Odczuwanie

Często zachęcam do ufania sobie i słuchania samego siebie. Nazywamy to intuicją. Jeśli umiemy mądrze z nią pracować, to rozwija się. Świadoma praca z czakrą serca, oczyszczanie tej czakry, harmonizowanie, bycie często w przepływie i miłości bezwarunkowej powoduje, że  pojawia się wgląd – poznanie tego, co zakryte dla oczu przeciętnego człowieka.  Oczywiście mamy w sobie rozmaite predyspozycje i niektórzy widzą więcej, inni słyszą, a jeszcze inni czują. To bardzo indywidualne. Tak czy owak czasem jako dar od urodzenia, a czasem jako efekt pracy nad sobą pojawia się jasnowidzenie, jasnosłyszenie lub jasnoodczuwanie. To pierwsze mocno wiąże się z czakrą Trzeciego Oka, to ostatnie – właśnie z czakrą serca.

To fascynujące zjawisko istnieje i wiemy o tym dobrze, ponieważ wielu z nas ma większy wgląd niż przeciętny człowiek.  Chcę tylko bardzo wyraźnie podkreślić, że nie każdy kto mówi, że widzi albo czuje, „widzi lub czuje naprawdę”. Przez wiele lat pracowałam  z czakrą serca i z Archaniołami, aby nauczyć się odróżniać ziarno od plew. Od kilkunastu lat odczuwam energie innych ludzi i dzięki temu wiem, kto na jakim poziomie pracuje. Każdy jest we właściwym dla siebie czasie i miejscu – to oczywiste. Ale na nauczycieli wybieram sobie ludzi o energii duchowej wyższej od mojej. W innym wypadku przecież nie skorzystam.

Problem pojawia się wtedy, kiedy komuś się tylko wydaje, że wie i czuje, bo zrobił dwie medytacje, zaszumiały mu skrzydła (lub bąbelki wody sodowej) i już nikogo nie słucha, leci na oślep, bo przecież wie wszystko najlepiej. Jestem ezoterykiem od ponad 25 lat, mam mnóstwo doświadczenia i własne wypracowane metody, a nadal weryfikuję swoje odczucia z innymi wrażliwymi osobami. Nie rozumiem, jak można ryzykować własną energetyką i zdrowiem, byle tylko nie spytać nikogo o zdanie. Zachęcam wszystkich do bardzo wnikliwego przyglądania się ludziom i ich energii, a przede wszystkim do odważnego pytania tych bardziej doświadczonych, o dobrze rozwiniętej intuicji. Co oznacza słowo „dobrze”, niech pokaże przykład z życia.

Pewna moja klientka, która w świecie ezoterycznym jest  „świeżynką”, bo zajmuje się takimi tematami trochę ponad rok, zaprzyjaźniła się z człowiekiem o niskiej energii. Z takim „pseudoduchowym” nauczycielem, który głośno krzyczy o swojej wyjątkowości, ale bawi się negatywnymi rzeczami. Próbowałam tę osobę uprzedzić w sposób bardzo delikatny, by nikogo nie oceniać, mówiąc:

– Uważaj proszę na ludzi, których nie znasz dobrze. Poznałaś tego pana dwa miesiące temu. Co o nim wiesz?

– Och, nic nie wiem, ale czuję go dobrze, dobrze go odbieram…

I czym prędzej pobiegła na kolejne szkolenie energetyczne, oddając się w ręce kogoś, kogo obchodziłabym szerokim łukiem. Jej suwerenny wybór. Dawno temu przerobiłam temat dawania ludziom prawa do własnych decyzji i nie ponawiałam rozmów o tym z ową klientką.

Ale opowiedziałam o zjawisku takiej bezmyślności mojej jasnowidzącej przyjaciółce, a ona sama z siebie nie proszona, skupiła się przez chwilę i powiedziała mi: „Masz rację, ten człowiek jest niebezpieczny”. Dwa dni później temat ponownie wypłynął w rozmowie z inną osobą, którą bardzo szanuję i podziwiam za jej wgląd i umiejętności pracy z energiami.  I ponownie usłyszałam: „Ja znam tego pana… Strasznie się zmienił, odszedł od Światła na ciemną stronę Mocy”. Była jeszcze trzecia weryfikacja z kolejną wrażliwą i mądrą osobą i także potwierdziła to, co czuję. Piszę o tym tylko po to, aby zatrzymać ewentualne stwierdzenie, że nie mam monopolu na odczuwanie energii i moja klientka mogła mieć rację. Monopolu nie mam – dlatego weryfikuję swoje odczucia u innych. Nie ośmieliłabym się nikogo osądzić tylko dlatego, że mnie od tej osoby odrzuca. Pomimo tego, że mam ogromne zaufanie do swojego odbioru, ponieważ najczęściej mnie nie zawodzi. Uważam, że moja klientka także powinna sprawdzić u innych, czy ten „cudowny” nauczyciel rzeczywiście jest taki cudowny, jak próbuje pokazać. I piszę o tym właśnie po to, żebyście nie popełniali takich głupstw jak ona. Warto chronić siebie i swoją energię. Jeśli ktoś Wam mówi: „uważaj”, to dla własnego dobra zapytajcie drugą i trzecią osobę, co o takim nauczycielu myśli i jak go odbiera. Takie “uważaj” nie bierze się znikąd…

I krótka podpowiedź – skąd taka bezmyślność u mojej klientki? Z niskiego poczucia wartości. Z potrzeby rywalizacji i udowodnienia komuś, że jest lepsza, a co najmniej tak samo zdolna. Bardzo jej się spieszyło, żeby zaliczyć kolejny kurs i powiesić sobie na ścianie kolejny dyplom. Moje ostrzeżenia i prośby w stylu: „Nie ryzykuj. Najpierw sprawdź” odsunęłyby w czasie wbicie w ścianę kolejnego gwoździa na dyplom… Nie do przyjęcia! A na dodatek – chociaż to już mój bardzo subiektywny odbiór – gdyby poszła gdziekolwiek zweryfikować owego pana, ryzykowałaby przyznaniem mi racji. A tak pozostała w opcji: „ja świetnie czuję, lepiej od ciebie, bo ja wszystko wiem najlepiej”. Z serca radzę wszystkim podnosić maksymalnie poczucie wartości, aby dla własnego dobra umieć z pokorą przyjąć czyjeś życzliwe ostrzeżenie.

