Prawda

Prawda jest przereklamowana. Powiela się w memach, przysłowiach, cytatach tak często, jakby miała rzeczywiście wielkie znaczenie. Być może samo słowo stało się modne dla wszelkich mówców motywacyjnych i duchowych nauczycieli, ale ludzie przez to wcale się nie zmienili. Prawdomówni robią swoje, a kłamcy jak kłamali, tak kłamią. To pewne wzorce wdrukowane w naszą podświadomość określają, na ile trzymamy się rzeczywistości, na ile fantazjujemy lub mówiąc oględnie z ową prawdą mijamy się i to szerokim łukiem. Wzorce to nie kłopot, każdy można wymienić na lepszy, bardziej korzystny. Jest sporo skutecznych metod. Trudniej jednak orzec, co jest naprawdę dobre, bo moim zdaniem żadna wersja nie jest idealną receptą na szczęście.

Nie namawiam do kłamstwa. Nikt nie lubi kłamczuchów i życie z nimi jest upiorne. Jeśli ktoś zmaga się z tego typu bliską osobą, polecam znakomity podręcznik Susan Forward „Gdy twój partner łże jak pies”.  Doskonale napisana książka pomoże zrozumieć pewne toksyczne mechanizmy i podpowie, jak postępować z kimś, dla kogo prawda jest totalną abstrakcją.

Dla mnie nie jest. Uważam jedynie, że nie zawsze powinna być wygłaszana z patosem i nie wszystko należy mówić. Zacznę od bycia taktownym człowiekiem. Jeśli moja przyjaciółka ubierze się strasznie dziwnie i wygląda jak pracownica agencji towarzyskiej w trakcie szukania klienta, to nie chcę mówić jej prawdy, czyli tego co faktycznie myślę. Szukam delikatnych słów, by dyplomatycznie zasugerować jej zmianę wyglądu. A jeśli nie zechce, to po raz kolejny nie chcę przedstawiać jej swoich wniosków. Pozostawiam ją z jej wyglądem, bo ma do niego prawo. Patrząc z boku ukrywam prawdę, czyli kłamię z premedytacją. Jednak moim zdaniem wygłoszenie prawdy nie przyniesie niczego dobrego, a jedynie zrobi komuś przykrość.

Można oczywiście pofilozofować, że to, co mi się nie podoba wcale nie musi być straszne i moje zdanie wcale obiektywną prawdą nie jest. Wychodzę jednak z założenia, że prawda jest odwzorowaniem rzeczywistości. A w tym przykładzie rzeczywistość, to moje myśli. Człowiek taktowny nigdy nie mówi wszystkiego, co mu się w myślach pojawia. Starannie dobiera słowa, ponieważ liczy się z uczuciami innych. Tak, ludzie mają uczucia, gdyby ktoś zapomniał. Zranienie kogoś w myśl szczerości jest dla mnie niedopuszczalne. Można to zrobić w imię wyższego dobra jasne, ale nie wyłącznie dla zasady: „bo ja zawsze mówię, co myślę”.  To byłby przejaw niedojrzałości i egoizmu.

Istnieje też coś takiego jak „kłamstwo dla dobra sprawy”. To już nie jest przemilczenie, lecz podanie informacji niezgodnej z rzeczywistością. Pierwszy raz poznałam tę jakość, kiedy byłam dzieckiem i moja mama poprosiła mnie, żebym odwiedzając babcię powiedziała, że już jadłam obiad. Były żniwa, babcia była zapracowana i umęczona, ale jak zwykle przywitała nas pytaniem, czy nie jesteśmy głodni. Skłamałam i wiedziałam, że postąpiłam właściwie. To doświadczenie nauczyło mnie, że nic nie jest czarne ani białe. Nauczyło mnie też, że ważny jest człowiek, a nie zasada. Ważne, by liczyć się z dobrem drugiej osoby, a prawdomówność ma służyć nam, ludziom, a nie my jej. I nie może to stać się żadnym wytłumaczeniem dla powszedniego egoistycznego kłamczucha.

Wrócę jednak do przemilczeń, ponieważ są takie tajemnice które chronią dobro. Obserwuję często, jak jedno niepotrzebne wyznanie niszczy ludzkie losy. Zazwyczaj temat jest kontrowersyjny, bo kiedy sekret wychodzi na jaw, osoby okłamywane mają pretensje i głośno krzyczą, że wolą złą prawdę od słodkiego oszustwa. To iluzja. Nadmuchana iluzja, którą wmawiamy sobie, że jesteśmy bardzo porządni i uczciwi, bo popieramy prawdę. Często decyduje ciekawość i zachłanna potrzeba, by wszystko wiedzieć, by nic nie działo się poza nami. Brak poczucia bezpieczeństwa? Lęk przed odrzuceniem i brakiem akceptacji? Lęk przed ośmieszeniem? Potrzeba kontroli?

