Energia harmonii

Jesteśmy różni, a nasza różnorodność sprawia, że jako ludzkość jesteśmy fascynującym zjawiskiem. Każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego, dlatego każdy szuka dla siebie odpowiedniej muzyki, książki, jedzenia. Jesteśmy też na tyle dojrzali, że nie toczymy sporów o to, czyj wybór jest lepszy. Przyjmujemy, że o gustach się nie dyskutuje.

To samo dotyczy nauczyciela duchowego. Nikt nie jest ideałem, który mógłby sprostać oczekiwaniom całej grupy. To, co zachwyca jednych, niekoniecznie musi się podobać innym. Nawet sposób przekazu jest ważny – jedni wolą pełne miłości słowa podnoszące energię, a inni chcą jak najwięcej teorii, którą mogą wypełniać głowy i zeszyty. A jeszcze inni przychodzą na duchowe zajęcia, aby wzmocnić swoją ziemską energię konkretami nie mającymi nic wspólnego z duchowością.

Wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być. Wszystko jest w harmonii, a każdy jest we właściwym miejscu i czasie. Nawet jeśli na duchowym szkoleniu pojawia się ktoś, kto jest w ogóle „poza energią” warsztatu, to jest równie ważny, jak wszyscy pozostali. Uczy nas zazwyczaj tej istotnej prawdy, że ludzie funkcjonują na setkach poziomów i każdy level jest odpowiedni dla danej osoby.

Nie miewam od dawna takich doświadczeń i koniecznie chcę to podkreślić, aby moi cudowni studenci nie patrzyli po sobie i nie zastanawiali się, czy ja tu właśnie o nich nie piszę. Nie – to tylko teoria, która ma za zadanie zilustrować zasadę indywidualności i ogromnego zróżnicowania pomiędzy ludźmi. Dotykamy tej zasady w praktyce każdego dnia w wielu miejscach. Nie zawsze wystarcza nam tolerancji wobec tych, którzy myślą i działają „inaczej”. Być może uświadomienie sobie, że wszystko ma sens, pomoże łagodniej spojrzeć na pozornie skomplikowane sytuacje. Tylko „pozornie”, bo wszystko jest w harmonii.

A oto przykład z życia wzięty. Kiedyś jedna z moich koleżanek zaoferowała, że będzie organizowała dla mnie szkolenia. Organizacja, jak wiadomo, polega nie tyle na przygotowaniu sali, ile na reklamie i zebraniu grupy uczestników chętnych do udziału w warsztatach. Kiedy podjęłam z nią współpracę, natychmiast ktoś mi bardzo bliski kto ma wgląd w energię, powiedział: „Chcesz z nią współpracować? Bez sensu, przecież ona zupełnie z tobą nie rezonuje”. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam: „Zobaczymy”. Czasem udaje mi się uzdrawiać (zmieniać energetykę) ludzi samą swoją obecnością.

Niestety nic z tego nie wyszło. Koleżanka po jakimś czasie zaczęła organizować zajęcia, ale dla innych, nie dla mnie. Zainspirowałam ją, ale rzeczywiście nie rezonowałam na tyle, aby współpraca nam się ułożyła. Towarzysko można spotkać się i pogadać z każdym, ale nie z każdym można podejmować energetyczne działania takie, jak organizacja kursu. I najważniejsze w tym wszystkim jest to, że organizator przyciąga określony typ ludzi – zbliżony do siebie, powinien więc być na tym samym poziomie co prowadzący. I najczęściej tak jest, wtedy system działa dobrze. Kiedy patrzyłam na zdjęcia ze szkoleń organizowanych przez tamtą koleżankę i na ludzi, którzy brali w nich udział, widziałam wyraźnie, że te osoby nigdy by do mnie nie przyszły. Nadawały bowiem na zupełnie innej fali.

