Kocham Moje Dzieci

To piękne i oczywiste stwierdzenie jest tak naturalne, jak oddychanie. Każda matka kocha swoje dzieci. I można o tym uczuciu nawet pisać wiersze. Jeśli jednak ktoś wkleja co tydzień takie hasełko na tablicę portalu społecznościowego, to zapala mi się czerwone światełko, bo oto przede mną ktoś nie do końca zrównoważony, kto wychowuje biedne ofiary i przyszłych klientów sesji terapeutycznych. Tak właśnie najłatwiej rozpoznać niemądre matki, których pociechy potrzebować będą kiedyś pomocy psychologicznej lub psychiatrycznej – przez manifestowanie czegoś, co jest oczywiste i manifestacji nie wymaga.

Nie ma nic niewłaściwego w chwaleniu się dziećmi czy wklejaniu ich zdjęć. Robi to mnóstwo moich znajomych. Rodzina jest częścią naszego życia, jest ważna. Dla niektórych osób bywa priorytetem. Ja także kocham swoje córki i raz na rok zamieszczam zdjęcie z nimi. Może zamieszczałabym częściej, ale są dorosłe i szanuję ich prywatność. Natomiast nie widzę potrzeby pisania na forum, że kocham swoje dzieci. To tak, jakbym informowała znajomych, że oddycham albo że mam dwie nogi. Nie ma na świecie nic bardziej pewnego niż moja matczyna miłość. Oczywiście, że kocham swoje córki i mówię to przede wszystkim do nich. To one powinny słyszeć każdego dnia, że są dla mnie ważne i że są kochane. Pilnuję, aby mój mąż, który jest mniej wylewny, także powtarzał obu naszym córkom, że je kocha, docenia i że są dla niego ważne. To najlepsza inwestycja – umacnianie dzieci w poczuciu bycia kochanymi. Dzięki temu jest im łatwiej żyć.

Mój niepokój budzi dopiero zachowanie, które w psychologii nazywamy „manifestacją”. Polega ono na nadmiernym podkreślaniu wybranej kwestii. Pisanie w kółko w sieci, która jest miejscem publicznym, że jest się mądrym, spełnionym albo że darzy się uczuciem swoje dzieci, świadczy tylko o tym, że wcale w to nie wierzymy. Matka, która często wkleja obrazki z napisem w stylu: “kocham moje dzieci, są dla mnie wszystkim“, prawdopodobnie żyje w wielkim poczuciu winy wobec nich. Rodzi się pytanie: co zrobiła? Gdzie zawiniła? Jak je skrzywdziła, że teraz musi obsesyjnie zapewniać cały świat i samą siebie, że jednak kocha?

Według psychologów ciągłe skupianie się na jednym tylko aspekcie swojego życia, świadczy też o wewnętrznej pustce i rozczarowaniu. Jeśli ktoś w kółko mówi tylko o dzieciach, to znaczy, że jest w życiu zawodowym niespełniony. Nic nie osiągnął. Nic nie znaczy dla siebie. Jego doświadczenia są nudne i nic niewarte. Nie ma też życia osobistego. Nie doświadcza miłości. Nie ma nic, co by go cieszyło. Tę wielką żałosną pustkę w swoim życiu zasłania jedynym w miarę znośnym obszarem życia: ma dzieci i na nie przelewa całą energię, nimi zasłania swoją życiowa przegraną. Czasem grozi to nadopiekuńczością, apodyktycznością wobec pociech, a niemal zawsze rozczarowaniem. Bo żyjemy tutaj na Ziemi dla siebie.

Życie dla siebie nie wyklucza kochania dzieci, bo im bardziej obdarzamy miłością siebie, tym więcej prawdziwego uczucia możemy dać innym. Szczęśliwa w miłości i spełniona kobieta przekaże swoim dzieciom więcej inspiracji i mocy, niż smutna, rozgoryczona matka, która podświadomie oczekuje, że jej pociechy za nią przeżyją to wszystko, czego ona nie umiała w życiu wypracować. Narzucanie dzieciom swoich marzeń prowadzi w ślepą uliczkę, nie tylko dlatego, że nie przychodzimy na świat po to, by realizować cudze ścieżki, lecz własne. Głównie jednak dlatego, że dzieci od nas czerpią swoje wzorce. Rozgoryczona, odrzucona i pełna zawiści matka to prosta droga do wychowania nieszczęśliwych i aspołecznych osób.

Mam znajomą, która weszła w romans z żonatym mężczyzną. Aby odciągnąć go od żony i dzieci, z premedytacją zaszła w ciążę, licząc na to, że „brzuchem” zmusi go do rozwodu i małżeństwa z nią. Kiedy ją uprzedzałam, że nie powinna zachodzić w ciążę z kimś, kto nie jest wolny, nie słuchała mnie. Była tak pewna swego, że nic do niej nie docierało. Przegrała. W efekcie samotnie wychowywała córkę, która nigdy nie spędziła ze swoim ojcem nawet jednej godziny, bo widywała go tylko przelotnie na sali sądowej. Dla mnie nie jest problemem samotne macierzyństwo, tylko fakt rozgrywania swoich spraw kosztem dziecka. Granie „brzuchem” Drogie Panie jest podłe, ponieważ „brzuch” to nie przedmiot – to ludzka istota, która ma prawo urodzić się z miłości i cieszyć się posiadaniem ojca.

Rzecz jasna i udane początkowo małżeństwa często się rozstają, ale jest bezspornym faktem, że ojcowie po rozwodzie chcą kontaktów z dzieckiem. Byłam przez kilka lat ławnikiem w sądzie – wiem, jak to wygląda. Współpracowałam także ze stowarzyszeniem poszkodowanych ojców, którzy uparcie walczyli o swoje prawo do widywania się z dziećmi, więc wiem, jak potrafią kochać, kiedy dziecko przychodzi na świat jako owoc miłości – a nie szantażu. Ta więź malucha z ojcem jest ogromnie ważna dla prawidłowego rozwoju dziecka i moim zdaniem zbrodnią jest świadomie dziecko tej więzi pozbawiać.

Dorośli się czasem rozstają, natomiast więź pomiędzy dzieckiem a rodzicem powinna być na całe życie. Nie ma wtedy znaczenia, że ojciec mieszka w innym domu, bywa, że nawet z inną kobietą i dziećmi z nowego związku. Ważne, że dobry kontakt córki z ojcem jest gwarantem jej udanego związku. Ojciec jest pierwowzorem partnera – jeśli jest opiekuńczy i mądrze kochający, dziewczyna buduje w sobie prawidłową matrycę i przyciągnie do swojego życia partnera, który obdarzy ją miłością. Chłopak, mający dobry kontakt z ojcem, wyrośnie na wartościowego człowieka.