Nie mam z tym problemu. Doświadczyłam, nie teoretyzuję. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że o wielu rzeczach wolałabym nie wiedzieć, wielu wolałabym nie widzieć. Byłabym bardziej szczęśliwa, a na pewno uniknęłabym wylanych łez. Umiem się do tego przyznać, bo moje poczucie wartości nie czuje się naruszone przez to, że ktoś, coś, poza moimi plecami… To jego problem. Kocham siebie i szanuję na tyle mocno, że to, co inni robią przeciwko mnie w tajemnicy przede mną w ogóle mnie nie obchodzi. Niech sobie robią, niech sobie gadają. Wiem, ile jestem warta, po co zatem mam słuchać cudzego negatywnego zdania, z którym na pewno się nie zgodzę? Po co mam zajmować się ludźmi, którzy mnie nie lubią?

Czasem lepiej nie wiedzieć o tym, co może dramatycznie obrócić wszystko w ruinę. Naprawdę. I pierwszy lepszy przykład, trochę z sufitu… Wyobraźmy sobie, że czyjś mąż na jakimś służbowym wyjeździe pod wpływem alkoholu prześpi się z inną kobietą. Oboje tego żałują i chcą o tym zapomnieć, konsekwencji nie ma. Mąż taki wraca skruszony do żony, milczy, ale kocha ją dwa razy bardziej i dwa razy bardziej dba o rodzinę. Szczęśliwie dożywają późnej starości oni, a następnie ich dzieci i wnuki.

A teraz inna wersja. Wiarołomny mąż po powrocie skruszony przyznaje się żonie, że zbłądził. Mądra żona pocierpi, ale zrobi wszystko, by wspólnymi siłami uratować związek. Jednak zapłaci za odkrycie tej tajemnicy wieloma nieprzespanymi nocami i hektolitrami wylanych łez. Ta mniej mądra po wielkiej awanturze wystąpi o rozwód. Znam takie panie, które ponad miłością stawiają prawo własności do drugiego człowieka, który w istocie (warto pamiętać) przedmiotem nie jest. Rozwód i pretensje działają traumatycznie nie tylko na małżonków, ale także i na dzieci, a potem na kolejne pokolenia. O ile będą, bo dzieci z rozbitych dramatycznie związków boją się zakładać swoje rodziny. Dzieci uczą się przez przykład. Awantury i dramaty rodzą kolejne awantury i dramaty. A wystarczyło zamknąć buzię i wielopokoleniowa rodzina żyłaby szczęśliwie.

Cokolwiek sobie pomyślicie Kochani Moi, moim zdaniem nic strasznego się nie stało. Zdecydowanie dla siebie wybieram pierwszą wersję, ponieważ nie osądzam ludzi. Każdy z nas jest pełen słabości, ideałów nie ma. Rozumiem też, że takie doświadczenie nie dotyka nikogo przypadkiem, zawsze jest jakaś przyczyna, daleka więc jestem od potępiania. Wiarołomni partnerzy często przyznają się do winy głównie po to, aby uwolnić się od poczucia winy. Wyrzucenie z siebie takiej sprawy przynosi ulgę, ale tylko wyznającemu błąd. Ta druga strona dostaje po głowie obuchem. A czy musi? Taka historia to nie to samo co wielki pozamałżeński romans i zrodzone z tego dzieci. Nie jest warta stresu. Gdyby mnie to spotkało nie chcę wiedzieć.

Wybieram też pierwszą wersję dlatego, że zawsze zadaję sobie pytanie: co przyniesie więcej Dobra? W podanym przykładzie odpowiedź jest jednoznaczna. I jakkolwiek kontrowersyjnie to zabrzmi, Dobro jest dla mnie zawsze ważniejsze niż prawda. Moja Babcia mawiała, że „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. I nie zamierzam w tym miejscu bronić czy usprawiedliwiać wiarołomnego męża to osobny temat. Rzecz w tym, że w takim przykładzie dramat zaczyna się od wyznania prawdy, podczas kiedy jej zachowanie dla siebie chroni przed cierpieniem.

Jest taka piękna opowieść. Do mistrza przybiegł zaaferowany człowiek i zawołał:

Mistrzu, posłuchaj mnie, koniecznie muszę ci coś powiedzieć o jednym twoim uczniu…

Mistrz wyciągnął dłoń stanowczo i przerwał mu:

Zaczekaj powiedział. Czy to, co chcesz mi powiedzieć, przyniesie coś dobrego dla mnie?

Ależ nie! Ja właśnie, chcę ci powiedzieć, czego się dowiedziałem…

Zaczekaj powtórzył mistrz. Czy to, co chcesz powiedzieć, przyniesie coś dobrego dla ciebie?

Och nie, ja przecież chcę powiedzieć coś o twoim uczniu…

Zaczekaj. Czy to przyniesie coś dobrego dla tego ucznia?

Nie, wręcz przeciwnie.

A czy to przyniesie coś dobrego dla kogoś innego?

Nie, raczej nie.

W takim razie nic nie mów. Po co? Mówmy tylko to, co niesie coś dobrego.