W ten sposób wracam do podstawowych tematów – do kwestii wysokiej samooceny oraz do umiejętności wybaczania innym. To niezbędne, aby mieć wgląd i widzieć więcej. Odbieram ludzi nie poprzez nieuzasadnione wizje, ale poprzez serce. Czuję. Jedna z moich duchowych nauczycielek nazywała to czuciowiedzą. Jeśli ktoś nie kocha siebie, jeśli ma mnóstwo żalu do siebie i innych, to jego czakra serca jest “zablokowana” i nie pozwala na odczuwanie energii innej osoby. Jeśli ktoś robi świństwa innym, to wpada w poczucie winyi znowu blokuje serce. Czysta czakra serca przejawia się bezwarunkową miłością do siebie i świata. Taki człowiek nie krzywdzi nikogo i z nikim nie rywalizuje. Tylko wtedy może powiedzieć, że naprawdę czuje. To, co czuła moja klientka, to tylko sympatia – to, co umie odczuwać każdy człowiek na świecie – na poziomie umysłu jedni się nam podobają inni nie. A jasnoodczuwanie jest postrzeganiem na poziomie energii i nie ma nic wspólnego z naszymi sympatiami czy zewnętrznym wyglądem.

Są też osoby, które bez wątpienia widzą więcej niż inni, ale nie umieją tego właściwie zinterpretować albo nie mają minimalnych umiejętności pomocy psychologicznej, a przez to bardziej szkodzą niż pomagają. Uważajcie na takich jasnowidzów – wizyta u nich to strata czasu i pieniędzy. I znowu jako ilustracja konkretny przykład. Pewna pani – dajmy jej na imię Zosia – poszła do jasnowidzącej osoby po pomoc w kwestiach finansowych. Jasnowidząca odkryła u Zosi taki wzorzec z dzieciństwa, że jako dziewczynka marzyła o zjedzeniu czekolady, a jej rodziny nigdy nie było na to stać. Zosia chciała bardzo czekoladę i stale słyszała: “nie możesz jej mieć”! Wróżka oczyściła Zosię z tego wzorca. I wszystko byłoby super, gdyby po tym procesie gorliwa Zosia nie zakomunikowała:

– Och, to teraz idę do sklepu i kupuję najlepszą i największą czekoladę.

Moim zdaniem doskonały pomysł, jako wprowadzenie i utrwalenie nowego wzorca w oczyszczonej przestrzeni. Wie o tym każdy, kto pracuje z prosperitą i prawem przyciągania. Tymczasem jasnowidzka oburzyła się:

– Jaką czekoladę? Masz długi, to idź je spłacaj, nie możesz teraz wydawać na czekoladę!

Takie zachowanie nie wymaga komentarza. Każdy wie, że w ten sposób niekompetentna wróżka spaprała wszystko, co wcześniej zrobiła. Pokazuje to, że nie wystarczy widzieć więcej i umieć oczyszczać aurę. Trzeba mieć podstawy pracy z klientem, z pozytywnym myśleniem, z wzorcami, czyli generalnie trzeba znać prosperitę.

Pisząc te słowa, zapewniam jednocześnie, że znam bardzo dobre i mądre osoby, które umieją pomóc, umieją oczyścić i umieją pozytywnie nas zaprogramować tak, żebyśmy przyciągali szczęście. Ten artykuł nie potępia zjawiska jasnowidzenia ani takich usług, tylko ma uwrażliwić Was na ogromną ilość nadużyć w sferze, która jest nieweryfikowalna.Receptą na to jest poczta pantoflowa – słuchanie innych, którzy mają większe doświadczenie i sprawdzanie u znajomych, kto jest najlepszy. Moim klientom polecam jasnowidzów czy tarocistów, czy też specjalistów od metod kwantowych, bazując na opiniach osób, którym ufam. Sama rzadko korzystam z takich usług, nie zawsze mam więc swoje doświadczenie, ale zawsze znam kogoś, kto korzystał. I każdy z Was ma koło siebie co najmniej jednego przyjaciela, który od lat interesuje się ezoteryką i może Wam kogoś polecić.

Wierzymy „jasnowidzom” wtedy, kiedy sprawdza się to, co przewidzieli i do głowy nam nie przychodzi, że nas po prostu zaprogramowali na przyciąganie określonych wydarzeń. Nie ukrywam – często to programowanie jest nieświadome, bo gdyby taka wróżka wiedziała, co naprawdę potrafi, opowiadałaby same pozytywne historie. Ludzie są w większości dobrzy i chcą dobra, a że czasem ze smutkiem kiwają głową i opowiadają tragiczne historie, to tylko brak wiedzy o prospericie.

Jak wiemy wszyscy, naszą rzeczywistość kreujemy sami. Kształtują ją nasze przekonania. Jeśli ufamy wróżce, to ona buduje nasze poglądy tym, co nam mówi. Idziemy do takiej osoby po radę i najczęściej spijamy z jej ust wszystkie słowa, wierząc w to, co słyszymy. Potem nasza podświadomość z wielu możliwych dróg wybiera dokładnie to, co odzwierciedla zbudowane przekonanie. Takie są zasady wszechświata.

Ja sama jestem bardzo ostrożna w przewidywaniu przyszłości, ponieważ uważam, że przyszłość jest w ruchu. Jako certyfikowany astrolog musiałam nauczyć się technik predykcyjnych – egzaminy zdałam na piątkę. Umiem prognozować i przez parę lat po ukończeniu nauki astrologii praktykowałam, sprawdzając swoją wiedzę na wydarzeniach w życiu. Metody działają, ale magia wszechświata zostawia nam też ogromne pole wyboru realizacji karmicznych zadań. Istnieje też Prawo Łaski i wiele innych czynników, które powodują, że w każdym momencie istnienia człowiek może dokonać innego wyboru. Nasze życie wcale nie jest zdeterminowane, jak chcą niektórzy. Natomiast staje się takim, kiedy chodząc do „jasnowidzów”, realizujemy ich przepowiednie.

Tak, umiem prognozować i nigdy tego nie robię. Cokolwiek zobaczę, może to budować w mojej podświadomości niekorzystny wzorzec. Wolę świadomie kształtować swoją przyszłość w oparciu o posiadaną wiedzę o mocy własnego umysłu. I tego właśnie uczę innych. A ewentualnych nauczycieli weryfikuję sercem, a nie zaniżonym poczuciem wartości czy potrzebą powieszenia kolejnego dyplomu. Prawdę mówiąc u mnie nie wiszą żadne dyplomy. Ani jeden… Nie są mi potrzebne. Wiem, że w tym co robię, jestem doskonała.