Mam znajomego, który w trakcie swojego małżeństwa, zakochał się w innej kobiecie. Przyznał się żonie i poprosił o rozwód. Jego żona postawiła sprawę krótko: “możesz odejść do niej, ale nigdy więcej nie zobaczysz syna i córki.” Mój znajomy zrezygnował z uczucia do ukochanej i został. Dla dzieci. Nie chcę oceniać zachowania jego żony, a jedynie podkreślić wybór mojego znajomego. Oto prawdziwa ojcowska miłość, która nie potrzebuje afiszowania się na FB. Dumny tato wkleja czasem zdjęcia dzieci, ale jeszcze nigdy nie napisał publicznie, że są jego największą miłością. Za to owa znajoma, która zaszła w ciążę tylko po to, by szantażować innych – owszem, stale publikuje manifestacje o tym, jak bardzo kocha dzieci. Potwierdza tym samym fakt, że im w nas większe poczucie winy, tym głośniej próbujemy przekonać siebie i innych, że jesteśmy w porządku. Taka hipokryzja – mniej lub bardziej świadoma.

Inna moja znajoma zamieściła na FB (jednorazowo) bardzo ciekawe i mądre zdanie: Jestem dobrą matką, ponieważ wybrałam moim dzieciom kochającego ojca. To hasło jest znakomitą kwintesencją wszystkiego, co chciałabym przekazać młodym kobietom, planującym rodzinę. To my, kobiety wybieramy ojca dla swoich dzieci. Dzisiaj, w dobie swobody seksualnej jest to o wiele trudniejsze niż wtedy, kiedy tę rolę przejmowały swatki lub rodzice. Dlatego właśnie trzeba używać zarówno serca, jak i rozsądku. Nie wystarczy, by partner był zdrowy i bogaty. Najważniejsze  jest bowiem to, na ile wybrany mężczyzna jest gotowy, by być ojcem dla mojego dziecka, by mieć dla niego czas, by okazywać mu miłość i wsparcie.

Jeśli mężczyzna nie chce dziecka lub – co gorsza – ma inne dzieci i wcale nie kwapi się do stworzenia ze mną rodziny, to jest jak wielkie czerwone światło! Nie wolno! Nie wolno mi rodzić mu na siłę dziecka! I wcale nie chodzi tu o wysiłek samotnego macierzyństwa, ale o los dziecka, które niemowlakiem jest tylko przez chwilę, a potem przez wiele, wiele lat może być bardzo smutnym człowiekiem, noszącym w sercu ciężar bycia niechcianym i niekochanym. Czytałam niedawno szczerą wypowiedź pewnej pani po czterdziestce, która przez całe swoje życie zmagała się z takim bólem, ponieważ jej ojciec porzucił matkę, kiedy ta tylko zaszła w ciążę. Nigdy nie chciał poznać swojej córki, nigdy nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Ta pani założyła własną rodzinę, ma męża i dzieci, przeszła też cały cykl terapeutyczny, by uwolnić się od żalu do ojca… Jednak jej wieloletnie cierpienie niech będzie przestrogą dla lekkomyślnych dziewcząt, którym wydaje się, że “rodzą dziecko sobie i dla siebie”. To nie tak, niestety… Zachodząc w ciążę, dajemy życie, za które potem bierzemy odpowiedzialność. I największym egoizmem jest traktowanie dziecka jak karty przetargowej w prywatnej walce z inną kobietą o męża.

Dzieci uczą się poprzez przykład. Jeśli są kochane i szanowane, to ich wewnętrzne dziecko jest wesołe, zdrowe i dzięki temu twórcze. Daje nam siłę i natchnienie. Właśnie dlatego to jest takie ważne, by dzieci rodziły się z miłości. Nie chcę potępiać tej znajomej, która próbowała szantażować żonatego partnera ciążą, bo wszyscy popełniamy w życiu błędy. Najczęściej z braku wiedzy i nadmiaru negatywnych emocji. Ta kobieta zapewne kierowała się złością i toczyła egoistyczną wojnę o faceta, zamiast z godnością szukać dla siebie miejsca pełnego miłości, w którym stworzy kochającą rodzinę. Zaszkodziła tym sobie. Jest dzisiaj samotna, nieszczęśliwa i budzi głównie litość. Jednak o wiele bardziej żal mi jej dzieci… One nie miały wyboru. Nie miały możliwości zdecydowania, by urodzić się z miłości, co należy się każdemu dziecku. I choćby matka nakleiła im na środek czoła karteczki z hasełkami, że są jej całym sercem, to nie poprawi ich losu. Będą musiały zmierzyć się w dorosłym życiu z zakodowaną samotnością, odrzuceniem i deficytem, którego już nie zdążą nadrobić.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Wewnętrzny Krytyk

Mamy tendencję do osądzania siebie, ponieważ tak nas uczono odkąd sięgamy pamięcią. Niektórzy nazywają taki osąd wewnętrznym krytykiem. To ustawiczne ruganie samego siebie, które wypływa z naszej podświadomości. Psychologowie określają to jako jeden z głosów podosobowości, który kształtuje się w dzieciństwie, aby chronić przed niebezpieczeństwem malutkie i przerażone wewnętrzne dziecko. Głos ten jest bardzo autorytarny i krytyczny, żeruje na naszych słabościach, ciągle ma nam wszystko za złe i bardzo lubi nas porównywać do innych, którym lepiej się w życiu udało. Warto jednak zauważyć, że spełnia też potrzebną rolę „kontrolera jakości”, ponieważ kiedy jest stonowany, funkcjonuje prawidłowo.

Niektórzy wyolbrzymiają złowieszczą rolę wewnętrznego krytyka, uważając, że blokuje on wiele z naszych planów wyłącznie poprzez stanowcze i złośliwe: „zostaw, nie znasz się na tym, nie dasz rady! Jesteś do niczego!” Z doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że krytyk ów poddaje się bardzo skutecznie pracy z poczuciem własnej wartości. Kiedy mamy wysoką samoocenę, niemal całkiem przestajemy go słyszeć. Cenimy siebie i wierzymy, że potrafimy sobie świetnie poradzić z zaplanowanym zadaniem.