Prosperita czy Reiki i inne duchowe tematy, które są mi bliskie, wymagają od uczestników wewnętrznej gotowości. Oznacza to, że mi nawet nie wolno namawiać i zapraszać bezpośrednio na swoje zajęcia. Jedyne, co mogę, to zrobić ogłoszenie i wystawić w widocznym miejscu, np. na facebooku. Kto jest gotowy – trafi. Działa to, jak niepopularna zasada: „siedź cicho – znajdą cię”. Niestety nie można inaczej. Wiem o tym od … zawsze. Od czasów, kiedy dwadzieścia kilka lat temu to ja byłam organizatorem dla pewnej cudownej duchowej nauczycielki. Nie dla mnie zatem tak modne teraz wszechobecne reklamy i wyskakujące ciągle okna „Kup teraz!”.

Działa tutaj zasada harmonii energetycznej. Teoretycznie można na kogoś znajomego wywrzeć presję i skłonić do przyjścia na kurs. Natomiast efektów nie będzie, a odczucia mogą być nieciekawe, kiedy wda się mocne oczyszczanie u kogoś, kto nie powinien w tym miejscu się pokazać. Wiedzą o tym na przykład wszyscy reikowcy – nie  wolno namawiać do zabiegu. Chętny ma poprosić, czyli to właśnie osoba potrzebująca ma poczuć, że chce i bodaj jednym gestem typu „proszę, zrób mi zabieg” to okazać. To samo dotyczy szkoleń o wysokiej energii. Tu potencjalny uczestnik kursu ma samodzielnie dokonać wyboru. Nie może być namawiany.

Dlatego w moim nauczaniu i moich szkoleniach panuje zasada, że kiedy uczeń jest gotowy – znajduje mnie sam. Działa to bez pudła. Średnio raz dziennie dostaję list o treści mniej więcej: „Przeglądając internet trafiłam przypadkiem na pani stronę”… Cudowne! Tak właśnie działa harmonia energii. Kto ma trafić – trafi – wystarczy, że strona jest w sieci. Jest to też dla mnie bardzo komfortowe, że nie muszę jak akwizytor tłumaczyć, że dobre jest naprawdę dobre. Pozwalam ludziom  ocenić niezależnie i po swojemu to, co oferuję. Nie muszę też z nikim rywalizować, bo energia sama prowadzi.

Nie rywalizuję. Nie lubię tego. Nigdy też tego nie robiłam, bo jest to dla mnie sprzeczne z tym, co czuję. Uważam, że wszyscy jesteśmy jednością, więc rywalizacja z kimś jest kopaniem samego siebie po kostkach. Pisałam o tym wielokrotnie, że konkurowanie z kimś jest dla mnie totalną bzdurą, wyrastającą z niskiego poczucia wartości. Z nikim nie musze się mierzyć ani porównywać. Ja wiem, że jestem świetnym wykładowcą i wiem, że konkurencji nie mam. Bo są na świecie osoby, dla których zawsze będę najlepsza w tym, co robię i jest ich bardzo, bardzo dużo…

Ale dostrzegam różnice pomiędzy ludźmi. Jesteśmy Jednością Indywidualności. To ważne, żeby wiedzieć, że każdy jest jedyny i niepowtarzalny. Każdy ma też swój poziom wibracyjny, który może, ale nie musi być dopasowany do mnie. Zależnie od tego wybieramy sobie zatem ulubioną muzykę i ulubionego nauczyciela. Moje koleżanki po fachu mają zatem swoich zadowolonych uczniów, z którymi idealnie rezonują. Rywalizacja polega na tym, że próbowałabym ściągnąć do siebie osoby, które mnie nie zrozumieją i nie skorzystają z mojego przekazu. Po co? Dla pieniędzy? Nie jest to warte żadnych pieniędzy.