Uwielbiam tę opowieść, ponieważ oddaje dokładnie moje nastawienie do tego, co przekazuję. Prawda jest dla mnie tylko pustym słowem, podczas gdy Dobro i Miłość są często celem samym w sobie. Jestem przeciwna mówieniu tego, co nie niesie w sobie pozytywów, o ile nie jest to do czegoś potrzebne. W artykule Tajemnica opisuję sytuację dokładnie odwrotną, w której zatajenie prawdy doprowadziło do nieszczęścia. Bo rzecz nie w tym, by stale zatajać czy kłamać lub zawsze mówić prawdę. Rzecz w tym, by wypowiadać słowa świadomie. By zadawać sobie pytanie: co powiedziałaby miłość w tej sytuacji? Lub jak w przypowieści: czy powiedzenie prawdy przyniesie komuś dobro czy może właśnie zachowanie czegoś dla siebie ochroni przed cierpieniem? Nie ma jednej recepty na życie. Byłoby one zbyt proste. A nasz rozwój polega na tym, by każdego dnia dokonywać suwerennych wyborów, stawiając sobie za cel Dobro, a nie zasadę.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Tajemnica

Myślę, że każdy z nas nosi w sobie takie doświadczenia, których nie chce upubliczniać. Nawet w dobie wszechwładnych portali społecznościowych, na których niektórzy informują cały świat o tym, co jedli na obiad i gdzie idą do lekarza  mimo wszystko nie chcemy o pewnych rzeczach opowiadać. Nie każdy z nas. To jest zupełnie naturalne, że niektóre informacje nie nadają się do ogłaszania światu i nie ma w tym niczego niezwykłego. Pewne historie czy fakty są niesmaczne lub nieciekawe. Być może do dobrego tonu należy, by o pewnych rzeczach nie opowiadać dookoła. A rzeczywistość oczywiście swoje… Jednak zwracam tu też uwagę na różnicę pomiędzy zjawiskiem nie obnoszenia się z czymś, a ukrywaniem czegoś. To jednak zupełnie różne sprawy.

Drugim obszarem zjawisk, o których nie chcemy mówić, to niechlubne historie, rzeczy wstydliwe. To wszystko, z czego nie jesteśmy dumni. Każdy z nas chce być postrzegany jako człowiek dobry i uczciwy. Mądra osoba nie chwali się na lewo i prawo popełnionymi niegdyś błędami, ale otwarcie przyznaje się do nich w stosownej sytuacji, np. w gabinecie psychologicznym, ponieważ wyrzuty sumienia budują bardzo mocne negatywne wzorce, które uszkadzają naszą zdolność kochania samych siebie. Warto na spokojnie skonfrontować się z tym, co minęło i wybaczyć, odpuścić, rozpuścić w Świetle. Nie ma ideałów. Każdy z nas ma na swoim koncie coś, o czym nie chciałby nikomu mówić.

Trzeci rodzaj tajemnic jest najzabawniejszy. To obszar absurdu i groteskowe ukrywanie przed światem normalności. Kiedy odkryłam, że są tacy ludzie, zrozumiałam, że to zjawisko mocno zakręcone psychologicznie, ale też i coś tak dziwacznego, że warto o nim napisać. Stąd też pomysł na artykuł. Tak, są takie osoby, które ukrywają przed światem na przykład to, że są po rozwodzie. Czy kogoś jeszcze oburza rozwód? Albo fakt, że syn pracuje fizycznie na budowie nowego osiedla. A co jest złego w pracy na budowie? Oczywiście to nie są rzeczy, które musimy mieć napisane na czole, ale zapytani wprost chyba nie musimy kłamać. O ile mogę zrozumieć zatajenie faktu, że córka zajmuje się najstarszym zawodem świata, o tyle nie widzę powodu, by wstydzić się uczciwego budowlańca. Przyznaję, przeżyłam szok, kiedy na pewnym spotkaniu znajoma pani poprosiła mnie scenicznym szeptem: „tylko nie mów, że on tam pracuje, oni nie mogą się dowiedzieć”. Na szczęście nie było takiego tematu.

Inny paradoks to zachowanie osoby, która ukrywa, że spotyka się z rodziną, o której poza tym bardzo źle mówi. No cóż, zwykła hipokryzja rzec by można. Jednak nadal niezrozumiałe jest, po co ukrywać coś tak normalnego? W dobie internetu trudno cokolwiek schować przed światem, a odwiedzana rodzina opowiada o tym, jak o kupnie chleba. Tworzenie w takim przypadku tajemnicy jest równie bezsensowne, jak utrzymywanie w sekrecie spaceru w biały dzień środkiem miasta, spaceru połączonego z donośną grą na trąbie.

Podobnie dziwaczne są ciągłe prośby do różnych osób w rozmaitych okolicznościach: „tylko nikomu nie mów”. Taka osoba czyni sekret z tego, że dała wazon w prezencie, że otrzymała wazon w prezencie, że zjadła obiad w towarzystwie, że zjadła obiad sama, że wyszła z sąsiadką do sklepu, że poszła do sklepu sama… Czasem pajęczyna tajemnic, którymi się owija plącze się tak bardzo, że nikt już nic nie rozumie, a lawina kłamstw przysypuje zainteresowaną życiem w ustawicznym sekrecie. Ludzie nie widzą potrzeby ukrywania rzeczy bez znaczenia. Wazon to wazon  na proste pytanie „gdzie kupiłaś?” pada prosta odpowiedź: „dostałam od…”.