Wewnętrzny krytyk to odpowiednik osądzającego rodzica, którego nosimy w sobie, podobnie jak posiadamy wewnętrzne dziecko. O rodzicu najczęściej słyszymy tylko w kontekście analizy transakcyjnej, w której nie zawsze jawi się jako postać pełna dezaprobaty – czasem bywa wręcz nadopiekuńczy. Są to dwie różne części, dwie podosobowości: rodzic osądzający (normatywny) i rodzic wspierający.

Czasem jedna może przejąć kontrolę nad innymi. Wewnętrznego krytyka słyszą ciągle osoby z silnym rodzicem normatywnym i mocnym dzieckiem normatywnym, przy słabym dorosłym. Wysokie poczucie wartości wzmacnia dorosłego, który jest najbardziej racjonalną formą z punktu widzenia analizy transakcyjnej. Jednak warto pamiętać, że każda z podosobowości jest nam potrzebna, a żadna nie powinna  całkowicie zagłuszać innych.

Pracując z wzorcem wewnętrznego rodzica, możemy wyciszyć wewnętrznego krytyka. Jest to o tyle nieskomplikowane, że zazwyczaj wiemy, o co mamy żal czy pretensje do naszych prawdziwych rodziców. Są namacalnymi, żywymi postaciami, które podejmowały określone decyzje. Możemy wyartykułować swoje zastrzeżenia i spróbować zmienić wewnętrzne przekonania. Podczas kiedy podejście do wewnętrznego krytyka jest nieco abstrakcyjne. Jawi się nam często, jako nieokreślony wewnętrzny głos, który można jedynie przegadać.

Aby naprawić wzorzec wewnętrznego rodzica, możemy posłużyć się afirmacjami. Podaję poniżej przykładowe afirmacje, dotyczące wewnętrznego rodzica.

Jestem wystarczająco silny, aby przeciwstawić się wewnętrznemu rodzicowi. Robię to z miłością.

Mam moc, by pokonać ograniczenia moich rodziców.

Jestem wolny, by w pełni o sobie decydować.

Wewnątrz mnie jest kochający i wspierający boski rodzic.

Z miłością otwieram się na wsparcie moich rodziców.

Praca z wewnętrznym rodzicem przynosi pozytywne zmiany w naszych układach rodzinnych i zawodowych. Jest to zatem opcja korzystna nie tylko dla ograniczenia wewnętrznego krytyka, ale dla poprawy jakości naszego funkcjonowania. Tego typu afirmacje (szczególnie pierwsza, którą podałam w przykładzie) pomagają w przypadku problemów z autorytetem, szefem czy partnerem, a więc nie tylko w konfliktach z rodzicami. Pamiętajmy, że problematyczne wzorce dotyczące rodziców są przenoszone na układy z przełożonym i małżonkiem. Osoby krytykowane i odrzucane w dzieciństwie starają się za wszelką cenę zasłużyć sobie na miłość rodzica lub partnera albo na szacunek szefa. Usilne zabieganie o bycie docenionym i kochanym przynosi zazwyczaj zniecierpliwienie i dezaprobatę. Im bardziej żebrzemy o miłość, tym mocniej jesteśmy odtrącani. Po uzdrowieniu wzorca i pokochaniu samego siebie dostrzegamy, że sytuacja ulega zmianie, a ludzie zaczynają okazywać nam szacunek i sympatię.

Niektórzy zamiast afirmacji stosują dekrety – dłuższe, wielozdaniowe teksty, przedstawiające oczekiwaną sytuację. Proponuję zatem jeden krótki tekst na temat wewnętrznego rodzica – tym razem wersja dla osób, które rozwijają się duchowo. Mam nadzieję, że każdy będzie umiał taki tekst ułożyć po swojemu, takim językiem, który jest mu bliski i z takimi określeniami, które będą czytelne dla jego podświadomości. To bardzo ważne, aby afirmacje i dekrety układać własnymi słowami w sposób zrozumiały dla siebie. Moje propozycje są tylko przykładami, ułatwiającymi punkt wyjścia do pracy.

Kochający rodzic wspiera moje działania. Z radością przyjmuję opiekę i wsparcie boskiego rodzica. Boski rodzic daje mi wszystko, co najlepsze. Mam prawo mieć wszystko to, co dobre dla mnie. Boski kochający rodzic cieszy się z moich sukcesów. Jestem bezpieczny i kochany. Czuję opiekę boskiego rodzica. Zasługuję na to, co najlepsze. Dostaję to od kochającego boskiego rodzica.

Osoby, które są w konflikcie ze swoimi rodzicami i mają do nich mnóstwo pretensji, mogą zacząć od wybaczenia i systematycznego wykonywania Medytacji na Światło. To pomoże poprawić wzajemne stosunki, a jednocześnie uwolni wewnętrznego krytyka.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zdrowie

Nasze myśli kreują rzeczywistość. Tworzą nasze bogactwo, relacje, zdarzenia, a także stan naszego zdrowia. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Wierzę w psychosomatykę, a książka Louisy Hay “Możesz uzdrowić swoje życie” przez wiele lat była moja biblią. Jednak ludzie, którzy chorują, tracą czasem po wpływem cierpienia zdrowy rozsądek i próbują sugerować, że zdrowym dobrze wypowiadać teorie, a choroba spada z nieba i nie mamy na to wpływu. Otóż mamy. Dlatego zacznę od własnej historii.

Urodziłam się z wadą serca. Całe dzieciństwo mnie chroniono przed wysiłkiem i wytrwale kodowano mi wzorzec: “jesteś chora, nie możesz tego ani tamtego”. Z takim wzorcem weszłam w dorosłe życie i do gabinetu kardiologa, który powiedział: “natychmiast musimy operować, bo inaczej śmierć”. Nie zgodziłam się na operację, bo akurat urodziłam córeczkę, którą z ogromna radością karmiłam piersią. Po paru latach, podczas kolejnej wizyty usłyszałam od lekarza: “natychmiast musimy operować, bo inaczej wózek inwalidzki do końca życia z powodu przerostu lewej komory – jak się nie pospieszymy, to i operacja nie pomoże”. Ja wierzyłam w cud, choć przemiły skądinąd kardiolog powtarzał: “cudu nie będzie”. Nie miał racji.