Jestem starą duszą, która nie po to podnosiła swoje wibracje przez wiele wcieleń, żeby teraz zbierać skrzętnie „kasę”. Jestem tu po to, by pomagać ludziom sublimować energię. To ten czas, kiedy wraz ze wznosząca się Ziemią wzrastamy wewnętrznie. To czas, kiedy nie możemy omijać harmonii wszechświata i jego zasad. A najważniejszą z tych zasad jest samostanowienie. Każdy ma prawo sam o sobie decydować. Jeśli manipuluję kimś, wywieram presję – wówczas naruszam tę zasadę. Dlatego pokazuję, proponuję i zapraszam, ale bez nacisku. Kto jest gotowy na łyk silnej, dobrej energii, trafi do mnie bez problemu. Doświadczam tego od lat.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Dostrzeganie

Obserwuję ciekawe zjawisko, polegające na tym, że nie widzimy rzeczy, które nie są dla nas wygodne lub nie potwierdzają naszych przekonań. Oznacza to, że te wszystkie wzorce, które wpływają na kreowanie naszej rzeczywistości mają swoje własne mechanizmy obronne. Nie dosyć, że bywają mocno zakorzenione, to jeszcze zniekształcają skutecznie nasz obraz świata. To może utrudniać rozwój, ponieważ nie pozwala dostrzegać tego, co wymaga uzdrowienia.

Ale to przede wszystkim tłumaczy, dlaczego tak wiele osób pozostaje całkowicie głuchych na pozytywne myślenie i ślepych na ścieżki tak dobrze potwierdzone przez innych. Każdy z nas styka się z ludźmi, którzy nie są szczęśliwi i pozornie szukają pomocy, jednak w praktyce nie chcą nic zmieniać, bo nie widzą w tym sensu. Nie mogą go zobaczyć, nie mogą uwierzyć, ponieważ to zburzyłoby ten podstawowy mocno zakodowany w podświadomości wzorzec.

Wiele lat temu miałam znajomego, który całkiem dobrze zarabiał, ale generalnie był nieszczęśliwy. Nie umiał znaleźć radości ani w swoim związku, ani w rodzinie, ani nawet w swojej pracy. Przydreptał kiedyś do mnie na zajęcia z Prosperity i zafascynowany moją energią na krótki czas zakochał się w pozytywnym myśleniu i tym wszystkim, czego uczę. Trudno powiedzieć, ile to trwało… Dwa lata? Może trzy? Po pewnym czasie wrócił w stare koleiny i zaczął ze mną ostrą polemikę, próbując mi udowodnić, że to, czego uczę, nie działa. Koronnym argumentem był fakt, że jako prezes wielkiej firmy zarabiał kilkanaście razy więcej niż ja. Sama polemika nawet mnie bawiła, ponieważ inspirowała moją inteligencję do poszukiwania odpowiedzi. Natomiast tego jednego argumentu odbić nie umiałam, chociaż doskonale wiedziałam, że racja jest po mojej stronie. Ja byłam szczęśliwa, choć z jego perspektywy biedna – on cierpiał, za to był bardzo zamożny i mógł sobie pozwolić na wszystko.

Myślę, że każdy z nas zna bogatych ludzi, którzy wcale nie są szczęśliwi. Ilość posiadanych dóbr nie świadczy o wysokim poziomie świadomości prosperującej, a moc wewnętrzna nie przekłada się na materialne bogactwo, jak chcą wierzyć niektórzy. Cierpliwie powtarzam na wszystkich szkoleniach, że uczę przede wszystkim bycia szczęśliwym, a w tym temacie zawiera się także dostatek, rozumiany jako bycie wolnym od braku. Dlatego uczę, jak pracować z energią pieniędzy, aby mieć to, czego pragniemy. Aby nie mieć długów czy nie cierpieć głodu – bo z takimi doświadczeniami o szczęściu nie może być mowy.

Podkreślam tu wyraźnie różnicę pomiędzy wolnością od braku, a byciem krezusem. To dwie zupełnie różne jakości. Świadomość prosperująca nie gromadzi i nie upycha po skarpetach. Posiada i obraca pieniędzmi, aby były one w ruchu. Czasem doświadcza luksusu, ale skupia się także na wszystkich pozostałych wartościach – przede wszystkim na miłości i twórczości. Wśród moich uczniów są osoby zamożne, które mają piękne domy czy samochody i beztrosko realizują marzenia. Są też ludzie, który żyją nieco skromniej, ale niczego im nie brakuje. Wszystko zależy od indywidualnego programu duszy i naszych osobistych lekcji.