Bez wątpienia jest to rodzaj patologii, która utrudnia życie w społeczeństwie. Zaobserwowałam w tym chorobliwą potrzebę otaczania się na co dzień tajemnicami. To ukrywanie nawet tego, że zjadło się kromkę więcej na śniadanie lub skonsumowało cukierka. Może to wynikać z patologicznego dzieciństwa, w którym rodzic każdego dnia powtarzał: „tylko nikomu nie mów”. Niewykluczone, że dziecko takie było karane za błahostki i trzymanie wszystkiego w sekrecie jest dla dorosłej osoby formą ochrony przed karą. Jednak nie ulega też kwestii, że wzorzec ukrywania wszystkiego jest silniejszy w takim przypadku od zdrowego rozsądku.

Może być też wzorcem niesionym przez wieki w całym rodzie, począwszy od jakiejś dramatycznej niewoli, w której praprzodek był karany za wszystko, na co nie otrzymał oficjalnego pozwolenia. Odkąd wiemy, że wzorce przenikają genetycznie z pokolenia na pokolenie, możemy wyobrazić sobie jakieś skrajne podporządkowanie i poważne naruszenie poczucia bezpieczeństwa. To może być także wzorzec szpiega  człowieka, który większość swojego życia spędza w cudzej tożsamości i kilkanaście razy dziennie gryzie się w język: „tylko nic nie mów nikomu”.  Dobrą metodą uzdrowienia takiego chorego nawyku mogą być Ustawienia Systemowe, podczas których można go uwolnić i wprowadzić korzystny wzorzec: „Wszystko mogę robić jawnie. Cokolwiek wybieram jest dobre dla mnie”. Pomoże też metoda Pure Art.

Przyglądając się takim osobom od strony energetycznej, zobaczyłam oczywiście zaniżone poczucie wartości. Bo te wszystkie tajemnice to nie tylko kwestia bezpieczeństwa. Czasem w ten sposób dodajemy sobie niezwykłości. Być może robiąca ze wszystkiego sekret kobieta czuje się jak niezwykła Mata Hari? A może patrząc na sąsiadkę robi to z wyższością na zasadzie: „ha, co ty o mnie wiesz? Nic”. A może ratuje w ten sposób nadwątlone poczucie winy wobec kogoś? Bo jeśli inni nie widzą i nie wiedzą, to nie mogą przecież mnie osądzić. Z całą pewnością człowiek świadomy swojej wartości, pewny siebie i tego, że postępuje właściwie, nie ma potrzeby niczego ukrywać. To proste. W Świetle wszystko jest widoczne. Ten, kto stoi w Świetle nic ukryć nie może. Tajemnice czają się tylko w mroku.

Jest i czwarty obszar tajemnic  rzeczy, których nie mówimy dla prawdziwego dobra innych. Piszę o nim opowiadając o znaczeniu Prawdy. I piąty  cudze sekrety. Ten ostatni wydaje się być bezsporny. Czyjeś sprawy należą do właściciela i tylko on ma prawo je ujawniać. A jednak życie weryfikuje wszystko. Przekonałam się, że nie istnieją żadne zasady, których los by nie spróbował podważyć. Nie ma takiej recepty na życie, której stosowanie pomaga zawsze i wszędzie. Po prostu nie ma. Jako ilustrację przytoczę tu autentyczną historię, która udowadnia, że są sytuacje, w których mamy prawo naruszyć cudze tajemnice.

Było sobie małżeństwo z trójką małych dzieci. Po dwunastu latach zgodnego życia mąż poznał inną kobietę i się zakochał. Spotykał się z kochanką w tajemnicy przed żoną, ale kiedy kochanka urodziła mu dziecko, poznał ją ze swoimi rodzicami. Rodzice zgodnie utrzymywali romans syna w sekrecie przed synową, chociaż synową lubili i żyli z nią w dobrych stosunkach. W pewnym momencie mężczyzna zażądał od swojej ciągle niczego nieświadomej żony, aby sprzedała mieszkanie otrzymane po rodzicach i pomogła mu spłacić długi. Kobieta rozmawiała o tym także z teściami. Nie popierali sprzedaży, ale nie zająknęli się nawet, że nie powinna pozbawiać siebie i dzieci dachu nad głową, bo ich syn planuje nowy związek z inna kobietą.

Dla mnie to jest kluczowy moment historii. Ja na miejscu owej teściowej zdradziłabym sekret własnego syna. Dla dobra moich własnych wnuków. Rozmawiałam o tym przypadku z moimi córkami i powiedziałam im wyraźnie, że w takiej sytuacji opowiedziałabym się po stronie Dobra, a nie dochowania ich tajemnic. Nie pozwoliłabym pozbawić dachu nad głową małych dzieci. Być może nie mamy wpływu na dorosłe osoby, które nie słuchają naszych rad, ale zawsze możemy ujawnić to, co ma kluczowy wpływ na życie drugiego człowieka. Jako kobieta i matka wiem, jakiego wyboru bym dokonała. Uważam, że zawsze należy zadawać sobie pytanie: „czy to przyniesie Dobro innym?”. Jest to ważniejsze niż wszelkie tajemnice.