Wkrótce potem trafiłam na pierwszy stopień Reiki, gdzie wspaniały i mądry mistrz wkodował mi nowy wzorzec: “Reiki uzdrawia twoje ciało”. To był mój cud. Przyjęłam z radością nowy wzorzec i zaskakiwałam lekarzy na kolejnych wizytach wspaniałymi wynikami, świetnym samopoczuciem i wydolnością, chociaż dawno juz nie powinnam żyć. Moje serce zdrowiało 🙂 Do czasu, kiedy życie – zaplanowane bardzo twórczo przez duszę – zaproponowało mi nowe wyzwania w postaci emocjonalnych koszmarów, z którymi w tamtym czasie radziłam sobie średnio. Przeżyłam zapewne tylko dzięki Reiki i pracy z Aniołami. Jednak ogromny stres odbierał mi zdrowie – czułam to namacalnie. Po 14 latach od zrobienia pierwszego stopnia Reiki, moje serce zepsuło się niemal z dnia na dzień, po kolejnym silnym traumatycznym przeżyciu. Trafiłam na stół operacyjny, wymieniono mi zastawkę, a ja zrozumiałam, że jeśli mam być zdrowa, to muszę zmienić swoje myślenie i nauczyć się zarządzać swoimi emocjami. Tak też robię i dzięki temu czuję się bardzo dobrze.

Zaobserwowałam też między innymi, że stresy powodowały u mnie ciągłe przeziębienia, nawet kilka razy do roku. Jeśli tylko nie panowałam nad emocjami i pozwoliłam sobie na zdenerwowanie czy rozpacz, to najdalej dwa dni później leżałam z gorączką lub silnym katarem. Kiedy nauczyłam się pracy z emocjami i rozwijania w sobie spokoju, przestałam chorować. I tutaj magia pozytywnego myślenia zadziałała równie niezawodnie. Bywało, że wszyscy w moim domu kichali i kaszleli, przekazując sobie po kolei chorobę, a ja pozostawałam zdrowa. Moje córki tuliły się do mnie, sprzedając mi wszystkie chorobotwórcze zarazki, a ja nadal czułam sie świetnie. Stało sie to swoistym kuriosum w sytuacji, kiedy przez większość życia byłam chorowitym chucherkiem, padającym od byle podmuchu. A ściślej mówiąc – od byle emocji. Odkąd nauczyłam się pozytywnego myślenia i zarządzania emocjami, przestałam chorować.

Od wielu lat w swojej praktyce korzystam z psychosomatyki. Choroby, o których mówią mi klienci, wskazują psychologiczne obszary wymagające uzdrowienia. To zawsze się sprawdza. Chociaż czasem jest trudne do uchwycenia. Pamiętam osobę, która zachorowała na raka. Psychosomatyczna przyczyna tej choroby (w uproszczeniu) to żal, pretensje, złość, nienawiść – brak wybaczenia sobie lub innym. Znałam tę osobę i wiedziałam, że zazwyczaj była bardzo krytyczna i często obrażona na innych. W czasie rozmowy zapewniała mnie, że nie ma wrogów, wszystkich lubi, akceptuje i szanuje. “W takim razie choroba powinna ustąpić – jeśli nie ma psychologicznej przyczyny, nie ma choroby”- uznałam. Tak wskazuje moje doświadczenie, którym sie z Wami tutaj dzielę, ponieważ jest to także drogowskaz do uzdrowienia. Choroba u tej osoby nie ustąpiła, ale niedługo przed śmiercią, kiedy pod wpływem leków nie kontrolowała swoich wypowiedzi, wykrzyczała przy mnie tyle nienawiści do pewnej kobiety, że aż się skuliłam od ogromnej ilości jadu i negatywnych emocji. Nie miałam wątpliwości, że właśnie obnażyła sie prawdziwa przyczyna raka. Szkoda, że ta osoba nie przyznała się do tego wcześniej. Jest wiele sposobów na uwolnienie takich trujących emocji, a tym samym na uzdrowienie.

Louisa Hay twierdzi, że nie ma chorób nieuleczalnych. Sama jest tego najlepszym przykładem. Moje doświadczenie wskazuje, że osoby, które zmieniają myślenie – zdrowieją. Znam wiele takich ludzi, a w naszym środowisku reikowym to cudowne potwierdzenie również skuteczności pracy z energią. Te osoby, które zamykają się w żalu – pogłębionym przez poczucie krzywdy, wynikające z ciężkiej choroby – umierają, nawet bardzo młodo. Choroba sama w sobie jest objawem dysharmonii. Pokazuje, że na poziomie psychologicznym, w emocjach nastąpił dramat, coś zostało zaburzone, ktoś tkwi w negatywnym postrzeganiu świata lub siebie. Choroba manifestuje się w ciele po to, abyśmy mogli uzdrowić traumę, zmienić swoje myślenie i stać sie Doskonałymi Istotami. Jest to kolejny nauczyciel mobilizujący nas do rozwoju.

Wierzę, że ludzkie ciało zostało zaprojektowane idealnie. Samo w sobie jest pełne harmonii. Psuje się wtedy, kiedy nasze myśli przestają być harmonijne, kiedy cierpimy, złościmy się, przeżywamy negatywne emocje. Dzieje się tak, ponieważ myśli i emocje stanowią z ciałem jedność. Wierzę też, że natura wyposażyła nas we wszystko, czego potrzebujemy. Jeśli zaczynamy chorować, to wokół siebie znajdziemy wszystko, czego nam potrzeba do uzdrowienia. Po pierwsze – energię Reiki. Po drugie – siłę własnych myśli, a w tym cudowną moc bezwarunkowej miłości. Po trzecie – zioła i leki naturalne, a ponadto drzewa i minerały, które uzdrawiają nas swoją mocą. Po czwarte – dźwięki i kolory, światło i muzykę…

Nie umniejszam znaczenia medycyny. Dopóki nie umiemy sami się uzdrawiać, potrzebujemy lekarzy i medykamentów. Jednak ogólnie, jako ludzkość powinniśmy dążyć do poznawania metod naturalnych, a przede wszystkim do świadomego kreowania własnego zdrowia poprzez właściwe myślenie i uporządkowane emocje. Nawet korzystając ze zdobyczy akademickiej medycyny, należy równolegle pilnować odpowiednich myśli. Oparcie wyłącznie na farmakologii powoduje, że choroba wróci ponownie. Powtórzę po raz kolejny, że przyczyną choroby jest wadliwy wzorzec myślowy. Lekarz wyleczy ciało, ale ów szkodliwy wzorzec po pewnym czasie znowu “wyjdzie” w ciele w formie choroby tej samej lub podobnej.