Bogusława M. Andrzejewska

Bezpiecznie

Ten artykuł powtórzy wiele z tego, o czym już pisałam. Jednak jest taka potrzeba, ponieważ pewne tematy i pytania stale wracają.  Być może niektórym osobom trudno uwierzyć, że Reiki jest cudowną i bezpieczną energią, bo przyzwyczaili się do dualistycznego pojmowania świata i uważają, że wszędzie i we wszystkim musi być coś szkodliwego. No cóż – moim zdaniem energia Reiki płynie z Najwyższego Źródła i jako taka nie może nikomu zaszkodzić ani w ogóle nieść w sobie niczego złego.

Z energią Reiki pracuję od 20 lat. Za jej największą zaletę uważam prostotę. Klarowność, która nie wymaga żadnej skomplikowanej wiedzy, prowadzi nas w sposób niesłychanie oczywisty. W żaden sposób nie można zrobić Reiki źle. Można przyłożyć dłonie niezgodnie z opisami pozycji, oczywiście. I co z tego? Inaczej położone ręce nie sprawią, ze Reiki zaszkodzi. Po prostu nie znajda się na punktach akupunkturowych. Pozycje dłoni w Reiki są starannie dopracowane pod kątem chińskiej medycyny i dopasowane do meridianów. Punkty akupunkturowe, to takie miejsca, w których energia szybciej dociera do celu. Jednak możemy zrobić Reiki jedynie miejscowo – na jakiejś części ciała, gdzie tych punktów nikt nie ustalił – i też sobie popłynie. Jakkolwiek położymy ręce, nic złego nie zrobimy.

Energia podąża za myślą. To podstawa pracy z Reiki. Jeśli zatem przykładam dłonie, wierzę, że Reiki przyniesie przyjmującemu zabieg tylko pozytywne efekty. Jeśli sama przyjmuję – otwieram się na dobro płynące w Reiki. Proste. A co się stanie, jeśli ktoś pomyśli sobie, że Reiki to coś złego i może mu zaszkodzić?  Taka myśl wytworzy blokadę, która może objawić się nawet bólem. Dlatego jedna z ważnych zasad, to pytanie o zgodę na zabieg. Dotyczy to również przekazywania energii na odległość, co jest możliwe po drugim stopniu.

Jeśli jednak jesteś „reikowcem” , czyli sam przekazujesz innym Reiki i korzystasz z jej dobrodziejstwa, to oznacza, że ufasz tej energii i nie wytworzysz w sobie takiej blokady. Zasadniczo spontanicznie otworzysz się na tę energię, jeśli tylko ktoś prześle ją w Twoim kierunku. Otworzysz się z korzyścią dla siebie. Inaczej być nie może. Reiki to Dobro, Miłość i Światło. Jeśli ktoś powiada, że razem z przesyłaną energią można wysłać Ci coś złego, jakieś byty czy inne rzeczy – to jest to bzdura. Reiki sama w sobie jest czysta, a gości na sobie nie wozi. To Reiki jest dla nas narzędziem, które wykorzystujemy do ochrony, a nawet do oczyszczania. Jaki miałoby to sens, gdyby Reiki „woziła” na sobie negatywne energetycznie byty.

Jednak pamiętaj, że energia idzie za myślą. Każda energia, także energia klątwy, słów, życzeń. Jeśli ktoś myśli o Tobie negatywnie i złorzeczy Tobie, a Ty otwierasz się na tę osobę i jej energie to niewykluczone, że dotknie Cię efekt takich wibracji. Ktoś, kto ma Reiki także powinien się zabezpieczać przed takim doświadczeniem, pamiętając jednocześnie, że to nie z Reiki płynie taka energia, lecz z życzeniami tamtej negatywnie myślącej osoby. Niestety wśród tych, którzy pracują z Reiki są też biedni ludzie, którzy noszą w sobie mnóstwo negatywnych emocji do całego świata. Otwieraj się zatem na Reiki, a nie na myśli i życzenia innych ludzi. Jak to zrobić? Myślą. Pomyśl o tym, czego pragniesz i na co wyrażasz zgodę.

Te same zasady dotyczą „oczyszczania”. Oczyszczamy się po każdym skoku energetycznym – nie tylko przy Reiki. Wystarczy pójść na kurs, na którym są osoby o wysokich wibracjach. Wystarczy porządnie pomedytować. Och, wystarczy pójść na imieniny i przez parę godzin siedzieć obok osoby o wysokich wibracjach…. I już proces oczyszczania ruszy, bo łyknęliśmy energię. Nie warto zatem bać się Reiki, bo… „oczyszcza”. Nie można tez przypisywać działaniu Reiki każdego spadku energetycznego i mówić, ze to efekt oczyszczania. To słowo moim zdaniem jest totalnie nadużywane.

Oczywiście ma sens, bo ten proces jest częścią naszego rozwoju, natomiast moim zdaniem nie jest przypisany tylko do Reiki. Nie można nim straszyć siebie i innych. Czego się boimy, to przyciągamy. A ja jestem żywym działaniem mocy słów. Mój nauczyciel Reiki nigdy mnie nie straszył energią, lecz zapewniał, ze Reiki będzie mnie wspierać i chronić. Nigdy się nie oczyszczałam po zabiegach w taki sposób, by można tym straszyć dzieci. Jeśli gorzej się czuję, to nie pytam, czy to oczyszczający efekt wcześniejszego reikowania, tylko od razu przykładam sobie dłonie i robię zabieg. Zawsze pomaga. Im bardziej się „oczyszczam”, tym więcej zabiegów robię i dzięki temu czuje się znacznie lepiej. Uciekanie przed Reiki, bo „będzie oczyszczanie”, jest jak uciekanie przed lekarzem, który ma w dłoni kojące lekarstwo.

Energia idzie za myślą. Jeśli wierzysz, że po zabiegu będziesz się „strasznie” oczyszczać, to tak będzie. Jeśli wierzysz, że po przekazie, będziesz połamany i do niczego – będziesz. Twój umysł ma potężną moc, a Reiki go zasila. Jednak to Ty decydujesz na co przeznaczysz energię. Proponuję w czasie zabiegu pomyśleć o tym, że będziesz zdrowy, szczęśliwy i bogaty. Zobaczysz, co się stanie…

Po inicjacji potrzebujemy umownych 21 dni, aby nasz organizm przyzwyczaił się do pracy z energią. To szczególny czas, w którym należy codziennie robić zabiegi sobie i innym, poznawać to, co „mówią” dłonie, oswajać się i doświadczać. Nie należy niczego się bać, lecz z ciekawością dziecka słuchać siebie, swojego ciała, swojego serca i wszechświata. Niektórzy mówią, że w czasie tych dni nie wolno robić zabiegów innym osobom, bo będąc w procesie oczyszczania „sypiemy na innych swoimi brudami”. Nic bardziej głupiego! Jak pisałam wyżej, oczyszczamy się przez całe życie. Oznacza to, że rzadko kiedy moglibyśmy innym osobom przykładać ręce. Reiki tak nie działa, nie przekazuje naszych „brudów” innym osobom.