Na marginesie dodam, że umiałabym w takiej sytuacji zmusić swojego syna do tego, by ujawnił sekretny romans, zanim przyszło na świat kolejne dziecko. Albo zrobiłabym to sama. Tajemnice niczemu nie służą. Są przyczyną wielu nieszczęść. Podobnie było w opowiadanej tu historii. Po wielu perturbacjach zdradzana, ale nieświadoma tego żona zgodziła się sprzedać mieszkanie i razem z małymi dziećmi zamieszkała w wynajętym pokoju. Wtedy dopiero dowiedziała się od męża, że zaplanował życie z inną i odchodzi. Reszty dramatu łatwo się domyślić. A przecież tajemnica odkryta we właściwym czasie zapobiegłaby nieszczęściu i kobieta z trójką maluszków ocaliłaby dach nad głową.

Czasem cudze sekrety są nam dane nie po to, byśmy mogli szczycić się swoją dyskrecją i lojalnością wobec nieuczciwych osób. Dostajemy dostęp do takich informacji po to, by chronić słabszych, by nieść Dobro, by zmieniać świat na lepsze. Nie mam co do tego wątpliwości. Nie dotyczy to rzecz jasna osób obcych, o których niewiele wiemy i których postępowania nie mamy prawa oceniać. Przedstawiona tutaj historia jest jednoznaczna, a teściowie wiedzieli wszystko, co powinni. Pozwalając synowi na wybór nowej partnerki, powinni też chronić synową i wnuki przed utratą dachu nad głową. Na tym moim zdaniem polega Człowieczeństwo.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Kryształowe Komnaty

Kryształowe komnaty pokazały mi się w medytacji, kiedy leżałam otoczona kamieniami w ich pięknym polu energetycznym. Początkowo myślałam, że to tylko przebłyski z Atlantydy, jednak okazało się, że komnaty te istnieją obecnie w innym wymiarze. Czekają, aż ludzkość podniesie swoje energie na tyle, by z nich korzystać, podobnie jak wiele innych pięknych wibracyjnie miejsc i przedmiotów, np. Schronienia Archaniołów, o których piszą duchowi nauczyciele.

W pewien sposób są to miejsca poza czasem i przestrzenią. Postrzegam je jako posadowione poza światłem słonecznym, zatem nie znajdują się na żadnej planecie ani w żadnym gwiezdnym układzie. Przypominają groty lub jaskinie, które są oświetlone wyłącznie własnym światłem kryształów. W naszej rzeczywistości to niemożliwe, ponieważ kwarc lśni wyłącznie odbijając słoneczne promienie. W nocy trzymamy w ręce tylko ciemny kamyk. Tymczasem to, co zobaczyłam, to potężne kryształy wielkości kilkupiętrowych wieżowców, wypełnione kolorowym światłem, płynącym z ich jądra.

Kryształowe Komnaty są zatem pierwotną energetyczną matrycą wszystkich kwarców. Miejscem, z którym te wszystkie przepiękne kamienie łączą się swoimi wibracjami. Być może też stamtąd czerpią swoją harmonię, dzięki której są tak fantastycznymi kluczami do innych wszechświatów? Wystarczy medytacja skupiona na krysztale, aby dostrzec tysiące dróg poza znany nam wymiar. Jednak zwrócę od razu uwagę, że powinna to być medytacja skupiona na tym, co kryształ ma nam do przekazania. Innymi słowy, warto zrobić w umyśle ciszę przyjmującą, cokolwiek przyjdzie. Najczęściej medytujemy w konkretnym celu, oczekując od kryształu uzdrowienia lub pomocy – co oczywiście nie jest niczym niewłaściwym. Czasem jednak warto zostawić przestrzeń i zapytać, co on sam chce nam pokazać.

Kiedy odkryłam Kryształowe Komnaty, sądziłam, że to miejsce jest dostępne dla wszystkich, którzy są gotowi do działania na wysokich wibracjach i że dzięki wyciszeniu i pracy z kamieniami zasłużyłam sobie na dostęp do magicznej krainy. Tymczasem dwoje moich znajomych jasnowidzów, potwierdzając istnienie tych tajemniczych komnat, powiedziało mi także, że one są w pewien sposób tylko moje. Nie w kwestii własności oczywiście, a raczej bycia Strażniczką Kryształowej Legendy. Ponieważ spuścizna Atlantydy nie jest dla mnie niczym nowym i stale odkrywam nowe powiązania z tym wymiarem, przyjęłam, że to ciąg dalszy odnajdywania nowych śladów przeszłości.