Moim zdaniem prawdziwe rozumienie życia i prawdziwa świadomość polega na tym, że odsłaniamy wszystkie okna duszy. Nie tylko to jedno związane z pieniędzmi, ale także to, za którym jest miłość. I to, za którym jest spełnienie twórcze. I to, za którym są dobre relacje z innymi. I wszystkie pozostałe. Mój znajomy odsłonił tylko jedno, pieniężne i powiedział: nic nie muszę zmieniać w sobie, wszystko jest OK. Po czym rozpaczliwie zaglądał na różne szkolenia i warsztaty, gdzie – jak łatwo się domyślić – nikt mu nie pomógł.

I nie dlatego, że w tym czasie akurat Prosperita była dla niego najlepszą i najbardziej skuteczną szkołą życia. Ale dlatego, że zaliczał różne kursy, żeby coś komuś udowodnić, a nic z nich nie wynosił. Nie pozwalał sobie dostrzec tego, co dla niego ważne. Mój znajomy mocno trzymał się swoich przekonań, próbując mi wmówić, że to ja powinnam od niego pobierać lekcje, to stanę się bogatsza. Nigdy mnie to nie śmieszyło, bo ufam sobie i swojej wiedzy. Było mi przykro, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc, ale to był jego suwerenny wybór.

Z pewnością każdy, kto zna Prosperitę, wie, jaki będzie koniec tej opowieści. Nie rozczaruję Was. Mój znajomy nagle zbiedniał. Musiał sprzedać drogi samochód i zrezygnować z luksusów. Doszły mu także inne rodzinne tragedie i cała masa kłopotów. Zrealizowało się to wszystko, co pieczołowicie tworzył negatywnym nastawieniem do świata i ludzi. Nie pozwoliłam sobie na satysfakcję i nie powiedziałam mu: należało mnie słuchać i ufać mojej wiedzy i mojemu doświadczeniu. Przeraża mnie nieuchronność działania kosmicznych praw, a ludzkie cierpienie nie sprawia mi satysfakcji nawet wtedy, kiedy cierpią ci, którzy wyśmiewali mnie i to, czego uczę.

Często spotykam ludzi, którzy zapewniają mnie o swoim wysokim poczuciu wartości, chociaż ich wygląd zewnętrzny aż krzyczy, że jest zupełnie inaczej. Słucham naciąganych argumentów, w które moi klienci naprawdę wierzą. A skoro wierzą, to jest to ich przekonanie i to najpierw ono powinno być uzdrowione i zamienione na zaufanie do terapeuty. Jak dać narzędzia do pracy nad sobą komuś, kto nie widzi potrzeby tej pracy? Kto szuka przyczyn zupełnie nie tam, gdzie powinien? Jak pomóc komuś, kto nie dostrzega swojego problemu? Taki człowiek jest jak alkoholik, który powtarza wszystkim: przecież ja nie jestem wcale uzależniony, mogę nie pić, tylko nie chcę.

Widzę też wyraźnie, że w takim momencie to podświadomość człowieka rozpaczliwie broni się przed zmianą tkwiących w niej przekonań. Wykorzystuje do tego zewnętrzne zjawiska, które nie mają nic wspólnego ze szczęściem. Są tylko iluzją, która nie pozwala nam dostrzegać tego, co naprawdę domaga się uzdrowienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Odczuwanie

Często zachęcam do ufania sobie i słuchania samego siebie. Nazywamy to intuicją. Jeśli umiemy mądrze z nią pracować, to rozwija się. Świadoma praca z czakrą serca, oczyszczanie tej czakry, harmonizowanie, bycie często w przepływie i miłości bezwarunkowej powoduje, że  pojawia się wgląd – poznanie tego, co zakryte dla oczu przeciętnego człowieka.  Oczywiście mamy w sobie rozmaite predyspozycje i niektórzy widzą więcej, inni słyszą, a jeszcze inni czują. To bardzo indywidualne. Tak czy owak czasem jako dar od urodzenia, a czasem jako efekt pracy nad sobą pojawia się jasnowidzenie, jasnosłyszenie lub jasnoodczuwanie. To pierwsze mocno wiąże się z czakrą Trzeciego Oka, to ostatnie – właśnie z czakrą serca.