To tylko my sami możemy to zrobić poprzez brak umiejętności zarządzania emocjami. Jednym z najczęściej spotykanych problemów przy oczyszczaniu jest rozdrażnienie. Ktoś, kto nad tym nie panuje, pokrzykuje i warczy na innych. Reiki łagodzi także te stany, więc im bardziej przykre oczyszczanie, tym więcej Reiki zalecam. Przykładanie rąk innym – zaraz po inicjacji – pomaga nauczyć się pracy z energią. Na innych osobach lepiej czujemy energię niż na sobie. To jasne. Powtórzę: nikomu nie zaszkodzimy – nie ma takiej opcji! Nigdy nikomu nie zaszkodzimy, robiąc Reiki.

W czasie tych 21 dni możemy jeść wszystko, na co mamy ochotę i apetyt. Oczywiście są książki, które podają specjalne diety na ten czas, ale najlepszą dietą jest słuchanie własnego ciała. Nie każdy po zainicjowaniu przejdzie od razu na wegetarianizm, a wegetarianin i tak ma swój jadłospis, którego powinien przestrzegać. Dajmy sobie prawo być po Reiki sobą tak samo, jak byliśmy sobą przed inicjacją. Jeśli z czegoś powinniśmy zrezygnować, energia nas od tego odrzuci.

Najważniejsze, to zaufać sobie i energii. Uwierzyć, że niesie w sobie tylko Dobro, że jest Światłem miłości, dzięki któremu, może w naszym życiu być już tylko lepiej i lepiej, i lepiej… Myśl kreuje rzeczywistość. Dbajmy o nasze właściwe myślenie, także przy Reiki.

Bogusława M. Andrzejewska

Wolność

Pojęcie wolności wydaje się oczywiste, a jednocześnie rzadko kiedy jest właściwie rozumiane. Cały świat próbuje walczyć o wolność, jakby zupełnie nie wiedział, że to absurdalne oczekiwanie. Kiedy mówimy o wyrwaniu się z pęt, chcemy tylko zmienić coś, co nam nie odpowiada lub czego nie rozumiemy. Jest to dążenie tego samego typu, jak chęć zaspokojenia głodu lub pragnienia. Nie można tu nic osiągnąć, dopóki nie zrozumiemy zasad, którymi kieruje się wszechświat.

Wszystko, czego pragniemy mamy w sobie. Podobnie jak miłość czy poczucie bogactwa, wolność jest jakością, którą trzeba odnaleźć we własnym wnętrzu. Nic nie jest poza nami. Człowiek, który ma poczucie wolności, nie straci go nawet zamknięty na dnie lochu. To jakość promieniująca z mocy serca, a nie jakiś pozorny i zewnętrzny stan. Czerpiemy ją z głębi duszy lub uczymy się krok po kroku uświadamiać sobie, że każdy z nas przychodzi na świat zarówno wolny, jak i niewinny.

Jeśli trudno to zrozumieć, spróbujmy spojrzeć na to z drugiej strony. Oto bogata kobieta, której niczego nie brakuje. Ma mnóstwo pieniędzy, za które może kupić nie tylko przedmioty, ale też wycieczkę do najbardziej odległego zakątka Ziemi. Ma też kochającego męża. Mimo tego powtarza ciągle, że czuje się zamknięta w złotej klatce. To poczucie nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek realnym ograniczeniem. Najczęściej jest efektem niespełnienia i podświadomego poszukiwania swojej pieśni duszy. Zatem nie jest to efekt rzeczywistego zamknięcia, lecz jedynie zagubienie i wewnętrzna dysharmonia, która wymaga uzdrowienia, a nie uwolnienia.

Kiedy rozwiniemy w sobie poczucie wolności, uświadamiając sobie własną moc i zdolność kierowania swoim losem, nigdy nie poczujemy się zamknięci. Niezależność będzie dla nas tak naturalna, jak oddychanie. Zgodnie z zasadą lustra, będziemy przyciągać do siebie sytuacje, które to potwierdzą. Dlatego też, bez względu na okoliczności, raczej nie będziemy doświadczać sytuacji, w której ktokolwiek nas spróbuje ograniczać fizycznie czy psychicznie. Będziemy zawsze sami decydować o sobie.

Każdy z nas został obdarzony wolną wolą, co oznacza, że sami decydujemy o swoim życiu. Zawsze. Nawet wtedy, kiedy pozornie ktoś inny nami zarządza. Każdą sytuację kreujemy sami swoimi myślami i poglądami. Dlatego zawsze jesteśmy niezależni, bo w każdym momencie życia tworzymy swój los. To największy dowód naszej wolności – nikt nigdy nie jest w stanie zabronić nam zmiany tego, co nam nie odpowiada na to, czego pragniemy.

W prospericie istnieje przekonanie, które mówi, że nikt nie może nas skrzywdzić, jeśli nie damy mu na to przyzwolenia. Oznacza to, że przyciągamy każdą krzywdę i każde trudne wydarzenie swoimi negatywnymi myślami i wzorcami – czasem rzecz jasna nieuświadomionymi. Ponadto podkreśla to naszą władzę nad emocjami. Poczucie krzywdy jest zestawem właśnie emocji oraz przekonań. To my je wybieramy. Możemy w każdej chwili sięgnąć po inne spojrzenie na sprawę i po spokój. Nie jest to wcale takie trudne.

Nie działamy w określony sposób dlatego, że musimy. Działamy nawykowo. Jeśli np. zawiedzie nas przyjaciel, to czujemy się skrzywdzeni i cierpimy, ponieważ przyjmujemy to jako coś złego. Zespół poglądów i nawyków mówi nam, że teraz mamy poczuć odrzucenie, stratę, zdradę… i sto innych negatywnych rzeczy. To jednak zawsze tylko wybór. Można przecież powiedzieć sobie: “to nic nie znaczy, ważne, że jestem zdrowa i że on jest zdrowy”. Nie na każde doświadczenie można z tą samą łatwością machnąć ręką, jednak pokazuję tu głównie fakt, że jest to w ogóle możliwe. A jestem świadoma, że wiele osób złości się tylko dlatego, że zmieniła się pogoda, złamał paznokieć lub nie udało się kupić wymarzonych butów. W każdym momencie to my decydujemy: “rozzłoszczę się, rozpłaczę, będę cierpieć”. Równie dobrze można powiedzieć: „nic wielkiego się nie stało”.