Ziemia zmienia swoje wibracje. Wzrastamy razem z nią, a tym samym sublimując energię stajemy się coraz bardziej wrażliwi i zaczynamy dostrzegać warstwy i wymiary, niewidzialne dla ogółu ludzkości. Mając większą wiedzę i otwierając się z zaciekawieniem na duchowe odkrycia, poznajemy nasz wszechświat z innej strony. Myślę jednak, że nie ma przypadków i fakt odkrywania przed nami takich miejsc wiąże się z pewną gotowością ludzkości na poznawanie nowej wiedzy. Sama nie wiem, co jeszcze znajdę w Kryształowych Komnatach, ale domyślam się, że to coś ważnego dla Ziemi. Dla tej Nowej Ziemi w wysokich wibracjach.

Jak rozumieć inne wymiary? No cóż, jakkolwiek brzmi to bajkowo, one po prostu istnieją i potwierdza to nawet współczesna fizyka. Niezwykłość tego zjawiska wynika wyłącznie ze zbyt małej ilości danych. Nie rozumiemy jeszcze wszystkiego. Można to porównać do czasów średniowiecznych połączonych z telefonią komórkową. Czy ktoś w średniowieczu mógłby ogarnąć działanie fal radiowych? My dzisiaj także nie rozumiemy wielu zjawisk, które po prostu sobie istnieją.

Te inne wymiary czasem się przecinają z naszym, czasem bywają dostępne dla bardziej wrażliwych poszukiwaczy, którzy opowiadają i opisują tego typu miejsca z wieloma szczegółami. Pewnego rodzaju dowodem ich istnienia jest fakt, że niezależnie od siebie widzi  je kilka osób. Trudno wówczas twierdzić, że ktoś sobie coś wyobraził. Dlatego ja też weryfikowałam swoje odkrycie, które przecież mogło być tylko pięknym snem. Gdyby mi nie potwierdzono, że to, co widzę, istnieje naprawdę, napisałabym po prostu piękną książkę fantasy, aby wykorzystać kolorowe wizje beletrystycznie. Jednak inne wrażliwe osoby czują obecność Kryształowych Komnat i widzą moje z nimi powiązanie. Zatem otwieram się na to, co przyniosą, aby móc dzielić się taką wiedzą z innymi. Wiem i czuję, że ta wiedza jest częścią wibracji, które budują nową erę.

Bogusława M. Andrzejewska

Dystans

Niedawno byłam z mężem na romantycznej wycieczce w Kotlinie Kłodzkiej. Romantyzm mamy między sobą na co dzień, więc taki wyjazd to nie tylko masa czułości, ale przede wszystkim zmiana klimatu i kontakt z naturą, którą oboje uwielbiamy. Wracając do domu, przejeżdżałam przez miasteczko, w którym 30 lat temu spędziliśmy wolny weekend. To, co utkwiło mi w pamięci z tamtej wycieczki, to kłótnia. Zupełnie nie kojarzę, o co poszło, ale o jakiś drobiazg, słowo, krytykę… Nic ważnego. Pamiętam tylko, że przez pół dnia nie odzywaliśmy się do siebie. Ponieważ w tamtym czasie kochaliśmy się i nie było między nami istotnych sporów, to naprawdę musiała być jakaś błahostka.

Przypomniałam to sobie i zadałam w duszy pytanie, dlaczego dzisiaj jest między nami tak spokojnie i miłośnie, przecież ciągle jesteśmy tymi samymi osobami? A za nami trudne doświadczenia, o których w młodości nawet nie mieliśmy pojęcia. To dzisiaj moglibyśmy warczeć na siebie, a nie wtedy, kiedy byliśmy tacy w sobie zakochani. A jednak od tamtego momentu dzieli nas nie tylko 30 lat czasoprzestrzeni, ale przede wszystkim coś, co nazwałabym mądrością dystansu.

Przyznaję, że dzisiaj nie przejmuję się drobiazgami. Nie histeryzuję i nie robię afery wokół różnych drobnych spraw. Dość dawno zrozumiałam, że radość życia wymaga, by umieć spokojnie traktować rozmaite niedogodności czy nawet nieprzyjemności. Lubię cieszyć się chwilą i świadomie nie chcę wchodzić w kłótnie o cokolwiek. Nauczyłam się bezkonfliktowości dla własnej wygody i własnego zadowolenia. Jeśli muszę czasem o coś „zawalczyć” robię to ze spokojem i bardziej z pomocą dobrej energii, niż przez agresywne szarpanie z kimkolwiek i czymkolwiek. Tak jest po prostu lepiej i lżej żyć.

Dystans jest wspaniałą jakością, która pomaga nam odnaleźć spokój w sobie. Dla większości ludzi teoria pod hasłem „nie przejmuj się” jest czymś praktycznie niemożliwym do zrealizowania. Bo jak się nie przejmować, kiedy przecież… Czujemy się zobowiązani do tego, by się denerwować, martwić, zabiegać, starać… Najczęściej dlatego, że to ciągłe zamartwianie się jest dla nas tożsame z odpowiedzialnością i troską. A to tak nie działa. Odpowiedzialność i staranie nie musi być powiązane ze stresem i ciągłym napięciem. Można i warto zastąpić je pasją, radością i ekscytacją związaną z robieniem czegoś, co jest ważne.