Ostatnio modne jest odkrywanie genów odpowiedzialnych za chorobę. Moim zdaniem są to geny niewłaściwego myślenia. “Genetyczność” choroby polega głównie na tym, że rodzice przekazują dzieciom wadliwe wzorce myślowe. Dziecko uczy sie poprzez przykład. Obserwując rodzica i słuchając jego wypowiedzi, przyjmuje, że tak trzeba – nie ma innego punktu odniesienia. Kwestia fizycznego uszkodzenia chromosomu nie zaprzecza psychosomatyce. Wiemy, że silnymi emocjami jesteśmy w stanie zmienić zarówno tkankę, jak i gen. A potem przekazujemy to potomstwu, razem z naszymi ułomnymi reakcjami emocjonalnymi. A przecież wcale tak być nie musi. Możemy spróbować od tej chwili myśleć inaczej, kochać świat i ludzi, kochać siebie i swoje ciało, czuć się fantastycznie w swoim życiu i pracy. Możemy każdy dzień zaplanować tak, abyśmy byli szczęśliwi od poranka do zmierzchu. Możemy też każdego dnia wypełniać każdą komórkę swojego ciała bezwarunkową miłością. To proste. A przy tym nic nie mamy do stracenia. Warto spróbować.

Psychosomatyczne wzorce choroby opisałam w osobnym artykule. Metody zmiany myślenia znajdują się w rozdziale Uzdrawianie. Dużą skutecznością na poziomie uzdrawiania ciała cieszy się metoda Evelyn Monahan, ale pomaga także Metoda Simontonów czy metoda Silvy, a nawet cierpliwa praca z afirmacjami.

Bogusława M. Andrzejewska

Mądrość

Cały Wszechświat jest oparty na pewnych zasadach. Zasady są bezlitosne i dla wszystkich jednakowe. Przykładowo: zasada grawitacji będzie działać niezależnie od tego, czy jesteś człowiekiem dobrym czy podłym. Działa też bez względu na to, czy będziesz się modlić i wierzyć w szczęście czy nie. Każdy spadnie z urwiska, kiedy spacerując jego brzegiem, źle postawi nogę. Siła przyciągania rzuci go na ziemię.

Tak też działa Prawo Przyciągania i wiele innych, również tych, o których się głośno nie mówi. One są po to, aby Wszechświat był dokładnie taki jaki jest – pełen harmonii. Możesz zatem być szlachetnym człowiekiem, ratować innym życie i codziennie się modlić – jeśli nie stosujesz Prawa Przyciągania – czyli nie myślisz z radością i miłością o pieniądzach, to możesz mieć problemy z zarabianiem. Możesz się modlić głęboko i wołać do nieba, że pracujesz ciężko i uczciwie, a to i tak nie przyniesie efektów. Ponieważ każda Twoja modlitwa, kiedy zrzędzisz i narzekasz, kiedy myślisz negatywnie, kiedy masz kompleksy, kiedy w głębi duszy myślisz, że nie zasługujesz – jest jak próba złamania zasady rządzącej Wszechświatem.

Dostrzegam w tym jeden wyjątek, kiedy zasady mogą zostać “złamane”. To Prawo Łaski i Anioły. Pojawiają się wtedy, kiedy strażnicy zasad zmiatają kolejne niespełnione marzenia i przywracają nieco porządku, dając kolejne szanse ludzkim istotom. Wracając do pierwszego przykładu – idziesz brzegiem urwiska i stawiasz źle stopę, więc lecisz w dół. Ale oto Anioł zaczepia Twoje ubranie o krzak lub drzewo i nie spadasz. Wdrapujesz się na górę i masz kolejną szansę, choć potłuczony i podrapany. Musisz tylko pamiętać o regułach gry, bo inaczej znowu polecisz w dół.

Mądrość pojmuję tu jako znajomość zasad i stosowanie ich w życiu. Przykładowa zasada grawitacji utrudnia nam wspinaczkę po skałach, ale ułatwia wiele innych rzeczy. Prawo Przyciągania daje nam nie tylko obiekty naszych lęków, ale przynosi w darze także samochód, pieniądze, wycieczkę marzeń – dokładnie to, co wizualizujemy i o czym najczęściej myślimy. Mądrość to wykorzystywanie wiedzy o zasadach. Nie można chodzić brzegiem urwiska – trzeba wiedzieć, że istnieje zasada grawitacji i takie działanie grozi upadkiem w przepaść. Można też chodzić, ale ostrożnie i z zabezpieczeniem. Nie polecam przetrwania życia w wygodnym fotelu, bo nie o to chodzi. Jednak, kiedy wybieramy się nad urwisko, możemy się zabezpieczyć liną chociażby. Mądrość nie polega na tkwieniu w strefie komfortu, lecz na rozsądnym zdobywaniu szczytów.

Mądrości uczymy się całe życie. Wynika z naszych doświadczeń i doświadczeń innych. Jeśli ktoś raz spadnie, wiemy, że tamto miejsce jest niebezpieczne. Stawiamy ogrodzenia i tabliczki. Jeśli podejmujemy próbę przekroczenia pewnej granicy, liczymy się z ryzykiem. A starzy ludzie przekazują nam ogromną wiedzę, opartą na ich doświadczeniu i doświadczeniu pokoleń. Warto czasem ich posłuchać. Trochę mądrości wyczytamy, trochę usłyszymy od starszych osób, trochę sami musimy nabyć przez doświadczenie. Ale obok miłości jesteśmy tu na Ziemi dla MĄDROŚCI właśnie.

Uwielbiam alpinistów, z jednym z nich jestem szczęśliwie zamężna. Szczyty zdobywają pomyślnie Ci, którzy dobrze znają i stosują zasady. To mądrość – obok wytrwałości i siły – wynosi ich na górę. A niektórych niestety zmiata brak rozsądku. To nie tylko technika, nie tylko trening, nie tylko świadomość swoich możliwości, ale i wiedza, kiedy należy odpuścić, bo idzie burza na przykład. Czasem potrzeba sukcesu jest silniejsza od mądrości. A my wiemy, że za tym kryje się czasem brak poczucia wartości. Mądry alpinista zdobywa szczyt, ale wie, kiedy się poddać, aby za rok znowu spróbować. Nie czuje się “przegranym”, zna swoją wartość. Ustępuje przed burzą, bo wie, że ona jest silniejsza. Tak zrobił Krzysztof Wielicki przy próbie zdobycia K-2 – dzięki temu wszyscy przeżyli. Nie ulega wątpliwości, że alpinizm wymaga wielkiej mądrości. Wtedy staje się sukcesem, a nie upadkiem.