Dotyczy to także pojęcia wolności. Nikt nie może nas w żaden sposób ograniczyć, ponieważ urodziliśmy się wolni. Nasza boska cząstka jest zawsze wolna. My też zawsze decydujemy o sobie. Warto o tym pamiętać, szczególnie wtedy, kiedy tkwimy w znienawidzonej sytuacji i powtarzamy sobie, że chcemy się uwolnić. Od czego uwolnić? Zadajmy sobie pytanie, co nam przeszkadza i stwórzmy pogląd – program, w którym ten problem nie istnieje. To możliwe. Czasem wystarczy zmienić spojrzenie, zaakceptować coś, co nam przeszkadza i więzy same spadają.

Pamiętajmy też, że o wolność się nie walczy. Podobnie jak nie walczymy o pokój. Walka jest całkowicie bezsensowna i zasila to, z czym walczymy Oznacza to, że im bardziej zmagamy się z więzami i zależnościami, tym bardziej wzmacniamy stan uwięzienia w naszej rzeczywistości, przyciągając sytuacje, które będą potwierdzać takie przekonanie. Zasilamy też swoją wewnętrzną wizję, która kreuje codzienną rzeczywistość. Ale też zaczynamy wierzyć głęboko w coś, co sami wymyśliliśmy. To paradoks wszystkich wojen. Ludzie rzucają się na siebie w imię urojonych wizji i bezzasadnych haseł podpowiadanych przez manipulantów, dla których wojna to dochodowy interes.

Kiedy walczymy o wolność, to wychodzimy z poziomu uwięzionej i skrzywdzonej osoby. A przecież podstawą wolności jest poczucie bycia wolnym. Ludzie plączą się w takich oczywistych faktach. Nie pomaga im wielokrotne oglądanie Sekretu i czytanie książek o Prawie Przyciągania. Ciągle czegoś się domagają od innych, zamiast tworzyć i stale o coś walczą… Nawet wtedy, kiedy mają wolność z definicji, nie widzą jej. Jak można np. w demokratycznym kraju mówić o utracie wolności? Przecież sami wybieramy władze. Jeśli władze są złe, nie sprawdzają się – trudno, są zatem złe. Ale to nie zmienia faktu, że jesteśmy wolni i w kolejnych wyborach możemy coś zmienić. Nawet jeśli będzie to zmiana na kolejne zło – mniejsze lub większe. Polityka jest przestrzenią największego absurdu. Wszystkie pokrzykiwania i awantury nie mają nic wspólnego z logiką i stanem rzeczywistym. Wszystko jest tylko hasłem, które ma uruchamiać nasze wewnętrzne lęki i nawyk spontanicznego kreowania cierpienia. Tak właśnie jesteśmy niewoleni – propagandą wykrzykiwania żądań wolności. Kto krzyczy, że chce wolności, nigdy jej miał nie będzie. Człowiek prawdziwie wolny tworzy swoją wolność sam i w sobie – zazwyczaj bez hałasu.

Wolność to także świadome i rozsądne podejmowanie decyzji. Nie jest nią podejście: „robię, co chcę”, jeśli jest oparte na emocjach. Bardzo często wydaje nam się, że uciekniemy od przymusu, kiedy stawimy opór. Tymczasem opór jest zazwyczaj ślepą uliczką. Najbardziej żałosnym przykładem jest opcja: „nie będziesz mi mówił, co mam robić”. Wbrew pozorom nie jest to żadna wolność, lecz poddawanie się odwróconej presji. Presja bezpośrednia polega na tym, że ja mówię: „zrób”, a Ty robisz. Presja odwrócona jest wtedy, kiedy ja celowo mówię „zrób”, wiedząc, że Ty nigdy tego nie zrobisz, tylko dlatego, że panicznie i dziecinnie boisz się posłuchać kogoś innego. Wiele mądrych mam i babć stosuje presję odwróconą, aby osiągnąć efekt. Jak sprawić, by zakompleksiony i dziecinny młodzieniec  ubrał czapkę? Powiedzieć: „nie zakładaj tego, bo wyglądasz w tym okropnie”. Gwarantowane, że to zadziała i dziecko wyjdzie w nakryciu głowy. Chociaż lepiej oczywiście popracować z takim człowiekiem nad samoakceptacją.

Im więcej w nas kompleksów i dziecinnych emocji, tym bardziej jesteśmy podatni na manipulację. Tylko osoba świadoma siebie i dojrzała potrafi być naprawdę wolna. Jak zwykle pomaga tu wysokie poczucie własnej wartości. Kiedy nasza samoocena jest wysoka, słysząc „zrób to” nie włączamy żadnych emocji, a jedynie rozsądek. Zastanawiamy się i podejmujemy własną, suwerenna decyzję, czy chcemy lub powinniśmy to zrobić dla określonych powodów. Nie boimy się, że wykonanie czegoś nas upokorzy. Zwracamy tylko uwagę, czy tego chcemy i czy nam się to opłaca. A mówiąc „opłaca” mam na myśli nie tylko pieniądze, ale każdą wymianę energii, także układy rodzinne i przyjacielskie. Wysokie poczucie wartości daje nam podstawy do bycia asertywnym, dlatego też pozwala nam odmówić, jeśli prośba jest nieuczciwa i prowadzi do nadużycia.

Prawdziwa wolność jest zatem wtedy, kiedy podejmujemy decyzje w oparciu o logikę, patrząc na to, co jest dobre dla nas i dla innych. Robiąc cokolwiek na złość czy na przekór innym wpadamy w pułapkę, która zatrzaskuje się nad naszymi głowami. Podobnie dzieje się, kiedy chcemy za wszelką cenę coś udowodnić sobie lub innym, aby się dowartościować. Łapiemy na oślep cudze narzędzia i biegniemy cudzą ścieżką, aby złapać dla siebie trochę pozłoty, która naszym idolom spadła z korony… Prawdziwa wolność to własna unikalna droga samorealizacji. Bez oglądania się na to, czy dzięki robieniu tego, co kochamy, staniemy się sławni i bogaci. Bo prawdziwa wolność jest tylko wtedy, kiedy czujemy się szczęśliwi. Ani sława, ani bogactwo nam tego nie zapewnią.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Bez lęku

Lęk leży u podłoża wszystkich negatywnych emocji. To z niego wyrastają najtrudniejsze odczucia. Kiedy w naszym sercu pojawia się rozpacz albo żal lub złość, to najprawdopodobniej jest wynikiem lęku przed samotnością, odrzuceniem, poczuciem bezwartościowości czy przed wstydem. Jest to też bardzo silna blokada, uniemożliwiająca przepływ ożywiającej wszystko energii. Jeśli rozgości się w nas na dłuższy czas, prowadzi do poważnych schorzeń. Nie warto zatem trwać w lęku. Warto natomiast szukać sposobów na uzdrowienie.

