele osób, które robią to tak samo pięknie jak ja. Z prawdziwą pasją i bez zawoalowanych intencji dowartościowywania siebie. Mogłabym tu od ręki wymienić kilkadziesiąt nazwisk wspaniałych szkoleniowców, pisarek, malarek czy trenerów.

Jednak brwi mi unoszą się do góry ze zdziwienia, kiedy osoba, która nigdy nie stanęła na katedrze, a jedynie zrobiła kilka webinarów, używa w ślad za mną określenia „moi studenci”. Jak zresztą wielu innych określeń. To taka moja wierna „kopiarka”. Niewtajemniczonych informuję, że kilka lat pracowałam w filiach pewnej Akademii w całej Polsce i wyszkoliłam setki osób. To moi studenci, którzy na facebooku czasem piszą do mnie: „pani profesor”, chociaż ja tego określenia w odniesieniu do siebie oczywiście nie używam… Nie jest problemem, że ktoś coś sobie nazywa na wyrost – „student” brzmi ładnie, a internet przyjmie wszystko. Problemem jest rozpaczliwie niski poziom samooceny u takiej osoby, która uczy innych rozwoju tępo mnie naśladując, co jest z góry pozbawione sensu. Można nie mieć wcale studentów i być wspaniałą osobą. Gdzie jest napisane, że uczenie innych dodaje nam wartości? Nigdzie. No właśnie. Na tym polega bezmyślne naśladownictwo. Mój mąż niedawno zażartował: „napisz na FB, że w eksperymencie duchowym skaczesz w przepaść jak leming, może te osoby wskoczą za tobą…” Przykre to. Tak nie wygląda rozwój wewnętrzny, a piszę tu o osobach, które mocno się tym chcą zajmować.

Namawiam zatem gorąco do tego, by pokochać siebie takim, jakim się jest i cieszyć się sobą nie porównując do nikogo. Nasza doskonałość nie podlega dyskusji. I nie wymaga poprawek. Najgorsze co możemy robić w życiu, to porównywać się do innych i próbować być lepszym od kogoś. Nigdy nie będziemy od nikogo lepsi. Ewa może być lepszą nauczycielką od Ani, ale nie może być lepszą Anią od Ani. Stając się Anią, staje się coraz słabszą i gorszą Ewą. A to jest bez wątpienia wejście w ślepą uliczkę. I jak to często bywa, najlepszym lekarstwem w tym wypadku jest podniesienie poczucia własnej wartości i pokochanie siebie w sobie.  

Bogusława M. Andrzejewska