A mówimy tu też o życiu i urwisko to tylko przykład. A w życiu? Ludzie potrafią pożyczać pieniądze osobom, których nie znają. Niektórzy wysyłają duże kwoty osobom nie widzianym nigdy na oczy i poznanym przez internet. Potrafią otwierać drzwi komuś, kto „zbiera parę groszy”. Chodzą z portfelem w plecaku zarzuconym na plecy albo próbują pogłaskać obcego psa… Kobiety świadomie zachodzą w ciążę z żonatym mężczyzną, wierząc, że na wieść o dziecku zostawi swoją rodzinę. Inne wiążą się z pijakiem, licząc na to, że nagle w związku małżeńskim wytrzeźwieje na zawsze…  Można długo wymieniać zachowania pozbawione mądrości. Z całą pewnością nie ma w nich harmonii. Charakteryzują się one tym, że przynoszą nam straty materialne i emocjonalne cierpienie. Dlatego warto zacząć od rozwijania w sobie mądrości.

Bogusława M. Andrzejewska

Wdzięczność

To, co wszyscy ogromnie lubimy, to radość i zachwyt osoby, którą właśnie czymś obdarowaliśmy. Te wszystkie wesołe pokrzykiwania: „och, dziękuję, bardzo tego potrzebowałam” powodują, że na sercu robi się nam ciepło. Nie przesadzę, kiedy powiem, że dla niektórych ludzi, wdzięczność otrzymana od kogoś jest najważniejszym celem w życiu. Będą tego stale poszukiwać i hojnie wspierać wszystkich, którzy są w potrzebie i umieją wylewnie podziękować. Przekonajcie się sami, jakie to cudowne uczucie. Jeśli zrobicie coś dobrego dla kogoś lub ofiarujecie komuś rzecz bardzo dla tej osoby ważną i potrzebną, to chwilę później czujecie niemalże, jak skrzydła wyrastają Wam u ramion. Tak działa siła wdzięczności, którą w Waszą stronę wysyła obdarowany. Daje to niesamowitą moc, dzięki której można nawet góry przenosić i rozwiązywać sprawy pozornie nie do załatwienia.

Lubimy pomagać, ponieważ chcemy czuć się lepsi. Za każdym razem, kiedy ktoś okazuje nam wdzięczność, podnosi tym naszą samoocenę. Tworzy to też kolejne pomosty sympatii, ponieważ zwykle lubimy tych, którzy nas doceniają. Podniesienie poczucia wartości z kolei pomaga nam w osobistym rozwoju i działa na wielu płaszczyznach. Poprawiają się relacje, lepiej funkcjonujemy w biznesie, pozytywnie reagujemy z sferze zawodowej i rodzinnej. Naturalnie działa to uzdrawiająco także na związki osobiste, które opierają się przecież przede wszystkim na tym, co myślimy o sobie.

Wdzięczność pomaga tworzyć równowagę pomiędzy dawaniem i braniem. Uruchamia naturalny przepływ uczuć i otwiera ludzkie serca. Kiedy ktoś okazuje nam serdeczność i troskę, możemy mu mniej lub bardziej wylewnie podziękować i od razu wszystkim robi się miło. Jeśli to nam ktoś dziękuje, czujemy się docenieni, a to przecież w związku ogromnie ważne. Tak ważne, że czasami nie oczekujemy niczego więcej – podziękowania wystarczą. Równowaga zostaje zachowana.

W jednym z zachodnich poradników znalazłam kiedyś ćwiczenie, nazywane przez autora „dzienniczkiem wdzięczności”. Praca polega na codziennym wieczornym zapisywaniu co najmniej kilku zdarzeń, za które jesteśmy wdzięczni. Zanim zaczęłam uczyć tego innych, przetestowałam to sama i odkryłam niezwykłe rzeczy. Codzienne pisanie o dobrych wydarzeniach i do tego w formie podziękowania, powoduje niesamowite podniesienie nastroju. Drugą ciekawostką jest fakt, że proces taki ogniskuje naszą uwagę wyłącznie na tym, co naprawdę pozytywne. Podświadomie, w trakcie codziennych zajęć szukamy tego, co można zapisać, pomijając machnięciem ręki to, co przykre lub trudne. W ten sposób uczymy się zwracać uwagę na piękną stronę świata. Ponieważ myśl kreuje rzeczywistość, w efekcie uczymy się przyciągać do siebie tylko to, co pomyślne. Trzeci cud odkryłam, odczytując po miesiącu swoje kolejne zapiski. Lektura była fascynująca i ogromnie pozytywna. Poczułam się lekko i radośnie, ale przede wszystkim raz na zawsze uwierzyłam, że świat to absolutnie cudowne miejsce, a życie jest po prostu wspaniałe!

Od tamtej pory korzystam z mocy wdzięczności, dziękując każdego dnia za to, że świeci słońce lub za to, że jest chłodne rześkie powietrze. Dziękuję za mroźną zimę i upalne chwile. Dziękuję za to, że mam dobry słuch i mogę rozkoszować się śpiewem ptaków w gałęziach drzew, rosnących wokół mojego domu. Dziękuję za zdrowe oczy, dzięki którym mogę zachwycać się otaczającym mnie pięknem. Dziękuję za wspaniałych ludzi, z którymi się spotykam i za wiele, wiele innych rzeczy, które mogłabym wymieniać bez końca. Każdy z nas może dziękować za setki przedmiotów, spraw i wydarzeń, bo w każdym życiu znajdzie się coś cudownego, za co możemy być wdzięczni. Trzeba tylko otworzyć oczy i nauczyć się dostrzegać, jak dużo cudów nas otacza.

Czasami potrzebujemy trudnego doświadczenia, aby nauczyć się tej prostej magii. Kiedy ktoś, chorując ciężko, spędza kilka tygodni w szpitalu, po powrocie do zdrowia, wychodzi na pierwszy spacer i mrużąc oczy w słońcu, wdycha głęboko świeże powietrze. Czuje zachwyt i radość, podziwia zapach drzew, ciepło słonecznych promyków i błękit nieba. Myśli wówczas, że gdyby nie wrócił do zdrowia, nie byłoby mu dane doświadczać tego prostego i tak oczywistego piękna. To wielka chwila, kiedy uczymy się doceniać to, co dostajemy w darze już w chwili przyjścia na świat. Dostajemy, lecz nie wszyscy umiemy ów prezent rozpakować i cieszyć się nim. Zabiegani, zapracowani, zapominamy o tym, co w naszym życiu jest dobre i piękne, całą swoją energię poświęcając problemom.