To fascynujące zjawisko istnieje i wiemy o tym dobrze, ponieważ wielu z nas ma większy wgląd niż przeciętny człowiek.  Chcę tylko bardzo wyraźnie podkreślić, że nie każdy kto mówi, że widzi albo czuje, „widzi lub czuje naprawdę”. Przez wiele lat pracowałam  z czakrą serca i z Archaniołami, aby nauczyć się odróżniać ziarno od plew. Od kilkunastu lat odczuwam energie innych ludzi i dzięki temu wiem, kto na jakim poziomie pracuje. Każdy jest we właściwym dla siebie czasie i miejscu – to oczywiste. Ale na nauczycieli wybieram sobie ludzi o energii duchowej wyższej od mojej. W innym wypadku przecież nie skorzystam.

Problem pojawia się wtedy, kiedy komuś się tylko wydaje, że wie i czuje, bo zrobił dwie medytacje, zaszumiały mu skrzydła (lub bąbelki wody sodowej) i już nikogo nie słucha, leci na oślep, bo przecież wie wszystko najlepiej. Jestem ezoterykiem od ponad 25 lat, mam mnóstwo doświadczenia i własne wypracowane metody, a nadal weryfikuję swoje odczucia z innymi wrażliwymi osobami. Nie rozumiem, jak można ryzykować własną energetyką i zdrowiem, byle tylko nie spytać nikogo o zdanie. Zachęcam wszystkich do bardzo wnikliwego przyglądania się ludziom i ich energii, a przede wszystkim do odważnego pytania tych bardziej doświadczonych, o dobrze rozwiniętej intuicji. Co oznacza słowo „dobrze”, niech pokaże przykład z życia.

Pewna moja klientka, która w świecie ezoterycznym jest  „świeżynką”, bo zajmuje się takimi tematami trochę ponad rok, zaprzyjaźniła się z człowiekiem o niskiej energii. Z takim „pseudoduchowym” nauczycielem, który głośno krzyczy o swojej wyjątkowości, ale bawi się negatywnymi rzeczami. Próbowałam tę osobę uprzedzić w sposób bardzo delikatny, by nikogo nie oceniać, mówiąc:

– Uważaj proszę na ludzi, których nie znasz dobrze. Poznałaś tego pana dwa miesiące temu. Co o nim wiesz?

– Och, nic nie wiem, ale czuję go dobrze, dobrze go odbieram…

I czym prędzej pobiegła na kolejne szkolenie energetyczne, oddając się w ręce kogoś, kogo obchodziłabym szerokim łukiem. Jej suwerenny wybór. Dawno temu przerobiłam temat dawania ludziom prawa do własnych decyzji i nie ponawiałam rozmów o tym z ową klientką.

Ale opowiedziałam o zjawisku takiej bezmyślności mojej jasnowidzącej przyjaciółce, a ona sama z siebie nie proszona, skupiła się przez chwilę i powiedziała mi: „Masz rację, ten człowiek jest niebezpieczny”. Dwa dni później temat ponownie wypłynął w rozmowie z inną osobą, którą bardzo szanuję i podziwiam za jej wgląd i umiejętności pracy z energiami.  I ponownie usłyszałam: „Ja znam tego pana… Strasznie się zmienił, odszedł od Światła na ciemną stronę Mocy”. Była jeszcze trzecia weryfikacja z kolejną wrażliwą i mądrą osobą i także potwierdziła to, co czuję. Piszę o tym tylko po to, aby zatrzymać ewentualne stwierdzenie, że nie mam monopolu na odczuwanie energii i moja klientka mogła mieć rację. Monopolu nie mam – dlatego weryfikuję swoje odczucia u innych. Nie ośmieliłabym się nikogo osądzić tylko dlatego, że mnie od tej osoby odrzuca. Pomimo tego, że mam ogromne zaufanie do swojego odbioru, ponieważ najczęściej mnie nie zawodzi. Uważam, że moja klientka także powinna sprawdzić u innych, czy ten „cudowny” nauczyciel rzeczywiście jest taki cudowny, jak próbuje pokazać. I piszę o tym właśnie po to, żebyście nie popełniali takich głupstw jak ona. Warto chronić siebie i swoją energię. Jeśli ktoś Wam mówi: „uważaj”, to dla własnego dobra zapytajcie drugą i trzecią osobę, co o takim nauczycielu myśli i jak go odbiera. Takie “uważaj” nie bierze się znikąd…