Na marginesie dodam, że to także kwestia prosperity. Jeśli robimy coś z radosnym zaangażowaniem, to osiągamy lepsze wyniki. Taką energią przyciągamy też więcej klientów. Ekscytacja działaniem jest siłą napędową sukcesu, podczas kiedy przejmowanie się wszystkim jest blokadą. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jeśli nasze starania przepełnia zmartwienie i stres, to nic dobrego nam z tego nie wyjdzie. Silna potrzeba osiągnięcia celu wymieszana z ukrytym lękiem, że może się nie udać sabotuje to, co robimy. Presja jest najsilniejszym blokerem. Nic tak nie zabija energii jak wewnętrzne napięcie, które przecież często nam towarzyszy, kiedy przyjmiemy, że coś musimy.

Wracając do relacji – bardzo często kłócimy się i obrażamy „o nic”. Przyczyną stają się mało znaczące drobiazgi. Jakieś rzucone w niewłaściwym miejscu skarpety, jakiś bałagan… Ktoś o czymś zapomni albo zrobi inaczej. Jasne, że chcielibyśmy, aby świat był idealny i wszystko zawsze było idealne, w idealnym czasie. Czy to jednak nie byłoby nudne? Niech się czasem zadzieje inaczej niż wymyśliliśmy. W tym miejscu warto nauczyć się jednej z najmądrzejszych życiowych refleksji: ważne, że jesteś cały i zdrowy.

Najczęściej mówią tak starsi ludzie, którzy wiele doświadczyli. Być może podobnie, jak ja w tej chwili, zastanawiają się, co w życiu jest najważniejsze? Być może odkrywają, że niepotrzebnie denerwowali się i złościli, kłócili o błahostki i tracili zdrowie, tracili energię? Po co? Uwierzcie, lepiej machnąć ręką na zabłocony dywan i zachować spokój. To machnięcie to dawka zdrowia, bo każda złość, każde rozczarowanie, każdy żal i pretensja zabierają nam siły witalne i kładą cegiełkę pod jakąś chorobę. Zapytam raz jeszcze: po co nam to? Warto nauczyć się dystansu i odpuszczania drobiazgów. Tak, piękny drogi dywan jest drobiazgiem. Nie jest nim natomiast nasze ciało, nasze zdrowie i samopoczucie. Co jest w istocie ważniejsze, chyba nikt nie ma wątpliwości.

Nie upraszczam. Drobiazgi to codzienne sprawy, które nie rujnują nam życia. Np fakt, że ktoś zapomniał kupić chleb albo naniósł błota na świeżo wymytą podłogę. Nie jest drobiazgiem poważna choroba, śmierć, rozwód, zdrada, strata pracy i parę innych trudnych lekcji. Nie unikniemy przykrych emocji, kiedy doświadczamy pewnych dramatycznych wydarzeń. Świadomość prosperująca zna sposoby, by sobie w takiej sytuacji pomóc, ale też nikt nie może stosować wówczas zasady dystansu. To po prostu nie jest możliwe. Natomiast w codziennych niedogodnościach – nie tylko warto, ale nawet można wykształcić w sobie nawyk spojrzenia z innego poziomu.

Dystans jest umiejętnością obserwowania życia tak, jakby rozgrywało się na scenie, obok nas. Jakoś tam oceniamy i podejmujemy decyzje, ale nie angażujemy się emocjonalnie w zdarzenia. Np. w to, że na drodze przed nami korek. Nasza złość i cała masa przekleństw nie rozpuści tego korka. Jeśli chcemy sobie pomóc – zróbmy spokojnie Reiki na sytuację. To lepsze niż bezsilne miotanie się za kierownicą i przeklinanie wszystkich dookoła. Warto spokojnie szukać rozwiązań. Z naciskiem na „spokojnie”, ponieważ z poziomu spokoju widzimy o wiele więcej i nasze możliwości energetyczne są większe, niż z poziomu stresu i nerwów.

Dystans pozwala podejmować właściwe decyzje także w relacjach. Jeśli partner po powrocie z pracy krzyczy na nas trochę bezzasadnie, a my nie czujemy się winni, to dystans jest najlepszym rozwiązaniem. Pozwala dostrzec, że coś złego się zadziało i ten krzyk nie jest atakiem na nas, tylko wyrażaniem napięcia i bezradności tamtej strony. Tak czy owak w takiej sytuacji mamy co najmniej trzy możliwości. Pierwsza to podjęcie walki „o swoją rację” i krzyk głośniejszy z silniejszą jeszcze agresją a nawet z rękoczynami, bo… „niech sobie nie myśli, że może mnie obrażać krzykiem”. Nie stosuję, bo takie coś przeradza się w piekło i jest przejawem emocjonalnej niedojrzałości rodem z piaskownicy.