Wdzięczność uzdrawia nasze uczucia, ponieważ działa jak balsam na nasze serce. Pozwala nam poczuć się lekko i radośnie. Jest to oczyszczające doświadczenie, które zasila nas dawką dodatkowej energii. Specjaliści twierdzą, że kiedy je odczuwamy, wówczas wchodzimy w tzw. „przepływ”, a to z kolei daje nam duże możliwości, które można wykorzystać w dowolnej sferze naszego życia.

Odczuwanie wdzięczności to proces, który nie kończy się z chwilą wyrażenia podziękowania. Zasilenie samego siebie takim uczuciem powoduje pozytywną reakcję na poziomie serca, które wysyła do naszej świadomości miłość. A miłość uzdrawia ciało. Jak najlepszy lekarz nasyci każdą komórkę tym, czego ona najbardziej potrzebuje. Rozświetli cała nasze ciało, prowadząc do dobrego samopoczucia.

Prosperita uczy, że wdzięczność jest siłą, która pomnaża pomyślność. Im częściej dziękujemy za to, co posiadamy lub co udało nam się osiągnąć, tym więcej dobra przyciągamy do siebie. Jeśli każdego dnia odczuwamy szczerą wdzięczność za każdą złotówkę, to następnego dnia przychodzi ich więcej. Jeśli dziękujemy za wspaniałe doświadczenia z kochanymi osobami, to wkrótce spotykamy kolejnych sympatycznych ludzi. Myśli przesycone takim dobrym uczuciem są kilkakrotnie silniejsze od zwykłych myśli. To emocja, która wyjątkowo wzmacnia nasze możliwości kreowania rzeczywistości. Każde szczere podziękowanie działa jak zamówienie złożone u zarządcy Wszechświata – przynosi nam coś w darze.

Każdy z nas ma wiele marzeń. Pragniemy tysiąca rzeczy i zapytani o to przez złotą rybkę, bez wahania zasypiemy ją mnóstwem życzeń. To czasem powoduje poczucie przytłoczenia. Kiedy mamy szczególnie trudny okres i tak niewiele się spełnia, możemy odczuwać przygnębienie i bezsilność. Czasem także rezygnację i zwątpienie w to, że nasz los kiedykolwiek zmieni się na lepsze. Najciekawszym lekarstwem może okazać się uczucie wdzięczności. Wystarczy wyjść na spacer i podziękować za zdrowie, za ładny dzień, za możliwość czerpania wszystkimi zmysłami piękna, które nas otacza. Można też usiąść i w swoim dzienniczku wypisać wszystko, co posiadamy, nie pomijając żadnego drobiazgu. Czasem nawet zabraknie kartek… A wówczas ta rozżalona część w nas poczuje, że ma o wiele więcej niż jest w stanie zauważyć. Uspokoi się, wyciszy i napełni wiarą w to, że w gruncie rzeczy niczego nam nie brakuje. Poczuje się zaspokojona, a wtedy napełni nas mocą tworzenia.

Docenianie siebie i dziękowanie wszystkim innym oraz odczuwanie wdzięczności rozwija w nas siłę woli, która zjednoczona z mocą serca wzmacnia nasze zdolności realizacji, spełnienia i osiągania sukcesów.

Bogusława M. Andrzejewska

Skuteczna Prosperita

Często zadajemy sobie pytanie, czy Prawo Przyciągania w ogóle działa. Wątpimy, martwimy się i zastanawiamy, dlaczego pomimo pracy z afirmacją i pozytywnego myślenia nie staliśmy się jeszcze milionerami. Wydaje się, że wszystkie kosmiczne zasady, którymi naszpikowane są mądre książki, wcale nie istnieją i zostały wymyślone tylko po to, by karmić nasze złudzenia. Nasze smutne myśli, jak kamyczek, uruchamiają lawinę kolejnych smutków i wątpliwości, a potem nawet ciąg przykrych wydarzeń. A to wygląda jak potwierdzenie naszych smutnych wniosków.

Tymczasem przyczyn niepowodzenia może być wiele. Począwszy od negatywnych wzorców dotyczących ukrytych lęków, poprzez niskie poczucie wartości i poczucie, że się nie zasługuje, a skończywszy na żalu do byłej żony czy męża. Nie wystarczy powtarzać: “jestem bogaty”, jeśli wewnątrz nosi się mnóstwo smutnych i niekorzystnych wzorców. To nie zadziała. Najlepszym sposobem jest zatem praca z podnoszeniem poczucia wartości, które przyciąga do nas to wszystko, czego pragniemy, zgodnie z wiarą, że zasługujemy na miłość, szczęście i pieniądze. Ponadto konieczne jest wybaczenie – sobie i innym. Sobie, by potwierdzić, że zasługujemy, innym – by podkreślić, że nie jesteśmy ofiarami krzywdzonymi przez drugiego człowieka.

Najczęściej jednak przyczyną niepowodzenia jest fakt, że niezauważalnie dla siebie stale myślimy negatywnie… Niestety. To się zdarza częściej, niż nam się wydaje. Joe Vitale proponuje proste ćwiczenie, a ja za nim polecam je każdemu, kto chce sprawdzić, jak naprawdę myśli. Wystarczy założyć na prawą rękę bransoletkę. Jakąkolwiek. A następnie nosić ją przez cały dzień i przekładać na drugą rękę, ilekroć pomyślimy negatywnie, ponarzekamy, skrytykujemy coś lub kogoś, pomartwimy się przez chwilę, zwątpimy… Przekonamy się, że bransoletka będzie co chwilę przeskakiwać z jednej reki na drugą. Warto wykonać to ćwiczenie, by zobaczyć, że choć teoretycznie jesteśmy propagatorami pozytywnego myślenia, to nasz podstępny umysł stale znajduje powody do “marudzenia”. Jest to też swoisty kontroler myśli. Noszenie i przekładanie bransoletki pomaga pilnować stylu myślenia.

Kiedy czegoś pragniemy, to zazwyczaj skupiamy się na tym, czego nie chcemy. Czy osoba, która chce być bogata myśli o tym, by zarabiać mnóstwo pieniędzy? Rzadko. Częściej zastanawia się, co zrobić, aby NIE BRAKOWAŁO na samochód, opłaty, życie czy wakacyjny wyjazd. Przez cały dzień człowiek myśli: “brakuje, za mało, brakuje, nie wystarcza, jestem biedny…”, a potem wieczorem siada do afirmacji i pisze lub wypowiada ileś tam razy piękne hasło: “mam, zarabiam, wystarcza”. Prawdę mówiąc nie można mieć wątpliwości, które zdania działają mocniej: oczywiście te, które towarzyszą nam dłużej.