Lęk jest czymś innym niż strach. Ten drugi jest czynnikiem fizjologicznym i pojawia się wówczas, kiedy stajemy wobec realnego zagrożenia. Kiedy wybuchnie pożar, kiedy nas atakuje dzikie zwierzę, kiedy ktoś chce naruszyć naszą nietykalność, wtedy strach uruchamia w naszym ciele działanie hormonów niezbędnych do ratowania życia i zdrowia.

Ten pierwszy jest irracjonalny. Jest najczęściej odruchem nawykowym, wykształconym w dzieciństwie. Działa jako odpowiedź na ślad trudnych doświadczeń. Zapamiętujemy negatywne gesty, zachowania, ton głosu i potem w dorosłym życiu reagujemy jak zagrożone, wystraszone dziecko, kiedy tylko napotkamy coś, co kojarzy się nam z przykrą sytuacją z przeszłości.

Bywa często, że nasze lęki są bezzasadne. Dlatego warto zacząć od uważnego przyjrzenia się temu, czego się boimy. Być może to coś ma tylko wielkie oczy. Najczęściej boimy się naszych myśli o czymś, a nie tego czegoś. Przykładem niech będzie dentysta. Największą torturą bywa dzisiaj siedzenie w poczekalni i słuchanie dochodzących z gabinetu dźwięków. Panicznie boimy się tego, co nas za tymi drzwiami spotka. A kiedy już nadchodzi ta okropna chwila, okazuje się, że dostajemy znieczulenie i cały zabieg nie jest wcale straszny. Dlatego właśnie punktem wyjścia do życia bez lęku jest przyjrzenie się swoim myślom i obiektywne stwierdzenie, czy nie boimy się jakiegoś strasznego wyobrażenia, a nie samej sprawy.

Bywa, że boimy się ludzi. Boimy się podejść i zagadnąć kogoś obcego, bo… no właśnie. Bo co? Co się może stać złego? Ta osoba w najgorszym wypadku może wzruszyć ramionami i nas zignorować lub być nieuprzejma i nas obrazić. I co z tego? Czy nas zje? Uderzy? Skrzywdzi? Raczej wątpliwe. Dlaczego zatem paraliżuje nas strach? Przykładem może być tutaj trema, która w istocie jest absurdalnym strachem przed ośmieszeniem. Ludziom występującym publicznie wydaje się końcem świata sytuacja, kiedy strzelą gafę, pomylą się, rozbawią swoja pomyłka publiczność. Nie zdają sobie sprawy, że widownia pośmieje się przez kilka minut, a potem zapomni, bo każdy zajmie się swoimi sprawami. Egocentryzm każe nam wierzyć, że nasza pomyłka będzie w centrum uwagi dłużej i aż do końca świata. Kolejnym sposobem na zmniejszenie lęku może być zatem realne przyjrzenie się sprawie i ocena, czy nie wyolbrzymiamy tu czegoś.

Patrząc nieco filozoficznie, lęk bierze się z pragnienia pozostania w strefie komfortu. Boimy się zmian, ponieważ niosą ze sobą nieznane. Przewidywalność daje nam poczucie bezpieczeństwa. To co nowe – przeraża. Niewielu spośród nas umie płynnie dostroić się do procesu życia. A warto pamiętać, że życie ma być twórcze, a nie wygodne. Trudności są po to, abyśmy mogli rozwijać w sobie najpiękniejsze jakości. Są dobrodziejstwem i przygodą, która pozwala nam uruchomić swoją wewnętrzną moc. Zmiana optyki pozwala pozbyć się lęku. Jest to jedna z ciekawszych metod uwalniania od tego niechcianego uczucia: w miejsce napięcia wprowadzamy ekscytację. Przynosi to niezwykłe efekty – warto spróbować. Polecam.

Często mówi się też o oswajaniu lęków, czyli zaakceptowaniu ich, jako czegoś naturalnego. Nie warto przed nimi uciekać, czy zamiatać ich pod dywan. Będą nas wówczas nękały z ukrycia. Natomiast wtedy, kiedy zaakceptujemy je i obejrzymy z każdej strony – cichną, tracą siłę i moc, gasną, przestają zatruwać nam życie. Dotyczy to też samego życia i sytuacji, które nas przerażają. Warto je zaakceptować, przyjąć, przestać stawiać im opór. Kiedy nauczymy się płynąć z nurtem i zaczniemy dostrzegać harmonię wszechświata, odzyskujemy wiarę w to, że mogą nas spotykać tylko dobre rzeczy.

Pozytywne myślenie jest doskonałym sposobem na uwolnienie od lęku. Człowiek, który żyje w radości i bez napięcia, rzadko wpada w neurozy. Świadomość ubóstwa wszędzie widzi zagrożenie, świat jest dla niej zły, jedzenia naszpikowane chemią, a piękne chmury na niebie są wynikiem chemtrails. Można i tak. Ale właśnie wtedy zaczynamy wszystkiego się bać, bo skoro za każdym rogiem czai się zło, a tajemne siły chcą nas zniszczyć, to jak można się nie bać? Świadomość prosperująca wie, że sama kreuje swoje życie. Jeśli tworzy tylko dobre myśli, to nic złego nie może jej spotkać. Czego zatem ma się lękać? Pięknej pogody? Dobrych ludzi? Pysznego jedzenia? Aniołów, które rozpościerają na niebie skrzydełka?

Im bardziej czegoś pragniemy, tym gorzej znosimy sytuację, kiedy tego nie dostajemy. Stąd bierze się opór, to nasz bunt przeciwko temu, co się dzieje, jeśli nie dzieje się po naszej myśli. Aby sobie pomóc, można nabrać dystansu do świata, a szczególnie do własnych oczekiwań. Buddyzm uczy, by do niczego się nie przywiązywać. To bardzo mądre, ponieważ nie oczekując nadmiernie niczego, nie cierpimy, jeśli tego nie dostaniemy. Nie czujemy też bólu, kiedy coś tracimy, ponieważ to właśnie przywiązanie do ludzi i rzeczy wywołuje trudne emocje.