I krótka podpowiedź – skąd taka bezmyślność u mojej klientki? Z niskiego poczucia wartości. Z potrzeby rywalizacji i udowodnienia komuś, że jest lepsza, a co najmniej tak samo zdolna. Bardzo jej się spieszyło, żeby zaliczyć kolejny kurs i powiesić sobie na ścianie kolejny dyplom. Moje ostrzeżenia i prośby w stylu: „Nie ryzykuj. Najpierw sprawdź” odsunęłyby w czasie wbicie w ścianę kolejnego gwoździa na dyplom… Nie do przyjęcia! A na dodatek – chociaż to już mój bardzo subiektywny odbiór – gdyby poszła gdziekolwiek zweryfikować owego pana, ryzykowałaby przyznaniem mi racji. A tak pozostała w opcji: „ja świetnie czuję, lepiej od ciebie, bo ja wszystko wiem najlepiej”. Z serca radzę wszystkim podnosić maksymalnie poczucie wartości, aby dla własnego dobra umieć z pokorą przyjąć czyjeś życzliwe ostrzeżenie.

W ten sposób wracam do podstawowych tematów – do kwestii wysokiej samooceny oraz do umiejętności wybaczania innym. To niezbędne, aby mieć wgląd i widzieć więcej. Odbieram ludzi nie poprzez nieuzasadnione wizje, ale poprzez serce. Czuję. Jedna z moich duchowych nauczycielek nazywała to czuciowiedzą. Jeśli ktoś nie kocha siebie, jeśli ma mnóstwo żalu do siebie i innych, to jego czakra serca jest “zablokowana” i nie pozwala na odczuwanie energii innej osoby. Jeśli ktoś robi świństwa innym, to wpada w poczucie winyi znowu blokuje serce. Czysta czakra serca przejawia się bezwarunkową miłością do siebie i świata. Taki człowiek nie krzywdzi nikogo i z nikim nie rywalizuje. Tylko wtedy może powiedzieć, że naprawdę czuje. To, co czuła moja klientka, to tylko sympatia – to, co umie odczuwać każdy człowiek na świecie – na poziomie umysłu jedni się nam podobają inni nie. A jasnoodczuwanie jest postrzeganiem na poziomie energii i nie ma nic wspólnego z naszymi sympatiami czy zewnętrznym wyglądem.

Są też osoby, które bez wątpienia widzą więcej niż inni, ale nie umieją tego właściwie zinterpretować albo nie mają minimalnych umiejętności pomocy psychologicznej, a przez to bardziej szkodzą niż pomagają. Uważajcie na takich jasnowidzów – wizyta u nich to strata czasu i pieniędzy. I znowu jako ilustracja konkretny przykład. Pewna pani – dajmy jej na imię Zosia – poszła do jasnowidzącej osoby po pomoc w kwestiach finansowych. Jasnowidząca odkryła u Zosi taki wzorzec z dzieciństwa, że jako dziewczynka marzyła o zjedzeniu czekolady, a jej rodziny nigdy nie było na to stać. Zosia chciała bardzo czekoladę i stale słyszała: “nie możesz jej mieć”! Wróżka oczyściła Zosię z tego wzorca. I wszystko byłoby super, gdyby po tym procesie gorliwa Zosia nie zakomunikowała:

– Och, to teraz idę do sklepu i kupuję najlepszą i największą czekoladę.

Moim zdaniem doskonały pomysł, jako wprowadzenie i utrwalenie nowego wzorca w oczyszczonej przestrzeni. Wie o tym każdy, kto pracuje z prosperitą i prawem przyciągania. Tymczasem jasnowidzka oburzyła się:

– Jaką czekoladę? Masz długi, to idź je spłacaj, nie możesz teraz wydawać na czekoladę!