Druga opcja to obrażenie się. Foch utrze krzykaczowi nosa i pokaże mu, jak głupio postąpił. Albo nie, bo on nic nie zrozumie. Także nie stosuję, bo taki ruch energetyczny jest atakiem na energię serca. Ilekroć się obrażamy, zabieramy naszemu sercu energię i kładziemy podwaliny pod rozwój choroby. Stąd biorą się później zawały, omdlenia, rozmaite sercowe niewydolności. Kiedyś byłam w tym specjalistką. Ilekroć mój mąż powiedział mi coś przykrego, zwijałam energię i atakowałam własne serce, siadając w cichym żalu i rozkminiając: „jak on mógł?!”. To w mojej rodzinie karmiczny wzorzec użalania się nad sobą i brania do siebie cudzych nastrojów, pomysłów, ocen, czy wręcz głupiego gadania. Pisałam o tym wzorcu. Dzisiaj mam to już za sobą i od lat nie strzelam też focha. Nie widzę w tym sensu. Wolę porozmawiać.

Najlepiej wybrać trzecią opcję – dystans. Kiedy ktoś z naszych bliskich miota się i krzyczy, nie bierzemy tego do siebie. Czekamy, aż się uspokoi. Najczęściej taka osoba przeprasza, kiedy emocje opadną i sama wyjaśnia, co ją tak zdenerwowało. I okazuje się, że faktycznie nie było najmniejszego powodu do tego, abyśmy mieli czuć się dotknięci. Cały problem był poza nami – coś złego w pracy, zmęczenie, ból głowy. Dystans pozwala opaść emocjom. Daje przestrzeń na zrozumienie samego siebie i spojrzenie z poziomu dorosłej osoby, a nie rozwrzeszczanego dziecka. Umożliwia też zrozumienie, że ta druga osoba ma prawo do słabości i wyrażania swoich emocji. Nikt nie jest manekinem ze sztucznym uśmiechem na plastikowej twarzy. Miewamy gorsze dni. Wszyscy.

Dystans pozwala na wyciszenie i spokojne spojrzenie na problem także wtedy, kiedy ktoś faktycznie ma pretensję do nas. Czasem wystarczy, że druga strona powie niewłaściwe słowo, że krzywo popatrzy, zaśmieje się w nieodpowiednim momencie i już czujmy potrzebę obrony. Najczęściej rozpoczynamy spór, a nawet wręcz awanturę, by udowodnić, że partner się myli lub jest niesprawiedliwy. Po co? Zadajmy sobie pytanie: po co udowadniać komuś, że nie ma racji? Niech sobie mówi, co chce. Nawet jeśli mówi bezsensowne rzeczy o nas, przypomnijmy sobie, że jesteśmy poza oceną i nikt nie może tego zmienić.

Jednak potrzebujemy do tego wysokiej samooceny. Potrzebujemy świadomości, że tacy jacy jesteśmy, jesteśmy naprawdę dobrzy. Tylko wtedy umiemy machnąć ręką na czyjąś krzywdzącą opinię czy złośliwe słowa. Tylko wtedy nie czujemy się zranieni. Nasza ludzka natura jest taka, że bardzo mocno reagujemy na ocenianie. Im niższa samoocena, tym bardziej jesteśmy drażliwi i tym szybciej się obrażamy, przejmujemy, złościmy. Im więcej samoakceptacji, tym większy dystans do samego siebie i większa świadomość, że nie obchodzi nas, co inni mówią.

Wysokie poczucie własnej wartości pomaga także wtedy, kiedy popełnimy błąd i doskonale wiemy, co zrobiliśmy źle. W długotrwałym związku nikt nie cedzi słów. Kiedy na jakiejś wycieczce dwa razy pod rząd źle pokazałam kierunek, w którym chcę jechać i wyprowadziłam męża w ślepe uliczki, w których trudno było zawrócić, mój skorpion rozzłościł się. I cóż z tego? Przeprosiłam. Rozbawiłam go i po minucie rozmawialiśmy ze śmiechem na zupełnie inny temat. Po prostu nie przejęłam się tym zdarzeniem. Moja wysoka samoocena nie poczuła się zagrożona słuszną skądinąd krytyką i nie traciłam czasu na rozważania o tym, jakaż to ja jestem nieuważna. Każdemu się zdarzy i tyle. Minęło. Po co się tym zajmować?

Tymczasem niska samoocena nie pozwala przejść nad taką sytuacją do porządku dziennego. Uświadomiłam sobie wówczas, że 30 lat temu siedziałabym nadąsana w poczuciu winy i poczuciu żalu co najmniej godzinę. Z powodu błahostki. Tak wyglądałby brak dystansu do drobnej sprawy, o której w istocie po pięciu minutach nikt nie pamięta. Całe nasze życie składa się z setek takich spraw. A my sterowani określonym stosunkiem do samych siebie przejmujemy się lub nie. Co w istocie przekłada się na: cierpimy lub cieszymy się życiem. Wysokie poczucie wartości pomaga nam złapać dystans. A dystans w tym kontekście jawi się jako klucz do radosnego i szczęśliwego bycia sobą.

Bogusława M. Andrzejewska