Nasze pragnienia są często wygórowane. Szczególnie wówczas, kiedy są sposobem na dowartościowanie siebie. Człowiek, który ma niską samoocenę szuka na zewnątrz siebie czegoś, co sprawi, że poczuje się lepiej sam ze sobą. To mogą być pieniądze lub awans – coś, czym może pomachać innym przed nosem. Kiedy nie osiągnie celu i wymarzony sukces rozwieje się jak dym, staje się podwójnie nieszczęśliwy. Władzę nad takim człowiekiem przejmuje lęk przed bezwartościowością. Nie muszę przypominać, że szukanie pewności siebie poza sobą jest ślepą uliczką. Warto natomiast podkreślić, że praca z poczuciem własnej wartości sprawia, że lęki znikają.

Ostatnim czynnikiem, który ma wpływ na nasze poczucie bezpieczeństwa jest uwolnienie od poczucia winy. Wyrzuty sumienia obniżają nam samoocenę, a co za tym idzie, sprawiają, że nasz komfort psychiczny znika. Pojawiają się negatywne myśli, a z podświadomości wypływa lęk przed karą. Jeśli zrobiliśmy coś, co uznajemy za złe, to czujemy, że należy się za to jakieś rozliczenie. Często sami je sobie wymierzamy nieświadomie przyciągając przykre wydarzenia i kłopoty. Czujemy to i poddajemy się lękom w przeświadczeniu, że sprawiedliwości musi stać się zadość. Przy czym sprawiedliwość postrzegamy tu jako karzącą nas dłoń opatrzności. Warto zmienić optykę i pomóc sobie. Uwolnienie od poczucia winy i wybaczenie sobie podnosi nam energię i pozwala cieszyć się życiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Bezpieczeństwo

Jednym z najbardziej powszechnych problemów, które nas dotykają, jest brak poczucia bezpieczeństwa. Jego najczęściej spotykanym objawem bywa lęk. W odróżnieniu od fizjologicznego strachu, będącego reakcją na autentyczne zagrożenie, lęk jest irracjonalny. Dopada w biały dzień, skręca nam wnętrzności i zamienia życie w piekło. Nieleczone stany lękowe prowadzą do ciężkich chorób psychicznych, z których najpopularniejsza jest depresja.

Lęk jest esencją złej energii. Przede wszystkim dlatego, że blokuje przepływ tej dobrej, która odżywia ciało i duszę. Ponadto z niego wyrastają wszystkie negatywne emocje. Czasem trudno doszukać się tej pierwotnej przyczyny, ponieważ problem obrasta różnymi warstwami naszych kompleksów, żalów i smutków. Jednak jeśli zadamy sobie trud dokładnej analizy, wszystko staje się klarowne. Pierwsza z brzegu trudna emocja – wstyd. Kiedy zdarzy się popełnić gafę, mamy ochotę „zapaść się pod ziemię”. Uciec przed światem i wszystkimi potępiającymi i drwiącymi spojrzeniami. Uciekamy tylko wtedy, kiedy się boimy. Boimy się tej kpiny w ludzkich oczach. Dlaczego? Bo potępienie i poniżenie jest równoznaczne z odrzuceniem. A to bardzo boli.

Inny przykład: żałoba czy podobny do niej żal po rozstaniu. To w istocie niezwykle trudne przeżycie, z którym trudno sobie poradzić. Wydaje nam się czasem, że cierpienie wynika z samego faktu śmierci osoby i głębokiego współczucia dla niej. A przecież – nawet jeśli nie wierzymy w cud pozagrobowego istnienia – osoba zmarła wolna jest od wszelkiego cierpienia. Cierpią ci, którzy pozostają i zadają sobie pełne lęku pytanie: jak żyć bez kogoś kochanego, bez jego dotyku, głosu, śmiechu? Czy potrafimy? Czy podołamy? Oto przed nami prawdziwy ból trwania. A zaraz obok jest lęk przed tym bólem.

Czasem jednak nie dokuczają nam żadne świadomie odczuwane lęki, a pomimo tego mamy mnóstwo różnorodnych kłopotów, których podłożem jest ukryty w podświadomości brak poczucia bezpieczeństwa. Jak to rozpoznać? Najprostsze są dwie metody. Pierwsza z nich to psychosomatyka. Choroba, manifestująca się w ciele, ma zazwyczaj swoją przyczynę w naszych podświadomych wzorcach. W pewnym sensie każda choroba bierze się z lęku, ponieważ jest zmaterializowanymi negatywnymi myślami, a każda niedobra emocja wyrasta z lęku – to już wiemy. Jednak są schorzenia, które silniej niż inne pokazują nasz brak poczucia bezpieczeństwa.

Dolegliwości związane z układem oddechowym: astma, duszności, ucisk w gardle są wyrazem lęku przed życiem. Blokowanie pobierania odżywczego powietrza to brak zgody na życie po prostu. Podobnie symbolicznie przedstawiają to schorzenia żołądka i zaburzenia odżywiania: wszelkiego rodzaju mdłości, niestrawności, biegunki, brak apetytu, anoreksja i bulimia. Nic w tym zaskakującego – przecież jeśli jesteśmy w silnym stresie, doświadczamy dolegliwości ze strony układu pokarmowego, a co najmniej rozwolnienia i wymiotów. Popularna zgaga to lęk podniesiony to potęgi. Otyłość polega na obudowaniu ciała ochronnymi murami tłuszczu, który symbolicznie chroni nas przed zagrożeniem. Chociaż zależnie od umiejscowienia „oponki”, różnie sprecyzujemy przedmiot lęku, jednak za każdym razem jest to sytuacja domagająca się podniesienia lub wręcz zbudowania poczucia bezpieczeństwa.