Takie zachowanie nie wymaga komentarza. Każdy wie, że w ten sposób niekompetentna wróżka spaprała wszystko, co wcześniej zrobiła. Pokazuje to, że nie wystarczy widzieć więcej i umieć oczyszczać aurę. Trzeba mieć podstawy pracy z klientem, z pozytywnym myśleniem, z wzorcami, czyli generalnie trzeba znać prosperitę.

Pisząc te słowa, zapewniam jednocześnie, że znam bardzo dobre i mądre osoby, które umieją pomóc, umieją oczyścić i umieją pozytywnie nas zaprogramować tak, żebyśmy przyciągali szczęście. Ten artykuł nie potępia zjawiska jasnowidzenia ani takich usług, tylko ma uwrażliwić Was na ogromną ilość nadużyć w sferze, która jest nieweryfikowalna.Receptą na to jest poczta pantoflowa – słuchanie innych, którzy mają większe doświadczenie i sprawdzanie u znajomych, kto jest najlepszy. Moim klientom polecam jasnowidzów czy tarocistów, czy też specjalistów od metod kwantowych, bazując na opiniach osób, którym ufam. Sama rzadko korzystam z takich usług, nie zawsze mam więc swoje doświadczenie, ale zawsze znam kogoś, kto korzystał. I każdy z Was ma koło siebie co najmniej jednego przyjaciela, który od lat interesuje się ezoteryką i może Wam kogoś polecić.

Wierzymy „jasnowidzom” wtedy, kiedy sprawdza się to, co przewidzieli i do głowy nam nie przychodzi, że nas po prostu zaprogramowali na przyciąganie określonych wydarzeń. Nie ukrywam – często to programowanie jest nieświadome, bo gdyby taka wróżka wiedziała, co naprawdę potrafi, opowiadałaby same pozytywne historie. Ludzie są w większości dobrzy i chcą dobra, a że czasem ze smutkiem kiwają głową i opowiadają tragiczne historie, to tylko brak wiedzy o prospericie.

Jak wiemy wszyscy, naszą rzeczywistość kreujemy sami. Kształtują ją nasze przekonania. Jeśli ufamy wróżce, to ona buduje nasze poglądy tym, co nam mówi. Idziemy do takiej osoby po radę i najczęściej spijamy z jej ust wszystkie słowa, wierząc w to, co słyszymy. Potem nasza podświadomość z wielu możliwych dróg wybiera dokładnie to, co odzwierciedla zbudowane przekonanie. Takie są zasady wszechświata.

Ja sama jestem bardzo ostrożna w przewidywaniu przyszłości, ponieważ uważam, że przyszłość jest w ruchu. Jako certyfikowany astrolog musiałam nauczyć się technik predykcyjnych – egzaminy zdałam na piątkę. Umiem prognozować i przez parę lat po ukończeniu nauki astrologii praktykowałam, sprawdzając swoją wiedzę na wydarzeniach w życiu. Metody działają, ale magia wszechświata zostawia nam też ogromne pole wyboru realizacji karmicznych zadań. Istnieje też Prawo Łaski i wiele innych czynników, które powodują, że w każdym momencie istnienia człowiek może dokonać innego wyboru. Nasze życie wcale nie jest zdeterminowane, jak chcą niektórzy. Natomiast staje się takim, kiedy chodząc do „jasnowidzów”, realizujemy ich przepowiednie.

Tak, umiem prognozować i nigdy tego nie robię. Cokolwiek zobaczę, może to budować w mojej podświadomości niekorzystny wzorzec. Wolę świadomie kształtować swoją przyszłość w oparciu o posiadaną wiedzę o mocy własnego umysłu. I tego właśnie uczę innych. A ewentualnych nauczycieli weryfikuję sercem, a nie zaniżonym poczuciem wartości czy potrzebą powieszenia kolejnego dyplomu. Prawdę mówiąc u mnie nie wiszą żadne dyplomy. Ani jeden… Nie są mi potrzebne. Wiem, że w tym co robię, jestem doskonała.

Bogusława M. Andrzejewska