Aby rzeczywiście przyciągać do siebie dobrobyt, warto raz jeden na początku określić treści, jakie chcemy wysyłać do Wszechświata. Nie myślę tu o afirmacjach, lecz o tym, o czym myślimy cały czas w ciągu dnia. W tym celu można zrobić sobie tabelkę. Napiszmy po jednej stronie, co nam doskwiera i czego NIE CHCEMY, a obok, CZEGO PRAGNIEMY. Poniżej kilka uproszczonych przykładów.

 

NIE CHCĘ PRAGNĘ
samotności kochającego partnera
kłótni, awantur spokoju i miłości
braku pieniędzy na moje potrzeby wystarczającej ilości pieniędzy
braku pracy interesującej pracy
siedzenia w lecie w domu ciekawego wyjazdu na wakacje
mieszkania z teściami własnego wygodnego mieszkania
złośliwej szefowej życzliwej szefowej
starego psującego się samochodu nowego sprawnego samochodu
zadłużeń wystarczającej ilości pieniędzy na wszystkie opłaty
choroby zdrowia
złego samopoczucia lub bólu zdrowia
samotnych wieczorów miłego towarzystwa na wspólne wyjścia

Sztuka prosperity polega na tym, by przez cały czas myśleć według prawej strony tabelki. Tylko! Niech wszystkie myśli kręcą się wokół naszych pragnień. Niech wszystkie wyobrażanie tworzą to, czego chcemy. Zapomnijmy, że czegoś dobrego w naszym życiu nie ma… Wyznacznikiem myślenia mają być tylko pozytywne stwierdzenia i wyobrażenia. Można wykorzystać noszenie bransoletki do tego, by kontrolować po której stronie tabelki jesteśmy. Niech bransoletka znajduje się zawsze na prawej ręce, a ilekroć myśli zejdą na jakiś “brak”, dotknij bransoletki i myśl intensywnie określeniami i wyobrażeniami z prawej strony tabelki.

Często spotykaną w prospericie przeszkodą bywa przekonanie, że nie jesteśmy dość dobrzy. Jakkolwiek punktem wyjścia będzie podnoszenie poczucia własnej wartości i rozwijanie przeświadczenia o tym, że zasługujemy na wszystko, co najlepsze, podpowiem tu dość skuteczne narzędzie zmierzenia się z tym tematem. Otóż można zmienić swoje przekonanie za pomocą zauważania prostych i oczywistych faktów, które są dowodem na to, że KAŻDY zasługuje na szczęście. Musi zasługiwać, skoro… ma:) Wystarczy napisać kilka zdań, stwierdzających rzeczywistość – taką rzeczywistość, która pokazuje, że każdy z nas może być bogaty, zdrowy i szczęśliwy niezależnie od tego, jaki jest. Bo czy tylko piękne kobiety spotykają miłość? Czy tylko te o zgrabnych nogach są kochane? Czy tylko ludzie szlachetni są bogaci? Czy tylko uczciwi są zamożni? Czy tylko ludzie mądrzy są zdrowi? Poniżej kilka przykładów zmiany przekonań.

Jeśli uważasz, że nie jesteś dość ładna, by mieć kochającego partnera…

– Otyłe kobiety też mają kochających partnerów. (na pewno takie znasz… i możesz to dodać do każdego poniższego zdania)

– Niezbyt ładne kobiety też są szanowane i kochane przez mężów.

– Kobiety z grubymi nogami są szczęśliwymi żonami i matkami.

– Kobiety bez biustu też mają wspaniałych partnerów.

– Chude dziewczyny też są szczęśliwe w związku.

– Niezgrabne kobiety też cieszą się szczęśliwą miłością.

– Niezależnie od wieku można spotkać miłość swojego życia i być szczęśliwym.

Im więcej różnych zdań tego typu wypiszesz, tym skuteczniej przekonasz swoją podświadomość, że szczęście w uczuciach jest niezależne od wyglądu zewnętrznego, koloru włosów, budowy ciała. Każdy z nas zasługuje na miłość. Jeśli wypiękniejesz, zeszczuplejesz lub przytyjesz – to nowe przekonanie nadal będzie działać na twoją korzyść, bo według niego brzydcy i piękni w tym samym stopniu zasługują na to, by być kochanymi istotami i w tym samym stopniu przyciągają do siebie miłość.

“Nie jest bowiem piękne to, co jest piękne, lecz to, co się komu podoba”

Jeśli uważasz, że nie jesteś dość dobry, by mieć dużo pieniędzy…

– Ludzie bez wykształcenia też bywają bardzo bogaci.

– Osoby z trudną przeszłością też zarabiają bardzo dużo pieniędzy.

– Ludzie nietowarzyscy i zamknięci w sobie też mogą być zamożni.

– Zadłużeni mogą odbić się od dna i stać się bogaci oraz spłacić wszystkie zaległości.

– Lenie również mogą cieszyć się dostatkiem.

– Nie tylko pracowite mróweczki dorabiają się pieniędzy.

– Nie trzeba być geniuszem, by dużo zarabiać.

Im więcej różnych zdań tego typu wypiszesz, tym skuteczniej przekonasz swoja podświadomość, że dostatek finansowy jest niezależny od inteligencji, mądrości, przynależności rasowej oraz przeszłości człowieka. Każdy z nas zasługuje na to, by mieć wystarczającą ilość pieniędzy.

To dwie proste techniki, które pomagają ukierunkować właściwie sposób myślenia. Działają pozytywnie zmieniając nasze przeświadczenie wewnętrzne, a ono głównie decyduje o tym, co przyciągamy do swojego życia. Dlatego też duchowi nauczyciele powtarzają często: “poczuj się zdrowy, poczuj się bogaty, poczuj się kochany”. Dlatego podręczniki rozwoju uczą: “wyobraź sobie, że już to masz” albo: “uwierz, że to już jest”. Przeświadczenie działa mocniej niż wypowiadane przez nas codziennie afirmacje, dlatego tak ważne jest, aby właśnie ono brzmiało zdecydowanie pozytywnie.

Bogusława M. Andrzejewska

skuteczna.jpg