Z silnym lękiem związane są wszystkie choroby przewlekłe, a szczególnie półpasiec. Skóra jest symboliczną barierą chroniącą nasz przed światem. Jeśli choruje, jeśli pojawiają się na niej zmiany, wypryski, egzemy to znaczy, że boimy się zranienia przez świat zewnętrzny. Dotyka to zwłaszcza osób delikatnych i wrażliwych. Choroby stawów biodrowych i stóp to strach przed działaniem, przed pójściem naprzód. Bóle głowy to zarówno krytykowanie samego siebie, jak i lęk, że się nie nadajemy, że nie robimy czegoś dobrze. Oczy pokazują, gdzie widzimy największe zagrożenie – krótkowidz boi się przyszłości, dalekowidz – teraźniejszości. Dziwne? Otóż wcale. Pomyślmy, co robi małe dziecko, kiedy się czegoś boi? Zasłania oczka rękami. W każdym z nas jest takie malutkie dziecko, nazywa się podświadomością

Druga metoda rozpoznawania ukrytego lęku to lustro sytuacji. Bardzo często lękiem przyciągamy konkretne doświadczenia. Po pierwsze mogą to być trudne wydarzenia zagrażające naszemu bezpieczeństwu. Może to być coś, co nas wystraszy i doprowadzi do palpitacji serca. Ale może też być to wypadek, który wyniesie poczucie zagrożenia z podświadomości na zewnątrz. Wyobraźmy sobie, że w nocy, kiedy śpimy bezpiecznie w swoim ciepłym łóżku, ktoś włamuje się do naszego mieszkania, plądruje szafy i okrada nas z różnych rzeczy. Pomijając kwestię straty materialnej, na plan pierwszy wysuwa się natychmiast chwytający za gardło lęk. Nagle przychodzą nam do głowy straszne myśli. Uświadamiamy sobie, że włamywacz mógł nas zabić, kiedy tak sobie spokojnie spaliśmy. Od tej chwili nasz dom przestaje być bezpiecznym miejscem. Co oznacza, że ukryty dotąd w głębi podświadomości lęk, został właśnie nazwany i określony.

Sytuacje wskazujące na ukryty lęk to wszelkiego rodzaju konflikty z jednostkami posiadającymi w nazwie „bezpieczeństwo”. Na przykład kłopoty z  Zakładem Ubezpieczeń Społecznych rzadko kiedy wynikają z rzeczywistego zaniedbania. Częściej prowokujemy je ukrytym w podświadomości wzorcem lęku, braku bezpieczeństwa, braku ubezpieczenia – zabezpieczenia przed nieszczęściem. Paradoksalnie nieszczęściem staje się dla nas proces czy zatarg z firmą ubezpieczającą, która z nazwy ma chronić. Tak działa lustro.

Skoro wiemy już, jak rozpoznać, czy brakuje nam poczucia bezpieczeństwa, czas na metody rozwijania tej jakości w sobie, czyli sposoby uzdrowienia tematu. Pamiętajmy, że czasem boimy się czegoś konkretnego, dlatego punktem wyjścia jest nazwanie swojego strachu, jeśli tylko jest to możliwe. Podstawą zatem będzie odpowiedź na pytanie: czego się boję. Wówczas można poprowadzić ze sobą dialog, który ma na celu wykazanie, że w istocie nic nam naprawdę nie grozi, że o wiele gorsza jest nasza wyobraźnia.

Jeśli ktoś pracuje z afirmacjami, może ułożyć sobie odpowiednie, dopasowane do problemu i systematycznie je powtarzać. Najprostsza i bardzo ogólna: JESTEM BEZPIECZNY. UFAM PROCESOWI ŻYCIA. Jeśli ktoś pracuje z metodą EFT – może ustawić sobie odpowiednie rundki. Polecam gotowy tapping na ten temat prezentowany przez Brada Yatesa – jest udostępniony w Internecie, jest też na tej stronie, pod tekstem. Osoby zajmujące się Reiki, mogą ułożyć właściwe intencje do zabiegów na sytuację i równoważyć czakry. Jeśli ktoś ma tylko pierwszy stopień, zalecam częste przykładanie rąk w okolicy splotu słonecznego.

Najskuteczniejsza moim zdaniem może okazać się modlitwa. Prośba o ochronę i bezpieczeństwo, poparta głęboką wiarą, jest w stanie przekodować negatywny wzorzec. Jeśli z głębi serca zaufamy Najwyższej Sile, to powinniśmy poczuć się naprawdę chronieni. Wszystko zależne jest od prawdziwości i głębokości naszej wiary. Przypomnijmy sobie słynny cytat z Psalmu XXIII: „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną…” Czy trzeba czegoś więcej?

Szczególnie polecam pracę z Aniołami. Jest wiele rytuałów i modlitw, które służą powierzaniu siebie i proszeniu o ochronę. Archanioł Michał chroni nas przed negatywnymi energiami, również tymi, które wypływają z naszego lęku. Można prosić go o odwagę i umiejętność zbudowania poczucia bezpieczeństwa. Można z wiarą odmawiać modlitwy do Anioła Stróża, które z założenia zawsze mówią o tym, byśmy byli chronieni.

Osoby, które szukają metod mniej duchowych, mogą zgłosić się na konkretną psychoterapię lub pracować z technikami oddechowymi. Głęboki przeponowy oddech odcina nas od emocji i zasila energetycznie. Podniesienie energii osłabi lęk. Skuteczne będą wszystkie sposoby oparte na pozytywnym myśleniu. Można systematycznie prowadzić Dziennik Wdzięczności lub codziennie tworzyć listy pozytywnych zdarzeń. Pomoże to spojrzeć na świat bardziej pogodnie i dostrzec jego dobre strony. Warto skupiać się na przyjemnych myślach, wspominać korzystne wydarzenia, tworząc klimat piękna i bezpieczeństwa wokół nas. To wzmacnia tworzenie w podświadomości właściwego wzorca.

Wiemy, że wilk ma wielkie oczy, dopóki go nie oswoimy. W klasycznej psychoterapii często stosuje się oswajanie z lękiem. Jeśli ktoś ma lęk wysokości, wspaniałym sposobem może być przejażdżka motolotnią. Moja córka panicznie bała się pająków dotąd, dopóki nie wybrałyśmy się na giełdę, gdzie pozwoliła wielkiemu włochatemu stworowi, przypominającemu tarantulę, pomaszerować sobie po ramieniu. Sesja spacerowa trwała 15 minut. Gatunek pająka nie był jadowity, właściciel zwierzaka patrzył na nas czujnym okiem, a przeżycie okazało się tak silne i niezwykłe, że arachnofobia minęła od ręki. A właściwie od spaceru po ręce.

Dlatego czasem warto spojrzeć lękowi w oczy. Jeśli boimy się ludzi, to warto wyjść do nich i pobyć z nimi, by się przekonać, że nikt nie chce nas zjeść. Jeśli boimy się psów, spotkajmy się z mądrym treserem i w jego obecności pozwólmy sobie poznać je, pogłaskać, poprowadzić na smyczy. Zapewniam, nie rzucą się nam do gardła. Jeśli boimy się odrzucenia, zaprzyjaźniajmy się, spotykajmy z innymi, chodźmy na niezobowiązujące randki, by przekonać się, ze każdy z nas jest taki sam, ma podobne obawy i tę samą wielką potrzebę bycia akceptowanym i kochanym.

Bogusława M. Andrzejewska